Miasto Szkła - Cassandra Clare

Kup ebooka

36.94 zł
31.40 zł (28,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

4

Chodzący za Dnia

Noc zapadła nad Alicante, kiedy Simon i Alec opuścili dom Penhallowów i skierowali się w stronę Gard. Ulice były wąskie i kręte, wiły się w górę w blasku księżyca niczym jasne kamienne wstęgi.

Ochłodziło się, ale Simon nie czuł zimna.

Alec maszerował w ponurym milczeniu przodem, jakby udawał, że jest sam. W poprzednim życiu Simon musiałby się zasapać, żeby dotrzymać mu kroku, ale teraz odkrył, że mógłby przegonić Nocnego Łowcę, tylko trochę przyspieszając.

- Ale kanał - odezwał się w końcu. - Mówię o eskortowaniu mnie.

Alec wzruszył ramionami.

- Mam osiemnaście lat. Jestem dorosły, więc muszę brać na siebie odpowiedzialność. Tylko ja mogę wchodzić do Gard, kiedy są obrady, a poza tym Konsul mnie zna.

- Jaki Konsul?

- Ktoś w rodzaju wysokiego urzędnika Clave. Liczy głosy rady, interpretuje Prawo, doradza Inkwizytorowi. Jeśli prowadzisz Instytut i masz kłopoty, których nie potrafisz rozwiązać, możesz wezwać Konsula.

- Doradza Inkwizytorowi? Myślałem, że... Inkwizytorka nie żyje?

Alec prychnął.

- Owszem, nie żyje. Ale mamy nowego Inkwizytora. Nazywa się Aldertree.

Simon spojrzał w dół, na ciemną wodę kanałów. Zostawili miasto za sobą i teraz szli wąską drogą między cienistymi drzewami.

- Powiem ci, że inkwizycja jakoś źle się kojarzy mojemu ludowi. - Widząc puste spojrzenie Aleca, dodał: - Nieważne. To taki żart z historii Przyziemnych. Dla ciebie mało interesujący.

- Nie jesteś Przyziemnym - powiedział Alec. - To dlatego Aline i Sebastian aż się palili, żeby cię poznać. Co prawda, po Sebastianie nie było tego widać. On zawsze zachowuje się tak, jakby już wszystko w życiu widział.

- Czy on i Isabelle... jest coś między nimi? - wypalił bez zastanowienia Simon.

Alec parsknął śmiechem.

- Isabelle i Sebastian? Mało prawdopodobne. Sebastian to miły gość, a Isabelle lubi się umawiać tylko z niewłaściwymi chłopcami, którzy na pewno nie spodobają się naszym rodzicom. Z Przyziemnymi, Podziemnymi, drobnymi oszustami...

- Dzięki - rzucił Simon. - Cieszę się, że zostałem zaliczony do elementów przestępczych.

- Myślę, że ona to robi, żeby zwrócić na siebie uwagę - stwierdził Alec. - Poza tym jest jedyną dziewczyną w rodzinie, więc musi udowadniać, jaka jest twarda. Albo przynajmniej tak uważa.

- A może próbuje odciągnąć uwagę od ciebie - podsunął od niechcenia Simon. - No wiesz, skoro twoi rodzice nie mają pojęcia, że jesteś gejem i w ogóle...

Alec zatrzymał się na środku drogi tak raptownie, że Simon omal na niego nie wpadł.

- Ale najwyraźniej wszyscy inni wiedzą.

- Z wyjątkiem Jace'a - powiedział szybko Simon. - On nie wie, prawda?

Alec wziął głęboki wdech. Był blady albo taki się wydawał w blasku księżyca, który wszystko pozbawiał koloru. Jego oczy wydawały się czarne w ciemności.

- Naprawdę nie rozumiem, co cię to obchodzi. Chyba że próbujesz mi grozić.

- Grozić? - Simon osłupiał. - Ja nie...

- Więc dlaczego? - spytał Alec z bólem w głosie. - Po co poruszasz ten temat?

- Bo tak. Zdaje się, że mnie nienawidzisz. Nie biorę tego osobiście, mimo że uratowałem ci życie. Wygląda to tak, jakbyś nienawidził całego świata. Poza tym nie mamy nic ze sobą wspólnego. Ale widzę, jak patrzysz na Jace'a, i wiem, jak sam patrzę na Clary, więc domyślam się, że jednak coś nas łączy. I może mógłbyś trochę mniej mnie nie lubić.

- Więc nic nie powiesz Jace'owi? - zapytał Alec. - To znaczy... wyznałeś Clary, co czujesz i...

- I to nie był najlepszy pomysł - przyznał Simon. - Teraz przez cały czas się zastanawiam, jak wszystko odwrócić. Czy jeszcze kiedykolwiek możemy być przyjaciółmi, czy to, co nas łączyło, rozpadło się na kawałki. Nie z jej powodu, tylko z mojego. Może gdybym znalazł kogoś innego...

- Kogoś innego - powtórzył Alec i ruszył szybko przed siebie, wpatrując się w drogę.

Simon przyspieszył kroku, żeby go dogonić.

- Wiesz, co mam na myśli. Sądzę, na przykład, że Magnus Bane naprawdę cię lubi. I jest całkiem spoko. Wydaje świetne przyjęcia. Nawet jeśli na jednym z nich zmieniłem się w szczura.

- Dzięki za radę. - Ton Aleca był suchy. - Nie sądzę jednak, żeby lubił mnie aż tak bardzo. Prawie w ogóle ze mną nie rozmawiał, kiedy przyszedł otworzyć Bramę w Instytucie.

- Może powinieneś do niego zadzwonić - podsunął Simon, starając się nie myśleć o tym, że udzielanie rad łowcy demonów w kwestii randek z czarownikiem jest dość dziwne.

- Nie mogę - powiedział Alec. - W Idrisie nie ma telefonów. Zresztą, nieważne. Jesteśmy na miejscu. Oto Gard.

Przed nimi wznosiła się wysoka ściana z osadzoną w niej ogromną bramą, na której były wyryte zawijasy z runów. Choć Simon nie potrafił ich odczytać tak jak Clary, złożoność tych wzorów oszałamiała. Emanowała z nich moc. Bramy strzegły po obu stronach posągi kamiennych aniołów o twarzach groźnych i pięknych. Każdy trzymał w ręce rzeźbiony miecz, a u ich stóp leżały zwinięte stworzenia - skrzyżowanie szczura, nietoperza i jaszczurki z paskudnymi, ostrymi zębami. Simon patrzył na nie przez dłuższą chwilę. Domyślał się, że to demony, ale równie dobrze mogły to być wampiry.

Alec pchnął bramę i skinął na Simona. W środku Simon rozejrzał się oszołomiony. Odkąd stał się wampirem, jego nocne widzenie bardzo się wyostrzyło, ale dziesiątki pochodni umieszczonych wzdłuż dróżki biegnącej do drzwi Gard rozsiewało magiczne światło, białe i tak ostre, że zacierały się w nim wszystkie szczegóły. Alec poprowadził go wąską kamienną ścieżką, która jaśniała odbitym blaskiem. W pewnym momencie Simon zobaczył, że ktoś na niej stoi i zagradza im drogę uniesionym ramieniem.

- Więc to jest ten wampir? - Głos zabrzmiał jak warczenie z głębi gardła.

Gdy Simon podniósł wzrok, światło zakłuło go w oczy. Gdyby to było możliwe, napłynęłyby do nich łzy. Pali mnie czarodziejskie światło, pomyślał, anielskie światło. I nic dziwnego.

Człowiek, który przed nimi wyrósł, był bardzo wysoki, o ziemistej skórze naciągniętej na wydatne kości policzkowe. Miał krótko ścięte czarne włosy, wysokie czoło, haczykowaty nos. Kiedy patrzył z góry na Simona, na jego twarzy malował się taki wyraz, jak u pasażera metra, który obserwuje, jak duży szczur biega tam i z powrotem po torach, i ma nadzieję, że nadjeżdżający pociąg go zmiażdży.

- To jest Simon - powiedział Alec trochę niepewnym tonem. - Simonie, to Konsul Malachi Dieudonné. Brama gotowa, proszę pana?

- Tak - odparł Malachi surowym głosem, z lekkim akcentem. - Wszystko gotowe. Chodź, Podziemny. - Skinął na Simona. - Im szybciej będzie po wszystkim, tym lepiej.

Simon ruszył w stronę urzędnika, ale Alec go zatrzymał, kładąc mu rękę na ramieniu.

- Chwileczkę - powiedział. - Zostanie odesłany bezpośrednio na Manhattan? Ktoś będzie na niego czekał po drugiej stronie?

- Owszem - zapewnił Malachi. - Czarownik Magnus Bane. Ponieważ niemądrze wpuścił wampira do Idrisu, bierze na siebie odpowiedzialność za jego powrót.

- Gdyby Magnus nie przepuścił go przez Bramę, Simon by zginął - zauważył ostrym tonem Alec.

- Może. Tak twierdzą twoi rodzice, a Clave postanowiło im wierzyć. Prawdę mówiąc, wbrew mojej opinii. W każdym razie nie sprowadza się tak beztrosko Podziemnych do Miasta Szkła.

- Nie było w tym nic beztroskiego. - W piersi Simona zapłonął gniew. - Zaatakowano nas...

Malachi przeniósł na niego wzrok.

- Będziesz mówił, kiedy ktoś się do ciebie zwróci, Podziemny, nie wcześniej.

Alec zacisnął dłoń na ramieniu Simona. Na jego twarzy malowało się wahanie i jednocześnie podejrzliwość, jakby wątpił, czy przyprowadzenie tutaj Simona było mądrym posunięciem.

- Konsulu, doprawdy! - Głos niosący się przez dziedziniec był wysoki i lekko zdyszany.

Okazało się, że należy do niskiego, okrągłego mężczyzny, który spieszył ścieżką w ich stronę. Miał na sobie luźny szary płaszcz narzucony na strój Nocnego Łowcy, jego łysa głowa lśniła w blasku magicznego światła.

- Nie ma potrzeby straszyć naszego gościa.

- Gościa? - oburzył się Malachi.

Mały człowieczek zatrzymał się z promiennym uśmiechem przed Alekiem i Simonem.

- Tak się cieszymy, że postanowiłeś z nami współpracować w kwestii twojego powrotu do Nowego Jorku. To ułatwia sprawę. - Mrugnął do Simona, który gapił się na niego skonfundowany. Nie sądził, że kiedyś spotka Nocnego Łowcę, który będzie zadowolony, że go poznał, zwłaszcza teraz, kiedy zmienił się w wampira. - Och, niemal zapomniałem! - Mężczyzna klepnął się w czoło. - Powinienem się przedstawić. Jestem Inkwizytorem, nowym Inkwizytorem. Nazywam się Aldertree.

Wyciągnął rękę, a Simon ujął ją zakłopotany.

- Ty masz na imię Simon?

- Tak. - Simon szybko zabrał rękę. Dłoń Inkwizytora była nieprzyjemnie wilgotna i lepka. - Nie ma potrzeby dziękować mi za współpracę. Chcę jedynie wrócić do domu.

- Z pewnością, z pewnością! - Choć ton Aldertree'ego był jowialny, przez jego twarz przemknął wyraz, którego Simon nie potrafił odszyfrować. Zaraz potem Inkwizytor uśmiechnął się i wskazał na wąską ścieżkę biegnącą wzdłuż Gard. - Tędy, Simonie, proszę.

Simon ruszył przed siebie. Alec zrobił krok, jakby zamierzał podążyć za nim, ale Inkwizytor uniósł rękę.

- To wszystko, czego od ciebie potrzebowaliśmy, Alexandrze. Dziękujemy ci za pomoc.

- Ale Simon... - zaczął Alec.

- Wszystko będzie dobrze - uspokoił go Inkwizytor. - Malachi, odprowadź Alexandra, proszę. I daj mu czarodziejski kamień runiczny, jeśli nie wziął żadnego ze sobą. Ta ścieżka potrafi być nocą zdradliwa.

Z dobrotliwym uśmiechem ponaglił Simona machnięciem ręki, zostawiając Aleca samego.

***

Świat rozbłysnął wokół Clary i natychmiast zmienił się w zamazaną plamę, kiedy Luke przeniósł ją przez próg i ruszył długim korytarzem. Amatis spieszyła przed nimi z czarodziejskim światłem. Półprzytomna Clary miała wrażenie, że korytarz robi się coraz dłuższy, zupełnie jak w koszmarze.

Potem nagle świat przekręcił się na bok, a ona leżała na zimnej powierzchni i jakieś ręce wygładzały na niej koc. Patrzyły na nią niebieskie oczy.

- Wygląda na bardzo chorą, Lucianie - stwierdziła Amatis głosem zniekształconym jak na starym nagraniu. - Co się jej stało?

- Wypiła pół jeziora Lyn.

Na chwilę wzrok Clary się wyostrzył. Leżała na zimnej kuchennej podłodze wyłożonej płytkami. Gdzieś nad jej głową Luke grzebał w szafce. Kuchnia miała łuszczące się żółte ściany i staromodny żelazny piec. Za kratą skakały płomienie, od których rozbolały ją oczy.

- Anyżek, belladonna, ciemiernik. - Luke odwrócił się od szafki z naręczem szklanych pojemników. - Może by je zagotować razem, Amatis? Przeniosę ją bliżej pieca. Cała się trzęsie.

Clary próbowała powiedzieć, że wcale nie musi się ogrzać, bo płonie, ale z jej ust wydobyły się dziwne dźwięki. Usłyszała własne skomlenie, kiedy Luke ją podniósł. Następnie poczuła żar na lewym boku. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że jest zmarznięta. Zęby szczękały jej tak mocno, że poczuła krew w ustach. Świat wokół zaczął drżeć jak woda wstrząśnięta w szklance.

- Jeziora Snów? - Ton Amatis był pełen niedowierzania. Clary nie widziała jej wyraźnie, ale kobieta chyba stała blisko pieca. Z długą drewnianą łyżką w dłoni. - Co tutaj robisz? Czy Jocelyn wie, gdzie...

Kuchnia z żółtymi ścianami i miłym ogniem za kratą zniknęła, a zamiast niej Clary ujrzała wody jeziora Lyn i płomienie odbijające się w niej jak w kawałku wypolerowanego szkła. Po tym szkle chodziły anioły o połamanych i zakrwawionych białych skrzydłach, a każdy z nich miał twarz Jace'a. Później pojawiły się inne anioły, o czarnych skrzydłach, zaczęły dotykać ognia i śmiać się...

- Wciąż woła brata. - Głos Amatis brzmiał głucho, jakby dobiegał z bardzo wysoka. - Jest z Lightwoodami, tak? Zatrzymali się u Penhallowów na Princewater Street. Mogłabym...

- Nie - przerwał jej ostro Luke. - Nie. Lepiej, żeby Jace o tym nie wiedział.

Wołałam Jace'a? Dlaczego miałabym to robić? - zastanawiała się Clary, ale ta myśl szybko pierzchła. Wróciła ciemność, znowu dopadły ją halucynacje. Tym razem śniła o Alecu i Isabelle. Oboje wyglądali jak po zażartej bitwie. Twarze mieli brudne, ze śladami łez. Potem zniknęli, a w jej śnie pojawił się mężczyzna bez twarzy, z czarnymi skrzydłami wyrastającymi z pleców jak u nietoperza. Kiedy się uśmiechnął, z ust pociekła mu krew. Clary mocno zacisnęła powieki, modląc się, żeby te wizje ustąpiły...

Minęło dużo czasu, zanim znowu wychynęła na powierzchnię i usłyszała nad sobą głosy.

- Wypij to - mówił Luke. - Clary, musisz to wypić.

Poczuła dłonie na plecach i płyn ściekający do jej ust z namoczonej szmatki. Smakował okropnie. Zakrztusiła się i zaczęła kaszleć, ale ręce trzymały ją mocno. Przełknęła gorzki napój mimo bólu w spuchniętym gardle.

- No, teraz powinno być lepiej - powiedział Luke.

Clary powoli otworzyła oczy. Obok niej klęczeli Luke i Amatis. Ich niemal identyczne niebieskie oczy wypełniała podobna troska. Clary przeniosła wzrok dalej i nic nie widziała - żadnych aniołów ani diabłów ze skrzydłami nietoperzy, tylko żółte ściany i jasnoróżowy imbryk do herbaty stojący na samym brzegu parapetu.

- Umrę? - wyszeptała.

Luke uśmiechnął się ze znużeniem.

- Nie. Minie trochę czasu, zanim wrócisz do formy, ale... przeżyjesz.

- To dobrze. - Była zbyt wyczerpana, żeby czuć coś więcej oprócz ulgi. Miała wrażenie, że usunięto jej wszystkie kości, tak że została tylko skóra luźna jak kombinezon. Patrząc przez rzęsy, stwierdziła sennym tonem: - Twoje oczy są takie same.

Luke zamrugał.

- Takie same jak co?

- Jak jej - powiedziała Clary, przenosząc spojrzenie na skonsternowaną Amatis. - Tak samo niebieskie.

Po twarzy Luke'a przemknął cień uśmiechu.

- Cóż, to nic zaskakującego, zważywszy na okoliczności - powiedział. - Nie miałem szansy przedstawić was sobie wcześniej jak należy. Clary, oto Amatis Herondale. Moja siostra.

***

Inkwizytor umilkł w chwili, kiedy Alec i urzędnik znaleźli się poza zasięgiem słuchu. Simon szedł za nim wąską ścieżką oświetloną przez czarodziejski kamień i starał się nie mrużyć oczu przed blaskiem. Czuł, że Gard wznosi się wokół niego jak burty statku na oceanie. W oknach paliły się światła, rzucając na niebo srebrzystą poświatę. Na poziomie gruntu też znajdowały się okna, zakratowane i ciemne.

Wreszcie dotarli do łukowatych drewnianych drzwi, osadzonych z boku budynku. Gdy Aldertree sięgnął do zamka, Simonowi ścisnął się żołądek. Odkąd stał się wampirem, zauważał, że ludzie pachną różnie w zależności od nastroju. Inkwizytor wydzielał zapach gorzki i mocny jak kawa, ale o wiele bardziej nieprzyjemny. Simon poczuł mrowienie w szczęce, które oznaczało, że jego kły zaczynają się wysuwać. Wchodząc w drzwi, odsunął się od Inkwizytora.

Znaleźli się w długim korytarzu, który wyglądał jak tunel wyciosany w białej skale. Czarodziejskie światło odbijało się od ścian. Jak na człowieka o krótkich nogach Inkwizytor poruszał się imponująco szybko. Idąc, rozglądał się i marszczył nos, jakby wąchał powietrze. Simon musiał przyspieszyć, żeby dotrzymać mu kroku. Kiedy mijali wielkie podwójne drzwi, szeroko otwarte jak skrzydła, dostrzegł amfiteatr z rzędami krzeseł. Jedno z nich zajmował Nocny Łowca odziany na czarno. Ze środka dobiegały liczne głosy, gniewnie podniesione. Simon wychwycił strzępy rozmów. Słowa zlewały się ze sobą, jakby mówiący się przekrzykiwali.

- Nie wiemy tak naprawdę, czego chce Valentine. Nie przekazał nikomu swoich żądań...

- A jakie ma znaczenie to, czego on chce? Jest zdrajcą i kłamcą. Naprawdę myślicie, że próba ugłaskania go przyniesie nam korzyści?

- Wiecie, że patrol znalazł martwe dziecko wilkołaka na obrzeżach Brocelind? Pozbawione krwi. Wygląda na to, że Valentine dopełnił rytuału tutaj, w Idrisie.

- Mając w swoim posiadaniu dwa Dary Anioła, jest potężniejszy niż jakikolwiek Nefilim. Możemy nie mieć wyboru...

- Mój kuzyn zginął na tamtym statku w Nowym Jorku! Nie możemy pozwolić, żeby Valentine'owi uszło na sucho to, co zrobił! Musi być kara!

Simon zwolnił na chwilę, żeby usłyszeć więcej, ale Inkwizytor zabrzęczał mu przy uchu jak tłusta, wściekła osa.

- Chodź, chodź - popędził go, machając przed sobą czarodziejskim światłem. - Nie mamy czasu. Powinienem jak najszybciej wracać na posiedzenie.

Simon niechętnie ruszył dalej korytarzem. Słowo "kara" nadal dźwięczało mu w uszach. Wspomnienie nocy na statku było nieprzyjemne. Kiedy dotarli do drzwi z wyrytym na nich pojedynczym czarnym znakiem, Inkwizytor otworzył je kluczem i szerokim gestem zaprosił Simona do środka.

