Drogi Przybyszu!
Drogi Przybyszu!
Witamy w układzie Epsilon Eridani.
Mamy nadzieję, że mimo tego, co się wydarzyło, Twój pobyt tutaj okaże
się przyjemny. W dokumencie tym przedstawiamy niektóre kluczowe
wydarzenia naszej najnowszej historii. W ten sposób pragniemy ułatwić Ci
wejście w kulturę, która istotnie różni się od tej, jakiej oczekiwałeś,
wsiadając na statek. Zwróć uwagę, że przed Tobą przybyli tu inni. Dzięki
ich doświadczeniu stworzyliśmy ten dokument tak, by pomóc Ci złagodzić
szok wywołany dostosowaniem kulturowym. Przekonaliśmy się, że
koloryzowanie lub umniejszanie prawdy o tym, co się stało - co nadal się
dzieje - jest wysoce szkodliwe, najlepiej zaś - a opieramy to na
statystycznym badaniu sytuacji podobnych do Twojej - przedstawić fakty
otwarcie i uczciwie.
Przewidujemy Twoją reakcję: najpierw niedowierzanie, potem wściekłość,
wreszcie zaprzeczenie.
Należy zdawać sobie sprawę z tego, że to reakcja normalna. Równie ważne
jest, byś sobie uświadomił - nawet w tym wczesnym stadium - że kiedyś
dostosujesz się i pogodzisz z prawdą. Do tego czasu mogą upłynąć dni,
może nawet tygodnie lub miesiące, ale - poza odosobnionymi przypadkami -
chwila ta zawsze nadchodzi. Gdy spojrzysz na to z perspektywy,
pożałujesz, że nie zmusiłeś się do skrócenia okresu dojścia do
akceptacji. Zrozumiesz, że dopiero po zakończeniu tego procesu stało się
możliwe osiągnięcie czegoś w rodzaju szczęścia.
Zacznijmy zatem proces dostosowania.
Z powodu fizycznego ograniczenia prędkości komunikacji w zakresie
skolonizowanej przestrzeni - które nie może przekroczyć prędkości
światła - wszelkie wiadomości z innych układów słonecznych są naturalnie
przestarzałe - często o co najmniej całe dziesięciolecia. Twój sposób
postrzegania głównej planety naszego układu, Yellowstone, jest zapewne
oparty na nieaktualnych informacjach.
Od ponad dwóch wieków - w zasadzie aż do ostatnich czasów - Yellowstone
przeżywała Belle Epoque - tak to określała większość współczesnych
obserwatorów. Był to niesłychany złoty okres w sferze rozwoju
społecznego i technicznego; nasz wzorzec ideologiczny, wszyscy
postrzegali to jako niemal doskonały system rządów.
Yellowstone zrodziła wiele owocnych przedsięwzięć - w tym założenie
kolejnych kolonii w innych układach słonecznych oraz ambitne wyprawy
naukowe do krańców znanego człowiekowi kosmosu. Na planecie i w Migotliwej Wstędze przeprowadzono wizjonerskie eksperymenty społeczne, w tym kontrowersyjne, choć pionierskie dzieło Calvina Sylveste'a i jego
uczniów. W cieplarnianej atmosferze innowacji bujnie rozkwitali wielcy
artyści, filozofowie i uczeni. Odważnie stosowano techniki wzmacniania
neuralnego. Inne kultury ludzkie podejrzliwie traktowały Hybrydowców,
ale my, Demarchiści, bez obaw przyjąwszy pozytywne aspekty metod
podnoszenia sprawności umysłu, ustanowiliśmy zasady współpracy z Hybrydowcami, które umożliwiły nam wykorzystanie ich technologii. Dzięki
ich napędom statków kosmicznych zasiedliliśmy znacznie więcej układów,
niż zrobiły to te cywilizacje, które wdrożyły gorsze modele społeczne.
To były rzeczywiście wspaniałe czasy. I prawdopodobnie taki stan rzeczy
spodziewaliście się tu zastać.
Niestety, rzeczywistość jest inna.
Przed siedmioma laty coś się stało z naszym układem. Nawet obecnie nie
znamy dokładnie jej pochodzenia i mechanizmu rozprzestrzeniania, ale
najprawdopodobniej zaraza przybyła na pokładzie jakiegoś statku,
przypuszczalnie w formie uśpionej i bez wiedzy załogi. Mogła nawet
przybyć wiele lat wcześniej. Jest raczej mało prawdopodobne, byśmy
kiedyś odkryli prawdę - zbyt wiele informacji uległo zniszczeniu. Zaraza
wymazała lub uszkodziła cyfrowe archiwa naszej planety. W wielu
wypadkach możemy korzystać jedynie z ludzkiej pamięci, a pamięć ludzka
bywa zawodna.
Parchowa Zaraza zaatakowała samą istotę naszego społeczeństwa.
Nie był to ani wirus wyłącznie biologiczny, ani wyłącznie software'owy,
lecz dziwna, zmienna chimera obu typów. Nigdy nie wyizolowano czystej
postaci szczepu, ale w owej formie musiał przypominać jakiś
nanomechanizm, analogiczny do molekularnych zestawów stosowanych przez
nas w technologii medmaszyn. Bez wątpienia miał obce pochodzenie. Nasze
interwencje przeciw zarazie potrafiły ją co najwyżej spowolnić, a najczęściej pogarszały stan rzeczy. Zaraza adaptuje się do naszych
środków, potrafi je diametralnie zmienić i zwrócić przeciwko nam, jakby
prowadzona jakąś ukrytą inteligencją. Nie wiemy, czy została skierowana
specjalnie przeciw ludzkości, czy tylko po prostu mieliśmy strasznego
pecha.
Na podstawie wcześniejszych doświadczeń można założyć, że
najprawdopodobniej dochodzisz teraz do wniosku, że ten dokument to
mistyfikacja. Z doświadczenia wiemy również, że zaprzeczanie przyśpieszy
proces dostosowania o mały, lecz statystycznie istotny czynnik.
Ten dokument to nie mistyfikacja.
Parchowa Zaraza rzeczywiście zaatakowała, a skutki są znacznie
poważniejsze, niż moglibyście sobie wyobrazić. Gdy się objawiła, nasze
społeczeństwo nasycały tryliony maleńkich maszyn. Były naszymi sługami,
którzy nie myśleli, nie narzekali, tylko dawali życie i kształtowali
materię. Mimo to prawie nie poświęcaliśmy im uwagi. Niezmordowane, roiły
się w naszym krwiobiegu; nieustannie trudziły się w naszych komórkach,
skupiały w mózgach, podłączając nas do demarchistowskiej sieci
natychmiastowego podejmowania decyzji. Poruszaliśmy się w wirtualnych
środowiskach, utkanych przez bezpośrednią manipulację naszym mechanizmem
zmysłowym, albo skanowaliśmy i ładowaliśmy nasze umysły do systemów
komputerowych pracujących z szybkością błyskawicy. Wykuwaliśmy i rzeźbiliśmy materię w skali gór; z materii komponowaliśmy symfonie;
sprawialiśmy, że tańczyła w rytm naszych kaprysów niczym ujarzmiony
ogień. Tylko Hybrydowcy bardziej zbliżyli się do Bóstwa... a niektórzy
twierdzą, że nie byliśmy za nimi zbyt daleko.
Z surowych skał i lodu maszyny stworzyły dla nas orbitujące
miasta-państwa, potem dostosowały bezwładną materię, by służyła życiu w stworzonych biomach. Maszyny myślące zarządzały miastami-państwami,
nadzorowały dziesięć tysięcy habitatów Migotliwej Wstęgi krążących wokół
Yellowstone. To dzięki maszynom amorficzna architektura Chasm City
zyskała bajeczne, fantastyczne piękno.
Tego wszystkiego już nie ma.
Było gorzej, niż myślisz. Gdyby zaraza zabiła tylko nasze maszyny,
wprawdzie umarłyby miliony, ale taką katastrofę dałoby się opanować,
potrafilibyśmy się z niej wydobyć. Zaraza jednak nie ograniczyła się
wyłącznie do destrukcji. Weszła w sferę sztuki - sztuki perwersyjnej i sadystycznej. Spowodowała, że nasze maszyny zaczęły ewoluować w sposób
niekontrolowany - niekontrolowany przez nas - i zaczęły tworzyć nowe
dziwaczne układy symbiotyczne. Budynki, zmienione w gotyckie koszmary,
zamknęły nas w pułapce i nie mogliśmy uciec przed ich śmiercionośną
transfiguracją. Maszyny w naszych komórkach, we krwi, w naszych głowach
zrywały pęta i rozmazywały się w nas, niszcząc żywą tkankę. Zmienialiśmy
się w oślizły larwi zlepek ciała i maszyn. Pogrzebani zmarli nadal się
rozrastali, łączyli i rozprzestrzeniali, zlewali z miejską architekturą.
Czasy grozy.
Jeszcze się nie skończyły.
Jednakże nasz pasożyt - jak każda efektywna zaraza - dba o to, by nie
dobić całkowicie populacji swego żywiciela. Umarły dziesiątki milionów,
ale też dziesiątki milionów ukryły się w swoistych sanktuariach -
hermetycznie zamkniętych enklawach w mieście lub na orbicie. Ich
medmaszyny otrzymały awaryjny rozkaz destrukcji i rozsypały się w proch,
który bez szkody został usunięty z ciała. Chirurdzy pracowali pełną
parą, by z głów wymontować implanty, nim zaraza je zaatakuje. Inni
ludzie, tak związani ze swymi maszynami, że nie mogli z nich
zrezygnować, szukali ratunku w zimnym śnie. Wybrali pochówek w zapieczętowanych wspólnych kriokryptach... albo całkowicie opuścili układ.
Tymczasem nowe dziesiątki milionów napłynęły do Chasm City z orbity,
uciekając przed zagładą Migotliwej Wstęgi. Niektóre z tych osób należały
do elity bogaczy w układzie, ale stały się równie biedne jak większość
uchodźców w historii. To, co zastały w Chasm City, na pewno ich nie
pocieszyło...
Wyjątki z dokumentu dla nowo przybyłych, rozpowszechnionego bezpłatnie
w kosmosie wokół Yellowstone, rok 2517.
Jeden
Jeden
Zapadał zmrok, gdy Dieterling i ja przybyliśmy do podstawy mostu.
- Musisz coś wiedzieć o Czerwonorękim Vasquezie - powiedział Dieterling.
- Nigdy go tak przy nim nie nazywaj.
- Dlaczego?
- Bo to go wkurza.
- No i co z tego? - Zatrzymałem kołowiec i zaparkowałem go wśród
zbieraniny pojazdów stojących rządkiem po jednej stronie ulicy. Puściłem
stabilizatory; przegrzany silnik pachniał jak gorąca lufa karabinu. -
Nie mamy zwyczaju przejmować się odczuciami hołoty.
- No tak, ale tym razem trzeba wykazać nadmiar ostrożności. Vasquez nie
jest wprawdzie najjaśniejszą gwiazdą w konstelacji kryminalistów, ale ma
przyjaciół, a za sobą serię nadzwyczaj sadystycznych czynów. Więc się
zachowuj.
- Wstrzelę się w tę rolę najlepiej, jak umiem.
- Tak... ale nie zostaw za dużo krwi na podłodze.
Wysiedliśmy z kołowca. Wyciągałem szyję, by objąć wzrokiem most.
Widziałem go po raz pierwszy - to była moja pierwsza wyprawa nie tylko
do Strefy Zdemilitaryzowanej, ale i do Nueva Valparaiso; most wydawał
się absurdalnie olbrzymi, nawet gdy patrzyło się na niego z odległości
piętnastu, dwudziestu kilometrów. Łabędź - rozdęty i czerwony, z gorącą
jaśniejszą plamką w centrum - chował się już za horyzont, ale nawet w tym świetle było widać nitki mostu i od czasu do czasu małe koraliki
wind zjeżdżających lub wznoszących się w kosmos. Zastanawiałem się, czy
nie przybyliśmy za późno. Może Reivich zdążył już wsiąść do windy?
Vasquez zapewnił nas jednak, że człowiek, na którego polujemy, nadal
jest w mieście, upraszcza sieć swoich aktywów na Skraju Nieba i przenosi
fundusze na rachunki długoterminowe.
Dieterling poszedł na tył kołowca - z zachodzącymi na siebie segmentami
opancerzenia jednokołowy samochód przypominał pancernika - i z trzaskiem
otworzył mały bagażnik.
- Cholera, brachu, omal nie zapomniałem płaszczy.
- Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że zapomnisz.
- Wkładaj i nie narzekaj! - Rzucił mi płaszcz.
Włożyłem płaszcz na warstwy odzieży, które miałem na sobie. Jego brzeg
omiatał powierzchnię ulicznych kałuż z błotnistą deszczówką; arystokraci
lubili się tak nosić, jakby prowokując, by przydeptywano im poły szat.
Dieterling też zarzucił płaszcz na ramiona i zaczął przebierać w opcjach
doboru wzorów umieszczonych na rękawie. Krzywił się z niesmakiem na
kolejne krawieckie propozycje.
- Nie. Nie... Na litość Boską, nie. Też nie. To też się nie nadaje.
Wyciągnąłem rękę i położyłem palec na jednej z jego naszywek.
- Masz. Wyglądasz zabójczo. Teraz się zamknij i podaj mi pistolet.
Przedtem wybrałem na swoim płaszczu barwę perłową - na takim tle
pistolet nie powinien się odcinać. Dieterling wyjął z kieszeni marynarki
małą broń i podał mi ją po prostu jak pudełko papierosów.
Pod gładką plastikową półprzezroczystą powierzchnią pistoletu widniał
labirynt części wewnętrznych.
Był to pistolet nakręcany, wykonany całkowicie z węgla - głównie
diamentu, ale zastosowano też fullereny do smarowania i magazynowania
energii. Nie miał żadnych części metalowych, żadnych materiałów
wybuchowych czy obwodów elektrycznych. Tylko skomplikowany układ dźwigni
i zapadek smarowanych kulkami fullerenu. Z pistoletu strzelało się
diamentowymi strzałkami stabilizowanymi obrotowo, napędzanymi dzięki
relaksacji fullerenowych spirali zwiniętych niemal do granicy zerwania.
Nakręcało się go kluczem, jak zabawkę. Broń nie posiadała urządzeń
celowniczych, systemów stabilizujących ani lokatorów celu.
I tak nie miało to znaczenia.
Wsunąłem pistolet do kieszeni płaszcza, pewien, że nikt z przechodniów
nie zauważył przekazania broni.
- Obiecałem, że wybiorę ci cacko - rzekł Dieterling.
- Ujdzie.
- Tylko tyle? Tanner, jestem rozczarowany. Ten przedmiot ma w sobie
niesamowite niecne piękno. Sądzę nawet, że otwiera wyraźne możliwości
łowieckie.
Cały Miguel Dieterling, cały on, pomyślałem. Na wszystko patrzy z punktu
widzenia myśliwego.
Usiłowałem się uśmiechnąć.
- Zwrócę ci to w jednym kawałku. A gdyby się nie udało, wiem, jaki
prezent dać ci na gwiazdkę.
Ruszyliśmy w stronę mostu. Żaden z nas nie był przedtem w Nueva
Valparaiso. No i co z tego? Jak większość sporych miast na tej planecie,
również i to miało w swym założeniu coś z gruntu znajomego; nawet nazwy
ulic brzmiały znajomo. Plany większości naszych osad oparto na
deltoidalnej strukturze ulic z trzema głównymi arteriami biegnącymi z wierzchołka centralnego trójkąta o boku jakichś stu metrów. Wokół tego
ośrodka tworzono zwykle coraz większe trójkąty, wreszcie struktura
geometryczna się psuła, tworząc plątaninę rozrzuconych przedmieść i nowo
zabudowywanych stref. Miasto decydowało, jak wykorzystać centralny
trójkąt, i zwykle zależało to od tego, ile razy miasto było okupowane i bombardowane podczas wojny. Tylko w nielicznych wypadkach pozostawał
jakiś ślad po deltokształtnym promie, wokół którego wyrosło osiedle.
Nueva Valparaiso też powstało w ten sposób. Ulicom nadano zwykłe nazwy:
Omdurman, Norquinco, Armesto i tak dalej, ale centralny trójkąt został
pogrzebany pod konstrukcją mostu, który okazał się na tyle istotny dla
obu wojujących stron, że przetrwał bez uszczerbku. Wyrastał błyszczący i czarny, trzema ścianami, każda o długości trzystu metrów. Przypominał
kadłub statku, ale jego dolne poziomy obrosły w hotele, restauracje,
kasyna i burdele. Nawet gdyby most tu nie sterczał, już sam wygląd ulicy
świadczył o tym, że znajdujemy się w starej dzielnicy blisko miejsca
lądowania. Niektóre budynki powstały ze spiętrzonych gondoli towarowych,
w których wykuto okna i drzwi, a potem w ciągu dwóch i pół wieku
przyozdobiono architektonicznymi detalami.
- Hej tam! - usłyszałem czyjś głos. - Tanner Pieprzony Mirabel.
W zacienionym portyku stał oparty o mur mężczyzna. Sprawiał wrażenie, że
nie ma nic do roboty poza oglądaniem pełzających owadów. Dotychczas
miałem z nim do czynienia tylko za pośrednictwem wideo albo telefonu, i zawsze krótko z nim rozmawiałem. Spodziewałem się zobaczyć kogoś
znacznie wyższego i o mniej szczurowatym wyglądzie. Czerwonawe zęby
spiłował na ostro, pociągłą twarz porastała nierówna szczecina, długie
czarne włosy sczesał z bardzo niskiego czoła do tyłu. Jego płaszcz,
ciężki jak mój, wyglądał tak, jakby za chwilę miał mu się zsunąć z ramion. W lewej ręce trzymał papierosa - wkładał go co chwila do ust - a prawa dłoń zniknęła w kieszeni płaszcza i jakoś nie chciała się
wynurzyć.
Nie okazałem zdziwienia, że nas śledził.
- Vasquez - powiedziałem. - Zakładam, że wziąłeś naszego człowieka pod
nadzór?
- Teee, Mirabel, bez obaw, facet się nie wysiusia bez mojej wiedzy.
- Ciągle porządkuje swoje sprawy?
- No wiesz, jakie są te bogate dzieciaki. Muszą dbać o interesy. Jeśli o mnie chodzi, wjechałbym po moście jak gówno na kółkach. - Wskazał
papierosem Dieterlinga. - To facet od wężów?
- Jeśli tak to określisz... - Dieterling wzruszył ramionami.
- Nielicha robota polować na węże. - Ręką z papierosem wykonał gest,
jakby celował i strzelał z pistoletu, zapewne w wyimaginowaną
hamadriadę. - Moglibyście mnie wcisnąć do swojej następnej wyprawy?
- Nie wiem - odparł Dieterling. - Raczej nie używamy żywej przynęty. Ale
porozmawiam z szefem i zobaczę, co się da zrobić.
Czerwonoręki Vasquez błysnął zaostrzonymi zębami.
- Zgrywus jesteś. Podobasz mi się, Wężu. Ale z drugiej strony pracujesz
dla Cahuelli i musisz mi się podobać. A tak przy okazji, jak mu się
wiedzie? Słyszałem, że Cahuella oberwał tak samo paskudnie jak ty,
Mirabel. Więcej, doszły mnie plotki, że się nie wylizał.
Nie zamierzaliśmy teraz informować o śmierci Cahuelli, dopóki nie
przemyślimy wszystkich konsekwencji, ale najwyraźniej złe wiadomości
dotarły do Nueva Valparaiso przed nami.
- Zrobiłem dla niego, co mogłem - powiedziałem.
Vasquez kiwał powoli głową, jakby właśnie potwierdziły się jego
najświętsze przekonania.
- Tak słyszałem. - Położył mi na ramieniu lewą dłoń, trzymając papierosa
jak najdalej od perłowej tkaniny płaszcza. - Mówiono, że z urwaną nogą
jechałeś przez pół planety, żeby przywieźć do domu Cahuellę i jego
dziwkę. Człowieku, to kawał gównianego bohaterstwa, nawet jak na
białookiego. Opowiesz mi wszystko przy pisco, a Wąż zapisze mnie na
swoją następną wyprawę. Zgoda, Wężu?
