Prolog
List do ludzkości
Nadszedł ten dzień, chwila, na którą czekałem przez całe życie. Siedzę
tu - nad jednym ze szkockich jezior, czekając na Waszą zagładę. Wydałem
fortunę na badania, stare księgi, podróże - wszystko po to, żeby trafić
właśnie tutaj. Udowodnię Wam, niedowiarkom, że miałem rację, że nie
zwariowałem, a to Wy jesteście naprawdę ślepi. Ja, jeden z najbogatszych
ludzi na świecie, znany biznesmen, przywrócę ich istnienie. Zaledwie
kilka kroków dzieli mnie od miejsca, w którym historia zaczyna się i kończy, w którym żyją stworzenia nieświadome nas, tak jak my jesteśmy
nieświadomi ich. Zapomniane i odrzucone przez ludzkość. W Waszym
mniemaniu potwory, które według praw natury nie powinny istnieć. Przez
wieki negowane, odrzucane z obawy przed ich siłą. Kiedy Wy
zatrzymaliście się, zagapieni w ekrany, ja parłem do przodu, odkrywając
to, co ukryte. Odnalazłem rzeczy, o których do końca Waszych dni nie
będziecie mieć pojęcia, rzeczy, w które nie chcecie wierzyć. Myślicie,
że jesteście władcami tego świata, jego panami, którzy mogą robić, co im
się żywnie podoba. Pokażę Wam, jak bardzo się mylicie, i przywrócę ład.
Przywrócę tym stworzeniom dom, który im zabraliście. Razem z nimi
przywrócimy światu jego naturalny bieg, pozbywając się tych, którzy nie
mają przyszłości. Jeśli to czytacie, to znak, że wszystko już się
zaczęło, a Wasz kres jest bliski.
Park Kihoon
Napisał ostatnie słowa i schował list do kieszeni kurtki. Jeśli uda mu
się przetrwać, ten list trafi do programów informacyjnych na całym
świecie. Będą go cytować w telewizji i w internecie, nie wiedząc, że to
ich koniec. Skupiony na swoim celu, nie zwrócił uwagi na ciemne chmury
zbliżające się w jego stronę. Nawet mroźna mżawka intensywnie otulająca
jego sylwetkę nie zrobiła na nim wrażenia. Krzaki zacieśniały się coraz
bardziej dookoła niego, zupełnie jakby chciały uniemożliwić mu dalszą
wyprawę, jakby natura wokół chciała go zatrzymać.
Wiedział, że tak będzie. Szedł dalej, a kiedy z każdym krokiem zbliżał
się do ciemnej jamy, czuł, jak adrenalina rozchodzi się po jego ciele.
Według księgi, którą w końcu udało mu się przetłumaczyć, to właśnie tu
żyły ostatnie stworzenia z tego gatunku. Najstarsze i najmądrzejsze,
czekające na kogoś, kto pokaże im drogę. Przecisnął się przez szczelinę
i znalazł się w wypełnionej mrokiem jaskini. Ciszę przerwał głośny
chlust wody. Całe ciało trzęsło mu się z ekscytacji. Moment, na który
tyle czekał....
- Wihdem... - usłyszał gardłowy dźwięk.
- Ikrem ze da?
- Potre ge amawa!1 - krzyknął mężczyzna, a echo jego głosu
odbiło się od pustych ścian jaskini.
***
Gdy Artur lądował na lotnisku we Wrocławiu, zawsze czuł spokój. Jednak
tym razem jasne błyski za małym owalnym oknem przyprawiały go o lekkie
dreszcze. Wytarł spocone ręce o bawełniane spodnie, a kolejny grzmot
przeciął dźwięk silników. Wziął głęboki wdech i przestawił zegarek na
odpowiednią strefę czasową, próbując odwrócić uwagę od burzy za oknem.
Dziwne, powinna być dopiero szesnasta, więc dlaczego jest tak ciemno?
Może się pomyliłem, przemknęło mu przez głowę. Zaczepił przechodzącą
korytarzem stewardesę i zapytał o godzinę, ale ona tylko potwierdziła
czas, który wyliczył. W takim razie zamiast słonecznego lata,
przywitała mnie ulewa, pomyślał.
Mimo turbulencji spowodowanych silnym wiatrem samolot zgrabnie wylądował
na pasie, lekko odbijając się od czarnego asfaltu. Nie minęło nawet pół
godziny, a Artur już odebrał bagaże i kierował się do wyjścia.
Przystanął przed szklaną ścianą, patrząc, jak wielkie krople deszczu
rozbijają się o szkło, zupełnie jakby chciały się dostać do środka.
Odważył się wyjść na zewnątrz i szybko wsiadł do jednej z białych
taksówek stojących na postoju. Usiadł na twardym siedzeniu, a zapach
taniego tytoniu roznoszący się w środku przyprawił go o nagły ból głowy.
Wymusił uprzejmy uśmiech i podał adres, pod który chciał się dostać.
- O, chyba pan z ciepłych krajów wraca, co? - zauważył kierowca,
zerkając w lusterko. - Takiej opalenizny to ja nie mam, nawet jak przez
cały urlop na plaży leżę.
- Ha, ha - zaśmiał się. - Prawda, wracam z długiej podróży.
- A ja pana chyba gdzieś widziałem... - kontynuował taksówkarz,
wpatrując się intensywnie w jego odbicie, jakby spotkał kolegę z czasów
podstawówki i próbował przypomnieć sobie jego imię. Artur odwrócił lekko
głowę w stronę okna. Nie miał ochoty na rozmowy o niczym z mężczyzną,
którego po wyjściu z samochodu nigdy więcej nie zobaczy.
- Może w telewizji? Zdarza mi się występować w programach podróżniczych
- odparł w końcu zrezygnowany, nie mogąc już znieść świdrującego
spojrzenia kierowcy.
- No, tak! Pan Artur Armatys! Jasne! Widziałem ostatnio powtórkę pana
podróży z Egiptu! Uwielbiamy pana programy! Co tydzień oglądamy przy
niedzielnym obiedzie. Napisze pan autograf dla żony?
- Jasne - rzucił i wyjął z kieszeni torby zeszyt i długopis, które miał
zawsze przygotowane właśnie na takie sytuacje.
Zaniepokoił się o swoje bezpieczeństwo, gdy kierowca prawie puścił
kierownicę, żeby wziąć od niego podpisaną kartkę, ale po chwili jechali
już dalej przez miasto. Na nieszczęście dla Armatysa kierowca okazał się
jednym z tych gadatliwych taksówkarzy. Pasażer starał się być miły,
jednak po kilkunastogodzinnej podróży to wcale nie było łatwe. Wymuszony
uśmiech coraz bardziej przypominał grymas. Zerkał za okno na mijane
budynki i od czasu do czasu kiwał głową, udając, że słucha plotek
opowiadanych przez mężczyznę. Właśnie minęli kawiarnię przy rynku, gdzie
poznał swoją żonę Justynę. Ile lat to już minęło? Zaśmiał się cicho, gdy
przypomniał sobie, jak podczas pierwszego spotkania wylała na niego
swoje americano. Kto by pomyślał, że to przez kawę zaczną się spotykać,
aż w końcu wezmą ślub i będą mieli piękną córkę.
- Ha, ha, dobre, prawda? - zaśmiał się głośno taksówkarz, a Armatys mu
zawtórował, nie chcąc dać po sobie poznać, że zupełnie odpłynął.
W końcu wrócił do domu. Jako prowadzący znany program podróżniczy
zwiedził wszystkie kontynenty. Już nawet przestał liczyć, ile krajów w życiu zwiedził i ilu ludzi poznał, jednak nigdzie nie czuł się tak
dobrze jak tu. Ostatnia podróż była naprawdę wykańczająca, więcej czasu
spędził w autobusach, pociągach i samolotach, niż usiedział w jednym
miejscu. Teraz w końcu będzie mógł przez chwilę odpocząć.
Będąc na wieży Eiffla czy na Wielkim Murze Chińskim, tak naprawdę chciał
się znaleźć tutaj. W tej kafejce, w której poznał żonę. Chciał iść na
zakończenie roku szkolnego ich córki, zjeść razem pizzę na kanapie,
oglądając telewizję. Od dawna wiedział, że nie będzie mógł sobie
pozwolić na zwykłe życie. Ale przynajmniej dziś wróci do siebie,
przytuli Justynę i przywita córkę, wręczając jej prezent, o jakim marzy
każda nastolatka.
Coraz silniejsze odgłosy spadającego na szybę deszczu sprowadziły go na
ziemię.
- Grad o tej porze roku? - zapytał bardziej siebie niż kierowcę.
