Mieszko. Mroczne czasy - Daniel Komorowski

-
Proszę czekać

2.

* WCZEŚNIEJ *

- Czekają na nas - ozwał się Siemirad, wpatrzony tam, gdzie pozostali. Na wrogą armię rozmieszczoną na wzniesieniu przed nimi. Armię liczną, chociaż nie tak jak ich. Armię, z którą zaraz się zmierzą.

- Ano. Zajęli dobrą pozycję i czekają - podjął Mieszko bez emocji. Spokojnie, wyważonym tonem jakby wcale się nie przejmował. Nie lekceważył przeciwnika, co to, to nie. Sam nieraz udowadniał, że nawet w obliczu silniejszego, słabszy, a z dobrą strategią i odwagą w sercu może doprowadzić na polu bitwy do zaskakujących rozstrzygnięć. Nie lekceważył więc, on po prostu na chłodno, ze spokojem starał się ocenić przeciwnika, przewidzieć jego zamiary i przyszykować odpowiednio własne. To on tutaj jest od dyktowania warunków, nie wróg, który ważył się najechać jego ziemie, a do tego nawet zająć Lubusz. Jakby samego ataku było mało, to zabił tutejszego księcia Bogusława, wraz z żoną, a więc siostrą jego matki Ludmiły, która połączyła ichniejsze rody. Wyprawa to więc na zachodnią granicę, coby przepędzić wroga, ale i dokonać pomsty.

- Tylko tyle rzekniesz? - Czcibor liczył na nieco więcej słów z ust brata. Chociaż sporo już czasu spędzili ze sobą po powrocie Mieszka do księstwa, stoczyli razem kilka bitew, tak wciąż nie zawsze go rozumiał, a gdzie tu by jeszcze domyślić się, co może mu chodzić po głowie?

- A co mam rzec więcej? Musimy zwyciężyć i przepędzić albo ubić kundla. Co tu więcej mówić?

- Ale jak zamyślasz to uczynić?

Mieszko spojrzał jakby zdziwiony, to po nim, to po Siemiradzie. Odpowiedział po krótkiej chwili, jakby musiał przemyśleć, czy coś mu przypadkiem nie umyka.

- No jak to jak? Przetrzebić suczych Wieletów. Sprawić, że z podkulonymi ogonami sknacać będą z pola bitwy, a sam Wichman klęknie przede mną, błagając, bym go oszczędził. - Wzruszył ramionami. - Taki jest plan. Taki był, odkąd tu wyruszyliśmy.

- Pod górę może być z tym problem - dołączył do rozmowy najmłodszy z braci, Prokuj.

- Ja to bardziej zastanawiałbym się, czemu w ogóle gród opuścili i zamiast na jego wałach z nami walczyć, to chcą nam bitwę wypowiedzieć akurat tutaj? - podjął Czcibor. - To zdaje mi się najważniejszą kwestią.

- Nie taką ważną, jeśli całkowicie jest zrozumiała - odparł Mieszko. Widząc pytające spojrzenie brata, wyjaśnił: - To pułapka. Przyszykowali coś na nas, toż to jaśniejsze niźli słońce. - Przywołał wzrokiem tutejszego Lubuszanina, którego spotkali w drodze i który uzupełnił ich wiedzę na temat wroga. Gdy wieści o jego poczynaniach dotarły do Gniezna, Mieszko szybko zadecydował, by ruszać. Bracia powiadomili go, że przed śmiercią Siemomysła już raz Czcibor pokonał Wichmana, który uciekł pokonany niczym największy tchórz. Jak się okazało, porażka nie zniechęciła go przed kolejnymi atakami i oto powrócił. Zajął Lubusz i jak wieść niosła, poza księciem Bogusławem i jego żoną, zabił także ich syna, a więc pozbawił tutejsze ziemie zarówno władcy, jak i jego następcy. - Czemu czekają na nas na tym wzniesieniu zamiast na wałach?

- Nie wiem, panie. Kombinują coś.

- Tyle to wiem. Słyszałem, że Lubusz po jego pierwszym najeździe solidnie została wzmocniona. Czemu więc Wichman nie korzysta z tych umocnień, tylko wypowiada nam walkę w polu? Jaki może mieć w tym cel?

Informator nie wiedział i ledwie się powstrzymał przed odruchowym wzruszeniem ramion, ale przy kniaziu nie wypada. Wtem jednak uzmysłowił sobie coś, co wydało mu się istotne, lub przynajmniej warte podzielenia się.

- Wzniesienie można objechać. O tamtędy - wskazał kierunek na wschód od rzeczonego wzniesienia. - Dobra ścieżka jest, może wąska, ale doprowadziłaby na tyły Wieletów.

- Jednak co nie bądź wiesz. Ale i Wichman pewnikiem już się zorientował.

- Panie? - Lubuszanin nie zrozumiał w czym rzecz. Mieszko więc sprecyzował:

- To jest odpowiedź, czemu czeka na wzniesieniu. Możliwości są dwie. Albo liczy, że ruszymy objazdem i tam planuje nas zaskoczyć, albo sam zamierza tamtędy nas oskrzydlić.

- Na moje, to jeśli nie my tamtędy ruszymy, to on to zrobi - dodał od siebie Siemirad.

- Więc tak czy inaczej nie miną nas walki na dwóch frontach niejako - podsumował kniaź. - Dobra, nie ma co zwlekać, czasu mitrężyć. Wcześniej ruszymy, wcześniej obrobimy się z dziadostwem. Piechota ruszy na wzniesienie, potem...

- Daj mi dowodzić piechotą - poprosił Czcibor, który miał nieustające poczucie, że wciąż musi udowadniać swoją wartość. Udowadniać jednak nie tylko Mieszkowi, ale także, a może nawet przede wszystkim, sobie. Prośby nie umotywował w żaden sposób, lecz nie było takiej potrzeby, gdyż starszy brat bez oporu się zgodził.

- Niech tak będzie. Siemirad ruszy z mniejszym oddziałem wokół wzniesienia, ja poczekam chwilę z jazdą, coby się upewnić, że Wichman nie wymyślił czegoś więcej. Dołączę do walk najszybciej, jak się da.

Wszyscy zgodnie pokiwali głowami. Plany na bitwę były proste, ale takie bywają niekiedy najlepsze. Wkrótce miało się okazać, czy i tym razem będzie podobnie.

***

Organizacja ataku nie trwała długo. Dowódcy wiedzieli, co robić, ustalenia zostały przekazane. Wojowie szykowali się, by wdrożyć plany w życie. Wcześniej jednak coś do powiedzenia miał jeszcze kniaź. Mieszko wyjechał przed całą armię na swym pięknym, czarnym jak noc koniu Piorunie i zawołał, wskazawszy na wzniesienie:

- Tam czeka wróg. Wieleci i licho wie, kto jeszcze. Dowodzi niejaki Wichman, który już raz ośmielił się wedrzeć na lubuskie ziemie, lecz mój brat Czcibor go przepędził, nim Wichmanowa zaraza rozlała się dalej. Temu jednak mało. Nie uczy się na błędach, nie nauczył się, że z Piastami się nie zadziera i powiem tylko jedno - zawiesił głos dla zwiększenia napięcia. - Sprawmy, żeby dzisiejsza nauczka była ostatnią. Koniec z najazdami na nasze ziemie! To my jesteśmy tymi, którzy atakują. Nie na odwrót. Poślijmy za zachodnią granicę właśnie taką odpowiedź! Do boju!

I ruszyli. Piechota Czcibora i Siemirada. Na ów widok Wieleci poczęli wykrzykiwać w kierunku wroga zapewne groźby i wyzwania ubrane w nieprzyjemne słowa. Choć armia Piastowa za daleko była, by rozróżnić jakieś słowa, to nie byli w ciemię bici. Wiedzieli, czego się tyczą i w podobnych odkrzykiwali tonach, jednocześnie zagrzewając się do walki.

