Miasto otwarte - Teju Cole

Reflow text when sidebars are open.
Gdy zeszłej jesieni zacząłem chadzać na swoje wieczorne spacery po mieście, Morningside Heights wydawało mi się dogodnym punktem startowym do tych wędrówek. Ścieżka schodząca od Katedry Świętego Jana Bożego i przecinająca Morningside Park leży zaledwie o kwadrans piechotą od Central Parku. Gdyby skierować się w przeciwną stronę, na zachód, po jakichś dziesięciu minutach dojdzie się do Sakura Parku, a stamtąd już można dotrzeć na północ, do Harlemu i nad Hudson, choć skrytą za drzewami rzekę zagłusza uliczny szum. Spacery te - przeciwwaga dla zabieganych dni w szpitalu - stopniowo się wydłużały. Za każdym razem zapuszczałem się coraz dalej od domu, a potem późnym wieczorem przyłapywałem się na tym, że trafiłem w jakąś odległą okolicę i często zmuszony byłem wracać metrem. W ten oto sposób z początkiem mojego ostatniego roku stażu na oddziale psychiatrii Nowy Jork wplótł się w moje życie w tempie spaceru.
Niedługo przed rozpoczęciem tych luźnych wędrówek nabrałem zwyczaju przyglądania się migracjom ptaków i teraz zastanawiam się, czy te dwie sprawy nie są ze sobą powiązane. Gdy udało mi się nieco wcześniej wrócić ze szpitala, wyglądałem przez okno niczym jakiś augur w nadziei na to, że objawi mi się cud przyrodniczej migracji. Na widok mknących po niebie formacji gęsi zawsze rozmyślałem o tym, jak wygląda z ich perspektywy nasze życie tu, na dole. Wyobrażałem sobie, że - o ile gęsi w ogóle oddają się tego typu rozważaniom - wielopiętrowe bloki jawią im się niczym świerki w gęstym zagajniku. Kiedy indziej, gdy widać było jedynie deszcz albo bladą smugę po samolocie, przecinającą szybę na dwoje, gdzieś we mnie pojawiało się zwątpienie, czy te ptaki z ich ciemnymi skrzydłami i podgardlami, bladymi brzuchami i niestrudzonymi serduszkami naprawdę istnieją. Wprawiały mnie w takie zdumienie, że jeśli nie miałem ich przed oczami, nie dowierzałem własnej pamięci.
Od czasu do czasu za oknem przelatywały także gołębie, wróble, strzyżyki, wilgi, pirangi i jerzyki, choć rozpoznanie poszczególnych gatunków w śmigających wysoko malutkich, samotnych i przeważnie bezbarwnych plamkach było praktycznie niemożliwe. Czasami, czekając na owe rzadkie eskadry gęsi, słuchałem radia. Zazwyczaj unikałem amerykańskich stacji, w których jak na mój gust przewijało się za dużo reklam - Beethoven, a po nim kurtki narciarskie, Wagner, ale wpierw rzemieślnicze sery - i zamiast tego włączałem internetowe rozgłośnie z Kanady, Niemiec czy Holandii. Nawet jeśli przeważnie nie rozumiałem prezenterów, bo za słabo władałem tymi językami, same programy zawsze trafiały dokładnie w mój wieczorny gust. Po ponad czternastu latach gorliwego słuchania klasycznych radiostacji znałem już większość tej muzyki, ale zdarzały się i nowości. A niekiedy wręcz rzadkie momenty olśnienia, jak wtedy, gdy w którejś audycji z Hamburga po raz pierwszy usłyszałem urzekającą kompozycję na orkiestrę i altówkę autorstwa Szczedrina (a może to był Ysa?e), której po dziś dzień nie udało mi się zidentyfikować.
Podobało mi się murmurando spikerów - te głosy przemawiające kojąco z odległości tysięcy kilometrów. Ściszałem dźwięk w komputerze i wyglądałem na zewnątrz, kokosząc się w komforcie, jakim mnie otaczały. Bez trudu dopatrywałem się podobieństwa między sobą, w moim skromnie urządzonym mieszkanku, a prezenterem czy prezenterką w kabinie studia gdzieś w Europie, gdzie musiał być wtedy środek nocy. W mojej głowie ich bezcielesne głosy po dziś dzień łączą się z kluczami migrujących gęsi. Nie żeby objawiły mi się one więcej niż trzy czy cztery razy - przeważnie oglądałem po prostu kolory zmierzchającego nieba: pastelowe błękity, brudne róże i rudości, stopniowo ustępujące miejsca głębokiemu cieniowi. Gdy zapadał zmrok, sięgałem po książkę i czytałem przy świetle starej lampki na biurko, którą wyratowałem ze śmietnika na uniwerku; schowana pod szklanym kloszem żarówka rzucała zielonkawy blask na moje dłonie, książkę leżącą na moich kolanach i wytarte obicie kanapy. Czasami odczytywałem różne fragmenty na głos. Zauważałem wtedy, jak dziwnie mój tembr miesza się z mruczeniem francuskich, niemieckich i holenderskich prezenterów albo też z cienką fakturą orkiestrowych skrzypiec - to wrażenie potęgował fakt, że moja lektura była najczęściej tłumaczeniem z jakiegoś europejskiego języka. Tamtej jesieni skakałem z książki do książki: od Camera lucida Barthes'a, przez Telegramy duszy Petera Altenberga, po Ostatniego przyjaciela Tahara Ben Jellouna, a także inne pozycje.
W stanie tej dźwiękowej fugi przypominał mi się święty Augustyn i to, jak podobno dziwił się świętemu Ambrożemu, gdy ów odkrył sposób na czytanie bez głośnego wymawiania wyrazów. To rzeczywiście dość osobliwe - nadal zresztą, podobnie jak wówczas, podtrzymuję to zdanie - że jesteśmy w stanie pojmować słowa bez ich wypowiadania. Zdaniem Augustyna wagi i wewnętrznej dynamiki zdań najlepiej doświadcza się na głos, lecz od jego czasów w naszym pojęciu lektury zaszła spora zmiana. Za długo wpajano nam, że głośne mówienie do siebie zdradza ekscentryczność albo nawet szaleństwo - zupełnie odwykliśmy od brzmienia własnych głosów, no, chyba że podczas rozmowy lub w bezpiecznym kokonie rozwrzeszczanego tłumu. Książka jednak to swego rodzaju konwersacja: ktoś mówi do kogoś innego i w takiej wymianie dźwięk jest - czy też powinien być - czymś naturalnym. Czytałem więc głośno, siebie samego mając za słuchacza i użyczając cudzym słowom własnego głosu.
Jakkolwiek by było, przyjemnie mi upływały te nietypowe wieczorne godziny, często też przysypiałem na kanapie i dopiero znacznie później, zazwyczaj jakoś w środku nocy, zwlekałem się i przenosiłem do łóżka. Wtedy jednak, po - jak mi się zawsze zdawało - ledwie kilku minutach snu, wyrywało mnie z niego piszczenie budzika w komórce, ustawionego na jakąś przedziwną aranżację O Tannenbaum, jak gdyby na marimbę. W trakcie tych pierwszych momentów świadomości w nagłym, rażącym świetle poranka w mojej głowie odbywała się gonitwa - umysł przypominał sobie strzępy snów albo fragmenty książki czytanej przed zaśnięciem. Właśnie dla przełamania monotonii takich wieczorów zacząłem - dwa czy trzy razy w tygodniu po pracy i co najmniej raz w weekend - wybierać się na te swoje spacery.
