Nie znoszę surferów
Wyjechaliśmy w czwartek. Turniej miał trwać od soboty do poniedziałku. Mama bardzo się przejęła swoją rolą. Szczerze - aż za bardzo. Pytała mnie co chwila, a to o to, co chłopaki lubią jeść, który jest najgrzeczniejszy, na którego trzeba uważać i w ogóle. Zupełnie jakby zbierała informacje do jakiejś kartoteki. Jeszcze nie wyjechaliśmy, a ja już miałem dość. Dobra strona zaangażowania mamy była taka, że postanowiła kupić mi nowe korki, bo stwierdziła, że to wstyd, aby syn opiekunki grał w tak zniszczonych butach.
Pociąg do Gdyni Głównej mieliśmy o 7.30. Punkt 7.00 wszyscy sterczeliśmy już na peronie, zupełnie nie wiadomo, po co. Ja spakowałem się w moją małą walizkę, za to mama przyciągnęła za sobą dwa razy większą.
- Mamo, czy ty jedziesz na pięć dni, czy na miesiąc? - rzuciłem.
- Oj tam... tak rzadko gdzieś wyjeżdżam, że trudno mi było się zdecydować, co zabrać. A pogoda też taka jakaś nie wiadomo jaka, więc trzeba być przygotowanym i na słońce, i na deszcz... - Mama trochę się zmieszała.
- Dobra, spoko. Tylko żeby nie było, że ja mam ci tę walizkę ciągnąć.
- Jasne, synku. Sama sobie poradzę. - Pogładziła mnie po włosach.
- A! I jeszcze jedno. Ustalmy to sobie od razu na początku - zacząłem poważnie.
Mama otworzyła szerzej oczy.
- Nie mów mi, co mam robić, nie zwracaj mi ciągle uwagi, nie głaszcz mnie po włosach, nie klep mnie po plecach i w ogóle najlepiej mnie nie dotykaj, a jeszcze lepiej: nie zauważaj. Znaczy się przy kolegach i trenerze - uzupełniłem. - I absolutnie, pod żadnym pretekstem mnie nie całuj! - wyrzuciłem z siebie. - To obciach.
Mama otworzyła usta i już miała coś powiedzieć, ale wtedy głos z megafonu poinformował nas, że pociąg wyjątkowo odjedzie z peronu czwartego, więc wszyscy złapali za swoje walizki i pobiegliśmy do przejścia podziemnego.
Podróż minęła nam szybko. Najpierw byliśmy porozrzucani po kilku przedziałach, ale po jakimś czasie ludzie, którzy z nami jechali, zaczęli przenosić się do innych przedziałów. Zupełnie nie wiem dlaczego.
- Biedacy, dali radę wysiedzieć z wami tylko godzinę, a my będziemy musieli aż pięć dni, prawda, pani Aniu? - Trener puścił oko do mamy.
W Gdyni byliśmy o czasie. Wyszliśmy na przystanek autobusowy pod dworcem, a stamtąd ruszyliśmy autobusem do samej Rewy.
- Patrz, Mietek, ale czad! - krzyknął do mnie Pępek. - Zobacz, jakie maszyny do rozładunku statków.
Faktycznie, w dole stały olbrzymie kontenerowce, z których wielkie dźwigi zdejmowały kontenery.
- Ale to ogromne! - ekscytował się Pępek. - Mógłbym być kapitanem takiego statku. Weź zobacz, jak oni tu wpływają tymi kolosami. Normalnie na centymetry muszą ustawić te giganty.
- Może zacznij od nauki pływania, kapitanie - zgasiłem go, bo Pępek zawsze jest pierwszy do unikania basenu.
Później autobus zaczął się wspinać na wzgórze, krążyliśmy jakimiś małymi uliczkami, aż w końcu wyjechaliśmy na drogę do Rewy. Po dwudziestu minutach zobaczyliśmy morze dokładnie przed sobą. Kiedy autobus dojechał prawie do wody, skręcił w prawo, w drogę wzdłuż plaży. Przylepiliśmy nosy do szyby, żeby wszystko dokładnie obejrzeć.
- Ekstra! O, patrzcie, ktoś się kąpie. Ale czad! - Chłopaki się ekscytowały, zupełnie jakby pierwszy raz w życiu widzieli morze.
- Patrzcie tam! - krzyknąłem.
W oddali widać było dziesiątki kolorowych latawców, które szybko przesuwały się na niebie tuż przy plaży.