Mieszko obserwował, jak piechota zmierza ku wzniesieniu. Przyglądał się jak większa jej część podąża pod górę, a mniejsza odłącza się i zachodzi od boku. Już zaraz, już za chwilę szczęknie żelaziwo, a do bojowych okrzyków dołączą te świadczące o doznawanym bólu i cierpieniu. Już zaraz śmierć zatańczy nad polem bitwy.

Ze wzniesienia nadleciały strzały. Gęsta seria, która spadła na atakujących pieszych, lecz ci w porę zastawili się tarczami. Groty zagrały o dechy i umba. Mało która przedostała się przez zasłony. W odpowiedzi Czcibor kazał przyśpieszyć. Nie posłali strzał w przeciwną stronę, zdawał sobie sprawę, że ichniejszy ostrzał z zajmowanej pozycji przyniesie jeszcze mniejsze korzyści, niźli ten wroga. Mądra decyzja. Groty jeszcze się przydadzą, każdy się liczy, bowiem każdy jeden to szansa na jednego mniej Wieletę. Może nawet któraś skróci życie samego Wichmana? Czcibor, maszerując nie potrafił przestać o nim myśleć. Nie, żeby Niemiec spędzał mu sen z powiek, wszak pokonał go niegdyś, więc tu nie jawił się problem, jak jeszcze niedawno ze Strogomirem i jego synami Suliborem i Suliradem, którzy zmasakrowali go w bitwie o Rozprzę. Tutaj jawiła się kwestia powtórzenia sukcesu. Słów Mieszka odnośnie do dobitniejszej nauczki niźli danej za tamtym razem nie odbierał za przytyk, jakoby może wygrał, ale nie dokończył sprawy. Sam z siebie żałował, że tego nie uczynił. Lecz teraz za późno na to i jedyne, co może zrobić, to to naprawić. Sprawić, że Wichman już nigdy nie powróci, bo spłonie na rozpalonych wkrótce stosach razem ze swoją wielecką bandą.

Kolejna chmara strzał przecięła niebo. Przysłoniła je na chwilę, by zaraz opaść na wojów Piasta. Ci po raz kolejny zasłonili się szczelnie tarczami i jeno pojedyncze dało się usłyszeć pośród nich krzyki, bogi jeno raczą wiedzieć, czy świadczące o bólu, czy może wyśmiewające wroga za zmarnowanie pocisków.

I trzecia. Z efektem identycznym.

Wtem nastąpiła zmiana. Ledwie Mieszko zdołał pomyśleć, ile jeszcze serii zmarnuje Wichman, gdy ten przestał to czynić, a ze wzniesienia inna nadciągnęła ofensywa. Atak, na który kniaź zaklął pod nosem. To konnica pędząca z góry na pieszych Czcibora. Brat natychmiast wydał polecenia. Ścieśnili krzyki, zwarli się i... czekali.

3.

- Czekać! Czekać! Jeszcze nie - nie przestawał wstrzymywać swych wojów przed tym, co pewnikiem zdecydowana większość z nich chciała teraz zrobić w obliczu nadciągającej konnicy. I nie, nie o uciecze mowa, bowiem tchórzy w swych szeregach nie mieli. Każdy wiedział, po co tutaj przybyli i każdy zamierzał walczyć do końca. Nie zlękli się, widząc, na co zdecydował się przeciwnik. A bo to pierwszy ich bój? Może dla niektórych, którzy dopiero mieli zbierać pierwsze szlify w bojach, ale widząc odwagę bardziej doświadczonych kompanów po prawicy czy lewicy także oni się nie cofali.

- Może już? - Czcibor usłyszał pytanie Prokuja.

- Jeszcze nie - odparł, po czym powtórzył głośniej, coby usłyszeli także setnicy. Gdy tylko wyda rozkaz, oni przekażą go dalej i zacznie się. Wzniesienie spłynie krwią.

Wieleci byli coraz bliżej. Ich oręża gotowe były do zadania ciosów. Konie mknęły, nie zwalniając tempa.

- Bracie... - Prokuj ozwał się ponaglająco i w końcu padło:

- Teraz! - zagrzmiało z ust Czcibora. - Włócznie!

Rozkaz został poniesiony dalej i dalej, a włócznia jedna za drugą była chwytana oburącz przez wojów, gdy już pozbyli się tarcz. Nimi nie zatrzymają konnicy. Może i zmniejszą jej siłę uderzenia, ale i tak zostaną staranowani. Żelaziwa na długich tykach zaś zasieją we wrogich szeregach spustoszenie.

Uderzyli Wieleci. Zderzyli się z pieszymi Piastów i nadziali się na wystawione przez nich włócznie. Żelaziwa dźgały ich, choć częściej biedne konie, które rżały z przerażenia i doznawanej katorgi z dotkliwych ran. Wystarczyło konia zajechać, by już szalał z bólu, panikował, a co dopiero, gdy całe groty wbijały się w ich ciała? Jeźdźcy mieli problem z opanowaniem ranionych zwierząt. Te stawały dęba, rzucały się do biegu byle dalej. Wielu spadło z ich grzbietów, kończąc swój żywot pod twardymi kopytami, wgnieceni przez nie w ziemię.

Wiele wierzchowców padło, ale zdecydowanie nie wszystkie. Liczba niemożliwa do oszacowania, ale wciąż liczna konnica runęła na pieszych. Ci, tak jak i konni, nie obyli się bez strat. Trup ścielił się gęsto po obydwu stronach.

Czcibor trafił. Jego włócznia wbiła się nieszczęsnemu ogierowi w sam środek gardzieli, a kiedy ten wierzgnął panicznie i upadł, ułamała się. Zwierzę przygniotło swego jeźdźca krzyczącego zarówno z bólu, jak i z wściekłości. Piast dobiłby go, ale od prawej ciął ku niemu mieczem inny Wieleta. Jego ostrze ociekało krwią, więc zabił przynajmniej jednego woja. To był twój ostatni, pomyślał Czcibor i uchyliwszy się przed uderzeniem, doskoczył do jeźdźca, chwycił go za poły kaftana i ściągnął z końskiego grzbietu. Ten ledwie zdołał zaznajomić się z twardą ziemią, a już rozgościło się w jego wnętrznościach zimne ostrze Piasta, wbite mu z góry w pierś.

- Było tu nie przyjeżdżać - syknął ku umierającemu Czcibor, nie bacząc czy ten go zrozumie, lub w ogóle usłyszy, po czym przekręcił klingą, wyciągnął ją i rzucił się do kolejnego ataku.

- Giń! - usłyszał wtem, lecz może nie zwróciłby większej uwagi na krzyk, wszak to nic dziwnego na polu bitwy, lecz głos należał do Prokuja. Prędko obrócił się w kierunku, z którego nadciągnął, ponieważ młodszy brat być może potrzebował pilnej pomocy.

Szybko odnalazł go wzrokiem, lecz jeśli ktoś potrzebował pomocy, to jego przeciwnik, choć i na to było już stanowczo zbyt późno. Prokuj mieczem dźgał przegranego, a ten ruszał się już tylko wiedziony kolejnymi ciosami. Sam z siebie nie był w stanie już choćby drgnąć. Nie żył.

- Bracie! Prokuju! - Młodszy z Piastów nie słyszał Czcibora. W boju zagotowała się w nim krew, skupiał się tylko na walce i odbieraniu życia. Jeszcze jeden cios, jakby dla pewności, że Wieleta już się nie podniesie i w końcu zostawił biedaka, po czym naparł na kolejnego, z pewnością dostrzegalną w ruchach. Może najmłodszy z braci, ale nabrał już bądź co bądź cennego doświadczenia w przebytych bojach, a to przynosiło efekty... Czcibor także wrócił do walk i już zaraz nowa krew oblała mu klingę. Nie pierwsza i nie ostatnia tego dnia.