Z początku ulice kojarzyły mi się z nieustannym zgiełkiem - po skupieniu i względnym spokoju szpitalnego dnia stanowiło to dla mnie szok, tak jakby ktoś zakłócił ciszę prywatnej kaplicy, głośno puszczając telewizor. Meandrowałem w tłumach zakupowiczów i pracowników, przebijałem się przez roboty drogowe i klaksony taksówek. W co bardziej ruchliwych częściach miasta oglądałem więcej osób - setki, może nawet tysiące - niż przywykłem widywać na co dzień, a jednak natłok owych niezliczonych twarzy w żaden sposób nie koił mojego poczucia izolacji; jeśli już, dodatkowo je nasilał. Od kiedy zacząłem te spacery, stałem się także bardziej zmęczony - takiego wyczerpania nie zaznałem od pierwszych miesięcy mojego stażu, trzy lata wcześniej. Pewnego wieczoru szedłem i szedłem przez calutką Houston Street, czyli ponad jedenaście kilometrów, aż naraz stwierdziłem, że ogarnęło mnie dezorientujące wycieńczenie. Z trudem trzymałem się na nogach. Tamtego dnia wróciłem do domu metrem, lecz zamiast natychmiast zapaść w sen, leżałem w łóżku, zbyt osłabiony, aby uwolnić się od czuwania. W ciemnościach przypominałem sobie zajścia i widoki, na które natknąłem się w trakcie swojej wędrówki, porządkowałem je niczym dziecko bawiące się drewnianymi klockami, próbując rozgryźć, co gdzie przynależy i co czemu odpowiada. Wszystkie dzielnice miasta zdawały się wykonane z innych substancji, w każdej panowało jakby odmienne ciśnienie, niosły ze sobą różny mentalny ciężar: a to jaskrawe światła i sklepy z metalowymi roletami, a to osiedla mieszkalne i luksusowe hotele, a to zewnętrzne schody przeciwpożarowe i miejskie parki. Ów próżny trud sortowania trwał, aż formy zaczęły przeradzać się jedna w drugą i przybierać abstrakcyjne kształty pozbawione związku z rzeczywistością - dopiero wtedy mój rozbiegany umysł wreszcie zlitował się i uciszył; dopiero wtedy nadszedł pozbawiony marzeń sen.
Te spacery odpowiadały na pewną potrzebę: stanowiły ucieczkę przed ściśle uregulowanym środowiskiem umysłowym w mojej pracy. Gdy już odkryłem w nich metodę terapii, stały się dla mnie czymś normalnym i zapomniałem, jak wyglądało moje życie, zanim je podjąłem. W szpitalu panował reżim perfekcji i kompetencji - ani jedno, ani drugie nie dopuszczało improwizacji i nie tolerowało błędów. Mój projekt był co prawda niezwykle ciekawy - prowadziłem badania kliniczne nad zaburzeniami nastrojów u osób starszych - wymagał jednak większej drobiazgowości niż wszystko, z czym się do tamtej pory zetknąłem. Ulice służyły mi zatem jako mile widziana odmiana. Wszelkie decyzje - gdzie skręcić w lewo, jak długo stać w zamyśleniu przed opuszczonym budynkiem, czy obejrzeć zachód słońca nad New Jersey, czy może pogrążyć się w cieniach East Side, skąd roztaczał się widok na Queens - były tu bez znaczenia, a przez to dawały mi poczucie swobody. Wędrowałem przez kolejne przecznice, jakbym chciał je wymierzyć krokami, a stacje metra przewijały się w tych pozbawionych celu spacerach niczym powracający motyw. Widok ogromnych mas ludzkich schodzących do podziemnych komnat nigdy nie przestawał mnie zadziwiać - odnosiłem wtedy wrażenie, jakby cała ludzkość wbrew instynktowi spieszyła w stronę owych ruchomych katakumb , gnana jakimś dziwnym pędem ku śmierci. Na powierzchni przebywałem w towarzystwie tysięcy innych pogrążonych w samotności osób, w metrze jednak, gdy stałem ściśnięty z obcymi ludźmi, przepychałem się i sam byłem przepychany w walce o przestrzeń i możliwość złapania oddechu, pospołu z resztą uzewnętrzniałem nieprzepracowane traumy, ta samotność jeszcze się nasilała.
Pewnego niedzielnego poranka w listopadzie, po przechadzce względnie zacisznymi ulicami Upper West Side, dotarłem na rozjaśniony słońcem duży plac przy Columbus Circle. Ta okolica ostatnio uległa przemianie. Dzięki dwóm budynkom wzniesionym dla korporacji Time Warner stała się większą atrakcją komercyjną i turystyczną. Postawione w ogromnym tempie gmachy dopiero co zostały otwarte. Wypełniały je sklepy oferujące koszule na miarę, dizajnerskie garnitury, biżuterię, specjalistyczne wyposażenie kuchenne, ręcznie robioną galanterię skórzaną i przedmioty dekoracyjne z importu. Na górnych kondygnacjach mieściły się jedne z najdroższych restauracji w mieście. Reklamowały się truflami, kawiorem, wołowiną Kobe i kosztownym "menu degustacyjnym". Jeszcze wyżej znajdowały się mieszkania, w tym najdroższy apartament w całym Nowym Jorku. Raz czy dwa zajrzałem z ciekawości do tych lokali na parterze, lecz ceny artykułów i moim zdaniem generalnie snobistyczna atmosfera zniechęciły mnie do dalszych wizyt - aż do tamtego niedzielnego poranka.
Był to dzień nowojorskiego maratonu - z czego do tej pory nie zdawałem sobie sprawy. Na okrągłym placu przed szklanymi wieżowcami ze zdumieniem ujrzałem masy ludzi zajmujących miejsca w pobliżu mety. Oczekujące tłumy ustawiały się przy ulicy odchodzącej stamtąd na wschód. Po zachodniej stronie stało podwyższenie, na którym dwóch mężczyzn stroiło gitary, na zmianę nawoływało się i odpowiadało na zew srebrzystymi nutami wygrywanymi na nagłośnionych instrumentach. Na wietrze powiewały wszelkiego rodzaju transparenty, znaki, plakaty, flagi i wstęgi, a policjanci na koniach z klapkami na oczach zawiadywali tłumem przy pomocy kordonów, gwizdków i gestów rąk. Mieli granatowe mundury i okulary przeciwsłoneczne. Gapie byli kolorowo poubierani - zielenie, czerwienie, żółcie i biele syntetycznych materiałów biły po oczach. Aby umknąć przed zgiełkiem, który zdawał się narastać, postanowiłem schować się w galerii handlowej, gdzie na drugim piętrze poza sklepami Armaniego i Hugo Bossa mieściła się także księgarnia. Pomyślałem, że znajdę tam trochę spokoju i napiję się kawy przed powrotem do domu. Uliczny tłum rozlał się jednak aż do wejścia do wieżowców, a kordony broniły wstępu do środka.
