Mignon - Filip Laskowski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kapelusz, garnitur i płaszcz z gabardyny

Kerkoliac lubił tak o sobie myśleć: stary wilk o posiwiałym pysku, który jeszcze nie zapomniał smaku polowania. Miał już swoje lata, pod wypłowiałą sierścią skrywał ślady wielu blizn, ale wciąż potrafił ugryźć aż do krwi. Czasem wystarczyło, że obnażył pokruszone kły.

Tego dnia Kerkoliac zdążył już odnieść kilka zwycięstw: w zaciszu swej galerii przy ulicy Dobrzyńskiej wynegocjował dobrą cenę sprzedaży trzech obrazów (w tym jednego znanego impresjonisty), przepięknej mapy dawnego wybrzeża Bałtyku oraz złotego pierś­cionka z granatowym oczkiem, wybranego przez małomównego chłopca na prezent zaręczynowy. Przy każdej transakcji Kerkoliac przybierał odpowiednią maskę: sprzedając obrazy, targował się zawzięcie z szefem domu aukcyjnego Sostre, chłodno analizował ofertę kupna zabytkowej mapy, natomiast pierścionek sprzedał z nieszczerym uśmiechem dobrotliwego marszanda. Taki przebiegły był ten stary wilk Kerkoliac.

Przed wieczorem zbadał również teren pod kilka nadchodzących batalii: o zdigitalizowany rękopis znanej dwudziestowiecznej powieści, kolekcję archiwalnych zdjęć Warszawy i oprawione w skórę pierwsze wydanie Numizmatyki Sawirowa.

Zadowolony z siebie ponownie stanął w oknie wystawowym galerii i beznamiętnym wzrokiem obserwował gasnący dzień. Słabe słońce wdzierało się przez szklaną witrynę, oświetlając nieruchomą sylwetkę marszanda.

Teraz już takich nie robią, szeptali ludzie idący chodnikiem.

Twarz miał niemal przezroczystą: pod cienką skórą widać było zarys kości policzkowych, pod powiekami cień gałek ocznych. Ubrany w przyciasny garnitur, białą koszulę i krawat, z jasnymi włosami zaczesanymi na bok i bladą twarzą, prawie niewidoczną za przyku­rzoną szybą, przypominał dawnego amanta oczekującego na przybycie ukochanej. Wyglądał odrobinę komicznie, czasami upiornie, ale tylko wtedy, gdy zbyt szybko poruszał oczami. Sztuczne powieki cykały spokojnie. Za plecami miał ścianę wystawową galerii, ozdobioną przepiękną kolekcją rycin ze stacjami drogi krzyżowej, celowo lub może dla kaprysu zawieszonych w przypadkowej kolejności. Kerkoliac nie widział potrzeby, by ten stan rzeczy zmieniać.

Zbliżała się już godzina zamknięcia galerii. Kerkoliac wiedział o tym doskonale, ale lubił niektóre gesty: odchylił mankiet na lewym nadgarstku, spojrzał na zegarek, a gdy podnosił głowę, dostrzegł parkującą przed drzwiami galerii luksusową limuzynę. Z tylnego siedzenia przez uchyloną szybę spoglądał w jego stronę starszy mężczyzna. Nazywał się Azdavood i był właścicielem największego antykwariatu w mieście. Kerkoliac znał go od ponad pięćdziesięciu lat; spotykali się wielokrotnie na aukcjach i pokazach dzieł sztuki, lecz nigdy ze sobą nie rozmawiali. Azdavood nie ukrywał swojej niechęci do wilków pokroju Kerkoliaca. Teraz wysiadł z samochodu i opierając się na eleganckiej laseczce, zmierzał w stronę galerii.

Wchodząc, przyniósł ze sobą zapach starych książek, potu i cygar, których gatunku Kerkoliac nie potrafił określić. Słabnący dźwięk dzwoneczka nad drzwiami nałożył się na pierwsze słowa wypowiedziane przez Kerkoliaca:

- Witam szanownego...

Jeszcze mówił, kiedy Azdavood uniósł pulchną dłoń z cygarem, nakazując ciszę. Kerkoliac zamilkł. I na wszelki wypadek lekko opuścił głowę. Patrzył teraz oczami wystraszonego psa.

- Pan zna swoje miejsce szeregu? - zapytał Azdavood.

- Oczywiście. - Twarz Kerkoliaca na chwilę nabrała ostrych rysów, a następnie złagodniała. Cofnął się o krok. - Przepraszam.

- Dobrze. Chciałbym rozmawiać z... - Azdavood oblizał wargi. - Chciałbym rozmawiać z osobą nawyk­łą do wykonywania poleceń. Z kimś, kto zna swoje miejsce w szeregu i nie zadaje niepotrzebnych pytań.

- Jak pan sobie życzy. - Kerkoliac skinął głową i stanął ze złożonymi dłońmi jak usłużny subiekt. - W czym mogę pomóc?

- Pan z pewnością mnie zna... - Azdavood odczekał, aż Kerkoliac potwierdzi skinieniem głowy, i kontynuował: - Od lat pracujemy w tej samej branży.

- Jestem tylko skromnym marszandem.

Azdavood machnął ręką. Być może chciał tylko rozwiać dym z cygara.

- O ustalonej renomie - mruknął. - W naszym środowisku jest pan znany z umiejętności odnajdywania ścieżek do wartościowych dzieł sztuki. I z dyskrecji, oczywiście.

- Proszę tylko pamiętać, że nie zajmuję się sztuką nowoczesną - zaznaczył wyraźnie Kerkoliac. - Maksymalnie początki dwudziestego wieku.

- Dlaczego?

Kerkoliac przepraszająco rozłożył ręce.

- Ogranicza mnie brak umiejętności myślenia abstrakcyjnego.

- Bez obaw. - Azdavood zakasłał. Dotknął ręką gard­ła. - To od zimnego mleka, które tak bardzo lubię - wyjaśnił. Ponownie spojrzał na Kerkoliaca. - Poszukuję obrazu pod tytułem Portret oblitterianina.

Kerkoliac zmrużył oczy i w ciągu kilku sekund przeczesał zasoby znanych bibliotek cyfrowych, lecz w żadnej nie natknął się na wzmiankę o obrazie.

- Jest pan pewien, że tak brzmi pełen tytuł? - dopytał, marszcząc brwi. - Nigdzie nie ma informacji na ten temat.

- Oczywiście. Zapewniam pana, że ten obraz istnieje. Znajduje się w pewnej prywatnej kolekcji.

- Więc dlaczego osobiście nie dokona pan transakcji?

- Uniemożliwia mi to moja pozycja. Ściślej: skala dotychczasowych przedsięwzięć. Dlatego zwracam się z tym do pana.

Kerkoliac spojrzał podejrzliwie na Azdavooda, ale nie odpowiedział. Sięgnął dłonią pod marynarkę, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni papierośnicę, wyjął ze środka ostatnią cygaretkę, którą przed włożeniem do ust kilkukrotnie obrócił w palcach. Przyłożył ogień z archaicznej zapalniczki napełnianej benzyną.

- Nie wiedziałem, że syntetyki palą.

- Tylko kiedy się denerwują. - Kerkoliac zaciągnął się dymem, a pulsujący żar cygaretki uwidocznił zarys jego czaszki pod przezroczystą skórą. - Żartuję. To tylko gest mający symulować wątpliwości. Proszę nie przywiązywać do tego większej wagi, gdyż podjąłem już decyzję. Zgadzam się na pańską propozycję.

Z szuflady biurka wyciągnął wieczne pióro i położył na blacie wraz z notesem. Spojrzał pytająco na Azda­vooda.

- Proszę o szczegóły.

- Może już wystarczy tych niepotrzebnych gestów? Obaj doskonale wiemy, że syntetyki posiadają nieograniczone zasoby pamięci.

Kerkoliac niechętnie schował pióro i notes do szuflady.

- Rządowa licencja nakłada na nas pewne ograniczenia. Wśród nich jest konieczność dostosowania wypowiedzi do poziomu innych ludzi. Nie możemy wykazywać przesadnej... - przez chwilę udawał, że szuka odpowiedniego słowa - ...wiedzy.

