Mickiewicz (po śmierci). Studia i szkice nekrograficzne - Stanisław Rosiek

Kup ebooka

37.00 zł
29.60 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mickiewicz i każdy z nas

Bio­gra­fia jako lu­stro

Po­la­ków od po­cząt­ku in­te­re­so­wał w Mic­kie­wi­czu ty­leż po­eta, ile czło­wiek. Nie tyl­ko "sło­wo", ale też "czyn", "dzie­ło", lecz tak­że "ży­cie". "Kto­kol­wiek ze współ­cze­snych spo­tkał na swej dro­dze Mic­kie­wi­cza, nie prze­szedł obo­jęt­nie obok nie­go" - pi­sał Ste­fan Ka­wyn w swym dzi­siaj kla­sycz­nym stu­dium pod ty­tu­łem Mic­kie­wicz-czło­wiek1. Istot­nie, ten "czło­wiek" był uważ­nie ob­ser­wo­wa­ny przez współ­cze­snych. Jego czy­ny pod­da­wa­no osą­dom nie­raz bar­dzo su­ro­wym. Kra­siń­ski zło­rze­czył na le­gion wło­ski, inni - na to­wia­ni­stycz­ne grze­chy. Dla wszyst­kich z całą pew­no­ścią był - jak to Ka­wyn po la­tach na­zwał - "for­mą zja­wi­sko­wą"2. Za­cho­wa­ło się spo­ro świa­dectw mó­wią­cych o spo­tka­niach z po­etą. Współ­cze­śni mie­li świa­do­mość, że na­le­ży je upa­mięt­niać, choć - jak słusz­nie za­uwa­żo­no - Mic­kie­wicz nie do­cze­kał się swe­go Ec­ker­man­na. Po­mi­mo tych świa­dectw pierw­sza książ­ko­wa bio­gra­fia Mic­kie­wi­cza po­wsta­ła do­pie­ro parę lat po jego śmier­ci - i to na do­da­tek po fran­cu­sku. Na­pi­sał ją Fran­cuz, Ed­mond Fon­til­le3. Nie­co wcze­śniej, w 1858 roku, Zyg­munt Mił­kow­ski ubo­le­wał: "świat nasz li­te­rac­ki oka­zał się tro­chę za obo­jęt­nym dla pa­mię­ci wiel­kie­go wiesz­cza. Oprócz roz­rzu­co­nych po roz­ma­itych pi­smach do­ryw­czych o nim wia­do­mo­ści, nie ma jesz­cze szcze­gó­ło­wej bio­gra­fii jego. A nikt bar­dziej nie za­słu­żył na ta­ko­wą. Każ­dy szcze­gół jego ży­cia, każ­dy, cho­ciaż­by naj­drob­niej­szy za­rys jego cha­rak­te­ru god­nym jest głę­bo­kie­go za­sta­no­wie­nia: bo na tym ży­ciu i na tym cha­rak­te­rze moż­na zro­bić cał­ko­wi­te a bar­dzo waż­ne stu­dium. Oso­bi­stość jego jest jak fakt hi­sto­rycz­ny, speł­nio­ny a za­gad­ko­wy, po­wią­za­ny z ty­sią­ca­mi bez­po­śred­nich a ubocz­nych przy­czyn, któ­re­go zna­cze­nie roz­ma­itym roz­ma­icie się przed­sta­wia. Trze­ba ba­dać dłu­go i pra­co­wi­cie, aby do­ciec praw­dzi­we jego zna­cze­nie"4.

Nie było to sta­no­wi­sko po­dzie­la­ne w tam­tej epo­ce przez wszyst­kich. Po­ja­wia­ły się rów­nież wy­po­wie­dzi, w któ­rych da się wy­czuć pew­ne­go ro­dza­ju re­zer­wę wo­bec na­ka­zu stu­dio­wa­nia ży­cia Mic­kie­wi­cza. Przy­kła­dem opi­nia Aloj­ze­go Nie­wia­ro­wi­cza: "W Niem­czech o Szy­le­rze i Ge­tym sto razy wię­cej skle­co­no to­mów niż ci zo­sta­wi­li po so­bie. U nas nie do­szli­śmy do tego sza­łu ko­men­ta­tor­stwa i świ­dro­wa­nia ta­jem­nic ser­ca i mó­zgu je­nial­nych nie­bosz­czy­ków, bo jesz­cze poj­mu­je­my ży­wym uczu­ciem i czu­je­my świe­żo­ścią po­jęć, któ­ry­mi nas ob­wia­ła won­na po­ezja..."5 We­dług Nie­wia­ro­wi­cza za­in­te­re­so­wa­nie bio­gra­fią jest wtór­ne, wy­ni­ka ze znu­że­nia mar­twie­ją­cym dzie­łem - zwrot ku bio­gra­fii to znak, że sło­wo Mic­kie­wi­cza tra­ci swą do­nio­słość. Być może dla­te­go pierw­sze wiel­kie mo­no­gra­fie po­ety, ja­kie po­wsta­ły - bo w koń­cu po­wsta­ły - mo­no­gra­fie au­tor­stwa Chmie­low­skie­go i Kal­len­ba­cha sku­pia­ły się przede wszyst­kim na roz­wo­ju du­cho­wym po­ety. Oby­dwaj mo­no­gra­fi­ści de­kla­ro­wa­li, że bio­gra­fia jest je­dy­nie tłem dla na­ry­so­wa­nia dzie­jów du­cha. Kal­len­bach wy­wo­dził, iż jest ona "nie­zbęd­na w or­ga­ni­zmie książ­ki jak w cie­le czło­wie­ka ko­ściec, ale też tak jak on po­win­na być - nie­wi­docz­na"6. Chmie­low­ski chce - jak się wy­ra­ża - "rów­no­mier­nie ob­ro­bić obie stro­ny"7.

Ta po­wścią­gli­wość wiel­kich nie zna­la­zła jed­nak na­śla­dow­ców po­śród mic­kie­wi­czo­lo­gów tu­zin­ko­wych. W dru­giej po­ło­wie wie­ku XIX po­wsta­ła nie­zli­czo­na ilość ar­ty­ku­łów, bro­szur, ca­łych ksią­żek po­świę­co­nych ży­ciu Mic­kie­wi­cza. Byli i tacy au­to­rzy, któ­rzy trak­to­wa­li wiesz­cza su­ro­wo, ma­jąc mu to czy owo za złe. Ale to nie oni nada­wa­li ton ogó­ło­wi. O ży­ciu Mic­kie­wi­cza pi­sa­no z po­wo­dów roz­ma­itych - po­li­tycz­nych, pa­trio­tycz­nych, dy­dak­tycz­nych, mo­ra­li­stycz­nych... Jed­nym z naj­ja­skraw­szych przy­kła­dów nad­uży­cia bio­gra­ficz­ne­go dys­kur­su jest z całą pew­no­ścią Wspo­mnie­nie o ży­ciu i pi­smach Ada­ma Mic­kie­wi­cza, skre­ślo­ne przez Jó­ze­fa Cho­ci­szew­skie­go "na pa­miąt­kę prze­wie­zie­nia jego po­pio­łów do oj­czy­stej zie­mi"8. Do­wia­du­je­my się stam­tąd, że Mic­kie­wicz "był w na­szym kra­ju jed­nym z pierw­szych krze­wi­cie­li wstrze­mięź­li­wo­ści", że  "s ł o w e m   i   c z y n e m  za­chę­cał do wstrze­mięź­li­wo­ści, a po­tę­piał pi­jań­stwo". Do­wo­dem zgub­ne w skut­kach nad­uży­wa­nie al­ko­ho­lu przez Jac­ka So­pli­cę i przez szlach­tę pod­czas za­jaz­du, a tak­że zda­nia z Ksiąg piel­grzym­stwa pol­skie­go, w któ­rych po­eta prze­ciw­sta­wia się "ha­nieb­ne­mu na­ło­go­wi, któ­ry się przy­czy­nił do upad­ku Pol­ski". Tyle sło­wa. A czy­ny? "Wy­pił wpraw­dzie cza­sem Mic­kie­wicz wino, ale się nie upi­jał" - za­pew­nia Cho­ci­szew­ski. Gdy zaś pły­nął mo­rzem z Pe­ters­bur­ga do Lu­be­ki, "pił tyl­ko wodę, choć mu było wol­no pić do­bre wina". Całe ży­cie Mic­kie­wi­cza Cho­ci­szew­ski spro­wa­dza do tej jed­nej praw­dy pod­sta­wo­wej. Ma po­nad­to na­dzie­ję, że tak­że zwło­ki wiesz­cza wra­ca­ją­ce na oj­czy­stą zie­mię "za­chę­cą i za­pa­lą do uko­cha­nia cno­ty wstrze­mięź­li­wo­ści, któ­ra jest jed­ną z głów­nych dźwi­gni, aby nam za­pew­nić do­bro­byt, oświa­tę i po­myśl­ną przy­szłość". Tak się miał speł­nić mę­czeń­ski ży­wot Ada­ma Mic­kie­wi­cza.

Przy­to­czo­ny przy­kład ujaw­nia i de­ma­sku­je to, co w in­ne­go ro­dza­ju bio­gra­ficz­nych eg­ze­ge­zach zwy­kle ukry­te i za­ka­mu­flo­wa­ne, mia­no­wi­cie tę ba­nal­ną praw­dę, że stu­dio­wa­nie czy­jejś bio­gra­fii - zwłasz­cza bio­gra­fii wiel­kiej - rzad­ko bywa bez­in­te­re­sow­ne, że bio­graf wno­si sie­bie sa­me­go, swo­je ho­ry­zon­ty, swo­ją mo­ral­ność. I we­dle niej kroi wi­ze­ru­nek swe­go bo­ha­te­ra. W roz­ma­ity więc spo­sób Mic­kie­wicz by­wał przed­sta­wia­ny. Z roz­ma­itych też po­wo­dów to jed­no pol­skie ży­cie sku­pia­ło na so­bie nie­by­wa­łą uwa­gę. Stu­dio­wa­no i ni­co­wa­no je po wie­le­kroć. Z ze­wnątrz - gdy jest się na przy­kład Fran­cu­zem czy Niem­cem - trud­no zro­zu­mieć, co w nim było tak oso­bli­we­go. Ale i dla Po­la­ków nie za­wsze jest to ła­twe. Dla­cze­go Mic­kie­wicz, a nie Sło­wac­ki, Wy­spiań­ski czy Gom­bro­wicz, zy­skał god­ność "pierw­sze­go Po­la­ka"? Dla­cze­go ustą­pi­li Mic­kie­wi­czo­wi miej­sca wiel­cy wo­dzo­wie - jak Ko­ściusz­ko czy Pił­sud­ski - i wiel­cy po­li­ty­cy?

O od­po­wiedź na to py­ta­nie po­ku­sił się je­den ze współ­cze­snych pi­sa­rzy i hi­sto­ry­ków li­te­ra­tu­ry, Ja­ro­sław Ma­rek Rym­kie­wicz: "Peł­ne ta­jem­nic ży­cie Mic­kie­wi­cza - opo­wieść o nim prze­cho­dzi z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie - jest wzo­rem, ar­che­ty­pem ży­cia pol­skie­go. Do­ty­ka­jąc tych ta­jem­nic, sta­ra­jąc się je prze­nik­nąć i na­zwać, do­ty­ka­my ta­jem­nic na­sze­go tu­taj, na tej zie­mi ży­cia"9. Przy­bli­ża­nie się do Mic­kie­wi­cza prze­ra­dza się w iden­ty­fi­ka­cję z Mic­kie­wi­czem. " K a ż d y   z   n a s   j e s t   n i m  - de­kla­ru­je da­lej Rym­kie­wicz - i mó­wiąc coś ta­kie­go do­cho­wu­je­my mu wier­no­ści, po­nie­waż on chciał, aby­śmy tak wła­śnie poj­mo­wa­li, tak in­ter­pre­to­wa­li przy­pad­ki jego ży­cia, oraz jego dzie­ło: jako coś co jest na­sze, co jest nami. Kto opo­wia­da o jego ży­ciu, opo­wia­da więc - choć­by na­wet nic o tym nie wie­dział - o so­bie sa­mym, o ta­jem­ni­cach swo­je­go wła­sne­go ist­nie­nia"10.

By­ła­by więc bio­gra­fia Mic­kie­wi­cza lu­strem, w któ­rym prze­glą­da­ją się Po­la­cy? Wszy­scy Po­la­cy? Od­po­wiedź Rym­kie­wi­cza wy­da­je się zbyt jed­no­stron­na. Nie każ­dy z nas chce nim być.

Po­sąg i wid­mo

W set­kach, ty­sią­cach wy­po­wie­dzi, ja­kie o bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza po­wsta­ły, za­zna­cza­ją się dwa prze­ciw­staw­ne - jak są­dzę - spo­so­by bu­do­wa­nia jego wi­ze­run­ku. W naj­więk­szym skró­cie moż­na je sym­bo­licz­nie zi­lu­stro­wać za po­mo­cą dwu ob­ra­zów. Pierw­szy przed­sta­wia sce­nę od­le­wa­nia war­szaw­skie­go po­mni­ka Mic­kie­wi­cza. Oto w od­lew­ni ro­bot­ni­cy pod­no­szą łań­cu­cha­mi po­sąg wiesz­cza do­pie­ro co od­la­ne­go z brą­zu. Ro­bot­ni­cy wy­da­ją się przy nim tak mali, jak miesz­kań­cy Li­li­pu­tii przy śpią­cym Gu­li­we­rze. Ale to dzię­ki nim Mic­kie­wicz stał się po­sta­cią z brą­zu, ol­brzy­mem prze­kra­cza­ją­cym ludz­ką ska­lę. To oni nada­li Mic­kie­wi­czo­wi po­stać mo­nu­men­tal­ną i trwa­łą. Tego ro­dza­ju kon­struk­cja - na­zy­wa­na "Mic­kie­wi­czem" - jest wy­two­rem zbio­ro­wo­ści.

Em­ble­ma­tem prze­ciw­staw­ne­go spo­so­bu two­rze­nia wi­ze­run­ku Mic­kie­wi­cza jest pe­wien za­gad­ko­wy ry­su­nek11. Przed­sta­wia on oso­bli­wy ne­ga­tyw por­tre­tu po­ety. Pod ry­sun­kiem znaj­du­je się pod­pis: "Złu­dze­nie optycz­ne". Na czym mia­ło­by ono po­le­gać - nie wia­do­mo. Prze­cież nie na fo­to­gra­ficz­nym od­wró­ce­niu. Roz­wią­za­nie za­gad­ki od­na­la­złem przy­pad­ko­wo, gdy tra­fi­łem na po­dob­ny por­tret Wik­to­ra Hugo. Tym ra­zem za­cho­wa­ła się jed­nak in­struk­cja ob­słu­gi: "W ja­snym po­miesz­cze­niu pa­trzeć nie­ru­cho­mo na oko syl­wet­ki, li­cząc w my­śli do 80 lub 100. Na­stęp­nie pa­trzeć rów­nież przez kil­ka se­kund na bia­ły pa­pier, ścia­nę lub su­fit, a uka­że się wte­dy wid­mo wiel­kie­go po­ety"12. Z ne­ga­ty­wu, po­dob­nie jak z for­my w od­lew­ni, wy­ła­nia się po­stać po­ety. I tu, i tam po­dob­ny efekt: uobec­nie­nie - ale cała resz­ta jest róż­ni­cą. Pierw­sza to ta, że sta­tus on­to­lo­gicz­ny tego Mic­kie­wi­cza jest od­mien­ny. Mic­kie­wicz tym ra­zem jest tyl­ko złu­dze­niem, oma­mem oka nie­ru­cho­mo wpa­trzo­ne­go w ciem­ne pla­my na pa­pie­rze. Ów byt - byt wid­mo­wy - jest uza­leż­nio­ny nie od zbio­ro­wo­ści, jak po­przed­nio, ale od jed­nost­ki. Aby Mic­kie­wicz się uka­zał, nie po­trze­ba dru­giej pary oczu. Każ­dy, kto na pla­my spo­glą­da, może uobec­nić Mic­kie­wi­cza dla sie­bie.

1. Pra­ca nad war­szaw­skim po­mni­kiem Ada­ma Mic­kie­wi­cza, ilu­stra­cja z koń­ca XIX wie­ku

2. Wid­mo­we por­tre­ty Ada­ma Mic­kie­wi­cza i Vic­to­ra Hugo - ry­sun­ki z dru­giej po­ło­wy XIX wie­ku

Pod zna­kiem spi­żu?

Od swych po­cząt­ków mic­kie­wi­czo­lo­gia roz­wi­ja­ła się pod zna­kiem spi­żu. Nie tyl­ko i nie przede wszyst­kim dla­te­go tak się dzia­ło, że na­der chęt­nie eli­mi­no­wa­no z dzie­ła, a zwłasz­cza z ży­cia Mic­kie­wi­cza to, co nie pa­so­wa­ło do wy­ide­ali­zo­wa­ne­go wi­ze­run­ku - do wzo­ru "po­ety-wiesz­cza", "prze­wod­ni­ka na­ro­du"... Wy­mie­rzo­na w tego ro­dza­ju prak­ty­ki an­ty­brą­zow­ni­cza kam­pa­nia Boya nie pod­wa­ży­ła fun­da­men­tów mic­kie­wi­czo­lo­gii. I przed Boy­em, i po Boyu in­dy­wi­du­al­ne po­szu­ki­wa­nia ar­chi­wal­ne i wy­sił­ki in­ter­pre­ta­cyj­ne zmie­rza­ły do ja­kiejś nad­rzęd­nej praw­dy o Mic­kie­wi­czu, a w każ­dym ra­zie za­kła­da­ły jej ist­nie­nie. Róż­nie była ta praw­da poj­mo­wa­na i eks­pli­ko­wa­na. Gdzie in­dziej szu­kał jej Win­da­kie­wicz, gdzie in­dziej Kle­iner czy Pi­goń. Ża­den z nich jed­nak nie kwe­stio­no­wał ist­nie­nia ja­kie­goś nie­re­du­ko­wal­ne­go i su­we­ren­ne­go celu mic­kie­wi­czo­lo­gicz­nych wę­dró­wek. Błęd­ne mo­gły być je­dy­nie dro­gi. Prze­ciw­ni­kiem był ten, kto po­błą­dził. Na­le­ża­ło więc spro­wa­dzić ko­goś ta­kie­go na wła­ści­wy szlak i da­lej już wspól­nie po­dą­żać do praw­dy nad­rzęd­nej, któ­ra tyl­ko wów­czas mia­ła na­le­ży­tą wagę, gdy mo­gła li­czyć na sank­cję zbio­ro­wo­ści.

Prze­ko­na­nie o ko­lek­tyw­no­ści praw­dy o Mic­kie­wi­czu było (i chy­ba jest nadal) po­wszech­ne. Sy­tu­owa­ło się po­nad ide­olo­gicz­ny­mi po­dzia­ła­mi. Oto na przy­kład Ste­fan Żół­kiew­ski, ata­ku­jąc na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych "re­ak­cyj­ne, fał­szy­we, ahi­sto­rycz­ne" kon­cep­cje "bur­żu­azyj­nej" mic­kie­wi­czo­lo­gii, nie kwe­stio­nu­je przyj­mo­wa­ne­go w nich sta­tu­su praw­dy13. Tak­że on pra­gnie - po raz któ­ry? - "ode­łgać" Mic­kie­wi­cza, do­trzeć do praw­dy o Mic­kie­wi­czu. Po­wi­nien to być czyn zbio­ro­wy. Żół­kiew­ski uświa­da­miał bar­dziej in­nym niż so­bie, iż "set­na rocz­ni­ca śmier­ci po­ety [...] zo­bo­wią­zu­je mo­ral­nie pol­skich hi­sto­ry­ków li­te­ra­tu­ry do przy­go­to­wa­nia w naj­bliż­szym czte­ro­le­ciu no­wej, mark­si­stow­skiej mo­no­gra­fii o Ada­mie Mic­kie­wi­czu"14. Mic­kie­wi­czo­lo­gicz­na czte­ro­lat­ka! Po­cząt­kiem re­ali­za­cji tego pla­nu mia­ła być wła­śnie książ­ka Żół­kiew­skie­go Spór o Mic­kie­wi­cza, we­dle słów au­to­ra: "pierw­sze bel­ko­wa­nie, na któ­rym mo­gła­by się wes­przeć przy­szła, doj­rza­ła, peł­na, ugrun­to­wa­na syn­te­za na­uko­wa twór­czo­ści Mic­kie­wi­cza"15. Syn­te­za taka osta­tecz­nie nie po­wsta­ła. W na­stęp­nych la­tach uka­zy­wa­ły się, rzecz ja­sna, książ­ki o Mic­kie­wi­czu, ale ich au­to­rzy wo­le­li je wspie­rać na in­nych fun­da­men­tach.

A dzi­siaj? Jak wo­bec tych dy­le­ma­tów sy­tu­ują się współ­cze­śnie pi­sa­ne bio­gra­fie Mic­kie­wi­cza? Nim od­po­wiem na to py­ta­nie, po­wi­nie­nem wcze­śniej zde­fi­nio­wać wy­mia­ry owej "współ­cze­sno­ści".

Za­sięg mo­ich roz­wa­żań jest nie­wiel­ki. Wy­ty­cza go za­le­d­wie czas for­mo­wa­nia się jed­nej ge­ne­ra­cji po­lo­ni­stycz­nej, oko­ło dwu­dzie­stu lat. Tak się skła­da, że książ­ki, któ­re bio­rę pod uwa­gę, po­ja­wi­ły się za mo­je­go po­lo­ni­stycz­ne­go ży­cia. By­łem więc świad­kiem na­ocz­nym ich wej­ścia na mic­kie­wi­czo­lo­gicz­ną sce­nę i czy­ta­łem je w ich ma­cie­rzy­stym cza­sie. Pierw­szą była książ­ka Ali­ny Wit­kow­skiej Mic­kie­wicz. Sło­wo i czyn (1975, wy­da­nie zmie­nio­ne 1983 i 1998), ostat­nią - książ­ka To­ma­sza Łu­bień­skie­go M jak Mic­kie­wicz (1998). Po­mię­dzy tymi da­ta­mi świa­tło dzien­ne uj­rza­ły ta­kie oto pra­ce: Ma­ria Der­na­ło­wicz, Adam Mic­kie­wicz (1985); Kon­rad Gór­ski, Mic­kie­wicz - To­wiań­ski (1986) oraz Adam Mic­kie­wicz (1989); Ja­ro­sław Ma­rek Rym­kie­wicz, Żmut (1987), Ba­ket (1989), Kil­ka szcze­gó­łów (1994); Mar­ta Zie­liń­ska, Opo­wieść o Gu­sta­wie i Ma­ry­li czy­li Te­atr, ży­cie i li­te­ra­tu­ra (1989); Ali­na Wit­kow­ska, To­wiań­czy­cy (1989); Do­ro­ta Si­wic­ka, Ton i bicz. Mic­kie­wicz wśród to­wiań­czy­ków (1990); Krzysz­tof Rut­kow­ski, Bra­ter­stwo albo śmierć. Za­bi­ja­nie Mic­kie­wi­cza w Kole Spra­wy Bo­żej (1988), Stos dla Ada­ma (1994), Mistrz. Wi­do­wi­sko (1997); Jan Walc, Ar­chi­tekt arki (1991); Zbi­gniew Su­dol­ski, Mic­kie­wicz. Opo­wieść bio­gra­ficz­na (1997); Ja­cek Łu­ka­sie­wicz, Mic­kie­wicz (1997).