Zmieniłem więc zdanie i stwierdziłem, że pójdę w odwiedziny do swojego dawnego nauczyciela, profesora Saito, który mieszkał w tej okolicy, niecałe dziesięć minut piechotą od Central Park South. Miał osiemdziesiąt dziewięć lat i był najstarszą znaną mi osobą. Wziął mnie pod swoje skrzydła, kiedy studiowałem na trzecim roku na Maxwellu. Już wtedy był na emeryturze, ale nadal codziennie zaglądał na kampus. Widać dopatrzył się we mnie czegoś, co pozwoliło mu sądzić, że jego rzadka specjalizacja (wczesna literatura angielska) nie stanie się w moim przypadku stratą czasu. Pod tym względem sprawiłem mu zawód, okazał się jednak człowiekiem życzliwym i nawet gdy na jego seminarium z literatury przedszekspirowskiej dostałem słabą notę, kilkakrotnie zaprosił mnie na rozmowę do swojego gabinetu. Miał tam świeżo zainstalowany, natarczywie głośny ekspres, toteż piliśmy kawę i rozmawialiśmy o interpretacjach Beowulfa, później o klasykach, o nieskończonym wysiłku, jaki stanowi praca badawcza, o rozmaitych zaletach świata akademickiego i o studiach profesora tuż przed drugą wojną światową. Ten ostatni temat był tak całkowicie obcy memu własnemu doświadczeniu, że chyba najbardziej pobudzał moją ciekawość. Wojna wybuchła akurat wtedy, gdy profesor Saito kończył doktorat - zmuszony był wtedy opuścić Anglię i wrócić do domu na Wybrzeżu Północno-Zachodnim. Wkrótce potem razem z rodziną został internowany w obozie Minidoka w Idaho.
W moich wspomnieniach tych rozmów przeważnie mówił tylko on. Od niego nauczyłem się sztuki słuchania i zdolności tropienia w historii tego, co w niej ominięto. Profesor Saito rzadko mówił przy mnie o swojej rodzinie, za to dużo opowiadał o swoim życiu uczonego i zapatrywaniach na ówczesne ważne sprawy. W latach siedemdziesiątych przetłumaczył Widzenie o Piotrze Oraczu i opatrzył je objaśnieniami - okazało się ono jego największym sukcesem akademickim. Wspominał o nim z dziwną mieszanką dumy i rozczarowania. Rzucał też aluzje do innego dużego projektu, którego nigdy nie doprowadził do końca (choć nie powiedział, czego miał on dotyczyć). Wreszcie opowiadał mi o wydziałowym politykierstwie. Pamiętam jedno popołudnie, które poświęcił na wspominki o niegdysiejszej koleżance - wymienił jej nazwisko, ale nic mi ono nie mówiło i teraz już go sobie nie przypomnę. Otóż ta kobieta w okresie ruchu praw obywatelskich zasłynęła ze swojego aktywizmu i na krótki czas stała się na uczelni taką osobistością, że studenci drzwiami i oknami pchali się na jej wykłady z literatury. Profesor Saito opisał mi ją jako osobę inteligentną i wrażliwą, z którą jednak nigdy nie mógł dojść do zgody. Podziwiał ją i zarazem jej nie lubił. Bardzo to zagadkowe, stwierdził, bo była dobrą badaczką i stała po właściwej stronie ówczesnych konfliktów, a jednak osobiście nie mogłem jej znieść. Wydawała mi się - świeć, Panie, nad jej duszą - opryskliwa i egocentryczna. Ale tu, na uczelni, złego słowa nie dadzą o niej powiedzieć. Do tej pory mają ją za świętą.
Od kiedy się zaprzyjaźniliśmy, starałem się dwa czy trzy razy w semestrze zaglądać do niego w odwiedziny i te spotkania stały się dla mnie jednymi z najcenniejszych doświadczeń podczas ostatnich dwóch lat studiów. Patrzyłem na niego trochę jak na zastępczego dziadka, w niczym niepodobnego do żadnego z moich prawdziwych dziadków (poznałem zresztą tylko jednego z nich). Czułem, że mam z nim więcej wspólnego niż z ludźmi, z którymi los złączył mnie więzami pokrewieństwa. Kiedy skończyłem studia i wyjechałem - najpierw na projekt badawczy do Cold Spring Harbor, a potem do akademii medycznej w Madison - straciliśmy kontakt. Wymieniliśmy co prawda kilka listów, lecz nie był to dobry sposób na podtrzymanie znajomości, ponieważ nasze rozmowy nie koncentrowały się na wymianie aktualnych informacji. A jednak po moim powrocie do Nowego Jorku na staż znowu kilkakrotnie się spotkaliśmy. Za pierwszym razem doszło do tego zupełnie przez przypadek - choć wydarzyło się to akurat w dzień, kiedy o nim myślałem - bo wpadłem na niego pod sklepem spożywczym w pobliżu Central Park South, gdy wyszedł na spacer w towarzystwie swojej pomocnicy. Od tego czasu zaglądałem bez zapowiedzi do jego mieszkania - do czego sam mnie zachęcił - i przekonałem się, że do tej pory utrzymał zasadę otwartych drzwi, tak samo jak wcześniej na uczelni. Ekspres do kawy z dawnego gabinetu stał teraz nieużywany w kącie pokoju. Profesor Saito powiedział mi, że cierpi na raka prostaty. Choroba nie pozbawiła go jeszcze wszystkich sił, ale przestał chodzić na kampus i zamiast tego zaczął urządzać audiencje u siebie w domu. Jego życie towarzyskie stało się ograniczone w stopniu, który musiał być dla niego dotkliwy; liczba zaglądających do niego gości ustawicznie spadała, aż wreszcie pozostali prawie wyłącznie pielęgniarze i opieka domowa.
Po wejściu do ciemnego holu o niskim suficie pozdrowiłem konsjerża i pojechałem windą na trzecie piętro. Kiedy wszedłem do mieszkania, profesor Saito powitał mnie okrzykiem. Siedział na drugim końcu pokoju, pod dużymi oknami. Kiwnął ręką, żebym zajął krzesło obok. Wzrok miał już słaby, słuch jednak zachował równie wyczulony co w czasach, gdy się poznaliśmy, kiedy miał dopiero siedemdziesiąt siedem lat. Teraz, umoszczony w dużym, miękkim fotelu i opatulony kocami, sprawiał wrażenie kogoś, kto pogrążył się w drugim dzieciństwie. Nie była to jednak do końca prawda - jego umysł bowiem, podobnie jak uszy, nie stracił dawnej bystrości. Profesor uśmiechnął się, a wtedy cała jego twarz pokryła się zmarszczkami, które pofałdowały cienką jak papier skórę na czole. W tym pokoju - który zawsze wydawał mi się wypełniony delikatnym chłodnym światłem z północy - otaczały go zbierane przez całe życie dzieła sztuki. Kilka polinezyjskich masek zawieszonych na ścianie tuż nad jego głową układało się w dużą, ciemną aureolę. W kącie stała naturalnej wielkości papuaska figura przodka z ręcznie rzeźbionymi zębami i w spódniczce z trawy, która ledwo zasłaniała wzwiedzionego członka. Profesor Saito skomentował ją raz słowami, że uwielbia wymyślone monstra, a przerażeniem napawają go wyłącznie te prawdziwe.
Z okien zajmujących całą tę stronę pomieszczenia roztaczał się widok na skrytą w cieniu ulicę. Za nią rozciągał się park oddzielony starym kamiennym murem. Siadając, usłyszałem dobiegający z dołu ryk tłumów - pospiesznie wstałem z powrotem i zobaczyłem, jak przejściem utworzonym pomiędzy gapiami biegnie jakiś samotny mężczyzna. Miał na sobie złotą koszulkę i czarne rękawiczki, które z jakiegoś powodu sięgały mu aż po łokcie, jak u eleganckiej damy na proszonej kolacji. Z nowym wigorem pobiegł dalej sprintem, zupełnie jakby okrzyki tłumu dodały mu sił. Niesiony energią otoczenia, zmierzał w stronę podium z muzykami, rozgorączkowanych widzów, mety i słońca.