- Ano, już od kilku dni taka pogoda. Dla nas to dobrze, nikt nie chce
chodzić pieszo, ale czasem aż strach jeździć, jak klient się śpieszy.
- Niedobrze, ostatni raz, jak widziałem taką burzę... - zaczął, lecz
szybko przerwał, bo zdał sobie sprawę, co musiałby teraz powiedzieć.
- Przerwano kręcenie programu? - dopytywał mężczyzna.
- Tak, dokładnie tak - odetchnął z ulgą, że nie musi na szybko wymyślać
kłamstwa.
Z niepokojem zerknął na niebo. Uważnie przyglądał się ciemnym chmurom, a jego ciało reagowało dreszczem na każdą większą błyskawicę. Po dłuższej
chwili, gdy nie zauważył nic nadzwyczajnego, zmusił się do konwersacji z kierowcą, próbując w ten sposób rozwiać złe myśli i zapomnieć o dziwnym
niepokoju, który towarzyszył mu już od jakiegoś czasu.
Rozdział I
I
Stałam na skraju jeziora ubrana w zwiewną białą suknię. W uszach
rozbrzmiewał mi szum wodospadu, przynosząc spokój i ukojenie. Moje
mięśnie rozluźniały się i coraz bardziej pogrążałam się w stanie
błogości. Bosą stopą dotknęłam wzburzonej tafli wody. Delikatny chłód
orzeźwił ciało i nawet nie zauważyłam, kiedy stałam już w wodzie po pas.
Przesuwałam stopy po szorstkich, zimnych kamieniach. Materiał sukni
tańczył pod wodą, zupełnie jakby był żywą istotą. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Z każdym kolejnym
miałam wrażenie, jak rośnie we mnie nieznana siła. Nagle poczułam, że
coś się zbliża. Usłyszałam dźwięk tak głośny, że zagłuszał wodospad, ale
wiedziałam, że nie ma się czego obawiać. Podmuch wiatru zdmuchnął mi
kosmyki z twarzy. Krople wody spadały na moją nagą skórę. Powoli
otworzyłam oczy i ujrzałam czerwone stworzenie lądujące w wodzie.
Wpatrywałam się ze spokojem w wielki pysk, zielone ślepia i długą szyję
nabitą kolcami, ciągnącymi się aż do ogona. Smok wylądował na czterech
potężnych łapach i złożył skrzydła. Przymknął oczy i skinął głową,
zupełnie jakby chciał się przywitać. Zamiast strachu poczułam, jak
przepełnia mnie spełnienie i radość, jakich nigdy w życiu nie zaznałam.
Energia wręcz we mnie buzowała. To było wszystko, czego potrzebowałam.
Usiadłam na grzbiecie smoka, który powoli rozprostował błoniaste
skrzydła i odbił się od kamienistego dna. Znalazłam to, czego szukałam.
Obudziłam się z koszulką przyklejoną do pleców, mokrą nie od wody z jeziora, lecz od potu. Potrzebowałam chwili, żeby zorientować się, że
jestem w moim pokoju. Otaczała mnie całkowita ciemność, zupełnie jakby
księżyc i gwiazdy zgasły tej nocy. Zsunęłam z siebie puchową kołdrę i usiadłam na brzegu łóżka. Nabrałam głęboko powietrza, próbując uspokoić
szybkie bicie serca. Znowu ten sam sen. Pojawiał się od zawsze, czasem
niemal co noc, czasem znikał i znów, niczym bumerang, wracał po roku czy
dwóch. Co oznaczał? Tyle razy się nad tym zastanawiałam. Szukałam
odpowiedzi w sennikach, zarówno książkowych, jak i internetowych, ale
nie znalazłam satysfakcjonującej odpowiedzi. Zalała mnie fala pustki i smutku. Ileż bym dała, żeby choć na chwilę poczuć się tak swobodnie jak
w tym śnie. Być sobą. Przez całe życie miałam wrażenie, że coś mnie
omija, a ten sen jest czymś więcej. Brakowało mi czegoś, co - czułam -
było na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie zupełnie nieosiągalne. Kiedyś
to uczucie było bardziej intensywne, z biegiem lat jednak zaczęło
przygasać. A potem nagle znów przygniatało mnie ogromną siłą, tak jak
dziś.
Czy ten sen kiedyś przestanie mnie nawiedzać? Otrząsnęłam się, chcąc
strzepnąć wspomnienie o smoku. Za kilka godzin znów dopadną mnie
problemy dnia codziennego i o wszystkim zapomnę. Aż do chwili, kiedy w kolejnym śnie smok znów do mnie przyleci. Zamknęłam oczy z nadzieją,
choć wiedziałam, że tej nocy już nie zasnę.
***
Od kilku dni pogoda we Wrocławiu pogarszała się coraz bardziej. Groźne
ciemne chmury wisiały na niebie, zapowiadając potężne gradobicie. Co
jakiś czas huczały grzmoty, a niebo przecinały błyskawice, jakby chciały
rozerwać je na strzępy. Pobliskie drzewa wyginały się na wszystkie
strony, a wiatr wyrywał im pojedyncze gałęzie. W takiej aurze
przedmieście wyglądało niczym zbitek wielkich szarych klocków. Na
ulicach nie było prawie nikogo, jedynie kilka osób biegiem wracało do
swoich domów, chcąc schować się przed burzą. Szłam jedną z bocznych
uliczek i miałam wrażenie, że żywioł jest dla mnie łaskawy. Zamiast
zrobić z moich rozpuszczonych włosów jeden wielki kołtun, jedynie bawił
się nimi, rozrzucając w nieładzie loki na prawo i lewo. Otuliłam się
ciaśniej czerwonym płaszczem i pobiegłam w stronę jednej z szarych
kamienic, gdzie z okien na parterze biło jasne światło. Kiedy znalazłam
się przed starymi metalowymi drzwiami, chwyciłam za klamkę. Nagle
poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się, ale na ulicy nie
dostrzegłam nikogo. Podniosłam wysoko głowę, wpatrując się w niebo, i zamarłam - strumień intensywnie pomarańczowego światła przebił się przez
czarne chmury. Wytężyłam wzrok, ale światło zniknęło.
Już mam jakieś zwidy przez to zmęczenie, pomyślałam i pchnęłam ciężkie
drzwi. Znalazłam się w wielkim, zatłoczonym pomieszczeniu, w którym od
razu poczułam zapach drewna, wymieszany z kurzem. Drewniane ściany
zdobiły stare siodła i pozawieszane chaotycznie zdjęcia amerykańskich
kowbojów. Szerokie okna zasłonięte były pożółkłymi koronkowymi
firankami, które od dawna nie widziały pralki. Ogromne stoły i krzesła
stały w nieładzie niczym klocki porozrzucane przez bawiące się dziecko.
Pośrodku stał wielki piec zabudowany drewnianą ladą. Całość dopełniały
zwisające pod sufitem kufle. W niedbalstwie tego pubu był urok, w którym
gubiły się moje smutki za każdym razem, gdy tu wchodziłam. Pracowałam tu
dorywczo dopiero od stycznia - gdy stałam się pełnoletnia, ale za każdym
razem czułam się, jakbym wchodziła do swojego domu.
- Anna? To dzisiaj pracujesz? - zdziwił się barman, wsypując lód do
szklanki.
- Nie, dzisiaj jestem tu prywatnie - powiedziałam i kiwnęłam głową w stronę chłopaka i dziewczyny siedzących w rogu sali.
- Ha, już zdążyli się pokłócić. Co jesteś taka blada, miałaś ciężki
dzień? - uważnie przyglądał się mojej twarzy.
- Tak, zakończenie roku, dyplomy, przemowy... - zaczęłam, ale przerwał
mi donośny głos blondynki.
- I tak się nigdzie nie dostaniesz!
- Mia! Uważaj, bo zaraz podejdę! - huknęłam z lekkim uśmiechem.
