Opowieść bez wstępu. Tu się trochę wyjaśni w dialogach,
w sytuacjach. Po kolei - tak było:
Zatrzymanie
12.12.1981 (sobota)
Toczą się obrady KK [Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność"] w stoczni Lenina. Około godziny dwudziestej drugiej rozchodzi się wiadomość, że byli u Olka Halla[1], chcieli go zwinąć, ale uciekł. Jest w stoczni. Zaraz potem zaczyna szwankować połączenie telefoniczne. Jeszcze pani Danusia[2] dzwoni po wszystkich stacjach benzynowych, ale wszędzie odmawiają choćby 20 litrów. Potem sygnał z Zarządu Regionu, że zamilkły teleksy. Jeden jeszcze pracuje. Wiadomości rozchodzą się "pantoflem", oficjalnie nikt nie zabiera na ten temat głosu. Przed północą obrady się kończą. Podszedłem do Wałęsy, mówiąc mu o blokadzie telekomunikacyjnej i dużej ilości milicji w mieście. Powiedział, że wie. Był też Słowik[3], który poinformował, że nie działają telefony i teleksy w "Heweliuszu".
Umowa o pracę w Biurze Informacji Prasowej NSZZ "Solidarność" i powierzenie obowiązków redaktora naczelnego Serwisu Informacyjnego. Archiwum autora
Krajówka szybko zaczęła się rozchodzić. Autobus, samochody służbowe i prywatne. Ja z Bogdanem[4] wsiedliśmy do fiata razem z panią Danusią i kierowcą. Wzięliśmy Olka między siebie do tyłu. Po wyjeździe przez bramę Olek rozpoznał jadący przed nami wóz jako ubecki. Trzymaliśmy się w dużej odległości od niego.
Wysiedliśmy z Bogdanem - na wszelki wypadek - kilkaset metrów przed budynkiem Zarządu Regionu. Miasto wyglądało normalnie - mało ludzi, trzy taksówki na postoju, błyskający neon TIP TOP-u. Przed budynkiem Zarządu stało dwóch ubeków. Zagradzając drogę, przypatrywali się nam uważnie. Gdy podeszliśmy, z drugiej strony podjechał jeszcze jeden z naszych fiatów ze sprzętem - minęliśmy funkcjonariuszy i pomogliśmy wnieść na górę maszyny do pisania.
W redakcji nikogo nie było - pojechali po nas do stoczni, minęliśmy się w drodze. Zostaliśmy więc w centrali telefonicznej, gdzie siedzieli jeszcze chłopcy z grupy plakatowej, drukarze, fotograf, obsługa centrali. Wkrótce przybyła załoga oddanej do naszej dyspozycji karetki pogotowia. Zaczęli też pojawiać się różni ludzie - przychodzili z ulicy, informując o dużych transportach milicji, o krzykach na ulicy Matejki, gdzie usiłowano wedrzeć się do mieszkania Krementowskiego[5]. Atmosfera była bardzo nerwowa. Trochę strachu, trochę śmiechów. Przyszedł Gedymin[6], paliliśmy. Ktoś zobaczył, że w budynku łączności po drugiej stronie ulicy znajduje się pełno milicji.
Właściwie to było obezwładniające czekanie. Byliśmy - przede wszystkim my, redakcja serwisu - jak sparaliżowani. Rzuciłem pomysł, żeby się przenieść do mojego - pustego teraz, bo Ola była w szpitalu położniczym - mieszkania, ale jakoś tak zwlekaliśmy.