Zapadło kłopotliwe milczenie, które przerwał stary wilk:

- Jaką cenę powinienem zaproponować?

- Każdą rozsądną. Problem w tym, że właścicielka obrazu, pani Etna Hearst, wcale nie zamierza go sprzedać.

***

Przed powrotem do domu Kerkoliac zapragnął jeszcze odwiedzić sklep ze starociami mieszczący się przy ulicy Fabrycznej. Bywał tam z nadzieją zakupienie tanich drobiazgów do własnej kolekcji, a ponieważ zdarzało się to często, właściciel udzielał mu drobnej zniżki.

Zamknął więc galerię przed osiemnastą, uzbroił alarm i z mosiężnym kluczem schowanym w wewnętrznej kieszeni marynarki wyszedł na chodnik. Miał ze sobą jeszcze wysłużony kapelusz i płaszcz z gabardyny przewieszony na ręce. W przykrótkich spodniach i cias­nej marynarce o przestarzałym kroju, z jasnymi włosami zaczesanymi na bok i niewielką walizeczką w dłoni, wyglądał jak przeraźliwie chudy obwoźny handlarz sprzed trzystu lat.

Pomimo upływu czasu Kerkoliac wciąż ­zachował jas­ną twarz o rysach nieskażonych zmarszczkami i nienaganną sylwetkę człowieka witruwiańskiego. Lubił rze­czy praktyczne: w ciągu całego wieku krój jego staroświeckiego garnituru siedmiokrotnie wychodził z mody i za każdym razem powracał do łask, więc Kerkoliac nie widział potrzeby, by kupować nowy. Obecnie nie miał żadnych przyjaciół wśród ludzi. Lubił odwiedzać groby tych, którzy odeszli przed laty.

Stojąc przy krawężniku, przywołał taksówkę, a gdy zatrzymała się obok niego, udał, że się rozmyśla. Widział podobną scenę przez szybę galerii i chciał zobaczyć reakcję kierowcy. "Jebany syntetyk" - usłyszał, gdy odwrócił się na pięcie, a dalsze słowa zagłuszył pisk opon odjeżdżającej taksówki. Kerkoliac przeciął wiszącą w powietrzu niebieskawą chmurę spalin, szybkim krokiem przeszedł na drugą stronę jezdni i zagłębił się w plątaninie wąskich uliczek. Wynurzył się z cienia kamienic po drugiej stronie osiedla, minął wysoki mur Księstwa, po czym przekroczył próg sklepu ze starociami.

Uczynny sprzedawca szerokim gestem dłoni zachęcał do zakupów. Przedstawił również swą nową zdobycz: tandetny osiemnastowieczny pejzaż osadzony w ramie starszej o sto lat. Kerkoliac błyskawicznie sprawdził w sieci jej rzeczywistą wartość, bez mrugnięcia okiem zapłacił żądaną sumę, pożegnał się i wyszedł.

Dwie ulice dalej nożykiem do papieru wyciął płótno olejne, bez żalu zostawił je w koszu na śmieci i z pustą ramą, walizeczką oraz płaszczem przewieszonym na ręce wrócił do domu. Taki przebiegły był ten syntetyczny marszand Kerkoliac.

Mieszkał na czwartym piętrze jednej z kamienic w starszej części miasta. Jego mieszkanie było niewielkie, ale gustownie urządzone i Kerkoliac był z niego dumny: idealnie wyważone zestawienie zabytkowych bibelotów z nowoczesną tandetą. Nie przypominało nory starego wilka; było czyste i w dzień bardzo jas­ne dzięki oknom z południowej strony. Kerkoliac lubił przez nie spoglądać na obrysowane słońcem sylwetki wieżowców i część miasta skrytą w ich cieniu. Nocą w oknach połyskiwały czerwone światła z kominów elektrociepłowni.

Po oczyszczeniu ramy z wielowiekowego brudu i resztek płótna sprzedał ją na aukcji internetowej. Zadowolony powrócił do swoich codziennych obowiązków: wyczyścił chemicznie garnitur i koszulę, odczytał korespondencję mailową, zaakceptował kilka ofert kupna przedmiotów wystawionych w galerii, z przyzwoitości jedną odrzucił, po czym zgasił światło i stanął przy oknie, skąd miał doskonały widok na pogrążone w ciemności miasto. W zamyśleniu analizował zawartość znanych archiwów cyfrowych w poszuki­waniu informacji na temat Oblitterianina, niczego jednak nie znalazł. Uznał więc, że rzecz jest zupełnie bezwartościowa, a śmierdzący książkami antykwariusz prag­nie ją mieć tylko ze względów sentymentalnych, czego Kerkoliac zupełnie nie rozumiał.

Wieczorem spowolnił mechanikę ciała. Teraz poruszał się lekko zgarbiony, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Szurał ociężałymi stopami po podłodze. Oddychał z wysiłkiem, po krótkim zastanowieniu do zestawu odruchów fizjologicznych dołożył jeszcze kaszel. Stojąc w świetle otwartej lodówki, niczym pan Azdavood pił zimne mleko wprost z kartonu.

Jutro znów będzie bolało mnie gardło, pomyślał. Jadł niewiele, ale wykwintnie: przysmaki kuchni molekularnej z odrobiną czerwonego wina przy akompaniamencie muzyki klasycznej.

Po kolacji zasiadł w fotelu z kieliszkiem wina w dłoni, wcześniej starannie ocenił barwę i smak trunku, bo był również wytrawnym znawcą markowych alkoholi. Ten Kerkoliac.

Zrelaksowany oglądał holograficzne wystawy dzieł sztuki. Przejrzał też kilka wirtualnych aukcji prowadzonych w systemie angielskim, gdyż lubił emocje związane z licytacją, a dźwięk młoteczka syntetycznego licytatora wprawiał go w dobry humor.

Przed zaśnięciem zapragnął jeszcze poczytać. Z ulubioną książką udał się do kuchni, gdzie usiadł na krześ­le przy oknie, a bliskość chłodnej szyby sprawiła mu przyjemność. Zapalone cygaro położył w kryształowej popielniczce. Usnął nad książką z głową opartą o szybę. Wyglądał trochę jak archaiczny podróżny w pociągu, które już nie kursowały od lat.

***

Następnego dnia w galerii było niewielu klientów, więc Kerkoliac cały wolny czas spożytkował na poszukiwanie informacji o Etnie Hearst. Rozpoczął od odtworzenia spotkania z Azdavoodem.

- To wielbicielka syntetyków, whisky i przypadkowych kochanków - powiedział stary antykwariusz na zakończenie wczorajszej rozmowy. - Kobieta niezwyk­le majętna, dzięki temu piękna i dobrze wykształcona. Mieszka w rezydencji położonej w najbogatszej dzielnicy miasta, gdzie prowadzi rodzaj domu otwartego, zdaniem niektórych przytułku dla syntetyków. Faktem jest, że w ciągu ostatnich sześciu lat przeznaczyła na ten cel ponad dwadzieścia procent obecnego majątku. W najbliższy piątek odbędzie się aukcja syntetyków, gdzie z pewnością będzie można ją spotkać. Nie, nie sprzeda obrazu - zakończył z żalem Azdavood. - Trzeba znaleźć inny sposób. Warto zacząć od piątkowej aukcji.

Kerkoliac sprawdził jeszcze w sieci dostępne informacje na temat Etny Hearst: kobieta bez cech szczególnych, przed czterdziestką, rozwiedziona, bardzo bogata, podobno ładna. Miała kiedyś córkę, ale już jej nie ma. Echa tragedii w prasie brukowej, zamazane zdjęcia z pogrzebu przedstawiające ubraną w czerń kobietę o zapłakanych oczach. Ta sama kobieta kilka lat później uchwycona w obiektywie aparatu, gdy wychodzi z restauracji, jedzie samochodem, opala się na plaży i czyta książkę na ławeczce w parku. Towarzyszył jej zwykle piękny syntetyk o pustych oczach. Jeszcze jakieś nagrania z przyjęcia, stare dokumenty i świadectwo ukończenia studiów, zdjęcia ze ślubu i późniejsze: Etna roześmiana, Etna smutna, Etna w ciąży i wychodząca z budynku sądu po zakończeniu sprawy rozwodowej. Etna nad grobem córki: już starsza, dużo poważniejsza, wciąż zaskakująco piękna. Życie uchwycone w obrazach i skrawkach dokumentów.

