ROZDZIAŁ 1Dorastanie wśród idei (1905-1919)
Żydzi polscy
W swoim życiorysie pisanym w latach wojny Jerzy Borejsza podaje: "Urodziłem się 14 lipca 1905 r. w Warszawie, z ojca Abrahama Goldberga i matki Anny Różańskiej, rozwiedzionych w 1909 r. Rodzina ojca dla jakichś historii wojskowych za caratu nosi częściowo nazwisko Borejsza, częściowo Goldberg"[1]. Oba zdania są na tyle nieścisłe, że wymagają krótkich objaśnień. Beniamin Goldberg - bo tak w latach swej młodości nazywał się Jerzy Borejsza - był najstarszym synem małżeństwa Goldbergów. Jego ojciec, Abraham, był dziennikarzem. W momencie narodzin syna miał 25 lat i stawał się z wolna jedną z głównych postaci ruchu syjonistycznego na ziemiach polskich. Działo się tak w głównej mierze za sprawą gazety codziennej "Hajnt"[2] ("Dziś"), w której pracował aż do śmierci. Jeszcze przed podjęciem pracy w "Hajncie" Abraham Goldberg[3] pisywał do rosyjskich pism liberalnych oraz współpracował z wydawanym przez Chaima Zeliga Słonimskiego[4] pismem "Ha Cefira"[5] ("Jutrzenka"), będącym pierwszym w Królestwie Polskim czasopismem w języku hebrajskim. Przywiązanie do materii słowa i polityki było w rodzinie Goldbergów składnikiem niezwykle trwałym, nierozerwalnie związanym z ich egzystencją.
W kwestii nazwiska "Borejsza" owe "historie wojskowe za caratu" nie tłumaczą wszystkiego. Jest oczywiście faktem, że posługiwano się nim, aby uniknąć niezwykle uciążliwej, trwającej 25 lat służby w wojsku carskim, ale rodzina przywiązywała do niego znaczenie wykraczające poza ten czysto pragmatyczny powód. Czesław Miłosz napisał swego czasu, że Borejsza to "malownicze nazwisko, ale przybrane", i już o samym Jerzym w omawianym tu kontekście: "stylizacja również w życiu na rubasznego szlachciurę, choć to było tylko maską"[6]. Myli się jednak poeta, przypisując nazwisku szlacheckie konotacje, gdyż jego źródłosłów prowadzi w zupełnie inne kulturowo rejony. "Borejsza" to fonetyczne przetworzenie hebrajskich słów otwierających Księgę Rodzaju: "na początku Bóg stworzył..."[7] Po wielu latach do tej etymologii nawiąże Antoni Słonimski, pisząc w swoim Alfabecie wspomnień: "gdy jeszcze światło nie oddzielone było od ciemności, nie było Związku Literatów i tramwajów, duch Borejszy unosił się już nad wodami"[8]. W rodzinie Goldbergów nazwisko to - w rzeczywistości odziedziczone po babce Abrahama ze strony ojca - przybierali ci, którzy w swoim życiu zawodowym zajmowali się pisaniem. Byli wśród nich zarówno literaci, jak i publicyści. Spośród nich na przywołanie zasługuje z pewnością osoba Menachema Borejszy (1888-1949), starszego brata Abrahama, który do historii literatury przeszedł jako wielki poeta języka jidysz.
Środowisko rodzinne, jego klimat i charakter wywarły niezaprzeczalne piętno na późniejszym życiu Jerzego Borejszy. Działo się tak, choć jego życiowe wybory określane były częstokroć na zasadzie opozycji do tego, w co tak mocno wierzył Abraham Goldberg. Przeciwstawność opinii, zapatrywań politycznych i ideowych, z jakimi mamy do czynienia w przypadku rodziny Goldbergów, wydaje się kluczem do zrozumienia drogi życiowej Jerzego. Różnorodność tę widać dobrze na przykładzie Abrahama Goldberga i jego braci - Menachema, przejawiającego w różnych momentach swego życia zafascynowanie zarówno komunizmem, jak i syjonizmem, oraz Lejba, zawodowego rewolucjonisty, admiratora, a potem ofiary radzieckiego systemu. Abraham Goldberg, urodzony w 1880 r. w Kosowie Poleskim, wzrastał w wielokulturowym świecie końca "długiego" wieku XIX. Wyznaczał go przede wszystkim trójkąt zależności żydowsko-polsko-rosyjskich, z których z wolna na pierwszy plan wysuwała się relacja polsko-żydowska[9]. Narodziny nowych ideologii, z nacjonalizmem na czele, skłaniały do przedyskutowania także pojęć tradycyjnych, takich jak "swoi" i "obcy", które nieodzownie łączyły się na gruncie polskim ze stosunkiem do Żydów[10].
Także po stronie żydowskiej mamy do czynienia z wielką zmianą, potężnym ruchem idei, definiującym na nowo pojęcia zakorzenione w tej społeczności od wieków. Jak pisał Isaiah Berlin, "w świecie, który nastał w Europie po rewolucji francuskiej, obowiązywała zasada świadomej konsolidacji i wybijania na niezależność grup dotychczas w mniejszym lub większym stopniu trzymanych w cieniu - narodowych, religijnych, politycznych i tak dalej"[11]. Żydzi, którzy dotychczas stanowili grupę izolowaną, mogli stać się obywatelami. Ideały humanizmu i oświecenia zdecydowanie sprzyjały ich emancypacji. Dano im możliwość wyboru drogi, którą mieli pójść jako naród i wspólnota polityczna. Dano im też możliwość zdefiniowania siebie wobec rzeczywistości wyrosłej w wyniku gwałtownych przemian wieku XIX. Dyskusja, jaka się wówczas zaczęła, trwa właściwie do dziś. Kwestia tożsamości była i jest jednym z najbardziej żywych zagadnień obecnych w obrębie wspólnoty żydowskiej. Rodzina Goldbergów, w której poglądy na rolę i charakter obecności żydowskiej w porewolucyjnym świecie różniły się istotnie, stanowić może dobry punkt wyjściowy dla jej charakterystyki. W sposób uproszczony zamknąć je można w trzech opozycyjnych wobec siebie ideach: syjonizm - asymilacja - komunizm. Goldbergowie w takim ujęciu staną się mikroświatem żydowskich dążeń społecznych.
Syjonizm, któremu dzieło swego życia poświęcił Abraham Goldberg, wyrastał z rozczarowania i nadziei. Rozczarowanie brało się z uświadomionej w drugiej połowie XIX w. niemożności zbudowania pokojowego, opartego na zasadach partnerstwa, współżycia z przedstawicielami narodów, wśród których mieszkała społeczność żydowska. Ukształtowanie się nowoczesnej ideologii nacjonalistycznej uczyniło przestrzeń społeczno-polityczną bardziej agresywną. Nacjonalizm, będący, jak pisał Ernest Gellner, wyrazem "obiektywnej potrzeby homogeniczności"[12], przyczynił się do ukształtowania przekonania, iż historia narodów jest przede wszystkim historią rywalizacji między nimi. Szczególnie wyraźne stało się to w Europie Środkowo-Wschodniej, zamieszkanej przez wielonarodowe społeczeństwa Austro-Węgier, Prus i Rosji[13]. W obrębie tych społeczności Żydzi akceptowani byli jako trwały element powstałej jeszcze w czasach średniowiecza struktury feudalnej. W niej mieli prawem przypisane miejsce, a tradycja określająca hermetyczność żydowskiego świata dawała gwarancję trzymania się ich na uboczu[14]. Zdecydowana większość Żydów wschodnioeuropejskich tkwiła w zamkniętych społecznościach wsi, małych miasteczek, w skupiskach stanowiących jakąś pozostałość dawnych gett. W nich rozwijali swoją kulturę, pielęgnowali tradycyjne wartości swej religii oraz swój język, którym nie był polski czy rosyjski, ale jidysz[15]. Zarezerwowano dla nich świat małej ekonomiki, role szewców, krawców, dzierżawców młynów i browarów. W jego przestrzeni Żydzi mieli się spełniać i być wdzięczni za przypisanie im właściwego miejsca w tradycyjnym porządku świata[16]. Atmosferę zamkniętego żydowskiego świata znakomicie oddał Isaac Bashevis Singer, wkładając w usta narratora Spuścizny znamienne zdanie: "Chociaż świat się posunął naprzód, w Zakroczymiu wciąż opłakiwano świątynię zburzoną przed dwoma tysiącami lat"[17].
Świat zbudowany w ten sposób miał trwać nieprzerwanie, jednak gwałtowny rozpad struktur stanowego społeczeństwa sprawił, że dawne wyobrażenia ulegały stopniowej erozji. Nowe idee i rozwój techniki, powodujący gwałtowne przyśpieszenie życia, sprawiły, że stosunkowo łatwy do opisania dotychczasowy świat nie był już w stanie pomieścić tak wielu nowych zjawisk bez nieuchronnego konfliktu między nimi. Zmieniał się zresztą nie tylko świat zewnętrzny. Choć w znacznej mierze świat Żydów Europy Wschodniej pozostawał takim, jakim opisywał go Singer, to w jego obrębie zaczęły się pojawiać zjawiska z jednej strony emancypacyjne, a z drugiej - asymilacyjne. W pierwszym przypadku źródeł szukać należy w przemianach porewolucyjnych, choć początki żydowskich ruchów emancypacyjnych sięgają jeszcze czasów sprzed rewolucji francuskiej. W ich efekcie Żydzi mieli stać się obywatelami. Dobrze ujął to Aleksander Hertz, pisząc o pojawieniu się wiary w to, "że żydostwo, przez zmianę swoich obyczajów i reformę swego etosu, stopniowo będzie się mogło uwolnić od ciasnych ram kastowości, że przestanie być grupą pogardzaną, że rozwinie w sobie poczucie własnej godności i znaczenia wobec innych"[18]. Jednak nie było to takie proste, przynajmniej w odniesieniu do Królestwa Polskiego, gdzie kwestia żydowska napotkała na nierozwiązywalny problem - z jednej strony władze państwowe postulowały "ucywilizowanie" społeczności żydowskiej przed nadaniem jej pełni praw obywatelskich, z drugiej zaś zainteresowani sprawą ze strony żydowskiej właśnie w nadaniu praw widzieli możliwość zmiany sposobu życia Żydów[19]. Czynnikiem dodatkowo utrudniającym rozwiązanie kwestii nadania polskim Żydom statusu pełnoprawnych obywateli była postawa władz carskich, które nie były temu przychylne.
Ruch emancypacyjny, powodujący silny ferment w życiu umysłowym i mentalnym ludności żydowskiej na ziemiach polskich, nałożył się na początki przemian kapitalistycznych. To wtedy właśnie pojawił się stereotyp bogatego Żyda, który swą fortunę zbudować miał na krzywdzie innych. W bogaceniu się tej społeczności widziano jawną niesprawiedliwość, a konkurować z nimi nie wypadało, dopatrywano się bowiem we wzroście zamożności pewnych grup społeczności żydowskiej znamion oszustwa, sprzecznego ze szlachetnymi polskimi wartościami narodowymi[20]. Ale nie o handel tylko chodziło. Główny grzech Żydów wynikać miał z zaakceptowania zdobyczy liberalizmu, wyznaczających nowy porządek świata, jakże odmienny od tego, który trwał i był akceptowany przez stulecia. Taki pogląd znalazł silne odzwierciedlenie w publicystyce drugiej połowy XIX w., żeby przywołać w tym miejscu tylko nazwisko Teodora Jeske-Choińskiego[21]. Również w twórczości tego autora znajdziemy przykłady teoretycznej podbudowy dla zjawiska, które w największym stopniu zaważyło na stosunkach między ludnością żydowską a nacjami, pośród których mieszkała. Nowoczesny antysemityzm, bo o nim mowa, czerpać będzie z lęków przed nastaniem nowego, niepokojącego świata zjawisk społecznych i z obawy, czy grupy dotąd stojące na czele społeczeństwa są w stanie konkurować z wyemancypowanymi, silnymi ekonomicznie i politycznie Żydami[22]. Jest to zjawisko charakterystyczne nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Książki Paula de Lagarde'a, Edouarda Droumonta czy Houstona Stewarta Chamberlaina odwoływać się będą do tych samych kategorii[23].
Antysemityzm końca XIX w. przejawiał się w różnych formach: od ataków prasowych, przez procesy sądowe po pogromy. Różnice wypływały z różnorodności sytuacji społeczno-politycznej w poszczególnych państwach europejskich[24]. Paryski proces kapitana Alfreda Dreyfusa będzie jakościowo czymś zupełnie innym niż pogromy, charakterystyczne przede wszystkim dla Europy Wschodniej, jednak ogólne tło pozostaje to samo. Za szczególny wyraz atmosfery tamtego czasu posłużyć mogą osławione Protokoły mędrców Syjonu, będące wykładnią spiskowej teorii dziejów, w której centrum znajdowali się Żydzi[25]. Dziełko spreparowane przez carską ochranę także w tym miejscu potraktować można symbolicznie. Wyznacza bowiem koniec epoki nacechowanej optymistyczną wiarą w możliwość budowy lepszego świata, jaką zakładali myśliciele głównego nurtu epoki porewolucyjnej. Emancypacja społeczności żydowskiej miała być jedną z głównych składowych tej wizji. "Optymizm historyczny", wynikający z radości odkrycia tajemnicy historii, musiał jednak ulec załamaniu w obliczu wychodzących na światło dzienne sił irracjonalizmu[26]. "Piękny wiek XIX" kończył się nieodwołalnie.
Innym sposobem na rozwiązanie kwestii żydowskiej miał być projekt asymilacyjny. Zakładał on włączenie społeczności żydowskiej w obręb głównego nurtu kulturowego społeczeństw, wśród których mieszkali. Można go uznać za kontynuację koncepcji emancypacyjnych. Jednak w swoich założeniach idzie on znacznie dalej. Asymilacja przebiegać mogła na różne sposoby - od częściowej akulturacji aż po odrzucenie żydowskości i całkowitą identyfikację, zarówno kulturową, jaki i religijną. Na ziemiach polskich wzrost tendencji asymilacyjnych datuje się na połowę XIX w. Widać więc, że ma to niemały związek z przemianami gospodarczymi i upowszechnianiem się produkcji przemysłowej. Pośród zasymilowanych Żydów polskich wymienić można takie nazwiska, jak Kronenberg, Bloch czy Wawelberg, które znakomicie zapisały się w dziejach polskiej kultury i gospodarki. Nazwiska te staną się synonimami pewnej epoki w historii stosunków polsko-żydowskich. Będą jednocześnie rozbudzać emocje po obu stronach, ukazując tym samym złożoność procesu asymilacyjnego. Dla tradycyjnych społeczności żydowskich asymilatorzy będą bowiem zdrajcami, którzy wyrzekli się tradycji, odchodząc od zakonu[27]. Z kolei antysemici uważali, że asymilacja nie może się udać, gdyż natura żydowska pozostaje niezmienna. "Jesteś Żydem, bądź nim! - pisał Jeske-Choiński. - Milszy nam ciemny ortodoks Żyd, aniżeli cywilizowane zero, bo pierwszy wierzy w coś, jest czymś, a drugi nie daje żadnej gwarancji"[28]. Widać w tym niemożność wyjścia poza jakikolwiek schemat myślowy. Można szukać dla niego wyjaśnień, znajdując je choćby w sytuacji szlachty polskiej po powstaniu styczniowym[29], ale nie oddadzą one w pełni tej specyficznej aury, jaka otaczała asymilujących się Żydów.
Zaistniała sytuacja powodowała, że projekt asymilacyjny zaczął być stopniowo kwestionowany również przez jego wcześniejszych zwolenników[30]. Siła stereotypowego obrazu Żyda stawała się barierą najtrudniejszą do pokonania. Szczególnie dotkliwym rozczarowaniem musiał być fakt, że również część liberałów i pozytywistów polskich, którzy początkowo głosili konieczność asymilacji ludności żydowskiej, zrezygnowała z czasem z propagowania tej idei. Argumentem było zbyt powolne - ich zdaniem - upodabnianie się Żydów do społeczeństwa polskiego, mające swe korzenie w nieusuwalnym poczuciu obcości względem polskiej kultury i społeczeństwa[31]. W latach późniejszych zrodzić to miało swoisty "melanż antysemicko-postępowy". Charakteryzując to zjawisko, Maciej Janowski stwierdza, że "zrywa on z zasadniczą ideą polskiego XIX-wiecznego liberalizmu, mianowicie inkluzywizmem: dążeniem do połączenia wszystkich stanów w jeden nowoczesny naród, a kwestia żydowska w powszechnej opinii staje się częścią kwestii narodowościowej, podczas gdy dotąd uważana była raczej za składnik kwestii społecznej"[32].
Opisywane zjawiska miały ogromny wpływ na kształt idei syjonistycznej. Bez nich jej źródła tracą na wyrazistości i umyka gdzieś historyczny kontekst. Szczególnie istotne wydaje się to ze względu na poczynioną wcześniej uwagę, że syjonizm wyrastał z nadziei i rozczarowania. Bez tego nie da się zrozumieć postawy Teodora Herzla - tego całkowicie identyfikującego się z kulturą austro-niemiecką Żyda, który pół roku po zakończeniu procesu kapitana Dreyfusa napisze szkic do broszury, wydanej w 1885 r. pod tytułem Państwo żydowskie[33]. Jego tematem będzie właśnie nadzieja, płynąca z przekonania o sile narodu żydowskiego, będącego w stanie rządzić się samodzielnie, jeśli tylko dane mu będzie stworzenie własnego państwa. Przełomowe w projekcie Herzla było założenie, że Żydzi stanowią naród, a nie są jedynie wspólnotą religijną i kulturową. Zagadnienie to, pozornie absurdalne, w ówczesnych warunkach stanowiło istotny problem. Spotkać się z nim można m.in. w Kronikach Bolesława Prusa, który pisał: "Jak najuroczyściej protestuję przeciw nazywaniu Żydów narodowością, ponieważ oni, a raczej ich ciemne masy, nie są żadną narodowością, lecz kastą i materiałem dla tego lub owego społeczeństwa"[34]. Również wśród przedstawicieli społeczności żydowskiej takie widzenie spraw było częste. W ten sposób rozumowali zwolennicy asymilacji i Żydzi religijni, dla których wykorzystanie języka hebrajskiego do spraw wykraczających poza sferę religii było poważnym nadużyciem. Idea syjonistyczna spotkała się z negacją również ze strony żydowskich stronnictw socjalistycznych, głoszących budowę równego społeczeństwa w oparciu o zaprzeczenie tendencjom narodowym i odwołanie się do internacjonalistycznej wspólnoty ludzi pracy. To dopełniało obrazu skomplikowania tzw. kwestii żydowskiej, z którą uporać się nie będzie potrafiło również dwudziestolecie międzywojenne.
Abraham Goldberg i gazeta "Hajnt"
Naszkicowany wyżej model odpowiada drodze życiowej Abrahama Goldberga, który właśnie przez asymilację do kultury polskiej wszedł w krąg oddziaływań idei syjonistycznej. Kluczowym wydarzeniem powodującym zmianę jego zapatrywań na kwestię żydowską stał się narastający na przełomie wieków antysemityzm i jego najtragiczniejszy przejaw - pogromy. Abraham Goldberg, sympatyzujący początkowo politycznie ze stronnictwem konstytucyjno-demokratycznym - a więc popularnymi kadetami, którym przewodził Paweł Milukow - wierzył, że liberalizm jest najlepszym sposobem na zatarcie różnic między poszczególnymi grupami społecznymi. Wyrazem tego była praca w organizacji "Nowy Wschód"[35], która jednak nie pchnęła go w stronę czynnej polityki. Ważniejsze okazało się dziennikarstwo, którym Abraham początkowo parał się na łamach rosyjskich pism liberalnych. Wkrótce jednak nastał czas zmiany, którą zainspirował żydowski renesans narodowy i coraz prężniejsza działalność ruchu syjonistycznego. Wtedy to właśnie Abraham przenosi się z Rosji do Warszawy, gdzie rozpoczyna pracę w "Ha Cefirze". Dla pełniejszego ukazania zmiany, jaka się w nim wówczas dokonuje, niezbędne jest przypomnienie, że wiarę w możliwość odwrócenia społecznego postrzegania Żydów wyniósł z rodzinnego domu w Kosowie Podlaskim. Nie był to - dodajmy od razu - dom zwyczajny.
Aaron Goldberg, ojciec Abrahama, był poetą piszącym w języku aramejskim. O wartości tej poezji nie jesteśmy w stanie niczego powiedzieć - jego wiersze do dziś czekają na przekład[36]. W zbiorach rodziny Borejszów zachowała się jedyna fotografia przedstawiająca starego Aarona. Jej istnienie świadczy dobitnie o wyrwaniu się ze świata dawnej tradycji. Czy jakikolwiek pobożny Żyd korzystał z tego szatańskiego wynalazku połowy XIX stulecia? O emancypacji rodziny Goldbergów świadczy także nowoczesność ubioru Aarona, dalekiego od zwyczajowych żydowskich strojów.
To tu, w tym środowisku dorasta Abraham - trzeci z kolei syn małżeństwa Aarona i Fejgi Goldbergów. O jego młodzieńczych latach wiadomo niewiele. Więcej faktów pojawia się dopiero wówczas, gdy wchodzi w wiek dojrzały. Wiemy, że ożenił się z Anną (Hanną) Różańską, córką bogatej żydowskiej rodziny posiadającej majątek ziemski Iwacewicze na Grodzieńszczyźnie. Znajomość z Anną wzięła się stąd, że Abraham pracował przez pewien czas u Różańskich jako nauczyciel. Nie była to typowa romantyczna historia miłosna, ponieważ młody nauczyciel kochał się w młodszej siostrze swej przyszłej żony, która jednak wyszła za innego. Zadecydowało w tym przypadku bezwzględne prawo pierwszeństwa w zamążpójściu[37], a zdarzenie to przypomina nieco przygody bohaterów Skrzypka na dachu. Dodać można jeszcze, że obie panny Różańskie były podobno nad wyraz inteligentne i niejednokrotnie pomagały Abrahamowi, parającemu się już wówczas dziennikarstwem, w pracach nad tekstami[38]. Z tego nieco sielskiego świata wyrywa młodego Goldberga chęć poznania "nowego". Otwiera się przed nim perspektywa pierwszej poważnej pracy - warszawska "Ha Cefira" okaże się świetną szkołą dziennikarstwa.
Ten pierwszy wydawany w języku hebrajskim dziennik początkowo popularyzował przede wszystkim zdobycze różnych dziedzin wiedzy: nauk przyrodniczych, matematycznych, geograficznych i historycznych. Była więc "Ha Cefira" unaocznieniem założeń etosu żydowskiego, który w wiedzy i mądrości widział wartość najcenniejszą. W sprawach religijnych dziennik propagował umiarkowaną postępowość, a większe zmiany nastąpiły dopiero w 1886 r., kiedy został przejęty przez znanego dziennikarza Nahuma Sokołówa[39]. Wówczas to kwestie społeczno-polityczne wysunęły się na plan pierwszy, a z czasem pismo przyjęło kurs syjonistyczny, stając się jednym z jego głównych rzeczników na ziemiach polskich, aż do końca swej działalności w 1931 r.[40] Ale wówczas Abraham będzie już w innym miejscu - rzec by można, docelowym.
Rok 1908 - data powstania dziennika "Hajnt" - może zostać bez przesady uznany za kluczowy w biografii ojca Jerzego Borejszy. Praca w tym dzienniku była dziełem jego życia i to dzięki niej przeszedł do historii żydowskiego dziennikarstwa. Nie mylił się chyba jeden z czołowych dziennikarzy pisma, Chaim Finkelsztajn, który tymi słowami podsumuje z pespektywy lat pracę Goldberga w "Hajncie": "Gazeta była esencją jego życia. On żył dla niej, oddając jej swoje zdrowie i duszę"[41]. "Hajnt", wydawany od 22 stycznia 1908 r. do 22 września 1939 r., jest bez przesady uznawany za pismo-legendę[42]. Był kontynuacją ukazującego się od 1906 r. i kierowanego przez Samuela Jakuba Jackana dziennika "Dos Jidiszes Togbłat". "Hajnt", wydawany przez Spółdzielnię Wydawniczą "Alt-Naj", swój profil określał jako "narodowy, niezależny, a w zabarwieniu syjonistyczny"[43]. Więcej o profilu pisma pisał w swoich wspomnieniach Finkelsztajn: "zajmował liberalne, progresywne i demokratyczne stanowisko", a w sprawach dotyczących wspólnoty żydowskiej "trzymał się jasno nakreślonej syjonistyczno-demokratycznej i narodowej (ale nie szowinistycznej!) linii [...]. Bronił interesów żydostwa polskiego przeciwko brutalnym wypadom reakcji, jawnych albo ukrytych antysemitów - nie licząc się ze szkodami materialnymi i ciężkimi represjami, jakie się waliły na gazetę ze strony organów rządowych"[44]. Antysemityzm to tylko jeden z problemów, z jakimi mieli się zmierzyć redaktorzy "Hajntu". Przychodził on z zewnątrz, spoza świata żydowskiego, i był zasadniczo odmienny od niechęci sporej części środowisk żydowskich, które nie były w stanie zrozumieć, jak można wydawać pismo w języku jidysz, uważanym za swoisty żargon, a co ważniejsze, mowę kasty[45]. Językiem żydowskiej kultury był w ich przekonaniu jedynie hebrajski[46].
Określając miejsce pisma w obrębie żydowskiej sceny politycznej dwudziestolecia międzywojennego, umieścić je należy w grupie sympatyków tzw. Ogólnych Syjonistów, czyli Ogólnej Organizacji Syjonistycznej, związanej ze Światową Organizacją Syjonistyczną[47]. Szczególnie dobitnym wyrazem powiązań "Hajntu" z tą organizacją niech będzie to, że Icchak Grünbaum, mający przeogromny wpływ na prace redakcyjne i kształt pisma, przewodził od początku lat 20. XX w. właśnie Ogólnym Syjonistom[48]. Biorąc to pod uwagę, program polityczny dziennika określić można jako tożsamy z postulatami głównych grup reprezentujących wobec państwa polskiego ruch syjonistyczny[49]. Wśród redaktorów i współpracowników pisma należy wymienić takie nazwiska, jak Icchak Grünbaum, Samuel Jakub Jackan, bracia Noe i Chaim Finkelsztajn, Aaron Eichorn, Jehoszua Gotlieb, Dawid Ben Gurion, Włodzimierz Żabotyński, Bernard Singer, Nahum Sokołów czy w końcu Isaak Beshevis Singer, który debiutował w dodatku literackim "Hajntu"[50]. Ten zestaw współpracowników ukazuje siłę intelektualną dziennika, a nazwiska Ben Guriona i Żabotyńskiego podkreślają, jakie znaczenie miał "Hajnt" dla urzeczywistnienia idei syjonistycznej. Trzeba jednak pamiętać, że w ówczesnej prasie żydowskiej czy polsko-żydowskiej te same nazwiska pojawiały się w różnych miejscach[51].
"Hajnt" był przede wszystkim głosem średnio zamożnych warstw żydowskich, ale rościł sobie pretensje wykraczające daleko poza tę grupę. Chaim Finkelsztajn napisał nawet, że dziennik "znajdował się w centrum życia żydowskiego w Polsce". Uwaga to mocno przesadzona, czego najlepszym dowodem jest proste zestawienie liczbowe. Otóż według spisu statystycznego z 1931 r. liczba osób wyznania mojżeszowego wynosiła w Polsce 3113,9 tys.[52], podczas gdy liczba czytelników "Hajntu" w latach 1932-1938, w zależności od przyjętego kryterium, waha się między 45 tys. a ok. 27 tys.[53] Niemniej jednak dziennik, w którym pracował Abraham Goldberg, był najchętniej czytany spośród podobnych mu pism. Wyprzedzał pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy choćby swego głównego konkurenta, dziennik "Der Moment" ("Chwila"), w którym o "Hajncie" pisano "wiadoma gazeta"[54]. "Der Moment", związany politycznie z Żydowskim Stronnictwem Ludowo-Demokratycznym, czyli fołkistami, optującymi za szeroką autonomią dla ludności żydowskiej w ramach państwa polskiego, był pismem mniej poważnym, goniącym za sensacyjnymi wiadomościami. Ale i w "Hajncie" nie stroniono od sensacji, co stanowiło swoisty znak czasu. Ów styl dziennikarski świetnie oddaje maksyma Samuela Jakuba Jackana, zanotowana we wspomnieniach jednego z najważniejszych publicystów "Hajntu", Bernarda Singera, popularnego Regnisa, który zwykł mówić, że "czytelnik jak świnia, je wszystko, a w gównie smakuje"[55]. Andrzej Paczkowski, badający prasę żydowską dwudziestolecia międzywojennego, stwierdził, że "była to prasa przeznaczona dla społeczeństwa w trakcie transformacji ze swej tradycyjnej formy w nowoczesne mieszczaństwo"[56].
"Hajnt" stawiał w swych relacjach przede wszystkim na rzeczowość informacji. Szczególnym tego wyrazem mogą być relacje sejmowe, które dokładnie informowały o tym, co mogło szczególnie interesować główną grupę czytelniczą dziennika, a więc sfery kupieckie, przemysłowe czy żydowską inteligencję pracującą. Te relacje oraz reakcja na nie szczególnie interesowały polskie władze państwowe, zdające sobie sprawę ze skali wpływów pisma. Trzeba bowiem wiedzieć, że redakcja dziennika oprócz głównego wydania przygotowywała również liczne mutacje prowincjonalne, a także specjalne wydania dla Palestyny i kilkunastu krajów europejskich[57]. Dziennik i jego publicystyka mogły być więc uważane za doskonały miernik stosunku państwa polskiego do żydowskiej mniejszości narodowej. W zestawieniu tego z ogromnymi potrzeby kredytowymi II Rzeczypospolitej ukazuje się właściwe znaczenie "Hajntu" zarówno dla spraw polskich, jak i żydowskich. Od razu też dodajmy, że opcję prosyjonistyczną dziennik łączył z niepodważalną lojalnością wobec państwa polskiego[58].
Oddanie charakteru "Hajntu" i atmosfery, jaka panowała w redakcji dziennika, jest bardzo istotne z punktu widzenia wyboru drogi życiowej Jerzego Borejszy. Silne filiacje ku dziennikarstwu i działalności publicystycznej znajdują swój początek właśnie w tym miejscu. Klimat redakcji przy ulicy Chłodnej 8, zrodzony z oddania idei syjonistycznej i całego splotu uwarunkowań społeczno-politycznych przełomu XIX i XX w., wydaje się być właściwym tłem dla późniejszych działań Borejszy. To nie jedyne, rzecz jasna, elementy konstytuujące jego osobowość, ale w "Hajncie" po raz pierwszy mógł zetknąć się z żywą dyskusją, różnicującą poglądy na wiele spraw. Nie bez znaczenia była możliwość obserwacji tego, na czym polega przywiązanie do słowa i jego wagi, oraz zaznajomienie się z dziennikarstwem misyjnym, włączonym w służbę idei. Bez wątpienia to obserwacja pracy ojca była dla postawy Borejszy i sposobu myślenia o zawodzie dziennikarza kwestią decydującą.
Abraham Goldberg był u początków warszawskiego dziennika jednym z młodszych redaktorów. Dobrze oddają to zdjęcia redakcji, na których ów przystojny, postawny mężczyzna wyróżnia się spośród pozostałych członków redakcji "Hajntu" swoim wiekiem. W 1908 r., a więc w momencie uruchamiania pisma, miał 27 lat i niezbyt ustabilizowaną sytuację materialną, mimo posiadania już dość sporej rodziny. Z małżeństwa Abrahama z Anną Różańską przyszło na świat troje dzieci. Najstarsza z nich, piękna Judyta zwana w rodzinie Julą, studentka medycyny, okaleczona na skutek wypadku w latach 30., zginęła w Warszawie jako ofiara Holocaustu[59]. Drugim w kolejności był Beniamin, zwany Niomą, czyli Jerzy Borejsza, który urodził się w 1905 r., a swe imię zawdzięczał fascynacji Abrahama Beniaminem Disraelim. Ostatnim dzieckiem małżeństwa Goldbergów był urodzony dwa lata później Józef, który w wieku dojrzałym będzie znany pod panieńskim nazwiskiem matki, jako "Jacek" Różański[60].
Małżeństwo Abrahama i Anny nie było związkiem udanym. Jerzy Borejsza w swej autobiografii napisał, że rodzice rozwiedli się w 1909 r., nie podając przy tym żadnych przyczyn[61]. Wiadomo jednak, że powodem rozejścia się Goldbergów były różnice poglądów co do ról małżeńskich oraz kwestii wychowywania dzieci. Anna, mając świadomość, że nie posiada talentu matki, zdecydowała się na niezależność[62]. Była ona zresztą kobietą niezwykle energiczną i przebojową, o czym świadczyć może to, że należała do pierwszych pań na ziemiach polskich, które samodzielnie prowadziły samochód. Innym z powodów rozstania Abrahama i Anny mógł być brak pełnej stabilizacji materialnej rodziny[63]. Goldbergowie mieszkali początkowo - jako sublokatorzy - w warszawskim mieszkaniu Izraela, starszego brata Abrahama. Mieściło się ono przy ulicy Ciepłej 8. Dopiero po kilku latach pracy w "Hajncie", w 1915 r., Abraham Goldberg z dziećmi przeprowadził się do własnego mieszkania, które znajdowało się niedaleko redakcji, przy ulicy Chłodnej 17. Wówczas już związany był z Ewą Glass.
Pisząc o Abrahamie Goldbergu, nie można pominąć jednego z najważniejszych wydarzeń, potwierdzających słuszność powziętych przez niego wyborów ideowych. Mowa o procesie Mendla Bejlisa, który dla czytelników "Hajntu" relacjonował właśnie Goldberg. Bejlis był kijowskim Żydem, oskarżonym w 1913 r. o dokonanie mordu rytualnego. Oskarżenie było przejawem siły tradycyjnego antysemityzmu, ale jednocześnie możliwości jego wykorzystania przez władze carskie, które bezpośrednio zaangażowały się w proces[64]. Opinia publiczna była poruszona. Proces zadawał poważny cios idei emancypacji czy asymilacji żydowskiej wśród społeczności Europy Środkowo-Wschodniej. Abraham Goldberg mógł to naocznie obserwować, umacniając jednocześnie swoją wiarę w sens budowy państwa Izrael. Jako korespondent zetknął się z wieloma interesującymi ludźmi. Bodaj najciekawszym z nich był Maksym Gorki, komentujący wydarzenia kijowskie dla jednej z rosyjskich gazet. Nawiązała się między nimi nić przyjaźni, której świadectwem pozostaje ich korespondencja, drukowana częściowo na łamach "Hajntu". Sam proces zakończył się uniewinnieniem Bejlisa przez sąd przysięgłych, unaoczniając przy tym kryzys władzy carskiej[65].
Świadectwem poczucia zmiany klimatu wobec ludności żydowskiej i polityki asymilacyjnej są w przypadku rodziny Goldbergów nie tylko reportaże sądowe Abrahama, ale również poezja Menachema. W 1914 r., podczas ekonomicznego bojkotu żydowskiego, zarządzonego przez endecję, powstaje poemat Pojłn (Polska), w którym znaleźć można przejmujące wyznanie miłości do Polski, ale i rozczarowanie tym, że uczucie to nie zostaje odwzajemnione. "Nie rosłem na twych, Polsko, szlacheckich rozłogach"[66] - pisał z goryczą Menachem, dając do zrozumienia, jak silną i nieprzekraczalną kategorią w relacjach polsko-żydowskich jest obcość. Była to bez wątpienia zapowiedź jego późniejszych wyborów i emigracji.
Maksym Gorki to nie jedyna powszechnie rozpoznawalna postać z kręgu przyjaciół Abrahama. Jego znajomym był m.in. Martin Buber, znakomity badacz judaizmu i filozof religii[67], bliską przyjaciółką - Ester Rachel Kamińska, uważana za główną inicjatorkę żydowskiego teatru w Warszawie[68]. Jeśli dodać do tego, że pasją Goldberga było zbieranie rzadkich, pięknie wydanych książek[69], obraz domu rodzinnego Jerzego Borejszy zostanie dopełniony. Niezmiennie obecna (i zawsze wysokiej próby) literatura, filozofia i teatr wpływają na młodego człowieka, a echa tych wpływów znajdą później wyraz w jego publicystyce i działalności. Także codzienna obserwacja osoby ojca, swoistego self-mademana, który do swojej pozycji zawodowej doszedł wyłącznie dzięki własnemu uporowi i pracy, musiała wpływać w zasadniczy sposób na wybór postawy życiowej najstarszego syna.
W "Haszomer Hacair"
Pewien etap młodzieńczego życia Borejszy to również działalność w żydowskiej organizacji skautowej "Haszomer Hacair" ("Młody strażnik", "Harcerz")[70]. Jak wynika z autobiografii, wstąpił do niej, mając 9 lat, aby wystąpić w wieku lat 14; okres ten przypada więc na lata I wojny światowej[71]. Biorąc pod uwagę biografię Borejszy, działalność w tej organizacji jest ostatnim momentem, w którym widoczne jest jego zainteresowanie dla sprawy syjonistycznej. "Haszomer Hacair" była lewicowo zabarwioną organizacją, której początki sięgają okresu tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny. Wyrastała z fascynacji etosem działającej w Palestynie organizacji "Haszomer", a w sprawach ideowych odwoływała się przede wszystkim do autorytetu filozofa pracy, Aarona Dawida Gordona[72], i bojownika Josefa Trumpeldora[73]. "Haszomer Hacair", przyjmując dwie tak różne postawy jako wzorce dla swej działalności, określał tym samym nowy typ tożsamości żydowskiej. Można jedynie przypuszczać, jak silnie na wyobraźnię szomrów - jak nazywano żydowskich skautów - wpływały opowieści o Palestynie i powstających tam kibucach[74].
Odchodząc z organizacji dość wcześnie i porzucając ideę syjonistyczną, Borejsza poszedł zupełnie inną drogą - całkowitej asymilacji kulturowej ze społeczeństwem polskim, a w sferze wyborów ideowych jego punktem docelowym miał być komunizm, choć po drodze do niego było jeszcze kilka czasem zaskakujących przystanków. Symboliczna dla odejścia Borejszy od idei świata rodzinnego, wyznaczanego przez osobę Abrahama Goldberga, będzie scena, jaka zachowała się w rodzinnych wspomnieniach[75]. Mieszkając przy tej samej ulicy, przy której mieściła się redakcja "Hajntu", Jerzy Borejsza często w niej bywał. Podglądał od kuchni pracę drukarzy i redaktorów, których znał doskonale.
Bez wątpienia musiał być pracą redakcyjną zafascynowany. Scena, o której chcę tu wspomnieć, pochodzi z okresu po 1928 r., kiedy Borejsza miał już dwadzieścia kilka lat. Trwał w postawie buntu wobec dobrze znanego mu świata. Któregoś dnia, podczas pobytu w redakcji, ostro krytykował działalność ojca i pozostałych dziennikarzy, narzekając przede wszystkim na styl pisma. W odpowiedzi na te zarzuty poproszono go, by spróbował napisać artykuł wstępny do kolejnego numeru. Borejsza zasiadł do pisania i po jakimś czasie oddał redaktorom napisanego przez siebie "wstępniaka". Doświadczeni dziennikarze "Hajntu" byli tak zachwyceni, że zaproponowali Niomie pracę w piśmie. Ten jednak, odpowiadając na propozycję, podarł przed chwilą napisany artykuł, rzucając zaskoczonym redaktorom na odchodne, że nigdy nie będzie z nimi współpracować. Nie trzeba dodawać, że słowa dotrzymał, nie mając w swoim dojrzałym życiu nic wspólnego z ideą tak pieczołowicie pielęgnowaną przez jego ojca[76].
[1] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[2] A. Cała, The Social Consciousness of Young Jews in Interwar Poland [w:] "Polin. Studies in Polish Jewry. Jews in Independent Poland 1918-1939", vol. 8, London-Washington 1994, s. 52; zob. też taż, Ostatnie pokolenie. Autobiografie polskiej młodzieży żydowskiej okresu międzywojennego ze zbiorów YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku, Warszawa 2003.
[3] Por. A. Mencwel, Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich w XX wieku, Warszawa 1997, zwłaszcza rozdział: Przedwiośnie czy potop. Dylematy Stefana Żeromskiego, s. 55-114.
[4] J. Schatz, The Generation: The rise and fall of the generation of Jewish Communists in Poland, Lund 1989, s. 38.
[5] O istocie konfliktu pokoleń pisze m.in. Hanna Świda-Ziemba (Urwany lot. Pokolenie inteligenckiej młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat 1945-1948, Kraków 2003, s. 95-100), nadając temu zjawisku ważne znaczenie socjologiczne. Czyni to w odniesieniu do pokolenia innego niż pokolenie Jerzego Borejszy, ale treści składowe zjawiska wydają się być podobne.
[6] J. Schatz, dz. cyt., s. 38. Bardzo podobnie ujmował te sprawy Aleksander Hertz, a "paliwo radykalizmu" zastąpione zostaje u niego równie obrazowym i celnym sformułowaniem, w którym Żydzi przez swój zmysł krytyczny, zamiłowanie do myślenia i dążenie do sprawiedliwości "okazują się "drożdżami", budzącymi ferment i niepokój" (A. Hertz, Żydzi w kulturze polskiej, Warszawa 2003, s. 22-23 i 232-233).
[7] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5. O Mojżeszu Nowogródzkim mówił w swoich wspomnieniach Aleksander Wat, podkreślając, że był to "człowiek wielkiej szlachetności, uczciwości, bardzo mądry polityk, bardzo umiarkowany, taktowny", a w innym miejscu określa go jako "wielkiego patriotę i komunistę wybitnego i wstydliwego" (A. Wat, Mój wiek. Pamiętnik mówiony, oprac. L. Ciołkoszowa, t. 1, Warszawa 1990, s. 117-118 i 142).
[8] Istnieje rozbieżność w sprawie przedmiotu, jakiego nauczał Abraham Gross. Barbara Fijałkowska na podstawie wywiadów z Jackiem Różańskim stwierdziła, że był on romanistą (B. Fijałkowska, Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1995, s. 23). Z kolei Michał Przyborowski w niepublikowanym artykule o początkach ruchu anarchosyndykalistycznego w Polsce napisał, że Gross był nauczycielem hebrajskiego (AA, M. Przyborowski, Geneza ruchu anarchosyndykalistycznego w Polsce). Za prawdziwością tego drugiego poglądu przemawia relacja Jana Straszewskiego na temat Anarchistycznej Federacji Polski (AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-5579, Akta osobowe Jana Straszewskiego, k. 29).
[9] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[10] Na temat Jana Wacława Machajskiego i jego poglądów zob. R. Antonów, Pod czarnym sztandarem. Anarchizm w Polsce po 1980 roku, Wrocław 2004, s. 82-86.
[11] M. Przyborowski, Geneza ruchu anarchosyndykalistycznego w Polsce; zob. też: A. S., Zehn Jahre Geschichte des Anarchismus in Polen (1919-1929). Ein Bericht sympathisierender polnischer Genossen, "Die Internationale" 1930, h. 6, s. 132.
[12] Zob. A. Walicki, Rosyjska filozofia i myśl społeczna od Oświecenia do marksizmu, Warszawa 1973, s. 399-404.
[13] Jan Zawada (1891-1975), ezoteryk i różokrzyżowiec, blisko związany z ruchem anarchistycznym, był też jednym z pionierów polskiego ruchu esperantystycznego. Po II wojnie światowej silnie zaangażowany w odbudowę ruchu spółdzielczego.
[14] Zob. J. Wojciechowska, Maria Orsetti, niestrudzona reformatorka, Warszawa 1985.
[15] AA, Konrad Świerczyński, Mój udział w Anarchistycznej Federacji Polski, niepublikowane wspomnienia spisane w latach 50., przekazane Michałowi Przyborowskiemu przez Halinę Świerczyńską.
[16] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[17] Cyt. za: J. Holzer, Jedyna ojczyzna proletariatu - ZSRR: w dobrym i złym to jest mój kraj [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, red. T. Szarota, Warszawa 2001, s. 14.
[18] B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 20.
[19] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[20] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[21] Tamże.
[22] Kazimierz Koźniewski w eseju poświęconym osobie Jerzego Borejszy twierdzi, że zdał on maturę w 1923 r., co jest oczywistym błędem (K. Koźniewski, Rogatywki Jerzego Borejszy [w:] Zostanie mit, Warszawa 1988, s. 231).
[23] [A. Ciołkosz, T.F. Bieńkowski] Odezwa z dnia 20 maja 1922; cyt. za: W. Błażejewski, Bibliografia harcerska 1911-1960, Warszawa 1981, s. 302.
[24] W. Błażejewski, Z dziejów harcerstwa polskiego (1910-1939), Warszawa 1985, s. 165-166.
[25] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[26] Konrad Świerczyński pisał w swojej relacji o przedwojennej działalności anarchistów polskich: "Borejsza był w redakcji pisma Pionier, ale ukazał się tylko 1 lub 2 numery, bo dyktatura Piłsudskiego ciągle nasilała represje i cenzura szalała" (AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-5922, Akta osobowe Konrada Świerczyńskiego, k. 9).
[27] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[28] Mecenas Anna Czerska, przyjaciółka Jerzego Borejszy od czasów dziecięcych, wspomina, że u źródeł jego wielkiej miłości do Hiszpanii leżało uczucie. Pierwszą miłością Borejszy była ponoć nieznana Hiszpanka, którą poznał w okresie studiów w Tuluzie (AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą).
[29] "Pionier" 1924, nr 1.
[30] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[31] B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 16.
[32] F. Ryszka, W kręgu zbiorowych złudzeń. Z dziejów hiszpańskiego anarchizmu 1868-1939, t. 2, Warszawa 1991, s. 279.
[33] I. Erenburg, Ludzie - lata - życie, t. 4, Warszawa 1984, s. 155.
[34] H.M. Enzensberger, Die kurze Sommer der Anarchie. Buenaventura Durrutis Leben und Tod, Frankfurt am Main 2008.
[35] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[36] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[37] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[38] Konrad Świerczyński w notatce o Jerzym Borejszy pisał na temat jego pobytu w Hiszpanii: "Wtedy Borejsza był ważną postacią tam, trzymał się blisko Durrutiego, anarchisty hiszpańskiego, do kraju dochodziły wieści, że aby zdobyć środki na działalność rewolucyjną, dokonywali napadów na banki" (AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-5922, Akta osobowe Konrada Świerczyńskiego, k. 10).
[39] M. Przyborowski, Geneza ruchu anarchosyndykalistycznego w Polsce.
[40] [M.R.], Kongres anarchistów hiszpańskich we Francji, "Najmita" 1925, nr 5.
[41] AA, Prefekt Policji do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, listopad 1927 (za udostępnienie dokumentu dziękuję Michałowi Przyborowskiemu).
[42] M. Przyborowski, Geneza ruchu anarchosyndykalistycznego w Polsce. Do likwidacji pisma przyczynić się mogła również rozbieżność celów, do jakiej doszło między redakcją "Najmity" a działaczami w kraju. Ślady tego znaleźć można w artykule Polski Ruch Anarchistyczny. Historia polskiego ruchu anarchistycznego 1919-1929, który ukazał się po raz pierwszy w kwietniu 1930 r. na łamach pisma "Die Internationale". Napisano tam m.in.: "[...] narodowa organizacja czyniła wysiłki, aby przekonywać grupę z Paryża, że jej praca za granicą powinna być bardziej podległa potrzebom krajowym. Ale towarzysze za granicą, w swym entuzjazmie związanym z sukcesem "Najmity", wierzyli, że dzięki możliwościom, jakie daje propaganda, mogliby trenować nowe anarchistyczne kadry, które po powrocie do Polski zapoczątkowywałyby skuteczną działalność. Żadne porozumienie nie zostało w tym względzie osiągnięte" (Za angielskim tłumaczeniem tekstu: Polski Ruch Anarchistyczny. History of the Polish Anarchist Movement 1919-1929, "Syndicalism in Practice" [Special Suplement to "The Rebel Worker"], nr 4).
[43] Pa Kin, Le Secret de Robespierre et autres nouvelles, Paris 1980.
[44] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[45] C. Budzyńska, Koen Jakub Józef [w:] Słownik Biograficzny Działaczy Polskiego Ruchu Robotniczego, red. F. Tych, t. 3, Warszawa 1992, s. 233-234.
[46] D. Grinberg, Ruch anarchistyczny w Europie Zachodniej 1870-1914, Warszawa 1994, s. 193.
[47] Szukając argumentów dla poparcia tej tezy, odwołać się można do tak bliskiej wszelkiej lewicowości, a szczególnie tej spod sztandarów komunistycznych, idei organizacji, która zastępować ma żywiołowy chaos racjonalnym porządkiem. Zwykle odnosi się ją do zamętu, jakim jest w przekonaniu lewicy wolny rynek, ale i w analizowanym wyżej przypadku znajduje ona zastosowanie; por. R. Aron, Opium dla intelektualistów, przeł. C. Miłosz, Warszawa 2000, s. 44.
[48] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 10.
[49] Aniela Wolberg (1907-1937), jedna z najbardziej aktywnych polskich anarchistek okresu przedwojennego, studiowała w Krakowie i Montpellier, w Paryżu pracowała jako inżynier w fabryce samochodów; po wydaleniu z Francji w 1932 r. wydawała pismo "Walka Klas"; uczestniczka walk w Hiszpanii w 1936 r.
[50] Archiwum Państwowe w Kielcach, Urząd Wojewódzki w Kielcach, sygn. 2787, List Anieli Wolberg do Zygmunta Krupickiego, k. 21.
[51] M. Przyborowski, Spółdzielnia "Słowo" w Łodzi 1946-1949, "Przegląd Anarchistyczny" 2008, nr 7, s. 146-151.
[52] J. Boreisza, Obrona Sancho Pansy, "Wiedza i Życie" 1937, z. 3.
[53] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[54] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[55] W. Żukrowski, Zsyp ze śmietnika pamięci, Warszawa 2002, s. 142.
[56] AAN, Spuścizna po Jerzym Borejszy, sygn. 257/70, Anonimowy list do redakcji "Przekroju" w sprawie wojskowych rogatywek, Kraków [b.d.], k. 45; J. Borejsza, O nadgorliwcach, "Odrodzenie" 1948, nr 13.
[57] O rogatywkach i włączeniu się Jerzego Borejszy w spór o ich zachowanie piszą autorzy wielu wspomnień o nim. Mało znaczący, wydawałoby się, epizod w publicystyce tego autora urasta do rangi symbolu, odróżniającego go od pozostałej grupy powojennych działaczy komunistycznych. Rogatywki stają się symbolem "czegoś bardzo polskiego", symbolem narodowym, którego gorliwym obrońcą stał się, ku zaskoczeniu wszystkich, komunista i jeden z ważniejszych dygnitarzy Nowej Polski (K. Koźniewski, dz. cyt., s. 233; W. Żukrowski, dz. cyt., s. 141).
[58] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[59] Z. Zieliński, Żydzi w społeczeństwie Polski międzywojennej, "Dzieje Najnowsze" 1995, nr 4, s. 58.
[60] A. Hertz, Wyznania starego człowieka, Warszawa 1991, s. 173-175. O prokomunistycznych sympatiach młodzieży żydowskiej pisze ten sam autor w wielokrotnie tu już wspominanej pracy o wpływie Żydów na kulturę polską. Znaleźć tam można również szerokie socjologiczne tło, w oparciu o które autor uzasadnia owe sympatie (A. Hertz, Żydzi w kulturze polskiej, s. 220-252).
[61] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[62] AAN, Spuścizna po Szymonie Zachariaszu, sygn. 476/12, Projekt statutu Wydziału Żydowskiego przy KC KPRP, k. 1.
[63] W. Broniewski, Wiersze zebrane, Warszawa 1956, s. 125-127.
[64] Informacja z autobiografii Jacka Różańskiego; cyt. za: B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 49.
[65] Z. Uniszewski, Józef Różański, "Karta" 2000, nr 31, s. 112.
[66] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[67] J. Borejsza, Nasza Wola [w:] Warszawski 1 Maja, Warszawa 1958, s. 159-169.
[68] Problem ten jest dobrze wyjaśniony w większości prac dotyczących doktryny marksistowskiej. W tym miejscu powołam się tylko na dwie: L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu. Powstanie - rozwój - rozkład, Londyn 1988, s. 133-136 i A. Walicki, Marksizm i skok do królestwa wolności. Dzieje komunistycznej utopii, Warszawa 1996, s. 54-70.
[69] R. Aron, dz. cyt., rozdział: Mit proletariatu, s. 81-118.
[70] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[71] To nie jedyna taka opinia o Borejszy i jego działalności w strukturach partyjnych. Po wojnie również kierowano pod jego adresem pretensje o zbytni indywidualizm w działaniach. Przykładem niech będzie dokument przechowywany w aktach osobowych, a wystawiony przez Komitet Miejski PPR, w którym stwierdzono, że "Borejsza Jerzy prezes spółdzielni wydawniczej "Czytelnik" w pracy partyjnej nie udziela się na naszym terenie. Tow. wyniosły, nieprzystępny, utrudnia współpracę z dzielnicą" (AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 14).
[72] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 6.
[73] J. Kowalski, Komunistyczna Partia Polski 1935-1938, Warszawa 1975, s. 287.
[74] S. Kalinowski, Wśród samorządowców Warszawy [w:] Komuniści. Wspomnienia o Komunistycznej Partii Polski, red. L. Borkowicz, C. Budzyńska, T. Daniszewski i in., Warszawa 1969, s. 316.
[75] Rosyjskie Państwowe Archiwum Historii Społeczno-Politycznej w Moskwie (dalej: RPAHSP), sygn. 495/252/128, k. 32.
[76] Tamże, k. 13.
[77] Określenie to pada w artykule Ksawerego Pruszyńskiego Plan hiszpanizacji Polski, w którym na łamach "Buntu Młodych" w 1936 r. opisywał ideę i konsekwencje wprowadzenia polityki Frontu Ludowego w Europie (K. Pruszyński, Niezadowoleni i entuzjaści. Publicystyka 1931-1939, red. G. Pyka i J. Roszko, t. 1, Warszawa 1990, s. 369).
[78] Cyt. za: F. Furet, Przeszłość pewnego złudzenia. Esej o idei komunistycznej w XX w., przeł. J. Górnicka-Kalinowska i M. Ochab, Warszawa 1996, s. 285.
[79] W kwestii fascynacji lewicowych elit francuskich ideą Frontu Ludowego i Związkiem Radzieckim zob. H.R. Lottman, Lewy brzeg. Od Frontu Ludowego do zimnej wojny, przeł. J. Giszczak, Warszawa 1997, s. 81-208.
[80] J. Leński, Prawda o jednolitym froncie [w:] O front ludowy w Polsce 1934-1937. Publicystyka, Warszawa 1956, s. 6.
[81] Dokumenty Komunistycznej Partii Polski 1935-1938, oprac. S. Ajzner i Z. Szczygielski, Warszawa 1967, s. 32-33.
[82] M. Niedziałkowski, Na drogach do wielkiej przemiany, "Robotnik" 1936, nr 11.
[83] Por. S.S. Nicieja, Julian Leszczyński-Leński, Warszawa 1979, s. 203-222; F. Frisow, I. Jażborowska, Międzynarodówka Komunistyczna a Komunistyczna Partia Polski [w:] Tragedia Komunistycznej Partii Polski, red. J. Maciszewski, Warszawa 1989, s. 23; AAN, Spuścizna po Szymonie Zachariaszu, sygn. 476/4, Wspomnienia i relacje, k. 79.
[84] Zob. E. Krasucki, Ujmując w dłoń skalpel materializmu. Wizja kultury socjalistycznej w publicystyce Jerzego Borejszy z "Lewara" i "Sygnałów" (1934-1939) [w:] Społeczeństwo - polityka - kultura. Studia nad dziejami prasy w II Rzeczypospolitej, red. T. Sikorski, Szczecin 2006, s. 193-209.
[85] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[86] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 7.
[87] B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 46.
[88] J. Brun, Pisma wybrane, t. 2, Warszawa 1956, s. 347.
[89] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[90] A. Wat, Mój wiek, t. 1, s. 68 i 72. Problem ten Wat poruszał również w szkicu Polska (baśń zimowa). Polemika z Czesławem Miłoszem [w:] Dziennik bez samogłosek, Warszawa 2001, s. 345.
[91] Na problem rozróżnienia generacyjnego kładzie nacisk Maria Hirszowicz w swych rozważaniach o intelektualistach zaangażowanych w ideę komunistyczną; zob. M. Hirszowicz, Pułapki zaangażowania. Intelektualiści w służbie komunizmu, Warszawa 2001, s. 116.