Przyjaciółka zawsze szukała okazji, żeby mi dociąć. Co prawda nie byłam
zbyt pilną uczennicą, ale czułam, że egzaminy poszły mi wystarczająco
dobrze, żeby się dostać na studia. Nie żebym jakoś szczególnie chciała
tam iść, lecz nie miałam pomysłu, co robić w życiu. Czekając na
zamówienie, zerknęłam na przyjaciół. Drobna dziewczyna, zupełnie
niewyglądająca na pełnoletnią, nie potrafiła usiedzieć spokojnie ani
chwili. Kręciła się na krześle, gestykulowała, energicznie ruszając
rękoma. Zanim dostałam piwo, Mia zdążyła już rozsypać orzeszki, zrzucić
niechcący kurtkę, a nawet uderzyć w ramię brata, który już dawno
przestał reagować na jej zaczepki. Wszyscy, którzy ich znali, nie mogli
się nadziwić, że są bliźniętami. Oliwer wyglądał na dużo starszego -
zawsze spokojny i trochę strachliwy, był całkowitym przeciwieństwem
siostry, która, niczego się nie bojąc, zawsze ściągała na siebie
kłopoty. Chłopak przygładził ciemne włosy, które Mia mu właśnie
potargała, i poprawił okrągłe okulary, ale po chwili znów zjechały mu na
środek nosa. Właśnie takich kochałam całym sercem. Uśmiechnęłam się i wzięłam pełny kufel z lady, po czym podeszłam do stolika. Po prawie
pustych szklankach wywnioskowałam, że przyjaciele trochę już na mnie
czekają.
- Widzieliście wiadomości? Dzisiejsza pogoda to nic, jutro ma być
jeszcze gorzej, mówią, żeby zostać w domu. Zresztą, kto normalny
chciałby wychodzić... - powiedział Oliwer.
- Jakaś anomalia pogodowa, a ty jak zawsze panikujesz. Zaczynamy
wakacje! - krzyknęła podekscytowana blondynka, a w jej szmaragdowych
oczach zabłysły iskierki. To zawsze oznaczało kłopoty.
- Mia, znowu coś kombinujesz? - z rezygnacją w głosie spytał Oliwer,
który chociaż na chwilę chciał odpocząć od jej pomysłów.
- Dzisiaj jest wyjątkowy dzień! Dokładnie dziesięć lat temu uciekaliśmy
przed panią Grażyną, która nie wiadomo dlaczego była wściekła, gdy
zerwaliśmy jabłka z jej ogrodu. Dzięki tej oto cudownej istocie -
wskazała na mnie - która pokazała nam kryjówkę, karę dostaliśmy dopiero
później, gdy Grażynka powiedziała wszystko mamie - powiedziała Mia z szelmowskim uśmiechem. - Jak co roku jesteśmy tu, żeby świętować dzień,
w którym skrzyżowały się nasze drogi.
- Na zdrowie! - krzyknęliśmy, stukając się kuflami.
Dokładnie pamiętałam ten dzień. Poznaliśmy się, gdy byliśmy jeszcze
dziećmi. W tamte wakacje pojechałam na wieś do babci. Poszłam wtedy sama
na spacer i pomogłam bliźniakom uciec sąsiadce wymachującej miotłą i wyzywającej ich od łobuzów. Byli ode mnie starsi o rok i uczęszczali do
innej szkoły, ale to nie przeszkadzało nam się stać prawie
nierozłącznymi. Spotykaliśmy się przed lekcjami i po lekcjach,
spędzaliśmy razem święta i wakacje. Poznałam w życiu wiele innych osób,
jednak z nikim nie miałam tak bliskiego kontaktu. W przedszkolu i podstawówce kilkoro dzieci mogłam nawet nazwać przyjaciółmi, ale gdy
tata został sławny, wszyscy w szkole wiedzieli, że jestem córką "Pana z Telewizji". Niektórzy więc unikali mnie jak ognia, a inni - wręcz
przeciwnie - próbowali mi się przypodobać. Czasem udawali miłych tylko
po to, by zrobić sobie zdjęcie z tatą albo dostać autograf. Potem
przestawali się do mnie odzywać lub po prostu znikali. Po kilku takich
sytuacjach sama zaczęłam odsuwać się od rówieśników, nie czując potrzeby
nawiązywania z nimi kontaktów. Tylko więź z bliźniakami była dla mnie
pewna. Nie potrzebowałam nikogo poza nimi. Uśmiechnęłam się teraz,
patrząc, jak znowu się sprzeczają.
- Dzisiaj też resetują się nasze życzenia! - Oliwer w końcu przekrzyczał
Mię. - Przypominam zasady, raz do roku każde z nas może poprosić dwójkę
pozostałych, o co tylko chce. Oczywiście w granicach rozsądku - dodał,
zatrzymując wzrok na Mii, która przewróciła oczami. To ona najczęściej
wymyślała zadania, przy których z Oliwerem musieliśmy wychodzić ze
strefy komfortu. W ostatnie wakacje wpadła na pomysł, żebyśmy pojechali
na wycieczkę po Polsce, mając w kieszeni tylko po dwadzieścia złotych.
Miałam wiele obaw, ale później stwierdziliśmy, że to były najfajniejsze
wakacje.
Piliśmy piwo za piwem i zanim się zorientowaliśmy, w barze zrobiło się
prawie pusto. Najwyraźniej wszyscy obawiali się późno wracać przy takiej
pogodzie. Wyjrzałam przez okno. W ciepłym pomieszczeniu zdążyłam
zapomnieć, jak nieprzyjemnie było na zewnątrz.
- Dobra, muszę się zbierać, bo zaraz będzie tak wiało, że nie dotrę do
domu - stwierdziłam i wstałam, zawiązując na szyi ciepły szalik.
- My posiedzimy jeszcze przez chwilę, w domu i tak nikt na nas nie czeka
- Oliwer mrugnął do mnie.
Zarzuciłam na siebie czerwony płaszcz i ruszyłam w stronę wyjścia, po
drodze żegnając się z barmanem. Kiedy szeroko otworzyłam drewniane
drzwi, wiatr wdarł się do środka, wprowadzając nieprzyjemny chłód i od
razu poczułam krople deszczu na twarzy. Pośpiesznie ruszyłam przed
siebie. Niebo wyglądało, jakby malarz wylał na nie czarną farbę,
zapominając o innych kolorach.
- Jeszcze trochę, dasz radę - mówiłam cicho, walcząc z hulającym
wiatrem. - Jeszcze tylko dwie ulice.
Znałam tę drogę na pamięć, bez problemu przeszłabym ją z zamkniętymi
oczami. Mieszkałam w tej okolicy od zawsze i prawie nigdy jej nie
opuszczałam. Zazdrościłam tacie, który podróżował po całym świecie.
Miałam nadzieję, że kiedyś zabierze mnie ze sobą, ale zawsze wymyślał
jakieś wymówki i tylko wysyłał mi pocztówki z odległych miejsc.
Wzdrygnęłam się, gdy wyjątkowo wielka kropla deszczu spadła mi na nos.
Rozejrzałam się. Nagle jedyna latarnia w okolicy zaczęła mrugać, po
chwili zgasła i zapanowały egipskie ciemności. Poczułam lekki niepokój,
przypuszczałam bowiem, że ktoś mnie obserwuje. Zawsze byłam wrażliwa na
tym punkcie i od razu to wiedziałam. Nie miałam jednak odwagi, żeby się
odwrócić. Przyśpieszyłam kroku, gdy kątem oka dostrzegłam, że na niebie
coś się porusza. Jasne smugi pojawiały się i znikały, tańcząc po całym
firmamencie. W kilku miejscach przemieszczały się pomarańczowe kule.
Widok był tak piękny i jednocześnie przerażający, że nie mogłam oderwać
wzroku. Światła wyglądały jak fajerwerki, tylko kto by je puszczał w taką pogodę? Jedna z kul zmieniła tor lotu i zamiast zniknąć w chmurach,
ruszyła w stronę ziemi. Prosto w moim kierunku. Teraz zobaczyłam, jak
ogromne skrzydła rozdzierają chmury. W tym momencie niebo przecięła sieć
oślepiających błyskawic. Przymrużyłam oczy, a gdy po chwili je szeroko
otworzyłam, niebo znowu było jednolitą czernią. Serce waliło mi, jakby
chciało wyskoczyć z piersi. Nawet nie byłam pewna, dlaczego jestem tak
przerażona. Pędem ruszyłam w stronę domu i uspokoiłam się dopiero wtedy,
gdy dostrzegłam dobrze mi znany biały budynek. Dobiegłam do furtki,
pchnęłam ją z impetem i, gnając przez ogródek, widziałam już czekającą
przy wejściu mamę. Uśmiechnęłam się szeroko na jej widok i, nieomal
przeskakując próg, przytuliłam ją mocno. Tu byłam bezpieczna.
- Anno, gdzie ty byłaś? Czekam na ciebie od godziny, już się zaczynałam
martwić. Wiedziałaś, że zapowiadali burze, czemu tak późno wróciłaś?
- Wiem mamo, przepraszam - przyjrzałam się jej zmartwionej twarzy. Mama
patrzyła na mnie z wyraźną troską, przez co poczułam ukłucie w sercu.