- Zobaczcie, one ciągną ludzi! - zauważył Mesio.
- To się nazywa kitesurfing, głąbie - zaszpanował Ronek i zrobił minę, jakby co weekend surfował w Rewie, a nie siedział z nami na boisku pod blokiem.
- No, panowie, wysiadamy! - krzyknął do nas trener, kiedy autobus dojechał na przystanek. - Dalej pójdziemy na nogach.
Kluczyliśmy wąskimi uliczkami, aż doszliśmy do ścieżki biegnącej wzdłuż plaży. Po lewej stronie była zatoka, a po prawej kawiarenki i budki z rybami, i szkoły windsurfingu. Szliśmy jeszcze kawałek, aż dotarliśmy do hotelu.
- Wow! - wyrwało się Mesiowi. - To się nazywa miejscówka!
- Mówiłem, że się wam spodoba. Bardzo przyjemne miejsce - powiedział trener wyraźnie z siebie zadowolony, bo to on tym razem wybrał noclegi, i podobno nawet przez Internet, ale nie do końca w to wierzę.
Faktycznie. Podczas tego wyjazdu nie było niespodzianki. Hotel był otwarty, basen działał, a miła pani w recepcji już na nas czekała.
- Witam serdecznie - powiedziała z uśmiechem na nasz widok. - Jak minęła podróż?
- A dziękuję, dziękuję! - Trener szeroko się uśmiechnął. - Nad wyraz dobrze, jak na taką grupę młodzieży - dodał.
- Mają państwo pokoje na najwyższym, drugim piętrze. Proszę, tu są klucze. - Pani wyłożyła je na blat i dodała: - Młodzież może już pobiec na górę, a pana poprosiłabym o wypełnienie tych formularzy. Na drugim piętrze są też goście z Francji, zdaje się, że również na turniej piłkarski w Wejherowie, a na pierwszym piętrze dziewczęta z Wrocławia i chłopcy z Poznania. Będziecie więc mieli towarzystwo. - Pani znów się do nas ładnie uśmiechnęła. - Na parterze jest restauracja, siłownia i basen.
- Jakie tu wszystko wspaniałe - westchnęła mama. - Nigdy nie byłam w takim ładnym hotelu.
- Powiem pani, że ja też jestem miło zaskoczony. Póki co wszystko idzie idealnie. - Trener pokiwał głową. - Aż za idealnie - dodał już do siebie i chrumknął.
Byliśmy bardzo ciekawi, jak wyglądają nasze pokoje. Po przygodzie z willą u wdowca, w której wylądowaliśmy podczas wakacji, bardzo chcieliśmy znaleźć się w fajnym, wygodnym pokoju bez pająków, starych trzeszczących szaf i metalowych szpitalnych łóżek. Popędziliśmy więc na górę i... pokoje były fantastyczne. Wszystko nowiutkie i pachnące, ale najlepszy był widok! Z naszego piętra widać było prawie całą zatokę. W oddali na wodzie dryfowały małe, kolorowe kutry. Mama była w pokoju z Amelką, ja z Pępkiem i Mesiem, Ronek z Kasim, Nejmak z Wiktorkiem, a trener sam. W sumie zajęliśmy pięć pokoi.
- Ale ekstra, co, Mietek? - Pępek szczerzył się do mnie.
- Patrz tam, to chyba Półwysep Helski, no nie?
- Taki wyjazd to ja rozumiem - przytaknąłem i pobiegliśmy zobaczyć, jak chłopaki się rozłożyły.
Później całą chmarą zbiegliśmy na parter, gdzie miał być basen. I wiecie co? Był! I to bardzo fajny. Co prawda bez zjeżdżalni, ale za to z jacuzzi.
- O! Kolejni sportowcy - zagadnął nas niski, starszy pan o ziemistej cerze, z miotłą w ręce. - To pewnie zainteresuje was też siłownia, co, chłopaki? Lećcie tu w lewo, za rogiem jest wejście. Tylko niczego nie poniszczyć i słuchać się instruktora!
- Tam? - Wskazałem palcem.
- Jo! Przecież mówię - rzucił i zabrał się do czyszczenia korytarza.
Ruszyliśmy do wskazanego wejścia. Ronek szarpnął drzwi i wparowaliśmy do środka. Znaczy się Ronek wparował, a za nim Mesio i Pępek. Ale po chwili zastygli jak słupy soli, a my z Kasim i Amelką wylądowaliśmy na ich plecach.