[92] J. Boreisza, Hiszpania 1873-1935, Warszawa 1937.
[93] Wszystkie te artykuły drukowane były na łamach "Wiadomości Literackich". Zob. bibliografia prac Jerzego Borejszy na końcu książki.
[94] K. Pruszyński, W czerwonej Hiszpanii, Warszawa 1937.
[95] O tym, jak włączano sprawy żydowskie w obręb zainteresowania Frontu Ludowego, można dowiedzieć się z fragmentów autobiografii Jacka Różańskiego, cytowanych w pracy Barbary Fijałkowskiej; zob. B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 62-63.
[96] W obronie kultury żydowskiej, "Lewar" 1935, nr 13.
[97] Por. H.R. Lottman, dz. cyt., s. 135-157.
[98] List Jerzego Kornackiego z dnia 12 maja 1936 r. do Włodzimierza Jampolskiego [w:] Antifaszystskij kongriess rabotnikow kultury wo Lwowie w 1936 g. Dokumienty i matieriały, red. P.S. Kosłaniuk, Lwow 1956, s. 19.
[99] C. Miłosz, List do obrońców kultury [w:] Przygody młodego umysłu. Publicystyka i proza 1931-1939, Kraków 2003, s. 147-154. Nie była to jedyna obawa, jaką wyrażał późniejszy noblista w kwestii "szantażu intelektualnego", jaki stosowany był przez literackie środowiska lewicowe w stosunku do nazbyt opornych w przyjęciu wizji zaproponowanej przez Front Ludowy. W zakończeniu artykułu dla "Buntu Młodych", omawiającego paryski Kongres Pisarzy w Obronie Kultury, pisał: "Taki to był Kongres: dużo dymu, rezolucji, uchwał, oklasków, wybuchy magnezji raz po raz oślepiały, a gorąco gnębiło. Dla tych, co ani w komunizmie, ani w żadnej z form państwa totalnego nie znajdują ratunku dla współczesnego świata ni podwalin istotnej kultury - był jeszcze jedną chwilą gorzkiego namysłu" (C. Miłosz, Na zjeździe antyfaszystów, tamże, s. 120). Podkreślić jeszcze można, że kwestie tak silnie zajmujące Miłosza podnosił w tym czasie również Jan Kott, odwołując się do zasad etycznych, jakie powinny cechować twórczość pisarską (J. Kott, Strażacy i pisarze, "Sygnały" 1937, nr 35).
[100] W pobliżu tych koncepcji sytuować można ówczesne rozważania Karla Mannheima; por. K. Mannheim, Człowiek i społeczeństwo w dobie przebudowy, przeł. A. Rażniewski, Warszawa 1974, zwłaszcza część 2: Społeczne przyczyny współczesnego kryzysu kultury.
[101] Zob. K. Kuryluk, Świat ducha i świat pracy muszą podać sobie ręce (W dwudziestolecie Lwowskiego Zjazdu Pracowników Kultury), "Nowe Drogi" 1956, nr 5.
[102] T. Banaś, "Im cień tym dłuższy..." [w:] Książka dla Karola, red. K. Koźniewski, Warszawa 1983, s. 13.
[103] A. Wat, Mój wiek, t. 1, s. 234.
[104] Materiały do historii Klubów Demokratycznych i Stronnictwa Demokratycznego w latach 1937-1939, oprac. L. Chajn, Warszawa 1964, t. 1, s. 164.
[105] A. Fiederkiewicz, Moja droga do KPP [w:] Komuniści. Wspomnienia o Komunistycznej Partii Polski, Warszawa 1969, s. 104.
[106] A. Wat, Mój wiek, t. 1, s. 233-235.
[107] Z Klubu Demokratycznego: Mówimy o Hiszpanii, "Czarno na białem" 1938, nr 21; K. Namysłowski, Hiszpania - sztandar demokracji, "Dziennik Ludowy" 1938, nr 141; por. również Materiały do historii Klubów Demokratycznych i Stronnictwa Demokratycznego, t. 2, s. 31-32.
[108] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 7.
[109] N. Lebiediewa, P. Mitzner, Wyrok na odstępcę, "Karta" 1994, nr 12; J. Kowalski, dz. cyt., s. 424-434.
[110] Uchwała Prezydium Komitetu Wykonawczego Międzynarodówki Komunistycznej [w:] Tragedia Komunistycznej Partii Polski, s. 220.
[111] Tamże, s. 78-79.
[112] W. Babinicz, List w sprawie strajku nauczycielskiego, "Głos Nauczycielski" 1957, 20 października; W. Babinicz, Strajk dziennikarzy, "Polityka" 1962, nr 45; M. Shore, Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem, przeł. M. Szuster, Warszawa 2008, s. 159.
[113] A. Wat, Mój wiek, t. 1, s. 233-234.
[114] Tamże, t. 2, s. 99.
[115] Tamże, t. 2, s. 96.
[116] M. Shore, dz. cyt., s. 198-222.
[117] A. Wat, Mój wiek, t. 1, s. 179.
[118] Taśmy Ważyka, oprac. T. Drewnowski, "Gazeta Wyborcza" 1993, 11 listopada.
[119] T. Torańska, Oni, Warszawa 1997, s. 416-417.
[120] Zob. A. Przygoński, Komentarz do "Notatek Alfreda Lampego dotyczących zagadnień programowych" [w:] Archiwum Ruchu Robotniczego, red. F. Tych, t. 9, Warszawa 1984, s. 26.
[121] Bardzo interesujący materiał w sprawie wiarygodności niektórych fragmentów Mojego wieku Aleksandra Wata przynosi wymiana listów między Jerzym W. Borejszą a Czesławem Miłoszem z 1978 r. Syn autora Rewolucji łagodnej pisał m.in.: "Wydaje mi się, że byłoby celowe, nie chcę użyć słowa fair, gdyby Pan jako Wydawca zdecydował się napisać do paryskiej "Kultury" parę słów, że Mój wiek Wata zawiera wiele sformułowań brulionowych, być może są w nim sądy i pochopne i domniemania krzywdzące, wydaje się, że tak jest w przypadku pasusów o Jerzym Borejszy i jego roli w "Ossolineum" czy w Klubach Demokratycznych w latach 1937-1938. Nie wiem, czy doszły Pana jakieś inne uwagi i sprostowania, ale gdyby nie to, że kończę ten list późno w nocy, podałbym Panu dokładniej wysoce krzywdzące sformułowania dotyczące innych osób. Myślę, że protesty i echa, jakie wywołała plotkarska warstwa pamiętników Nadieżdy Mandelsztam, która nigdy nie była politykiem, wśród właśnie prawych ludzi w Moskwie i Leningradzie powinna dać do myślenia i Wydawcom Mojego wieku" (AJB, List Jerzego W. Borejszy do Czesława Miłosza z 23 stycznia 1978 r.). Ustosunkowując się do tych zastrzeżeń, Czesław Miłosz napisał: "Wydaje mi się, że dobrze zrobiłem powołując do życia coś, co bez mojego udziału by nie istniało, bo Wat, nie znalazłszy "idealnego słuchacza" zabrałby to wszystko ze sobą do grobu. I miałem poczucie wagi tych spraw dla czytelnika za lat dwieście (nie "dwadzieścia", jak zmieniła Ciołkoszowa). Natomiast szczegóły niezbyt mnie obchodzą. Te szczegóły mogą być niewypowiedzianie bolesne dla ludzi bezpośrednio zaangażowanych uczuciowo w osoby i sytuacje. Ale kto jak kto, Pan jako historyk wie najlepiej, że historia nawet w swoich dokumentach źródłowych jest już interpretowana. Załóżmy, że w książce Wata są liczne wypowiedzi krzywdzące pamięć różnych ludzi. Nie zmienia to mego wysokiego zdania o książce, bo przemawia ona w imieniu mnóstwa ludzi pozbawionych głosu na zawsze. Tak też należy według mnie myśleć o dwóch tomach pamiętników Nadieżdy Mandelsztam, jednej z prawdziwie wielkich książek dwudziestego wieku i bynajmniej nie dlatego, że jest to przyczynek do biografii Osipa, ale ze względu na umysł i serce autorki. Środowisko literackie Moskwy i Leningradu składa dowód krótkowzroczności i zaślepienia, kiedy wysuwa przeciwko temu dziełu zarzut, że literat X albo literat Y zostali w nim skrzywdzeni. Znaczy to zatracić poczucie proporcji" (AJB, List Czesława Miłosza do Jerzego W. Borejszy z 5 lutego 1978 r.). Opatrywanie tych wypowiedzi komentarzem wydaje się zbyteczne - na różnych poziomach obaj korespondenci mają rację. Z punktu widzenia zagadnień poruszanych w tej książce istotne jest to, że Czesław Miłosz dopowiada tu niejako swoją interpretację Mojego wieku, przyznając jednocześnie rację Jerzemu W. Borejszy, że w szczegółach prawdziwość relacji Wata jest mocno wątpliwa. Zresztą nie tylko ten list jest tego dowodem. Uzupełnić go można o powojenną korespondencję Wata i Borejszy, w której nie znajdziemy ocen znanych z Mojego wieku - wręcz przeciwnie, jest w niej sporo życzliwości (AJB, teczka W, Kartka pocztowa napisana przez Aleksandra Wata do Jerzego Borejszy z 6 lipca 1945 r.; List Aleksandra Wata do Jerzego Borejszy z 13 marca 1947 r.). Dowodem mogą być również wspólne powojenne fotografie Wata i Borejszy, świadczące o tym, że panowie raczej nie stronili od siebie. Podobnych argumentów można przytoczyć więcej - choćby świadectwo powojennych relacji między Borejszą a Władysławem Broniewskim, który został w 1940 r. aresztowany razem z Watem.
[122] A. Wat, Dziennik bez samogłosek, s. 306.
[123] G. Wołowiec, Nowocześni w PRL. Przyboś i Sandauer, Wrocław 1999, s. 126-127.
[124] O. Watowa, Wszystko, co najważniejsze..., oprac. J. Zieliński, Warszawa 1990, s. 146-147.
[1] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5. Autobiografia, na co wskazują dane w niej zawarte, powstała prawdopodobnie w 1943 r.
[2] Hajnt [w:] Polski Słownik Judaistyczny. Dzieje, kultura, religia, ludzie, red. Z. Borzymińska i R. Żebrowski, Warszawa 2004, t. 1, s. 542.
[3] Goldberg Abraham (Abram), tamże, s. 496.
[4] O Chaimie Zeligu Słonimskim przeczytać można m.in. w: J. Kumaniecka, Saga rodu Słonimskich, Warszawa 2003, s. 48-58.
[5] Ha Cefira [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 1, s. 534-535.
[6] C. Miłosz, Abecadło Miłosza, Kraków 1997, s. 69.
[7] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą. Do takiej transkrypcji nazwiska nawiązywał w liście do Jerzego Borejszy Paweł Ettinger: Nazwisko nasze fonetycznie podobnem jest do hebrajskiego "berejszes" - początku, więc też pierwszy list do kraju do Niego naprawiam (Archiwum Jerzego W. Borejszy [dalej: AJB], Teczka E, List Pawła Ettingera do Jerzego Borejszy z 21 marca 1945 r.).
[8] A. Słonimski, Alfabet wspomnień, Warszawa 1989, s. 21.
[9] M. Micińska, Inteligencja żydowska w Polsce od końca XIX wieku do II wojny światowej, "Midrasz" 2002, nr 5.
[10] M. Śliwa, Obcy czy swoi. Z dziejów poglądu na kwestię żydowską w Polsce w XIX i XX wieku, Kraków 1997.
[11] I. Berlin, Benjamin Disraeli, Karol Marks i poszukiwanie tożsamości [w:] Pod prąd, red. H. Hardy, Poznań 2002, s. 366.
[12] E. Gellner, Narody i nacjonalizm, przeł. T. Hołówka, Warszawa 1991, s. 60-61.
[13] J. Tomaszewski, Rzeczpospolita wielu narodów, Warszawa 1985, s. 143.
[14] Tenże, Stereotyp mniejszości narodowych w II Rzeczypospolitej [w:] Mity i stereotypy w dziejach Polski, red. J. Tazbir, Warszawa 1991, s. 274-275.
[15] I. Deutscher, Rewolucja rosyjska a kwestia żydowska, "Jidełe" 2000, numer specjalny: Żydzi i komunizm, s. 88-89.
[16] R. Levy, Ana Pauker: The Rise and Fall of a Jewish Communist, London 2001, s. 6-7.
[17] I.B. Singer, Spuścizna, przeł. I. Wyrzykowska, Warszawa 1983, s. 252.
[18] A. Hertz, Żydzi w kulturze polskiej, Warszawa 2003, s. 150-151.
[19] Z. Borzymińska, Dzieje Żydów w Polsce. Wybór tekstów źródłowych. XIX wiek, Warszawa 1994, s. 32.
[20] T. Jeske-Choiński, Typy i ideały pozytywnej beletrystyki polskiej, Warszawa 1888, s. 213-214; cyt. za: J. Jedlicki, Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują, Warszawa 2002, s. 337-338.
[21] Zob. T. Jeske-Choiński, Żydzi na tułactwie, Warszawa 1884.
[22] Por. J. Katz, From Prejudice to Destruction: Anti-Semitism 1700-1933, Cambridge 1980.
[23] Por. J. W. Borejsza, Szkoły nienawiści. Historia faszyzmów europejskich 1919-1945, Wrocław-Warszawa-Kraków 2000, s. 180-182.
[24] I. Deutscher, dz. cyt., s. 90.
[25] Por. J. Tazbir, Protokoły mędrców Syjonu. Autentyk czy falsyfikat, Warszawa 1992.
[26] Por. Z. Kuderowicz, Biografia kultury. O poglądach Jakuba Burckhardta, Warszawa 1973, s. 33-50; zob. też E. Renan, Co to jest naród?, "Res Publica Nowa" 2005, nr 1, s. 135-144.
[27] A. Hertz, dz. cyt., s. 133.
[28] [Pancerny] T. Jeske-Choiński, Na posterunku, "Rola" 1883, nr 19; cyt. za: Z. Borzymińska, dz. cyt., s. 95.
[29] J. Jedlicki, dz. cyt., s. 261-269.
[30] A. Hertz, dz. cyt., s. 173.
[31] M. Janowski, Polska myśl liberalna do 1918 roku, Kraków 1998, s. 186-187.
[32] Tamże, s. 247.
[33] Zob. W. Laqueur, A History of Zionism: From the French Revolution to the Establishment of the State of Israel, New York 2003.
[34] B. Prus, Kroniki tygodniowe, "Kurier Warszawski" 1877; cyt. za: Z. Borzymińska, dz. cyt., s. 100.
[35] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[36] W nowojorskim YIVO Institute for Jewish Research znajduje się ponad 2000 stron jego wierszy.
[37] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą. Informacja ta pochodzi od mieszkającego obecnie w Tel Awiwie syna siostry Anny Różańskiej, dr. Icchaka Landsberga.
[38] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[39] Zob. F. Sokołów, Nahum Sokołów. Życie i legenda, oprac. A. Ziemba, Kraków 2006.
[40] Ha Cefira [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 1, s. 534-535.
[41] K. Finkelshteyn, Haynt - a tsaytung bay yidn 1908-1939, Tel Aviv 1978, s. 38. Cytowany fragment jest tłumaczeniem z angielskiej wersji wspomnień, które w obszernych fragmentach umieszczone są na stronie internetowej www.haynt.org. Dla ścisłości trzeba dodać, że istnieje wcześniejsze wydanie wspomnień dziennikarza "Hajntu", obejmujące nieco krótszy okres, a mianowicie lata 1915-1939: C. Finkelsztein, Fun Noentn Over, New York 1956.
[42] O "Hajncie" zob. M. Fuks, Prasa żydowska w Warszawie 1823-1939, Warszawa 1979, s. 184-195; tenże, Prasa żydowska w Warszawie 1918-1929, "Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego" 1973, nr 1; A. Paczkowski, Prasa codzienna Warszawy w latach 1918-1939, Warszawa 1983, s. 244-245.
[43] Hajnt [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 1, s. 542.
[44] C. Finkelsztein, Fun Noentn Over, s. 83; cyt. za: M. Fuks, Prasa żydowska w Warszawie 1918-1939, s. 181-182.
[45] Zob. M. Kamińska, Ścieżkami wspomnień, Warszawa 1966, s. 188.
[46] A. Hertz, dz. cyt., s. 207.
[47] Ogólna Organizacja Syjonistyczna [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 2, s. 267-268.
[48] M.C. Steinlauf, Polish-Jewish Daily Press [w:] "Polin. A Journal of Polish-Jewish Studies", vol. 2, Oxford 1987, s. 228.
[49] Za jego streszczenie można uznać fragment wypowiedzi Leona Reicha, prawnika i syjonisty, posła na Sejm I i II kadencji z 1928 r. (Wywiad specjalny z posłem dr. Leonem Reichem, "Wszystkie Stronnictwa" 1928, nr 21; cyt. za: R. Żebrowski, Dzieje Żydów w Polsce. Wybór tekstów źródłowych 1918-1938, Warszawa 1994, s. 84-84); zob. też S. Rudnicki, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Warszawa 2004.
[50] M. Fuks, Prasa żydowska w Warszawie 1918-1939, s. 194.
[51] M.C. Steinlauf, dz. cyt., s. 228.
[52] J. Tomaszewski, dz. cyt., s. 148.
[53] Liczby te przytacza Michael C. Steinlauf w cytowanym artykule (s. 224-225), na podstawie ustaleń z prac Mariana Fuksa oraz Andrzeja Paczkowskiego, Nakłady dzienników warszawskich w latach 1931-1938, "Roczniki Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego" 1976, z. 15, s. 68-97.
[54] M. Fuks, Prasa żydowska w Warszawie 1918-1939, s. 183-185.
[55] B. Singer, Moje Nalewki, Warszawa 1959, s. 161.
[56] A. Paczkowski, The Jewish Press in Political Life of the Second Republic [w:] "Polin. Studies in Polish Jewry. Jews in Independent Poland 1918-1939", vol. 8, London-Washington 1994, s. 193.
[57] Hajnt [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 1, s. 542.
[58] Zob. J. Tomaszewski, dz. cyt., s. 146.
[59] B. Fijałkowska, Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1995, s. 38.
[60] Krótki biogram Józefa "Jacka" Różańskiego zob. w: "Polski Słownik Biograficzny", t. 32, Kraków 1991, s. 499-501.
[61] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[62] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą. Wersję tę potwierdza też Józef "Jacek" Różański w wywiadach, jakie przeprowadziła z nim Barbara Fijałkowska, dz. cyt., s. 12.
[63] Prof. Jerzy W. Borejsza, szukając przyczyn rozstania swych dziadków, na podstawie wspomnień rodzinnych stwierdził, że Anna przejawiała pewne niezrównoważenie, idące w parze z geniuszem, które bardzo utrudniało normalne współżycie rodzinne. Znana była m.in. z tego, że chcąc pomóc ubogim, wynosiła z domu wszelkie możliwe rzeczy, bez względu na ich wartość materialną (AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą).
[64] Car Mikołaj II słał listy do władz Czarnej Sotni z podziękowaniami za wpłynięcie na skazanie Bejlisa, por. J. Tazbir, dz. cyt., s. 63.
[65] Zob. A.S. Lindemann, The Jew Accused. Three Anti-Semitic Affairs (Dreyfus, Beilis, Frank 1894-1915), Cambridge University Press 1991.
[66] M. Borejsza, Polska [w:] Antologia poezji żydowskiej, wyb. S. Łastik, red. A. Słucki, Warszawa 1986, s. 139-140.
[67] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[68] B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 18.
[69] Warto w tym miejscu wspomnieć, że Jerzy Borejsza posiadał w życiu trzy biblioteki - pierwszą w swym żoliborskim mieszkaniu, drugą we Lwowie i trzecią po wojnie w Warszawie. Dwie pierwsze uległy zniszczeniu w wyniku działań wojennych. Wspólną cechą tych trzech zbiorów było szczególne miejsce, jakie zajmowała w nich literatura hiszpańska i szeroko rozumiana hispanistyka (AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą).
[70] Ha Szomer [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 1, s. 566.
[71] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 5.
[72] Aaron Dawid Gordon [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 1, s. 505-506; zob. też M. Bar-Zochar, Ben-Gurion: a biography, trans. P. Kidron, London 1978.
[73] Josef Trumpeldor [w:] Polski Słownik Judaistyczny, t. 2, s. 739-739; zob. też P. Lipovetzky, Joseph Trumpeldor life and works, Jerusalem 1953.
[74] Zob. Ocalony na Wschodzie. Z Julianem Stryjkowskim rozmawia Piotr Szewc, Montricher 1991, s. 43.
[75] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[76] Chaim Finkelsztejn w swej książce poświęconej "Hajntowi" opisuje inne zdarzenie, pokazujące siłę odrzucenia przez Borejszę świata wartości swego ojca. Historia rozegrać się miała w literackim klubie żydowskim przy ul. Tłomackie 13 przy okazji dyskusji o roli i powołaniu prasy wydawanej w języku jidysz. W jej trakcie późniejszy twórca "Czytelnika" przypuścił gwałtowny atak przeciwko żydowskim tytułom, opatrując je etykietką "żółtej prasy", co było i jest tradycyjnym określeniem gazet brukowych. Zareagować miał na to znany publicysta Saul Stupenicki pytaniem, dlaczego z taką furią atakuje prasę, którą współtworzy jego ojciec. Borejsza również odpowiedział pytaniem, które mocno zabolało jego ojca: "Czy jest moją winą, że bocian podrzucił mnie na próg domu Abrahama Goldberga?" (K. Finkelshteyn, Haynt - a tsaytung bay yidn, s. 41).
ROZDZIAŁ 4"Rewolucja łagodna" (1944-1948)
Lubelska "Rzeczpospolita"
Choć do zakończenia wojny pozostało jeszcze sporo czasu, to - wraz z przekroczeniem przez Armię Czerwoną granic II Rzeczypospolitej i sukcesami letniej ofensywy 1944 r. - sprawa polska stawała się coraz bardziej aktualna. Wśród polskich komunistów w Związku Radzieckim przeczucie zbliżającego się przełomu było wyraźnie odczuwalne. Za wyznacznik ówczesnych nastrojów tego środowiska uznać można artykuł W przededniu, który ukazał się w kwietniu na łamach "Nowych Widnokręgów". "Zbliża się chwila decydująca w dziejach naszego narodu - pisał nieznany z imienia autor, choć można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że był to Jerzy Borejsza. - W piątym roku niewoli i terroru hitlerowskiego kraj nasz znajduje się na progu niepodległości. Słowa i czyny, plany i zamierzenia, wysuwane i opracowane w Polsce Podziemnej i na wychodźstwie w ciągu tych ciężkich lat - staną przed próbą rzeczywistości"[1]. Świadomość mającej nastąpić wkrótce zmiany szła w parze z brakiem pewności co do tego, jaki kształt przyjmie ostatecznie powojenne państwo polskie. Rozstrzygnięcie tej kwestii zależało w największym stopniu od Związku Radzieckiego, który z kolei musiał liczyć się z opinią swoich zachodnich sojuszników. Polacy, również ci o orientacji komunistycznej, mieli w tej sprawie niewiele do powiedzenia, choć pewna wizja Polski powojennej zaczynała się z wolna rysować. Tak samo jak i plan przejęcia przez nich władzy[2].
Rozmowy na ten temat, połączone ze wstępnymi ustaleniami personalnymi, toczyły się w ich gronie już od jakiegoś czasu[3]. Ich uczestnikiem był także Borejsza, który stanowisko w przyszłym rządzie proponować miał m.in. Januaremu Grzędzińskiemu[4]. Odwołanie się do jego osoby w kontekście planów personalnych pokazuje kierunek ówczesnej polityki komunistów. Włączenie przedwojennego redaktora "Czarno na białem", dawnego piłsudczyka, było znakomitą ilustracją hasła "szerokiego frontu narodowego", na którego bazie ukształtować miał się powojenny układ polityczny[5]. Próba ściągnięcia Grzędzińskiego nie była działaniem bezprecedensowym. Komuniści szukali wśród emigrantów osób niezaangażowanych politycznie po stronie rządu polskiego w Londynie, których autorytet mógłby być legitymacją dla postulatów zawartych w ich ówczesnej publicystyce programowej. "Nowa Polska złączy w jednym szeregu swoich synów z kraju i tych, co powrócą z zagranicy"[6] deklarowano wówczas, a wśród osób, do których się odwoływano, wymienić można prezesa Komitetu Słowiańskiego w Londynie, Stefana Wilamowskiego, czy wykładającego wówczas na uniwersytecie w Chicago Oskara Langego[7]. Znamiennym - również poprzez swoją niezwykłość - przykładem opisywanych tu działań może być próba ściągnięcia do Moskwy Wincentego Witosa, który ostatecznie okazał się nie tym Witosem, o którego rzeczywiście polskim komunistom szło[8]. I choć Grzędzińskiego nie uda się Borejszy ostatecznie namówić na przyjazd do Moskwy, to przy okazji pierwszych prób "wodzenia na pokuszenie" polskiej emigracji politycznej zdobywał on szczególnego rodzaju doświadczenie, rozwinięte w latach następnych do mistrzostwa, zyskując przydomek "wielkiego kusiciela czy arcykoruptora"[9].
Po podjęciu 20 lipca zgodnej z sugestią Stalina decyzji o utworzeniu w ciągu kilku dni PKWN, dokonano podziału zadań między poszczególnych działaczy ZPP i KRN. Jedną z palących kwestii była potrzeba zredagowania manifestu, mającego ujawnić przed społeczeństwem polskim ukonstytuowanie się nowych władz i przedstawić główne punkty ich programu. Specjalnie powołana do tego celu komisja obradowała pod przewodnictwem Borejszy[10]. Manifest był "główną bronią propagandową"[11] PKWN, nie dziwi zatem wybór osoby z tak dużym doświadczeniem w dziedzinie agitacji politycznej. Borejsza sam nie przedstawiał na forum komisji własnego projektu, a cała sprawa sprowadzała się do wyboru między dwiema propozycjami, z których ostatecznie wybrano projekt autorstwa Stefana Wierbłowskiego, nieco mniej radykalny, choć wciąż bliski wcześniejszym ustaleniom, jakie zapadły w gronie członków ZPP i KRN[12]. Końcowy kształt głównego dokumentu PKWN ustalono 22 lipca na plenarnym posiedzeniu Komitetu w willi Barwicha pod Moskwą[13]. Po wprowadzeniu kosmetycznych poprawek redakcyjnych zdecydowano o opublikowaniu Manifestu w pierwszym numerze "Rzeczpospolitej" - głównego organu prasowego PKWN, którego prowadzenie powierzono 20 lipca Jerzemu Borejszy. W nagłówku tego numeru jako miejsce wydania widnieje Chełm[14], co odbiegało od stanu faktycznego, bowiem "Rzeczpospolita" z Manifestem drukowana była w moskiewskiej drukarni pisma "Izwiestia" - tej samej, w której drukowano "Wolną Polskę"[15]. W Moskwie też, a nie w Chełmie, przebywała cała ówczesna redakcja pisma, którą - co należy podkreślić - stanowił najpewniej jedynie Borejsza.
Powołanie "Rzeczpospolitej" było na ówczesnym etapie przygotowań do przejęcia władzy w kraju sprawą naglącą[16]. Oficjalny organ prasowy Komitetu stanowić miał sprawną tubę propagandową, tym bardziej istotną, że trafiać miała ona w niemal zupełną pustkę prasową, jaka powstała na terenach okupowanych przez Niemców. Redaktor naczelny stawał w tym momencie przed nie lada wyzwaniem. Musiał stworzyć pismo, które będzie czytane i pozwoli czytelnikowi na utożsamienie się z postulatami nowej władzy. Zakładana przez komunistów niechęć społeczna do wprowadzanego przez nich porządku politycznego czyniła tę sprawę jeszcze bardziej ważką. Ujawniło się to w sposób ciekawy w protokole z posiedzenia Delegatury KRN. Oto, gdy pojawia się na nim propozycja nazwania pisma "Wolna Polska", Jakub Berman wyraża pogląd, że mogłoby to wywołać niepożądane komentarze. Sprawa tytułu miała zatem znaczenie niebagatelne. Spośród innych propozycji - wśród których pojawiły się "Nowa Polska" oraz "Naród i Wojsko" - "Rzeczpospolita" wydawała się wyborem najlepszym, mającym podkreślać urzędowy charakter pisma. Za tym właśnie tytułem opowiedział się Michał Rola-Żymierski, stwierdzając, że "najbardziej odpowiada chwili obecnej, jako jednoczący wszystkie stronnictwa"[17]. Przyszły kierownik Resortu Obrony Narodowej miał być też osobą, która zaproponowała Borejszę na stanowisko redaktora naczelnego pisma.
Ta propozycja została zaaprobowana przez wszystkich uczestników posiedzenia. W swoim wystąpieniu Borejsza prosił o pozostawienie mu wolnej ręki w sprawach personalnych, dając jednocześnie gwarancję, że "w sprawach politycznych jako redaktor naczelny będzie wykładnikiem polityki Delegatury i w piśmie swoim będzie wdrażał opinie wszystkich zjednoczonych stronnictw"[18]. Relacja ta sprawia wrażenie nazbyt wystudiowanej. Zebranie nie ma żadnej dramaturgii, nigdzie nie iskrzy. Tak jakby karty były z góry rozdane. Przypuszczać można, że protokół spisany został później, stając się oficjalnym dokumentem początków Polski Ludowej[19]. Był to zabieg mający na celu legitymizację nowej władzy, uwidoczniający nadrzędność organu krajowego nad strukturami powstałymi w ZSRR. Wszystko odbywa się więc na drodze uzgodnień i demokratycznego wyboru. Obraz taki funkcjonować będzie znakomicie w oficjalnej historiografii przez dobrych kilkadziesiąt lat[20].
Według tej samej zasady budowana była legenda pierwszej "Rzeczpospolitej"[21], a heroiczny obraz początków prasy polskiej wykreowany zostanie w znacznej mierze według wskazówek Borejszy[22]. On sam w jednym ze wspomnieniowych artykułów wzmacnia jeszcze urzędową wersję, nazywając narady nieistniejącej przecież "chełmskiej" redakcji "Rzeczpospolitej" mianem consilium bellicum, a decyzję o przeniesieniu redakcji do Lublina rozpatrując w kategoriach res non patitur moram[23]. Świadome nawiązanie do stylu Jana Chryzostoma Paska ubarwia relację i wzmacnia jej dynamizm: "Zakropiwszy się tedy po razu, dla dodania odwagi wobec władz, udaliśmy się z Jerzym Putramentem do kierownika resortu finansów i gospodarki narodowej i wystąpiliśmy wobec niego cum fecunda oratione, dowodząc, że na założenie organu PKWN potrzeba pieniędzy". Artykułu nie należy traktować jedynie w kategorii żartu. Relacja Borejszy uwidacznia wielką wagę, jaką odgrywa w polityce, niezależnie od charakteru reżimu, umiejętna konstrukcja mitu fundatorskiego[24]. Nie podlega dyskusji, że jedną z osób ustanawiających narrację o początkach Polski Ludowej był Borejsza, a jednym z podstawowych sposobów jej budowy - użycie specyficznej formy apokryficznej. Wszak jego relacja była w znacznej mierze dobrą literaturą.
Borejsza znalazł się na eksponowanym stanowisku redaktora naczelnego głównego organu nowej władzy nie przez przypadek. Widać tu konsekwencję jego działań, bo i stanowisko dyrektora lwowskiego Ossolineum, i odpowiedzialność za redakcję podręczników szkolnych, a następnie praca redakcyjna, choć mało eksponowane, dawały możliwość realizacji celów i zamierzeń zgodnych z jego ambicjami politycznymi. Frapujący opis postępowania Borejszy pozostawił Putrament, pisząc, że "stanowił on ogromny splot różnego rodzaju sprzeczności i śmiesznostek. [...] Miał szalone ambicje polityczne. Wśród nich były takie trochę perwersyjne. On chciał być tym, który ma władzę, ale nie chciał nominalnej władzy. Chciał być szarą eminencją"[25]. Wydaje się, że autor Rzeczywistości trafia w sedno sprawy, gdy pisze o obserwowanej u Borejszy potrzebie bycia "człowiekiem tła". Pociąg do władzy miał w rozumieniu szefa "Rzeczpospolitej" zupełnie inny charakter niż się to powszechnie przyjmuje. Nie interesowała go ordynarna walka o ministerialne posady, twierdził wręcz, że "byle gówno można zrobić ministrem"[26]. On szedł w swych ambicjach znacznie dalej, widząc swoją rolę ponad codzienną polityczną grą.
Z Moskwy Borejsza przybył do kraju 1 sierpnia 1944 r. Doszukać się w tym można pewnej symboliki, bo oto w momencie, kiedy wraz z Powstaniem Warszawskim następuje tragiczny koniec pewnego modelu kulturalnego, na arenie pojawiają się ludzie z nową wizją rozwoju polskiej kultury. Razem z Borejszą przyjechał skompletowany wcześniej zespół mający tworzyć razem z nim "Rzeczpospolitą". W jego skład wchodzili: zastępca redaktora, Jerzy Putrament, sekretarz redakcji, Anatol Mikułko, i członek redakcji Jan Huszcza[27]. Specyfiką tamtego czasu było, że cały zespół tworzyli czynni oficerowie I Armii Wojska Polskiego. Hierarchia, rzecz jasna, została zachowana - naczelny w stopniu majora zawiadywał trzema kapitanami. Redakcja po wylądowaniu w Chełmie przenosi się następnego dnia do Lublina, który jest już siedzibą PKWN[28]. Do zespołu dołączyli wkrótce m.in. Zofia Bystrzycka, Józef Sigalin i Mirosław Żuławski.
We wspomnieniach z tamtego czasu zwracają uwagę niezwykłe umiejętności organizacyjne Borejszy. "W tym bohaterskim okresie Borejsza żył jakimś potrójnym i poczwórnym życiem" - pisał jego ówczesny zastępca, któremu warto oddać głos na dłużej: "Redagował gazetę, zważywszy, że w całym zespole znalazł się tylko jeden taki, który miał z wydawaniem gazety kiedyś coś wspólnego. Borejsza pisał artykuły wstępne, przyjmował personel techniczny, redakcyjny, dawał im zadania, kontrolował nasłuch radiowy (innych źródeł wiadomości wówczas przecież nie było), poprawiał artykuły innych, biegał na dziesiątki konferencji dziesięciu powstających ministerstw, organizował stołówkę redakcyjną, przydzielał pokoje i łóżka współpracownikom redakcji, wykłócał się o papier, o maszyny, werbował zecerów, snuł fantasmagoryczne plany o jakichś wielkich spółdzielniach wydawniczych (pamiętam, że odnosiłem się do tego sceptycznie: jeszcześmy tej gazety nie rozkręcili, a ty już...), wysyłał ludzi po odnalezionych tu i ówdzie literatów. W nocy wracał do domu przy ulicy Radziwiłłowskiej 9, walił się do łóżka, zaczynał chrapać. Po półgodzinie przyjeżdżał rozklekotany "Willys" z drukarni, przywoził cztery mokre płachty kolumn. Budzono Borejszę, ziewał, kaszlał, tarł oczy, zasiadał do kolumn, czytał od wiersza do wiersza, łapał nieskładności polityczne, wynajdywał najdrobniejsze lapsusy zecerskie"[29]. To nie jedyny tak barwny opis aktywności twórcy "Czytelnika", który miał niewątpliwie wiele szczęścia do literackich portrecistów. Ale nie o barwność w tym przypadku chodzi. O wiele istotniejszy jest tu klimat zupełnego oddania się przez Borejszę pracy i atmosfera uwiedzenia danymi mu możliwościami, które chciał wykorzystać, obserwując ogrom zniszczeń wojennych. Ambicje osobiste miały tu też znaczenie niebagatelne. Borejsza chciał jak najszybciej stać się kimś, a sytuacja, w której musiał improwizować, była jego sprzymierzeńcem. Dawała mu poczucie kontroli i możliwość wytworzenia własnego stylu działania.
Problemy administracyjno-materialne pierwszych miesięcy rozszerzały pole samodzielności przy podejmowaniu decyzji i konstruowaniu planów na przyszłość[30]. Borejsza znalazł się w tym znakomicie. Miał spore możliwości decyzyjne, które zależały w znacznej mierze od pozycji, jaką sam wypracował. Wydaje się to ważniejsze od jego wpływów, wyrosłych z działalności w ZPP. Jedną z podstawowych zasad, jakimi się kierował, była niezależność czy samodzielność finansowa projektów, którym przewodził[31]. Wzrastając w atmosferze pracy dziennikarskiej, Borejsza zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie niosło uzależnienie od wsparcia finansowego zarówno państwa, jak i osób czy instytucji prywatnych. Uzależnienie od cudzych pieniędzy automatycznie niwelowało możliwości decyzyjne. Również jego przeszłość anarchistyczna oraz otarcie się o ideę spółdzielczości powodowały, że samodzielność finansowania własnych działań była dla Borejszy czymś naturalnym. Nie należy jednak sądzić, że jego projekty uzyskały status pełnej autonomii. Coś takiego było niemożliwe. Naczelny "Rzeczpospolitej" był nim przecież z nadania partii komunistycznej i jego status wymagał minimum lojalności, co w ówczesnych warunkach wiązało się z przyjęciem programu przemian społeczno-politycznych w duchu propozycji PKWN. Borejsza nigdy nie odżegnywał się zresztą od haseł i idei partii komunistycznej, co widać choćby w jego lubelskiej publicystyce[32]; nie znaczy to jednak, że w ramach ogólnie przyjętej linii nie mógł wykazywać jakiejś osobności.
Pierwsza "Rzeczpospolita" funkcjonowała na zasadach pewnej prowizorki, podobnie zresztą, jak i inne - może poza wojskiem i służbami bezpieczeństwa - elementy struktury Polski lubelskiej. Większość załatwionych spraw zależała od umiejętności organizacyjnej kierowników, doboru właściwych ludzi i szczęścia[33]. "Wrzesień 1944 roku, ani papieru, ani drukarni, ani "żadnej rzeczy, która jego jest"" - wspominał ówczesną sytuację "Rzeczpospolitej" Kazimierz Petrusewicz. - "Papier dostał [Borejsza] wreszcie od wojska, maszyny znalezione gdzieś na miejscu, zakopane czcionki też wydobyto. Trzeba montować drukarnię. W jego otoczeniu było dwóch chłopców uwolnionych z Majdanka. Jeden to Mliczewski [...], drugi Czesław Kulesza [...]. Obaj byli potwornie chudzi, ale obu świeciły się czarne oczy do pracy. A tu jeszcze taki dynamit jak Borejsza dopinguje: dawajcie drukarnię. Znaleźli czy dostali (a może ukradli? - nie wiem i nie pytałem) maszyny drukarskie"[34]. Niedostateczne określenie przepisów, wyraźnie odczuwalna tymczasowość struktur i sytuacja z pogranicza wojny i pokoju czyniły pierwsze miesiące pracy czasem fascynującym.
"Urzędnik" u Matuszewskiego
Borejsza, redagując "Rzeczpospolitą", która bardzo szybko zwiększyła nakłady[35], był jednocześnie urzędnikiem zatrudnionym w Resorcie Informacji i Propagandy (RIiP), gdzie kierował Wydziałem Prasowo-Informacyjnym[36]. Zaskakujące jest to o tyle, że na ideę powołania ministerstwa propagandy patrzył podobno z nieskrywaną pogardą, ze względu na pobrzmiewające w nazwie i metodach pracy echa goebbelsowskiego tworu[37]. Przyjęcie rządowego stanowiska wynikało jednak z daleko posuniętej pragmatyki. Borejsza, zgromadziwszy szybko odpowiedni zespół redakcyjny, zorientował się bowiem, że funkcja naczelnego nie wystarczy do realizacji powziętych celów. Wiedział, że bez byle jakiego dokumentu sygnowanego pieczęcią nowej władzy jakakolwiek próba gromadzenia bazy materialnej do realizacji koncepcji wielkiego koncernu wydawniczego zdana jest z góry na niepowodzenie. Wynikało to z dobrze znanej mu praktyki biurokratycznej, z którą zapoznać się mógł w czasie pobytu w ZSRR. Sytuację bytności naczelnego "Rzeczpospolitej" w RIiP streścić można krótko: wewnątrz, ale na zewnątrz. Był to rodzaj świadomej dywersji, na którą pozwolić sobie mogła jedynie osoba o wyrobionej pozycji. Poświadcza to zresztą sam Borejsza, który po latach napisał: "zajęliśmy się w redakcji zgodnie gwałtownym zwalczaniem bardzo ambitnego resortu informacji i propagandy"[38].
Choć resort i jego struktury działały formalnie od końca lipca 1944 r., to ze względu na pewne trudności personalne - oficjalnie szefem był Stefan Jędrychowski[39], ale faktycznie kierował nim Stefan Matuszewski - jego możliwości decyzyjne były ograniczone. Wystarczy powiedzieć, że pierwsze zebranie, wyznaczające kierunek i model funkcjonowania resortu, odbyło się dopiero 24 sierpnia. Jego uczestnikami byli: Matuszewski, Borejsza, Putrament i Wilhelm Billig, członek przedwojennej KPP i współpracownik prasy polskiej w ZSRR[40], co uwidacznia pewne dysproporcje w układzie sił i wpływów w RIiP. Borejsza był tu górą, dzięki czemu mógł się przeciwstawić pomysłom Matuszewskiego, zmierzającym do centralizacji środków przekazu informacji w ramach jednego resortu. Ich wprowadzenie stawiałoby ideę powstania wielkiego koncernu medialnego pod znakiem zapytania, jak również byłoby złym sygnałem wysłanym w stronę niepewnych swej przyszłości twórców kultury, pamiętających doskonale ujednolicenie z czasów lwowskiej okupacji. W tym układzie nie dziwią uwagi Putramenta, który w swoich wypowiedziach wyrażał wielkie zdziwienie i przerażenie przedstawionymi przez Matuszewskiego pomysłami[41].
W podobnym duchu wypowiadał się Borejsza, który przywoływał konkretną sprawę, a więc konieczność wyodrębnienia "Rzeczpospolitej" ze struktur RIiP. Logika rozumowania Borejszy w tym przypadku wydaje się zaskakująca. Oto pismo, wyłączone spod kontroli administracji państwowej, miałoby się stać bardziej państwowe niż dotąd. Rzecz jasna, Borejsza nie proponował prywatyzacji pisma, a jedynie włączenie go w inną strukturę, nazwaną w protokole "przedsiębiorstwem". Chodzi o planowanego "Czytelnika", który w przekonaniu Borejszy dawałby większe gwarancje uaktywnienia trzymających się z dala od nowej władzy środowisk, a tym samym ich czynnego włączenia w obieg nowej państwowości. Ostatecznie wygrały propozycje oponentów Matuszewskiego, ale przez cały okres funkcjonowania RIiP - a później MIiP - relacje z "Czytelnikiem" będą napięte.
Problemy w RIiP brały się w znacznej mierze z mało precyzyjnego określenia jego kompetencji, co uwidacznia choćby stwierdzenie z dekretu PKWN, że resort odpowiada za sprawy "prasy codziennej i periodycznej, sprawy agencji prasowych, informacyjnych i telegraficznych, sprawy radiofonii, sprawy produkcji filmowej i kinematografii, sprawy wydawnictw informacyjnych i propagandowych oraz propagandy masowej w kraju, propagandy na zagranicę"[42]. Biorąc pod uwagę równoległe istnienie sektora państwowego, prywatnego i spółdzielczego, zwłaszcza w odniesieniu do rynku prasy i wydawnictw, stwierdzić można, że tak mało przejrzyste określenie zasad funkcjonowania resortu stwarzało pole dla przyszłych nieporozumień. Do niesnasek kompetencyjnych dochodziło zresztą w obrębie samego resortu propagandy[43]. Kierowany przez Borejszę wydział miał w swych kompetencjach "sprawy prasy codziennej i periodycznej, sprawy agencji prasowych, informacyjnych i telegraficznych"[44]. Biorąc pod uwagę strukturę mającego powstać wkrótce "Czytelnika", zbieżność spraw, którymi Borejsza miał się zajmować w obu instytucjach, wydaje się uderzająca. Jeśli dodać do tego, że ambicje jego i podległych mu urzędników nakładały się na określone zadania innych wydziałów, jasne staną się przyczyny różnego rodzaju sporów i niedomówień.
Pewien wgląd w działalność wydziału kierowanego przez Borejszę dają comiesięczne sprawozdania, składane na ręce kierownika resortu. Przyjrzeć się warto zwłaszcza temu, które dotyczy okresu od 15 sierpnia do 5 października, a więc czasu budowania struktur. Napisali je prawdopodobnie dwaj najbliżsi wówczas współpracownicy Borejszy - Czesław Kulesza i Kazimierz Mliczewski[45], a przeczytać w nim można, że "wobec specjalnych warunków, jakie zaistniały na oswobodzonych terenach ziem polskich, wywołanych latami okupacji niemieckiej i działaniami wojennymi wyłoniły się kwestie zabezpieczenia kontroli wychodzących pism i druków, kontroli drukarń oraz składów produkujących i mających w posiadaniu papier"[46]. Zestawiając tę informację z zakresem działań przydzielonych wydziałowi przez statut resortu, stwierdzić można, że główny nacisk położony tu został na kwestie wydawałoby się poboczne. Borejsza zdawał sobie jednak sprawę, że decydując o rozdziale papieru i drukarń, tak naprawdę jest panem całej sytuacji i właściwie wszystkie wchodzące w skład resortu wydziały zależne są od jego arbitralnych decyzji[47]. Zresztą nie tylko one, bo i inne instytucje - tak państwowe, jak i spółdzielcze - musiały kierować swoje zapotrzebowania bezpośrednio do Borejszy, częstokroć z pominięciem drogi oficjalnej. Również sam Matuszewski, darzony szczególną antypatią przez szefa "Czytelnika", został w znacznym stopniu uzależniony od jego dobrej woli. W dokumentacji resortowej zachowały się listy Matuszewskiego do Borejszy, w których ten prosi swego podwładnego o przydział papieru[48] bądź udostępnienie drukarń niezbędnych do działalności innych wydziałów[49]. Korespondencja ta stanowi kuriozum urzędnicze, ale świadczy o specyficznej roli, jaką w RIiP pełnił Borejsza, nazywany już wówczas przez niektórych "papieżem prasy"[50].
Dla usprawnienia działalności wydziału stworzono w nim dwa referaty - rezerw papieru i drukarń. Zadanie pierwszego polegało na "zabezpieczeniu jednostek gospodarczych, produkujących oraz rozprowadzających papier", podczas gdy referat drukarń sprawował "całą kontrolę i nadzór nad wszelkimi zakładami graficznymi oraz przejęciem przez administrację państwową wszystkich zakładów poniemieckich względnie nieposiadających prawnych właścicieli"[51]. W praktyce poległo to na wyprawach pracowników wydziału, często na linię frontu. Znając ówczesną sytuację na ziemiach podlegających PKWN, nie można mieć wątpliwości, że wyprawy te wiązały się z olbrzymim niebezpieczeństwem. Właściwie nie było wiadomo, czy tuż za opłotkami Lublina wysłanników Borejszy nie spotka coś złego, czy nie natkną się na oddziały powstańcze, które nie podejmowały zbędnych dyskusji z przedstawicielami nowej władzy. W okresie pierwszych dwóch miesięcy zorganizowano trzy takie wypady. Ich opis, pełen konkretów i liczb - słowem, urzędniczej statystyki[52] - ukazuje zupełnie nowy obraz Borejszy, odbiegający od wizerunku "wielkiego kusiciela", funkcjonującego w literaturze pamiętnikarskiej czy historiografii. Warto o tym wspomnieć, aby właściwie ustalić kolejność zdarzeń i spraw. Borejsza, chcąc zaistnieć w znanej powszechnie roli, musiał wcześniej zbudować swoją pozycję w oparciu nie tylko o wpływy polityczne, ale przede wszystkim o realną ofertę, wynikającą z możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych. Pisarze, aktorzy czy naukowcy w pierwszych miesiącach powojennych potrzebowali przede wszystkim schronienia, wyżywienia i możliwości druku. Żeby zostać "arcykoruptorem", Borejsza musiał się najpierw zdrowo naharować, przewidując i podejmując działania dalekosiężne, ale w istocie swej prozaiczne. Dla przykładu, przenosiny do Warszawy zaczął przygotowywać już na kilka miesięcy przed rzeczywistą przeprowadzką[53].
Pierwszy cenzor
Pisząc o działalności Borejszy w okresie lubelskim, nie sposób pominąć jeszcze jednego zagadnienia, które wiąże się bezpośrednio z jego obowiązkami urzędniczymi w RIiP. W protokole z ogólnopolskiej konferencji kierowników propagandy z grudnia 1944 r. można znaleźć informację, która przybliża nieco zakres działalności Wydziału Prasowo-Informacyjnego. Czytamy tam, że jest on odpowiedzialny za "zarząd drukarniami, dysponowanie papierem, inspirowanie i kontrolę gazet"[54]. Jeśli w pierwszej części informacja ta jest jedynie powtórzeniem spraw wcześniej już sygnalizowanych, to fragment mówiący o "kontroli gazet" jest czymś zupełnie nowym. Wynika z niego, że wydział kierowany przez Borejszę sprawował również nadzór i kontrolę nad treściami zamieszczanymi w ówczesnej prasie wychodzącej na obszarze administrowanym przez PKWN. Powstaje więc pytanie: czy Borejsza był pierwszym cenzorem powojennej Polski?[55]
Podstawowym problemem w tym przypadku jest brak dekretu prasowego, precyzującego rolę kontrolną urzędów, a przede wszystkim RIiP. Prace nad nim trwały, sygnały tego można znaleźć w sprawozdaniu przesłanym Matuszewskiemu przez Borejszę w pierwszych dniach października[56]; co więcej, znany jest nam również fragment projektowanego rozporządzenia[57], które ostatecznie nie weszło jednak w życie. W związku z tym codzienna kontrola prasy odbywała się w oparciu o jakieś wewnętrzne ustalenia kierownictwa resortu. Niestety, informacji o nich nie posiadamy; nie wiadomo, czy cechowała je jakaś szczególna precyzja i/lub rygoryzm. Dokumenty na ten temat milczą, odwołać się można jednak do pamięci świadków epoki, która przechowała niezwykle ciekawy obraz ówczesnej cenzury. Oto Grzegorz Jaszuński, pracujący wówczas w "Robotniku", wspominając początki aparatu kontroli stwierdzał, że polegało to na przedkładaniu gotowych do druku kolumn pism bezpośrednio Borejszy. Ten przeglądał teksty, składając pod nimi swój podpis, który był równoznaczny ze zgodą na drukowanie. Wraz z rozrastaniem się rynku wydawniczego kontrola stawała się, z przyczyn oczywistych, coraz mniej ścisła, ograniczając się w zasadzie do jedynego sakramentalnego pytania: "czy nie ma [w tekście] nic przeciw Związkowi Radzieckiemu i czy nie ma krytyki obywatela Bieruta?"[58] W przypadku nieobecności kierownika Wydziału Prasowo-Informacyjnego jego obowiązki cenzorskie przejmował Putrament. Widać z tego, że Borejsza w swych działaniach kierował się zasadą prewencji, choć ta niezgodna była z dotychczas obowiązującym prawem prasowym z 1938 r.[59] Wydaje się, że w ówczesnych warunkach innego sposobu na kontrolę oficjalnej prasy nie było, z tego też wynikało działanie niepoparte żadnymi rozwiązaniami ustrojowymi, a zasadzające się na metodzie faktów dokonanych.
Jeśli działania zmierzające do zbudowania materialnej potęgi "Czytelnika" nie budziły wśród czynników nadrzędnych ówczesnego czasu większych kontrowersji, to w przypadku aktywności cenzorskiej Borejszy pojawiły się one bardzo szybko. Borejsza niezbyt gorliwie wypełniał swe obowiązki cenzorskie, ograniczając się do bardzo pobieżnej kontroli. Sytuacja ta zaniepokoić musiała radzieckie władze wojskowe, które w prasie lubelskiej dostrzegały niepokojące wątki antyradzieckie i wiązały to z brakiem właściwego nadzoru cenzorskiego. Z tego też względu w listopadzie 1944 r. Nikołaj Bułganin, będący wówczas przedstawicielem Rady Komisarzy Ludowych ZSRR przy PKWN, skierował do Gławlitu, pełniącego w ZSRR funkcję cenzury, prośbę o przysłanie ekspertów w celach "организации цензуры"[60]. Gławlit zareagował natychmiast, wysyłając do Polski dwóch wysokiej rangi urzędników - Piotra Gałdina i Kazimierza Jarmuża, którzy między grudniem 1944 a lutym 1945 r. przesyłali do centrali, na ręce pełnomocnika Rady Komisarzy Ludowych do spraw ochrony tajemnic w prasie, szczegółowe informacje o postępach w swojej pracy[61].
Warto przyjrzeć się tym raportom nieco bliżej, ponieważ mają one kapitalne znaczenie dla ukazania zarówno cenzorskiej działalności Borejszy, jak i odbioru jego osoby przez radzieckich urzędników. W korespondencji z 19 grudnia 1944 r. Gałdin i Jarmuż pisali o projekcie przygotowanym przez Borejszę, że "był wysoce niezadowalający, jego kolejne artykuły skierowane były w istocie przeciwko Związkowi Radzieckiemu"[62]. Mówiąc oględnie, Rosjanie byli polskim projektem skonfudowani. Niestety, jego brak powoduje, że w swych rozważaniach, jak bardzo sprawy cenzury opracowane przez zespół Borejszy różniły się od wyobrażeń radzieckich, musimy pozostać jedynie na poziomie hipotez. Jednak z rozpiętości materiału podlegającego kontroli, jaki w raporcie został wyszczególniony, można wnioskować, że w propozycji Wydziału Prasowo-Informacyjnego sprawy te zostały potraktowane bardzo płytko. Obserwacja poczynań prezesa "Czytelnika" w okresie lubelskim skłania do sugestii, że projekt świadomie unikał głębokiego wnikania aparatu kontroli w codzienność prasową. Borejsza świetnie znał realia cenzury radzieckiej, stykał się z nią zarówno we Lwowie, jak i w Moskwie. Wiedział doskonale, gdzie znajdują się nieprzekraczalne granice, tak więc trudno podejrzewać go o ignorancję. Łączyć to należy, w moim przekonaniu, z konsekwencją we wdrażaniu programu "łagodnej rewolucji" w dziedzinie kultury. Zbytni rygoryzm wywołać musiał skutki odmienne do pożądanych. Nadmierna kontrola treści prasy i literatury hamowała przypływ sympatyków nowego ustroju, a przecież ich pozyskanie było głównym zamysłem programu stworzonego przez prezesa "Czytelnika".
W końcu i on sam staje się bohaterem raportów urzędników Gławlitu. Pod datą 20 grudnia zapisano: "Generał Szatiłow poradził nam, żebyśmy pojechali do redaktora rządowej gazety "Rzeczpospolita", pana Borejszy. Ten redaktor (jest członkiem rządu) oświadczył nam, że nie tak dawno pracownik KC WKP(b) zgłosił mu uwagi dotyczące jego gazety. Chodziło o zamieszczenie wielkiej ilości materiałów z gazet angielskich. Pan Borejsza wyjaśnia, że naród polski dobrze te wiadomości przyjmuje. Nam wydaje się, że sam pan Borejsza lepiej odbiera angielską prasę niż naszą [...] Nie kto inny jak pan Borejsza zredagował projekt dekretu o cenzurze w taki sposób, że artykuł 8 wyraźnie skierowany był przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Gdybyśmy nie przyjechali do Lublina, dekret ten byłby już zatwierdzony. Towarzysz generał Szatiłow zna Borejszę i oświadczył, że jeśli nadal będzie on popełniał takie błędy, to zastąpimy go Polakiem Woroneżskim". Raport jest dla Borejszy druzgocący. Po raz kolejny zostaje uznany przez towarzyszy radzieckich za człowieka mało wiarygodnego. Potwierdza się w ten sposób, że Borejsza próbował powołać do życia nową jakość, odbiegającą znacząco od tego, co w dziedzinie kultury działo się w ZSRR. Czy miało to charakter "rozpasania ideowego", o którym Dymitra Manuilskiego informowała już w czerwcu 1944 r. Helena Usijewicz[63]? Z punktu widzenia standardów radzieckich na pewno tak, ale te dla Borejszy stawały się coraz mniej zobowiązujące.