Chodź, siadaj, siadaj. Profesor Saito odkaszlnął i pokazał ręką na krzesło. Mów, co u ciebie słychać. Ja, jak sam widzisz, trochę chorowałem. W zeszłym tygodniu było niedobrze, ale teraz już czuję się znacznie lepiej. W moim wieku człowieka ciągle coś łapie. No, ale opowiadaj: co tam słychać, co tam słychać? Hałas na zewnątrz znowu się nasilił, a potem ustąpił. Zobaczyłem, jak linię mety przebiegają kolejni zawodnicy, tym razem dwaj czarni mężczyźni. Zgadywałem, że to pewnie Kenijczycy. I tak co roku, już od prawie piętnastu lat, skomentował profesor Saito, podczas gdy ja sadowiłem się na krześle. Jeśli w dniu maratonu muszę się dokądś wybrać, ciągnął, korzystam z tylnego wyjścia z budynku. Ale teraz już w ogóle rzadko kiedy wychodzę, no bo jak, z tym tutaj doczepionym jak psu ogon - tu pokazał mi palcem przezroczystą torebkę zawieszoną na małym metalowym drążku. Była do połowy wypełniona moczem, a plastikowa rurka prowadziła od niej gdzieś do jego legowiska z koców. Wczoraj ktoś przyniósł mi trochę kaki, powiedział. Pyszne i jędrne. Zjadłbyś? Nie, naprawdę, spróbuj. Mary! W przejściu pojawiła się pielęgniarka z Saint Lucii - wysoka, mocno zbudowana kobieta w średnim wieku, którą poznałem już podczas wcześniejszych wizyt. Mary, przyniosłabyś, proszę, kilka tych kaki dla naszego gościa? A gdy ona zniknęła w kuchni, dodał: Mnie ostatnimi czasy trochę już trudno przeżuwać, więc takie miękkie, pełne smaku owoce w rodzaju kaki są jak znalazł. Ale dość już o tym. Co tam u ciebie, Juliusie? Jak praca?
Moja obecność go ożywiła. Opowiedziałem mu trochę o swoich spacerach i chętnie dodałbym więcej, ale nie bardzo umiałem znaleźć słowa, żeby odnieść się do owego terytorium samotności, które przemierzałem umysłem wzdłuż i wszerz. W zamian wspomniałem więc o czymś, co przydarzyło mi się niedawno w pracy. Otóż miałem udzielić porady pewnej rodzinie - takiej konserwatywnej, chrześcijańskiej, to byli zielonoświątkowcy. Skierował ich do mnie jeden z pediatrów w naszym szpitalu. Ich trzynastoletni syn miał właśnie rozpocząć leczenie na białaczkę, tylko że ta metoda stanowiła poważne zagrożenie dla jego późniejszej płodności. Pediatra doradził, aby pobrali chłopcu trochę nasienia i je zamrozili - w ten sposób kiedy dorośnie i się ożeni, będzie mógł sztucznie zapłodnić żonę i mieć własne dzieci. Rodzice byli otwarci na pomysł z przechowaniem nasienia i nie mieli nic przeciwko sztucznemu zapłodnieniu, natomiast ze względów religijnych zdecydowanie nie chcieli się zgodzić na to, aby ich syn się masturbował. Na taki problem nie istniało proste, chirurgiczne rozwiązanie. Rodzina nie mogła dojść do ładu. Wreszcie poradzili się mnie i po kilku sesjach, a także długich modłach z ich strony, postanowili, że zaryzykują brak wnuków. Po prostu nie byli w stanie pozwolić, aby ich synek dopuścił się tego, co nazywali grzechem onanizmu.
Profesor Saito pokręcił głową i widziałem, że historia przypadła mu do gustu, że dziwność i niefortunność tego, na czym się zasadzała, rozbawiły go (ale i zaniepokoiły) tak jak mnie. Ludzie dokonują różnych wyborów, stwierdził. Ludzie dokonują różnych wyborów, i to w imieniu innych osób. No, ale co słychać poza pracą? Co ostatnio czytasz? Powiedziałem, że głównie czasopisma medyczne, choć mam też sporo innych ciekawych rzeczy, które zaczynam, tylko jakoś nie mogę ich dokończyć. Ledwo zdążę kupić nową książkę, a zaczyna mi robić wyrzuty, że jej nie przeczytałem. Ja też mało ostatnio czytam, przyznał profesor Saito, bo wzrok już nie dopisuje. Ale sporo zdążyłem sobie zapisać, o tutaj. Pokazał palcem na swoją głowę. Właściwie to nic już mi się tu nie zmieści. Roześmialiśmy się i w tym momencie Mary przyniosła kaki na porcelanowym spodeczku. Zjadłem połówkę - była trochę za słodka. Ale zjadłem i drugą, a potem podziękowałem.
W trakcie wojny, rzekł profesor, zapisałem sobie w pamięci sporo wierszy. Teraz w szkołach chyba już się tego nie wymaga. Widziałem skutki tych zmian, kiedy wykładałem na Maxwellu. Młodsze pokolenia nie miały takiego przygotowania jak dawniej. Dla nich uczenie się czegoś na pamięć to tylko przyjemna rozrywka na wybranych zajęciach; tymczasem ich poprzednicy trzydzieści czy czterdzieści lat temu mieli silną więź z poezją i wynikało to ze znajomości utworów na pamięć. Pierwszoroczniacy w college'ach jeszcze przed rozpoczęciem studiów z literatury angielskiej dysponowali pewnym korpusem utworów, z którymi mieli jakąś relację. Dla mnie w latach czterdziestych umiejętność nauki pamięciowej okazała się bardzo przydatna i korzystałem z niej, bo nie byłem pewny, czy jeszcze kiedyś zobaczę swoje książki, a poza tym w obozie nie bardzo było co robić. W ogóle nikt nie wiedział, co się dzieje: byliśmy przecież Amerykanami, nie Japończykami, i zawsze się za takich uważaliśmy. No więc czekaliśmy i czekaliśmy, i nikt nic nie wiedział. Dla rodziców to było chyba trudniejsze niż dla dzieci. Ja w trakcie lektur pakowałem sobie do głowy fragmenty Preludium, sonety Szekspira i duże ustępy Yeatsa. Teraz już, owszem, często nie pamiętam dokładnych słów, bo minęło za dużo czasu, ale wystarczy mi samo środowisko, jakie tworzy ta poezja. Jeden, dwa wersy w ramach haczyka - tu profesor wykonał odpowiedni gest - i starczy, wszystko zaraz wraca: cała treść wiersza i jego znaczenie. Mały haczyk, a reszta idzie za nim. "W czas letni się to działo, gdy słońce było ciepłe. Owinąłem się w zgrzebną opończę, jak gdyby w owczą skórę, z odzienia i wejrzenia pustelnik"[1]. Poznajesz? Teraz już pewnie nikt się niczego nie uczy na pamięć. A dla nas to był element dyscypliny, tak jak dobry skrzypek musi znać na wyrywki partity Bacha czy sonaty Beethovena. W Peterhouse miałem za tutora Chadwicka, rodem z Aberdeen. Wielki uczony, a szkolił się u samego Skeata. Nie opowiadałem ci nigdy o Chadwicku? Straszny zgred, ale to on jako pierwszy wpoił mi wartość nauki pamięciowej i wyjaśnił, że trzeba o tym myśleć jak o takiej mentalnej muzyce, aranżacji na jamby i trocheje.