Szliśmy w stronę mostu.
- Teraz nie czas na takie rzeczy - powiedziałem. - To znaczy na drinki.
- Mówiłem już: nie przejmuj się. - Vasquez kroczył przed nami, jedną
rękę ciągle trzymając w kieszeni. - Nie rozumiem was. Wystarczy jedno
słowo, a sprawa Reivicha znika, zostaje po nim plama na podłodze. Moja
propozycja nadal jest aktualna, Mirabel.
- Muszę go wykończyć osobiście.
- Taa, słyszałem - odparł Vasquez. - Coś w rodzaju wendety. Coś tam
miałeś z dziwką Cahuelli, nie?
- Subtelność nie należy do twoich mocnych stron, Czerwony.
Zobaczyłem, że Dieterling się krzywi. W milczeniu zrobiliśmy jeszcze
parę kroków, po czym Vasquez odwrócił się i spojrzał na mnie.
- Co powiedziałeś?
- Słyszałem, że za plecami nazywają cię Vasquez Czerwonoręki.
- Jeśli nawet, to nie twój zasrany interes.
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem. A z drugiej strony, jaki interes masz w tym, co tam było
między mną a Gittą?
- Dobrze już, Mirabel. - Zaciągnął się papierosem dłużej niż zwykle. -
Chyba się rozumiemy. Nie lubię, jak ludzie mnie o niektóre sprawy
wypytują, a ty nie lubisz, jak ludzie ciebie o niektóre rzeczy wypytują.
Ja tam nie wiem, człowieku, może rżnąłeś Gittę. - Patrzył, jak się
najeżam. - Ale, jak powiedziałeś, nie mój interes. Więcej nie zapytam.
Nawet o tym nie pomyślę. A ty wyświadcz mi przysługę, dobrze? Nie
nazywaj mnie Czerwonorękim. Wiem, że Reivich zrobił ci coś paskudnego w tej dżungli. Gadali, że było to bardzo nieprzyjemne i omal nie umarłeś.
Ale zrozum jedno: mamy tu przewagę liczebną. Moi ludzie cały czas was
obserwują. Więc lepiej, żebyś mnie nie obrażał. A jeśli mnie wkurzysz,
to tak ci dam popalić, że to, co ci zrobił Reivich, uznasz za
koci-łapci.
- Moim zdaniem powinniśmy wierzyć temu dżentelmenowi - odezwał się
Dieterling. - Zgadzasz się, Tanner?
- Powiedzmy, że obaj dotknęliśmy swoich czułych punktów - odparłem po
dłuższym milczeniu.
- Taa - potwierdził Vasquez. - To mi się podoba. Ja i Mirabel jesteśmy
gwałtownikami i musimy mieć nieco wzajemnego szacunku dla swoich
wrażliwości. Zgoda. Pójdźmy na pisco i czekajmy, aż Reivich zrobi ruch.
- Nie chcę się zbytnio oddalać od mostu.
- Da się zrobić.
Vasquez przecierał nam drogę, rozpychając się niefrasobliwie w tłumie
wieczornych spacerowiczów. Z najniższego poziomu spiętrzonych gondoli
dobiegało zawodzenie akordeonu, powolne i uroczyste jak pieśń żałobna.
Spacerujący parami po ulicach młodzi wyglądali raczej na miejscowych niż
arystokratów. Ubrani tak, jak im na to pozwalały środki, autentycznie
swobodni, przystojni ludzie o roześmianych twarzach szukali miejsca,
gdzie mogliby coś zjeść, w coś pograć lub posłuchać muzyki. Wojna
prawdopodobnie wywarła jakiś wpływ na ich życie: może stracili
przyjaciół lub kogoś bliskiego, ale Nueva Valparaiso znajdowało się na
tyle daleko od frontów, że wojna nie zajmowała w myślach młodzieży
ważnego miejsca. Trudno im było nie zazdrościć. Jakże bym chciał wejść z Dieterlingiem do baru i upić się na umór, zapomnieć o mechanicznym
pistolecie, o Reivichu, zapomnieć, po co przyszedłem pod ten most.
Oczywiście spacerowali tu również inni. Żołnierze na przepustce po
cywilnemu, choć rozpoznawalni po drastycznie ostrzyżonych włosach,
galwanicznie stymulowanych muskułach ze zmiennobarwnymi kameleoflażowymi
tatuażami na ramionach, po dziwnie asymetrycznej opaleniźnie na
twarzach: jedno oko znajdowało się w obwódce bladego ciała, w miejscu
gdzie zwykle opuszczali przymocowany do hełmu monokl celowniczy.
Żołnierze ze wszystkich stron konfliktu dość swobodnie się ze sobą
mieszali, unikali zatargów ze spacerującą milicją strefy
zdemilitaryzowanej. Tylko milicjanci mogli nosić broń w tej strefie;
otwarcie trzymali pistolety w sztywnych białych rękawicach. Nie
zamierzali niepokoić Vasqueza, a nas - mnie i Dieterlinga - też by nie
zaczepili, nawet gdybyśmy z nim nie szli. Może i wyglądaliśmy na goryli
wepchniętych w garnitury, ale trudno by było nas wziąć za czynnych
żołnierzy. Przede wszystkim obaj wyglądaliśmy za staro, dobiegaliśmy
wieku średniego. Na Skraju Nieba znaczyło to mniej więcej to samo co w całej człowieczej historii: cztery do sześciu krzyżyków.
Niewiele jak na połowę ludzkiego życia.
Dieterling i ja trzymaliśmy formę, ale nie wyglądaliśmy na żołnierzy w służbie czynnej. Przede wszystkim żołnierska muskulatura nigdy nie
wyglądała dokładnie tak jak ludzka, ale od czasów, gdy byłem białookim,
przybrało to formy ekstremalne. Dawniej mogłeś jakoś uzasadniać, że do
noszenia broni są ci potrzebne szprycowane mięśnie. Od tamtego czasu
rynsztunek znacznie ulepszono, ale żołnierze, tutaj na ulicy, mieli
ciała jakby stworzone przez absurdalnie przesadnego rysownika komiksów.
Na polu walki wrażenie wzmacniał jeszcze kontrast z małogabarytową,
modną teraz bronią, którą mogłoby utrzymać małe dziecko.
- Tutaj - powiedział Vasquez.
Jego mieszkanie było jednym z konstruktów pasożytniczo narosłych wokół
podstawy mostu. Poprowadził nas w krótką ciemną uliczkę, potem przez
nieoznaczone drzwi otoczone hologramami węży. Pomieszczenie okazało się
kuchnią, wielką jak kuchnia fabryczna, wypełnioną kłębami pary. Mrużyłem
oczy i ścierałem pot z twarzy, schylając się pod groźnymi kuchennymi
przyrządami. Zastanawiałem się, czy Vasquez użył ich już kiedyś w swej
działalności pozakuchennej.
- Dlaczego on jest taki przewrażliwiony na punkcie Czerwonorękiego? -
spytałem szeptem Dieterlinga.
- To długa historia - odparł. - I nie chodzi tylko o rękę.
Od czasu do czasu z pary wyłaniał się nagi do pasa kucharz, którego po
coś posłano; twarz miał częściowo schowaną za plastikową maską do
oddychania. Vasquez rozmawiał z dwoma kucharzami, a tymczasem Dieterling
zanurzył palce w garnku z wrzątkiem i coś wyłowił, a potem spróbował.
- To Tanner Mirabel, mój znajomy - powiedział Vasquez do starszego
kucharza. - Facet był białookim, więc z nim nie zadzieraj. Zatrzymamy
się tu na trochę. Przynieś nam coś do picia. Pisco. Mirabel, jesteś
głodny?
- Niezbyt. Miguel już się chyba częstuje.
- Dobrze. Ale według mnie, Wężu, szczur dziś czymś zalatuje.
Dieterling wzruszył ramionami.
- Jadałem gorsze rzeczy, możesz mi wierzyć. - Włożył do ust kawałek. -
Mniam, niezły szczurek. Norweski, tak?
Vasquez zaprowadził nas do pustej sali kasyna za kuchnią. Początkowo
wydawało mi się, że tylko my tu jesteśmy. W dyskretnie oświetlonym
pomieszczeniu, przepysznie obitym zielonym pluszem, na postumentach
umieszczonych w strategicznych miejscach stały pykające nargile. Ściany
były pokryte obrazami w tonacji brązu, ale gdy przyjrzałem im się
bliżej, zobaczyłem, że to nie malowidła, lecz mozaiki stworzone z kawałków różnych gatunków drewna, starannie przyciętych i posklejanych.
Niektóre kawałki, lekko migotliwe, pochodziły zapewne z kory drzewa
hamadriadowego. Wszystkie obrazy miały jeden wspólny temat:
przedstawiały sceny z życia Skya Haussmanna. Flotylla pięciu statków
pokonuje przestrzeń między układem Ziemi a naszym; Tytus Haussmann z pochodnią w dłoni znajduje swego syna samotnego i w ciemności po wielkim
zaciemnieniu; Sky odwiedza swego ojca w ambulatorium na statku, przed
śmiercią Tytusa z ran odniesionych podczas obrony Santiago przed
sabotażystą. Widziałem również kunsztowne przedstawienie zbrodni i chwały Skya Haussmanna, tego, co zrobił, by Santiago tu dotarł przed
innymi statkami Flotylli - moduły spalne odpadają od statku jak nasionka
dmuchawca. A ostatni obraz przedstawiał karę, jaką ludzie wymierzyli
Skyowi: ukrzyżowanie.
Mgliście sobie przypomniałem, że wydarzyło się to gdzieś w pobliżu.
Jednakże sala pełniła nie tylko rolę kaplicy Haussmanna. We wnękach na
obrzeżach znajdowały się tradycyjne maszyny do gry, stało tu też kilka
stołów, przy których później z pewnością zasiądą hazardziści, choć teraz
nikt tu nie grał. Z mroku dobiegało tylko szuranie szczurów.
Centrum pokoju miało kształt idealnie czarnej kopuły, o średnicy
przynajmniej pięciu metrów; na jej obwodzie umieszczono miękkie krzesła
na skomplikowanych teleskopowych wspornikach, wznoszące się trzy metry
nad podłogą. W jeden podłokietnik każdego fotela wbudowano kontrolki do
gry, w drugi wmontowano zestaw urządzeń podłączonych do naczyń
krwionośnych. Połowa krzeseł była zajęta, ale siedzące osoby tkwiły w nich w zupełnym bezruchu, jak martwe. Gdy wszedłem do pokoju, nawet ich
nie zauważyłem. Mieli w sobie tę trudną do zdefiniowania
arystokratyczność, roztaczali aurę bogactwa i nietykalności.
- Co się stało? - spytałem. - Zapomniałeś ich wyrzucić rano, gdy
zamykałeś lokal?
- Skądże. Niemal tu wrośli - odparł Vasquez. - Grają przez parę
miesięcy, obstawiają długofalowy wynik kampanii lądowej. Teraz z powodu
deszczów panuje cisza. Jakby wojny w ogóle nie było. Ale żebyś widział,
co się tu dzieje, kiedy robi się gorąco.
Coś mi się w tej sali nie podobało. Nie chodziło nawet o galerię dziejów
Skya Haussmanna, choć ona z pewnością grała istotną rolę.
- Powinniśmy się chyba stąd wynosić - powiedziałem.
- A wasze drinki?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy wszedł szef kuchni, głośno dysząc przez
plastikową maskę. Pchał mały wózek z napojami. Wzruszyłem ramionami i poczęstowałem się kwaśnym pisco.
- Sky Haussmann jest tu strasznie ważny. - Wskazałem na dekoracje.
- Człowieku, nawet sobie nie zdajesz sprawy jak.
Vasquez pstryknął i idealnie dotąd czarna kopuła ożywiła się i wypełniła
bardzo szczegółowym obrazem połówki Skraju Nieba; od podłogi wznosił się
skraj czerni, jak błona mrużna jaszczurki. Nueva Valparaiso - mrugające
iskierki na widocznym przez dziury w chmurach zachodnim wybrzeżu
Półwyspu.
- Tak?
- Rozumiesz, ludzie są tu dość religijni. Łatwo można urazić ich
uczucia, jeśli jest się nieostrożnym. Człowieku, musisz to uszanować.
- Słyszałem, że wokół Haussmanna powstał ruch religijny. Tyle wiem. -
Znów wskazałem głową dekoracje. Po raz pierwszy zauważyłem przymocowany
do ściany element przypominający czaszkę delfina, dziwnie skrzywiony i pofałdowany. - Co się stało? Kupiłeś ten przybytek od jakiegoś
Haussmannowskiego świra?
- Nie, to nie to.
Dieterling chrząknął, ale mówiłem dalej:
- Więc co? Masz w tym udziały?
Vasquez zgasił papierosa i zaczął się szczypać w grzbiet nosa, marszcząc
przy tym niskie czoło.
- Co jest, Mirabel? Chcesz mnie zdenerwować czy po prostu jesteś ciemnym
palantem?
- Skądże, usiłowałem tylko nawiązać uprzejmą rozmowę.
- Akurat. A wcześniej nazwałeś mnie Czerwonym. Wymsknęło ci się, co?
- Sądziłem, że już to załatwiliśmy. - Upiłem łyk pisco. - Nie
zamierzałem cię irytować, Vasquez, ale dziwię się, że jesteś taki
przewrażliwiony.
Wykonał ręką ledwo zauważalny gest, jakby pstryknięcie palcami.
Moje oczy nie zdołały zarejestrować tego, co stało się potem - jakiś
podprogowy ruch metalu i delikatny wietrzyk sunący wokół sali. Po fakcie
doszedłem do wniosku, że w ścianach, podłodze i suficie musiało się
otworzyć kilkanaście przesłon, z których wysunęły się maszyny.
Były to automatycznie uruchomione drony-wartownicy - dryfujące w powietrzu czarne kule, które rozwierały się na równiku, a każda
demonstrowała po trzy, cztery lufy pistoletów, skierowane na mnie i na
Dieterlinga. Wojownicze drony krążyły powoli wokół nas, brzęcząc jak
pszczoły.
Przez długą chwilę obaj wstrzymywaliśmy oddech, aż wreszcie Dieterling
przemówił:
- Chyba padniemy trupem, jak się naprawdę wkurzysz, co, Vasquez?
- Nie mylisz się, Wężu, niewiele brakuje. - Podniósł głos. - Włączyć
tryb zabezpieczeń. - Jak przedtem, pstryknął palcami. - Widzisz,
chłopie, może ci się wydawać, że to ten sam gest co poprzednio. Ale sala
odbiera to inaczej. Gdybym nie wyłączył systemu, zinterpretowałaby go
jako rozkaz zabicia wszystkich z wyjątkiem mnie i tych bogatych dupków w fotelach.
- Cieszę się, że to wcześniej trenowałeś.
- Tak, Mirabel, śmiej się, śmiej. - Znów wykonał ten sam gest. -
Wyglądał tak samo, co? Ale to też była zupełnie inna komenda. Drony
zrozumiałyby to jako rozkaz odstrzelenia ci rąk kolejno, po jednej.
Pokój jest tak zaprogramowany, że rozumie kilkanaście gestów i,
zapewniam cię, po niektórych jestem przerażony rachunkiem za sprzątanie.
- Wzruszył ramionami. - Wyraziłem się jasno?
- Owszem.
- Dobrze. Wyłączyć tryb zabezpieczeń. Wartownicy, wycofać się.
Jak poprzednio: plama ruchu, wietrzyk. Jakby maszyny w okamgnieniu
przestały istnieć.
- Zrobiło to na tobie wrażenie? - spytał Vasquez.
- Niespecjalne - odparłem. Czułem na czole szczypanie potu. - Przy
odpowiednim ustawieniu zabezpieczeń już przed tą salą przesiejesz
wszystkich. Choć przypuszczam, że to przełamuje lody na przyjęciach.
- Właśnie. - Vasquez spojrzał na mnie z rozbawieniem, wyraźnie
zadowolony, że osiągnął zamierzony efekt.
- A poza tym to również prowokuje pytanie, dlaczego jesteś taki
przewrażliwiony.
- Na moim miejscu byłbyś znacznie bardziej przewrażliwiony. - W tym
momencie zrobił coś zaskakującego: powoli wyjął dłoń z kieszeni i mogłem
zobaczyć, że nie trzyma broni. - Popatrz, Mirabel.
Nie wiem właściwie, czego oczekiwałem, ale zaciśnięta pięść wyglądała
zupełnie normalnie, nie była ani trochę zdeformowana. Nic szczególnie
krwawego.
- Ręka jak ręka, Vasquez.
Jeszcze mocniej zacisnął dłoń i wtedy nastąpiło coś dziwnego: z pięści
zaczęła się sączyć krew, najpierw powoli, potem ciekła coraz silniejszym
strumieniem. Patrzyłem, jak czerwień kapie na zieloną podłogę.
- Stąd moje przezwisko. Bo krwawię z prawej ręki. Zajebiście oryginalne,
co? - Rozwarł pięść, odsłaniając krwawe źródło pośrodku dłoni. - Taka
sprawa. To stygmat, jak ślad Chrystusa. - Zdrową rękę włożył do
kieszeni, wyciągnął chusteczkę, zwinął ją w kłąb i przycisnął do rany,
by zatamować krwotok. - Czasami mogę to zrobić niemal samą siłą woli.
- Dopadli cię wyznawcy kultu Haussmanna, co? - powiedział Dieterling. -
Oni ukrzyżowali też Skya. Wbili mu gwóźdź w prawą dłoń.
- Nie rozumiem - odparłem.
- Mam mu powiedzieć?
- Bardzo proszę, Wężu. Facet potrzebuje edukacji.
Dieterling zwrócił się do mnie:
- W ciągu ostatniego stulecia wyznawcy Haussmanna podzielili się na
kilka sekt. Niektórzy wyznawcy przejęli idee od zakonów pokutnych,
usiłując narzucić sobie cierpienia, jakie przeszedł Sky. Zamykają się w ciemnicach, a izolacja omal nie doprowadza ich do obłędu albo wywołuje
wizje. Niektórzy odcinają sobie lewe ręce, inni dobrowolnie zawisają na
krzyżu. Te praktyki czasami prowadzą do śmierci. - Zamilkł i spojrzał na
Vasqueza, jakby prosząc o pozwolenie na kontynuowanie opowieści. -
Istnieje jednak sekta, która robi jeszcze bardziej skrajne rzeczy. I na
tym nie poprzestaje. Rozpowszechnia swe przesłanie, ale nie słowem, lecz
za pomocą wirusa indoktrynacyjnego.
- I co dalej?
- Ktoś musiał go dla nich wykreować, najprawdopodobniej Ultrasi, a może
któryś z nich wybrał się nawet w tym celu do Żonglerów, a oni
manipulowali jego neurochemią. Nieważne. Najistotniejsze, że wirus jest
zakaźny, przenosi się w powietrzu i zaraża prawie każdego.
- Zmienia go w wyznawcę kultu?
- Nie - odezwał się Vasquez. Wziął sobie nowego papierosa. - Dopierdala
ci, ale nie zmienia cię w sekciarza, rozumiesz? Masz wizje, sny, czasami
czujesz potrzebę czegoś... - Skinął głową w stronę delfina wystającego ze
ściany. - Widzisz tę rybią czaszkę? Kosztowała mnie rękę i nogę.
Należała kiedyś do Obłego, jednego z tych ze statku. Gdy mam tutaj takie
gówienko, czuję pociechę, przestaję się trząść. Ale, niestety, ustaje
tylko to.
- A ręka?
- Niektóre wirusy wywołują fizyczne zmiany - wyjaśnił Vasquez. - W pewnym sensie miałem nawet szczęście. Jest wirus powodujący ślepotę.
Inny sprawia, że boisz się ciemności. Od jeszcze innego ręka ci usycha i odpada. Eee, co tam parę kropli krwi od czasu do czasu. Początkowo, gdy
niewielu ludzi wiedziało o wirusach, było to nawet fajne. Mogłem ich
straszyć. Wkraczałem do sali w trakcie rozmów i nagle oblewałem faceta
krwią. Ale ludzie szybko się dowiedzieli, co to takiego. Że sekciarze
mnie zainfekowali.