Powiesiłam płaszcz na starym wieszaku i odetchnęłam z ulgą. Dziwne
uczucie niepokoju całkowicie zniknęło, zupełnie jakby go wcześniej w ogóle nie było. Przecież musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie na
te dziwne obiekty na niebie.
- Mamo, nie mówili może w telewizji o jakimś pożarze samolotu niedaleko
nas? - spytałam, próbując zracjonalizować sobie to, co widziałam.
- Nie, a coś się stało? - wbiła we mnie wzrok i zlustrowała
podejrzliwie.
- Chyba mi się wydawało...
- Mam dla ciebie niespodziankę - szybko zmieniła temat. - Idź do salonu.
Weszłam do przytulnego pokoju. Na czerwonej kanapie obok kominka, w którym palił się ogień, siedział szczupły mężczyzna w czarnym dresie.
Gdy widziałam go ostatnio, był całkowicie blady po tym, gdy spędził
kilka miesięcy w Irlandii, ale teraz miał opaloną skórę. Pozazdrościłam
mu, że wrócił z ciepłych krajów.
- Tata! - krzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję, a wszystko inne
przestało mieć znaczenie.
Rozdział II
II
Przeciągnęłam się i jednym ruchem zrzuciłam z siebie puchową kołdrę. Nie
pamiętałam, kiedy ostatnio tak dobrze spałam. Żadnych snów, żadnych
smoków, zupełnie jakby obecność taty była szczęśliwym talizmanem.
Wyszłam na korytarz i ucieszyłam się, że rodzice jeszcze nie wstali.
Chciałam im zrobić niespodziankę. Zbiegłam do kuchni, otworzyłam
opakowanie z kawą i głęboko wciągnęłam powietrze - uwielbiałam jej
pobudzający zapach o poranku. Włączyłam ekspres i podstawiłam kubek.
Następnie sięgnęłam do stojącego na parapecie wiklinowego koszyka po
pomarańcze i obrałam jedną, rozkoszując się orzeźwiającym cytrusowym
aromatem. Jedną ręką wrzuciłam chleb do tostera, a drugą włączyłam gaz
pod patelnią. Po chwili cała kuchnia wypełniła się zapachem smażonych na
maśle jajek i świeżego soku pomarańczowego. Ułożyłam wszystko na
drewnianej tacce w kształcie serca i uśmiechnęłam się z dumą. Zawsze po
powrocie taty przez cały dzień świętowaliśmy i spędzaliśmy razem czas,
próbując nadrobić wszystkie jego nieobecności w urodziny i święta. Tata
zawsze szykował coś specjalnego, aby wynagrodzić mi czas rozłąki.
Jeździliśmy do wesołego miasteczka, aquaparku, w góry, nad morze. Nie
mogłam się doczekać, czym mnie dziś zaskoczy. Byłam pewna, że nic nie
popsuje mi humoru.
- Jeszcze to - wychyliłam się przez okno, żeby zerwać mokrą różę z krzaka. Otrzepałam kwiat z kropel deszczu i włożyłam do wazonika na
tacce. Tanecznym krokiem ruszyłam przez korytarz, nie przejmując się, że
sok wylewa się ze szklanek. Zatrzymałam się przed pokojem rodziców i zapukałam.
- Co tam? - usłyszałam zaspany głos mamy.
- Dzień dobry! - krzyknęłam, a na moich ustach od razu pojawił się
uśmiech, gdy zobaczyłam oboje rodziców leżących razem pod białą puchową
kołdrą. Wiedziałam, że mam szczęście, mając tak wspaniałych rodziców,
którzy mimo niemal trzydziestu lat małżeństwa ciągle darzyli się
uczuciem, a w domu prawie nigdy nie było kłótni. Postawiłam tacę na
stoliku i wcisnęłam się na łóżko pomiędzy nich.
- Co tam zrobiłaś dobrego? - spytała mama, związując włosy w luźny kok.
- Jajecznicę, sok i tosty, czyli to, co tata lubi najbardziej.
- A dla mnie? - jęknęła z udawanym rozczarowaniem.
- A dla mojej mamusi jak zawsze americano.
- Ach, ty to mnie znasz - wzięła kubek z kawą i upiła duży łyk.
- Co dzisiaj będziemy robić? - spytałam zniecierpliwiona.
- Chciałem cię zabrać do wesołego miasteczka, ale w taką pogodę musimy
wymyślić coś innego. Mam przeczucie, że będzie ogromna ulewa -
powiedział tata, zerkając przez okno dachowe na pochmurne niebo.
Zmarszczył brwi.
- Może kino? Jest najnowszy Hobbit - zaproponowałam.
- Wszystko, co zechcesz - uśmiechnął się delikatnie i sięgnął po tost. -
A ty, Justyno, jakie masz plany? - zwrócił się do mamy.
- To ja sobie zrobię dzień w spa - powiedziała, przeciągając się.
Tak myślałam. Po powrocie taty mama zazwyczaj dawała nam czas dla
siebie. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, mamę przecież miałam na co
dzień. Od kiedy tata zaczął wyjeżdżać na dłużej, dzień po jego powrocie
należał tylko do nas. Tata sięgnął po telefon i sprawdził wiadomości. Od
kiedy pamiętam, to była pierwsza czynność, którą robił po przebudzeniu.
- Meteorolodzy przepraszają za błędną prognozę - przeczytał głośno
nagłówek artykułu, który pojawił się na głównym ekranie.
"Mieliśmy mieć piękny początek lata, mamy ulewę stulecia", skarżą się
mieszkańcy Wrocławia. "Od kilku dni pojawiają się niespodziewane silne
opady deszczu, których nie potrafimy przewidzieć. Burze kumulują się nad
terenem Dolnego Śląska, powodując podtopienia w niektórych rejonach
miasta. Nad resztą kraju pogoda pozostaje bez zmian. Prosimy wrocławian
o ostrożność i w miarę możliwości pozostanie w domach", mówi rzecznik
Instytutu Meteorologii.
Tata zmarszczył brwi, co nie wróżyło nic dobrego. Zazwyczaj kontrolował
swoje emocje i trudno było wyczytać coś z jego twarzy, chociaż ja w odgadywaniu jego myśli doszłam do perfekcji. A zmarszczone brwi
oznaczały zmartwienia.
- Kochanie, wszystko w porządku? Od kilku minut trzymasz tost w powietrzu - powiedziała mama, nabierając na widelec kolejną porcję
jajecznicy. - Czy to na pewno dobry pomysł, żebyście jechali? -
zapytała, zaglądając mu do telefonu. - Pogoda wczoraj była naprawdę
okropna...
- Tak, nie martw się. Anna tyle mnie nie widziała, chcę z nią spędzić
trochę czasu. Zwłaszcza że jutro... - nagle urwał.
- Co jutro? - spytałam zaniepokojona.
- Nie, nic, kochanie - uśmiechnął się z przymusem, ale udałam, że tego
nie zauważyłam.
- Idę się przygotować - krzyknęłam, po czym wyszłam na korytarz i schowałam się za ścianą. Byłam niemal pewna, że zaraz powiedzą coś, co
nie powinno dotrzeć do moich uszu.
- Kiedy jej o wszystkim powiesz? - spytała mama.
- Nigdy, jeśli nie będę musiał. Lepiej, żeby o niczym nie wiedziała.
Zamarłam. Co przede mną ukrywali?
***
Stałam w drzwiach z kluczykami od auta w ręku i patrzyłam, jak tata
ociąga się z wyjściem.
- No szybko, bo nie zdążymy na reklamy - popędzałam go.
Byłam jedną z tych dziwnych osób, które lubiły oglądać w kinie reklamy i w tym czasie zjadały pół popcornu. Bliźniaki w ogóle tego nie rozumiały,
ale tata zawsze wyjeżdżał ze mną wcześniej, dlatego uwielbiałam chodzić
z nim do kina.
- Dobra już, już - odpowiedział, zakładając buty.
- Pa, mamo! - krzyknęłam, gdy pojawiła się w drzwiach z ręcznikiem na
głowie.
- Pa, bawcie się dobrze! A, nie zapomnij zaprosić bliźniaków na kolację.
- OK - rzuciłam i zamknęłam drzwi.
Zatrzasnęłam drzwi białego mercedesa i wcisnęłam się w skórzane oparcie.
- Ach, jak ja lubię to auto, mogę nim pojeździć, jak wyjedziesz?
- Anno, wiesz, że nawet twojej mamie nie pozwalam nim jeździć. Tobie
może dam kluczyki, jak się jeszcze podszkolisz, ale wiesz, jakim Justyna
jest kierowcą...
