Między krzykiem a ciszą - Barbara Gradek

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Krzyk

zegara życia rusza wskazówka

proste komendy przyj jest już główka

z pierwszym oddechem pierwszy krzyk dziecka

tak się zaczyna człowieka wycieczka

przez całe życie człowiek się stara

suną wskazówki jego zegara

pierwsze upadki zbite kolana

guzy na głowie bo twarda ściana

są łzy rozpaczy okrzyk radości

uśmiech na twarzy wybuchy złości

wszystko robimy by być człowiekiem

okres gwarancji przemija z wiekiem

bledną powoli barwy miłości

siadają stawy strzykają kości

ubywa czasu przybywa latek

i na mogile zakwita kwiatek

na krzyk ostatni czasu niestało

cisza i tyle po nas zostało

Uczymy się

od pierwszego krzyku po wieczności kres

błądzimy w ciemności po padole łez

czas nas smaga batem w oczy wieje wiatr

każdy dzień w pamięci pozostawia ślad

od pierwszego kroku po ostatni tchnienie

malujemy życia barwy i odcienie

uczymy się losu stopnie pokonywać

miast prawdy iść szlakiem zaczynamy pływać

bez żagli kapoków fala niesie nas

kiedy los nam sprzyja nie liczy się czas

wreszcie świadomości zabłyśnie żarówka

czas minął została po nas wizytówka

nie starczyło czasu na ostatni krzyk

i miraż o szczęściu jak kamfora znikł

Gdzie jesteś

nauczyłam się bólu na pamięć

cisza krzyczy piaskiem pod powieką

oddech krótki czas sunie powoli

a do świtu tak bardzo daleko

zegar tyka wciąż godzina pierwsza

twoja twarz znów wersem jest wiersza

patrzę w oczy błyszczy w nich światło gwiazd

dusza milczy niedostępna niczym głaz

nauczyłam się milczeć uśmiechem

czasem słowa kreślą place pośpiechem

świt zza okna zagląda ciszy w oczy

karuzela życia wciąż się toczy

tylko czasem kiedy niebo się chmurzy

myśl kłębi się przybierając kształty burzy

dusza krzyczy dusza płacze dusza wyje

dość tej farsy taka poza mnie zabije

Tajemnice losu

co jeszcze nam życie przyniesie

czy zimną czy deszczową jesień

a może obetrze już łzy

samo szczęście zapuka do drzwi

los jest rzadko utkany kwiatami

czasem oczy wypełnią się łzami

pozabierał osoby kochane

w sercu ból pozostawił ranę

co jeszcze przyniesie to życie

czy ktoś zdradzi nam tę tajemnicę

poodkrywa to co niepoznane

uchyliwszy kurtyny firanek

niezbadane przeznaczeń są drogi

a los rzuca nam kłody pod nogi

dalej karta otwarta i czysta

co ukrywa śmiech czy zębiska

Marzycielka

błądzi marzenie ponad przestrzenie

szczęścia buduje piękne złudzenie

żegluje wolna dusza wśród gwiazd

szybko jej ziemski przemija czas

wiosna otwiera szeroko wrota

wraca do życia znowu ochota

ciągnie jak magnes nowa przygoda

pakuję bagaż bo czasu szkoda

piękne widoki foto utrwala

wyniosłe góry widzę już z dala

w ciszy rozpalę małe ognisko

z bliska nareszcie obejrzę wszystko

wejdę na każdy najwyższy szczyt

gór nie zobaczyć po prostu wstyd

gdy się nasycę pięknym widokiem

zejdę łagodnym cudownym stokiem

Morskiego Oka obejrzę tonie

w górskim potoku obmyję dłonie

gwiazdom na nowo wyzwanie rzucę

pójdę w nieznane i nie powrócę

Głód wiedzy

co za licho we mnie siedzi

że wciąż szukam źródła wiedzy

zamiast czytać mądre zdania

patrzę i stawiam pytania

przeglądam duszy zakątki

usiłuje łączyć wątki

wszędzie są same przeszkody

kreski kropki oraz kody

niczym alfabet Morse's

maczkiem zapisane dzieła

żeby zebrać je do kupy

mocnej mi potrzeba lupy

mikroskopijne obrazki

ruchome pod nimi piaski

które w morskiej toni giną

i w nicości myśli płyną

pośród życia wątłych nutek

jest przyczyna oraz skutek

jak złączyć splątane trakcje

by dobre były reakcje

Ciągle w pogoni

zanurzeni w nurcie rzece i materii

zapędzeni zagubieni łatwowierni

próbujemy życia zgłębić tajemnicę

brzęk mamony nas uwodzi i zachwyca

zaplątani w sieciach intryg i mirażach

ludzkie byty pasożyty o dwóch twarzach

wśród zakazów i nakazów trybach losu

ginie wiara serce wcale nie ma głosu

jak odnaleźć nici prawdy wśród chaosu

ziemne oko obserwuje nas z kosmosu

może skryła się w źrenicy pod powieką

może stała się spienioną górską rzeką

młyńskie koło ustawicznie się obraca

słońce wschodzi i zachodzi goni praca

noc otacza snu całunem wśród hałasu

przetwarzamy niczym mantrę nie mam czasu

Szukam

szukam u ludzi serca

w nim iskry miłości

bez fałszu i obłudy

urazów i złości

szukam twarzy pogodnych

co otuchę dają

dłoni co pomocnym

gestem się wspierają

szukam takiej przyjaźni

która z serca płynie

huragan jej nie niszczy

w chaosie nie zginie

szukam ludzi co ludzkie

twarze posiadają

ciepłym spojrzeniem słowem

miłość rozsiewają

Gdybym

Gdybym mogła znaleźć środek jakiś złoty.

Na choroby, niedostatek na tęsknoty.

Gdybym mogła, gdym tylko potrafiła.

Zło ze świata w fali morskiej bym obmyła.

Wszystkie oczy osuszyłabym płaczące.

Aby wszystkim, jasno zaświeciło słońce.

Aby w życiu, pięknie kwiaty zakwitały.

By miłości się kropelki rozlewały.

Szczęścia wszystkim, rozdawałabym - płomienie.

Aby z ziemi pousuwać, fałszu cienie.

Byt człowieka podłączyłabym do źródła

By w płomieniach znikła maska, zła obłudna

Gdybym tylko potrafiła i umiała

Za tę zmianę, własne życie bym oddała

Zaufanie

ty który myśl każdą umiesz ująć w słowa

dusze cierniem zranione potrafisz ratować

myślą ponad nieznane ulatasz przestrzenie

mrok niewiedzy twe jasne rozproszą płomienie

dokładnie zakreśliłeś granice dostępu

utworzyłeś barierę milczenia i lęku

wolnej woli warunków nie da się dyktować

mądrość popartą wiedzą trzeba uszanować

spoglądasz zimnym okiem na duszy rozterki

która zbiera doświadczeń maleńkie kropelki

iluzji most na wodzie chciałaby zbudować

zaufała twej mocy powiedziała prowadź

w mgłach kosmicznych brzmi

w dal rzucone zdanie

milczy niebo ziemia czym jest zaufanie

Nadzieja

zakryto nam twarze

zamknięto nam usta

miłość przesłoniła

czarna smutku chusta

panoszy się chaos

fałsz chciwość niestałość

rozbiegane myśli

trudno zebrać w całość

mamy jeszcze oczy

szczere lustra duszy

życzliwe spojrzenie

obojętność kruszy

patrzmy sobie w oczy

szanujmy wzajemnie

jeszcze szczęście radość

powróci na ziemię

W ramionach wirusa

beznadziejna tęsknota

w ramionach wirusa

noce chłodne bezsenne

budzi się pokusa

senne zjawy ukrywa

nocy czarna chusta

oczy mają płomienne

i gorące usta

otulam cię myślami

i wzrokiem pożeram

pragnień księgę jak okno

na oścież otwieram

mgła gęsta za oknami

myśli w niej szybko tonie

cisza zdaje się krzyczeć

lodowate dłonie

werset rymu nie trzyma

rytm szybko się gubi

w bezsensownym pytaniu

lubi czy nie lubi

niedokończone wiersze

słowa spłoszył świt

z ciała ucieka dusza

a zapytać wstyd

szybko płyną godziny

trawą pachnie łączka

nie ma w tym żadnej winy

to tylko gorączka

migają kadry życia

krajobraz w nich znika

coraz cichsza i cichsza

brzmi serca muzyka

W spirali snu

po spirali błądzę czasu

wśród szumiących myśli lasów

pośród dróg zakodowanych

wśród aspektów niepoznanych

wciąż się światło z mrokiem plącze

tworząc świetne jasne łącze

portal gwiezdny jest otwarty

lśnią na stopach szklane narty

galaktyczny niesie nurt

wśród rajskich ogrodów furt

szybko miga życia klisza

hałas razi dzwoni cisza

wielkie kryształowe lustra

piękno i w około pustka

kryształowa otchłań wód

sen magiczny niczym cud

szklane stropy szklane schody

kryształowe lustro wody

chociaż zorze właśnie gasną

diamentowe widzę miasto

dźwięk budzika się odzywa

chłodna woda z ramion spływa

diamentami mokrej rosy

jeszcze chwilę błyszczą włosy

za oknami wstaje dzień

kończy się magiczny sen

w głębi serca został blask

szybko mija ziemski czas