Główny cel pobytu Gałdina i Jarmuża - a więc "organizacja cenzury" - został ostatecznie zrealizowany, i to, jak sami podkreślali, z "bolszewicką uporczywością i w wojskowym tempie". Tempo organizacji aparatu kontroli było rzeczywiście imponujące, ponieważ w raporcie z 30 grudnia moskiewską centralę informowano, że "Polski rząd zapoznał się z projektami (które przygotowaliśmy) dekretu o wprowadzeniu cenzury i aneksu do niego"[64]. Oba projekty zostały przyjęte bez żadnych poprawek. Z formalnego, ale też jakościowego punktu widzenia najważniejsza zmiana polegała na wyłączeniu cenzury spod kurateli RIiP i włączeniu jej w kompetencje Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wielce znacząca jest informacja autorów raportu, mówiąca, że "w naszej pracy codziennie czujemy, że w różnych ministerstwach i organizacjach znajdują się grupki ludzi, którzy skrycie i jawnie próbują zahamować, a w istocie rzeczy zlikwidować cenzurę w republice, twierdząc, że w ich państwie cenzura jest potrzebna [...], ale nie powinna być tak surowa, tylko znacznie łagodniejsza, żeby nie powodować niezadowolenia niektórych ludzi". Mamy tu pośrednie odniesienie do działania cenzury w okresie, kiedy nadzorował ją Borejsza. Cechowała się ona stosunkową łagodnością, nieprzystającą w widoczny sposób do wzorców radzieckich.
W dniu 3 stycznia 1945 r. radzieccy urzędnicy raportowali, że "główny winowajca - wrogo nastawiony wobec cenzury dyrektor departamentu prasy i informacji - został zwolniony z pracy". I rzeczywiście, Borejsza rozstał się z RIiP wraz z przekształceniem go w ministerstwo. Odbyło się to jednak bez większych emocji. Coraz aktywniej zaczął już funkcjonować "Czytelnik", nie było więc potrzeby, aby dalej łączyć dwa stanowiska, również dlatego, że zbieżność interesów stawała się coraz bardziej widoczna. Borejsza przez kilka miesięcy wyraźnie "urósł", stał się osobą rozpoznawalną i wpływową, mógł więc zwrócić się do polskiej inteligencji z poważną ofertą. Za takową uznać można artykuł Rewolucja łagodna, jaki ukazał się w połowie stycznia 1945 r. na łamach kierowanego przez Karola Kuryluka "Odrodzenia", pisma, które w zamyśle twórców służyć miało odnowie życia kulturalnego kraju, bez zbytnich wstrząsów, z włączeniem w jego obieg jak najszerszych kręgów społeczeństwa.
Oferta dla inteligencji
Artykuł rozpoczyna się od przytoczenia listu, jaki Borejsza miał niedawno otrzymać. Korespondencja to niezwykła. Jej autorami są Robespierre, Marat, Danton, Desmoulins. Równie niesamowita jest treść listu: "Jesteśmy szczęśliwi, panowie, że możemy Was powitać! Każdy będzie wynagrodzony stosownie do swego wysiłku. Wszystko zostało świetnie przemyślane. Brak tylko gilotyny dla burżuazji. Zechciejcie, panowie, przyjąć wyrazy wysokiego szacunku". I jeszcze miejsce i data powstania listu: "Piekło, 27 listopada 1944"[65]. Przyjmując, że list był rzeczywiście dziełem jakiegoś "przerażonego bęcwała kawiarnianego", oddawał on Borejszy znakomitą przysługę. Ten przecież był od lat zafascynowany dokonaniami francuskich jakobinów[66], potrafił umiejętnie żonglować kontekstem historycznym, znaczeniami i skojarzeniami, a tym samym łatwo sprowadzić podsuwaną analogię do absurdu. Autor Hiszpanii doskonale rozgrywa tę kartę, pisząc, że "dla pełni obrazu brakło mu jednak niszczenia i palenia, rabowania dworów szlacheckich oraz przelewu krwi, gilotyny i terroru"[67]. To wyraźne nawiązanie do wydarzeń wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Zrabowany dworek szlachecki pozostawał w świadomości Polaków obrazem szczególnym. Pokazywał miarę rewolucyjności i barbarzyństwa przyniesionego ze Wschodu. Borejsza w sposób wyraźny przeciwstawia się tej wizji i zdaje się mówić, że dzisiejszą rewolucję przeprowadza się innymi metodami.
Zabiegowi odsunięcia niewygodnych skojarzeń służy również fakt zupełnego przemilczenia roli ZSRR w ustanowieniu obecnej władzy w Polsce. W tekście nie ma ani jednej wzmianki o wschodnim sąsiedzie, ani jednego zdania podnoszącego jego zasługi. Borejsza zamiast tego dokonuje przeskoku w przeszłość, cofając się o 150 lat: "Obóz dokonujący obecnie dziejowych przemian w Polsce niewątpliwie najsilniej związany jest z Robespierrem, Desmoulinsem i jakobinizmem. [...] Jesteśmy spadkobiercami myśli jakobinów polskich - ale dzieli nas od nich półtorawiecze, w ciągu którego zaszły wokół Polski przemiany i zaszły zmiany w narodzie". Rewolucja dokonująca się w Polsce jest córką oświecenia francuskiego, ale jednocześnie wpisuje się w dążenia polskich jakobinów. To od nich zresztą Borejsza zaczerpnął tytuł swego tekstu, nawiązując do Hugona Kołłątaja i reform państwowych drugiej połowy XVIII w. Oto właściwa analogia, w której świetle obecna władza kontynuuje zarzucone wówczas reformy, mające na celu unowocześnienie państwa i społeczeństwa. To z tego samego marzenia wzięła się reforma rolna, będąca, w opinii Borejszy, "praworządnym aktem legalnej łagodnej rewolucji", czymś w rodzaju exemplum, reformą-matką wszystkich reform Polski Ludowej. Wskazywała na wzorzec działania mechanizmu dokonującej się właśnie zmiany. Również w kulturze, która przekształcać się miała w sposób łagodny, acz systemowo rewolucyjny.
Identycznym w swym charakterze przemianom ulec powinna inteligencja, grzesząca - zdaniem Borejszy - nadmiernym prowincjonalizmem. Sposobem na jego przezwyciężenie powinna być modernizacja, mająca w ujęciu autora Rewolucji łagodnej wyraźnie europejski charakter. Jego zdaniem tylko "droga szerokich reform wybija Polsce okno na Europę". Argumentacja Borejszy skierowana była na utrzymanie ciągłości pomiędzy tym, co "stare" i "nowe". Nie odbierał on "starej" inteligencji miana europejskiej, choć przyznawał, że była zbyt prowincjonalna, a kultura przez nią wytwarzana nosiła piętno kopii zachodnich wzorców. Rewolucja w kulturze polegać więc miała na "odnalezieniu wyrazu kulturalnego nowej Polski". Borejsza zdawał sobie przy tym sprawę, że stworzenie nowej jakości w kulturze wymaga zaangażowania ogółu inteligencji, przy czym owo zaangażowanie powinno mieć wyraźnie określone ramy. "W interesie ogólnonarodowym naszej kultury, jej rozwoju - pisał - leży niewątpliwie sprawa zrastania się starszego pokolenia naszej inteligencji z tą wielką falą nowej inteligencji, która musi szybko dojrzewać". Młodość, co warte podkreślenia, nie jest w ujęciu Borejszy stanem idealnym, ciążą na niej bowiem "wszelkie dziecięce choroby światoburczości i budowania życia kulturalnego z pogardą dla przeszłości". Rolą "starej" inteligencji jest w związku z tym umiejętne wprowadzanie młodych w życie zawodowe[68].
Propozycja włączenia się w przyszły obieg kulturalny skierowana była, co prawda, do wszystkich, ale jej odrzucenie pociągało za sobą już mało łagodne konsekwencje. To ultymatywne podejście jest słyszalne w poniższym fragmencie Rewolucji łagodnej: "inteligencja starszego pokolenia musi przezwyciężyć w sobie wielkopańskie odruchy wobec tych, którzy odtąd rządzić będą Polską. Demokracja nie jest już tylko frazesem, ale staje się faktycznie rządem ludu i ludzi z ludu"[69]. "Donkichoteria, pseudoromantyzm, fałszerstwo ideowe i śmierdzący naftaliną snobizm" - to, zdaniem prezesa "Czytelnika", główne grzechy polskiej inteligencji[70]. Ich odrzucenie przyczyni się do odnowy języka, stylu i obyczajów. Zdrowe źródło, z którego winna czerpać polska kultura, bije przede wszystkim w ludzie, mogącym wnieść do polskiej kultury "wielką siłę realizmu", którego jej zawsze brakowało. Borejsza postuluje zatem włączenie w obieg kulturalny grup społeczeństwa dotychczas pomijanych lub traktowanych z przymrużeniem oka. Nie mówi przy tym nic nowego, a przypomina jedynie postulaty szeroko rozumianej lewicy.
Rewolucja łagodna szczególnie wyróżnia literatów. To oni mają być forpocztą nowego wyrazu kulturalnego, na nich też ciąży największa odpowiedzialność za jego wyartykułowanie. Majaczy w tym pomyśle obraz wieszcza - przewodnika i głosu narodu. Mamy zatem do czynienia ze splotem idei oświeceniowych z romantycznymi. Brzmi to jak paradoks, ale nie może być inaczej w artykule, który w swoim tytule posługuje się oksymoronem. Borejsza niezwykle zgrabnie balansuje między różnymi tradycjami, włączając do swej wizji to, co wydaje mu się wartościowe. Co najistotniejsze, prezes "Czytelnika" nie tylko buja w obłokach idei, ale potrafi zejść z nich na poziom konkretu i składa pisarzom kuszącą obietnicę. "W Polsce okresu rządów sanacji - pisał Borejsza - rola literata została zepchnięta na plan co najmniej trzeci, w czym zresztą była też wina wielu literatów. W ustroju, który łamał charaktery, było wszak niewielu ludzi pióra odważnych i konsekwentnych, których stać było na postawę pokolenia Jasieńskiego czy Jezierskiego. Stąd wytworzyła się hierarchia, w której pierwszy lepszy urzędnik, chwilowo czy przypadkowo zajmujący jakieś stanowisko w aparacie, spoglądał na ludzi pióra z góry, sądząc, że fotel i siedzenie sekretarza stanu większe znaczenie dla biegu dziejów posiada, aniżeli pióro literata"[71]. Borejsza nie poprzestaje na tym, ale w swej kokieterii idzie dalej, pisząc, że "ponieważ przesądy dłużej trwają niż ustroje, nie można powiedzieć, żeby ten biurokratyczny przesąd już całkowicie sczezł". Nie będzie wielkim nadużyciem stwierdzenie, że było to nawiązanie do działalności resortu zarządzanego przez Stefana Matuszewskiego.
Uznanie nadrzędnej roli literata w przemianach kulturalnych nie było bezinteresowne. Wiązało się z dokonaniem wyboru i odrzuceniem fałszywej postawy. Wieszczem nie mógł być pisarz, zaprzeczający ideałom faktycznej demokracji. Borejsza nie wyznacza jednak precyzyjnie granic akceptacji systemu, nie określa również tego, kto miałby weryfikować postawę pisarza; domyślać się można tylko, że podstawową instancją odwoławczą będzie lud. Ale i to niewiele wyjaśnia. Zupełnie precyzyjna jest natomiast końcowa, bodaj najważniejsza deklaracja, jaką Rewolucja łagodna ze sobą niesie. "Gdyby etatyzm w dziedzinie literatury - pisze Borejsza - nie był najpotworniejszym pomysłem niedouczonych urzędników, należałoby stworzyć departament nauczania i musztrowania literatów i rozpocząć naukę od literatury jakobińskiej końca XVIII w. Ale literatura Polski odrodzonej i odnowionej obejdzie się niewątpliwie bez etatyzmu i bez przymusu w dziedzinie literatury". Na tę deklarację czekało wielu.
Tekst Borejszy ze stycznia 1945 r. jest głosem idealisty, który bezgranicznie wierzy w wartość proponowanego przez siebie układu. Widać w nim doświadczenie kilku ostatnich miesięcy i zetknięcia się z inteligencją, która przychodziła z różnych stron, tak samo jak różnie rozkładały się jej sympatie. Borejsza występuje tu z charakterystyczną dla siebie pasją publicystyczną, a jego głos wypada oryginalnie i jest nade wszystko rozpoznawalny pośród innych. Również ze względu na osobę autora, uosabiającego przecież nową władzę. Borejsza w styczniu 1945 r. nadal pełnił funkcję redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", a więc reprezentował rząd. Poza tym pamiętać trzeba, że pozycja Borejszy z reguły znacznie bardziej wykraczała poza oficjalnie piastowane przez niego funkcje. Jeśli przyjąć to rozwiązanie, Rewolucja łagodna stanie się nieoficjalną propozycją władzy, skierowaną pod konkretny adres. W znacznym stopniu rozszerzała i precyzowała to, co pojawiało się we wcześniejszych dokumentach powstałych w kręgach rządowych czy partyjnych, np. Manifeście PKWN, w którym zapisano, że "zwłaszcza ludzie nauki i sztuki zostaną otoczeni specjalną opieką"[72], czy w rezolucji KC PPR z 29 września 1944 r.[73] W stosunku do nich inteligencja stawała się bardziej podmiotem niż narzędziem zmiany, choć oczywiście o zwycięstwie koncepcji klerka nad społecznikiem nie mogło być mowy. Nie o to zresztą Borejszy chodziło. Jego celem był idealna synteza tych dwóch postaw.
Problem włączania inteligencji w nowy obieg kulturalny stał się również tematem narady, jaka odbyła się 24 lipca 1945 r. w Wydziale Propagandy KC PPR[74]. W dyskusji uczestniczyli m.in.: Mieczysław Jastrun, Julian Przyboś, Leon Kruczkowski, Jerzy Putrament, Jan Kott, Karol Kuryluk i Stefan Żółkiewski. Nie zabrakło tam również Borejszy. Problemem kluczowym było stwierdzenie obcości, jaką odczuwa społeczeństwo wobec ideologii komunistycznej. To również problem znikomej akceptacji dokonywanej zmiany, co bodaj najzwięźlej ujmował Kruczkowski, mówiąc, że "rewolucja w Polsce nie była przeżyciem zbiorowym narodu"[75]. Tak szczera opinia co do grzechu pierworodnego polskiej rewolucji była w tamtym czasie rzadkością, ale na taką pozwolić sobie można było tylko w wąskim gronie. Podobnie wypowiadał się również Borejsza, zestawiający sytuację rewolucji w Polsce i ZSRR. "Osobliwość naszego przełomu w odróżnieniu od rewolucji rosyjskiej - mówił prezes "Czytelnika" - polega na tym, że naprzód był przełom, a teraz zdobywamy duszę narodu". Wypowiedź ta znakomicie pokazuje perspektywę jego działań w pierwszych latach powojennych. On zdawał sobie sprawę z tego, że gra idzie o duszę narodu, o przekonanie go, iż rewolucja, jaka w Polsce nastała, nie jest radzieckim przeszczepem, ale wynika z realnych, być może nie do końca uświadomionych, potrzeb.
Kultura miała być elementem najsilniej uwiarygodniającym deklaracje polskich komunistów, dającym im legitymację do przewodnictwa narodowi. Borejsza apeluje więc, aby nacisk w aktywności partyjnej, mającej przekonać społeczeństwo do akceptacji utrwalanego właśnie systemu, skierować na wyraźniejsze podkreślenie roli kultury i twórców. Literaci, ludzie sztuki są w jego przekonaniu lepszymi ambasadorami nowej rzeczywistości niż tępa agitacja. "Propaganda jest zdewaluowana" - stwierdzał wprost i temu poglądowi wtórowali inni uczestnicy narady, m.in. Julian Przyboś, mówiący, żeby zamiast marnować papier na plakaty o siewie, przeznaczyć go na książki. O tym, że nie była to jedynie czcza gadanina, świadczy gwałtowna reakcja Borejszy na plakat Włodzimierza Zakrzewskiego Olbrzym i zapluty karzeł reakcji[76].
Lektura ówczesnych dokumentów i publicystyki prowadzić może niekiedy do przekonania, że to nadaktywność biurokracji państwowej była główną przeszkodą na drodze sukcesów "rewolucji łagodnej". Putrament mówił zresztą bez jakichkolwiek niedopowiedzeń, że "kierowanie literaturą to śmiertelne zabójstwo"[77] i nie był to pogląd w ustach autora Rzeczywistości odosobniony[78]. W kręgach osób związanych z wizją lansowaną przez prezesa "Czytelnika" nie ulegało wątpliwości, że tylko nieskrępowana twórczość artystyczna przynieść może pożądane efekty. Nie wyrzekano się jednocześnie wprowadzenia określonych form opieki nad artystą, czemu służyć miały przede wszystkim związki twórcze. To tam, w ramach pewnej wspólnoty, dojrzewać miała świadomość wagi momentu historycznego, stamtąd też iść winien impuls skierowany ku masom. "Właśnie dziś stanowisko, jakie zajmą pisarze, ma wpływ na światopogląd całego społeczeństwa"[79] - pisał Zbigniew Bieńkowski w relacji ze zjazdu literatów. Podobnie wypowiadał się Jan Kott, twierdzący, że "ani Ministerstwo Kultury i Sztuki, ani jakikolwiek państwowy aparat urzędniczy nie nadaje się do prowadzenia polityki kulturalnej"[80]. W każdej z tych wypowiedzi słychać echa Rewolucji łagodnej Borejszy, która staje się w pierwszych latach najważniejszym punktem odniesienia, zarówno dla publicystów, jak i polityków. Również tych z pierwszego szeregu. Oto w referacie Władysława Gomułki z czerwca 1946 r. - bodaj pierwszej wypowiedzi tak wysoko postawionego przedstawiciela władz państwowych i partyjnych w całości poświęconej sprawom kultury - znajdziemy wątki jakby żywcem wzięte z tekstu Borejszy[81]. Wyraźna zmiana nastąpi dopiero w 1947 r., od kiedy z coraz większą siłą lansowany będzie złowieszczo brzmiący postulat mówiący, że "mecenat nad literaturą przejść musi w ręce klasy panującej"[82].
Aby w pełni pojąć, na czym polegało zjawisko określane tu mianem "rewolucji łagodnej", warto opisać je przy pomocy kilku najważniejszych cech charakterystycznych. Będą nimi:
1. Głęboka krytyka dotychczasowego paradygmatu kulturalnego, któremu zarzucano nazbyt elitarny charakter. To główna przyczyna niedowładu kultury polskiej, wyrzucającej poza obieg szerokie warstwy społeczeństwa polskiego.
2. Bezsens radykalnych cięć, zmierzających ku budowie zupełnie nowej kultury, na co zwracano uwagę, krytykując dotychczasowy model kultury. Zamiast tego postulowano włączanie do nowego programu kulturalnego spuścizny starych ruchów kulturalnych, charakteryzujących się aktualnością swych idei.
3. Postulat upowszechnienia kultury, a więc uczynienia jej mniej elitarną, dostępną dla szerokich mas społeczeństwa. Projekt ten, obok upowszechniania, zakładał włączanie warstw dotąd właściwie nieobecnych jako twórców czy kreatorów kultury (chłopów i robotników) i uczynienie z nich pełnoprawnych uczestników obiegu kulturalnego.
4. Oświata jako priorytet programu kulturalnego, ze względu zarówno na konieczność upowszechniania kultury, jak i z racji niezwykłych strat ludzkich, jakie poniosła polska inteligencja w latach II wojny światowej.
5. Wiara w istnienie i możliwość znalezienia, a raczej wydobycia na światło dzienne, ukrytego wzorca kultury polskiej, a co za tym idzie, stworzenie specyficznej kultury narodowej, mającej charakter indywidualny i będącej wyrazem polskiego charakteru narodowego.
6. Szczególne nadzieje na sukces programu wiązano z inteligencją, przy czym warstwa ta została wyraźnie podzielona na "starą" i "nową". Różnica przebiegała na poziomie doświadczenia pokoleniowego, jak i świadomości zachodzących przemian społeczno-politycznych. Współdziałanie obu grup inteligencji miało wyrażać jej postępowy charakter i potwierdzać jej szczególną rolę w życiu kulturalnym kraju. Ze swej strony państwo obiecywało inteligencji szeroką opiekę materialną.
7. Wyróżnioną grupą twórczą zostali literaci, przed którymi postawiono zadanie znalezienia właściwego języka opisu nowej rzeczywistości. Jego postulowanym składnikiem miał stać się realizm.
8. Wyrzeczenie się etatyzmu w dziedzinie kultury, jako środka mogącego powodować zahamowanie twórczych procesów i wywołującego niepożądane podziały w kręgach ludzi związanych z kulturą.
Przyjęło się uznawać "rewolucję łagodną" za program ściśle partyjny, do czego przyczyniła się w największym stopniu publicystyka Stefana Żółkiewskiego[83]. Jest to jednak pogląd mylny. W rzeczywistości twierdzenia Żółkiewskiego, pisane z perspektywy kilkunastu lat, są próbą przekonania czytelnika, że pierwsze lata powojenne charakteryzowały się spójnym programem kulturalnym, opartym na wskazówkach leninowskiej teorii rewolucji kulturalnej, który w swoich głównych założeniach nie uległ zmianie. Widać w tym chęć zaświadczenia o ciągłości zmian, które zaszły w kulturze polskiej w Polsce Ludowej. Jednak o tym, że rzeczywistość powojenna była inna, świadczy choćby wywiad, jakiego w marcu 1947 r. udzielił "Trybunie Wolności" Leon Kruczkowski, sprawujący wówczas funkcję ministra kultury i sztuki. Odpowiadając na pytanie, czy Ministerstwo Kultury i Sztuki ma już "sprecyzowaną koncepcję działania ideową i organizacyjną, koncepcję polityki demokratycznego państwa w dziedzinie sztuki i kultury artystycznej", autor Kordiana i chama powiedział: "Nie widzę nic żenującego i nic zadziwiającego w stwierdzeniu, że koncepcji takiej dotychczas nie mamy"[84]. Sam Żółkiewski latem 1947 r. z pewnym zakłopotaniem mówił na łamach "Kuźnicy" dokładnie to samo, co autor Niemców[85]. Tak więc programu dla kultury nie było, również wbrew temu, co w ostatnich latach pisała Lucyna Chmielewska, mylnie utożsamiająca plan działania w ciągu kilku miesięcy trwania PKWN z programem realizowanym przez władzę komunistyczną aż do 1989 r.[86] Zdecydowanie bardziej przekonująco brzmią w tym układzie starsze ustalenia Tomasza Szaroty, który twierdził, że zarys planu kulturalnego zaczął się krystalizować dopiero po wrocławskim przemówieniu Bieruta w listopadzie 1947 r.[87]
Specyfikę polityki kulturalnej pierwszych lat powojennych przybliża felieton Urzędnicy kultury Kotta, w którym autor twierdził, że w Polsce istnieją dwie metody jej realizacji: "Jedna - pisał - to próba bezpośredniego oddziaływania na kształtowanie się twórczości artystycznej, to rozdawanie laurek i upomnień, zakładanie pism i akademii, rozdawanie tematów i sztuczne tworzenie doraźnych ideologii. Druga - to organizowanie materialnej bazy dla rozwoju kultury i sztuki, odbudowa bibliotek i rozwijanie czytelnictwa, rzeczowa pomoc instytucjom i związkom artystycznym, troska o gmachy i sale, o książki, instrumenty, o farby malarskie i papier. Pierwsza metoda jest łatwa i efektowna, druga trudna i żmudna"[88]. Nie ma tu mowy o programie, planie czy wskazówkach leninowskiej myśli, jest za to pochwała konkretu, a to na nim właśnie skupiał się Borejsza. Linia ideologiczna jego działań była sformułowana na tyle ogólnie, aby pomieścić osoby o różnych zapatrywaniach społeczno-politycznych. Jednoznaczne osadzenie jej w kulturalnej doktrynie marksizmu-leninizmu jest wielce dyskusyjne. Na marginesie zauważyć można, że nowa, a więc socjalistyczna kultura nie chciała się "ujawniać z pełną wyrazistością" właściwie przez wszystkie lata trwania Polski Ludowej[89]. Warto więc zapytać o rzeczywiste źródła projektu "rewolucji łagodnej".
Wydaje się, że na poziomie ogólnym była ona adaptacją do ówczesnych potrzeb społeczno-politycznych tradycji myśli kulturalnej, którą współtworzyli: Ludwik Krzywicki, Wacław Nałkowski, Stanisław Brzozowski, Edward Abramowski, Stefan Żeromski czy Stefan Czarnowski. Nazwiska można mnożyć, czyniąc ową mozaikę jeszcze bardziej różnorodną. Realizowana przez Borejszę wizja kultury powojennej to projektowana przez dawnych socjalistów kultura powszechna, która na drodze rewolucyjnej przemiany przezwyciężać miała podziały społeczne[90]. Było w niej też identyczne poczucie istnienia historii i głębi dokonań przeszłości. W planie bliższym znajdziemy w projekcie "rewolucji łagodnej" wyraźne odbicie pomysłów z czasów Frontu Ludowego, które dzięki wpływom i pomysłowości Borejszy mogły zostać w wielu punktach zrealizowane.
Przeciwko kulturalnym rogatkom
O tym, jak blisko było prezesowi "Czytelnika" do dawnych tradycji, przekonuje broszura Na rogatkach kultury polskiej[91], będąca jego wystąpieniem na II Zjeździe Pełnomocników Powiatowych "Czytelnika" we wrześniu 1947 r. To tam wypowiedział się Borejsza bardzo obszernie na temat projektu "rewolucji łagodnej". W kontekście projektowanych zmian i coraz wyraźniejszych sygnałów o konieczności zaniechania realizacji tego pomysłu głos ten potraktować można jako łabędzi śpiew. Sama broszura istotna jest również dlatego, że Borejsza w pierwszym okresie powojennym pisał stosunkowo niewiele, przedkładając robotę praktyczną nad pióro. Jego ówczesny styl pracy uchwyciła świetnie Dominique Desanti. "Lubi życie w nowym stylu - pisała francuska dziennikarka - dyktować listy, odpowiadając w tym czasie kolejno na sześć linii telefonicznych, które mają ten brzydki zwyczaj, że dzwonią wszystkie naraz; pisać artykuł, wydając jednocześnie polecenia swoim sekretarkom; potem rzucić się całym swoim ciężarem na siedzenie samochodu, popędzić na lotnisko i polecieć w jakiejś niecierpiącej zwłoki sprawie do Paryża, Londynu czy Moskwy. Na odpoczynek będzie zawsze czas później, w jakiejś mglistej epoce starości"[92].
Symboliczny jest już sam tytuł publikacji i jej adresat. Borejsza nie przemawia do intelektualistów, artystów i naukowców, a więc grup, które kulturę kreują, ale do działaczy kulturalno-oświatowych, upowszechniających ją na prowincji, czyli ludzi realizujących rewolucję kulturalną oddolnie. Jeśli odwołać się do tradycji polskiej inteligencji, figura oświatowca, społecznika niosącego w lud kaganek wiedzy, będzie jedną z najbardziej charakterystycznych[93]. Była ona Borejszy niezwykle bliska. Wyrastał przecież w otoczeniu ideałów przyświecających polskiej inteligencji, a jego ulubionych autorem był Żeromski, którego wydawania bronił, mówiąc, że "jest nam potrzebny jak Tołstoj w Rosji"[94]. Do autora Przedwiośnia będzie się zresztą Borejsza w swej broszurze odwoływał bezpośrednio, cytując obszerne fragmenty rozprawy Snobizm i postęp[95]. Pikanterii tym cytatom dodaje to, że pochodzą one z publikacji jawnie antysowieckiej[96]. Wystarczy przytoczyć jedno pochodzące z niej zdanie: "Iluż Dzierżyńskich wzdycha wokół nas za możnością posiadania nieopisanej władzy"[97], które w kontekście politycznej zmiany i niepokojów związanych z nadmiernym rozbudzeniem nastrojów rewolucyjnych brzmi symbolicznie. Borejsza, cytując je, wysyła wyraźny sygnał - rewolucja, której na niwie kulturalnej stał się rzecznikiem, ma się nijak do opisywanej przez autora Na probostwie w Wyszkowie. Jej cechą jest łagodność, dostosowanie do warunków historycznych i polskiej tradycji.
Podobnie jak w Rewolucji łagodnej, Borejsza tonuje zapędy młodych, w czambuł potępiających wszystko, co powstało przed wojną, widząc w tym zaprzeczenie idei przyświecających wielu pokoleniom polskich oświatowców. Posługuje się przy tym znaczącymi nazwiskami, które symbolizują to, co najlepsze w dorobku starej inteligencji, a więc Wacławem Berentem i Bolesławem Prusem. Kreśli w ten sposób wyraźną linię wspólnoty, nie zapominając jednocześnie o różnicach. Najważniejsza zmiana polegać miała bowiem na pełniejszym udziale w zachodzących wydarzeniach społecznych i politycznych, a co za tym idzie, odejściu od przekonania o "stopniowym uszlachetnianiu człowieka, pojmowanego w zupełnym oderwaniu od zespołu warunków, w jakich żyje"[98]. Droga współczesnego oświatowca wymagała zsynchronizowania działań z zachodzącymi przemianami społecznymi, przy czym Borejsza nie twierdził, że prawdziwe uczestnictwo należy łączyć z konkretną przynależnością partyjną. Bezpartyjność nie jest grzechem, jeśli nie oznacza apolityczności. Podstawową pozytywną kategorią, jaką stosuje Borejsza, jest realność i konkret. "Dla nas człowiek w pracy kulturalno-oświatowej musi być człowiekiem realnym i konkretnym"[99] - pisze prezes "Czytelnika".
Uwagę zwraca również to, w jaki sposób rozumiane zostały przez Borejszę tytułowe "rogatki kulturalne". Obok wymiaru symbolicznego mają one bowiem skonkretyzowaną postać. Prezes "Czytelnika" pisze: "istnieją jeszcze w Polsce rogatki; nie te, gdzie się płaci "kopytkowe", ale rogatki kulturalne, między wsią a miastem, rogatki, które muszą być i będą zniesione"[100]. Swą ogólnością to stwierdzenie niewiele różni się od ówczesnych haseł propagandowych. Borejsza jednak nie poprzestaje na nim, posługując się w swoim opisie konkretnymi liczbami. "Czy wolno nam nie myśleć o tym - pyta retorycznie - że sfera oddziaływania kulturalnego obejmuje zaledwie 6 milionów ludzi na 23 miliony mieszkańców kraju, 17 milionów zaś ludzi pozostaje praktycznie poza sferą tego oddziaływania?" Analfabetyzm i nierównomierność w dostępie do oświaty poszczególnych grup społeczeństwa polskiego były problemami realnymi. Faktem jest, że umiejętnie wyzyskiwanymi przez komunistów, ale wciąż realnymi. I w tym upatruję źródeł sukcesu propozycji kulturalnej komunistów w pierwszych latach powojennych, tym bardziej, że czerpali oni pełnymi garściami z dorobku wcześniejszej myśli lewicowej. Krystyna Kersten, opisując postawy społeczeństwa wobec "nowej rzeczywistości", obok "opozycjonistów" i "niezłomnych", wyróżniła grupę "kapitulantów", w której skład wchodziły środowiska niechętne komunistom, ale jednocześnie pogodzone z sytuacją, jaka nastała w roku 1944/1945[101]. Grupę tę tworzyli w znacznej mierze dawni socjaliści, spora rzesza intelektualistów oraz niektórzy działacze katoliccy, w swoich działaniach wypełniający skutecznie pole swobody danej im przez komunistów.
Nowością wobec wcześniejszych propozycji Borejszy będzie sugestia stworzenia planu przebudowy kulturalnej. Plan jest wytworem zupełnie innej epoki. Jest przełożeniem języka znanego z gospodarki na język kultury, czego wcześniej nie praktykowano. I jest to jedyny tak silnie przesycony retoryką roku 1947 fragment broszury. W pozostałych wszystko zostało po staremu. Nie ma też mowy o jakiejkolwiek ekspiacji ze strony Borejszy. "Rewolucja łagodna" nadal traktowana jest przez niego jako propozycja aktualna. Znamienne w tym względzie są słowa z ostatniego akapitu broszury: "Uniknęliśmy w Polsce "drogi paryskiej" w dokonaniu przemian społecznych, uchroniliśmy kraj przed wojną domową: wszyscy wiemy i jesteśmy przekonani, że nie będzie tej "drogi paryskiej" na odcinku kulturalnym, lecz że jeśli nie wybierzemy drogi łagodnej rewolucji kulturalnej, to doprowadzimy do wielu niepotrzebnych konfliktów i do niepotrzebnej walki, która będzie nas kosztować wiele, a lata okupacji przyniosły tyle niepowetowanych strat na odcinku kultury, że obawa nowych powinna budzić najwyższą naszą troskę i czujność"[102]. Biorąc pod uwagę czas, kiedy te słowa były wypowiadane, można by spodziewać się triumfalizmu, deklaracji zwycięzcy, postawienia warunków tym, którzy z nową rzeczywistością pogodzić się nie mogli lub nie chcieli. Z niczym takim jednak nie mamy do czynienia. Borejsza był w swej propozycji kulturalnej niezwykle konsekwentny, choć musiał mieć świadomość, że zbierają się nad nią ciemne chmury. Wierzył jednak w swoją dobrą gwiazdę. Wszak udało mu się w stosunkowo krótkim czasie przekonać do swej wizji osoby nadzwyczaj sceptyczne. To dzięki nim "urósł" i stał się "najlepszym strategiem i dyplomatą swego obozu na gruncie stosunków z intelektualistami"[103], albo, jak chcą inni, "łowcą dusz"[104], w którego "księstwie było miejsce dla Ważyka i dla Gałczyńskiego, dla Kruczkowskiego i dla Żukrowskiego"[105]. "Dyplomatyczne" zabiegi Borejszy w pełni oddaje korespondencja, jaką w omawianym tu okresie prowadził. Jej obszerność przyprawiać może o zawrót głowy, tak samo jak i nazwiska korespondentów. To one czynią ten zbiór wyjątkowym źródłem, pomagającym zrozumieć postawy i intencje części polskiej inteligencji powojennej.
[1] C. Zuckmayer, Der Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten, Berlin 1931.
[2] J. Boreisza, Cień Bismarcka, "Czarno na białem" 1938, nr 52.
[3] Tenże, Nasze rozbieżności, "Czarno na białem" 1939, nr 21.
[4] Zob. A. Bullock, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe, przeł. M. Lipska, J. Mianowski i M. Rudowski, t. 2, Warszawa 1997, s. 95-96.
[5] W. Rzymowski, Niebezpieczeństwo wzrosło, "Czarno na białem" 1939, nr 35.
[6] Zob. P. Gontarczyk, Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941-1944, Warszawa 2003, s. 60-64.
[7] Zob. J.T. Gross, Revolution from Abroad. The Soviet Conquest of Poland's Western Ukraine and Western Belorussia, Princeton 1988.
[8] Zob. J. Borejsza, Michał Szołochow - z cyklu "Laureaci premii stalinowskiej", "Czerwony Sztandar" 1941, nr 88. Borejsza używa w nim określenia "nasza radziecka ojczyzna".
[9] B. Fijałkowska, Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1995, s. 70-111.
[10] C. Miłosz, Zniewolony umysł, Warszawa 1995, s. 69-97.
[11] Zob. A. Walicki, O inteligencji, liberalizmach i o Rosji, Kraków 2007, s. 385-391.
[12] L. Kołakowski, Komunizm jako formacja kulturalna [w:] Moje słuszne poglądy na wszystko, Kraków 2000, s. 356.
[13] Zob. Olbrzymia czarna przestrzeń. Rozmowa z Julianem Stryjkowskim [w:] J. Trznadel, Hańba domowa, Lublin 1990, s. 155; T. Tomaszewski, Lwów 1940-1944: pejzaż psychologiczny, Warszawa 1996.
[14] J. Stryjkowski, Wielki strach. To samo, ale inaczej, Warszawa 1990.
[15] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[16] Polacy w ZSRR (1939-1942). Antologia, red. M. Czapska, Paryż 1963, s. 9.
[17] Określenia takiego w stosunku do "Czerwonego Sztandaru" używają m.in. Adam Michnik i Roman Kurkiewicz w wywiadzie z Julianem Stryjkowskim (Urodziłem się pisarzem, a nie bohaterem. Z Julianem Stryjkowskim rozmawiają Adam Michnik i Roman Kurkiewicz, "Gazeta o książkach" nr 1, dodatek do "Gazety Wyborczej" 1994, 26 stycznia), jak również Grzegorz Hryciuk w monografii lwowskiego życia codziennego podczas II wojny światowej (G. Hryciuk, Polacy we Lwowie 1939-1944. Życie codzienne, Warszawa 2000, s. 102-105) i Włodzimierz Bolecki, opisujący początki polskiego socrealizmu (W. Bolecki, Realizmu socjalistycznego początki (Lwów, Wilno) [w:] Słownik realizmu socjalistycznego, red. Z. Łapiński i W. Tomasik, Kraków 2004, s. 260-266). Od określenia tego stroni już jednak Bogusław Gogol w pracy poświęconej w całości lwowskiemu dziennikowi (B. Gogol, "Czerwony Sztandar". Rzecz o sowietyzacji ziem Małopolski Wschodniej (wrzesień 1939-czerwiec 1941), Gdańsk 2000).
[18] Znamienny jest w tym kontekście tytuł monografii okresu lwowskiego pióra Jacka Trznadla (J. Trznadel, Kolaboranci. Tadeusz Boy-Żeleński i grupa komunistycznych pisarzy we Lwowie 1939-1941, Komorów 1998).
[19] Odnosząc się do kategorii "nagich faktów", przyjmuję opinię Vladimira Nabokova: "Kłopot w tym, że w naturze nagie fakty nie istnieją, bo tak naprawdę nie są nigdy całkiem nagie; biały ślad po zegarku na przegubie, zwinięty strzęp plastra na skaleczonej pięcie - to drobiazgi, jakich nie może z siebie zdjąć nawet najbardziej fanatyczny nudysta" (V. Nabokov, Wykłady o literaturze rosyjskiej, Warszawa 2002, s. 71).
[20] Zob. R. Sułek, Stanisław Ossowski we Lwowie 1939-1941: pod presją historii i ocen, "Kultura i Społeczeństwo" 2006, nr 3, s. 86-87; K. Lanckorońska, Wspomnienia wojenne, Kraków 2002, s. 23.
[21] Zob. K. Pruszyński, Promienie ultraczerwone [w:] Powrót do Soplicowa. Publicystyka 1940-1948, oprac. G. Pyka i J. Roszko, t. 2, Warszawa 1990, s. 121.
[22] Zob. J. Kreczmar, Teatr polski w latach 1939-1941. Wspomnienie, "Pamiętnik Teatralny" 1963, z. 1-4, s. 234-241.
[23] O "szerokich kontaktach" Borejszy z władzami radzieckimi pisze Wanda Wasilewska, nie precyzując jednak, co ma na myśli (Wspomnienia Wandy Wasilewskiej (1939-1944) [w:] Archiwum Ruchu Robotniczego, red. F. Tych, t. 7, Warszawa 1982, s. 359).
[24] Centralne Państwowe Archiwum Literatury i Sztuki w Moskwie (dalej: CPALS), Spuścizna po Marku Siemionowiczu Żywowie, sygn. 2845/1/376, bez paginacji.
[25] W znanych mi dokumentach nie ma jakiegokolwiek śladu, potwierdzającego agenturalne powiązania Jerzego Borejszy. Co więcej, "kominternowskie" archiwalia z Państwowego Archiwum Historii Społeczno-Politycznej w Moskwie przynoszą mnóstwo materiału świadczącego o mało pożądanych, z partyjnego punktu widzenia, cechach osobowości Borejszy. To jednak tylko mały (dodatkowo niespenetrowany przeze mnie osobiście) wycinek dokumentacji poradzieckiej, który nie jest w stanie niczego jednoznacznie rozstrzygnąć.
[26] Tego dnia Borejsza formalnie przestał być dyrektorem Ossolineum, choć pewien obszar decyzyjny pozostał w jego rękach do 14 lutego (M. Matwijów, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w latach 1939-1946, Wrocław 2003, s. 66).
[27] T. Mańkowski, Ossolineum pod rządami sowieckimi, oprac. M. Matwijów, "Czasopismo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich" 1992, z. 1, s. 144-145.
[28] Pomijam w tym miejscu wiarygodność relacji Mańkowskiego, pełnej przeinaczeń i niechęci skierowanej pod adresem jego ossolińskich współpracowników (zob. R. Sułek, dz. cyt., s. 96-97 i 105-106).
[29] M. Matwijów, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w latach 1939-1946, s. 43.
[30] T. Mańkowski, Ossolineum pod rządami sowieckimi, s. 144.
[31] Ossolineum, "Czerwony Sztandar" 1939, nr 59.
[32] Zob. K. Oppenauer-Śreniowska, Lwowskie Ossolineum w latach 1939-1941, "Zeszyty Historyczne" 1993, z. 105, s. 219.
[33] J. Trzynadlowski, Jerzy Borejsza [w:] Portrety ossolińskie. Antologia wspomnień, oprac. E. Adamczak, Wrocław 1992, s. 237.
[34] K. Oppenauer-Śreniowska, dz. cyt., s. 219. Z przejęciem własności kuratora Lubomirskiego wiąże się jeszcze jedna sprawa. Otóż Tadeusz Mańkowski w swoich wspomnieniach przytacza następujące zdanie: "Borejsza używał mebli, pościeli i naczynia stołowego wziętego z prywatnego mieszkania kuratora Lubomirskiego, pił jego wino i radził się jawnie, które z jego porte-cigares ma sobie zabrać" (T. Mańkowski, Ossolineum pod rządami sowieckimi, s. 148). Jest to jedyna tego typu relacja mówiąca o zawłaszczeniu przez Borejszę cudzej własności. Na marginesie tej sprawy dodać można jeszcze, że Borejsza nie mieszkał w Ossolineum, ale wynajmował wraz z rodziną dwa pokoje w mieszkaniu rodziny Władysława Frenkla (AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą).
[35] M. Matwijów, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w latach 1939-1946, s. 45-46.
[36] K. Oppenauer-Śreniowska, dz. cyt., s. 217-218; J. Trzynadlowski, dz. cyt., s. 237.
[37] M. i S. Ossowscy, Intymny portret uczonych. Korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich, oprac. E. Neyman, Warszawa 2002, s. 758.
[38] Tamże, s. 759.
[39] M. Matwijów, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w latach 1939-1946, s. 46.
[40] Zob. H. Szipper, Polski Piemont kulturalny we Lwowie 1939-1941, "Kuźnica" 1946, nr 14 i 15.
[41] R. Sułek, dz. cyt., s. 96-97.
[42] T. Mańkowski, Lwowskie muzea i biblioteki w latach 1939-1945 i sprawa ich rewindykacji (maszynopis w zbiorach Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu); cyt. za: M. Matwijów, Walka o lwowskie dobra kultury w latach 1945-1948, Wrocław 1996, s. 22-23.
[43] M. Matwijów, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w latach 1939-1946, s. 44-45, 60-62.
[44] Tamże, s. 63-64. Maszynopis memoriału Jerzego Borejszy z dnia 28 grudnia 1939 r. znajduje się w zbiorach Archiwum Lwowskiej Biblioteki Naukowej im. Wasyla Stefanyka, NAN Ukrainy.
[45] Reorganizacja muzeów i bibliotek, "Czerwony Sztandar" 1940, nr 103.
[46] Borejsza jeszcze pod koniec stycznia mówił o swych planach związanych z Ossolineum. W dzienniku Stanisława Ossowskiego pod datą 22 stycznia 1940 r. czytamy: "Wczoraj wieczorem po raz pierwszy mogłem spokojnie pomówić z Borejszą bez przeszkód. O sytuacji w Ossolineum i związanych z nią kłopotach, o osobistych planach Borejszy (aspiracje ku spokojnej pracy naukowej), o sprawach ogólnych. Borejsza zdecydował się zostać na stanowisku dyrektora Ossolineum na rok 1940, gdyż ustąpienie w obecnej chwili uważałby za dezercję" (M. i S. Ossowscy, dz. cyt., s. 763)
[47] K. Oppenauer-Śreniowska, dz. cyt., s. 222.
[48] Powołanie rady miało być kontynuacją wcześniejszego pomysłu Borejszy, który w trakcie kierowania Ossolineum powołał analogiczną Radę Naukową z Władysławem Wisłockim na czele, jak również Radę Artystyczną, której przewodził Mieczysław Gębarowicz (G. Hryciuk, dz. cyt., s. 120).
[49] M. Matwijów, Zakład Narodowy im. Ossolińskich w latach 1939-1946, s. 77-78.
[50] Ze Lwowa do Wrocławia. Rozmowa z prof. Marianem Jakóbcem, "Magazyn Gazety Robotniczej" 1987, nr 46.
[51] Ossolineum powinno być we Wrocławiu. Wywiad "Głosu Ludu" z Tow. J. Borejszą, "Głos Ludu" 1946, nr 75.
[52] Por. A. Głowacki, Reorganizacja i zadania bibliotek na tzw. zachodniej Ukrainie pod okupacją radziecką 1939-1941 [w:] Kraków-Lwów. Książki, czasopisma, biblioteki XIX i XX wieku, red. J. Jarowiecki, t. 5, Kraków 2001, s. 311.
[53] E. Bukowska, Aleksander Semkowicz - introligator, mickiewiczolog, bibliofil, senator, "Rocznik Lwowski" 1993-1994, s. 79-93.
[54] K. Oppenauer-Śreniowska, dz. cyt., s. 219.
[55] J. Kott, Przyczynek do biografii, Londyn 1990, s. 117; K. Oppenauer-Śreniowska, dz. cyt., s. 219; T. Mańkowski, Ossolineum pod rządami sowieckimi, s. 145.
[56] AJB, teczka D, List Heleny Devechy i Marii Grzywińskiej do Jerzego Borejszy z 31 lipca 1946 r.
[57] Przebudowa pracy szkół, "Wilna Ukraina" 1940, nr 23; cyt. za: M. Inglot, Polska kultura literacka Lwowa lat 1939-1941. Ze Lwowa i o Lwowie, Wrocław 1995, s. 200.
[58] Tamże, s. 201-202.
[59] J. Pazdrowski, Polonistyka na nowych drogach, "Czerwony Sztandar" 1940, nr 88.
[60] H. Grynberg, Memorbuch, Warszawa 2000, s. 132.
[61] Tamże.
[62] J. Borejsza, Kultura polska w Związku Radzieckim, "Wilna Ukraina" 1941, nr 124; cyt. za: M. Inglot, dz. cyt., s. 210.
[63] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 7.
[64] AAN, Spuścizna Jerzego Borejszy, sygn. 257/48, Recenzja Historii literatury polskiej pod red. Jerzego Borejszy, napisana przez Zofię Niesiołowską-Rotkert, k. 60-63.
[65] Doskonale uwidacznia się to we fragmentach opisujących zaproponowane przez autorów ujęcia problemowe. Oto przykład: Dla celów specjalnych wyodrębniono tzw. szkołę ukraińską poetów, chociaż nie tworzą oni żadnej szkoły. Goszczyński jest to bardzo ciekawa postać, ale poeta dość mierny, tu rozdział o nim rozrósł się nieproporcjonalnie do innych rozdziałów, co szkodzi kompozycji książki (tamże, k. 63). Można domniemywać, że w podobnym duchu utrzymane były również recenzje prof. Kleinera. W notatce napisanej na wieść o śmierci profesora - choć ten w rzeczywistości żył - Borejsza tak wspominał jego współpracę z zespołem redagującym podręczniki we Lwowie: [...] wnosił cenne poprawki, powtarzając wciąż: "Ideologicznie nie zgadzam się z Wami, ale proszę pana, to przecież nowy punkt widzenia i to nowa historia literatury. I to książka polska" (J. Borejsza, Juliusz Kleiner, "Wolna Polska" 1943, nr 24).
[66] H. Szipper, dz. cyt.
[67] Programy szkoły średniej. Literatura polska dla klas VIII-X, oprac. J. Borejsza, współpr. P.K. Wołyński, Kijów-Lwów 1940, s. 10.
[68] Wypisy z literatury polskiej dla klasy VII szkoły niepełnej średniej i średniej, red. J. Borejsza, oprac. J. Garbaczowska, B. Kaminerowa i A. Klein, Kijów-Lwów 1940.
[69] Programy szkoły średniej. Literatura polska. Lektura dla klas V-VII, oprac. Z. Charzewska, Kijów-Lwów 1940; por. również M. Inglot, dz. cyt., s. 201-204.
[70] Programy szkoły średniej, s. 3.
[71] Literatura polska. Wypisy dla klasy VIII szkoły średniej, red. J. Borejsza, oprac. S. Kawyn, B. Nadolski, S. Wasylewski, Kijów-Lwów 1940.
[72] J. Borejsza, Pochwała nieuctwa Mikołaja Reja, "Nowe Widnokręgi" 1943, nr 24.
[73] Literatura polska. Wypisy dla klasy IX szkoły średniej, red. J. Borejsza, oprac. E. Kantor, A. Koska i W. Markowska, Kijów-Lwów, 1940.
[74] Literatura polska. Wypisy dla klasy dziesiątej szkoły średniej, red. J. Borejsza, oprac. A. Charszewski, M. Jastrun i J. Przyboś, Kijów-Lwów 1940.
[75] S.J. Lec, Stalin [w:] tamże, s. 373. Pierwodruk tego wiersza w: "Czerwony Sztandar" 1939, nr 61.
[76] Znamiennym przykładem tego typu literatury jest Biografia Adama Ważyka. Pierwodruk w: "Nowe Widnokręgi" 1941, nr 4, s. 36.
[77] C. Barski, Narada w sprawie podręczników szkolnych, "Czerwony Sztandar" 1941, nr 10.
[78] Zob. M. Cukier, Wypisy literatury polskiej, "Czerwony Sztandar" 1941, nr 400.
[79] H. Grynberg, dz. cyt., s. 201.
[80] AJB, Odpis ankiety personalnej Jerzego Borejszy z okresu lwowskiego, odnalezionej w dawnym Archiwum Zakładu Historii Partii.
[81] Głos wolny, o wolność się upominający. Ze Stanisławem Stommą rozmawiają Andrzej Romanowski i Marek Zając, "Tygodnik Powszechny" 2002, nr 45.
[82] K. Pruszyński, dz. cyt., s. 129.
[83] W. Majakowski, Wiersze, przeł. Z. Ginczanka i in., wybór i oprac. J. Borejsza i A. Ważyk, Kijów-Lwów 1940.
[84] J. Borejsza, Słowo wstępne [w:] tamże, s. 3.
[85] Tamże.
[86] Taki obraz Słowackiego według Mieczysława Inglota wyłania się z podręczników pisanych przez zespół Borejszy (M. Inglot, dz. cyt., s. 223-225).
[87] H. Szipper, dz. cyt.
[88] T. Szarota, Poland under German Occupation, 1939-1941: A Comparative Survey [w:] From Peace to War: Germany, Soviet Russia and the World, 1939-1941, ed. B. Wegner, Oxford-Providence 1997, s. 47-62.
[89] H. Szipper, dz. cyt.
[90] Zob. m.in. J. Borejsza, Dramat Adama Mickiewicza, "Czerwony Sztandar" 1940, nr 358. Borejsza w okresie lwowskim opublikował jeszcze jeden tekst poświęcony Mickiewiczowi. Był to napisany w języku ukraińskim artykuł Mickiewicz - taki, jakim jest, "Literatura i Mistectwo" 1940, nr 3. Mieczysław Ingot, pisząc o tym artykule, zwraca uwagę na oryginalne w stosunku do oficjalnej publicystyki wzięcie w obronę Konrada Wallenroda i Pana Tadeusza. W pierwszym przypadku Borejsza polemizował ze starym poglądem Iwana Franko, co przy napiętych stosunkach polsko-ukraińskich nabierało specyficznego posmaku (M. Inglot, dz. cyt., s. 136-137).
[91] M. Matwijów, Zakład Narodowy im. Ossolińskich w latach 1939-1946, s. 96-97.
[92] A. Ziemiński, Uroczystości mickiewiczowskie przed 15 laty. Wspomnienia, "Trybuna Ludu" 1956, nr 2.
[93] Oczywisty błąd autorki wspomnień, która przytacza niewłaściwą datę uroczystości.
[94] W. Bielajew, Barbarzyńscy w monoklach. Niemcy w Polsce, Moskwa 1942, s. 52; cyt. za: M. Inglot, dz. cyt., s. 155.
[95] J. Putrament, Pół wieku, t. 2: Wojna, Warszawa 1969, s. 24.
[96] A. Wat, Mój wiek. Pamiętnik mówiony, oprac. L. Ciołkoszowa, t. 1, Warszawa 1990, s. 255.
[97] J. Kott, dz. cyt., s. 117.
[98] A. Ciołkosz, Wanda Wasilewska. Dwa szkice biograficzne, Londyn 1977.
[99] J. Putrament, dz. cyt., s. 24.
[100] A. Wat, dz. cyt., t. 1, s. 255.
[101] Ocalony na Wschodzie. Z Julianem Stryjkowskim rozmawia Piotr Szewc, Montricher 1991, s. 118.
[102] B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 88.
[103] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[104] J. Borejsza, Wijna nerwiw, Kijiw 1941.
[105] Tamże, s. 16.
[106] Tamże, s. 10.
[107] CPALS, Spuścizna Marii Michajłowny Szkapskiej, sygn. 631/16/114, bez paginacji.
[108] B. Fijałkowska, dz. cyt., s. 91.
[109] J. Borejsza, Alibi przestępcy i jego zeznania, "Nowe Widnokręgi" 1942, nr 7.
[110] M. Głobaczew, "Nowe Widnokręgi" (1941-1946). Zarys problematyki, "Kwartalnik Historii Prasy Polskiej" 1980, nr 1. Wiele cennych informacji na temat pisma przynoszą również wspomnienia Stefana Jędrychowskiego: "Nowe Widnokręgi". Ze wspomnień, "Kwartalnik Historii Prasy Polskiej" 1980, część 1: nr 1, część 2: nr 3, część 3: nr 4, oraz Romana Jurysia: Kilka uwag o "Wolnej Polsce" i "Nowych Widnokręgach", "Prasa Polska" 1954, nr 7/8.
[111] J. Putrament, dz. cyt., s. 17.
[112] AAN, Spuścizna Alfreda Lampego, sygn. 250/8, List do Jakuba Bermana z dnia 17 lipca 1942, k. 2-3.
[113] Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, s. 376.
[114] Jednym z przesłuchiwanych przez Borejszę jeńców był Heinz Kessler, który w 1941 r. zdezerterował z armii niemieckiej. Po wojnie zajmował w Niemieckiej Republice Demokratycznej wiele eksponowanych stanowisk, m.in. sprawował funkcję ministra obrony narodowej (1985-1989) (AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą).
[115] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[116] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 7.
[117] AA, Notatki z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą.
[118] AAN, KC PZPR, sygn. 237/XXIII-15, Akta osobowe Jerzego Borejszy, k. 7.
[119] W rzeczywistości była to połowa maja 1943 r.
[120] Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, s. 387.
[121] RPAHSP, sygn. 495/252/128, k. 20.
[122] K. Kersten, Narodziny systemu władzy. Polska 1943-1948, Warszawa 1987, s. 17-20.
[123] Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, s. 383.
[124] Napisano tam m.in.: "Rozpoczynamy wydawanie pisma, chcąc skupić przy nim wszystkich tych, którzy żyjąc na ziemiach Związku Radzieckiego orężem, pracą, słowem walczą o wolną, niepodległą, wyzwoloną z jarzma hitlerowskiego Polskę. O Polskę, w której chłop otrzyma ziemię, robotnik i inteligent pracę, opiekę państwową, godne człowieka warunki życia. O Polskę sprawiedliwą, bez rasowych i narodowych nienawiści. O Polskę silną na zewnątrz nie zaborem cudzych ziem, ale sąsiedzkimi stosunkami" (Od redakcji, "Wolna Polska" 1943, nr 1).
[125] Zob. S. Ciesielski, Myśl polityczna polskich komunistów w latach 1939-1944, Wrocław 1990; tenże, Alfred Lampe wobec problematyki zachodniej [w:] Twórcy polskiej myśli zachodniej, red. W. Wrzesiński, Olsztyn 1996, s. 129-139.
[126] AAN, Spuścizna Alfreda Lampego, sygn. 280/9, List Zofii Dzierżyńskiej z 12 maja 1942 r., k. 1-2; Ocalony na Wschodzie, s. 163-164.