- Zastanawiali się, czy jesteś taki cięty, jak gadają - powiedział
Dieterling.
- Noo. - Vasquez spojrzał na niego podejrzliwie. - Budowa takiej
reputacji jak moja zajmuje sporo czasu.
- Nie wątpię - przyznał Dieterling.
- Noo. I, chłopie, taki drobiazg może naprawdę ją popsuć.
- Czy potrafią wypłukać wirusa? - spytałem. Nie chciałem, by Dieterling
przeciągnął strunę.
- Noo. Na orbicie mają takie gówienko, co potrafi to zrobić. Ale wiesz,
Mirabel, aktualnie nie mam orbity na liście bezpiecznych dla mnie
miejsc.
- Więc z tym żyjesz. Czy to jest nadal zaraźliwe?
- Nie, jest bezpieczne. Wszyscy są bezpieczni. Ja już prawie w ogóle nie
zarażam. - Paląc, nieco się uspokajał. Krwawienie ustało, mógł z powrotem włożyć dłoń do kieszeni. Pociągnął łyk pisco. - Czasami żałuję,
że to już nie zaraża albo że nie zachowałem swojej krwi z czasów, gdy
zostałem zarażony. Miałbym miły prezencik na odchodne: zastrzyk komuś w żyłę.
- Tylko że wtedy robiłbyś to, co sekciarze chcieli: rozpowszechniałbyś
ich wiarę - powiedział Dieterling.
- Noo, a powinienem rozpowszechniać wiarę, że jeśli kiedyś dorwę tego
skurwysyna, który mi to zrobił, to... - Urwał nagle. Milczał z nieruchomym
wzrokiem, jak człowiek dotknięty paraliżem. - Nie - rzekł po chwili. -
To niemożliwe. Nie wierzę.
- Co takiego? - spytałem.
Vasquez subwokalizował teraz; nie słyszałem go, ale widziałem, jak
porusza mięśniami karku. Musiał mieć zaimplantowany sprzęt do łączności
z którymś ze swoich ludzi.
- To Reivich - powiedział w końcu.
- A o co chodzi?
- Sukinsyn mnie przechytrzył.
Dwa
Dwa
Z firmy Czerwonorękiego, przez czarną ścianę konstrukcji do wnętrza
terminalu mostowego prowadził ciemny zatęchły labirynt. Vasquez szedł
przodem z latarką, kopiąc po drodze przebiegające szczury.
- Przynęta - stwierdził refleksyjnie. - Nigdy nie sądziłem, że zastawi
przynętę. Oczywiście śledziłem sukinsyna od wielu dni. - Powiedział to
tak, jakby chodziło przynajmniej o całe miesiące, wymagało nadludzkiego
daru przewidywania i długich przygotowań.
- Niektórzy to dopiero potrafią zadać sobie trud! - powiedziałem.
- No, spokój, Mirabel. To ty nie zgodziłeś się, żeby załatwić faceta,
gdy go namierzyliśmy. Wtedy byłoby to łatwe. - Przepychał się przez
drzwi do następnego korytarza.
- Ale to i tak mógł nie być Reivich.
- Sprawdzilibyśmy ciało i jeśli to nie byłby Reivich, trzeba byłoby
zacząć się rozglądać za prawdziwym.
- On ma rację. Przyznaję to, choć z bólem - stwierdził Dieterling.
- Jestem ci winien kolejkę, Wężu.
- Niech ci to tylko nie zawróci w głowie.
Vasquez odkopnął w mrok kolejnego szczura.
- Więc co się takiego stało, że tak strasznie chcesz wejść w to gówno i się zemścić?
- Chyba już jesteś dość dobrze poinformowany? - powiedziałem.
- Ludzie gadają i tyle. Zwłaszcza gdy taki Cahuella kopnie w kalendarz.
Mówią o próżni we władzy... W każdym razie jestem zdziwiony, że wam dwóm
udało się ujść żywcem. Słyszałem, że tamta zasadzka skończyła się
strasznym gównem.
- Nie odniosłem poważnych ran - odparł Dieterling. - Tannerowi dostało
się znacznie bardziej. Stracił stopę.
- Nie było tak źle - rzekłem. - Broń promieniowa przypiekła ranę i zatamowała krwotok.
- No tak, zwykła powierzchowna rana - powiedział Vasquez. - Nie mogę się
nacieszyć waszym towarzystwem, chłopcy.
- Możemy zmienić temat?
Po pierwsze, nie miałem ochoty omawiać wypadku z Czerwonorękim
Vasquezem, a po drugie, nie pamiętałem jasno szczegółów. Może pamiętałem
wcześniej, nim poddano mnie śpiączce rekonwalescencyjnej, podczas której
odrosła mi stopa, ale teraz miałem wrażenie, że wypadek wydarzył się w bardzo odległej przeszłości, a nie przed paroma tygodniami.
Szczerze wtedy wierzyłem, że Cahuella się wyliże. Początkowo wydawało
się, że ma z nas najwięcej szczęścia - puls laserowy przeszył go na
wylot, nie uszkodził żadnych ważnych organów, jakby jego trajektoria
została wcześniej wyznaczona przez doświadczonego chirurga klatki
piersiowej. Nastąpiły jednak powikłania i Cahuella, nie mając szans
dotarcia na orbitę - zostałby aresztowany i stracony zaraz po
opuszczeniu atmosfery - był zmuszony do zadowolenia się czarnorynkową
medycyną, najlepszą, na jaką mógł sobie pozwolić. Wystarczyłaby do
naprawienia mojej nogi - tego rodzaju rany powszechnie spotykało się na
wojnie - natomiast skomplikowane obrażenia organów wewnętrznych wymagały
bardziej zaawansowanych środków, niedostępnych na czarnym rynku.
Zatem umarł.
I teraz ja gonię zabójcę Cahuelli i jego żony, z zamiarem powalenia go
pojedynczą diamentową strzałką z nakręcanego pistoletu.
Nim zostałem specem od bezpieczeństwa, zatrudnionym przez Cahuellę, w czasach, gdy nadal byłem żołnierzem, uważano mnie za bardzo wytrawnego
snajpera, który potrafi wpakować komuś nabój w głowę, precyzyjnie
wybierając obszar mózgu. To lekka przesada. Ale zawsze byłem dobry i rzeczywiście lubiłem robotę czystą, szybką, chirurgiczną.
Miałem szczerą nadzieję, że Reivich mnie nie zawiedzie.
***
Nie spodziewałem się, że tajne przejście sięga do samego centrum
terminalu kotwiczącego i kończy się w zacienionej części głównej hali.
Spojrzałem do tyłu na bariery zabezpieczające, których uniknęliśmy:
widziałem, jak strażnicy skanują ludzi w poszukiwaniu ukrytej broni,
sprawdzają ich tożsamość, żeby jakiś przestępca wojenny nie wydostał się
z planety. Nakręcanego pistoletu w kieszeni skanery by nie wykryły,
dlatego właśnie taką broń wybrałem. Poczułem lekką irytację, że moje
staranne przygotowania okazały się częściowo niepotrzebne.
- Panowie, dalej nie idę - oznajmił Vasquez, zatrzymując się na progu.
- Myślałem, że to twoje podwórko - powiedział Dieterling, rozglądając
się. - Co się stało? Boisz się, że nigdy już nie zechcesz wyjechać
ponownie?
- Coś w tym sensie, Wężu - odparł Vasquez i poklepał nas po plecach. -
Dobrze, chłopcy, idźcie i zabijcie tę pośmiertną plamę gówna. Tylko
nikomu nie mówcie, że was tu przyprowadziłem.
- Nie martw się - rzekł Dieterling. - Twoja rola nie zostanie nadmiernie
uwypuklona.
- Super. I pamiętaj, Wężu... - Wykonał gest naśladujący strzelanie z pistoletu. - To polowanie, o którym mówiliśmy...
- Możesz uznać, że jesteś na wstępnej liście.
Wrócił do tunelu, a ja z Dieterlingiem zostaliśmy w terminalu. Przez
kilka chwil obaj milczeliśmy, przytłoczeni dziwną atmosferą tego
miejsca.
Byliśmy w hali na poziomie gruntu; pierścieniem otaczała komorę odjazdów
i przyjazdów u podstawy nici. Sufit znajdował się wiele poziomów wyżej.
W przestrzeni nad naszymi głowami krzyżowały się kładki i rury
tranzytowe, a w zewnętrznej ścianie tkwiły pomieszczenia luksusowych
niegdyś sklepów i restauracji, teraz przerobionych przeważnie na
kapliczki lub kioski z materiałami religijnymi. Ludzi było mało, prawie
nikt nie przybywał z orbity i zaledwie garstka zmierzała do wind. W hali
panowała szarówka - projektant nie przewidział, że będzie tu aż tak
ciemno - i sufit nikł gdzieś w mroku, a całość przypominała wnętrze
katedry, w której odbywała się jakaś niewidoczna, choć wyczuwalna święta
ceremonia; atmosfera nie skłaniała do pośpiechu ani do głośnego
zachowania. Tło stanowił ledwie słyszalny stały szum, jakby spowodowany
przez pracujące w dole generatory. Lub, pomyślałem, jakby chór mnichów
intonował jednostajną pogrzebową pieśń.
- Zawsze tak to wyglądało? - spytałem.
- Nie. Choć zawsze było to zadupie, strasznie się zmieniło od czasu, jak
tu ostatnio byłem. Nawet miesiąc temu musiało wyglądać inaczej, panował
duży ruch, większość pasażerów przechodziła na statek przez ten
terminal.
Przybycie statku w okolice Skraju Nieba zawsze stanowiło wydarzenie.
Jako planeta biedna i umiarkowanie zacofana w porównaniu z innymi
zamieszkanymi światami nie należeliśmy do głównych graczy zmiennego
spektrum handlu międzygwiezdnego. Niewiele eksportowaliśmy:
doświadczenie wojenne i kilka nieciekawych bioproduktów pozyskiwanych w dżungli. Chętnie kupilibyśmy od Demarchistów wszelkie egzotyczne
zaawansowane produkty i usługi, ale tylko najbogatsi ze Skraju Nieba
mogli sobie na nie pozwolić. Gdy zawijały do nas statki, spekulowano, że
zostały wypchnięte z bardziej dochodowych rynków - z tras
Yellowstone-Sol albo Fand-Yellowstone-Grand Teton - albo że i tak
musiały się tu zatrzymać do remontu. Zdarzało się to przeciętnie raz na
dziesięć standardowych lat i zawsze nas wtedy kiwano.
- Czy tu właśnie umarł Haussmann? - spytałem.
- Gdzieś w pobliżu - odparł Dieterling. Odgłos naszych kroków niósł się
echem, gdy szliśmy przez wielką halę. - Nigdy się nie dowiedzą, gdzie
dokładnie, bo nie było wtedy dokładnych map. Ale musiało to być parę
kilometrów stąd. Na pewno w granicach Nueva Valparaiso. Początkowo
zamierzali spalić ciało, ale potem postanowili je zabalsamować, by go
zachować jako przykład dla innych.
- Ale kult nie powstał od razu?
- Nie. Sky Haussmann miał paru zwariowanych sympatyków, ale trudno to
uznać za Kościół. To przyszło potem. Santiago był głównie świecki, ale
z ludzkiej psychiki nie tak łatwo wykorzenić religię. Czyny Skya stopili
wybiórczo z tym, co zapamiętali z domu, jedno zachowali, drugie
odrzucili, jak im pasowało. Kilka pokoleń trwało wypracowanie
szczegółów, a potem nie dało się już tego ruchu powstrzymać.
- A potem, gdy zbudowano most?
- Do tego czasu jedna z Haussmannowskich sekt stała się posiadaczem
ciała. Nadali sobie nazwę Kościół Skya. Dla wygody, jeśli nie z innych
powodów, doszli do wniosku, że Haussmann musiał umrzeć nie w pobliżu
mostu, ale dokładnie pod nim. I że most to nie winda kosmiczna - a nawet
gdyby był windą, to stanowiłoby to jego zewnętrzną funkcję - tylko znak
Boga: gotowe sanktuarium poświęcone zbrodni i chwale Skya Haussmanna.
- Ale to przecież ludzie skonstruowali i zbudowali ten most.
- Z woli boskiej. Nie rozumiesz, Tanner? Nie można tego kwestionować.
Poddaj się od razu.
Minęliśmy sekciarzy - dwóch mężczyzn i kobietę - idących w przeciwną
stronę. Miałem przemożne wrażenie czegoś znajomego, nie pamiętałem
jednak, czy już przedtem ich widziałem. Byli ubrani w popielate bluzy,
nosili długie włosy. Jeden z mężczyzn miał umocowany przy czaszce
mechaniczny diadem - może to urządzenie zadające ból? Lewy rękaw
drugiego wyznawcy zwisał płasko przypięty do boku. Na czole kobiety
widniał mały znak w kształcie delfina. Przypomniałem sobie, że Sky
Haussmann zaprzyjaźnił się z delfinami na pokładzie Santiago i spędzał
czas z tymi istotami, których unikali inni członkowie załogi.
Dziwne wydało mi się wspomnienie tego faktu. Chyba ktoś mi kiedyś o tym
mówił.
- Przygotowałeś pistolet? - spytał Dieterling. - Na wszelki wypadek.
Możemy za rogiem wpaść na tego drania, kiedy będzie sobie akurat
zawiązywał sznurowadła.
Poklepałem pistolet, upewniając się, że jest na miejscu.
- Dziś raczej nie będziemy mieli szczęścia - powiedziałem do Miguela.
Przeszliśmy przez drzwi w wewnętrznej ścianie hali. Mnisi zaśpiew miał
teraz bez wątpienia ludzkie brzmienie; ton był niemal doskonały, ale
czegoś w nim brakowało.
Po raz pierwszy od wejścia do terminalu zobaczyliśmy nić. Obszar
odjazdów, gdzie wkroczyliśmy, był olbrzymim owalnym pomieszczeniem
otoczonym galerią; na niej staliśmy. Główny poziom znajdował się setki
metrów poniżej i nić nurkowała z góry, wynurzała się z sufitu przez
drzwi źrenicowe, potem biegła w dół, do miejsca, gdzie była rzeczywiście
zakotwiczona i gdzie czyhały urządzenia serwisowe, remontujące i konserwujące dźwigi. To stamtąd dochodziła żałobna pieśń; niosła się
wyżej dzięki osobliwej akustyce tego pomieszczenia.
Most - pojedyncza cienka nić z hiperdiamentu, biegnąca z powierzchni na
orbitę synchroniczną - na całej niemal długości miał tylko pięć metrów
średnicy, a większość z tego była pusta i tylko na ostatnim kilometrze,
przed terminalem, liczył trzydzieści metrów szerokości; zwężał się
stopniowo wraz z wysokością. Ta dodatkowa szerokość miała znaczenie
czysto psychologiczne: wielu pasażerów rezygnowało z podróży na orbitę,
gdy zobaczyło, jak wąska jest nić, na której mieli jechać. Wobec tego
właściciele mostu poszerzyli jego widoczną część bardziej, niż było to
konieczne.
Wagoniki windy przyjeżdżały i odjeżdżały co parę minut, wznosząc się i opadając po przeciwnych stronach kolumny. Przyczepione magnetycznie,
miały kształt smukłego walca, wyprofilowanego tak, by obejmował prawie
połowę nici. Były wielopiętrowe, z osobnymi poziomami przeznaczonymi na
jadalnie, sale rekreacyjne, miejsca do spania. Zsuwały się i wjeżdżały
przeważnie puste, z ciemnymi przedziałami pasażerskimi. Tylko w co
piątym lub co szóstym podróżowała garstka osób. Puste wagoniki
świadczyły o ekonomicznej mizerii mostu, ale samo w sobie nie stanowiło
to wielkiego problemu. Koszty utrzymania ruchu były małe w porównaniu z kosztem mostu i puste wagony nie wpływały na rozkład jazdy wagonów
pełnych. Z daleka miało się złudzenie, że są zapełnione i panuje dobra
koniunktura, na co właściciele mostu już dawno stracili nadzieję, odkąd
przejął go Kościół. Pora monsunowa mogła tworzyć iluzję, że na wojnie
panuje zastój, ale już planowano nowe kampanie: stratedzy symulowali na
komputerach ofensywy i inwazje na wraże tereny.
Z galerii wysuwał się zawrotny szklany jęzor niczym niepodtrzymywany,
docierał prawie do nici, zostawiając tylko miejsce na ruch wagonika.
Niektórzy podróżni z bagażem już czekali na języku; wśród nich grupa
dobrze ubranych arystokratów. Nie było jednak Reivicha ani osób
przypominających jego kompanów. Rozmawiali lub obserwowali wiadomości na
ekranach, które unosiły się wokół pomieszczenia niczym prostokątne,
wąskie tropikalne ryby; migotały na nich sprawozdania finansowe i wywiady ze znanymi osobami.
Przy podstawie języka stała budka, w której kobieta o znudzonej minie
sprzedawała bilety.
- Poczekaj tu - poprosiłem Dieterlinga.
Kobieta spojrzała na mnie, gdy podszedłem do kasy. Miała na sobie
pognieciony mundur Zarządu Mostu, a pod oczami sine półksiężyce,
nabiegłe krwią i spuchnięte.
- Słucham?
- Jestem znajomym Argenta Reivicha. Muszę się z nim natychmiast
skontaktować.
- Niestety, to niemożliwe.
Tego się spodziewałem.
- Kiedy wyjechał?
- Przykro mi, ale nie mogę udzielić informacji - odparła kobieta nosowym
głosem, połykając spółgłoski.
Skinąłem głową.
- Jednak nie zaprzecza pani, że przeszedł przez terminal?
- Przykro mi, ale...
- Niech pani da spokój. - Łagodziłem swoją odzywkę pojednawczym
uśmiechem. - Przepraszam, nie chcę być niegrzeczny, ale mam do
przyjaciela bardzo pilną sprawę. Muszę mu coś przekazać, widzi pani,
cenny składnik dziedzictwa Reivichów. Czy mogę się z nim jakoś
porozumieć wtedy, gdy wjeżdża, czy muszę czekać, aż się dostanie na
orbitę?
Kobieta się wahała. Przepisy zabraniały przekazywania informacji, o jakie prosiłem, ale musiałem jej się wydać szczerze zatroskany. A poza
tym najwyraźniej bogaty.
Spojrzała na displej.
- Może pan zostawić wiadomość, żeby się z panem skontaktował, gdy dotrze
do terminalu na orbicie.
Czyli jeszcze tam nie dotarł i nadal wjeżdża po nici.
- Chyba będzie lepiej, jeśli ruszę za nim - oznajmiłem. - W ten sposób
zminimalizuję czas dotarcia do niego. Przekażę mu ten przedmiot i wrócę.
- Tak, to rozsądne. - Przyjrzała mi się, wyczuwając być może coś
podejrzanego w moim zachowaniu, ale nie zaufała swej intuicji na tyle,
by mnie zatrzymać. - Musi się pan pośpieszyć. Najbliższy wagonik zaraz
zacznie przyjmowanie pasażerów.
Spojrzałem tam, gdzie jęzor wysuwał się do nici, i zobaczyłem pustą
windę wyjeżdżającą z obszaru serwisowego.
- Proszę więc o bilet.
- Rozumiem, że potrzebny panu powrotny? - Kobieta przetarła oczy. -
Pięćset pięćdziesiąt australi.
Wyjąłem z portfela banknoty Południowców.
- To zdzierstwo - powiedziałem. - Energia potrzebna do wyniesienia mnie
na orbitę kosztuje jedną dziesiątą tego, ale przypuszczam, że część
zabiera Kościół Skya.
- Nie twierdzę, że nie, ale akurat tutaj nie powinien pan źle się
wyrażać o Kościele.
- Tak słyszałem. Pani chyba do nich nie należy?
- Nie - odparła, wręczając mi resztę w niskich banknotach. - Ja tu tylko
pracuję.