Te refleksje pozwalały profesorowi oderwać się od codzienności, od koców i woreczka z moczem. Przeniósł się z powrotem do późnych lat trzydziestych, do Cambridge, gdzie mógł oddychać wilgotnym powietrzem tamtejszych podmokłych terenów, cieszyć się spokojem młodzieńczych lat nauki. Chwilami można było odnieść wrażenie, jakby mówił sam do siebie, ale wtedy nagle zadawał mi jakieś bezpośrednie pytanie, ja zaś, wyrwany z własnego toru myśli, panicznie szukałem odpowiedzi. A jako że odtworzyliśmy naszą dawną relację - student i nauczyciel - sam wnet podejmował wątek, bez względu na to, czy odpowiedziałem poprawnie, czy nie, czy pomyliłem Chaucera z Langlandem albo Langlanda z Chaucerem. Godzina szybko nam zleciała i wreszcie spytał, czy moglibyśmy zrobić sobie na dziś przerwę. Obiecałem, że niedługo zajrzę do niego ponownie.
Gdy wyszedłem na Central Park South, wiatr był już chłodniejszy, powietrze stało się bardziej rześkie, a okrzyki tłumu rozbrzmiewały głośno i miarowo. Na ostatnią prostą wbiegał teraz potężny strumień maratończyków. Pięćdziesiątą Dziewiątą odgrodzono kordonem, toteż przeszedłem do Pięćdziesiątej Siódmej i tam dobiłem z powrotem do Broadwayu. Metro przy Columbus Circle było zapchane, więc ruszyłem w stronę Lincoln Center, żeby złapać pociąg przy następnej stacji. Na Sześćdziesiątej Drugiej zrównałem się ze szczupłym mężczyzną o siwiejących baczkach, trzymającym plastikową reklamówkę z jakąś metką. Biło od niego wyczerpanie, wlókł się, kulejąc, na nieco wykrzywionych nogach. Ubrany był w szorty i czarne legginsy, do tego zapinany niebieski polar z długimi rękawami. Po rysach zgadywałem, że jest z Meksyku albo Ameryki Środkowej. Szliśmy przez pewien czas w milczeniu - nie żebyśmy celowo sobie towarzyszyli, po prostu tak się złożyło, że poruszaliśmy się w tym samym tempie i kierunku. Wreszcie zapytałem, czy wraca z maratonu, a gdy przytaknął z uśmiechem, pogratulowałem mu osiągnięcia. Potem jednak zacząłem się zastanawiać: po czterdziestu dwóch kilometrach i stu dziewięćdziesięciu pięciu metrach typ zwyczajnie wziął swoją reklamówkę i teraz wracał piechotą do domu. Nie miał na mecie żadnych przyjaciół ani znajomych, którzy świętowaliby z nim sukces. I nagle zrobiło mi się go żal. Jednak - by uciec przed tymi skrytymi przemyśleniami - zagadnąłem go znowu i zapytałem, czy wyścig dobrze mu poszedł. Tak, odparł, bardzo dobrze, i warunki do biegu też były dobre, bez upału. Miał sympatyczną, choć spracowaną twarz, i zapewne jakieś czterdzieści pięć do pięćdziesięciu lat. Przeszliśmy razem jeszcze kawałek, dwie albo trzy przecznice, punktując milczenie banalnymi uwagami o pogodzie i tłumach.
Na skrzyżowaniu przed operą pożegnałem się z nim i ruszyłem szybszym krokiem. Wyobrażałem sobie, jak prę do przodu, tymczasem on pozostaje w tyle i kuśtyka, niosąc w żylastym ciele zwycięstwo niewidoczne dla nikogo poza nim. W dzieciństwie miałem słabe płuca i nigdy nie był ze mnie biegacz, instynktownie jednak rozumiałem ów przypływ energii, którego maratończycy doświadczają zwykle przy czterdziestym kilometrze, czyli przed finiszem. Większą tajemnicą pozostaje dla mnie to, co podtrzymuje ich na trzydziestym czwartym, trzydziestym piątym i trzydziestym szóstym kilometrze. Na tym etapie bowiem poziom ketonów tak wzrasta, że nogi stają się sztywne, a kwasica grozi zduszeniem woli i wyłączeniem organizmu. Pierwszy człowiek, który zdołał przebiec maraton, z miejsca padł trupem, i nic dziwnego - taki dystans wymaga skrajnej wytrwałości i pokonanie go, bez względu na to, ile osób obecnie to robi, wciąż pozostaje niezwykłym osiągnięciem. Gdy więc popatrzyłem za moim uprzednim towarzyszem drogi i pomyślałem o śmierci Filippidesa, ujrzałem sytuację w jaśniejszym świetle. To mnie - człowiekowi równie samotnemu, który wszakże znacznie gorzej wykorzystał ten poranek - należało się politowanie.
Wkrótce dotarłem do dużego sklepu Tower Records na rogu Sześćdziesiątej Szóstej Ulicy i ze zdziwieniem ujrzałem przed nim znaki z informacją, że zarówno sam sklep, jak i prowadząca go firma kończą działalność. Byłem w nim już niejeden raz i wydałem tam zapewne setki dolarów - wydało mi się więc, że powinienem zajrzeć do środka, nim interes na dobre się zwinie. Choćby przez wzgląd na dawne czasy. Wszedłem, przyciągnięty również obietnicą zniżek na wszystkie artykuły, choć nie miałem szczególnej ochoty niczego kupować. Winda zabrała mnie na drugie piętro, gdzie znajdował się bardziej niż zwykle ruchliwy dział z muzyką klasyczną, zajęty chyba w całości przez mężczyzn w średnim i podeszłym wieku. Wszyscy byli ubrani w bure płaszcze i przeglądali pojemniki z CD z cierpliwością przywodzącą na myśl pasące się zwierzęta. Niektórzy trzymali czerwone koszyki zakupowe, do których odkładali wybrane płyty, inni przyciskali błyszczące plastikowe opakowania do piersi. Z głośnika leciał Purcell - podnoszący na duchu hymn, w którym natychmiast rozpoznałem jedną z urodzinowych ód do królowej Marii. Zwykle nie podobało mi się to, co puszczano w sklepach muzycznych. Psuło mi przyjemność rozmyślania o innych rodzajach muzyki. W sklepach płytowych - uważałem - powinna panować cisza; tam przecież, bardziej niż w jakimkolwiek innym miejscu, umysł winien pozostać niezmącony. W tym jednak przypadku - ponieważ rozpoznałem utwór i ponieważ go uwielbiałem - nie czułem, że mi przeszkadza.
W następnej kolejności puścili coś zupełnie innego, ale i tę melodię od razu poznałem: była to pierwsza część Pieśni o ziemi, jednej z późnych symfonii Mahlera. Wróciłem do przeglądania płyt - przechodziłem od pojemnika do pojemnika, od kolejnych wydań symfonii Szostakowicza w wykonaniu dawno zapomnianych orkiestr regionalnych ze Związku Radzieckiego po recitale chopinowskie grane przez młodziutkich zdobywców drugich miejsc w konkursie Van Cliburna. Doszedłem do wniosku, że ceny nadal niedostatecznie opuszczono, i straciłem zainteresowanie zakupami, wreszcie za to zacząłem się oswajać z dobiegającą z góry muzyką i wczuwać się w dziwne odcienie jej świata. Stało się to podświadomie, lecz nie minęło dużo czasu, a dałem się porwać i poczułem się tak, jakby spowijał mnie prywatny mrok. Pogrążony w tym transie, sunąłem od jednego rządku płyt do drugiego, przeglądałem plastikowe okładki, magazyny i wydruki partytur, przysłuchując się zarazem, jak jedna po drugiej rozbrzmiewają kolejne części wiedeńskiej kompozycji. Gdy w drugiej z nich usłyszałem głos Christy Ludwig, śpiewającej o jesiennej samotności, rozpoznałem słynne wykonanie pod batutą Ottona Klemperera z roku 1964. Za tym odkryciem poszło następne: że mianowicie muszę poczekać na emocjonalne jądro utworu, które Mahler zawarł w ostatniej części symfonii. Usiadłem na jednej z twardych ławek przy stanowiskach do słuchania i zatopiłem się w refleksji, za przewodem Mahlera wędrując poprzez pijaństwo, tęsknotę, bombastyczność, młodość (oraz jej uwiąd) i urodę (oraz jej uwiąd). Wreszcie rozbrzmiała ostatnia część, Der Abschied, Pożegnanie; w miejscu, gdzie Mahler zwykle podawał tempo, oznaczył ją słowem schwer - trudna.