Przed­sta­wio­na li­sta za­wie­ra w su­mie kil­ka­na­ście ksią­żek. Nie­wie­le jak na bo­ha­te­ra tej mia­ry, co Mic­kie­wicz. Są to pra­ce bar­dzo od­mien­ne. Róż­nią się ob­ję­to­ścią i kon­cep­cją ad­re­sa­ta, ty­pem dys­kur­su, za­kre­sem te­ma­tycz­no-chro­no­lo­gicz­nym (zwra­ca uwa­gę kon­cen­tra­cja ba­da­czy na epo­ce to­wia­ni­stycz­nej). In­a­czej też lo­ku­ją się one po­mię­dzy for­mu­łą "czy­stej" bio­gra­fii a mo­no­gra­fią w ro­dza­ju "ży­cie i twór­czość" ("sło­wo i czyn"). Wy­ło­ni­łem je spo­śród tego, co w ostat­nich dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu la­tach o Mic­kie­wi­czu pi­sa­no, dla­te­go że w każ­dej z nich bio­gra­fia po­ety sta­ła się pro­ble­mem - tak lub in­a­czej roz­wią­zy­wa­nym.

"Epi­zod ko­wień­ski"

Dy­le­ma­ty, przed ja­ki­mi sta­je dzi­siaj bio­graf Mic­kie­wi­cza, są inne niż w cza­sach Chmie­low­skie­go czy Że­leń­skie­go-Boya. Nie o od­kry­wa­nie (za­ta­ja­nie) ja­kichś do­ku­men­tów i zda­rzeń to­czy się gra. Do­ku­men­ty na ogół są zna­ne - a przy­najm­niej po­zo­sta­ją w za­się­gu ręki. Sta­bi­li­zu­ją­cą funk­cję peł­nią w tym wzglę­dzie ko­lej­ne tomy kro­ni­ki ży­cia i twór­czo­ści Mic­kie­wi­cza, nie­zwy­kle grun­tow­nie i rze­tel­nie kom­po­no­wa­ne. To one usta­la­ją ma­te­ria­ło­wy ho­ry­zont dys­ku­sji i spo­rów. Punkt cięż­ko­ści prze­su­nął się więc z fak­tów na sfe­rę po­śred­nią - na związ­ki, ja­kie po­mię­dzy nimi ist­nie­ją. Nie "praw­da" zda­rzeń sta­je za­tem w cen­trum - ta "praw­da", na któ­rą zwra­cał uwa­gę już Mił­kow­ski w 1857 roku, i ta "praw­da", o któ­rą do­po­mi­nał się Boy w la­tach dwu­dzie­stych - lecz wza­jem­ne   o d n i e s i e n i a  zda­rzeń, po­zy­cja, jaką wzglę­dem sie­bie zaj­mu­ją, ich "sens".

W jaki więc spo­sób po­rów­nać naj­now­sze bio­gra­fie Mic­kie­wi­cza? Gdzie szu­kać miejsc, w któ­rych naj­wy­raź­niej od­sła­nia­ją się za­mia­ry bio­gra­fów? Zda­je się, że za­pro­po­no­wa­na nie­gdyś przez Ro­ma­na Zi­man­da "ana­li­za bio­gra­fe­micz­na" nie na wie­le się tu przy­da16. Nie dość, że bio­gra­fe­my - jako ele­men­tar­ne i po­wta­rzal­ne jed­nost­ki bio­gra­fii - dez­in­dy­wi­du­ali­zu­ją, ak­cen­tu­jąc to, co w ży­ciu ty­po­we, wspól­ne, to jesz­cze - jako mi­kroz­da­rze­nia - pod­le­ga­ją kry­te­rium praw­dy. Praw­dy poj­mo­wa­nej jako zgod­ność z rze­czy­wi­sto­ścią, co w tym wy­pad­ku ozna­cza: z do­ku­men­ta­mi. W roz­wa­ża­niach nad współ­cze­sny­mi bio­gra­fia­mi Mic­kie­wi­cza dużo bar­dziej przy­dat­ne by­ły­by z pew­no­ścią jed­nost­ki wyż­sze­go rzę­du, z bio­gra­fe­mów zło­żo­ne. Nie sło­wa za­tem, lecz zda­nia, nie fak­ty, lecz ich se­kwen­cje, mniej lub bar­dziej roz­wi­nię­te i roz­ga­łę­zio­ne. Tego ro­dza­ju "syn­tag­my bio­gra­ficz­ne" lub - mó­wiąc po pro­stu -   f i g u r y   b i o g r a f i i  two­rzą re­to­ry­kę cha­rak­te­ry­stycz­ną dla każ­de­go bio­gra­fa. Po­szu­ku­jąc ich we współ­cze­snych bio­gra­fiach Mic­kie­wi­cza, prze­kra­cza­my gra­ni­ce do­ku­men­tar­no­ści. Py­ta­nie pod­sta­wo­we przy­bie­ra wów­czas taką oto po­stać: w jaki spo­sób po­wsta­je sens - czy wła­ści­wie sen­sy mno­gie - bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza?

Nie za­wsze jest to py­ta­nie dra­ma­tycz­ne. Ist­nie­ją i ta­kie fazy ży­cia Mic­kie­wi­cza, wo­bec któ­rych bio­gra­fo­wie w za­sa­dzie są ze sobą zgod­ni i mil­czą­co współ­pra­cu­ją przy usta­la­niu szcze­gó­łów. Są to - jak ła­two się do­my­ślić - zda­rze­nia neu­tral­ne w sfe­rze sen­su, bio­gra­fe­my "kon­struk­cyj­ne", two­rzą­ce zda­rze­nio­wy szkie­let bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza. Data i miej­sce uro­dze­nia, prze­bieg edu­ka­cji, ko­lej­ne ad­re­sy, prze­pro­wadz­ki - cała ta co­dzien­no­ży­cio­wa sfe­ra zda­rzeń fun­da­men­tal­nych. Wy­star­czy jed­nak wpi­sać je w ob­ręb ja­kiejś fi­gu­ry bio­gra­ficz­nej, przejść od po­zio­mu zda­rzeń do po­zio­mu sen­su, by na­gle zda­rze­nie neu­tral­ne oka­za­ło się przed­mio­tem spo­ru in­ter­pre­ta­cyj­ne­go. Tak było na przy­kład z pier­wot­nie neu­tral­ną spra­wą ge­ne­alo­gii po­ety - ży­dow­skie po­cho­dze­nie mat­ki zy­ska­ło wy­miar ide­olo­gicz­ny17. Na fi­gu­ral­nym po­zio­mie bio­gra­fii na­to­miast za­zwy­czaj nie ma zgo­dy. Przy­pa­dek Mic­kie­wi­cza nie jest tu wy­jąt­kiem. W jego ży­ciu ist­nie­ją licz­ne miej­sca wiecz­ne­go spo­ru, nie­koń­czą­cych się kon­tro­wer­sji. Bez tru­du moż­na wy­li­czyć kil­ka z nich: mło­dzień­czy ero­tyzm (po­mię­dzy pa­nią Ko­wal­ską a Ma­ry­lą), ży­cie ro­dzin­ne (sto­su­nek do Ce­li­ny), to­wia­nizm (Ksa­we­ra), for­my re­li­gij­no­ści, "sto­su­nek do Sy­jo­nu", ży­dow­skość, te czy inne dzia­ła­nia po­li­tycz­ne...

Po­wsta­łe w ostat­nich la­tach bio­gra­fie Mic­kie­wi­cza są w wie­lu ta­kich miej­scach nie­toż­sa­me. Spró­bu­ję to po­ka­zać na jed­nym przy­kła­dzie. Wy­bie­ram w tym celu zda­rze­nie ani zbyt waż­ne, ani też bła­he - ra­czej sen­sa­cyj­ne, czy na­wet skan­da­licz­ne. Ma ono w każ­dym ra­zie tę za­le­tę, że jego skut­ki nie trwa­ją wiecz­nie, dla­te­go też sto­sun­ko­wo ła­two opi­sać fi­gu­ry bio­gra­ficz­ne, w któ­rych by­wa­ło umiesz­cza­ne. Oto mło­dy Mic­kie­wicz ude­rza świecz­ni­kiem w gło­wę szam­be­la­na Nar­tow­skie­go. Do­szło do tego w dru­giej po­ło­wie kwiet­nia 1821 roku w sa­lo­nie Ka­ro­li­ny Ko­wal­skiej w Kow­nie.

Przez kil­ka­dzie­siąt lat o zda­rze­niu nie pi­sa­no. Po 1913 roku, kie­dy uka­za­ła się Ko­re­spon­den­cja fi­lo­ma­tów18, ża­den sza­nu­ją­cy się mic­kie­wi­czo­log nie mógł uda­wać, że o ni­czym nie wie. I rze­czy­wi­ście. Taki na przy­kład Jó­zef Tre­tiak w książ­ce z 1917 roku, przed­sta­wia­ją­cej Mic­kie­wi­cza - jak gło­si pod­ty­tuł - "w świe­tle no­wych źró­deł"19, szcze­gó­ło­wo i rze­tel­nie przed­sta­wił sa­lo­no­wy in­cy­dent. Ofi­cjal­na mic­kie­wi­czo­lo­gia przy­ję­ła do wia­do­mo­ści, że Mic­kie­wicz nie za­wsze mie­ścił się w kon­tu­rze le­gen­dy two­rzo­nej na jego te­mat. Ale przy­ję­cie do wia­do­mo­ści by­najm­niej nie ozna­cza­ło sze­ro­kie­go roz­gło­su. Taki na przy­kład Boy o in­cy­den­cie do­wie­dział się - jak utrzy­mu­je - z książ­ki Sta­ni­sła­wa Wa­sy­lew­skie­go O mi­ło­ści ro­man­tycz­nej, któ­rej pierw­sze wy­da­nie uka­za­ło się w 1920 roku. "Z ja­kąż przy­jem­no­ścią czy­ta­łem [...] ów epi­zod ko­wień­ski, jak Mic­kie­wicz, któ­ry był wów­czas "w dzi­kim hu­mo­rze", pal­nął w łeb lich­ta­rzem pana szam­be­la­na [...]. Ja­kiż to roz­kosz­ny ko­men­tarz do Dzia­dów"20. Boy mógł to samo prze­czy­tać u Tre­tia­ka. Ale nie chciał, a może mu nie wy­pa­da­ło, po­nie­waż Tre­tiak na­le­żał do obo­zu "brą­zow­ni­ków" i "mon­sal­wat­czy­ków", prze­ciw­ko któ­rym lich­tarz na gło­wie szam­be­la­na miał być wy­mie­rzo­ny. W wy­po­wie­dzi Boya zwra­ca też uwa­gę szcze­gól­na de­lek­ta­cja zda­rze­niem. "Przy­jem­ność" od­kry­wa­nia ni­skiej praw­dy, "roz­kosz" kon­fron­to­wa­nia jej z li­te­rac­ką mi­to­lo­gią - mi­to­lo­gią wy­so­ką - zda­ją się nie mieć so­bie rów­nych. Do­pie­ro po­ja­wie­nie się w ży­ciu Mic­kie­wi­cza Ksa­we­ry wy­wo­ła u Boya sil­niej­sze emo­cje niż Ko­wal­ska, lich­tarz i szam­be­lan Nar­tow­ski. De­lek­ta­cja tego ro­dza­ju wy­da­ła się Hen­ry­ko­wi El­zen­ber­go­wi co naj­mniej nie­sto­sow­na (je­śli nie na­gan­na). W po­le­micz­nym ar­ty­ku­le Wiel­kość i my za­rzu­cał Boy­owi "wy­sty­li­zo­wa­nie wiel­ko­ści na wi­do­wi­sko ko­micz­ne"21 i to tak­że, że "głę­biej i szcze­rzej, ser­decz­niej, jędr­niej jak­by i bar­dziej so­czy­ście ra­du­je go lich­tarz szam­be­la­na, hra­bi­ny, pan­na Dey­blów­na"22 niż nie­bez­piecz­na (bo zmu­sza­ją­ca do kon­fron­ta­cji i na­śla­do­wa­nia) wiel­kość Ada­ma Mic­kie­wi­cza. Sprze­ciw El­zen­ber­ga do­ty­czy więc nie bie­gu sa­mych zda­rzeń, lecz ran­gi, jaką Boy im na­da­je, użyt­ku, jaki z nich czy­ni. Póź­niej­sze dys­ku­sje i spo­ry roz­gry­wa­ły się we­dle po­dob­ne­go sce­na­riu­sza. Ich staw­ką był sens tego, co się wy­da­rzy­ło w sa­lo­nie pani Ko­wal­skiej. Tu zgo­dy wśród mic­kie­wi­czo­lo­gów nie było i nadal nie ma.

Jed­no zda­rze­nie ży­cia, trzy fi­gu­ry bio­gra­ficz­ne

Roz­pocz­nij­my za­tem raz jesz­cze. Roz­pocz­nij­my tra­dy­cyj­nie od re­kon­struk­cji zda­rzeń. We­dle jed­ne­go ze współ­cze­snych świa­dectw rzecz mia­ła się tak: "Jed­ne­go więc wie­czo­ra, kie­dy [...] gra­li w bo­sto­na, Nar­tow­ski za­czął coś ga­dać, co się przy­krym wy­da­ło Ada­mo­wi. Dał mu Adam kar­ty, mó­wiąc: "Graj le­piej, a głupstw nie ga­daj". Gdy ten kar­ty od­trą­cił, Adam ude­rzył go w ucho, że się na zie­mię po­to­czył. Ko­wal­ska ze­mdla­ła. Nar­tow­ski chciał wstać i gra­mo­lił się na wo­sko­wa­nej po­sadz­ce; Adam po­rwał lich­tarz i w łeb mu rzu­cił. Na ha­łas przy­biegł Ko­wal­ski, roz­bro­ił, Nar­tow­ski za­czął więc Ko­wal­skiej w oczach męża wy­rzu­cać ukry­wa­ny ro­mans. Skoń­czy­ło się na ro­zej­ściu się. Adam wy­szedł jak­by na nowe ży­cie od­ro­dzo­ny. Na­za­jutrz z rana ode­brał bi­let od Ko­wal­skie­go wy­zy­wa­ją­cy i od Nar­tow­skie­go"23.

Co było da­lej? Jak skoń­czy­ła się ta awan­tu­ra? Nie­waż­ne. Nie pi­sze­my bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza. Istot­ne, co z niej bio­gra­fo­wie zro­bi­li - bo nie­któ­rzy zro­bi­li nie­ma­ło.

We współ­cze­snych bio­gra­fiach Mic­kie­wi­cza za­zna­cza­ją się dwie orien­ta­cje, dwa kie­run­ki dzia­łań. Pierw­szy - pa­ra­dok­sal­nie - skła­nia się ku nie­dzia­ła­niu. Bio­gra­fo­wie, po­zo­sta­jąc na po­zio­mie bio­gra­fe­micz­nym, po­ka­zu­ją in­cy­dent w sa­lo­nie pani Ko­wal­skiej jako fakt izo­lo­wa­ny. Po­świę­ca­ją mu mniej lub wię­cej uwa­gi. Roz­wią­za­nie skraj­ne to prze­mil­cze­nie, a prócz tego od­naj­dzie­my roz­ma­ite od­mia­ny ukry­cia, wy­ci­sza­nia, mar­gi­na­li­za­cji. I tak, na przy­kład Der­na­ło­wicz co praw­da wy­mie­nia pa­nią Ko­wal­ską trzy­krot­nie24, ale ktoś, kto nie zna dzie­jów ko­wień­skie­go ro­man­su Mic­kie­wi­cza, nie zro­zu­mie, po co w ogó­le o niej pi­sze. Wit­kow­ska na­to­miast, wy­rzu­ciw­szy pa­nią Ko­wal­ską z tek­stu głów­ne­go, przy­dzie­la jej miej­sce w jed­nym z przy­pi­sów. Rym­kie­wicz - opi­su­jąc po­krót­ce przy­go­dy Ko­wal­skiej z mic­kie­wi­czo­lo­ga­mi - zło­śli­wie za­uwa­ża25, że była już tam nie­gdyś za­mknię­ta. W Ży­wo­cie Ada­ma Mic­kie­wi­cza, na­pi­sa­nym przez syna, Wła­dy­sła­wa.

Na pierw­szy rzut oka tak­że Łu­ka­sie­wicz po­prze­sta­je na ato­mi­zu­ją­cej pre­zen­ta­cji zda­rzeń. Ze­sta­wia­jąc obok sie­bie dwa nie­od­le­głe w cza­sie zda­rze­nia, pi­sze: "2 lu­te­go 1821 roku w Tu­ha­no­wi­czach wzię­li ślub Ma­ria We­resz­cza­ków­na z Waw­rzyń­cem Put­t­ka­me­rem. A w ty­dzień póź­niej Mic­kie­wicz po­bił u pań­stwa Ko­wal­skich lich­ta­rzem szam­be­la­na Nar­tow­skie­go, swe­go ry­wa­la o wzglę­dy pani Ka­ro­li­ny"26. Zwra­cam uwa­gę na "a" łą­czą­ce oby­dwa fak­ty. Jest ono wie­lo­znacz­ne. Su­ge­ru­je ja­kiś zwią­zek przy­czy­no­wo-skut­ko­wy, lecz nie pre­cy­zu­je, jaki. Mo­że­my się je­dy­nie do­my­ślać, że sa­lo­no­we awan­tu­ry to prze­jaw mi­ło­sne­go fu­ro­ru, nad któ­rym Mic­kie­wicz nie był w sta­nie za­pa­no­wać. W przy­wo­ła­nym frag­men­cie do­pie­ro za­ry­so­wu­je się bio­gra­ficz­na fi­gu­ra - mgli­sta i nie­okre­ślo­na.

Bio­gra­fie two­rzą­ce dru­gą orien­ta­cję nie po­zo­sta­wia­ją cie­nia wąt­pli­wo­ści. Skan­da­licz­ne za­cho­wa­nie Mic­kie­wi­cza wpi­sa­ne jest w roz­ma­ite po­rząd­ki. Po­ka­żę trzy spo­śród nich.

Kon­rad Gór­ski: "Zda­rze­niem, któ­re skło­ni­ło po­etę do na­pi­sa­nia tego utwo­ru [mowa o Że­gla­rzu], była gwał­tow­na sce­na mię­dzy Mic­kie­wi­czem i nie­ja­kim szam­be­la­nem Nar­tow­skim. Oby­dwaj by­wa­li w domu le­ka­rza Ko­wal­skie­go, któ­re­go żona od­zna­cza­ła się wy­jąt­ko­wą uro­dą. Pod­ko­chi­wał się w niej Nar­tow­ski, a na Mic­kie­wi­czu pięk­ność tej ko­bie­ty ro­bi­ła duże wra­że­nie, któ­re on po­czy­ty­wał zra­zu za es­te­tycz­ny za­chwyt. Awan­tu­ra mia­ła skoń­czyć się po­je­dyn­kiem"27.

Mar­ta Zie­liń­ska: "ów te­atral­ny gest za­de­dy­ko­wa­ny zo­stał nie tyl­ko wi­leń­skim przy­ja­cio­łom. Gu­staw [Zie­liń­ska na­zy­wa tym imie­niem "ide­al­ne, ro­man­tycz­ne, ima­gi­na­cyj­ne ego" Mic­kie­wi­cza] li­czył, że Ma­ry­la w nie tak da­le­kich Bol­cie­ni­kach może się o nim do­wie. Do niej więc jak­by chciał do­rzu­cić tym lich­ta­rzem z sa­lo­nu dok­to­ra Ko­wal­skie­go, taką wia­do­mość po­słać. Że za­miast roz­pa­czać za­mie­rza bić się o inną mę­żat­kę, a tam­ta niech za­zdro­ści, niech się zło­ści, iż go nie do­ce­ni­ła i niech też po­cier­pi"28.

Zbi­gniew Su­dol­ski: "Mi­łość do Ma­ry­li [...] prze­rwa­na ślu­bem uko­cha­nej z Waw­rzyń­cem Put­t­ka­me­rem, są­sia­du­je z tym dziw­nym i szo­ku­ją­cym za­cho­wa­niem po­ety, da­le­kim od wznio­słe­go prze­ży­wa­nia dra­ma­tu nie­odwza­jem­nio­nej mi­ło­ści. Jak wy­tłu­ma­czyć to po­stę­po­wa­nie? - dwo­isto­ścią na­tu­ry po­ety o tak bo­ga­tym ży­ciu we­wnętrz­nym, jego mło­dym wie­kiem, po­wierz­chow­no­ścią i li­te­rac­ko­ścią prze­ży­cia, czy też ra­czej roz­pacz­li­wą uciecz­ką od rze­czy­wi­sto­ści w wir ero­ty­zmu nio­są­ce­go za­po­mnie­nie? Wy­da­je się, iż jest to wy­ja­śnie­nie je­dy­ne z moż­li­wych [...]"29.

Jed­no zda­rze­nie - trzy fi­gu­ry bio­gra­ficz­ne i trzy róż­ne zna­cze­nia. Pierw­sze: po­eta ude­rzył Nar­tow­skie­go świecz­ni­kiem i dzię­ki temu na­pi­sał Że­gla­rza. Dru­gie: chciał tym spo­so­bem coś po­wie­dzieć Ma­ry­li. Trze­cie: ude­rzył, po­nie­waż z roz­pa­czy po­grą­żył się w wi­rze ero­ty­zmu.

Czy są to od­po­wie­dzi (a więc i zna­cze­nia) sprzecz­ne, nie­uzgad­nial­ne? Nie. Bez tru­du moż­na so­bie wy­obra­zić taki dys­kurs bio­gra­ficz­ny, w któ­rym wszyst­kie trzy fi­gu­ry po­ja­wi­ły­by się obok sie­bie - do­peł­nia­jąc się i oświe­tla­jąc - ale nie jest to dys­kurs Gór­skie­go ani Zie­liń­skiej, ani Su­dol­skie­go. Nie na­le­ży mieć złu­dzeń, że Gór­ski przy­jął­by wy­ja­śnie­nia Zie­liń­skiej, ta zaś - zrów­no­wa­żo­ną od­po­wiedź Su­dol­skie­go. Przy­wo­ły­wa­ni prze­ze mnie bio­gra­fo­wie nig­dy nie stwo­rzą wspól­nej po­sta­ci Mic­kie­wi­cza. Nie jest to zresz­tą ja­kaś ich ce­cha szcze­gól­na. Cała współ­cze­sna mic­kie­wi­czo­lo­gia ist­nie­je dzi­siaj - i chy­ba nie­odwo­łal­nie - w sta­nie roz­pro­sze­nia. Żad­na "mo­nu­men­tal­na" bio­gra­fia już nie po­wsta­nie. Mno­żyć się będą i ple­nić na­to­miast bio­gra­fie "wid­mo­we". Z tych sa­mych plam-zda­rzeń, gdy na nie pa­trzeć do­sta­tecz­nie dłu­go, po­wstać mogą prze­cież róż­ne po­sta­cie Mic­kie­wi­cza. Czy prócz ma­te­rii zda­rzeń jest coś, co je łą­czy? Je­śli idzie o przy­wo­ła­ne prze­ze mnie fi­gu­ry bio­gra­ficz­ne, to mają one to samo za­ple­cze, ten sam fun­da­ment. Przyj­mu­ją mia­no­wi­cie jako bez­dy­sku­syj­ną prze­słan­kę, że Mic­kie­wicz ko­chał Ma­ry­lę mi­ło­ścią czy­stą i ro­man­tycz­ną, a Ko­wal­ska była tyl­ko po­cie­sze­niem.