Sekciarze zawładnęli mostem jakieś dziesięć lat temu, gdy doszli do
przekonania, że w tym miejscu został ukrzyżowany Sky Haussmann. Pewnej
nocy, nim ktokolwiek zdążył się zorientować, opanowali most. Ogłosili,
że rozłożyli gęsto kanistry-pułapki z wirusem, i zagrozili, że go
uwolnią, gdyby próbowano ich wyrzucić. Wirus - jeśli był w znacznym
stężeniu - mógłby się roznieść z wiatrem bardzo daleko, zarażając połowę
Półwyspu. Może blefowali, ale nikt nie chciał ryzykować dobra
przypadkowych milionów ludzi. Sekta się utrzymała, pozwoliła Zarządowi
Mostu nadal zarządzać mostem, choć załoga musiała być stale uodporniana
przeciw skażeniu. Terapia antywirusowa dawała efekty uboczne, więc praca
w terminalu nie cieszyła się popularnością. No i jeszcze te niekończące
się mnisie śpiewy.
Kobieta wręczyła mi bilet.
- Mam nadzieję, że dotrę na czas na orbitę - powiedziałem.
- Poprzednia winda wyruszyła godzinę temu. Jeśli pański przyjaciel w niej był... - Przerwała, a ja wiedziałem, że nie ma "jeśli". - Jest spora
szansa, że gdy pan tam dotrze, zastanie go pan w terminalu orbitalnym.
- Miejmy nadzieję, że powita mnie z wdzięcznością.
Chciała się uśmiechnąć, ale zrezygnowała. Mimo wszystko wymagało to
wiele wysiłku.
- Jestem pewna, że padnie z wrażenia.
Schowałem bilet, podziękowałem kasjerce - współczułem kobiecinie, że
musi tu pracować - i poszedłem do Dieterlinga. Oparty o niską szklaną
ścianę otaczającą jęzor, z nieobecnym spokojnym wyrazem twarzy,
spoglądał w dół na członków sekty. Przypomniało mi się, jak kiedyś w dżungli uratował mi życie podczas ataku hamadriad. Wtedy też widziałem u niego tę samą obojętną minę szachisty grającego z przeciwnikiem znacznie
niższej klasy.
- No i co? - spytał, gdy podszedłem.
- Już wsiadł do windy.
- Kiedy?
- Godzinę temu. Kupiłem sobie bilet. Ty też kup dla siebie, ale w żaden
sposób nie zdradź, że podróżujemy razem.
- Może nie powinienem z tobą jechać, brachu?
- Będziesz bezpieczny. - Ściszyłem głos. - Stąd aż do wyjścia w terminalu orbitalnym nie ma żadnych kontroli granicznych. Możesz
swobodnie wjechać i zjechać, nikt cię nie aresztuje.
- Łatwo ci mówić, Tanner.
- Nie masz się czego bać, zapewniam cię.
Pokręcił głową.
- Nie ma sensu, żebyśmy podróżowali razem, nawet tylko tą samą windą.
Reivich mógł tu zorganizować bardzo skuteczny monitoring.
Już chciałem zaprzeczyć, ale przypuszczałem, że ma rację. Podobnie jak
Cahuella, Dieterling, opuszczając Skraj Nieba, narażał się na areszt pod
zarzutem przestępstw wojennych. Obaj byli w ogólnoukładowej bazie danych
i za ich głowy wyznaczono znaczną nagrodę, choć Cahuella już nie żył.
- Dobrze - powiedziałem. - Jest jeszcze dodatkowy powód, żebyś tu
został. Przynajmniej trzy dni będę z dala od Gadziarni. Ktoś kompetentny
musi doglądać domu.
- Jesteś pewien, że sam potrafisz się uporać z Reivichem?
Wzruszyłem ramionami.
- Potrzebny jest tylko jeden strzał.
- I ty go oddasz - powiedział z wyraźną ulgą. - W takim razie dziś w nocy wracam do Gadziarni. Z żywym zainteresowaniem będę słuchał
wiadomości.
- Zrobię wszystko, żeby cię nie zawieść. Życz mi powodzenia.
Dieterling uścisnął mi dłoń.
- Uważaj na siebie, Tanner. Nie wyznaczono za ciebie nagrody, ale i tak
nie uda ci się stąd odejść bez wyjaśnień. Sam musisz wymyślić sposób,
jak pozbyć się pistoletu.
Skinąłem głową.
- Strasznie ci go brakuje. Kupię ci taki na urodziny.
Przez chwilę mi się przyglądał, jakby coś jeszcze chciał dodać, po czym
odwrócił się i odszedł. Obserwowałem, jak wychodzi z pomieszczenia i znika w ciemnej hali. Po drodze dobierał odpowiedni kolor płaszcza -
oddalająca się postać o szerokich plecach migotała.
Stanąłem przy windzie, czekając na swój wagonik. Włożyłem dłoń do
kieszeni - wyczułem zimny, twardy jak diament pistolet.
Trzy
Trzy
- Proszę pana? Za piętnaście minut podadzą kolację na dolnym pokładzie.
Czy zechce pan dołączyć do reszty pasażerów?
Drgnąłem - nie słyszałem przedtem kroków na schodach prowadzących na
pokład widokowy. Myślałem, że jestem zupełnie sam. Pasażerowie od razu
schowali się w kabinach - podróż miała trochę potrwać i warto było
rozpakować bagaże - ja natomiast wszedłem na pokład widokowy, by
obserwować odjazd. Dostałem kabinę, ale nie musiałem niczego
rozpakowywać.
Wznoszenie zaczęło się niesamowicie łagodnie. Początkowo w ogóle nie
słyszało się żadnego dźwięku, nie odczuwało wznoszenia ani wibracji,
tylko gładki ślizg, niezauważalnie powolny, lecz ze stale rosnącą
szybkością. Spojrzałem w dół, usiłując dostrzec sekciarzy, ale widok
miałem pod takim kątem, że widziałem tylko paru maruderów, choć poniżej
musiała być masa ludzi. Właśnie jechaliśmy przez źrenicę sufitu, gdy
zaskoczył mnie tamten głos.
Odwróciłem się. Mówił do mnie serwitor, nie człowiek. Miał wyciągalne
ramiona i bardzo wystylizowaną głowę, ale brakowało mu nóg albo kół;
jego tors zwężał się jak tułów osy. Robot poruszał się na szynie
zamontowanej w suficie, do której był przymocowany zakrzywionym
wysięgnikiem wystającym mu z pleców.
- Proszę pana? - zaczął ponownie, tym razem w norte. - Kolacja zostanie
podana...
- Już mówiłeś i zrozumiałem. - Pomyślałem, że zawieranie znajomości z arystokratami jest ryzykowne, ale potem doszedłem do wniosku, że
bardziej ryzykowne byłoby podejrzane trzymanie się z dala. Zasiądę z nimi do stołu i przedstawię im jakieś fikcyjne domysły. Odpowiedziałem w norte; potrzebowałem praktyki w tym języku. - Przyjdę za kwadrans.
Jeszcze przez chwilę chciałbym poobserwować widoki.
- Dobrze, proszę pana. Przygotuję dla pana miejsce przy stole.
Robot obrócił się i bezgłośnie wysunął z pokładu, a ja wróciłem do
podziwiania widoku. Trudno powiedzieć, czego się wtedy spodziewałem, ale
z pewnością zobaczyłem rzeczy zaskakujące. Minęliśmy sklepienie holu
stacji, jednak terminal był znacznie wyższy niż hol i ciągle się
wznosiliśmy w górnych rejonach budynku. Przekonałem się, że tu właśnie
obsesja na punkcie Skya Haussmanna osiągnęła swój szczyt. Po
ukrzyżowaniu Haussmanna sekciarze zabalsamowali jego ciało, opakowali w dziwną materię o zielonkawoszarym ołowianym połysku, wywindowali go aż
tutaj na wielki wysunięty dziób, który wystawał z wewnętrznej ściany i niemal dotykał samej nici. Ciało Haussmanna przypominało statkową figurę
rozciągniętą pod bukszprytem wielkiego żaglowca.
Rozebrali go do pasa, rozpostarli szeroko jego ramiona i przymocowali do
masztu w kształcie krzyża. Nogi miał związane, a prawy nadgarstek
przebity gwoździem (nadgarstek, nie dłoń - wirus wywołujący stygmat
pomylił ten szczegół), a znacznie większy kawał metalu wpakowano mu w górną część zmasakrowanej lewej ręki. Zarówno te szczegóły, jak i wyraz
otępiałego cierpienia na twarzy, zostały miłosiernie zamazane w procesie
pakowania. Nie dało się odczytać rysów twarzy, ale wszystkie niuanse
męki zostały wpisane w wygięty łuk karku, w szczęki zaciśnięte jakby w spazmie po porażeniu prądem. Powinni porazić go prądem, pomyślałem. To
byłoby bardziej litościwe, bez względu na to, jakie popełnił zbrodnie.
Byłoby to jednak za proste. Dokonali egzekucji na człowieku, który
dopuścił się rzeczy przerażających, ale równocześnie gloryfikowali tego,
który obdarował ich całym światem. Ukrzyżowaniem wyrażali zarówno
uwielbienie, jak i nienawiść.
I tak już pozostało.
Winda sunęła parę metrów od Skya; kuliłem się, chciałem, by jak
najszybciej stąd odjechała. Miałem wrażenie, że wielka przestrzeń jest
komorą pogłosów, z echem nieskończonego bólu.
Zaswędziała mnie ręka. Potarłem nią o barierkę. Zamknąłem oczy, aż
wyjechaliśmy z terminalu, wznosząc się w noc.
***
- Napije się pan jeszcze wina, panie Mirabel? - spytała lisia żona
arystokraty siedzącego naprzeciwko mnie.
- Nie, dziękuję - odparłem. Osuszyłem usta serwetką. - Pozwoli pani, że
się oddalę. Chciałbym poobserwować widoki.
- Szkoda. - Kobieta z rozczarowaniem wydęła usta.
- Będzie nam brakowało pańskich opowieści, panie Tanner - stwierdził
mężczyzna.
Uśmiechnąłem się. Podczas obiadu udało mi się przecierpieć godzinę
sztywnej rozmowy. Dorzucałem od czasu do czasu jakąś anegdotę, by
przerwać niezręczną ciszę, jaka zapadała przy stole, gdy któryś z gości
poczynił uwagę uznaną za niezręczną w ramach krępującej, acz
niesprecyzowanej etykiety arystokratów. Parę razy musiałem rozsądzić
spory między północną a południową frakcją - chcąc nie chcąc, stawałem
się wówczas adwokatem jednej ze stron. Moje przebranie nie było chyba
całkowicie przekonujące, gdyż nawet Północni zdawali sobie sprawę, że
nie mam bezpośredniego związku z Południowcami.
Nie miało to większego znaczenia. Dzięki przebraniu kasjerka,
przekonana, że jestem arystokratą, udzieliła mi informacji, których
normalnie by odmówiła. Strój umożliwił mi przebywanie tu z arystokracją,
ale i tak wcześniej czy później się go pozbędę. Nie byłem człowiekiem
poszukiwanym - zaledwie osobnikiem o mętnej przeszłości i mętnych
powiązaniach. Również moje nazwisko, Tanner Mirabel, było znacznie
bezpieczniejsze niż jakaś naprędce wymyślona linia arystokratyczna. Na
szczęście nazwisko brzmiało neutralnie, nie niosło skojarzeń ani z arystokracją, ani żadnych innych. W odróżnieniu od towarzystwa przy
stole nie mogłem wywieść swej linii genealogicznej od czasów przybycia
Flotylli; osoba o nazwisku Mirabel najprawdopodobniej dotarła na Skraj
Nieba pół wieku po tym wydarzeniu. W oczach arystokracji byłem
parweniuszem i kmieciem, ale nikt - z wrodzonego taktu - o tym głośno
nie napomknął. Wszyscy byli długowieczni, wywodzili swe linie
genealogiczne nie tylko od Flotylli, ale też ze spisu pasażerów, od
którego dzieliła ich zaledwie jedna lub dwie generacje. Naturalnie
zakładano, że tak jak oni mam wspomagane geny i dostęp do takich samych
technologii terapeutycznych.
Ale o ile Mirabelowie prawdopodobnie przybyli na Skraj Nieba po
Flotylli, nie przynieśli ze sobą żadnej dziedzicznej korekcji
długowieczności. Może pierwsza generacja żyła dłużej, niż trwa
przeciętne ludzkie życie, ale ta cecha nie została przekazana następnym
pokoleniom.
Ja natomiast nie miałem dość pieniędzy, by nabyć ją na rynku. Cahuella
płacił mi sowicie, lecz to nie wystarczało, by aż tak dać się złupić
Ultrasom. I prawie nie miało znaczenia. Tylko jedna dwudziesta populacji
planety posiadała tę korekcję. Reszta z nas babrała się w wojnie albo
ledwo wiązała koniec z końcem w krótkich okresach międzywojnia.
Najważniejszym problemem było to, jak przeżyć następny miesiąc, a nie
następny wiek.
Gdy więc tylko poruszono temat technik długowieczności, rozmowa przy
stole stała się zdecydowanie niezręczna. Starałem się zrelaksować... a słowa niech sobie płyną obok mnie. Jednak gdy dochodziło do sporów,
wyznaczano mi rolę rozjemcy.
- Tanner będzie to wiedział. - Zwracano się do mnie, bym zaproponował
wyjście z impasu.
- To skomplikowane zagadnienie - stwierdzałem.
Albo: "Widocznie wchodzą tu w grę głębsze sprawy". Albo: "Uważam, że z mojej strony nieetyczne byłoby wypowiadanie się na ten temat... Rozumieją
państwo, chodzi o dochowanie tajemnicy".
Po godzinie takiej rozmowy zapragnąłem samotności.
Wstałem od stołu, poprosiłem o wybaczenie i wszedłem kręconymi schodami,
prowadzącymi na pokład widokowy nad poziomem kabin i jadalnią.
Perspektywa zrzucenia arystokraciej skóry spodobała mi się i po raz
pierwszy od wielu godzin czułem lekką zawodową satysfakcję. Wszystko
było pod kontrolą. Gdy dotarłem na górę, mój serwitor kabinowy
przygotował dla mnie guindado. Nawet sposób, w jaki drink zamglił mi
zwykłą jasność myśli, nie był przykry. Mam dużo czasu, by wytrzeźwieć -
co najmniej siedem godzin, nim ponownie będzie mi potrzebna ostrość
zmysłów zabójcy.
Teraz wznosiliśmy się szybko; po wyjeździe z terminalu winda
przyśpieszyła do pięciuset kilometrów na godzinę, ale nawet z tą
prędkością dotarcie do terminalu orbitalnego - tysiące kilometrów nad
nami - zajmie czterdzieści godzin. Winda poczwórnie zwiększyła prędkość,
gdy opuściła atmosferę, co zapewne nastąpiło podczas pierwszego dania.
Miałem cały pokład widokowy dla siebie.
Inni pasażerowie rozproszą się po kolacji w pięciu salach nad jadalnią.
Winda z powodzeniem mieściła pięćdziesiąt osób i nie wydawała się przy
tym zatłoczona, ale dziś było nas zaledwie siedmioro, wliczając mnie.
Cała podróż zajmowała dziesięć godzin. Obroty stacji wokół Skraju Nieba
były zsynchronizowane z dobowym obrotem planety, więc stacja zawsze
wisiała dokładnie nad Nueva Valparaiso, nieruchomo nad równikiem.
Wiedziałem, że na Ziemi istnieją kosmiczne mosty osiągające wysokość
trzydziestu sześciu tysięcy kilometrów, ale ponieważ Skraj Nieba obracał
się nieco szybciej i oddziaływał z nieco słabszym przyciąganiem
grawitacyjnym, orbity synchroniczne były szesnaście tysięcy kilometrów
niższe. Nić miała jednak długość dwudziestu tysięcy kilometrów, a to
znaczyło, że jej ostatni górny kilometr doznawał niesamowitego
naprężenia ze strony dziewiętnastu tysięcy kilometrów odcinka poniżej.
Nić była pusta, jej ściany stanowiła krata piezoelektrycznie
wzmocnionego hiperdiamentu, ale całkowity ciężar, jak słyszałem, wynosił
prawie dwadzieścia milionów ton. Za każdym razem, gdy opuszczałem stopę
na podłogę pokładu, byłem świadom tego maleńkiego nacisku, jaki wywieram
dodatkowo na nić. Sącząc guindado, zastanawiałem się, jaką tolerancję
dla punktu zerwania uwzględnili konstruktorzy nici. Potem już bardziej
racjonalnie pomyślałem, że nić niesie zaledwie małą część ruchu, jaką
byłaby w stanie obsłużyć. Od tej chwili przy oknie widokowym stąpałem
pewniej.
Zastanawiałem się, czy Reivich jest na tyle spokojny, by raczyć się
teraz drinkiem.
Widok powinien być spektakularny, ale nawet w rejonach, gdzie jeszcze
nie zapadła noc, Półwysep zakrywała warstwa chmur monsunowych. Ponieważ
planeta krążyła po orbicie bliskiej Łabędziowi, pora monsunów
następowała mniej więcej co sto dni i trwała niecałe dziesięć,
piętnaście dni w każdym krótkim roku. Ponad ostro zakrzywionym
horyzontem niebo zmieniało barwę przez odcienie niebieskiego do
ciemnogranatowego. Widziałem teraz jasne gwiazdy, a tuż nad głową tkwiła
pojedyncza stała gwiazda stacji orbitalnej na dalekim końcu nici, nadal
odległa. Zastanawiałem się, czy nie pójść spać. Lata żołnierki nauczyły
mnie niemal zwierzęcej zdolności czuwania podczas snu. Zabełtałem w kieliszku resztkę drinka i pociągnąłem łyk. Teraz, gdy powziąłem
decyzję, poczułem, że zmęczenie ruszyło na mnie jak woda z przerwanej
zapory. Czyhało, wyczekując oznak osłabienia mej czujności.
- Proszę pana?
Znów drgnąłem, ale tym razem słabiej, gdyż poznałem głos serwitora.
- Proszę pana, jest do pana rozmowa z planety - mówiła maszyna. - Mam
przełączyć do kabiny czy chce pan oglądać tutaj?
Zastanawiałem się, czy nie wrócić do siebie, ale szkoda byłoby tracić
widoki.
- Daj tutaj - powiedziałem. - Ale jeśli ktoś zacznie wchodzić na górę,
przerwij połączenie.
- Dobrze, proszę pana.
To na pewno Dieterling. Nie zdążył wrócić do Gadziarni, choć według
mojej oceny powinien pokonać dwie trzecie drogi. Jak na niego to trochę
za wcześnie, by się ze mną kontaktować. Nie oczekiwałem rozmowy z nikim
innym i nie miałem powodów do niepokoju.
A jednak. Głowa i ramiona, które wyłoniły się w oknie windy, należały do
Czerwonorękiego Vasqueza. Kamera gdzieś w pomieszczeniu musiała mnie
namierzyć i przesunąć mój obraz - teraz wydawało się, że stoimy twarzą w twarz, bo Vasquez patrzył mi prosto w oczy.
- Tanner, słuchaj mnie, chłopie.
- Słucham cię, Czerwony - odparłem. Ciekawe, czy usłyszał irytację w moim głosie. - Co się tak ważnego wydarzyło, że aż tu dzwonisz?
- Spadaj, Mirabel. Za pół minuty nie będzie ci do śmiechu. - Powiedział
to takim tonem, że odebrałem jego słowa nie jako groźbę, lecz
ostrzeżenie, bym przygotował się na złe wieści.
- O co chodzi? Reivich znów wyciął nam jakiś numer?
- Nie wiem. Moi chłopcy powęszyli i jestem cholernie przekonany, że on
jest w tej nici, tak jak przypuszczasz, jeden lub dwa wagony przed tobą.
- Więc na pewno nie z tego powodu dzwonisz.
- Nie. Dzwonię, bo ktoś zabił Węża.
- Dieterlinga? - spytałem odruchowo. Jakby mogło chodzić o kogoś innego.
Vasquez skinął głową.
- Jeden z moich chłopców znalazł go godzinę temu, ale nie wiedział, z kim ma do czynienia, więc trochę to potrwało, nim wiadomość do mnie
dotarła.