4.

Siemirad poprowadził oddział piechoty. Wręcz uwielbiał, kiedy Mieszko oddawał mu część władzy i nie miał nad sobą nikogo, niczyjej woli. W takich sytuacjach to on stawał się panem i władcą. Nie żeby kierowała nim zazdrość, albo coś podobnego. Tutaj tłumaczenie jest znacznie prostsze i nie wymaga doszukiwania się problemu w miejscu, gdzie go zaiste nie ma. Siemirad po prostu lubił dowodzić i z takich okazji korzystał, ile mógł. Czy Wieleci czekają na niego z pułapką, czy też nie, wkrótce mieli się zetrzeć, on ich pokona i dołączy do głównego frontu, gdzie wezmą pozostałe siły wroga z dwóch stron. A nie ma to, jak otoczyć przeciwnika. Jest wtedy taki... bezradny. Mimo że walczy, mimo że oszukuje się, iż może wyjść z opresji obronną ręką, to skrupulatnie odbierają mu wszelką nadzieję. Już niedługo będzie tak na wzniesieniu.

Ścieżka doprawdy nie należała do najszerszych, jak zapowiedział im tamten Lubuszanin, ale nic to. Grunt, że prowadziło do celu. Siemirad posłał przodem dwóch zwiadowców. Może droga nie była daleka, ale wolał uniknąć zaskoczenia. Jeśli doprawdy czeka gdzieś tutaj na nich pułapka, to nie zamierzał w nią wpaść jak pierwszy lepszy głupiec.

Maszerowali szybszym krokiem, lecz z zachowaną bacznością. Wszak wokoło drzewa i jeno czekać, aż z lasu wyskoczą Wieleci. Ale wojowie z dłońmi na uchwytach tarcz czy rękojeściach mieczy i toporków byli gotowi.

Siemirad przeczesywał linię drzew, doszukując się jakichkolwiek śladów wroga. Na ziemi ich nie dostrzegali, więc jeśli gdzieś tu był, to najwyraźniej zatarł je nad wyraz dokładnie. Jeśli z kolei ciągle gdzieś się tutaj czai, to robi to bezbłędnie.

Wrócili zwiadowcy. Obydwaj jeszcze z Mieszkowej drużyny z Truso. Obydwaj Norwegowie. Odezwał się niższy z nich, Trugi.

- Cisza. Ni widu, ni słychu po Wieletach.

- Nie przeoczyliście czegoś?

- Wątpisz w nas, to sam sprawdź - odparł mu wyzywająco Trugi, lecz każdy wiedział, że to było żartobliwe.

- Może i tak zrobię.

- To zważ wtedy, że ścieżka nie do końca jest taką, jaką zapowiedział Lubuszanin.

- Co znaczy, że nie jest do końca taka?

- Ano tyle, że taką nie jest wcale - sprecyzował z naciskiem, jasno i wyraźnie drugi z Norwegów, Sveltig.

- Co wy mi tu mówicie?

- To, co słyszysz, Siemiradzie. Ten wojak was oszukał. Ścieżka oplata wzniesienie, lecz tylko z początku. Zakręca do lewej tak, ale potem jak kto nieuważny, to nie zauważy nawet, jak odbija lekkim łukiem do prawej.

- Czyli, że zamiast okrążyć wzniesienie, oddalamy się od walk?

- Dokładnie tak.

- Czyli zdrada - syknął przez zaciśnięte zęby, już snując w głowie wizje, jak należycie wyrazi Lubuszaninowi wdzięczność za wyprowadzenie ich w pole. Dobrze, że jednak posłał Trugiego i Sveltiga, inaczej mogli zajść jeszcze dalej. - Pewnie nie ma ścieżki, żeby odbić?

- Jeno lasem, ale zawalony obalonymi drzewami, jakby kiedy tęga wichura tędy przeszła i powyrywała ich. Szybciej będzie zawrócić.

- To zawracamy. Od razu. Jeśli nas tu wywiedli, to i tak pewnikiem co naszykowali. Trzeba ostrzec Mieszka.

Już miał wydać rozkaz odpowiedni rozkaz, gdy świsnęło. To strzały, jakie spadły na nich spomiędzy drzew.

- Tarcze! Mur tarcz! - zawołał Siemirad, a wojowie gładko i sprawnie zbili się w ciasną formację, jakby było to dla nich naturalne niczym oddychanie. Wyszkoleni wielce, w bojach zaprawieni jeszcze bardziej. Dwóch jeno nie zdążyło. I chociaż strata to bolesna, wszak kompani, to polec mogło znacznie więcej, gdyby nie zebrali się tak szybko.

Ale to zaledwie początek. Spomiędzy drzew wybiegli Wieleci.

Chmara Wieletów z jednym tylko zadaniem... Zniszczyć oddział pieszych, pozbawić wsparcia główną oś Piastowego ataku.

5.

Mieszko przestał się tylko przyglądać. Cierpliwość, czekanie? To jego największe ze słabości. Działanie - szybkie i natychmiastowe, to jego siła. To mu w sercu grało od zawsze, tudzież wiele razy musiał walczyć z samym sobą, wstrzymywać wodze porywczości, by nie za wcześnie zaatakować, wkroczyć, wyskoczyć z ukrycia. Teraz sytuacja wymagała krótkiej obserwacji i już z tym miał nie lada jaki problem. Piesi ledwie zdążyli wyruszyć, a on już chciał dołączyć. Sytuacje, w których to nie on przewodził osobiście głównym siłom, w których nie uczestniczyłby w głównym natarciu potrafiłby wyliczyć na palcach jednej ręki i to być może nawet okaleczonej o palca czy dwa. Odkąd zaczął przewodzić wojom na służbie u Haralda Sinozębego, walczył w pierwszym szeregu razem ze swoimi. Z tyłu zostawał w przypadkach niezwykle rzadkich, a ten to jeden z nich. Może i nie było takiej potrzeby, może i mylił się, sądząc, że lepiej się wstrzymać z ruszeniem na wzniesienie od razu całą przywiedzioną tutaj armią. Ale tak zadecydował, a jak podjął już decyzję to zamierzał się jej trzymać, mimo że nawet Piorun zachowywał się pod nim niespokojnie, jakby i jego ciągnęło w bój. Gdy zaś do boju już doszło, obydwu jeszcze bardziej poczęło nosić.

A i nie tylko nich.

- Długo jeszcze? - To Sulibor raczył wtrącić co nieco od siebie. Porywczy, z krwią niemal wiecznie buzującą mu w żyłach, by coś niszczyć lub... zabijać. W bitwie o Gniezno Mieszko go pokonał, a ten w ramach zawartych ustaleń jako przegrany złożył mu przysięgę wierności. Piast zdobył wtedy do swojej drużyny jednego z najgroźniejszych rębajłów, z jakimi przyszło mierzyć mu się w życiu. Problemem jawiło się zaufanie wobec Strogomirowego syna, a więc buntownika przez którego zginęło wielu, ale to wielu dobrych wojowników. Niemniej Sulibor pokazał, że honor nie jest mu obcy i złożonej przysięgi nie złamał. Co więcej, nawet przestawał zachowywać się jak niewolny zmuszony do służby wrogowi podstępem. Mieszko traktował go godnie, nie jak buntownika, który chciał wymordować cały jego ród i ich relacje stawały się coraz lepsze. Przychylniej patrzyli na niego także inni.

- Też już nie możesz wytrzymać?

- Ano nie mogę. Nie potom tu przyjechał, żeby siedzieć, a po to, aby machać toporem.

Kniaź uśmiechnął się pod nosem. Podobało mu się takie podejście.

- To jest nas dwóch - odparł, a Piorun parsknął niczym z wyrzutem, jakby zrozumiał. - Trzech - poprawił się Mieszko.

- Koń machający toporem - powiedział Sulibor z namysłem. - Chciałbym to zobaczyć.