Więc jed­nak ist­nie­je ja­kiś twar­dy grunt - nie­zmien­ność po­śród zmien­no­ści, nie­ru­cho­me po­śród mi­go­tli­we­go? Tak, z całą pew­no­ścią, tyle że te nie­zmien­ni­ki są za­zwy­czaj we współ­cze­snych bio­gra­fiach Mic­kie­wi­cza głę­bo­ko ukry­te. Bio­gra­fo­wie nie­chęt­nie zdra­dza­ją swo­je za­ło­że­nia, swo­ją wia­rę, świat swo­ich war­to­ści. Dys­kurs bio­gra­ficz­ny o Mic­kie­wi­czu nie sta­je się miej­scem od­sło­nię­cia - od­sło­nię­cia bio­gra­fa. Nie­ste­ty, bo zda­je się, że dzi­siaj, gdy mo­nu­men­tal­ne kon­struk­cje są już nie­moż­li­we, in­ne­go wyj­ścia nie ma.

Bio­gra­fia Mic­kie­wi­cza po­win­na stać się au­to­bio­gra­fią każ­de­go z nas - nas, mic­kie­wi­czo­lo­gów.

Wid­mo­we fi­gu­ry zna­czeń

Ja­kie stąd pły­ną wnio­ski dla ne­kro­gra­fa? Przede wszyst­kim nie może on ule­gać złu­dze­niu, że sko­ro pa­trzy od stro­ny śmier­ci, któ­ra za­my­ka se­kwen­cję ży­cia i unie­ru­cha­mia bieg zda­rzeń, uda mu się prze­kro­czyć fi­gu­ral­ny po­ziom in­ter­pre­ta­cji i wznieść spi­żo­wy po­sąg Mic­kie­wi­cza. Ne­kro­graf - zwłasz­cza on - ska­za­ny jest na two­rze­nie "wid­mo­we­go" wi­ze­run­ku umar­łe­go wiesz­cza, po­nie­waż dzia­ła w po­je­dyn­kę, poza wspól­no­tą i po omac­ku. Na­ra­ża się przy tym na nie­ma­łe ry­zy­ko. Znacz­nie więk­sze niż ry­zy­ko bio­gra­fa Mic­kie­wi­cza, któ­ry po­ru­sza się w sfe­rze za­zwy­czaj do­brze roz­po­zna­nej i udo­ku­men­to­wa­nej dzię­ki pra­cy kil­ku już ge­ne­ra­cji mic­kie­wi­czo­lo­gów. Rzec by moż­na na­wet, że bio­graf jest szcze­gól­nym za­kład­ni­kiem roz­po­zna­nych i na ogół sta­ran­nie opra­co­wa­nych edy­tor­sko do­ku­men­tów ży­cia. Zu­peł­nie in­a­czej wy­glą­da do­me­na dzia­łań ne­kro­gra­fa. Spo­ra część do­ku­men­tów zwią­za­nych ze śmier­cią, z ża­ło­bą czy zwłasz­cza z kul­tem szcząt­ków po­śmiert­nych Mic­kie­wi­cza nig­dy nie była pu­bli­ko­wa­na. Mało kto zresz­tą się nimi in­te­re­so­wał, mało kto je zna. W re­zul­ta­cie dys­kurs ne­kro­gra­ficz­ny jest za­wie­szo­ny w próż­ni. To nie­bez­piecz­ne. Gdy nie sły­szy się ci­chej mowy do­ku­men­tów, ła­two ulec po­ku­sie sa­mo­wo­li w bu­do­wa­niu kon­struk­cji in­ter­pre­ta­cyj­nych. Dla­te­go pierw­szym za­da­niem ne­kro­gra­fa jest (po­win­no być) zin­wen­ta­ry­zo­wa­nie i upo­rząd­ko­wa­nie ar­chi­wum.

Mic­kie­wi­czo­log pi­szą­cy ko­lej­ną książ­kę za­ty­tu­ło­wa­ną Mic­kie­wicz (bez żad­nych dys­tynk­cji) za­an­ga­żo­wa­ny jest w dia­log, a czę­sto też spór z in­ny­mi mic­kie­wi­czo­lo­ga­mi. Ale ko­rzy­sta przy tym z ich pra­cy, ak­cep­tu­je (lub nie) two­rzo­ne przez nich fi­gu­ry bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza, uzna­je je za pra­wo­moc­ne lub nie­upraw­nio­ne. W każ­dym z tych wy­pad­ków pro­wa­dzi go dys­kurs po­przed­ni­ków. Wy­star­czy jed­nak w spi­sy­wa­niu dzie­jów Mic­kie­wi­cza prze­kro­czyć datę 26 li­sto­pa­da 1855 roku, by w jed­nej chwi­li zro­bi­ło się wszę­dzie ci­cho i głu­cho. Mic­kie­wi­czo­lo­dzy wy­po­wia­da­ją kil­ka kon­wen­cjo­nal­nych zdań i milk­ną. Pra­cę ro­zu­mie­nia ne­kro­graf Mic­kie­wi­cza musi więc roz­po­cząć od pod­staw: w rze­czy­wi­sto­ści lub ima­gi­na­cyj­nie do­tknąć gro­bu, wziąć do ręki "rze­czy po­zo­sta­łe po świę­tej pa­mię­ci Ada­mie Mic­kie­wi­czu", po­chy­lić się nad rę­ko­pi­sa­mi, któ­rych od dzie­siąt­ków lat nikt nie czy­tał. A wszyst­ko po to, by do­trzeć do ma­te­rii pierw­szej sen­su, do jego roz­pro­szo­nych dro­bin, któ­re do­pie­ro w dys­kur­sie przy­bie­ra­ją­cym roz­ma­ite for­my (od przy­czyn­ku po syn­te­tycz­ne nar­ra­cje) uło­żą się w ja­kieś nowe, nie­prze­wi­dy­wal­ne i wid­mo­we fi­gu­ry zna­czeń.

W pew­nym stop­niu ne­kro­gra­fia jest (i musi po­zo­stać) efek­tem sa­mo­wo­li dys­kur­syw­nej. Pi­sa­na jest na wła­sną od­po­wie­dzial­ność i być może tyl­ko dla sie­bie - "na swo­je po­trze­by", w któ­re cza­sem le­piej nie wni­kać. In­a­czej au­tor bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza, któ­ry nadal jesz­cze ma szan­sę za­wrzeć pakt ze zbio­ro­wo­ścią (z na­ro­dem pol­skim, z ja­kąś par­tią po­li­tycz­ną czy śro­do­wi­skiem ide­olo­gicz­nym) i uzy­skać krót­ko­trwa­łą kon­ce­sję na praw­dę ko­lek­tyw­ną. Mało to dzi­siaj praw­do­po­dob­ne, ale nadal prze­cież moż­li­we. Ne­kro­graf nie ma ta­kiej szan­sy, po­nie­waż jego dys­kurs jest (po­wi­nien być) two­rzo­ny prze­ciw zbio­ro­wo­ści. Sta­jąc po stro­nie umar­łe­go Mic­kie­wi­cza, zo­bo­wią­zu­je się on do opi­sy­wa­nia i od­sła­nia­nia wszel­kich ak­tów prze­mo­cy, któ­rej ten był przed­mio­tem. Tak­że prze­mo­cy słow­nej.

Dys­kur­sy ża­łob­ne za­zwy­czaj ple­nią się nad po­trze­bę. Wy­star­czy przy­po­mnieć wiecz­nie od­na­wia­ją­ce się spo­ry o to, kto ma prze­ma­wiać nad zwło­ka­mi Mic­kie­wi­cza (bo chęt­nych za­wsze jest zbyt wie­lu), czy nie­wy­obra­żal­ne ga­dul­stwo 1867 roku w Mont­mo­ren­cy przy oka­zji in­au­gu­ra­cji jego na­grob­ka. A gra­fo­ma­nia po­etyc­kich ne­kro­lo­gów pi­sa­nych tuż po śmier­ci Mic­kie­wi­cza? Miej­sce ne­kro­gra­fii jest po­nad nimi. Ne­kro­graf nie jest (i nie po­wi­nien być) ża­łob­ni­kiem. Je­śli więc nie chce być mi­strzem ża­łob­nej ce­re­mo­nii na­ro­do­wej, po­wi­nien roz­wi­jać swój dys­kurs w opo­zy­cji do tych prak­tyk dys­kur­syw­nych. Dys­kurs ne­kro­gra­ficz­ny jest nie­uchron­nie me­ta­ne­kro­lo­gicz­ny. Po­wi­nien też być "spraw­dzo­ny sobą", by po­słu­żyć się cel­ną for­mu­łą Bia­ło­szew­skie­go.

To dla­te­go Mic­kie­wicz (po śmier­ci) od­sła­nia mrocz­ną stro­nę każ­de­go z nas - nas, ne­kro­gra­fów.

Słowo wstępne

Przed­sta­wia­na pra­ca jest kon­ty­nu­acją książ­ki Zwło­ki Mic­kie­wi­cza. Pró­ba ne­kro­gra­fii po­ety, w któ­rej - oprócz teo­re­tycz­ne­go uza­sad­nie­nia i hi­sto­rycz­ne­go ugrun­to­wa­nia ne­kro­gra­fii - za­ją­łem się ana­li­zą dwóch wy­mia­rów śmier­ci (jako "fak­tu" i jako "no­wi­ny"), pierw­szy­mi, ży­wio­ło­wy­mi re­ak­cja­mi współ­cze­snych "na śmierć wiesz­cza" oraz dwo­ja­ką prze­mia­ną zwłok: w "przed­miot ża­łob­ny" i w ef­fi­gie. Po­śmiert­ne dzie­je Ada­ma Mic­kie­wi­cza do­pro­wa­dzo­ne więc zo­sta­ły do chwi­li prze­ło­mo­wej. Miej­sce umar­łe­go po­ety za­jął byt dwo­isty - ma­te­rial­ny i sym­bo­licz­ny - i od­tąd wo­kół nie­go to­czyć się bę­dzie ak­cja. Na na­stęp­nych stro­nach sta­ram się udo­ku­men­to­wać i zre­kon­stru­ować część tego, co przy­da­rzy­ło się Mic­kie­wi­czo­wi w pierw­szych ty­go­dniach po śmier­ci, a tak­że wy­ty­czyć in­ter­pre­ta­cyj­ny ho­ry­zont do­ku­men­to­wa­nych i re­kon­stru­owa­nych zda­rzeń.

Mic­kie­wicz zaj­mu­je w nich miej­sce cen­tral­ne, co na­tu­ral­ne i zro­zu­mia­łe - jest prze­cież bo­ha­te­rem uro­czy­sto­ści ża­łob­nych. Jego po­zy­cja (ko­mu­ni­ka­cyj­na) bywa jed­nak nie­współ­mier­nie wy­so­ka w sto­sun­ku do sta­tu­su, któ­ry mu - jako umar­łe­mu - przy­słu­gu­je. Moż­na od­nieść wra­że­nie, że w Kon­stan­ty­no­po­lu i w Pa­ry­żu ak­cja nie to­czy się wo­kół bez­wol­nych zwłok Mic­kie­wi­cza, ale że do­cho­dzi tam do in­te­rak­cji (umar­łe­go) wiesz­cza i (osie­ro­co­nych) słu­cha­czy. Prze­rwa­ny przez śmierć dia­log zy­sku­je swój ciąg dal­szy, roz­ma­ite ro­dza­je kon­ty­nu­acji. Ża­łob­ni­cy od­bu­do­wu­ją i prze­bu­do­wu­ją znisz­czo­ne sys­te­my ko­mu­ni­ka­cyj­ne i for­my po­ro­zu­mie­wa­nia się z wła­śnie umar­łym po­etą. Wy­glą­da to cza­sem tak, jak­by Mic­kie­wicz nadal był po­śród nich obec­ny, coś im mó­wił, jak­by cią­gle jesz­cze ak­tyw­nie od­gry­wał rolę na­ro­do­we­go wiesz­cza i pierw­sze­go Po­la­ka (usu­wa­jąc w cień na­wet księ­cia Ada­ma Czar­to­ry­skie­go).

A prze­cież do­brze wie­my, że to tyl­ko po­zór. Ak­tyw­ność umar­łe­go jest re-ak­tyw­na, wtór­na, ani­mo­wa­na przez ża­łob­ni­ków. Jest pro­por­cjo­nal­na do siły ich żalu i roz­pa­czy - ale też roz­pa­mię­ty­wa­nia i roz­my­ślań. Po śmier­ci mil­czą tyl­ko ci umar­li, po któ­rych nikt nie pła­cze (i nie po­świę­ca im żad­nej my­śli). Oni od­cho­dzą od razu. W jed­nej chwi­li sta­ją się mar­twi. W nie­któ­rych jed­nak ży­cie tli się bar­dzo dłu­go. Ktoś taki, jak Mic­kie­wicz, umie­ra eta­pa­mi, ka­wa­łek po ka­wał­ku, nig­dy do koń­ca. W tym sen­sie Mic­kie­wicz cią­gle jesz­cze umie­ra. Albo od­wrot­nie - nadal żyje.

Z całą pew­no­ścią - choć sam się do niej nie włą­czył - Mic­kie­wicz żył jesz­cze w cza­sie kłót­ni Lévy'ego z Droz­dow­skim nad jego trum­ną o to, czy ma być po­cho­wa­ny w Tur­cji, czy za­wieźć go na­le­ży do Fran­cji. I wte­dy tak­że, gdy w noc po swo­jej śmier­ci na­wie­dził Bed­nar­czy­ka. I gdy 2 grud­nia 1855 roku przy­śnił się Gosz­czyń­skie­mu. I gdy na scho­dach świę­tej Mag­da­le­ny, już w Pa­ry­żu, Jaź­wiń­ski ude­rzył la­ską hra­bie­go Za­moy­skie­go (a póź­niej Nor­wid pi­sał o tym wiersz Duch Ada­ma i skan­dal). I gdy emi­gran­ci po­li­sto­pa­do­wi, za­po­mnia­ni w roz­rzu­co­nych po pro­win­cjo­nal­nej Fran­cji de­po­tach, da­wa­li pół­fran­ko­we dat­ki na osie­ro­co­ne dzie­ci Mic­kie­wi­cza. Ten umar­ły żył tak­że wów­czas, gdy jego syn Wła­dy­sław, jako nie­mło­dy już czło­wiek, otwie­rał w 1903 roku Mu­zeum Mic­kie­wi­cza - i w ga­blo­cie umiesz­czał ka­myk z na­pi­sa­ną ręką ojca kar­tecz­ką, któ­ra wy­ja­śnia­ła, po co ten ka­myk zo­stał prze­zeń za­cho­wa­ny. I cią­gle jesz­cze nie umarł, gdy po kil­ku­dzie­się­ciu la­tach wy­do­by­wa­łem ten za­po­mnia­ny ka­myk z szu­fla­dy (choć nie my­śla­łem w tym cza­sie o pi­sa­niu ne­kro­gra­fii Mic­kie­wi­cza) i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem kart­kę od­czy­tać. Nie mógł też umrzeć (więc nadal żył), gdy Mał­go­rza­ta Ja­wor­ska re­da­go­wa­ła moje "stu­dia i szki­ce ne­kro­gra­ficz­ne", a Ma­ciej Gold­farth je skła­dał jako książ­kę bę­dą­cą dal­szym cią­giem Zwłok Mic­kie­wi­cza. Ale na­wet gdy­by­śmy tego wszyst­kie­go wczo­raj i dzi­siaj nie ro­bi­li, Mic­kie­wicz żył­by nadal dzię­ki nie­prze­rwa­nej krzą­ta­ni­nie in­nych - tych wszyst­kich, któ­rzy przez pół­to­ra wie­ku nie po­zwo­li­li mu umrzeć, bo trak­to­wa­li zwło­ki Mic­kie­wi­cza jako nie­wi­docz­ny, choć sta­le obec­ny punkt opar­cia i od­nie­sie­nia dla wszyst­kich swo­ich dys­kur­sów na te­mat jego ży­cia i jego śmier­ci.

Na­le­ży jed­nak od­dać spra­wie­dli­wość (i oczy­wi­ste pierw­szeń­stwo) na­ocz­nym świad­kom śmier­ci Mic­kie­wi­cza oraz tym, któ­rzy wzię­li od­po­wie­dzial­ność za jego do­cze­sne szcząt­ki, za po­zo­sta­wio­ne przez nie­go rze­czy i pi­sma. To oni roz­po­czę­li dzie­ło, któ­re­go je­ste­śmy spad­ko­bier­ca­mi i kon­ty­nu­ato­ra­mi. To dzię­ki nim Mic­kie­wicz po 26 li­sto­pa­da 1855 roku po­zo­stał w grze - grze ży­wych - i roz­po­czął nową fazę swo­je­go ist­nie­nia wśród Po­la­ków. Jako umar­ły.

Za­pro­jek­to­wa­na przed laty i stop­nio­wo, krok po kro­ku opra­co­wy­wa­na prze­ze mnie ne­kro­gra­fia Mic­kie­wi­cza po­win­na przed­sta­wiać nie tyl­ko dzie­je jego zwłok, ale też for­my jego ist­nie­nia i ko­mu­ni­ko­wa­nia po śmier­ci. Kie­dy to zro­zu­mia­łem, ty­tuł książ­ki, któ­ry pier­wot­nie miał brzmieć Po śmier­ci Mic­kie­wi­cza, wy­dał mi się nie­od­po­wied­ni. Ak­cen­to­wał pa­syw­ność ty­tu­ło­we­go bo­ha­te­ra. Za­po­wia­dał epic­ką opo­wieść o jego po­śmiert­nych dzie­jach, w któ­rej on sam nic lub nie­wie­le miał do po­wie­dze­nia. A prze­cież Mic­kie­wicz po śmier­ci nie wy­padł z ko­mu­ni­ka­cyj­nej gry. Praw­da, że nie­wie­le by zdzia­łał bez łez wy­le­wa­nych nad jego do­cze­sny­mi szcząt­ka­mi. Ale dzię­ki tym łzom, a tak­że dzię­ki wy­po­wia­da­nym sło­wom, po­dej­mo­wa­nym dzia­ła­niom (a na­wet czy­nom) nadal był, nadal trwał - poza ży­ciem i poza śmier­cią. Sta­no­wił wy­ra­zi­sty punkt orien­ta­cyj­ny dla po­czy­nań ko­lej­nych ge­ne­ra­cji Po­la­ków. In­wer­sja w ty­tu­ło­wej for­mu­le była więc ko­niecz­na. Naj­pierw Mic­kie­wicz. Na pierw­szym pla­nie on, do­pie­ro póź­niej śmierć, któ­ra od­mie­nia jego spo­sób ist­nie­nia po­śród ży­wych, lecz nie unie­waż­nia ani nie uni­ce­stwia.

A za­tem: Mic­kie­wicz po śmier­ci.

Ale czy to w dal­szym cią­gu nie za mało? Po­śmiert­ne dzie­je Mic­kie­wi­cza do­peł­nia­ją jego ży­cie, ne­kro­gra­fia jest dru­gą czę­ścią bio­gra­fii. Jest wo­bec niej prze­su­nię­ta na osi cza­su, lecz do­pie­ro oby­dwie łącz­nie sta­no­wią ca­łość dys­kur­su na te­mat Mic­kie­wi­cza. Pi­sa­łem o tym przed laty i le­piej te­raz tego nie wy­ło­żę: "do­pie­ro oby­dwie łącz­nie - bio­gra­fia i ne­kro­gra­fia - obej­mu­ją ca­łość czy­jejś, tak­że po­śmiert­nej eg­zy­sten­cji. Oczy­wi­ście nie za­wsze, oczy­wi­ście nie każ­dej eg­zy­sten­cji. Trze­ba coś uczy­nić (we­dle cza­su i miej­sca ży­cia: Ate­nom, Ita­lii, Eu­ro­pie...), żeby dzie­je zwłok za­czę­ły współ­two­rzyć tę ca­łość roz­po­ście­ra­ją­cą się po­nad śmier­cią. [...] Śmierć nie za­my­ka ani nie roz­dzie­la, nie zry­wa cią­gło­ści form ist­nie­nia. Jest tyl­ko punk­tem, w któ­rym żywy sta­je się mar­twym, oso­ba zwło­ka­mi. Moż­na by za­pew­ne opi­sy­wać dzień po dniu, po­czy­na­jąc od 26 li­sto­pa­da 1855 roku, se­rię wy­da­rzeń jaw­nych i ukry­tych, tak by po­wsta­ły ko­lej­ne tomy kro­ni­ki, tym ra­zem już nie ży­cia i twór­czo­ści - te są już bez­pow­rot­nie za­mknię­te - lecz re­cep­cji i u-ży­cia, sen­ty­men­tal­ne­go, po­li­tycz­ne­go, pa­trio­tycz­ne­go uży­wa­nia zwłok Ada­ma Mic­kie­wi­cza".

Dla­cze­góż by za­tem książ­ka, któ­ra mówi o jego ist­nie­niu "po śmier­ci", nie mia­ła no­sić - wzo­rem mic­kie­wi­czow­skich bio­gra­fii - pro­ste­go ty­tu­łu Mic­kie­wicz? Z ta­kiej moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­ło prze­cież wie­lu bio­gra­fów po­ety - od Chmie­low­skie­go i Kal­len­ba­cha, po Wit­kow­ską i Su­dol­skie­go. Nie ma po­wo­du, by w po­szu­ki­wa­niu ty­tu­łu dla ne­kro­gra­fii nie po­dą­żyć ich śla­dem. Był­by on rów­nie upraw­nio­ny. Z całą pew­no­ścią, lecz po­ja­wia­ją­cy się w ty­tu­le "Mic­kie­wicz" od­sy­łał­by do no­wej for­my by­cia Mic­kie­wi­cza. Opi­sy­wa­ny przez bio­gra­fów po­eta ko­chał, cze­goś pra­gnął, mó­wił i pi­sał, dzia­łał - i błą­dził. Ten, któ­ry jest bo­ha­te­rem ne­kro­gra­fii, ni­ko­go już nie ko­cha i ni­cze­go nie pra­gnie, upar­cie mil­czy i tyl­ko cza­sem, w szcze­gól­nych chwi­lach od­zy­wa się do wy­bra­nych. Dla­te­go po­świę­co­na mu książ­ka po­win­na jed­nak za­wie­rać dys­tynk­cję "po śmier­ci", ale wzię­tą w osła­bia­ją­cy ją na­wias. Dru­gi człon ty­tu­łu po­zo­sta­nie dzię­ki temu ele­men­tem róż­ni­cu­ją­cym, od­dzie­la­ją­cym Mic­kie­wi­cza od Mic­kie­wi­cza, ak­tu­al­ne przy­go­dy jego zwłok od daw­nych przy­gód jego cia­ła.