Budowałem zdania, mając wrażenie, że ich treść nie pochodzi z mojego
umysłu:
- Gdzie był? Co się stało?
- Był w twoim kołowcu, nadal zaparkowanym na Norquinco. Z ulicy w ogóle
nie było widać, że ktoś jest w środku. Mój człowiek sprawdzał samochód,
specjalnie zajrzał do środka i zobaczył, że Dietreling zsunął się z fotela. Jeszcze oddychał.
- Co się stało?
- Ktoś do niego strzelił. Na pewno się kręcił w pobliżu kołowca i czekał, aż Dieterling wróci z mostu. Dieterling musiał właśnie wsiąść i przygotowywać się do odjazdu.
- Jak go zastrzelono?
- Stary, nie wiem, przecież nie robię tu u siebie sekcji zwłok. -
Vasquez przygryzł wargi. - Chyba jakimś promieniem. Z bliska, prosto w pierś.
Spojrzałem na kieliszek guindando. To absurdalne tak stać z drinkiem w dłoni i w zwykłej towarzyskiej pogaduszce mówić o śmierci przyjaciela.
Ale nie miałem gdzie odstawić kieliszka.
Pociągnąłem łyk i odparłem z chłodem, który mnie samego zdziwił.
- Sam wolę bronie promieniowe, ale wybrałbym coś innego, gdybym chciał
zabić, nie robiąc zbytniego zamieszania. Bronie promieniowe dają większy
błysk niż pociskowe.
- Chyba że się strzela z małej odległości, jak cios nożem. Bardzo mi
przykro, chłopie, ale chyba tak właśnie to się stało. Lufę przystawiono
do ubrania. Bez światła, bez hałasu, a jeśli nawet, to wszystko zakrył
kołowiec. W tamtej okolicy wieczorem było wesoło. Ktoś rozpalił ognisko
koło mostu i ludziom to wystarczyło, by poszaleć. Nikt raczej nie
zauważył strzału promieniem.
- Dieterling nie należał do osób, które siedzą biernie i dają się zabić.
- Może nie zdążył się na czas zorientować.
Zastanowiłem się. Docierał do mnie sam fakt śmierci, ale ogarnąć
wszystkie jej konsekwencje, nie mówiąc o szoku emocjonalnym... to musiało
potrwać. Zmusiłem się do zadania sensownego pytania:
- Jeśli się nie zorientował, to albo nie zwracał uwagi, albo morderstwa
dokonał ktoś, kogo Dieterling znał. Mówisz, że gdy go znaleźli, jeszcze
oddychał?
- Tak, ale był nieprzytomny. Raczej nic dla niego nie mogliśmy zrobić.
- Jesteś pewien, że nic nie powiedział?
- Nic nie powiedział ani mnie, ani facetowi, który go znalazł.
- Facet... ten człowiek, który go znalazł... czy widzieliśmy go dziś
wieczorem?
- Nie. To jeden z ludzi, którym kazałem cały dzień śledzić Reivicha.
I tak to miało wyglądać: Vasquez nie zamierzał udzielić więcej
informacji, dopóki sam z niego wszystkiego nie wyciągnę.
- A jak długo ten człowiek dla ciebie pracuje? Czy Dieterling widział go
kiedyś przedtem?
Trwało to długo, ale zrozumiał, do czego zmierzam.
- No, nie ma mowy, Tanner. Przysięgam ci, że mój człowiek nie ma z tym
nic wspólnego.
- Jest jednak podejrzany. To samo dotyczy każdego, z kim się dziś
wieczorem spotkaliśmy. Włączając ciebie, Czerwony.
- Ja bym go nigdy nie zabił. Chciałem, żeby mnie wziął na polowanie na
węże.
Odpowiedź tak żałośnie samolubna, że równie dobrze mogła być prawdziwa.
- To chyba straciłeś okazję.
- Nie mam z tym nic wspólnego, Tanner.
- Ale to się stało na twoim terenie?
Już miał odpowiedzieć, a ja zamierzałem go zapytać, co zrobił z ciałem,
gdy obraz rozmył się w zakłóceniach. W tym samym momencie nastąpił silny
błysk, jakby natarł równocześnie ze wszystkich stron, i oblał wszystko
mdłą białą jasnością.
Trwało to ułamek sekundy.
I wystarczyło. W tym twardym wybuchu bezbarwnego blasku rozpoznałem coś
niezapomnianego. Już wcześniej to widziałem. A może nawet więcej niż
raz? Zastanawiałem się przez chwilę i wspominałem goździki białego
światła rozkwitające na tle gwiezdnej czerni.
Wybuch jądrowy.
Oświetlenie windy przygasło na kilka sekund, poczułem, jak ciężar mojego
ciała maleje, po czym wszystko wróciło do normy.
Ktoś zrzucił bombę atomową.
Omiótł nas impuls elektromagnetyczny, interferując przez chwilę z windą.
Od dzieciństwa nie widziałem rozbłysku nuklearnego. Jedna ze
zdroworozsądkowych teorii głosiła, że wojnę trzeba toczyć przy użyciu
środków konwencjonalnych. Nie potrafiłem ocenić mocy ładunku, nie
wiedząc, z jak daleka pochodzi błysk, ale brak chmury w kształcie grzyba
świadczył o tym, że eksplozja nastąpiła wysoko nad powierzchnią planety.
To nie miało większego sensu: zrzucenie pocisku atomowego mogło oznaczać
tylko wstęp do ataku konwencjonalnego, a obecna pora temu nie sprzyjała.
Wybuchy na dużej wysokości też nie miały sensu - wojskowe sieci
łączności zostały uodpornione na ataki impulsami elektromagnetycznymi.
Może to był wypadek?
Myślałem o tym przez kilka sekund.
Potem usłyszałem szybkie kroki na kręconych schodach między kabinami
rozmieszczonymi pionowo w windzie. Zobaczyłem jednego z arystokratów, z którym jadłem kolację. Nie zapamiętałem jego nazwiska, ale lewantyńska
budowa ciała i złocistobrązowa skóra prawie na pewno wskazywały na osobę
z północy. Był ubrany strojnie, w płaszcz do kolan kapiący cieniami
szmaragdu i akwamaryny. I był wzburzony. Za nim lisia żona przystanęła
na ostatnim stopniu schodów, patrząc na nas.
- Widział pan to? - spytał mężczyzna. - Weszliśmy tu, żeby mieć lepszy
widok, pan miał stąd najlepszy. Wyglądało to na coś dużego. Prawie jak...
- Bomba atomowa? Chyba tak. - W moim polu widzenia skakały duchy
siatkówkowe, różowe kształty.
- Dzięki Bogu, że to gdzieś dalej.
- Ciekawe, co nadaje sieć publiczna - powiedziała kobieta, spoglądając
na displej w kształcie bransolety.
Był zapewne podłączony do znacznie mniej wrażliwej sieci danych niż ta,
z której korzystał Vasquez, bo kobieta uzyskała natychmiastowe
połączenie. Obrazy i tekst wylały się na ekranik urządzenia.
- I co? Podają jakieś wyjaśnienie? - spytał mężczyzna.
- Nie wiem, ale... - Uniosła wzrok i zmarszczyła czoło. - Nie, to nie może
być prawda. To nie do wiary.
- Co? Co mówią?
Spojrzała na męża, potem na mnie.
- Mówią, że zaatakowano most. Że eksplozja odcięła nić.
***
W pozbawionych realizmu chwilach, jakie nastąpiły potem, winda nadal
gładko się wznosiła.
- Nie - powiedział mężczyzna. Usiłował zachować spokój, ale nie całkiem
mu się to udawało. - Na pewno się mylą. Muszą się mylić.
- Boże, mam nadzieję, że się mylą - powiedziała kobieta łamiącym się
głosem. - Ostatnie skanowanie neuronowe przeszłam sześć miesięcy temu...
- A tam, sześć miesięcy! - krzyknął mąż. - Ja nie miałem skanowania od
dziesięciu lat!
Kobieta ciężko westchnęła.
- Z pewnością muszą się mylić. Przecież my tu ciągle sobie rozmawiamy.
Nie spadamy z wrzaskiem na dół. - Znów z niepokojem spojrzała na
bransoletę.
- Co się dzieje? - spytał mężczyzna.
- Powtarzają to samo, co przed chwilą.
- To jakieś nieporozumienie albo wierutne kłamstwo.
Co warto im ujawnić? - zastanawiałem się. Byłem przecież nie tylko
ochroniarzem. Podczas służby u Cahuelli dowiedziałem się o tej planecie
prawie wszystkiego, choć zdobywane informacje wiązały się zwykle z zastosowaniami militarnymi. Mało wiedziałem o moście, ale znałem
przynajmniej własności hiperdiamentu, sztucznego alotropu węgla, z którego utkano most.
- Uważam, że mogą mieć rację - oznajmiłem.
- Ale przecież nic się nie zmieniło! - zawołała kobieta.
- Nie musiało - odparłem. Narzucałem sobie spokój, przestawiłem umysł w tryb zarządzania kryzysem - umiejętność nabyta podczas lat żołnierki.
Gdzieś w tyle głowy słyszałem swój osobisty wrzask przerażenia, ale w tej chwili lepiej go było zignorować. - Załóżmy, że most został
przerwany. Jak państwo sądzą, na jakiej wysokości poniżej nas nastąpił
błysk? Przypuszczam, że przynajmniej trzy tysiące kilometrów.
- Co to ma wspólnego z nami?
- Mnóstwo - odparłem z wisielczym uśmiechem. - Proszę sobie wyobrazić
most jako linę zwisającą z orbity, wyciągniętą pod wpływem swego
własnego ciężaru.
- Tak to sobie właśnie wyobrażam.
- Znakomicie. Teraz proszę sobie wyobrazić, że przecięto linę w połowie.
Część powyżej cięcia nadal zwisa z terminalu orbitalnego, ale odcinek
poniżej zaczyna spadać na planetę.
- A więc jesteśmy całkowicie bezpieczni? - spytał mężczyzna. -
Znajdujemy się z pewnością powyżej zerwania. - Spojrzał w górę. - Nić
jest nienaruszona aż do terminalu orbitalnego. To znaczy, że jeśli
ciągle będziemy się wznosić, dotrzemy tam, dzięki Bogu.
- Nie dziękowałbym mu zbyt pośpiesznie.
Spojrzał na mnie z boleściwą miną, jakbym zbytecznymi obiekcjami psuł
jakąś zawiłą grę salonową.
- Co pan ma na myśli?
- To nie znaczy, że jesteśmy bezpieczni. Gdy przetnie się długą linę
wiszącą pod własnym ciężarem, część ponad nacięciem zacznie odskakiwać.
- No tak. - Spojrzał na mnie gniewnie, jakby to, co mówię, dyktowała
zwykła złośliwość. - Rozumiem. Ale to nie odnosi się do naszej sytuacji,
ponieważ nic takiego się nie stało.
- Nie twierdziłem, że relaksacja nastąpi natychmiast na całej nici.
Jeśli nić została przerwana pod nami, fala relaksacyjna potrzebuje
trochę czasu, by do nas dotrzeć.
Teraz padło pełne obaw pytanie:
- Jak długo?
Nie znałem dokładnej odpowiedzi.
- Nie wiem. Prędkość dźwięku w hiperdiamencie jest zbliżona do tej w zwykłym diamencie. Mniej więcej piętnaście kilometrów na sekundę. Jeśli
zerwanie nastąpiło trzy tysiące kilometrów pod nami, fala dźwiękowa
powinna dotrzeć... jakieś dwieście sekund po błysku atomowym. Fala
relaksacyjna powinna poruszać się jednak wolniej, sądzę... ale i tak nas
dosięgnie, nim dotrzemy na szczyt.
Wpasowałem się idealnie: gdy skończyłem mówić, impuls dźwiękowy nadszedł
w postaci twardego wstrząsu, jakby winda - jadąca z prędkością dwóch
tysięcy kilometrów na godzinę - najechała na jakieś wybrzuszenie.
- Grozi nam coś? - spytała kobieta głosem bliskim histerii. - Jeśli
przerwanie nastąpiło poniżej nas... Boże, szkoda, że nie archiwizowaliśmy
się częściej.
Mąż spojrzał na nią złowróżbnie.
- Moja droga, twierdziłaś, że loty do kliniki skanowania są za drogie,
by robić to regularnie.
- Nie musiałeś tego tak dosłownie traktować.
Podniosłem głos, by ich uciszyć.
- Niestety grozi nam spore niebezpieczeństwo. Jeśli fala relaksacyjna
przybrała postać kompresji wzdłużnej, jest szansa, że bezpiecznie na
niej pojedziemy. Ale jeśli w nici pojawią się ruchy boczne, jak ruchy
bicza...
- Kim pan jest? Inżynierem? - spytał mężczyzna.
- Nie. Specjalistą od czegoś zupełnie innego.
Na schodach usłyszeliśmy odgłos kroków, gdy reszta grupy wchodziła na
górę. Szarpnięcie musiało ich przekonać, że sytuacja jest poważna.
- Co się dzieje? - spytał jeden z Południowców, potężny, wyższy od
wszystkich o dobre trzydzieści centymetrów.
- Jedziemy na przeciętej nici - wyjaśniłem. - Na pokładzie windy powinny
być skafandry kosmiczne. Sugeruję, byśmy jak najszybciej je włożyli.
Spojrzał na mnie, jakbym był niespełna rozumu.
- Ale przecież nadal się wznosimy! Cóż mnie obchodzi, co tam się stało
pod nami! U nas jest w porządku. Most tak skonstruowano, żeby wytrzymał
mnóstwo najgorszego gówna.
- Nie aż tyle.
Teraz przybył również serwitor podwieszony na prowadnicy do sufitu.
Poprosiłem go, by poprowadził nas do skafandrów - tym razem należało go
wyraźnie prosić, gdyż obecna sytuacja do tego stopnia przekraczała jego
doświadczenie, że nie potrafił rozpoznać zagrożenia dla ludzi.
Zastanawiałem się, czy informacja o uszkodzeniu nici dotarła do stacji
orbitalnej. Zapewne. I z całą pewnością nie mogli wpłynąć na los wagonów
w ruchu.
A jednak lepiej było znajdować się w górnej części nici niż poniżej
punktu zerwania. Wyobraziłem sobie ten tysiąckilometrowy odcięty
kawałek. Jego górna część dopiero po kilku minutach spadnie na planetę -
w rzeczywistości przez długą chwilę będzie się wydawało, że utrzymuje
się w jakiś tajemniczy sposób, jak lina zaczarowana melodią fujarki
fakira. A przecież będzie opadać i nic jej nie powstrzyma. Atmosferę
przecina milion ton nici z wagonikami; w niektórych są pasażerowie.
Śmierć powolna i straszna.
Kto mógł to zrobić?
Trudno zaprzeczyć, że miało to związek z moją jazdą w górę. Reivich
przechytrzył nas w Nueva Valparaiso i gdyby nie atak na most, ciągle
deliberowałbym na temat śmierci Miguela Dieterlinga. Nie przypuszczałem,
by Czerwonoręki Vasquez miał coś wspólnego z tą eksplozją, choć nie
wykluczyłem go z osób podejrzanych o morderstwo mojego przyjaciela.
Vasquez nie miał dość wyobraźni, by dokonać takiego czynu, nie mówiąc o potrzebnych do tego środkach. Ponadto jego sekciarska indoktrynacja
bardzo by mu utrudniała planowanie uszkodzenia mostu. A jednak ktoś
próbował mnie zabić. Może zdetonował bombę w windzie jadącej poniżej,
sądząc, że jestem w środku lub podróżuję w którejś z wind poniżej
miejsca zerwania? Może wystrzelono pocisk, źle wymierzając? Tego mógł
dokonać Reivich, ale tylko formalnie. Miał odpowiednich wpływowych
znajomych. Nigdy go nie podejrzewałem o czyn tak bezwzględny: wysłać na
tamten świat kilkuset niewinnych ludzi, by uśmiercić jednego człowieka.
Może Reivich się uczy?
Poszliśmy za serwitorem do szafek ze skafandrami ratunkowymi. W każdej z nich znajdował się jeden skafander próżniowy przestarzałej konstrukcji -
w podróżach kosmicznych już się takich nie stosowało. Te skafandry nie
owijały użytkowników automatycznie i ludzie sami musieli do nich wejść.
Wszystkie wydawały się o jeden numer za małe, jednak dość szybko i sprawnie wsunąłem się w swój, tak jak przywdziewałem ekwipunek bojowy.
Do jednej z pojemnych kieszeni skafandra, przeznaczonych na flary
sygnalizacyjne, schowałem swój nakręcany pistolet.
Nikt go nie zauważył.
- To nie jest konieczne! - krzyczał arystokrata Południowiec. - Nie
musimy wkładać tych cholernych...
- Niech pan posłucha... - rzekłem. - Gdy dotrze do nas fala kompresji... a to się może stać lada sekunda... uderzy w nas tak, że połamie nam
wszystkie kości. Dlatego potrzebujemy skafandrów. Dają pewną ochronę.
Może niedostateczną, pomyślałem.
Szóstka osób majstrowała przy swoich skafandrach z rozmaitą wprawą.
Pomogłem im i po minucie wszyscy byli gotowi, tylko zwalisty arystokrata
narzekał, że mu za ciasno, jakby akurat teraz nie miał innych zmartwień.
Zaczął oglądać pozostałe skafandry w szafie, sprawdzając, czy
rzeczywiście nie znajdzie większych rozmiarów.
- Nie ma czasu! Niech pan teraz uszczelni skafander, a o siniaki i zadrapania zatroszczy się później.
Wyobraziłem sobie, jak od dołu, połykając kilometry, pędzi ku nam groźne
wygięcie nici. W tej chwili musiała już minąć niżej jadące windy.
Zastanawiałem się, czy uderzy z siłą wystarczającą do oderwania wagonika
od nici.
Nie zdążyłem skończyć myśli, gdy nastąpiło uderzenie.
Potężniejsze, niż się spodziewałem. Winda odskoczyła w jedną stronę, my
zostaliśmy rzuceni na ścianę. Ktoś doznał złamania kości i zaczął
krzyczeć. W jednej chwili cisnęło nas w przeciwną stronę, na przejrzysty
łuk okna widokowego. Serwitor odpadł od szyny w suficie i poleciał obok
nas. Stalowym ciałem uderzył w szybę, ale na szczęście, choć powstała na
niej biała siatka pęknięć, nie przebił okna. Ciążenie spadło, gdy winda
hamowała na nici - jakaś część silnika indukcyjnego została uszkodzona
przez smagającą falę.
Głowa Południowca zmieniła się w okropną czerwoną pulpę - przejrzały
owoc. Gdy wygasły oscylacje, jego ciało turlało się bezwładnie po
kabinie. Ktoś krzyczał. Wszyscy byli w podłym stanie. Nawet ja mogłem
doznać urazów, ale na razie adrenalina tłumiła jakikolwiek ból.
Fala kompresji przeszła. Wiedziałem, że gdy po pewnym czasie dotrze na
górę, ulegnie odbiciu i ponownie ruszy w dół; po godzinach znów
zaatakuje. Oddziaływanie będzie słabsze, bo energia przekształci się
częściowo w ciepło.
Przez chwilę nawet myślałem, że niebezpieczeństwo minęło. Potem
przypomniałem sobie o windach poniżej nas. One również mogły zwolnić
albo zostały całkowicie wyrzucone z nici. Może uruchomiły się
automatyczne systemy bezpieczeństwa - o tym jednak nie mogliśmy się
przekonać. A jeśli wagonik poniżej nadal wjeżdżał z normalną prędkością,
wkrótce na nas wpadnie.
Zastanowiłem się chwilę, po czym, podnosząc głos ponad jęki rannych,
oznajmiłem:
- Przepraszam, chciałbym coś...
Nie było czasu na wyjaśnienia: albo za mną ruszą, albo poniosą skutki
pozostania w windzie. Nie wystarczyło czasu nawet na zejście do śluzy
ewakuacyjnej - co najmniej minutę zajęłoby przejście siedmiu - czy teraz
już tylko sześciu - osób, każdej przez pełny cykl śluzy. Ponadto,
oddalając się od nici, zwiększymy swoje bezpieczeństwo, gdyby doszło do
kolizji wind.