- To byłoby coś.

- Jedziem? - Rosły, potężny woj skinął w kierunku pola bitwy. Bez uśmiechu, bez jakiejkolwiek emocji na obliczu. Tych wyzbył się podczas niedawnych wydarzeń, gdy wpierw stracił ukochaną Liszkę, a potem winiąc za jej śmierć własnego brata Sulirada, własnoręcznie go zamordował, po czym i na własne życie próbował się targnąć. Przeszkodzono mu. Od tamtego czasu starał się wieść jako takie życie, lecz nie było mu łatwo. Nie po tym wszystkim... Takie blizny nie goją się nigdy.

- Nie możemy pozwolić, coby bez nas się z Wieletami rozprawili, prawda?

- Najprawdziwsza. - Sulibor zgodził się od razu. - To jak?

- Jedziemy - odpowiedział mu Mieszko, po czym wydał rozkaz. - Ruszamy! Konnica na wzniesienie. Oskrzydlamy od lewej.

Pognali. Może nie na złamanie karku, ale ruszyli ku walkom. Szkoda tylko, że musieli jechać pod górę, bowiem w takim ataku konnica wiele traci na swej sile. Nie to, gdy atakuje jak wcześniej ta wielecka. No, ale inne przewagi wciąż mieli i Mieszko liczył, że wystarczą, by przeważyć szalę zwycięstwa na ich stronę.

Ruszył przodem, tak jak lubił najbardziej. Obok niego sunął Sulibor, na którego plecach w specjalnej pochwie kołysał się jego wielki topór. Do walki na koniu był bronią nader nieporęczną, ale jeśli z konia zejść, to w dłoniach Sulibora stawał się orężem niepowstrzymanym. Cieszyło Mieszka, że są z wojem po tej samej stronie, a nie po przeciwnych. Już raz się mierzyli i mu wystarczy. Woli otaczać się takimi wojownikami niż ich zabijać.

Walki na wzniesieniu trwały w najlepsze. Im dłużej ku nim jechali, tym odgłosy bitewne stawały się coraz głośniejsze, bardziej wyraźne. Szczęk oręża, krzyki i jęki. Kwiczenie zarzynanych koni. Ileż to już razy Mieszko to wszystko słyszał? Daleko mu do lat, gdy to starość decyduje o śmierci, a mimo to liczbę bojów stoczył niemożliwą do zliczenia. Ileż bólu i cierpienia widział? Ileż bólu i cierpienia... wyrządził? Rzadko myślał o tych sprawach, odkąd dawniej usłyszał, że takie myśli do niczego nie doprowadzą. W brutalnym przyszło im żyć świecie, w którym to niekiedy należało być brutalnym. No więc był, a dzięki temu zaszedł do miejsca, w którym teraz się znajduje. Kniaziowski tron przynależał mu się z narodzin, ale gdyby nie harda i brutalna strona, możliwe, że już dawno by o nim zapomniano, a ciało spłonęło na jednym z wielu stosów.

Nie potrafił rozsądzić, czy Czcibor z Prokujem przeważają, a może to oni ustępują pola wrogowi. Zmieszali się z nim, w zgiełku nie sposób było rozstrzygnąć, których wojów stoi więcej. Walki były zacięte, nikt się nie cofał, nikt nie odpuszczał. A zaraz dołączy konnica, a wtedy... Wtedy bitwa może doświadczyć tylko jednego obrotu.

Podjeżdżali pod górę. Każdy na wszelki wypadek z tarczą w dłoni, więc na razie skupieni byli jedynie na podjeździe i obronie przed możliwym ostrzałem. Jak dojadą wystarczająco daleko, to odrzucą tarcze, zamienią je na ostrza i zacznie się.

Ale najpierw muszą dojechać.

A tego wróg nie zamierzał im ułatwiać.

Ujrzeli łuczników, lecz... zaledwie garstkę, to i niemało się zdziwili. Zaraz jednak nadeszło wyjaśnienie nader konkretne. Łucznicy bowiem podpalili strzały. Mieszko pojął to w lot, co to oznacza i niemal natychmiast wydał rozkaz:

- Odwrót!

Wieleci nie zamierzali do nich strzelać. Teren, na który wjechali musiał być zlany łatwopalnym tłuszczem i jeśli prędko nie odjadą, to staną w płomieniach.

Strzały wzleciały, by zaraz opaść. Spadły przed nimi i na efekt nie trzeba było czekać długo. Trawa zapaliła się natychmiast. Ogień rozchodził się błyskawicznie od zapalonych grotów. Jak się jednak okazało, nie cały teren objęły języki żywiołu, a tylko pas szerokości trzech, czterech dobrych kroków. Pas, który oddzielił przybyłą konnicę od Piastowych pieszych. Ci mieli nie otrzymać bardzo im potrzebnego wsparcia.

Drugi pas rozlał się łukiem wokoło Mieszka i pozostałych, lecz nie domknął się w koło. Została im pozostawiona jedna droga wyjazdu. Na zachód, a więc w kierunku zupełnie odwrotnym od głównego frontu.

Wojownik na prawo od Mieszka jęknął. Kniaź ujrzał jak chwyta się za pierś, z której... wystaje strzała. Wkrótce cała ich chmara runęła z nieba.

- Tarcze!!! - zawył Piast niczym bestia. - Tarcze nad głowy, komu życie miłe! Tarcze!!! - Może i rozkaz niepotrzebny, wszak wojowie sami z siebie poczynali się zasłaniać, ale wiedzeni krzykiem wodza czynili to znacznie szybciej. Niestety strat nie uniknęli. Zarówno w ludziach, jak i w koniach. - Za mną! - zawołał Mieszko. Nie widział innej możliwości, jak ta pozostawiona przez Wieletów.

- To pułapka! - stwierdził Sulibor.

- Myślisz, że nie wiem?! Przez ogień nie pognamy, mój Piorun ognia się nie boi, ale reszta już tyle szczęścia nie ma.

- A jak tam nas ostrzelają?

- To wierzmy, że bogowie sprawią, iż będą posyłać strzały niecelnie.

I tyle. Więcej Piast nie rzekł, tylko pognał wprzód. Pozostali za nim, a Sulibor pośród nich, choć w pełni zdawał sobie sprawę, jak zły jest to pomysł.

6.

Czcibor krwawił z ranionego ramienia. Na jego szczęście rana nie była poważna i mógł walczyć dalej, niemniej ból był dokuczliwy.

Przegrywali. Mimo zatrzymania konnicy w pierwszej fazie ataku i kolejnej, gdy wydawało się, że przeważają nad nią, wszystko potoczyło się odwrotnie. To Wieleci wywalczyli przewagę i skrupulatnie krok po kroku powiększali ją. Zabijali więcej niż tracili i spychali przeciwnika ze wzniesienia. Ten zaś, cofając się, stawał się łatwiejszym celem.

Czcibor niewiele miał czasu na rozglądanie się, ale widział, jak Mieszko próbował do nich dołączyć. No właśnie, próbował... Zatrzymali go ogniem i zmusili, by odjechał.

A gdzie Siemirad?, przeszło mu przez głowę. Jego też zatrzymali?

Zasłonił się mieczem grubo już spływającym wielecką juchą. Odepchnął przeciwnika i ciął go po boku. Tym razem to on się zasłonił, lecz przed powtórką z drugiej strony już nie zdołał. Ostrze Piasta zajechało go głęboko, a gdy wojownik syknął z bólu, oponent dobił go pchnięciem wprost w brzuch.

Nagle ktoś go uderzył i Czcibor prawie się przewrócił. Dwóch walczących obok spięło się i szarpiąc się polecieli na niego. Mało brakło, a upadliby we trzech, a tak runęli tylko tamci. Piast nie zamierzał biernie przyglądać się starciu. Dociskany do ziemi był jeden z jego wojów, więc tego na górze pchnął mieczem w plecy. Po sprawie.

- Dzięki... Dzięki ci, panie... - ozwał się tamten pełen wdzięczności. - Prawie... Prawie żem go miał, ale poślizgnęliś... poślizgnęliśmy się - dukał, rwąc zdania, ale zdyszał się podczas walk niepomiernie i ledwo łapał dech.

Wojownik nie usłyszał odpowiedzi. Ale nie dlatego, że zagłuszył ją zgiełk. Żadna nie padła, Czcibor bowiem stał z rozdziawionymi ustami i oczyma rozszerzonymi, jakby zobaczył jakiegoś demona. Nagle zerwał się z miejsca niczym strzała ze zwolnionej cięciwy. Woj powiódł spojrzeniem w tamtym kierunku i... po chwili odkrył, co tak pogoniło kniaziowego syna. Ruszył jego śladem, wszak wsparcie było nader wskazane.

Czcibor odepchnął Wieletę, który stanął mu na drodze. Odepchnął także jednego ze swoich, byle prędzej go minąć. Nie baczył, czy może rzucił go w objęcia wrogich ostrzy, liczyło się tylko to, co przed nim.

Kto.

Prokuj. Brat otoczony przez kilku przeciwników.

Resztę drogi pokonałby do niego biegiem, gdyby tylko mógł, ale to tu ktoś przed nim wyskoczył, to dalej musiał minąć walczących. Chcąc ratować młodszego brata musiał także uważać na siebie, bo znowu został zaatakowany. Tym razem ktoś uderzył go tarczą w ramię, a tak mocno to uczynił, że Piastem aż zachwiało, potknął się o czyjeś zwłoki i runął na ziemię zamienioną już bez mała w błoto.

PROKUJ!, wybrzmiało mu głośno w głowie. Szybko pozbierał się, podparł i podniósł bacznie się rozglądając, czy skądś nie nadlatuje jakoweś ostrze. Z mieczem w dłoni był gotów, ale nie nastąpił żaden atak. Niestety, ale Prokuj zniknął mu z oczu i nie mógł go odnaleźć. Młodzian jakby rozpłynął się w powietrzu, a serce podeszło Czciborowi do gardła.

- PROKUJ!!! - ryknął na całe gardło, aż poczuł jakby darło mu się bez mała niczym spróchniałe odzienie. - PROKUJ!!! PROKUJ!!! - krzyczał dalej raz za razem, a brat jak zniknął, tak się nie pojawiał...

7.

Mieszka i jego konnicy nie czekało nic niespodziewanego u wylotu z ognistej pułapki. Wieleci, którzy stanęli im na drodze z włóczniami, jak wcześniej na wzniesieniu piechota Czcibora przeciwko przeciwnej konnicy. Groty spragnione krwi, pchane przez silne ręce, szukały końskich cielsk czy ciał ich jeźdźców. Wychynęli jakby znikąd. Dym przysłaniał widoczność, lecz jak już Mieszko dojrzał, co się święci, było już za późno na rozkaz zatrzymania się, czy tym bardziej odwrotu. Nawet jeśli jazda nie taranowałaby siebie nawzajem to znajdowali się już tak blisko wroga, że w razie zatrzymania mógłby rzucić się na nich i dźgać gdzie i jak popadnie, a oni na końskich grzbietach niewiele mogliby wskórać, gdyby wkradł się w ich poczynania chaos. To było wielce możliwym następstwem. Największe szanse mieli w dalszej jeździe i zmiażdżeniu przeciwnika szturmem konnicy.

Tylko ilu polegnie...

Runęli na nich. Wieleckie włócznie zostały pchnięte. Ich ostrza polowały na miękkie ciała. Mieszko widział, jak jedna z nich mknie wprost na gardziel Pioruna, ale musiała ześlizgnąć się po chroniącym go napierśniku, gdyż koń nie dał choćby najmniejszego znaku, jakoby cierpiał. Co więcej, staranował włócznika przed sobą, który boleśnie przywitał się plecami z ziemią. Czy także z końskimi kopytami, tego już Piast nie wiedział, gdyż zajął się sztuką, w jakiej bezsprzecznie wiódł prym: sianiem śmierci. Sieknął toporkiem w Wieletę po prawej, trafiając go pomiędzy barkiem, a szyją. Potem kopnął drugiego, lecz po lewej stronie, który starał się go ściągnąć z konia. Przeciwnik mocno go uchwycił i gdyby może miał więcej czasu, to by i go zrzucił, lecz Mieszko w porę przerwał jego zamiary, toporkiem rozłupując mu czaszkę.

Tuż obok niezgorzej poczynał sobie Sulibor, lecz biorąc pod uwagę jego gabaryty, jeno głupiec starałby się ściągnąć go z konia. Powinni dźgać z daleka włóczniami i liczyć, że któraś trafi, a tak? Który tylko podszedł, kończył żywot od jednego ciosu i może nie Suliborowym potężnym toporzyskiem, a mniejszym, bardziej poręcznym w tego typu starciach, ale ginęli jeden po drugim. On zaś... szczerze się radował. Mieszko, ale nie tylko on, zwłaszcza jego wrogowie, widzieli uśmiech, jaki oblewa mu lico podczas walki. Chwilami coraz to większy, gdy zadawał im śmierć. W takich chwilach bowiem czuł, że żyje. Miał przerwę, chwilę wytchnienia od wiecznej ostatnio udręki, zapominał o niedalekiej, acz iście bolesnej przeszłości i pogrążył się w bitewnym szale, który zaiste był mu ucieczką.

Za Suliborem zginął Krzemin. Zaraz po nim Brego. Ginęli także inni...

Mieszko usłyszał sygnał rogu. To z głównego frontu. Czcibor zarządził odwrót.

Na bogów, aż tak tam źle?, zastanawiał się, walcząc z kolejnym Wieletą. Dojrzał na okamgnienie pytające spojrzenie Sulibora, także usłyszał sygnał. Kniaź dumał, co robić, ale nie widział wyjścia z sytuacji. Skoro Czcibor się wycofuje, to nawet jeśli się przebiją, to nie zdążą do niego dołączyć i go wesprzeć. Pewnikiem wojowie już zawracają.

- Zaraza! - warknął solidnie niepocieszony. Godził się bowiem z porażką, a te nigdy i nikomu nie przychodziły łatwo. - Odwrót... - zarządził, sam sobie nie dowierzając. Czy rzeczywiście był to jego pierwszy raz? Tak czy inaczej, zapamięta go na długo.

***

Uszczuplona Mieszkowa konnica wydostała się z pułapki, po czym pognała ku wycofującej się piechocie, co by wesprzeć ich w razie pościgu wroga. Ten o dziwo nie nastąpił, po prostu czasem powietrze przecięła jakaś strzała, ale nic więcej. Widocznie Wieleci otrzymali inne rozkazy.

Kniaź spojrzał ku wzniesieniu, od którego odbił się ich atak. Na samym czubku ujrzał kilku jeźdźców. Za daleko, by rozróżnić oblicza, a Wichmana nigdy dotąd nie widział, ale domyślał się, że jest jednym z nich. Splunął w jego kierunku i obiecał sobie, że to nie koniec. To nawet nie koniec tej bitwy. Przegrupują się szybko, rozmyślą, co i jak, na pewno nie ponieśli wielkich strat. Oszacują je, a potem...

Dojrzał piechotę Siemirada. Także uciekali. Przetrzebieni... Perspektywa kolejnego ataku malała z każdą chwilą, lecz wciąż mogli się wycofać i zebrać wsparcie. Tak łatwo Wichmanowi nie odpuści. To tylko jedna przegrana, nawet nie bitwa, a pierwsze starcie. Drugim całkowicie odwrócą sytuację.