Piękno i ptasie trele, skargi i szaleństwa poprzednich części zostały teraz zastąpione zgoła innym nastrojem - mocniejszym, mającym w sobie mniej wahania. To było tak, jakby bez ostrzeżenia zaświecono mi w oczy reflektorami. Ale nie byłem w stanie w pełni dać się ponieść muzyce, nie w tak publicznym miejscu. Odłożyłem na najbliższy stolik kilka płyt, które trzymałem w jednej ręce, i wyszedłem. Udało mi się wbiec do pociągu metra akurat wtedy, gdy zamykały się drzwi. Teraz już tłum z maratonu powoli zaczynał się przerzedzać. Usiadłem wygodnie. Pięcionutowy motyw Pożegnania nadal rozbrzmiewał w mojej głowie od miejsca, w którym uciekłem ze sklepu, i to tak namacalnie, że miałem wrażenie, jakbym wciąż tam był i fizycznie go słuchał. Czułem drewnianość klarnetów, żywiczność skrzypiec i wioli, wibracje kotłów oraz spajającą to wszystko inteligencję, która ciągnęła je w nieskończoność po linii melodycznej. Przeładowało to moją pamięć. Pieśń podążyła za mną do domu.
Muzyka Mahlera towarzyszyła moim zajęciom przez cały następny dzień. Nagle nawet najzwyklejsze drobiazgi w szpitalu nabrały jakiejś nowej intensywności: pobłysk szklanych drzwi przy wejściu do Milstein Building, stojące na parterze stoły do badań i nosze na wózkach, sterty dokumentacji pacjentów na oddziale psychiatrycznym, światło padające z okien w kafeterii, chylące się z wysokości głowy budynków - zupełnie jakby precyzyjna faktura orkiestry została przetransponowana na świat widzialny i jakimś sposobem każdy jego detal zyskał na wartości. Jeden z pacjentów usiadł przede mną z nogą założoną na nogę i nawet jego zawieszona w powietrzu prawa stopa, podrygująca w wypucowanym czarnym bucie, jawiła mi się jako element owej zawiłej muzycznej rzeczywistości.
Słońce już zachodziło, gdy wyszedłem ze szpitala Columbia Presbyterian, i niebo przybrało wygląd blachy. Podjechałem metrem do Sto Dwudziestej Piątej Ulicy i czując się znacznie mniej skołowany niż zwykle w poniedziałek wieczorem, ruszyłem do domu okrężną drogą, żeby przejść się przez Harlem. Patrzyłem na żwawe targi ulicznych sprzedawców: senegalskich handlarzy suknami, młodych mężczyzn sprzedających pirackie płyty DVD, na stoiska organizacji Naród Islamu. Widziałem wydawane własnym sumptem publikacje, koszule dashiki, plakaty z hasłami wyzwolenia czarnych, kadzidełka, flakoniki z pachnidłami i olejkami zapachowymi, bębenki djembe i różne afrykańskie kurzołapki dla turystów. Na jednym stoliku wyeksponowano powiększone fotografie przedstawiające sceny linczów popełnianych na Afroamerykanach na początku XX wieku. Za rogiem, na St. Nicholas Avenue, gromadzili się kierowcy czarnych taksówek na telefon. Palili papierosy i rozmawiali, czekając na pasażerów potrzebujących przewozu poza zwykłymi godzinami pracy. Młodzi mężczyźni w bluzach z kapturami - uczestnicy nieoficjalnej ekonomii - przekazywali sobie wiadomości i małe, zawinięte w nylon paczuszki, wykonując przy tym choreografie nieczytelne dla nikogo poza nimi samymi. Jakiś starszy mężczyzna o poszarzałej twarzy i wyłupiastych pożółkłych oczach, który przechodził obok, podniósł rękę, aby mnie pozdrowić. Odpowiedziałem na ten milczący gest, bo sądziłem przez chwilę, że na pewno go znam albo znałem, albo przynajmniej już go kiedyś widziałem - lecz szybko odrzucałem wszystkie kolejne możliwości, a na koniec przestraszyłem się, że tempo tych umysłowych dysocjacji wytrąci mnie z rytmu. Obejrzałem się i zobaczyłem, jak czarny kaptur nieznajomego wtapia się w któreś nieoświetlone drzwi. Nocą na Harlemie nie było żadnych białych.
W sklepie kupiłem chleb, jajka i browar, obok zaś, w jamajskiej knajpie - curry z koziną, żółte plantany i ryż z groszkiem na wynos. Naprzeciwko mieścił się Blockbuster - sam co prawda nigdy nie wypożyczyłem u nich żadnego filmu, ale zdziwiłem się, gdy tam również ujrzałem informację o tym, że zwijają interes. Jeśli nie byli w stanie się utrzymać w dzielnicy pełnej studentów i rodzin z dziećmi, oznaczało to, że ich model biznesowy już się nie podniesie i że wszelkie próby, które ostatnio podejmowali (i które sobie teraz przypomniałem) - typu obniżka cen za wypożyczanie, intensywne kampanie reklamowe i zniesienie kar za nieterminowe zwroty płyt - przyszły za późno. Pomyślałem o Tower Records - mimowolne skojarzenie, na które nic nie mogłem poradzić, bo oba przedsiębiorstwa przez długi czas dominowały w swoich branżach. Dorobiły się i zyskały sławę, niszcząc lokalne mniejsze firmy, które istniały wcześniej. Poruszający wydał mi się nie tylko sam fakt, że owe utrwalone elementy mojego mentalnego krajobrazu miały wkrótce zniknąć, lecz także szybkość i beznamiętność, z jakimi rynek połykał nawet najwytrwalszych graczy. Firmy, które jeszcze przed kilku laty wydawały się nie do ruszenia, teraz znikały w ciągu, zdałoby się, paru tygodni. A odgrywane przez nie role, jakkolwiek znaczące, miały teraz przejść na kogoś innego - na ocaleńców, którzy przez krótką chwilę będą się wydawali niezwyciężeni, lecz w swoim czasie również zostaną pokonani za sprawą nieprzewidywalnych zmian. I oni też odejdą kiedyś w zapomnienie.
Gdy zbliżałem się z zakupami do swojego bloku, zauważyłem znajomą postać: mężczyznę mieszkającego po sąsiedzku. Właśnie wchodził do środka. Nie znałem go dobrze, w gruncie rzeczy prawie wcale, i musiałem się zastanowić, nim sobie przypomniałem, jak się nazywa. Był nieco po pięćdziesiątce i sprowadził się do budynku w zeszłym roku. Wreszcie odgrzebałem w pamięci jego imię: Seth.