Pozostawało naprawdę jedyne wyjście.
Wyjąłem mechaniczną broń ze schowka skafandra i niezręcznie ująłem ją
dłonią w rękawicy. Nie mogłem precyzyjnie wymierzyć, ale na szczęście
nikt tego nie wymagał. Wycelowałem mniej więcej w stronę pęknięć w szybie.
Ktoś próbował mnie powstrzymać - nie rozumiał, że usiłuję ratować nam
życie - byłem jednak silniejszy. Nacisnąłem spust. W pistolecie
rozwinęła się nanoskalowa sprężyna, uwalniając potężny impuls
zakumulowanej w cząsteczkach energii. Z lufy wystrzeliła mgiełka
strzałek, rozbiła okno, tworząc rozszerzającą się pajęczynę pęknięć.
Okno wybrzuszyło się na zewnątrz, naprężyło i rozleciało na miliardy
okruchów. Powietrzna burza rzuciła nas wszystkich przez dziurę w otwarty
kosmos.
Trzymałem się pistoletu, jakby to była jedyna solidna rzecz we
wszechświecie. Gorączkowo rozglądałem się wokół, próbując ustalić swą
pozycję w stosunku do innych. Wiatr wypchnął ludzi w różnych kierunkach,
byli jakby częściami racy, ale choć poruszaliśmy się po różnych
trajektoriach, to wszyscy spadaliśmy.
Poniżej była tylko planeta.
Mój skafander obracał się powoli - znów widziałem naszą windę, ciągle
przyczepioną do nici, wznosiła się, gdy ja opadałem, z każdą sekundą
coraz mniejsza. Nagle dojrzałem podprogowo błysk ruchu - to dolna winda
wznosiła się ze swą normalną prędkością - a chwilę później eksplozję
jasną i szybką, niemal jak wcześniejszy wybuch bomby.
Gdy rozbłysk przeminął, wszystko zniknęło, nawet nić.
Cztery
Cztery
Sky Haussmann miał trzy lata, gdy zobaczył światło.
Później, jako dorosły, zaliczy to do swych pierwszych wyraźnych
wspomnień, coś, do czego może się jasno odwołać - w czasie i miejscu - i wiedzieć, że pochodzi z rzeczywistego świata, a nie jest fantazmem,
który przekroczył mglistą granicę między rzeczywistością dziecka a jego
snami.
Rodzice posłali go do przedszkola. Wbrew ich zakazom odwiedzał
delfinarium - ciemne, wilgotne, zapomniane miejsce w brzuchu wielkiego
statku Santiago. W istocie to Constanza sprowadziła go na manowce,
powiodła w plątaninę tunelów kolejki, przejść, ramp, schodów i pokazała
miejsce, gdzie hodowano delfiny. Constanza była od niego tylko dwa lub
trzy lata starsza, ale jemu wydawało się, że jest dorosła i nadzwyczaj
mądra, jak ludzie starsi. Wszyscy uznawali ją za genialną; twierdzili,
że pewnego dnia - być może wówczas, gdy Flotylla zbliży się do końca
swego długiego powolnego rejsu - Constanza zostanie kapitanem. Mówiono
to półżartem, ale częściowo też serio. Sky zastanawiał się, czy
Constanza mianuje go wówczas swoim zastępcą - siedzieliby we dwoje w pokoju dowodzenia, którego Sky jeszcze nigdy nie widział. To nie był
znów taki niepoważny pomysł - dorośli również jemu mówili, że jest
nadzwyczaj inteligentnym dzieckiem. Nawet Constanza z zaskoczeniem
przyjmowała niektóre jego pomysły. Potem jednak Sky wspominał, że mimo
swej całej przemyślności Constanza nie była nieomylna. Wiedziała, jak
dotrzeć do delfinarium, by nikt ich nie zobaczył, ale niezbyt się
orientowała, jak mają wrócić niezauważeni.
Wyprawa była warta zachodu.
- Dorośli ich nie lubią - powiedziała Constanza, gdy dotarli do ściany
zbiornika, gdzie trzymano zwierzęta. - Woleliby, żeby delfiny w ogóle
nie istniały.
Stali na kratach śliskich od przelewającej się z basenów wody. Wysoki
szklany zbiornik, oświetlony mdławym niebieskim światłem, ciągnął się
dziesiątki metrów w głąb ładowni. Sky wpatrywał się w mrok. Widział
delfiny jako poruszające się celowo szare kształty w turkusowej dali,
ich sylwetki łamały się i przekształcały w płynnej grze światła.
Opływowe i nie całkiem realne, wyglądały bardziej jak przedmioty
wyrzeźbione z mydła niż zwierzęta.
Sky przycisnął dłoń do szyby.
- Dlaczego ich nie lubią?
- Coś z nimi jest nie w porządku - wyjaśniła Constanza z rezerwą. - To
nie są te same delfiny, które były na statku, gdy opuścił Merkurego. To
wnuki tamtych lub wnuki wnuków, nawet nie wiem. Nigdy nie znały innego
środowiska poza tym zbiornikiem. Tak jak ich rodzice.
- Ja też znam tylko ten statek.
- Ale nie jesteś delfinem. Nie oczekujesz, że będziesz pływał w oceanach.
Constanza zamilkła, gdyż jedno zwierzę płynęło w ich stronę. Opuściło
swych towarzyszy w dalekim końcu zbiornika, gdzie stłoczyli się przy
czymś, co wyglądało jak zestaw ekranów telewizyjnych pokazujących
rozmaite obrazy. Teraz, gdy delfin pojawił się tuż przy szybie w całej
okazałości, jawił się jako wielka, potencjalnie niebezpieczna istota z krwi i kości, a nie przedmiot niemal przezroczysty. Sky widział zdjęcia
delfinów w przedszkolu - u tej istoty nie wszystko wydało mu się
normalne: jej czaszkę pokrywała sieć cienkich linii, jakby zarysowanych
skalpelem, a wokół oczu miała regularne wypukłości i krawędzie -
najwyraźniej tuż pod skórą umieszczono metalowe i ceramiczne obiekty.
- Cześć! - powiedział Sky, stukając w szybę.
- Wydaje mi się, że to Obły - wyjaśniła Constanza. - Jeden z najstarszych.
Delfin spoglądał na Skya. Gładka linia szczęki sprawiała, że to
przyglądanie się było zarówno dobrotliwe, jak i szalone. Potem zwierzę
gwałtownie się odwróciło - teraz patrzyło mu prosto w twarz i Sky poczuł
wibrowanie szyby. W wodzie przed delfinem powstały nieregularne łuki
banieczek. Początkowo tworzyły chaotyczne linie - jak pierwsze
pociągnięcia pędzla artysty - potem ujawniły się w nich pewna struktura
i zamiar; Obły energicznie ruszał głową, jakby szarpany
elektrowstrząsami. Trwało to zaledwie parę sekund, ale obiekt, który
delfin wyrzeźbił, przedstawiał bez wątpienia ludzką twarz w trzech
wymiarach. Brakowało jej dopracowanych szczegółów, Sky jednak zrozumiał,
że to nie tylko podświadoma sugestia każe mu widzieć twór geometryczny w przypadkowych śladach banieczek. Ich układ był na to zbyt symetryczny i proporcjonalny. Dostrzegł w nim również emocje, choć z pewnością
chodziło o strach i przerażenie.
Po wykonaniu swego zadania Obły odpłynął, pogardliwie ruszając ogonem.
- One nas również nienawidzą - stwierdziła Constanza. - Ale czy można je
za to winić?
- Po co Obły to zrobił? I jak?
- W ciele tłuszczowym ma zamontowane maszyny - to ten wzgórek nad
oczami. Implantujemy je delfinom w dzieciństwie. Za pomocą ciała
tłuszczowego wytwarzają normalnie dźwięki, ale urządzenia pomagają im
precyzyjniej skoncentrować dźwięk, dzięki temu delfiny mogą za pomocą
bąbelków coś narysować. A w wodzie żyją małe stworzenia, mikroorganizmy,
które się rozświetlają, gdy uderza w nie dźwięk. Ludzie to wymyślili, bo
chcieli znaleźć sposób komunikacji z delfinami.
- Można by sądzić, że delfiny będą za to wdzięczne.
- Może byłyby, gdyby nie musiały ciągle poddawać się operacjom i gdyby
mogły pływać gdzie indziej, a nie tylko w tym okropnym zbiorniku.
- Tak, ale gdy dotrzemy do Kresu Podróży...
Constanza spojrzała na Skya smutnymi oczyma.
- Będzie za późno. Przynajmniej dla tych delfinów. Nie będą już wtedy
żyły. Nawet my dorośniemy, a nasi rodzice staną się starcami albo w ogóle ich nie będzie.
Obły wrócił z innym, nieco mniejszym towarzyszem i obaj zaczęli coś
kreślić w wodzie. Linie tworzyły obraz człowieka rozrywanego przez
rekiny, ale Sky odwrócił wzrok, nim nabrał co do tego pewności.
- Za bardzo odeszły od normalności - ciągnęła Constanza.
Sky znów spojrzał na zbiornik.
- Lubię je. Są piękne. Nawet Obły.
- Są złe. Psychotyczne... tak to określa mój tata - powiedziała bez
przekonania, jakby nieco zawstydzona własną wymownością.
- To co z tego? Ja tu wrócę, żeby je znów zobaczyć. - Postukał w szybę i powiedział znacznie głośniej: - Wrócę, Obły. Lubię cię.
Constanza, choć tylko nieco wyższa od Skya, poklepała go macierzyńskim
gestem po ramieniu.
- To i tak nie będzie miało znaczenia.
- A jednak przyjdę.
***
Obietnicę, złożoną sobie i Constanzy, traktował bardzo poważnie. Chciał
poznać delfiny, porozumieć się z nimi i w jakiś sposób ulżyć ich doli.
Oczami wyobraźni widział jasne, rozległe oceany Kresu Podróży - Klaun,
przyjaciel z przedszkola, mówił, że tam będą oceany - i delfiny
uwolnione z tego ciemnego, ponurego miejsca; pływają z ludźmi, tworzą w wodzie wesołe dźwiękoobrazy, a pamięć o pobycie na pokładzie Santiago
znika jak klaustrofobiczny sen.
- Chodźmy już - nalegała Constanza.
- Przyprowadzisz mnie tu jeszcze kiedyś?
- Oczywiście. Jeśli chcesz.
Opuścili delfinarium i wyruszyli w skomplikowaną drogę powrotną przez
czeluście statku - dzieci usiłujące znaleźć drogę w zaczarowanym lesie.
Parę razy minęli dorosłych, ale Constanza zachowywała się z taką
pewnością siebie, że nikt ich o nic nie wypytywał, i dopiero gdy
znaleźli się w części statku, którą Sky uważał za znajome terytorium,
spotkali ojca Skya.
Tytus Haussmann, uważany na Santiago za osobę oschłą, lecz łagodną,
cieszył się szacunkiem, ale ludzie się go nie bali. Gdy nagle stanął nad
dziećmi, Sky nie wyczuł u niego złości, a raczej ulgę.
- Mama okropnie się o ciebie niepokoiła - powiedział ojciec. -
Constanzo, bardzo mnie rozczarowałaś. Zawsze uważałem cię za osobę
rozsądną.
- Sky chciał tylko zobaczyć delfiny.
- Ach, więc chodziło o delfiny? - spytał ojciec, zdziwiony, jakby nie
takiej odpowiedzi oczekiwał. - A ja myślałem, że interesowali cię
umarli, nasi drodzy momios.
To prawda, pomyślał Sky. Ale nie wszystko naraz.
- A teraz jest ci przykro, ponieważ delfiny okazały się nie takie, jak
się spodziewałeś, prawda? - ciągnął ojciec. - Mnie też jest przykro.
Obły i pozostałe zwierzęta są chore na głowę. Najlepiej byłoby dla nich,
gdybyśmy je uśpili; ale pozwolono im wychować młode i każde pokolenie
jest coraz bardziej...
- Psychotyczne - dokończył Sky.
- Właśnie. - Ojciec spojrzał na niego jakoś dziwnie. - Widzę, że twoje
słownictwo się wzbogaciło. Szkoda byłoby to zmarnować i warto to dalej
rozwijać, nie sądzisz? - Potargał synowi czuprynę. - Mam na myśli
przedszkole, młody człowieku. Pójdziesz do niego na pewien czas, a tam
nic ci już nie będzie grozić.
Nie można powiedzieć, żeby Sky nienawidził przedszkola czy jakoś
szczególnie go nie lubił, ale gdy go tam zamykano, traktował to jak
karę.
- Chcę się zobaczyć z mamą.
- Sky, twoja mama jest poza statkiem, więc teraz nie ma sensu zasięganie
jej opinii. Poza tym wiesz, że gdybyś ją zapytał, powiedziałaby to samo.
Byłeś nieposłuszny i musisz dostać nauczkę. - Zwrócił się do Constanzy,
kręcąc głową: - Ty zaś, młoda damo, przez pewien czas nie powinnaś się
bawić ze Skyem.
- My się nie bawimy - odparła Constanza, naburmuszona. - Rozmawiamy i eksplorujemy.
- Właśnie. - Ojciec westchnął. - I zapuszczacie się w zabronione rejony
statku. To nie może wam ujść na sucho. - Głos mu teraz zmiękł, jak
zawsze, gdy zamierzał omówić bardzo ważne sprawy. - Statek jest naszym
domem. Naszym jedynym rzeczywistym domem. I musimy czuć się tak,
jakbyśmy tu mieszkali. To znaczy czuć się bezpiecznie tam, gdzie należy
się czuć bezpiecznie, wiedząc równocześnie, gdzie niebezpiecznie jest
się zapuszczać. Nie dlatego, że są tam potwory czy inne takie bzdury,
ale dlatego, że czyhają tam niebezpieczeństwa... dorosłe
niebezpieczeństwa. Maszyneria i układy zasilania. Roboty i głębokie
szyby. Uwierzcie, widziałem, co się dzieje z ludźmi, którzy chodzą tam,
gdzie nie powinni. A są to zwykle wypadki bardzo nieprzyjemne.
Sky nie wątpił w słowa ojca. Tytus Haussmann, szef bezpieczeństwa na
statku - gdzie generalnie panowała polityczna i społeczna harmonia -
wykonywał zadania związane z wypadkami i sporadycznie z samobójstwami.
Ojciec zawsze oszczędzał Skyowi szczegółowych wyjaśnień, w jaki sposób
można zginąć na pokładzie statku takiego jak Santiago, ale Sky
nadrabiał to wyobraźnią.
- Bardzo mi przykro - powiedziała Constanza.
- Tak, jestem pewien, że jest ci przykro, ale to nie zmienia faktu, że
zaprowadziłaś mojego syna w zakazane rejony. Porozmawiam z twoimi
rodzicami i jestem przekonany, że nie będą zachwyceni. Teraz zmykaj do
domu, a za tydzień lub dwa zobaczymy, jak przedstawia się sytuacja.
Dobrze?
Skinęła głową i w milczeniu oddaliła się zakrzywionym korytarzem,
odchodzącym od skrzyżowania, gdzie nakrył ich Tytus. Do rodzinnego domu
miała stąd niedaleko - w istocie wszystkie części mieszkalne Santiago
znajdowały się blisko siebie, ale konstruktorzy tak to sprytnie
zaprojektowali, by żadna z dróg nie przechodziła w linii prostej, z wyjątkiem tuneli ewakuacyjnych i linii kolejki biegnącej w osi statku.
Wijące się korytarze publiczne dawały złudzenie, że statek jest znacznie
większy, niż był w rzeczywistości; dwie rodziny mogły mieszkać obok
siebie, ale miały wrażenie, że żyją w zupełnie innych rejonach.
Tytus odprowadził syna do ich kwatery. Sky żałował, że mama jest na
zewnątrz, gdyż wbrew temu, co twierdził ojciec, matczyne kary były
zwykle nieco łagodniejsze niż ojcowskie. Sky miał nadzieję, że mama
ukończyła przed czasem prace przy kadłubie i wróciła wcześniej ze swojej
zmiany, że już jest na pokładzie i powita ich, gdy dotrą do przedszkola.
Nigdzie jednak nie było po niej ani śladu.
- Wejdź - polecił Tytus. - Klaun się tobą zajmie. Za dwie, trzy godziny
wrócę, by cię wypuścić.
- Nie chcę tam wchodzić.
- Wiem. Gdybyś chciał, to nie byłaby kara.
Drzwi przedszkola się otworzyły, a Tytus popchnął lekko syna do środka,
sam nie przekraczając progu.
- Cześć, Sky - powiedział Klaun, który na niego czekał.
***
W przedszkolu było wiele zabawek, niektóre potrafiły prowadzić rozmowę w ograniczonym zakresie, a nawet przelotnie sprawiały wrażenie, że są
naprawdę inteligentne. Sky czuł, że zabawki skonstruowano z myślą o tym,
by mogły prowadzić interakcję z dziećmi o typowym spojrzeniu trzylatka
na świat. Skończywszy dwa lata, doszedł do wniosku, że są na ogół
prymitywne i głupie. Ale Klaun to co innego. W istocie nie był zabawką,
ale też nie pełną osobą. Klaun towarzyszył Skyowi, od kiedy Sky
pamiętał, zamknięty w przedszkolu, ale nie zawsze obecny. Klaun nie mógł
dotykać przedmiotów i nie pozwalał, by Sky go dotykał, a gdy Klaun
mówił, jego słowa dochodziły nie z tego miejsca, gdzie wydawało się, że
stoi.
To wcale nie oznaczało, że Klaun istniał tylko w jego wyobraźni, bez
zewnętrznego wpływu. Klaun widział wszystko, co dzieje się w przedszkolu, i sumiennie opowiadał rodzicom Skya, gdy ten zrobił coś
wymagającego nagany. To Klaun doniósł rodzicom, że Sky popsuł konia na
biegunach, że to nie była wina żadnej innej sprytnej zabawki - co Sky
usiłował rodzicom sugerować. Za tę zdradę go znienawidził, ale nie na
długo. Nawet Sky rozumiał, że Klaun jest - poza Constanzą - jego jedynym
prawdziwym przyjacielem i że rozumie wiele spraw, które są poza
zasięgiem Constanzy.
- Cześć - powiedział Sky żałośnie.
- Widzę, że zostałeś tu zesłany za wizytę u delfinów. - Klaun stał sam w pustym białym pokoju. Inne zabawki zostały starannie schowane. - Sky,
tego nie należało robić. Przecież mogłem ci pokazać delfiny.
- Ale nie te same. Nie rzeczywiste. Już mi je przedtem pokazywałeś.
- Ale nie w ten sposób. Popatrz!
Nagle obaj znaleźli się w łodzi na morzu pod niebieskim niebem; delfiny
pruły fale, w słońcu ich mokre grzbiety lśniły jak kamyki. Wrażenie, że
jest się na morzu, psuły tylko wąskie czarne okna na jednej ze ścian
pokoju.
W książce z opowiadaniami Sky znalazł kiedyś rysunek osoby podobnej do
Klauna: ubrana w bufiaste pasiaste szaty z wielkimi białymi guzikami,
miała komiczną, stale uśmiechniętą twarz w otoczce natapirowanych
pomarańczowych włosów, z nasadzonym na głowę pasiastym kapeluszem. Gdy
dotknął obrazka, książkowy klaun wykonywał te same ruchy i sztuczki,
jakie pokazywał Klaun przedszkolny. Sky pamiętał mgliście, że kiedyś
śmiechem i oklaskami reagował na triki Klauna, jakby najlepszym, co mógł
dostarczyć wszechświat, były te klaunowskie popisy.
Teraz nawet Klaun zaczynał go lekko nudzić. Dostosowywał się do Klauna,
ale ich wzajemne stosunki diametralnie się zmieniły i nie dało się już
tego odwrócić. Dla Skya Klaun stał się czymś, co należało zrozumieć i zanalizować. Rozpoznał, że Klaun jest czymś w rodzaju bąbelkowego
rysunku delfinów, projekcją wytworzoną nie z dźwięków, lecz ze światła.