***

Zebrali się wszyscy w obozie. Wróg ich nie gonił, lecz liczne wystawili straże, by w razie ataku prędko zorganizować obronę. Mieszko odnosił niezwykle drażniące go wrażenie, że Wichman daje im szansę na całkowity odwrót. Zakończenie tych walk bez ponoszenia jeszcze większych strat. Ale co? Wycofać się? Uciec? A on wtedy dalej rozleje się po okolicznych ziemiach? Nie, nie. Na to kniaź pozwolić nie może i nie zamierza.

Straty ponieśli spore. Największe Siemirad, bowiem poległa aż połowa jego ludzi. Marne to pocieszenie, ale i oni przetrzebili wroga. Z Czciborem podobnie, bo wielu Wieletów położyli trupem, ale odcięci od wsparcia, nie podołali przełamać naporu. Cała armia została wciągnięta w pułapkę, w którą świadomie weszła. I przegrała. Lecz to nie koniec złych wieści...

- Gdzie Prokuj? - dopytywał Mieszko, zaraz gdy tylko wszystkie siły zjechały w jednym miejscu. Czcibora zobaczył na tyłach, ale gdzie drugi z braci? Jego nigdzie nie dostrzegał. - Widział go ktoś? Widziałeś? A ty?

Podszedł Czcibor.

- Prokuj... - wypowiedział jego imię. Głos mu się łamał, lico miał blade, wypłoszony jakby ujrzał co strasznego.

- Gdzie on jest? - podjął konkretnie Mieszko, ale domysły zjawiły się same. - Co się stało?! Gdzie nasz brat?

Czcibor zacisnął zęby. Mrużył oczy, jakby starał się coś sobie przypomnieć, jakby przeczesywał odmęty pamięci, które skrywały przed nim coś ważnego.

- Gdzie Prokuj? - powtórzył kniaź, powoli tracąc cierpliwość.

- Zniknął mi. Biegłem do niego, bo go otoczyli. Ale... Zaatakowali mnie, a jakżem znowu za nim spojrzał, nie było go już...

- Co to znaczy? Nie szukałeś?

- Szukałem. Do samego końca, aż musieliśmy zawrócić. Wyrzynali nas. Oni... Prokuja chyba także... - Ból w jego oczach był wręcz namacalny. Cierpiał.

- Ale nie widziałeś, żeby go zabili?

- Nie. Zniknął mi z oczu...

- To może wcale nie zginął. - Mieszko starał się patrzeć na kwestię z pozytywnej strony. - Musimy go poszukać.

- Chcesz tam wrócić? Tym razem wyrżną nas w pień.

- Chcę tam wrócić i wyrżnąć Wieletów co do nogi, ale wiem, jakie mamy szanse. Teraz jeno negocjacje, jeśli myślimy o wydostaniu Prokuja.

- Uważasz, że go pojmali?

- Póki nie zobaczę jego ciała, tak właśnie będę myślał.

8.

Przegrali. Już oficjalnie. Póki nie wiadomo, co z Prokujem mieli związane ręce. W razie ataku Wieleci mogli wyrżnąć jeńców, czy to za karę czy chociażby, żeby pozbyć się problemu i nie musieć ich pilnować podczas walk.

Podjechali pod wzniesienie. Mieszko, Czcibor i czterech wojowników do obstawy. Jeśli Wichman nie uszanuje ich pokojowych teraz zamiarów i zaatakuje, Siemirad z Suliborem mieli poprowadzić armię.

Jeden z wojów trzymał w górze gałąź - pokojowy symbol świadczący o chęci rozmowy, negocjacji. Mieszka jeszcze bardziej ciągnęło, by zawrócić, niż wcześniej, by dołączyć do walk. Tak jak raczej nigdy nie musiał wydawać rozkazu do odwrotu, tak nigdy nie podchodził do negocjacji jako ten przegrany. Jako ten, który niejako będzie na łasce przeciwnika. Duma nigdy nie krwawiła mu tak jak teraz, ale jeśli może uratować Prokuja, to był gotów ponieść tę cenę. Gorzej, jeśli on...

Nie.

Wolał nawet o tym nie myśleć. Może i nie zżył się jeszcze z braćmi po powrocie, może nie stali się sobie bliscy jak dawniej przed jego wygnaniem, ale brat to brat.

Nie musieli czekać długo. Ze wzniesienia zjechał tak samo liczny pochód jak ichniejszy. I chociaż żaden z Piastów Wichmana do tej pory nie widział, tak zaraz domyślili się, którym jest spośród zbliżających się. Wyraźnie wyróżniał się na tle piątki otaczających go Wieletów. Bogate odzienie, zdobny pancerz. Dumna postawa jasno i dobitnie wskazująca, że ma się za lepszego od nich wszystkich. Z góry patrzył także na Mieszka i jego obstawę i wcale nie dlatego, że znajdował się wyżej od nich w znaczeniu terenu.

- Witajcie! - ozwał się swobodnie. - Przybyliście złożyć mi hołd? Swemu pogromcy?

Mieszko zacisnął dłonie na tę drwinę. Padła już w pierwszych słowach, do tego irytujący głos Niemca, jego wywyższający ton. Dopiero dwa, trzy oddechy znajdowali się w jego otoczeniu, a to wystarczyło Piastowi, by szczerze zaczął Wichmanem gardzić. Porażka, którą ten mu zadał, wręcz krzyczała coraz mocniej o czym prędszą i boleśniejszą zemstę.

- Jestem Mieszko, to mój brat, Czcibor - wskazał ruchem głowy - i...

- I chcesz mi grozić? - Niemiec przerwał Piastowi, czego ten niezwykle nie lubił. Jawna oznaka braku szacunku, kolejny powód do coraz gorszego zdania o tym człowieku.

Mieszko planował przeprowadzić tę rozmowę w spokojny sposób, ale Wichman mu tego nie ułatwiał.

- Jeśli mnie do tego zmusisz, to tak, zaczną się groźby.

- Bezpodstawne dla mnie. - Tamten wzruszył obojętnie ramionami. - Pokonałem was bez większego wysiłku. Co mnie powstrzyma przed powtórzeniem tego? Być może nawet z gorszym dla was skutkiem?

- Lepiej dla ciebie, Wichmanie, abyś opuścił te ziemie - oznajmił zimno Mieszko, jego cierpliwość się kończyła. - Odjedź skądżeś przybył i nie wracaj w te strony nigdy więcej.

- Kiedy mi się tu podoba. Dumam sobie o założeniu tu własnej Marchii po skrzydłami mego kochanego kuzyna Ottona.

- Marchia ci się marzy? Niech ci wieleccy przyjaciele wydzielą kawałek ziemi. Tutaj żadnej nie dostaniesz.

- Czyżbym już sobie jej nie zdobył? - Niemiec udał zdziwienie. - Zda mi się, czy najważniejszy lubuski gród znajduje się w mym władaniu? Zda mi się, czy odparłem dzisiejszego dnia armię, która zamierzała mnie przepędzić, lecz poległa, mimo że dowodził nią sam wielki Mieszko, szerzej znany jako jeszcze większy Dagome? Rzeknij mi, Piaście, pod którym imieniem dzisiaj przewodziłeś? Pod dawnym, do któregoś powrócił, czy może tym, pod którym tak wielce i szeroko zasłynąłeś? Jeśli pod Mieszkowym, to może nie udźwignęło ważkości minionej bitwy? Czy jako Dagome zdolny jesteś do wielkich zwycięstw?

Słuchali bracia Wichmanowego wywodu. Prowokował kniazia, to nie pozostawiało żadnych wątpliwości, lecz ten jakoś się trzymał. Nie tak łatwo ukąsić go słowami, by czara się przelała, choć było blisko. Może gwałtowny i porywczy wedle krążących opinii, ale lubił działać im na przekór.

- I jako Mieszko zdążyłem już kilka wygrać, ale jeśli takie twoje marzenie, to mogę i jako Dagome z tobą walczyć. Dla mnie bez różnicy, które imię będziesz wyjękiwał, gdy buciorem stanę ci na grdyce i patrzył będę jak się wykrwawiasz.

Wichman... uśmiechnął się. I jego nie było łatwo sprowokować. Co więcej, sprawnie potrafił taką próbę odbić, co też właśnie uczynił:

- A kto ci w tym pomoże? Twój wielki przyjaciel Harald Sinozęby ponoć skończył z waszą przyjaźnią. Nie dość, że na jego wsparcie nie możesz już liczyć, to razem z nim utraciłeś także przyjaciół w Jomsborgu. Do tego twoje potężne Truso zostało ci odebrane. Dzisiejsza bitwa pokazała, że sam już nie jesteś tak silny jak kiedyś, a wygrażasz mi. - Wichman przybrał zamyśloną minę, pokiwał głową jakby z rozmysłem. - Zdradzisz mi z łaski swojej, czym podeprzesz swe groźby? Zdradzisz mi, ile czasu potrzebujesz, by zebrać nową armię, bo chyba nie liczysz, że ugrasz coś z tym, co ci pozostało? Wciąż to siła niemała, ale za głupca cię nie mam, to i chyba rozumiesz, jak łatwo bym was rozniósł?

To wszystko prawda. Ślub z córką Sinozębego, któremu Mieszko odmówił, zerwał ich najlepsze relacje. Harald odebrał mu bezzwłocznie Truso, nowe mianował w nim władztwo. Na sojuszniczej arenie władców został więc sam.

- Ale wróćmy do waszego powodu, dla którego przybyliście rozmawiać? Co chcesz negocjować? Jeśli jasno wskazałem, że podoba mi się tutaj i opuścić tych ziem nie zamierzam, to znaczy, że to koniec rozmów?

Mieszko znajdował się coraz bliżej swej granicy, robiło się coraz niebezpieczniej. Wichman wiele wiedział i posiadanymi informacjami kąsał niczym jadowity wąż, wstrzykując co rusz coraz to więcej trucizny. Należało to czym prędzej skończyć, ale nie w sposób, który tak kusząco jawił się zwłokami Niemca zlanymi obficie juchą. Nieważne, z kim się prowadzi negocjacje, Mieszko przybył z gałęzią pokojową, a świętych praw łamać się nie godzi.

- Przybyliśmy po naszego brata. Chcemy wykupić Prokuja z niewoli - powiedział, uzbrajając się jeszcze w cierpliwość.

- Niewoli? - zdziwił się Niemiec. - Nie braliśmy jeńców. Pozwoliłem moim dzikim Wieletom mordować wedle woli.

Nie brali jeńców... To znaczy, że Prokuj...

- Nie pojmaliście Prokuja? - Po raz pierwszy odezwał się Czcibor.

- Nie pojmaliśmy nikogo, chyba wyraźnie mówię - sarknął Wichman w odpowiedzi. - Ale jeśli bardzo wam zależy, możecie poszukać jego ścierwa na pobojowisku.

Obydwaj: Mieszko i Czcibor niemal zerwali się do Niemca na jego słowa. Drgnęli i niewiele brakowało, co by święty zwyczaj został złamany, ale w porę oprzytomnieli.

- Jeszcze raz... - Z groźbą wyszedł kniaź, lecz nie dokończył. Wichman przerwał mu ją wręcz bezczelnie.

- Nie składaj gróźb, których nie możesz pokryć, Piaście. A braciszka truposza, jeśli chcecie szukać pośród tych wszystkich zwłok, to szukajcie. Ale nie za darmo.

- Czego chcesz? - syknął doń starszy z Piastów, domagając się natychmiast szczegółów.

- Myślę, że dobrze wiesz. Ponoć bystry z ciebie człek, kniaziu Mieszku, czy tam konungu Dagome. Może ustalmy w końcu jak wolisz, by się do ciebie zwracać?

***

Kpiny, drwiny rozliczne iście nie miały końca w rozmowie z parszywym Wichmanem, który zdecydowanie zajął pierwszą pozycję pośród ludzi, którym śmierci Mieszko życzył najbardziej. Po prawdzie zająć owe miejsce nie było trudno. Jeśli Piast nienawidził kogoś na tyle bardzo, by znalazł się w tym gronie, tak nie znajdował się w nim długo, bowiem prędzej czy później ginął śmiercią gwałtowną. Mieszko z wrogami rozprawiał się surowo, żadnemu nie odpuszczał, to i tak właśnie przedstawiała się owa sytuacja. Jeno ostatnio Mściwojowi przewidział nieco inny los i ciągle go więził, by nacierpiał się za to, co uczynił Bognie, ale i jego koniec nadejdzie. Wiecznie nie będzie go trzymać przy życiu.

Ale Wichman... Oj, znacząco zalazł Mieszkowi za skórę. Może nie tak jak teść Czcibora, ale jego nie planował przetrzymywać w zamknięciu. Kiedy tylko dojdzie do ponownych walk i zwycięstwa, wszak myśli o ponownej porażce za nic nie dopuszczał, to zabije go. Zabije, nie bacząc, kim Niemiec jest i kto może się za niego mścić.

Przystał na propozycję Wichmana. Nie miał wyboru. Może ten nie pojmał Prokuja, ale brat leży gdzieś na pobojowisku. Leży i... może jeszcze żyje. Może ranion ciężko nie jest w stanie sam się podnieść. Może oberwał w głowę i stracił przytomność? Póki istniała szansa, że żyje, choćby najmniejsza, zamierzał w nią wierzyć do końca, kurczowo się jej trzymać.

Niemiec pozwolił przeszukać wzniesienie i zabrać "truposza", jak określił Prokuja. Pozwolił zebrać wszystkie zwłoki i wyprawić wojów w ostatnią drogę. Ale wszystko miało swoją cenę. Zażyczył sobie ziemi lubuskiej, którą zdobył. Ta po prawdzie należała do niedawna do księcia Bogusława, a nie Mieszka, lecz razem z nim poległa jego rodzina. Nie było następcy, więc jeśli kniaź odbiłby Lubusz, włączyłby ją do księstwa. Wichman chciał potwierdzenia, że należy teraz do niego, Mieszko uznaje jego prawa do niej i po spaleniu poległych, odejdzie stąd i nie będzie starał się tych ziem odbić. Wichman zaś obiecał nie najeżdżać jego księstwa. Mimo łagodzącej obietnicy Piast nie wierzył w przedstawione warunki. Odbierał je jako kpinę w żywe oczy, ale... najważniejszy był teraz Prokuj. Kiedyś znajdzie sposób, by przepędzić Wichmana. W tej chwili najbardziej liczyło się odnalezienie brata.

A odnaleźli go nader sprawnie...

Z Czciborem udali się tam, gdzie widział go po raz ostatni i z tamtego miejsca rozpoczęli poszukiwania, podczas gdy inni wojowie, którzy nie zostali ranni podczas bitwy, zbierali ciała na stosy za kolejnością, począwszy od dołu wzniesienia.

Prokuj odnalazł się dobre kilka kroków dalej niż tam, gdzie zniknął bratu z oczu. Z twarzą na ziemi, zakryty martwym Wieletem o odrąbanym prawym ramieniu. Zrzucili go z zaginionego. Jeszcze nie wiedzieli, że to on. Wszystkie ciała przewracali, szukając Piastowej twarzy, aż znaleźli ją u zakrytego wojownika. Twarz... martwą. Prokuj nie żył. Lico umazane miał krwią i błotem, oczy rozwarte szeroko, jak i usta w grymasie boleści, z jakim przyszło mu wydać ostatnie tchnienie.

Czcibor zamarł z dłońmi na odzieniu martwego brata. Mieszko zastygł jak i on. Chyba wolałby w ogóle Prokuja nie odnaleźć...

9.

Bogna nie przestawała się denerwować. Samo utrapienie, gdy luby jest wojem. I do tego władcą. Kniaziem, który zarówno nie stroni od bitew, tak jak i one same jakby lgnęły do niego. Ledwie powrócił z krwawego szlaku rozprawiania się z żupanami, którzy poparli buntownika Strogomira, potem rozprawił się z Mściwojem i jego w skryciu knutą zdradą, oraz ściął synów Godzisława, który wraz z Gniemirem poprowadził atak na Gniezno, gdy Mieszka w nim nie było. Pozostałości z ich wspólnej armii zdecydował się oszczędzić, chociaż w pierwszej chwili chciał dla przykładu zabić także ich, bądź sprzedać w niewolę. Niemniej księstwo, uszczuplone ostatnimi bitwami, powinno się wzmacniać a nie dodatkowo wykrwawiać, stąd taka decyzja, a nie inna. Otrzymali więc szansę na odkupienie win.

A teraz Wieleci. Czy zaznają w końcu chociaż odrobiny spokoju, czy wiodąc niejako nowe życie, spokój nie jest im w nim przewidziany?

Tyle nerwów... Tyle przeżyła w ostatnim czasie i chociaż sytuacja została opanowana, a ona pomszczona, to blizny na jej ciele i duszy wciąż palą. Mściwoj dostał za swoje, kara jakiej poddał go Mieszko podzieliła lud. Część uważa, że Piast postąpił właściwie, jasny i czytelny posyłając w świat znak, co czeka głupców podnoszących rękę na jego bliskich. Inni z kolei nawet w obliczu czynów Mściwoja uważają, że spalenie jego żony i syna karą było zbyt brutalną i bezlitosną. Spalenie ich żywcem na jego oczach, gdy tylko bezradnie mógł się przyglądać ich kaźni to okrucieństwo w najczystszej postaci. Co myślała o tym Bogna? Ona wolałaby, aby to Mściwoj spłonął, lecz w żadnym razie nie zamierzała krytykować czy podważać mężowej decyzji. Miłowała go całym sercem i całą sobą popierała. Wciąż ma w pamięci wyraz jego oblicza, gdy wtedy zobaczył ją sponiewieraną. Srogi, zimny, w oczach malował mu się mord, biła z nich furia, którą wylał na najbliższych Mściwoja. Człeka, który się nad nią znęcał. Zamienił jej życie w udrękę, póki nie została uwolniona. A ciało goiło się przez długi czas, rany zabliźniały, posiniaczona skóra długo dochodziła do siebie.

Po tamtych wydarzeniach zaznali nieco czasu... zwolnienia, ale tylko trochę i zwolnienie to było tak naprawdę ułudą. Nerwy z powodu odrzucenia przez Mieszka córki Haralda Sinozębego, potem ślub z nią, z którego ogromnie się cieszyła, ale też obawiała, do czego może doprowadzić. Niemniej zamiast spodziewanego odwetu króla Danii nastąpił atak z zachodu. Czy Sinozęby odpuścił? Zadowolił się odebraniem Truso, czy to zaledwie cisza przed burzą?

Zmartwień zaiste nie brakowało. Na szczęście miała przy sobie przyjaciółkę, z którą odkąd dały sobie szansę, tak trzymają się razem i wzajemnie wspierają. Lutka, żona Czcibora, a córka... Mściwoja. Tego Mściwoja, nie innego. Wyparła się ojca, pomogła wydostać ją z jego rąk, a Mieszko karząc jego bliskich, jej darował. Wybrała właściwą stronę i nagrodził ją za to.

- Nie martw się, nie przejmuj tak. Mieszko wróci. Powrócą razem z Czciborem zanim się obrócimy i będą przechwalać się, jak przepędzili Wieletów. Zaraz będą opowiadać, jak to kurzyło się za nimi, mimo że walczyli w deszcz. Będą opowiadać, jak tamci pędem uciekali, że aż skórznie wraz z nogami gubili. Znasz mężczyzn, wiesz jacy są... - Lutka, jak to ona, starała się dodać przyjaciółce otuchy, za co Bogna wielce była jej wdzięczna. Bez niej byłoby jej dużo ciężej.

- Sama przecież się zamartwiasz... Wiesz, że to nie takie łatwe przestać.

- Doskonale wiem, ale ty martwić się nie możesz. Nerwy w twoim stanie są niewskazane, każdy ci to powtarza. A poza tym sama niedługo zobaczysz, że Mieszko wróci zwycięski jak zawsze, a ty urodzisz mu wymarzonego syna, następcę. - Spojrzała na wypukły brzuch Bogny, który z dnia na dzień stawał się coraz bardziej wypukły. - Piękny czas się szykuje, poczekaj, a wspomnisz moje słowa. Mieszko urządzać będzie biesiadę za biesiadą.

- To nam się chłopy rozpiją, tyle z tego będzie pożytku - zaśmiała się Bogna.

- Aj tam, Bogna! - Lutka machnęła ręką. - A niech piją. Jeśli picie ma oznaczać samą radość, to niech piją nawet i codziennie!

10.

Wracali. W nastrojach dalekich od spodziewanych, gdy wyruszali przeciwko Wieletom. Mieli powracać w chwale po rozprawieniu się z wrogiem. Zwycięscy, dumni. A ponieśli klęskę. Bolesną, srogą. Przegrana bitwa, liczne straty, a w tym i Prokuj. Mieszko z Czciborem katowali się śmiercią młodszego brata. Doszukiwali w tym własnej winy, wszak mogli mu zakazać walk na głównym froncie, inne przydzielić mu zadanie. Ale gdzie niby było bezpiecznie? To bitwa, tutaj każdy jest zagrożony, a w obozie Prokuj by nie został. Chciał walczyć tak jak inni, brać odpowiedzialność na siebie.

No i wziął. I poległ.

Jego ciało spłonęło razem z innymi. Polegli wojowie złożeni zostali na stosach, on miał osobny dla siebie. Bracia wpatrywali się w języki ognia trawiące Prokuja. To były ostatnie chwile, w których go widzieli. Wkrótce miał pozostać tylko w ich pamięci, we wspomnieniach. Nie odeszli od stosu, dopóki ten nie zgasł. Ogień jednak wciąż płonął w Mieszku. Piasta przepełniała wściekłość, że do tego dopuścił. Że pozwolił zginąć własnemu bratu... Wpatrywał się, jak jego ciało pożera żywioł, starał się ów widok jak najlepiej zapamiętać, coby nigdy nie wyblakł i zawsze był w nim żywy, wyraźny. Każdego dnia, aż pomści Prokuja, a potem dalej.

Czcibor ledwo dał radę ustać przy stosie. Zawsze byli blisko z młodszym bratem, a od kiedy Mieszko został wygnany przez ojca, stali się sobie jeszcze bliżsi. Zostali bowiem we dwóch, musieli dbać o siebie nawzajem, uważać na siebie. I tak lata mijały na wspólnym wspieraniu się, aż gdy nastąpił dzień najważniejszy, Czcibor zawiódł. Prokuj, za którego czuł się odpowiedzialny, zginął, ponieważ nie zdołał się w porę do niego przedostać. Gdyby mu się powiodło, wciąż by żył.

Mieszko z Czciborem nie winili siebie wzajemnie. Każdy tylko siebie i wewnątrz, mierząc się samemu ze swoimi myślami. We dwóch nie rozmawiali o stracie. Nie potrafili. Przytłoczyła ich i żaden nie potrafił otworzyć się na drugiego. A może to i dobrze, bo gdy człek rozgoryczony, załamany, wtedy droga niedaleka do nieporozumień, gdy nieopatrznie bądź pod wpływem chwili powie się coś, czego będzie potem żałować. Piastowie stracili brata. By poradzić sobie z tym, musieli być silni. W kupie siła jak mawia stara mądrość, ale na to potrzebują czasu.

Nastroje w drodze powrotnej do Gniezna były najgorsze z najgorszych. Porażka nigdy nie jest łatwa, ale taka w szczególności.