- Co z wami? - wrzasnąłem i wtedy zrozumiałem, dlaczego tak wyhamowaliśmy.
W siłowni byli jacyś kolesie. Na oko - starsi od nas i jacyś tacy... no nie wiem.
- Salut!1 - Jeden z nich machnął do nas ręką i wyszczerzył wielkie, białe zęby.
- Że co? - burknąłem.
- On chyba mówi do nas: "cześć" - szepnął mi na ucho Pępek.
- Aaa...
- Hi guys!2 - wypaliłem jakby nigdy nic.
Przez głowę przeleciało mi całe stado scenek z anglika - dialog na poczcie i w restauracji, no i historyjka o potworze z Loch Ness, ale... zupełnie nie te, które mogłyby się teraz przydać, więc przez kilka sekund stałem z otwartą buzią, szukając w niej języka.
- No to... Bye!3 - uratował mnie Mesio z wdziękiem drwala. Zatrzasnęliśmy drzwi i jeszcze szybciej niż w tę stronę popędziliśmy do trenera.
- Ale obciach - wydusiłem z siebie na schodach. - Zachowaliśmy się jak jakieś skończone głąby. A ja jak jakaś oferma.
- No, fakt - potwierdził Mesio. - Pan Grzyb nie byłby z ciebie dumny. - Walnął mnie łapą w plecy. A ja pomyślałem, że nasz anglista akurat teraz bardzo by nam się tu przydał. - Mietek, jeśli ci kolesie będą na naszym turnieju... - zaczął Mesio.
- To co? - Spojrzałem na niego zaciekawiony, bo dało się wyczuć w jego głosie, że coś mu chodzi po głowie.
- To... czarno to widzę - dokończył i zrobił dziwny gest, jakby pokazywał dużą, stojącą na ogonie rybę.
- O co ci chodzi? - zapytałem.
- No... znaczy się... wiesz... - I znów machnął łapami. - Bo oni są megadobrze zbudowani, wysocy, silni i... no wiesz...
- Co "wiesz"? - Próbowałem załapać, o co mu chodzi.
- Przystojni jak normalnie jacyś zawodowcy - wyrzucił z siebie z wyraźną ulgą.
- Aaa! O to ci chodzi! - Machnąłem ręką. - Co się przejmujesz. To nie pokaz mody, tylko normalny turniej. Wygrywa ten, kto lepiej gra w piłkę, a nie ten, kto ma ładniejszy uśmiech - powiedziałem, ale nie wiedzieć czemu, zacząłem się zastanawiać, jaki sam mam uśmiech. W sumie nigdy na to nie zwracałem uwagi.
Na szczęście nie traciliśmy więcej czasu na te rozmyślania, bo przerwał je trener:
- No, panowie, rozpakować ciuchy i schodzimy na obiad. Stołówka na parterze, koło recepcji - zagrzmiał, wskazując laską kierunek. - Macie piętnaście minut.
Dobre jedzenie poprawiło mi humor. Jednak najbardziej spodobało nam się to, że sami sobie nakładaliśmy, oczywiście - to, co chcieliśmy. Każdy brał tacę i szedł wzdłuż stołu z ciepłymi daniami, zupami, sałatkami, sosami i deserami. Totalny odjazd! Kiedy rzuciliśmy się w kierunku frytek i nuggetsów, naszą radość ostudził trener, który z jakiegoś powodu stał akurat przy frytkach.
- To mają być sportowcy?! - wrzasnął na nas spod swych sumiastych wąsów. - Jeśli myślicie, że będziecie się tu żywić jak skończone gamonie, to się grubo mylicie. Ale już mi po warzywa! Bez warzyw nie ma frytek - dodał, a na potwierdzenie tego podniósł wyżej swoją laskę.
- Bez rybki też nie ma frytek - dorzucił skrzekliwym głosem pan sprzątający i jakby tego było mało, zagrodził nam drogę do nuggetsów. - Świeże rybki, prosto z kutra. Osobiście rano z Mechelinek przywiozłem - powiedział już do trenera.
Nie było wyjścia, z dwoma dziadkami nie ma co zadzierać. Bez słowa cofnęliśmy się po marchewki, brukselki, buraczki i rybę, na co trener tylko uśmiechnął się pod wąsem, wyraźnie zadowolony ze swoich metod wychowawczych. Tylko Amelka nie ustawiła się w kolejce po frytki. Na talerzu miała rybę, ryż i warzywa.