W zasadzie nie stali teraz w łodzi. Pod stopami czuł podłogę tak samo
twardą i płaską jak wówczas, gdy ojciec pchnął go do środka. Sky nie
rozumiał dokładnie, jak tworzono iluzję, ale była niezwykle realistyczna
i nigdzie nie zauważało się ścian przedszkola.
- Czy Obły i inne delfiny w zbiorniku mają w sobie maszyny? - spytał
Sky. Skoro jest więźniem, równie dobrze może się czegoś nauczyć. -
Dlaczego?
- Pomagają delfinom skoncentrować ich sonary.
- Nie chodzi mi o to, po co są te maszyny, ale przede wszystkim, kto
wpadł na pomysł, żeby je delfinom zamontować.
- Aha. To na pewno Chimerycy.
- Kim oni są? Jadą z nami?
- Odpowiedź na ostanie pytanie brzmi: nie. Ale bardzo chcieli z nami
pojechać. - Głos Klauna był trochę za wysoki i drżący, niemal kobiecy,
ale zawsze cierpliwy. - Pamiętasz, Sky, gdy Flotylla opuszczała układ
Ziemi - gdy opuściła orbitę Merkurego i poleciała w przestrzeń
międzygwiezdną - wylatywała z układu, który formalnie był zaangażowany w wojnę. W tamtym czasie większość wrogich działań ustała, ale nie
uzgodniono ostatecznie warunków przerwania ognia i wszyscy nadal byli na
stopie wojennej, w każdej chwili gotowi wrócić do walki. Wiele środowisk
uznało, że ostatnie rozdziały wojny to ich ostatnia szansa, by coś
zmienić. Niektóre środowiska były w tym czasie zaledwie dobrze
zorganizowanymi grupami bandytów. Z pewnością tacy byli Chimerycy, a dokładniej mówiąc, ta frakcja Chimeryków, która stworzyła delfiny. W ogóle Chimerycy posunęli cyborgizację ku nowym rubieżom: łączyli siebie
i swoje zwierzęta z maszynami. Ta frakcja jeszcze dalej przesunęła
granice, tak że nawet potępili to Chimerycy głównego nurtu.
Sky słuchał i rozumiał. Klaun dobrze oceniał możliwości poznawcze Skya,
przedstawiał wszystko jasno, a równocześnie zmuszał chłopca do skupienia
uwagi na każdym słowie. Sky miał świadomość, że nie każdy trzylatek
zrozumiałby opowieść Klauna, ale to go wcale nie obchodziło.
- A delfiny?
- Zostały przez nich skonstruowane. W jakim celu, tego się nawet nie
domyślamy. Może do służby w wodnej piechocie podczas jakiejś planowanej
inwazji na ziemskie oceany? Albo były eksperymentem, którego nigdy nie
ukończono, zaniechano tego u schyłku wojny. W każdym razie jedna z rodzin delfinów została przejęta od Chimeryków przez agentów
Confederacion Sudamericana.
Sky wiedział, że ta organizacja zainicjowała budowę Flotylli.
Confederacion celowo pozostawała neutralna przez większą część wojny,
koncentrując się na realizacji celów szerszych, poza wąskim horyzontem
układu słonecznego. Zebrali garstkę sprzymierzeńców i zrealizowali
pierwszy w dziejach ludzkości poważny plan pokonania przestrzeni
międzygwiezdnej.
- Zabraliśmy ze sobą Obłego i inne delfiny?
- Tak, sądząc, że okażą się przydatne na Końcu Podróży. Ale znacznie
trudniejsze, niż się pozornie wydawało, było usunięcie wbudowanych przez
Chimeryków urządzeń wspomagających. Okazało się w końcu, że łatwiej je
zostawić na miejscu. Potem, gdy urodziło się następne pokolenie
delfinów, stwierdzono, że bez wspomagania nie potrafią się komunikować z dorosłymi osobnikami. Więc skopiowaliśmy te urządzenia i implantowaliśmy
młodym.
- Ale one przypłaciły to psychozą.
Klaun okazał lekkie zdziwienie i nie od razu udzielił odpowiedzi.
Później Sky się dowiedział, że w takich chwilach zamrożenia Klaun
zasięgał rady u rodziców Skya lub u innych dorosłych.
- Tak - odparł Klaun wreszcie. - Ale to nie była całkowicie nasza wina.
- Jak to? Nie nasza wina, że trzymamy je w niewoli w paru metrach
sześciennych wody?
- Zapewniam cię, że ich obecne warunki życia są znacznie lepsze niż w laboratoriach doświadczalnych Chimeryków.
- Ale te delfiny chyba tego nie pamiętają?
- Zapewniam cię, że są szczęśliwsze.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem Klaunem. - Maska jego nieustannie uśmiechniętej twarzy
rozciągnęła się do jeszcze bardziej wyszczerzonego uśmiechu. - Klauny
zawsze wiedzą.
Sky już chciał go zapytać, co dokładnie ma na myśli, gdy zobaczył
rozbłysk. Jasny i nieoczekiwany; zupełnie cichy. Światło biło z pasa
okien w ścianie. Gdy Sky mrugnął, nadal widział na siatkówce powidok
okna - ostro zarysowany różowy prostokąt.
- Co się stało? - spytał, mrugając.
Coś niedobrego działo się z Klaunem, a w zasadzie z całym widokiem. W chwili błysku Klaun został rozciągnięty i zdeformowany we wszystkich
kierunkach, rozmazany po ścianach, a wyraz twarzy mu zamarł. Łódź, w której stali - tak się przynajmniej wydawało - zakrzywiła się w dziwacznie zniekształconej perspektywie. Było tak, jakby cała scena
została namalowana gęstą mokrą farbą, którą ktoś przedtem zmieszał
patykiem.
Klaun nigdy przedtem do czegoś podobnego nie dopuścił.
Źródło oświetlenia pokoju - jarzące się obrazy na ścianach - pociemniało
i zgasło. Nie było żadnego światła, z wyjątkiem słabej mlecznej poświaty
z wysoko umieszczonego okna. Ale po chwili nawet to zgasło i Sky został
sam w całkowitych ciemnościach.
- Klaunie?! - zawołał najpierw spokojnie, potem bardziej natarczywie.
Odpowiedź nie nadeszła. Sky poczuł coś dziwnego i niemiłego. Wrażenie
dochodziło z wnętrza jego samego - wzbierający strach, typowy dla
reakcji trzylatka na podobną sytuację, a nie dla powierzchownej
dorosłości i elokwencji, dystansującej Skya od innych dzieci w jego
wieku. Nagle stał się malcem opuszczonym w ciemnościach; nie rozumiał,
co się stało.
Znów zawołał Klauna, z desperacją w głosie, mając świadomość, że Klaun
dawno by odpowiedział, gdyby to było możliwe. Nie - Klaun zniknął. Jasne
przedszkole stało się teraz ciemne i - właśnie! - zimne. Sky nie słyszał
żadnych dźwięków, nawet zwykłych odgłosów Santiago.
Zaczął pełznąć, aż dotarł do ściany; potem ruszył wokół pokoju, usiłując
znaleźć drzwi. Ale te, gdy były szczelnie zamknięte, tworzyły ze ścianą
jednolitą powierzchnię i dziecko nie potrafiło wyczuć nawet tej cienkiej
jak włos szczeliny, która mogłaby zdradzić ich położenie. Nie było
wewnętrznej rączki ani sterownika, gdyż - o ile Skya nie karano
zamknięciem - normalnie to Klaun otwierał drzwi na jego prośbę.
Sky usiłował odpowiednio zareagować, ale wbrew woli zaczął płakać, czego
nie robił od czasu, gdy był znacznie młodszy.
Płakał i płakał, tarł powieki i wreszcie zabrakło mu łez. Oczy go
piekły.
Znów przywołał Klauna, potem uważnie nasłuchiwał. I nic. Próbował
krzyczeć, ale i to zdało się na nic. Po pewnym czasie rozbolało go
gardło i ochrypł.
Prawdopodobnie pozostawał sam zaledwie przez dwadzieścia minut, ale czas
mu się wydłużył do godziny, potem do dwóch, wreszcie do wielogodzinnej
tortury. W każdym razie wydawało mu się, że trwa to niesłychanie długo,
a ponieważ nie rozumiał przyczyn swego żałosnego położenia - zastanawiał
się, czy może ojciec bez uprzedzenia nałożył na niego poważniejszą karę
- miał wrażenie, że wieczność. Potem nawet podejrzenie, że Tytus
specjalnie nasłał to na niego, wydało mu się nieprawdopodobne. Cały
drżał, a jego umysł podążał przerażającymi ścieżkami: Sky wyobraził
sobie, że przedszkole zostało odłączone od statku i teraz oddala się od
Santiago - nawet od całej Flotylli - i zanim ktokolwiek się
zorientuje, będzie za późno, by cokolwiek zrobić; albo że potwory
napadły na statek i po cichu wykończyły wszystkich, a on jest jedyną
osobą, której jeszcze nie znalazły, ale to tylko kwestia czasu...
Od jednej ze ścian pokoju dobiegło skrobanie.
To byli dorośli. Chwilę pracowali przy drzwiach, nim skłonili je do
otwarcia. Wtedy do pomieszczenia wdarł się snop bursztynowego światła.
Ojciec Skya wszedł pierwszy, za nim czterech czy pięciu dorosłych,
których nazwisk Sky nie znał. Wysokie, ciemne i pochylone postacie z latarkami. W ich świetle twarze ludzi wydawały się szare, posępne, jak
oblicza królów z bajek dla dzieci. Do pokoju wdarło się powietrze -
chłodniejsze niż zwykle. Sky zadrżał. Oddechy mężczyzn przybierały
kształt smoków.
- Nic mu nie jest - powiedział ojciec do jednego z ludzi.
- Dobrze, Tytusie - odparł tamten. - Zaprowadźmy go w bezpieczne
miejsce. Potem będziemy dalej przeszukiwać statek.
- Schuyler, chodź do mnie! - Ojciec przyklęknął, rozwarł ramiona. -
Choć, synku. Nic ci nie grozi. Nie masz się czego bać. Płakałeś?
- Klaun zniknął. - Skyowi udało się wykrztusić te dwa słowa.
- Klaun? - spytał jeden z mężczyzn.
Ojciec odwrócił się do niego.
- To tylko podstawowy program edukacyjny przedszkola. Nieistotny dla
systemu, więc został zakończony jako pierwszy.
- Spraw, żeby Klaun wrócił, proszę - błagał Sky.
- Później - odparł ojciec. - Klaun... odpoczywa. Wróci szybko. A ty,
synku, chciałbyś na pewno coś zjeść i się napić.
- Gdzie mama?
- Jest... - Ojciec się zawahał. - Teraz nie może tu przyjść, Schuyler, ale
przesyła ci ucałowania.
Sky zobaczył, jak jeden z mężczyzn położył ojcu rękę na ramieniu.
- Będzie najbezpieczniejszy z innymi dziećmi w głównym żłobku.
- On nie jest taki jak inne dzieci - odparł ojciec.
Teraz powiedli go w chłód. Cały korytarz za przedszkolem tonął w ciemnościach, poza małymi krążkami światła latarek.
- Co się stało? - spytał Sky. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że to
nie tylko jego mały mikrokosmos się popsuł. To, co się stało, dotknęło
również świata dorosłych. Nigdy wcześniej nie widział statku w takim
stanie.
- Coś bardzo, bardzo złego - oznajmił ojciec.
Pięć
Pięć
Wygrzebywałem się z wysiłkiem ze snu o Skyu Haussmannie i przez chwilę
zdawało mi się, że nadal jestem w innym śnie, w którym dominowało
przerażające poczucie straty i dezorientacji.
Potem uświadomiłem sobie, że to wcale nie sen.
Byłem zupełnie rozbudzony, ale część mojego umysłu głęboko spała; ta
część, która przechowywała pamięć i tożsamość, i pocieszającą
świadomość, jak to się stało, że się właśnie tu znalazłem; przechowywała
wszelkie połączenia z przeszłością. Jaką przeszłością? Oczekiwałem, że
spojrzę wstecz i w jakimś momencie zobaczę wyraźne szczegóły - nazwisko,
wskazówkę, kim jestem - ale to było jak próba skupienia wzroku w gęstej
mgle.
Potrafiłem jednak nazwać niektóre rzeczy - nie straciłem mowy. Leżałem
na twardym łóżku, pod cienkim brązowym kocem z dzianiny. Czułem się
rześki i wypoczęty, a równocześnie zupełnie bezradny. Rozejrzałem się -
nie dostrzegłem niczego znajomego; nic mi tu nie pasowało. Uniosłem
rękę, przyjrzałem się liniom żył na wierzchu dłoni - widok odrobinę
mniej obcy.
Dość dobrze pamiętałem zadziwiająco wyraziste szczegóły snu. Nie był to
sen taki jak inne - niespójne, ze zmienną perspektywą i niekonsekwentną
logiką - a raczej fragment liniowo przedstawionego dokumentu. Tak jakbym
towarzyszył Skyowi Haussmannowi. Nie widziałem wydarzeń z jego punktu
widzenia, tylko szedłem za nim jak obsesyjny duch.
Coś mnie zmusiło do odwrócenia ręki.
Pośrodku dłoni widniała regularna rdzawa plama krwi. Obejrzałem
prześcieradło: na nim również dostrzegłem plamki zaschniętej krwi.
Musiałem je pobrudzić podczas snu.
We mgle coś się skrystalizowało: wspomnienie prawie się określiło.
Nagi wstałem z łóżka. Znajdowałem się w pomieszczeniu o nierównych
ścianach - nie było wykute w skale, lecz raczej uformowane z wysuszonej
gliny i pomalowane olśniewająco białą farbą. Przy łóżku stały stołek i mała szafka; oba meble z drewna, którego gatunku nie rozpoznałem. Jedyną
ozdobę pokoju stanowił mały brązowy wazon w niszy w ścianie.
Patrzyłem na wazon.
Coś mnie w nim przerażało i choć wiedziałem, że jest to uczucie
irracjonalne, nic na to nie mogłem poradzić. Może mam uszkodzony system
nerwowy? - zapytałem sam siebie. Nadal władasz językiem, ale jest coś
zasadniczo pochrzanionego w twoim układzie limbicznym, czy jak się tam
nazywa część mózgu odpowiedzialna za stary ssaczy wynalazek zwany
strachem. Ale gdy znalazłem centrum swego strachu, zrozumiałem, że wcale
nie o wazę chodzi.
Tylko o wnękę.
Coś się w niej ukrywa, coś strasznego. Uświadomiłem to sobie i ogarnęła
mnie histeria. Serce mi zaczęło walić. Musiałem wydostać się z pokoju.
Uciec od tej rzeczy, która - jak wiedziałem - nie miała sensu, ale
mroziła mi krew. W jednej ze ścian pokoju znajdowały się otwarte drzwi
prowadzące "na zewnątrz" - cokolwiek to znaczyło.
Przekroczyłem je.
Stopą dotknąłem trawy. Stałem na małym, wilgotnym, równo przyciętym
trawniku, otoczonym z dwóch stron krzakami i skałami. Chata, w której
się obudziłem, była teraz za mną, osadzona w skalistym wzgórzu z bujnymi
krzakami, które groziły tym, że na nią spadną. Ale skała stale się
wznosiła, stawała coraz bardziej stroma - wreszcie pionowa, a potem znów
się zakrzywiała zielonym łukiem, więc zieleń przypominała chiński
szpinak przyklejony do ścianek misy. Trudno było ocenić odległość, ale
sklepienie tego świata musiało być około kilometra nad moją głową. Z czwartej strony grunt nieco opadał, po czym podejmował wspinaczkę po
drugiej stronie tej miniaturowej doliny. Stale się wznosił, aż spotykał
się z terenem, który miałem za plecami.
Po lewej i prawej, za roślinnością i skałą, widziałem odległe krańce
końca świata, rozmyte i niebieskawe z powodu warstwy powietrza. Na
pierwszy rzut oka wydawało się, że to habitat w kształcie bardzo
długiego walca, ale nie: boki spotykały się na obu krańcach, co
sugerowało, że konstrukcja ma kształt wrzeciona - dwa stożki złączone
podstawami - a moja chata stoi gdzieś w pobliżu największej szerokości.
Przeczesałem pamięć w poszukiwaniu informacji dotyczących projektowania
habitatów, ale uzyskałem jedynie dręczące wrażenie, że w tej konstrukcji
jest coś niezwykłego.
Wzdłuż habitatu biegło gorące biało-niebieskie włókno, rodzaj zamkniętej
plazmowej rury, która mogła przygasać i ciemnieć, symulując zachody
słońca i mrok. Soczystą zieleń kontrapunktowały małe wodospady i skalne
urwiska, wkomponowane artystycznie jak elementy japońskiej akwareli. Na
dalekim końcu świata zobaczyłem macierz pikseli: ozdobne piętrowe
ogrody, mozaikę różnorodnych upraw. Tu i tam rozrzucono białe kamyki
innych chat; gdzieniegdzie stały większe domy i siedziby. Wzdłuż obrzeża
doliny wiły się kamienne drogi, łączące chaty i skupiska domów. W pobliżu wierzchołków dwóch stożków, przy osi obrotu habitatu, wrażenie
ciążenia musiało być słabsze. Sądziłem, że to właśnie potrzeba takiego
zjawiska wpłynęła decydująco na projekt habitatu.
Gdzie ja jestem? - zastanawiałem się. Nagle z poszycia wypełzła jakaś
istota i ruszyła w stronę polany na skomplikowanym zestawie
wielosegmentowych metalowych nóg. Dłoń sama zacisnęła mi się na
nieistniejącym pistolecie, jakby mięśnie spodziewały się, że go tam
znajdą.
Maszyna się zatrzymała, tykając. Na pajęczych nogach był osadzony
zielony owalny gładki tułów; miał tylko rysunek świecącej niebieskiej
śnieżynki.
Cofnąłem się.
- Tanner Mirabel? - Głos pochodził z maszyny, ale przypuszczałem, że nie
należy do robota, gdyż brzmiał ludzko, po kobiecemu i niezbyt pewnie.
- Nie wiem.
- Rety, mój castellano nie jest... - To ostatnie powiedziała w norte, ale
zaraz przeszła na język, jakim ja mówiłem. Jej słowa brzmiały jeszcze
bardziej niepewnie niż przedtem. - Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Nie
mam wielkiej praktyki w castellano. Jestem... mam nadzieję, że
rozpoznajesz swoje imię, Tanner. Tanner Mirabel, to znaczy pan Mirabel.
Rozumiesz?
- Tak - odparłem. - Ale możemy rozmawiać w norte, jeśli ci tak
wygodniej. Jeśli zniesiesz chropowatość moich zdań.
- Mówisz bardzo dobrze w obu językach. Nie masz nic przeciwko temu, że
będę cię nazywać Tanner?
- Obawiam się, że mogłabyś mnie nazywać dowolnym imieniem.
- Ach, więc występują objawy amnezji. Mam rację?
- Przyznam, że nawet spore.
Usłyszałem westchnienie.
- Cóż, po to tu jesteśmy. Właśnie po to. Oczywiście nie życzymy tego
naszym klientom, ale jeśli, Boże broń, przydarzy im się coś takiego, to
są w najbardziej odpowiednim miejscu. Oczywiście i tak nie mają
wielkiego wyboru... Rety, jak zawsze odbiegam od tematu. Na pewno jesteś i tak zdezorientowany bez mojej gadaniny. Nie przypuszczaliśmy, że się tak
szybko obudzisz. I dlatego, rozumiesz, nikt cię tu nie przywitał. -
Westchnienie, tym razem bardziej rzeczowe, jakby miała przystąpić do
pracy. - A więc nie grozi ci niebezpieczeństwo, ale lepiej będzie,
Tanner, gdy na razie zostaniesz w domu, aż ktoś do ciebie przyjdzie.
- Dlaczego? Co mi dolega?
- Przede wszystkim jesteś zupełnie nagi.
Przyznałem jej rację.
- A ty nie jesteś robotem, prawda? Wybacz, na ogół tak nie postępuję.