Niech więc już tak bę­dzie: Mic­kie­wicz (po śmier­ci). Trud­no zna­leźć lep­szy ty­tuł dla ne­kro­gra­fii Ada­ma Mic­kie­wi­cza.

Sy­me­trycz­ność ty­tu­łów wska­zu­je na jesz­cze inne po­do­bień­stwa i po­kre­wień­stwa bio­gra­fii i ne­kro­gra­fii. Ktoś, kto po­sta­no­wił za­jąć się Mic­kie­wi­czem (po śmier­ci), sta­je przed po­dob­ny­mi dy­le­ma­ta­mi jak ten, kto po­dej­mu­je się tru­du opi­sa­nia Mic­kie­wi­cza (za ży­cia). Ne­kro­graf jest bez wąt­pie­nia młod­szym bra­tem bio­gra­fa - "młod­szym" naj­pierw dla­te­go, że przy­cho­dzi póź­niej, po­dej­mu­jąc i swo­iście kon­ty­nu­ując dzie­ło tam­te­go, lecz tak­że z tego po­wo­du, że nie może wy­le­gi­ty­mo­wać się rów­nie od­le­głą jak tam­ten tra­dy­cją ba­dań. Nie ma za­tem in­ne­go wyj­ścia niż - w dro­dze ku ko­lej­nym czę­ściom ne­kro­gra­fii - roz­po­cząć od roz­wa­żań na te­mat bio­gra­fii, dy­le­ma­tów, ja­kie stwa­rza, kło­po­tów, ja­kie przy­no­si. Tak­że w pla­nie me­to­do­lo­gicz­nym ne­kro­gra­fia Mic­kie­wi­cza jest uza­leż­nio­na od bio­gra­fii Mic­kie­wi­cza.

Polacy kłócą się nad trumną pana Mickiewicza

Bez-wola i bez-wol­ność umar­łe­go

Pu­blicz­ne dzie­je zwłok Mic­kie­wi­cza (jesz­cze nie­prze­mie­nio­nych w przed­miot ża­łob­ny1, więc w pe­wien spo­sób na­gich i ab­so­lut­nie bez­bron­nych) za­czę­ły się od spo­ru o to,   g d z i e  je po­cho­wać2. A za­tem spie­ra­no się o to,   d o   k o g o   u m a r ł y   n a l e ż y, kto ma   p r a w o   d y s p o n o w a n i a  jego do­cze­sny­mi szcząt­ka­mi? Tak. Śmierć to tak­że kres in­dy­wi­du­al­nej woli, więc i wol­no­ści dzia­ła­nia. To wiel­kie przy­zwo­le­nie: otwar­cie in­nym do­stę­pu do za­mknię­tej do­tąd sfe­ry pra­gnień, za­mia­rów, po­sta­no­wień, któ­re wła­śnie - po­zba­wio­ne spi­na­ją­cej je woli - roz­pra­sza­ją się i nik­ną, ob­ra­ca­ją w nic.

Mic­kie­wicz nie spo­dzie­wał się śmier­ci3 ani nie był do niej przy­go­to­wa­ny, bo ta istot­nie "spa­dła jak grom". Nie zo­sta­wił w każ­dym ra­zie wy­raź­nie okre­ślo­nej (spi­sa­nej!) "ostat­niej woli", te­sta­men­tu, w któ­rym czę­sto znaj­du­ją się dys­po­zy­cje do­ty­czą­ce miej­sca i spo­so­bu po­chów­ku. Sło­wa rzu­co­ne przez po­etę pod­czas po­grze­bu żony Ce­li­ny (że chciał­by ra­zem z nią spo­cząć w Mont­mo­ren­cy4), te wła­śnie ulot­ne sło­wa, któ­re Ar­mand Lévy i Hen­ryk Słu­żal­ski, to­wa­rzy­sze jego ostat­niej - jak się oka­za­ło - po­dró­ży, będą w naj­bliż­szych dniach przy­po­mi­na­li i po­wta­rza­li przy każ­dej oka­zji, nie wa­ży­ły zbyt wie­le. Tym śmie­lej więc żywi krzą­ta­ją­cy się wo­kół Mic­kie­wi­cza po jego śmier­ci pró­bo­wa­li pod­po­rząd­ko­wać do­cze­sne szcząt­ki po­ety woli wła­snej, choć każ­dy z nich sta­rał się od­naj­dy­wać dla swo­je­go pro­jek­tu fu­ne­ral­ne­go ja­kieś ze­wnętrz­ne, obiek­tyw­ne uza­sad­nie­nia.

Na po­cząt­ku jed­nak, gdy 26 li­sto­pa­da 1855 roku wie­czo­rem, trzy kwa­dran­se na dzie­wią­tą, Mic­kie­wicz na za­wsze za­mknął oczy, wy­da­wa­ło się, że wszy­scy będą zgod­ni. Po­śród łez i okrzy­ków roz­pa­czy nie my­śle­li o przy­szło­ści zmar­łe­go. Bar­dziej był jesz­cze dla nich "zmar­łym Mic­kie­wi­czem" (któ­ry wła­śnie za­milkł) niż "zwło­ka­mi Mic­kie­wi­cza" (któ­re już ni­cze­go nie pra­gną). Ale pręd­ko mu­sie­li zro­zu­mieć, że te­raz już tyl­ko od nich za­le­ży los umar­łe­go. Je­den ze świad­ków śmier­ci Mic­kie­wi­cza po la­tach wspo­mi­nał: "A kie­dy wszy­scy mie­li się ro­zejść, py­ta­no się, co nam ro­bić zo­sta­je? Lévy rzekł: "Każę go za­bal­sa­mo­wać i od­wio­zę do Pa­ry­ża".  W s z y s c y   s i ę   n a   t o   z g o d z i l i, Hen­ryk rzu­ca­jąc się w ob­ję­cia Lévy'ego i Ku­czyń­skie­go, za­wo­łał: "Te­raz zo­sta­li­śmy sie­ro­ta­mi, po­win­ni­śmy być przy­ja­ciół­mi na za­wsze""5. Tak więc "ko­cha­li się", jak swo­im dzie­ciom przed chwi­lą na śmier­tel­nym łożu przy­ka­zał po­eta. Nic nie za­po­wia­da­ło ja­kie­go­kol­wiek sprze­ci­wu wo­bec tego pro­jek­tu, choć w ka­te­go­rycz­no­ści słów Lévy'ego (jego wład­cze "każę") za­zna­cza się już gwał­tow­ność i siła przy­szłych spo­rów. Czy tak to było? Czy świad­ko­wie śmier­ci za­war­li nad zwło­ka­mi wiesz­cza nie­me po­ro­zu­mie­nie - ro­dzaj wią­żą­ce­go ich aktu woli? Nie­ko­niecz­nie. Trud­no przy­pusz­czać, by obec­ny tam przy­szły an­ta­go­ni­sta Lévy'ego, dok­tor Sta­ni­sław Droz­dow­ski, nie prze­sta­wił wła­sne­go pro­jek­tu. Przy­wo­ła­na re­la­cja puł­kow­ni­ka Hi­po­li­ta Ku­czyń­skie­go po­cho­dzi z koń­ca lat sie­dem­dzie­sią­tych, do dru­ku opra­co­wał ją Lévy, któ­re­mu mo­gło wów­czas za­le­żeć, by upo­wszech­nił się po­gląd o po­cząt­ko­wej jed­no­myśl­no­ści wo­kół jego pro­jek­tu, znisz­czo­nej na­za­jutrz na sku­tek in­tryg Droz­dow­skie­go. W wer­sji zda­rzeń, któ­rą ten z ko­lei przed­sta­wiał, so­bie sa­me­mu przy­pi­sał pierw­szeń­stwo ogło­sze­nia in­nym kon­cep­cji dal­szych lo­sów zmar­łe­go Mic­kie­wi­cza. W li­ście z 23 grud­nia 1855 roku do Le­no­ira-Zwier­kow­skie­go pi­sał: "Za­raz po jego zgo­nie po­wie­dzia­łem, aby zwło­ki zło­żyć w St. Be­no­it po ubal­sa­mo­wa­niu. Słu­żal­ski po­wie­dział, że do­brze, ale Żyd Lewi [sic!] po­dał pro­jekt, aby je od­wieźć do Fran­cji, więc i Słu­żal­ski do Żyda się przy­cze­pił"6. Czy za­tem to Lévy swo­ją kontr­pro­po­zy­cją roz­po­czął spór? Nie­wy­klu­czo­ne. Mniej­sza z tym, któ­ry był pierw­szy, waż­ne, że już tam, nad gło­wą zmar­łe­go wła­śnie Mic­kie­wi­cza, star­ły się dwie nie­uzgad­nial­ne kon­cep­cje jego po­śmiert­nych dzie­jów.

28. Ano­ni­mo­wa fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ją­ca zwło­ki Ada­ma Mic­kie­wi­cza, Kon­stan­ty­no­pol, 27 li­sto­pa­da 1855

29. Inny eg­zem­plarz tej sa­mej fo­to­gra­fii, po­ko­lo­ro­wa­ny i pod­pi­sa­ny przez Hen­ry­ka Słu­żal­skie­go. Kon­fe­de­rat­ka ma ko­lor nie­bie­ski, prze­ście­ra­dło - sza­ro­zie­lo­ny, co ma wa­lor do­ku­men­tar­ny. Fo­to­gra­fia przez lata była eks­po­no­wa­na w Mu­zeum Ada­ma Mic­kie­wi­cza w Pa­ry­żu

Sam za­in­te­re­so­wa­ny nie włą­czał się w te spo­ry. Mil­czał, jak przy­sta­ło umar­łe­mu. Le­żąc bez­wol­nie w nędz­nym po­ko­ju w domu po­ło­żo­nym w bied­nej dziel­ni­cy Kon­stan­ty­no­po­la, cze­kał na to, by żywi   u z g o d n i l i   m i ę d z y   s o b ą, jaki bę­dzie jego dal­szy los. Nic nie po­zo­sta­ło w nim z mło­dzień­czej py­chy i mło­dzień­cze­go po­czu­cia mocy (wszech-mocy), któ­ra przed laty ka­za­ła mu wy­krzy­czeć usta­mi Kon­ra­da:

Lecz czu­ję w so­bie, że gdy­bym mą wolę

Ści­snął, na­tę­żył i ra­zem wy­świe­cił,

Może bym sto gwiazd zga­sił, a dru­gie sto wznie­cił -

Bo je­stem nie­śmier­tel­ny! [...]7

Przy­po­mi­nam te słyn­ne, wie­lo­krot­nie in­ter­pre­to­wa­ne sło­wa nie po to, by od­nieść ła­twe zwy­cię­stwo nad "nie­śmier­tel­nym" po­etą (któ­ry wła­śnie umarł). Przy­po­mi­nam je, bo mó­wią o po­czu­ciu siły, dzię­ki któ­rej moż­na po­wo­ły­wać do ist­nie­nia i uni­ce­stwiać świa­ty we­dle wła­snej woli, pod wa­run­kiem, że ma ona opar­cie w bo­skiej nie­śmier­tel­no­ści. Jest ono nie­odzow­ne, by ak­tem woli ("jed­nym "stań się" z bo­żej mocy") do­ko­nać dzie­ła stwo­rze­nia. Wszyst­ko się zmie­nia, gdy tego opar­cia bra­ku­je. Jed­nost­ko­wa wola ma bo­wiem swój na­tu­ral­ny kres. Jest nim, rzecz ja­sna, śmierć, któ­ra ni­we­czy wszel­kie ludz­kie pla­ny i pro­jek­ty, cóż do­pie­ro za­miar "ga­sze­nia gwiazd", któ­ra nie po­zwa­la już prze­cho­dzić (lub nie) od jed­ne­go sta­nu ist­nie­nia do dru­gie­go, dzia­łać, ko­lo­ni­zo­wać przy­szłość. To zna­czy po pro­stu - żyć.

Bo wola jest źró­dłem dzia­ła­nia, jest - jak to wy­ra­ził Kant - "wła­dzą   s p o n t a n i c z n e g o  roz­po­czy­na­nia se­rii ko­lej­nych rze­czy lub sta­nów". Han­nah Arendt, cy­tu­jąc i ko­men­tu­jąc te sło­wa, pi­sa­ła: "Bez wąt­pie­nia przez sam fakt swo­ich na­ro­dzin każ­dy czło­wiek sta­no­wi taki po­czą­tek. Być może, je­śli wziąć pod uwa­gę wie­lość fak­tów skła­da­ją­cych się na ludz­ką eg­zy­sten­cję, wła­dza roz­po­czy­na­nia, któ­rą czło­wiek roz­po­rzą­dza, od­po­wia­da wła­śnie fak­to­wi na­ro­dzin. By­ło­by to zgod­ne z nie­któ­ry­mi roz­wa­ża­nia­mi Au­gu­sty­na, w któ­rych za­uwa­ża on, że wola bywa ro­zu­mia­na jako ak­tu­ali­za­cja prin­ci­pium in­di­vi­du­atio­nis"8.

A ko­niec? Koń­cem jest utra­ta tej wła­dzy - za­nik woli. Śmierć wrzu­ca każ­de­go czło­wie­ka w stan nie­od­wra­cal­nej pa­syw­no­ści - i od­da­je w ręce tych, któ­rzy po­zo­sta­li przy ży­ciu. Ale umar­ły - choć bez-wol­ny - nadal prze­cież ist­nie­je, sku­pia na so­bie uwa­gę, przy­cią­ga spoj­rze­nia, wy­wo­łu­je żal i łzy... "Z punk­tu wi­dze­nia woli - za­uwa­ża Arendt - [...] śmierć czło­wie­ka bar­dziej ozna­cza   o s t a t e c z n ą   u t r a t ę   p r z y s z ł o ś c i  niż znik­nię­cie ze świa­ta zja­wisk"9. Fi­lo­zof­ka ma na my­śli to, że umar­ły, nadal ist­nie­jąc w świe­cie, nie ma przed sobą wła­snej, oso­bi­stej przy­szło­ści, że wszyst­ko już się "w nim" (choć nie "z nim") do­ko­na­ło i nic tego nie zmie­ni, bo zmie­nić nie może, sko­ro w chwi­li śmier­ci zo­stał on po­zba­wio­ny   n i e   t y l k o   d u s z y,  l e c z   t a k ż e   w o l i, któ­ra do­tąd (za ży­cia) po­zwa­la­ła mu "iść da­lej". Te­raz już nie po­tra­fi zro­bić żad­ne­go kro­ku. Jest ska­za­ny na do­brą (lub złą) wolę in­nych.

Cóż za­tem po­cząć z jego kło­po­tli­wą (i tak kru­chą) obec­no­ścią, sko­ro sam nic już zro­bić nie może? Na ogół żywi dają umar­łym spo­kój - od­sy­ła­jąc ich na wiecz­ny spo­czy­nek, ukry­wa­jąc w trum­nie, w gro­bie, na cmen­ta­rzu. Nie do­ty­czy to jed­nak wszyst­kich. Nie­któ­rzy mogą li­czyć na więk­szą niż inni przy­chyl­ność i nad­zwy­czaj­ne za­in­te­re­so­wa­nie. Utra­ta przez umar­łe­go woli (a w kon­se­kwen­cji tak­że przy­szło­ści) otwie­ra przed ży­wy­mi nowe per­spek­ty­wy. To oni wkra­cza­ją na opusz­czo­ne przez umar­łe­go pole. Roz­po­czy­na się wów­czas spek­takl za­własz­cza­nia zwłok. Wpi­su­jąc je we wła­sne sce­na­riu­sze, żywi ob­da­rza­ją je nową przy­szło­ścią. Tyle że jest to przy­szłość usta­no­wio­na za­stęp­czym, sub­sty­tu­tyw­nym ak­tem woli. Zda­rza się to rzad­ko. Tyl­ko nie­licz­ni umar­li zmu­sza­ni są do trwa­nia po śmier­ci (i mimo śmier­ci) po­śród ży­wych, któ­rzy włą­czy­li ich do wła­snych, czę­sto bar­dzo roz­le­głych pro­jek­tów fu­ne­ral­nych, ale też ide­olo­gicz­nych i po­li­tycz­nych. Nie­kie­dy się zda­rza, że wo­kół zwłok spo­ty­ka­ją się od­mien­ne pro­jek­ty. Ich kon­flikt jest wów­czas nie­uchron­ny.

To wła­śnie przy­da­rzy­ło się po śmier­ci Mic­kie­wi­czo­wi. Jako umar­ły ni­cze­go już nie pra­gnie, ni­cze­go nie chce - a na­wet nie po­tra­fi chcieć. Leży na śmier­tel­nym łożu bez-wol­nie, bez­bron­ny, pod­da­ją­cy się woli in­nych: Lévy'ego, Słu­żal­skie­go, Droz­dow­skie­go, Tho­uve­ne­la, Czar­to­ry­skie­go... Nad jego mar­twym cia­łem roz­po­czy­na się spór ży­wych, któ­re­go jest po­wo­dem, przed­mio­tem, ce­lem.

Po­li­tycz­na gra nad trum­ną

Miejsce śmierci

Prze­strzeń utra­co­na

Gdzie umarł Mic­kie­wicz? Wia­do­mo, że w Kon­stan­ty­no­po­lu, wia­do­mo też, że w nędz­nej czę­ści dziel­ni­cy Pera, le­żą­cej na ni­zi­nie u stóp wzgó­rza, na któ­rym wzno­si­ły się re­zy­den­cje eu­ro­pej­skich am­ba­sad. Dzie­więt­na­sto­wiecz­ne źró­dła mó­wią po­nad­to, że zmarł tam, gdzie miesz­kał - w drew­nia­nym1 domu przy Jeni-Sze­ri, w nędz­nym po­ko­ju na pię­trze. Za­cho­wał się opis tego po­ko­ju, zro­bio­ny przez na­ocz­ne­go świad­ka: "W ką­cie na pra­wo sta­ło kapą bia­łą osło­nię­te łóż­ko że­la­zne, na któ­rym wy­dał tchnie­nie ostat­nie; nie opo­dal od łóż­ka sto­lik, na któ­rym do dzie­ci, przy­ja­ciół i zna­jo­mych pi­sy­wał; da­lej ka­na­pa i drew­nia­ne opla­ta­ne krze­sło, przy rogu umy­wal­nia, dru­gi sto­lik na środ­ku, na ścia­nach zwier­cia­dło i li­to­gra­fii parę, wszyst­ko to skrom­ne, pro­ste, po­spo­li­te..."2

Dzi­siaj po­tra­fi­my je­dy­nie w przy­bli­że­niu okre­ślić miej­sce, gdzie to się sta­ło. Prze­strzeń śmier­ci Mic­kie­wi­cza to  p r z e s t r z e ń   u t r a c o n ą.  Dom, w któ­rym Mic­kie­wicz umarł, nie ist­nie­je. Spło­nął w 1870, jak więk­sza część drew­nia­nej Pery. Sy­no­wi po­ety, Wła­dy­sła­wo­wi, uda­ło się jesz­cze w 1861 roku od­być piel­grzym­kę do miej­sca śmier­ci ojca. W li­ście opi­sał, co zo­ba­czył: "Ulicz­ka wą­ska, dom po­spo­li­ty [...]. Mi­zer­ny dom, któ­ry był ostat­nim eta­pem piel­grzym­ki peł­nej chwa­ły, piel­grzym­ki wy­so­ce uciąż­li­wej, ale też i wy­so­kiej wagi"3. Po­dob­nie brzmia­ły re­la­cje świad­ków, któ­rzy od­wie­dza­li dom ża­ło­by wcze­śniej, gdy spo­czy­wa­ły w nim jesz­cze zwło­ki Mic­kie­wi­cza. Lu­dwi­ka Grop­ple­ro­wa w li­ście z 8 grud­nia 1855 do Ka­ro­li­ny i Hen­ry­ka Na­kwa­skich re­la­cjo­no­wa­ła wra­że­nia męża, któ­ry od­wie­dził umie­ra­ją­ce­go: "Uli­ca, dom, po­miesz­ka­nie tak tchnie nę­dzą i ubó­stwem, aż ser­ce ści­ska"4. Świa­dec­two nie­co póź­niej­sze za­wie­ra ten sam ob­raz. W 1859 roku Ta­de­usz Pa­da­li­ca pi­sał: "Zwie­dzi­łem ten do­mek smut­ny, sa­mot­ny, opusz­czo­ny przy Ko­len­dżi Ku­łuk i wi­dzia­łem tę dużą izbę o jed­nym kwa­dra­to­wym oknie, w któ­rej był za­miesz­kał. [...] Po­kój trą­cił pust­ko­wiem, był ciem­ny i na­wet wil­got­ny, przy­po­mi­nał mi na­sze kar­czem­ne izby"5.

Miej­sce, w któ­rym umarł Mic­kie­wicz, nie mo­gło być i nie było Po­la­kom obo­jęt­ne. Po­dob­nie inne miej­sca zwią­za­ne z ży­ciem (ale też twór­czo­ścią) "ro­man­tycz­ne­go po­ety" i "na­ro­do­we­go wiesz­cza" ota­cza­ne były kul­tem, któ­ry w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku przy­bie­rał co­raz bar­dziej roz­wi­nię­te for­my. Piel­grzy­mo­wa­no więc do ga­iku Ma­ry­li nie­opo­dal Bol­cie­nik, do usta­wio­ne­go tam "ka­mie­nia ża­ło­by"6, ry­so­wa­no, a póź­niej też fo­to­gra­fo­wa­no brzo­zę po­sa­dzo­ną "ręką Mic­kie­wi­cza" w Tu­ha­no­wi­czach7, upa­mięt­nia­no ta­bli­cą miej­sce, gdzie po­wsta­ła Gra­ży­na 8, i "celę Kon­ra­da"9, w któ­rej wię­zio­no po­etę pod­czas pro­ce­su fi­lo­ma­tów. To tyl­ko kil­ka pierw­szych z brze­gu przy­kła­dów. Re­jestr ta­kich mic­kie­wi­czow­skich  m i e j s c   u p a m i ę t n i a n y c h  jest dłu­gi i zróż­ni­co­wa­ny10. Moż­na w nim wy­zna­czyć szlak uczu­cio­wo-mi­ło­sny, szlak pa­trio­tycz­ny, po­li­tycz­ny, szlak twór­czo­ści... Z całą pew­no­ścią Po­la­cy - naj­pierw sa­mo­rzut­nie i spon­ta­nicz­nie, póź­niej tak­że w spo­sób zor­ga­ni­zo­wa­ny - two­rzy­li przez wiek XIX i XX coś, co zo­sta­nie póź­niej na­zwa­ne ucze­nie "miej­sca­mi pa­mię­ci". Pier­re Nora, ob­ja­śnia­jąc zna­cze­nie tej ka­te­go­rii ba­daw­czej, wpro­wa­dzo­nej pod­czas słyn­nej kon­fe­ren­cji hi­sto­ry­ków fran­cu­skich, na któ­rej de­ba­to­wa­no o roz­ma­itych spo­so­bach "two­rze­nia hi­sto­rii"11, pi­sał w 1974 roku, że "cho­dzi o miej­sca w do­kład­nym zna­cze­niu tego sło­wa, gdzie pew­ne wspól­no­ty - ja­kie by one nie były - na­ród, ro­dzi­na, gru­pa et­nicz­na, par­tia prze­cho­wu­ją swo­je pa­miąt­ki (so­uve­nirs) lub uzna­ją je za nie­zby­wal­ną część swo­jej oso­bo­wo­ści: miej­sca to­po­gra­ficz­ne, jak na przy­kład ar­chi­wa, bi­blio­te­ki czy mu­zea; miej­sca mo­nu­men­ty - po­mni­ki cmen­ta­rze, ar­chi­tek­tu­ra; miej­sca sym­bo­licz­ne, ta­kie jak rocz­ni­ce, piel­grzym­ki, upa­mięt­nie­nia; miej­sca funk­cjo­nal­ne - sto­wa­rzy­sze­nia, au­to­bio­gra­fie, pod­ręcz­ni­ki"12. Siła tak za­ry­so­wa­ne­go pro­jek­tu nie po­le­ga na ra­dy­kal­nej no­wo­ści przed­sta­wie­nia pew­nej sym­bo­licz­no-ma­te­rial­nej prak­ty­ki, lecz na roz­le­gło­ści i sys­te­ma­tycz­no­ści ba­dań owych lieux de mémo­ire, któ­re dzię­ki nie­mu pod­ję­to13. O daw­na prze­cież wia­do­mo, że pa­mięć wcho­dzi w so­ju­sze z ma­te­rią, że znaj­du­je opar­cie w rze­czach i w prze­strze­ni. Przed Berg­so­nem i Pro­ustem mó­wi­li o tym nie­raz ro­man­ty­cy, a jesz­cze wcze­śniej - po­eci sen­ty­men­tal­ni, któ­rzy z list­ka po­tra­fi­li od­two­rzyć mi­nio­ną chwi­lę szczę­ścia14.