[127] Notatki Alfreda Lampego dotyczące zagadnień programowych [w:] Archiwum Ruchu Robotniczego, red. F. Tych, t. 9, Warszawa 1984, s. 28-35.
[128] Z Julianem Stryjkowskim rozmawia Henryk Chłystowski [w:] 50 lat SW "Czytelnik", Warszawa 1994, s. 24. Stryjkowski po kilku latach powtórzył tę historię w nieco zmienionej wersji: Ocalony na Wschodzie, s. 163.
[129] J. Borejsza, Czekać, zwlekać, szczekać...?, "Wolna Polska" 1943, nr 12.
[130] T. Peiper, Nie, "Wolna Polska" 1943, nr 17.
[131] C. Madajczyk, Dramat katyński, Warszawa 1989, s. 68-71.
[132] JB, Tragiczna karta katyńska, "Nowe Widnokręgi" 1944, nr 3.
[133] J. Borejsza, Mord w Katyniu. Śladami zbrodni - od naszego specjalnego wysłannika, "Wolna Polska" 1944, nr 4.
[134] M.in.: (jb.), Poloneza w Londynie ciąg dalszy, "Wolna Polska" 1943, nr 19; tenże, Rozgardiasz we mgle londyńskiej, "Wolna Polska" 1943, nr 24; J. Borejsza, Niepokój p. Brailsforda, "Wolna Polska" 1944, nr 6; tenże, U źródeł klęski wrześniowej, "Wolna Polska" 1943, nr 25; tenże, Pozgonne pewnego systemu, "Wolna Polska" 1943, nr 35.
[135] J. Borejsza, Zdumienie i męczeństwo Juliusza Kleinera, "Nowe Widnokręgi" 1943, nr 17.
[136] Tenże, Druga młodość Juliana Tuwima, "Nowe Widnokręgi" 1943, nr 22.
[137] Tenże, Zdumienie i męczeństwo Juliusza Kleinera.
[138] Literatura polska. Wypisy dla klasy dziesiątej szkoły średniej, s. 232.
[139] Pogrubienie w tekście.
[140] J. Borejsza, Druga młodość Juliana Tuwima.
[141] Archiwum Muzeum Literatury w Warszawie (dalej: AML), z. 3074. List Juliana Tuwima do Jerzego Borejszy z 12 grudnia 1945 r., k. 1.
[142] Zob. L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu. Powstanie - rozwój - rozkład, Londyn 1988, s. 807-810.
[143] J.B., Granice legalności, "Nowe Widnokręgi" 1944, nr 1-2.
[1] C. Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 1991, s. 151.
[2] Sformułowanie to podaję za: H. Orłowski, Tomasz Mann - reprezentant narodu versus pisarz nowoczesny [w:] T. Mann, Moje czasy, przeł. W. Kunicki, Poznań 2002, s. 7.
[3] J. Kossak, K. Krzemień, Kształty polityki kulturalnej, Warszawa 1976, s. 53-55.
[4] K. Żygulski, Wstęp do zagadnień kultury, Warszawa 1972, s. 274-276.
[5] J. Borejsza, Rewolucja łagodna, "Odrodzenie" 1945, nr 10-12.
[6] B. Fijałkowska, Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1995.
[7] Tamże, s. 8.
[8] Aby nie wchodzić w dalszej części w polemikę z tezami zawartymi w publikacji Barbary Fijałkowskiej, chciałbym w tym miejscu przedstawić kilka zastrzeżeń, jakie się w stosunku do niej pojawiły: 1. Książka Fijałkowskiej zawiera wiele nieścisłości i została, jak się wydaje, przykrojona z dawniejszego rękopisu do "nowych czasów" (rok wydania 1995). Zupełnie odstaje ona od dotychczasowej twórczości autorki Polityki i twórców, ale nie w metodzie, a w komentarzu. 2. Zawiera fragmenty korespondencji Jerzego Borejszy według stanu archiwum z lat 70. W konsekwencji nie znajdziemy tam wielu teczek z korespondencją m.in. Czesława Miłosza, Jerzego Putramenta i innych skatalogowanych po 1979 r. Z materiału, którym Fijałkowska dysponowała, cytuje zresztą niewiele. 3. Autorka nie korzystała z archiwum fotograficznego prezesa "Czytelnika", które znajduje się w posiadaniu jego syna. Publikacja została wizualnie wzbogacona głównie fotografiami z archiwum Różańskiego. 4. Wobec nieutrzymywania przez Ewę Borejszę żadnych stosunków z Różańskim po 1954 r. i bardzo złych stosunków datowanych od przedwojnia, Różański opowiada w swojej relacji wiele rzeczy nieprawdziwych, np. Ewa Kantor nigdy nie kończyła kursu pielęgniarskiego w Nowym Jorku i nigdy nie była w Stanach Zjednoczonych (s. 40). Różański oświadcza również, że pomagał swojej bratowej ewakuować się ze Lwowa i załatwił jej papiery, co jest jawną konfabulacją. Z powodu pozostawienia bratowej na pastwę losu Borejsza nie utrzymywał z Różańskim żadnych stosunków od 1941 do 1943/1944 r. - aż do momentu, kiedy dowiedział się, że żona i syn żyją pod okupacją niemiecką w Warszawie. 5. Barbara Fijałkowska nie korzystała z części archiwum dotyczącej "Czytelnika" i działalności partyjnej Borejszy, która została uporządkowana częściowo w latach 80. przez Zbigniewa Gregorczyka i w ostatnich latach przez piszącego te słowa. 6. Fijałkowska nie znała całej teczki dokumentów Kominternu z Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historii Społeczno-Politycznej w Moskwie i teczki z Centralnego Państwowego Archiwum Literatury i Sztuki w Moskwie, zawierających materiały powielone przez Jerzego W. Borejszę podczas jego kwerend archiwalnych po 1990 r. 7. W książce Fijałkowskiej nie ma odwołań do relacji żony i syna Jerzego Borejszy. 8. Publikacja Fijałkowskiej oparta jest w dużej mierze na relacjach Różańskiego, nagranych na taśmach magnetofonowych w latach 1980-1981. W ten sposób wpływ narracji brata Borejszy jest wiodący, częstokroć relacje przytaczane są w sposób bezrefleksyjny, co sprawia, że książka ma wyraźny "przechył" na jedną stronę. 9. Kiedy zapytałem Jerzego W. Borejszę, z czego wzięła się nieco dziwaczna konstrukcja książki oraz brak odniesień do dokumentów z najbogatszego zbioru - archiwum rodzinnego prezesa "Czytelnika" - ten odpowiedział: "Barbarę Fijałkowską polecił w latach 70., jako ewentualnego biografa mojego ojca, sąsiad mojej matki, prof. Stefan Żółkiewski. Po pewnym czasie rekomendację tę wycofał, mówiąc, że osoba polecona nie poradzi sobie z tematem, że tu musiałby być ktoś kalibru Tadeusza Drewnowskiego. Po wtóre, zorientowaliśmy się, że Barbara Fijałkowska rzeczywiście nie dorasta do tematu i ma pewne "przechyły" tzw. historyka partyjnego. Na przykład, wtedy obawiała się, że nie pozwolą jej publikować pracy o - jak mówiła - człowieku, który uchodzi za "nietypowego komunistę" czy "heretyka partyjnego". I wreszcie powiedziała, że zamierza oprzeć się na relacjach Jacka Różańskiego, z którym od 1954 r. nie utrzymywaliśmy stosunków. Wszystko razem zadecydowało o ustaniu znajomości z Barbarą Fijałkowską. Zobowiązała się pisemnie, że nie ogłosi dokumentów z mojego archiwum bez mojej zgody. Nie zapytała jednak o nią, najpierw publikując listy K.I. Gałczyńskiego do mojego ojca, a potem książkę. Egzemplarza książki mi nie przysłała. Przez kilkanaście lat, aż do jej śmierci, nie widziałem Barbary Fijałkowskiej. Niemniej podkreślam, że udało się jej ocalić sporo faktów o mojej rodzinie, których nie znałem. Książka w niektórych fragmentach wymaga wyraźnie bardzo krytycznej weryfikacji" (Archiwum Autora [dalej: AA], Nagrania z rozmów z prof. Jerzym W. Borejszą).
[9] M. Fik, Kultura polska po Jałcie. Kronika lat 1944-1981, Londyn 1989.
[10] Myślę tu głównie o syntezach autorstwa Wojciecha Roszkowskiego, Antoniego Czubińskiego, Andrzeja Paczkowskiego i Andrzeja Friszke.
[11] M. Fik, Kultura polska 1944-1956 [w:] Polacy wobec przemocy, red. B. Otwinowska i J. Żaryn, Warszawa 1996, s. 220-275.
[12] B. Fijałkowska, Polityka i twórcy (1948-1959), Warszawa 1985; taż, Sumienie narodu? Sprawy i ludzie kultury w Polsce Ludowej, Wrocław 1985.
[13] Bibliografia najważniejszych prac na końcu książki.
[14] U. Urban, Władza ludowa a literaci. Polityka władz wobec środowiska Związku Zawodowego Literatów Polskich 1947-1950, Warszawa 2006.
[15] Pewnym rozwiązaniem tej trudnej dla historyka sytuacji okazał się zasób prywatnego archiwum Jerzego W. Borejszy, w którym udało się znaleźć sporą ilość "czytelnikowskiej" dokumentacji. Bez tych materiałów pisanie o Spółdzielni założonej przez Jerzego Borejszę wydaje się dziś niemożliwe. Trudno też wyobrazić sobie pisanie o samym autorze Rewolucji łagodnej bez zgromadzonej w tym archiwum korespondencji i niedostępnych gdzie indziej dokumentów osobistych, do których otrzymałem szeroki dostęp. Archiwum to składa się z kilku segmentów tematycznych, uporządkowanych przez różne osoby w różnych okresach. Najważniejszy element kolekcji to z pewnością obszerna korespondencja, która liczy ponad 1500 listów od i do Borejszy. Jest to najwcześniej skatalogowana część zbioru, porządkowana przez syna prezesa "Czytelnika". W okresie późniejszym porządkowaniem archiwaliów zajmował się Zbigniew Gregorczyk, pracujący nad publikacją materiałów źródłowych dotyczących Jerzego Borejszy. W wyniku jego działalności został zebrany i skatalogowany przede wszystkim materiał prasowy, z publicystyką autora Rewolucji łagodnej na czele. W końcu, ostatni segment kolekcji Jerzego W. Borejszy stanowią archiwalia partyjne, "postczytelnikowskie", zbiór dokumentów i wspomnień Stanisława Tazbira oraz zachowane przez Annę Baranowską materiały po "Odrodzeniu", nad których uporządkowaniem pracowałem przez kilka miesięcy, uzyskując w ten sposób przebogaty materiał służący odpowiedzi na pytania, które postawiłem sobie, przystępując do pisania tej książki.
[16] Zob. E. Kuryluk, Goldi, Warszawa 2004.
[17] J. Schatz, The Generation: The rise and fall of the generation of Jewish Communists in Poland, Lund 1989.
[18] M. Shore, Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem, przeł. M. Szuster, Warszawa 2008.
[19] Zob. M. Matwijów, Walka o lwowskie dobra kultury w latach 1945-1948, Wrocław 1996, s. 43.
[20] Zob. S. Ziemba, Czas przełomu. Wspomnienia dziennikarza z lat 1944-1946, Kraków 1976, s. 330.
[21] Cyt. za: B. Kerski, Prusy - Pamięć i dziedzictwo [w:] Prusy. Pamięć i dziedzictwo, red. B. Kerski, Szczecin 2002, s. 9.
Arcykoruptor?
Pierwsze listy, pisane w 1945 r., pokazują skalę trudności, z jakimi na co dzień się borykano. Chodzi zazwyczaj o sprawy najprostsze: o pomoc, doradztwo, jakieś drobne pieniądze. Widać również, jak z wolna odradza się życie kulturalne. "Niestety poszłam w Pańskie ślady - pisze z Adamowizny Zofia Nałkowska - kaszlę na nowo i mam taką chrypkę, że najbardziej akustyczny człowiek mnie nie słyszy. Dlatego nie byłam u Pana wczoraj i nie wybrałam się na wczorajsze uroczystości, tak niezmiernie dla mnie ciekawe". Autorka Granicy informuje również o problemach z pisanymi właśnie Węzłami życia i trudnościach z zakupem jedzenia[106]. List jest charakterystyczny dla ówczesnej korespondencji Nałkowskiej, gdzie sprawy artystyczne mieszają się ze zwykłą codziennością. Odkrywa w pełni siermiężność ówczesnego życia kulturalnego. Borejsza jawi się tu jako opiekun literatów, ludzi nauki, osoba ze wszech miar pomocna, do której można zwrócić się z najdrobniejszymi sprawami, z prośbą o rękawice, benzynę czy termos[107]. Czy tylko "kusił" w ten sposób? A może chodziło o zwykłą życzliwość? Oto człowiek dysponujący środkami, energią i chęcią oferuje pomoc ludziom, którzy częstokroć nie potrafili radzić sobie w specyficznych powojennych warunkach. Nie musiało to wynikać z jakiegoś diabolicznego planu, mogło być po prostu wyrazem zwykłej troski o polską kulturę.
Rzecz jasna, nastrojów pewnej niechęci nie dało się tak łatwo przezwyciężyć. Maria Dąbrowska w maju 1945 r. wysłała do Borejszy krotki liścik: "B [ardzo] uprzejmie proszę, niech Pan nas zechce łaskawie odwiedzić - przyjść na filiżankę herbaty jutro [...] w godzinach popołudniowych lub wieczornych, a w razie niemożności w jakichkolwiek godzinach dnia, gdyż jutro będę cały dzień w domu. W wypadku "absolutnego braku czasu" - proszę mnie zawiadomić, kiedy Pan może łaskawie wpaść"[108]. Liścik ten, w treści swej zupełnie banalny, przydaje stosunkowi polskiej inteligencji do Borejszy specyficznego smaku. Choć Dąbrowska w pamiętnikach utyskuje na barbarzyństwo komunistów, nie stroni od wyrażenia swej sympatii wobec jednego z nich. Jest jasne, że nie mamy tu do czynienia z jakimś bezinteresownym gestem, podczas spotkania można było załatwić wiele pilnych spraw, a i stosunek autorki Nocy i dni nie był tak oczywisty. Świadectwo życzliwości, wykraczające poza relacje czysto instytucjonalne, pozostaje jednak faktem. Borejsza zresztą bardzo cenił sobie znajomość z Dąbrowską, a przede wszystkim jej literaturę, czemu dał wyraz w liście z marca 1946 r. "Mimo zasadniczych różnic - pisał - jakie nas dzieliły i na pewno jeszcze po dziś dzień dzielą, chciałbym Pani tą drogą przekazać wyrazy mego najgłębszego szacunku dla Pani, Jej talentu i postawy"[109].
Drobnymi gestami Borejsza umiał zjednywać sobie przychylność ludzi z różnych środowisk. Dzięki nim zyskiwał wiarygodność. W przypadku Dąbrowskiej sympatię zyskiwało również odwołanie do idei spółdzielczej i podjęcie przez "Czytelnika" szerokiej akcji kulturalno-oświatowej[110]. To budziło szacunek "starej" inteligencji i tworzyło nić porozumienia. Nic dziwnego, że twórcy z jej kręgu tak chętnie oddawali Borejszy swoje dzieła. Za jego prezesury "Czytelnik" wydał aż trzy książki Dąbrowskiej[111]. Ufała mu więc mimo cierpkich słów, pojawiających się w jej codziennych zapiskach[112]. Warto też przypomnieć, że Dąbrowska jest autorką wspomnienia napisanego z okazji 10. rocznicy powstania Spółdzielni, w którym wyrażała wdzięczność za "niezapomnianą życzliwość, pomoc i opiekę, jaką u progu działalności "Czytelnik" poprzez osobę swego założyciela i pierwszego prezesa, Jerzego Borejszy, okazywał wynurzającym się z ciemnicy okupacyjnej pisarzom"[113].
Również Stanisław Stempowski, bliski autorce Nocy i dni, odnosił się do działań Borejszy z zaufaniem. Ukazuje to sprawa z rękopisami pamiętników Ludwika Krzywickiego, powierzonych Stempowskiemu na czas wojny. Po jej zakończeniu próbowała je odzyskać Irena Krzywicka[114], ale ich opiekun z niechęcią odnosił się do tego pomysłu, zakładając niezbyt czyste intencje synowej socjologa[115]. Borejsza i "Czytelnik" okazują się w tym układzie najwłaściwszym dysponentem spuścizny Krzywickiego[116]. To gest symboliczny, w którym spełniał się jeden z postulatów Rewolucji łagodnej: "W interesie ogólnonarodowym naszej kultury, jej rozwoju leży niewątpliwie sprawa zrastania się starszego pokolenia naszej inteligencji z tą wielką falą nowej inteligencji, która musi szybko dojrzewać"[117]. Krzywicki znakomicie nadawał się na wzór dla młodzieży, tak samo jak Ludwik Hirszfeld czy Maria Curie-Skłodowska, których memuary miały zostać opublikowane w jednej serii wydawniczej "Czytelnika".
Hirszfeld, który zetknął się z Borejszą w Lublinie, jest kolejną osobą z kręgu "starej" inteligencji, która utrzymywała dobre kontakty z prezesem "Czytelnika". Listy te, choć dotyczą w znacznej mierze spraw związanych z wydaniem Dziejów jednego życia, na marginesach poruszają również sprawy wykraczające poza kwestie wydawnicze. Są świadectwem wielkiego zaangażowania Hirszfelda w odbudowę "dawnego świata" i doskonałym przykładem rozumienia inteligenckiego etosu - zaabsorbowania sprawami publicznymi i ludzkiej szlachetności. W liście, wysłanym w lutym 1945 r. z Lublina, profesor pisał: "Radio Polskie zwróciło się do mnie z propozycją wyrażenia zgody na odczytanie w kilku językach urywków z mojej książki Dzieje jednego życia. Zgodziłem się w zasadzie pod warunkiem, że zrobią z tego cykl odczytów oddających męki okupacji i że Naczelny "Czytelnika" nie wyrazi sprzeciwu. Zapytuję zatem Pana Majora, czy nie ma nic przeciwko odczytaniu urywków z mojej książki w języku polskim i innych. Przypuszczam, że nie będzie Pan miał nic przeciwko temu tembardziej że zwróci to uwagę na dzieło i przyczyni się raczej do rozpowszechnienia. Chodziłoby jednak o pewną synchronizację odczytów i pojawienia się dzieła na rynku. [...] Jestem od tygodnia w Wrocławiu, gdzie organizuję Wydział Lekarski. Miałem nadzieję spotkać Pana Majora na zjeździe. Proszę nie zapominać o Wrocławiu, bardzo bym chciał zobaczyć się z Panem Majorem. Jeżeli moja willa będzie do tego czasu wykończona, byłbym bardzo rad gościć Pana u siebie"[118].
Każdy z dotychczas wspominanych korespondentów Borejszy wchodził w powojenną rzeczywistość z utrwaloną w dwudziestoleciu międzywojennym pozycją zawodową. Żaden nie sympatyzował nawet w najmniejszym stopniu z ideologią komunistyczną. Czy zwracanie się o pomoc do prominentnego działacza partii komunistycznej stanowiło dla nich jakąś ujmę? Nałkowska, Dąbrowska, Hirszfeld czy Stempowski potrzebowali Borejszy tak samo, jak on ich. Potrzeba ta wynikała jednak z poczucia obowiązku, była zgodna z tym, co Hanna Świda-Ziemba nazwała "dynamiką odradzającego się życia", tzn. z sytuacją, w której wojenną klęskę i wrogość wobec nowej władzy "brano w nawias", pragnąc ponad wszystko odrodzenia życia[119]. Pomagali im w tym często przedstawiciele władz, podlegający w oglądzie społecznym kategoryzacji typu "partyjny, ale porządny" czy "ideolog dobrej wiary", którymi określano tych wszystkich, którzy dalecy byli od fanatyzmu rewolucyjnego, niezależnie od tego, czy był on szczery, czy kalkulowany[120]. To bez wątpienia casus Borejszy.
Podobnie prezesa "Czytelnika" widział Czesław Miłosz. Uczynił go nawet pierwowzorem majora Barugi z powieści Zdobycie władzy. W jednej z kluczowych scen, podczas odbywającego się w stołecznym Lublinie przyjęcia, Baruga przemawia do zgromadzonych gości: artystów, naukowców, żołnierzy, działaczy partyjnych, przedstawiając im wizję nowej Polski i nowej kultury. Miłosz pisze: "Balansował zręcznie pomiędzy sprzecznymi wymaganiami jakie stawiała mentalność słabo przygotowanej publiczności i mentalność Rosjan. Dla pierwszych miał słowa o demokracji, suwerenności narodu i "łagodnej rewolucji". Dla drugich wspomnienia o bohaterstwie sowieckich żołnierzy, dzięki któremu sprawdziły się proroctwa, że największy naród słowiański będzie zbawcą świata"[121]. Noblista uchwycił znakomicie owo pozorne rozdwojenie Borejszy. Pozorne, bo w rzeczywistości był to pragmatyzm, służący celowi nadrzędnemu, jakim było scalenie "starego" z "nowym" i stworzenie syntezy akceptowalnej przez wszystkich.
Fenomen przyciągnięcia "starej" inteligencji rozważać można też na płaszczyźnie osobistego rozczarowania tym, co przyniosła Polska międzywojenna. To nie były przypadki jednostkowe. Wystarczy sięgnąć po debaty prasowe tamtego czasu[122] i codzienne zapiski wielu inteligentów. Stanisław Ossowski pod datą 14 stycznia 1940 r. zapisał fragmenty dyskusji, jaką toczył we Lwowie z socjologiem Arturem Bardachem: "Hasło Polski niepodległej w sensie politycznym - to wg Bardacha hasło reakcyjne. Siły, które by w Polsce doszły do głosu - to skrajny nacjonalizm. Bardach widzi potężniejący coraz bardziej antysemityzm, który wybuchnąłby przy lada okazji. O szkodach, które wyrządził nam romantyzm i megalomania narodowa. Dwudziestoletni okres niepodległości był aż nadto wymownym egzaminem. Bardach dziwi się raczej, że okres ten trwał tak długo. [...] Bardachowi chciałbym pokazać, że potrafimy coś stworzyć, że są siły twórcze, trzeba je tylko znaleźć. Gdzie? Nie umiem wskazać. Chłopi? Pomimo materiałów zebranych w Młodym pokoleniu chłopów polskich, pomimo różnych osobistych doświadczeń, nie mogę nie uważać ich za pozycję bardzo niepewną. Ostatecznie ta Polska, z którą jestem naprawdę związany, to szczupłe grono przyjaciół. Czy można w obecnych warunkach marzyć o zbudowaniu Polski Szklanych Domów? [...] W gruncie rzeczy liczę jeszcze na jakąś rewolucyjną przemianę duchową w społeczeństwie polskim, podobnie jak liczyłem na nią w roku 1920. Ale to jest właśnie ten romantyzm, który Bardach zwalcza"[123]. Wojna, rozpatrywana wielokrotnie jako czas heroiczny polskiej inteligencji, była dla wielu jej reprezentantów okresem załamania się wiary w dotychczasowe pewniki, na których osadzony był jej dotychczasowy świat. Jednoznaczność wynikająca z przeciwstawienia takich określeń jak okupant - okupowany, kraj podbity - kraj podbijający, niewola - niepodległość, stanowiących rdzeń patriotyzmu tamtego czasu, nie anulowała pytań głębszych, sięgających istoty zjawiska polskiej inteligencji i jej relacji do całości polskiego narodu. W tę niepewność wchodził z realną i konkretną propozycją Borejsza.
Jego działania, z pozoru błahe, zyskiwały w powojennej sytuacji znaczeń dodatkowych. Dla przykładu, Borejsza żywo interesował się poczynaniami i projektami swoich korespondentów. Zacierała się w ten sposób nieprzekraczalna częstokroć granica między światem twórcy i urzędnika, co spotykało się z aprobatą i życzliwością. Widać to dobrze na przykładzie listu Ossowskiego, który w lipcu 1945 r. pisał: "W pierwszych dniach sierpnia wybieram się z asystentem na Śląsk dla zapoczątkowania badań terenowych nad przeobrażeniami społecznymi, które się tam obecnie dokonują. Podobno samochody "Czytelnika" kursują po Śląsku. Bylibyśmy tedy bardzo wdzięczni, gdyby Pan Major zechciał nam dać jakąś kartkę polecającą, która umożliwiłaby nam korzystanie w razie potrzeby z przejazdów na trasie: Łódź - Katowice, Katowice - Opole, Opole - Legnica. Ułatwiłoby nam to znacznie nasze zadanie, które, jak sądzę, nieobce jest zainteresowaniom Pana Majora"[124].
Fascynujący obraz stosunków łączących przedstawicieli przedwojennej inteligencji z Borejszą znaleźć można w korespondencji Juliana Tuwima. Szczególnie interesująco wygląda liczący około dwudziestu stron list poety, pisany w Nowym Jorku w grudniu 1945 r.[125] Do korespondencji Tuwim dołączył specjalny "Indeks rzeczowy", złożony z ponad 40 haseł. Były wśród nich m.in.: "Arcyścierwo faszystowskie - p. Bolesław Piasecki", "Łagodna rewolucja", "Kuźnica", "Przekrój", "Magazyn "Globus"", "Zbytnia tolerancja" i "Żydzi amerykańscy"[126]. Warto zauważyć, że to pierwszy list Tuwima do Borejszy, nigdy wcześniej nie rozmawiali ani nie korespondowali. Dlatego od razu zaciekawia jego ton i otwartość w wypowiadaniu myśli.
Ułatwia to na pewno sympatia, z jaką Tuwim odnosi się do zmian zachodzących w Polsce. Składa też deklarację powrotu do kraju i swoich czytelników. Chce to uczynić jak najszybciej. "Gdybym był zdrów, już rok temu byłbym z wami w Lublinie, potem w Warszawie"[127] - pisze Tuwim. Poeta był z pewnością typem literata, niepotrafiącego żyć bez niemal namacalnego kontaktu z czytelnikiem. Emigracja w jego przypadku to czas wyniszczający, co znalazło odzwierciedlenie w twórczości. W ciągu siedmiu lat spędzonych poza krajem Tuwim skończył jedynie Kwiaty polskie. Możliwość powrotu była dla niego symbolicznym powrotem do życia, przebudzeniem, którego wyrazem jest omawiany list. Częstokroć w dyskusji na temat opowiedzenia się intelektualistów po stronie nowej władzy wątek ten jest pomijany lub bagatelizowany, choć tak silnie podkreślał go choćby Miłosz[128]. W jego kontekście pojawia się obraz Borejszy jako "wielkiego kusiciela" - tylko że owo kuszenie nie nosiło widocznych znamion diabolizmu. Borejsza nie stosował jakiejś wysublimowanej gry. Rzucał iskrę zachęty, która padała na podatny grunt albo znikała w próżni. Na przykładzie Tuwima widać, jak bardzo twórcy potrzebowali tej zachęty.
W swoim liście poeta odnosi się również do terminu "rewolucja łagodna". Jest ona dla niego zjawiskiem w pierwszej kolejności politycznym, a dopiero potem kulturalnym. "Czy "łagodna rewolucja" nie zaczyna się czasem mścić? - pyta Tuwim. - Czy wolno po takiej wojnie i po takiej tragedii, jaką Polska przeszła, działać półśrodkami? Czy nie sądzi Pan, że płód rewolucji w łonie kraju poddano tzw. "skrobance"? W związku z powyższą "ginekologiczną" metaforą: mam wrażenie, że tragedią Polski jest i zawsze była jej "historyczna bezdzietność". Nasza historia jest chronicznie bezpotomna. Co się z niej dostało światu jako idea, jako hasło? Przyjrzeć się dziejom choćby ostatnich 150 lat - krótkie spięcia, wyskoki, eksplozje i nic prócz swądu w rezultacie. Czy to się teraz powtórzy?"[129] Tuwim, jak się okazuje, jest zwolennikiem działań rewolucyjnych. Za paradoks uznać można sytuację, w której Borejsza jest ganiony za zbytnią konserwatywność poczynań i mało wyczuwalny zapał rewolucyjny. To ważny głos w dyskusji na temat postaw części polskiej inteligencji powojennej. Tuwim, przed wojną raczej liberał niż rewolucjonista, w wyniku wojny radykalizuje zdecydowanie swój ogląd spraw polskich. W jego przekonaniu Polska zmienia się zbyt wolno. "Klechistan, jak widzę, został Klechistanem - pisze - a Lechitleria Lechitlerią", o czym świadczyć ma wciąż silna pozycja Kościoła katolickiego i powrót Bolesława Piaseckiego[130]. W niektórych fragmentach list kipi rzadko spotykanymi emocjami.
Co znaczące, Tuwim nie dostrzega w Borejszy działacza partyjnego. Do partyjniaków nie pisze się w ten sposób. Autor Rewolucji łagodnej jest tu wydawcą, publicystą, intelektualistą - a więc osobą, z którą można wymieniać poglądy w sposób swobodny, lekki i emocjonalny. Borejsza staje się partnerem, do którego Tuwim żywi zaufanie, choć przecież właściwie go nie zna. Można to położyć na karb długiej nieobecności w kraju i nieznajomości warunków krajowych. W tym ujęciu będzie to zupełnie naiwne uzewnętrznienie gotowości do pracy w nowych warunkach. Ale list potraktować można też jako specyficzny głos liberalnej inteligencji, wychowanej na "Wiadomościach Literackich" i będącej pod symbolicznym władaniem Boya, Słonimskiego i Tuwima właśnie. Jej marzeniem była Polska bez cenzury obyczajowej, rozpanoszonych księży i napinających mięśnie nacjonalistów. To ich powrotu, a nie rewolucyjności komunistów, obawia się poeta najmocniej[131]. To dlatego wzdraga się przez publikacją Kwiatów polskich, obawiając się, aby nie usunięto mu fragmentów, w których bezpardonowo atakuje "endeków, ozonowców, łobuzów spod znaku Bol.[esława] Piaseckiego, a także "dziejowej misji misjonarzy" i rozmaitych histeryków historii". Za pomoc przywódcy ONR-u dostaje się zresztą Borejszy najbardziej.
Początek tej historii sięga lipca 1945 r., kiedy Piasecki zostaje za namową polskich komunistów wypuszczony z mocnego uścisku NKWD[132]. Borejsza pośredniczy w rozmowach między władzami a grupą niepewnych swego losu narodowo-katolickich polityków, skupionych wcześniej wokół Piaseckiego. Ma w tym względzie pewne doświadczenie, ponieważ z częścią tych ludzi spotykał się już wcześniej, dając im do zrozumienia, że zmiana, jaka się w Polsce dokona, będzie miała charakter bardziej liberalny niż w ZSRR[133]. To wtedy spotyka się również z kardynałem Adamem Sapiehą. Uspokaja go i prosi o tonowanie nastrojów. Lipcowe spotkanie jest jednak nieco inne niż wcześniejsze. Oferta władz jest jasna - umożliwienie grupie Piaseckiego powrotu do życia publicznego i pomoc w wydawaniu tygodnika, który przyjmie nazwę "Dziś i Jutro". Intencje komunistów są czytelne. Chcą mieć koncesjonowanych katolików, których będzie można w stosownym momencie wykorzystać w grze politycznej. Borejsza staje się na pewien czas opiekunem grupy Piaseckiego. To on ratować będzie kilkakrotnie ich pismo przed dużymi kłopotami finansowymi[134]. Do niego też zwracać się będą przedstawiciele wspomnianej grupy z różnymi prośbami, często bardzo śmiałymi. W liście Wojciecha Kętrzyńskiego przeczytać można: "Dnia 20 maja został zaaresztowany na ulicy p. Stanisław Bożydar Wysocki. [...] Został zatrzymany na ulicy pod zarzutem, że jest znanym aktywnym członkiem NSZ, dowódcą partyzantki w Kieleckim i nazywa się Strzelecki. Aresztowania dokonał kpt. "Wierczysław". Aresztowany osadzony został w Miejskim Urz.[ędzie] Bezpieczeństwa na Pradze na Brukowej, potem przeniesiony do Mokotowa. Był przesłuchiwany i katowany. Całe oskarżenie jest jednym tragicznym nieporozumieniem, gdyż w.wym. nigdy polityką się nie zajmował, jest inwalidą z powstania warszawskiego. [...] Czy Pan, Panie Majorze nie mógłby przyczynić się do wyjaśnienia tego tragicznego nieporozumienia?"[135]
Borejsza widziany przez pryzmat tego listu to mąż opatrznościowy, którego możliwości wydają się nieograniczone. Czy Kętrzyński wiedział o więzach rodzinnych łączących Borejszę i Różańskiego? Trudno orzec, wydaje się jednak, że wiara w skuteczność Borejszy brała się raczej nie z tego faktu, ale z obserwacji jego dotychczasowych działań. Mimo to, pojawiały się od czasu do czasu ironiczne komentarze dotyczące zdobywania przez Borejszę informacji przy pomocy źródeł mało oficjalnych. Stefan Kisielewski pisał: "Jerzy Borejsza, dyrektor chlubnie znanego wydawnictwa "Czytelnik", niekoronowany król naszej prasy, osobistość niezwykle dobrze poinformowana, wpływowa, słowem - nie byle kto"[136]. Borejsza był rzeczywiście świetnie poinformowany i nie robił z tego wielkiej tajemnicy. Znamienne są tu opowieści o jego licznych aparatach telefonicznych, jako głównym źródle informacji, ale też widomym znaku wpływów. Bodaj najbarwniej rozmowy telefoniczne prowadzone przez prezesa "Czytelnika" opisał w swoim Dzienniku Wacław Kubacki[137], a także Adam Bromberg, który telefonowanie Borejszy nazwał wprost "nagim aktem i rozkoszą władzy"[138].
Borejsza - sam czy też przy pomocy innych - tworzył wokół siebie specyficzną aurę osoby, z którą lepiej mieć dobre kontakty. Nie opierało się to jednak na strachu. Ten nie wchodził w grę. Było w tym na pewno sporo koniunkturalizmu ze strony tych, którzy się do Borejszy zgłaszali, ale przede wszystkim widziano w nim człowieka szczerze zainteresowanego polską kulturą, którego intencje, mimo przynależności partyjnej, są czytelne. Przykładem takiej postawy może być list Antoniego Bohdziewicza, który równocześnie wskazuje na rolę plotki w ówczesnym życiu towarzyskim skromnego intelektualnego światka pierwszych lat powojennych. "Moje małe i Pańskie tak znane nazwisko - pisze znany reżyser - połączyły ze sobą dwie zabawne plotki: podług jednej, miał Pan autorytatywnie oświadczyć Fordowi, że to JA inspirowałem Ministerstwo w jego napaści na Film Polski, podług drugiej - miał Pan publicznie zapytać Bolesława Piaseckiego, czy nie jestem "jego człowiekiem". W pierwszą plotkę nie wierzę i myślę, że Ford starym zwyczajem koloryzuje. Co do drugiej to tak: Piaseckiego nie znam, nie wiem nawet jak wygląda. Ostre zakręty jego ideologii, którą śledzę od dawna, nie wydają mi się przekonywujące. Nie, nie jestem jego człowiekiem. Jeśli już chodzi o mój społeczny rodowód, to wywodzę się z wileńskiego klanu żagarystów (naturalnie, jako mała płotka...)"[139].
Piasecki, jak widać, budził emocje u wielu. Niechęć do niego wiele mówi na temat postaw i ich polaryzacji w obrębie polskiej inteligencji. Odnosi się wrażenie, że Borejsza w imię wyższych racji próbuje łączyć to, co niemożliwe do połączenia. Nie wszystkim było to w smak, czego dowodem fraszka Na pewnego PPR-nika, którą Tuwim napisał w 1947 r.:
O ich wczoraj zapomniawszy
Z "Dziś i Jutro" dziś flirtuje,
Coraz dla nich jest łaskawszy,
Nawet dziennik im funduje.
Miewa z nimi konferencje
(Bo tam z Wiejskiej mu najbliżej)
W pewnej cichej kawiarence:
Róg Stalina i Trzech Krzyży[140].
Można zapytać: co Borejsza, komunista i Żyd, robił w towarzystwie przywódcy ONR-Falanga? Każda odpowiedź będzie jedynie refleksem prawdy. Nowych dokumentów brak, tak więc zostaje tylko spostrzeżenie, że Borejsza starał się rozmawiać właściwie z każdym, kto zgłosił gotowość do akceptacji powojennych zmian społeczno-politycznych. Tak więc, w jego polu widzenia znajdzie się z jednej strony Piasecki, a z drugiej Tuwim, jak też osoby ze środowisk sytuujących się gdzieś pośrodku - dawni lewicowcy z PPS i intelektualiści katoliccy z "Tygodnika Powszechnego", a również wszelkiej maści emigranci.
Przygody z Emigracją
Borejsza skupiał na sobie uwagę twórców emigracyjnych swoją skutecznością i użytecznością. Czy był w tym element gry? Pewnie tak, stąd do jakiegoś stopnia rację ma Herling-Grudziński, pisząc o "wielkim kusicielu". Sensacyjnie w kontekście poglądów twórcy Wieży brzmi informacja, jakoby on sam miał w pewnym momencie ochotę stać się tej gry uczestnikiem. Taka sugestia pojawia się w liście przedwojennego wojewody lwowskiego i poznańskiego, Piotra Dunina-Borkowskiego, będącego po wojnie konsulem RP w Rzymie. "Dowiedziałem się - pisał w lipcu 1947 r. - trochę zresztą pocztą pantoflową, że Pan Prezes proponował przyjazd do kraju paru pisarzom z emigracji. Otóż o ile to by Panu odpowiadało w istocie, miałbym jedną propozycję do zrobienia. W Rzymie znajduje się Pan Grudziński, który uchodzi na emigracji za najlepszego krytyka literackiego. Otóż on byłby skłonny przyjechać do kraju na 2 miesiące celem zebrania materiałów i spostrzeżeń dla napisania książki o naszych ziemiach zachodnich. Książkę, którąby napisał opublikowałby w Anglii, a także, w miarę możliwości, umieściłby fragmenty jej po pismach angielskich. Oczywiście chciałby pełną swobodę pisania, z tym, że zobowiązał się przede mną na wypadek wyjazdu do kraju do dwu rzeczy odpowiadającym zresztą jego założeniom. 1. Stałby na stanowisku konieczności przynależności do Polski całych ziem odzyskanych. 2. Nie atakowałby osobiście nikogo z rządzących w Polsce"[141].
Relacja Dunina-Borkowskiego zastanawia. Grudziński nigdy o planowanym wyjeździe do kraju nie wspominał. Ale zapytajmy od razu - dlaczegóżby konsul miał konfabulować na temat propozycji autora Innego świata? Wszak nie było w niej nic zdrożnego. Grudziński nie zgłaszał przecież akcesu do "nowej rzeczywistości", a w ujęciu psychologicznym jego chęć zobaczenia kraju wydaje się w pełni zrozumiała. Chodzić mu mogło jedynie o pełniejszy ogląd sytuacji krajowej i wgląd w nastroje społeczne, a więc posmakowanie zmiany. Takich informacji na wychodźstwie brakowało. Szczególnie łasy był na nie Jerzy Giedroyc. Jeśli uznać Grudzińskiego za reprezentanta ówczesnej linii Instytutu Literackiego, to relacja Dunina-Borkowskiego zyska nowy wymiar. Czy aby "Książę" nie był tu głównym zainteresowanym? Niestety, korespondencja w sprawie podróży Grudzińskiego urywa się dość szybko[142]. Wiadomo jednak, że pewne kontakty między Borejszą i Giedroyciem zaistniały.
W 1947 roku Instytut Literacki, mieszczący się jeszcze w Rzymie, wydał książkę zatytułowaną Przeszłość i przyszłość polskiej inteligencji[143]. Złożyły się na nią prace: Józefa Chałasińskiego Polska inteligencja w świetle swojej genealogii oraz Jana Ulatowskiego Problem widziany z drugiej strony. Nie byłoby w tej publikacji nic dziwnego, gdyby nie to, że analiza Chałasińskiego ukazała się rok wcześniej w "Czytelniku". Trudno przypuszczać, aby jej rzymskie wydanie obyło się bez aprobaty Borejszy. Byłby to przejaw obustronnego, żywego zainteresowania. Giedroyc podpatrywał aktywność prezesa "Czytelnika" i odwrotnie - autor Hiszpanii starał się przekonać środowisko "Kultury" do tego, że "rewolucja łagodna" nie jest jedynie ideą fasadową. "Książę" w swojej autobiografii przekazał zresztą niezwykłej urody opis ilustrujący zabiegi prezesa "Czytelnika" wobec Józefa Czapskiego: "Borejsza [...] witając się z Czapskim zrobił całą scenę: ukląkł i pocałował go w rękę, po czym wygłosił wielką laudację pod jego adresem"[144]. Niewiele za pomocą tych namów udało się Borejszy zdziałać, ale znaczące ślady tych prób pozostały. Również książka, oparta na pomyśle naszkicowanym w liście Dunina-Borkowskiego, ostatecznie powstała. To kontrowersyjny reportaż Wracam z Polski Aleksandra Janty-Połczyńskiego[145]. Jego wydawcą był nie kto inny, ale właśnie Giedroyc.
Emigracyjne zainteresowania Borejszy rozkładały się wielokierunkowo. Starał się dotrzeć ze swoim pomysłem na polską kulturę do najróżniejszych osób. Znamienna w tym względzie jest korespondencja z przebywającym w Stanach Zjednoczonych Aleksandrem Hertzem. Autor Żydów w kulturze polskiej był szczerze zainteresowany tym, co się w Polsce działo i z wielką życzliwością spoglądał na dokonujące się w kraju zmiany. Szybko przyjął rolę ambasadora kultury polskiej i pośrednika w kontaktach między amerykańskim i polskim rynkiem wydawniczym[146]. Zainteresowany był też wydawaniem swoich książek w kraju. Właśnie sprawa publikacji Zmierzchu Polski szlacheckiej stanie się głównym tematem korespondencji[147]. Książka, choć zyskała wstępną aprobatę Borejszy, ostatecznie w "Czytelniku" nie wyszła. Nie zraziło to Hertza w najmniejszym stopniu. "Drogi Panie Jerzy - pisał w lipcu 1946 r. - ja naprawdę nie będę czuł żalu, jeżeli Pan z tych czy innych względów nie będzie mógł wydać tej książki. Bardzo bym chciał, żeby wydał ją "Czytelnik", jeżeli jednak istnieją jakieś trudności, to będę musiał się z tym pogodzić. Chciałbym tylko wiedzieć, jak sprawy stoją"[148].
Borejsza wykorzystywał korespondencję z Hertzem, aby zainteresować Amerykę swoimi pomysłami. Żywił m.in. nadzieję na pomoc finansową ze strony amerykańskiej Polonii, która mogła przyspieszyć budowę Domu Słowa Polskiego[149]. Hertz, znając doskonale stosunki amerykańskie, tonował jednak te nadzieje bardzo skutecznie[150], czym wywołał niezwykły jak na Borejszę przypływ fatalizmu. "Przyznaję - pisał prezes "Czytelnika" - że początkowo miałem szereg iluzji co do pomocy materialnej z Ameryki. [...] Stąd moje słowa o rozbudowie bazy technicznej. Iluzje te wygasły. Okazało się jednak, że lepiej być bez iluzji"[151]. Na to odczucie wpłynęła zresztą nie tylko korespondencja z Hertzem, ale też szereg nieudanych zabiegów innych "amerykańskich" korespondentów prezesa. Należał do nich m.in. Czesław Miłosz, który bezskutecznie próbował zainteresować odbiorcę zza oceanu współczesną literaturą polską[152]. Ostatecznie Borejszy udało się jednak "podbić Amerykę" podczas podróży w 1947 r. To, co niemożliwe, stało się faktem. Iluzje okazały się jak najbardziej prawdziwe.
Istotne miejsce w korespondencji między Hertzem a Borejszą zajmuje wątek powrotu autora Socjologii nieprzedawnionej do Polski. "Uważam - pisał autor Rewolucji łagodnej - że powinien Pan jak najrychlej powrócić do kraju, zapewnię Panu mieszkanie w Warszawie i najlepsze warunki pracy"[153]. Dawał tym samym wyraz swemu przekonaniu, że miejsce polskiego autora jest w Polsce. Emigracja jest w przekonaniu Borejszy nieodmiennie czymś zastępczym, czymś na chwilę. Jest pewien tego, że nowa Polska potrafi znaleźć miejsce dla każdego twórcy, bez względu na jego przekonania. Jednocześnie w odmowie Hertza i jego asekuracyjnej postawie nie widzi nic zdrożnego. Można przypuszczać, że wierzył, iż choćby krótki pobyt w Polsce przekona go do zmiany decyzji. Stąd powtarzające się prośby: "Byłoby bardzo pożądane, gdyby Pan mógł na kilka miesięcy przyjechać do kraju. Skoro [...] skazał się Pan na pobyt w Ameryce, a ma Pan zamiar pracować dla kraju, powinien Pan nawiązać osobiście kontakty tutaj"[154]. W kolejnym liście namowy Borejszy brzmiały jeszcze bardziej dramatycznie: "Powtarzam i nalegam, powinien Pan jak najszybciej przyjechać do kraju"[155]. Ostatecznie Hertz nie skorzystał z ofert prezesa "Czytelnika".
Głównym przyczynkiem do sławy "arcykoruptora" wydają się być zabiegi Borejszy wokół pozyskania przychylności tzw. emigracji londyńskiej. Podczas wizyt w Wielkiej Brytanii starał się nakłonić do powrotu wielu znanych twórców, m.in. Zofię Kossak-Szczucką i Marię Kuncewiczową. Swoją ofertę kierował również z Warszawy, za pośrednictwem zaprzyjaźnionych i dobrze widzianych w środowisku londyńskim osób. W przypadku wymienionych pisarek pomagał mu Arkady Fiedler[156]. Jego listy ukazują delikatność materii, w jakiej przyszło działać Borejszy. Pełno w nich lęków, niepewności i ambicji, które przesłaniają częstokroć rzeczywisty obraz spraw. Jednocześnie jest w nich silnie wyczuwalna potrzeba stabilizacji i materialnego spokoju. To ważna część oferty składanej przez prezesa "Czytelnika". Pokusa była więc duża. Sam Fiedler został przyciągnięty przez Borejszę w ten właśnie sposób. Obiecano mu willę w podpoznańskim Puszczykówku, którą też po wielu perypetiach otrzymał[157]. Sprawę oceniać można w kategoriach handlu wymiennego, ale przyjęcie tej perspektywy niewiele nowego wnosi do oceny zjawiska "wielkiego pokuszenia". Chodziło przecież nie tylko o państwowe apanaże. Było coś jeszcze - coś daleko bardziej istotnego. "Kuncewiczowie są ogromnie wrażliwi na powodzenie literackie - informował Borejszę Fiedler - i widziałem, jak wielkie wrażenie zrobiła na Jerzym K. moja wiadomość, że wyszło w Polsce 5 moich książek [w] 30000 nakładu"[158]. Nakłady, jakie uzyskiwały książki wydawane w kraju, musiały robić na emigrantach ogromne wrażenie. Machina wydawnicza i dystrybucyjna uruchomiona przez Borejszę nie miała w "polskim Londynie" żadnej konkurencji. Inna sprawa, bezpośrednio się z tym wiążąca, to obecność w świadomości czytelnika. Twórcy emigracyjni doskonale wiedzieli, że ich czytelnik jest właśnie w kraju, że prawdziwy rozgłos zdobyć mogą jedynie tam. Na sukces międzynarodowy, z wielu względów, mogło liczyć niewielu.
Fiedler był jedynie pośrednikiem i informatorem w kontaktach z londyńczykami. Ostatecznie sprawy należały do Borejszy, który podczas swych zagranicznych podróży dwoił się i troił, zabiegając choćby o najmniejszy kontakt z twórcami. Jest w tym coś niesamowicie intrygującego. Oto Borejsza, szef potężnego koncernu wydawniczego, wędruje od spotkania do spotkania, od autora do autora, próbując swym osobistym urokiem przekonać ich, że polska kultura kwitnie i nie ma wiele wspólnego z wyobrażeniami, jakie na jej temat funkcjonują w kręgach emigracyjnych. Zwracał się z obietnicą pomocy właściwie do każdego, nie robiąc specjalnego rozróżnienia, czy ma do czynienia z uznanym twórcą, czy kimś, kto czytelniczego uznania jeszcze nie zdobył. Znakomitym przykładem metod działania Borejszy jest bilet wizytowy, który wręczył kobiecie ukrywającej się pod pseudonimem T.K. Znajduje się na nim tylko jedno zdanie: "Proszę pomóc oddawczyni niniejszego w powrocie do kraju na mój rachunek"[159]. Potraktować to można jak niewiele znaczący gest, ale nie zapominajmy o znaczeniu niuansów i gestów. Ciężka sytuacja materialna, tęsknota za krajem, zupełne oderwanie od czytelnika krajowego - wszystko to zawiera się w tym jednym zdaniu. Borejsza był dla ludzi znajdujących się w podobnym położeniu kimś z innego świata; był mecenasem miejsca, które postrzegano głównie przez pryzmat zaklęć i mylnych wyobrażeń[160].
Skuteczność działań Borejszy jest sprawą dyskusyjną. Nie wiadomo, ilu twórców przyjęło jego ofertę, wiadomo jednak, że każdorazowo wywierała ona spore wrażenie. Dla przykładu, tajemnicza pani T.K. nie skorzystała z pomocy prezesa "Czytelnika", o czym dowiedzieć się można z listu Zofii Kossak-Szczuckiej: "Samobójcza decyzja Zw. Pisarzy Pol. w Londynie (myślę o odezwie ogłoszonej przed tygodniem) uniemożliwiła mi skontaktowanie się z Panią T.K. Wobec tego odsyłam niezużytkowany bilecik, dziękując zarazem za zaufanie jakiego jest dowodem"[161]. Wspomniana wyżej decyzja Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie dotyczyła "nieogłaszania w pismach i wydawnictwach kierowanych przez władze narzucone utworów swoich, dawnych i nowych"[162] i była reakcją na wizytę Borejszy w Londynie w czerwcu i lipcu 1947 r.[163] Powzięta przez czterdziestu pisarzy uchwała wyznaczała sposób traktowania propozycji składanych emigrantom przez przedstawicieli władzy komunistycznej, aczkolwiek nie spotkała się z życzliwym przyjęciem wszystkich znaczących piór polskiej emigracji. Melchior Wańkowicz w liście do Jerzego Giedroycia nie pozostawia na niej suchej nitki, nazywając ją "idiotyczną"[164]. W tym samym liście znaleźć można zabawny opis atmosfery panującej wokół autorów, którzy, przebywając na emigracji, pozwolili sobie na druk w kraju lub takowy planowali: "Bardzo się czują wywyższeni, że oni nigdy by na coś podobnego nie poszli. Podobno Związek dziewic, liczący szpetne mopsy po pięćdziesiątce, zabronił członkiniom wychodzić za mąż, nim z ojczyzny nie spadną okowy. Jedna dwudziestolatka pyrgnęła z sali przed powzięciem uchwały, która przeszła jednomyślnie"[165].
Borejsza w swych londyńskich podróżach spotykał się też z reakcjami wykraczającym daleko poza czysto polityczny ogląd rzeczywistości. Szczególnym tego rodzaju przypadkiem może być zachowany list Stanisława Cata-Mackiewicza, uznawanego do pewnego momentu za jednego z "niezłomnych", a więc tych, którzy wzdragali się przed jakimkolwiek kontaktem z władzą komunistyczną[166]. Oto treść listu z 20 lipca 1947 r.: "Zgodnie z życzeniem Pańskim przesyłam Panu adres mej Córki: Komi ASSR posiełok Abez st. Siwaja Maska "Olień Sowchoz". Barbara Mackiewicz, obecnie w jakimś szpitalu, gdzie miała wyjść za mąż za dr. Kazimierza Kordeckiego. Nie będę oczywiście dodawał - bo to śmieszne - jak daleko byłbym wdzięczny za pomoc w Jej zwolnieniu, bo na pewno z żadnego punktu widzenia na więzienie nie zasługuje"[167]. List ten napisany został już po wspomnianej uchwale emigracyjnych literatów. W myśl jej litery kontakt między Catem a Borejszą nie powinien mieć miejsca. Zdrowy rozsądek i zwyczajny ludzki odruch jednak przeważają. Po raz kolejny okazuje się, że rzeczywistość utrwalana na papierze nijak ma się do tej, którą przynosiła codzienność. Borejsza to rozumiał i pomocy nie odmawiał nikomu. Przede wszystkim widział jednak, jak bardzo emigranci potrzebowali kontaktu z krajem. Z tego chyba brał się jego upór i londyńskie peregrynacje od autora do autora, nie zawsze przecież życzliwego.
Życzliwy wydawca
Stosunek do twórcy i jego dzieła na pewno wyróżniał Borejszę. Tworzył specyficzną więź na linii pisarz - wydawca. I nie chodziło tylko o nazwiska z literackiego Parnasu. Młodzi też mogli liczyć na względy prezesa "Czytelnika". To właśnie umiejętność zaskarbiania sobie przychylności autorów pozostaje jednym z kluczy do zagadki sukcesu Borejszy. Obok przychylności pojawiała się też wielka sympatia, którą widać np. we wspólnym, pełnym humoru liście Tadeusza Brezy i Mieczysława Jastruna, w którym proszą oni prezesa "Czytelnika" o wsparcie finansowe przy okazji ich pobytu w Szwajcarii. "Jak dzieci dokuczliwe zwracamy się do Ciebie z prośbą o pomoc, bo któż jest poza tym, kto by nas poratował"[168] - pisze Jastrun i nie mamy wątpliwości, że Borejsza tę prośbę spełnił. Reagował bowiem na sprawy małe i wielkie. Jest zresztą nie tylko adresatem próśb, ale sam inicjuje kontakt, dowartościowując pisarzy drobnymi i większymi gestami. Raz może być to zaproszenie na Kongres Zjednoczeniowy Partii Robotniczych[169], innym razem butelka dobrego wina, wysłana z okazji imienin, jak miało to miejsce w przypadku Brezy[170].
Wydarzyło się to w grudniu 1949 r. "Epoka Borejszy" minęła, przestał być prezesem "Czytelnika", nie rozdaje mieszkań i apanaży, jego wpływy partyjne zdecydowanie zmalały. Podejście do twórcy nie ulega jednak zmianie. Herlingowski "arcykoruptor" okazuje się zwyczajnym wielbicielem literatury. Dawał temu wyraz wielokrotnie. Również w korespondencji. Oto cytat z liściku napisanego do Jastruna: "Mieczysław! Aczkolwiek Ty mnie uważasz za człowieka obniżającego kulturę polską i zdradzasz mnie na prawo i lewo z "Książką" - to jednak w nocy sypiam z Twoją poezją i ja Ciebie nie zdradzę"[171].
Ten sam rodzaj relacji widoczny jest w korespondencji z Gałczyńskim, który w rzeczywistość Polski powojennej wchodził z zupełnie innym bagażem niż Borejsza. Przed wojną osobiście się nie znali. Gałczyński drukował w "Prosto z Mostu", stojącym na przeciwnym biegunie wobec "Sygnałów" czy "Wiadomości Literackich". Wydawać by się mogło, że nie powinni znaleźć wspólnego języka, ale, jak się okazało, stali się sobie niezwykle bliscy, co uwidoczniło się zwłaszcza po 1949 r., kiedy obaj poważnie chorowali. Gałczyński pisał w maju 1949 r. do Borejszy: "Drogi Jerzy, chciałbym być podobny do Ciebie i mam nadzieję, że będę. Odpoczywaj dobrze i nie myśl o mnie tak źle"[172]; w kolejnym liście: "Drogi Jerzy, cieszę się, że wróciłeś i mam nadzieję, że mnie odwiedzisz. Czy odpocząłeś trochę pod tym Wałbrzychem? Ostatnio jestem spokojniejszy, że będę, że muszę być zdrów - i że chwilową bezużyteczność odrobię wielokrotnie, to może już niedługo. Ja może tak pracować jak Ty nie potrafię, ale kocham pracę nie mniej od Ciebie. Cieszę się, że jestem w tej lecznicy i wiem, że jeszcze nieraz serdecznie uściśniemy sobie ręce i zaśpiewamy "O, radości, córo bogów...". Jerzy, gdy przyjdzie czas, że zrealizuję moje najlepsze pragnienia artystyczne, wiedz wtedy, że zrobię to również siłą wdzięczności, żeś mnie ocalił"[173].
Fenomen przyjaźni Gałczyńskiego z Borejszą próbował zgłębić Aleksander Wat. W Dzienniku bez samogłosek pisał o niej: "Ta sama nienawiść do ojca - żeby tu zabawić się we freudyzm, który nieraz przecież bywa przydatny - rzutowana ze znakiem ujemnym na Boga, szukała kompensaty zastępczej ojca: Stalin, Borejsza. Był on jednym z tych nielicznych, bardzo nielicznych poetów, którego wiersze o Stalinie były "szczere". Oczywiście, z zamiłowania klasyk, przemyślał stosunek Wergiliusza do Oktawiana. Ale to była Nebensache"[174]. Koncept Wata jest niezwykle intrygujący, a w swej finezji olśniewający. Problem w tym, że tak jak w przypadku Zniewolonego umysłu Miłosza jest on trudny do zweryfikowania. Listy Gałczyńskiego, odczytywane literalnie, są przede wszystkim dowodem relacji o niezwykłym ładunku serdeczności. To jest na wierzchu. O kompensacji czy innych mechanizmach obronnych doprawdy trudno się historykowi wypowiadać. Wspomnieć można jedynie, że prezes "Czytelnika" i autor Teatrzyku Zielona Gęś byli rówieśnikami. Czy można w takim przypadku oprzeć koncept o freudowską relację syn - ojciec? Wydaje się to nadużyciem, tak jak zestawienie Stalina z Borejszą. Sugerować miałoby to stosunek "władcy" do "nadwornego literata", ale przecież w listach Gałczyńskiego Borejsza nie występuje jako osoba publiczna. Nie jest zastępcą członka KC partii, nie jest nawet prezesem "Czytelnika" - to nieodmiennie "Drogi Jerzy".
Zwierzę polityczne
Politycznie Borejsza wyżywał się w innych miejscach, m.in. w publicystyce. Szerokim echem odbił się zwłaszcza umieszczony w "Przekroju" na początku 1947 r. artykuł Primadonna jednego sezonu. To moment, w którym PPR staje się na scenie politycznej hegemonem, po wyeliminowaniu na drodze fałszerstwa wyborczego opozycyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Drukowany w dwóch kolejnych numerach krakowskiego pisma artykuł był pełnym zjadliwości uderzeniem w Stanisława Mikołajczyka, który w opinii Borejszy był nikim więcej, jak tylko "lansowaną przez zręcznego impresaria" (Churchill) primadonną, która pokusiła się o przerastającą jej możliwości rolę[175]. Pod piórem prezesa "Czytelnika" staje się on postacią śmieszną, mętną i złowrogą. Prezesa PSL obarczono m.in. odpowiedzialnością za pobudzanie psychozy wojennej i stałe dążenie do wywołania wojny domowej, w której trakcie miałby on stanąć na czele podziemnej armii, "owej zbieraniny szumowin, band szpiegowskich, ludzi zbłąkanych i pomylonych, zawiedzionych w swoich ambicjach władzy oficerów sanacyjnych"[176].
Artykuł, poza szczególnym stylem, nie różni się od podobnych tekstów pisanych przeciwko Mikołajczykowi. W powstałej do 1948 r. publicystyce Borejszy jest on jednak ewenementem. Prezes "Czytelnika" stronił od personalnych ataków skierowanych pod adresem przeciwników partii. W swojej pracy w Spółdzielni, jak i w kontaktach z pisarzami dążył do zacierania różnic politycznych. Co więcej, pozostawał w dobrych kontaktach z tymi, którzy mniej lub bardziej sympatyzowali z PSL. Dobrym przykładem jest Dąbrowska, która miała wiele sympatii do Mikołajczyka i nie kryła jej w życiu publicznym[177]. W tym kontekście tak bezpardonowy atak na przywódcę ludowców wydaje się sporym zaskoczeniem. Nie było to zresztą jedyne tak ostre wystąpienie Borejszy przeciw Mikołajczykowi[178]. W spuściźnie archiwalnej prezesa "Czytelnika" zachował się kilkunastostronicowy maszynopis zatytułowany Wielka kariera małego człowieka[179]. Materiał ów został napisany prawdopodobnie na zlecenie Biura Politycznego KC PPR i miał zostać opublikowany jako broszura, ale tak się nie stało[180]. Nie to jest jednak najistotniejsze, ale szczególna niechęć Borejszy do Mikołajczyka.
Nie bez znaczenia mogły być osobiste kontakty obu polityków. Zwłaszcza te, które miały miejsce w trakcie moskiewskich rozmów w sprawie utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej w czerwcu 1945 r., podczas których Borejsza pełnił rolę sekretarza. Ślad tego mamy zresztą w Primadonnie jednego sezonu. Czy była to jakaś osobista awersja? Równie dobrym wytłumaczeniem może być polecenie partyjne, choć na piśmie niczego takiego nie znajdziemy. Biorąc jednak pod uwagę talent Borejszy i jego doskonałe, pełne jadu pióro, wariant ten zdaje się być bardzo prawdopodobny. Artykuł z "Przekroju" jest w formie bardzo podobny do tekstów Borejszy, które powstawały w okresie wojny, kiedy wyśmiewał Becka oraz emigracyjnych polityków. O artykułach tych na pewno pamiętano. Ich styl znakomicie nadawał się do bezpardonowej walki przedwyborczej, w którą Borejsza włączył się zresztą w sposób bezpośredni, pisząc broszurę A więc wybory..., w której bronił idei Bloku Demokratycznego[181]. W innym wariancie prezes "Czytelnika" sam mógł wyjść z inicjatywą napisania paszkwilu na Mikołajczyka, czyniąc to z pobudek czysto ideowych. Zresztą, jedno drugiemu nie przeczy: był on przecież wiernym członkiem partii komunistycznej, a Mikołajczyk kojarzyć mu się musiał z najgorszymi tradycjami polskiej polityki przedwojennej i emigracyjnej. Pisząc artykuł w okresie decydującej rozgrywki politycznej, potwierdzał swoją przynależność do określonej formacji, mając równocześnie nadzieję, że istotnie przyczyni się do zdyskredytowania przeciwnika politycznego.
To tylko hipotezy. Zagadka pozostaje nierozwiązana, ale artykuł z "Przekroju" wiele mówi na temat postawy samego Borejszy, jak również klimatu politycznego, który nastał na początku 1947 r. Autor Rewolucji łagodnej pokazuje tu nowe oblicze. Dążenie do kompromisu zastępuje otwarta walka. Borejsza opuszcza rejony spraw kulturalnych, aby zająć się czystą polityką. To prawda, że kultura tamtych dni była nią przepojona, ale cechował ją umiar i dystans w stosunku do bieżących rozgrywek. Tekst z "Przekroju" będzie więc symbolem zmiany zasad, którymi Borejsza dotychczas kierował się w działalności publicznej po 1944 r. On sam miał się za kilkanaście miesięcy okazać taką samą "primadonną" - może nie jednego, ale trzech sezonów[182]. Zmiana roku 1947 wyraźnie mu nie służyła. W jej klimacie dobrze czuli się tylko ci, którzy potrafili perfekcyjnie wyczuwać zmienności wiatrów historii. Nawet, gdy prowokacyjnie pisał: "Tak, my - agenci Moskwy!"[183], spotykało się to z irytacją wysoko postawionych towarzyszy partyjnych. Edward Ochab miał powiedzieć wówczas: "zdolny publicysta, ale pochopny". Krótko mówiąc, Borejsza nie był dobrym politykiem. Sytuacja, która obowiązywała w świecie kultury, nie miała przełożenia na świat polityki. Tu gest nie miał większego znaczenia, a subtelności nie wchodziły w grę. Liczyło się jasne postawienie sprawy i pilnowanie, aby nie popełniać błędów, a tych się Borejsza nie potrafił ustrzec. Dodatkowo swoją nieszablonową postawą nie tylko zjednywał sobie przyjaciół, ale też przysparzał wrogów, którzy w rozgrywce politycznej bezlitośnie wykorzystywali jego słabe punkty. Przypomnieć wystarczy sytuację z okresu lubelskiego i stosunek Borejszy do Stefana Matuszewskiego. Nie był to wyjątek. Prezes "Czytelnika" pozwalał sobie na różne niestandardowe zachowania także w stosunku do znaczniejszych notabli partyjnych, czego doświadczył sam Jakub Berman, którego Borejsza ponoć wyprosił kiedyś z samochodu[184].
Zmiany 1947 r. nie ominęły kultury. Obserwować je można na przykładzie prac utworzonej w lutym tego roku Komisji Oświatowo-Kulturalnej KC PPR[185]. Według słów jej przewodniczącego Mariana Spychalskiego, była ona "organem partii powołanym do ustalania wytycznych polityki oświatowo-kulturalnej"[186]. Tyle ogólne wytyczne. W rzeczywistości chodziło zaś o szybką centralizację - jak bowiem inaczej wytłumaczyć potrzebę kontroli, hierarchizacji i wyznaczania zasad, a tak brzmiały wytyczne, jakie nakładał na komisję statut. Żadnych złudzeń nie pozostawiał zwłaszcza ostatni punkt rozporządzenia, w myśl którego komisja miała ustalać "zasady koordynacji pracy oświatowo-kulturalnej prowadzonej przez Ministerstwo Oświaty i inne resorty państwowe prowadzące akcję oświatowo-kulturalną, oraz instytucje samorządowe i społeczne"[187]. Oprócz komisji powołany został Wydział Oświatowo-Kulturalny KC, jako organ wykonawczy wytycznych i uchwał powziętych na forum komisji, podczas gdy ta realizowała bezpośrednie ustalenia Biura Politycznego. Była to więc kilkustopniowa, wyraźnie zhierarchizowana struktura, unaoczniająca zmianę myślenia o polityce kulturalno-oświatowej partii po wyborach 1947 r.
W skład komisji, oprócz Spychalskiego, weszli m.in. Stanisław Skrzeszewski, Władysław Bieńkowski, Stefan Jędrychowski, Leon Kasman, Żanna Kormanowa, Leon Kruczkowski, Włodzimierz Sokorski i Tadeusz Zabłudowski[188]. Znalazł się w niej również Jerzy Borejsza, co można uznać za pewne zaskoczenie. Otóż do tego momentu trzymał się on raczej z dala od codziennej pracy partyjnej, poświęcając się niemal bez reszty działalności dla "Czytelnika". Bez szczególnej atencji odnosił się też do poselskich obowiązków w Krajowej Radzie Narodowej[189]. Taka postawa nie była dobrze widziana. Mnożyły się więc skargi, na które natknąć się można w aktach partyjnych Borejszy. Oto fragment skargi z 1945 r., jaką do KC PPR napisało kierownictwo Polpressu: "Stwierdzając nielojalny i szkodliwy politycznie stosunek Borejszy do swych towarzyszy partyjnych - peperowców kierowników PAP Polpress, prosimy Centralny Komitet Partii o wyciągnięcie z wyżej podanych faktów odpowiednich konsekwencji, zwłaszcza że Borejsza nie po raz pierwszy pozwala sobie robić uwagi i oświadczenia niezgodne z prawdą i kompromitujące politycznie swych kolegów dziennikarzy i współpracowników prasy demokratycznej"[190]. W podobnym tonie dwa lata później pisali działacze warszawskiego KW: "Borejsza Jerzy, prezes spółdzielni wydawniczej "Czytelnik" w pracy partyjnej nie udziela się na naszym terenie. Tow. wyniosły, nieprzystępny, utrudnia współpracę z dzielnicą"[191]. W świetle powyższych skarg powołanie Borejszy do Komisji Kulturalno-Oświatowej jawić się może jako próba wtłoczenia go w określone ramy struktur partyjnych - ze średnim zresztą skutkiem, jak bowiem wynika z list obecności na kolejnych posiedzeniach komisji, Borejsza traktował swoje obowiązki z charakterystyczną dla siebie dezynwolturą. Na siedemnaście spotkań obecny był zaledwie na jednym[192].
Partyjnych decydentów, zajmujących się tymi sprawami "z doskoku", Borejsza uważał za ignorantów, jeśli nie wręcz za ludzi, którzy wprost szkodzą jego planom. Można przypuszczać, że po przybyciu na posiedzenie komisji 7 marca 1947 r. zorientował się szybko, że nic pożytecznego w tym gronie nie zrobi. Unikał więc dalszych spotkań z największą sumiennością, wymawiając się najczęściej podróżami. Takie zachowanie w momencie, gdy zbierały się nad nim ciemne chmury, uznać należy za duży błąd polityczny. A może po prostu wciąż liczył na wypracowaną w pierwszych latach pozycję i umiejętność załatwiania spraw innymi sposobami? W zderzeniu z nowym stylem działania partii stał jednak na z góry straconej pozycji. Wyraźnie szło nowe, co dobrze pokazała dyskusja nad powstającą w ramach komisji rezolucją oświatową. Borejsza, który wziął w niej udział, zwracał uwagę, że w rezolucji "zbyt wiele miejsca poświęcono sprawom personalnym, które nie są decydujące"[193]. Mówił też o powierzchowności jej ujęcia i nieumiejętności dotarcia do sedna. Jego głos okazał się jednak bez znaczenia, a sprawa kadr zdominowała dyskusję[194]. Wskazówki były jasne i zakładały początek czystek pod kątem ideologicznym. Borejsza, który w Rewolucji łagodnej i w codziennej praktyce "Czytelnika" proponował zupełnie inną wizję, musiał przyjąć ustalenia komisji z daleko posuniętym sceptycyzmem. Jego przekonanie, że nie sprawy personalne są najważniejsze, wynikało przecież z kilkuletnich doświadczeń. Różnica między liberalnym Borejszą a ortodoksyjną Kormanową i Spychalskim była w tym punkcie zasadnicza.
Z czasem zaczęły się pojawiać następne, dezaktualizując z wolna hasła "rewolucji łagodnej". W myśl uchwał podjętych przez partyjną komisję w maju 1947 r. rozpocząć się miało "prowadzenie kartotek pracowników kultury, opracowywanie ścisłych planów twórczości" oraz "kontroli i krytyki twórczości artystycznej", a także "wprowadzanie" na kierownicze stanowiska "ludzi mających kwalifikacje polityczne"[195]. Na pierwszy plan zaczęła wysuwać się ideologia. W jej świetle działania podejmowane w latach wcześniejszych można było odebrać jako czas stracony. W pewnym momencie wyartykułowano to wprost. "Dotychczasowy rozwój życia kulturalnego w nowej Polsce - głosiła rezolucja komisji partyjnej - pozostaje daleko w tyle za przemianami w podstawowych dziedzinach bytu narodowego. Nie zamykając oczu na przyczyny tego faktu, [...] należy przejść jak najszybciej do opracowania jednego i wyraźnego programu demokratycznej polityki kulturalnej - i do konsekwentnego realizowania tego programu"[196]. Przy okazji zganiono bezradność ideologiczną niektórych partyjnych artystów, nad którymi ciążyć miał "anachroniczny ideał fałszywie pojmowanej "swobody twórczej""[197]. Przewartościować go należało jak najszybciej, tym bardziej, że ze Związku Radzieckiego płynęła czytelna inspiracja. Przecież w sierpniu 1946 r. Komitet Centralny WKP(b) wydał uchwałę w sprawie pism "Leningrad" i "Zwiezda", które napiętnowano za "bezideowość i filisterstwo"[198]. Był to początek socrealistycznej ofensywy, przychodzącej po krótkotrwałym okresie liberalizacji w kulturze radzieckiej. Zmiany, którym patronował Andriej Żdanow, nie mogły w Polsce pozostać bez echa.
Ignorując prace Komisji Oświatowo-Kulturalnej, Borejsza szukał innych sposobów obrony swego projektu kulturalnego. Liczył przede wszystkim na osobiste wpływy u przedstawicieli najwyższych władz partyjnych. Za przykład niech posłuży list wysłany z Paryża w kwietniu 1947 r. Jego adresatem był Jakub Berman. "Zdaję sobie sprawę z politycznej niepełnocenności "Czytelnika" - pisał Borejsza - który, jak zresztą cała nasza propaganda, nie potrafił z okresu neutralizacji wpływów wroga przejść do ofensywy. Ale po moim powrocie, i już teraz ten zwrot nastąpi"[199]. List zaskakuje zupełną zmianą języka. Borejsza posługuje się partyjną nowomową, której do tej pory nie używał, zarówno w wystąpieniach publicystycznych, nie wspominając o korespondencji osobistej. Ale nie to jest najistotniejsze. Wszak sugestie poczynione w liście unieważniały właściwie dotychczasowe dokonania prezesa "Czytelnika" i ogólny sens "rewolucji łagodnej", nazwanej tu cynicznie "okresem neutralizacji wroga". A zatem, jakie intencje przyświecały Borejszy? Czy był on z Bermanem absolutnie szczery?
List można potraktować jak klasyczną samokrytykę złożoną na ręce partyjnego przełożonego. Towarzysz Jakub był przecież w kierownictwie PPR głównym odpowiedzialnym za sprawy kultury[200]. Dziwi jednak czas złożenia tego nietypowego rachunku sumienia. W kwietniu 1947 r. nikt z komunistów nie musiał kajać się jeszcze za niedociągnięcia z niedawnej przeszłości. O ich istnieniu rzeczywiście mówiono, ale poza pewną granicę się nie posuwano. Oczywiście, można przyjąć, że Borejsza wykazał szczególną gorliwość partyjną, ale przecież z tą - jak dotąd - był na bakier. Zresztą dlaczego miałby pisać aż z Paryża, skoro mógł spotkać się z Bermanem osobiście w kraju i w bezpośrednim kontakcie wytłumaczyć swoją dotychczasową postawę. Ten pośpiech w zestawieniu z formą listu pokazuje, że wydarzyć się musiało coś niezwykłego, co nie pozwalało na zwłokę. Kolejne fragmenty listu zdają się to potwierdzać. Borejsza jest bowiem wyraźnie zaniepokojony dziwnymi ruchami wokół jego Spółdzielni. "Nie po raz pierwszy w niepodległej Polsce - pisze - znowu gnębi się tę instytucję. Z rozmowy telefonicznej wczoraj z Konopką dowiedziałem się, że fundusz wydawniczy za miesiąc kwiecień ma nie być wypłacony, a na przyszłość ma być propozycja: PPR - 12, Czytelnik - 10, Wiedza - 7. Miałem zamiar przerwać podróż zagraniczną i wracać do kraju. Otóż nie można robić z tata-wariata. Mieliśmy podnieść cenę gazety od 1 kwietnia - Minc mnie prosił. Teraz nie ma na wypłaty. Po co ta zabawa w ciuciubabkę"[201]. Po tych słowach Borejsza składa wspomnianą samokrytykę. Jej kontekst staje się w ten sposób bardziej czytelny. Prezes "Czytelnika" upewnia Bermana w swej prawomyślności, gdyż wie, że w ten sposób może zyskać jego przychylność. To serwitut, który musi zostać oddany w sytuacji, kiedy interesy jego Spółdzielni są zagrożone.
Wydaje się, że Borejszę bardzo zaniepokoiły ustalenia, jakie zapadły na posiedzeniach Komisji Kulturalno-Oświatowej KC PPR. To właśnie w kwietniu 1947 r. zajmowała się ona sprawami wydawniczymi, w których obręb wchodziła gospodarka papierem[202]. Borejsza, nie uczestnicząc w posiedzeniach komisji, nie mógł na bieżąco reagować na ustalenia wymierzone w dotychczasową politykę "Czytelnika". Posługuje się zatem listem do Bermana, aby ingerencję w dotychczasową samodzielność Spółdzielni wstrzymać lub opóźnić. Sprawa była na tyle poważna, że Borejsza posuwa się do sugestii o powrocie do kraju. Blefuje. Odbywa bowiem bodaj najważniejszą i najdłuższą ze swoich podróży zagranicznych. W ciągu około 1,5 miesiąca odwiedza Francję, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. Wszystko jest zaplanowane i umówione. O powrocie nie może być mowy[203]. Swoim "wyznaniem" chce uspokoić Bermana i czynniki partyjne. Zdaje sobie jednocześnie sprawę z tego, że długa nieobecność w kraju utrudnić może jakąkolwiek formę obrony. Gra więc va banque. "Twierdzę - pisze - że "Czytelnik" jest najlepiej zorganizowaną placówką propagandową w Polsce, że ma olbrzymie możliwości zagranicą i że jest wielkim narzędziem w ręku partii. Po co postponować go, po co go prowadzić do katastrofy?"[204] Z jednej strony posypanie głowy popiołem, z drugiej krytyka nowej linii partyjnej. Doskonały przykład gry, jaką w imię swej koncepcji kulturalnej toczył Borejsza. Nie wiedział jednak, że jest ona nie do wygrania.
ROZDZIAŁ 2Między anarchizmem a komunizmem (1919-1939)
Anarchistyczna przygoda
Z "Haszomer Hacair" Borejsza wystąpił około 1919 r. Jak napisał w autobiografii, stało się to "wespół z grupką komunistycznej młodzieży"[1]. Jest to pierwszy udokumentowany ślad jego zainteresowań ideą komunistyczną. Czy nie konfabulował ex post? Czy rzeczywiście była to młodzież komunistyczna? Niezależnie od odpowiedzi na te wątpliwości, charakterystyczne jest, jak wcześnie następowała inicjacja polityczna ówczesnej młodzieży - przypadała ona z reguły na czas nauki szkolnej. W 1919 r. Jerzy Borejsza, jak również jego brat Józef, uczęszczali do żydowskiego gimnazjum Chinuch Jelodim, które mieściło się w Warszawie przy placu Krasińskich. Szkoła ta została ufundowana przez bogate mieszczaństwo żydowskie w celu edukowania niezamożnej, ale zdolnej młodzieży żydowskiej. Chinuch był szkołą dwujęzyczną, w której językami wykładowymi były hebrajski i polski. Edukacja w niej kończyła się również podwójną maturą. Poglądy kadry nauczycielskiej stanowiły wypadkową różnych poglądów społeczno-politycznych. Spotkać tu można było zarówno anarchistów, komunistów, socjalistów o orientacji piłsudczykowskiej, jak też syjonistów. Oczywiście, ideą przewodnią propagowaną w szkole był syjonizm, stąd też tak silne wpływy żydowskiego harcerstwa.
Wielość poglądów i idei, z którymi stykali się młodzi ludzie w szkole, musiała zaowocować licznymi i różnorodnymi wyborami ideowymi. Nie należały one do łatwych. Ówczesna sytuacja społeczno-polityczna powodowała, że przyjęcie którejkolwiek opcji niosło ze sobą różnego rodzaju trudności, niezależnie od tego, czy wybierało się asymilację, pozostanie przy tradycyjnej kulturze żydowskiej, czy też drogę prosyjonistyczną. Problem ten widoczny jest dobrze na przykładzie wyboru asymilacji w obręb kultury polskiej - a więc drogi, którą poszedł Borejsza. Niestety, świadectwa kształtowania się tego wyboru nie mamy. Nie wiadomo dokładnie, czy był on podyktowany fascynacją literaturą i językiem polskim, czy też stanowił dopełnienie buntu przeciw rodzinie i szkole. Przypuszczać można jedynie, że składało się nań wiele czynników. Nie był to jednocześnie wybór pozbawiony piętna tragizmu. Jeden z uczniów Chinucha pisał: "Jestem biedną zasymilowaną duszą. Jestem Żydem i Polakiem, albo raczej byłem Żydem, ale stopniowo, pod wpływem mojego środowiska, pod wpływem miejsca, w którym żyłem i pod wpływem języka, kultury i literatury, stałem się Polakiem. Kocham Polskę. Polska wychowała mnie jak Polaka, ale określiła mnie jako Żyda, którego należy odrzucić. Chcę być Polakiem, ale ty mi nie pozwalasz. Chcę być Żydem, ale nie wiem jak, chcę się wyzwolić z żydowskości (nie lubię siebie jako Żyda). Jestem stracony"[2].
Nie wiadomo, czy identycznie tę sprawę przeżywał Jerzy Borejsza. Nie to jest jednak istotne. Ważne jest oddanie klimatu, w którym młody człowiek wzrastał. Szkoła, w której proponowano nieco inną wizję urządzenia świata od tej, jaką wynoszono z rodzinnego domu, stawała się katalizatorem późniejszych wyborów ideowych. Działo się to często mimowolnie, choćby przez naukę innego języka i wszystkiego, co niósł ze sobą. Dziś trudno zrozumieć, jaką moc sprawczą posiadała literatura polska ówczesnego czasu i jak silnie oddziaływała na psychikę czytelnika. Jej romantyczny wzorzec, nałożony na pozytywistyczne idee, tworzył niezwykle silny bodziec dla młodej wyobraźni. Urzekać mógł szczególnie jej nonkonformistyczny wymiar, nacechowany buntem wobec zastanego świata[3].
Bunt w przypadku Borejszy wydaje się dwupoziomowy. Po pierwsze, skierowany jest przeciwko ojcu i żydowskości. Stanowi negację kulturowego dziedzictwa wyniesionego ze świata dzieciństwa. Redakcja "Hajntu" będzie w tym przypadku miejscem, w którym ogniskowały się wartości wyznawane przez ojca Borejszy, a wraz z odmową związania się z nim następuje rozłączenie, przerwanie tej specyficznej międzypokoleniowej transmisji[4] i podjęcie pierwszej próby przebudowy dobrze znanego mu otoczenia[5]. Drugi element młodzieńczego buntu odnosi się do struktur świata zastanego. Udana asymilacja kulturowa, przełamanie uwarunkowań wewnątrzśrodowiskowych musiały spowodować uwrażliwienie na to, co na zewnątrz. Niezgoda na świat, w którym Żyd pozostawał Żydem, bez względu na jego osobiste odczucia, była dobrym motorem dla prób jego zmiany.
Poczucie niesprawiedliwości nie musiało być wyłącznie odczuciem subiektywnym. Bieda i jej okropność poruszała nie tylko młodzież pochodzenia żydowskiego. Uwrażliwienie na jej skutki było przecież elementem programu polskiej inteligencji, tworzonego od początku drugiej połowy XIX stulecia. Zagadnienie to ciekawie ujmuje Jaff Schatz, podkreślając znaczenie wyniesionego z domu systemu norm. System ten, choć w procesie akulturacji, sekularyzacji i radykalizacji komunistów żydowskiego pochodzenia ulegał stopniowo zaprzeczeniu, stanowił jednocześnie ukryty głęboko filtr, przez który przepuszczane były obserwowane przez nich zjawiska społeczno-polityczne. Wśród najważniejszych pierwiastków omawianego systemu - czy też kulturowego dziedzictwa trwale zakorzenionego u przedstawicieli danego pokolenia - wymienić można: "moralizm, połączony z tęsknotą do sprawiedliwości, wiarę w racjonalizm, umiłowanie nauki i studiowania i mesjanistyczny rdzeń, mający ułatwiać przekształcanie statycznego, konserwatywnego balastu tradycji w paliwo radykalizmu"[6].
Grupka młodzieży, która wraz z Borejszą odeszła z "Haszomer Hacair", związana była z Mojżeszem Nowogródzkim[7], który w ruchu komunistycznym działał już od kilku lat. To nie jedyna wymieniana przez Borejszę postać, mająca znaczny udział w kształtowaniu jego zapatrywań społeczno-politycznych. Ważniejszą od Nowogródzkiego zdaje się być osoba Abrahama Grossa, uczącego w Chinuchu języka francuskiego lub hebrajskiego[8]. W autobiografii Borejszy pod datą 1923 r. czytamy: "w tym okresie znajdowałem się pod wpływem nauczyciela Grossa, anarcho-komunisty, który wyzyskując marzycielsko-romantyczne nastroje garstki młodzieży usiłował nas organizować"[9]. O samym nauczycielu wiadomo niewiele, poza tym, że w grupie sympatyków anarchosyndykalizmu był przedstawicielem "starych", a więc pokolenia działaczy, którzy rozpoczęli pracę w ruchu w trakcie rewolucji 1905 r. Jego bliskim współpracownikiem był Jan Wacław Machajski[10]. Praca Grossa w żydowskim gimnazjum sprzyjała aktywizacji uczącej się tam młodzieży. Według Michała Przyborowskiego, badacza ruchu anarchistycznego w Polsce, już w 1921 r. powstała w Chinuchu pierwsza młodzieżowa grupa o zabarwieniu anarchosyndykalistycznym[11], wyraźnie zainspirowana Michałem Bakuninem oraz jego zapatrywaniami na historię i zagadnienie buntu jako czynnika konstytuującego pojęcie człowieczeństwa[12]. Obok Borejszy do grupy należeli Aleksander Grinberg, Salomon Filmus i Halina Słowik. Dwaj pierwsi staną się później czołowymi działaczami polskiego ruchu anarchistycznego.
Na temat działalności Jerzego Borejszy w tamtych latach zachowała się relacja Konrada Świerczyńskiego, legendy międzywojennego anarchizmu. Pisał w niej o nim jako o "młodym, niezwykle energicznym i zdolnym organizatorze. Przebywał u mnie - wspomina Świerczyński - całymi dniami, a nawet i nocami, pisząc niezmordowanie różne artykuły i tezy. Nawiązywał kontakty z zagranicznymi ugrupowaniami anarchistycznymi Ameryki Północnej i Południowej, Francji i Niemiec. Adres mój został wykorzystany na korespondencję zagraniczną. Zaczęły nadchodzić książki, prasa, odezwy anarchistyczne. Zawada[13] i Nioma [tj. Borejsza - EK] skontaktowali mnie z Marią Orsetti[14], która w owym czasie tłumaczyła Kropotkina "Państwo i jego rolę historyczną""[15]. Szczególnie istotna jest w tej relacji wzmianka o bliskich kontaktach Borejszy z Janem Zawadą i Marią Orsetti, wybitnymi działaczami i propagatorami polskiego ruchu spółdzielczego. Te znajomości oraz wyniesione z nich przekonanie o wadze i możliwościach kooperatywy będą miały bez wątpienia duże znaczenie w okresie późniejszym.
Berlin, Barcelona, Paryż
Rok 1923 jest w biografii Borejszy ważny również z powodu berlińskiego spotkania ze stryjem Lejbem Goldbergiem. Postać to o tyle znacząca, że dzięki niej, na długi czas przed wstąpieniem do Chinucha, mógł poznać ideę komunistyczną - a może raczej usłyszeć o niej - choćby w trakcie domowych rozmów. Lejb był młodszym bratem Abrahama. Z ruchem komunistycznym związał się bardzo wcześnie. Brał udział w rewolucji rosyjskiej i w Rosji też się osiedlił. Można mu z pewnością przypisać status zawodowego rewolucjonisty, przedstawiciela grupy stanowiącej w kategoriach leninowskich awangardę przemian rewolucyjnych. Jego wybór ideowy skomplikował w znacznym stopniu stosunki z pozostałymi braćmi. Szczególnie widoczne stało się to w przypadku jego postawy wobec Menachema, który po krótkim flircie z komunizmem[16], w obliczu nieprzychylnego kursu Związku Radzieckiego wobec sprawy palestyńskiej w latach dwudziestych, zaczął otwarcie krytykować rządy w Moskwie. Lejb oficjalnie wyrzekł się brata, w myśl zasady przytoczonej we wspomnieniach austriackiego komunisty Ernsta Fischera: "ZSRR, jaki by nie był, dobry czy zły, jest jedynym krajem socjalizmu. Każdy cios w niego jest ciosem w socjalizm"[17].
Inaczej układały się relacje między Lejbem a Abrahamem, o czym świadczy spotkanie w 1923 r. Nieco wcześniej, w 1920 r., podczas wojny polsko-radzieckiej Abraham miał pomóc w uwolnieniu schwytanego przez stronę polską Lejba, któremu zarzucano szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego[18]. W innej wersji tej historii, potwierdzonej świadectwem Fryderyka Towbina, Abraham pomógł swemu bratu nie w 1920 r., ale wcześniej, w czasie niemieckiej okupacji Warszawy, a wstawiennictwa szukał u generała-gubernatora Hansa von Beselera[19]. Nie wdając się w rozstrzygnięcia co do prawdziwości którejkolwiek z wersji, stwierdzić można, że stosunki Abrahama i Lejba, pomimo zasadniczych różnic ideowych, jakie między nimi istniały, wyglądały więcej niż poprawnie.
Spotkanie w Berlinie odbyło się przy okazji Bożego Narodzenia. Zdjęcia wówczas zrobione ukazują, jak się zdaje, ostatni moment spokoju w życiu rodziny Goldbergów. Zaangażowanie Borejszy nie pociągało za sobą jeszcze żadnych poważnych konsekwencji, lecz miało się to zmienić już w niedługim czasie. W autobiografii napisał: "Na Wielkanoc 1924 uciekłem do Berlina i stamtąd do Hamburga, gdzie zamierzałem nająć się jako majtek. W porcie nie przyjęto mnie ze względu na słaby stan zdrowia, wróciłem do Polski, ale na stacji Grajewo, wobec tego że w walizce wiozłem książki i pisma, kupione w Berlinie, o różnej treści społecznej, zostałem aresztowany. Siedziałem w Białymstoku 3 miesiące, skąd zostałem zwolniony za kaucją złożoną przez ojca"[20]. Można tylko przypuszczać, jakie wrażenie na młodym rozgorączkowanym Borejszy wywarła pierwsza berlińska wizyta. Silnie zrewolucjonizowane miasto musiało kusić swoją atmosferą kogoś, kto już wcześniej zetknął się ze światem lewicowej myśli społeczno-politycznej. Ucieczka z domu w 1924 r. była zatem czymś zrozumiałym i łatwo przewidywalnym, a chęć zaciągnięcia się na statek to z całą pewnością echo młodzieńczych lektur, ale również przykład - tak charakterystycznego dla młodego wieku - braku skrystalizowanych planów na przyszłość. Przełomem w postrzeganiu świata i widzeniu swojej roli w jego zmianie musiało być dopiero pierwsze aresztowanie.
Domyślać się można jedynie, jakie książki znalazły się w walizce powracającego z Niemiec Borejszy. Niezależnie jednak od tego, czy dotyczyły one spraw anarchizmu czy komunizmu, ich posiadanie miało skutki dalekosiężne. W wyniku aresztowania Borejsza musiał pożegnać się ze szkołą. Było to o tyle boleśniejsze, że brakowało mu jedynie miesiąca do matury[21]. Dalsze zaangażowanie w sprawy polityczne nie pozwoliło mu zresztą przystąpić do egzaminu dojrzałości również w latach następnych[22].
Jeszcze w tym samym roku Borejsza zostaje po raz drugi aresztowany. Tym razem ma to związek z jego działalnością w Wolnym Harcerstwie, które wyłoniło się ze Związku Harcerstwa Polskiego na bazie krytyki panujących w nim stosunków. Dobrą ich charakterystyką może być odezwa, jaką do młodzieży harcerskiej wydali główni organizatorzy ruchu, Adam Ciołkosz i Tadeusz Feliks Bieńkowski: "Drogi Bracie! Potrzeba ocalenia czystej i prawdziwej ideologii harcerskiej, uzdrowienia osłabłego wewnętrznie ruchu harcerskiego i pchnięcia go na nowe tory, stają się dziś nakazem chwili"[23]. Pchnięcie na nowe tory miało w tym wypadku oznaczać nadanie harcerstwu bardziej lewicowego charakteru i włączenie w jego działalność młodzieży robotniczej i wiejskiej, która dotąd reprezentowana była w nim w stopniu znikomym. Organem prasowym Wolnego Harcerstwa były wychodzące w Krakowie "Płomienie". Organizacja bardzo szybko podzieliła się na dwie grupy, z których pierwsza, kierowana przez Ciołkosza, odwoływała się do tradycji reprezentowanych przez Polską Partię Socjalistyczną (PPS). Druga, o radykalniejszym profilu, czerpała przede wszystkim ze zdobyczy ruchu pionierskiego, którego wzorem były organizacje powstałe w Niemczech i Związku Radzieckim[24]. Borejsza związał się z drugim nurtem. Czy zdawał sobie sprawę z tego, jak wygląda rzeczywiście ruch pionierski w ZSRR? Trudno cokolwiek pewnego na ten temat powiedzieć.
Dojrzali przywódcy Wolnego Harcerstwa dostrzegali niebezpieczeństwo, jakie kryło się za zbyt radykalnym pójściem w lewą stronę, stąd próba ratowania organizacji na zjeździe, który odbył się w sierpniu 1924 r. w Helenówku. Borejsza był jego uczestnikiem - co więcej, pełnił funkcję sekretarza zjazdu. Starcie dwóch nurtów organizacji doprowadziło do zwycięstwa opcji prokomunistycznej, rozłamu, a ostatecznie do rozpadu organizacji. Przyspieszyła to z pewnością interwencja policji, która aresztowała na kilka dni część uczestników obrad w Helenówku, w tym także Borejszę. Powodem interwencji policyjnej był udział młodzieży komunistycznej, w tym m.in. Janiny Kuniszanki, późniejszej żony Władysława Broniewskiego[25]. Łabędzim śpiewem starającego się odzyskać wpływy Czerwonego Harcerstwa było pismo "Pionier", które przez krótki czas redagował Borejsza[26].
Po drugim aresztowaniu Borejsza pod pretekstem podreperowania zdrowia zostaje przez ojca wysłany do Francji. W rzeczywistości szło o odciągnięcie młodego umysłu od całkowitego uwikłania w politykę. Opłacenie studiów na politechnice w Tuluzie wydawało się doskonałym rozwiązaniem, lecz jak się po niedługim czasie okazało, dało skutki przeciwne do zamierzonych. Tuluza leży przecież około 100 kilometrów od granicy hiszpańskiej, za którą rozpościerała się "ziemia obiecana" anarchizmu. Wpływ tej myśli był w środowisku akademickim miasta znaczny. "Tam zaprzyjaźniłem się z Hiszpanami, brałem udział w zebraniach anarchistów hiszpańskich"[27] - napisze Borejsza, odkrywając przed czytelnikiem źródło jednej ze swoich największych pasji - Hiszpanii[28]. Jedzie tam podczas kolejnego Bożego Narodzenia, a jego celem jest Barcelona. Tak oto w ciągu dwóch kolejnych świąt grudniowych Borejsza odwiedza kolejno Berlin i Barcelonę, wielkie centra dwóch idei, które tak silnie zaczynają go pochłaniać, a obie wyprawy połączone są - o paradoksie! - z próbami odciągnięcia go od polityki. Daremność tych działań ukazuje spotkanie z ojcem, do którego dochodzi w 1925 r. w Wiedniu i Pradze. Borejsza deklaruje wówczas chęć przeniesienia się do Paryża i podjęcia nauki na Sorbonie. Za przedmiot studiów obiera iberystykę. W konsekwencji następuje zerwanie z ojcem, powiązane z koniecznością samodzielnego zarobkowania[29].
Paryż kusić musiał Borejszę rozległością możliwości. Konieczność usamodzielnienia finansowego pozwoliła mu na bezpośredni kontakt z proletariatem. Po latach napisze: "pracowałem 2 miesiące jako tragarz, potem w zakładach Renault"[30]. Mógł również spróbować swoich sił w pracy redakcyjnej, na stanowisku korektora w "jednym z pism emigracyjnych". Brzmi to dość zagadkowo, ale wielkiej tajemnicy w tym sformułowaniu nie ma. Chodzi bowiem o "Pariser Hajnt" ("Paryskie Dziś"), francuską mutację "Hajntu". Przewodził jej dobrze znany Abrahamowi Goldbergowi, a pewnie i samemu Borejszy, Samuel Jakub Jackan, którego kłopoty finansowe zmusiły do emigracji z Polski[31].
Paryż otwierał przed Borejszą możliwość kontaktu z wieloma naprawdę znaczącymi osobistościami ruchu anarchistycznego. W autobiografii na pierwszym miejscu wymienia Nestora Machno, legendarnego przywódcę anarchistycznego, uczestniczącego m.in. w rewolucji rosyjskiej. Niesława antysemity i uczestnika pogromów ludności żydowskiej na Ukrainie, którą starali się rozpowszechniać bolszewicy, nie przeszkodziła Borejszy w złożeniu wizyty dożywającemu swoich dni w Paryżu działaczowi. Jednak to nie Machno był najważniejszym bohaterem paryskiego pobytu. Z pewnością za takiego uznać należy Buenaventurę Durrutiego Domingo, którego poznał przez jego francuskich współpracowników, ze słynnym anarchistycznym wydawcą Sebastianem Faurem na czele. Kim był Durruti? Franciszek Ryszka, opisujący dzieje hiszpańskiego anarchizmu, wspominając o nim, używał określeń "anarchistyczny "człowiek czynu"" oraz "człowiek legenda"[32]; ciepło wypowiadał się o nim Ilja Erenburg[33], a Hans Magnus Enzensberger uczynił go pierwowzorem bohatera powieści Die kurze Sommer der Anarchie[34]. Durruti będzie w oczach młodego Borejszy ucieleśnieniem bohatera ludowego. Nie biernego uczestnika zdarzeń, ale ich twórcy. Machno i Durruti, a także Francesc Macia, wódz katalońskiego ruchu wyzwoleńczego - a więc postacie zupełnie odległe od tego wszystkiego, co stanowiło trzon wartości w domu Goldbergów - stają się herosami młodego Borejszy.
Durrutiemu zawdzięcza on kolejne ze swoich paryskich zajęć. Było nim redagowanie przeznaczonego dla hiszpańskich anarchistów pisma "Acción"[35]. Sprawa to zupełnie niezwykła, Borejsza bowiem na pewno nie władał wówczas perfekcyjnie językiem hiszpańskim[36]. Prowadzenie pisma było więc wyzwaniem ogromnym. Sytuacja ta pokazuje jednocześnie, jak odważnie, wręcz brawurowo postępował Borejsza, nie cofając się przed najtrudniejszymi wyzwaniami. Ukazuje również moc perswazji, jaką musiał być obdarzony, skoro udało mu się przekonać hiszpańskich działaczy, że to właśnie on nadaje się najlepiej na redaktora pisma. Warto wspomnieć jeszcze, że "Acción" powstało za pieniądze uzyskane od Durrutiego z "eksów"[37]. Czym był "eks"? Mówiąc najprościej, był to napad, którego celem było zdobycie funduszy na dalszą działalność organizacji. Czy brał w nim udział Borejsza? Niewykluczone, choć dowodów na to nie ma. Biorąc pod uwagę jego charakter, trudno przypuszczać, aby odmówił sobie wzięcia udziału w takiej akcji[38].
Hiszpańskie pismo to nie jedyne miejsce, w którym można było przeczytać teksty Borejszy. Mimo pobytu za granicą nie zerwał kontaktu z działaczami anarchistycznymi w kraju. Wraz z takimi ludźmi, jak Aniela Wolberg, Mejlach Löw, Jan Straszewski czy Salomon Filmus stworzył tzw. grupę koordynacyjną, zajmującą się wymianą informacji między poszczególnymi zespołami działającymi w kraju i za granicą. Grupa ta przyjęła nazwę Anarchistyczna Federacja Polski (AFP). W jej ramach, od marca 1925 r., ukazywało się w Paryżu pismo "Najmita", które redagował m.in. Borejsza[39], ukrywający się w tamtym czasie pod pseudonimem Ranko Maxime. Spośród tekstów, które opublikował w "Najmicie", wyróżnić warto sprawozdanie z paryskiego kongresu anarchistów, który odbył się w marcu 1925 r. w Cinema des Roses[40]. To właśnie na nim Borejsza został wybrany na członka Międzynarodowego Biura Anarchokomunistycznego, o czym prefekt paryskiej policji śpiesznie donosił swym przełożonym[41]. Żywot pisma polskich anarchistów zakończył się po wydaniu sześciu numerów. Zostało ono zakazane zarówno w Polsce, jak i we Francji[42]. Interesujący ślad działalności grupy polskich anarchistów utrwalił w jednym z opowiadań wybitny chiński pisarz i działacz polityczny Pa Kin (Ba Jin)[43]. Czas odwrotu od idei spod czarno-czerwonej flagi zbliżał się jednak dla młodego Golberga nieubłaganie.
"W tym okresie - pisze Borejsza - rozpoczęła się pierwsza poważna różnica z anarchistami, szczególnie pod wpływem tow. Józka Kona, z którym się w Paryżu przyjaźniłem. Sprzeciwiałem się atakowaniu ZSRR w prasie i w piśmie "Acción", w specjalnym numerze poświęconym problemom rewolucji w Hiszpanii zamieściłem artykuł pt. Żonaty (?) w rewolucji, który został oceniony przez Sebastiana Faure'a jako bolszewicki, za co zostałem pozbawiony redakcji tego pisma"[44]. Po raz kolejny przy okazji wyborów Borejszy pojawia się autorytet, osoba mająca duży wpływ na jego decyzję. Tym razem jest to Jakub Józef Koen, działacz Związku Młodzieży Komunistycznej (ZMK) i Komunistycznej Partii Robotniczej Polski (KPRP), który od 1925 r. przebywał we Francji, gdzie studiował nauki humanistyczne na uniwersytecie w Tuluzie. Co ciekawe, był on rówieśnikiem Borejszy, ale jego staż partyjny wyglądał o wiele bardziej imponująco. Do tego dysponował sporym talentem literackim, co również mogło mieć istotne znaczenie dla rozkochanego w literaturze Borejszy. Koen był m.in. autorem pieśni rewolucyjnej Bije już walki godzina (Ludu roboczy pod broń...), ale też twórcą satyr wyszydzających ówczesną sytuację społeczno-polityczną w Polsce[45]. O spotkaniu dwóch młodych działaczy niewiele wiadomo, a właściwie tylko to, co chciał przekazać Borejsza. W każdym razie akces na stronę komunistyczną jest wyraźny.
Broniąc zdobyczy ZSRR, Borejsza idzie wyraźnie pod prąd poglądów swego środowiska. Co mogło być powodem tej zmiany? Wskazać tu można w pierwszej kolejności na sprzeczność tkwiącą między anarchistycznymi ideałami a samą zasadą organizacji[46]. Młody rewolucjonista widział, że żaden, najbardziej otwarty ruch nie jest w stanie obyć się bez niej i stan ten akceptował. Autorytarne postępowanie Faurego mogło go razić, ale było wpisane w dalekosiężny projekt. Problem pojawiał się dopiero w zestawieniu oceny skuteczności akcji anarchistycznej ze skutecznością działań państwa radzieckiego, w którym hierarchia była rzeczą oczywistą. Skoro jej istnienie było obecne i nieuniknione w obu ruchach, wybór zasadzać się musiał na przyjęciu opcji skuteczniejszej[47]. I tu wybór był jednoznaczny. Borejsza nie byłby jednak sobą, gdyby rozstanie przebiegło w sposób standardowy. Pojawiły się bowiem oskarżenia anarchistów o przywłaszczenie ich organizacyjnych pieniędzy, ale szczegółów tej sprawy nie znamy[48].
Zachował się jedynie bardzo ciekawy, pełen pasji i dramatyzmu list Anieli Wolberg[49]: "Trzęsę się z wściekłości! [...] Można wybaczyć wszystko, zrozumieć wszystko - tylko nie podłość i zdradę. Nioma napożyczał od biednych, wyzyskał ich naiwność i ufność [...], oszukał nas, okradł i wyjechał do Polski. Dzięki temu walka musi być zawieszona, a my dostaliśmy się w błędne koło długów. Mało tego, ten człowiek jest w Polsce i ma w ręku polskich towarzyszy. Jesteśmy w strasznym położeniu. Nie jestem terrorystką, ale przysięgam, że jeśli jeden włosek spadnie z głowy naszych z jego powodu, ten bydlak nie przeżyje roku"[50]. Czy te pieniądze zostały rzeczywiście przywłaszczone? Znając nonszalancki stosunek do Borejszy do pieniędzy, uznać to można za bardzo możliwe. Z drugiej strony mamy urażoną dumę ówczesnej przyjaciółki Borejszy, a namiętność nigdy nie jest dobrym doradcą. Jedno jest pewne. Obawy Wolberg nie sprawdziły się, pozostał on lojalny wobec swych dawnych przyjaciół i z jego strony nie spotkało ich nic złego. Również w latach powojennych Borejsza nie odżegnywał się od kontaktów ze znanymi mu z młodości działaczami. Więcej, pełniąc funkcję prezesa wielkiego koncernu wydawniczego dawał wielu z nich możliwość zarobkowania. Najlepszym tego przykładem jest Aleksander Grinberg, znany jeszcze z czasów nauki w Chinuchu, który, jako Aleksander Donat, został przedstawicielem "Czytelnika" na Stany Zjednoczone. Anarchistyczna przeszłość miała znaczenie również przy okazji pomocy, jaką Borejsza okazał w 1946 r. łódzkiej spółdzielni "Słowo", która zwróciła się do niego w sprawie papieru na druk Pomocy wzajemnej jako czynnika rozwoju Kropotkina[51].
W stronę komunizmu
Borejsza wrócił do Polski w 1927 r. Pobyt paryski, oprócz rozlicznych kontaktów i wspomnień, przyniósł również rozprawę, która stała się podstawą magisterium, jakie miał obronić na Sorbonie. Dowodów na to nie ma. Pozostaje jedynie Obrona Sancho Pansy - tekst, który ukazał się dziesięć lat później w "Wiedzy i Życiu"[52]. Na razie 22-letni buntownik znalazł się w trudnym położeniu. Z powodu braku matury nie mógł podjąć w Polsce studiów wyższych, a w konsekwencji otrzymał powołanie do wojska. Wydawałoby się, że jego silne zaangażowanie w sprawy społeczno-polityczne musiało być przeszkodą w zaakceptowaniu żołnierskiej codzienności. Stało się zupełnie odwrotnie. Jak wynika z przekazów rodzinnych, Borejsza bardzo upodobał sobie wojsko i starał się o przyjęcie do szkoły oficerskiej, popierany przez jednego ze swoich dowódców. Z człowiekiem tym spotkał się po latach, już ciężko chory, w Rucianem, w towarzystwie piętnastoletniego syna[53]. Przeszkodą w urzeczywistnieniu tego stała się nieodległa przeszłość. Kartoteki policyjne notowały go jako wywrotowca, a do tego dochodziło żydowskie pochodzenie. W autobiografii oczywiście tego wątku nie znajdziemy, choć pośrednio wyczytać z niej można stosunek Borejszy do służby wojskowej. Fragment kończący opis służby wojskowej brzmi następująco: "Służbę skończyłem jako starszy strzelec i drużynowy"[54]. To zdawkowe zdanie odczytać można jako zwyczajną informację, ale u Borejszy ma ono dodatkowe znaczenie. Sygnalizować ma jego umiejętności i przygotowanie wojskowe (był podobno w pułku jednym z pierwszych w walce na bagnety i w biegu na krótkim dystansie), które doceniono w niechętnej mu armii. Z pewnością jest to też powód do dumy. Stwierdzenie to uzasadniać może choćby stosunek Borejszy do swej wojskowej przeszłości, którego najlepszym przykładem może być pamięć o tym, jak w okresie powojennym szczycił się stopniem oficerskim. "Jakże on cenił sobie ten stopień! Jak promieniał kiedy się do niego zwracano: "Panie majorze!""[55] - wspominał Wojciech Żukrowski. Przywiązanie do wojska, w jego tradycyjnym ujęciu, pojawia się w biografii Borejszy również w 1948 r. przy okazji wzięcia w obronę żołnierskich rogatywek[56], które chciano wyeliminować na rzecz czako nawiązującego do radzieckich wzorów. Nie trzeba dodawać, że ówczesny klimat polityczny słabo sprzyjał tego typu enuncjacjom[57].
Postawa Borejszy w trakcie służby wojskowej zaskakuje. Czy była to próba dokonania jakiegoś zwrotu, uporządkowania życia w oparciu o wartości dotąd negowane? Tak się przynajmniej wydaje, choć pewności nie ma. Ciekawe, że w autobiografii Borejsza słowem nie wspomina o swych wojskowych upodobaniach. Wysuwa na plan pierwszy kontakty z komunistami, którzy tak jak on służyli w 81. Pułku Piechoty Strzelców Grodzieńskich. Pamiętać jednak trzeba, na czyje potrzeby spisał Borejsza ten dokument. Uwydatnienie w nim swoich najwcześniejszych powiązań z komunizmem było dla niego sprawą podstawową. Robił to niekiedy nieporadnie, w sposób anegdotyczny, jak wtedy, gdy pisze o komunistycznych napisach w koszarach[58], ale nie o to chodzi. W tym miejscu przypadkowe zdarzenie daje możliwość skonstruowania spójnej biografii, nieco zmistyfikowanej, ale zgodnej z obowiązującym kanonem.
Zdecydowanie ważniejsze dla dalszych losów Borejszy były kontakty, jakie nawiązał w tym czasie z "Czerwoną Pomocą", czyli Międzynarodową Organizacją Pomocy Rewolucjonistom (MOPR). Zajmowała się ona udzielaniem wsparcia uczestnikom ruchu rewolucyjnego i ich rodzinom, zwłaszcza tym, którzy w wyniku swoich działań zostali uwięzieni. Była to organizacja o jasnym ideowym obliczu, ściśle powiązana z Kominternem, choć według założeń działać miała ponad partyjnymi podziałami. Bardzo interesująco wygląda skład społeczny MOPR-u, w którym przygniatającą większość stanowiła młodzież żydowska. Borejsza trafił więc w środowisko bardzo mu bliskie z racji pochodzenia i pokoleniowej biografii. Stąd był już tylko krok do związania się z rzeczywistą działalnością partyjną; krok, który Borejsza robi w 1929 r., tuż po odbyciu służby wojskowej. Wraz ze wstąpieniem do KPP kończy się czas kształtowania jego światopoglądu społeczno-politycznego, przynajmniej jeśli brać pod uwagę przejawy zewnętrzne. Opcja skierowana na działalność partyjną odbiega swym charakterem od dotychczasowych nieskoordynowanych działań. Jako członek partii Borejsza stawał się elementem konkretnej, zhierarchizowanej wspólnoty, w której miejsca na działania improwizowane nie było zbyt wiele. Dodatkowo, biorąc pod uwagę nielegalny charakter KPP, ustawia się on poza obowiązującym porządkiem społecznym. Rodzi się więc pytanie o powody podjęcia takiej decyzji, tym bardziej, że epizod wojskowy mąci w znacznym stopniu klarowny obraz dojrzewania do podjęcia działań rewolucyjnych.
Związanie się z ruchem komunistycznym widzieć trzeba przez pryzmat wykluczenia, którego znamiennym przykładem będzie niedawne odrzucenie podania Borejszy o zostanie oficerem armii polskiej. Ten wybór traktować można jako próbę zamknięcia okresu buntu przeciwko strukturom świata zastanego, a beznadziejność tej próby pokazuje jaskrawo miejsce, które Borejsza miał zająć w ówczesnym porządku społecznym. Szczególnie bolesny musiał być fakt zupełnego pominięcia jego prawdziwych odczuć względem polskości. Zanurzony całkowicie w polskiej kulturze, zaczytany w Żeromskim i literaturze stanowiącej kanon polskiego inteligenta, uznany zostaje bezwzględnie za Żyda, a więc kogoś państwu niepotrzebnego, w każdym razie niegodnego noszenia polskiego munduru. Ostateczne przyjęcie wariantu rewolucyjnego za "własny" staje się w tym ujęciu zupełnie zrozumiałe. Owszem, można było zwrócić się ku syjonizmowi i wyemigrować, ale, zważywszy na przywiązanie Borejszy do kultury polskiej, była to propozycja dalece nieaktualna[59]. Pozostawał więc bunt i walka, ponieważ, jak pisał daleki przecież od komunizmu Aleksander Hertz, często jedynym "z tej beznadziejności wyrwaniem się mogła być [...] wizja rewolucji, budującej nową rzeczywistość, zupełnie różną od obecnej"[60].
Borejsza wstąpił do KPP za poręczeniem Szymona Zachariasza. Niestety, w archiwach nie zachowały się żadne poważniejsze materiały, mogące posłużyć do pełnego odtworzenia pierwszego okresu jego działalności partyjnej. Szczególnie ciekawa mogłaby być zwłaszcza szczegółowa autobiografia i ocena jego przeszłości politycznej, których istnienie wzmiankowane jest w dokumencie późniejszym[61]. Mimo protekcji ze strony Zachariasza, Borejsza nie związał się z kierowanym przez niego Centralnym Biurem Żydowskim, które zajmowało się wyłącznie oddziaływaniem na społeczność żydowską[62]. Uwidacznia to, jak bardzo świat społeczności żydowskiej był mu już w tym okresie obcy. Śledząc dalej koleje losu Borejszy, nie znajdziemy zbyt wielu odnośników do jego żydowskiego pochodzenia. Asymilacja do kultury polskiej była zatem zupełna. Trawestując znany wiersz Władysława Broniewskiego, księżyc Jerzego Borejszy świecił z dala od ulicy Pawiej[63]. Ciekawe, że nieco inaczej rzecz się miała w przypadku jego brata, który po wstąpieniu do KPP został oddelegowany "na robotę żydowską"[64], a podczas studiów uniwersyteckich w rubryce "wyznanie" konsekwentnie wpisywał: "mojżeszowe"[65].
Borejsza trafił od razu do pracy w propagandzie partyjnej. Jego umiejętności dziennikarskie przydały się w tym wypadku znakomicie. W swojej autobiografii pierwszy okres partyjnej działalności opisywał w następujących słowach: "Pracowałem spoczątku przy propagicie warszawskim, następnie kilka miesięcy byłem w propagicie, gdy sekretarzowała Franka (Różka Wagman-Lampe), prawie rok byłem sekretarzem propagitu, do 1932 r. pod pseudonimem Sewer, Karol, Gruby. W 1932 r. byłem sekretarzem Warszawskiego Wydziału AntyPPS i członkiem centralnego Wydziału. Z ramienia wydziału wyjeżdżałem na Zagłębie i Śląsk. Po likwidacji tego wydziału zostałem przeniesiony na dzielnicę "Wola", gdzie byłem członkiem egzekutywy i kierownikiem akcji na Lilpopie i na szpitalu na Czystem"[66]. Relacja brzmi sucho i nie oddaje charakterystycznego uniesienia, które młodemu rewolucjoniście towarzyszyło w codziennej aktywności. Posiadamy jednak wspomnienie dotyczące jego partyjnej pracy na Woli, pisane co prawda z perspektywy kilkunastu lat, ale dające pewne pojęcie o ówczesnym stanie świadomości młodego działacza komunistycznego w pierwszych latach 30.
Borejsza kreśli w nim historię niedoświadczonego Sewera, "młodego inteligenta - który zresztą jak każdy inteligent wiele zawdzięczał dzielnicy robotniczej i wychowaniu, jakie tam otrzymał"[67]. To wyraźna sugestia na temat tego, jak bardzo praca partyjna zmieniła młodego aktywistę, który znalazł się w świecie pewnej arkadii - bowiem nie inaczej traktować należy opis ówczesnej dzielnicy. Mamy tu więc i starcia z "defą piłsudczykowską", i żywy opis "getta proletariackiego", przeciwstawiony obrazowi "burżujskiej, kupieckiej, wysoko-urzędniczej Warszawy", a przede wszystkim przywiązanie do robotniczej tradycji, z której brać się miała jedność i siła proletariatu. Pamiętajmy, że opis ten dany jest przez człowieka, który wyszedł z "porządnej burżuazyjnej rodziny", niezbyt bogatej co prawda, ale zasobnej i mieszczącej się w zarysowanych wyżej ramach wroga klasowego. W ten sposób wartości świata, w którym dorastał Borejsza, zostają ostatecznie zanegowane. Abraham Goldberg i jego środowisko zaliczone zostaje do tej "lepszej" Warszawy, obojętnej wobec robotniczego getta.
Zafascynowanie Borejszy proletariatem wpisać można w szersze tło oczarowania intelektualistów klasą robotniczą, które brało się z Marksowskiego przekonania o mesjanistycznym powołaniu tej właśnie grupy społecznej. To ona miała wyzwolić resztę ludzkości z okowów alienacji[68]. Raymond Aron, krytycznie patrzący na to zjawisko, opisywał je, stosując kategorię mitu powstałego wokół proletariatu[69]. Odwołanie się do kategorii bliskich światu zachodniemu nie jest w przypadku biografii Borejszy nadużyciem. Podróże do Berlina i Paryża otwierały go na ten typ myślenia. Jako student Sorbony miał bezpośrednią styczność z francuską kulturą umysłową, a praca w fabryce Renaulta dawała mu możliwość bezpośredniego kontaktu z proletariatem. Poza tym, "mit proletariatu" funkcjonował przede wszystkim w wariancie internacjonalistycznym, czego odzwierciedleniem zawołanie: "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!". Ów międzynarodowy aspekt fascynacji klasą robotniczą był Borejszy bliski również dlatego, że mógł to hasło wypowiadać w języku polskim, francuskim, hiszpańskim, niemieckim, angielskim, włoskim, rosyjskim i jidysz. Ta wyliczanka nie jest przypadkowa. Odsłania bowiem szerokość możliwości intelektualnych Borejszy i jego konstytucję intelektualną, nastawioną na realizację celów wychodzących daleko poza lokalne uwarunkowania. Z tym samym łączyć można łatwość znalezienia się w sytuacjach, które wymagały wyjścia poza standardową robotę partyjną.
Fascynacja sprawą robotniczą była w latach następnych powodem dwóch kolejnych aresztowań Borejszy. Pierwszy przypadek miał miejsce przy okazji wiecu robotniczego na Mokotowie, gdzie został przeniesiony przez Komitet Wojewódzki za - jak to określił w autobiografii - "warcholstwo"[70]. Trudno precyzyjnie powiedzieć, co to mogło znaczyć, choć przypuszczać można, że w grę wchodził nazbyt rozwinięty indywidualizm, który w podlegającej silnej dyscyplinie działalności był raczej wadą niż zaletą[71]. Po ośmiomiesięcznej odsiadce Borejsza wyszedł za kaucją i wrócił do pracy partyjnej w roli sekretarza propagandy. Ten czas opisuje następująco: "W kwietniu 1934 r. podczas aresztów przedmajowych przeszedłem na nielegalną sytuację i zostałem przydzielony do Warszawy Podmiejskiej, gdzie kierowałem akcją strajkową na cegielniach pod Wołominem. Na zebraniu komitetu strajkowego zostałem aresztowany, ale przyłączony do sprawy majowej 1934 r. Przesiedziałem 10 miesięcy - zwolniony za kaucją"[72]. Rzec można, zwykły biogram szeregowego przedwojennego komunisty, w którym okresy pracy poprzetykane są różnej długości pobytami w więzieniu. Uzupełnić go można jeszcze informacjami o pracy w Centralnym Wydziale Zawodowym, w którym podlegał późniejszemu uczestnikowi walk w Hiszpanii, Tadeuszowi Ćwikowi[73]. Pracował także przez jakiś czas w Centralnej Redakcji Wydawnictw Partyjnych oraz pomagał w pracach redakcyjnych różnym stowarzyszeniom robotniczym[74]. Po czasowym odsunięciu od działalności publicystycznej Borejsza ponownie wraca do łask jako sprawdzone pióro, a także osoba, dzięki swojemu doświadczeniu, pomocna w codziennej pracy. Tak już pozostanie do końca działalności KPP, a wiązać to należy ze zmianą polityki partyjnej i aktywnością w ramach tzw. Frontu Ludowego.
Ale jest coś jeszcze. Historia z włączeniem Borejszy do oficjalnego publicystycznego obiegu ma drugie dno. Jak wynika z dokumentów zgromadzonych w "kominternowskiej" teczce Borejszy, latem 1936 r., na mocy decyzji KC KPP, został on odwołany z pracy w aparacie partyjnym i przeniesiony do prasy legalnej. Zarzucano mu ponoć, że nie przezwyciężył w sobie anarchosyndykalistycznych pozostałości i nadal jest elementem burżuazyjnym. Taką informację przynoszą dwa zgromadzone w teczce dokumenty. Pierwszy z nich to opinia Wandy Markowskiej z 9 grudnia 1942 r.[75], drugim zaś jest "sprawka" z 14 grudnia 1944 r., napisana przez radzieckich urzędników K. Diłkowa i J. Dzierżyńskiego[76]. W informacji Markowskiej czytamy ponadto, że przesunięcie Borejszy do pracy legalnej wiązało się z wydaniem zakazu pełnienia przez niego wyższych funkcji kierowniczych w partii. Powodem podjęcia takiej decyzji były jakoby wypowiedzi, jakich "dopuszczał się" Borejsza podczas pobytu w więzieniu. Miał mianowicie głośno powątpiewać w słuszność przeprowadzanych w Związku Radzieckim czystek. Czy to nie tu kryje się tajemnica jego roli jako "szarej eminencji", niedopuszczanej formalnie w Polsce po 1944 r. do najwyższych stanowisk w partii i państwie? Na "szarą eminencję" Borejsza sam się, co prawda, kreował, o czym pisał choćby Jerzy Putrament, ale zapis w "kominternowskich" archiwach musiał mieć niebagatelny wpływ na jego karierę. Na pewno warto o nim pamiętać.
Front Ludowy
Front Ludowy był inicjatywą powstałą na VII Kongresie Międzynarodówki Komunistycznej w 1935 r. W swych założeniach miał być platformą współpracy wszelkich sił lewicowych w poszczególnych krajach kapitalistycznych. Podstawowym powodem jego powstania było zagrożenie faszyzmem, zyskującym sobie szerokie poparcie w społeczeństwach tych krajów. Przekładając to na język polityki, Front Ludowy był specyficznym "wynalazkiem strategii politycznej"[77], wymyślonym przez ZSRR w wyniku niepokoju o przyszłość pierwszego państwa robotniczego, choć oficjalnie mówiło się o zagrożeniu wszelkiej myśli lewicowej. W rozumowaniu, które legło u źródeł jego wprowadzenia w życie, zastosowano klasyczną leninowską formułę zaczerpniętą z pracy Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu, którą kierujący Kominternem Georgi Dymitrow odniósł do faszyzmu, stwierdzając, że jest on "jawną terrorystyczną dyktaturą najbardziej reakcyjnych, najbardziej szowinistycznych, najbardziej imperialistycznych elementów kapitału finansowego"[78]. Przyjęcie takiego stanowiska ustawiało relacje ówczesnej europejskiej sceny politycznej w ramach starcia dwóch przeciwstawnych obozów: rewolucji i kontrrewolucji, przy czym formuła ta, znana już wcześniej, rozwinięta została o nowe treści, z których na pierwszy plan wysuwa się kwestia zdjęcia z ruchu komunistycznego odium sekciarstwa. Antyfaszyzm sprzyjał temu znakomicie. Odejście od naczelnej zasady walki klas i bezpośrednie odwołanie się do tradycyjnych cnót patriotycznych sprzyjało zwiększeniu popularności idei komunistycznej wśród klasy robotniczej, ale również i lewicowo zorientowanych elit intelektualnych państw kapitalistycznych, czego najlepszym przykładem może być Francja, w której idea Frontu Ludowego ziściła się najpełniej[79].
Polscy komuniści podchodzili początkowo do tej inicjatywy z rezerwą, obawiając się, że podziały wśród lewicy poszły tak głęboko, że ich zasypanie będzie niemożliwe[80]. Ostatecznie jednak stwierdzono, że ruch komunistyczny "gotów jest do porozumienia z każdą organizacją skupiającą masy pracujące, która chce walki w obronie wolności demokratycznych przeciw zamachom kapitału, obszarnictwa i faszyzmu, przeciw podżegaczom i organizatorom nowej wojny na świecie"[81]. A wojna wydawała się nieunikniona. Historia ostatnich lat ukazywała to dobitnie, układając się w łańcuch konfliktów i klęsk dotychczasowego świata, w który wpisany był zarówno Wielki Kryzys, konflikty na Dalekim Wschodzie czy sukcesy faszyzmu, na czele z dojściem Hitlera do władzy w Niemczech. Mimo pojednania, znaczne animozje w obrębie polskiej lewicy pozostały, a klasa robotnicza nie nauczyła się "działać po hiszpańsku i francusku", do czego nawoływali publicyści sympatyzujący z ruchem. Musimy jednak pamiętać o głęboko antyradzieckiej postawie polskich socjalistów, którzy właśnie z tego powodu wzbraniali się przed współpracą z komunistami. Artykułował to wyraźnie Mieczysław Niedziałkowski, pisząc w "Robotniku", "iż Polska nie może być "terenem bezpańskim", na którym walczą ze sobą dwie przeciwstawne ideologie: sowiecko-komunistyczna i hitlerowsko-niemiecka"[82]. Ukazał tym samym zasadniczą różnicę myślenia politycznego między Polską a Zachodem. Również sami komuniści, targani wewnętrznymi rozgrywkami, wyraźnie osłabiali prężność polskiej wersji Frontu Ludowego[83].
Utworzenie jednolitej lewicowej platformy było z punktu widzenia kariery dziennikarskiej i politycznej Borejszy momentem przełomowym. Właśnie wtedy wypływa on ze swoją publicystyką na szerokie wody. Przestaje być autorem broszur partyjnych oraz literacko-filozoficznych tekstów zamieszczanych pod pseudonimami (S. Bereza, K. Wunin, Jan Górski) na łamach niszowego "Lewara" i zdobywa popularność wśród szerokich rzesz czytelników, przynajmniej tych o poglądach lewicowych[84]. Druk artykułów w "Sygnałach", "Czarno na białem", "Wiedzy i Życiu", a przede wszystkim w "Skamandrze" i "Wiadomościach Literackich", jeśli uwzględni się ich wpływ na życie kulturalne II Rzeczypospolitej, ocenić należy jako przełom. "Gdyby Abram dożył tej chwili" - miała powiedzieć macocha Borejszy Ewa Glass, po jego pierwszych publikacjach na łamach tygodnika redagowanego przez Mieczysława Grydzewskiego[85]. Nazwisko Borejsza, pisane wówczas jeszcze przez krótkie "i", w połączeniu z łatwo rozpoznawalnym stylem autora, zaczyna mieć, mówiąc dzisiejszym językiem, dobrą markę. A wszystko to przy aprobacie czynnika partyjnego w postaci Centralnej Redakcji[86]. Zmiana ta, jeśli porównać ją z okresem wcześniejszym, miała charakter zasadniczy, a oddelegowanie Borejszy do pracy w "prasie legalnej" dało możliwość pełnego wyzyskania jego talentów.
Trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, czy uaktywnienie się Borejszy jako znakomitego publicysty było kolejnym konsekwentnym krokiem w jego karierze, czy też mamy do czynienia z przypadkiem, który pozwolił mu wypłynąć na szersze wody. Barbara Fijałkowska, analizując to zagadnienie, pisała, że "przez ponad pięć lat swojej nielegalnej działalności partyjnej i pobytów w więzieniach Borejsza konsekwentnie zmierzał w kierunku pracy dziennikarskiej. Miał pełną świadomość swego powołania zawodowego, a działalność stricte polityczna, partyjna i nielegalna, wymagająca dyscypliny i lojalności wobec przełożonych, wyraźnie mu nie odpowiadała"[87]. Można by tę opinię przyjąć w całości, gdyby nie jeden fakt. Uwypuklenie powołania dziennikarskiego, kosztem ambicji politycznych, wydaje się nie na miejscu. Borejsza chciał był przede wszystkim "zwierzęciem politycznym". Dotychczasowy przebieg jego drogi życiowej, a przede wszystkim jego zapatrywania, wskazywały jasno, że rola obserwatora i komentatora rzeczywistości politycznej nie w pełni go zadowalała. Wydaje się jednak, że nie miał on wielkiego talentu politycznego, umiejętności prowadzenia subtelnej gry i antycypowania skutków swych kolejnych posunięć w zmieniającej się szybko przestrzeni politycznej. Na to był zbyt mało zdyscyplinowany. To w zasadniczy sposób odróżniało go od idealnego typu zawodowego rewolucjonisty, dlatego idea i założenia Frontu Ludowego tak dobrze korespondowały z jego charakterem, umożliwiając mu pełne wykorzystanie swych talentów. Powtarzając jednak pytanie postawione wcześniej - konsekwencja to, czy przypadek? - jednoznacznej odpowiedzi nie jestem w stanie udzielić.
Na marginesie powyższych rozważań pojawia się problem prawowierności wobec ortodoksji komunistycznej. Dogmat partyjny zakładał bezwzględne umiłowanie i oddanie sprawie rewolucji, a prawdziwą ojczyznę każdego proletariusza widział w Związku Radzieckim[88]. W przypadku Borejszy było chyba nieco inaczej, co sugerują opinie zachowane w rodzinnych przekazach. Przedwojennym marzeniem młodego działacza komunistycznego miała być emigracja do Meksyku, do którego chciał wyruszyć w ślad za pokonanymi republikanami hiszpańskimi. Na drodze do zrealizowania tego celu stanął między innymi ostry sprzeciw żony Ewy[89]. To rzuca pewne światło na rozwiązanie zagadnienia prawowierności, a nade wszystko mówi wiele o osobowości Borejszy. Spojrzeć na to można również przez pryzmat różnic pokoleniowych, jakie istniały w polskim ruchu komunistycznym, pamiętając o tym, w jaki sposób definiował je Aleksander Wat. W rozmowie z Czesławem Miłoszem przeciwstawiał on sobie i swojemu jakże "obitemu" przez ideę pokoleniu osoby wchodzące w komunizm w połowie lat 30. Określił ich mianem pokolenia pragmatyków i ludzi sukcesu, tak łatwo przystosowujących się do "jedzenia żab"[90]. Gdzie w tym układzie lokuje się Borejsza (rocznik 1905)? Gdzieś na przecięciu tych dwóch pokoleń. Jest inny niż, na przykład, Stefan Jędrychowski (1910) czy Jerzy Putrament (1910) i tak samo różny od Wata (1900), choć na pewno bliżej mu - jeśli uwzględnimy młodzieńcze doświadczenia i fascynacje - do przeżyć pokoleniowych tego ostatniego[91]. Cechą zasadniczą jego postawy będzie jednak ów brak pragmatyzmu i swoisty "romantyzm komunistyczny", w którym wyczuwalne są dawne fascynacje anarchokomunizmem. W tym kontekście planowany wyjazd do Meksyku i problemy z dostosowaniem się do wymogów coraz silniej hierarchizującej się partii staną się bardziej zrozumiałe.
Zaistnienie idei Frontu Ludowego dobrze współgrało z sytuacją osobistą Borejszy w połowie lat 30. Mając już wówczas lat trzydzieści oraz ustabilizowaną sytuację rodzinną i materialną (małżeństwo z Ewą Kantor, narodziny syna Jerzego, mieszkanie w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu), mógł się skoncentrować na publicystyce, pozostawiając za sobą problemy związane z młodzieńczą "szamotaniną". Dojrzałość osobista, w połączeniu z oczytaniem i pewnym doświadczeniem politycznym, zaprocentowała w tym przypadku znakomicie. Szczęśliwym trafem okazało się również to, że w ramach Frontu Ludowego sprawa hiszpańska stała się zagadnieniem pierwszoplanowym. Pamiętając o urzeczeniu Borejszy Hiszpanią i jego głębokiej znajomości problemów tego kraju, stwierdzić można, że nie było lepszego tematu dla chcącego wybić się ponad przeciętność dziennikarza. To właśnie z tego powodu jego książka Hiszpania 1873-1935[92] i artykuły Zygzaki sumienia Manuela Azanji, Unamuno w obliczu barykad czy Życie burzliwe Angela Pestanji[93] znalazły tak wielki oddźwięk wśród zorientowanych prolewicowo i proliberalnie grup polskiego społeczeństwa. Śmiało postawić je można obok hiszpańskich reportaży Ksawerego Pruszyńskiego[94], jako dowód żywego zainteresowania tym, co działo się w połowie lat 30. na Półwyspie Iberyjskim.
Działalność Frontu Ludowego to nie tylko rozgrywki polityczne i publicystyka, ale także próba mobilizacji lewicowych intelektualistów i różnorodne akcje, mające na celu ukazanie światu zagrożenia faszystowskiego. Jedną z nich był zorganizowany w Wilnie w dniach 14-29 sierpnia 1935 r. światowy zjazd Żydowskiego Instytutu Naukowego[95]. Interesujący jest on nie tyle ze względu na zagadnienia, które na nim poruszano, ale deklarację, jaką sformułowali jego uczestnicy na zakończenie obrad[96]. Pod dokumentem podpisali się m.in. Henryk Gottlieb, Jakub Szacki i Szymon Landau, co ilustrować może wagę tego głosu. Swój podpis złożył również Beniamin Goldberg i jest to bodaj ostatni przypadek posłużenia się przez Jerzego Borejszę swoim rodzinnym nazwiskiem. Dopiero gdy przypomnimy sobie, jak gwałtownie zerwał z kulturą żydowską i jak silnie pragnął zupełnej asymilacji z polskością, w pełni zrozumiemy istotę tego aktu. Oto składa podpis Goldberg, któremu nie pozwalają być Borejszą; oto składa podpis Borejsza, w którym antysemici widzą jedynie Goldberga. Wystarczy przywołać sytuację z odrzuceniem jego starań o pozostanie w wojsku, aby pokazać, że problem poruszany w wileńskiej deklaracji nie był mu obcy, a słowa o fali faszyzmu i antysemityzmu, grożącej kulturze zagładą, szczególnie bliskie.
Inną, dalece głośniejszą inicjatywą w ramach Frontu Ludowego był zorganizowany we Lwowie w sierpniu 1936 r. Kongres Pracowników Kultury. Impreza ta nie była pomysłem oryginalnie polskim, ale kopią paryskiego Kongresu Pisarzy w Obronie Kultury z czerwca 1935 r.[97] Cel i założenia programowe były niemal identyczne. Nawet nazwa miała pozostać niezmieniona i jedynie interwencja Jerzego Kornackiego zmieniła ostatecznie pierwotny zamysł. Przytoczenie jego uwag zdaje się być pomocne w zrozumieniu kongresowego klimatu. "Katolicko-szlacheckiej kultury - pisał Kornacki - może i musi bronić Grzymała Siedlecki, ks. Kaczyński czy Ignacy Matuszewski. My możemy walczyć jedynie o wolność przekonań i słowa, o tym podobne zdobycze kulturalne demokracji"[98]. Dychotomia wpisana w ideę Frontu Ludowego znalazła tu pełne zastosowanie. Już nie tylko świat polityki był polem starcia dobra i zła, ale cała kultura została wciągnięta w ten bój. Takie ujęcie nie wszystkim jednak odpowiadało. O dyskomforcie, jaki niektórzy sympatycy lewicy odczuwali wobec swoistego szantażu intelektualnego, pisał m.in. Czesław Miłosz w Liście do obrońców kultury[99]. Co niezwykle ważne, poeta zwracał również uwagę na niemożność bezkrytycznego przeszczepiania na grunt polski rozwiązań obcych, jakkolwiek byłyby one znakomite. "Zjawiska nie powtarzają się - pisał - zdobycze kulturalne, jakie dadzą się osiągnąć w kraju mesjanizmu i Króla-Ducha, będą inne od zdobyczy krajów Dostojewskiego i Gogola". Końcowe odwołanie Miłosza do tych samych kategorii, które w swoim liście Kornacki obrał za przejaw reakcyjności polskiej kultury, uwidacznia siłę konfliktu i dylematu, przed jakim stanąć musieli ludzie kultury. Biorąc pod uwagę sytuację, jaka zaistnieć miała w ciągu najbliższych kilku lat, można uznać spór wokół idei Frontu Ludowego za preludium do tego, co wydarzyło się w polskiej kulturze w latach 1944-1948.
Wprowadzenie tej paraleli wymaga wyjaśnienia. Mam tu na myśli przede wszystkim klimat tego czasu, który wyznaczany był przez takie elementy, jak: spotkanie w obrębie jednej "grupy ideowej" tak różnorodnych twórców, niezarzucających swego dotychczasowego stylu; nasycenie treści artystycznych lewicową (częstokroć rewolucyjną) retoryką; utrzymywanie spoistości "grupy" nie przez odgórną dyrektywę, wspomaganą "czynnikiem siłowym", ale przez rzeczywistą wiarę w sens idei; propozycja budowy nowego ustroju kulturowego, opartego o kategorię narodową, a nie ponadnarodową; postrzeganie faszyzmu jako śmiertelnego wroga kultury, przy czym kluczowe terminy nie były precyzyjnie zdefiniowane; istnienie obszaru swobodnej krytyki poczynań "grupy". Wymieniam tylko najważniejsze elementy, podkreślając, że jest to konstrukcja myślowa opatrzona grzechem uogólnienia, która daje jednak pewne wyobrażenie o genealogii zmian, które nastąpiły po 1944 r. Zauważmy, że wraz z ideą Frontu Ludowego w lewicowej publicystyce kulturalnej pojawił się postulat radykalnej zmiany, polegającej na przebudowie dotychczasowego kształtu polskiej kultury[100]. Nie można o takim mówić w odniesieniu do okresu lwowskiego (1939-1941), który nie był czasem przekształcenia, ale narzucenia odgórnego i obcego wzorca. W rozróżnieniu tym wielkiej subtelności nie ma, wydaje się to widoczne na pierwszy rzut oka. Podejrzewać można, że powszechne w literaturze zamazywanie tej różnicy jest zabiegiem czysto ideologicznym.
Mimo że Jerzy Borejsza nie brał udziału w lwowskim Kongresie, to nie ulega wątpliwości, że uchwalona tam Platforma porozumienia była mu bardzo bliska. Co więcej, wyraźnie inspirowała jego myślenie o przyszłości polskiej kultury. Z atmosfery entuzjazmu kongresowego wyrośnie przecież "Czytelnik", jako praktyczna realizacja powracającego często we Lwowie postulatu budowy "nowej kultury". Również przyjęci za patronów Kongresu Romain Rolland, Maksym Gorki, Henryk Mann, Andrzej Strug, a przede wszystkim Manuel Azania będą autorowi Obrony Sancho Pansy towarzyszyć niemal przez całe życie. Kongres to również twórcy, z których wielu - żeby wymienić tylko Władysława Broniewskiego, Leona Schillera, Leona Kruczkowskiego czy Karola Kuryluka - odciśnie silne piętno na powojennej kulturze. To w największym stopniu decydowało o jego bezprecedensowym charakterze i znaczeniu[101]. Tadeusz Banaś określił po latach imprezę lwowską jako "pierwszy polski kongres w obronie zagrożonej godności ludzkiej, w obronie pokoju"[102]. Mniejsza w tym miejscu o prawdziwość tego stwierdzenia; istotne jest hasło, które stanie się za kilka lat trwałym elementem działań kulturalnych Jerzego Borejszy. A i samo wydarzenie, jakim był zjazd, skupiający ludzi różnych poglądów i narodowości, będzie rozpalać jego umysł i nie dawać spokoju, póki nie znajdzie właściwego ujścia.
Z Frontem Ludowym związane jest poniekąd także powstanie Klubów Demokratycznych, a później Stronnictwa Demokratycznego. Borejsza szczególnie blisko związany był z działalnością tych pierwszych, w których zakładaniu czynnie uczestniczył[103]. Idea powołania klubów dyskusyjnych narodziła się w wyniku sprzeciwu wobec aktualnej polityki państwa[104]. W swoich deklaracjach, mimo lewicowych konotacji, kluby nie zdradzały szczególnego pociągu do rewolucyjnych rozwiązań, skupiając się na obronie swobód obywatelskich i pracowniczych. Była to lewicowość nawiązująca przede wszystkim do socjalizmu Józefa Piłsudskiego i PPS sprzed I wojny światowej. Postać marszałka jest zresztą kluczem do zrozumienia fenomenu Klubów Demokratycznych. Ulokowana w centrum rozważań teoretycznych takich ludzi, jak January Grzędziński, Adam Wieczorkiewicz czy Jan Karol Wende, stanowi punkt odniesienia zarówno dla opisu sytuacji teraźniejszej, jak i przyszłej. Podkreślić należy, że kult Piłsudskiego w Klubach Demokratycznych nie miał nic wspólnego z obozem sanacyjnym i piłsudczykami, którzy w przekonaniu "demokratów" mieli odejść od wskazań swego wodza. Notabene, liczne pisma marszałka znakomicie nadawały się do różnorodnych, częstokroć sprzecznych ze sobą interpretacji, a ich romantyczny, silnie nasycony metaforyką styl sprzyjał tego typu zabiegom.
Borejsza nie był jedynym komunistą udzielającym się w Klubach Demokratycznych. Działali w nich m.in. Jan Krasicki, Hanna Sawicka-Szapiro czy Jerzy Albrecht. Szczególne nasilenie aktywności komunistów nastąpiło po rozwiązaniu KPP, kiedy pojawiła się konieczność znalezienia innych form działalności[105]. Otwarta pozostaje kwestia, w jakim stopniu była przez nich akceptowana ideologia Klubów, ze wspomnianym kultem Piłsudskiego na czele. Żadne ze wspomnień byłych działaczy nie przynosi choćby namiastki odpowiedzi na to pytanie. W świetle ubóstwa materiału źródłowego nie znajduje należytego potwierdzenia również pogląd zaprezentowany przez Aleksandra Wata, według którego Kluby Demokratyczne, a potem Stronnictwo, były jedynie agenturalną przykrywką dla działań komunistycznych[106].
Wydaje się raczej, że zaangażowanie w działalność Klubów Demokratycznych było dla Borejszy rozwiązaniem czysto pragmatycznym. Przede wszystkim dawało mu możliwość prezentacji poglądów na łamach legalnej prasy (warto zwrócić uwagę na obszerność publicystyki Borejszy z "Czarno na białem") i w trakcie spotkań dyskusyjnych. Nie miały one charakteru spotkań czysto politycznych, ale były polem ścierania się odmiennych poglądów, a każdorazowo poprzedzał je wykład specjalisty w danej dziedzinie. Dla przykładu, 14 maja 1938 r. w Warszawskim Klubie Dyskusyjnym Borejsza mówił o Hiszpanii, a obok niego głos zabrali Edward Boye i January Grzędziński[107]. Kluby, będąc otwartym forum różnorodnych grup lewicowych, dawały możliwość kontaktu z osobami o bardzo różnych poglądach, wywodzącymi się z odmiennych środowisk. W okresie powojennym trwałość nawiązanych wówczas relacji będzie bardzo widoczna, co może być kolejnym argumentem przemawiającym za postawioną wcześniej tezą, że polityka kulturalna pierwszych lat powojennych wyrastała z założeń powstałych w ramach idei Frontu Ludowego.
Na progu wojny
Końcowy fragment dotyczący działalności w okresie międzywojennym brzmi w autobiografii Borejszy następująco: "Do rozwiązania partii miałem kontakt z Łukaszem [Lipskim], Jakubem Bermanem itd. [...] W żadnej opozycji partyjnej [nie byłem] ani żadnych spraw partyjnych nie miałem. W okresie działalności publicystycznej byłem zaciekle atakowany przez trockistów [wydali pamflet Cień Borejszy]"[108]. Rozwiązanie KPP wydaje się w tym fragmencie czymś naturalnym, niepodlegającym jakiejkolwiek interpretacji. Jest to zrozumiałe zarówno ze względu na charakter spisywanego dokumentu, jak i na czas i miejsce jego powstania. W 1943 r. KPP nadal była obłożona anatemą, a wszelkie stawiane jej zarzuty zachowywały swoją aktualność. Podejrzanym mógł być każdy były członek partii komunistycznej, stąd taka ostrożność w cytowanych wyżej słowach Borejszy. Ani jednego zbędnego stwierdzenia. Ale jest też coś, co zaciekawia. Obok Jakuba Bermana, kierującego wydziałem inteligenckim KPP przy Centralnym Wydziale Zawodowym, pojawia się nazwisko Leona "Łukasza" Lipskiego, sekretarza Tymczasowego Komitetu KPP, tego samego, który sprzeciwił się decyzjom Kominternu i optował za dalszą działalnością partii już poza opieką Moskwy[109]. Musiały więc być to związki znane, jeśli Borejsza się do nich przyznał. Inaczej przecież nie wspominałby tak źle widzianego w ZSRR Lipskiego.
To historia KPP w pigułce, gdzie prawowierność miesza się z odstępstwem. Borejsza, wiedząc, gdzie przebiega linia ortodoksji, stwierdza jednoznacznie, że decyzję partyjną przyjął ze zrozumieniem; co więcej, aby uwiarygodnić swoją ówczesną postawę, pisze o skierowanym przeciwko niemu i jego publicystyce ataku trockistów. Niestety, wspomnianego pamfletu zatytułowanego Cień Borejszy nie udało się odnaleźć - wszelki ślad po nim zaginął, zresztą powołuje się na niego jedynie sam zainteresowany. Nasuwa się podejrzenie, czy ów pamflet kiedykolwiek istniał, czy aby nie był jedynie wymysłem Borejszy. Trockistowski atak był przecież świetną legitymacją prawowierności, a o pojemności wyrażenia "trockista" najpełniej świadczyć może tekst kominternowskiej uchwały o rozwiązaniu KPP, według której "trockistowsko-bucharinowskim wyrodkiem" mógł być nazwany niemal każdy[110].
Przytoczony fragment autobiografii Borejszy zdaje się być jej najtragiczniejszym wyjątkiem. W swojej lakoniczności i powściągliwości ukazuje skomplikowany finał działalności KPP. To również przykład specyficznej ekwilibrystyki, jaką mieli stosować jej byli działacze w latach wojny. Z punktu widzenia biografii Borejszy dyskomfort opisu jego funkcjonowania w ostatnich kilkunastu miesiącach przed wybuchem wojny pogłębiony jest przez zupełny brak jakichkolwiek innych dokumentów, opisujących choćby jego reakcję na decyzję o rozwiązaniu partii. Można jedynie posiłkować się relacjami uogólniającymi przyjęcie przez polskich działaczy nakazu Moskwy. Zofia Dzierżyńska, wówczas już wdowa po Feliksie, pracująca w Komitecie Wykonawczym Kominternu, w notatce streszczającej przebieg rozwiązania KPP stwierdzała: "Rozwiązanie wywołało wśród większości byłych członków partii atmosferę pesymizmu, ucieczkę w sprawy osobiste, pasywność, oderwanie od pracy masowej i związkowej, tchórzostwo. Cały aktyw partyjny rozpadł się na małe grupki, budowane na osobistych sympatiach i przyjaźniach, natomiast między grupkami panowały stosunki wzajemnej nieufności"[111].
Czy nastrój "osierocenia" pojawił się w otoczeniu Borejszy? Czy atmosfera klęski działała aż tak przygniatająco? Wydaje się, że w tym konkretnym przypadku sprawy przebiegały nieco inaczej. Zaangażowanie autora Hiszpanii w Kluby Demokratyczne, oceniana wysoko publicystyka na łamach "Czarno na białem" i "Sygnałów", w końcu związanie się z "Dziennikiem Porannym" i Związkiem Nauczycielstwa Polskiego[112] dowodzą, że o jakiejkolwiek pasywności mowy być nie może. Warto przypomnieć również jego wcześniejsze kłopoty z dostosowaniem się do działań ściśle partyjnych i zachowaniem dyscypliny. Praca poza strukturami partyjnymi nie musiała być dla Borejszy nieszczęściem - doskonale radził sobie bez nich.
Jest jeszcze jedna sprawa, którą w kontekście przedwojennej działalności Borejszy należy podnieść. Oddajmy głos Watowi: "[...] rozwiązanie partii nie oznaczało zamknięcia działalności komunizmu w Polsce. Po prostu między partią rosyjską, NKWD, kontrrazwiedką, Stalinem a komunistami polskimi zostały usunięte ogniwa polskich władz partyjnych. Natomiast komuniści polscy po więzieniach byli tymi samymi komunistami, a na wolności, nie mając partii, byli jednak dyrygowani przez osoby, które miały zaufanie Moskwy. Oczywiście, był to bardzo szeroki wachlarz, to znaczy na pewno były tam osoby , o których czy ambasada, czy Moskwa wiedziała i do których miała zaufanie, aż do bezpośrednich agentów kontrrazwiedki czy NKWD, których było sporo. Kto był po prostu tak zwanym przyzwoitym komunistą, tout court, a kto był agentem, razobratsia nielzia. Kto to może wiedzieć? Otóż jednym z ludzi zaufanych był Jerzy Borejsza, który stał się znany w czasie wojny hiszpańskiej i drukował cykl dobrze napisanych o niej artykułów"[113]. Przekaz Wata jest bardzo czytelny. Borejsza był, w jego przekonaniu, agentem moskiewskim, a jedyną niewiadomą jest ośrodek, któremu służył. To zresztą nie jedyny fragment Mojego wieku, w którym kwestia agenturalnych kontaktów późniejszego prezesa "Czytelnika" się pojawia[114].
Jakie dowody stoją za tak wyraźnie artykułowanym przekonaniem? Oskarżenie jest tak poważne, że pozostawienie go bez komentarza zdaje się być czymś nieprawdopodobnym. A jednak Wat w żaden sposób nie wyjaśnia, skąd bierze się jego pewność, pomijając sugestię, że Kluby Demokratyczne były w całości opanowane przez wywiad radziecki. Uwagę zwraca natomiast wyraźna nienawiść autora Mojego wieku do Borejszy. Jej bezpośrednim wyrazem jest fragment, w którym Wat zwierza się Miłoszowi: "Wiesz, ja jestem gaduła literacki, wychowanek kawiarni literackiej, mam tę słabość, więc jak znajduję się w takiej atmosferze, to potrafię gadać nawet z najgorszymi wrogami, którzy mi zrobili najgorszą krzywdę, z Putramentem nawet, nie mówiąc już o Borejszy"[115]. Genezy takiego stanu rzeczy doszukiwać się należy w wydarzeniach z czasów okupacji radzieckiej Lwowa, kiedy doszło do aresztowania grupy polskich pisarzy, w tym m.in. Wata[116]. Borejsza miał się podczas toczonego przeciwko nim śledztwa zachować podle[117]. Sprawa do dziś nie znalazła rozstrzygnięcia, a relacje o niej są wyjątkowo sprzeczne[118]. Wpłynęła jednak bezdyskusyjnie na relacje między Watem a Borejszą i stać się mogła jednym z powodów wysunięcia oskarżenia o agenturalność. Warto zwrócić uwagę, że pojawia się ono zawsze w momentach dla Wata niejasnych, zaciemnionych, trudnych do wytłumaczenia. Jest swoistym wytrychem, pozwalającym w prosty sposób zrozumieć sens zdarzeń z przeszłości.
Pozostaje sprawą ciekawą, że oskarżenie wobec Borejszy z identyczną siłą pojawia się tylko raz jeszcze, w wywiadzie, jaki z Jakubem Bermanem przeprowadziła Teresa Torańska[119]. Oto wysoki urzędnik państwowy i partyjny z lat działalności kulturalnej Borejszy wydaje autorytarnie opinię o jego "zwerbowaniu". Ale czy Berman mówi coś konkretnego? Przytaczane sensacje, mające uwiarygodnić oskarżenie, znane już były wcześniej, dodatkowo podaje się je odmiennie od tego, co mówili bezpośredni świadkowie[120]. U Bermana, podobnie jak u Wata, wszelkie sytuacje niejasne przekuwane są na argumenty nieprzychylne Borejszy, a rzeczywistych dowodów nadal brak[121]. Szukając jakiejś nici łączącej obie relacje, odwołać się można do kategorii wychodzącej poza związki formalne. Myślę o osobistych relacjach łączących twórców kultury z ówczesnymi wysoko postawionymi działaczami partyjnymi. Układają się one w pewne konfiguracje zależności, opieki, przychylności, nierzadko również nienawiści. Obserwować je można poprzez literaturę memuarystyczną, stąd ich wartość nacechowana jest większą, niż w przypadku innych źródeł historycznych, subiektywnością. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to nadal źródło.
Ponadto, czy czymś innym jest Mój wiek albo wywiady Teresy Torańskiej? Dla przykładu - Aleksander Wat w Dzienniku bez samogłosek pisze: "Profitowałem też z wzajemnych nienawiści, które rozdzierały aktyw literacki. Putrament łącznie z Janiną Broniewską i Kruczkowskim śmiertelnie nienawidzili Ważyka. Ważyk łącznie z Kruczkowskim nienawidził Putramenta. Borejsza nienawidził Żółkiewskiego itd."[122] Autor nie umieszcza w tym zestawieniu siebie, sugerując, że pozostaje na zewnątrz tego świata. Skądinąd wiadomo, że nawet postawa nonkonformistyczna, tak często deklarowana przez Wata, nie wykluczała istnienia zależności personalnych na styku literatura - władza. Pisał o tym Grzegorz Wołowiec, powodów takiego stanu rzeczy szukając w "przyjaźniach, zobowiązaniach z wcześniejszych lat czy względach taktycznych"[123]. Dla zilustrowania swego wywodu autor podaje przykładowe pary twórców i przedstawicieli władzy: Przyboś - Borejsza, Dąbrowska - Wasilewska oraz Wat - Kruczkowski i Ważyk. Zestawienie pomija jedną, kluczową dla opisywanych tu zagadnień relację: Wata i Bermana, zasadzającą się w dużej mierze na niechęci/nienawiści wobec Borejszy. Ta relacja we wspomnieniach Wata jest słabo uchwytna, ale już w relacji Oli Watowej lepiej widoczna[124].
To tylko pewien trop. Bez pełnego dostępu do archiwów rosyjskich rzecz cała opierać się musi na domniemaniach, które żadnej wartości dowodowej nie mają, bądź posiadają ją w stopniu znikomym. Pamiętać trzeba również o możliwości uprawiania gry politycznej przy pomocy karty powiązań agenturalnych. Rzecz to stara jak słońce, od której niewolny jest zarówno dzień dzisiejszy, jak i wszelkie poprzednie epoki. W tym miejscu sprawę domniemanej agenturalności można zamknąć, a wrócić do niej przy opisie pobytu Borejszy w wojennym Lwowie, aby sprawy zyskały odpowiedni kontekst historyczny.
PRZEDMOWA
O mitach, przekłamaniach i rekwirowanych dokumentach
Kwiaty na jego grobie, oprócz najbliższej rodziny, składają dziś jedynie anarchiści. To może dziwić, gdyż jego kontakty z wielbicielami Bakunina czy Kropotkina trwały stosunkowo krótko, a i rozstanie nie należało do najspokojniejszych. Dla wielu był uczestnikiem wojny domowej w Hiszpanii, choć wówczas przebywał w Polsce. Ale kraj Don Kichota oczywiście znał - co więcej, był w nim do końca swoich dni zakochany. To tam, u boku słynnego przywódcy anarchistów hiszpańskich, Buenaventury Durrutiego, i katalońskiego separatysty pułkownika Francesca Macia, przyszłych bohaterów wojny domowej w Hiszpanii, poznał na własnej skórze, czym jest prawdziwa rewolucja - choć pewnie zwykłej przygody było w tym tyle samo. Zawsze powtarzał przecież, że najpiękniejsze dziewczyny mieszkają na Półwyspie Iberyjskim. Głośno mówiło się o jego powiązaniach z radzieckimi służbami specjalnymi, ale dowodu na to - poza protokołami przesłuchań jeńców niemieckich, które prowadził jako kapitan Armii Czerwonej w czasie najcięższych walk o przeżycie ZSRR na froncie pod Kalininem w 1942 r. - nikt nie znalazł. Szczególnie żywe i barwne są opowieści o jego związkach z młodszym, umiejscowionym wysoko w strukturach bezpieki bratem, choć tak naprawdę o ich powiązaniach wiemy bardzo mało. Józef "Jacek" Różański jest dla jednych rewersem Borejszy, a dla innych jego protektorem. Niewiele natomiast mówi się o istniejącym w relacjach między braćmi konflikcie charakterologicznym.
Niemal powszechnie przyjęło się uważać, że ze swojej powojennej podróży do Rumunii Borejsza przywiózł do kraju - prawie siłą - Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale ta relacja nie jest dokładna. Przyczynił się, co prawda, do jego powrotu, pokazując mu zdjęcia zniszczonej Gdyni, ale go nie transportował. Faktem niewątpliwym jest natomiast to, że z pobytu w Moskwie w 1945 r., w którego trakcie ukonstytuował się Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, przywiózł małego pudla. Szczeniak był podarunkiem od wnuczki Lwa Tołstoja. Kira Gałczyńska, młodziutka wtedy sąsiadka Borejszów w Alei Róż, puściła z kolei po latach w obieg plotkę, że prezes "Czytelnika" miał w swoim mieszkaniu sekretną kabinę telefoniczną, z której łączył się z najważniejszymi osobami na wschód od Łaby. Ogłosiła to drukiem. Po sprawdzeniu okazało się, że akurat w prywatnym mieszkaniu pod numerem 15 w Alei Róż 6 Borejsza nie miał nawet aparatu podłączonego do rządowej sieci telefonicznej (tak zwanego wtedy We-Cze). A Władysław Bieńkowski zwykł był jeszcze w 1990 r. powtarzać, że gdyby obaj znaleźli się wśród aborygenów na dalekiej od cywilizacji wyspie, to on sam zostałby szewcem lub stolarzem, a Jerzy bez żadnej wątpliwości byłby burmistrzem wyspy.
Zastanawiać się można, dlaczego wciąż dopisuje się kolejne epizody do i tak barwnego przecież życiorysu? Dlaczego wciąż pojawia się tak wiele anegdot z nim związanych? Czy mają one służyć lepszemu zrozumieniu postaw i wyborów? A może niejasne tłumaczyć się ma przez jeszcze bardziej niejasne? Nie ulega wątpliwości, że jest w tej postaci jakaś tajemnica. Ale też jest to wciąż postać żywa.
Nie więc dziwnego, że osoba i działalność Jerzego Borejszy, mimo upływu lat, fascynuje kolejne pokolenia historyków i publicystów. Z kolei ze wspomnień, w których jego nazwisko przewija się w różnych kontekstach, ułożyć można sporej objętości antologię. Zainteresowanie i pamięć idą zatem w parze. Paradoksalnie jednak wiedza na temat życia i aktywności prezesa "Czytelnika" jest wciąż niewystarczająca. Zdanie to rozumieć można w dwojaki sposób: jest niewystarczająca, ponieważ wielu faktów nie udało się dotąd zidentyfikować, a nawet jeśli były historykom znane, to ich interpretacja pozostawiała wiele do życzenia; niewystarczająca jest również dlatego, że wokół Borejszy narosło wiele mitów, mających różnorodny wydźwięk - zarówno negatywny, jak i pozytywny.
Podstawowym obowiązkiem historyka, zajmującego się tym tematem, jest więc takie rozłożenie akcentów, aby obraz przeszłości nabrał bardziej realnych kształtów. Zrobić można tylko tyle (ktoś inny powie: aż tyle), o pełnym bowiem odtworzeniu przeszłości w tym przypadku mowy być nie może. Jest to zresztą zasadniczy dylemat badaczy dziejów najnowszych, którzy stają przed problemem ogromu materiału źródłowego - problemem obcym choćby ich kolegom mediewistom. To nie jedyny problem. Zakładany tu sceptycyzm w kwestii możliwości bezwzględnego odkrycia prawdy znajduje bowiem jeszcze jedno ważkie uzasadnienie. Czesław Miłosz w Roku myśliwego napisał, w kontekście swych wspomnień o Borejszy, znamienne zdanie: "[...] prawdziwe życiorysy komunistów nigdy nie będą napisane"[1]. Nie należy stwierdzenia poety traktować jedynie jako atrakcyjnej, acz pustej frazy. Jego wiedza na temat komunizmu i osób tę ideologię wspierających jest niepodważalna. Niech więc to zdanie pobrzmiewa niczym memento mojej książki.
Książka niniejsza nie jest klasyczną biografią, ale w niektórych fragmentach przybiera charakterystyczne dla niej formy. Nie jest z pewnością "biografią codzienności", ponieważ w zasadzie pominięte zostało tu życie prywatne bohatera. Mówiąc najprościej, poza polem zainteresowań pozostaje to, czy na śniadanie pijał kawę, czy herbatę, jakie garnitury lepiej na nim leżały, jak również to, które utwory muzyczne nucił przy goleniu (choć ostatnia kwestia, dzięki wierszowi Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, znajduje rozwiązanie). W niektórych miejscach spraw związanych z życiem prywatnym Borejszy nie dało się jednak uniknąć. Dzieje się tak wówczas, gdy dzięki nim możemy dowiedzieć się czegoś o sposobie jego myślenia lub motywach podejmowanych przez niego działań. Za przykład niech posłużą fragmenty dotyczące środowiska rodzinnego, w jakim twórca "Czytelnika" wzrastał. Takie ujęcie pozwala uznać przedstawiony materiał za rodzaj biografii politycznej i intelektualnej.
Za właściwą formułę, pozwalającą określić charakter niniejszej książki, niech posłuży myśl wyrażona swego czasu przez francuskiego mediewistę Jacquesa Le Goffa, który pisał, że biografia wpleciona w narrację historyczną czyni z postaci "podmiot globalizujący"[2]. Uciekał w ten sposób od formuły klasycznej biografii, wobec której historyczna szkoła skupiona wokół pisma "Annales" żywiła sporą niechęć. W tym przypadku Jerzy Borejsza stanie się podmiotem, wokół którego skupiać się będą zagadnienia o dużej różnorodności, nie zawsze bezpośrednio związane z postacią prezesa "Czytelnika". W nim, jak w soczewce, odbijają się główne wątki epoki. Borejsza jest zatem (choć to nieco brzydkie sformułowanie) pretekstem do rozważań na temat zjawisk wykraczających poza ściśle określone granice jego biografii. Wartość użytkową określenia sformułowanego przez Le Goffa wzmacnia także to, że zakłada ono możliwość wiarygodnego opisu przeszłości przy pomocy osób często z drugiego czy trzeciego "szeregu".
Łatwo wyobrazić sobie Józefa Stalina czy Bolesława Bieruta w roli "podmiotów globalizujących", ale już pewnego rodzaju trudności nastręcza ujęcie w ten sposób postaci o mniejszym znaczeniu historycznym. Jest jednocześnie sprawą oczywistą, że konkretne osoby mogą służyć jako pretekst do opisu jedynie wybranych segmentów zjawisk. Próba podjęcia opisu sytuacji gospodarczej w Polsce pierwszych lat powojennych przez pryzmat aktywności społeczno-politycznej Jerzego Borejszy byłaby z góry skazana na niepowodzenie. Większe wątpliwości nie powinny pojawić się z kolei w sytuacji, gdy autora Rewolucji łagodnej uznamy za dobry pretekst do badań nad naturą polityki kulturalnej w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej. W tej sytuacji powodzenie przedsięwzięcia badawczego zależy przede wszystkim od talentu i umiejętności historyka. Na pewno warto podjąć takie wyzwanie.
Polityka kulturalna będzie zatem drugim - tym razem bezosobowym - bohaterem niniejszej książki. O tym, jak nieostre jest to zjawisko, można się przekonać, dokonując choćby pobieżnego przeglądu jego definicji. Do zmian na tym polu dochodziło wraz z następowaniem kolejnych form państwowości polskiej. To, co w okresie międzywojennym oznaczał termin "polityka kulturalna", przestało mieć znaczenie w czasie późniejszym. Aby więc omawiane tu pojęcie odnieść bezpośrednio do okresu objętego ramami chronologicznymi książki, przytoczyć wypada definicję powstałą w epoce Polski Ludowej. Mówi ona, że "polityką kulturalną winniśmy nazywać celową i zorganizowaną działalność państwa oraz organizacji politycznych i społecznych, które inspirują rozwój twórczości artystycznej i zapewniają opiekę nad rozwojem środowisk twórczych, wpływających na upowszechnienie dóbr kultury i rozwijanie aktywnego udziału w życiu kulturalnym"[3]. W definicji tej umyka jednostkowy wyraz działań na polu polityki kulturalnej, choć gdy analizujemy dzieje kultury powojennej, tendencja taka jest widoczna, czemu wyraz daje choćby dobór tematu niniejszej książki. Złożyć to trzeba na karb scentralizowanego i instytucjonalnego podejścia do aktywności kulturalnej, szczególnie w sferze jej inspirowania czy upowszechniania środków służących jej realizacji. Wyłącznie państwo lub instytucje w różnym stopniu przez państwo koncesjonowane mogły przyjąć na siebie obowiązki mecenasa[4]. Zapomniano jednak o tym, że w ramach tych zinstytucjonalizowanych form pracowali konkretni ludzie, nadający polityce kulturalnej kształt przykrojony częstokroć do własnej wizji. Potwierdzeniem może być działalność takich osób, jak Jerzy Borejsza, Stefan Żółkiewski czy Karol Kuryluk. Nie ulega wątpliwości, że wymienieni działacze kulturalni, promując indywidualne pomysły czy style działania, poruszali się w obrębie obowiązującej ideologii. Powinnością historyka jest opis utrwalający całą gamę zachowań i prądów, gdyż tylko w ten sposób obraz przeszłości może być uznany za wiarygodny.
Książka niniejsza stawia więc sobie za cel nakreślenie głównego nurtu zjawisk zachodzących w polityce kulturalnej pierwszych lat powojennych. Tezą wyjściową jest stwierdzenie o niezwykle ważnej roli, jaka wówczas przypadła Jerzemu Borejszy. Odnosi się to przede wszystkim do lat 1944-1948, kiedy stał na czele Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik". Jednym z najistotniejszych problemów będzie rozstrzygnięcie, na ile określenie roli prezesa "Czytelnika", pojawiające się we wspomnieniach i literaturze przedmiotu, jest zgodne z prawdą historyczną. Aby to uczciwie rozstrzygnąć, należy skupić się w pierwszej kolejności na jego głównym projekcie ideowym: "rewolucji łagodnej", z którym to terminem Borejsza jest wśród badaczy utożsamiany[5]. Określenie to stało się bardzo popularne, szkopuł w tym jednak, że zaczęto je stosować do zjawisk częstokroć bardzo od kultury odległych. Nie podjęto przy tym próby pełnego opisu "rewolucji łagodnej" na jej właściwym obszarze. Zabrakło kompletnych analiz sięgających do genezy zjawiska i naświetlających jego części składowe. Problem wziął się poniekąd z tego, że był to temat nieco "podejrzany" politycznie - równocześnie dla obu stron dzisiejszego sporu o pamięć Polski Ludowej. "Rewolucja łagodna", Borejsza i "Czytelnik" słabo wpisują się w schematy interpretacyjne obecne w tej dyskusji. Czym zatem była "rewolucja łagodna"? To jedno z najistotniejszych pytań tej książki.
Choć wspomniane zjawisko w największym stopniu kojarzy się z aktywnością społeczno-polityczną Borejszy, warto wyjść poza ramy je określające, a więc w przybliżeniu poza rok 1948. Jest to czas, kiedy polityczne znaczenie autora Primadonny jednego sezonu ulega dramatycznemu osłabieniu. Także jego wpływ na kulturę staje się nieporównywalnie mniejszy, choćby w wyniku odsunięcia od prezesury w "Czytelniku", nie mówiąc już o dziwnym wypadku z 1 stycznia 1949 r., po którym nigdy nie wrócił do pełni sił. Podjęcie tej tematyki wydaje się jednak niezbędne, aby w pełni zrozumieć okres wcześniejszy. Potraktować to można na zasadzie długiego epilogu, ukazującego, jak koncepcja kultury, zaproponowana przez Borejszę, ulega demontażowi w procesie intensywnego przeszczepiania radzieckich wzorców kulturowych na grunt polski. W ramach tak nakreślonych celów możliwa będzie również odpowiedź na pytanie, ile z założeń "rewolucji łagodnej" ostało się pod naporem metody socrealistycznej. Poszerzenie cezury końcowej o wydarzenia wykraczające poza rok 1948 pozwala również na pokazanie, jak silnie kreowana przez Borejszę koncepcja kulturalna z lat 1944-1948 splotła się z jego życiem osobistym. Przy okazji tych rozważań nie powinno zabraknąć odpowiedzi na pytanie, do jakiego stopnia aktywność kulturalna Jerzego Borejszy nosiła znamiona samodzielności.
Poza tak sformułowanymi celami podstawowymi książka powinna dać odpowiedź na kilka pytań, pojawiających się na marginesie głównych rozważań. Dlatego wiele miejsca zajmą w niej zagadnienia związane z problemem postaw polskiej inteligencji. Borejsza - jako jej reprezentant i w pewnym okresie powiernik ważnej jej części - daje możliwość wglądu w sposób myślenia tej warstwy społecznej o sprawach publicznych. Zagadnienie to jest tym ciekawsze, że rzeczywistość społeczno-polityczna w pierwszych latach powojennych zmienia się radykalnie. Z kolei sam Borejsza, jako homo novus z racji swego pochodzenia, umożliwia prześledzenie stopnia procesów asymilacyjnych i adaptacyjnych, zarówno w odniesieniu do polskiej kultury, jak i samej inteligencji. Nie znaczy to, że autora Rewolucji łagodnej można potraktować jako egzemplifikację losów i poczynań dorastającej w okresie międzywojennym młodzieży pochodzenia żydowskiego, która pod wpływem różnorodnych czynników uległa fascynacji ideologią komunizmu. Zgromadzony materiał źródłowy nie daje do tego podstaw - jest to zresztą problem na osobną książkę.
W naszych rozważaniach nie uda się również uciec od pytań o miejsce polityki kulturalnej promowanej przez prezesa "Czytelnika" w procesie legitymizacji ustroju utrwalanego w Polsce po 1944 r. Chodzi o pokazanie tego, do jakiego stopnia i w jakich obszarach mechanizm propagandowy zastosowany w instytucjach podległych Borejszy sprzyjał nowej władzy.
Napisana przed kilkunastoma laty książka Barbary Fijałkowskiej Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce prowokować może pytanie o sens powstania kolejnej pracy, której bohaterem będzie Jerzy Borejsza[6]. Głębsza analiza ujęcia zmarłej niedawno badaczki musi jednak prowadzić do stwierdzenia, że kolejne opracowanie jest potrzebne. Po pierwsze, moja książka, w przeciwieństwie do wspomnianej pracy, nie ujmuje zagadnienia na zasadzie żywotów równoległych. Osoba młodszego brata Borejszy jest w niej potraktowana zupełnie marginalnie. Za takim rozwiązaniem przemawia kilka powodów, których nie ma potrzeby tu wyłuszczać - staną się one czytelne w trakcie lektury. Z całą pewnością przyjęcie takiej optyki ma charakter polemiczny w stosunku do Fijałkowskiej, dla której punktem wyjścia jest stwierdzenie, że "zarówno Jerzy Borejsza, jak i Jacek Różański to postacie z każdego punktu widzenia typowe dla polskiego stalinizmu"[7]. Łączenia obu postaci nie da się wystarczająco uzasadnić rodzinnymi koligacjami, były to bowiem osobowości zupełnie odmienne, działające w innych obszarach przestrzeni publicznej i posługujące się diametralnie różnymi metodami do osiągnięcia wytyczonych przez siebie celów.
Porównanie obu braci nie jest zresztą zabiegiem wymyślonym przez Fijałkowską - próby takie podejmowano już wcześniej, ale każdorazowo prowadziły one jedynie do chwytliwych w swej retoryce uogólnień. Pod ich ciężarem ginęła skomplikowana materia indywidualnych postaw. Borejsza nie był, w moim przekonaniu, "z każdego punktu widzenia postacią typową dla polskiego stalinizmu", jakkolwiek autorka termin ten rozumiała. Nie można się jednocześnie oprzeć wrażeniu, że pierwszym bohaterem książki Barbary Fijałkowskiej jest Różański, a nie Borejsza[8]. Po drugie, praca wspominanej badaczki stawia sobie cele inne od tych, które zostały sformułowane wyżej. Mówiąc najbardziej obrazowo, autorka przez cały czas pisze o Beniaminie Goldbergu, podczas gdy moim bohaterem jest Jerzy Borejsza. Pracę olsztyńskiej badaczki traktować należy jak klasyczną biografię, w której skupia się ona przede wszystkim na życiorysie bohatera, mnie natomiast interesować będzie myśl, wyrażana najczęściej w artykułach i książkach, pisanych przez samego Borejszę lub ludzi z nim współpracujących; myśl - dodać można - która znajdowała następnie swe praktyczne odzwierciedlenie. Drugi temat mojej książki - polityka kulturalna - jest w ujęciu Fijałkowskiej jedynie tłem dla poczynań bohatera, czym można tłumaczyć jej małe zainteresowanie tymi problemami. I sprawa najistotniejsza: materiał, który udało mi się w trakcie przygotowywania tej książki zebrać, znacznie wykracza poza bazę źródłową, na której powstało studium olsztyńskiej badaczki. Kwestią nie bez znaczenia jest również to, że metoda analizy i prezentacji źródeł, jaką w swej pracy przyjąłem, jest zasadniczo różna od zastosowanej w książce Borejsza i Różański.
W uzasadnieniu napisania tej książki nie chciałbym odwoływać się wyłącznie do publikacji Barbary Fijałkowskiej. Biorąc pod uwagę zainteresowanie (a raczej jego brak) historyków tematami z obszaru polityki kulturalnej pierwszych lat powojennych, jej powstanie wydaje się jak najbardziej uzasadnione. W różnym stopniu konkluzja ta dotyczy zresztą całości badań nad historią kultury - czy też owym specyficznym stykiem kultury i polityki - w okresie Polski Ludowej. Znamienne, że dotychczas nie powstała ich synteza, zamknięta latami 1944-1989. Za taką trudno uznać bowiem kronikarskie opracowanie Marty Fik[9] oraz marginalne ujęcia zagadnień kulturalnych, pojawiające się na kartach powstałych w ciagu ostatnich kilkunastu lat syntez najnowszych dziejów Polski[10]. Sytuacja nie wygląda lepiej, jeśli spojrzymy na opracowania zajmujące się wyłącznie okresem "rewolucji łagodnej". Bodaj jedynym syntetycznym jego opracowaniem, powstałym po 1990 r., jest popularnonaukowe ujęcie autorstwa wspominanej już autorki Kultury polskiej po Jałcie"[11]. Pobieżny wgląd w jego zawartość pokazuje jednak, jak niewiele dotychczas na tym polu zrobiono.
Ze starszych opracowań podejmujących ogólne zagadnienia polityki kulturalnej w okresie "rewolucji łagodnej" wspomnieć można o innych pracach Barbary Fijałkowskiej[12]. Publikacje wspomnianej badaczki, przy wszystkich swych zaletach, wynikających z przedstawienia przebogatej faktografii, mają jedną zasadniczą wadę, którą jest punkt widzenia, z jakiego były pisane. Mamy tu do czynienia ze sprzęgnięciem ówczesnej idei państwowej, jaką była w połowie lat 80. ubiegłego stulecia próba odnowienia zasad marksizmu-leninizmu, z badaniami naukowymi, które z założenia powinny pozostawać bezstronne. Efektem tego było dość tendencyjne dobranie materiału źródłowego oraz specyficzne naświetlenie badanego problemu. Autorka ograniczyła się w dużej mierze do przedstawienia materiału faktograficznego, bez dotykania zagadnień, które mogłyby w jakiś sposób naruszyć wcześniej założone tezy. Dodatkowym mankamentem pracy Polityka i twórcy jest to, że dotyczy ona przede wszystkim okresu po 1948 r. Również nowsze prace omawiające zagadnienia związane z polityką kulturalną pierwszych lat powojennych są bardzo nieliczne. Znajdziemy tu kilka książek i artykułów, głównie o charakterze przyczynkarskim[13]. W ostatnich latach na uwagę zasługuje na pewno praca Urszuli Urban, która przynosi sporo nowego materiału dokumentacyjnego, ale i ona zajmuje się jedynie wąskim wycinkiem ówczesnego życia kulturalnego[14]. Ten pobieżny przegląd najważniejszych pozycji syntetyzujących wiedzę o polityce kulturalnej lat 1944-1948 świadczy o aktualności i konieczności pogłębionych badań w tej materii.
Pozostając jeszcze przez chwilę przy właściwych motywach zajęcia się osobą Jerzego Borejszy, wypada odpowiedzieć na pytanie: dlaczego właśnie on? Czy nie można było opisać zmian w polskiej kulturze, sięgając do biografii innych działaczy? Czy, na przykład, nie nadawałby się do tego lepiej Stefan Żółkiewski, który pozostawił po sobie o wiele większą spuściznę pisarską i publicystyczną? Odpowiedź na tak postawione pytania jest oczywista: tak, można było za "podmiot globalizujący" przyjąć i Żółkiewskiego, i Karola Kuryluka, i Władysława Bieńkowskiego - że ograniczę się tylko do tych trzech nazwisk - ale porównanie oryginalności materiału źródłowego, który działacze ci pozostawili po sobie, z tym, co pozostało po Borejszy w archiwum kompletowanym przez jego syna, przynosiło odpowiedź jednoznaczną[15]. Pozostali działacze "postawieni na odcinku kultury" nie pozostawili po sobie właściwie rozumianych archiwów domowych, w przypadku Bieńkowskiego odwołać się można niemal wyłącznie do maszynopisów prac wcześniej ogłoszonych, które z całą pieczołowitością przechowuje Biblioteka Narodowa. W rodzinnych szufladach pozostało naprawdę niewiele - spójrzmy, co na temat swego ojca pisała w ostatnich latach Ewa Kuryluk: jej informacje są skąpe, przesiąknięte mgłą niedopowiedzeń i swoistej mitologizacji, a winy za to nie ponosi jedynie literacka czy artystyczna natura córki pierwszego redaktora naczelnego "Odrodzenia"[16]. Jesteśmy w zdecydowanie gorszej sytuacji niż choćby Czesi. Tam pozostało wiele pamiętników i osobistych materiałów powojennych działaczy kulturalnych, np. Jirˇiego Pelikána czy Zdenka Mlynárˇa. Ale problem ten nie dotyczy jedynie historiografii Polski Ludowej i jest zdecydowanie szerszy. Przykładowo - biografia Andrzeja Struga raczej będzie dziś dalece niekompletna bez materiałów masońskich, w sprawie biografii Wandy Wasilewskiej również niewiele można zrobić, jeśli zważy się na trudności z dostępem do archiwów rosyjskich i luki w jej archiwach osobistych. To tylko dwa przypadki, ale podobne przykłady można mnożyć. Dużo łatwiej, jak się okazuje, jest napisać monografię całych pokoleń, czego dowiedli Jaff Schatz[17], a nie tak dawno Marci Shore[18]. Notabene, zastanawiające jest, że tematy tak istotne i ciekawe podjęli autorzy zagraniczni. Czy uprawnia to do wysuwania jakichś daleko idących wniosków? Wydaje się, że tak, choć nie miejsce tutaj na roztrząsanie przyczyn małej popularności badań nad historią polskiej lewicy.
Do wspomnianego materiału źródłowego dochodzi mnóstwo dokumentów z innych archiwów, wśród których największe znaczenie mają materiały z Archiwum Akt Nowych (AAN) w Warszawie. Praca w tym archiwum miała charakter wielokierunkowy. Za materiał wyjściowy posłużyły akta ze spuścizny po Jerzym Borejszy, których historia sama w sobie jest fascynująca. Składają się na nią dokumenty, które po śmierci autora Primadonny jednego sezonu zostały zabrane z jego prywatnego mieszkania przy Alei Róż i zdeponowane w Kancelarii Prezydenta RP[19]. Nie trzeba dodawać, że działo się to bez aprobaty najbliższej rodziny Borejszy. Domniemywać można, że w wyniku tak specyficznego przejęcia doszło do jakiejś selekcji materiału; niestety, jak dotąd nie udało się odnaleźć jakiegokolwiek protokołu przekazania tych dokumentów. Pytanie, po co to zrobiono i na czyje polecenie, jest jedną z ciekawszych tajemnic związanych z osobą twórcy "Czytelnika". Materiał zgromadzony w AAN, mimo domniemanego wybrakowania, okazał się niezwykle wartościowy. To samo można powiedzieć o dokumentach przechowywanych w zbiorach KC PPR i PZPR. Szczególny nacisk w tym przypadku położyłem na analizę materiałów wydziałów oświaty i kultury oraz propagandy. Również dokumenty innych instancji partyjnych, choć już w nieco mniejszym stopniu, znalazły się w polu zainteresowania piszącego te słowa.
Moja kwerenda w warszawskim archiwum objęła również archiwalia wytworzone przez organy państwowe czy instytucje, w których pracował bądź z którymi współpracował Borejsza w ramach swej działalności społeczno-politycznej. Myślę tu o zbiorach akt m.in. Związku Patriotów Polskich, Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, Krajowej Rady Narodowej, Ministerstwa Informacji i Propagandy, Ministerstwa Kultury i Sztuki czy Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Ciekawe materiały znalazłem ponadto w spuściźnie archiwalnej pozostawionej przez działaczy społecznych lub partyjnych, którzy zetknęli się w swej pracy z Borejszą (Adam Ciołkosz, Szymon Zachariasz, Jakub Berman, Bolesław Bierut).
Materiał z innych archiwów państwowych, w których prowadziłem kwerendę (Archiwum Muzeum Literatury, Archiwum Państwowe w Szczecinie i Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie [AIPN]), ze względu na jego mniejszą wagę, potraktowany został w książce marginalnie. Trzeba też dodać, że w przypadku AIPN pojawił się poważny problem z dostępem do materiału archiwalnego. Po uzyskaniu wglądu w inwentarz zasobów archiwum dowiedziałem się, że interesujący mnie materiał obejmuje zaledwie kilka jednostek archiwalnych. Dokumenty w nich zawarte dotyczyły spraw zupełnie drugorzędnych. Trudno przypuszczać, aby był to cały materiał dotyczący Jerzego Borejszy, zgromadzony przez Urząd Bezpieczeństwa. Moje kilkakrotne prośby o szczegółową kwerendę oraz monity w tej sprawie, skierowane do AIPN, pozostały bez echa. Dłuższe oczekiwanie na ewentualny materiał mijało się, w moim przekonaniu, z celem, toteż świadomie podjąłem decyzję o przystąpieniu do pracy nad książką bez materiałów wytworzonych przez służby specjalne.
Wiele źródłowych informacji dotyczących działalności "Czytelnika" uzyskałem w archiwum wydawnictwa. Określenie "archiwum" jest w tym przypadku zastosowane nieco na wyrost, ponieważ składają się na nie jedynie księgi protokołów posiedzeń Rad Nadzorczych i Walnych Zgromadzeń Spółdzielni. Ogromna spuścizna "Czytelnika" kilka lat po jego likwidacji, w latach pięćdziesiątych, została oddana "na przemiał"[20]. Wiele dokumentów - bezcennych dla odtworzenia dziejów tej instytucji - przepadło na zawsze. Piszący monografię "Czytelnika" staje przed nie lada problemem: czytając w rozlicznych memuarach o jego potędze, o swoistym państwie w państwie, nie ma właściwie możliwości wiarygodnego potwierdzenia tej opinii w dokumentach.
Kończąc omawianie archiwaliów wykorzystanych przy pisaniu książki, wspomnieć chciałbym o dokumentach pochodzących z dwóch rosyjskich archiwów - Centralnego Państwowego Archiwum Literatury i Sztuki w Moskwie (CPALS) (Centralnyj Gosudarstwiennyj Archiw Litieratury i Iskusstwa) oraz Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historii Społeczno-Politycznej w Moskwie (RPAHSP) (Rossijskij Gosudarstwiennyj Archiw Socyalno-Politiczeskoj Istorii). Chciałbym zaznaczyć, że nie korzystałem osobiście z zasobów tych instytucji, a jedynie - dzięki uprzejmości prof. Jerzego W. Borejszy - uzyskałem wgląd w uwierzytelnione kopie dokumentów, jakie zgromadził on w trakcie pracy w rosyjskich archiwach. Zdecydowałem się na wykorzystanie tej dokumentacji, nieco wbrew przyjętym zasadom rzemiosła historycznego, tylko dlatego, że jest to materiał uzupełniający, przy którego pomocy można w kilku przypadkach doprecyzować poruszane tu wątki. Składają się nań dokumenty z "kominternowskiej" teczki Jerzego Borejszy (RPAHSP) oraz z zespołu Marii Michajłowny Szkapskiej i innych osób związanych z działalnością autora Rewolucji łagodnej na polu kulturalnym (CPALS).
Kończąc już, przytoczę jeszcze jeden istotny powód uzasadniający podjęcie tematu - świadomość i chęć przedstawienia nowego spojrzenia na biografię Jerzego Borejszy, a także na polską politykę kulturalną w latach 1944-1952. Odmienność ta wynikać ma przede wszystkim z uwarunkowań pokoleniowych - że posłużę się słowami niemieckiego historyka i publicysty Sebastiana Haffnera, który zaobserwował, że w społeczeństwach demokratycznych pojawienie się nowego pokolenia musi przynieść nową interpretację historii. "W przeciwieństwie do Niemiec - pisał - w Anglii jest rzeczą uznaną, że każda nowa generacja przedłożyć musi swoją własną wizję przeszłości. Dzieje się tak nie dlatego, że nowe pokolenia nagle wchodzą w posiadanie wiedzy absolutnej, nieznanej dotąd ich poprzednikom, lecz dlatego, że nasza płynna rzeczywistość za każdym razem odsłania nowy aspekt prawdy dotyczącej przeszłości"[21]. Chciałbym podkreślić przy tym, że zaproponowanego w tej pracy ujęcia tematu nie traktuję jako "nowego początku" w badaniach nad polityką kulturalną pierwszych lat powojennych. Ciągłość w stosunku do wcześniejszych pokoleń badaczy jest zachowana, czego najlepszym odzwierciedleniem bibliografia, w której można znaleźć wiele prac starszych, pisanych również w okresie Polski Ludowej. Moja książka nie wynika z jakichkolwiek przesłanek ideologicznych - nie jest żadnym "odcięciem się" od przeszłości, gdyż tak rozumianej po prostu nie mam. To indywidualna, wynikająca z analizy dokumentów i relacji próba nadania obrazowi przeszłości maksymalnie zobiektywizowanego kształtu. Nic więcej.
* * *
Pisanie tej książki było dużym wyzwaniem i wielką przygodą. Bez pomocy i życzliwości wielu osób z pewnością nie byłbym w stanie jej ukończyć w zamierzonym kształcie. Nie sposób wymienić tu wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób pomogli mi w ciągu kilku lat pracy, ograniczę się więc do wymienienia tych, którym zawdzięczam najwięcej. A zatem: serdeczne podziękowania za cenne wskazówki i opiekę niech przyjmie promotor mojej rozprawy doktorskiej, prof. Kazimierz Kozłowski, a także jej recenzenci, prof. prof. Danuta Dąbrowska i Jerzy Eisler. Za poświęcony mi czas, ogromną życzliwość i zaufanie, które było dla mnie ważnym impulsem do pracy, dziękuję prof. Jerzemu W. Borejszy. Doktorowi Grzegorzowi P. Bąbiakowi dziękuję za cierpliwość w czytaniu, wnikliwe uwagi oraz przyjęcie na siebie roli Wergiliusza podczas moich warszawskich wędrówek; kolegom ze studiów doktoranckich - dr. Tomaszowi Sikorskiemu i dr. Radosławowi Skryckiemu oraz dawnym współpracownikom z Instytutu Pamięci Narodowej w Szczecinie - dr Małgorzacie Machałek, dr. Radosławowi Ptaszyńskiemu i Pawłowi Miedzińskiemu - za możliwość przedyskutowania problemów wynikłych w trakcie pisania książki, a także za uważne jej przeczytanie. Doktorowi Wojciechowi Lizakowi wdzięczny jestem za inspirację i zachętę do szukania wyjaśnień mniej oczywistych. Michałowi Przyborowskiemu chciałbym szczególnie podziękować za wiele cennych informacji dotyczących młodzieńczych, anarchistycznych lat Jerzego Borejszy. Marii Skrzypczak winien jestem ciepłe słowa za opiekę podczas pobytów w Warszawie. Rodzicom dziękuję za wsparcie. W końcu - co nie znaczy, że są to podziękowania najmniej ważne - dziękuję najbliższym mi osobom - Magdzie i Eli, którym jednocześnie książkę tę dedykuję.
[...] gdy jeszcze światło nie oddzielone było od ciemności, nie było Związku Literatów i tramwajów, duch Borejszy unosił się już nad wodami.
Antoni Słonimski
Malownicze nazwisko, ale przybrane. Stylizacja również w życiu na rubasznego szlachciurę, choć to było tylko maską. Najbardziej międzynarodowy z polskich komunistów. [...] z niczego zbudował, poczynając od 1945 roku, swoje państwo książki i prasy. "Czytelnik" i inne domy wydawnicze, gazety, tygodniki, wszystko od niego zależało - posady, przyjęcie książek do druku, honoraria. Byłem w jego stajni, wszyscyśmy byli.
Czesław Miłosz
Jerzy Borejsza, dyrektor chlubnie znanego wydawnictwa "Czytelnik", niekoronowany król naszej prasy, osobistość niezwykle dobrze poinformowana, wpływowa, słowem - nie byle kto.
Stefan Kisielewski
Był Mistrzem Korupcji, Arcykoruptorem. Jego stalinizm odznaczał się miękkim, bardzo miękkim podbrzuszem, nie jest nawet pewne, czy w głębi ducha (zwłaszcza po doświadczeniach hiszpańskich) uważał się wciąż za stalinistę. Był komunistą "oświeconym", na powierzonym mu "odcinku literatury" widział w pisarzach raczej przekupnych (i dyspozycyjnych) literatów dworskich, niż "inżynierów dusz".
Gustaw Herling-Grudziński
Lubi życie w nowym stylu, dyktować listy, odpowiadając w tym czasie kolejno na sześć linii telefonicznych, które mają ten brzydki zwyczaj, że dzwonią wszystkie naraz; pisać artykuł, wydając jednocześnie polecenia swoim sekretarkom; potem rzucić się całym swoim ciężarem na siedzenie samochodu, popędzić na lotnisko i polecieć w jakiejś niecierpiącej zwłoki sprawie do Paryża, Londynu czy Moskwy. Na odpoczynek będzie zawsze czas później, w jakiejś mglistej epoce starości.
Dominique Desanti
(przeł. Zbigniew Gregorczyk)
Mówił ze swadą, barwnie i zaskakująco, używał wielu wymownych wykrzykników. Rozwijał przede mną naraz moc różnorodnych projektów budowlanych, przemieszanych z wnikliwą analizą książek wnoszących nową interpretację historii i życia. "Posłuchaj mnie, Pablo, prawdziwym bohaterem był nie Don Kichot, ale Sancho Pansa". W jego zrozumieniu Sancho był głosem narodowego realizmu. "Kiedy Sancho rządzi krajem, robi to dobrze, gdyż rządzi w nim sam naród". [...] Dzisiaj wielki Borejsza, ten wymizerowany i dynamiczny Kichot, wielbiciel Sancho Pansy, człowiek nadzwyczaj wrażliwy i światły, budowniczy i marzyciel, jak tamten innych Kichot, wypoczywa po raz pierwszy.
Pablo Neruda
(przeł. Henryk Czesław Śliwiński)
U nas mógłby zostać nawet Prezydentem, a tam wróci i go zmarnują.
Walter Lippman
(cyt. za Józef Winiewicz, Wspomnienia)
ROZDZIAŁ 3Wojna (1939-1944)
Droga do Lwowa
Jak to się stało, że w momencie zakończenia wojny niezbyt wybijający się, choć utalentowany i ambitny działacz nieistniejącej partii staje się jedną z ważniejszych postaci polskiego życia politycznego? Biorąc pod uwagę specyfikę wojenną, nie ma w tym nic niezwyczajnego. Wszak znane są z tego okresu o wiele ciekawsze kariery polityczne. Było to poniekąd efektem specyficznej, wymuszonej przez wojenny kataklizm zmiany generacyjnej, w której wyniku na świeczniku władzy pojawiły się osoby dzielące z Borejszą doświadczenia pokoleniowe lub sytuujące się w ich pobliżu. Ale to wyjaśnienie razi uogólnieniem. W przypadku biografii późniejszego prezesa "Czytelnika" trudno pozbyć się pewnej dozy zdumienia, znamy już bowiem nieco jego przeszłość. I jeśli publicystyka Borejszy, zwłaszcza z lat wcześniejszych, spełniała w jakimś stopniu wymogi stawiane ludziom pióra w państwie radzieckim, to już jego aktywność polityczna i kontrowersyjność zachowań pozostawiały wiele do życzenia. Na tak zarysowanym tle lepiej widać niezwykłość tej wojennej kariery. Czy była to gra va banque na miarę kapitana z Köpenick[1], czy może efekt nowo odkrytych talentów politycznych, pozwalających na szybkie odnalezienie się w upiornej rzeczywistości, nad którą górowała postać Józefa Stalina?
Wojna rozpoczęła się dla Borejszy podobnie jak dla tysięcy warszawian. Po wezwaniu pułkownika Romana Umiastowskiego wyszedł wraz z rodziną z bombardowanej stolicy w początkach września 1939 r. Kierowali się na wschód, do miejscowości Berezne koło Równego, gdzie mieszkali teściowie Borejszy. Zostawili tam na zimę małego syna, a sami udali się do Lwowa. O reakcji autora Hiszpanii na wybuch wojny polsko-niemieckiej źródła milczą. Odwołać się jednak można do jego publicystyki poprzedzającej konflikt. Otóż hitlerowskie Niemcy były dla Borejszy kontynuacją pruskiego ekspansjonizmu i jakakolwiek ugoda z nimi nie mogła wchodzić w grę[2]. Była to zresztą postawa zgodna z linią wyznaczoną przez Front Ludowy. Brak ugody, przy charakterze ówczesnego państwa niemieckiego, prowadzić musiał do nieuchronnego starcia. Zdawali sobie z tego sprawę wszyscy. Niewiadomą pozostawał jedynie jego wynik, choć wiara w to, że państwo polskie zdoła pokonać wroga, była silnie rozbudzona zarówno po lewej, jak i po prawej stronie ówczesnej sceny politycznej. Temu nastrojowi uległ częściowo również Borejsza, który jednocześnie w swoich analizach nie przewidywał jakichś niezwyczajnych wypadków, odróżniających przyszłą wojnę od wcześniej prowadzonych[3]. Konflikt zbrojny z zachodnim sąsiadem miał więc być jednym z wielu, a świat po jego zakończeniu powinien wrócić w dawne koleiny. Zmienić się miało w każdym razie niewiele.
O ile ocena postawy Niemiec jest łatwa do odtworzenia, to sprawa stosunku Borejszy do działań ZSRR po 17 września 1939 r. opierać się musi całkowicie na poszlakach i domysłach. W artykule Kunktatorom z Zachodu Borejsza przewidywał, że po wybuchu wojny polsko-niemieckiej Związek Radziecki zajmie postawę bierną. Przekonanie to wywodziło się z tzw. kasztanowej mowy Stalina na VII Plenum WKP(b), której naczelnym punktem było stwierdzenie, że ZSRR nie będzie się angażował w konflikt między Niemcami a państwami zachodnimi na tle różnic wynikłych z prób podważenia traktatu wersalskiego[4]. Tekst ten powstał jednak jeszcze przed zawarciem paktu Ribbentrop-Mołotow, który odwrócił zupełnie wektory radzieckiej polityki zagranicznej. Na temat traktatu Borejsza konsekwentnie milczał. Postawę tygodnika "Czarno na białem", z którym w tamtym czasie współpracował, wyrażał w tym względzie Wincenty Rzymowski, w tekście pełnym niepokoju wobec dramatycznego wzrostu zagrożenia polskiej państwowości. Przypomnieć warto, że Rzymowski był entuzjastą Frontu Ludowego. Sympatia dla działań ZSRR, będąca silnym komponentem tej idei, zostaje tu z dnia na dzień zastąpiona niezrozumieniem i potępieniem, co dobitnie wyraża oskarżenie skierowane wobec Stalina, że "ideologię, w którą się stroił, sam postawił w poczekalni Kominternu, jak zdeptany łachman"[5]. Słowa te oddają w pełni miarę szoku, jakim było dla świata lewicy porozumienie niemiecko-radzieckie.
Czy takim samym wstrząsem było ono dla Borejszy? Trudno to jednoznacznie stwierdzić, chodzi jedynie o wskazówkę, jak środowisko, w którym się w tamtym czasie obracał, przyjmowało zmiany zachodzące w międzynarodowej polityce. To samo odnieść można do wydarzeń z 17 września, który nie musiał być wyczekiwanym dniem polskich komunistów[6]. To, czy owa "rewolucja z zewnątrz" była szczytem szczęścia dla niedobitków polskich działaczy komunistycznych, jest rzeczą raczej wątpliwą, przynajmniej w wymiarze powszechnym[7]. Ludzie ci całkiem nieźle poznali już działanie systemu radzieckiego i jego niebezpieczeństwa. Widziałbym to raczej w kategoriach pewnego dramatu. Ucieczka Borejszy spod niemieckiej okupacji jawi się w tym kontekście jako wybór bardziej pragmatyczny niż ideologiczny. To nie chęć przynależności do wspólnoty radzieckiej była czynnikiem decydującym, lecz kwestia ochrony życia swojego i najbliższych. Borejsza nie mógł zostać w Warszawie zarówno ze względu na żydowskie pochodzenie, jak i dotychczasową działalność publicystyczną, w której hitlerowskie Niemcy nie były traktowane zbyt łagodnie. Nie wydaje się więc, by uznawał ZSRR za swoją ojczyznę, bez względu na to, czy sformułowania takie znaleźć można w jego publicystyce z okresu lwowskiego[8]. Mamy tu do czynienia z wyborem, dla którego w owej chwili nie było alternatywy. Kilkuletnia praktyka w roli członka partii komunistycznej i obserwatora jej wolt ideologicznych była w jego przypadku wyjątkowo przydatną lekcją. Borejsza podejmuje więc grę, do której predysponował go zarówno charakter, jak i silnie rozbudzone ambicje. Rozdział poświęcony okresowi wojennemu w książce Barbary Fijałkowskiej zatytułowany jest Szkoła "dialektyki"[9]. To ujęcie wymaga korekty. Lwów nie był dla Borejszy szkołą, ale praktycznym egzaminem.
Wystarczy wspomnieć tylko o specyficznej mimikrze psychologicznej, stosowanej przez osoby żyjące w obrębie wpływów państwa radzieckiego. Najlepszy wykład tej postawy dał Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle, wprowadzając kategorię Ketmana[10]. Pojęcie to nie odnosi się jedynie do osób działających w Polsce powojennej, ale rozciąga się na inne momenty bezpośredniego zetknięcia się z ideologią komunistyczną, a tym samym również na okres lwowski. Ketman to nie jest zwykły oportunizm, za którym stoją kariera czy strach, ale działanie na rzecz reinterpretacji rzeczywistości, w której przyszło człowiekowi działać[11]. Można tę kategorię krytykować za nadmierny intelektualizm, ale nie wystarczy przecież powiedzieć, że źródłem sukcesów komunizmu było to, że "ludzie dają się łatwo oszukiwać, przekupywać i zastraszać"[12]. Choć strach rzeczywiście był we Lwowie powszechnie odczuwalny[13], a synonimem, zastępującym często "lwowskie lata 1939-1941", jest określenie "wielki strach", wzięte z powieści Juliana Stryjkowskiego[14]. To nie on jednak był w przypadku Borejszy podstawowym regulatorem postaw wobec ludzi i władzy. W każdym razie nic na ten temat nie wiadomo. Z relacji osób bliskich autorowi Hiszpanii wynika, że strach pojawił się zdecydowanie później i nie należy go wiązać z okresem lwowskim[15].
Borejsza daleki był też od stwierdzenia poety Mieczysława Brauna, że u Niemców "grozi śmierć fizyczna", a pod okupacją radziecką "śmierć ducha"[16]. Zgodzić się mógł jedynie na pierwszy człon wypowiedzi, wraz z początkiem pracy we Lwowie rozpoczęła się bowiem jego gra, której celem była obrona tego, co z polskiej kultury dało się w zaistniałej sytuacji ocalić. Mówiąc językiem Miłosza, Borejsza chciał innej interpretacji "nowej wiary". Czy rzeczywiście "wierzył"? Kwestia do dyskusji. Zdefiniowanie w ten sposób postawy Borejszy w okresie lwowskim nie służy łatwemu wybielaniu jego osoby i podejmowanych przez niego działań. Faktem niezaprzeczalnym jest bowiem uznanie "Czerwonego Sztandaru" za "pismo gadzinowe"[17], a jego współpracowników za kolaborantów[18]. Rzecz jednak w tym, że oddanie narracji fetyszowi "nagich faktów" nijak ma się do rzeczywistości, w której te właściwie nigdy nie występują[19]. Wycieniowanie obrazu wydaje się niezbędne do zrozumienia ducha opisywanych czasów, w nielicznych tylko przypadkach przybierającego formy ostre.
Na sprawę spojrzeć można przez pryzmat różnicy w możliwościach rozwoju polskiego życia kulturalnego pod dwiema okupacjami. Usuwając na razie na bok kwestie ideologizacji we Lwowie czy Wilnie, widzimy, że polska kultura miała tu daleko większe możliwości rozwoju niż w Warszawie czy Krakowie. Żywiąc takie przekonanie, na wschód przemieszczała się spora część polskiej inteligencji[20]. Szukając analogii historycznych, można stwierdzić, że sytuacja kultury polskiej pod okupacją radziecką byłaby zbliżona do okresu zaborów. Niemiecki agresor stawiał polską kulturę w zupełnie nowej sytuacji. Celem Hitlera była jej całkowita eksterminacja[21]. Do rangi symbolu urasta fakt, że kiedy na terytorium okupowanym przez Rzeszę usuwano pomniki Mickiewicza, we Lwowie obchodzono 85. rocznicę jego śmierci. Sprawę tę można zbyć stwierdzeniem, że była to jedynie cyniczna, propagandowa impreza, jakich wiele w systemie stalinowskim, ale będzie to znaczna niesprawiedliwość względem organizatorów i uczestników tych wydarzeń, którzy każdy przejaw polskości traktowali z najwyższą powagą[22]. Bez tego rozróżnienia lwowska działalność Borejszy, Boya-Żeleńskiego i wielu innych wybitnych twórców staje się niezrozumiała. Ale czy w takim myśleniu nie ma pułapki? Można było, rzecz jasna, milczeć, tylko czy milczenie w tej sytuacji miało jakiekolwiek znaczenie? Autor Obrony Sancho Pansy milczeć nie chciał, a zaistniałą sytuację próbował modelować na różne sposoby. Warto się tym działaniom przyjrzeć bliżej.
Ossolineum
Data przybycia Borejszy do Lwowa nie jest znana. Wiadomo jedynie, że wraz z rodziną dotarli tam już po wkroczeniu wojsk radzieckich, a więc po 22 września, kiedy zalążki życia kulturalnego właśnie się formowały. Borejsza wchodził w nie jako człowiek nowy - bieżeniec - co w jakimś stopniu uzależniało go od obecnych na miejscu osób i struktur. W jaki sposób szukał dla siebie miejsca? Z kim się kontaktował? Tych kilka tygodni poprzedzających podjęcie pierwszej ważnej pracy skrywa mgła niewiedzy. Widzimy go dopiero pod koniec listopada, kiedy obejmuje stanowisko dyrektora Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Okoliczności powierzenia mu tej funkcji nie są zbyt jasne. Żadnego merytorycznego przygotowania do kierowania biblioteką nie miał. Zdecydowanie więcej wiedział na temat pracy wydawniczej i można przypuszczać, że to był jeden z argumentów, skłaniających władze do powierzenia mu roli kierownika Ossolineum. Piszę "jeden z argumentów", szukając również przesłanek pozaideologicznych, stojących za jego nominacją. Nie ulega wszak wątpliwości, że głównym powodem powierzenia Borejszy tej posady było zaufanie, jakim cieszyć się musiał u ówczesnej władzy radzieckiej. Nie wiadomo, jaki organ stał bezpośrednio za nominacją (prawdopodobnie Tymczasowy Zarząd Obwodu Lwowskiego), wiadomo tylko, że Borejsza musiał uchodzić w oczach administracji za osobę na tyle wiarygodną, aby pełnić swoją funkcję[23].
Jego dotychczasowa działalność raczej w niewielkim stopniu predestynowała go do kierowania dość pokaźnym zespołem pracowników. Zważywszy dodatkowo na jego anarchistyczną przeszłość, wszystko to nabiera specyficznego kolorytu. Nie był na pewno człowiekiem przywiezionym "w teczce", a o funkcję dyrektora wystarał się na miejscu we Lwowie. Być może stała za tym znajomość z Karolem Kurylukiem, który dzięki swej przedwojennej działalności cieszył się wówczas sporymi wpływami w mieście. Jego rekomendacja wiele znaczyła. I rzeczywiście, opinię taką można znaleźć w dokumentach moskiewskiego archiwum literatury i sztuki[24]. Nie jest jednak sprawą przesądzoną, czy opinia redaktora "Sygnałów" miała dla pozycji Borejszy we Lwowie wagę zasadniczą. Równie wiarygodnym wytłumaczeniem może być bowiem to, że Borejsza po prostu wymógł na władzach okupacyjnych powierzenie mu stanowiska. Byłoby to charakterystyczne dla jego sposobu bycia, nacechowanego skłonnością do brawury. Moment całkowitej niepewności i rozluźnienia dotychczasowych hierarchii sprzyjał temu znakomicie. W każdych warunkach jest to czas dla zaistnienia różnych, czasem najbardziej niewiarygodnych karier, kiedy wszystko zależy od umiejętności autopromocyjnych i odwagi, nazywanej nierzadko bezczelnością. Jeszcze inne wytłumaczenie oprzeć można na sugerowanych wcześniej agenturalnych kontaktach Borejszy. Nadzór nad Ossolineum, w takiej sytuacji, oddany byłby w ręce osoby całkowicie pewnej i sprawdzonej[25]. Jeśli jednak tak było, to dlaczego po dwóch miesiącach Borejszę odwołano, powierzając mu zadanie zdecydowanie mniejszej wagi? Na koniec zostaje wytłumaczenie najbardziej banalne - lepszego kandydata w tamtym momencie po prostu nie było. W obliczu chaosu pierwszych tygodni radzieckiego zarządu brzmi to równie prawdopodobnie.
Borejsza objął kierownictwo nad Zakładem 28 listopada 1939 r. i sprawował je do 30 stycznia 1940 r.[26] Wspomnienia lwowskiego historyka sztuki Tadeusza Mańkowskiego przynoszą ciekawy opis jego ossolińskiej aktywności: "[...] jako kierownik instytucji naukowej, obejmującej zbiory biblioteczne, wniósł w nią sporo zamieszania; różne jego poczynania nie znajdowały dalszego ciągu, rzucał wiele projektów, które rychło przestawały go interesować, sięgał wciąż po nowe, zwykle nieprzemyślane i zawodzące w wykonaniu. Umysł powierzchowny i niechlujny, Borejsza nie dostawał miarą do poziomu kierownika jakiejkolwiek instytucji naukowej i był tylko jednym z typów, jakie wyrastają na tle sowieckiej polityki i sowieckich warunków życia. Z nauką w ogóle nie miał do czynienia i potrzeb jej nie rozumiał". Opinia ta jest dla Borejszy ze wszech miar miażdżąca, tak samo jak określenie go mianem "ambitnego żydowskiego dyletanta, który na komunizmie chciał zrobić karierę i sięgać po władzę"[27]. Zwróćmy jednak uwagę na punkt odniesienia autora wspomnień, który nie przyjmuje do wiadomości nowej sytuacji. Miary, jakimi się posługuje, odnoszą się do czasów sprzed okupacji. Borejsza, w jego przekonaniu, jest gorszym dyrektorem niż Ludwik Bernacki, i opinię taką nietrudno zrozumieć. Zakłada ona jednak ciągłość, której z przyczyn oczywistych być nie mogło. Ossolineum pod radzieckim zarządem jest już inną placówką i przyjmowanie normalnych - czyli dotychczasowych - miar wydaje się kompletnie nieprzydatne dla zrozumienia ówczesnej sytuacji[28]. Działalność Borejszy spotkała się zresztą nie tylko z negatywnym oddźwiękiem. W archiwach ossolińskich znaleźć można m.in. opinię wybitnego badacza epoki romantycznej Juliusza Kleinera, który w aktywności Borejszy widział próbę utrzymania polskiego charakteru placówki i oszczędzenia jej większych politycznych wstrząsów[29]. Nie jest to opinia odosobniona. Jeśli przywołać raz jeszcze relację Mańkowskiego, również i on stwierdza, że założeniem nowego dyrektora lwowskiej placówki "było zachowanie jej polskiego dotychczasowego charakteru i stworzenie z niej komunistycznego ośrodka polskiej inteligencji na terenie Zachodniej Ukrainy"[30]. Motyw obrony kultury polskiej pojawia się zatem nawet u osób Borejszy niechętnych, przy czym akcenty na polskość w licznych wspomnieniach zostały różnie rozłożone.
Charakter pierwszych dni pracy w Ossolineum oddaje w jakiejś mierze artykuł zamieszczony na łamach "Czerwonego Sztandaru". Choć niepodpisany, uznany być może za wyraz oficjalnych poglądów nowego kierownictwa, które odcina się i potępia dotychczasową działalność Zakładu, głównie ze względu na to, że ta "spadła do rzędu kupieckiego wydawnictwa podręczników szkolnych, które, jak wiadomo, przynosiły wydawcom ogromne dochody kosztem najszerszych mas"[31]. Było to nawiązanie do problemów finansowych, jakie dręczyły wydawnictwo w okresie międzywojennym, zmuszając je do ograniczeń w wydawaniu ambitnej literatury. W dalszej części tekstu następuje bardzo ogólne przedstawienie nowych zadań placówki, podsumowane stwierdzeniem o przekształceniu Zakładu w "instytucję o szerokiej działalności kulturalnej". Slogan goni tu slogan, a tekst wpisuje się doskonale w konwencję propagandową, charakterystyczną dla państwa totalitarnego[32]. Tworzono w ten sposób hasłową rzeczywistość, pod którą kryć się mógł zupełnie inny wymiar.
Jan Trzynadlowski, opisując lwowską działalność Borejszy, stwierdza wprost, że zamierzeniem jego było "restytuować dotychczasową postać Ossolineum wraz z jego formami działalności"[33]. Aby do tego doprowadzić, należało uczynić szereg rytualnych gestów pod adresem nowej władzy, a pisząc o przekształceniu placówki, robić wszystko, aby zachować jej stary profil. W sygnalizowaną konwencję wpisać można projekt powołania pracowni naukowej dla marksistów, nazwanej później Zakładem Marksizmu-Leninizmu, choć tu dużą rolę odegrać musiało też to, że takiej pracowni dotychczas nie było. Borejsza był przecież marksistą o silnych ciągotach intelektualnych i zakładem takim był osobiście zainteresowany. Jest rzeczą ciekawą, że pomieszczenia, które przeznaczono na nową pracownię, stanowiły dotąd prywatną rezydencję kuratora Zakładu, księcia Andrzeja Lubomirskiego. Uznać to można za swoisty znak czasu, a sytuację ubarwia dodatkowo fakt, że z przejęciem kuratorskiej części Ossolineum zgadzali się w części jego starzy pracownicy, przyjmując to z nieskrywaną schadenfreude[34].
O charakterze działań Borejszy w Ossolineum świadczą w znacznej mierze sprawy personalne. Jak wynika z ustaleń Macieja Matwijówa, w trakcie pełnienia przez niego funkcji personel lwowskiej placówki został podwojony[35]. Borejsza przyjął do pracy około 35 osób - w 25 przypadkach byli to pracownicy biblioteczni i naukowi. Lista ich nazwisk jest doprawdy imponująca: Stanisław Ossowski, Józef Feldman, Roman Grodecki, Stefan Inglot, Józef Chałasiński, Nina Assorodobraj, Jerzy Kreczmar, Tadeusz Mańkowski (sic!), Tadeusz Peiper, Adam Polewka, Julian Przyboś, Roman Lutman, Krystyna Oppenauer, Aleksander Semkowicz[36]. Nadmienić trzeba, że w większości byli to bieżeńcy, przybyli to Lwowa po wybuchu wojny. O wielu z nich zabiegał sam Borejsza, co świadczyć może o tym, jak poważne były jego plany wobec kierowanej przez siebie placówki. Tak było w przypadku Stanisława Ossowskiego[37]. Fragmenty dziennika wybitnego polskiego socjologa pomagają zrozumieć atmosferę panującą w Ossolineum. Pod datą 15 grudnia 1939 r. Ossowski zapisał: "Wczoraj otrzymałem posadę. Wieczorne zebranie pracowników Ossolineum. Borejsza bardzo taktowny - żadnych jaskrawości, obrona kultury, umiejętne podejście do dotychczasowych pracowników"[38]. Po raz kolejny pojawia się motyw obrony kultury, czego potwierdzeniem jest świadomie i nieprzypadkowo dokonywany przez Borejszę dobór personelu oraz umiejętne balansowanie między "starymi" i "nowymi", co dobrze ilustruje dobór zastępców[39]. Nowi pracownicy w większości nie kojarzyli się jednoznacznie z sympatiami komunistycznymi. Ani Feldman, ani Ossowski, ani Grodecki nic wspólnego z komunizmem nie mieli, a już zupełnym ewenementem jest Semkowicz, znany z sympatii do Obozu Zjednoczenia Narodowego. Borejsza starał się zorganizować zespół ludzi świadomych zagrożenia i sytuacji, w jakiej znalazła się kultura polska we Lwowie. Inna sprawa, że w swoich decyzjach kadrowych kierował się także zwykłym ludzkim odruchem, zapewniając wielu osobom byt bez konieczności wchodzenia w niebezpieczny układ z władzą radziecką. Ossolineum było dla tych ludzi miejscem bezpiecznym[40], chroniącym często przez wywózkami[41].
W planach Borejszy było również zachowanie zastanej struktury Zakładu (biblioteka, wydawnictwo i muzeum im. Lubomirskich). Zamysł nowej władzy wobec placówek kulturalnych był w tym przypadku czytelny. Polegał na podziale, wymieszaniu i nowym posegregowaniu zbiorów, które miały zostać uzależnione od ukraińskich władz komunistycznych w Kijowie[42]. A wszystko to bez poszanowania dla tradycji historycznej placówki, w czym widać element szerszego planu, polegającego na wykorzystywaniu silnych napięć w relacjach polsko-ukraińskich. Postawienie na porządku dziennym pytania - czy Ossolineum będzie w swym narodowym charakterze polskie, czy ukraińskie - ilustruje miarę trudności, z jakimi zmierzyć się musiał Borejsza, a jednocześnie beznadziejność realizacji tego zamierzenia, mimo licznych starań i wysiłków. Sprawa była przegrana na starcie i nie mogły tu pomóc jakiekolwiek gesty symboliczne, m.in. zastąpienie dawnej nazwy nową, przystającą do obowiązującego standardu językowego - Kombinat Kulturalno-Oświatowy Ossolineum.
Największy problem stanowiło zatrzymanie przy Zakładzie wydawnictwa, któremu Rada Robotnicza, jeszcze w okresie poprzedzającym objęcie kierownictwa przez Borejszę, nakazała redukcję personelu ze względu na brak zapotrzebowania na prace drukarskie i książki wydawane przez oficynę. Borejsza wraz z komisarzem Drużbackim próbowali odwołać się od tych ustaleń - niestety, bezskutecznie, i w połowie grudnia wydawnictwo przestało istnieć[43]. To wówczas stało się jasne, że Ossolineum skazane jest na parcelację. Borejsza starał się do końca temu zapobiec, czego dowodem może być memoriał, jaki przedłożył w ostatnich dniach grudnia kierownictwu Biblioteki Akademii Nauk Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad. To swoisty plan minimum, w którym dyrektor sugerował, że Ossolineum winno stać się filią Akademii Nauk USRR, przeznaczoną dla mieszkającej w republice polskiej mniejszości. Sprawą podstawową była niepodzielność placówki - chodziło o bibliotekę, muzeum i drukarnię, której utrzymanie dawało w przyszłości możliwość odbudowy wydawnictwa. Drukarnia miała zająć się wydawaniem dzieł polskich klasyków. Zakład miał zmienić nazwę na Instytut im. Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, a na jego czele Borejsza widział marksistę, znakomicie zorientowanego w kulturze polskiej. Obok działalności wydawniczej Instytut powinien zająć się organizowaniem wystaw i gromadzeniem zasobów bibliotecznych, jak również doradztwem dla oficyny wydawniczej "Radjańska Szkoła", która m.in. wydawała polskie podręczniki szkolne. Instytut miał być, rzecz jasna, również poważnym ośrodkiem badawczym nad historią i literaturą polską. W sprawie Muzeum im. Lubomirskich proponowano uszczuplenie zbiorów i ograniczenie ich wyłącznie do poloników, a w związku z tym ewentualne przekształcenie muzeum w pracownię. W końcowych fragmentach memoriału Borejsza położył silny nacisk na znaczenie lwowskiej instytucji dla polskiej kultury, stwierdzając, że jest ona dla niej tym samym, czym dla ukraińskiej kultury Pieczerskaja Ławra[44].
Memoriał Borejszy został przez władze Akademii zignorowany. Nie ona zresztą podejmowała decyzje, które w scentralizowanym systemie zarządzania należały do kompetencji najwyższego szczebla. W pierwszych dniach stycznia 1940 r. Biuro Polityczne KC Ukraińskiej Partii Komunistycznej (bolszewików), a potem Rada Komisarzy Ludowych USRR podjęły decyzję o przejęciu przez stronę ukraińską nadzoru nad polskimi placówkami kulturalnymi, w tym również Ossolineum. Decyzja ta rozpoczynała proces reorganizacji muzeów i placówek[45]. Pomysł ocalenia Ossolineum jako instytucji kulturalnej został tym samym zupełnie pogrzebany. Wpływy Borejszy okazały się żadne. O tym, jak niewielkie było jego znaczenie w ówczesnym systemie władzy, świadczyć może tryb odwołania go ze stanowiska dyrektora. Nastąpiło ono bez wcześniejszego poinformowania go o tym fakcie. W trakcie jego podróży służbowej do Kijowa w Ossolineum zainstalowały się nowe władze, na których czele stanął Jakow Zajkin. Zdziwienie Borejszy po powrocie musiało być ogromne[46], tak samo jak zdziwienie pracowników Zakładu[47].
Po odwołaniu z funkcji dyrektorskiej i połączeniu Biblioteki Ossolineum z Biblioteką Towarzystwa im. Tarasa Szewczenki w jeden organizm, Borejsza został wicedyrektorem nowej placówki, czyli Lwowskiej Filii Biblioteki Akademii Nauk USRR, ale nie miał żadnego wpływu na jej kształt organizacyjny. Wszelkie jego projekty, przedstawiane na zebraniach organizacyjnych, spotkały się z dezaprobatą Zajkina, a były wśród nich m.in. pomysły powołania stałej Rady Naukowej[48], utworzenia gabinetów historii sztuki i historii wsi. Zajkin wielokrotnie próbował zdezawuować pozycję swego zastępcy, posuwając się częstokroć do upokorzeń[49]. Zresztą Borejsza nie pozostawał swemu przełożonemu dłużny, "z lubością" zwracając się do niego "towarzyszu Zajkind"[50]. Nic więc dziwnego, że wkrótce musiał pożegnać się z Ossolineum. Znalazł zatrudnienie jako redaktor w Wydawnictwie Mniejszości Narodowych. Odejście z Zakładu nie kończy jednak jego związków z tą instytucją. Po wojnie, w zupełnie innych warunkach, Borejsza będzie starał się przy każdej okazji pomagać przeniesionej do kraju placówce. To on zresztą będzie autorem hasła: "Ossolineum do Wrocławia!"[51]
Aby zakończyć wątek ossoliński, wspomnieć wypada o sukcesach, jakie w swej pracy zanotował Borejsza. Na pewno jego wielką zasługą było ocalenie licznych dóbr kulturalnych, które, porzucone przez swoich właścicieli po wybuchu wojny, podlegały procesowi nacjonalizacji. Ich przejmowanie i gromadzenie w Ossolineum częstokroć chroniło przed kradzieżą lub zniszczeniem[52]. Szczególnym przykładem tej działalności jest przejęcie w poczet dóbr ossolińskich autografu Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, będącego wcześniej własnością rodziny Tarnowskich z Dzikowa. Konserwacją i oprawą dzieła zajął się z polecenia Borejszy Aleksander Semkowicz[53]. Odnalezienie autografu Mickiewiczowskiego eposu było w świetle zamysłów dyrektora placówki wydarzeniem szczególnie szczęśliwym, gdyż w grudniu 1939 r. została zapowiedziana wielka wystawa poświęcona Adamowi Mickiewiczowi. Wystawa miała przybliżać mieszkańcom Lwowa postać Mickiewicza-rewolucjonisty, a jej otwarcie zaplanowano na listopad 1940 r., kiedy przypadała 85. rocznica śmierci poety. Mimo że Borejsza wówczas już w Ossolineum nie pracował, wystawa odbyła się, co można uznać za jego duży osobisty sukces.
Nie bez znaczenia jest również to, że autor Hiszpanii pozostawił po sobie dobre wrażenie jako dyrektor Zakładu. Krystyna Oppenauer-Śreniowska pisze o dobrych stosunkach koleżeńskich, jakie panowały w Ossolineum[54]. Z pewnością znaczny wpływ miała na to polityka kadrowa dyrektora, sprzyjająca nawiązywaniu pozytywnych relacji między "starymi" i "nowymi" pracownikami placówki. Jest jednocześnie zrozumiałe, że Borejsza nie mógł podobać się wszystkim, żeby wspomnieć tylko przekaz Mańkowskiego. Wziąć trzeba jednak poprawkę na sytuację, której był on zarówno beneficjantem, jak i niewolnikiem. Wydaje się, że udało mu się wybrnąć z niej całkiem nieźle. W ciągu dwóch miesięcy pracy we lwowskiej instytucji dał się zapamiętać jako człowiek postępujący niestandardowo i z rozmachem, wykraczający poza stereotyp działacza komunistycznego. Znamiennym tego przykładem jest anegdota, pojawiająca się w wielu wspomnieniach z tamtego czasu, według której do Borejszy przylgnęło określenie Unus defensor Mariae po tym, jak ocalił przed zniszczeniem - w imię walki z przesądami religijnymi - stojącą w parku przy bibliotece XVII-wieczną figurę Matki Boskiej[55]. Lwowianie będą o tym pamiętać, a w powojennej korespondencji dwójki pracowników Ossolineum znajdziemy nawet spostrzeżenie, że Borejsza "wrósł w nie swoją osobowością i zostawił w nim kawał serca"[56].
Promienie ultraczerwone
Praca w lwowskiej filii Wydawnictwa Mniejszości Narodowych USRR stanowiła dla Borejszy degradację. Stanowisko było mniej eksponowane, a odpowiedzialność jeśli nie większa, to na pewno identyczna. Wydawanie nowych podręczników do języka polskiego wiązało się bowiem z poczynieniem daleko idących ustępstw na rzecz władzy radzieckiej. Tutaj na błąd nie można było sobie pozwolić - chodziło przecież o tak ważny element kształtowania osobowości komunistycznej, jakim była edukacja szkolna. Działalność Borejszy wiązała się ze zmianami, jakich dokonano w przedwojennym systemie szkolnym, który zdaniem władzy radzieckiej nadawał się w całości do odrzucenia, ponieważ, jak pisano w "Wilnej Ukrainie", w polskiej szkole panowała "duszna atmosfera ciemnoty", a opuszczali ją "archaiczni junacy i muślinowe panienki"[57]. Reforma szkolnictwa polegała w znacznej mierze na przykrojeniu dotychczasowego modelu do programu radzieckiej 10-letniej szkoły powszechnej. Nauczanie języka polskiego w jej ramach wymagało stworzenia nowych podręczników, które odpowiadać miały duchowi czasów. Dla urzeczywistnia tego celu w początkach stycznia 1940 r. powołano 10-osobowy zespół pod kierownictwem Borejszy, w którego skład weszli ponadto m.in. Mieczysław Jastrun, Wanda Markowska i Julian Przyboś[58]. Program działania tego gremium określał w jakiejś mierze artykuł autorstwa bliżej nieznanego J. Pazdrowskiego, zamieszczony na łamach "Czerwonego Sztandaru". Postulowano w nim radykalne zmiany w doborze lektur. Zniknąć z nich miało wszystko to, "co zaśmiecało umysł młodzieży frazesem imperialistyczno-militarystycznym lub szowinistycznym; klerykalno-mistyczną brechtą, pseudohumanitarną blagą w duchu solidaryzmu społecznego, idealizowaniem klas posiadających, z zwłaszcza szlachetczyzny, a nade wszystko te utwory, w których zaznaczał się wrogi stosunek do rewolucyjnej walki wyzwoleńczej mas ludowych"[59]. Zapowiedź radykalnej przebudowy literackiego kanonu była wyraźna.
Warto nadmienić, że w pierwotnych planach władz radzieckich podręcznikowego zespołu miało nie być. Książki i zestawy lektury miały być tworzone przez zespół rosyjski, a następnie tłumaczone na język polski. Pomysł ten nie został wcielony w życie dzięki interwencji Wandy Wasilewskiej. Taką wersję wydarzeń podaje Adam Bromberg, będący kierownikiem działu podręczników polskich w Wydawnictwie Mniejszości Narodowych[60]. Jemu też zawdzięczamy niezwykle ciekawy opis stosunków panujących przy pracy nad szkolnymi książkami. "Musieliśmy godzić się na fałsze i przemilczenia - wspominał Bromberg - ale jaka był alternatywa? Borejsza mrugał jednym okiem do nas, że ratujemy kulturę przed chamami, a drugim do tychże chamów, że zagonił podejrzanych intelektualistów do pracy dla sprawy. W rezultacie żadna strona mu nie dowierzała, ale udawało mu się utrzymać linię ideologiczną bez brutalnej propagandy, co było przedsięwzięciem karkołomnym"[61]. Podobnie jak w przypadku Ossolineum, pojawia się tu motyw ratowania kultury, wzmocniony dodatkowo o sugestię gry, jaką miał toczyć Borejsza z władzami radzieckimi. Bardziej klarownie nie można tego powiedzieć.
Działalność grupy została oficjalnie zaprezentowana przez Borejszę w artykule na łamach "Wilnej Ukrainy". Informował w nim nie tylko o pracach nad podręcznikami szkolnymi, ale także o powołaniu 16-osobowej "brygady", mającej stworzyć 3-tomowy podręcznik historii literatury polskiej. Wśród przyszłych autorów znajdujemy m.in. Boya-Żeleńskiego, Stanisława Wasylewskiego, Henryka Szippera (Szypera), Jana Kotta, Władysława Bieńkowskiego i Romana Werfla. "Będzie to pierwsza, wielka praca, jaka w nowym świetle pokaże proces rozwoju historii polskiej"[62] - podsumowywał entuzjastycznie Borejsza. Dopowiedzieć można, że artykuł, z którego ów cytat pochodzi, drukowany był w 1941 r., na krótko przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej. Plany, które w nim snuto, nigdy nie doczekały się ostatecznej realizacji, choć wzmiankowany podręcznik w dużej części powstał[63], a jego konsultantami naukowymi byli m.in. Juliusz Kleiner i Stefan Łempicki. Ich opinie na temat materiału zamieszczonego w podręczniku nie zachowały się. Jedyna, jaką udało się odnaleźć, wyszła spod pióra Zofii Niesiołowskiej-Rotkert[64]. Jej recenzja sformułowana została w sposób wyważony i krytyczny, zupełnie nie podporządkowując się propagandowym schematom i nie mieszcząc się w nich[65]. Była zapowiedzią na pewno ciekawej książki, której maszynopis spłonął jednak w trakcie niemieckich nalotów. Ocalone przez Karola Kuryluka fragmenty planowano opublikować po wojnie w "Czytelniku"[66]. Do druku ostatecznie nie doszło.
Na podstawie przywołanego artykułu Borejszy zauważyć można stałe rozszerzanie się grupy przygotowującej polskie podręczniki. Do początkowej dziesiątki dołączają kolejni autorzy. Co ważne, są to w znacznej mierze nazwiska wybitne. I znów, tak jak w przypadku Ossolineum, niekoniecznie musiały być to osoby o proweniencji komunistycznej. Nie da się przecież tego powiedzieć o Boyu-Żeleńskim, Wasylewskim czy Kotcie, który przed wojną trzymał się z dala od marksizmu. Borejsza próbuje budować zespół ludzi kompetentnych, których sąd o literaturze daleki był od komunistycznej ortodoksji. Nie znaczy to wszakże, że mamy do czynienia z grupą opozycyjną wobec radzieckiego projektu kulturalnego. Byłoby to twierdzenie absurdalne. Uwzględnić należy czas i miejsce, które w decydujący sposób wpływały na charakter podręczników, tworzonych według modelu, określanego przez Borejszę w następujących słowach: "Należy [...] ocenić pisarza z punktu widzenia naszej współczesności, z punktu widzenia naszego radzieckiego społeczeństwa i wyjaśnić, czemu twórczość jego jest dla nas ważna i pożyteczna"[67]. Nie ulega wątpliwości, że podręczniki miały uzupełniać projekt stworzenia "nowego człowieka", a ich masowość była w tym względzie sprawą niebagatelną. Gdzież więc tu miejsce na ratowanie kultury polskiej? Czy była na to jakakolwiek szansa? Przyjrzyjmy się zawartości kilku szkolnych książek ze Lwowa.
W wypisach z literatury polskiej dla klasy VII znalazły się fragmenty dzieł dwunastu autorów[68]. Spośród nich dziewięciu to pisarze polscy, pozostali trzej reprezentować mieli pisarstwo narodów Związku Radzieckiego (Dżambuł Dżabajew, Sulejman Stalski i Mikołaj Ostrowski). Od wspomnianej dziewiątki wyraźnie odstaje Wanda Wasilewska, której Ojczyznę wpisać można (choć z dużym trudem) w program literatury socrealistycznej. Pozostali pisarze i ich utwory to - może poza Władysławem Orkanem - kanon polskiej literatury. Widać dobrze, że nawet czynnik klasowy nie był w doborze ściśle przestrzegany. Nie ma, co prawda, Zygmunta Krasińskiego, ale jest Aleksander Fredro. Spośród dzieł Mickiewicza znalazły się tam najważniejsze, z Panem Tadeuszem i Dziadami, które w wymowie swojej daleko odbiegały od założeń realizmu, będącego w sugestiach programowych głównym czynnikiem decydującym o doborze. Godna podkreślenia jest także obecność Stefana Żeromskiego. Nie ma fragmentów Przedwiośnia, tak silnie krytykowanego przez Karola Radka i reprezentantów KPP, ale żadna anatema, jak widać, nad tym pisarzem nie ciąży. Omawiany podręcznik przeznaczony był dla klasy, która kończyła trzyletni cykl programowy nastawiony na zaznajamianie uczniów z poszczególnymi dziełami literackimi, ich różnorodnością gatunkową i stylową oraz z biografiami autorów.
Na kolejnym etapie edukacji literackiej, odpowiadającym klasom VIII-X, dominowało już wskazanie na główne punkty procesu historycznoliterackiego[69]. Literatura miała w tym ujęciu odzwierciedlać postępowe dążenia klas ciemiężonych i walkę z wszelkiej maści reakcją. Podkreślano wątki internacjonalistyczne, mające być nicią łączącą literaturę polską z jej zagranicznymi odpowiednikami[70]. Tak przynajmniej definiowano to na poziomie programów dla nauczycieli. A jak sprawy przedstawiały się w samych wypisach? Podręcznik dla klasy VIII obejmuje literaturę w ujęciu chronologicznym od XVI do połowy XIX w., z małym wyjątkami w postaci rozdziałów poświęconych folklorowi i tzw. szkole ukraińskiej w polskiej poezji[71], które z jednej strony zaburzały chronologię, z drugiej zaś odstawały poziomem artystycznym od pozostałych fragmentów literackich. Widzieć w tym należy piętno ideologii, podobnie jak w obecności dwóch tekstów Maksyma Gorkiego, które miały sygnalizować młodzieży, jakie zadania ciążą nad literaturą (to jest jeszcze logicznie uzasadnione), ale też wprowadzać w epokę romantyzmu (w tym przypadku było to posunięcie kuriozalne, zważywszy na dorobek polskich badań nad epoką romantyczną). Stwierdzić jednak trzeba, że artykuły Gorkiego, przy całym ich obciążeniu, były w ówczesnych warunkach o wiele lepszym rozwiązaniem, niż umieszczenie np. któregoś z referatów Andrieja Żdanowa. Gorki cieszył się w środowiskach polskiej lewicy olbrzymim autorytetem ze względu na swoją twórczość i działalność przed wybuchem rewolucji w Rosji. Tłumaczenia jego dzieł pojawiały się od początku XX w., nie był więc pisarzem anonimowym czy też jednoznacznie utożsamianym z władzą radziecką.
Reszta tekstów, jakie znalazły się w omawianym podręczniku, to - podobnie jak w przypadku wypisów dla klasy VII - klasyka polskiej literatury. Znajdziemy tu utwory Jana Ostroroga, Andrzeja Frycza Modrzewskiego, Jana Kochanowskiego czy Łukasza Górnickiego. Jest również Mikołaj Rej z Krótką rozprawą między Panem, Wójtem i Plebanem. Borejsza zresztą przywiązywał szczególną wagę do tego autora, poświęciwszy mu jakiś czas potem osobny artykuł[72]. Literacki wiek XVII reprezentowany jest m.in. przez Andrzeja Morsztyna, Jana Chryzostoma Paska, Szymona Szymonowica i Krzysztofa Opalińskiego. Był to więc zestaw autorów wysoce reprezentatywny dla polskiej literatury tego okresu. Tak jest i w dalszej części podręcznika: literaturę przełomu klasycyzmu i romantyzmu reprezentują m.in. Franciszek Karpiński, Wojciech Bogusławski, Julian Ursyn Niemcewicz, Kazimierz Brodziński i Jan Śniadecki. Dalsze wyliczanie nazwisk nie ma większego sensu, gdyż te, które już wymieniono, odzwierciedlają intencje autorów, chcących dać jak najszerszą panoramę literatury polskiej. Interesujący jest w omawianym podręczniku zestaw przykładowych utworów z literatury światowej. O Gorkim była już mowa; inni to: Molier z komedią Mieszczanin szlachcicem, George Byron z Wędrówkami Childe Harolda i Percy Shelley z zestawem kilku wierszy. W przypadku pisowni nazwisk angielskich poetów przejęto kalkę z języka rosyjskiego, w związku z czym Byron to Jerzy Bajron, a Shelley to Persy Szelej. Poza tym zauważyć można, że autorzy wypisów chcieli zwrócić uwagę młodych czytelników na twórczość najbardziej reprezentatywnych pisarzy swoich epok, uniknąwszy w swoim wyborze ideologizacji.
Wgląd w materiał zawarty w podręczniku dla klasy następnej zmusza do powtórzenia powyższych wniosków. Zostają w nim omówione epoki romantyzmu i pozytywizmu. A oto autorzy, których dzieła zostały przedstawione: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński, Cyprian Kamil Norwid, Aleksander Fredro, Józef Ignacy Kraszewski, Joseph Conrad Korzeniowski, Honoré de Balzak, Adam Asnyk, Bolesław Prus, Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Henryk Sienkiewicz, a spośród publicystów: Joachim Lelewel, Stanisław Worcel, Aleksander Hercen, Piotr Ściegienny, Edward Dembowski i Ludwik Waryński. Myśl przewodnia, znana z programów dla nauczycieli, obecna jest w szczególności w publicystyce. Co do pozostałych utworów, nie ulega żadnej wątpliwości, że jest to zestaw w najwyższym stopniu typowy. W niektórych przypadkach pojawiają się utwory, które - z racji przesłania w nich zawartego - stanowią duże zaskoczenie. Będą to choćby Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego czy Nie-boska komedia Krasińskiego. Za obowiązkową koncesję z kolei uznać można artykuł Maksyma Rylskiego poświęcony twórczości i osobie Adama Mickiewicza, jak również polemiczny artykuł Gorkiego Do Pana Henryka Sienkiewicza[73].
Nieco inaczej sytuacja wygląda w odniesieniu do wypisów dla klasy X, w których w zdecydowanie większym stopniu wcielono w życie założenia zawarte w programach. Podstawowym tego powodem może być fakt, że obejmowały one literaturę z przełomu XIX i XX w. oraz współczesne dokonania pisarskie[74]. W takiej sytuacji uniknięcie bezpośrednich odniesień do "wielonarodowej literatury radzieckiej" nie było możliwe. Mamy więc w tym podręczniku rozdział zatytułowany O kwestii narodowej, na który złożyły się teksty Włodzimierza Lenina oraz Józefa Stalina, jak również część O realizmie socjalistycznym, z Partyjną organizacją i partyjną literaturą Lenina oraz słynnym przemówieniem Żdanowa na I Wszechzwiązkowym Zjeździe Związku Pisarzy Radzieckich w 1934 r. Wielce wymowny jest również rozdział W drodze do realizmu socjalistycznego, w którym zamieszczono m.in. uwagi O realizmie Pawła Hoffmana, kilka utworów Wandy Wasilewskiej, Juliana Przybosia, Mieczysława Jastruna, Adama Ważyka, Elżbiety Szemplińskiej i wiersz Stalin Stanisława Jerzego Leca[75], który był swoistym znakiem czasu. Pisarze, którzy znaleźli się w okupowanym Lwowie, określali w ten sposób swoją akceptację dla zachodzących zmian i wyznaczali nowy kierunek w polskiej literaturze. Było to w jakiejś mierze pisarstwo eschatologiczne[76], odzwierciedlające nastroje ówczesnej polskiej lewicy. Na zmianę tej sytuacji liczyło niewielu. Na marginesie dodać trzeba, że takich deklaracji w polskiej literaturze lat 1944-1948 nie ma. Tak więc zestawianie okresu lwowskiego i pierwszych lat powojennych wydaje się na tej płaszczyźnie wysoce niestosowne. W kontekście zamieszczonych utworów współczesnych polskich twórców pamiętać należy, że ci sami pisarze byli w większości współautorami podręczników. Omawiane wypisy dla klasy X, obok bezprecedensowego ładunku propagandy, zawierały więc po raz kolejny bardzo reprezentatywny przegląd polskiej literatury klasycznej. W części poświęconej naturalizmowi umieszczono utwory m.in. Gabrieli Zapolskiej, Adolfa Dygasińskiego, Andrzeja Niemojewskiego i Władysława Reymonta; Młodą Polskę reprezentowali: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Stanisław Brzozowski, Stanisław Wyspiański; osobny rozdział poświęcono Stefanowi Żeromskiemu, uwzględniając również Przedwiośnie; inni autorzy obecni w podręczniku to: Aleksander Świętochowski, Tadeusz Boy-Żeleński, Bolesław Leśmian, a spośród pisarzy zagranicznych Paul Verlain, Jean Arthur Rimbaud, Guillaume Apollinaire, Aleksander Błok i Włodzimierz Majakowski.
Żeby zobaczyć pracę wykonaną przez zespół Borejszy we właściwym świetle, warto jeszcze raz wspomnieć o wymaganiach, jakie przed nim stawiano. Czesław Barski w "Czerwonym Sztandarze" relacjonował naradę nauczycieli w sprawie podręczników szkolnych. Podczas niej nauczyciele, inspirowani przez władzę, domagali się od piszących książki szkolne, aby ci przede wszystkim sławili w nich Armię Czerwoną, opisywali walkę człowieka z naturą, wychwalali życie codzienne szkoły w ZSRR i jego młodzieży, bardziej uwypuklali aspekt walki klasowej, a także konstruowali je z pozycji antyklerykalnych[77]. Wybór dokonany przez autorów podręczników wydaje się na tym tle umiarkowany, żeby nie powiedzieć zachowawczy. Uwidacznia przy tym dobrze pomysł Borejszy na "ratowanie kultury polskiej", polegający na grze między koniecznością a możliwościami. Z jednej strony, artykuły o wymowie czysto propagandowej, opisujące przełom, jaki się dokonuje w polskiej polonistyce[78], z drugiej zaś wyznanie Bromberga: "Borejsza [...] we Lwowie uczył nas przemilczać to, co się nam nie podoba, i robić to, co się da"[79].
Uzupełnieniem tej opinii jest informacja zawarta w ankiecie personalnej Borejszy, sporządzonej przez władze partyjne Lwowa. Określony jest tam jako "Żyd zabiegający o sprawy polskie" (eврей, ходатайствующий по польским делам)[80]. Trudno w tym miejscu uciec od porównania do późniejszej wypowiedzi Stanisława Stommy, który, obserwując aktywność Borejszy na polu kultury w pierwszych latach powojennych, nazwał go "Żydem-liberałem"[81]. Zbieżność jest zaskakująca, zarówno jeśli idzie o nomenklaturę, jak i ocenę. W obu przypadkach w dyskretny sposób sugeruje się prowadzenie przez autora Hiszpanii własnej polityki, na pewno różnej od sowieckich wzorców. Nie można się jednocześnie dziwić opiniom spotykanym choćby w publicystyce Ksawerego Pruszyńskiego, który pisał o "sztucznej i perfidnej sowiecko-polskiej kulturze "podręczników" pana Borejszy" oraz naświetlaniu kultury "promieniami ultraczerwonymi"[82]. Oddalenie sprzyjało sądom radykalnym; bliżej, we Lwowie, sprawy miały się nieco inaczej.
Spośród innych prac Wydawnictwa Mniejszości Narodowych opatrzonych nazwiskiem Borejszy warto wspomnieć wybór wierszy Włodzimierza Majakowskiego w przekładach m.in. Zuzanny Ginczanki, Mieczysława Jastruna, Jana Kotta, Stanisława Jerzego Leca, Leona Pasternaka, Juliana Przybosia, Jerzego Putramenta i Lucjana Szenwalda[83]. Tomik przekładów "genialnego poety naszej epoki" stanowić miał, według Borejszy, "kamień węgielny pod gmach nowej polskiej poezji, wnoszącej swój pierwszy zbiorowy wkład do wielkiej literatury narodów Związku Rad". Majakowski pod piórem Borejszy to także trybun ludowy i rewolucjonista, "odrzucający stare, zwietrzałe, wyświechtane słowa tradycyjnej poezji i wydobywający "z artezyjskich głębin" nowe i proste słowo"[84]. Podobnie wyszukanych sformułowań znalazło się w tekście jeszcze kilka. Borejsza nie stroni również od przywoływania myśli Stalina, ale jest w jego przedmowie pewien fragment, który w znacznym stopniu wywraca tę, wydawałoby się, mało oryginalną konstrukcję. To porównanie Majakowskiego ze Słowackim, oparte na zniesieniu podziałów gatunkowych, nowatorstwie wersyfikacji i ironii, która "nie pozwala poezji rozpływać się w łzawej liryce, nadaje jej moc męską"[85]. Było to zestawienie śmiałe, zarówno jeśli chodzi o sprawy literackie, jak i pozaliterackie. Słowacki miał być bowiem poetą słabiej niż Mickiewicz związanym z masami ludowymi i ulegającym licznym wahaniom ideowym[86].
Skąd zatem wzięło się to zestawienie? Trzeba pamiętać, że grupa tworząca polską redakcję Wydawnictwa Mniejszości Narodowych to w całości przedstawiciele przedwojennej inteligencji o proweniencji lewicowej bądź liberalnej. Ich postawa warunkowana była w znacznej mierze przez specyficzny etos, wyrastający z ducha literatury, nade wszystko literatury romantycznej. Umysłowość inteligencka kształtowana była najczęściej w relacji do romantycznej formacji umysłowej, niezależnie od tego, czy łączyła się z jej akceptacją, czy też odrzuceniem. Gombrowiczowska fraza "Słowacki wielkim poetą był", wraz ze wszystkimi jej konotacjami, oddaje znakomicie stosunek rodzimej inteligencji do literatury i jej twórców. Recepcja marksizmu niewiele w tym względzie zmieniła. Borejsza, Jastrun, Lec czy Przyboś, wyrastając wśród idei i tekstów, z którymi przez lata zmagała się polska "klassa umysłowa", nie mogli i nie byli w stanie odejść od nich zbyt daleko. To one właśnie wyznaczały układ lwowskich podręczników. Kanon raz przyswojony wydawać im się musiał rzeczą trwałą, bez względu na zmiany sytuacji politycznej. Rzeczywistość, owszem, wymagała pewnych - często daleko idących - koncesji na jej rzecz, ale jądro polskiej kultury pozostawało niezmienne. Pamiętać należy, że mamy do czynienia z ludźmi urodzonymi jeszcze pod zaborami. Wspomnienie tamtego czasu nadal żyło wśród polskiej inteligencji, a trwałym jego elementem była pamięć o ocaleniu kultury.
Lwowski Mickiewicz
Henryk Szipper (Szyper) w jednym ze swoich artykułów przywoływał rozmowę z Borejszą, podczas której zasugerował mu konieczność zorganizowania na terenie okupacji radzieckiej Polskiego Piemontu polityczno-wojskowego i kulturalnego. Borejsza miał na ten pomysł ze stanowczością odpowiedzieć: "Takiego Piemontu nie będzie, bo na to nie pozwala obecna sytuacja międzynarodowa, ale trzeba ochronić przed rozbiciem polskie siły kulturalne. To jest możliwe"[87]. Oto odpowiedź w duchu XIX-wiecznym, udzielona przez człowieka mającego świadomość możliwości realizacji wyznaczonych sobie zadań. Ratowanie kanonu kulturalnego będzie w tych warunkach ratowaniem wszystkiego, co polskie. A cóż bardziej polskiego niż romantyzm? Wprawdzie jest to romantyzm specyficzny, nasycony rewolucyjną i klasową retoryką, ale Mickiewicz pozostaje nadal Mickiewiczem. Romantyzm pozwalał w jakimś stopniu oswajać nową rzeczywistość kulturalną. Stąd też w tekście o Majakowskim to dziwne zestawienie ze Słowackim.
Na tym samym gruncie wyrosły plany obchodów 85. rocznicy śmierci Adama Mickiewicza, wymyślonych i zorganizowanych w znacznej mierze przez Borejszę. Pomysł powstał jeszcze w trakcie jego pracy w Ossolineum, kiedy to powołano komitet organizacyjny dużej wystawy mickiewiczowskiej, w którego skład weszli Peiper, Polewka i Przyboś. Po jakimś czasie pierwotny projekt rozbudowano, planując większe obchody, w których ossolińska wystawa miała być tylko jednym z elementów. Na czele nowego komitetu stanął Tadeusz Boy-Żeleński, a jego zastępcą - a w rzeczywistości głównym zarządzającym przygotowaniami - został Borejsza. Oprócz nich we wspomnianym gremium zasiedli Wasilewska, Przyboś, Kleiner, Ołeksandr Deśniak, Petro Karmański oraz jako sekretarz Dawid Kenigsberg, tłumacz Pana Tadeusza na jidysz. Równolegle podobny komitet został stworzony przez Związek Pisarzy ZSRR w celu organizacji uroczystości w Moskwie, Leningradzie i Kijowie. Jego powstanie i tak szerokie nagłośnienie rocznicy śmierci polskiego poety było zasługą Borejszy, który uruchomił wokół uroczystości cały aparat propagandowy, a artykuły poświęcone Mickiewiczowi pojawiały się na łamach "Litieraturnoj Gaziety" i innych radzieckich pism literackich. Był to jednocześnie czytelny sygnał zmiany w "narodowej" polityce ZSRR wobec Polaków, co zostało zauważone w raportach niemieckiego ambasadora Friedricha von Schulenburga[88].
Główne uroczystości przypadały na 25 listopada. Rozpoczął je pochód pisarzy polskich, ukraińskich i żydowskich pod pomnik Mickiewicza na Placu Mariackim, pod którym złożono kwiaty. Jednak najważniejszym punktem obchodów była uroczysta akademia w Teatrze Opery i Baletu, na której przemawiali m.in. Boy-Żeleński, Deśniak, Kleiner i Przyboś. Z referatem zatytułowanym Mickiewicz a saintsimonizm wystąpił również Borejsza. Całość spotkania uzupełniły występy recytatorskie i wokalne, w których wykorzystano utwory poety. Warto dodać, że uroczystość była transmitowana przez radio, tak więc za jego pośrednictwem dotarła ona do szerokich kręgów społeczności polskiej we Lwowie. Następnego dnia zainaugurowano obrady dwudniowego sympozjum naukowego poświęconego twórczości Mickiewicza i otwarto wspomnianą wystawę w Ossolineum, wieczorem zaś odbył się spektakl literacki zatytułowany Książka Adama Mickiewicza w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego, na który złożyły się recytacje w wykonaniu m.in. Jana Kreczmara i Jadwigi Żmijewskiej[89]. Uroczystościom towarzyszyły liczne artykuły prasowe, ukazujące się na łamach lwowskich czasopism[90].
Obchody mickiewiczowskie były wydarzeniem bezprecedensowym w okresie radzieckiej okupacji Lwowa. Oczywiście władze nadały im określony wydźwięk propagandowy, ale szeroka publiczność mogła ponownie zetknąć się z największą polską literaturą. W warunkach radzieckiej okupacji miało to niebagatelne znaczenie. Oto wpis z księgi odwiedzin ossolińskiej wystawy, o której anonimowy zwiedzający napisał: "miła, krzepiąca a i bardzo polska, zdałoby się takich więcej"[91]. Zdecydowanie więcej emocji wyrażał uczestnik wieczoru literackiego w Teatrze Dramatycznym, który tak wspominał to wydarzenie: "Utkwiły mi w pamięci dwa momenty tego wieczoru, szczególnie podniosłe: Improwizacja, mistrzowsko wypowiedziana przez Kreczmara i fragment Pana Tadeusza - "O roku ów..." - recytowany przez Wandę Siemaszkową. W pewnym momencie załamał się głos wielkiej artystki, łzy spłynęły po twarzy. I sala nie wstydziła się wzruszenia, czuła, że oto raz jeszcze Mickiewicz bolał nad narodową klęską i rósł swą poezją - jak światłem wielkiej nadziei..."[92] Dla ukazania innej perspektywy warto przytoczyć jeszcze wspomnienie osoby mieszkającej w Generalnym Gubernatorstwie, a uczestniczącej w lwowskich uroczystościach za pośrednictwem radia: "Moje serce przepełniała duma, a do oczu napływały łzy (wspominała jedna ze słuchaczek tej audycji), kiedy na początku roku 1940[93] słyszałam przez radio transmisję z uroczystej akademii poświęconej jubileuszowi Adama Mickiewicza. W takich chwilach przypominała mi się ojczyzna [...], gdzie zabroniona została muzyka Szopena, gdzie najlepszych polskich aktorów - reżyserów, jak Stefan Jaracz, Leon Sziller i Junosza-Stępowski rozstrzelano lub wtrącono do więzienia"[94]. To jedynie kilka relacji, naznaczonych mniej lub bardziej piętnem emocji. Być może są one mało reprezentatywne dla odczuć społecznych, ale stanowią dowód pozytywnego wpływu mickiewiczowskich uroczystości na morale polskiej społeczności Lwowa.
Okres lwowski w biografii Borejszy to również czas, kiedy zaczyna on funkcjonować jako osoba nadzorująca środowiska twórcze z ramienia partii, ale nasza wiedza w tym zakresie jest ograniczona. Jerzy Putrament stwierdza, że "Borejsza przez blisko półtora roku we Lwowie nieustannie wyrastał. [...] jego rola istotna nie pozostawała w żadnym stosunku do jego funkcji formalnej, tj. zawsze była grubo, grubo większa"[95]. Autor Rzeczywistości kładzie nacisk na dynamikę wzrostu wpływów przyszłego prezesa "Czytelnika". Można się jednak nad tą oceną zastanawiać. Kariera Borejszy podlegała przecież różnym fluktuacjom: raz był wysoko, innym razem spadał w dół. Nie ulega przy tym wątpliwości, że Putrament posiadał wiedzę o wpływach, zależnościach i namiętnościach, których my nie jesteśmy w stanie odtworzyć na podstawie istniejącej dokumentacji. Problem w tym, że była to wiedza indywidualna, przesiąknięta subiektywizmem i rozmaitymi inklinacjami. Coś pokazuje i zakrywa jednocześnie, co dobrze widać przy konfrontacji kilku przekazów odnoszących się do Borejszy i jego roli w okresie lwowskim. Aleksander Wat pisał: "Wiedziałem [...], że Borejsza jest wszechpotężny. Był właściwie o wiele potężniejszy niż Wanda Wasielewska, bo Wandę Wasilewską wysuwano jako dekorację, a właściwie całym życiem kulturalnym i naukowym rządził wtedy Borejsza"[96]. W autobiografii Jana Kotta Borejsza określony zostaje jako "drugi po Wasilewskiej"[97]. Z kolei Adam Ciołkosz pisze, że Wasilewska była we Lwowie "persona gratissima" i w jej gestii leżała m.in. weryfikacja byłych członków KPP, a "pierwszym, kogo zweryfikowała był Borejsza"[98]. I jeszcze raz Putrament, który, pisząc o Wasilewskiej, stwierdza, że ta "od razu zajęła we Lwowie miejsce szczególne, natomiast jej wielkim rywalem zdawała się sama sobie Elżbieta Szemplińska", która swego "drugiego wielkiego wroga" upatrywała w Borejszy[99]. Nienawiścią darzyła Borejszę również Wasilewska, i była to relacja zwrotna[100]. Czy ów "węzeł gordyjski" wpływów i namiętności łączących kilka wymienionych osób da się kiedykolwiek rozwikłać? Raczej nie. Nie pozostaje więc nic innego, jak zatrzymać się na stwierdzeniu, że Borejsza dołączył w ciągu swego pobytu we Lwowie do grona osób ważnych, mających decydujący wpływ na kulturę polską, a stało się to w znacznej mierze dzięki jego talentom organizacyjnym, pomysłowości, a niekiedy brawurze.
Na froncie
Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej w czerwcu 1941 r. był dla Borejszy zaskoczeniem. W chwili rozpoczęcia działań wojennych przebywał z wizytą służbową w Kijowie[101]. Jego rodzina pozostała we Lwowie. Przez następne lata będą rozdzieleni, a żonie Ewie i małemu Jurkowi uda się przetrwać dzięki pomocy przyjaciół, wśród których na pierwszym miejscu wymienić można Karola Kuryluka i Władysława Bieńkowskiego. Jak wynika z rodzinnych przekazów, Bieńkowski miał do Borejszy pretensje, że zostawił swoją rodzinę w tak trudnej chwili. Ten z kolei miał ogromny żal do swego brata, który, wbrew temu, co po latach opowiadał, nie zrobił nic, aby pomóc bratowej i bratankowi[102]. Pogorszyć to miało na długi czas relacje (i tak niezbyt dobre) między Borejszą a Różańskim[103].
Pierwsze tygodnie wojny autor Hiszpanii spędził, pracując przy KC KPU(b) w Kijowie. Dla działającego przy partii wydawnictwa napisał wówczas broszurę Wojna nerwów[104], która ukazała się w ukraińskim tłumaczeniu w nakładzie 32 tys. egzemplarzy. Niewykluczone, że wydano również polskojęzyczną wersję tej książeczki, służącej, w zamyśle wydawcy, odkryciu prawdziwego oblicza niemieckiego najeźdźcy oraz wlaniu otuchy w serca obywateli ZSRR. Wojna nerwów ujawnia na pewno sporą znajomość stosunków międzynarodowych, ze szczególnym uwzględnieniem państw faszystowskich, przy czym oceny, jakie Borejsza formułuje, nie odbiegają w żaden sposób od linii przyjętej przez propagandę radziecką. Widać to w opisie przyczyn zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow, który miał być genialnym manewrem Stalina, dającym Związkowi Radzieckiemu czas na dozbrojenie armii i przestawienie gospodarki na potrzeby wojny[105]. W kontekście tego atak niemiecki nie był żadnym zaskoczeniem, a wypowiedziana w 1939 r. "wojna nerwów" - "czy zdążymy przed atakiem?" - została jednoznacznie rozstrzygnięta na korzyść Związku Radzieckiego. Wielkich subtelności w tej publicystyce nie ma, ale nie o to szło. Liczył się przede wszystkim walor mobilizacyjny.
Broszura dotyka również spraw polskich. Borejsza pisał ją już po zawarciu lipcowego układu Sikorski-Majski oraz po podpisaniu polsko-radzieckiej umowy wojskowej, kładącej podwaliny pod organizację wojska polskiego na terenie ZSRR. To drugie porozumienie nazwane zostaje w tekście Borejszy "historycznym", jako że "stwarza ono narodowi polskiemu rzeczywistą szansę walki, ramię przy ramieniu z bohaterską Armią Czerwoną, o narodowe wyzwolenie przeciwko odwiecznemu jego wrogowi i wrogowi całej ludzkości"[106]. W opisie autora Wojny nerwów stosunki polsko-radzieckie mają swój początek dopiero w czerwcu 1941 r. Dwa lata okupacji zostają przemilczane, a jedynym agresorem pozostają Niemcy, które miały uzależnić od siebie polską politykę zagraniczną. Minister Józef Beck nazwany tu zostaje wprost hitlerowskim agentem. Nie ma jednocześnie w broszurze definicji wspomnianego pojęcia "narodowego wyzwolenia"; nie wiadomo, czy chodzi o wyzwolenie rzeczywiste, czy dokonujące się na poziomie świadomości. Domniemywać można, że tak rozmyta kategoria związana była z nieścisłościami układu Sikorski-Majski i pozostawieniem zasadniczych spraw biegowi wydarzeń militarno-politycznych. Pamiętajmy też, że tekst Borejszy pisany jest z punktu widzenia obywatela radzieckiego, stąd kwestia polska jest w nim jedynie zarysowana. Przyszłość Polski była przecież niewiadomą, a sprawy potoczyć się mogły bardzo różnie.
Tak samo jak los Borejszy, który pod koniec lipca przedostał się do Moskwy, gdzie został zdemobilizowany. Jako bieżeniec nie mógł cieszyć się w warunkach radzieckich pełnym zaufaniem. Podjęte starania o ponowne wcielenie do Armii Czerwonej spełzły początkowo na niczym. Potrzebna była protekcja i tę Borejsza otrzymał od swego stryja Lejba, który działał w Antyfaszystowskim Komitecie Żydowskim. Drugą osobą, która pomagała Borejszy, była Maria Szkapska - poetka, przyjaciółka Aleksandra Błoka, odgrywająca dużą rolę w Związku Pisarzy Radzieckich. Pamiętać należy, że Borejsza był wówczas nikim więcej jak tylko literatem, który opieki w Moskwie szukał właśnie w kręgach pisarskich. Przyglądał się im zresztą z wielką uwagą. Poznał m.in. Borysa Pasternaka i Lilę Brik, którą po latach nazywał "straszną babą". Szkapska, wywodząca się ze starej petersburskiej inteligencji, znająca języki obce i studiująca w młodości - tak jak Borejsza - w Tuluzie, głęboko zżyła się z nim, a mając łatwe dojścia do przewodniczącego Związku Pisarzy Aleksandra Fadiejewa, zabiegała o zainteresowanie się przyszłym prezesem "Czytelnika". Rekomendację, jaką mu wystawiła, można znaleźć w jej związkowej dokumentacji, przechowywanej w moskiewskim archiwum literatury i sztuki[107]. Zważywszy na specyficzną rolę twórców kultury w społeczeństwie radzieckim, nie można ignorować tej drogi zdobycia przez Borejszę poparcia dla swoich planów. Ostateczna decyzja co do losów Borejszy należała jednak do sekretarzy Kominternu Georgi Dymitrowa i Dymitra Manuilskiego[108]. To dzięki ich opinii został on w kwietniu 1942 r. ponownie zmobilizowany i skierowany na front kaliniński, gdzie pracował jako instruktor polityczny VII Oddziału.
Swoje wrażenia z przyjazdu na miejsce oddelegowania opisał później w Kartkach z frontowego dziennika[109]. Był to cykl reporterski, który Borejsza publikował na łamach "Nowych Widnokręgów". Samo pismo było kontynuacją ukazującego się od wiosny 1941 r. miesięcznika społeczno-literackiego, przekształconego po wojnie w dwutygodnik[110]. Pismem w tamtym czasie kierował Alfred Lampe, on też nadał mu wyraźny społeczno-polityczny rys, odchodząc tym samym od pierwotnej formuły[111]. Borejsza w pierwszych miesiącach działalności pisma był jedynie autorem korespondencyjnym i nie wchodził w skład redakcji. Jego odizolowanie od środowiska polskiej lewicy było niemal całkowite. Był to świadomy wybór. Borejsza wydaje się być wówczas zmęczony polityką, o czym świadczy chęć odreagowania pełnego napięcia okresu lwowskiego. Z drugiej strony, sytuacja jego pozostawionej na terenach okupowanych przez Niemcy rodziny również nie sprzyjała angażowaniu się w politykę. Ta zresztą nie była do końca jasna, a Związek Radziecki grał w sprawie polskiej na zwłokę. Front wydawał się paradoksalnie najlepszym miejscem na przeczekanie, co w przypadku Borejszy nie oznaczało bynajmniej bierności. Znalazł się w nowej sytuacji znakomicie, czego najlepszym dowodem jego reportaże wojenne. Tryska z nich jakaś nowa energia, czuć, że ich autor silnie przeżywa opisywane sprawy. Razić może naiwność pewnych spostrzeżeń, ale i ona przydaje reportażom ciekawego rysu. Ważnym elementem Kartek było przywrócenie tematu polskiego. Walka o wyzwolenie spod niemieckiej okupacji to ich motyw naczelny. W tekstach pojawia się Warszawa, Kraków, Poznań, podsycając wśród czytelników tęsknotę za ojczyzną. "Nowe Widnokręgi", choć ich profil był jasny, czytane były - jak wynika z relacji Lampego - przez wielu Polaków, nie tylko sympatyzujących z ideą komunistyczną[112]. Szeroko rozumiany adresat jest w tekstach Borejszy dobrze widoczny.
Pisanie nie było jego jedynym zajęciem. Do zadań instruktorów politycznych należało tłumaczenie, przesłuchiwanie jeńców oraz szerzenie propagandy wśród wojsk niemieckich[113]. Ślady ówczesnej działalności znajdziemy w reportażach. Wynika z nich, że Borejsza zajmował się głównie przesłuchiwaniem jeńców niemieckich polskiego pochodzenia, w przeważającej mierze Ślązaków[114]. Biegła znajomość języka niemieckiego przydawała się również do redagowania gazety, którą podrzucano w szeregi wojsk nieprzyjaciela. Zastanowić się można, czy to nie tu właśnie mamy do czynienia z "agenturalną pracą" Borejszy dla tajnych służb ZSRR. Charakter jego służby jasno na to wskazuje. Zatem nie NKWD, ale wywiad wojskowy, co równocześnie przeczy przedstawionym wcześniej enuncjacjom Wata i Bermana. Nie można wykluczyć oczywiście tego, że autor Hiszpanii działał wcześniej lub później w ramach innych struktur wywiadowczych, ale taka agenturalna recydywa jest mało wiarygodna. Zaangażowanie Borejszy było doceniane przez jego przełożonych, o czym świadczyć może szybki awans na stopień kapitana. Za udział w ofensywie pod Wielkimi Łukami został ponadto wyróżniony Orderem Czerwonej Gwiazdy i, jak wynika z przekazów rodzinnych, było to jedyne cenione przez niego odznaczenie[115]. Znaleźć w tym można potwierdzenie szczególnego stosunku do wojska i swoich osiągnięć jako żołnierza. Z dumą pisze w autobiografii: "na linii ognia zachowywałem się odważnie i spokojnie"[116].
Ciekawie wyglądają ówczesne lektury Borejszy. W swym wojskowym plecaku nosić miał tylko dwie książki: jedno z pierwszych francuskich wydań Kwiatów zła Charlesa Baudelaire'a i tomik wierszy jego ulubionego rosyjskiego poety Siergieja Jesienina, który otrzymał od jednego z towarzyszy broni z dedykacją "влюбленному в поэзию"[117]. Odizolowanie, chęć pozbycia się trudnych wspomnień i wyczekiwanie na jakościową zmianę w kwestii przyszłych losów Polski odbijają się właśnie w tym arcyciekawym wyborze. Poza tym Borejsza przez całe życie był wielkim miłośnikiem poezji.
Odosobnienie polityczne skończyło się wraz z wezwaniem do Moskwy. Borejsza nie był tym zachwycony, czego też nie ukrywał[118]. W barwny sposób opisywała to Wasilewska: "W końcu czerwca 1943[119] przyjechał Borejsza, przy czym do redakcji przyszedł z wielkimi oporami. Do Moskwy przyjechał jako kapitan czy major Armii Czerwonej i kiedy mu powiedziano, po co go wezwano, prosił, żeby go skierowano z powrotem. W całym tym interesie nie chciał brać udziału. Powiedziano mu, że ma się zgłosić do mnie i ja zadecyduję, do jakiej pracy będzie skierowany. Kiedy zaczął w swojej sprawie interweniować, odpowiedziano mu, że z nim w ogóle na ten temat rozmawiać nie będą, że w tej chwili jego władzą jestem ja. Był tym bardzo ciężko dotknięty i wyszedł ode mnie śmiertelnie obrażony, ale nie miał innego wyjścia, bo rozkaz jest rozkazem"[120]. W tych dziwnych okolicznościach Borejsza został redaktorem "Wolnej Polski", kończąc jednocześnie okres dobrowolnej izolacji i wkraczając w świat "wielkiej polityki".
Wgląd w dokumentację znajdującą się w "kominternowskiej" teczce autora Hiszpanii każe się zastanowić nad tym, co skłoniło polskich komunistów do powierzenia mu ważnej redaktorskiej posady. W pochodzących z różnych okresów opiniach znajdziemy następujące stwierdzenia: "absolutnie nie nadaje się do pracy w Kominternie" (Zofia Dzierżyńska), "człowiek z przesadnym mniemaniem o sobie" (Helena Usijewicz), "można go namówić do pracy w radio, ale i tak trzeba go nieustannie pilnować" (Zofia Dzierżyńska). Jedynie Leon Kasman wydał o Borejszy w miarę pozytywną opinię, pisząc m.in., że "nadaje się do pracy jako publicysta"[121]. Wydaje się, że nowo tworzone pismo na gwałt potrzebowało dobrego pióra, a nade wszystko kogoś znającej się na pracy redakcyjnej. Borejsza był w tym przypadku osobą idealną. W każdym razie - na tyle idealną, że można było przymknąć oczy na wszelkie jego wady.
Moskiewski czas
"Wolna Polska" była oficjalnym organem Związku Patriotów Polskich (ZPP), choć powstała jeszcze przed utworzeniem tej organizacji. Tłem jej powołania był rysujący się od początków 1943 r. konfliktu na linii rząd polski - rząd radziecki[122]. Pismo od chwili swego powstania było elementem rozgrywki, jaką zainicjował Stalin wobec swoich zachodnich sojuszników. Chodziło o to, aby "Wolna Polska" stała się "wyrazicielem nastrojów i nie odpychała, a przyciągała wszystkich Polaków"[123], którzy znajdowali się na terytorium Związku Radzieckiego. Intencję tę widać w artykule wstępnym do pierwszego numeru[124]. To również wyraźny sygnał zmiany stosunku ZSRR wobec sprawy polskiej i przyjęcia koncepcji politycznych Alfreda Lampego[125], który sprawował nadzór polityczny i dbał o właściwą linię ideową pisma. Popularna w niektórych kręgach wizja Polski sowieckiej odsunięta została na dalszy plan, choć jej sympatycy nie tracili nadziei na realizację tego marzenia[126].
Początkowo redakcję "Wolnej Polski" tworzyły trzy osoby: Wiktor Grosz, Hilary Minc i Wanda Wasilewska. Z czasem przyjęło się, że nieformalnym redaktorem naczelnym pisma zostawał sekretarz redakcji, którym po Groszu był Borejsza. Jego sympatie wobec linii politycznej Lampego są bezsporne. Przemawia za tym zarówno bliska współpraca, jak i czynnik osobisty, łączący się z niechęcią do Wasilewskiej i jej pomysłów. Istnieją świadectwa wskazujące, że Borejsza szukał w ramach koncepcji głównego ideologa ZPP miejsca dla swej przyszłej działalności. To w odniesieniu do nich miała się krystalizować wizja "Czytelnika", jako idei zespalającej wysiłki "всех созидательных сил dla odbudowy kraju"[127]. Oto fragment wspomnień Juliana Stryjkowskiego: "Pamiętam pewną scenę, która była jakby prorocza. To było w mieszkaniu u znajomych, u Pańskich, w hotelu "Moskwa" w początkach 1944 r. Borejsza zaczął improwizować, jak on sobie wyobraża architekturę kultury polskiej. Mówił takie rzeczy, które przechodziły moje pojęcie. I on to wszystko wcielił w życie. To było nadzwyczajne u Borejszy, który rzeczywiście był genialnym organizatorem"[128]. Relacja autora Głosów w ciemności jest bezcenna, ponieważ ukazuje najwcześniejszy moment powstania koncepcji czytelnikowskiej. Inne wspomnienia ograniczają się do okresu lubelskiego jako punktu wyjściowego projektu, trudno jednak przypuszczać, aby tak wielki projekt kulturalno-oświatowy powstał z dnia na dzień. Widzieć go więc należy jako efekt końcowy miesięcy przemyśleń, poprzedzających zakończenie wojny.
Swój pierwszy artykuł w "Wolnej Polsce" zamieścił Borejsza w numerze z 25 maja 1943 r. Właściwie była to krótka notatka, zatytułowana Czekać, zwlekać, szczekać...?, krytykująca opieszałość rządu polskiego, wstrzymującego się rzekomo przed użyciem wszelkich sił zbrojnych do walki z okupantem niemieckim. To jednocześnie zapowiedź powstania na terytorium Związku Radzieckiego armii, której o rzeczoną "opieszałość" posądzić nie będzie można. W tekście pojawia się ponadto wyraźna aluzja do sprawy, która ostatecznie przesądziła o zerwaniu polsko-radzieckich stosunków dyplomatycznych w kwietniu 1943 r.: ujawnienia przez Niemców zbrodni katyńskiej. "Mówią niektórzy w Londynie - pisał Borejsza - że trzeba kompromitować w oczach demokratycznego świata Polskę, dając wiarę prowokatorom z Berlina, ba! śpiesząc z pomocą ich propagandowym kawałom - jak gdyby tam w Berlinie siedzieli obrońcy życia i mienia polskiego"[129]. Uderzające, że ujawnienie zbrodni katyńskiej jest dla Borejszy jedynie "propagandowym kawałem". Takie sformułowanie tłumaczy albo wiara, że ZSRR rzeczywiście nie ma z zabójstwem polskich oficerów nic wspólnego, albo skrajny cynizm. Trudno przyjąć bez powątpiewania tezę o pełnej nieświadomości człowieka, który odpowiadał za informację, bez względu na to, czy była ona przepuszczana przez gęste sito cenzury. Wydaje się to rzeczą nieprawdopodobną i jeśli w ten sposób da się wytłumaczyć np. artykuły Tadeusza Peipera[130], to w przypadku Borejszy akceptacja poglądu o jego niewiedzy natrafia na spory opór. Choć pewien margines niepewności należy pozostawić. Mamy przecież do czynienia z człowiekiem, dla którego polski mundur miał ogromne znaczenie.
Nie był to zresztą jego jedyny artykuł poświęcony sprawie katyńskiej. W styczniu 1944 r. Borejsza, jako specjalny wysłannik "Wolnej Polski", udał się wraz z grupą zagranicznych dziennikarzy oraz przedstawicielami amerykańskiej ambasady w Moskwie na miejsca straceń polskich oficerów, gdzie od września pracowała radziecka komisja badająca zbrodnię[131]. Efektem tej wyprawy był artykuł Tragiczna karta katyńska, opublikowany w marcu w "Nowych Widnokręgach"[132], oraz obszerna relacja, która ukazała się w moskiewskim tygodniku 1 lutego. Kończyła ją konkluzja, której treść uwydatniono dodatkowo przez użycie wielkich liter: "KATYŃ, KTÓRY MIAŁ W MYŚL PROWOKACJI HITLEROWSKIEJ PORÓŻNIĆ BRATNIE ARMIE, STAJE SIĘ JESZCZE JEDNĄ WIĘZIĄ, ŁĄCZĄCĄ NAS DO WSPÓLNEJ WALKI I ZEMSTY"[133]. Udział Borejszy w szerzeniu kłamstwa katyńskiego uznać należy za bodaj najmniej chlubny element jego działalności publicznej.
Większość artykułów zamieszczanych przez autora Hiszpanii w "Wolnej Polsce" skupiała się na aktualnych sprawach politycznych. Były to najczęściej krótkie, acz niezwykle zjadliwe komentarze dotyczące przedwojennych elit politycznych i bieżących poczynań rządu polskiego w Londynie[134]. Spraw kulturalnych Borejsza nie podejmował, zostawiając je dla swych publikacji na łamach "Nowych Widnokręgów". Uwagę zwracają zwłaszcza dwa zamieszczone tam teksty, przynoszące coś w rodzaju propozycji, jaką przyszły prezes "Czytelnika" składał starej, nieufnej wobec "nowego" inteligencji. To Zdumienie i męczeństwo Juliusza Kleinera[135] oraz Druga młodość Juliana Tuwima[136].
Pierwszy artykuł jest pożegnaniem wybitnego literaturoznawcy, który miał zginąć w nieznanych okolicznościach pod okupacją niemiecką. W rzeczywistości Kleiner wojnę przeżył, ale wieści o tym nadeszły dopiero w 1944 r. Mimo tej niezamierzonej niezręczności wartość artykułu jako świadectwa ówczesnych poglądów Borejszy na rolę inteligencji i możliwość włączenia jej w powojenne życie pozostaje niezmienna. Kluczowe znaczenie ma fragment, w którym pisze on o przemianie, jaka miała się dokonać w spojrzeniu profesora na dziejącą się wokół niego Historię. "Kto obserwował Juliusza Kleinera we Lwowie - pisał Borejsza - był świadkiem owego zmagania się w nim świata rzeczywistych warunków i możliwości, z odruchem świata wizji ubiegłego stulecia, cierpiętniczego, biernego nurtu polskiego romantyzmu. Czuł się niewątpliwie lepiej w tym klimacie rzeczywistych doznań, rozumiał jednak, jak daleki jest świat rzeczywisty od tych doznań. [...] Dla niego, człowieka przeszłości, który był daleki i od nowego pokolenia i od nowych rycerzy, był to wysiłek nielada: musiał łamać w sobie cały świat widm"[137]. Choć Borejsza pisze o okresie lwowskim, oddaje przede wszystkim klimat roku 1943. Widzimy więc kostium, pod którym ukryto współczesny przekaz. Dlatego Lwów w cytowanym tekście jest rysowany w ciemniejszych niż dotychczas barwach. "Do tamtej sytuacji nie ma powrotu" - zdaje się mówić Borejsza i wprost odkrywa swoje ówczesne intencje, owe zmaganie się "świata rzeczywistych warunków i możliwości" z idealnym wyobrażeniem. To jednocześnie wyraźna wskazówka, by polska inteligencja wyzbyła się swych dotychczasowych uprzedzeń i skupiła na tym, co możliwe do zrealizowania w takich, a nie innych okolicznościach. Kleiner, jako reprezentant określonej formacji kulturalnej, znakomicie się jako "przekaźnik" tego komunikatu nadawał.
W podobnym tonie wypowiadał się Borejsza w artykule poświęconym Tuwimowi. Nazywa go "największym ze współczesnych nam poetów". Przypatrzywszy się temu z perspektywy lwowskiej, wypada wyrazić zdziwienie, bo choć Tuwim nie był pisarzem zakazanym, to również jego twórczość nie była specjalnie eksponowana[138]. Co dyktowało tę zmianę? Abstrahując od sympatii literackich Borejszy, odnieść to należy do zmiany w polityce kulturalnej polskich komunistów. Taka deklaracja w oficjalnym piśmie, poddanym szerokiej kontroli, nie mogła być wyłącznie wyrazem subiektywnych odczuć autora. Podobnie jak w przypadku tekstu o Kleinerze, mamy tu do czynienia z sygnałem danym ludziom polskiej kultury. Znamienny dla takiego ujęcia jest przytoczony przez Borejszę cytat z Aleksandra Błoka: "Sankcja ludowa, milczące ludu usprawiedliwienie powiada: Wielokroć myliłeś się, niejednokrotnie padałeś, lecz ja słyszę, że ty idziesz w miarę swoich sił, żeś ty uczciwy, a więc możesz przerosnąć siebie[139]. I dlatego - tem westchnieniem o tobie usprawiedliwiam ciebie i błogosławię ciebie na dalszą drogę"[140].
Tuwim zaskarbił sobie przychylność komunistów swoją postawą po zerwaniu stosunków dyplomatycznych między rządem polskim a radzieckim i nie włączył się do powszechnego potępienia zbrodni katyńskiej. Poszedł pod prąd ogólnych oczekiwań, co - w przekonaniu Borejszy - czyniło zeń wyraziciela całego narodu. To chwyt retoryczny, sugerujący, że skoro "największy poeta naszych czasów" stoi po naszej stronie, stać za nami musi cały naród. Widać tu odniesienie do romantycznej koncepcji wieszcza narodowego, wyraziciela przekonań i potrzeb ludu. Przebywający na emigracji w Stanach Zjednoczonych Tuwim miał zresztą kroczyć prostą drogą trybunów ludowych, przemawiając na wiecu polskich robotników w Detroit. Nadmienić warto, że Borejsza nie przesądza definitywnie kwestii statusu twórcy Kwiatów polskich. Ten musi być potwierdzony przez przyszłe dzieła i postawę autora. Borejsza wchodzi na ścieżkę swoistej futurologii, kiedy pisze: "Tuwim przerósł siebie, jak i niektórzy inni na wychodźstwie. Do nowej, wolnej Polski powróci nowy Tuwim. Wraz z wyzwoleniem narodu rozpocznie swą drugą młodość. Za tę drugą młodość wznoszę toast. Oby wolna była od biesów i kleszczów szarości". Słowa, choć kierowane do Tuwima, mają również innych adresatów. Warunkiem budowy zgody narodowej jest, według Borejszy, akceptacja nowej rzeczywistości, a ta równa się sojuszowi ze Związkiem Radzieckim. Charakter owego związku nie zostaje dopowiedziany, tak naprawdę bowiem nikt do końca nie wiedział, jakie przyjmie on formy.
Oba artykuły powstały w drugiej połowie 1943 r. Borejsza występował w nich jako wyraziciel przekonań grupy mającej w niedługiej perspektywie przejąć władzę w Polsce. Czytelne jest to szczególnie w artykule dedykowanym Tuwimowi. Widać z tego, że program kulturalny, który będzie realizował po lipcu-sierpniu 1944 r., nie powstał ad hoc. Jego geneza sięga okresu pobytu Borejszy w ZSRR, a nie, jak chcą niektórzy, okresu lwowskiego. Z obu analizowanych tekstów przemawia do czytelnika człowiek święcie przekonany o swoich racjach, czujący nieuchronność zwycięstwa strony, którą reprezentuje. Na oba spojrzeć też można jak na propozycję zbudowania wspólnej płaszczyzny służącej budowie kultury jutra. Stąd tak duży szacunek dla Kleinera i Tuwima, symbolizujących kulturę minioną. O tym, że nie była to propozycja rzucana w próżnię, przekonuje późniejszy list autora Balu w operze do Borejszy, w którym pisał: "Nie potrafię Panu powiedzieć, jak bardzo ucieszył mnie wówczas ten artykuł, jakim był pokrzepieniem dla roztrzęsionej duszy"[141]. Borejsza podkreślał jednocześnie, że nie ma powrotu do przeszłości. Rozwiązaniem problemu uczestnictwa w nowej kulturze dla starych twórców jest tylko "przerośnięcie siebie". Świadomie czy nie, nawiązywał Borejsza tym terminem do leninowskiej teorii przerastania rewolucji burżuazyjnej w socjalistyczną[142]. Choć teoria ta odnosiła się do innego typu zjawisk, to w warstwie semantycznej dostrzec można wyraźne zbieżności. Nie będzie więc błędem stwierdzenie, że Borejsza podczas pobytu w ZSRR budował stopniowo wizję przyszłej polityki kulturalnej, nie definiując jej jednak do końca, w oczekiwaniu na bieg wydarzeń i ocenę możliwości, w jakich przyjdzie mu ją realizować.
W zgodzie ze swym temperamentem, nie pozostawał zupełnie bezwolny wobec rzeczywistości politycznej. Zaangażowanie w ZPP pozwoliło mu zaistnieć na scenie politycznej, może nie w roli głównego gracza, ale z pewnością osoby o szerokich wpływach. Rzeczywistego ich rozmiaru określić w tej chwili nie sposób, wiadomo jednak, że Borejsza musiał cieszyć się znacznym zaufaniem, skoro spod jego pióra wychodziły artykuły prezentujące linię polityczną polskich komunistów w przełomowych miesiącach 1944 r. Na łamach "Nowych Widnokręgów" zamieścił m.in. artykuł Granice legalności, w którym odbierał rządowi polskiemu w Londynie znamiona legalności, przenosząc je na stronę polskich komunistów, którzy przez zainicjowanie czynu zbrojnego i stworzenie programu demokratycznej zmiany zyskać mieli prawo do budowy ośrodka reprezentującego naród polski i kierującego jego walką[143]. Borejsza tłumaczył też sens przyszłej rewizji wschodnich granic Rzeczypospolitej, która zakończy okres sporów i niesnasek wynikających z rozbieżnych interesów narodów zamieszkujących kresy wschodnie. Granice legalności wydrukowane zostały z datą 15 stycznia 1944 r., a więc niedługo po konferencji w Teheranie, która, choć nie rozstrzygając ostatecznie, dawała wgląd w kierunek przyszłych decyzji w sprawie polskiej granicy wschodniej. Kilka dni wcześniej Armia Czerwona przekroczyła linię graniczną II Rzeczypospolitej. Był to czas mający niebagatelne znaczenie dla kształtu przyszłej Polski. Borejsza w cyklu artykułów w "Nowych Widnokręgach" kreślił jej wizję, usprawiedliwiając jednocześnie trudne do zaakceptowania przez polskie społeczeństwo rozstrzygnięcia. Ich czas zbliżał się wielkimi krokami.