Zaśmiałam się, przywołując w myślach poobijaną z każdej strony audicę
mamy. Spojrzałam na tatę, który kurczowo ściskał kierownicę. Zwróciłam
uwagę, jak za wszelką cenę próbuje udawać wyluzowanego, ale zbyt dobrze
go znałam, żeby się na to nabrać. Stukał nerwowo palcami w skórzaną
obręcz i, marszcząc co jakiś czas brwi, zerkał na zachmurzone niebo.
Wiedziałam, że zaprzeczy, jeśli go zapytam, czy coś go dręczy. Zawsze
mówił mi wprost, jeśli musiałam o czymś wiedzieć, jak wtedy, gdy z samego rana pewnego spokojnego dnia portale plotkarskie opublikowały
oczerniający go artykuł. Wtedy bez ogródek powiedział mi, że gdy tylko
wyjdę z domu, zza krzaków rzucą się na mnie polujący na sensację
paparazzi. Jednak, gdy miał coś do ukrycia, zachowywał się właśnie tak
jak teraz. Unikał wzroku, udawał spokojnego, chociaż zdradzały go drobne
tiki, które znałam na wylot. Wiedziałam też, że nic z niego nie wyciągnę
- musiałam poczekać, aż sam będzie gotowy podzielić się ze mną swoją
tajemnicą. Nie chcąc go bardziej stresować, zamilkłam i wyglądałam przez
okno. Mijaliśmy zabudowania, których kształty i kolory znałam już na
pamięć. Od dwóch lat codziennie o siódmej rano jechałam tą drogą
zatłoczonym autobusem. Zazwyczaj nie miałam nawet miejsca, żeby
wyciągnąć książkę, więc, wpatrując się w widok za oknem, słuchałam
muzyki. Tata zmodyfikował jednak tę dobrze mi znaną trasę, skręcając w drogę biegnącą przez park, przy którym stało moje liceum. Przede mną
trzy miesiące wakacji, a potem czekały mnie studia. Poczułam uścisk w żołądku na myśl, że znów usiądę w ławce, udając, że słucham wykładowców.
Znów będę się sztucznie śmiała z dziecinnych żartów znajomych i udzielała się w nudnych rozmowach o kosmetykach i chłopakach. Nigdy
nawet nie byłam tak naprawdę zakochana. Oczywiście byłam kilka razy
zauroczona, pierwsze pocałunki też już dawno miałam za sobą, ale moje
życie uczuciowe było naprawdę nudne. Ostatniego chłopaka miałam w pierwszej klasie liceum, czyli już dwa lata temu. Od tamtej pory bałam
się zaangażować i unikałam wszelkich damsko-męskich relacji. Aleks był
jedynym obecnym w moim życiu przedstawicielem płci męskiej, ale
traktowałam go jak brata. Zdarzały się momenty, gdy mocniej zabiło mi
przy nim serce, ale zabijałam to uczucie w zarodku. Przecież nie mogłam
poświęcić przyjaźni dla niewiadomej.
Skręciliśmy na most prowadzący do centrum miasta i zauważyłam, że poziom
rzeki się podniósł, zalewając miejską plażę. Woda obmywała łapy
ogromnego czerwonego stworzenia, które stało w bezruchu z głową zwróconą
prosto w naszą stronę. Zobaczyłam masywny pysk z wystającymi kłami i kolce rozsiane po całym ciele. Przez pierwszą chwilę pomyślałam, że coś
mi się przywidziało. Reklama Hobbita?, pomyślałam. Ale przecież
miejska plaża to trochę dziwne miejsce na reklamę. Czy nie powinien stać
pod jakąś galerią albo na rynku? Jednak smok tam stał i wyglądał jak
żywy. Po plecach przeszły mi ciarki. Przecież smoki nie istnieją, to
musi być makieta... musi? Obejrzałam się, ale smok już zniknął z zasięgu wzroku.
- Robią niezłą reklamę tego filmu... Widziałeś tę ogromną figurę smoka?
- rzuciłam lekko drżącym głosem, wskazując na miejsce, które właśnie
minęliśmy.
- C... co? - wydukał tata ewidentnie za głośno i gwałtownie dodał gazu.
- Już minęliśmy. Stał na brzegu rzeki, pokażę ci, jak będziemy wracać.
Wyglądał zupełnie jak żywy. Łuski miał takie, jakby były ze stali, i kły, które mogłyby przebić ludzkie ciało na wylot - zaśmiałam się
niepewnie. - Ciekawe, ile wydali na reklamę, skoro inwestują w takie
figury.
Nie dałam po sobie poznać, że znów ogarnął mnie niepokój. Patrzyłam, jak
z każdą chwilą brwi taty coraz bardziej zbliżają się do siebie, tworząc
jedną gęstą kreskę nad oczami. Nie odezwał się jednak ani słowem. Wciąż
milczał, gdy dotarliśmy na miejsce i parkowaliśmy auto, nic też nie
mówił, kiedy weszliśmy do galerii. Wydawał się zupełnie nieobecny.
Dopiero pod barem z popcornem wydusił z siebie kilka słów.
- Chcesz coś zjeść? - rzucił, ale byłam pewna, że myślami jest zupełnie
gdzieś indziej.
- Idź na salę, kupię coś i przyjdę - powiedziałam i poczułam, jak
mimowolnie uśmiech schodzi mi z twarzy. Wolałabym wiedzieć, co go
dręczy, niż w milczeniu siedzieć w sali kinowej. Poczułam ulgę, że nikt
go nie rozpoznał. Nie miałam ochoty czekać, aż zrobi sobie zdjęcia z fanami, i udawać, że zawsze mamy dobry humor. Ojciec za każdym razem po
przyjeździe zapuszczał brodę i zamieniał okulary korekcyjne na soczewki,
co całkowicie zmieniało mu twarz. Czasem ludzie gapili się na niego i wydawało im się, że go rozpoznają, ale zazwyczaj dawali sobie spokój,
nie chcąc popełnić gafy.
Podczas seansu w ogóle nie mogłam się skupić. Co chwilę zerkałam na
tatę, który nerwowo ruszał nogą i przez cały czas uderzał palcami o oparcie kinowego fotela. Nie reagował na walki, wybuchy ani śmieszne
sceny. Jedynie wzdrygnął się, gdy na ekranie pojawił się czerwony smok
pilnujący skarbu, lecz po chwili znowu wydawał się tracić
zainteresowanie.
Przecież uwielbia takie filmy, jest fanem Tolkiena, co tu się dzieje?,
coraz bardziej czułam, że coś tu nie gra, a w głowie kłębiło mi się
mnóstwo pytań. Czy był na mnie zły? A może pokłócił się z mamą? Dialogi
bohaterów zamieniły się w niezrozumiały ciąg dźwięków, mimo że
próbowałam się skupić po tym, jak głośny huk wyrwał mnie z rozmyślań,
ale po chwili znów odpłynęłam. Na napisy końcowe tata zareagował
dopiero, gdy szturchnęłam go mocno w ramię.
- A to już? Szybko minęło. Idziemy coś zjeść? - zapytał spokojnie, ale w jego głosie wyczułam niepokój.
- Nie, wracajmy do domu - wymamrotałam, wbijając wzrok w podłogę.
Starałam się za wszelką cenę ukryć łzy, które napłynęły mi do oczu. Tak
długo czekałam na jego powrót. Dokładnie pamiętałam każdą spędzoną z nim
chwilę, kiedy poprzednio wracał. Moje najlepsze wspomnienie pochodziło z jednego z tych dni. Kończyłam wtedy dziesięć lat. Wstałam smutna i zapłakana, mimo że czekało mnie przyjęcie urodzinowe. Załamałam się, gdy
dzień wcześniej dowiedziałam się, że tata utknął we Włoszech z powodu
strajku pracowników na lotnisku i nie uda mu się dotrzeć na czas. Przez
cały dzień marudziłam i płakałam. Mama już miała dzwonić do gości i wszystko odwoływać, gdy nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich tata.
Zostawił ekipę telewizyjną i sam tułał się autobusami, pociągami i taksówkami, żeby trafić do domu na czas. Nie pamiętałam, jakie prezenty
wtedy dostałam, natomiast pamiętałam jego uśmiech, brudne ubrania i zapach potu, gdy wziął mnie na ręce i mocno przytulił.
Dlaczego więc dziś jest tak beznadziejnie?, pomyślałam. Tyle czekałam,
żeby go zobaczyć i pobyć z nim, tylko co z tego, jeśli obecny jest tylko
ciałem? Nawet nie zauważyłam, jak znaleźliśmy się w aucie, ruszyliśmy z parkingu, a wtedy na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu.
Westchnęłam i wyjrzałam przez okno. Właśnie wjechaliśmy na rondo przed
galerią. Nie wierzyłam własnym oczom - na dachu galerii siedział smok.
Jego rozpostarte czarne skrzydła były większe od naszego samochodu. Nie
ruszył się o centymetr, nawet gdy niedaleko rozbrzmiał głośny grzmot.
Narastało we mnie przerażenie, a serce zaczęło bić nienaturalnie szybko.
Znów smok? Nie przesadzają z tą promocją? Próbowałam logicznie
wytłumaczyć sobie obecność wielkiego stworzenia. Na chwilę zupełnie
zapomniałam o swoich zmartwieniach. Jakby świat się zatrzymał. Miałam
wrażenie, że czarna, pokryta łuskami głowa zwrócona jest prosto w naszą
stronę. Wytarłam spocone dłonie w dżinsy. Może tata będzie coś
wiedział, pomyślałam z nadzieją.
- Reklamują jakiś inny film ze smokami? W Hobbicie nie było żadnego
czarnego, prawda? - zapytałam, czując, jak przedramiona pokrywają mi się
gęsią skórką.
Tata zahamował tak gwałtownie, że poleciałam do przodu, ale pasy
przytrzymały moje ciało. Kierowca za nami zatrąbił głośno i wyminął nas,
pukając się palcem w czoło.
- Jak duży jest? - zapytał tata, nie obracając nawet głowy w stronę
galerii.
- No nie wiem... jak połowa naszego domu?
- Cholera - przeklął cicho.
Zacisnął usta, wrzucił bieg i ruszył ostro. Moje ciało wbiło się w fotel, a na czole pojawiły się krople potu.
- Tato, za szybko jedziesz! - krzyknęłam, jednak on zwolnił dopiero, gdy
dojechaliśmy pod sam dom.
Rozprostowałam palce, które mi zesztywniały od wbijania się w fotel. Nie
wiedziałam, od czego zacząć zadawanie pytań, ale tata tylko obrócił
głowę w moją stronę i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Anno, jeszcze nic nie mogę powiedzieć. Jutro wszystko ci wytłumaczę,
proszę, poczekaj do tego czasu. Dzisiaj jednak pod żadnym pozorem nie
ruszaj się z domu.
Zamrugałam tylko, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Jeszcze nigdy
nie był taki, zawsze starał się być wobec mnie szczery i nic nie
ukrywał. Co takiego musiało się wydarzyć? Dlaczego właśnie dziś, kiedy
tak bardzo chciałam go zobaczyć? Zacisnęłam pięści, czując, jak
paznokcie wbijają się w skórę. Chciałam wrzasnąć, wykrzyczeć wszystko,
co czuję, ale widziałam, że nic tym nie wskóram. Nic z niego nie
wydobędę. Spojrzałam na niego ze złością i wysiadłam, trzaskając
drzwiami.
- OK - rzuciłam na odchodne, nie oglądając się za siebie. Musiałam
zrobić to, czego najbardziej nienawidziłam: czekać. Na samą myśl, że mam
wytrzymać do jutra, trzęsły mi się ręce. Ale tata był najbardziej upartą
osobą, jaką w życiu spotkałam. Gdy tylko weszliśmy do domu, zamknął się
w sypialni, a ja wzięłam z niego przykład, poszłam do swojego pokoju,
zamknęłam głośno za sobą drzwi i rzuciłam się na łóżko, oddychając
ciężko.
A właśnie, miałam zaprosić bliźniaki, przypomniałam sobie. Mimo że nie
miałam ochoty z nikim się spotykać, wiedziałam, że oni są jedyną szansą
na choćby minimalną poprawę humoru. Tak naprawdę zaproszenie było tylko
formalnością. Tak często bywali w naszym domu, że czasem myślałam, że tu
mieszkają. Po tym, jak kilka lat temu ich mama zginęła w wypadku
samochodowym, ojciec nie mógł się pozbierać. Tonął w smutku, a jedyną
deskę ratunku znalazł w pracy. Znikał więc na całe dnie w firmie,
wyjeżdżał na kilkutygodniowe delegacje, unikał wszystkiego, co
przypominało mu o zmarłej żonie. Przesyłał im tylko pieniądze i pisał co
jakiś czas, pytając, czy wszystko w porządku. Od tego czasu moi rodzice
zaczęli ich traktować jak własne dzieci, zapraszali na wspólne kolacje,
wycieczki, rodzinne święta, aż staliśmy się jedną wspólnotą. Nawet pokój
gościnny w naturalny sposób zamienił się w pokój bliźniaków. Za każdym
razem przynosili kilka swoich rzeczy, a po spędzonej u nas nocy
zapominali je zabrać.
Rozdział III
III
Obudziły mnie promienie słońca padające mi prosto w oczy. Zmarszczyłam
czoło i mocno zacisnęłam powieki, próbując utrzymać przyjemny sen, w którym wznosiłam się wysoko nad chmurami. Promień słońca nie dał za
wygraną i raził coraz mocniej. W końcu poddałam się, powoli otworzyłam
oczy i wyciągnęłam ręce. Znów śnił mi się smok. Nigdy wcześniej nie
zdarzało się to tak często.
Może wczoraj za dużo zjadłam?, zastanowiłam się, przypominając sobie
pizzę i kurczaka, które zjedliśmy na kolację. Potem zaszyliśmy się z bliźniakami w pokoju i, wcinając lody z popcornem, oglądaliśmy nową
komedię na Netflixie. Tylko dzięki nim przetrwałam wczorajszy wieczór,
nie wracając wciąż myślami do zachowania taty. Nigdy wcześniej nie
widziałam go w takim stanie. Nawet przy bliźniakach nie udawał, że
wszystko jest w porządku. Wziął kawałek pizzy i ponownie schował się w pokoju. Pocieszało mnie, że dzisiaj miał mi powiedzieć, o co chodzi.
Westchnęłam i sięgnęłam do szafki nocnej po telefon.
- Szósta rano. Co za brutalna godzina na wstawanie w wakacje -
mruknęłam.
Wsunęłam kapcie i usłyszałam, jak mama na dole nieudolnie próbuje
śpiewać piosenkę All You Need Is Love. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Zeszłam po schodach i weszłam do kuchni. Od razu poczułam zapach
mielonej kawy i świeżego pieczywa. Mama stała przy kuchence. Przyjrzałam
się jej - wyglądała uroczo w różowym szlafroku z niezdarnie spiętymi
czarnymi włosami, smażąc jajecznicę i kołysząc biodrami w rytm muzyki.
- Gdzie tata? - spytałam.
- O, wstałaś. Wyszedł przed chwilą. Zostawił ci wiadomość -
odpowiedziała, wskazując głową korkową tablicę koło drzwi. Wisiała na
niej żółta kartka z odręcznym pismem taty: "Przyjedź do biura z Mią i Oliwerem. Kocham Cię". Przeczytałam, a potem powtórzyłam jeszcze raz na
głos.
- Nie pojedziesz z nami?
- Nie, muszę załatwić kilka spraw na mieście - odpowiedziała, po czym,
ciągle nucąc, zalała kawę i usiadła do nakrytego stołu.
- Jak dobrze, że odziedziczyłam talent muzyczny po tacie, a nie po tobie
- zażartowałam i nalałam sobie kawę do ulubionego półlitrowego kubka.
- Ciesz się, że nie odziedziczyłaś po nim wyglądu - rzuciła w odwecie.
Zaśmiałam się, wiedząc, że ma rację. Mimo że tata był prezenterem
telewizyjnego programu podróżniczego, wcale nie był szczególnie
przystojny. Krzaczaste brwi przysłaniały mu małe oczy, które wydawały
się jeszcze mniejsze przy zbyt dużym, nieproporcjonalnym nosie. Często
dziękowałam wszechświatowi, że odziedziczyłam po mamie prosty mały nos.
Kiwnęłam głową i sięgnęłam po grzankę z dżemem truskawkowym.
- A tak w ogóle sprawdziłam jeszcze raz wiadomości i nic nie mówili o żadnym samolocie, gdzie to słyszałaś?
- Ktoś ze znajomych wspominał, może to w innym mieście? - skłamałam
szybko.
- Przed chwilą mówili w radiu, że wieczorem ma być najgorsza burza.
- Nie ufam prognozom, ostatnio w ogóle się nie sprawdzają. Dzisiaj znowu
miało padać i co? Świeci słońce - wskazałam za okno.
Po wczorajszej burzy nie było ani śladu, a słońca i błękitnego nieba nie
przysłaniały żadne chmury. Nawet wiatr całkowicie ustał.
- Może później będzie gorzej. Daj znać, jak dojedziesz do biura taty -
powiedziała mama z troską w głosie.
***
Wczoraj późnym wieczorem mama odwiozła moich przyjaciół do domu, więc
umówiłam się z nimi na południe. Kiedy wyszłam, przywitał mnie podmuch
chłodnego wiatru, ale nic nie wskazywało na zapowiadaną na dziś burzę.
Telefon zawibrował mi w kieszeni.
- Siema - usłyszałam w słuchawce głos Mii. - Wyszłaś już?
- Przed chwilą.
- Czekamy na przystanku.
- OK, zaraz wsiadam do autobusu, wsiądźcie, jak mnie zobaczycie.
Dotarcie do przystanku zajęło mi kilka minut. Nie zdążyłam nawet
odsapnąć, gdy rozległ się głośny warkot, a po chwili zza zakrętu wyłonił
się autobus. Wsiadłam i zajęłam miejsce przy oknie. Słońce delikatnie
wpadało do środka, sprawiając, że zupełnie zapomniałam o wczorajszej
anomalii pogodowej. Zielone gałęzie drzew kołysały się delikatnie, a mieszkańcy wyszli z domów, ciesząc się pierwszymi dniami wakacji.
Byłabym w całkiem dobrym nastroju, gdyby nie fakt, że tata coś przede
mną ukrywał. Westchnęłam cicho. Nie mogłam przestać o tym myśleć. Na
następnym przystanku zauważyłam za szybą niską dziewczynę i wysokiego
chłopaka. Gdy stali koło siebie, różnica wzrostu była jeszcze bardziej
widoczna. Zaśmiałam się pod nosem i pomachałam do nich. Mia ubrana była
w swoją ulubioną żółtą sukienkę w wielkie czerwone maki, a na głowie
miała ogromny kapelusz. Dziewczyna miała swój styl, którym zawsze
wyróżniała się w tłumie. Łatwiej było zauważyć jej kolorowe sukienki niż
towarzyszącego jej wysokiego brata ubranego w najrozmaitsze odcienie
szarości i czerni. Gdy wsiedli, zaśmiałam się cicho, widząc włosy
Oliwera. On zawsze próbował się uczesać i niestety z mizernym skutkiem,
gdyż każdy włos układał mu się w inną stronę, jakby kopnął go prąd.
- No siema - przywitał się zaspanym głosem.
- Wyglądasz, jakbyś próbował pogodzić się ze szczotką - zażartowałam.
- Wyciągnąłem przyjazną dłoń, ale zostałem brutalnie odepchnięty, czego
skutki właśnie widzisz na mojej głowie - odpowiedział z grymasem i klapnął na siedzenie obok mnie.
- A ty wyglądasz, jakbyś nie spała za dobrze - zauważyła Mia,
przyglądając się mojej twarzy. - Zły sen?
- Yhym - odparłam i znów zatopiłam się we własnych myślach, czasem tylko
zerkając na bliźniaki, które już zdążyły znaleźć powód do kłótni.
Za oknem widok się zmieniał, zamiast budynków i sklepów pojawiły się
żółte pola. Wyjechaliśmy z miasta i przejeżdżaliśmy przez ogromny las
pomiędzy miejscowościami. Wysiedliśmy kilka przystanków dalej, tuż przy
polu pszenicy, i ruszyliśmy przed siebie. Asfaltowa ulica zmieniła się w żwirową dróżkę. Zawsze dziwiło mnie, że tata ma biuro poza domem, ale
tłumaczył się tym, że nie chce przynosić tu pracy. Mógł szybko pojechać
do biura i wrócić do domu na obiad.
Szliśmy krętą ścieżką, otoczoną drzewami, gdy po chwili wyłonił się
przed nami szary budynek pokryty bluszczem. Podeszliśmy bliżej i zapukaliśmy w wielkie mahoniowe drzwi. Żadnej reakcji. Czekaliśmy
jeszcze przez chwilę, ale powoli zaczęłam tracić cierpliwość.
- Czemu nie otwiera?
- Słuchaj... - zaczęła powoli Mia, zerkając nerwowo na brata. - Wczoraj
twój tata powiedział nam, że jeśli go dzisiaj nie zastaniemy, mamy dać
ci to - dodała, wyciągając z kieszeni białą kopertę.
- Co to jest? Czemu dopiero teraz mi to mówisz? - naprawdę się
zdenerwowałam.
- Myśleliśmy, że żartuje - mruknął Oliwer przepraszająco.
- No dobra, zobaczmy, co znowu wymyślił - powiedziałam i wzięłam od Mii
kopertę. Wyjęłam z niej niechlujną, wyrwaną z zeszytu kartkę, na której
widniało pismo ewidentnie taty, ale przyznam, że ledwo je poznałam.
Zawsze równe i schludne, tu zamieniło się w skaczące litery, a w kilku
miejscach nawet pojawiły się kleksy. Zaczęłam czytać na głos:
Anno,
jeśli to czytasz, to znaczy, że dzisiaj się nie spotkamy i nie wiem,
czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy. Dzieje się coś bardzo
złego. On mnie szuka i nie wiem, jak długo jeszcze dam radę przed nim
uciekać. W pokoju znajdziesz odpowiedź na wszystko, co powinnaś
wiedzieć, i wierzę, że dasz sobie radę. Zawsze byłaś dzielna. Kocham
cię,
Tata
PS. Nie szukaj mnie. Nigdy.
- Co to ma znaczyć? To jakiś żart? - spojrzałam oniemiała na przyjaciół.
- Ann... klucz... z koperty wypadł klucz - zorientował się Oliwer.
- Spokojnie. Też nie wiemy, co się dzieje. Zobaczmy zatem, o co chodzi -
powiedziała Mia, podniosła z ziemi klucz i mi go podała.
Nie widziałam go tak długo, a on znowu zniknął?, myślałam z taką
wściekłością, że ledwo trafiłam kluczem do zamka. Miałam nadzieję, że to
jakiś głupi kawał, a tata będzie siedział w środku z jakąś
niespodzianką. Pchnęłam drzwi i weszłam do ciemnego korytarza. Zasłony w całym domu były zaciągnięte, sprawiając, że wszędzie panował półmrok.
- Oglądacie horrory? Ann, umiesz się bronić? - powiedział Oliwer
trzęsącym się głosem.
- Oliwer, oglądasz za dużo Netflixa. A ja mam przecież czarny pas w karate, obronię twój trzęsący się tyłek - powiedziała jego siostra z powagą. - Byłaś tu kiedyś? - zwróciła się do mnie.
Dziewczyna zawsze była nieustraszona, co stanowiło kolejną różnicę przy
zawsze ostrożnym i bojaźliwym Oliwerze.
- Tak, kilka lat temu, więc za dużo nie pamiętam. Tu gdzieś był włącznik
- zaczęłam macać ręką po ścianie. - O! Mam!
W pomieszczeniu zrobiło się jasno. Teraz dostrzegłam, że ściany miały
szary kolor, kilka obrazów wisiało krzywo, a podłoga była zakurzona,
jakby od dawna nikogo tu nie było.
- Naprawdę, nie podoba mi się to - w głosie Oliwera usłyszałam niepokój.
- Czekaj, niech sobie przypomnę... Tu chyba jest kuchnia.
Krzesła, kubki, talerze - każda rzecz znajdowała się na swoim miejscu i można by stwierdzić, że jest czysto, gdyby nie wszechobecna warstwa
kurzu.
- Nic ciekawego tu nie znajdziemy - powiedziała Mia, rozglądając się, i poszła dalej. - Chodźcie tu - zawołała z sąsiedniego pomieszczenia. - Tu
jest coś nie tak.
Z korytarza weszliśmy do dużego salonu. Tu, w przeciwieństwie do kuchni,
nic nie było tam, gdzie powinno. Książki pozrzucane z półek leżały na
jasnych panelach. Ktoś powyrywał z nich kartki i porozrzucał po całej
podłodze. Widok poprzewracanych mebli sprawił, że na serio zaczęłam się
martwić i zupełnie straciłam nadzieję, że to zwykły żart.
Gdzie on jest? O co w tym wszystkim chodzi?, myślałam gorączkowo, a moja złość nagle przerodziła się w niepokój i lęk. W głowie pojawiło się
kilka złych scenariuszy, począwszy od nachalnych dziennikarzy, na
włamaniu kończąc.
- Ktoś tu niedawno był. Zobacz, tu nie ma kurzu, jak wszędzie indziej -
zauważyła Mia.
Podeszłam do biurka. Leżało na nim tyle rzeczy, że nie było widać
białego blatu. Pootwierane książki z odręcznymi notatkami na
marginesach, pełno kolorowych karteczek samoprzylepnych. Zaczęliśmy
rozglądać się po pomieszczeniu. Oliwer wziął do ręki jedną z książek i zaczął wertować pożółkłe strony.