Po obiedzie mogliśmy wreszcie zaszyć się w swoich pokojach. Jednak my z Pępkiem postanowiliśmy jeszcze trochę pomyszkować po hotelu. Pobiegliśmy więc na koniec korytarza, gdzie mieszkali nasi sąsiedzi z Francji. Musiało ich nie być w pokojach, bo panowała tam cisza. Za to za rogiem zauważyliśmy drzwi z napisem: "Taras widokowy". Były otwarte! Kilkoma susami pokonaliśmy schody i naszym oczom ukazał się megawidok.
- Wow! Ekstra! - pisnąłem.
- No, super! - potwierdził Pępek i rozdziawił buzię. - Ej, patrz! Normalnie ścieżka w morze! Ale czad!
Faktycznie. Nasz hotel był na samym końcu lądu, po prawej i po lewej stronie rozciągała się woda, ale najlepsze, że przed nami plaża zamieniała się w piaszczystą ścieżkę, która wiła się hen daleko w morze.
- Ciekawe, czy można tam pójść - zastanawiałem się na głos.
- No... - Pępek kiwnął głową. - I ciekawe, czy jak idzie fala, to nas stamtąd nie zmiecie - dodał.
- Zbiórka, chłopcy - usłyszeliśmy z dołu głos mojej mamy, która najwyraźniej miała już ochotę na pierwszy spacer po plaży. Po pięciu minutach wszyscy byliśmy przed hotelem. Trener z mamą już na nas czekali i gawędzili ze starszym panem z miotłą.
- Chłopcy, to jest pan Ludwik, odpowiada tu za porządek, a prywatnie jest ojcem właściciela - powiedział do nas trener, wskazując na pana, dzięki któremu ominęły nas nuggetsy. - Pan Ludwik wie wszystko o okolicy i chętnie wam opowie o tutejszych zwyczajach i legendach.
- Zna też język kaszubski - dodała z podziwem moja mama.
- Oj tam, oj tam. - Pan Ludwik machnął ręką. - Człowiek jest stary, to i wie to, czego jeszcze nie zapomniał - burknął i splunął czymś pod nogi.
- Ty, Mietek, co on tak ciągle żuje? - szepnął mi na ucho Ronek.
- A bo ja wiem. Może jakieś suszone ryby albo co. Cuchnie na kilometr.
- No to idźcie, już idźcie. - Gospodarz przegonił nas miotłą. - Tylko nie śmiecić mi na plaży i nie straszyć mew, bo nogi powyrywam z... - Ale tego, skąd nam je wyrwie, już nie powiedział, a zamiast tego znów czymś splunął pod nogi.
- Dziwaczny typ - skomentował Mesio.
Na plaży było zupełnie pusto. Za to nad cyplem, który widzieliśmy z okna, unosiło się kilkanaście kolorowych latawców.
- Ależ one piękne - zachwyciła się mama. - Na studiach próbowałam pływać na desce, ale później jakoś nie było okazji.
- Może pani tu spróbuje? - zagadnął mamę trener.
- Jeszcze czego, mama jest za stara - uciąłem temat, żeby nie narazić się na komentarze kumpli.
Mama spojrzała na mnie zdziwiona.
- No bo... ten... chodziło mi o to, że mogłabyś sobie coś zrobić. No bo wiesz, to trzeba umieć. No, w sensie... trzeba wiedzieć, jak trzymać te wszystkie sznurki, żeby się w nich nie poplątać i w ogóle - pogrążałem się na dobre.
- Niech się pani nie przejmuje. - Trener puścił porozumiewawczo oko do mamy. - Młodzi najchętniej pozamykaliby swoich rodziców w domach, żeby im nie robili wstydu przed ludźmi. Taki wiek, co zrobić.
- Ale gdyby pani jednak chciała spróbować swoich sił na desce, to polecam swoje usługi - usłyszeliśmy niski męski głos tuż za nami.
Był to wysoki starszy pan (znaczy się w wieku mojej mamy) ubrany w czarną, obcisłą piankę. Powiedzieć, że wyglądał dziwacznie, to mało. Miał nie tylko długie, siwiejące, falowane włosy, ale i równie długą brodę. Gdyby nie ta pianka, wzrost, no i posępna mina, mógłby grać Świętego Mikołaja. Tymczasem właśnie wychodził z wody, taszcząc deskę i żagiel.