Czas na Oblitterianina: płótno olejne o wymiarach pięćdziesiąt na siedemdziesiąt centymetrów, w standardowej ramie, obiekt (mężczyzna) przedstawiony en face, ale tego antykwariusz nie był pewny ze względu na brak aktualnych zdjęć. Twórca nieznany, z pewnością nikt ważny. Dlaczego właśnie ten obraz? Szanowny pan wybaczy, nie odpowiem na to pytanie. Proszę szukać, proszę się starać. Zapłacę.

Na kilka godzin przed aukcją Kerkoliac ­układał w myślach plan nadchodzącej batalii. W pustym mieszkaniu było cicho jak w wilczym leżu przed świtem. Przejrzał wszystkie dostępne archiwa i biblioteki cyfrowe, włamał się również do kilku prywatnych, lecz nie znalazł tam nic ciekawego. Po namyśle doszedł do wniosku, że ktoś bardzo przebiegły wrzucił ten obraz do głębokiej rzeki, a stary wilk Kerkoliac tylko bezradnie krąży po brzegu. Jedyny znany ślad uparcie prowadził do Etny Hearst.

Marszand miał nadzieję, że w czasie nadchodzącej aukcji nie będzie musiał walczyć z psami gończymi nasłanymi przez Księstwo. Z góry wiedział, że taka walka, jak wszystkie poprzednie, jest skazana na porażkę. Wystarczy jedno skinienie dłoni syntetycznego ambasadora Lionte i jego mignoni skoczą marszandowi do gard­ła; będą w nieskończoność podbijać stawki, aż biedny Kerkoliac opuści ręce, a potem grzecznie podziękują za piękną licytację. Księstwo mogło zasypać marszanda lawiną pieniędzy, spod której nie będzie widać nawet jego kapelusza. Kerkoliac przerabiał to już wielokrotnie, dlatego widząc nadchodzące psy Księstwa, natychmiast umywał ręce. Każda próba walki była przecież skazana na porażkę.

W porannych mgłach słychać już nadchodzącą obławę, ujadanie psów i pierwsze dźwięki rogów. Już się nawołują. Nie próbuj przed nimi uciekać, stary wilku. Wyjdź im naprzeciw.

Wkrótce Kerkoliac zamknie drzwi swojego mieszkania i ubrany w wysłużony garnitur, kapelusz i płaszcz z gabardyny wyruszy na aukcję jak na polowanie. Z podniesionym czołem i czujnym spojrzeniem starego wilka w oczach.

***

Już wcześniej wykupił akredytację, więc syntetyczni ochroniarze bez problemów wpuścili go do wieżowca położonego w najbogatszej części miasta. W towarzyst­wie eleganckiego mężczyzny w smokingu i jego uroczej syntetycznej partnerki wjechał na jedenaste piętro, po czym schodami o hebanowych stopniach wszedł na dach.

Zatrzymał się i rozglądał jak wilk, badający pole nadchodzącej walki.

Przed sobą miał elektroniczny hologram przedstawiający łagodną powierzchnię morza, prześwietlonego światłem słońca padającego z lewej strony. Pośrodku jas­nego błękitu stał potężny galeon pod pełnymi żaglami.

Kerkoliac ruszył ostrożnie w stronę trapu, a po drodze otrzymał kieliszek szampana i tekową tabliczkę z numerem siedemnaście. Spokojnie wszedł na pokład, gdzie między zwojami lin, płótna żaglowego i grubych łańcuchów kotwicznych przygotowano miejsce na aukcję.

Dostrzegł wielu bogatych mieszkańców miasta, eleganckich mężczyzn w średnim wieku w towarzystwie pięknych kobiet, w większości syntetycznych. Otaczali wianuszkiem pulpit licytatora, na którym stała szklanka wody i leżał niewielki młoteczek. W tłumie gości krążyli syntetyczni kelnerzy w białych marynarkach, roznosząc drinki. Słychać było śmiech kobiet.

Z dala od tłumu, otoczony mignonami, stał ambasador Lionte. Marszand pokornie uchylił przed nim kapelusz, w zamian otrzymując jedynie łaskawe skinienie głową. Stary wilk zdusił w sobie radość z tego gestu, słusznie uznając, że jest nieodpowiednia ze względu na jego wiek, doświadczenie i pozycję znanego wielbiciela sztuki. Powinien zachowywać się jak szanowany marszand, którym przecież był, a nie podrzędny hand­larz, którym przestał być już lata temu. Okazywanie zadowolenie z faktu bycia dostrzeżonym przez bogatego mecenasa sztuki zdawało się zdecydowanie poniżej jego godności.

Marszand również stanął na uboczu, wsparty łokciem o balustradę statku. Natychmiast tuż przy nim wyrósł mignon ambasadora, Widnac. Zamknął w uścisku prawą dłoń Kerkoliaca. Miał ohydny zwyczaj długiego ściskania dłoni na powitanie i ciągłego patrzenia w oczy rozmówcy.

- Miło pana widzieć, Kerkoliac. Przed nami kolejna długa aukcja w galerii Sostre. Cudowna oprawa, nieprawdaż?

Kerkoliac obrzucił spojrzeniem napięte żagle ponad ich głowami, przemknął tylko wzrokiem po twarzy Widnaca i powrócił do poszukiwań Etny Hearst.

- Zdaje się, że ambasador pana wzywa... - mruknął.

- Och...

I już Widnaca nie było: zgięty w służalczym ukłonie zbliżył się do ambasadora, ale został odprawiony ruchem dłoni. Stanął na uboczu z miną zbitego psa i patrzył wyczekująco na Liontego.

Ten przebiegły Widnac, ze swoimi wiecznie rozbieganymi oczami i białym osadem w kącikach ust, wzbudzał odrazę syntetycznego marszanda. Dla starego wilka, jakim niewątpliwie był Kerkoliac, widok tresowanego pieska pokroju Widnaca - wiecznie czekającego na łaskawy gest ambasadora - przypominał legion innych służących z czasów, o których marszand wolałby zapomnieć. Nawet wyglądem i sposobem bycia Widnac upodobnił się do lokaja; mógłby w wypłowiałej liberii wyczekiwać na dźwięk ohydnego dzwoneczka w rezydencji państwa Saniewskich. I jeszcze dotyk tej dłoni wyciągniętej na powitanie - wiotkiej, pozbawionej siły, przyzwyczajonej jedynie do unoszenia filiżanki z kawą, kieliszka wina lub wiecznego poprawiania tłustych włosów. Ohydny typ, pomyślał marszand, być może nawet niebezpieczny. Z pewnością podobne do niego tresowane psy wykorzystywano niegdyś do polowań na wilki.

Zupełnie inaczej marszand traktował syntetyka, który trzymał w dłoni smycz Widnaca. Pozwolił sobie nawet na niewinne spojrzenie w jego stronę.

Kerkoliac darzył głębokim szacunkiem ambasadora Księstwa, pana Liontego. Odczuwał dziwną nieśmiałość w obecności tego eleganckiego syntetyka, który wydawał się uosobieniem pragnień marszanda: powszechnie szanowany, niezwykle bogaty, często rozrzutny miłośnik zabytkowych dzieł sztuki, otoczony legendą ambasador Księstwa. Osobiście Lionte rzadko bywał na aukcjach, zwykle zadowalał się wysłaniem jednego ze swych tresowanych piesków - teraz również wolał zajmować się zabawianiem dam lub rozmowami z biznesmenami z Centrum. Przegoniony na bok Widnac trzymał w dłoni tekową tabliczkę do licytacji.

Marszand wiedział z doświadczenia, że Księstwo dysponuje niemal nieograniczonymi środkami na zakupy wybranych skarbów do własnej kolekcji. W czasach, gdy jeszcze stary wilk nie zdołał zębami wyszarpać dla siebie pozycji szanowanego marszanda, często dochodziło do sytuacji, gdy próbował rywalizować z Księstwem; zawsze jednak ponosił klęskę, co już po kilku pierwszych bitwach przestało być zabawne. Marszand postanowił ustąpić: zupełnie zrezygnował z tej rywalizacji, zadowalając się jedynie dokładnym przyglądaniem bibelotom kupowanym przez Księstwo. Było to doprawdy przedziwne: każdy przedmiot kupiony przez Księstwo już nigdy nie wracał do oficjalnego obiegu. Znikał jak wrzucony do studni. Księstwo nigdy nie odsprzedawało skarbów ze swojej kolekcji. Nigdy ich też nie wystawiało w licznych galeriach dzieł sztuki. Szczerze mówiąc, kupione przez Księstwo skarby zupełnie ginęły ze wzroku syntetycznego marszanda.

Kerkoliac nigdy wcześniej nie był w tym miejscu, więc skrzypienie pokładu, szum wiatru na rozpiętych żaglach oraz ciche pokrzykiwania wirtualnych marynarzy wydały mu się idealną oprawą nadchodzącego widowiska. Ocenił całość koncepcji jako interesującą, chociaż zupełnie niepraktyczną.

Wkrótce na pokładzie pojawił się syntetyczny licytator: zabawny człowieczek w meloniku i białej koszuli, z wiecznie uśmiechniętą twarzą dziecka. Zastygł z uniesionymi dłońmi jak dyrygent.

- Witam serdecznie! - Głos miał donośny i zdecydowany. Ostatnie słowo podkreślił stuknięciem młoteczka. - I zapraszam do licytacji!

Nastąpiło uroczyste przywitanie ważniejszych gości, potem tych mniej ważnych, a ponieważ Kerkoliac nie należał do żadnej z tych grup, zajął się szukaniem w tłumie Etny Hearst.

Dostrzegł ją niemal natychmiast: stała odwrócona do niego bokiem, więc doskonale widział jej bardzo kobiecą sylwetkę, zarys profilu, dłoń z kieliszkiem szampana na wysokości piersi i ponętne rozcięcie w wieczorowej sukni, biegnące od biodra aż do czarnych szpilek. Towarzyszył jej syntetyk o pięknej, ale zupełnie pozbawionej wyrazu twarzy.

Licytator rozpoczął aukcję dość łagodnie, stawki były niewielkie, a na pokładzie statku pojawiały się syntetyczne zwierzęta: rozkoszne szczeniaki, piękne koty ze sztuczną sierścią, muskularne charty i zagubiona elektroniczna sarna o smutnych oczach. Poruszenie wywołały syntetyczne hostessy, niemal hurtowo wykupywane przez dyrektorów firm z Centrum.

Kerkoliac wciąż obserwował Etnę Hearst, ale nie widząc jej zainteresowania, również nie włączał się do licytacji. Stał na skraju tłumu z opuszczoną głową, jedną rękę włożył do kieszeni marynarki, drugą opuścił swobodnie. Patrzył wzrokiem starego wilka, który czeka na właściwy moment, by rozpocząć polowanie. Etna Hearst nie wiedziała o jego obecności.

Gdy na scenę wprowadzono syntetycznego konia, przez tłum przeszło ciężkie westchnienie, a oczy Etny Hearst rozbłysły jasnym blaskiem. Wsparta na ramieniu syntetyka uniosła się delikatnie na palcach, aby lepiej widzieć.

Stary wilk poczuł krew.

Koń był przepiękny i jednocześnie ohydny, gdyż jego łeb oderwano tuż przy gardle i teraz spoczywał pod pachą prowadzącego go syntetyka.

Wielkie końskie ślepia łypały z przestrachem po twarzach zgromadzonych gości.

Syntetyczne zwierzę poruszało się z gracją, pod jego przezroczystą skórą pulsowały stalowe ścięgna i mięś­nie z włókna szklanego. Oderwany łeb często rozchylał chrapy, a wtedy gdzieś z wnętrza pyska rozlegało się słabe rżenie. Syntetyk prowadzący konia zatoczył łuk przed twarzami gości, zatrzymał się obok stanowiska licytatora, a oderwany łeb położył na uprzednio przygotowanym stoliku. Kerkoliac zdążył już wyrobić sobie zdanie na temat przedmiotu aukcji: z jego punktu widzenia koń pozbawiony głowy był zupełnie nieprzydatny. Ale oczy Etny Hearst wciąż błyszczały. Koń potrząsał błękitną grzywą i niecierpliwie uderzał kopytami o deski pokładu.

- Dziesięć tysięcy po raz pierwszy! - wykrzyknął licytator. - Kto da więcej?

Żadna tabliczka się nie uniosła.

***

Kerkoliac wygrał tę licytację kwotą czterdziestu dwóch tysięcy euro. Rozpoczął od czujnego spojrzenia w stronę ambasadora, lecz widząc Widnaca z opuszczoną tab­liczką i brak zainteresowania Liontego, postanowił odczekać chwilę, a potem zaatakować. Walczył jak prawdziwy wilk: z początku tylko krążył wokół ofiary, delikatnie podbijając stawkę, następnie odpędził słabszych rywali, podnosząc aktualną kwotę, pokonał dorodnego samca z Centrum, który odpuścił przy trzydziestu tysiącach, a na końcu, gdy nie miał już innych rywali, spojrzał w błyszczące oczy Etny Hearst. Dostrzegł w nich irytację, a gdy przeciągle zamrugała, również zainteresowanie. Uniosła tabliczkę.

- Trzydzieści pięć tysięcy! - krzyknął podekscytowany licytator. - Po raz... Trzydzieści sześć pan w garniturze z gabardyny. Trzydzieści osiem pani w sukni! Jest czterdzieści tysięcy, pan w garniturze...

Przy czterdziestu dwóch tysiącach Etna Hearst odwróciła się gwałtownie, jej suknia błysnęła czernią w tłumie i Kerkoliac został sam na placu boju. Stary wilk wciąż potrafił polować.

Aukcja była zakończona. Kerkoliac z pobłażliwością odbierał gratulacje ludzi zachwyconych licytacją, otrzymane wizytówki schował do kieszeni marynarki, wyłapał również łagodny uśmiech ambasadora Liontego, a gdy ruszył w stronę biura licytatora, żeby dopełnić formalności, drogę zastąpił mu piękny syntetyk.

- Pani Etna Hearst gratuluje udanej licytacji - powiedział chłodno. - I jednocześnie chciała zapytać, dlaczego tak panu zależało na kupnie tego uszkodzonego konia?

- To był kaprys - odpowiedział syntetyczny marszand.

***

Oto on, Kerkoliac.

Jego odbicie widać w szybach budynków Centrum, gdy ubrany w kapelusz, garnitur i płaszcz z gabardyny, z płócienną torbą przewieszoną na ramieniu, konno wracał do domu. Ludzie pokazywali go palcami, dzieci piszczały z przejęcia, samochody trąbiły, a gdy wyjeżdżał z miasta, stojące przy krawężniku prostytutki klaskały ze śmiechem.

Miasto dawno zostało za jego plecami. Końskie kopyta z głuchym łoskotem uderzały w asfalt wielopasmowej autostrady. Potem słychać było już tylko szelest trawy, gdy Kerkoliac przeciął zielone łąki i ruszył w stronę wzgórz czerniejących w zachodzącym słońcu.

Ze szczytu jednego ze wzniesień miał doskonały widok na całą okolicę. Siedział nieruchomo z dłonią opartą na końskiej głowie skrytej w torbie. Pod palcami wyczuwał zarys potężnej czaszki, chłodny dotyk sztucznej skóry i powolne ruchy powiek. Obserwował przy tym spadające gwiazdy.

Gdzieś w dolinie galopował bezgłowy koń, a syntetyczny marszand czuł drżenie ziemi pod ciężarem jego kopyt.

O świcie rozpoczął się mozolny pochód słońca. Kerkoliac wciąż siedział na skraju łąki z twarzą mokrą od rosy i dłonią opartą na płóciennej torbie. Niestrudzony koń bez głowy przemknął przed jego oczami i zniknął w ciemności, by po czasie odmierzanym uderzeniami kopyt wynurzyć się zza wzgórza. Kerkoliac przywołał go w myślach, a wtedy tętent ustał: koń stępa poszedł w jego stronę, a z głębi torby rozległo się radosne rżenie. Z dłonią wczepioną w końską grzywę Kerkoliac ruszył pieszo w stronę budzącego się miasta.

Na autostradzie dosiadł konia i odtąd ich pokraczne cienie dygotały na asfalcie. Syntetyk o przezroczystej twarzy, w kapeluszu, garniturze i płaszczu, oraz niestrudzony koń bez głowy.

Kerkoliac już dawno wyznaczył trasę wędrówki i jeszcze w półmroku wstającego dnia zatrzymał się przed rezydencją Etny Hearst. Brama była otwarta, więc zsiadł z konia i betonowym chodnikiem ruszył w stronę domu.

Zatrzymał się w cieniu drewnianej werandy i nieśmiało spojrzał w stronę drzwi wejściowych. Żałosny amant stający po raz pierwszy w progu domu nowej kochanki.

Wyszła do niego z ciemności pustego domu, z rozpuszczonymi włosami i w jasnej, letniej sukience. Na jej twarzy nie było zdziwienia. Zatrzymała się na schodach, mając za plecami szarą bryłę budynku z błękitnymi taflami szkła w wysokich oknach. Nagły podmuch wiatru okleił cienki materiał sukienki wokół jej ud, ukazując cień łona, a Kerkoliac przezornie odwrócił głowę. Kobieta przeszła boso po mokrej trawie, oparła dłoń na końskiej szyi, palcami rozczesała błękitną grzywę. Zamknęła oczy.

- Nawet nie pachnie końską sierścią - szepnęła.

Cofnęła dłoń, a Kerkoliac uznał, że nie powinien nic mówić. Kobieta wskazała uchylone drzwi.

- Zapraszam.

Poszedł śladem jej mokrych stóp lśniących w ciemności korytarza, i schodami na piętro, gdzie w słabo oświet­lonym salonie wskazała skórzany fotel, i poprosiła, by usiadł, a potem zniknęła. Rozejrzał się po wnętrzu: jasne ściany ozdobione kilkoma obrazami, w tym niezłą kopią Ofiarowania Piafa, kominek z martwym paleniskiem, szklane dekory na niskich szafkach i dwa fotele (na jednym z nich siedział). Niewielka ramka ze zdjęciem dziewczynki bez włosów. Etna wróciła ze szklaneczką whisky, usiadła naprzeciw niego i powiedziała:

- Więc...

Kerkoliac czuł się zmuszony odpowiedzieć. Postanowił mówić prawdę.

- Ta farsa była przeznaczona specjalnie dla pani.

- To miłe... - Upiła odrobinę whisky. - Że pan o tym mówi.

- W pani posiadaniu jest obraz, który chciałbym mieć.

- Który? Mam ich dużo.

- Miałem na myśli Oblitterianina.

- Ach, wiedziałam...

Etna Hearst podniosła się leniwie, przeszła przez salon, zniknęła za drzwiami, a po chwili wróciła, niosąc w lewej ręce obraz. Ponownie usiadła na fotelu, a obraz ustawiła obok na podłodze.

- Ten?

- Być może.

Kerkoliac wyciągnął dłoń w stronę Etny, a podnosząc obraz, musnął jej bosą stopę. Pochylił głowę, próbując spojrzeć w oczy Oblitterianina. Było to niemożliwe, gdyż twarz w jego dłoniach była całkowicie zamazana. Farba już dawno stopiła się i spłynęła po płótnie, zostawiając ciemne zacieki na ramie. Kerkoliac wykonał trójwymiarowy skan obrazu i zapisał w pamięci. Biorąc pod uwagę zniszczenia, wartość obrazu była zależna od związanej z nim historii. Syntetyczny marszand wiedział, że każdy przedmiot jest zapisany w czyjejś pamięci.

- To kwas - wyjaśniła kobieta. - Obraz został bezpowrotnie zniszczony. Kiedyś wisiał w gabinecie mojego ojca, ale po jego śmierci schowałam go do piwnicy.

- Od dawna jest w pani rodzinie? Ten obraz?

- Od sześćdziesięciu lat. Jest dość stary, proszę sprawdzić znacznik przyklejony do ramy.

Kerkoliac obrócił obraz, spojrzał na plakietkę z kodem kreskowym, a następnie ją zeskanował.

Tytuł: Oblitterianin. Twórca i obiekt nieznany. Orientacyjne datowanie: 2043 r.

Syntetyczny marszand odruchowo zamrugał powiekami, udając zdziwienie. Obraz został namalowany sto siedemdziesiąt sześć lat temu. Marszand podniósł wzrok na Etnę Hearst.

- Jak doszło do zniszczenia obrazu?

- Zawsze był taki.

- Chciałbym go zamienić na konia, którego kupiłem na aukcji.

- A ja być może się zgodzę. Ale nie w tej chwili. Teraz nie mam ochoty na rozmowy o interesach.

- Więc o czym?

- Proszę się postarać.

Spojrzała na Kerkoliaca ponad uniesioną szklaneczką whisky. Miała wilgotne usta, a brzeg szklanki pobrudzony był szminką.

- Porozmawiajmy o uczuciach.

Kerkoliac zmarszczył brwi.

- Odpada - mruknął i jednocześnie, symulując irytację, klepnął dłonią w kolano. Poprawił również kant spodni. - Temat uczuć istot syntetycznych był już przerabiany wielokrotnie przez kiepską literaturę i jeszcze gorsze filmy.

- Pan bardzo ładnie symuluje ludzkie odruchy. Jak dawno uzyskał pan prawo do samostanowienia?

- Przed pięćdziesięcioma trzema laty. Zdałem testy zaraz po ustawie zrównującej prawa myślących syntetyków i ludzi.

- Ta sama ustawa umożliwiła wam posiadanie naturalnego koloru skóry. Dlaczego pan z tego nie skorzystał?

Kerkoliac odruchowo spojrzał na swoje przezroczyste dłonie, poruszył palcami, obserwując ruch metalowych ścięgien, kości i serwomechanizmów, a potem odpowiedział:

- Przyzwyczaiłem się.

- To był fałszywy odruch. Musi pan się poprawić.

- Wciąż próbuję.

Patrząc w jego oczy, upiła kolejny łyk ze szklanki. Miała rozchylone usta, błyszczące oczy i jasny ślad po naszyjniku na opalonej skórze nad piersiami.

- Więc może seks? - zapytała.

Westchnął.

- Obawiam się, że będą potrzebne lubrykanty. Moja uboga fizjologia może doprowadzić...

- Pan powiedział to specjalnie! - przerwała triumfalnie. - To było złośliwe!

- Owszem. Wypowiedź była obliczona na wywołanie konkretnej reakcji.

- Zupełnie się pan nie stara.

Wstał i leniwie podszedł do okna. Stanął niedbale, z lewą dłonią w kieszeni i wysuniętą do przodu stopą, a wpadające przez uchylone żaluzje pręgi światła wyostrzyły jego profil. Drugą dłonią wykonał niedbały gest oraz musnął kciukiem podbródek.

- Tak dobrze? - zapytał.

- Niemal idealnie. Szkoda, że ma pan na sobie czarny garnitur. Romantyczny kochanek powinien być ubrany na biało.

Spojrzał na nią z uznaniem.

- Doskonale gra pani w słowa, wyłapuje kontekst. Nie wszystkie kobiety to potrafią. Ta wypowiedź jest zupełnie neutralna.

Etna powoli zamknęła oczy i otworzyła je ponownie.

- Zgodzę się na wymianę, jeżeli do transakcji dołączy pan informację.

- Jaką?

Kobieta wskazała dłonią ze szklanką na obraz.

- Chciałabym wiedzieć, kim był ten człowiek.

***

Po opuszczeniu rezydencji Kerkoliac nie wrócił do domu. Postanowił również nie otwierać tego dnia galerii. Wybrał się za to na długi spacer ulicami miasta.

W myślach porządkował informacje na temat obrazu: znał jego wygląd, dokładny rozmiar i wagę. Nie znał twórcy oraz nie wiedział, skąd wzięła się nazwa. Spacerując bez celu pustymi uliczkami, postanowił udać się do Krajowego Archiwum Woluminów, mieszczącego się przy ulicy Kolberga. Bywał tam już wcześ­niej, znał doskonale strażników i pracowników recepcji, więc za odpowiednią łapówkę bez kłopotu dostał się do środka. Kieszeń jego płaszcza wypychała pękata butelka whisky, którą kupił po drodze.

Po przejściu kontroli i uiszczeniu odpowiednich opłat (w tym dodatkowej kwoty w gotówce, wsuniętej dyskretnie do dłoni strażnika), zaopatrzony w odpowiednią przepustkę, Kerkoliac zjechał windą do podziemia, gdzie w olbrzymiej hermetyzowanej sali mieścił się główny dział Archiwum. Na miejscu pierwsze kroki skierował do gabinetu starego znajomego, profesora Pilla, który zarządzał pracami konserwatorów. Po przywitaniu Kerkoliac przybrał serdeczny wyraz twarzy, wręczył przyjacielowi butelkę whisky, potwierdził wpłatę niewielkiej sumy na jego konto, a następnie poprosił o pomoc.

- Poszukuję informacji na temat obrazu pod tytułem Portret oblitterianina.

Pill bezradnie rozłożył ręce. W prawej wciąż trzymał butelkę whisky.

- Ja nie mam na to czasu! - Wskazał dłonią stojące przy biurku krzesło. - Usiądź proszę. Za chwilę podłączę cię bezpośrednio do bazy danych.

Kerkoliac skinął głową z wyraźnym zadowoleniem. Poluzował węzeł krawata, zdjął marynarkę i powiesił na oparciu krzesła, a potem podwinął lewy mankiet koszuli i usiadł. Czekał cierpliwie, aż Pill podłączy światłowód do jego przedramienia, a potem wyjdzie z gabinetu, cichutko zamykając za sobą drzwi.

Kerkoliac zamknął oczy i z odchyloną do tyłu głową znieruchomiał na krześle. Dzięki łączu bezpośredniemu i hasłom otrzymanym od Pilla bez przeszkód zanurzył się w zdigitalizowanych zasobach biblioteki. Poszukiwania rozpoczął od wpisania nazwy obrazu (*Oblitterianin*) w wyszukiwarce, lecz wśród milionów tytułów, gromadzonych latami w archiwum, nie uzyskał żadnych pasujących odpowiedzi. Tajemniczy Oblitterianin wciąż pozostawał skryty w ciemności. Następnym etapem powinno być dokładne przeszukanie treści zbiorów, co ze względu na potrzebny do tego czas wydało się Kerkoliacowi zadaniem niewykonalnym. Ograniczył więc przedział wyszukiwania do czasów bliskich przypuszczalnej dacie namalowania obrazu (2043 rok), po namyśle rozszerzył zakresy graniczne o pięćdziesiąt lat, uruchomił skanowanie treści, a już po chwili system wypluł komunikat o czterech pasujących wynikach wyszukiwania.

Kerkoliac ustawił fragmenty zgodnie z terminami ich dodania, a potem odczytał pierwszy, pochodzący ze Wspomnień recydywisty Lermina:

...siedzieliśmy wtedy nad rzeką w cieniu pomnika oblitterianina...

Stary wilk, mieszkający w głowie Kerkoliaca, poczuł znajome łaskotanie w opuszkach łap. Fragment drugi został wyłowiony z pamiętników Sardakiana:

...umówiłem się z nią pod pomnikiem oblitterianina. Czekając, patrzyłem na barki portowe i widoczne ponad rzeką zabudowania na drugim brzegu...

Jeżenie sierści.

Fragment trzeci z Projektu rozwoju infrastruktury miasta w latach 2030-2045:

W związku z incydentem, polegającym na próbie zniszczenia zabytkowego pomnika oblitterianina, zaleca się usunięcie rzeźby z nadbrzeża (Lokalizacja: A636.12) i przeniesienie do magazynu. Pomnik jest obecnie w bardzo złym stanie, widać liczne uszkodzenia mechaniczne oraz brak tablicy informacyjnej.

Zacisnął mocno szczęki.

Ostatni fragment pochodził z archiwalnego raportu policyjnego:

W czasie usuwania oblitterianina z nadbrzeża doszło do zerwania liny holującej, co spowodowało zsunięcie się pomnika bezpośrednio do rzeki. Biorąc pod uwagę niewielką wartość historyczną obiektu, postanowiono nie wydobywać go ponownie.

Złapał trop.

Jeszcze tylko postanowił przejrzeć wszystkie raporty miejskiego konserwatora zabytków, niestety w żadnym nie występowała informacja o rzeźbie oblitterianina. Idąc tym śladem, przejrzał zabytkowe zdjęcia miejskiego nadbrzeża. W galerii z dwa tysiące szesnastego roku natknął się na kolorowe zdjęcie nadbrzeża z widocznym w oddali pomnikiem. Kamienna rzeźba przedstawiała mężczyznę w płaszczu i kapeluszu, ze skrzyżowanym dłutem i młotkiem u stóp. Na betonowej podstawie widniał ciemny ślad oderwanej tabliczki informacyjnej. Na tym starym zdjęciu urywał się trop.

***

Wychodząc z Archiwum, postanowił podsumować uzyskane dane: miał obraz, wiedział o istnieniu kamiennej rzeźby, natomiast nie posiadał żadnych informacji o oblitterianinie, co było zadziwiające.

Kerkoliac zapragnął pójść się nad rzekę. Zagłębił się w ciasne uliczki, wijące się między starymi kamienicami, i szedł w ich cieniu, mając słońce z prawej strony. Po wyjściu na nadbrzeże ruszył wzdłuż rzeki chodnikiem ułożonym z betonowych płyt, spękanym i przerośniętym zielskiem. Mijał na wpół zatopione barki, zbutwiałe kutry i holowniki czerwone od rdzy. Wszystko oblepione żółtą pianą zalegającą płatami wzdłuż brzegu. W resztkach sieci tkwił zdechły pies, już napuchnięty, niemal przezroczysty.

Kerkoliac stanął w dusznym odorze nawiewanym od rzeki. Zapatrzył się w mętną wodę. Szybko przeanalizował archiwalne mapy i plany miasta, stare notatki i pamiętniki, odnalazł lokalizację pomnika, następnie za pomocą nawigacji satelitarnej wyznaczył właściwy kierunek marszu.

Idąc wzdłuż nadbrzeża, dotarł do betonowego postumentu wyglądającego jak przewrócona płyta nagrobna. W jego dolnym brzegu widniał ciemniejszy ślad po oderwanej tabliczce. Kerkoliac zwrócił twarz w stronę rzeki, wsunął dłoń pod koszulę na piersi, a gdy poczuł pod palcami chłodny dotyk własnej skóry, nacisnął przycisk skryty między żebrami. Gdy wyciągnął rękę spod marynarki, na jego otwartej dłoni leżały dwa kuliste drony. Przypominały bańki mydlane. Stojąc na skraju nadbrzeża, Kerkoliac wrzucił je do wody.

Oczekując na sygnał zwrotny, rozglądał się ciekawskim wzrokiem dookoła. Patrząc na rzekę, zapragnął zrobić stateczek z papieru, ale po zastanowieniu odrzucił ten pomysł jako całkowicie bezużyteczny.

Po kilku minutach zaczęły napływać raporty, lecz nie było w nich niczego godnego uwagi. Drony niestrudzenie skanowały dno rzeki, które Kerkoliac oglądał w podczerwieni: pokręcone resztki stalowych konstrukcji, betonowe kształty podobne do kości nieznanych zwierząt, popękane butelki, butelki całe, szkło, kamienie, wszystko pokryte grubą warstwą mułu i piasku. Dziwny księżycowy krajobraz. Pracowite drony przekazywały kolejne obrazy. Zarośnięte glonami żelastwo. Opony samochodowe. Ludzka czaszka. Zbutwiałe drewno. Kamienna rzeźba człowieka o twarzy zniszczonej uderzeniami młotka.

***

Przed wieczorem Kerkoliac odbył jeszcze dwie rozmowy, a każda wprawiła go w odmienny humor. Gdy wracał z nadbrzeża do domu, połączył się z Azdavoodem i w skrócie przedstawił zdarzenia poprzedniego wieczora: opisał przebieg aukcji, rozmowę z Etną Hearst i zapewnił, że jest na dobrej drodze, by odzyskać obraz. Ani jednym słowem nie wspomniał o rzeźbie leżącej na dnie rzeki.

- Proszę się pośpieszyć - skwitował Azdavood. - Nie mamy całej wieczności...

Kerkoliac z uprzejmości nie odpowiedział.

- Proszę o kontakt, gdy tylko odzyska pan obraz - dodał Azdavood na zakończenie rozmowy.

Wieczorem Kerkoliac znów stał na warcie za szybą galerii. Rozmyślał o Oblitterianinie, zniszczonych obrazach i uszkodzonych rzeźbach. Również o Etnie ­Hearst.

Zobaczył ją, gdy wysiadała z taksówki po drugiej stronie ulicy, a potem przechodziła przez jezdnię odprowadzana rozmarzonym wzrokiem kierowcy. Kerkoliacowi podobał się ruch jej dłoni, gdy Etna odgarnęła z twarzy włosy, targane podmuchem wiatru, a potem zawahała się, stojąc przed drzwiami galerii. Po wejściu do środka uśmiechnęła się serdecznie.

- Już się za panem stęskniłam.

Kerkoliac odwzajemnił uśmiech. Kobieta rozejrzała się z ciekawością po wnętrzu, musnęła palcami stojącą na wystawie pozytywkę z baletnicą, a potem powiedziała:

- Zapraszam pana na spacer.

Kerkoliac po krótkim, źle udawanym zastanowieniu przystał na propozycję. Zgasił światło i zamknął drzwi galerii, pogrążając w ciemności przedmioty ustawione we wnętrzu, a potem ruszył z Etną pod rękę w stronę Centrum. Przyciągali spojrzenia innych ludzi: piękna, elegancka kobieta i syntetyk o przezroczystej twarzy, w kapeluszu, przyciasnym garniturze i z płaszczem niedbale przełożonym przez przedramię. Wypili kawę w pobliskiej restauracji, a Etna zamówiła kawałek ciasta biszkoptowego, które popijała winem z kieliszka na długiej nóżce. Gdzieś między kolejnymi słowami, zupełnie naturalnie, zaczęli mówić do siebie po imieniu. To miał być długi wieczór.

Stali przed krzykliwym afiszem kina, próbując wybrać dla siebie jakiś film, gdy Etna z błyskiem w oczach powiedziała:

- Jedźmy do mnie.

Kerkoliac przez chwilę mierzył ją wzrokiem, świadomy konsekwencji wypowiadanych słów, a potem się zgodził. W taksówce prawie nie rozmawiali.

Już w domu Etna Hearst, ze szklanką whisky w dłoni i nieobecnym spojrzeniem, opowiedziała Kerkoliacowi o śmierci swojej córki.

***

Wyobraził sobie tamtą scenę: w pustym i zimnym domu trzynastoletnia dziewczynka siedząca na skraju wanny z dłonią zanurzoną w wodzie. Na jej wytatuowanej głowie i smutnej twarzy osiadła wilgotna para. Kerkoliac widział ją wyraźnie, gdy z żyletką w zaciśniętych ustach zanurzyła się w ciepłej, pachnącej wodzie. Przez długi czas leżała z głową opartą na brzegu wanny. Może nawet płakała, ale tego również Kerkoliac nie był pewny. W całunie pary widział zamazaną sylwetkę Etny Hearst. Jej twarz była zupełnie niewidoczna.

Dziewczynka podjęła najważniejszą decyzję w swoim życiu, a Kerkoliac usłyszał odległe skrobanie żyletki na porcelanie, w miejscu, które niedługo zobaczy: dwa ukośne zadrapania jak krwawe pręgi na nadgarstkach. Z daleka rozległ się przytłumiony głos Etny i wyrwał Kerkoliaca ze skłębionej pary.

- To wszystko, co po niej zostało.

Kobieta bezradnie wskazała ruchem dłoni wnętrze dziewczęcego pokoju i jednocześnie cofnęła się w bezpieczny cień, z dala od światła nocnej lampki. W eleganckiej sukience, z ciemnorudymi włosami i błyszczącymi oczami mogłaby być tą dziewczynką, tylko dużo starszą i wciąż żywą. Wciąż tak samo smutną.

- Cała pamięć zamknięta w przedmiotach - wyszeptała Etna. - Nic więcej. Nawet ubrania w szafie już straciły jej zapach. - Kobieta usiadła na skraju łóżka. Nerwowo owinęła na palcach różową wstążkę, którą wcześniej znalazła na podłodze. - Ale to wcale nie pomaga. Już prawie nie pamiętam jej twarzy. A przecież minęło dopiero sześć lat.

- To naturalne. Zapominacie, by nie popaść w szaleństwo.

- Wam to nie grozi.

Kerkoliac nieznacznie wzruszył ramionami.

- Pozornie. Istnieje możliwość przepełnienia zasobów pamięci, ale nie znam żadnego syntetyka, którego dotknął ten problem. Jest tysiąc możliwości skopiowania danych. W ostateczności można część usunąć.

- Zapomnieć?

- Skasować. Nie szukaj analogii tam, gdzie ich nie ma.

Zgodnie przyjęli ciszę, która nastała po ostatnich słowach Kerkoliaca.

- Twoja córka była bardzo piękna.

- Była...

Kerkoliac przeszedł po dywanie leżącym na podłodze w stronę okna. Uznał, że wpadające do pokoju światło stworzy odpowiednią oprawę do tego, co chciał powiedzieć. Spojrzał na kobietę przez całą długość pokoju.

- Czy śmierć twojej córki miała jakiś związek z syntetykami?

Dostrzegł w szybie odbicie jej wykrzywionej złością twarzy.

- Litości... - Pokręciła głową z niedowierzaniem. - Twój sposób bycia nie tłumaczy uwielbienia do podrzędnej literatury. Należymy do głównego nurtu, więc proszę: szanujmy się. - Przegarnęła dłonią włosy. - Moja córka była przewlekle chora. To ja podałam jej żyletkę, bo nie mogłam patrzeć, jak cierpi. Odeszła, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Niczego, co mogłoby w przyszłości kogoś zainteresować jej życiem. Za kilka lat nie będzie nikogo, kto pamiętałby jej głos albo sposób, w jaki się śmiała. Wraz ze mną umrze pamięć o niej. Znikną również pamiątki: zostaną sprzedane, wyrzucone lub po prostu rozpadną się w pył. Kto po mojej śmierci będzie jeszcze pamiętał o trzynastoletniej dziewczynce, która podcięła sobie żyły?

- Stąd twoje zainteresowanie syntetykami?

Kobieta milczała. Kerkoliac powtórzył pytanie.

- Być może - odpowiedziała Etna. Nie patrzyła na syntetycznego marszanda. - Powiedz, że jest ci przykro.

- Myślę, że nie powinienem. Nasza znajomość weszła już w etap, gdy nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Przedmioty nie mają uczuć.

Kobieta wstała i podeszła do niego na odległość wyciągniętej dłoni. Odchyliła do tyłu głowę, by spojrzeć mu w oczy.

- Czy nie możesz być przez chwilę sobą?

- Ale mnie nie ma. Lub raczej: zawsze tu będę.

Tej nocy Etna Hearst wygasiła światła w całym domu. Zasłoniła okna. Trzymając dłoń Kerkoliaca jak dziecko, poprowadziła go przez ciemność pustych wnętrz. Widział pokój jej córki i łóżko, przy którym stawiała pierwsze kroki w stronę Etny, i trzymał w dłoniach kocyk, pod którym zasypiała w zimne wieczory. Maleńkie ubranka pachnące świeżością i pierwsze okulary przeciwsłoneczne. Rysunki zawieszone na drzwiach lodówki, spadające majestatycznie na podłogę przy każdym dotknięciu magnesów. Przestronną łazienkę, gdzie na porcelanowej wannie widać ślady żyletki i nie słychać dziecięcego śmiechu. Jakieś zabawki upchnięte w plastykowych koszach. Charakter pisma zmieniający się przez lata od niewyraźnych liter aż po długie zdania, przepisywane z uporem każdego dnia. Ukochane bajki i figurki koników. Pierwszy i jednocześnie ostatni pamiętnik. Kosmyk włosów po chemioterapii. Zdjęcia z salonu tatuażu, gdzie cień tuszu zastąpił prawdziwe włosy. Ubrania przesiąknięte zapachem lekarstw. Wyschnięte plamy krwi na pościeli. Żyletkę.

Etna wciąż opowiadała, a każde słowo popierała gestem:

- Tak unosiła otwartą dłoń, gdy nie chciała rozmawiać, a tak udawała zdziwienie, marszcząc brwi i jednocześnie szeroko otwierając oczy, które były takie jak moje, fiołkowe. Miała mój uśmiech i dłonie. Spójrz: identyczny kształt paznokci i palców. Gdy była zła, potrafiła uderzyć pięścią w stół. O tak! A tak płakała...

Zapłakana kobieta wyciągnęła zabrudzoną żyletkę z dna kufra i jak relikwię podała syntetycznemu mężczyźnie.

- Możesz przysiąc, że zapamiętasz każde moje słowo?

Kerkoliac milczał.

- Przysięgniesz?

- Zapamiętam.

Etna była już pijana; upuściła szklankę z whisky, a potem rozgniotła szkło obcasami.

- Chcę tańczyć! - krzyknęła. Poruszała się do rytmu melodii, którą słyszała tylko ona. - Minął już czas żałoby. Bawmy się!

Podciągnęła wysoko sukienkę, odsłaniając uda. Tańczyła. Kerkoliac udał zawstydzenie, ale kobieta tego nie dostrzegła. Zupełnie naga, z butelką whisky w dłoni obracała się jak porcelanowa baletnica w kałuży zrzuconych ubrań. Smuga jasnego ciała na tle sepiowego wnętrza pokoju, pachnąca dymem i wilgocią. Przywołała do siebie Kerkoliaca, poprowadziła go za rękę do sypialni, gdzie długo rozmawiali, a potem ona zasnęła. Kerkoliac okrył ją kocem i czekał oparty plecami o zimną ścianę.

Przed świtem Etna cichutko wstała z łóżka i nago odeszła w ciemność spowijającą dom. Kerkoliac odczekał kilka minut, zanim wyruszył za nią. Odnalazł ją ukrytą w szafie w pokoju córki, gdzie płakała zaplątana w dziewczęce sukienki. Kiedy uniosła głowę, jej zmęczona twarz ze śladami rozmazanego tuszu przypominała upiorną maskę.

- Nawet już nią nie pachną.

A potem zamknęła drzwi szafy i Kerkoliac odszedł, pozostawiając ją z resztką wspomnień zaplątanych w dziecięce ubrania.

Idąc ulicą, wdychał chłodne powietrze przed świtem, myśląc o ułomności ludzkiej pamięci. Odtwarzał każde usłyszane słowo i każdy gest, mając świadomość, że w jego głowie już zawsze będą tak wyraźne, jak tej nocy. Nie zatrą się słowa i nie znikną gesty. Zawsze będą takie same. Bo syntetyczna pamięć jest wieczna.

Zatrzymał się gwałtownie na środku ulicy z uniesioną prawą dłonią, uznając, że teatralny gest stworzy idealną oprawę do tej sceny: oto on, syntetyczny marszand Kerkoliac, właśnie dotarł do prawdy. Pamięć mieszka nie tylko w głowie, ale również w przedmiotach; wystarczy je ocalić od zapomnienia, by przetrwała. Wiedzieli już o tym starożytni, dlatego ryli dłutami kamienne twarze swych wrogów. Palili księgi i burzyli grobowce. Bo ludzką pamięć również można zabić.

W tamtej chwili byłem niemal dumny z tego syntetycznego marszanda.

***

Stary hotel Oblitteria umierał w cieniu wieżowców z betonu, stali i szkła. W wybitych na wieczność oknach szalał wiatr, targając resztkami firan i jedwabnych zasłon. Niegdyś przepiękne drzwi, teraz zamknięte i odeskowane, broniły dostępu do mrocznej sceny, pełnej kurzu i cienia, gdzie plamy mętnego światła rozpływały się po wnętrzu, odsłaniając wyblakłe zdobienia na ścianach, zbutwiałą boazerię i zasłaną gruzem podłogę.

Kerkoliac dwukrotnie obszedł budynek, zanim odnalazł okno bez szyby i desek, po czym ostrożnie wszedł do środka. Znalazł się w części kuchennej, skąd wrócił do wysoko sklepionego holu. W środku śmierdziało przepaloną blachą i mokrym popiołem. Kerkoliac snuł się po wnętrzu z zadartą głową, obserwując wielobarwne sklepienie, z niesmakiem dotykał spękanej farby na ścianach, w końcu dotarł do szerokiego blatu dawnej recepcji. Długo przeglądał zakurzone księgi rozrzucone na podłodze, kartkował listę gości, aż wśród nazwisk ludzi, których ciała już dawno obróciły się w pył, znalazł jedno, powtarzające się od lat: Joachim Gerwin. Człowiek, który wiele lat życia spędził w hotelu Oblitteria.

Oblitterianin.

Pokój numer sześćdziesiąt trzy, z widokiem na miasto i rzekę.

Kerkoliac w zamyśleniu włożył do ust cygaretkę, przypalił ją ogniem zapałki skrytej w dłoni, a potem, unosząc głowę, zaciągnął się mocno dymem.

Samotne wilki bezbłędnie rozpoznają trop w ciemności.

Wyszedł na środek holu, skąd miał doskonały widok na szerokie schody prowadzące na piętro. Słupki zniszczonej balustrady jak dumni strażnicy pilnowały dawnego porządku. Po wejściu schodami na piętro Kerkoliac znalazł się w długim, wąskim korytarzu. Wszedł w liczący kilka wieków odór spleśniałych wnętrz, ścian obitych wyblakłym materiałem, zapadniętych podłóg i przegniłych mebli, poprzecinany smugami powietrza wpadającego przez wybite okna.

Podłoga usiana potłuczoną porcelaną. W wazonie na szafce uschnięte kwiaty, szeleszczą od wiatru. Szeleszczą nieprzyjemnie. Kurz osiadły na resztkach mebli, wyleniałych dywanach i ścianach, z których już dawno odstały tapety i leżą w kątach jak zerwane zasłony.

Gdy korytarz przeszedł w poczerniały tunel ze śladami dawnego pożaru, Kerkoliac zrozumiał, że zbliża się do celu wędrówki. Kurz ustąpił miejsca kłębom popiołu. Zwęglone drewno kruszyło się pod stopami.

Kerkoliac zatrzymał się przed wejściem do pokoju sześćdziesiąt trzy. Czarne smugi pożaru jak palce olbrzymiej dłoni rozchodziły się z tego miejsca. Wnętrze było zupełnie spalone. Trochę desek na zwęglonej podłodze, pożółkłe kawałki gazet, może książek. Nadpalony but. Stopione butelki jak abstrakcyjne rzeźby. Odór śmierci.

Kerkoliac zaczął metodycznie badać pomieszczenie. Zbierał nadpalone kartki, w myślach składał je w całość. Blisko okna znalazł stopione resztki archaicznej maszyny do pisania leżące w stercie spalonego drewna, która mogła kiedyś być biurkiem. Obok pajęczyna sprężyn łóżka. Nadpalona walizka, która po otwarciu okazała się pusta. Pod wiekiem odręczny podpis właściciela: Joachim Gerwin.

Stary wilk mógł spokojnie wrócić do wychłodzonego leża.

***