- Nie musisz się usprawiedliwiać, naprawdę. Masz prawo być
zdezorientowany. Przecież przez długi czas spałeś. Mogło to nie wywołać
żadnych negatywnych fizycznych skutków... nawet widzę, że nie wywołało... -
Zamilkła. Potem, jakby wyrwana z marzeń, w których się zatopiła,
kontynuowała: - Ale umysłowo, no cóż... należy się spodziewać
przejściowego zaniku pamięci, który występuje znacznie częściej, niż oni
nam wmawiają.
- Cieszę się, że użyłaś określenia "przejściowy".
- No... zwykle.
Uśmiechnąłem się. Czy to z jej strony poczucie humoru, czy po prostu
fakt statystyczny?
- A skoro już o tym mówimy, to jacy "oni"?
- Ci, co cię tu przywieźli. Ultrasi.
Dotknąłem trawy. Zgniotłem w palcach liść; na kciuku powstała zielona
miazga. Powąchałem ją. Jeśli to symulacja, to jest nadzwyczaj
szczegółowa. Nawet taktycy wojenni byliby pod wrażeniem.
- Ultrasi?
- Przybyłeś tu na ich statku. Na czas podróży zostałeś zamrożony. Teraz
masz amnezję rozmrożeniową.
To określenie spowodowało, że część mojej przeszłości wskoczyła w niewyważony sposób na miejsce. Ktoś mi już kiedyś mówił o amnezji
rozmrożeniowej - zupełnie niedawno albo bardzo dawno temu. Wydawało się,
że obie te wersje są prawdziwe. Mówił mi o niej scyborgizowany załogant
statku.
Usiłowałem sobie przypomnieć jego słowa, ale miałem wrażenie, że znów
wędruję po omacku w szarej mgle, choć tym razem wyczuwam w niej jakieś
obiekty, postrzępione fragmenty pamięci, łuskowate skamieniałe drzewa,
wyciągające sztywne gałęzie, by znaleźć połączenie z teraźniejszością.
Wcześniej czy później natknę się na większy gąszcz.
Teraz pamiętałem tylko zapewnienia, że cokolwiek ze mną zrobią, nie
doznam żadnych nieprzyjemnych urazów. Amnezja rozmrożeniowa to jak
współczesna bajka o żelaznym wilku; występuje znacznie rzadziej, niż się
powszechnie uważa. Ale przecież prawda - że szczątkowa amnezja jest
zjawiskiem niemal normalnym - nie sprzyjałaby interesom.
- Raczej się tego nie spodziewałem - stwierdziłem.
- To może dziwne, ale prawie nikt się tego nigdy nie spodziewa. Trudne
przypadki to te, gdy ktoś nawet nie pamięta, że kiedykolwiek miał do
czynienia z Ultrasami. U ciebie nie jest chyba aż tak źle?
- Nie - przyznałem. - I dzięki temu czuję się znacznie lepiej.
- Dzięki czemu?
- Dzięki świadomości, że jakiś biedny drań ma gorzej ode mnie.
- Hmm - mruknęła z dezaprobatą. - Nie jestem pewna, Tanner, czy to
odpowiednie nastawienie. Z drugiej strony niedługo będziesz zdrów jak
ryba. Wkrótce. A teraz może byś wrócił do domu? Znajdziesz tam jakieś
pasujące ubranie. Nie jesteśmy tu w hospicjum pruderyjni, ale w takim
stroju zamarzniesz na śmierć.
- Wierz mi, nie zrobiłem tego umyślnie.
Zastanawiałem się, jak oceniłaby moje szanse na wyleczenie, gdybym jej
powiedział, że z domu wygnało mnie przerażenie na widok detalu
architektonicznego.
- Oczywiście - odparła. - Ale włóż ubranie, a jeśli ci się nie spodoba,
zawsze możemy dać ci coś innego. Wrócę niedługo, żeby zobaczyć, jak się
czujesz.
- Dziękuję. A kim ty jesteś?
- Ja? Och, nikim szczególnym. Malutkim trybikiem w niezwykle wielkiej
maszynie, tak bym to określiła. Jestem siostra Amelia.
Zatem nie przesłyszałem się, gdy powiedziała "hospicjum".
- A gdzie my właściwie jesteśmy, siostro Amelio?
- To jasne. Jesteś w Hospicjum Idlewild, pod opieką Świętego Zakonu
Lodowych Żebraków. Niektórzy ludzie nazywają to Hotelem Amnezja.
***
Nic mi to nie mówiło. Nigdy nie słyszałem nazwy Hotel Amnezja ani
bardziej formalnego określenia tego przybytku, nie mówiąc już o Świętym
Zakonie Lodowych Żebraków.
Wróciłem do chaty; robot szedł za mną w uprzejmej odległości. Podszedłem
do drzwi i przystanąłem. To głupie, ale choć poza domem mogłem się
pozbyć obaw, wracały z równą siłą, gdy tylko się tu zbliżyłem. Patrząc
na niszę, widziałem, jak emanuje z niej utajone zło, jakby coś się tam
zwinęło i czyhało, obserwując mnie wrogo.
- Włóż ubranie i zabieraj się stąd - powiedziałem do siebie głośno w castellano. - Gdy wróci Amelia, powiesz jej, że są ci potrzebne badania
neurologiczne. Zrozumie. Takie rzeczy muszą się tu ciągle zdarzać.
W szafie czekało na mnie ubranie. Obejrzałem je: żadnej sztuki nie
rozpoznawałem. Proste, nic wyrafinowanego, czuło się, że to ręczna
robota. Czarny sweter z wycięciem w serek; workowate spodnie bez
kieszeni; para miękkich butów, odpowiednich najwyżej do człapania po
polance. Ubrania pasowały na mnie doskonale, ale nawet w tym było coś
nieprawidłowego, jakby bardzo się różniły od tego, w czym zwykle
chodziłem.
Pogrzebałem głębiej w szafie, z nadzieją, że odkryję coś osobistego, ale
poza ubraniami nic nie znalazłem. Zdezorientowany usiadłem na łóżku i zacząłem się ponuro wpatrywać w ścianę, aż moje spojrzenie ześlizgnęło
się na małą wnękę. Po latach przebywania w stanie zamrożonym chemia
mojego umysłu wracała prawdopodobnie do jakiejś równowagi, a tymczasem
dostałem próbkę tego, jak wygląda psychotyczny strach. Najbardziej
pragnąłem zwinąć się, odciąć świat od swych zmysłów. Od zupełnego
szaleństwa powstrzymywało mnie wewnętrzne przekonanie, że spotkałem się
już z gorszymi sytuacjami - niebezpieczeństwami równie przerażającymi
jak to, co mój psychotyczny umysł widział w pustej wnęce - i że je
przeżyłem. Cóż, że w tej chwili nie potrafiłem przywołać w umyśle
żadnego konkretnego zdarzenia. Wystarczyła wiedza, że się to wydarzyło i że jeśli teraz zawiodę, sprzeniewierzę się tej nieodsłoniętej części
mojej osobowości, która pozostawała zupełnie zdrowa i być może wszystko
pamiętała.
Na Amelię nie czekałem długo.
Zaczerwieniona nie mogła złapać tchu, jakby odbyła szybką wspinaczkę z dna doliny lub z wąwozu, który widziałem po przebudzeniu. Gdy wchodziła
do chaty, uśmiechała się jednak, jakby ten wysiłek fizyczny sprawił jej
radość. Miała na sobie czarny habit z barbetem, na szyi na łańcuchu
zwisał płatek śniegu. Spod habitu wyglądały zakurzone buty.
- Jak ci odpowiada ubranie? - spytała, kładąc dłoń na owalnej głowie
robota. Może chciała się o coś oprzeć, a może okazać mu przywiązanie.
- Bardzo dobrze pasuje. Dziękuję.
- Jesteś tego pewien? Możemy zmienić, to żaden kłopot. Musisz je tylko
zrzucić i... w mgnieniu oka je zmienimy. - Uśmiechnęła się.
- Pasuje - odparłem, przyglądając się jej uważnie. Była bardzo blada,
tak bladej osoby jeszcze nie widziałem. Oczom prawie brakowało pigmentu,
brwi były tak cienkie, jakby narysował je doświadczony kaligraf.
- To dobrze - odparła chyba nie całkiem przekonana. - Czy coś jeszcze
sobie przypominasz?
- Wydaje mi się, że pamiętam, skąd pochodzę. To na początek, jak sądzę.
- Nie próbuj poganiać tego procesu. Duscha - nasza specjalistka neurolog
- twierdzi, że wkrótce zaczniesz sobie przypominać, ale nie powinieneś
się martwić, jeśli to trochę potrwa.
Amelia usiadła na krańcu łóżka, gdzie jeszcze przed kilkoma minutami
spałem. Odwróciłem koc, by ukryć plamki krwi z mojej dłoni. Z jakiegoś
powodu wstydziłem się tego, co się stało, i usiłowałem ukryć przed
Amelią ranę dłoni.
- Szczerze mówiąc, sądzę, że to może potrwać dość długo.
- Ale pamiętasz, że to Ultrasi cię tu przywieźli? Mówiłam już, że wiele
osób nawet tego nie jest w stanie sobie przypomnieć. A pamiętasz, skąd
pochodzisz?
- Wydaje mi się, że ze Skraju Nieba.
- Tak. 61 Cygni A.
Skinąłem głową.
- Ale my zawsze nazywaliśmy nasze słońce Łabędziem. Bardziej swojsko.
- Tak, też słyszałam, jak inni w ten sposób mówią. Powinnam pamiętać
takie szczegóły, ale mamy tu ludzi ze wszystkich stron. Czasami dostaję
kręćka, usiłując prześledzić, gdzie co jest i co jest czym.
- Zgadzam się z tobą, ale nadal nie wiem, gdzie jestem. Nie będę miał
pewności, dopóki nie wróci mi pamięć. Chyba nigdy nie słyszałem tej
nazwy, którą wymieniłaś...
- Lodowi Żebracy?
- Nie wywołuje u mnie żadnych skojarzeń.
- To zrozumiałe. Nie sądzę, żeby zakon pojawiał się w układzie Skraju
Nieba. Przebywamy tylko w układach, które są większymi ośrodkami wymiany
z innymi.
Chciałem zapytać, jaki układ ma na myśli, ale zakładałem, że wróci do
tego w odpowiednim czasie.
- Sądzę, Amelio, że musisz mi powiedzieć więcej.
- Dobrze. Wybacz tylko, że zabrzmi to jak wykład. Nie jesteś pierwszą
osobą, której to wyjaśniam, i obawiam się, że nie ostatnią.
Jako zakon Żebracy istnieli około stu pięćdziesięciu lat - początki
sięgają połowy dwudziestego czwartego wieku. Mniej więcej w tym samym
czasie loty międzygwiezdne wyrwały się spod wyłącznej kontroli rządów i wielkich mocarstw i stały zjawiskiem niemal powszechnym. W tym czasie
Ultrasi zaczęli tworzyć odrębną grupę ludzką - nie tylko obsługiwali
statki, lecz również spędzali na pokładzie całe życie, dzięki dylatacji
czasu rozciągnięte poza granice trwania normalnego ludzkiego pokolenia.
Za opłatą rozwozili pasażerów między układami gwiezdnymi, ale niekiedy
szli na łatwiznę, jeśli chodzi o jakość usług: obiecywali dowieźć ludzi
do konkretnego miejsca, a lądowali w zupełnie innym układzie,
pozostawiając podróżnych lata świetlne od zamierzonego celu. Niekiedy
ich urządzenia chłodnego snu były tak stare i źle konserwowane, że po
przylocie na miejsce pasażerowie budzili się bardzo postarzali lub z umysłami całkowicie wymazanymi.
W niszę rynkową weszli Lodowi Żebracy - założyli swoje filie w kilkudziesięciu układach, oferując pomoc uśpionym, których ożywienie nie
przebiegło całkiem gładko. Zajęli się nie tylko pasażerami statków
kosmicznych. Duża część zleceń dotyczyła ludzi, którzy, uśpieni na
dziesięciolecia w kriokryptach, przeskoczyli okresy recesji ekonomicznej
czy niepokojów politycznych. Często po obudzeniu okazywało się, że ich
oszczędności stopniały, majątki skonfiskowano, a pamięć uszkodzono.
- Teraz na pewno mi powiesz, gdzie tu jest haczyk.
- Jedno musisz zrozumieć na samym początku - odparła Amelia. - Nie ma
haczyka. Zaopiekujemy się tobą, dopóki na tyle nie wydobrzejesz, by stąd
wyjść. Jeśli zechcesz odejść wcześniej, nie będziemy cię zatrzymywać, a jeśli postanowisz zostać dłużej, zawsze przyda się w polu para rąk. Gdy
opuścisz Hospicjum, nic nam nie będziesz dłużny i nie będziemy się z tobą kontaktować bez twojej woli.
- Jak wam się to wszystko opłaca?
- Jakoś dajemy sobie radę. Wielu naszych pacjentów po wyleczeniu czyni
dobrowolne donacje, ale nie wymagamy tego. Koszty naszej działalności są
nadzwyczaj niskie i nigdy nie mieliśmy długów za budowę Idlewild.
- Taki habitat nie mógł być tani.
Wszystko przecież kosztuje, nawet materia ukształtowana przez zastępy
nierozumnych, powielających się robotów.
- Znacznie tańszy, niż przypuszczasz, choć musieliśmy iść na kompromisy
co do podstawowej konstrukcji.
- Chodzi o ten dziwny wrzecionowaty kształt?
- Pokażę ci, kiedy się lepiej poczujesz. Wtedy zrozumiesz. - Kazała
robotowi nalać wody do szklaneczki. - Wypij. Na pewno jesteś spragniony.
Przypuszczam, że chciałbyś się czegoś więcej o sobie dowiedzieć. Na
przykład, jak się tu dostałeś i gdzie jest to miejsce.
Z wdzięcznością wypiłem wodę. Miała dziwny obcy smak, ale nie był
nieprzyjemny.
- Najwyraźniej nie jestem w układzie Skraju Nieba. A to miejsce musi być
w pobliżu jednego z ośrodków ruchu statków, bo nie umieścilibyśmy go
tutaj.
- Tak. Jesteśmy w układzie Yellowstone, wokół Epsilon Eridani. -
Obserwowała, jak zareaguję. - Nie jesteś zbyt zdziwiony.
- Czegoś takiego się spodziewałem. Nie pamiętam tylko, co mnie tu
przywiodło.
- Pamięć wróci. W pewnym sensie masz szczęście. Niektórzy z naszych
klientów czują się doskonale, ale są zbyt biedni, by pozwolić sobie na
emigrację do właściwego układu. Umożliwiamy im zarobienie tu niedużych
pieniędzy, by w końcu mogli pokryć koszty transportu do Pasa Złomu. Albo
załatwiamy im staż w jakiejś innej organizacji; to szybszy sposób, choć
zwykle znacznie mniej przyjemny. Ty nie musisz robić ani tego, ani tego.
Mam wrażenie, że jesteś osobą zamożną, sądząc po funduszach, jakie
przywiozłeś. Oraz tajemniczą. Może to dla ciebie nie ma znaczenia, ale
opuściłeś Skraj Nieba jako bohater.
- Ja?
- Tak. Był wypadek, a ty przyczyniłeś się do uratowania sporej grupy
ludzi.
- Nic nie pamiętam.
- A Nueva Valparaiso? Tam się to wydarzyło.
Nazwa coś mi mgliście przypominała, jak ledwo znany odnośnik do książki
przeczytanej wiele lat temu. Ale oba jej główne elementy, zarówno
przebieg akcji, jak i główni bohaterowie - nie mówiąc o zakończeniu -
wydawały mi się dość enigmatyczne. Wpatrywałem się w mgłę.
- Żałuję, ale nadal nic nie pamiętam. Powiedz mi, jak tu się dostałem.
Jak się nazywał statek?
- Orvieto. Wyleciał z twojego układu około piętnastu lat temu.
- Musiałem mieć jakieś ważne powody, by się na nim znaleźć. Podróżowałem
sam?
- O ile wiemy, tak. Nadal obrabiamy cargo statku. Na pokładzie było
dwadzieścia tysięcy uśpionych. Dotychczas ogrzano zaledwie jedną
czwartą. Nie ma pośpiechu. Jeśli ktoś zamierzał spędzić piętnaście lat w podróży kosmicznej, to kilka tygodni opóźnienia z początku czy na końcu
nie ma wielkiego znaczenia.
To dziwne, ale, choć nie potrafiłem tego sprecyzować, czułem, że jest
coś, co należy pilnie zrobić. Jakbym budził się ze snu, którego
szczegółów nie pamiętałem, ale przez który byłem potem wiele godzin
podenerwowany.
- Powiedz, co wiesz o Tannerze Mirabelu.
- Mniej, niżbyśmy chcieli. Ale to nie powinno cię niepokoić. Twój świat
wojuje, Tanner. Już od stuleci. Załączona dokumentacja jest równie
niedokładna, jak nasza własna, a Ultrasi niezbyt interesują się tym,
kogo wiozą, byle dostali za to pieniądze.
Nazwisko wydało się znajome, jak stara rękawiczka. Dobre połączenie z imieniem. Tanner to imię robotnika, ostre i rzeczowe, imię kogoś, kto
kończy robotę. Mirabel - przeciwnie - pobrzmiewało lekkimi pretensjami
do arystokratyczności.
Z takim nazwiskiem mogłem iść przez życie.
- Dlaczego wasze własne zapisy są niejasne? Nie powiesz, że tutaj też
mieliście wojnę.
- Nie - odparła Amelia ostrożnie. - Nie. Było w tym coś naprawdę innego.
Dlaczego? Przez chwilę mówiłeś tak, jakbyś był z tego zadowolony.
- Może kiedyś byłem żołnierzem - odparłem.
- Uciekłeś od okropności wojny po dokonaniu jakiegoś niewyobrażalnego
okrucieństwa?
- Czy ja wyglądam na kogoś zdolnego do okrucieństw?
Uśmiechnęła się, ale na jej twarzy nie widziałem wesołości.
- Nie uwierzyłbyś, Tanner, ale przewijają się tu ludzie wszelkiej maści.
Różni, przeróżni. A wygląd nie ma nic do rzeczy... Zaraz, zaraz, w twoim
domu nie ma lustra? Nie widziałeś się jeszcze po przebudzeniu?
Pokręciłem głową.
- W takim razie chodź ze mną. Mały spacer dobrze ci zrobi.
***
Z chaty poszliśmy dróżką do doliny. Robot Amelii popędził przed nami jak
podekscytowany szczeniak. Dziewczyna obchodziła się swobodnie z maszyną,
ale mnie robot wprawiał w zakłopotanie. Tak samo bym się czuł, gdyby
spacerowała z jadowitym wężem. Pamiętam swoją reakcję, gdy po raz
pierwszy mi się ukazał, i odruchowo sięgnąłem po broń. Nie był to gest
teatralny, tylko wyuczone działanie. Prawie czułem ciężar
nieistniejącego pistoletu, dokładny kształt kolby w dłoni. Tuż pod
powierzchnią świadomości skrywała się podpierająca struktura sprawności
strzeleckiej.
Znałem pistolety. I nie lubiłem robotów.
- Opowiedz mi coś więcej o moim przybyciu.
- Jak wspomniałam, przywiózł cię tu Orvieto - wyjaśniła Amelia. - Jest
w układzie, bo nadal go rozładowujemy. Pokażę ci go, jeśli chcesz.
- Myślałem, że zamierzasz pokazać mi lustro.
- Dwa wróble za jednym strzałem, Tanner.
Ścieżka schodziła głębiej, wijąc się w ciemnym, ocienionym wąwozie z baldachimem splątanej zieleni. To musiała być ta mała dolina, którą
widziałem poniżej domku.
Amelia miała rację. Całe lata zajęło mi dotarcie tutaj, więc kilka dni
poświęconych odzyskiwaniu pamięci to nieistotny dodatek. Jednakże na
pewno nie miałem cierpliwości. Od chwili, gdy się obudziłem, coś mnie
poganiało - wrażenie, że coś muszę zrobić, coś tak pilnego, że nawet
teraz kilka godzin różnicy mogło decydować o sukcesie czy porażce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki