Miasto skąpane w srebrnym gołębim puchu - Ksawera Kudlek

Kup ebooka

50.48 zł
41.90 zł (42,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kadr z dzieciństwa

Dzieciństwo i jakże inne miasto.

Kamienice bardziej szare

i domy, które już nie istnieją,

za to park w zieleń bogatszy.

Na rynku rosły wysokie drzewa;

stał smukły Krzyż pod Kościołem;

duża restauracja "Pod Lipami";

lokal taki znakomitszy.

Koło Kościoła Piotra i Pawła

na rogu fryzjer nam znany,

a dalej niepozorny budynek,

w którym wystawowe okna;

duże, obszerne i bardzo nisko,

a na wystawie cudeńka.

Następnie szewc, wesoły, serdeczny

i ciągle młoteczkiem stukał.

Dalej mały targ z warzywami,

na który lubiłam chodzić

i między pełnymi straganami

owoce wypatrywałam:

tu malinówki, a tam kosztele,

na drugim straganie gruszki;

duże i żółte, soczyste klapsy;

tak się nimi zajadałam!

A Krakowska...Cała kolorowa;

pełno tam różnych sklepików:

były z obuwiem i ubraniami

i "Delikatesy" duże.

Jeden "Jubiler" z kosztownościami,

schowany sklep w podwórzu,

a wystawy zrobione na zewnątrz,

szklane, okrągłe, w murze.

Niżej Krakowskiej mała lodziarnia,

w której stoliki okrągłe,

a krzesełka, jakby wyrzeźbione;

blaty stołów marmurowe.

Tam wchodziliśmy na smaczne lody

i bitą śmietanę w waflach;

niezapomniany aromat lodów;

pyszne były waniliowe.

Takie to były Tarnowskie Góry,

wtulone w zielone łąki...

Można dużo o nich pięknie pisać:

"Kolejarzu", starej poczcie,

dużej stacji, pociągach piętrowych,

które z kominów dymiły

i o Miasta pięknej panoramie,

w całej malowniczej szacie.

Wspomnienia z przed lat

Kiedy słyszę bicie dzwonów

w Kościele Piotra i Pawła,

wspominam ten zimowy dzień,

kiedy byłam jeszcze dzieckiem.

Szłam chodnikiem z moją mamą

trzymając się jej za rękę.

Dookoła było biało;

miasto przysypane śniegiem.

W miejskim parku spały drzewa

i ławeczki też drzemały.

Było cicho i spokojnie,

a ja szłam rozradowana,

bo do Domu Katechety

miał przyjechać wnet Mikołaj...

I przyjechał; było pięknie,

lecz ja byłam zszokowana!

Z Mikołajem na swych skrzydłach

Aniołowie przylecieli;

wszystkim dzieciom w białych workach

prezenciki rozdzielili.

Było ciasto i pierniki,

ktoś na skrzypcach grał kolędę.

Śmiech i radość tam gościły

i konfetti rozrzucili.

Zapadł zmrok; wracam do domu,

blask lamp pada na ślizgawki,

które dzieci wyślizgały

idąc do Parkowej Szkoły.

Ja biegnę przed swoją mamą

i każdą z nich zaliczam,

patrząc w górę, w ciemne niebo,

z którego sypie śnieg biały.

Zapatrzona w srebrne gwiazdki

nie zauważyłam kiedy

nagle znikła moja mama,

a ja na Krakowskiej stojąc,

dałam taki głośny koncert,

że w przestrachu kamienice

otwarły zaspane oczy

w mój ryk okna swe wtapiając.

Mama zaraz się znalazła,

wychodząc z delikatesów

i mi gniewnie przykazała,

że mam słuchać, kiedy woła,

a nie chodzić z głowa w chmurach

i później taki cyrk robić,

stawiając na równe nogi

Tarnowskie Góry dokoła.

Taka była ta przygoda,

która zaczęła się pięknie

z Mikołajem, Aniołami

w mroźny pokryty śniegiem dzień.

Nigdy później moje Miasto

wstrząsu większego nie znało,

bo dostałam swą nauczkę,

a dał mi ją tamten grudzień.