3. Brzo­za po­sa­dzo­na ręką Mic­kie­wi­cza w Tu­ha­no­wi­czach, ry­ci­na E. Brzo­zow­skie­go we­dług ry­sun­ku ręcz­ne­go, ko­niec XIX wie­ku

4. Wiąz na przed­mie­ściu wi­leń­skim An­to­kol, w ogro­dzie zwa­nym "Chi­ny", pod któ­rym sia­dy­wał Mic­kie­wicz, fo­to­gra­fia z koń­ca XIX wie­ku. Dwa spo­śród kil­ku kul­to­wych drzew zwią­za­nych z mło­do­ścią po­ety, któ­re zo­sta­ły po­ka­za­ne w Księ­dze pa­miąt­ko­wej na uczcze­nie set­nej rocz­ni­cy uro­dzin Ada­ma Mic­kie­wi­cza, wy­da­nej w War­sza­wie w 1898 roku

5. Teo­fil Eu­ge­niusz Bo­ret­ti, Ka­mień Fi­la­re­tów w Le­sie Tu­ha­no­wic­kim, au­to­ty­pia, 1900 rok

6. Po­kój, w któ­rym Mic­kie­wicz pi­sał Gra­ży­nę, fo­to­gra­fia z dru­giej po­ło­wy XIX wie­ku

Nie za­wsze jed­nak się­gnię­cie po rze­czy jest moż­li­we, nie za­wsze pa­mięć ła­two od­naj­du­je opar­cie w prze­strze­ni. Wy­star­czył na przy­kład po­żar, żeby bez­pow­rot­nie znisz­czyć sce­ne­rię śmier­ci Mic­kie­wi­cza. Ale też usta­le­nie miej­sca na­ro­dzin po­ety bu­dzi­ło cią­gną­ce się przez dzie­się­cio­le­cia spo­ry, czy na­wet kłót­nie, do dzi­siaj zresz­tą nie­za­koń­czo­ne. No­wo­gró­dek15 czy Za­osie16? A może - jak opo­wia­dał An­to­nie­mu Ma­łec­kie­mu brat po­ety, Fran­ci­szek - Adam (Mic­kie­wicz) uro­dził się "w ja­kiejś sa­mot­nie nad dro­gą po­ło­żo­nej karcz­mie, tak nędz­nej, że na­wet sto­łu nie było, na któ­rym by było moż­na no­wo­na­ro­dzo­ne dzie­cię po­ło­żyć i po­wić w pie­lusz­ki"17 (więc prze­wi­nię­te zo­sta­ło na księ­dze! - skąd jed­nak księ­ga w tej karcz­mie?). Tak na­praw­dę to nie wie­my, gdzie do­kład­nie Mic­kie­wicz się uro­dził. Ży­cie Mic­kie­wi­cza roz­po­czy­na się   w   m i e j s c u   n i e o k r e ś l o n y m,  nie dość do­brze zlo­ka­li­zo­wa­nym w prze­strze­ni i na ma­pie. Ale ta nie­wie­dza (czy tyl­ko nie­pew­ność) nie po­wstrzy­ma­ła wy­znaw­ców przed sa­mo­wol­ny­mi kon­kre­ty­za­cja­mi. Ży­wot wiesz­cza mu­siał mieć ja­kieś to­po­gra­ficz­ne za­ko­twi­cze­nie, ja­kiś prze­strzen­ny po­czą­tek. Niech więc nim bę­dzie Za­osie. Po­świę­co­no mu wie­le ar­ty­ku­łów, ba­dań hi­sto­rycz­nych, ba­dań ge­ne­alo­gicz­nych, w po­szu­ki­wa­niu praw­dy czy­ta­no daw­ne mapy i do­ku­men­ty ka­ta­stral­ne, śle­dzo­no losy ma­jąt­ku, po to zaś, by upa­mięt­nić to praw­do­po­dob­ne miej­sce na­ro­dzin po­ety, ry­so­wa­no, a póź­niej też fo­to­gra­fo­wa­no za­bu­do­wa­nia (w tym zwłasz­cza au­ten­tycz­ny świ­ro­nek), z któ­rych do dzi­siaj nic już nie oca­la­ło18. Osta­tecz­nie w 1998 roku od fun­da­men­tów wznie­sio­no "w szcze­rym polu"19 nowy dwo­rek i utwo­rzo­no w nim mu­zeum po­ety.

7. Aloj­zy Mi­sie­ro­wicz, Dwo­rek w Za­osiu, 1873-1883, li­to­gra­fia dwu­barw­na we­dług ry­sun­ku Na­po­le­ona Ordy

8. Igna­cy Do­mey­ko, Dom Mic­kie­wi­czów w No­wo­gród­ku, oko­ło 1830 roku, ry­su­nek tu­szem i wę­glem

Miej­sce na­ro­dzin Mic­kie­wi­cza jest więc rów­nie trud­ne do lo­ka­li­zo­wa­nia, rów­nie nie­pew­ne, jak miej­sce jego śmier­ci. Nie ma ta­kie­go punk­tu w prze­strze­ni, w któ­rym moż­na by po­sta­wić ka­mień z na­pi­sem "TU URO­DZIŁ SIĘ (UMARŁ) ADAM MIC­KIE­WICZ" - "tu" to zna­czy "nig­dzie in­dziej". Pa­mięć zbio­ro­wo­ści tra­ci w ten spo­sób moc­ne opar­cie w prze­strze­ni. Nie było jed­nak w ta­kim ob­ro­cie spraw ni­czy­jej pre­me­dy­ta­cji. To przy­pa­dek, że tak się sta­ło. Za­wi­ni­ła nie­dba­łość za­pi­su­ją­cych fakt na­ro­dzin ko­lej­ne­go dziec­ka Mic­kie­wi­czów, za­wi­nił po­żar drew­nia­nej dziel­ni­cy Kon­stan­ty­no­po­la. Praw­da, lecz te sy­me­trycz­ne zbie­gi oko­licz­no­ści skła­nia­ją do tego, by po­sta­wić fun­da­men­tal­ne py­ta­nie o przy­pad­ko­wość po­ja­wia­nia się czło­wie­ka (każ­de­go z nas) w ja­kiejś prze­strze­ni - i zni­ka­nia w in­nej. Miej­sce na­ro­dzin to je­dy­ne miej­sce, któ­re­go nie je­ste­śmy w sta­nie wy­brać. Na ogół po­dob­nie jest z miej­scem (i cza­sem) śmier­ci. Umie­ra­ją­cy po­zna­je je w chwi­li, gdy sta­ją się fak­tem. Rzad­ko bywa in­a­czej. Za pra­wo wy­bo­ru cza­su i miej­sca wła­snej śmier­ci pła­ci się wy­so­ką cenę. Sa­mo­bój­stwem lub nie­ja­snym dą­że­niem do miej­sca, w któ­rym go­to­wi by­li­by­śmy przy­jąć śmierć z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Są ta­kie miej­sca. Miej­sca ocze­ki­wa­nej śmier­ci.

Dom ima­gi­na­cyj­ny, dom rze­czy­wi­sty

Zie­mia, na któ­rej stał znisz­czo­ny w po­ża­rze dom śmier­ci Mic­kie­wi­cza, nie była Po­la­kom obo­jęt­na. Jed­ni chcie­li po­sta­wić tam po­mnik, inni - pa­miąt­ko­wą ko­lum­nę20. Osta­tecz­nie w 1884 roku wznie­sio­no tam mu­ro­wa­ny, jed­no­pię­tro­wy bu­dy­nek, któ­ry z upły­wem lat ob­ra­stał pa­miąt­ko­wy­mi ta­bli­ca­mi, sta­jąc się stop­nio­wo na­ro­do­wym sank­tu­arium. Nie był to jed­nak dom, w któ­rym zmarł Mic­kie­wicz. Ten zo­stał znisz­czo­ny bez resz­ty. Dla­te­go ra­cję miał ano­ni­mo­wy au­tor re­la­cji z uro­czy­sto­ści mic­kie­wi­czow­skich w Tur­cji w 1909 roku, gdy na okre­śle­nie tego no­we­go bu­dyn­ku użył na­zwy "dom pa­miąt­ko­wy"21. Mimo prak­tycz­nych po­wo­dów od­bu­do­wy stał się on pręd­ko miej­scem pa­trio­tycz­nych piel­grzy­mek i kul­tu po­ety.

W ja­kim stop­niu dom od­bu­do­wa­ny jest wier­ny spa­lo­ne­mu? Py­ta­nia ta­kie nie­raz mu­sia­no sta­wiać w XIX wie­ku, sko­ro w 1901 roku człon­ko­wie To­wa­rzy­stwa Wza­jem­nej Po­mo­cy i Do­bro­czyn­no­ści z Kon­stan­ty­no­po­la po­czu­li się zo­bo­wią­za­ni do wy­da­nia oświad­cze­nia: "dzi­siej­szy bu­dy­nek wznie­sio­ny jest ści­śle we­dług pla­nu sta­re­go, spa­lo­ne­go bu­dyn­ku - na co my, sta­rzy, mo­że­my zło­żyć przy­się­gę, a co stwier­dził w ubie­głym roku kon­su­lat au­striac­ki"22. Da­rem­ne za­pew­nie­nia. We­te­ra­ni nie mie­li ra­cji. Od­bu­do­wu­jąc Perę, Tur­cy in­a­czej wy­ty­czy­li bieg ulic, gdzie in­dziej lo­ka­li­zo­wa­no od­bu­do­wy­wa­ne domy. Ra­cję ma ra­czej Ra­tyń­ska, cór­ka wła­ści­cie­la od­bu­do­wa­ne­go domu przy Jeni-Sze­ri, gdy twier­dzi, iż "je­dy­ną pa­miąt­ką po wiesz­czu na­szym [...] po­zo­stał tyl­ko grunt, na któ­rym umarł"23. Tyl­ko ten "grunt" jest więc au­ten­tycz­ny, kil­ka­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych zie­mi le­żą­cej gdzieś na nie­zdro­wej i dusz­nej ni­zi­nie, po­nad któ­rą na po­ro­słym zie­le­nią wzgó­rzu wzno­si­ły się wspa­nia­łe re­zy­den­cje eu­ro­pej­skich am­ba­sad.

9. "Dom pa­miąt­ko­wy" po­sta­wio­ny w 1884 na miej­scu spa­lo­ne­go domu, w któ­rym zmarł Adam Mic­kie­wicz, wie­lo­krot­nie prze­ry­so­wy­wa­na i re­pro­du­ko­wa­na fo­to­gra­fia z lat dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku jako "dom, w któ­rym umarł Mic­kie­wicz"

10. Wej­ście do "domu pa­miąt­ko­we­go", kart­ka z książ­ki Le­sła­wa M. Bar­tel­skie­go Mic­kie­wicz na Wscho­dzie, 1971

Pu­stą prze­strzeń wy­peł­nia­ją two­ry ima­gi­na­cji, któ­ra nie na­po­ty­ka żad­nych prze­szkód. Rze­czy­wi­stość prze­sta­je bo­wiem trzy­mać fan­ta­zję na wo­dzy. Za­da­nie, jak przed­sta­wić dom,  k t ó r e g o   j u ż   n i e   m a,  oka­zu­je się nad­zwy­czaj ła­twe. Przy­kła­dem i za­ra­zem do­wo­dem pew­ne zda­rze­nie, któ­re opi­sał Wła­dy­sław Mic­kie­wicz: "Kie­dyś za­pro­szo­ny zo­sta­łem do szczę­śli­we­go wła­ści­cie­la ob­ra­zu, ma­lo­wa­ne­go przez ar­ty­stę pol­skie­go, któ­ry ba­wił w Kon­stan­ty­no­po­lu w 1855 roku. Ob­raz przed­sta­wiał dom, w któ­rym Mic­kie­wicz ży­cie za­koń­czył, nie dom, ale pa­ła­cyk, wzno­szą­cy się nad brze­ga­mi Bos­fo­ru, o dwóch ko­pu­łach mo­sięż­nych, pod­par­ty na paru mar­mu­ro­wych ko­lum­nach, oto­czo­ny ol­brzy­mi­mi cy­pry­sa­mi"24. Syn po­ety - wów­czas peł­nią­cy już od daw­na funk­cję straż­ni­ka kul­tu Ada­ma Mic­kie­wi­cza - na­tych­miast za­pro­te­sto­wał, sta­jąc po stro­nie (utra­co­nej) rze­czy­wi­sto­ści: "oj­ciec mój zgasł w skrom­nym dom­ku na brud­nym za­uł­ku"25. I ka­zał za­ma­zać znaj­du­ją­cy się na płót­nie na­pis, któ­ry gło­sił, "iż prze­cho­wał pa­miąt­kę tę po­tom­no­ści   n a o c z n y   ś w i a d e k  po­grze­bu Mic­kie­wi­cza"26. Zda­wał so­bie bo­wiem spra­wę, że te­raz wer­sję tego "na­ocz­ne­go świad­ka" mogą jesz­cze zwe­ry­fi­ko­wać inni świad­ko­wie, ale prę­dzej czy póź­niej na­dej­dzie czas, gdy ich już nie bę­dzie. Wła­dy­sław wy­bie­gał my­ślą w przy­szłość: "Niech za kil­ka­dzie­siąt lat ja­kiś es­te­ta od­kry­je ten ob­raz u an­ty­kwa­riu­sza, oprze się na tym współ­cze­snym i opa­trzo­nym au­ten­tycz­nym pod­pi­sem do­ku­men­cie, aby do­wo­dzić, że le­gen­da, we­dle któ­rej po­eta oczy za­mknął w li­chej iz­deb­ce ma­łe­go dom­ku, sprze­ci­wia się praw­dzie, że owszem za­miesz­ki­wał w jed­nym z pa­ła­cy­ków suł­tań­skich nad Bos­fo­rem"27.

Istot­nie, ko­niunk­cja śmier­ci Mic­kie­wi­cza i nie­do­stat­ków ostat­nich ty­go­dni jego ży­cia nie była wy­two­rem le­gen­dy.

Jesz­cze we wrze­śniu, tuż po przy­by­ciu do Kon­stan­ty­no­po­la, po­eta bez pro­te­stu (a na­wet z wy­bo­ru28) zno­sił nad­zwy­czaj skrom­ne wa­run­ki miesz­ka­nia. Ra­zem ze swo­imi to­wa­rzy­sza­mi po­dró­ży - Lévym i Słu­żal­skim - za­trzy­mał się naj­pierw w wil­got­nej celi klasz­to­ru fran­cu­skich la­za­ry­stów na Ga­la­cie. Jej opis przed­sta­wił Lévy w li­ście do syna po­ety: "je­den był tyl­ko po­kój a w każ­dym z ro­gów nas trzech. Drzwi zaj­mo­wa­ły kąt czwar­ty; mie­li­śmy za­miast łó­żek ma­te­ra­ce i dy­wan, płasz­cze za­stę­po­wa­ły koł­dry. Je­den ku­fer słu­żył nam za stół ja­dal­ny, dru­gi ku­fer, twe­go ojca za ka­na­pę dla go­ści, a sio­dło za sto­lik noc­ny. Miesz­ka­nie wy­chodź­cy! A ilu lu­dzi wyż­szych a szcze­gól­nie Po­la­ków, by­wa­ło w skrom­nym tym schro­ni­sku"29.

Mic­kie­wicz nie ocze­ki­wał ni­cze­go wię­cej. Ze spo­ko­jem dzie­lił los emi­granc­kiej rze­szy Po­la­ków, ścią­ga­ją­cych do Kon­stan­ty­no­po­la na woj­nę lub w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia. Po­dró­żu­ją­cy z nim ksią­żę Wła­dy­sław Czar­to­ry­ski, mimo że aku­rat nie roz­po­rzą­dzał wiel­ki­mi środ­ka­mi fi­nan­so­wy­mi, nie za­do­wo­lił się jed­nak ta­ki­mi wa­run­ka­mi miesz­ka­nia. "Mło­dy ksią­żę i jego służ­ba sta­nę­li w ho­te­lu" - do­no­si­ła Grop­ple­ro­wa30; w dro­gim ho­te­lu - do­daj­my31. Wkrót­ce po­tem prze­niósł się do re­zy­den­cji w Te­ra­pii32. To był inny świat, do któ­re­go nę­dza bied­nych dziel­nic Kon­stan­ty­no­po­la, w ja­kich miesz­kał Mic­kie­wicz, nie mia­ła do­stę­pu. "Te­ra­pia - pi­sał Lévy do syna po­ety - jest sie­dzi­bą po­słów Fran­cji i An­glii, rów­nież nad Bos­fo­rem, nie­co da­lej niż Be­bek. Pod­czas gdy twój oj­ciec [26 wrze­śnia 1855 roku] był u po­sła an­giel­skie­go uda­łem się na prze­chadz­kę po wy­ży­nach pa­nu­ją­cych nad Bos­fo­rem, skąd wi­dać wej­ście do Mo­rza Czar­ne­go: wspa­nia­ły to wi­dok. Po­tem prze­bie­gli­śmy ogro­dy am­ba­sa­dy fran­cu­skiej, skąd ma się rów­nież wi­dok bar­dzo ład­ny, ogro­dy te są jak pa­no­ra­ma"33..

Z okien celi klasz­to­ru la­za­ry­stów wi­dać było nie­wie­le. Dla Mic­kie­wi­cza i jego to­wa­rzy­szy nie ma to jed­nak wiel­kie­go zna­cze­nia. Czu­ją się żoł­nie­rza­mi na służ­bie. Na Wschód przy­by­li w mi­sji, a nie na wy­wcza­sy. Dziel­nie więc zno­szą trud­no­ści ży­cia co­dzien­ne­go. Zda­je się, że po­cząt­ko­wo bawi ich na­wet ten cy­wi­li­za­cyj­ny re­gres. Lévy wi­dzi w nim re­ali­za­cję po­stu­la­tu po­wro­tu do na­tu­ry. Żyją więc w Kon­stan­ty­no­po­lu pod pa­tro­na­tem Ro­us­se­au? Wy­glą­da na to, że tak. "Jest u nas - pi­sze se­kre­tarz po­ety - bar­dzo skrom­nie, ale bar­dzo do­brze. Od­cy­wi­li­zo­wu­je­my się na prze­ści­gi, z ła­two­ścią jed­nak i przy­jem­no­ścią, któ­ra nas sa­mych za­dzi­wia. Po­wra­ca­my do przy­ro­dy. Od­lud­nik dzi­ki czło­wiek z Char­met­tes za­zdro­ścił­by nam"34. Ten ro­us­so­istycz­ny wą­tek po­wra­ca raz jesz­cze w li­ście z 3 paź­dzier­ni­ka, w któ­rym Lévy pi­sze: "Mia­łem rze­czy­wi­ście pew­ną skłon­ność do de­cy­wi­li­za­cji. Do­brze mi z na­szym try­bem ży­cia ko­czow­ni­czym"35. Oby­dwa te nie­co eg­zal­to­wa­ne li­sty po­wsta­ły w Kon­stan­ty­no­po­lu, jesz­cze przed po­by­tem w obo­zie Sa­dy­ka w Bur­gas, gdzie eks­cy­ta­cja "na­tu­rą", ale też "pro­sto­tą" żoł­nier­skie­go ży­cia doj­dzie do ze­ni­tu. Po­byt wśród Ko­za­ków oży­wił w Mic­kie­wi­czu pa­mięć li­tew­sko-wi­leń­skiej mło­do­ści. "Zda­wa­ło mi się - na­pi­sze księ­ciu Ada­mo­wi - że by­łem na ło­nie oj­czy­zny, i gdy­by nie sła­bość na­gła, z trud­no­ścią bym wy­rwał się z tego obo­zu"36.

Po­wrót do Kon­stan­ty­no­po­la jest po­wro­tem do nędz­ne­go by­to­wa­nia. Mic­kie­wicz wraz z to­wa­rzy­sza­mi po­now­nie za­trzy­mu­je się w klasz­to­rze la­za­ry­stów. Roz­po­czy­na­ją się po­szu­ki­wa­nia no­we­go miesz­ka­nia. Włą­cza się do nich Lu­dwi­ka Śnia­dec­ka, któ­ra tak o tym pi­sze do Le­no­ira-Zwier­kow­skie­go: Mic­kie­wicz "o so­bie nie wspo­mi­na, nig­dy się nie skar­ży... Ale w oczy kole na Ga­la­cie, w dziu­rze, ja mu szu­kam miesz­ka­nia tu­taj"37 - tu­taj, czy­li w Be­szik­tasz koło Kon­stan­ty­no­po­la. Nie­zwy­kle ak­tyw­ny w po­szu­ki­wa­niach no­wej kwa­te­ry jest zwłasz­cza Słu­żal­ski, w któ­rym osty­gły chy­ba ro­us­so­istycz­ne za­pa­ły, sko­ro pi­sał: "da­lej ro­bac­two, ale to ta­kie, że rę­czę, że do tomu Buf­fo­na, co o tej gro­ma­dzie stwo­rzeń trak­tu­je, mo­gli­by­śmy nie­zna­nych temu na­tu­ra­li­ście do­sta­wić dużo a dużo eg­zem­pla­rzy, za­cząw­szy od skor­pio­nów, ta­ra­ka­nów aż do pcheł le­d­wie doj­rza­nych okiem. Hor­da ta spać nam nie po­zwa­la. Za mało pa­pie­ru na świe­cie, by spi­sać na­sze męki"38. Jego sta­ra­nia koń­czą się suk­ce­sem. Wy­da­je się, że na­resz­cie kło­pot bę­dzie roz­wią­za­ny. "Mamy za­jąć mały do­mek dla nas sa­mych na koń­cu Pera, z wi­do­kiem na Bos­for i po­ko­jem dla każ­de­go osob­nym" - do­no­si Wła­dy­sła­wo­wi Lévy i do­da­je au­to­iro­nicz­nie: "Bę­dzie­my żyli na sto­pie ary­sto­kra­tycz­nej. Hen­ryk cuda opo­wia­da o na­szych no­wych apar­ta­men­tach. Ja nie przy­pa­trzy­łem się im jesz­cze do­sta­tecz­nie"39. Nic z tego jed­nak nie wy­cho­dzi. Prze­ciw­ko przy­by­szom wy­stę­pu­ją miej­sco­wi muł­ło­wie, we­dług któ­rych bli­skie są­siedz­two nie­wier­nych za­gra­ża­ło­by ła­do­wi spo­łecz­ne­mu40. "Der­wi­sze ro­bią opo­zy­cję - skar­ży się Słu­żal­ski - że nie chcą, by ich Fran­ki za bro­dy bra­li, po­szli do Ba­szy z oświad­cze­niem, że wszy­scy miesz­kań­cy się wy­nio­są, je­śli tam zo­sta­nie­my"41.