Zamieniłem słowo z nim i jego żoną Carlą, kiedy się wprowadzali, ale od tamtej pory prawie nie mieliśmy kontaktu. Seth był emerytowanym pracownikiem społecznym i teraz realizował życiowe marzenie o zrobieniu drugiego dyplomu, tym razem z języków romańskich. Wpadałem na niego mniej więcej raz na miesiąc pod blokiem albo przy skrzynkach pocztowych. Carla, którą przez cały ten czas spotkałem może ze dwa razy, również przeszła już na emeryturę - wcześniej była dyrektorką jakiejś szkoły na Brooklynie i do tej pory zachowali tam dom. Kiedyś, gdy spędzałem wolny dzień ze swoją dziewczyną Nad?ge, Seth zapukał do drzwi i zapytał, czy przypadkiem gram na gitarze. Odparłem, że nie, a wtedy wyjaśnił, że często bywa popołudniami w domu i że czasami przeszkadza mu hałas z moich głośników (bo to na pewno te głośniki, powiedział, choć muzyka brzmi jak na żywo). Dodał jednak - z autentyczną sympatią w głosie - że w weekendy nigdy ich nie ma, więc od piątkowego popołudnia możemy hałasować, ile dusza zapragnie. Zrobiło mi się przykro i przeprosiłem. Od tamtej pory starałem się nie zakłócać im spokoju i temat już nie wrócił.
Seth przytrzymał dla mnie drzwi. On też był na zakupach i miał ze sobą kilka reklamówek. Chłodno się robi, zauważył. Nos i uszy miał zaróżowione, a oczy wilgotne. Tak, tak, rzeczywiście, odparłem, nawet się zastanawiałem, czy nie podjechać ze Sto Dwudziestej Piątej taksówką. Seth pokiwał głową. Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Przyjechała winda. Wysiedliśmy na siódmym piętrze, a kiedy ruszyliśmy korytarzem, szeleszcząc torbami, zapytałem, czy on i jego żona nadal co weekend wyjeżdżają. O tak, w każdym tygodniu, odparł Seth, ale teraz jeżdżę już tylko ja, Juliusie. Carla zmarła w czerwcu. Miała atak serca.
Tak mnie to zszokowało, że przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć, zupełnie jakby poinformowano mnie o czymś niesłychanym. Strasznie mi przykro, rzekłem wreszcie. Seth tylko przechylił głowę i szliśmy dalej. Spytałem, czy był w stanie zrobić sobie przerwę od zajęć. Powiedział, że nie, przez cały ten czas nadal studiował. Przelotnie położyłem rękę na jego ramieniu i powtórzyłem, jak bardzo mi przykro. Podziękował, ale wydawał się nieco speszony - musiał radzić sobie z moim spóźnionym szokiem z powodu czegoś, co dla niego było znacznie bardziej osobiste, a jednocześnie znacznie odleglejsze w czasie. Zabrzęczeliśmy kluczami i on wszedł do mieszkania numer dwadzieścia jeden, a ja - dwadzieścia dwa. Zamknąłem za sobą drzwi i usłyszałem, jak on też zamyka swoje. Nie włączyłem światła. W sąsiednim pokoju zmarła kobieta - zmarła po drugiej stronie ściany, o którą się opierałem - a ja nie miałem o tym pojęcia. Jej mąż opłakiwał ją przez te wszystkie tygodnie, tymczasem ja nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, kiedy ze słuchawkami na uszach kiwałem mu głową albo składałem swoje rzeczy w pralni, podczas gdy on korzystał z pralki. Nie znałem go na tyle, by rutynowo zagadywać, jak się miewa Carla, i nie zwróciłem uwagi na to, że przestałem ją widywać. I właśnie to było najgorsze. Że nie zauważyłem ani jej nieobecności, ani zmiany w jego nastroju, bo przecież musiała zajść jakaś zmiana. I że nie mógłbym - nawet wtedy, kiedy to się wydarzyło - zapukać do jego drzwi i go przytulić albo z nim pogadać. Taka intymność byłaby fałszywa.
Wreszcie włączyłem światło i wszedłem dalej. Wyobraziłem sobie Setha zmagającego się z zadaniami domowymi z francuskiego i hiszpańskiego, z odmianą czasowników, ślęczącego nad tłumaczeniami, kującego słówka, piszącego wypracowania. Gdy odkładałem zakupy, próbowałem sobie przypomnieć, kiedy właściwie zapukał do mnie z tym pytaniem, czy gram na gitarze. Wreszcie nabrałem pewności, że to było przed, nie zaś po śmierci jego żony, i poczułem pewną ulgę, którą niemal natychmiast zastąpił wstyd. Ale i ta emocja wreszcie osłabła - właściwie, skoro już o tym mowa, to stało się to o wiele za szybko.
[1] William Langland, Widzenie o Piotrze Oraczu, przeł. Przemysław Mroczkowski, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1983, s. 5.
Rozmawiałem z Nad?ge przez telefon - to było kilka dni później, wieczorem - gdy nagle usłyszałem z oddali jakieś hałasy. Początkowo prawie nieuchwytne, ale w kilka sekund zbliżyły się i przybrały na sile. Pojedynczy głos, kobiecy, krzyknął coś - i odpowiedział mu tłum. Gdy powtórzyło się to parę razy, zdałem sobie sprawę, że zgromadzenie składa się w większości lub nawet w całości z kobiet. Powietrze przeszyły odgłosy kilku gwizdków, ale bynajmniej nie brzmiało to jak żadna zabawa - tyle wiedziałem, jeszcze zanim otworzyłem okno i wyjrzałem na zewnątrz. Chodziło o coś poważnego. Słychać było bębny, które wraz z przybliżaniem się pochodu nabierały coraz bardziej wojowniczego charakteru (moje myśli pobiegły w stronę myśliwych wypłaszających zające z nor). Godzina była późna, sporo po dwudziestej drugiej. Kilkoro sąsiadów z naprzeciwka też wychyliło się z okien; wszyscy wyciągnęliśmy głowy w stronę Amsterdam Avenue. Głos przewodzący demonstracji stał się jeszcze bardziej donośny, ale nie mogłem wyłapać słów, a większość maszerującego ku nam pochodu wciąż była skryta pod osłoną ciemności. Wreszcie wszedł on w zasięg latarń i dopiero wtedy zobaczyłem, że biorą w nim udział same młode kobiety, a skandowane hasła stały się wyraźniejsze. Nasza siła, nasza moc, krzyczał ów pojedynczy głos. Odpowiadały mu słowa: Nasze miasto, nasza noc.
Demonstracja składająca się z kilkudziesięciu ciasno skupionych osób przeszła pod moim oknem. Przyglądałem jej się z wysokości kilku pięter. Twarze uczestniczek wyłaniały się w świetle latarni i na powrót niknęły. My do życia prawo mamy i zastraszyć się nie damy. Zamknąłem okno. Na zewnątrz panował tylko nieco większy chłód niż w mieszkaniu. Wcześniej tego wieczoru poszedłem na spacer do parku nad rzeką, od Sto Szesnastej do Dziewięćdziesiątej i z powrotem. Nie było zimno i przez cały czas, kiedy przyglądałem się psom i ich właścicielom - chyba wszyscy obierali te same ścieżki co ja, bo poruszałem się w nieskończonym strumieniu pitbulli, jack russell terierów, owczarków alzackich, wyżłów weimarskich i kundli - zastanawiałem się, skąd taka łagodna pogoda w środku listopada.
Gdy już zawróciłem i ruszyłem z powrotem pod górkę, tuż za rogiem Sto Dwudziestej Pierwszej wpadłem na przyjaciela, który mieszkał kilka ulic ode mnie. Przywitałem się i chwilę pogadaliśmy. Był to młody wykładowca na wydziale geonauk, miał za sobą cztery z siedmiu niepewnych lat mających prowadzić do stałego etatu. Spektrum jego zainteresowań było jednak szersze, niż wskazywałaby na to specjalizacja zawodowa, i właśnie na tym opierała się częściowo nasza przyjaźń: miał bardzo zdecydowane - i często sprzeczne z moimi - opinie o książkach i filmach, do tego przez dwa lata mieszkał w Paryżu, gdzie nabrał zamiłowania do modnych filozofów pokroju Badiou i Serres'a. Jakby tego było mało, uwielbiał szachy i był czułym ojcem dla swojej dziewięciolatki, która przez większość czasu mieszkała z matką na Staten Island. Obydwaj żałowaliśmy, że obowiązki zawodowe nie pozwalają nam spędzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chcieli.
Szczególną pasją mojego przyjaciela był jazz. Większość imion i stylów, którymi się zachwycał, niewiele dla mnie znaczyła (zdaje się, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych było nieskończenie wielu świetnych muzyków jazzowych o nazwisku Jones). Wiedziałem jednak - mimo swej ignorancji - że jego gust jest niezwykle wyrafinowany. Nierzadko powtarzał, że kiedyś siądzie do pianina i pokaże mi, na czym polega jazz, i że gdy wreszcie zrozumiem blue notes i swung notes, wtedy niebiosa się rozstąpią i moje życie się odmieni. Nawet mu wierzyłem i od czasu do czasu trochę się przejmowałem, dlaczego ów najbardziej amerykański ze wszystkich gatunków muzycznych nie budzi we mnie prawie żadnych emocji. Za często wydawał mi się zwyczajnie przesłodzony, wręcz mdły, a już szczególnie nie lubiłem go w roli muzyki w tle. W trakcie naszej pogawędki po drugiej strony ulicy śpiewał jakiś bezdomny i z porywami wiatru dolatywały do nas strzępy jego głosu.
Przyjemne rozmyślania zakłóciło mi przeczucie rozmowy, którą miałem odbyć tego wieczoru z Nad?ge. Jakie to było dziwne, gdy parę godzin później słuchałem jej napiętego głosu w kontrapunkcie do demonstrantek na ulicy. Kilka tygodni wcześniej przeniosła się do San Francisco i postanowiliśmy, że postaramy się utrzymać związek na odległość, ale to były tylko słowa, wcale tak nie myśleliśmy.
Próbowałem wyobrazić ją sobie w tym tłumie, lecz nie przyszedł mi do głowy żaden obraz, nie potrafiłem też przywołać jej twarzy tak, jakby była tu ze mną w pokoju. Głosy protestujących szybko przycichły i demonstracja odpłynęła ze swymi flagami i gwizdkami w stronę Morningside Park. W dalszym ciągu rozbrzmiewał przyspieszający tętno łomot ich wojennego bębna, lecz wreszcie i on zbladł, i słyszałem już tylko stłumiony głos Nad?ge po drugiej stronie. To było bolesne - takie stopniowe oddalanie się od siebie - ale żadnego z nas nie zaskoczyło.
Następnego wieczoru w metrze linii numer jeden zobaczyłem kalekę, który przechodził z wagonu do wagonu, ciągnąc za sobą bezwładną nogę. Modulował głos tak, by wydawał się wyższy i cieńszy - w ten sposób chciał sprawić wrażenie większej słabości. Z kolei parę minut później, gdy już wysiadłem, ujrzałem na peronie jakiegoś niewidomego. Jego długa biała laska zakończona była piłeczką do tenisa. Zamiatał nią wąskim łukiem przed sobą i obok siebie. Gdy pojawiło się niebezpieczeństwo, że spadnie na tory (przynajmniej tak mi to wyglądało), podszedłem i zapytałem, czy mogę mu jakoś pomóc. O nie, odparł, o nie, czekam tylko na pociąg, dziękuję. Zostawiłem go więc i odszedłem w stronę wyjścia. Dokładnie w tym momencie ku swemu zdziwieniu zobaczyłem innego niewidomego, również z długą białą laską zakończoną piłeczką do tenisa, jak wstępuje przede mną na schody i wjeżdża w światłość.
Przyszło mi do głowy, że pewne rzeczy, które widzę dokoła siebie, dzieją się za sprawą Obatali, demiurga, któremu Olód?mar? powierzył stworzenie z gliny ludzi. Obatali dobrze szło, póki nie zaczął pić. Im więcej pił, w tym większe popadał upojenie, i wtedy zaczął lepić wadliwe istoty ludzkie. Jorubowie wierzą, że właśnie pod wpływem pijaństwa uczynił karłów, kaleki, ludzi bez kończyn i cierpiących na straszne choroby. Wreszcie Olód?mar? musiał odebrać mu przydzielone zadanie i własnoręcznie dokończyć dzieło stworzenia ludzkości. Na skutek tego wszystkiego osoby cierpiące na dolegliwości fizyczne uważają się za wyznawców Obatali. Ciekawa ta ich relacja - oparta nie na miłości czy uwielbieniu, ale na antagonizmie. Ich cześć oddawana Obatali jest oskarżeniem; to on ich takimi uczynił. Ubierają się na biało, czyli w kolor swego bóstwa - i kolor wina palmowego, którym się spoiło.
Już od kilku miesięcy nie byłem w kinie. Koło dwudziestej drugiej zaszedłem do księgarni, jednej z tych słynnych sieciówek, żeby zabić czas przed seansem, i wchodząc, przypomniałem sobie książkę, na którą od dawna chciałem rzucić okiem: Potwora z Nowego Amsterdamu - biografię pióra jednej z moich pacjentek. Szybko ją znalazłem i usiadłem w cichszym kącie między regałami, żeby poczytać. V. - adiunktka na Uniwersytecie Nowego Jorku i członkini plemienia Delawarów - oparła ją na swojej rozprawie doktorskiej z Uniwersytetu Columbia. To było pierwsze całościowe opracowanie na temat Cornelisa Van Tienhovena, który zasłynął w XVII wieku jako schout Nowego Amsterdamu - urzędnik egzekwujący prawo wśród holenderskich osadników na Manhattanie. Przybył tu w roku 1633 jako sekretarz Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, lecz w miarę jak wspinał się po drabinie społecznej, zasłynął ze swojej brutalności - między innymi z tego, że poprowadził najazd na Long Island, wymordował mieszkujących tam Indian Canarsie i wrócił z głowami ofiar ponabijanymi na piki. Kiedy indziej stanął na czele wyprawy, w trakcie której zamordowano ponad setkę niewinnych członków plemienia Hackensack. Książka V. stanowiła ponurą lekturę. Roiło się w niej od brutalnych wydarzeń, a w przypisach końcowych przytoczone były siedemnastowieczne źródła kronikarskie, spisane ówczesnym niewzruszonym, nabożnym językiem, przez który masowy mord jawił się jako coś niewiele gorszego niż niefortunny efekt uboczny wynikający z kolonizacji tych ziem. Owo cierpliwe wyliczanie zbrodni w Potworze z Nowego Amsterdamu kojarzyło mi się z biografami Pol Pota, Hitlera czy Stalina, które niemal zawsze trafiały na szczyty list bestsellerów. Zgodnie z naklejką na okładce mojego egzemplarza książkę nominowano do Nagrody National Book Critics Circle. W recenzjach na skrzydełku wiodący amerykańscy historycy rozpływali się w zachwytach i chwalili V. za to, że rzuca światło na zapomniany rozdział w historii kolonializmu. Właśnie dzięki tym wyrazom uznania ze strony krytyków, które od kilku lat migały mi niekiedy w trakcie przeglądania prasy, znałem nazwisko V. i miałem pewne pojęcie na temat jej sukcesów zawodowych, jeszcze zanim została moją pacjentką.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.