Pokój był prawie pusty, ozdobiony jedynie gobelinem z postacią anioła wstającego z jeziora, z mieczem w jednej ręce i pucharem w drugiej. Dopiero kiedy Simon usłyszał szczęk zamka, uświadomił sobie, że Inkwizytor zamknął za nimi drzwi.

W pomieszczeniu nie było żadnych mebli oprócz ławy i niskiego stolika, na którym stał ozdobny srebrny dzwonek.

- Brama... jest tutaj? - zapytał Simon, rozglądając się niepewnie.

- Och, Simonie, Simonie. - Aldertree zatarł ręce, jakby oczekiwał przyjęcia urodzinowego albo innego przyjemnego wydarzenia. - Naprawdę tak ci się spieszy? Jest kilka pytań, które chciałbym ci zadać, nim...

- W porządku. - Simon wzruszył ramionami. - Proszę mnie pytać, o co pan chce.

- Jaki chętny do współpracy! Cudownie! - Aldertree się rozpromienił. - Od jak dawna jesteś wampirem?

- Jakieś dwa tygodnie.

- I jak to się stało? Zostałeś zaatakowany na ulicy czy może w nocy w swoim łóżku? Wiesz kto cię Przemienił?

- Niezupełnie.

- Ależ, chłopcze! - wykrzyknął Inkwizytor. - Jak możesz czegoś takiego nie wiedzieć? - Mężczyzna był szczerze zaciekawiony.

Wydaje się taki nieszkodliwy, pomyślał Simon. Jak dziadek albo zabawny stary wujek. Ten gorzki zapach pewnie mu się przywidział.

- To naprawdę nie było takie proste.

Zaczął opowiadać o swoich dwóch wyprawach do Dumort, jedną pod postacią szczura, drugą pod wpływem przymusu tak silnego, że czuł się, jakby zawlokły go tam wielkie szczypce.

- I widzi pan, w chwili kiedy wszedłem do tamtego hotelu, zostałem zaatakowany. Nie wiem, który z wampirów mnie Przemienił. Może wszyscy po trochu.

Inkwizytor cmoknął.

- No, no, niedobrze. To bardzo irytujące.

- Też tak uważam - zgodził się Simon.

- Clave nie będzie zadowolone.

- A co Clave obchodzi, w jaki sposób stałem się wampirem? - zapytał Simon, zbity z tropu.

- Cóż, byłoby inaczej, gdyby zaatakowano cię znienacka - powiedział Aldertree przepraszającym tonem. - Ale ty poszedłeś tam dobrowolnie, rozumiesz? Wygląda to trochę tak, jakbyś chciał zostać wampirem.

- Nie chciałem! Nie dlatego poszedłem do hotelu!

- Oczywiście, oczywiście. - Głos Inkwizytora był kojący. - Przejdźmy do następnego tematu, dobrze? - Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: - Jak to jest, że wampiry pozwoliły ci przeżyć, młody Simonie? Zważywszy na to, że naruszyłeś ich terytorium, normalną procedurą byłoby żywienie się tobą, aż umrzesz, a potem pogrzebanie twojego ciała, żebyś nie zmartwychwstał.

Simon już miał opowiedzieć Inkwizytorowi, jak Raphael zaniósł go do Instytutu, a Clary, Jace i Isabelle przenieśli go na cmentarz i strzegli, póki nie odkopał się z własnego grobu. W ostatniej chwili ugryzł się w język. Miał słabe pojęcie o tym, jak działa Prawo, ale wątpił, żeby czuwanie Nocnych Łowców nad budzącymi się wampirami i dostarczanie im krwi na pierwszy posiłek, było akceptowanym postępowaniem.

- Nie wiem - rzekł w końcu. - Nie mam pojęcia, dlaczego mnie Przemienili, zamiast zabić.

- Ale jeden z nich musiał pozwolić ci wypić swoją krew, bo inaczej nie byłbyś... tym, czym jesteś teraz. Twierdzisz, że nie wiesz, kto był twoim rodzicem?

Rodzicem? Simon nigdy nie myślał w ten sposób o swojej sytuacji. Spróbował krwi Raphaela właściwie przez przypadek. I trudno mu było uznać go za rodzica, zwłaszcza że chłopak wyglądał młodziej od niego.

- Obawiam się, że nie.

- No, cóż. - Inkwizytor westchnął. - To bardzo niefortunne.

- Co jest niefortunne?

- Że mnie okłamujesz, chłopcze. - Aldertree pokręcił głową. - A miałem nadzieję, że będziesz współpracował. To straszne, po prostu straszne. Nie zechciałbyś jednak wyznać mi prawdy? W ramach przysługi?

- Mówię prawdę!

Inkwizytor oklapł jak niepodlewany kwiat.

- Jaka szkoda. - Westchnął ponownie. - Jaka szkoda. - Przeciął pokój i mocno zabębnił w drzwi, dalej kręcąc głową.

- Co się dzieje? - W głosie Simona pobrzmiewały strach i dezorientacja. - Co z Bramą?

- Bramą? - Aldertree zachichotał. - Chyba nie myślałeś, że tak po prostu pozwolimy ci odejść, co?

Zanim Simon zdążył odpowiedzieć, drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wpadli Nocni Łowcy w czarnych strojach. Kiedy mocne ręce zacisnęły się na jego ramionach, zaczął walczyć. Na głowę zarzucono mu kaptur. Kopnął na oślep i kogoś trafił. Usłyszał przekleństwo.

Potem brutalnie szarpnięto go do tyłu i ktoś warknął mu do ucha:

- Zrób to jeszcze raz, wampirze, a wleję ci święconą wodę do gardła i będę patrzył, jak rzygasz krwią.

- Wystarczy! - Rozległ się cienki, zaniepokojony głos Inkwizytora. - Żadnych więcej gróźb! Ja tylko próbuję dać nauczkę naszemu gościowi. - Chyba przesunął się bliżej, bo Simon znowu poczuł dziwny, gorzki zapach. - Simonie, Simonie. Tak się cieszyłem, że cię poznałem. Mam nadzieję, że noc w celach Gard wywrze pożądany skutek i rano będziesz trochę bardziej skłonny do współpracy. Nadal widzę dla nas jasną przyszłość, gdy już pokonamy tę drobną przeszkodę. - Położył mu dłoń na ramieniu. - Zabierzcie go na dół, Nefilim.

Simon wrzasnął, ale jego krzyki stłumił kaptur. Nocni Łowcy wywlekli go z pokoju i popędzili niekończącą się serią krętych korytarzy. Gdy dotarli do schodów, został popchnięty z taką siłą, że pośliznął się na stopniach. Nie potrafił stwierdzić, gdzie się znajdują, ale czuł wokół siebie zapach wilgotnego kamienia. W miarę jak schodzili w dół, powietrze robiło się coraz zimniejsze, piwniczne.

Gdy w końcu się zatrzymali, rozległ się zgrzyt żelaza po kamieniu i Simona znowu pchnięto do przodu. Wylądował na rękach i kolanach na twardej ziemi. Usłyszał głośny, metaliczny szczęk, jakby zatrzaśnięto drzwi, a potem odgłos oddalających się kroków. Gdy ich echo ucichło, Simon dźwignął się na nogi. Ściągnął kaptur z głowy i z ulgą cisnął go na ziemię. Z trudem zwalczył impuls, żeby zaczerpnąć tchu, którego wcale nie potrzebował. Wiedział, że to tylko odruch, ale pierś go bolała, jakby naprawdę brakowało mu powietrza.

Znajdował się w kwadratowym, nagim, kamiennym pomieszczeniu z pojedynczym zakratowanym oknem osadzonym w murze nad małym, twardym łóżkiem. Przez niskie drzwi widział maleńką łazienkę ze zlewem i toaletą. Zachodnia ściana celi była zakratowana. Grube żelazne pręty biegły od podłogi do sufitu. Część z nich tworzyła drzwi na zawiasach z mosiężną gałką, na której widniał czarny znak. Również na wszystkich prętach były wyryte znaki. Nawet kraty w oknie znaczyła ich pajęcza sieć.

Simon wiedział, że drzwi celi są zamknięte, ale nie mógł się powstrzymać. Podszedł do nich i chwycił za gałkę. Jego dłoń przeszył piekący ból. Simon krzyknął, gwałtownie zabrał rękę, popatrzył na nią zaskoczony. Na skórze był wypalony skomplikowany wzór, z którego unosiły się cienkie smużki dymu. Wyglądał trochę jak Gwiazda Dawida wpisana w okrąg, z delikatnymi runami w każdej z pustych przestrzeni między liniami.

Simon zwinął dłoń w pięść, powstrzymując okrzyk.

- Co to jest? - wyszeptał, choć wiedział, że nikt nie może go usłyszeć.

- Pieczęć Salomona - odpowiedział mu jakiś głos. - Podobno zawiera jedno z prawdziwych imion Boga. Odstrasza demony... i twój rodzaj również. To zasada twojej wiary.

Simon podskoczył, niemal zapominając o bólu.

- Kto tu jest?

Na chwilę zapadła cisza.

- Jestem w celi obok, Chodzący za Dnia. - Simon usłyszał głos dorosłego mężczyzny, lekko ochrypły. - Strażnicy przez pół dnia się zastanawiali, jak uniemożliwić ci ucieczkę, więc na twoim miejscu nie próbowałbym otwierać drzwi. Lepiej oszczędzaj siły, póki się nie dowiesz, czego chce od ciebie Clave.

- Nie mogą mnie tu trzymać - zaprotestował Simon. - Nie należę do tego świata. Moja rodzina zauważy, że mnie nie ma... nauczyciele...

- O tym też pomyśleli. Są proste czary, które podtrzymają w twoich rodzicach złudzenie, że istnieje całkowicie uzasadniony powód twojej nieobecności. Wycieczka szkolna. Wizyta u rodziny. Nawet początkujący czarownik sobie z tym poradzi. - W głosie nie było groźby ani smutku, tylko rzeczowość. - Myślisz, że nigdy wcześniej się nie zdarzyło, że Podziemny zniknął bez śladu?

- Kim jesteś? - Simonowi załamał się głos. - Też Podziemnym? To tutaj nas trzymają?

Tym razem nie było odpowiedzi. Simon zawołał ponownie, ale współtowarzysz najwyraźniej uznał, że powiedział już wszystko, co chciał. W sąsiedniej celi panowała cisza.

Ból w ręce ustąpił. Skóra już nie wyglądała na poparzoną, ale na dłoni pozostał ślad Pieczęci, jak narysowany atramentem. Simon spojrzał na kraty celi. Dopiero teraz zauważył, że nie wszystkie symbole są runami. Między nimi były wyryte Gwiazdy Dawida i wersy z Tory po hebrajsku. Znaki wyglądały na nowe.

"Strażnicy przez pół dnia się zastanawiali, jak uniemożliwić ci ucieczkę".

Śmieszne, ale wymyślili ten sposób nie tylko dlatego, że był wampirem, ale również dlatego, że był Żydem. Pół dnia spędzili na ryciu Pieczęci Salomona na gałce u drzwi. Poświęcili dużo czasu i trudu, by wykorzystać zasady jego wiary przeciwko niemu.

Z jakiegoś powodu ta myśl załamała go całkowicie. Opadł na łóżko i ukrył głowę w dłoniach.

***

Kiedy Alec wrócił z Gard, Princewater Street była ciemna - okna domów zasłonięto żaluzjami i kotarami. Tylko tu i ówdzie czarodziejskie latarnie rzucały białą poświatę na bruk. Dom Penhallowów okazał się najjaśniejszy w całym kwartale. W oknach paliły się świece, a frontowe drzwi były lekko uchylone, tak że na chodnik padała smuga żółtego światła.

Na niskim kamiennym murku, który otaczał frontowy ogród Penhallowów, siedział Jace. Jego włosy były bardzo jasne w blasku najbliższej lampy ulicznej. Gdy Alec się zbliżył, podniósł wzrok i zadrżał lekko. Miał na sobie tylko cienką kurtkę, a po zachodzie słońca wyraźnie się ochłodziło. W rześkim powietrzu unosił się lekki zapach róż.

Alec usiadł obok niego.

- Czekałeś na mnie przez cały czas?

- A kto mówi, że czekałem na ciebie?

- Poszło dobrze, jeśli o to się martwiłeś. Zostawiłem Simona z Inkwizytorem.

- Zostawiłeś go? Nie upewniłeś się, czy wszystko jest w porządku?

- Było w porządku - odparł Alec. - Inkwizytor powiedział, że osobiście zaprowadzi Simona do Bramy i odeśle go do...

- Inkwizytor powiedział, Inkwizytor powiedział - przerwał mu z rozdrażnieniem Jace. - Inkwizytorka, którą ja poznałem, nadużyła władzy. Gdyby nie zginęła, Clave zwolniłoby ją ze stanowiska, może nawet przeklęło. Kto wie, czy Aldertree też nie jest nadgorliwy?

- Wydawał się całkiem miły - zapewnił Alec. - Był bardzo uprzejmy wobec Simona. Posłuchaj, Jace, tak właśnie działa Clave. Nie mamy kontroli nad wszystkim. Ale trzeba im ufać, bo inaczej zapanuje chaos.

- Ostatnio dużo rzeczy schrzanili, musisz przyznać.

- Może - zgodził sie Alec. - Ale jeśli zaczniesz uważać, że jesteś mądrzejszy niż Clave, w czym będziesz lepszy od Inkwizytora? Albo od Valentine'a?

Jace drgnął, jakby Alec go uderzył.

- Przepraszam. - Alec wyciągnął do niego rękę. - Nie chciałem...

W tym momencie na ogród padł snop jasnego żółtego światła. Alec podniósł wzrok i zobaczył Isabelle stojącą w otwartych drzwiach. Choć widział tylko jej sylwetkę na tle blasku wylewającego się z domu, po jej postawie od razu poznał, że jest zirytowana.

- Co wy tutaj robicie?! - zawołała. - Wszyscy się zastanawiają, gdzie jesteście.

Alec odwrócił się z powrotem do przyjaciela.

- Jace...

Ale Jace już wstał, ignorując jego wyciągniętą rękę.

- Obyś miał rację co do Clave - powiedział tylko.

Alec odprowadził go wzrokiem. W jego głowie rozbrzmiał, nieproszony, głos Simona. "Teraz przez cały czas się zastanawiam, jak wszystko odwrócić. Czy jeszcze kiedykolwiek możemy być przyjaciółmi, czy to, co nas łączyło, rozpadło się na kawałki. Nie z jej powodu, tylko z mojego".

Frontowe drzwi się zamknęły. Alec został sam w ciemnym ogrodzie. Gdy zamknął na chwilę oczy, pod jego powiekami ukazała się twarz. Ale nie Jace'a. Oczy były zielone, o wąskich źrenicach. Kocie.

Sięgnął do worka i wyciągnął z niego pióro i kawałek papieru wyrwany z kołonotatnika, którego używał jako dziennika. Napisał na nim kilka słów, a potem stelą nakreślił run ognia na dole stronicy. Kartka zajęła się ogniem szybciej, niż sądził. Wypuścił płonący papier w powietrze, jak świetlik. Wkrótce został z niego tylko drobny popiół, który niczym biały proszek obsypał krzewy róż.

 

1

Brama

Skończyły się chłody panujące w poprzednim tygodniu; słońce świeciło jasno, kiedy Clary spieszyła przez zakurzone podwórko Luke'a. Na głowę naciągnęła kaptur bluzy, żeby włosy nie chłostały jej po twarzy. Może i się ociepliło, ale wiatr wiejący od East River nadal był przykry. Niósł ze sobą chemiczne odory zmieszane z brooklyńskim zapachem asfaltu, benzyny i palonego cukru z opuszczonej fabryki mieszczącej się w sąsiedztwie.

Simon czekał na nią na ganku, rozwalony w fotelu z połamanymi sprężynami. Na kolanach trzymał Nintendo i zawzięcie dźgał ekran rysikiem.

- Punkt - pochwalił się, kiedy Clary weszła po schodach. - Wymiatam w Mario Kart.

Clary odrzuciła kaptur, strzepnęła włosy z oczu i zaczęła grzebać w plecaku w poszukiwaniu klucza.

- Gdzie byłeś? Dzwoniłam do ciebie od rana.

Simon wstał i schował mrugające urządzenie do torby.

- U Erica. Próba zespołu.

Clary przestała majstrować kluczem w zamku - zawsze się zacinał - i spojrzała na przyjaciela, marszcząc brwi.

- Próba zespołu? To znaczy, że nadal jesteś...

- W zespole? A dlaczego miałbym nie być? - Simon wyciągnął rękę. - Pozwól, że ja spróbuję.

Clary stała bez ruchu, podczas gdy Simon z wprawą i odpowiednią siłą przekręcił klucz, otwierając stary, uparty zamek. Gdy przypadkiem musnął ręką jej dłoń, Clary zadrżała; jego skóra była zimna jak powietrze na dworze. Tydzień wcześniej zrezygnowali z chodzenia ze sobą na poważnie, więc nadal czuła się skrępowana w jego obecności.

- Dzięki. - Wzięła klucz, nie patrząc na Simona.

W salonie było gorąco. Clary powiesiła kurtkę na kołku w przedpokoju i skierowała się do pokoju gościnnego. Zmarszczyła brwi. Na łóżku leżała jej walizka, otwarta jak muszla, wszędzie walały się ubrania i szkicowniki.

- Myślałem, że jedziesz do Idrisu tylko na parę dni - powiedział Simon, z lekką konsternacją patrząc na bałagan.

- Tak, ale zupełnie nie wiem, co spakować. Nie mam żadnych sukien ani spódnic. A jeśli nie będę mogła tam nosić spodni?

- Dlaczego miałabyś nie móc nosić spodni? To inny kraj, a nie inny wiek.

- Ale Nocni Łowcy są tacy staroświeccy, a Isabelle zawsze chodzi w sukniach... - Clary westchnęła. - Tak naprawdę to po prostu przenoszę niepokój o mamę na swoją garderobę. Porozmawiajmy o czymś innym. Jak próba? Nadal nie macie nazwy dla zespołu?

- Dobrze. - Simon usiadł na biurku. - Rozważamy nowe motto. Coś ironicznego, na przykład: "Widzieliśmy milion twarzy i rozpaliliśmy osiemdziesiąt procent z nich".

- Powiedziałeś Ericowi i reszcie, że...

- Że jestem wampirem? Nie. Takich rzeczy nie wyznaje się w pogawędce.

- Może, ale przecież oni są twoimi przyjaciółmi. Powinni wiedzieć. Poza tym, na pewno uznają cię za rockowego boga, kogoś takiego jak wampir Lester.

- Lestat - poprawił ją Simon. - Wampir Lestat. Tylko że on jest fikcyjną postacią. Tak czy inaczej, jakoś nie widzę, żebyś biegła do swoich przyjaciół i mówiła im, że jesteś Nocnym Łowcą.

- Do jakich przyjaciół? Ty jesteś moim przyjacielem. - Rzuciła się na łóżko i zmierzyła go wzrokiem. - A tobie powiedziałam, prawda?

- Bo nie miałaś wyboru. - Simon przekrzywił głowę i przyjrzał się jej uważnie. Światło lampki nocnej nadawało jego oczom srebrne zabarwienie. - Będę za tobą tęsknił.

- Ja za tobą też - zapewniła Clary, choć skóra aż ją mrowiła od nerwowego oczekiwania, które sprawiało, że trudno było się jej skupić, a umysł śpiewał: "Jadę do Idrisu! Zobaczę rodzinny kraj Nocnych Łowców i Miasto Szkła. Uratuję matkę.

I będę z Jace'em".

Oczy Simona zabłysły, jakby usłyszał jej myśli, ale kiedy się odezwał, jego głos był łagodny.

- Powtórz mi jeszcze raz, dlaczego musisz jechać do Idrisu? Dlaczego Madeleine i Luke nie mogą bez ciebie załatwić sprawy?

- Czar, który wprowadził ją w stan śpiączki, mama dostała od Ragnora Fella. Madeleine twierdzi, że jeśli chcemy go odwrócić, musimy znaleźć czarownika. Niestety, on nie zna Madeleine, tylko moją mamę, ale podobno mi zaufa, bo jestem bardzo do niej podobna. Luke nie może jechać ze mną. Do Idrisu tak, ale bez zgody Clave nie wejdzie do samego Alicante, a na pewno jej nie dostanie. I, proszę, nie poruszaj przy nim tego tematu, bo on naprawdę jest nieszczęśliwy, że nie może ze mną jechać. W ogóle by mnie nie puścił, gdyby wcześniej nie znał Madeleine.

- Ale przecież będą tam Lightwoodowie. I Jace. Pomogą ci. Jace obiecał, że ci pomoże, prawda? Nie ma nic przeciwko temu, że przyjeżdżasz?

- Jasne, że mi pomoże. I oczywiście nie ma nic przeciwko mojemu przyjazdowi. Wręcz przeciwnie.

Dobrze jednak wiedziała, że to kłamstwo.

***

Po rozmowie z Madeleine w szpitalu Clary poszła prosto do Instytutu. Jace był pierwszą osobą, nawet przed Lukiem, której powiedziała o sekrecie Jocelyn. A on tylko stał i gapił się na nią, coraz bledszy, jakby nie mówiła o ratowaniu matki, tylko z powolnym okrucieństwem utaczała mu krwi.

- Nigdzie nie jedziesz - oświadczył, kiedy skończyła. - Nawet gdybym musiał cię związać i siedzieć na tobie, aż zapomnisz o tym szalonym kaprysie.

Clary poczuła się, jakby ją spoliczkował. Myślała, że będzie zadowolony. Biegła przez całą drogę ze szpitala do Instytutu, żeby się podzielić z nim nadzieją, a teraz on stał w holu i łypał na nią groźnym wzrokiem.

- Ale ty jedziesz - przypomniała.

- Tak, jedziemy, bo musimy. Clave wezwało wszystkich aktywnych członków do Idrisu na walne zgromadzenie. Będzie głosowanie, co robić w związku z Valentine'em, a ponieważ jesteśmy ostatnimi, którzy go widzieli...

- Więc dlaczego ja nie mogę jechać z wami? - przerwała mu Clary.

Jej bezpośrednie pytanie jeszcze bardziej go rozgniewało.

- Bo to nie jest bezpieczniejsze miejsce dla ciebie.

- Tak? A tutaj jest? W zeszłym miesiącu omal nie zginęłam kilkanaście razy, choć przez cały czas byłam w Nowym Jorku.

- To dlatego, że Valentine'owi zależało na dwóch Darach Anioła, które się tutaj znajdowały - rzucił Jace przez zęby. - Teraz skupi się na Idrisie. Wszyscy wiemy, że...

- Niczego nie jesteśmy pewni - powiedział ktoś.

Nie zauważyli, że za drzwiami korytarza stoi Maryse Lightwood. Gdy wyszła z cienia, ostre światło podkreśliło na jej twarzy zmarszczki spowodowane wyczerpaniem. Jej mąż Robert Lightwood, zatruty przez jad demona podczas zeszłotygodniowej bitwy, wymagał stałej opieki. Clary potrafiła sobie wyobrazić, jak zmęczona jest Maryse.

- Clave chce poznać Clarissę. Przecież wiesz, Jace.

- Clave może się wypchać.

- Jace! - skarciła go Maryse rodzicielskim tonem. - Uważaj na język.

- Clave dużo chce, ale niekoniecznie musi wszystko dostać - poprawił się Jace.

Maryse posłała mu spojrzenie wyrażające dezaprobatę.

- Clave często ma rację - stwierdziła. - To rozsądne z ich strony, że chcą porozmawiać z Clary po tym wszystkim, co przeszła. Ona może im wiele wyjaśnić.

- Ja też mogę im dużo powiedzieć - oświadczył Jace.

Pani Lightwood westchnęła i skierowała spojrzenie niebieskich oczu na Clary.

- Chcesz jechać do Idrisu?

- Tylko na kilka dni, nie będę sprawiać kłopotów - zapewniła Clary, patrząc błagalnie na Maryse, którą Jace piorunował wzrokiem. - Przysięgam.

- Nie chodzi o to, że będziesz sprawiać kłopoty. Pytanie brzmi: czy zechcesz spotkać się z Clave? Oni chcą z tobą porozmawiać. Jeśli odmówisz, wątpię, czy dostanę pozwolenie, żeby cię z nami zabrać.

- Nie... - zaczął Jace.

- Spotkam się z Clave - przerwała mu Clary. Poczuła zimny dreszcz na plecach. Jedyną wysłanniczką Clave, którą do tej pory poznała, była Inkwizytorka, niezbyt przyjemna osoba.

Maryse pomasowała skronie.

- A zatem ustalone. - Nie mówiła jednak zbyt pewnym tonem. Wydawała się spięta jak za mocno naciągnięta struna. - Jace, odprowadź Clary, a potem przyjdź do mnie do biblioteki. Muszę z tobą porozmawiać.

Oddaliła się bez słowa pożegnania. Patrząc za nią, Clary czuła się, jakby została oblana lodowatą wodą. Alec i Isabelle szczerze lubili matkę, Maryse nie była złą osobą, ale z pewnością nie emanowała ciepłem.

Jace miał usta zaciśnięte w wąską kreskę.

- I zobacz, co narobiłaś.

- Muszę jechać do Idrisu, nawet jeśli ty nie rozumiesz po co - oświadczyła Clary. - Muszę to zrobić dla mojej matki.

- Maryse za bardzo ufa Clave - stwierdził Jace. - Wierzy, że są doskonali, a ja nie mogę jej uświadomić, że nie są, bo... - Urwał raptownie.

- Bo coś takiego powiedziałby Valentine.

Spodziewała się wybuchu, ale Jace tylko rzucił:

- Nikt nie jest doskonały. - Wcisnął przycisk windy. - Nawet Clave.

Clary skrzyżowała ramiona na piersi.

- Czy naprawdę dlatego nie chcesz, żebym jechała do Idrisu? Bo nie jest tam bezpiecznie?

Przez twarz Jace'a przemknął wyraz zaskoczenia.

- O co ci chodzi? Jaki miałbym inny powód?

Clary przełknęła ślinę.

- Bo...

Bo powiedziałeś mi, że już nie żywisz do mnie żadnych uczuć, co było bardzo niezręczne, ponieważ ja nadal je dla ciebie mam. I założę się, że o tym wiesz.

- Bo nie chcę, żeby moja siostrzyczka wszędzie za mną łaziła? - Oprócz ostrej, lekko drwiącej nuty w jego głosie było coś jeszcze.

Winda zatrzymała się ze zgrzytem. Clary rozsunęła drzwi, weszła do środka i odwróciła się do Jace'a.

- Nie jadę do Idrisu dlatego, że ty tam będziesz. Chcę pomóc matce. Naszej matce. Muszę jej pomóc. Nie rozumiesz? Jeśli tego nie zrobię, ona może nigdy się nie obudzić. Mógłbyś przynajmniej udawać, że choć trochę cię to obchodzi.

Jace położył dłonie na jej ramionach. Kiedy palcami musnął szyję przy kołnierzyku, Clary przeszedł dreszcz. Mimo woli zauważyła, że Jace ma pod oczami cienie i zapadnięte policzki. Czarny sweter podkreślał posiniaczoną skórę. I ciemne rzęsy. Jace był studium kontrastów, postacią namalowaną różnymi odcieniami czerni, bieli i szarości, z plamkami złota w oczach, jedynymi kolorowymi akcentami...

- Pozwól, że ja to zrobię. - Jego głos był cichy, ton naglący. - Ja jej pomogę. Powiedz mi, gdzie mam jechać, kogo zapytać. Zdobędę to, czego potrzebujesz.

- Madeleine uprzedziła, że tylko ja mogę pojechać do tego czarownika. On będzie oczekiwał córki Jocelyn, a nie jej syna.

Jace mocniej zacisnął dłonie na jej ramionach.

- Więc powiedz jej, że nastąpiła zmiana planów. Ja pojadę, nie ty. Nie ty.

- Jace...

W tym momencie winda szarpnęła i ze zgrzytaniem powiozła ją w dół, w mroczną ciszę katedry.

***

- Ziemia do Clary. - Simon pomachał rękami. - Śpisz?

- Przepraszam. - Usiadła prosto, potrząsając głową.

Wtedy po raz ostatni widziała Jace'a. Później nie odbierał telefonu, więc ułożyła plan, żeby pojechać do Idrisu z Lightwoodami, wykorzystując Aleca jako niechętnego i zakłopotanego pośrednika. Biednego Aleca, który zawsze starał się zrobić to co najwłaściwsze, rozdarty między Jace'em a matką.

- Mówiłeś coś?

- Tylko to, że chyba wrócił Luke - odparł Simon i zeskoczył z biurka, kiedy otworzyły się drzwi sypialni. - Oto i on.

- Cześć, Simon. - Luke mówił spokojnym, może trochę zmęczonym głosem.

Miał na sobie zniszczoną dżinsową kurtkę i stare sztruksy wetknięte w buty, które wyglądały, jakby ich najlepsze czasy minęły dziesięć lat temu. Okulary zsunął na kasztanowe włosy - Clary wydawało się, że z każdym dniem dostrzega w nich coraz więcej siwych pasemek. Pod pachą trzymał kwadratowy pakunek przewiązany zieloną wstążką.

- Coś na podróż.

- Nie musiałeś! - zaprotestowała Clary. - Już tyle dla mnie zrobiłeś...

Myślała o ubraniach, które kupił, kiedy wszystkie jej rzeczy uległy zniszczeniu. Podarował jej nowy telefon i przybory malarskie, bez proszenia. Prawie wszystko, co miała, było prezentem od Luke'a.

I nawet nie okazujesz niezadowolenia, że jadę.

Ta ostatnia myśl zawisła między nimi niewypowiedziana.

- Wiem. Ale zobaczyłem to i pomyślałem o tobie. - Wręczył jej pudełko.

Rzecz znajdująca się w środku była zawinięta w kilka warstw bibułki. Clary rozerwała je i namacała coś miękkiego, jak kocie futerko. Gwałtownie wciągnęła powietrze na widok zielonego aksamitnego płaszcza, staromodnego, ze złotą jedwabną podszewką, mosiężnymi guzikami i dużym kapturem. Położyła go sobie na kolanach i z zachwytem pogładziła miękką tkaninę.

- Podobny do tego, który nosi Isabelle! - wykrzyknęła. - Zupełnie jak płaszcz podróżny Nocnych Łowców.

- Właśnie - potwierdził Luke. - W Idrisie będziesz ubrana tak jak oni.

Clary podniosła na niego wzrok.

- Chcesz, żebym wyglądała jak oni?

- Przecież jesteś jedną z nich. - Uśmiech Luke'a był zabarwiony smutkiem. - Poza tym wiesz, jak oni traktują obcych. Skoro możesz się dostosować...

Simon wydał dziwny dźwięk. Clary zerknęła na niego zawstydzona. Niemal zapomniała o jego obecności. Przyjaciel ostentacyjnie spojrzał na zegarek.

- Powinienem już iść.

- Przecież dopiero przyszedłeś! - zaprotestowała Clary. - Myślałam, że gdzieś razem wyjdziemy, obejrzymy film albo...

- Musisz się spakować. - Simon posłał jej uśmiech promienny jak słońce po deszczu. - Przyjdę później, żeby się z tobą pożegnać.

- Och, daj spokój. Zostań...

- Nie mogę. - Ton Simona był stanowczy. - Umówiłem się z Maią.

- Aha - mruknęła Clary. - Świetnie.

Maia była miła. Bystra. I ładna. Była również wilkołakiem. Wilkołakiem zakochanym w Simonie. I może dobrze. Jego nowa przyjaciółka powinna być Podziemną. Ostatecznie on również teraz należał do Świata Cieni. Właściwie w ogóle nie powinien spędzać czasu z Nocnymi Łowcami.

- Chyba rzeczywiście lepiej, żebyś już poszedł.

- Chyba tak. - Ciemne oczy Simona pozostały nieprzeniknione. To było coś nowego. Wcześniej zawsze potrafiła w nich czytać. Ciekawe, czy to skutek uboczny wampiryzmu, czy coś zupełnie innego. - Do widzenia.

Nachylił się, jakby chciał pocałować ją w policzek, ale tylko odgarnął jej włosy do tyłu i zaraz cofnął się z niepewną miną. Clary zmarszczyła brwi zaskoczona, ale Simon odwrócił się i ruszył do wyjścia, mijając Luke'a. Po chwili trzasnęły drzwi frontowe.

- Dziwnie się zachowuje - stwierdziła Clary, tuląc do siebie aksamitny płaszcz. - Twoim zdaniem to dlatego, że jest wampirem?

- Raczej nie. - Luke wyglądał na lekko rozbawionego. - Gdy stajesz się Podziemnym, nie zmienia się twój sposób odczuwania. Daj mu trochę czasu. Niedawno z nim zerwałaś.

- Nie. To on zerwał ze mną.

- Bo go nie kochasz. Uważam, że dobrze sobie radzi w tej sytuacji. Wielu nastolatków boczyłoby się albo krążyło pod twoim oknem z radiem tranzystorowym.

- Teraz nikt nie ma radia tranzystorowego. To było w latach osiemdziesiątych. - Clary wstała z łóżka i włożyła płaszcz. Zapięła go pod szyję, rozkoszując się gładkością aksamitu. - Po prostu chciałabym, żeby Simon znowu był normalny. - Spojrzała na siebie w lustrze. Mile zaskoczona stwierdziła, że zieleń podkreśla rudą barwę jej włosów i dodaje blasku oczom. Odwróciła się do Luke'a. - I co sądzisz?

Oparty o framugę drzwi, z rękami w kieszeniach, popatrzył na nią uważnie i po jego twarzy przemknął cień.

- Twoja matka miała taki sam płaszcz, kiedy była w twoim wieku - powiedział.

Clary ścisnęła mankiety płaszcza, wbijając palce w miękką tkaninę. Wzmianka o matce w połączeniu ze smutkiem na twarzy Luke'a, sprawiła, że omal się nie rozpłakała.

- Odwiedzimy ją dzisiaj, dobrze? - zapytała. - Chcę się z nią pożegnać przed wyjazdem i powiedzieć... co zamierzam zrobić. I że wyzdrowieje.

Luke pokiwał głową.

- Dobrze. Clary?

- Co? - Bała się na niego spojrzeć, ale ku swojej uldze stwierdziła, że smutek zniknął z jego oczu.

- Normalność wcale nie jest taka dobra, jak się wydaje - rzucił z uśmiechem Luke.

***

Simon spojrzał na kartkę, którą trzymał w ręce, a następnie na katedrę, mrużąc oczy w popołudniowym słońcu. Instytut wznosił się wysoko w błękitne niebo - słup z granitu, z oknami o ostrych łukach, otoczony wysokim kamiennym murem. Z gzymsów łypały na Simona gargulce, jakby rzucały mu wyzwanie, żeby podszedł do frontowych drzwi. Budowla niczym nie przypominała tej, którą widział za pierwszym razem. Wtedy wyglądała jak ruina, ale na Podziemnych czary nie działały.

"To nie miejsce dla ciebie". Słowa były surowe, ostre jak kwas. Simon nie był pewien, czy wypowiedział je gargulec, czy głos w jego głowie. "To jest kościół, a ty jesteś przeklęty".

- Zamknij się - mruknął bez przekonania. - Poza tym, nie obchodzą mnie kościoły. Jestem Żydem.

W kamiennym murze była osadzona żelazna brama z filigranu. Simon położył rękę na zasuwie, spodziewając się, że poczuje piekący ból, ale nic się nie stało. Najwyraźniej sama brama nie była szczególnie święta. Pchnął ją i wszedł na popękaną kamienną ścieżkę prowadzącą do frontowych drzwi. Znajdował się w połowie drogi, kiedy w pobliżu usłyszał głosy. Znajome.

A może wcale nie w pobliżu? Niemal zapomniał, jak bardzo wyostrzył mu się słuch i wzrok od czasu Przemiany. Wydawało się, że głosy dochodzą tuż zza rogu, ale kiedy wąską dróżką dotarł do bocznej ściany Instytutu, zobaczył grupkę ludzi stojących w drugim końcu zdziczałego ogrodu. Rozgałęziające się ścieżki, które biegły między zaniedbanymi krzewami różanymi, gęsto porastała trawa. Samotną kamienną ławkę oplatało zielsko. Kiedyś to był prawdziwy kościół, zanim przejęli go Nocni Łowcy.

Najpierw Simon zobaczył Magnusa. Czarownik, oparty o omszały kamienny mur, miał na sobie biały T-shirt w kolorowe plamy i tęczowe skórzane spodnie. Wyróżniał się jak szklarniana orchidea wśród ubranych na czarno Nocnych Łowców. Alec był blady i miał ponurą minę, Isabelle, z włosami zaplecionymi w warkocze przewiązane srebrnymi wstążkami, stała obok małego chłopca, zapewne Maksa, najmłodszego z rodzeństwa, i matki, swojej starszej i bardziej kościstej wersji o takich samych długich, czarnych włosach. Obok nich Simon zobaczył kobietę, której nigdy wcześnie nie widział. W pierwszej chwili uznał ją za starą z powodu prawie białych włosów, ale kiedy się odwróciła, żeby coś powiedzieć do Maryse, stwierdził, że nieznajoma ma nie więcej niż trzydzieści pięć albo czterdzieści lat.

I był z nimi również Jace. Trzymał się w pewnej odległości od reszty grupy, jakby czuł się tam obco. Miał na sobie taki sam strój jak pozostali Nocni Łowcy. Kiedy Simon ubierał się cały na czarno, wyglądał, jakby szedł na pogrzeb, natomiast Jace sprawiał wrażenie twardego i niebezpiecznego. W dodatku czerń podkreślała złotą barwę jego włosów. Simon poczuł, jak napinają mu się mięśnie pleców. Zastanawiał się, czy z czasem jego niechęć do Jace'a osłabnie. Nie chciał jej czuć, ale ciążyła mu jak kamień na jego niebijącym sercu.

Było coś dziwnego w tym zgromadzeniu... W tym momencie Jace odwrócił się, jakby wyczuł jego obecność, i Simon, nawet z tej odległości, dostrzegł białą bliznę na jego szyi, tuż nad kołnierzem. Jego uraza stopniała. Jace skinął lekko w jego stronę głową.

- Zaraz wracam - powiedział do Maryse tonem, jakiego Simon nigdy nie użyłby wobec swojej matki. Mówił jak dorosły do dorosłego.

Pani Lightwood machnęła z roztargnieniem ręką.

- Nie rozumiem, dlaczego to tak długo trwa - ciągnęła, patrząc na Magnusa. - To normalne?

- Nienormalny jest upust, który wam daję. - Czarownik postukał obcasem w mur. - Zwykle biorę dwa razy więcej.

- To tymczasowa Brama, która ma nas przenieść do Idrisu. Spodziewam się, że potem ją zamkniesz. Taka jest nasza umowa. - Maryse odwróciła się do stojącej obok niej kobiety. - Zostaniesz tutaj i dopilnujesz, żeby Bane to zrobił, Madeleine?

Madeleine. Przyjaciółka Jocelyn. Simon nie miał jednak czasu, żeby się jej przyjrzeć, bo Jace już wziął go za ramię i pociągnął na tyły kościoła, z dala od innych. Tutaj ogród był jeszcze bardziej zachwaszczony, po ścieżce wiły się węże korzeni. Jace pchnął Simona za duży dąb i rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nikt za nimi nie idzie.

- W porządku. Tu możemy pogadać.

W tym miejscu rzeczywiście było ciszej, szum ruchu ulicznego dochodzący z York Avenue tłumiło gmaszysko Instytutu.

- To ty mnie zaprosiłeś - przypomniał Simon. - Kiedy dzisiaj rano się obudziłem, znalazłem twój liścik wetknięty w okno. Nie używasz telefonu jak normalni ludzie?

- Nie, jeśli mogę tego uniknąć, wampirze - odparł Jace, Przyglądał mu się uważnie, jakby czytał książkę. Na jego twarzy malowały się dwa sprzeczne uczucia: lekkie zdumienie i chyba rozczarowanie. - A więc to nadal prawda. Możesz chodzić w słońcu. Nawet w środku dnia cię nie pali.

- Tak. Ale przecież dobrze o tym wiesz. Byłeś tam. - Nie musiał uściślać, co oznacza "tam". Widział po minie Jace'a, że pamięta rzekę, tył furgonetki, słońce wstające nad wodą, krzyczącą Clary.