Nie tam, po­śród mu­zuł­ma­nów, przyj­dzie więc umrzeć Mic­kie­wi­czo­wi.

Po krót­kim po­by­cie w pod­łym ho­te­lu Luk­sem­burg42, na­le­żą­cym do ja­kie­goś Fran­cu­za żu­awa, Mic­kie­wicz wraz z to­wa­rzy­sza­mi osta­tecz­nie wpro­wa­dził się 8 li­sto­pa­da do domu przy Jeni-Sze­ri. Lévy pi­sze o tym do Wła­dy­sła­wa tak: "Wresz­cie je­ste­śmy umiesz­cze­ni i to w dom­ku dość czy­stym, na sa­mym koń­cu Pery, w dole jed­nej z ulic zstę­pu­ją­cych na lewo"43. Rze­czy­wi­stość da­le­ko od­bie­ga­ła od tego ob­ra­zu. Zda­je się, że tym ra­zem bliż­szy jej był, nie­życz­li­wy dwóm to­wa­rzy­szom Mic­kie­wi­cza, agent Ho­te­lu Lam­bert, dok­tor Sta­ni­sław Droz­dow­ski, któ­ry - już po śmier­ci po­ety - do­no­sił do Pa­ry­ża: "Wzię­li miesz­ka­nie w nędz­nym bar­dzo miej­scu i od­le­głym, sto­ło­wa­li się w ja­kichś tam gar­go­tach. Mó­wi­łem Słu­żal­skie­mu i temu Ży­do­wi, któ­ry był z nim, że to miesz­ka­nie bar­dzo nie­zdro­we, ale Słu­żal­ski mi po­wie­dział, że p. Adam to miesz­ka­nie bar­dzo lubi i in­sze­go nie chce"44. Wie­le wska­zu­je na to, że Słu­żal­ski mó­wił jed­nak praw­dę. Mic­kie­wicz uznał, że nędz­ny dom przy Jeni-Sze­ri jest do­sta­tecz­nie do­brym miej­scem do miesz­ka­nia. A więc i do umie­ra­nia?

Tak czy in­a­czej, wła­śnie ten dom po­wi­nien na­ma­lo­wać ów ma­larz skar­co­ny przez syna po­ety. Czy za­po­mniał, jak wy­glą­da nę­dza Orien­tu? Zda­je się ra­czej, że za­czął two­rzyć na wła­sny ra­chu­nek le­gen­dę śmier­ci Mic­kie­wi­cza.

"Tyl­ko po to po­je­chał na Wschód, żeby umrzeć"

"Mic­kie­wicz, wcho­dząc do tego miesz­ka­nia, spo­strzegł nie­za­do­wo­le­nie Lévy'ego i rzekł mu: "Dłu­go tu kwa­te­ro­wać nie bę­dzie­my""45. Czy wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, prze­czu­wał, że za kil­ka­na­ście dni umrze, i to wła­śnie chciał po­wie­dzieć? Z całą pew­no­ścią - nie. Miał na my­śli tyl­ko to, że wkrót­ce wy­ru­szą w po­dróż do Buł­ga­rii i Ser­bii. Jest jed­nak w tych sło­wach mi­mo­wol­na za­po­wiedź przy­szło­ści46, ja­kaś przy­god­na pro­fe­cja - na mia­rę tej, o któ­rej w Czar­nych kwia­tach pi­sał Nor­wid, gdy sło­wa kasz­lą­ce­go Cho­pi­na "Wy­no­szę się!" wziął za za­po­wiedź ry­chłej śmier­ci, a tam­ten miał na my­śli je­dy­nie prze­pro­wadz­kę z miesz­ka­nia przy uli­cy Cha­il­lot na plac Ven­dôme (gdzie jed­nak wkrót­ce umarł)47.

Raz jesz­cze. Czy Mic­kie­wicz zda­wał so­bie spra­wę, że drew­nia­ny dom przy Jeni-Sze­ri to jego ostat­nie miesz­ka­nie? "Jego dom śmier­ci" - jak to cel­nie okre­śli­ła Ali­na Wit­kow­ska, do­brze już zna­jąc dal­sze losy po­ety48. Py­ta­nie to ma szer­szy za­sięg: czy Mic­kie­wicz prze­czu­wał (czy do­my­ślał się, czy wie­dział...), że w Kon­stan­ty­no­po­lu umrze, że wła­śnie tam znaj­du­je się miej­sce jego śmier­ci?

Po­dob­ne py­ta­nia nie­raz już sta­wia­no. I od­po­wia­da­no na nie roz­ma­icie, ar­gu­men­tu­jąc za lub prze­ciw: że wie­dział albo że - prze­ciw­nie - nie prze­czu­wał i że śmierć go za­sko­czy­ła. Udzie­la­ne przez bio­gra­fów po­ety od­po­wie­dzi nie za­do­wa­la­ją. Trud­no, żeby było in­a­czej. Od­po­wia­da­jąc na nie, do­ty­ka­my bo­wiem "jed­nej z wiel­kich ta­jem­nic pol­skiej kul­tu­ry"49. Jest nią wła­śnie   ś m i e r ć  (Mic­kie­wi­cza)   w   K o n s t a n t y n o p o l u.

Po­śród rę­ko­pi­sów Mu­zeum Ada­ma Mic­kie­wi­cza w Pa­ry­żu znaj­du­je się re­la­cja Fe­lik­sa Wrot­now­skie­go z po­grze­bu po­ety w Mont­mo­ren­cy, uję­ta w for­mę kar­tek z dzien­ni­ka. Po opi­sie uro­czy­sto­ści ża­łob­nych jej au­tor do­da­je kil­ka słów, któ­re nie wią­żą się bez­po­śred­nio z głów­nym to­kiem nar­ra­cji fu­ne­ral­nej ani z te­ma­tem noty na­stęp­nej, któ­ra do­ty­czy za­opa­trze­nia sie­rot w środ­ki nie­zbęd­ne do ży­cia. To osob­ne zda­nie brzmi tak: "Zda­je się, że   t y l k o   p o   t o   p o j e c h a ł   n a   W s c h ó d,  ż e b y   u m r z e ć,  i wró­cił"50.

Za­sta­na­wia­ją­ce stwier­dze­nie - nie­ja­sne, opar­te na pa­ra­lo­gi­zmie. Bo co to zna­czy, że "wró­cił", sko­ro przy­wie­zio­no go w trum­nie? Czy zda­nie ce­lo­wo­ścio­we: " p o   t o  po­je­chał [...],   ż e b y  umrzeć", wska­zu­je na świa­do­my za­miar Mic­kie­wi­cza? I czy istot­nie po­je­chał "tyl­ko" po to? A osła­wio­na "mi­sja na Wscho­dzie"? A zro­dzo­na już na miej­scu idea le­gio­nu ży­dow­skie­go?

Przy­wo­ła­ne tu sło­wa Wrot­now­ski pi­sze bez­po­śred­nio po po­grze­bie. Sta­no­wią one glo­sę do śmier­ci po­ety - pró­bę do­okre­śle­nia i do­mknię­cia sen­su jego bio­gra­fii. Ale Wrot­now­ski przy­pi­su­je umar­łe­mu zbyt wiel­ką sa­mo­wie­dzę i zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści. Skąd Mic­kie­wicz miał wie­dzieć, że umrze w Kon­stan­ty­no­po­lu? Na ogół prze­cież nie tyl­ko data, lecz tak­że miej­sce śmier­ci nie są zna­ne bez­po­śred­nio za­in­te­re­so­wa­nym. Tyl­ko ska­za­niec lub ktoś, kto sam so­bie za­da­je śmierć, zna czas i miej­sce, w ja­kim ona na­dej­dzie. Je­śli wy­klu­czy­my hi­po­te­zę pro­fe­tycz­ne­go wi­dze­nia wła­sne­go losu, to zda­nie Wrot­now­skie­go bę­dzie mia­ło sens tyl­ko wte­dy, gdy uzna­my, że Mic­kie­wicz nie tyle   w i e d z i a ł,  ż e   umrze, ile  c h c i a ł  umrzeć na Wscho­dzie, w Kon­stan­ty­no­po­lu (i dla­te­go tam po­je­chał). Ozna­cza­ło­by to, że swo­ją śmierć w ja­kiś spo­sób pla­no­wał, choć prze­cież - wie­my to do­brze - nie po­peł­nił sa­mo­bój­stwa51.

Przy­wo­ły­wa­ne zda­nie Wrot­now­ski na­pi­sał w stycz­niu 1856 roku, był więc jed­ną z pierw­szych osób za­bie­ra­ją­cych głos w cią­gną­cej się sto kil­ka­dzie­siąt lat dys­ku­sji na te­mat oko­licz­no­ści i po­wo­dów śmier­ci Mic­kie­wi­cza. Jed­nym z jej ostat­nich uczest­ni­ków jest Mar­ta Pi­wiń­ska, któ­ra - nie zna­jąc chy­ba rę­ko­pi­su Wrot­now­skie­go - po­wta­rza pra­wie do­kład­nie jego sło­wa, tyle że z prze­ciw­nym zna­kiem. Pi­sze bo­wiem tak: " n i e   j e c h a ł   n a   W s c h ó d,  b y   u m r z e ć,   c h o ć   z   t a k ą   m o ż l i w o ś c i ą   s i ę   l i c z y ł  - i je­śli spoj­rzeć po­przez kształ­to­wa­nie mitu oso­bi­ste­go, by­ła­by to dla nie­go naj­lep­sza śmierć"52.

Mic­kie­wicz istot­nie mu­siał się li­czyć - jak chce Pi­wiń­ska - z moż­li­wo­ścią śmier­ci na Wscho­dzie. Świad­czy o tym choć­by fakt grun­tow­ne­go (i bez­względ­ne­go dla rzu­ca­nych w ogień rę­ko­pi­sów) po­rząd­ko­wa­nia przed wy­jaz­dem swo­je­go ar­chi­wum - ro­dzaj ostat­niej au­to­ko­rek­ty "ja" ro­man­tycz­ne­go po­ety, ko­chan­ka i męża, czło­wie­ka pry­wat­ne­go, ale też pu­blicz­ne­go, bo re­dak­to­ra "Try­bu­ny Lu­dów" i dzia­ła­cza po­li­tycz­ne­go53. Czy jed­nak praw­do­po­do­bień­stwo śmier­ci (Pi­wiń­ska pod­kre­śla, że "ro­bił, co mógł, by eto­so­wi pro­ste­go żoł­nier­skie­go ży­cia spro­stać", więc za­pew­ne rów­nież w ogniu bi­tew­nym) zbli­ży­ło Mic­kie­wi­cza do śmier­ci sa­mej, czy od­czuł jej bli­skość, czy wy­wo­ła­ło to w nim pra­gnie­nie nie­ist­nie­nia, osta­tecz­ne­go koń­ca ziem­skie­go by­to­wa­nia?

Po to, by od­po­wie­dzieć na te py­ta­nia, trze­ba krok po kro­ku śle­dzić po­czy­na­nia i wy­po­wie­dzi Mic­kie­wi­cza od mo­men­tu, gdy opusz­cza Pa­ryż. Jego po­dróż na Wschód wy­da­je się bo­wiem - by po­słu­żyć się póź­niej­szy­mi me­ta­fo­ra­mi - czymś na mia­rę wy­pra­wy do "ją­dra ciem­no­ści", do "kre­su nocy".

11. Chri­sto­pher Osca­ny­an, część środ­ko­wa fo­to­gra­ficz­nej pa­no­ra­my Kon­stan­ty­no­po­la, skła­da­ją­cej się z dzie­się­ciu ujęć, 1876 rok

12. Wi­dok z Ga­la­ty na pa­łac Top­ka­pi i Sa­ray­bur­nu, li­to­gra­fia, 1853 rok

Gro­ta Ho­me­ra i kupa gno­ju

Wschód dla wie­lu ar­ty­stów XIX wie­ku stresz­cza się w sło­wie pit­to­re­sque, ma­low­ni­czość. Mi­strzem jest De­la­cro­ix (jako au­tor Ko­biet z Al­gie­ru), któ­re­go na­śla­du­je le­gion po­mniej­szych ma­la­rzy, czę­sto zna­ją­cych Orient je­dy­nie z dru­giej ręki.

Ten spo­sób wi­dze­nia chęt­nie pod­chwy­tu­ją po­dróż­ni­cy re­la­cjo­nu­ją­cy swo­je wy­pra­wy na Wschód (vide Sło­wac­ki, któ­re­go oko, a na­stęp­nie pió­ro nie ustrze­gło się przed po­ku­sa­mi mi­go­tli­wej barw­no­ści orien­tal­ne­go świa­ta). Tak­że Słu­żal­ski z za­pa­łem, choć nie za­wsze umie­jęt­nie i zręcz­nie wpi­su­je się w tę kon­wen­cję. Oto na przy­kład jego wra­że­nia, za­pi­sa­ne pod datą 22 wrze­śnia 1855 roku, z po­ran­ne­go przy­by­cia wraz z Mic­kie­wi­czem stat­kiem do Kon­stan­ty­no­po­la: "Wschod­nie słoń­ce po­zło­ci­ło wszyst­kie okna i mi­na­re­ty - zu­peł­nie cza­ro­dziej­skie mia­sto"54. I wcze­śniej, i póź­niej nie­raz mu­siał prze­ma­wiać do współ­to­wa­rzy­szy po­dró­ży w tym to­nie, sko­ro Mic­kie­wicz w li­ście do cór­ki po­zwo­lił so­bie na drwi­nę: "Hen­ryk w cią­głych unie­sie­niach nad Wscho­dem. Na wszyst­ko pa­trzy dia­men­to­wy­mi oku­la­ra­mi i dzi­wy opo­wia­da, i dzi­wy spi­su­je"55.

In­a­czej sam Mic­kie­wicz. On nie wkła­da "dia­men­to­wych oku­la­rów". Ale i jego ogar­nia na Wscho­dzie ja­kaś dziw­na eu­fo­ria ist­nie­nia, ra­dość nie w peł­ni da­ją­ca się wy­ja­śnić per­spek­ty­wą udzia­łu w wiel­kiej woj­nie na­ro­dów, na któ­rą je­dzie. Czu­je przy­pływ sił, roz­sa­dza go ener­gia. Jest nie­by­wa­le ak­tyw­ny, w Kon­stan­ty­no­po­lu spo­ty­ka się z dzie­siąt­ka­mi, set­ka­mi osób, pro­wa­dzi skom­pli­ko­wa­ne ak­cje po­li­tycz­ne, de­ma­sku­je in­try­gi - i jesz­cze pró­bu­je pi­sać. Praw­do­po­dob­nie ostat­nia jego pra­ca li­te­rac­ka to Co­nver­sa­tion de ma­la­des, w któ­rej - być może - ukry­ty zo­stał sce­na­riusz jego wła­snej śmier­ci56.

Czy ktoś taki go­tu­je się na śmierć?

13. Wi­dok Kon­stan­ty­no­po­la, li­to­gra­fia, po­ło­wa XIX wie­ku

14. Świą­ty­nia Ha­gia So­phia, li­to­gra­fia barw­na, po­ło­wa XIX wie­ku

15. Wi­dok ko­szar i cmen­ta­rza z Pery, li­to­gra­fia barw­na B. Pi­rin­ge­ra we­dług ry­sun­ku Mi­che­la Fra­nço­is Pre­aul­ta, oko­ło 1815 roku

16. Uli­ca w Kon­stan­ty­no­po­lu, ilu­stra­cja drze­wo­ryt­ni­cza z "The Il­lu­stra­ted Lon­don News", 1849 rok

17. Po­po­łu­dnie w Sku­ta­ri, li­to­gra­fia z dru­giej po­ło­wy XIX wie­ku we­dług ry­sun­ku Lady Ali­cji Blac­kwo­od, któ­ra jako pie­lę­gniar­ka or­ga­ni­zo­wa­ła po­moc sa­ni­tar­ną dla ofiar woj­ny krym­skiej

W co­dzien­nej krzą­ta­ni­nie znaj­du­je czas na to, by Wie­rze Chlu­stin zdać re­la­cję z po­by­tu w Kon­stan­ty­no­po­lu. List do niej - da­to­wa­ny 21 paź­dzier­ni­ka, a więc już po po­wro­cie z Bur­gas, tro­chę wię­cej niż mie­siąc przed śmier­cią - za­wie­ra trzy głów­ne te­ma­ty: wy­gląd mia­sta, "uczci­wość i umiar­ko­wa­nie kup­ców" na ba­za­rze oraz "spo­sób ży­cia", ja­kie pro­wa­dzi. Frag­men­ty tego li­stu były przez mic­kie­wi­czo­lo­gów wie­lo­krot­nie przy­wo­ły­wa­ne. I słusz­nie. Za­wie­ra­ją bo­wiem zda­nia klu­czo­we dla ży­cia du­cho­we­go Mic­kie­wi­cza w tam­tej epo­ce. To­masz Łu­bień­ski na­pi­sał na­wet, że w li­ście do Chlu­stin Mic­kie­wicz "na tle Kon­stan­ty­no­po­la ry­su­je swój au­to­por­tret psy­cho­lo­gicz­ny"57. Zgo­da. War­to więc naj­pierw przyj­rzeć się temu, jak kre­śli tło do swo­je­go wi­ze­run­ku.

Nie chce opo­wia­dać przy­ja­ciół­ce o "ze­wnętrz­nych wspa­nia­ło­ściach Kon­stan­ty­no­po­la". Zna je ona do­sta­tecz­nie do­brze z opi­sów in­nych po­dróż­ni­ków58. Mic­kie­wicz przy­pusz­cza rów­nież, że za­pew­ne wi­dzia­ła w Pa­ry­żu na­ma­lo­wa­ną na płót­nie i kar­to­nie dio­ra­mę mia­sta, któ­ra zwo­dząc zmysł wzro­ku, da­wa­ła wi­dzom do­sko­na­łą ilu­zję rze­czy­wi­sto­ści. Po­dob­nie jak wcze­śniej­sze la­tar­nie ma­gicz­ne czy póź­niej­sze pa­no­ra­my. Tego ro­dza­ju wspa­nia­łe wi­do­wi­ska cie­szy­ły się - po­czy­na­jąc od lat dwu­dzie­stych XIX wie­ku - nie­by­wa­łym po­wo­dze­niem. Dio­ra­ma, o któ­rej wspo­mi­na Mic­kie­wicz, wy­na­le­zio­na przez Da­gu­er­re'a i Bo­uto­na, bu­dzi­ła en­tu­zjazm Cha­te­au­brian­da ("Złu­dze­nie było zu­peł­ne" - pi­sał po obej­rze­niu w Pa­ry­żu sztucz­nej Je­ro­zo­li­my i sztucz­nych Aten59) i Bal­za­ca, któ­ry "na­zy­wa ją jed­nym z cu­dów stu­le­cia"60. Bau­de­la­ire, jako kry­tyk sztu­ki re­cen­zu­ją­cy pej­za­że wy­sta­wio­ne w Sa­lo­nie 1859 roku, po­świę­cił dio­ra­mie po­chwal­ne zda­nia, prze­ciw­sta­wia­jąc ją ob­ra­zom pej­za­ży­stów ma­ją­cych "ta­len­ty grzecz­ne lub nie­wiel­kie, złą­czo­ne z wiel­kim le­ni­stwem wy­obraź­ni". De­kla­ro­wał: "Wolę ra­czej oglą­dać dio­ra­my, któ­rych bru­tal­na ma­gia po­tra­fi mi na­rzu­cić uży­tecz­ną ilu­zję; wolę oglą­dać pew­ne de­ko­ra­cje te­atral­ne, gdzie wi­dzę moje naj­droż­sze sny w ar­ty­stycz­nym kształ­cie i tra­gicz­nej kon­den­sa­cji. Po­nie­waż są to rze­czy fał­szy­we, są nie­skoń­cze­nie bliż­sze praw­dy; tym­cza­sem więk­szość na­szych pej­za­ży­stów to kłam­cy, wła­śnie dla­te­go, że po­nie­cha­li kłam­stwa"61.

Mic­kie­wicz nie po­dzie­la upodo­ba­nia do tak skom­pli­ko­wa­nej dia­lek­ty­ki w do­cho­dze­niu do praw­dy. Opi­su­jąc Kon­stan­ty­no­pol, od­rzu­ca (i prze­kra­cza) ze­wnętrz­ny ob­raz świa­ta, któ­ry od­twa­rza­ją dio­ra­my. To, co znaj­du­je się na po­wierzch­ni, wy­da­je mu się mało waż­ne. "Nie będę opo­wia­dał o ze­wnętrz­nych wspa­nia­ło­ściach" - de­kla­ru­je. Za­miast tego przed­sta­wia ro­dzaj fe­no­me­no­lo­gicz­ne­go wnik­nię­cia w głąb, dzię­ki któ­re­mu moż­na zaj­rzeć pod pod­szew­kę świa­ta, od­rzu­cić po­zo­ry, ja­kie roz­snu­wa wo­kół sie­bie byt. Mic­kie­wicz zdzie­ra więc za­sło­nę wspa­nia­ło­ści Orien­tu. Kon­stan­ty­no­pol, miej­sce swo­jej przy­szłej śmier­ci, przed­sta­wia "od we­wnątrz". Co dzię­ki temu do­strze­ga?

"Trze­ba mieć zmy­sły iście de­mo­kra­tycz­ne i bar­dzo moc­ne, aby znieść pierw­sze wra­że­nie wschod­nie­go mia­sta. Jed­nak­że szyb­ko się do tego przy­zwy­cza­iłem"62. Przy­szło mu to tym ła­twiej, że nędz­ne re­jo­ny Kon­stan­ty­no­po­la przy­po­mi­na­ły mu nie­któ­re dziel­ni­ce jego "ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka li­tew­skie­go". "Pro­szę so­bie wy­obra­zić na przy­kład - pi­sał - plac tar­go­wy, po­kry­ty war­stwą na­wo­zu i pie­rza, gdzie się spo­koj­nie prze­cha­dza­ją kury, in­dy­ki i wszel­kie­go ro­dza­ju stwo­rze­nia wśród gro­mad drze­mią­cych psów. Aby jed­nak do­stać się z tego pla­cu do nas, trze­ba było iść ulicz­ka­mi, któ­re wy­da­ły mi się tak pry­mi­tyw­ne i tak ma­low­ni­cze, że oszczę­dzam Pani ich opi­su. Sta­now­czo nie będę na­ma­wiał Pani do po­dró­ży na Wschód. Co do mnie, przy­zwy­cza­iłem się do tego - jak to już po­wie­dzia­łem - zu­peł­nie. Zresz­tą zdo­by­wam się tyl­ko raz dzien­nie na te prze­pra­wy po­przez kupy zde­chłych szczu­rów i roz­pła­ta­nych ko­tów, po­przez An­gli­ków spi­tych na umór i tu­rec­kich tra­ga­rzy, któ­rzy szczel­nie za­gra­dza­ją obie stro­ny ulicz­ki"63.

Nie było to pierw­sze do­świad­cze­nie tego ro­dza­ju. Już kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, pod­czas po­sto­ju w Smyr­nie, Mic­kie­wi­cza za­ję­ła po­dob­no bar­dziej kupa śmie­ci niż gro­ta Ho­me­ra - miej­sco­wa atrak­cja tu­ry­stycz­na, cel li­te­rac­kich piel­grzy­mek. Czy tak było na­praw­dę? Słu­żal­ski nic o tym nie pi­sze w swo­im dzien­ni­ku po­dróż­nym. Być może dla­te­go, że jego wra­że­nia są inne. Daje się uwieść ma­gii Orien­tu i mno­go­ści jego form: "Ja je­stem jak ten, co pierw­szy raz na eks­po­zy­cją lub do Mu­zeum Wscho­du ja­kie­go wszedł. Tyle no­wych rze­czy, nad każ­dą trze­ba cza­su za­sta­no­wić się, by wy­obra­że­nie schwy­cić. Ko­nie, wiel­błą­dy, osły, psy, owce, skle­py, bu­dyn­ki, lu­dzie, wszyst­ko dziw­ne i nowe"64. Od­no­to­wu­je tyl­ko, że w Smyr­nie "panu Ada­mo­wi zu­peł­nie się No­wo­gró­dek przy­po­mniał". O ku­pie śmie­ci ani sło­wa. Mu­si­my więc za­ufać świa­dec­twu z dru­giej, czy na­wet trze­ciej ręki. Ka­rol Brzo­zow­ski, któ­ry pa­ro­krot­nie roz­ma­wiał z Mic­kie­wi­czem w Kon­stan­ty­no­po­lu, w 1857 roku zdał Mie­czy­sła­wo­wi Paw­li­kow­skie­mu re­la­cję z jed­nej z ta­kich roz­mów, ten zaś opi­sał ją w "Dzien­ni­ku Li­te­rac­kim". W taki spo­sób, okręż­ną dro­gą do­tar­ły do nas te oto sło­wa po­ety:

"Mó­wio­no mi, że w Smyr­nie ma być gro­ta Ho­me­ra, ale ja tam nie­cie­ka­wy tego! Ja się przy­pa­try­wa­łem cze­mu in­ne­mu. Le­ża­ła tam kupa gno­ju i śmie­ci­ska, wszyst­kie szcząt­ki ra­zem: gnój, śmie­ci, po­my­je, ko­ści, po­tłu­czo­ne cze­re­py, ka­wał po­de­szwy sta­re­go pan­to­fla, pie­rza tro­chę; - to mnie się po­do­ba­ło! Dłu­go sta­łem tam, bo zu­peł­nie tam było jak przed karcz­mą w Pol­sce". Swo­ją opo­wieść skoń­czył sło­wa­mi: "Ale syn mój to już by tego nie ro­zu­miał, co ja tam wi­dzę, i wo­lał­by pójść do gro­ty Ho­me­ra!"65

A czy my dzi­siaj ro­zu­mie­my, co on tam wi­dział, w tej "ku­pie gno­ju" czy w "ku­pach zde­chłych szczu­rów i roz­pła­ta­nych ko­tów"?

Mic­kie­wi­czo­lo­dzy - idąc za au­to­in­ter­pre­ta­cyj­ną wska­zów­ką Mic­kie­wi­cza i za su­ge­stia­mi Słu­żal­skie­go - nie­raz już pi­sa­li, że w tej oso­bli­wej fa­scy­na­cji ujaw­ni­ła się tę­sk­no­ta po­ety do "kra­ju lat dzie­cin­nych", któ­re­go wi­do­ki nie­spo­dzie­wa­nie od­na­lazł na Wscho­dzie. Chmie­low­ski przy­wo­łu­je frag­ment li­stu do Chlu­stin, w któ­rym Mic­kie­wicz o tym pi­sze, nie daje jed­nak wła­sne­go ko­men­ta­rza66. Kal­len­bach stresz­cza jed­nym zda­niem: "przy­po­mnia­ły mu się żywo ulicz­ki no­wo­grodz­kie"67. Zo­sta­wia­jąc na inny czas sys­te­ma­tycz­ne stu­dia po­rów­naw­cze, wy­ryw­ko­wo się­gam po kil­ka now­szych bio­gra­fii po­ety, by spraw­dzić trwa­łość tej daw­nej fi­gu­ry bio­gra­ficz­nej68. U Ma­rii Der­na­ło­wicz znaj­du­ję zda­nie: "Zdu­mie­wa­ją­ce: chwi­la­mi miał wra­że­nie, że wi­dzi w nim [w Kon­stan­ty­no­po­lu] - No­wo­gró­dek"69. Po­dob­nie w Mic­kie­wi­czu Zbi­gnie­wa Su­dol­skie­go: "Smyr­na przy­po­mi­na­ła mu No­wo­gró­dek, przed kupą śmie­ci dłu­go stał roz­my­śla­jąc, przy­wo­łu­jąc w pa­mię­ci brud przed karcz­mą w Pol­sce"70. Ja­cek Łu­ka­sie­wicz z ko­lei za­uwa­ża, że "śmie­ci i brud­ne ba­za­ry przy­po­mi­na­ły mu li­tew­skie mia­stecz­ka", i wzmac­nia to stwier­dze­nie przy­wo­ła­nym na mar­gi­ne­sie cy­ta­tem z li­stu Mic­kie­wi­cza71. Zak­tu­ali­zo­wa­na przez tro­je au­to­rów fi­gu­ra bio­gra­ficz­na na­rzu­ca zda­rze­niom ze Smyr­ny i Kon­stan­ty­no­po­la wy­kład­nię sen­ty­men­tal­no-no­stal­gicz­ną. Su­ge­ru­je sym­bo­licz­ny po­wrót do prze­szło­ści72. Mic­kie­wicz od­naj­du­je w tym, co "tu i te­raz", to, co "tam i wte­dy". To, co mu się przed­sta­wia (w Smyr­nie i w Kon­stan­ty­no­po­lu), wy­da­je się waż­ne dla­te­go, że jest ko­lej­nym wcie­le­niem tego, co było (w No­wo­gród­ku). Nie od­po­wia­da jed­nak na py­ta­nie,   c z y m   j e s t  to, co było i co się te­raz na nowo przed­sta­wia. Dzię­ki ta­kiej fi­gu­rze po­zna­je­my struk­tu­rę sen­ty­men­tu Mic­kie­wi­cza, a nie jego obiekt.

W nie­co in­nym kie­run­ku niż su­ge­ro­wa­ny przez po­etę po­dą­ży­ły roz­wa­ża­nia Ali­ny Wit­kow­skiej, któ­ra pi­sa­ła: "mia­sto od­sła­nia­ło [Mic­kie­wi­czo­wi] swe wnę­trze - może wła­ści­wiej by­ło­by po­wie­dzieć - wnętrz­no­ści, na­tu­ra­li­stycz­nie pre­zen­tu­jąc praw­dzi­wie orien­tal­ną fe­erię bru­du". I da­lej: "od­sło­ni­ło przy­by­szo­wi swój brzuch pe­łen nie­czy­sto­ści, swą fi­zjo­lo­gię ist­nie­nia"73. Wit­kow­ska, zwró­ciw­szy od­kryw­czo uwa­gę na "es­te­ty­kę okrop­no­ści stam­bul­skiej uli­cy", robi jed­nak pół kro­ku wstecz. Za­uwa­ża, że "na­tu­ral­ność nie­ła­du i brak ry­go­rów cy­wi­li­za­cyj­nych", wie­lo­kul­tu­ro­wość spra­wi­ły, iż po­eta "w Stam­bu­le mógł od­czuć   p o w i e w   s w o j s z c z y z n y, ab­so­lut­nie nie­uchwyt­ny w mia­stach Za­cho­du"74. Do po­dob­ne­go wnio­sku do­cho­dzi To­masz Łu­bień­ski, pi­sząc, że Mic­kie­wicz "czu­je się w Kon­stan­ty­no­po­lu, w od­mien­nej cy­wi­li­za­cji,  t r o c h ę   u   s i e b i e  i dla­te­go pa­trzy na nią bez prze­sad­nych sen­ty­men­tów"75. Łu­bień­ski od­bie­ra jed­nak wy­po­wie­dzi Mic­kie­wi­cza eg­zy­sten­cjal­ną do­nio­słość. Wi­dzi w jego li­ście do świa­to­wej damy, Wie­ry Chlu­stin, "to­wa­rzy­ską re­la­cję świa­tow­ca, któ­re­go nic nie zgor­szy, nic nie zdzi­wi, nie wy­pro­wa­dzi z rów­no­wa­gi, któ­re­mu nic nie za­im­po­nu­je, bo ma dy­stans do Wscho­du czy Za­cho­du, a po­tra­fi być, kie­dy trze­ba czy kie­dy chce, iro­nicz­ny albo sen­ty­men­tal­ny"76. Być może. War­to jed­nak przy­jąć za­kład, że mamy tu do czy­nie­nia nie z za­ba­wą w kon­wen­cje, lecz z eg­zy­sten­cjal­nym ujaw­nie­niem. Dla­te­go my­ślę, że "kupa gno­ju", w któ­rą wpa­try­wał się w Smyr­nie Mic­kie­wicz, od­rzu­ca­jąc moż­li­wość od­by­cia ry­tu­al­nej piel­grzym­ki do gro­ty Ho­me­ra, za­słu­gu­je na więk­sze her­me­neu­tycz­ne sta­ra­nie i więk­szą psy­cho­ana­li­tycz­ną do­cie­kli­wość. Szko­da, że Jean-Char­les Gil­les-Ma­isa­ni, przy­wo­łu­jąc list do Wie­ry Chlu­stin, zwra­ca uwa­gę je­dy­nie na frag­ment mó­wią­cy o bez­in­te­re­sow­no­ści miej­sco­wych kup­ców i nic o niej nie pi­sze77. Bo nie tyl­ko (i nie przede wszyst­kim) ta "kupa gno­ju" jest waż­na, ale też  c z ł o w i e k, któ­ry się w nią wpa­tru­je i   k t ó r y   w k r ó t c e   u m r z e.

18. Ab­dul­lah Fr?res, Uli­ca w Kon­stan­ty­no­po­lu, fo­to­gra­fia z 1865 roku

19. Eli Lo­tar, fo­to­gra­fia z cy­klu Rzeź­nia La Vil­let­te, 1929

Czy rze­czy­wi­ście po­wra­ca my­ślą do "kra­ju lat dzie­cin­nych" we­dle no­stal­gicz­ne­go wzo­ru in­ter­pre­ta­cji, któ­ry sam usta­na­wia? Za­pew­ne. Nie ma po­wo­du, by nie wie­rzyć Mic­kie­wi­czo­wi i od­rzu­cać jego au­to­in­ter­pre­ta­cję, chęt­nie pod­chwy­co­ną przez mic­kie­wi­czo­lo­gów. Ale choć z całą pew­no­ścią i słusz­na, i traf­na, przy­sła­nia ona inne moż­li­wo­ści zro­zu­mie­nia tej za­sta­na­wia­ją­cej fa­scy­na­cji sta­re­go po­ety, któ­ry w Kon­stan­ty­no­po­lu na­po­tkał na swej dro­dze śmierć.

Bez­kształt­ne

W 1857 roku Char­les Bau­de­la­ire pu­bli­ku­je słyn­ny wiersz Une Cha­ro­gne - Pa­dli­na. Przed­sta­wio­na w nim sy­tu­acja przy­wo­dzi na myśl zda­rze­nia ze Smyr­ny i Kon­stan­ty­no­po­la. Z po­wo­du te­ma­tu wiersz ten może być od­no­szo­ny do po­ezji ba­ro­ko­wej. W mło­do­ści Bau­de­la­ire był jej żar­li­wym czy­tel­ni­kiem. Ale te­mat - choć kon­wen­cjo­nal­ny - zo­stał po­now­nie od­na­le­zio­ny przez po­etę w te­raź­niej­szo­ści (i prze­kształ­co­ny). Ko­men­ta­to­rzy skwa­pli­wie pod­su­wa­ją bio­gra­ficz­ny klucz lek­tu­ry78. Po­dob­nie jak re­la­cje Mic­kie­wi­cza, wiersz Bau­de­la­ire'a przed­sta­wia na­głe spo­tka­nie:

U za­krę­tu le­ża­ła plu­ga­wa pa­dli­na

Na ścież­ce żwi­rem za­sia­nej.

Z no­ga­mi za­dar­ty­mi lu­bież­nej ko­bie­ty,

Pa­ru­jąc i sie­jąc tru­ci­zny,

Nie­dba­ła i cy­nicz­na otwar­ła se­kre­ty

Brzu­cha peł­ne­go zgni­li­zny.

Słoń­ce pra­żąc to ścier­wo ja­rzy­ło się w gó­rze,

Jak­by roz­ło­żyć pra­gnę­ło

I od­dać wie­lo­krot­nie po­tęż­nej Na­tu­rze

Złą­czo­ne z nią nie­gdyś dzie­ło.79

Bau­de­la­ire'owi po­trzeb­ny jest ten ob­raz po to, by po­ka­zać mar­ność cie­le­sne­go pięk­na ko­bie­ty, któ­re - jako for­ma ma­ją­ca opar­cie w ma­te­rii - znik­nie po "sa­kra­men­tach ostat­nich". Sło­wa te kie­ru­je do współ­to­wa­rzysz­ki spa­ce­ru (Clau­de Pi­cho­is wi­dzi w niej, zgod­nie z tra­dy­cją od­czy­tań, ko­chan­kę po­ety, Je­an­ne Du­val80):

A jed­nak upodob­nisz się do tego bło­ta,

Co tchem za­raź­li­wym zie­je,

Gwiaz­do mych oczu, słoń­ce mo­je­go ży­wo­ta,

Pa­sjo moja i mój anie­le!

Va­ni­tas va­ni­ta­tum et omnia va­ni­tas. Nic no­we­go pod słoń­cem, może prócz więk­szej niż u po­etów ba­ro­ko­wych daw­ki "sa­dy­zmu mo­ral­ne­go"81. Do­pie­ro w ostat­niej stro­fie na­stę­pu­je prze­kro­cze­nie i od­wró­ce­nie. Je­dy­nym ra­tun­kiem - oca­le­niem cie­le­snej do­sko­na­ło­ści ko­chan­ki - jest pa­mięć po­ety, któ­ra za­cho­wa "for­mę i treść bo­ską"82.

W swo­ich pro­za­tor­skich (i pro­za­icz­nych) re­la­cjach ze Wscho­du Mic­kie­wicz, któ­ry przed laty, w od­le­głej no­wo­gródz­kiej mło­do­ści, uważ­nie wy­słu­chał lek­cji Jean Pau­la na te­mat ni­co­ści83, za­cho­wał się in­a­czej niż Bau­de­la­ire w po­etyc­kiej Pa­dli­nie. Nic nie mówi o oca­le­niu, o prze­trwa­niu - ani też o nie­śmier­tel­nej for­mie. Przed Mic­kie­wi­czem, "nie bez pew­nej przy­jem­no­ści" (a więc nie abiek­tu­al­nie84) pa­trzą­cym w Kon­stan­ty­no­po­lu na "kupy zde­chłych szczu­rów i roz­pła­ta­nych ko­tów", od­sła­nia­ją się for­my chy­lą­ce się ku upad­ko­wi. Nie oca­la ich przed roz­kła­dem i ni­co­ścią pa­mięć po­ety ani for­ma po­etyc­ka. Mic­kie­wicz przy­glą­da się im w nie­mym sku­pie­niu. I bez sprze­ci­wu. Za­cie­ra­ją się przed nim kon­tu­ry daw­nych form. Byt robi krok wstecz i co­fa­jąc się, osu­wa w stan nie­okre­ślo­ny, trud­ny do na­zwa­nia, nie­zro­zu­mia­ły. Mic­kie­wi­czo­wi bli­żej z ta­kim wi­dze­niem świa­ta do Ba­ta­il­le'a, któ­ry uro­dził się kil­ka­dzie­siąt lat po jego śmier­ci, niż do Bau­de­la­ire'a, z któ­rym mógł się spo­tkać na pa­ry­skiej uli­cy czy w pa­ry­skich pa­sa­żach. Przed po­etą i w Smyr­nie, i w Kon­stan­ty­no­po­lu (to zna­czy   n a   W s c h o d z i e) od­sła­nia się coś, co być może - któż to wie na pew­no - po­zwa­la (uła­twia) mu zro­bić ostat­ni krok w ży­ciu, dojść do gra­ni­cy ist­nie­nia, do stre­fy po­śred­niej mię­dzy for­mą a ni­co­ścią - stre­fy, któ­rą   Z a c h ó d, co­raz bar­dziej od­da­ją­cy się we wła­da­nie ilu­zji, mod­nych dio­ram i pa­no­ram, ukry­wa, ka­mu­flu­je, spy­cha pod po­wierzch­nię.

To "coś" mło­dy Ba­ta­il­le w epo­ce wy­da­wa­nia "Do­cu­ments" na­zwie in­for­me, któ­re w do­słow­nym prze­kła­dzie od­po­wia­da pol­skie­mu sło­wu "bez­kształt­ny". Ba­ta­il­le na­da­je mu jed­nak spe­cjal­ne zna­cze­nie: "in­for­me - pi­sze - nie jest wy­łącz­nie przy­miot­ni­kiem ma­ją­cym ta­kie zna­cze­nie, lecz ter­mi­nem słu­żą­cym do de­kla­so­wa­nia, wy­ma­ga­ją­cym, by każ­da rzecz mia­ła swo­ją for­mę. To, na co on wska­zu­je, nie ma praw w żad­nym sen­sie i wszę­dzie jest miaż­dżo­ne jak pa­jąk albo dżdżow­ni­ca. Aby za­do­wo­lić aka­de­mi­ków, świat mu­siał­by bo­wiem mieć for­mę. Cała fi­lo­zo­fia nie ma in­ne­go celu niż ten: cho­dzi o wbi­cie w sur­dut tego, co ist­nie­je, w ma­te­ma­tycz­ny sur­dut. Na­to­miast twier­dzić, że świat ni­cze­go nie przy­po­mi­na i jest tyl­ko   b e z k s z t a ł t n y, to tak jak­by po­wie­dzieć, że świat jest czymś ta­kim jak pa­jąk albo plwo­ci­na"85.

Tych kil­ka zdań opu­bli­ko­wa­nych w roku 1929 w siód­mym nu­me­rze "Do­cu­ments" sta­nie się przed­mio­tem roz­licz­nych eg­ze­gez i za­cie­kłych spo­rów eg­ze­ge­tów, a klu­czo­wy w nim ter­min in­for­me zro­bi - zwłasz­cza w ostat­nich dwóch de­ka­dach - bły­sko­tli­wą ka­rie­rę86. Zda­je się, że Ba­ta­il­le'owi i tym ra­zem uda­ło się do­tknąć do­tych­czas nie­roz­po­zna­nej i nie­zde­fi­nio­wa­nej do­sta­tecz­nie sfe­ry ludz­kich do­świad­czeń. Bo ka­te­go­ria in­for­me (któ­rą naj­chęt­niej od­dał­bym pol­skim sło­wem "bez­kształt­ne") ogar­nia to, co do­tąd nie mia­ło na­zwy (a więc i wy­ra­zi­sto­ści po­ję­cio­wej), lecz wdzie­ra­jąc się wszyst­ki­mi szcze­li­na­mi, za­wsze za­gra­ża­ło le­piej lub go­rzej ukształ­to­wa­nym ist­nie­niom, któ­ry­mi je­ste­śmy (do­pó­ki nie umrze­my).

Czym za­tem jest in­for­me? Czym jest owo "bez­kształt­ne"?

Nie po­wi­nie­nem zbyt da­le­ko iść w kie­run­ku, któ­ry wy­zna­cza to py­ta­nie. To­wa­rzy­szę Mic­kie­wi­czo­wi w jego ostat­niej po­dró­ży (do Kon­stan­ty­no­po­la) i jego ostat­niej dro­dze, któ­rej cel nie jest jesz­cze ja­sny. I dla­te­go nie mogę pod­da­wać się uwo­dzi­ciel­skie­mu uro­ko­wi in­for­me, choć kto wie, czy nie by­ła­by to naj­wła­ściw­sza for­mu­ła to­wa­rzy­sze­nia ko­muś, kto wkrót­ce umrze i kogo spo­tka­nie z "bez­kształt­nym" za­trzy­ma­ło w ży­cio­wym mar­szu. Nie był on, rzecz ja­sna, pierw­szym i nie był ostat­nim, któ­re­mu się to przy­tra­fi­ło. Świę­ty Au­gu­styn mógł­by być pa­tro­nem Mic­kie­wi­cza, Ba­ta­il­le'a i tylu in­nych, któ­rzy nie­opatrz­nie za­py­ta­li o ko­niec. Albo o po­czą­tek.

Na pierw­szych stro­nach dwu­na­stej księ­gi Wy­znań świę­te­go Au­gu­sty­na zaj­mu­je dzie­ło stwo­rze­nia (pod­czas gdy Ba­ta­il­le sku­pia się na znisz­cze­niu i roz­pa­dzie). Nie po­tra­fi on po­jąć po­cząt­ku ist­nie­nia, wy­obra­zić so­bie sta­nu po­prze­dza­ją­ce­go wspa­nia­ły świat form, któ­ry po­strze­ga zmy­sła­mi. I tym ra­zem Bóg jest źró­dłem jego wie­dzy. Zwra­ca się więc do nie­go: "po­uczy­łeś mnie, że za­nim ukształ­to­wa­łeś ową bez­kształt­ną ma­te­rię w róż­ne for­my, nie było ani bar­wy, ani kształ­tu żad­ne­go, ani cia­ła, ani du­cha. Nie był to jed­nak stan ni­co­ści; ist­nia­ła   j a k a ś   b e z k s z t a ł t n a   m a t e r i a,  nie ma­ją­ca żad­nych cech"87. Świę­ty za­ry­so­wu­je tym spo­so­bem tria­dę: for­ma - bez­kształt­na ma­te­ria - ni­cość. Pa­ro­krot­nie po­wta­rza, że in­for­me - by po­słu­żyć się mo­der­ni­zu­ją­co ter­mi­nem Ba­ta­il­le'a - nie jest ni­co­ścią, nie wie jed­nak, czym ono jest. I nie po­tra­fi po­su­nąć się w my­śle­niu da­lej, po­nie­waż owa "bez­kształt­na ma­te­ria", o któ­rej pi­sze, jest nie­do­stęp­na dla zmy­słów. Ka­pi­tu­lu­je wo­bec niej rów­nież wy­obraź­nia, któ­rą wy­peł­nia­ją for­my już ist­nie­ją­ce, to­też świę­ty Au­gu­styn może po­jąć bez­kształt­ne "nie jako coś, cze­mu brak wszel­kie­go kształ­tu, lecz jako coś ma­ją­ce­go kształt tak nie­zwy­kły i po­twor­ny, że gdy­by się uka­zał, zmy­sły na­sze by się wzdry­gnę­ły, a sła­bość na­sza sku­li­ła­by się z trwo­gi"88. Wy­obraź­nia bo­wiem nie jest wol­na, lecz re­gre­syw­na, wstecz­na, uza­leż­nio­na od tego, co już ist­nie­je. "To, co so­bie w ja­kiś spo­sób wy­obra­ża­łem, nie było na­praw­dę bez­kształt­ne, czy­li po­zba­wio­ne wszel­kie­go kształ­tu, lecz było tyl­ko nie­kształt­ne w po­rów­na­niu do rze­czy pięk­niej ukształ­to­wa­nych"89.

Sta­ra­jąc się prze­zwy­cię­żyć trud­ność wy­obra­że­nia so­bie tego, co bez­kształt­ne, świę­ty Au­gu­styn go­tów jest zwró­cić się ku ni­co­ści. "Ła­twiej by mi było przy­jąć, że coś, co nie ma żad­ne­go kształ­tu, w ogó­le nie ist­nie­je, ni­że­li so­bie wy­obra­zić coś po­śred­nie­go mię­dzy for­mą a ni­co­ścią, nie bę­dą­ce­go ani czymś ukształ­to­wa­nym, ani ni­co­ścią, po­jąć coś bez­kształt­ne­go, gra­ni­czą­ce­go z ni­co­ścią"90. Nic z tego jed­nak nie wy­cho­dzi. Ko­lej­ne fia­sko wy­obraź­ni. Błąd świę­te­go po­le­gał - jak się zda­je - na tym, że sta­le dia­lo­gu­jąc w Wy­zna­niach ze Stwór­cą, pró­bo­wał przy­jąć jego per­spek­ty­wę. Tym­cza­sem jest ona czło­wie­ko­wi nie­do­stęp­na (więc być może w ogó­le nie ist­nie­je). Czło­wiek sam nie wy­cho­dzi od ni­co­ści ku ist­nie­niu - ku for­mie. Czło­wiek może je­dy­nie dojść do ni­co­ści, mi­ja­jąc po dro­dze in­for­me - "bez­kształt­ną ma­te­rię" świę­te­go Au­gu­sty­na.

Po­ucza­ją­ca przy­go­da ma­lar­stwa no­wo­żyt­ne­go po­ka­zu­je, w jaki spo­sób (na po­wierzch­ni płót­na) może ob­ja­wiać się bez­kształt­ne. Roz­po­czę­ła się ta przy­go­da w Ley­dzie na po­cząt­ku XVII wie­ku, wraz z roz­kwi­tem ga­tun­ku mar­twej na­tu­ry, o któ­rej Paul Clau­del po­wie­dział, że "jest ła­dem, któ­ry się wła­śnie roz­przę­ga"91. Char­les Ster­ling, au­tor kla­sycz­nej już dzi­siaj książ­ki Mar­twa na­tu­ra, skru­pu­lat­nie wy­li­cza sto­so­wa­ne w tam­tej epo­ce "sym­bo­le ob­ra­zu­ją­ce nie­trwa­łość ży­cia i ma­te­rii". Na­le­żą do nich: "znisz­czo­ne książ­ki [...], zwię­dłe kwia­ty, ze­psu­te owo­ce, czer­stwy chleb, zgli­wia­ły ser, ze­rwa­ne sznu­ry - oraz te, któ­re świad­czą o nie­unik­nio­nym upły­wie cza­su - klep­sy­dry, ze­ga­ry, do­ga­sa­ją­ce świe­ce"92. Re­jestr nie jest peł­ny. Do­dać do nie­go na­le­ży - i Ster­ling do­da­je - sym­bo­le kru­cho­ści i nie­trwa­ło­ści, ta­kie jak bań­ka my­dla­na, mo­tyl, kwiat czy dym, a tak­że licz­ne sym­bo­le z czasz­ką i pisz­cze­la­mi na cze­le, któ­rych po­ja­wie­nie się na płót­nie po­śród zwy­kłych przed­mio­tów ży­cia co­dzien­ne­go nada­wa­ło im wa­ni­ta­tyw­ne pięt­no i wa­ni­ta­tyw­ny wy­dźwięk93.

Ale już wów­czas - w epo­ce kon­wen­cjo­na­li­zu­ją­cych się przed­sta­wień mar­no­ścio­wych - zda­rzy­ło się coś, co wy­kro­czy­ło poza ufor­mo­wa­ną i sko­dy­fi­ko­wa­ną kon­wen­cję: Roz­pła­ta­ny wół Rem­brand­ta z 1655 roku. Ster­ling utrzy­mu­je, że ma­larz od­no­wił tym ob­ra­zem ga­tu­nek mar­twej na­tu­ry. Za­pew­ne tak było, lecz wi­ze­ru­nek roz­pła­ta­ne­go wołu na­le­ży za­ra­zem do dłu­giej se­rii ob­ra­zo­wych (ma­lar­skich) prób przed­sta­wie­nia in­for­me - bez­kształt­ne­go, któ­re nie od­wo­ły­wa­ły się do wa­ni­ta­tyw­nych od­nie­sień i ko­no­ta­cji. Co wię­cej, ob­raz Rem­brand­ta ini­cju­je tę se­rię. "Jak każ­de praw­dzi­we wy­da­rze­nie du­cho­we, ta mar­twa na­tu­ra nie mo­gła po­zo­stać bez dzie­dzic­twa. Nie prze­sta­ła i nie prze­sta­je in­spi­ro­wać ma­la­rzy" - za­uwa­ża Ster­ling94 i wska­zu­je na kil­ka przy­kła­dów: Ba­ra­nią gło­wę Goi, Od­cię­te ra­mio­na i nogi Géri­caul­ta, Jat­kę Dau­mie­ra, a tak­że na Osku­ba­ne ko­gu­ty So­uti­ne'a. Przy­wo­ła­ni przez nie­go ma­la­rze zbli­ży­li się do sfe­ry bez­kształt­ne­go, któ­re na ich ob­ra­zach było efek­tem odar­cia ze skó­ry, po­ćwiar­to­wa­nia, roz­człon­ko­wa­nia. Te em­ble­ma­ty in­for­me wol­ne są jed­nak od na­tręt­nych na­po­mnień ka­zno­dzie­jów i mo­ra­li­stów, że wszy­scy po­mrze­my i ob­ró­ci­my się w proch. Sta­no­wią ra­czej ma­lar­skie fe­no­me­no­lo­gie roz­pa­du, upad­ku, za­ni­ku, de­gra­da­cji. Na­wet w Roz­pła­ta­nym wołu Rem­brand­ta trud­no zo­ba­czyć - jak chce Ster­ling - "mar­twe mię­so", któ­re "tchnie nie­sa­mo­wi­tą ener­gią ży­cia, jesz­cze wy­czu­wal­ną w roz­ło­ży­stej pier­si i pa­te­tycz­nym ru­chu od­nó­ży"95. Po­dob­ny (do­ku­men­ta­cyj­ny, fe­no­me­no­lo­gicz­ny) za­miar mie­li fo­to­gra­fi­cy współ­pra­cu­ją­cy z "Do­cu­ments" Ba­ta­il­le'a, tacy jak Eli Lo­tar, au­tor se­rii zdjęć z rzeź­ni de la Vil­let­te, czy Ja­cqu­es-An­dré Bo­if­fard, fo­to­gra­fu­ją­cy lep na mu­chy, wiel­ki pa­luch czy roz­war­te usta96.

Opi­sa­ne tu po­krót­ce wy­sił­ki ma­la­rzy i fo­to­gra­fów nie za­do­wo­li­ły­by jed­nak świę­te­go Au­gu­sty­na, któ­ry pra­gnął po­znać ta­jem­ni­ce stwo­rze­nia, nie zaś upad­ku i de­gra­da­cji. A sko­ro py­tał, "cóż mo­gło być bliż­sze­go bez­kształt­no­ści ni­że­li nie­bo i ot­chłań mo­rza"97, bar­dziej przy­pa­dły­by mu pew­nie do ser­ca ro­man­tycz­ne płót­na przed­sta­wia­ją­ce lawy wul­ka­nicz­ne, ob­ło­ki po­szu­ku­ją­ce for­my czy prze­wa­la­ją­ce się fale oce­anu pod­czas bu­rzy. Peł­ne pa­to­su i wznio­sło­ści pra­ce ro­man­ty­ków, ta­kich jak Wil­liam Tur­ner, Ca­spar Da­vid Frie­drich, John Con­sta­ble, Pier­re Hen­ri de Va­len­cien­nes czy Georg Mi­chel, o ile nie przed­sta­wia­ją ka­ta­stro­fy, po­zwa­la­ją wy­obra­zić so­bie coś, co jesz­cze nie ma kształ­tu, ale do­pie­ro go szu­ka. Co in­ne­go jed­nak na­po­tkać na swo­jej dro­dze "pa­dli­nę" (jak Bau­de­la­ire) czy "kupę gno­ju" (jak Mic­kie­wicz). Ta pro­sta kon­fron­ta­cja po­ka­zu­je, że w ma­lar­skich pró­bach przed­sta­wie­nia in­for­me moż­na wska­zać na dwie prze­ciw­staw­ne orien­ta­cje: "jesz­cze nie" i "już nie" - bez­kształt­ne, z któ­re­go do­pie­ro wy­ła­nia się ja­kaś for­ma, i ta­kie, któ­re jest efek­tem de­gra­da­cji i roz­pa­du98.

20. Rem­brandt van Rijn, Roz­pła­ta­ny wół, ob­raz olej­ny, 1655, Luwr

21. Fran­cis Ba­con, Po­stać na tle mię­sa, ob­raz olej­ny, 1954 rok

22. Fran­ci­sco de Goya, Mar­twa na­tu­ra z ba­ra­nią gło­wą, ob­raz olej­ny, 1810-1812, Luwr

23. 24. Eli Lo­tar, fo­to­gra­fie z cy­klu Rzeź­nia La Vil­let­te, 1929

"Już nie"

W opo­wie­dzia­nych przez Mic­kie­wi­cza zda­rze­niach wy­raź­nie do­mi­nu­je to­na­cja "już nie". Mic­kie­wi­cza nie zaj­mu­je na Wscho­dzie po­wsta­wa­nie, lecz gi­nię­cie. A więc re­gres, cof­nię­cie się do ja­kichś pier­wot­niej­szych form ist­nie­nia? Nie tyl­ko. Taka ro­us­so­istycz­na in­ter­pre­ta­cja (przy­po­mnę, że przed­sta­wio­na przez Lévy'ego expres­sis ver­bis) by­ła­by może wy­star­cza­ją­ca do wy­ja­śnie­nia do­świad­czeń spo­wo­do­wa­nych trud­no­ścia­mi ży­cia co­dzien­ne­go po­ety w Kon­stan­ty­no­po­lu. Tym ra­zem jed­nak gra to­czy się o wyż­szą staw­kę. Nie tyl­ko o po­wrót do form prost­szych, bar­dziej ele­men­tar­nych, bliż­szych na­tu­rze. Mic­kie­wicz sta­je na Wscho­dzie  n a p r z e c i w   b e z k s z t a ł t n e g o, któ­re - jak za­pew­nia świę­ty Au­gu­styn - są­sia­du­je z ni­co­ścią, choć jest od niej róż­ne. Cała twór­czość i całe ży­cie po­ety było sprze­ci­wem wo­bec in­for­me, było po­szu­ki­wa­niem i pod­trzy­my­wa­niem w ist­nie­niu roz­ma­itych form - du­cho­wych i cie­le­snych, es­te­tycz­nych i mo­ral­nych czy wresz­cie po­li­tycz­nych. Mic­kie­wicz to - jak wia­do­mo - "po­eta czy­nu", "ener­gii in­te­lek­tu­al­nej", "po­eta prze­obra­żeń"99, a za­tem rów­nież kon­struk­cji, bu­do­wa­nia, dzia­ła­nia. Za­dzi­wia­ją­co ni­ską ran­gę w jego słow­ni­ku (a więc i wy­obraź­ni) mają ta­kie sło­wa, jak "roz­kład" czy "gni­cie"100. Sło­wa "bez­kształt­ność" i "bez­fo­rem­ność" nie po­ja­wia­ją się ani razu. Czy wo­bec tego jest sens nada­wać jed­ne­mu li­sto­wi Mic­kie­wi­cza i kil­ku­dzie­się­ciu wy­po­wie­dzia­nym prze­zeń sło­wom, któ­re zna­my z trze­ciej ręki, aż tak wiel­kie zna­cze­nie?

25. Wols [Al­fred Wol­fgang Schult­ze-Bat­t­man], fo­to­gra­fia bez ty­tu­łu i bez daty, praw­do­po­dob­nie lata trzy­dzie­ste XX wie­ku

26. Cy Twom­bly, Pa­no­ra­ma, 1955 rok

My­ślę, że tak. In­for­me od po­cząt­ku było pod­szew­ką (for­mo)twór­czych - kre­ator­skich i kre­acyj­nych - dzia­łań Mic­kie­wi­cza. Ale pe­wien typ wraż­li­wo­ści na świat, pe­wien ton wy­po­wie­dzi o nim za­padł się jak­by pod zie­mię, w pod­gle­bie wy­obraź­ni po­ety. I tyl­ko cza­sem prze­do­sta­wał się na po­wierzch­nię po­etyc­kie­go dys­kur­su - jak choć­by w zna­nych wszyst­kim uczniom w Pol­sce ob­ra­zach "mar­twe­go świa­ta", "wiecz­nej mgły", któ­ra "za­ciem­nia / Ob­szar gnu­śno­ści za­la­ny od­mę­tem", czy w po­ru­sza­ją­cej fra­zie "jej wody tru­pie". W Odzie do mło­do­ści wi­zja upa­da­ją­ce­go świa­ta zo­sta­ła jed­nak przez Mic­kie­wi­cza skon­tro­wa­na przez nie­by­wa­ły wy­buch ener­gii twór­czej, czy na­wet stwór­czej, sko­ro wer­sy od 60 do 65 za­wie­ra­ją luź­ne te­ma­ty Księ­gi Ge­ne­sis. We­dług Wa­cła­wa Bo­ro­we­go "Oda [...] prze­po­jo­na jest he­ro­izmem ra­do­snym i bo­jo­wym. [...] Jest w niej ogień za­pa­łu"101. Tak­że Cze­sław Zgo­rzel­ski zwra­ca uwa­gę na "ów żar we­wnętrz­ne­go ognia ze­spa­la­ją­cy Odę w in­to­na­cyj­ną jed­no­li­tość en­tu­zja­zmu, prze­ni­ka­ją­ce­go całą wy­po­wiedź"102. Nic dziw­ne­go, że za­ni­ka w niej to­na­cja in­for­me. W mło­do­ści po­ety naj­peł­niej wy­ra­zi­ła się ona w prze­kła­dzie wier­sza By­ro­na Dark­ness103. Mic­kie­wi­czow­ska Ciem­ność, słusz­nie chy­ba uwa­ża­na przez nie­któ­rych ba­da­czy bar­dziej za pa­ra­fra­zę niż za prze­kład104, przed­sta­wia wi­zję (u Mic­kie­wi­cza sen­ną) stop­nio­we­go roz­pa­du świa­ta po­zba­wio­ne­go świa­tła. Utwór koń­czy się ta­kim oto ob­ra­zem:

[...] Świat cały był ste­pem,

Z lud­ne­go i pięk­ne­go - mil­czą­cym i śle­pym,

Bez pór roku, bez ro­ślin, bez lu­dzi, bez czu­cia,

Trup, cha­os po­wol­ne­go ży­wio­łów ze­psu­cia.

Sto­ją gład­kie rzek, je­zior, oce­anu to­nie,

I nic się nie po­ru­szy w ich mil­czą­cym ło­nie.

Okrę­ty bez że­gla­rzy po­śród mo­rza tkwi­ły,

Masz­ty ich ka­wał­ka­mi pa­da­ły i gni­ły,

I to­nę­ły na wie­ki w spo­koj­nych wód bry­le;

Bu­rze usnę­ły, fale spo­czę­ły w mo­gi­le,

Bo nie było księ­ży­ca, co by je po­dźwi­gnął.

Wi­cher w stę­chłym po­wie­trzu uwiązł i za­sty­gnął.

Zni­kły chmu­ry - to daw­ne ciem­no­ści na­rzę­dzie

Sta­ło się nie­po­trzeb­nym - ciem­ność była wszę­dzie.105

Ciem­ność rzad­ko bywa cy­to­wa­na i ko­men­to­wa­na przez mic­kie­wi­czo­lo­gów. Utwór zo­stał ze­pchnię­ty ma mar­gi­nes, za­pew­ne dla­te­go, że nie na­le­ży do ja­snej stro­ny twór­czo­ści po­ety. Ale też nie jest cał­ko­wi­cie od­osob­nio­ny. Wy­star­czy przy­wo­łać po­cząt­ko­wy frag­ment wier­sza Olesz­kie­wicz z Ustę­pu III czę­ści Dzia­dów czy nie­któ­re wer­sy Po­pa­su w Upi­cie, by w Mic­kie­wi­czow­skim dys­kur­sie po­sły­szeć to­na­cję in­for­me. Po­szu­ku­jąc jej, trze­ba by na nowo prze­czy­tać całe ży­cie Mic­kie­wi­cza, po­nie­waż to ży­cie - tak we­wnętrz­nie sprzecz­ne i nadal ta­jem­ni­cze - kry­je w so­bie śla­dy nie­jed­ne­go spo­tka­nia po­ety z bez­kształt­nym. Rok 1855 był pod tym wzglę­dem prze­ło­mo­wy. Po­dróż na Wschód przy­po­mnia­ła Mic­kie­wi­czo­wi, że oprócz form, po­śród któ­rych przez lata żył w Pa­ry­żu (na­le­żą do nich idee i cia­ła, wier­sze, uczu­cia i pra­gnie­nia), ist­nie­je tak­że w ukry­ciu nie­zba­da­na sfe­ra in­for­me - sfe­ra, w któ­rą te for­my (ist­nie­nia) stop­nio­wo się osu­wa­ją, osią­ga­jąc co­raz bar­dziej ele­men­tar­ne sta­ny ma­te­rii. A je­śli tak, to ży­je­my na gra­ni­cy, poza któ­rą znaj­du­je się bez­kształt­ne i jego sio­stra - ni­cość. In­for­me jest zna­kiem, że ona jest, że ist­nie­je. In­for­me, do któ­re­go cza­sem mamy do­stęp, to do­wód na ist­nie­nie ni­co­ści (o któ­rej tak chęt­nie roz­pra­wia­ją dys­kur­sy re­li­gij­ne).

 B e z k s z t a ł t n e. Czyż nie jest to naj­prost­sze na­zwa­nie śmier­ci, jej pierw­sza de­fi­ni­cja, któ­ra nie po­trze­bu­je ani roz­bu­do­wa­nej escha­to­lo­gii, ani - tym bar­dziej - teo­lo­gii? We­dle tej de­fi­ni­cji śmierć jest re­gre­sem, cof­nię­ciem do pier­wot­niej­szych form bytu. Ja­kimś ro­dza­jem ka­pi­tu­la­cji form ist­nie­nia. Osta­tecz­nym za­nie­cha­niem przez nie opo­ru. Roz­pa­dem i roz­kła­dem.

Trud­no, znacz­nie trud­niej umie­rać w świe­cie do­sko­na­łych i trwa­łych form. Pa­ryż nie da­wał Mic­kie­wi­czo­wi moż­li­wo­ści ła­twej ka­pi­tu­la­cji. Sta­ry po­eta żył w świe­cie form, za­mknię­tych, pod­trzy­my­wa­nych za wszel­ką cenę w ist­nie­niu, pod­da­nych cią­głe­mu re­stau­ro­wa­niu, kon­ser­wo­wa­niu, utrwa­la­niu. Żył w świe­cie - jak to okre­ślił Bau­de­la­ire - "uży­tecz­nych ilu­zji". W Kon­stan­ty­no­po­lu w tym świe­cie po­ja­wi­ły się szcze­li­ny, po­przez któ­re we­drzeć się mo­gło in­for­me. Mic­kie­wicz pod­dał się, prze­szedł na dru­gą stro­nę, urze­czo­ny bez­kształt­nym, po­grą­żył się w kon­tem­pla­cji, z któ­rej nie ma już po­wro­tu do ilu­zji form.

A za­tem ra­cję miał Wrot­now­ski? Po to, by umrzeć, Mic­kie­wicz mu­siał opu­ścić Pa­ryż i po­je­chać na Wschód?

Je­że­li śmierć jest (ra­do­snym?) ze­rwa­niem po­zo­rów, to Kon­stan­ty­no­pol był dla Mic­kie­wi­cza naj­lep­szym miej­scem do umie­ra­nia.

27. Al­fred Ni­co­las Nor­mand, Zło­ty Róg wi­dzia­ny z Pery, fo­to­gra­fia z 1852 roku

Kryp­ta

Nę­dza nie­chęt­nie od­da­je zie­mie, któ­re raz wzię­ła w po­sia­da­nie. Z  le­żą­cej na ni­zi­nie czę­ści Pery na­wet po­żar 1870 roku nie zdo­łał jej wy­pę­dzić. Ist­nie­ją­ce dzi­siaj przy Jeni-Sze­ri domy, od­bu­do­wa­ne pod ko­niec XIX stu­le­cia, nadal skry­wa­ją bie­dę. Znik­nę­ły wpraw­dzie z ulic "kupy zde­chłych szczu­rów i roz­pła­ta­nych ko­tów", ale bie­da po­cząt­ku XXI wie­ku jest no­wym przy­bra­niem tam­tej, dzie­więt­na­sto­wiecz­nej. Dom od­bu­do­wa­ny w miej­scu, w któ­rym zmarł Mic­kie­wicz, ni­czym szcze­gól­nym by się nie wy­róż­niał na tle in­nych do­mów tej czę­ści dziel­ni­cy, gdy­by nie to, że znaj­du­je się w nim dzi­siaj mu­zeum po­ety, o czym in­for­mu­ją ta­bli­ce umiesz­czo­ne na fa­sa­dzie. W jego pod­zie­miach urzą­dzo­no sym­bo­licz­ną kryp­tę106. Wy­ry­ty na pły­cie na­pis gło­si: "MIEJ­SCE / CZA­SO­WE­GO / SPO­CZYN­KU / ADA­MA MIC­KIE­WI­CZA / 26 LI­STO­PAD 30 GRU­DZIEŃ 1855". Za­ska­ku­ją­ca ka­te­go­rycz­ność stwier­dze­nia107. Uznaj­my jed­nak, że istot­nie tam wła­śnie spo­czy­wa­ło cia­ło mar­twe­go po­ety przez trzy­dzie­ści czte­ry dni, że w tym sym­bo­licz­nym miej­scu   M i c k i e w i c z  do­szedł do kre­su swo­je­go ży­cia i że tam   z w ł o k i   M i c k i e w i c z a  roz­po­czę­ły swo­ją ziem­ską tu­łacz­kę, swo­je ziem­skie przy­go­dy - stam­tąd więc po­win­ny roz­po­czy­nać się ich dzie­je.