W końcu jedna karetka pojechała na Matejki, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. My wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do hotelu Monopol, gdzie mieszkali członkowie Prezydium KK. Wywołałem Wądołowskiego[7]. Była godzina pierwsza w nocy. Opowiedziałem mu krótko o sytuacji. Był w piżamie. Zapytał: "Ale dlaczego nas jeszcze nie biorą?". Nie wiedzieliśmy. Prosiłem go o poinformowanie pozostałych i chciałem, by ktoś z władz Związku przyjechał do biura objąć kierownictwo. Ta propozycja jakoś się rozmyła. Ostatecznie wyszliśmy stamtąd bez konkretnych ustaleń. Wróciliśmy samochodem do biura. W wozie mieliśmy przygotowane do wynoszenia trzy magnetofony i radio oraz kilka kaset. Już wcześniej, rozważając możliwość ewakuacji sprzętu TV z Oliwy, postanowiliśmy, że to nie ma sensu, bo ważniejsi są ludzie. Zdecydowaliśmy, żeby wszystko zostawić.
Wszedłem na górę wspólnie z Aramem[8], który dopiero co przyjechał, i zastanawialiśmy się, co robić dalej. Aram i jeszcze ktoś pojechali do Wałęsy. Zaraz wrócili, mówiąc, że szef kazał poczekać do rana. Aram nakłaniał ludzi do pójścia do domu.
- Jeżeli mnie mają zamknąć, to zrobią to i tak. Dziś, jutro czy pojutrze. Tutaj zostawać raczej nie ma sensu. Obronić się nie damy rady.
Wysłuchaliśmy jeszcze o drugiej dziennika radiowego. Był bardzo krótki - jakieś trzy minuty tekstu. O formie porozumienia zawodowego, że powinno być i ma "pełne poparcie", i jeszcze jakieś duperele. Ciągle paliliśmy dużo papierosów. Zaczęły się kończyć. Chłopaki postanowiły sfotografować stojących na dole ubeków. Zaraz potem tamci przyszli na górę. Byliśmy zamknięci - z jednej strony obite blachą drzwi, z drugiej żelazna krata. Ci dwaj stanęli przed kratą.
- Dlaczego nas fotografujecie? Jesteśmy przyjaciółmi Dryga, właśnie go zabrali. Przyszliśmy powiedzieć, tylko nie wiedzieliśmy komu, a wy od razu robicie zdjęcia.
Gdy to mówili, sfotografowaliśmy ich jeszcze raz. Zamilkli i stanęli trochę dalej, na schodach. Stali tam aż do finału akcji.
Ludzie z "Solidarności" znajdowali się w budynku w dwóch miejscach - na parterze, w drukarni i na trzecim piętrze, w centrali, gdzie siedzieliśmy również my. Oprócz tego byli jeszcze zwyczajni mieszkańcy na drugim i trzecim piętrze.
Właśnie snuliśmy powoli, bardzo powoli myśl, czyby nie pojechać do mnie. Wszystko było gotowe - i my, i samochód. Wtedy ktoś zawołał, żeby wyjść na balkon.
Ulicą jechał konwój milicyjnych bud. Zatrzymały się na chwilę przed budynkiem - z jednego wozu do drugiego przebiegł żołnierz albo milicjant w polowym mundurze i wozy ruszyły. Został tylko radiowóz, wysiadł z niego milicjant i zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. Wysadził z niej pasażera, którego legitymował.
Wszystko to fotografowaliśmy. Śmialiśmy się, choć nerwowo. Było ciemno, więc wróciliśmy do pomieszczeń. Po chwili rozległ się krzyk: "Są!".
Pod budynek biura zajechały budy, z których wysypali się zomowcy i sprawnie, co dwa metry, obstawili dom. Większość z nas nie zmieniła miejsc. Zygmunt[9] rzucił się barykadować drzwi. Włączyliśmy reflektor i głośniki.
- Polacy! Jesteśmy atakowani przez milicję. Wzywamy pomocy!
Jak zwykle chyba w takich wypadkach czas się dłużył - za oknami cisza, tylko ten krzyk przez głośniki, bardzo głośny, na całą pustą dzielnicę. Wyłączyli prąd. Zrobiło się ciemno, przez okno błyskał neon domu towarowego.
Nie chciałem podchodzić do okna, nie chciałem ich widzieć, w końcu jednak podszedłem. W tym czasie ktoś powtarzał wezwania o pomoc przez ręczną tubę. Przez okno zobaczyłem ich przytupujących - było zimno - z góry wyglądali trochę jak roboty z "Gwiezdnych wojen". Po drugiej stronie ulicy stała ciężarówka chłodnia. W jej szoferce zapalał się i gasł żółty ognik. Nie wiem, co to było.
Spodziewałem się szturmu, łomotu, tymczasem weszli tak, jakby mieli klucz. Zrobiło się nagle niebiesko. Było też pełno cywili. Wchodzili rządkiem, powoli, rozpełzali się na wszystkie pokoje. Nikt nie stawiał oporu. Wśród cywili był jeden mały, w brązowej kurtce z kapturem, twarzy nie pamiętam. Może dlatego właśnie kojarzył mi się z dzwonnikiem z Notre Dame.
Cywil w okularach poprosił wszystkich o dokumenty. Wziął je i przekazał mundurowemu.
- Proszę się nie niepokoić. Zbierzcie się wszyscy w jednym pokoju - powiedział.
Ktoś zapytał o powód tego najścia. Jeden z cywili wspomniał mimochodem, że od północy obowiązuje stan wyjątkowy, władzę przejęło wojsko.
Nic nie było wiadomo - czy zatrzymają, czy puszczą, co zrobią, nic. Po kilku minutach poprosili nas do wyjścia. Wyszliśmy na korytarz. Tam też było pełno milicjantów, stali przy każdych drzwiach. Bardzo młodzi, niektórzy jeszcze bez zarostu. Każdy z jedną, najwyżej dwiema belkami na pagonach. Stojąc na schodach w pewnej odległości, szukałem wzrokiem ich wzroku. Uciekali oczami. Twarze mieli - nie wiem, jak to nazwać - niezdecydowane? nieludzkie? - takie automatyczne.
Sprowadzili nas na dół. W samochodzie miałem podpinkę do kurtki. Poprosiłem o możliwość jej wzięcia. To zmusiło ich do rozerwania szpaleru, który utworzyli między wyjściem z budynku a budą stojącą kilka metrów dalej.
Zaczęliśmy wsiadać. Z przodu trzech zomowców, my na ławkach po obu stronach, przy drzwiach usiadło ich dwóch. Mnie kazali usiąść z przodu, bo na ławce zabrakło miejsca.
Ruszyliśmy w kierunku Gdańska. Było zimno, milczeliśmy. Milicjanci palili popularne. Gdy mijaliśmy dworzec w Gdańsku, spojrzałem na zegar - była trzecia dwadzieścia albo trzecia czterdzieści - teraz już nie pamiętam. Wyjechaliśmy za Gdańsk. Bałem się, że wywiozą nas gdzieś bardzo daleko. Przedtem usłyszałem coś o dwustu kilometrach. Ale moje obawy się nie sprawdziły. Około czwartej zjechaliśmy z głównej drogi i wjechaliśmy na jakieś podwórze. W oświetlonych oknach budynku widać było milicjantów w porozpinanych mundurach, chodzili, rozmawiali.
Myśmy też zaczęli rozmawiać. Ktoś chciał zażyć tabletkę. Milicjant powiedział:
- Proszę pana, niech pan teraz niczego nie połyka.
- Ale to od bólu głowy, może pan przeczytać.
Wtedy Aram buńczucznie zażartował:
- Daj spokój, on pewnie nie umie czytać.
Drugi milicjant, siedzący blisko naprzeciw mnie, dotychczas milczący i kwitujący nasze ponure żarty uśmiechem, zareagował momentalnie. Jak automat, jakby wmusił ktoś w niego mowę, wyrecytował:
- Ty, chcesz dostać w pysk?! Ty chyba nie umiesz czytać! - Tak mówią dzieci podczas przekomarzania się na podwórku: "Ty jesteś głupi! Nie, to ty jesteś głupi!". Często kończy się to bójką.
Ci milicjanci właśnie tacy wtedy byli - dziecinni, automatyczni i silni.
Odzywka Arama podłączyła jednego z nich do prądu, zaczął działać. Skończył się impuls, minęła reakcja, więc znów powrócił do niemej obserwacji. Zapalił z kolegą popularnego.
Czekaliśmy kilka dobrych minut. W końcu samochód drgnął i tyłem podjechał pod budynek. Otworzono drzwi i - tak jak przy wsiadaniu - przez szpaler weszliśmy do środka. Było nas jedenaście osób. Z serwisu Zosia[10], Rysiek[11], Zbyszek[12] i ja. Wprowadzili nas do pokoju-świetlicy. Stoły ustawione w podkowę, na ścianach hasła, zdjęcia z życia milicji i ORMO na terenie województwa gdańskiego oraz powiatu Pruszcz Gdański, sztandary.
W płaszczach, w kurtkach, niewyspani i zdezorientowani usiedliśmy na krzesłach. Było mało papierosów. Zygmunt dał nam paczkę zefirów.
Przy drzwiach stał jeden milicjant, za stołem dwóch. W rogu był telewizor. Zaczęliśmy rozmawiać szeptem, ale słowa się rwały. Nie pamiętam dokładnie, ale mówiliśmy o tym, co będzie dalej, i w ogóle o tym, co dzieje się teraz. Byliśmy bardzo zmęczeni, czas ogromnie się dłużył. Położyłem głowę na stole i zasnąłem. Budziłem się co chwila. W międzyczasie wywoływali nas na przesłuchania. Każdy wracający musiał szczegółowo opowiedzieć, czego chcieli, o co pytali. Wkrótce zorientowaliśmy się, że spisują tylko dane personalne i pytają, co się robiło wtedy w biurze.
Przyprowadzili do nas Arama. Zosia bardzo się ucieszyła. Aram był spokojny. Weteran. Zosia powiedziała:
- Jesteś, Aramie, promykiem tutaj. - Albo coś podobnego.
Powoli odprężaliśmy się, czując jednak coraz większe zmęczenie. W głowach było tyle myśli, tyle niepewności. Zaczęliśmy nawiązywać pierwsze kontakty z pilnującymi nas milicjantami. Musiałem pójść do ubikacji, jeden poszedł ze mną.
Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że w Polsce ogłoszono stan wojenny, obowiązujący od północy. Co dalej, nie wiadomo. Nie wiadomo także, co będzie z nami. Padały słowa: dwadzieścia cztery, czterdzieści osiem godzin. Stare przyzwyczajenia, stary kodeks karny.
Milicjanci też się odprężali. Oni również nie spali już od dawna i rzeczywiście mało wiedzieli. Z początku byliśmy dla nich wrogami, omijali nas oschle, ignorowali. W miarę mijających minut zaczęli rozmawiać. Daliśmy im trochę materiałów - serwisów, gazetek. Tego nam nie zabrano. Zresztą jak dotychczas nikt nas nie rewidował. Obchodzono się z nami chłodno, ale grzecznie.
Była niedziela. "Co będzie w poniedziałek?" - to pytanie ja i Rysiek zadaliśmy niemal równocześnie.
Zosia wzięła mnie pod rękę i oparłszy się, zasnęła. Nie wydaje mi się, żeby się bała. Była tylko smutna i zdenerwowana.
- Jesteś pesymistką czy optymistką? - zapytałem.
- Pesymistką.
Milicjanci przynieśli nam oranżadę. Zbyszek zszedł z jednym z nich do kantyny i kupił giewonty na kartki. Paliliśmy, popijaliśmy, przysypialiśmy.
Wezwali mnie dwadzieścia po szóstej. W małym pokoiku o gołych ścianach cywilny ubek zadał stereotypowe pytania: imię, nazwisko, imię matki, ojca, data i miejsce urodzenia, adres.
- Co pan robił w miejscu zatrzymania?
- Wykonywałem swoje służbowe obowiązki. Jako redaktor serwisu informacyjnego przygotowywałem relację z posiedzenia KK.
Skinął głową. Sporządził kilkuwierszową notatkę. W radiu leciało przemówienie Jaruzelskiego[13] - po raz pierwszy. Potem puszczali to co godzinę.
Wspólnie wysłuchaliśmy końcówki. Była tam mowa o powołaniu Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która ukonstytuowała się tej nocy. Jej skład podano dopiero kilka godzin później. Poprosiłem o radio do naszej sali. Wtedy właśnie wszedł drugi ubek, chyba starszy stopniem, i, słysząc pytanie, odpowiedział krótko, że to niemożliwe. Wróciłem do sali. Było około siódmej. Próbowaliśmy w telewizorze znaleźć program radiowy, ale się nie udało. Znów trochę rozmawialiśmy. Byliśmy głodni. Na krótkie chwile zasypiałem. Kiedy w pewnym momencie się obudziłem, Zosia powiedziała, że zabrali Ryśka i Arama - razem z rzeczami. To znów nas zaniepokoiło. Podstawową cechą tej nowej rzeczywistości była niewiedza. Szybko nauczyliśmy się wychwytywać znaczenia ze wszystkiego, z czego się dało - z trzasku zamykanych drzwi, spojrzeń milicjantów, warkotu silników za oknem. Szybko też skryliśmy się w sobie - to było niemal widać, jak włazimy w swoje środki. Ekspresję słowa zastąpiły ruchy dłoni i wyraz oczu. To był najlepszy sposób, najdokładniejszy, porozumiewania się: słowami tylko się maskowaliśmy.
Zygmunt był przeziębiony i prosił o herbatę. Po krótkich targach z milicjantami dostaliśmy ją wszyscy. W sali było ciepło, ale trochę nami trzęsło zmęczenie, głód i strach. Siedzieliśmy ciągle w płaszczach.
Najbardziej gadatliwy był sierżant. Wymienialiśmy najpierw zdawkowe uwagi, że sytuacja jest niepewna i tak dalej, a potem gadaliśmy już bardziej "ideologicznie".
- Ja tam już nikomu nie wierzę - mówił sierżant. - Powiedzcie, panowie, jak to było właściwie w tym Radomiu. - Wziął od nas gazetki, mówiąc, że zbiera. Ktoś mu wytłumaczył, że jak się puszcza taśmę przez radio, to można wyciąć jedno słowo i zaraz zmienia się cały sens. Pokiwał głową.
Wydawało mi się, że najbardziej niespokojny był Bogdan, chodził, rozmawiał z milicjantami. Część z nas była już po drugim przesłuchaniu. Tam podchodzili już bardziej indywidualnie - jednych straszyli, innym dawali do zrozumienia, że mogą szybko wyjść na wolność. Był tylko jeden warunek - podpisanie oświadczenia treści zdaje się takiej: "Oświadczam, że zaniecham działalności przeciwko interesom Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i zobowiązuję się do przestrzegania porządku prawnego". Data i podpis.
W tym krótkim tekście były co najmniej dwie pułapki: słowo "zaniecham" oznaczało, że przedtem taką działalność się prowadziło. Po wtóre zaś zobowiązywać się do przestrzegania prawa w sytuacji, gdy byle dekret może zawiesić poszczególne artykuły konstytucji, nie mówiąc już o kodeksie karnym czy innych dokumentach regulujących porządek prawny państwa, było szaleństwem.
Z naszej grupy odmówili prawie wszyscy. Podpisał tylko starszy drukarz, który też ostentacyjnie został na naszych oczach zwolniony do domu.
Mnie przesłuchiwał młody facet, prawie mój rówieśnik. Po powtórzeniu danych personalnych poinformowałem go, że moja żona znajduje się w szpitalu, na oddziale położniczym i chciałbym się dowiedzieć, jak się czuje, czy coś się już nie urodziło. Ubek bardzo się zainteresował, pytał o rodzinę, o starszą córkę.
- Jak widać, powinien pan zaraz wyjść. Zresztą ja znam to, co pan pisał. Trudno tam się doszukać znamion przestępstwa. Wprawdzie przejaskrawialiście trochę niektóre rzeczy, no ale dobrze, więc właściwie mógłby pan zaraz znaleźć się w domu. Tylko pan rozumie, musimy się zabezpieczyć. - I wyciągnął spod swoich notatek czysty blankiet oświadczenia. Odmówiłem podpisu. Argumentowałem, że dla mnie jako obywatela tego państwa jest oczywiste, że muszę przestrzegać prawa. Moja dotychczasowa działalność nie miała nic wspólnego z przestępstwem, co zresztą sam wcześniej zauważył. Dlatego sądzę, że moja ustna deklaracja w zupełności wystarczy.
- Na białej ścianie nie pisze się, że jest biała - powiedziałem. Kręcił głową z udawanym zatroskaniem.
- Pan niepotrzebnie utrudnia, komplikuje swoją sytuację. To tylko formalność. Ja natomiast muszę to mieć na piśmie, pan rozumie, takie są wymogi, przepisy.
Kiedy powtórnie odmówiłem, zapytał, co zamierzam robić po wyjściu na wolność. Powiedziałem, że najpierw chcę spotkać się z żoną i dziećmi, a potem poszukać pracy. Będę chyba pisać. Pokiwał głową. Podczas przesłuchania stopniowo się ośmielałem. Jego problem tkwił w małej błyskotliwości. Zachowywał się wobec mnie rutynowo, ale bardzo kurtuazyjnie. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że intelektualnie przegrywa. Wygłaszał krótkie przemówienia o błędnej polityce "Solidarności", o skomplikowanej sytuacji w kraju, a każdą taką wypowiedź kończył słowem "prawda?", najwyraźniej oczekując odpowiedzi. Tymczasem ja wtedy milczałem, więc był bezradny. Starałem się mówić jak najmniej, aż w końcu dał spokój. Powiedział, że gdybym się namyślił, on będzie tu jeszcze przez godzinę i w tym czasie mogę podpisać. Odparłem, że raczej nie. Zastanowić się natomiast mogę, dlatego proszę o możliwość wzięcia blankietu oświadczenia ze sobą. Odmówił. Żeby było bardziej humorystycznie (choć wcale mi do śmiechu nie było), przesłuchanie zakończyłem ja, mówiąc:
- Obydwaj jesteśmy tu służbowo. Nie ufamy sobie nawzajem. Taka jest reguła. Jedyna różnica to ta, że pan mnie trzyma w zamknięciu, a nie odwrotnie. - Tu on skwapliwie potaknął, a ja dokończyłem: - Tak, ale ja mam jeszcze prawo moralne.
Przesłuchanie podniosło mnie na duchu. W jego trakcie dowiedziałem się, że jeśli nie podpiszę, prawdopodobnie zostanę internowany. Na jak długo - nie wiadomo: tydzień, miesiąc, trzy.
Inne przesłuchania wyglądały podobnie. Tylko jednemu z chłopaków ubek groził, że da mu w pysk.
Siedzieliśmy znów w naszej świetlicy. O jedenastej włączyliśmy telewizor. Spiker w mundurze zapowiedział przemówienie Jaruzelskiego. Najpierw był hymn, potem "pełne troski i goryczy" słowa o proklamowaniu w kraju stanu wojennego. Po Jaruzelskim była przerwa, program (nadawali tylko pierwszy) wznowiono dwadzieścia minut po godzinie czternastej. Dwaj skurwysyny z dziennika w mundurach z odznakami "Wzorowy żołnierz" czytały na przemian rozporządzenie szczegółowe. Wprowadzono godzinę milicyjną, zawieszono działalność związków zawodowych, zniesiono artykuły konstytucji traktujące o nietykalności cielesnej oraz swobodach obywatelskich, zmilitaryzowano niektóre gałęzie gospodarki, przerwano połączenia telekomunikacyjne, wprowadzono sądownictwo wojskowe i powszechne doraźne. Wojna, stan wojenny, tylko kto tu jest wrogiem - czy my, bezbronni, czy załogi zakładów pracy, społeczeństwo? Jeszcze ciągle nie było wiadomo, jak zachowa się naród. Przecież to czas szczególny - jedenasta rocznica Grudnia '70 i do świąt zostało już niewiele czasu.
Musieli bardzo się bać. Tylko pierwsze programy w radiu i TV, zerwane wszystkie połączenia, zawieszona większość gazet i pism, cenzura korespondencji i powszechny, usankcjonowany dekretem, podsłuch telefoniczny. Niedziela upływała, zbliżał się normalny dzień pracy - co będzie? Czy oni rzeczywiście liczyli na jakieś poparcie społeczeństwa, czy wyłącznie na strach i terror? Jakie przewidywali zakończenie, jak wyobrażali sobie wyjście z tego surrealistycznego stanu wojny ze społeczeństwem? W oświadczeniach, dekretach i postanowieniach nie było żadnego konkretnego programu pozytywnego. Ogólny wydźwięk był taki, że ogranicza się maksymalnie swobody obywatelskie, zawiesza wszelkie mechanizmy demokracji, wprowadza system rządów kategorycznych, autokratycznych po to, aby zapanował "porządek, ład i spokój". Z chwilą, gdy to nastąpi, swobody będą przywracane stopniowo. Równocześnie WRON-a deklarowała realizację reformy gospodarczej i inne takie banialuki, wobec których sprzeczności dialektyki wydawały się żelazną logiką.
Gdzieś tak między szesnastą a osiemnastą zabrali Bogdana z rzeczami. Pożegnaliśmy się i poszedł. Nie byliśmy pewni, czy go gdzieś przenieśli czy wypuścili, ale potem nie znaleźliśmy go na żadnej liście, w żadnej celi. Wcześniej jeszcze wypuścili Majkę i Tadka. Nie wiem, czy podpisali, ale ona była w ciąży i bardzo źle się czuła. Doliczając do tego starszego pana drukarza, którego przywieźli do nas zabranego z domu, nasze grono trochę się uszczupliło.
Milicjanci podzielili się z nami suchym chlebem i kiełbasą, potem sprowadzali nas po kolei do kantyny na bigos. Ja przestałem odczuwać głód, bigosu nie jadłem.
We włączonym przez cały czas telewizorze migały same wojskowe obrazki. Po głównym wydaniu dziennika puszczono film "Jarzębina czerwona". Sama wojna, sama strzelanina. Na film poschodzili się milicjanci - wszyscy bladzi, zmęczeni, wkurwieni. Zdarzył się zabawny epizod. Do świetlicy wchodził jakiś gliniarz, gdy z ekranu rozległ się krzyk: "Ręce do góry!", a wtedy ten przy drzwiach momentalnie się cofnął.
Tłumaczyłem Zosi, że ich specjalnie tak męczą, żeby rozbudzić w nich agresję. Zresztą potem powiedziałem to głośno, a jeden z milicjantów skwapliwie potwierdził: "Judzą, skurwysyny, judzą ciągle".
Podczas tego pobytu w areszcie można było zauważyć wyraźne podziały między nimi: milicjanci ze szkół - młodzi, wysocy, trochę bezosobowi; zomowcy - najbardziej automatyczni i milczący; cywilni ubecy - wzbudzający niechęć mundurowych. Nie stanowili jednolitej grupy represyjnej. Najłatwiej było nawiązać kontakty ze zwykłymi milicjantami, ci byli najbardziej zindywidualizowani.
Po filmie wszyscy położyliśmy się na podłodze, przykrywając się płaszczami. Nie zdążyliśmy zasnąć. Około godziny pierwszej w nocy kazali nam przygotować się do wyjazdu. Był już poniedziałek.
14.12.1981 (poniedziałek)
Zeszliśmy na dół, oddzielono od nas dziewczyny. To było bardzo bolesne. Dopóki byliśmy razem, uzupełnialiśmy się, dopełnialiśmy. Pożegnałem się z Zosią. Mężczyzn wprowadzili do małego pokoiku o gołych ścianach ze zwykłym, ale zakratowanym oknem. Trzy krzesła i popielniczka - to były wszystkie sprzęty. Drzwi zamykały się na zamek patentowy - z obu stron na klucz, a nie, jak większość, z jednej strony na gałkę. Zapamiętałem, że w tym zamku był klucz - włożony chyba nawet od środka.
W pokoju siedzieli Rysiek G.[14] i Mirek[15] z resortu MON i MSW. Tam było dużo chłodniej niż w naszej świetlicy. Spotkanie z Ryśkiem bardzo nas ucieszyło. Jak się okazało, Rysiek siedział tam cały dzień zupełnie bezsensownie. To była chyba represja w wyniku przesłuchania, podczas którego postawił się ubekowi. Zresztą dodatkowo wrobił go też Bogdan, gdy pytany o to, czy Rysiek jest zastępcą Arama, przytaknął. Dlatego Arama i Ryśka wzięli razem.
Wymieniliśmy szybko krótkie informacje o tym, co robiliśmy przez cały dzień, i zaraz wyprowadzili nas na korytarz. Przed wyjście z budynku podjechała buda - widzieliśmy, jak wsiadają do niej nasze koleżanki. To znów mnie podniosło na duchu.
Nie było wiadomo, dokąd jedziemy - pytałem kilku milicjantów, wszyscy wzruszali ramionami. Gdzieś, skądś pojawiła się nazwa Biskupia Górka. Znałem ją, ale co tam było, nie pamiętałem. "ZOMO" - powiedział Rysiek. Perspektywa nie najweselsza.
Kazali wsiadać. Mijając milicjantów, którzy wcześniej siedzieli z nami w areszcie, poprosiłem: "Tylko, chłopaki, nie strzelajcie". Pamiętam wyraz ich twarzy, głupawy uśmiech, którym starali się zamaskować to, co naprawdę czuli. Jeden odpowiedział: "No co ty, no na pewno nie".
Wóz w środku miał przepierzenie z dykty. Po jednej stronie usiadły kobiety, po drugiej my. Dwie ławeczki naprzeciw siebie - bardzo ciasno. Między szoferką a nami była mała przestrzeń, w której, odgrodzeni od nas drucianą siatką, usiedli dwaj milicjanci.
Z Pruszcza wyjechaliśmy około wpół do drugiej w nocy. Nie było okna, jedynie mały wywietrznik u góry, przez który Zygmunt obserwował trasę. Jeden z milicjantów okazał się znajomym Zygmunta i zagadnął go po imieniu:
- Zygmunt? - zdziwił się, a potem machnął ręką. - I ty tutaj, niech cię cholera!
Jednak obecność drugiego milicjanta uniemożliwiła im dalszą rozmowę.
Dojechaliśmy do Gdańska, przejechaliśmy przez całe Trójmiasto, w Gdyni skręciliśmy w ulicę 10 Lutego i dalej, koło dworca PKP, ruszyliśmy trasą na Chylonię i Wejherowo.
Było bardzo gorąco. Ogrzewanie pracowało tak mocno, że w tej ciasnocie i zamknięciu, za kratami, za metalową siatką, w całej tej milicyjnej atmosferze wszystko przypominało okupację. Zaczęliśmy domagać się wyłączenia ogrzewania - w końcu wyłączyli.
Jechaliśmy długo szosą, potem skręciliśmy - chyba w prawo, w boczną drogę prowadzącą przez las. Co kilometr, dwa widać było światełka jakiejś wsi. Star wlókł się po wyboistej drodze prawie ciągle na dwójce. Rozmawialiśmy, zastanawiając się, dokąd nas wiozą. Ktoś mówił o Lęborku, ktoś inny o Słupsku. Trochę drzemaliśmy. Papierosów nikt nie palił, bo było bardzo duszno. Około godziny czwartej nad ranem samochód się zatrzymał. Wyjrzałem przez wywietrznik - oświetlone rtęciowymi żarówkami w śniegowym polu stały mury typowego więzienia z wieżyczkami "kogutów" na każdym rogu.
[...]