- Myślałem, że może coś się zmieniło - powiedział Jace, ale nie wyglądało na to, żeby mówił poważnie.

- Jeśli zapragnę buchnąć płomieniem, zawiadomię cię. - Simon nigdy nie miał cierpliwości do Jace'a. - Zaprosiłeś mnie tutaj, żeby się na mnie pogapić jak na eksponat w muzeum osobliwości. Następnym razem przyślę ci zdjęcie.

- A ja je oprawię i postawię na stoliku nocnym - odparował Jace, ale nie włożył serca w tę ripostę. - Posłuchaj, zaprosiłem cię tutaj z konkretnego powodu. Niechętnie to przyznaję, ale mamy ze sobą coś wspólnego, wampirze.

- Świetne włosy? - podsunął Simon, choć nie był w nastroju do sarkastycznych uwag. Wyraz twarzy Jace'a przyprawiał go o niepokój.

- Clary - powiedział krótko Jace.

- Clary? - zdziwił się Simon.

- Clary - powtórzył Jace. - No, wiesz: niska, rudowłosa, porywczy charakter.

- Nie rozumiem, w jaki sposób Clary nas łączy - stwierdził Simon, niezgodnie z prawdą.

Nie miał ochoty na tego rodzaju pogawędki z Jace'em, teraz ani w przyszłości. Czyż nie istniało coś w rodzaju męskiego kodu, który wykluczał rozmowy o uczuciach?

Najwyraźniej nie.

- Obu nam na niej zależy - stwierdził Jace, mierząc go wzrokiem. - Jest ważna dla nas obu. Zgadza się?

- Pytasz mnie, czy mi na niej zależy? - Takie określenie wydało się Simonowi niewłaściwe. Jace stroił sobie z niego żarty? Byłoby to niezwykle okrutne, nawet jak na niego. Czyżby ściągnął go tutaj, by z niego drwić, że nie wyszło mu z Clary? Simon nadal miał nadzieję, że sytuacja się zmieni, że Jace i Clary zaczną czuć do siebie to, co powinno czuć wobec siebie rodzeństwo...

Spojrzał Jace'owi w oczy i poczuł, że jego nadzieja się rozwiewa. Na twarzy Nocnego Łowcy wcale nie malował się taki wyraz jak na twarzy brata rozmawiającego o siostrze. Z drugiej strony, stało się oczywiste, że Jace'owi nie chodzi o szydzenie z uczuć rywala. W jego oczach odbijał się smutek, który z pewnością był również wypisany na twarzy Simona.

- Nie myśl, że chętnie zadaję ci te pytania - rzucił burkliwie Jace. - Ale muszę wiedzieć, co zrobiłbyś dla Clary. Skłamałbyś dla niej?

- W jakiej sprawie? A w ogóle co się dzieje? - Simon dopiero teraz uświadomił sobie, co go zaniepokoiło w żywym obrazie, który ujrzał w ogrodzie. - Chwileczkę. Już wyjeżdżacie do Idrisu? Clary myśli, że ruszacie dopiero wieczorem.

- Wiem. I chcę, żebyś powiedział wszystkim w imieniu Clary, że ona nie wybiera się do Idrisu. Że się rozmyśliła. - W jego głosie brzmiało napięcie i jeszcze jakaś dziwna nuta, której Simon nie potrafił rozpoznać. Czyżby błaganie? - Uwierzą ci. Wiedzą... jacy jesteście sobie bliscy.

Simon pokręcił głową.

- Nie wierzę własnym uszom. Sugerujesz, że chcesz, żebym zrobił coś dla Clary, ale tak naprawdę chcesz, żebym zrobił coś dla ciebie. - Zaczął się odwracać. - Nie ma mowy.

Jace chwycił go za ramię i obrócił z powrotem.

- To dla Clary. Próbuję ją chronić. Pomyślałem, że przynajmniej będziesz zainteresowany tym, żeby mi pomóc.

Simon spojrzał znacząco na rękę Jace'a zaciśniętą na jego ramieniu.

- Jak mogę ją chronić, skoro mi nie mówisz, przed czym mam ją chronić?

Jace go nie puścił.

- Nie możesz mi uwierzyć, że to ważne?

- Nie rozumiesz, jak bardzo ona chce jechać do Idrisu - stwierdził Simon. - Jeśli mam do tego nie dopuścić, lepiej podaj mi cholernie dobry powód.

Jace wolno wypuścił powietrze z płuc i niechętnie uwolnił ramię Simona.

- Chodzi o to, co Clary zrobiła na statku Valentine'a - powiedział cicho. - Run otwierający narysowany na ścianie. Sam widziałeś, co się stało.

- Zniszczyła statek - powiedział Simon. - Uratowała nam wszystkim życie.

- Mów ciszej. - Jace rozejrzał się z niepokojem.

- Chyba nie twierdzisz, że nikt więcej o tym nie wie? - rzucił z niedowierzaniem Simon.

- Ja wiem. Ty wiesz. Luke wie. I Magnus. I nikt inny.

- A co według nich się stało? Statek po prostu rozpadł się w odpowiednim momencie?

- Powiedziałem im, że pewnie nie udał się Rytuał Konwersji.

- Okłamałeś Clave? - Simon nie mógł się zdecydować, czy być pod wrażeniem, czy odczuwać konsternację.

- Tak, okłamałem Clave. Isabelle i Alec wiedzą, że Clary potrafi tworzyć nowe runy, więc wątpię, czy będę w stanie utrzymać to w tajemnicy przed Clave czy nowym Inkwizytorem. Ale jeśli tamci się dowiedzą, że ona jest w stanie wzmacniać zwykłe runy tak, że mają niewiarygodną moc niszczenia, będą chcieli zrobić z niej wojownika, broń. A ona nie jest do tego przygotowana. Nie została w ten sposób wychowana... - Urwał, kiedy Simon pokręcił głową. - Co?

- Jesteś Nefilim - powiedział Simon. - Czy nie powinieneś pragnąć tego, co najlepsze dla Clave? Jeśli wykorzystanie Clary...

- Chcesz, żeby wysłali ją na pierwszą linię w walce przeciwko Valentine'owi i jego armii?

- Nie. Nie chcę tego. Ale nie jestem jednym z was. Nie muszę się zastanawiać, kogo postawić na pierwszym miejscu, Clary czy swoją rodzinę.

Jace oblał się ciemnoczerwonym rumieńcem.

- To nie tak. Gdybym myślał, że to pomoże Clave... Ale tak nie będzie. Clary po prostu zostanie wykorzystana...

- Nawet gdybyś sądził, że to pomoże Clave, nie pozwoliłbyś, żeby dostali ją w swoje ręce - stwierdził Simon.

- Dlaczego tak twierdzisz, wampirze?

- Bo nie może jej mieć nikt oprócz ciebie - odparł Simon.

Kolory zniknęły z twarzy Jace'a.

- Więc mi nie pomożesz - powiedział z niedowierzaniem. - Nie pomożesz jej?

Simon się zawahał. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, ciszę przerwał wysoki, przeraźliwy krzyk, straszny, pełen rozpaczy. Najgorsza jednak była raptowność, z jaką ucichł. Jace się obrócił.

- Co to było?

Do pierwszego wrzasku dołączyły inne, a także ostre świdrujące uszy dzwonienie.

- Coś się stało...

Jace już biegł ścieżką, chowając się za krzakami. Po chwili wahania Simon ruszył za nim. Już zapomniał, jak szybko potrafi biegać. Kiedy wypadli zza rogu kościoła i znaleźli się w ogrodzie, następował Jace'owi na pięty.

Przed sobą ujrzeli chaos. Ogród spowijała biała mgła, w powietrzu wisiał mocny zapach: intensywna woń ozonu i słodkawy nieprzyjemny odór. Wszędzie śmigały jakieś postacie. Simon widział tylko ich fragmenty, kiedy pojawiały się i znikały w oparze. Dostrzegł Isabelle. Włosy podskakiwały wokół jej głowy jak czarne liny, smagnięcia bata tworzyły groźne, złote błyskawice. Walczyła z jakimś ogromnym i ciężkim przeciwnikiem, chyba demonem, choć wydawało się to niemożliwe, jako że był środek dnia. Kiedy Simon ruszył do przodu, zobaczył, że stwór ma humanoidalny kształt, ale jest garbaty i zniekształcony. W jednej ręce ściskał grubą deskę i machał nią na oślep, próbując trafić Nocną Łowczynię.

Trochę dalej, przez szczelinę w kamiennym murze, Simon dostrzegł ruch uliczny na York Avenue. Niebo nad Instytutem było pogodne.

- Wyklęci - szepnął Jace. Jego twarz płonęła, kiedy wyciągnął zza pasa jeden z serafickich noży. - Dziesiątki. - Brutalnie odepchnął Simona na bok. - Zostań tutaj, rozumiesz? Nie ruszaj się stąd.

Simon stał przez chwilę jak wrośnięty, kiedy Jace skoczył w mgłę. Srebrzysty blask bijący od klingi rozjaśnił mrok, w którym tu i tam skakały ciemne postacie. Simon miał wrażenie, że patrzy przez matową szybę, i rozpaczliwie próbował zrozumieć, co się dzieje po drugiej stronie. Isabelle zniknęła. Pojawił się Alec z krwawiącą ręką, ciął przez pierś Wyklętego i patrzył, jak przeciwnik pada na ziemię. Za nim wyrósł kolejny, ale Jace już tam był, z nożami w obu rękach. Wyskoczył w powietrze i opadł, tnąc powietrze błyskawicznym ruchem. Głowa demona stoczyła się z karku, trysnęła czarna krew. Simonowi ścisnął się żołądek. Krew pachniała gorzko, trująco.

Nocni Łowcy nawoływali się we mgle, natomiast Wyklęci w ogóle się nie odzywali. Nagle opar się rozstąpił i Simon zobaczył Magnusa stojącego pod murem Instytutu. Czarownik miał dziki wzrok i uniesione ręce, a między nimi przelatywały niebieskie iskry. W kamiennej ścianie powoli otwierała się kwadratowa czarna dziura. Nie była pusta ani ciemna, lśniła jak lustro z wirującym ogniem uwięzionym w szkle.

- Brama! - krzyknął Bane. - Przechodźcie przez Bramę!

W tym momencie wydarzyło się jednocześnie kilka rzeczy. Z mgły wyłoniła się Maryse Lightwood niosąca Maksa na rękach. Zatrzymała się, zawołała coś przez ramię, po czym skoczyła w otwór w murze i zniknęła. Alec podążył za nią, ciągnąc Isabelle. Jej zakrwawiony bicz wlókł się po ziemi. Kiedy pchnął siostrę przez Bramę, coś wyskoczyło za nimi z mroku - wojownik Wyklętych, wymachujący obosiecznym nożem.

Simon w końcu się ruszył. Popędził przed siebie, wykrzykując imię Isabelle, ale potknął się i runął na ziemię z takim impetem, że zaparłoby mu dech, gdyby miał jeszcze jakieś powietrze w płucach. Usiadł z trudem i obejrzał się, żeby sprawdzić, o co zaczepił nogą.

To był trup. Ciało kobiety z poderżniętym gardłem i szeroko otwartymi oczami, niebieskimi i martwymi. Krew plamiła jej jasne włosy. Madeleine.

- Simon, rusz się! - wrzasnął Jace.

Simon podniósł wzrok i zobaczył, że Jace biegnie w jego stronę z zakrwawionymi serafickimi nożami w rękach. Potem ujrzał, że wojownik Wyklętych, który wcześniej atakował Isabelle, teraz majaczy nad nim, a jego twarz pokrytą bliznami wykrzywia zastygły grymas uśmiechu. Widząc, że opada na niego obosieczny nóż, Simon próbował się uchylić, ale choć miał teraz lepszy refleks, okazał się niedostatecznie szybki. Przeszył go piekący ból, a potem otoczyła go ciemność.

 

2

Demoniczne wieże Alicante

Nie istnieje taka magia, która stworzyłaby nowe miejsca parkingowe na nowojorskich ulicach, pomyślała Clary, kiedy ona i Luke po raz trzeci okrążali kwartał. Nie było gdzie zatrzymać furgonetki, na połowie ulicy samochody stały w dwóch rzędach. W końcu Luke stanął przy hydrancie i z westchnieniem wrzucił luz.

- Idź - powiedział. - Pokaż się im, a ja przyniosę twoją walizkę.

Clary skinęła głową, ale zawahała się, zanim sięgnęła do klamki. Żołądek miała ściśnięty z niepokoju. Żałowała, nie po raz pierwszy, że Luke z nią nie jedzie.

- Zawsze myślałam, że kiedy pierwszy raz pojadę za granicę, będę przynajmniej miała paszport.

Luke miał poważną minę.

- Jesteś zdenerwowana, ale wszystko będzie dobrze - powiedział. - Lightwoodowie się tobą zaopiekują.

Mówiłam ci to tylko milion razy, pomyślała Clary.

Poklepała Luke'a po ramieniu i wyskoczyła z furgonetki.

- Zobaczymy się za chwilę.

Ruszyła popękaną kamienną ścieżką. Odgłosy ruchu ulicznego cichły, w miarę jak zbliżała się do drzwi kościoła. Tym razem minęła chwila, zanim odarła Instytut z czaru. Można było odnieść wrażenie, że do starej katedry dodano kolejne przebranie, niczym nową warstwę farby. Zdrapanie jej umysłem było trudne, nawet bolesne. W końcu czarodziejska powłoka zniknęła i Clary zobaczyła prawdziwą budowlę. Wysokie drewniane drzwi lśniły, jakby zostały dopiero co polakierowane.

W powietrzu unosił się dziwny zapach, jakby ozonu i spalenizny. Clary zmarszczyła brwi i sięgnęła ręką do gałki.

Jestem Clary Morgenstern, Nefilim, i proszę o wejście do Instytutu...

Drzwi się otworzyły. Clary wkroczyła do środka i rozejrzała się, mrugając. Próbowała się zorientować, dlaczego wnętrze katedry wydaje jej się inne.

Uświadomiła to sobie, kiedy drzwi zamknęły się za nią, więżąc ją w ciemności rozproszonej jedynie przez słabą poświatę, która padała z różowych okien osadzonych wysoko w górze. Przy wszystkich jej poprzednich wizytach Instytut był oświetlony dziesiątkami płomyków wymyślnych kandelabrów rozmieszczonych wzdłuż przejścia między ławkami.

Clary wyjęła z kieszeni magiczny kamień i go uniosła. Buchnęło z niego światło. Promienie, które wydostały się spomiędzy palców, rozjaśniły wnętrze katedry, kiedy ruszyła do windy znajdującej się w pobliżu pustego ołtarza i niecierpliwie wcisnęła przycisk.

Nic się nie wydarzyło. Odczekała pół minuty i ponownie wcisnęła guzik. I tym razem bez skutku. Przyłożyła ucho do drzwi windy. Żadnego dźwięku. Instytut był ciemny i cichy jak mechaniczna lalka, której nakręcane serce stanęło.

Zaniepokojona Clary pobiegła nawą i otworzyła ciężkie drzwi. Stanęła na frontowych stopniach kościoła i rozejrzała się gorączkowo. Niebo ściemniało do koloru kobaltowego, powietrze jeszcze silniej cuchnęło spalenizną. Wybuchł pożar? Nocni Łowcy się ewakuowali? Katedra wyglądała na nietkniętą...

- To nie był pożar. - Głos był cichy, aksamitny i znajomy.

W cieniu zmaterializowała się wysoka postać. Włosy wokół jej głowy sterczały niczym korona z nierównych kolców. Była ubrana w jedwabny garnitur, lśniącą szmaragdową koszulę, a na palcach miała pierścienie z jasnymi kamieniami.

- Magnus?- wyszeptała Clary.

- Wiem, co sobie pomyślałaś - powiedział Bane. - Ale nie było żadnego pożaru. Ten zapach to piekielna mgła, coś w rodzaju zaczarowanego demonicznego dymu. Osłabia działanie pewnych rodzajów magii.

- Demoniczna mgła? A więc był...

- Atak na Instytut. Tak. Po południu. Wyklęci, kilkudziesięciu.

- Jace - wykrztusiła Clary. - Lightwoodowie...

- Przez ten piekielny dym nie mogłem skutecznie walczyć z Wyklętymi. Zresztą Nocni Łowcy również. Musiałem wysłać ich przez Bramę do Idrisu.

- Ale nikt nie został ranny?

- Madeleine. Zginęła. Przykro mi, Clary.

Clary osunęła się na stopnie. Nie znała dobrze Madeleine, ale ta kobieta stanowiła jedyną więź z jej matką... tą prawdziwą. Twardą i dzielną Nocną Łowczynią, której córka wcześniej nie znała.

- Clary? - W zapadającym zmroku nadchodził ścieżką Luke. W ręce trzymał jej walizkę. - Co się dzieje?

Clary siedziała w milczeniu na schodach, obejmując ramionami kolana, podczas gdy Magnus wyjaśniał, co się stało. Oprócz bólu z powodu śmierci Madeleine czuła również ulgę i miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Jace'owi nic się nie stało. Lightwoodom nic się nie stało. Powtarzała to sobie w duchu. Jace'owi nic się nie stało.

- Wszyscy Wyklęci zostali zabici? - spytał Luke.

- Nie wszyscy. - Magnus pokręcił głową. - Kiedy wysłałem Lightwoodów przez Bramę, Wyklęci się rozproszyli. Nie byli mną zainteresowani. Gdy zamknąłem Bramę, wszyscy zniknęli.

Clary uniosła głowę.

- Brama jest zamknięta? Ale... możesz mnie wysłać do Idrisu, prawda? To znaczy, mogę przejść przez Bramę i dołączyć do Lightwoodów?

Luke i Magnus wymienili spojrzenia. Luke postawił walizkę na ziemi.

- Magnus? - Głos Clary zabrzmiał piskliwie w jej własnych uszach. - Muszę się tam dostać.

- Brama jest zamknięta, Clary...

- To otwórz następną!

- To nie takie łatwe - stwierdził czarownik. - Clave bardzo pilnie strzeże każdego magicznego wejścia do Alicante. Stolica jest dla nich świętym miejscem, to taki ich Watykan, Zakazane Miasto. Żaden Podziemny ani Przyziemny nie może tam wejść bez pozwolenia.

- Ale ja jestem Nocnym Łowcą!

- Ledwo - przypomniał Magnus. - Poza tym, wieże bronią bezpośredniego wstępu do miasta. Żeby otworzyć Bramę do Alicante, musiałbym kazać im czekać na ciebie po drugiej stronie. Gdybym spróbował wysłać cię samowolnie, naruszyłbym prawo, a ja nie chcę ryzykować dla ciebie, choćbym nie wiem jak bardzo cię lubił.

Clary przeniosła wzrok z pełnej żalu twarzy Magnusa na nieufną Luke'a.

- Ale ja muszę jechać do Idrisu. Pomóc matce. Musi istnieć jakiś sposób, żeby się tam dostać. Taki, żeby nie była potrzebna Brama.

- Najbliższe lotnisko jest w sąsiednim kraju - powiedział Luke. - Nawet gdybyśmy zdołali przekroczyć granicę, a to jest bardzo wątpliwe, czekałaby nas jeszcze długa i niebezpieczna podróż lądem przez terytoria różnych Podziemnych. Dotarcie na miejsce zajęłoby nam wiele dni.

Clary zapiekły oczy. Nie będę płakać, przykazała sobie. Nie będę.

- Skontaktujemy się w Lightwoodami. - Głos Luke'a był łagodny. - Dostarczymy im wszelkich informacji potrzebnych do tego, żeby wyleczyć Jocelyn. Odszukają Fella...

Clary wstała ze schodów, potrząsając głową.

- To muszę być ja. Madeleine powiedziała, że Fell nie będzie rozmawiał z nikim innym.

- Fell? - powtórzył Magnus. - Ragnor Fell? Spróbuję wysłać do niego wiadomość. Uprzedzę go, żeby spodziewał się wizyty Jace'a.

Z twarzy Luke'a zniknęła odrobina niepokoju.

- Clary, słyszysz? Z pomocą Magnusa...

Ale Clary nie chciała więcej słuchać o pomocy Magnusa. Nie chciała słuchać żadnych obietnic. Myślała, że uratuje matkę, a teraz nie pozostało jej nic poza czekaniem przy szpitalnym łóżku, trzymaniem bezwładnej ręki Jocelyn i nadzieją, że ktoś inny, gdzieś indziej, zrobi to, czego ona nie może.

Zeszła po schodach i odepchnęła dłoń Luke'a, kiedy próbował ją zatrzymać.

- Muszę przez chwilę pobyć sama.

- Clary...

Słyszała, że Luke ją woła, ale pobiegła za katedrę. Dotarłszy do rozwidlenia kamiennej ścieżki, ruszyła w stronę małego ogrodu znajdującego się po wschodniej stronie Instytutu, w stronę zapachu spalenizny i popiołu oraz gęstego odoru, który się pod nimi krył. Odoru demonicznej magii. W ogrodzie nadal unosiła się mgła, jej strzępy były rozrzucone po krzewach różanych niczym smugi chmur albo ukryte pod kamieniem. Clary dostrzegła ziemię zrytą w czasie walki. I czerwoną plamę przy jednej z kamiennych ławek. Szybko odwróciła wzrok.

I zatrzymała się raptownie. Na murze katedry na szarym kamieniu jarzyły się blaknącym błękitem pozostałości runicznej magii. Coś w rodzaju kwadratowej świetlistej obwódki wokół na wpół otwartych drzwi...

Brama.

Clary poczuła ściskanie w żołądku. Pamiętała inne symbole, jarzące się groźnie na gładkim metalowym kadłubie. Pamiętała drżenie rozpadającego się statku, czarną wodę East River wlewającą się do środka.

To tylko runy, pomyślała. Symbole. Potrafię je rysować. Skoro moja matka potrafiła oddać istotę Pucharu Anioła na kawałku papieru, ja potrafię stworzyć Bramę.

Nogi same poniosły ją w stronę muru, ręka sięgnęła do kieszeni po stelę. Clary nakazała jej nie drżeć, po czym przytknęła czubek narzędzia do kamienia.

Zacisnęła powieki i po omacku zaczęła rysować w głowie kręte linie światła, wyobrażając sobie drzwi, latanie, powietrzne wiry, podróże i odległe miejsca. Linie zetknęły się ze sobą, tworząc znak wdzięczny jak ptak w locie. Clary nie wiedziała, czy ten znak istniał już wcześniej, czy ona go wymyśliła, ale teraz miała go przed oczami, jakby tak było zawsze.

Brama.

Zaczęła rysować. Znaki spływały z czubka steli, tworząc czarne linie. Kamień zasyczał, jej nozdrza wypełnił ostry zapach spalenizny. Pod zamkniętymi powiekami zajaśniało jaskrawe niebieskie światło. Clary poczuła żar na twarzy, jakby stała przed ogniem. Z cichym okrzykiem opuściła rękę i otworzyła oczy.

Znak, który narysowała, był niczym ciemny kwiat rozkwitający na kamiennym murze. W miarę jak patrzyła, linie rozmywały się i zmieniały, spływały łagodnie w dół, rozwijały się, przekształcały. Po chwili pojawił się zarys świetlistych drzwi, kilka stóp wyższych od niej.

Clary nie mogła oderwać od nich wzroku. Jarzyły się takim samym mrocznym światłem jak Brama za kurtyną u Madame Dorothei. Wyciągnęła rękę...

I cofnęła się raptownie. Przypomniała sobie, że chcąc skorzystać z Bramy, trzeba sobie wyobrazić miejsce, do którego chce się dostać. A ona nigdy nie była w Idrisie. Oczywiście opisywano jej tę krainę zielonych dolin, ciemnych lasów, jezior, gór i Alicante, miasta szklanych wież. Niestety, przy tego rodzaju magii sama wyobraźnia nie wystarczała. Gdyby tak...

Gwałtownie zaczerpnęła tchu. Przecież widziała Idris. We śnie. I skądś wiedziała, że ten sen jest prawdziwy. Co w tym śnie Jace powiedział o Simonie? Że nie może zostać, bo "to jest miejsce dla żywych"? Niedługo potem Simon umarł...

Wróciła pamięcią do tamtego snu. Tańczyła w sali balowej w Alicante. Ściany były złote i białe, a dach przezroczysty jak diament. Pośrodku znajdowała się fontanna - srebrna misa z posągiem syreny - za oknami światełka rozwieszone na drzewach. Ona miała na sobie zielony aksamit, tak jak teraz.

Jakby nadal była we śnie, wyciągnęła rękę do Bramy. Jasne światło rozstąpiło się pod dotykiem jej palców, drzwi otworzyły, ukazując jakieś oświetlone miejsce. Clary ujrzała przed sobą złoty wir, który z wolna zaczął przybierać trudno rozpoznawalne kształty. Wydawało się jej, że widzi zarys gór, kawałek nieba...

- Clary! - Luke pędził ścieżką w jej stronę. Na jego twarzy malowały się gniew i przerażenie. Za nim kroczył Magnus. W gorącym świetle Bramy, które skąpało ogród, jego kocie oczy lśniły jak metal. - Clary, stój! Czary są niebezpieczne! Zginiesz!

Ona jednak już nie mogła się zatrzymać. Złote światło widoczne za Bramą stawało się coraz intensywniejsze. Clary pomyślała o złotych ścianach ze snu i złotym świetle odbijającym się od ciętego szkła. Luke się mylił. Nie rozumiał jej daru, tego, jak on działa. Jakie znaczenie miały czary odstraszające, kiedy można stworzyć własną rzeczywistość, jedynie ją rysując?

- Muszę iść! - krzyknęła, ruszając naprzód z wyciągniętymi rękami. - Luke, przepraszam...

Zrobiła krok do przodu, a Luke ostatnim susem pokonał odległość między nimi i chwycił ją za nadgarstek w chwili, kiedy Brama eksplodowała wokół nich. Niczym tornado wyrywające drzewo z korzeniami, jakaś siła poderwała ich oboje z ziemi. Clary dostrzegła w przelocie samochody i budynki Manhattanu, a potem uniósł ją podmuch wiatru silny jak strzał z bicza i posłał ją, razem z Lukiem nadal ściskającym jej dłoń, w wirujący złoty chaos.

***

Simona obudził rytmiczny plusk wody. Nagłe przerażenie ścisnęło jego pierś. Usiadł gwałtownie. Ostatnim razem, kiedy obudził go szum fal, był więźniem na statku Valentine'a. Cichy chlupot przeniósł go z powrotem do tamtego koszmaru tak raptownie, jakby ktoś chlusnął mu w twarz lodowatą wodą.

Ale nie. Kiedy rozejrzał się szybko, stwierdził, że jest w zupełnie innym miejscu. Po pierwsze, leżał pod miękkimi kocami na wygodnym łóżku w małym, czystym pokoju, którego ściany były pomalowane na bladoniebiesko. Przez szpary w ciemnych zasłonach zaciągniętych na okno przesączało się słabe światło, w zupełności wystarczające jego oczom wampira. Na podłodze leżał jasny dywan, pod ścianą stała komoda z lustrem.

Do łóżka był przysunięty fotel. Simon usiadł, koce opadły, a on uświadomił sobie dwie rzeczy jednocześnie. Po pierwsze, nadal miał na sobie te same dżinsy i T-shirt co w chwili, kiedy wyruszył do Instytutu na spotkanie z Jace'em. Po drugie, osoba siedząca w fotelu drzemała z głowa opartą na ręce, a długie czarne włosy otulały ją niczym szal z frędzlami.

- Isabelle? - szepnął Simon.

Dziewczyna raptownie uniosła głowę i otworzyła oczy.

- Och, obudziłeś się! - Usiadła prosto, odgarnęła włosy z twarzy. - Jace'owi ulży. Byliśmy prawie pewni, że umrzesz.

- Że umrę? - powtórzył Simon. Czuł zawroty głowy i lekkie mdłości. - Dlaczego? - Rozejrzał się po pokoju, mrugając. - Jestem w Instytucie? - Już w chwili gdy zadawał to pytanie, zrozumiał, że to niemożliwe. - To znaczy... gdzie jesteśmy?

Przez twarz Nocnej Łowczyni przemknął wyraz niepokoju.

- Nie pamiętasz, co się stało w ogrodzie? - Isabelle zaczęła nerwowo szarpać szydełkowe obicie fotela. - Zaatakowali nas Wyklęci. Było ich wielu, a piekielna mgła utrudniała walkę z nimi. Magnus otworzył Bramę, właśnie w nią wskakiwaliśmy, kiedy zobaczyłam, że pędzisz w naszą stronę. Potknąłeś się... o Madeleine. Tuż za tobą pojawił się Wyklęty. Ty go nie zauważyłeś. Jace próbował do ciebie dobiec, ale nie zdążył. Wyklęty dźgnął cię nożem. Krwawiłeś... bardzo mocno. Jace zabił Wyklętego i zawlókł cię do Bramy. - Isabelle mówiła tak szybko, że jej słowa się zlewały. Simon musiał się skupić, żeby ją zrozumieć. - Byliśmy już po drugiej stronie i powiem ci, że wszyscy bardzo się zdziwili, kiedy zjawił się Jace, ciągnąc cię całego zakrwawionego. Rada wcale nie była z tego zadowolona.

Simonowi zaschło w ustach.

- Wyklęty wbił we mnie nóż? - To wydawało się niemożliwe. Z drugiej strony, już raz cudownie ozdrowiał, kiedy Valentine poderżnął mu gardło. Tyle że przynajmniej powinien cokolwiek pamiętać. Spojrzał na siebie, kręcąc głową. - Gdzie?

- Pokażę ci. - Ku zaskoczeniu Simona Isabelle usiadła obok niego na łóżku i położyła mu chłodne dłonie na brzuchu. Podciągnęła podkoszulek, obnażając bladą skórę przeciętą ciemną czerwoną kreską. - Tutaj - powiedziała, przesuwając palcami po świeżej bliźnie. - Boli?

- N... nie. - Kiedy Simon pierwszy raz ujrzał Isabelle i stwierdził, że jest piękna, pełna życia, witalności i energii, wydawało mu się, że w końcu znalazł dziewczynę, która przyćmi obraz Clary wypalony na wewnętrznej stronie jego powiek. Mniej więcej w tym czasie Isabelle zmieniła go w szczura na przyjęciu u Magnusa Bane'a, a on zrozumiał, że być może Nocna Łowczyni świeci zbyt jasno jak na takiego zwykłego faceta jak on. - Nie boli.

- Ale moje oczy tak - dobiegł od drzwi zimny, ironiczny głos.

Jace wszedł tak cicho, że Simon nawet go nie usłyszał. Zamknąwszy za sobą drzwi, uśmiechnął się szeroko, gdy Isabelle szybko opuściła podkoszulek Simona.

- Molestujesz wampira, kiedy jest za słaby, żeby walczyć, Iz? Jestem pewien, że to narusza co najmniej jedno z Porozumień.

- Ja tylko mu pokazuję, gdzie został ranny - zaprotestowała Isabelle i szybko wróciła na fotel. - Co się dzieje na dole? Wszyscy dostają szału?

Uśmiech zniknął z twarzy Jace'a.

- Maryse poszła do Gard z Patrickiem. Malachi uznał, że będzie lepiej, jeśli.. wytłumaczy się osobiście w czasie posiedzenia Clave.

Malachi. Patrick. Gard. Nieznajome nazwy i imiona zawirowały w głowie Simona

- Z czego się wytłumaczy?

Nocni Łowcy wymienili spojrzenia.

- Z ciebie - odparł w końcu Jace. - Musi wyjaśnić, dlaczego przyciągnęliśmy ze sobą wampira do Alicante, co, tak przy okazji, jest wbrew Prawu.

- Do Alicante? Jesteśmy w Alicante? - Simona ogarnęła panika. Chwilę później zgiął się wpół i gwałtownie zaczerpnął tchu, kiedy jego brzuch przeszył ból.

- Simon! - wykrzyknęła Isabelle z niepokojem w ciemnych oczach. - Dobrze się czujesz?

- Idź stąd, Isabelle. - Przyciskając pięści do brzucha, Simon spojrzał na Jace'a i rzucił błagalnie: - Każ jej wyjść.

Isabelle się żachnęła.

- Dobrze - rzuciła urażonym tonem. - Pójdę sobie. Nie musisz powtarzać mi tego dwa razy. - Zerwała się z fotela, wybiegła z pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Jace spojrzał na Simona. Jego bursztynowe oczy były bez wyrazu.

- Co się dzieje? Myślałem, że zdrowiejesz.

Simon uniósł rękę. W ustach czuł metaliczny posmak.

- Nie chodzi o Isabelle - wystękał. - Nie jestem ranny... tylko głodny. - Jego policzki płonęły. - Straciłem sporo krwi, więc... muszę ją uzupełnić.

- Oczywiście - powiedział Jace tonem kogoś, kto właśnie poznał interesujący, choć nieszczególnie potrzebny naukowy fakt. Z jego twarzy zniknął lekki niepokój, zastąpiony przez wyraz lekkiej pogardy połączonej z rozbawieniem.

W Simonie obudziła się wściekłość i gdyby nie był osłabiony przez ból, wyskoczyłby z łóżka i rzucił się na Nocnego Łowcę. Niestety, zdołał jedynie wykrztusić:

- Chrzań się, Wayland.

- Wayland? - Jace nie zmienił wyrazu twarzy, ale jego ręka powędrowała do zamka kurtki i zaczęła ją rozpinać.

- Nie! - Simon skulił się na łóżku. - Nieważne, jak bardzo jestem głodny. Nie będę znowu pić twojej krwi.

Jace się skrzywił.

- Jakbym ci pozwolił. - Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął z niej szklaną butelkę do połowy napełnioną czerwonym płynem. - Pomyślałem, że możesz tego potrzebować. Wycisnąłem w kuchni sok z kilku funtów surowego mięsa. To najlepsze, co mogłem zrobić.

Kiedy Simon sięgał po butelkę, ręce trzęsły mu się tak bardzo, że Jace sam musiał ją odkręcić. Płyn znajdujący się w środku cuchnął. Był słony i za rzadki jak na krew i miał nieprzyjemny smak, który świadczył o tym, że mięso liczyło sobie kilka dni.

- Fuj! - Simon skrzywił się po kilku łykach. - Martwa krew.

Jace uniósł brwi.

- A nie każda jest martwa?

- Im dłużej zwierzę było martwe, tym gorzej smakuje jego krew - wyjaśnił Simon. - Świeża jest lepsza.

- Ale przecież ty nigdy nie piłeś świeżej krwi. Tak czy nie?

Simon też uniósł brew.

- Oczywiście nie licząc mojej - dodał Jace. - A jestem pewien, że smakowała fantastycznie.

Simon postawił pustą butelkę na poręcz fotela.

- Z tobą jest coś nie w porządku - stwierdził. - Mam na myśli psychikę. - W ustach został mu smak zepsutej krwi, ale ból zniknął. Czuł się lepiej, silniej, jakby krew była lekiem, który działał natychmiast, narkotykiem, który Simon musiał dostać, żeby przeżyć. Zastanawiał się, czy tak właśnie wygląda uzależnienie od heroiny. - Więc jestem w Idrisie.

- Dokładnie, w Alicante - odparł Jace. - W stolicy. A właściwie jedynym mieście. - Podszedł do okna i rozsunął zasłony. - Penhallowowie nie uwierzyli nam do końca. W to, że słońce ci nie szkodzi. Dlatego powiesili zasłony. Ale powinieneś to zobaczyć

Simon wstał z łóżka, podszedł do okna i wytrzeszczył oczy.

Kilka lat wcześniej matka zabrała go razem z siostrą do Toska-nii. Był to dla niego tydzień ciężkich, nieznanych dań z makaronu, niesłonego chleba, zbrązowiałego krajobrazu, matki, która pędziła wąskimi, krętymi drogami, i tylko cudem udawało się jej nie rozbić wypożyczonego fiata na pięknych starych budowlach. Pamiętał, jak zatrzymali się na wzgórzu naprzeciwko miasteczka San Gimignano, skupiska domów w kolorze rdzy i wysokich kamiennych wież sięgających nieba. Panorama, którą teraz ujrzał, trochę przypominała mu tamtą, a jednocześnie była zupełnie obca. Niczego podobnego wcześniej nie widział.

Wyglądał z okna wysokiego budynku. Nad sobą miał kamienne okapy i niebo. Naprzeciwko stał dom, niezbyt wysoki, a między nimi biegł wąski, ciemny kanał, przecięty tu i ówdzie mostami. To on był źródłem plusku, który go obudził. Dom chyba znajdował się na wzgórzu, bo poniżej Simon zobaczył kamienne budynki koloru miodu, stłoczone wzdłuż wąskich ulic, które opadały ku zielonemu kręgowi lasu otoczonego przez odległe wzgórza. Z tego miejsca wyglądały jak długie zielone i brązowe pasma, gdzieniegdzie ożywione jesiennymi barwami. Za nimi wyrastały poszarpane góry pokryte śniegiem.

Ale żadna z tych rzeczy nie była dziwna. Dziwne były, rozrzucone na pozór przypadkowo po mieście, wieże zwieńczone iglicami z odblaskowego biało-srebrzystego materiału. Przewiercały niebo niczym lśniące sztylety. Simon nagle uświadomił sobie, gdzie wcześniej widział ten materiał. Z takiego samego robiono broń, którą nosili Nocni Łowcy: serafickie noże.

- To są demoniczne wieże - wyjaśnił Jace w odpowiedzi na niezadane pytanie Simona. - Podtrzymują czary chroniące miasto. Dzięki nim żaden demon nie może wejść do Alicante.

Powietrze wpadające przez okno było zimne i czyste. Takiego nigdy nie wdychało się w Nowym Jorku. Nie pachniało ani nie smakowało brudem, dymem, metalem. Simon wziął głęboki, niepotrzebny wdech - niektórych nawyków trudno się pozbyć - po czym spojrzał na Jace'a.

- Powiedz, że ściągnięcie mnie tutaj to był przypadek. Powiedz, że nie chciałeś w ten sposób powstrzymać Clary przed wizytą w Alicante.

Jace nie odwrócił głowy, ale jego pierś uniosła się szybko, jakby powstrzymywał westchnienie.

- Masz rację - rzucił ironicznie. - Stworzyłem bandę Wyklętych, kazałem im zaatakować Instytut i zabić Madeleine, naraziłem pozostałych na śmierć, żeby zatrzymać Clary w domu. I oto mój diaboliczny plan się powiódł.

- Na to wygląda - stwierdził Simon.

- Posłuchaj, wampirze. Plan polegał na trzymaniu Clary z dala od Idrisu. Nie zamierzałem cię tu sprowadzać. Przeniosłem cię przez Bramę, bo gdybym zostawił cię krwawiącego i nieprzytomnego, Wyklęci by cię zabili.

- Mogłeś zostać ze mną...

- Wtedy zabiliby nas obu. Z powodu piekielnej mgły nie mogłem nawet ocenić, ilu ich tam było. Nawet ja nie dałbym rady setce Wyklętych.

- Założę się, że z trudem ci przyszło to wyznanie - skomentował Simon.

- Jesteś dupkiem - odparł spokojnie Jace. - Nawet jak na Podziemnego. Uratowałem ci życie, łamiąc przy tym Prawo. Nie po raz pierwszy, mógłbym dodać. Powinieneś okazać mi trochę wdzięczności.

- Wdzięczności? - Simonowi zacisnęły się pięści. - Gdybyś nie ściągnął mnie do Instytutu, w ogóle by mnie tu nie było. Nigdzie się nie wybierałem.

- Owszem. Kiedy powiedziałeś, że zrobiłbyś wszystko dla Clary. To właśnie jest wszystko.

Zanim Simon zdążył coś odburknąć gniewnie, rozległo się pukanie do drzwi.

- Halo? - dobiegł z drugiej strony głos Isabelle. - Simon, już skończyłeś z fochami? Muszę porozmawiać z Jace'em.

- Wejdź, Izzy. - Jace nie odrywał wzroku od Simona.

W jego spojrzeniu był gniew i coś w rodzaju wyzwania. To sprawiło, że Simon miał ochotę uderzyć go czymś ciężkim.

Isabelle weszła do pokoju w wirze czarnych włosów i srebrzystych spódnic z falbanami. Gorset koloru kości słoniowej odkrywał ramiona poznaczone atramentowymi runami. Simon pomyślał, że to dla niej miła odmiana móc pokazać Znaki w miejscu, gdzie nikt nie uzna ich za coś niezwykłego.

- Alec idzie do Gard - oznajmiła bez wstępów. - Przedtem chce z tobą porozmawiać o Simonie. Możesz zejść na dół?

- Jasne. - Jace ruszył do drzwi. W połowie drogi zorientował się, że Simon idzie za nim. Odwrócił się i spiorunował go wzrokiem. - Ty zostajesz.

- Nie - sprzeciwił się Simon. - Jeśli zamierzacie rozmawiać o mnie, chcę przy tym być.

Jace poczerwieniał na twarzy i otworzył usta. Oczy mu zapłonęły. Przez chwilę wydawało się, że jego lodowaty spokój pierzchnie. Ale gniew zniknął równie szybko, jak się pojawił. Jace uśmiechnął się i rzucił przez zęby:

- Dobrze, chodź na dół, wampirze. Poznasz całą szczęśliwą rodzinkę.

***

Gdy Clary pierwszy raz przechodziła przez Bramę, miała uczucie latania, nieważkości, pędu. Tym razem było tak, jakby znalazła się w samym sercu tornada. Ze wszystkich stron szarpały ją ryczące wichry, wyrwały jej rękę z dłoni Luke'a i krzyk z ust. Wirując, spadała w głąb czarno-złotego leja.

Nagle przed nią wyrosło coś płaskiego, twardego i srebrzystego jak lustro. Runęła na to coś, wrzeszcząc i zasłaniając twarz rękami. Uderzyła w tę sztywną powierzchnię, przebiła się przez nią do świata dojmującego chłodu i uczucia duszenia. Tonęła w gęstej niebieskiej ciemności, próbowała nabrać tchu, ale zamiast powietrza wciągnęła w płuca jeszcze więcej mrożącego zimna...

Nagle coś chwyciło za tył jej płaszcza i szarpnęło ją w górę. Wymierzyła parę kopniaków, ale była za słaba, żeby się wyrwać. Jakaś siła ciągnęła ją coraz wyżej, aż ciemność koloru indygo przybrała barwę błękitu, a potem złota. Po chwili Clary wyskoczyła nad powierzchnię wody - bo to była woda - i zaczerpnęła haust powietrza.

W każdym razie próbowała. Zakrztusiła się, zaczęła kaszleć, przed oczami ujrzała czarne plamy. Coś wlokło ją szybko przez wodę, wodorosty chwytały ją za nogi i ręce. Wywinęła się w uścisku i dostrzegła w przelocie straszny widok: nie całkiem wilka i nie całkiem człowieka, ze spiczastymi uszami i ostrymi białymi zębami obnażonymi w grymasie. Próbowała krzyknąć, ale z jej gardła wydobyła się tylko woda.

Chwilę później została wyciągnięta na brzeg i rzucona na wilgotną, ubitą glebę. Jakieś ręce zacisnęły się na jej ramionach i przewróciły ją twarzą do ziemi. Potem zaczęły uderzać ją po plecach, aż w końcu jej pierś się skurczyła spazmatycznie, a z ust trysnął strumień gorzkiej wody.

Wciąż jeszcze się krztusiła, kiedy ręce przetoczyły ją na plecy. Zobaczyła Luke'a, czarny cień na tle wysokiego, błękitnego nieba pokrytego gdzieniegdzie białymi chmurami. Z jego twarzy zniknęła cała łagodność, którą Clary tak dobrze znała. Już nie wyglądał jak wilk, ale był wściekły. Dźwignął ją do pozycji siedzącej i zaczął potrząsać mocno, aż w końcu gwałtownie zaczerpnęła tchu i uderzyła go słabo.

- Luke! Przestań! To boli...

Ujął ją pod brodę i bacznie się jej przyjrzał.

- Wykaszlałaś całą wodę?

- Chyba tak. - Głos wydobywający się z jej spuchniętego gardła był bardzo cichy.

- Gdzie twoja stela? - spytał Luke, a kiedy się zawahała, powtórzył ostrzejszym tonem: - Clary, twoja stela. Znajdź ją.

Uwolniła się od jego ręki i zaczęła grzebać w mokrych kieszeniach. Serce jej zamarło, kiedy palce namacały tylko wilgotny materiał. Spojrzała na Luke'a z żałosną miną.

- Musiałam upuścić ją do jeziora. - Pociągnęła nosem. - Stela mojej matki...

- Jezu, Clary. - Luke wstał i splótł dłonie za głową. On też był cały przemoczony, woda spływała z jego dżinsów i ciężkiej flanelowej kurtki. Zgubił okulary. - Masz rację. To było w tym momencie niewłaściwie pytanie. Dobrze się czujesz?

Clary kiwnęła głową.

- Luke, co się dzieje? Dlaczego potrzebujemy steli?

Nie odpowiedział. Rozejrzał się, jakby wypatrywał pomocy. Clary podążyła za jego wzrokiem. Znajdowali się na szerokim brzegu sporego jeziora. Woda była błękitna, roziskrzona od słońca. Clary zastanawiała się, czy właśnie ona jest źródłem złotego światła, które dostrzegła przez na wpół otwartą Bramę. Jezioro nie wyglądało groźnie teraz, kiedy znajdowała się nie w nim, tylko na lądzie. Otaczały je zielone wzgórza porośnięte drzewami, które właśnie zaczynały zmieniać barwy na rdzawą i złotą. Za wzgórzami wznosiły się wysokie góry o szczytach pokrytych śniegiem.

Clary zadrżała.

- Luke, kiedy byliśmy w wodzie... stałeś się częściowo wilkiem? Wydawało mi się, że...

- Moje wilcze ja potrafi pływać lepiej niż ludzkie - odparł krótko Luke. - I jest silniejsze. Musiałem wydostać się z wody, a ty mi raczej nie pomagałaś.

- Wiem. Przepraszam. Ty nie miałeś... za mną skoczyć.

- Gdybym tego nie zrobił, już byś nie żyła - stwierdził Luke. - Magnus ci mówił, że nie można skorzystać z Bramy, żeby dostać się do Miasta Szkła, jeśli nikt nie czeka na ciebie po drugiej stronie.

- Powiedział tylko, że to wbrew Prawu. Nie uprzedził, że jeśli tego spróbuję, narażę się na niebezpieczeństwo.

- Powiedział, że wokół miasta są rozmieszczone czary, które nie pozwalają na przejście przez Bramę. To nie jego wina, że postanowiłaś zabawić się magią, którą ledwo rozumiesz. To, że masz moc, nie oznacza, że wiesz, jak jej użyć. - Luke spochmurniał.

- Przepraszam - bąknęła Clary. - To tylko... Gdzie właściwie teraz jesteśmy?

- Nad jeziorem Lyn - odparł Luke. - Myślę, że Brama przeniosła nas w pobliże miasta i wyrzuciła tutaj. Znajdujemy się na obrzeżach Alicante. - Rozejrzał się, kręcąc głową na pół ze zdumieniem, na pół ze znużeniem. - Udało ci się, Clary. Jesteśmy w Idrisie.

- W Idrisie? - powtórzyła Clary, gapiąc się bezmyślnie na jezioro. Lyn mrugnęło do niej w odpowiedzi, niebieskie i niezakłócone. - Ale... mówiłeś, że jesteśmy na obrzeżach Alicante, a ja nigdzie go nie widzę.

- Dzielą nas od niego mile - powiedział Luke. - Widzisz tamte wzgórza w oddali? Musimy je pokonać. Miasto leży po drugiej stronie. Gdybyśmy mieli samochód, dotarlibyśmy tam w godzinę, a tak będziemy musieli iść pieszo, co prawdopodobnie zajmie nam całe popołudnie. - Zerknął na niebo. - Lepiej ruszajmy.

Clary spojrzała na niego z konsternacją. Perspektywa całodziennej wędrówki w mokrym ubraniu była mało zachęcająca.

- Nic innego...?

- Nie możemy zrobić? - W głosie Luke'a zabrzmiała ostra nuta. - Masz jakieś propozycje, Clary, skoro nas tutaj sprowadziłaś? - Wskazał poza jezioro. - Tam są góry. Można je przebyć tylko latem. Teraz zamarzlibyśmy wśród tych szczytów na śmierć. - Odwrócił się i wskazał palcem w przeciwnym kierunku. - Tam ciągną się całe mile lasów aż do granicy. Są niezamieszkane, przynajmniej przez ludzkie istoty. Może zdołalibyśmy wydostać się z Idrisu, ale i tak musielibyśmy przejść przez miasto. Miasto, muszę dodać, w którym Podziemni tacy jak ja nie są mile widziani.

Clary popatrzyła na niego z otwartymi ustami.

- Luke, nie wiedziałam...

- Oczywiście, że nie wiedziałaś. Nic nie wiesz o Idrisie. Tak naprawdę Idris niewiele cię obchodzi. Po prostu, jak dziecko, wpadłaś we wściekłość, że cię zostawili. I w rezultacie jesteśmy tutaj. Zagubieni, zmarznięci i... - Luke urwał i po chwili rzucił z zaciętą miną: - Ruszajmy.

Clary podążyła za nim brzegiem jeziora Lyn. Po pewnym czasie słońce wysuszyło jej włosy i skórę, ale aksamitny płaszcz nasiąkł wodą jak gąbka. Wisiał na niej niczym ołowiana osłona, kiedy brnęła przez błoto i potykała się o kamienie, usiłując dotrzymać kroku Luke'owi. Kilka razy próbowała zacząć rozmowę, ale on milczał z uporem. Nigdy wcześniej się nie zdarzyło, żeby przeprosiny nie złagodziły jego gniewu. Tym razem było inaczej.

W miarę jak posuwali się naprzód, urwiska wokół jeziora stawały się coraz wyższe, poznaczone plamami ciemności niczym rozbryzgami czarnej farby. Gdy Clary przyjrzała się im uważniej, stwierdziła, że to są jaskinie w skałach. Niektóre wyglądały na bardzo głębokie i kręte. Gdy wyobraziła sobie nietoperze i pełzające stworzenia ukryte w mroku, zadrżała.

W końcu wąska ścieżka biegnąca między wzniesieniami doprowadziła ich do szerokiej drogi z pokruszonymi kamieniami po obu stronach. Jezioro, koloru indygo w słońcu późnego popołudnia, zostało za nimi. Szlak przecinał płaską trawiastą równinę, która wznosiła się ku falującym wzgórzom widocznym w oddali. Miasta nadal nie było widać.

Luke popatrzył na wzgórza z wyrazem konsternacji na twarzy.

- Jesteśmy dalej, niż sądziłem. Tyle czasu minęło...

- Może gdybyśmy znaleźli normalną drogę, złapalibyśmy autostop albo... - podsunęła Clary.

- W Idrisie nie ma samochodów. - Widząc jej zaskoczoną minę, Luke zaśmiał się bez cienia wesołości. - Z powodu czarów nie działa tutaj większość urządzeń: komórki, komputery i tak dalej. Samo Alicante jest oświetlane głównie przez czarodziejskie światło.

- Aha - mruknęła Clary. - No więc jak daleko od miasta jesteśmy?

- Daleko. - Luke przeczesał rękami swe krótkie włosy, nie patrząc na nią. - Lepiej od razu coś ci powiem.

Clary zesztywniała. Wcześniej chciała, żeby Luke z nią rozmawiał, teraz już nie.

- Dobrze...

- Zauważyłaś, że na Lyn nie ma żadnych łodzi, ptactwa, niczego, co wskazywałoby, że jezioro jest wykorzystywane przez mieszkańców Idrisu? - spytał Luke.

- Pomyślałam, że chodzi o odległość.

- Jezioro wcale nie jest takie odległe od Alicante. To tylko kilka godzin marszu. Rzecz w tym, że Lyn... - Luke westchnął. - Zauważyłaś wzór na podłodze biblioteki w Instytucie?

Clary zamrugała.

- Tak, ale nie wiedziałam co to jest.

- Anioł wyłaniający się z jeziora, z pucharem i mieczem w rękach. To powtarzający się motyw w dekoracjach Nefilim. Legenda głosi, że Razjel wstał z jeziora Lyn, kiedy po raz pierwszy objawił się Jonathanowi Nocnemu Łowcy, pierwszemu Nefilim, i wręczył mu Dary Anioła. Od tamtej pory jezioro jest...

- Święte? - podsunęła Clary.

- Przeklęte. Jego woda jest trująca dla Nocnych Łowców. Podziemnym nie wyrządza krzywdy. Faerie ją piją, bo twierdzą, że dzięki niej mają prawdziwe wizje. Nazywają jezioro Lustrem Snów. Ale dla Nocnego Łowcy napicie się wody z niego bywa bardzo niebezpieczne. Powoduje halucynacje, gorączkę, może doprowadzić do obłędu.

Clary przebiegł dreszcz.

- To dlatego kazałeś mi wypluć wodę.

Luke pokiwał głową.

- I dlatego chciałem, żebyś znalazła stelę. Dzięki runowi uzdrawiającemu moglibyśmy zneutralizować działanie wody. Bez niego musimy jak najszybciej dotrzeć do Alicante. Tam są skuteczne leki i zioła, a ja znam kogoś, kto je ma.

- Lightwoodowie?

- Nie Lightwoodowie - odparł zdecydowanym tonem. - Ktoś inny.

- Kto?

Luke pokręcił głową.

- Miejmy nadzieję, że ta osoba nie wyprowadziła się z miasta w ciągu ostatnich piętnastu lat.

- Myślałam, że Podziemnym nie wolno wchodzić do Alicante bez pozwolenia.

Uśmiech na jego twarzy przypomniał Clary dawnego Luke'a, który złapał ją, kiedy w dzieciństwie spadła z drabinek w małpim gaju, Luke'a, który ją zawsze chronił.

- Niektóre prawa są po to, żeby je łamać.

***

Dom Penhallowów przypominał Simonowi Instytut. Również wyglądał, jakby należał do innej epoki. Hole i klatki schodowe były wąskie, z kamienia i ciemnego drewna, wysokie, wąskie okna wychodziły na ulice miasta. Dekoracje kojarzyły się z Azją: na podeście pierwszego piętra stała przegroda shoji, a na parapetach lakierowane chińskie wazy. Na ścianach wisiały serigrafie ukazujące sceny z mitologii Nocnych Łowców, ale ze wschodnimi elementami. Dominowali na nich wodzowie dzierżący serafickie noże. Były tam również kolorowe smoki i pełzające demony o wyłupiastych oczach.

- Jia Penhallow prowadziła Instytut w Pekinie, teraz dzieli czas na Alicante i Zakazane Miasto - wyjaśniła Isabelle, kiedy Simon zatrzymał się przed jednym z rysunków. - Penhallowowie to stara rodzina. Bogata.

- Widzę - mruknął Simon, patrząc na żyrandole z kryształów w kształcie łez.

Jace stojący za nimi chrząknął.

- Ruszajcie się. Nie urządzamy tutaj wycieczki historycznej.

Simon zastanawiał się przez chwilę nad ciętą ripostą, ale uznał, że nie warto się trudzić. Pokonał resztę schodów w szybkim tempie i znalazł się w dużym pomieszczeniu, gdzie stare mieszało się z nowym. Panoramiczne okno wychodziło na kanał; ze stereo, którego Simon nie widział, dobiegała muzyka, ale nie było telewizora, zbioru płyt CD czy DVD, niezbędnych w nowoczesnych salonach. Był natomiast duży kominek, w którym trzaskał ogień. Wokół niego stało parę wyściełanych kanap.

Przy kominku stał Alec w ciemnym stroju Nocnego Łowcy i wkładał rękawiczki. Kiedy Simon wszedł do pokoju, podniósł wzrok i tradycyjnie łypnął na niego spode łba, ale nic nie powiedział.

Na kanapach siedziała dwójka nastolatków, których Simon nigdy wcześniej nie widział. Dziewczyna o oczach w kształcie migdałów, delikatnym podbródku zwężającym się jak koci pyszczek, lśniących czarnych włosach odgarniętych z twarzy i psotnej minie wyglądała na pół-Azjatkę. Właściwie nie była ładna, ale przykuwała uwagę.

Czarnowłosy chłopak siedzący obok niej był bardziej niż przystojny. Mniej więcej wzrostu Jace'a, sprawiał wrażenie wyższego, nawet kiedy siedział, smukły i muskularny, o bladej, szlachetnej, nerwowej twarzy, wydatnych kościach policzkowych i ciemnych oczach. Simon stwierdził, że jest w nim coś dziwnie znajomego, jakby już kiedyś go spotkał.

Dziewczyna odezwała się pierwsza.

- To ten wampir? - Zmierzyła Simona wzrokiem. - Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko wampira... w każdym razie takiego, którego nie zamierzałam zabić. - Przekrzywiła głowę. - Milutki jak na Podziemnego.

- Musisz jej wybaczyć - powiedział z uśmiechem chłopak, wstając z kanapy. - Ma twarz anioła i maniery Molocha. - Wyciągnął rękę do Simona. - Jestem Sebastian. Sebastian Verlac. A to moja kuzynka Aline Penhallow. Aline...

- Nie ściskam dłoni Podziemnym - oświadczyła Aline, odchylając się na poduszki. - Wampiry nie mają dusz.

Uśmiech zniknął z twarzy Sebastiana.

- Aline...

- To prawda. Dlatego nie widzą siebie w lustrach ani nie wychodzą na słońce.

Simon zrobił krok do tyłu i stanął w plamie światła słonecznego wpadającego przez okno. Poczuł ciepło na plecach, na włosach. Jego cień na podłodze, wyraźny, długi i ciemny, sięgnął niemal do stóp Jace'a.

Aline gwałtownie zaczerpnęła tchu, ale nic nie powiedziała. Natomiast Sebastian popatrzył z zaciekawieniem na Simona i rzekł:

- A więc to prawda. Lightwoodowie opowiadali, ale nie sądziłem...

- Że mówią prawdę? - Jace odezwał się po raz pierwszy, odkąd zeszli na dół. - Nie kłamalibyśmy w takiej sprawie. Simon jest... wyjątkowy.

- Raz go pocałowałam - oznajmiła Isabelle, nie zwracając się do nikogo w szczególności.

Aline uniosła brwi.

- Naprawdę pozwalają wam w Nowym Jorku robić to, co chcecie? - rzuciła na pół ze zgrozą, na pół z zazdrością. - Ostatnim razem, kiedy cię widziałam, Izzy, nawet nie przyszłoby ci do głowy...

- Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, Izzy miała osiem lat - przypomniał Alec. - Wszystko się zmienia. Ale do rzeczy. Mama musiała wyjechać w pośpiechu, więc ktoś musi zanieść jej notatki i nagrania do Gard. Tylko ja mam osiemnaście lat, więc tylko ja mogę tam pójść, kiedy obraduje Clave.

- Wiemy - powiedziała Isabelle, opadając na kanapę. - Już nam to mówiłeś jakieś pięć razy.

Alec, z ważną miną, zignorował jej uwagę.

- Jace, ty sprowadziłeś tutaj wampira, więc ty jesteś za niego odpowiedzialny. Nie wypuszczaj go z domu.

Wampira, pomyślał Simon.

Jakby Alec nie znał jego imienia, a przecież on uratował mu kiedyś życie. Teraz stał się "wampirem". Nawet jak na Aleca, który miał skłonność do wpadania w ponury nastrój, to było wstrętne. Może miało coś w wspólnego z pobytem w Idrisie. Może Alec czuł tutaj większą potrzebę podkreślania, że jest Nocnym Łowcą.

- Po to mnie ściągnęliście na dół? Żebym nie wypuszczał wampira z domu? I tak bym tego nie zrobił. - Jace usiadł na kanapie obok Aline, która sprawiała wrażenie zadowolonej. - Lepiej się pospiesz i wracaj szybko. Kto wie, do jakich deprawacji może tutaj dojść pod twoją nieobecność.

Alec zmierzył Jace'a wzrokiem ze spokojem i wyższością.

- Postarajcie się zachowywać grzecznie. Wracam za pół godziny.

Ruszył w stronę długiego korytarza. Po chwili z daleka dobiegło szczęknięcie zamykanych drzwi.

- Nie powinieneś się z nim drażnić - stwierdziła Isabelle, rzucając Jace'owi surowe spojrzenie. - Oni naprawdę zostawili nas pod jego opieką.

Simon zauważył, że choć na kanapie jest dużo miejsca, Aline siedzi tak blisko Jace'a, że ich ramiona się stykają.

- Nie uważacie, że w poprzednim życiu Alec był starą kobietą z dziewięćdziesięcioma kotami, wrzeszczącą na dzieciaki z sąsiedztwa, żeby uciekały z jej trawnika? - rzucił Jace. Aline zachichotała. - To, że tylko on może iść do Gard...

- Co to jest Gard? - zapytał Simon.

Jace spojrzał na niego z chłodną, nieprzyjazną miną. Rękę trzymał na dłoni Aline spoczywającej na jej udzie.

- Siadaj - powiedział, wskazując głową na fotel. - Chyba że zamierzasz zwiesić się w kącie jak nietoperz?

Świetnie. Zaczynają się żarty o nietoperzach. Simon usadowił się w fotelu.

- Gard to oficjalne miejsce spotkań Clave - wyjaśnił Sebastian, który najwyraźniej zlitował się nad Simonem. - Tam ustanawia się prawo, tam rezydują Konsul i Inkwizytor. Tylko dorośli Nocni Łowcy są wpuszczani na jego teren, kiedy obraduje Clave.

- Obraduje? - Simon przypomniał sobie to, co wcześniej na schodach powiedział Jace. - Chyba nie z mojego powodu?

Sebastian się roześmiał.

- Nie. Z powodu Valentine'a i Darów Anioła. Dlatego wszyscy są tutaj. Zastanawiają się, co teraz zrobi Valentine.

Jace się nie odezwał, ale na dźwięk imienia Valentine'a jego twarz stężała.

- Pewnie pójdzie po Lustro - stwierdził Simon. - Trzeci z Darów Anioła, tak? Jest w Idrisie? To dlatego wszyscy są tutaj?

Przez chwilę panowała cisza, aż wreszcie odezwała się Isabelle:

- Rzecz w tym, że nikt nie wie, gdzie jest Lustro. Prawdę mówiąc, nikt nie wie, co to w ogóle jest.

- Lustro, no wiecie, takie szkło odbijające obraz - rzucił Simon. - Ale to tylko moje przypuszczenie.

- Isabelle ma na myśli to, że nikt nic nie wie o Lustrze - wtrącił Sebastian. - W historii Nocnych Łowców jest wiele wzmianek o nim, ale żadnych szczegółów, gdzie ono się znajduje ani jak wygląda, a co ważniejsze, jak działa.

- Przypuszczamy, że Valentine chce je zdobyć, ale to niewiele nam pomaga, bo nikt nie ma pojęcia, gdzie ono jest - powiedziała Isabelle. - Cisi Bracia może coś wiedzieli, ale Valentine zabił ich wszystkich.

- Wszystkich? - spytał zaskoczony Simon. - Myślałem, że tylko tych z Nowego Jorku.

- Miasto Kości tak naprawdę nie znajduje się w Nowym Jorku - odparła Isabelle. - To tak jak... pamiętasz wejście do Jasnego Dworu w Central Parku? Tam było wejście, co nie oznacza, że sam Dwór mieści się pod parkiem. Podobnie jest z Miastem Kości. Są różne wejścia, ale samo miasto... - Isabelle urwała, kiedy Aline uciszyła ją szybkim gestem.

Simon przeniósł wzrok z jej twarzy na Jace'a i Sebastiana. Wszyscy mieli takie same czujne miny, jakby właśnie sobie uświadomili, że zdradzają sekrety Nefilim Podziemnemu. Wampirowi. Nie wrogowi, ale z pewnością osobnikowi, któremu nie można ufać.

Aline pierwsza przerwała milczenie. Utkwiła spojrzenie ładnych, ciemnych oczu w Simonie i zapytała:

- Jak to jest być wampirem?

- Aline! - Isabelle była wyraźnie zbulwersowana. - Nie można tak po prostu pytać ludzi, jak to jest być wampirem.

- Nie rozumiem, dlaczego - powiedziała Aline. - Nie jest wampirem aż tak długo, żeby nie pamiętać, jak to jest być człowiekiem, prawda? - Odwróciła się do Simona. - Czy krew nadal smakuje ci jak krew? Czy jak coś innego, na przykład sok pomarańczowy? Bo ja myślę, że smak krwi byłby...

- Smakuje jak kurczak - odparł szybko Simon, żeby ją uciszyć.

- Naprawdę? - Aline zrobiła zdumioną minę.

- On się z ciebie nabija - odezwał się Sebastian. - I słusznie. Przepraszam jeszcze raz za moją kuzynkę, Simonie. Ci z nas, którzy wychowali się poza Idrisem, nie znają dobrze Podziemnych.

- Ale przecież ty nie wychowałeś się w Idrisie? - zauważyła Isabelle. - Myślałam, że twoi rodzice...

- Isabelle - przerwał jej Jace, ale było już za późno.

Sebastian spochmurniał.

- Moi rodzice nie żyją - powiedział. - Gniazdo demonów w pobliżu Calais. Ale wszystko w porządku, to było dawno temu. - Machnięciem ręki zbył próbę przeprosin Isabelle. - Moja ciotka, siostra ojca, wychowała mnie w Instytucie w Paryżu.

- Więc mówisz po francusku? - Isabelle westchnęła. - Chciałabym znać jakiś język. Niestety, Hodge uważał, że nie potrzebujemy uczyć się innych oprócz starożytnej greki i łaciny, choć nikt nimi nie mówi.

- Mówię również po rosyjsku, włosku i trochę po rumuńsku - dodał ze skromnym uśmiechem Sebastian. - Mógłbym nauczyć cię paru zwrotów...

- Po rumuńsku? - podchwycił Jace. - To imponujące. Niewielu ludzi zna ten język.

- A ty?- spytał Sebastian.

- Niezupełnie - odparł Jace, z uśmiechem tak rozbrajającym, że Simon od razu wyczuł kłamstwo. - Mój rumuński ogranicza się do kilku zwrotów, takich jak: "Czy te węże są jadowite?" i "Wygląda pan zbyt młodo jak na policjanta".

Sebastian się nie uśmiechnął. Simon stwierdził, że wyraz jego twarzy budzi w nim czujność. Odnosił wrażenie, że pod pozornym spokojem i łagodnością tego chłopaka coś się kryje.

- Lubię podróżować - wyznał Sebastian, patrząc na Jace'a. - Ale dobrze jest wrócić do domu, prawda?

Jace bawił się przez chwilę palcami Aline.

- Co masz na myśli? - zapytał.

- To, że nigdzie nie jest tak jak w Idrisie, nawet jeśli my, Nefilim, urządzamy sobie domy gdzie indziej. Zgadzasz się?

- Dlaczego mnie pytasz? - Spojrzenie Jace'a było lodowate.

Sebastian wzruszył ramionami.

- Cóż, mieszkałeś tutaj w dzieciństwie, prawda? Minęły lata, zanim wróciłeś. A może się mylę?

- Nie mylisz się - odezwała się niecierpliwie Isabelle. - Jace lubi udawać, że nie o nim mowa, nawet jeśli wie, że tak jest.

- Jasne. - Jace piorunował go wzrokiem, ale Sebastian wydawał się nieporuszony. Simon poczuł coś w rodzaju niechętnej sympatii do ciemnowłosego Nocnego Łowcy. Rzadko spotykało się kogoś, kto nie reagował na zaczepki Jace'a. - Ostatnio w Idrisie wszyscy tylko o tym mówią. O tobie, o Darach Anioła, o twoim ojcu, siostrze...

- Clarissa miała przyjechać z tobą, prawda? - spytała Aline. - Chciałam ją poznać. Co się stało?

Choć wyraz jego twarzy się nie zmienił, Jace zabrał rękę z dłoni Aline i zwinął w pięść.

- Nie chciała opuścić Nowego Jorku. Jej matka leży w szpitalu. -

Nigdy nie mówi "nasza" matka, pomyślał Simon. To zawsze jest "jej" matka.

- To dziwne - stwierdziła Isabelle. - Myślałam, że naprawdę chce przyjechać.

- Chciała - odezwał się Simon. - Właściwie...

Jace wstał tak szybko, że Simon nawet tego nie zauważył.

- Przypomniałem sobie, że muszę o czymś porozmawiać z Simonem. Na osobności. - Skinieniem głowy wskazał na podwójne drzwi w drugim końcu pokoju. W jego oczach jarzyło się wyzwanie. - Chodź, wampirze. - Powiedział to takim tonem, że odmowa prawdopodobnie skończyłaby się jakimś rodzajem przemocy. - Porozmawiajmy.

 

3

Amatis

Późnym popołudniem Luke i Clary zostawili jezioro daleko za sobą i ruszyli przez na pozór bezkresną, płaską równinę porośniętą wysoką trawą. Rozsiane tu i ówdzie łagodne wzniesienia przechodziły w wysokie wzgórza zwieńczone czarnymi skałami. Clary była wyczerpana po wspinaniu się na kolejne górki. Jej buty ślizgały się na wilgotnej trawie jak po marmurze. Gdy w końcu weszli na wąską gruntową drogę, ręce miała poplamione trawą i zakrwawione.

Luke kroczył przed nią z determinacją i zawziętą miną. Od czasu do czasu wskazywał na różne ciekawe rzeczy i ponurym głosem, jak przewodnik w głębokiej depresji, wyjaśniał, co to jest.

- Właśnie przecięliśmy Równinę Brocelind - oznajmił, kiedy wspięli się na kolejne wzniesienie i ujrzeli rozległą połać ciemnych drzew, ciągnącą się ku zachodowi, gdzie słońce stało nisko na niebie. - Kiedyś większość tutejszych nizin pokrywała puszcza. Dużą jej część wycięto, żeby zrobić miejsce dla miasta oraz przepędzić stada wilków i wampirów, które się tam gromadziły. Las Brocelind zawsze był kryjówką dla Podziemnych.

Przez jakiś czas w milczeniu brnęli naprzód drogą, która przez kilka mil biegła wzdłuż lasu, a potem skręciła raptownie. Teren zaczął się podnosić, a kiedy pokonali wysokie wzgórze, które przed nimi wyrosło, Clary osłupiała na widok zabudowań. Rzędy małych białych domków stały równiutko jak w wiosce Munchkinów.

- Jesteśmy na miejscu! - wykrzyknęła i przyspieszyła kroku. Kiedy stwierdziła, że Luke'a nie ma obok niej, zatrzymała się gwałtownie.

Odwróciła się i zobaczyła, że Luke stoi pośrodku zakurzonej drogi i kręci głową.

- Nie, to nie jest miasto - powiedział, kiedy się z nią zrównał.

- Miasteczko? Mówiłeś, że tutaj nie ma żadnych miasteczek...

- To cmentarz. Miasto Kości. Myślałaś, że Miasto Kości w Nowym Jorku to nasze jedyne miejsce pochówku? - W głosie Luke'a brzmiał smutek. - W tej nekropolii chowamy wszystkich, którzy zmarli w Idrisie. Sama zobaczysz, bo musimy przez nią przejść, żeby dotrzeć do Alicante.

Clary nie była na cmentarzu od nocy, kiedy umarł Simon. Tamto wspomnienie przyprawiało ją o silny niepokój, kiedy szła wąskimi alejkami, które biegły między mauzoleami niczym białe wstęgi. Ktoś dbał o to miejsce. Marmur lśnił jak świeżo wypolerowany, trawa była równo przycięta. Tu i ówdzie na grobach leżały białe bukiety. Clary w pierwszej chwili myślała, że to lilie, ale te kwiaty miały korzenny, nieznany zapach. Doszła więc do wniosku, że to jakiś tutejszy gatunek. Każdy grób wyglądał jak mały domek, niektóre miały nawet metalowe albo druciane bramy. Nad drzwiami były wyryte nazwiska rodów Nocnych Łowców: Cartwright, Merryweather, Hightower, Blackwell, Midwinter. Clary zatrzymała się przy jednym z nich. Napis na nim brzmiał: Herondale.

Odwróciła się do Luke'a.

- To nazwisko Inkwizytorki.

- To jej rodzinny grobowiec. Spójrz.

Na szarym marmurze obok drzwi były wyryte białe litery. Nazwiska. Marcus Herondale. Stephen Herondale. Obaj umarli w tym samym roku. Choć Clary nienawidziła Inkwizytorki, poczuła ukłucie żalu. Stracić jednocześnie męża i syna. Pod imieniem Stephena widniały trzy łacińskie słowa: Ave Atque Vale.

- Co to znaczy? - zapytała Clary.

- "Witaj i żegnaj". To z pieśni Katullusa. Weszło w zwyczaj, że Nefilim wypowiadają te słowa na pogrzebach albo kiedy ktoś ginie w bitwie. Chodźmy. Lepiej nie zastanawiać się zbyt długo nad takimi rzeczami.

Luke wziął ją za ramię i delikatnie odciągnął od grobowca.

Może ma rację, pomyślała Clary. Może teraz lepiej nie rozmyślać za dużo o śmierci i umieraniu. Kiedy wychodzili z cmentarza, odwracała wzrok od nagrobków. Znajdowali się prawie przy żelaznej bramie w drugim końcu nekropolii, gdy dostrzegła mniejsze od innych mauzoleum, które wyrastało jak biały grzyb w cieniu liściastego dębu. Nazwisko wyryte nad drzwiami rzuciło się jej w oczy, jakby zostało napisane światłem.

Fairchild.

- Clary...

Luke sięgnął po jej rękę, ale ona już ruszyła w stronę grobu. Z westchnieniem podążył za nią w cień drzewa, gdzie Clary stanęła niczym urzeczona i zaczęła czytać nazwiska dziadków i pradziadków, których nigdy nie znała. Aloysius Fairchild. Adele Fairchild, B. Nightshade. Granville Fairchild. A pod nimi: Jocelyn Morgenstern, B. Fairchild.

Przebiegł przez nią zimny dreszcz. Widok nazwiska matki był jak powrót do nawiedzających ją czasem koszmarów - że jest na pogrzebie i nikt jej nie mówi, co się stało ani jak zmarła Jocelyn.

- Ale przecież ona żyje - powiedziała, patrząc na Luke'a. - Ona nie...

- Clave o tym nie wiedziało - przerwał jej Luke.

Clary gwałtownie wciągnęła powietrze. Już nie widziała Luke'a ani nie słyszała jego głosu. Przed nią wznosiło się poszarpane górskie zbocze, czarne nagrobki sterczały z ziemi jak obnażone kości. Na jednym z nich były wyryte nierówne litery: Clarissa Morgenstern, ur. 1991, zm. 2007. Pod nimi widniał prymitywny, dziecięcy rysunek czaszki z pustymi oczodołami. Clary z krzykiem odskoczyła do tyłu.

Luke chwycił ją za ramiona.

- Clary, co się stało? O co chodzi?

Pokazała ręką.

- Tam... spójrz...

Obraz zniknął. Przed nią ciągnęła się trawa, zielona i przystrzyżona, oraz równe rzędy białych mauzoleów.

Przeniosła wzrok na Luke'a.

- Widziałam własny grób - powiedziała. - Było na nim napisane, że umrę w tym roku. - Zadrżała.

Luke spochmurniał.

- To woda z jeziora. Zaczynasz mieć halucynacje. Chodźmy. Zostało nam niewiele czasu.

***

Jace poprowadził Simona schodami na górę, a potem krótkim korytarzem z drzwiami po obu stronach. Zatrzymał się przed jednymi i otworzył je z ponurą miną.

- Wchodź - powiedział, wpychając Simona do środka. Okazało się, że jest to biblioteka z rzędami półek, długimi kanapami i fotelami. - Tutaj będziemy mieli trochę prywatności...

Urwał raptownie, kiedy z jednego z foteli poderwała się jakaś postać. Był to mały chłopiec o kasztanowych włosach, w okularach. Miał drobną, poważną twarz, w ręce trzymał książkę. Simon na tyle znał czytelnicze zwyczaje Clary, żeby z daleka rozpoznać tomik mangi.

Jace zmarszczył brwi.

- Przepraszam, Max. Potrzebujemy tego pokoju. Rozmowa dorosłych.

- Izzy i Alec wygonili mnie z salonu, żeby przeprowadzić rozmowę dorosłych - poskarżył się Mac. - Gdzie mam teraz iść?

Jace wzruszył ramionami.

- Do swojego pokoju? - Wskazał kciukiem na drzwi. - Czas wypełnić obowiązek wobec kraju, dzieciaku. Zmykaj.

Obrażony Max przemaszerował obok nich z książką przyciśniętą do piersi. Simonowi zrobiło się go żal. Chłopiec miał przechlapane. Był na tyle duży, że ciekawiło go, co się dzieje, ale na tyle mały, że zawsze odprawiano go do dziecięcego pokoju. Przechodząc obok, Max miał lekko wystraszone, podejrzliwe spojrzenie. To jest wampir, mówiły jego oczy.

- Chodź.

Jace zamknął drzwi na klucz i pociągnął Simona w głąb biblioteki. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno nawet jak dla wampira. Pachniało kurzem. Jace przeciął pokój i rozsunął zasłony. Wysokie okno panoramiczne wychodziło na kanał. Zaledwie kilka stóp niżej, pod kamiennymi balustradami ozdobionymi zwietrzałym wzorem z runów i gwiazd, chlupotała woda.

Jace z posępną miną odwrócił się do Simona.

- Jaki, do diabła, masz problem, wampirze?

- Ja mam problem? Przecież to ty wyciągnąłeś mnie z salonu za włosy.

- Bo zamierzałeś im powiedzieć, że Clary wcale nie zrezygnowała z wizyty w Idrisie. Wiesz, co by się wtedy stało? Skontaktowaliby się z nią i zorganizowali jej przybycie. A ja już ci mówiłem, że do tego nie może dojść.

Simon pokręcił głową.

- Nie rozumiem - powiedział. - Czasami zachowujesz się, jakby zależało ci na Clary, a potem tak, jakby...

Jace wbił w niego wzrok. W powietrzu tańczyły drobinki kurzu, tworząc między nimi migotliwą kurtynę.

- Jak?

- Flirtowałeś z Aline. Nie wyglądało na to, że zależy ci tylko na Clary.

- Nie twoja sprawa - odburknął Jace. - Poza tym, Clary jest moją siostrą. Dobrze wiesz.

- Byłem również na dworze faerie - przypomniał Simon. - Pamiętam, co powiedziała królowa. "Dziewczynę uwolni tylko pocałunek, którego ona najbardziej pragnie".

- Nie wątpię, że pamiętasz. Wryło ci się to w umysł, prawda, wampirze?

Simon wydał dziwny dźwięk z głębi gardła. Nawet nie wiedział, że jest do takiego zdolny.

- O, nie, nie zmierzam się kłócić - oświadczył. - Nie walczę z tobą o Clary. To niedorzeczne.

- Więc dlaczego zacząłeś mówić takie rzeczy?

- Dlatego. Jeśli chcesz, żebym okłamał twoich przyjaciół Nocnych Łowców, jeśli chcesz, żebym twierdził, że Clary sama nie chciała tu przyjechać, jeśli mam udawać, że nic nie wiem o jej mocy ani o tym, co ona naprawdę potrafi, musisz coś dla mnie zrobić.

- Dobrze - zgodził się Jace. - Czego chcesz?

Simon milczał przez chwilę, patrząc na rząd kamiennych domów stojących wzdłuż roziskrzonego kanału. Ponad ich dachami widział lśniące szczyty demonicznych wież.

- Zrób wszystko, co trzeba, żeby przekonać Clary, że nic do niej nie czujesz. I nie mów mi, że jesteś jej bratem. Już to wiem. Zostaw ją w spokoju, skoro wiesz, że to, co jest między wami, nie ma przyszłości. Nie mówię tak dlatego, że chcę ją dla siebie. Mówię to, bo jestem jej przyjacielem i nie chcę, żeby cierpiała.

Jace przez dłuższą chwilę patrzył na swoje dłonie i nic nie odpowiadał. Były to chude ręce o palcach i kostkach pokrytych zgrubieniami i cienkimi białymi bliznami po starych Znakach. Były to dłonie żołnierza, a nie nastolatka.

- Już to zrobiłem - rzekł w końcu Jace. - Powiedziałem jej, że chcę jedynie być jej bratem.

- Aha. - Simon spodziewał się oporu i kłótni, a nie tego, że Jace tak łatwo się podda. Ustępliwy Jace był dla niego czymś nowym, niemal wzbudził w nim wstyd i poczucie winy. "Clary nawet mi o tym nie wspomniała", chciał powiedzieć, ale z drugiej strony, dlaczego miałaby mu się zwierzać? Prawdę mówiąc, ostatnio na każdą wzmiankę o Jasie milkła i zamykała się w sobie. - Cóż, to chyba załatwia sprawę. Ale jest jeszcze jedna, ostatnia rzecz.

- Tak? - mruknął Jace bez szczególnego zainteresowania. - Jaka?

- Co powiedział Valentine na statku, kiedy Clary narysowała znak? Brzmiało to jak z obcego języka. Meme coś tam...?

- Mene mene tekel upharsin - wyrecytował ze słabym uśmiechem Jace. - Nie poznajesz tych słów? Pochodzą z Biblii, wampirze. Starej. To twoja księga, prawda?

- To, że jestem Żydem, nie oznacza, że znam na pamięć Stary Testament.

- Taki napis pojawił się na ścianie. "Bóg policzył dni twojego panowania i doprowadził je do końca. Jesteś zważony na wadze i znaleziony lekkim". Był zapowiedzią zagłady, upadku imperium.

- Ale co te słowa mają wspólnego z Valentine'em? - zdziwił się Simon.

- Nie tylko z Valentine'em. Z nami wszystkimi. Z Clave i Prawem. To, co potrafi Clary, wywraca do góry całą ich dotychczasową wiedzę. Żadna ludzka istota nie potrafi tworzyć nowych runów. Tylko aniołowie mają taką moc. A ponieważ Clary też to umie... cóż, wygląda to na znak. Rzeczy się zmieniają. Prawo się zmienia. Stare zwyczaje tracą znaczenie. Podobnie jak bunt aniołów położył kres dawnemu światu, podzielił niebo i stworzył piekło, może teraz zbliża się koniec Nefilim. To nasza wojna w niebie, wampirze, i tylko jedna strona w niej zwycięży. A mój ojciec chce, żeby to była jego strona.

***

Choć powietrze nadal było chłodne, Clary aż się gotowała w mokrym ubraniu. Pot ściekał jej po twarzy strumykami i moczył kołnierz płaszcza, kiedy Luke, trzymając dłoń na jej ramieniu, popędzał ją drogą pod szybko ciemniejącym niebem. Już widzieli Alicante. Miasto leżało w płytkiej dolinie, rozdzielone srebrzystą rzeką, która wpływała do niego na jednym końcu, znikała i wypływała z drugiej strony. Pod urwistym wzgórzem tłoczyły się budynki koloru miodu z czerwonymi dachami, zbocze przecinała plątanina stromych, krętych uliczek. Na szczycie wzniesienia stała ciemna, wysoka, kamienna budowla z kolumnami i lśniącymi wieżami w czterech rogach. Między domami były rozrzucone takie same wąskie szklane wieże, skrzące się jak kwarc. Wyglądały jak igły przeszywając niebo. Gasnący blask słońca, który odbijał się od ich powierzchni, tworzył tęczowe iskry. Był to widok piękny i zarazem bardzo dziwny.

Nie widziało się miasta, dopóki nie zobaczy się szklanych wież Alicante.

- Co to było? - zapytał Luke. - Co mówiłaś?

Clary nie zdawała sobie sprawy, że wypowiedziała te słowa na głos. Gdy powtórzyła je zakłopotana, Luke spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Gdzie je słyszałaś?

- Od Hodge'a.

Luke przyjrzał się jej uważniej.

- Masz rumieńce - stwierdził. - Jak się czujesz?

Clary była cała rozpalona, w ustach miała sucho i bolała ją szyja.

- Dobrze. Chodźmy już.

- W porządku.

Luke pokazał ręką. Na skraju miasta, gdzie kończyły się budynki, Clary zobaczyła łuk zbiegający się w ostry czubek. W jego cieniu pełnił wartę Nocny Łowca w ciemnym stroju.

- To jest Północna Brama. Przez nią Podziemni mogą legalnie wchodzić do miasta, pod warunkiem, że mają dokument. Strażnicy stoją tam dzień i noc. Jeśli przybywamy w sprawach służbowych albo mamy pozwolenie, możemy wejść.

- Ale wokół miasta nie ma żadnych murów - zauważyła Clary. - Brama też nie wydaje się niedostępna.

- Czary są niewidoczne, ale są. Wytwarzają je demoniczne wieże, które liczą sobie tysiąc lat. Poczujesz to, kiedy przez nie przejdziesz. - Luke znowu spojrzał z troską w oczach na jej rozpłomienioną twarz. - Jesteś gotowa?

Clary kiwnęła głową. Ruszyli wzdłuż wschodniej strony miasta, gdzie budynki były gęściej stłoczone. Luke pokazał jej gestem, żeby zachowała milczenie, i pociągnął ją w stronę wąskiego przejścia między dwoma domami. Clary zamknęła oczy, jakby się spodziewała, że wpadnie na niewidzialną ścianę, gdy tylko wejdą na ulice Alicante. Tak się nie stało. Poczuła tylko nagły wzrost ciśnienia, jakby znajdowała się w spadającym samolocie. Zatkały jej się uszy, ale wrażenie szybko minęło. Zobaczyła, że stoją w zaułku między budynkami.

Podobnie jak zaułki w Nowym Jorku - i wszystkie inne na świecie - ten również cuchnął kocimi sikami.

Clary wyjrzała za róg. W górę zbocza ciągnęła się większa ulica z małymi warsztatami i domami po obu stronach.

- Nikogo nie ma - stwierdziła z lekkim zdziwieniem.

W zapadającym mroku twarz Luke'a wyglądała na szarą.

- Zapewne w Gard trwa zebranie. To jedyna rzecz, która sprawia, że z ulic natychmiast wszyscy znikają.

- To niedobrze? Dzięki temu nikt nas nie zobaczy.

- Dobrze i źle. To prawda, że ulice są opustoszałe, ale każdy, kto się na nich znajdzie, zwróci na nas uwagę.

- Mówiłeś, że wszyscy są w Gard.

Luke uśmiechnął się słabo.

- Niedosłownie, Clary. Miałem na myśli większość miasta. Dzieci, nastolatki i wykluczeni nie biorą udziału w zgromadzeniu.

Nastolatki. Clary pomyślała o Jasie i puls natychmiast jej przyspieszył, jak koń wypadający z boksów startowych na wyścigach.

Luke zmarszczył brwi, niemal jakby czytał w jej myślach.

- Teraz łamię Prawo, przebywając w Alicante bez zameldowania się przy bramie. Jeśli ktoś mnie rozpozna, znajdziemy się w prawdziwych tarapatach. - Spojrzał na wąski pas rdzawego nieba widoczny między dachami. - Musimy zniknąć z ulic.

- Myślałam, że idziemy do domu twojego przyjaciela.

- Idziemy. Właściwie ona nie jest przyjaciółką.

- A kim...?

- Chodź.

Luke zanurkował w pasaż między dwoma domami, tak wąski, że można by dotknąć palcami obu ścian. Idąc nim, dotarli na brukowaną, krętą ulicę ze sklepami. Budynki wyglądały jak przeniesione z gotyku skrzyżowanego ze światem bajek dla dzieci. Kamienne fasady były ozdobione rzeźbami najróżniejszych stworzeń z mitów i legend. Głównymi elementami dekoracyjnymi okazały się głowy potworów, skrzydlate konie, domy na kurzych nóżkach, syreny i oczywiście anioły. Z każdego rogu sterczały gargulce o wykrzywionych pyskach. I wszędzie widniały runy: namalowane na drzwiach, ukryte w abstrakcyjnych rzeźbieniach, zawieszone na cienkich metalowych łańcuchach, które skręcały się na wietrze jak dzwoneczki wiatrowe. Runy ochrony, powodzenia, dobrych interesów. Patrząc na nie, Clary poczuła lekkie zawroty głowy.

Szli w milczeniu, trzymając się cieni. Brukowana ulica była pusta, drzwi sklepów zamknięte i zakratowane. Kiedy je mijali, Clary spoglądała w okna. W jednym zobaczyła wystawę z drogich dekorowanych czekolad, w następnym równie bogatą kolekcję groźnie wyglądającej broni: kordów, maczug, pałek najeżonych gwoździami i serafickich noży wszelkich rozmiarów.

- Żadnych pistoletów - zauważyła. Własny głos wydawał się jej bardzo odległy.

Luke zerknął na nią z ukosa.

- Co?

- Nocni Łowcy. Nigdy nie używają pistoletów.

- Runy nie pozwalają na zapłon prochu - wyjaśnił Luke. - Nikt nie wie dlaczego. Mimo to Nefilim od czasu do czasu używali strzelb przeciwko likantropom. Nie trzeba runów, żeby nas zabić, wystarczą srebrne kule. - Luke nagle uniósł głowę. W nikłym świetle łatwo było sobie wyobrazić, że jego uszy sterczą jak u wilka. - Głosy. Chyba skończyło się posiedzenie w Gard.

Wziął ją za ramię i sprowadził z głównej ulicy. Po chwili wyszli na mały plac ze studnią pośrodku. Tuż przed nimi ciągnął się wąski kanał spięty ceglanym mostem. W słabym świetle woda wyglądała niemal na czarną. Teraz Clary również usłyszała głosy dochodzące z pobliskich ulic. Były podniesione, gniewne. Mocniej zakręciło się jej w głowie, ziemia przekrzywiła się pod nogami. Clary oparła się o mur, żeby nie upaść. Oddychała ciężko.

- Dobrze się czujesz? - zaniepokoił się Luke.

Głos miał zachrypnięty, dziwny. Clary na niego spojrzała i zaparło jej dech. Uszy Luke'a zrobiły się długie i spiczaste, zęby ostre jak szpikulce, oczy żółte...

- Luke - wyszeptała. - Co się z tobą dzieje?

Wyciągnął do niej dziwnie wydłużone ręce o ostrych paznokciach koloru rdzy.

- Co się stało? - spytał.

Odsunęła się od niego z krzykiem. Sama nie wiedziała, dlaczego jest taka przerażona. Już wcześniej widywała Przemianę, a Luke nigdy jej nie skrzywdził. Mimo to nie potrafiła zapanować nad strachem. Luke chwycił ją za ramiona, a ona wyrwała mu się, żeby uciec jak najdalej od jego żółtych, zwierzęcych oczu, choć uciszał ją swoim zwykłym, ludzkim głosem.

- Clary, proszę...

- Puść mnie! Puść mnie!

Nie puścił.

- Masz halucynacje. Wytrzymaj jeszcze trochę. - Na pół wlokąc, pociągnął ją w stronę mostu. Clary czuła, że po jej twarzy spływają łzy, chłodząc rozpalone policzki. - To nie jest prawda. Trzymaj się, proszę.

Pomógł jej wejść na most. Clary poczuła zapach wody, zielonej i stęchłej. Pod jej powierzchnią poruszały się jakieś stworzenia. W pewnym momencie z kanału wyłoniła się czarna macka o gąbczastym czubku najeżonym ostrymi zębami. Clary próbowała rzucić się do ucieczki, niezdolna nawet do krzyku. Z jej gardła wydobył się tylko cichy jęk.

Gdy ugięły się pod nią kolana, Luke złapał ją i wziął na ręce. Nie nosił jej, odkąd skończyła pięć albo sześć lat.

- Clary... - Reszta jego słów zlała się w niezrozumiały ryk.

Pobiegł z nią wzdłuż rzędu wysokich, wąskich budynków, które przypominały Clary czynszówki Brooklynu... a może tylko miała halucynacje? Powietrze wokół nich jakby migotało, światła domów jarzyły się jak pochodnie, kanał skrzył się upiornym fosforyzującym blaskiem. Clary miała wrażenie, że jej kości się rozpuszczają.

- Tutaj. - Luke zatrzymał się przed domem stojącym nad kanałem.

Z krzykiem kopnął w pomalowane na jaskrawoczerwony kolor drzwi. Znajdował się na nich pojedynczy złoty znak. W miarę jak Clary na niego patrzyła, rozpłynął się i przybrał kształt straszliwej wyszczerzonej czaszki.

"To nie dzieje się naprawdę", powiedziała sobie i stłumiła krzyk, gryząc pięść, aż poczuła smak krwi w ustach. Ból rozjaśnił jej w głowie.

W tym momencie drzwi się otworzyły. Stała w nich kobieta w ciemnej sukni, o twarzy wykrzywionej w grymasie gniewu i zaskoczenia. Włosy miała szpakowate, długie, niesforne, splecione w dwa warkocze. Niebieskie oczy wydawały się znajome. W ręce trzymała magiczny kamień.

- Kto tam? - zapytała. - Czego chcecie?

- Amatis. - Luke wszedł w krąg czarodziejskiego światła, niosąc Clary na rękach. - To ja.

Kobieta zbladła i przytrzymała się ręką framugi.

- Lucian?

Luke próbował wejść do środka, ale kobieta... Amatis zagrodziła mu drogę, potrząsając głową tak gwałtownie, że jej warkocze skakały w tę i z powrotem.

- Jak możesz tutaj przychodzić, Lucianie? Jak śmiesz tutaj przychodzić?

- Nie miałem wyboru.

Gdy Luke przytulił ją mocniej, Clary z trudem zdusiła okrzyk. Całe jej ciało płonęło. Bolał ją każdy nerw.

- Musisz odejść - oświadczyła Amatis. - Jeśli natychmiast stąd...

- Nie zjawiłem się tutaj ze względu na siebie. Chodzi o dziewczynę. Ona umiera. - Widząc minę kobiety, dodał: - Amatis, proszę. To córka Jocelyn.

Zapadła długa cisza. Amatis stała w progu jak posąg, zupełnie bez ruchu, zmartwiała z zaskoczenia albo przerażenia. Clary zacisnęła pięść - dłoń miała lepką od krwi w miejscu, gdzie wbiły się w nią paznokcie - ale teraz nawet ból jej nie pomógł. Świat rozpadał się na łagodne kolory, puzzle dryfujące po powierzchni wody. Ledwo słyszała głos Amatis, kiedy ta odsunęła się od drzwi i powiedziała:

- Dobrze, Lucianie. Możesz ją wnieść do środka.

***

Kiedy Simon i Jace wrócili do salonu, zobaczyli, że Aline tymczasem przyniosła jedzenie i postawił je na niskim stoliku między kanapami. Był tam chleb, ser, kawałki ciasta, jabłka i nawet butelka wina, którego Maksowi nie pozwolono tknąć. Chłopiec siedział w kącie z talerzem ciasta i otwartą książką na kolanach. Simon mu współczuł. W tej roześmianej, rozgadanej grupce czuł się równie samotnie jak zapewne Max.

Zauważył, że sięgając po jabłko, Aline muska palcami nadgarstek Jace'a. Stwierdził, że ogarnia go złość. Przecież tego właśnie chcesz, pomyślał, ale jakoś nie mógł pozbyć się uczucia, że takie zachowanie uwłacza Clary.

Jace napotkał jego wzrok nad głową Aline i posłał mu uśmiech pełen ostrych zębów, choć nie był wampirem. Simon odwrócił wzrok i rozejrzał się po pokoju. Zauważył, że muzyka, którą wcześniej słyszał, nie pochodzi ze stereo, tylko ze skomplikowanego mechanicznego wynalazku.

Przyszło mu do głowy, żeby pogadać z Isabelle, ale ona już gawędziła z Sebastianem, który z uwagą pochylał ku niej głowę. Jace kiedyś śmiał się z zauroczenia Simona Isabelle, ale wyglądało na to, że Sebastian bez trudu sobie z nią poradzi. Ostatecznie Nocni Łowcy byli wychowywani tak, żeby radzić sobie ze wszystkim. Zdziwił go jednak wyraz twarzy Jace'a, kiedy mówił, że zamierza być tylko bratem Clary.

- Skończyło się nam wino - oznajmiła Isabelle, odstawiając ze stukiem butelkę na stół. - Pójdę po więcej. - Mrugnęła do Sebastiana i ruszyła do kuchni.

- Ośmielę się zauważyć, że jesteś trochę milczący - zagaił Sebastian. Opierał się o tył fotela Simona i patrzył na niego z rozbrajającym uśmiechem. Jak na kogoś o tak ciemnych włosach skórę miał bardzo jasną, jakby niewiele wychodził na słońce. - Wszystko w porządku?

Simon wzruszył ramionami.

- Nie bardzo wiem, jaki temat poruszyć. Rozmawiacie głównie o polityce Nocnych Łowców albo o ludziach, o których nigdy nie słyszałem. Albo o jednym i drugim.

Uśmiech zniknął z twarzy Sebastiana.

- Potrafimy być zamkniętym kręgiem, my, Nefilim. Tak to jest z tymi, którzy są odcięci od reszty świata.

- Nie uważasz, że sami się odcinacie? Gardzicie zwykłymi ludźmi...

- "Gardzimy" to trochę za mocne słowo - stwierdził Sebastian. - A ty naprawdę myślisz, że świat ludzi chciałby mieć cokolwiek z nami wspólnego? Jesteśmy wszyscy żywym przypomnieniem tego, że sami się okłamują, wmawiając sobie, że tak naprawdę nie ma wampirów, demonów ani potworów pod łóżkiem. - Odwrócił głowę i spojrzał na Jace'a, który od kilku minut gapił się na nich w milczeniu. - Nie zgadzasz się z tą opinią?

Jace się uśmiechnął.

- De ce crezi că vă ascultam conversatia?

Sebastian popatrzył na niego z zainteresowaniem.

- M-ai urmărit de cănd ai ajuns aici - odparł. - Nu-mi dau seama dacă nu mă placi ori dacă eşti atăt de bănuitor cu toată lumea. - Wstał z kanapy. - Doceniam ćwiczenia z rumuńskiego, ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, pójdę zobaczyć, co Isabelle tak długo robi w kuchni.

Gdy szedł przez pokój, Jace z zaskoczoną miną odprowadzał go wzrokiem.

- O co chodzi? - zapytał Simon. - Jednak nie mówi po rumuńsku?

- Przeciwnie. - Między oczami Jace'a pojawiła się mała zmarszczka. - Mówi całkiem dobrze.

Zanim Simon zdążył zadać następne pytanie, do pokoju wszedł Alec. Był tak samo pochmurny jak wtedy, kiedy wychodził. Zawiesił na chwilę wzrok na Simonie z lekkim wyrazem zmieszania w niebieskich oczach.

- Tak szybko wróciłeś? - rzucił Jace.

- Nie na długo. - Alec wziął ze stołu jabłko, nie zdejmując rękawiczki. - Wróciłem po... niego. - Wskazał na Simona. - Chcą, żeby przyszedł do Gard.

- Naprawdę? - zdziwiła się Aline.

Tymczasem Jace już wstawał z kanapy.

- Po co? - zapytał z niebezpiecznym spokojem w głosie. - Mam nadzieję, że przynajmniej się tego dowiedziałeś, zanim obiecałeś go przyprowadzić.

- Oczywiście, że spytałem - warknął Alec. - Nie jestem głupi.

- Och, daj spokój - odezwała się Isabelle, która w tym momencie stanęła w drzwiach razem z Sebastianem trzymającym w ręce butelkę wina. - Czasami jesteś trochę głupi, sam wiesz. - Gdy Alec rzucił jej mordercze spojrzenie, dodała pospiesznie: - Ale tylko troszeczkę.

- Odsyłają Simona z powrotem do Nowego Jorku - oznajmił Alec. - Przez Bramę.

- Ale przecież on dopiero co się tu zjawił! - zaprotestowała Isabelle, wydymając usta. - To nie jest zabawne.

- Wcale nie ma być zabawne, Izzy. Simon pojawił się tutaj przypadkiem, więc Clave uważa, że najlepiej będzie odesłać go do domu.

- Świetnie - powiedział Simon. - Może moja matka nie zdąży zauważyć, że mnie nie ma. Jaka jest różnica czasowa między Alicante a Manhattanem?

- To ty masz matkę? - spytała ze zdumieniem Aline.

Simon postanowił ją zignorować.

- Mówię serio - zapewnił, kiedy Alec i Jace wymienili spojrzenia. - Wszystko w porządku. Naprawdę chcę się stąd wydostać.

- Pójdziesz z nim? - zapytał Jace, zwracając się do Aleca. - I upewnisz się, że wszystko jest w porządku?

Obaj Nocni Łowcy popatrzyli na siebie w sposób dobrze znany Simonowi. Tak samo on i Clary czasami wymieniali zakodowane spojrzenia, kiedy nie chcieli, żeby ich rodzice wiedzieli, co knują.

- Co jest? - Przeniósł wzrok z jednego Nocnego Łowcy na drugiego. - Co się stało?

Alec odwrócił oczy, a Jace uśmiechnął się do Simona z obojętną miną.

- Nic. Wszystko w porządku. Gratulacje, wampirze, wracasz do domu.