- Ann? To wszystko jest... - zaczął.
- O smokach... - dokończyła Mia, przeglądając inną książkę. - Przecież
smoki nie istnieją. Ale twój tata ewidentnie miał na ich punkcie
obsesję. To wszystko jest dziwne, notatki, jakieś rysunki - powiedziała,
po czym podeszła do kolejnej szafki i otworzyła drzwiczki. Na półkach
stały różne szklane pojemniki, mniejsze, większe, czyste i brudne, w różnych kolorach.
- Podejdźcie tu! - zawołała.
Wzięłam do ręki jeden ze słoiczków podpisany "Pazur smoka lodu".
- Co... too? - z zaskoczenia nie mogłam wykrztusić słowa. Przechyliłam
pojemnik z brązowym płynem, a o szkło obił się pazur wielkości mojej
dłoni. Z przerażenia upuściłam słoik, który spadł na podłogę i rozbił
się, opryskując nas kleistym płynem o zapachu starego kompostownika. Mia
krzyknęła. Pazur leżał koło moich stóp.
- Chodźmy stąd. Już! - zażądał Oliwer ochrypłym głosem. - Proszę - dodał
błagalnie, po czym odwrócił się w stronę wyjścia.
- Może to jednak jakiś żart? - zaczęła z nadzieją Mia.
- A ten śmierdzący płyn na twoich spodniach? - zapytał jej brat.
- Kto tam?! - rozległ się krzyk piętro wyżej. Wzdrygnęliśmy się i zastygliśmy w miejscu. Czułam, jak ciarki przechodzą mi po plecach, a włosy na głowie zjeżyły się. Słyszałam ten głos wiele razy w swoim
życiu. Czy to mógł być...?
- Tata? - spytałam cicho, gdy na schodach pojawiła się ciemna sylwetka.
- Anno, to wy? Która godzina? - usłyszeliśmy zaspany głos.
- Nie strasz nas tak - powiedziałam, widząc znajomą twarz.
Chciałam go przytulić, ale gdy zobaczyłam, że wszystko z nim w porządku,
powróciła złość, że coś przede mną ukrywał. Gdy schodził, miałam
wrażenie, że wygląda inaczej niż wczoraj. Nie byłam pewna, czy można się
tak zestarzeć w ciągu kilku godzin. Miał szarą cerę, a wcześniej
delikatnie widoczne zmarszczki wyglądały jak bruzdy.
- Och, przepraszam was, kochani, straciłem poczucie czasu. Chcecie kawę?
Zachowywał się, jakby nic się nie stało. Cmoknął mnie w czoło i ruszył
nierównym krokiem w stronę kuchni.
- Mógłbyś nam najpierw wyjaśnić, co to za bałagan i o co w tym wszystkim
chodzi?
Zastygł w miejscu. Nie widzieliśmy jego twarzy, ale mogłabym przysiąc,
że zmarszczył brwi. Znałam te sztuczki - na zewnątrz udawał, że nic się
nie dzieje, a wewnątrz był kłębkiem nerwów. Zawsze trzymał idealny
porządek, więc ten bałagan w salonie zupełnie do niego nie pasował.
Wiedziałam, że coś musiało się stać, nawet jeśli próbował to ukryć.
- Najpierw kawa - polecił.
Ruszyliśmy za nim do kuchni i usiedliśmy na drewnianych krzesłach. Bez
słowa obserwowaliśmy, jak nerwowo zapala gaz pod czajnikiem i po kolei
otwiera wszystkie szafki w poszukiwaniu kawy. Po chwili w kuchni
rozniósł się orzeźwiający zapach.
- Wujku, co to za notatki o smokach? - zaczął Oliwer.
- Ach, to... Poprosili mnie z planu filmowego o pomoc, wiecie,
jaszczurki, węże, smoki, niektórzy myślą, że to to samo. Wkręciłem się w temat i trochę mnie poniosło. Zacząłem znajdować coraz ciekawsze
informacje i tak jakoś wyszło - wyjaśnił i zaśmiał się nerwowo.
- A ten list? - zapytałam, starając się nawiązać z nim kontakt wzrokowy.
- No co ty, żartowałem - mruknął, ale nie spojrzał mi w oczy.
Wzięłam do ręki ciepły kubek, czułam jednak, że nie przełknę ani łyka.
Wiedziałam, że już nic od niego się nie dowiem. Zawsze robił wszystko,
żeby chronić mnie przed niebezpieczeństwem, nawet jeśli oznaczałoby to
kłamstwo.
Jeszcze przez chwilę próbowaliśmy coś z niego wyciągnąć. Bez rezultatu.
- A mówiłem wam, jak byłem w Egipcie? Słuchajcie tego...
Wyszliśmy po godzinie, odrzucając propozycję, że nas podwiezie. Przez
cały czas milczałam, bo czułam, że jeśli tylko otworzę usta, poleci z nich potok niecenzuralnych słów. Jak mógł się tak ze mną bawić? Przecież
obiecał, że dzisiaj wszystko mi wytłumaczy. Nie mogłam na niego patrzeć.
Z ulgą wyszłam z budynku, nawet się z nim nie żegnając.
- Aaa, zaraz zwariuję! - krzyknęłam, trzaskając drzwiami. Dopiero teraz
spostrzegłam, że pogoda znacznie się pogorszyła. Niebo, zupełnie jak
wczoraj, było niemal czarne. Rozjaśniały je pojedyncze błyskawice, a wiatr zerwał się taki, że łamał co słabsze drzewa, a drobne gałęzie
latały dookoła. Co to ma być?, pomyślałam.
***
Na przystanek zdążyliśmy w ostatniej chwili, autobus właśnie podjeżdżał.
Wskoczyliśmy i zajęliśmy miejsca na samym końcu, żeby nikt nie słyszał,
o czym rozmawiamy.
- Czy twój tata wcześniej coś wspominał o smokach? - spytała Mia. Pan
przed nami drgnął.
- Ciszej, Mia - szepnęłam. - Nie, pierwszy raz słyszę. Co prawda lubi
książki fantasy i filmy ze smokami, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
- Mam wrażenie, że coś pominęliśmy, może coś nam umknęło... - zaczął
niepewnie Oliwer.
- Daj spokój, wytłumaczył nam, o co chodzi. Przyjmijmy, że ma rację i zapomnijmy o sprawie - przerwała mu Mia. Zawsze trzeźwo patrzyła na
świat i nie wierzyła w żadne bajki, legendy, a co dopiero smoki.
Nawet nie zauważyłam, kiedy dojechaliśmy na miejsce.
- Dobra, jutro się spotkamy i przemyślimy to jeszcze raz - powiedziałam,
gdy autobus się zatrzymał, i szybko wyszłam.
Zobaczyłam, jak przez szybę Mia pokazuje mi, że do mnie zadzwoni, i odjechali. Jeszcze nigdy nie widziałam tak paskudnej pogody, a przecież
było dopiero popołudnie. Ciemne chmury zasłoniły całe niebo, jakby była
noc. Co chwilę grzmiało, a błyskawice oświetlały miasteczko. Nie
potrafiłam sobie wyobrazić, że mam teraz siedzieć w domu i spokojnie
czekać do jutra. Z każdą sekundą rosła we mnie wściekłość. Czułam, że za
tą sprawą kryje się coś więcej. Musiałam wrócić i dowiedzieć się, o co
chodzi. Natychmiast. Przeszłam na drugą stronę ulicy i wsiadłam do
autobusu jadącego do biura taty. Przez cały czas biłam się z myślami,
czy na pewno dobrze robię, zwłaszcza że już zaczęło padać, a wiatr
bezlitośnie wyginał drzewa na wszystkie strony. I to samo zrobił z moją
parasolką, kiedy próbowałam ją otworzyć po wyjściu z autobusu.
- Głupie badziewie - burknęłam zdenerwowana, z trudem złożyłam parasolkę
i schowałam do torby.
Znów szłam wzdłuż pola pszenicy, tym razem kompletnie przemoczona,
układając w głowie, co powiem tacie, gdy go zobaczę. Przygotowałam sobie
cały wykład, który chciałam mu wykrzyczeć. Już nigdy więcej nie będzie
się mną tak bawił, w końcu nie jestem pięciolatką. Z natłoku myśli
wyrwały mnie błyski na niebie. Osłaniając ręką oczy, popatrzyłam w górę.
Przez burzowe chmury przedzierały się stworzenia. Było ich mnóstwo,
różnej wielkości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki