Migotliwa wstęga. Przestrzeń Objawienia. Tom 0.5 - Alastair Reynolds

Kup ebooka

61.00 zł
51.85 zł (48,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Drogi Przybyszu!

Drogi Przy­by­szu!

Witamy w ukła­dzie Epsi­lon Eri­dani.

Mamy nadzieję, że mimo tego, co się wyda­rzyło, Twój pobyt tutaj okaże się przy­jemny. W doku­men­cie tym przed­sta­wiamy nie­które klu­czowe wyda­rze­nia naszej naj­now­szej histo­rii. W ten spo­sób pra­gniemy uła­twić Ci wej­ście w kul­turę, która istot­nie różni się od tej, jakiej ocze­ki­wa­łeś, wsia­da­jąc na sta­tek. Zwróć uwagę, że przed Tobą przy­byli tu inni. Dzięki ich doświad­cze­niu stwo­rzy­li­śmy ten doku­ment tak, by pomóc Ci zła­go­dzić szok wywo­łany dosto­so­wa­niem kul­tu­ro­wym. Prze­ko­na­li­śmy się, że kolo­ry­zo­wa­nie lub umniej­sza­nie prawdy o tym, co się stało - co na­dal się dzieje - jest wysoce szko­dliwe, naj­le­piej zaś - a opie­ramy to na sta­ty­stycz­nym bada­niu sytu­acji podob­nych do Two­jej - przed­sta­wić fakty otwar­cie i uczci­wie.

Prze­wi­du­jemy Twoją reak­cję: naj­pierw nie­do­wie­rza­nie, potem wście­kłość, wresz­cie zaprze­cze­nie.

Należy zda­wać sobie sprawę z tego, że to reak­cja nor­malna. Rów­nie ważne jest, byś sobie uświa­do­mił - nawet w tym wcze­snym sta­dium - że kie­dyś dosto­su­jesz się i pogo­dzisz z prawdą. Do tego czasu mogą upły­nąć dni, może nawet tygo­dnie lub mie­siące, ale - poza odosob­nio­nymi przy­pad­kami - chwila ta zawsze nad­cho­dzi. Gdy spoj­rzysz na to z per­spek­tywy, poża­łu­jesz, że nie zmu­si­łeś się do skró­ce­nia okresu doj­ścia do akcep­ta­cji. Zro­zu­miesz, że dopiero po zakoń­cze­niu tego pro­cesu stało się moż­liwe osią­gnię­cie cze­goś w rodzaju szczę­ścia.

Zacznijmy zatem pro­ces dosto­so­wa­nia.

Z powodu fizycz­nego ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści komu­ni­ka­cji w zakre­sie sko­lo­ni­zo­wa­nej prze­strzeni - które nie może prze­kro­czyć pręd­ko­ści świa­tła - wszel­kie wia­do­mo­ści z innych ukła­dów sło­necz­nych są natu­ral­nie prze­sta­rzałe - czę­sto o co naj­mniej całe dzie­się­cio­le­cia. Twój spo­sób postrze­ga­nia głów­nej pla­nety naszego układu, Yel­low­stone, jest zapewne oparty na nie­ak­tu­al­nych infor­ma­cjach.

Od ponad dwóch wie­ków - w zasa­dzie aż do ostat­nich cza­sów - Yel­low­stone prze­ży­wała Belle Epo­que - tak to okre­ślała więk­szość współ­cze­snych obser­wa­to­rów. Był to nie­sły­chany złoty okres w sfe­rze roz­woju spo­łecz­nego i tech­nicz­nego; nasz wzo­rzec ide­olo­giczny, wszy­scy postrze­gali to jako nie­mal dosko­nały sys­tem rzą­dów.

Yel­low­stone zro­dziła wiele owoc­nych przed­się­wzięć - w tym zało­że­nie kolej­nych kolo­nii w innych ukła­dach sło­necz­nych oraz ambitne wyprawy naukowe do krań­ców zna­nego czło­wie­kowi kosmosu. Na pla­ne­cie i w Migo­tli­wej Wstę­dze prze­pro­wa­dzono wizjo­ner­skie eks­pe­ry­menty spo­łeczne, w tym kon­tro­wer­syjne, choć pio­nier­skie dzieło Calvina Sylve­ste'a i jego uczniów. W cie­plar­nia­nej atmos­fe­rze inno­wa­cji buj­nie roz­kwi­tali wielcy arty­ści, filo­zo­fo­wie i uczeni. Odważ­nie sto­so­wano tech­niki wzmac­nia­nia neu­ral­nego. Inne kul­tury ludz­kie podejrz­li­wie trak­to­wały Hybry­dow­ców, ale my, Demar­chi­ści, bez obaw przy­jąw­szy pozy­tywne aspekty metod pod­no­sze­nia spraw­no­ści umy­słu, usta­no­wi­li­śmy zasady współ­pracy z Hybry­dow­cami, które umoż­li­wiły nam wyko­rzy­sta­nie ich tech­no­lo­gii. Dzięki ich napę­dom stat­ków kosmicz­nych zasie­dli­li­śmy znacz­nie wię­cej ukła­dów, niż zro­biły to te cywi­li­za­cje, które wdro­żyły gor­sze modele spo­łeczne.

To były rze­czy­wi­ście wspa­niałe czasy. I praw­do­po­dob­nie taki stan rze­czy spo­dzie­wa­li­ście się tu zastać.

Nie­stety, rze­czy­wi­stość jest inna.

Przed sied­mioma laty coś się stało z naszym ukła­dem. Nawet obec­nie nie znamy dokład­nie jej pocho­dze­nia i mecha­ni­zmu roz­prze­strze­nia­nia, ale naj­praw­do­po­dob­niej zaraza przy­była na pokła­dzie jakie­goś statku, przy­pusz­czal­nie w for­mie uśpio­nej i bez wie­dzy załogi. Mogła nawet przy­być wiele lat wcze­śniej. Jest raczej mało praw­do­po­dobne, byśmy kie­dyś odkryli prawdę - zbyt wiele infor­ma­cji ule­gło znisz­cze­niu. Zaraza wyma­zała lub uszko­dziła cyfrowe archiwa naszej pla­nety. W wielu wypad­kach możemy korzy­stać jedy­nie z ludz­kiej pamięci, a pamięć ludzka bywa zawodna.

Par­chowa Zaraza zaata­ko­wała samą istotę naszego spo­łe­czeń­stwa.

Nie był to ani wirus wyłącz­nie bio­lo­giczny, ani wyłącz­nie software'owy, lecz dziwna, zmienna chi­mera obu typów. Ni­gdy nie wyizo­lo­wano czy­stej postaci szczepu, ale w owej for­mie musiał przy­po­mi­nać jakiś nano­me­cha­nizm, ana­lo­giczny do mole­ku­lar­nych zesta­wów sto­so­wa­nych przez nas w tech­no­lo­gii med­ma­szyn. Bez wąt­pie­nia miał obce pocho­dze­nie. Nasze inter­wen­cje prze­ciw zara­zie potra­fiły ją co naj­wy­żej spo­wol­nić, a naj­czę­ściej pogar­szały stan rze­czy. Zaraza adap­tuje się do naszych środ­ków, potrafi je dia­me­tral­nie zmie­nić i zwró­cić prze­ciwko nam, jakby pro­wa­dzona jakąś ukrytą inte­li­gen­cją. Nie wiemy, czy została skie­ro­wana spe­cjal­nie prze­ciw ludz­ko­ści, czy tylko po pro­stu mie­li­śmy strasz­nego pecha.

Na pod­sta­wie wcze­śniej­szych doświad­czeń można zało­żyć, że naj­praw­do­po­dob­niej docho­dzisz teraz do wnio­sku, że ten doku­ment to misty­fi­ka­cja. Z doświad­cze­nia wiemy rów­nież, że zaprze­cza­nie przy­śpie­szy pro­ces dosto­so­wa­nia o mały, lecz sta­ty­stycz­nie istotny czyn­nik.

Ten doku­ment to nie misty­fi­ka­cja.

Par­chowa Zaraza rze­czy­wi­ście zaata­ko­wała, a skutki są znacz­nie poważ­niej­sze, niż mogli­by­ście sobie wyobra­zić. Gdy się obja­wiła, nasze spo­łe­czeń­stwo nasy­cały try­liony maleń­kich maszyn. Były naszymi słu­gami, któ­rzy nie myśleli, nie narze­kali, tylko dawali życie i kształ­to­wali mate­rię. Mimo to pra­wie nie poświę­ca­li­śmy im uwagi. Nie­zmor­do­wane, roiły się w naszym krwio­biegu; nie­ustan­nie tru­dziły się w naszych komór­kach, sku­piały w mózgach, pod­łą­cza­jąc nas do demar­chi­stow­skiej sieci natych­mia­sto­wego podej­mo­wa­nia decy­zji. Poru­sza­li­śmy się w wir­tu­al­nych śro­do­wi­skach, utka­nych przez bez­po­śred­nią mani­pu­la­cję naszym mecha­ni­zmem zmy­sło­wym, albo ska­no­wa­li­śmy i łado­wa­li­śmy nasze umy­sły do sys­te­mów kom­pu­te­ro­wych pra­cu­ją­cych z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy. Wyku­wa­li­śmy i rzeź­bi­li­śmy mate­rię w skali gór; z mate­rii kom­po­no­wa­li­śmy sym­fo­nie; spra­wia­li­śmy, że tań­czyła w rytm naszych kapry­sów niczym ujarz­miony ogień. Tylko Hybry­dowcy bar­dziej zbli­żyli się do Bóstwa... a niektó­rzy twier­dzą, że nie byli­śmy za nimi zbyt daleko.

Z suro­wych skał i lodu maszyny stwo­rzyły dla nas orbi­tu­jące mia­sta-pań­stwa, potem dosto­so­wały bez­władną mate­rię, by słu­żyła życiu w stwo­rzo­nych bio­mach. Maszyny myślące zarzą­dzały mia­stami-pań­stwami, nad­zo­ro­wały dzie­sięć tysięcy habi­ta­tów Migo­tli­wej Wstęgi krą­żą­cych wokół Yel­low­stone. To dzięki maszy­nom amor­ficzna archi­tek­tura Chasm City zyskała bajeczne, fan­ta­styczne piękno.

Tego wszyst­kiego już nie ma.

Było gorzej, niż myślisz. Gdyby zaraza zabiła tylko nasze maszyny, wpraw­dzie umar­łyby miliony, ale taką kata­strofę dałoby się opa­no­wać, potra­fi­li­by­śmy się z niej wydo­być. Zaraza jed­nak nie ogra­ni­czyła się wyłącz­nie do destruk­cji. Weszła w sferę sztuki - sztuki per­wer­syj­nej i sady­stycz­nej. Spo­wo­do­wała, że nasze maszyny zaczęły ewo­lu­ować w spo­sób nie­kon­tro­lo­wany - nie­kon­tro­lo­wany przez nas - i zaczęły two­rzyć nowe dzi­waczne układy sym­bio­tyczne. Budynki, zmie­nione w gotyc­kie kosz­mary, zamknęły nas w pułapce i nie mogli­śmy uciec przed ich śmier­cio­no­śną trans­fi­gu­ra­cją. Maszyny w naszych komór­kach, we krwi, w naszych gło­wach zry­wały pęta i roz­ma­zy­wały się w nas, nisz­cząc żywą tkankę. Zmie­nia­li­śmy się w ośli­zły larwi zle­pek ciała i maszyn. Pogrze­bani zmarli na­dal się roz­ra­stali, łączyli i roz­prze­strze­niali, zle­wali z miej­ską archi­tek­turą.

Czasy grozy.

Jesz­cze się nie skoń­czyły.

Jed­nakże nasz paso­żyt - jak każda efek­tywna zaraza - dba o to, by nie dobić cał­ko­wi­cie popu­la­cji swego żywi­ciela. Umarły dzie­siątki milio­nów, ale też dzie­siątki milio­nów ukryły się w swo­istych sank­tu­ariach - her­me­tycz­nie zamknię­tych enkla­wach w mie­ście lub na orbi­cie. Ich med­ma­szyny otrzy­mały awa­ryjny roz­kaz destruk­cji i roz­sy­pały się w proch, który bez szkody został usu­nięty z ciała. Chi­rur­dzy pra­co­wali pełną parą, by z głów wymon­to­wać implanty, nim zaraza je zaata­kuje. Inni ludzie, tak zwią­zani ze swymi maszy­nami, że nie mogli z nich zre­zy­gno­wać, szu­kali ratunku w zim­nym śnie. Wybrali pochó­wek w zapie­czę­to­wa­nych wspól­nych krio­kryp­tach... albo cał­ko­wi­cie opu­ścili układ. Tym­cza­sem nowe dzie­siątki milio­nów napły­nęły do Chasm City z orbity, ucie­ka­jąc przed zagładą Migo­tli­wej Wstęgi. Nie­które z tych osób nale­żały do elity boga­czy w ukła­dzie, ale stały się rów­nie biedne jak więk­szość uchodź­ców w histo­rii. To, co zastały w Chasm City, na pewno ich nie pocie­szyło...

Wyjątki z doku­mentu dla nowo przy­by­łych, roz­po­wszech­nio­nego bez­płat­nie w kosmo­sie wokół Yel­low­stone, rok 2517.

Jeden

Jeden

Zapa­dał zmrok, gdy Die­ter­ling i ja przy­by­li­śmy do pod­stawy mostu.

- Musisz coś wie­dzieć o Czer­wo­no­rę­kim Vasqu­ezie - powie­dział Die­ter­ling. - Ni­gdy go tak przy nim nie nazy­waj.

- Dla­czego?

- Bo to go wku­rza.

- No i co z tego? - Zatrzy­ma­łem koło­wiec i zapar­ko­wa­łem go wśród zbie­ra­niny pojaz­dów sto­ją­cych rząd­kiem po jed­nej stro­nie ulicy. Puści­łem sta­bi­li­za­tory; prze­grzany sil­nik pach­niał jak gorąca lufa kara­binu. - Nie mamy zwy­czaju przej­mo­wać się odczu­ciami hołoty.

- No tak, ale tym razem trzeba wyka­zać nad­miar ostroż­no­ści. Vasquez nie jest wpraw­dzie naj­ja­śniej­szą gwiazdą w kon­ste­la­cji kry­mi­na­li­stów, ale ma przy­ja­ciół, a za sobą serię nad­zwy­czaj sady­stycz­nych czy­nów. Więc się zacho­wuj.

- Wstrzelę się w tę rolę naj­le­piej, jak umiem.

- Tak... ale nie zostaw za dużo krwi na pod­ło­dze.

Wysie­dli­śmy z koło­wca. Wycią­ga­łem szyję, by objąć wzro­kiem most. Widzia­łem go po raz pierw­szy - to była moja pierw­sza wyprawa nie tylko do Strefy Zde­mi­li­ta­ry­zo­wa­nej, ale i do Nueva Val­pa­ra­iso; most wyda­wał się absur­dal­nie olbrzymi, nawet gdy patrzyło się na niego z odle­gło­ści pięt­na­stu, dwu­dzie­stu kilo­me­trów. Łabędź - roz­dęty i czer­wony, z gorącą jaśniej­szą plamką w cen­trum - cho­wał się już za hory­zont, ale nawet w tym świe­tle było widać nitki mostu i od czasu do czasu małe kora­liki wind zjeż­dża­ją­cych lub wzno­szą­cych się w kosmos. Zasta­na­wia­łem się, czy nie przy­by­li­śmy za późno. Może Reivich zdą­żył już wsiąść do windy? Vasquez zapew­nił nas jed­nak, że czło­wiek, na któ­rego polu­jemy, na­dal jest w mie­ście, uprasz­cza sieć swo­ich akty­wów na Skraju Nieba i prze­nosi fun­du­sze na rachunki dłu­go­ter­mi­nowe.

Die­ter­ling poszedł na tył koło­wca - z zacho­dzą­cymi na sie­bie seg­men­tami opan­ce­rze­nia jed­no­ko­łowy samo­chód przy­po­mi­nał pan­cer­nika - i z trza­skiem otwo­rzył mały bagaż­nik.

- Cho­lera, bra­chu, omal nie zapo­mnia­łem płasz­czy.

- Prawdę mówiąc, mia­łem nadzieję, że zapo­mnisz.

- Wkła­daj i nie narze­kaj! - Rzu­cił mi płaszcz.

Wło­ży­łem płaszcz na war­stwy odzieży, które mia­łem na sobie. Jego brzeg omia­tał powierzch­nię ulicz­nych kałuż z błot­ni­stą desz­czówką; ary­sto­kraci lubili się tak nosić, jakby pro­wo­ku­jąc, by przy­dep­ty­wano im poły szat. Die­ter­ling też zarzu­cił płaszcz na ramiona i zaczął prze­bie­rać w opcjach doboru wzo­rów umiesz­czo­nych na ręka­wie. Krzy­wił się z nie­sma­kiem na kolejne kra­wiec­kie pro­po­zy­cje.

- Nie. Nie... Na litość Boską, nie. Też nie. To też się nie nadaje.

Wycią­gną­łem rękę i poło­ży­łem palec na jed­nej z jego naszy­wek.

- Masz. Wyglą­dasz zabój­czo. Teraz się zamknij i podaj mi pisto­let.

Przed­tem wybra­łem na swoim płasz­czu barwę per­łową - na takim tle pisto­let nie powi­nien się odci­nać. Die­ter­ling wyjął z kie­szeni mary­narki małą broń i podał mi ją po pro­stu jak pudełko papie­ro­sów.

Pod gładką pla­sti­kową pół­prze­zro­czy­stą powierzch­nią pisto­letu wid­niał labi­rynt czę­ści wewnętrz­nych.

Był to pisto­let nakrę­cany, wyko­nany cał­ko­wi­cie z węgla - głów­nie dia­mentu, ale zasto­so­wano też ful­le­reny do sma­ro­wa­nia i maga­zy­no­wa­nia ener­gii. Nie miał żad­nych czę­ści meta­lo­wych, żad­nych mate­ria­łów wybu­cho­wych czy obwo­dów elek­trycz­nych. Tylko skom­pli­ko­wany układ dźwi­gni i zapa­dek sma­ro­wa­nych kul­kami ful­le­renu. Z pisto­letu strze­lało się dia­men­to­wymi strzał­kami sta­bi­li­zo­wa­nymi obro­towo, napę­dza­nymi dzięki relak­sa­cji ful­le­re­no­wych spi­rali zwi­nię­tych nie­mal do gra­nicy zerwa­nia. Nakrę­cało się go klu­czem, jak zabawkę. Broń nie posia­dała urzą­dzeń celow­ni­czych, sys­te­mów sta­bi­li­zu­ją­cych ani loka­to­rów celu.

I tak nie miało to zna­cze­nia.

Wsu­ną­łem pisto­let do kie­szeni płasz­cza, pewien, że nikt z prze­chod­niów nie zauwa­żył prze­ka­za­nia broni.

- Obie­ca­łem, że wybiorę ci cacko - rzekł Die­ter­ling.

- Ujdzie.

- Tylko tyle? Tan­ner, jestem roz­cza­ro­wany. Ten przed­miot ma w sobie nie­sa­mo­wite nie­cne piękno. Sądzę nawet, że otwiera wyraźne moż­li­wo­ści łowiec­kie.

Cały Miguel Die­ter­ling, cały on, pomy­śla­łem. Na wszystko patrzy z punktu widze­nia myśli­wego.

Usi­ło­wa­łem się uśmiech­nąć.

- Zwrócę ci to w jed­nym kawałku. A gdyby się nie udało, wiem, jaki pre­zent dać ci na gwiazdkę.

Ruszy­li­śmy w stronę mostu. Żaden z nas nie był przed­tem w Nueva Val­pa­ra­iso. No i co z tego? Jak więk­szość spo­rych miast na tej pla­ne­cie, rów­nież i to miało w swym zało­że­niu coś z gruntu zna­jo­mego; nawet nazwy ulic brzmiały zna­jomo. Plany więk­szo­ści naszych osad oparto na del­to­idal­nej struk­tu­rze ulic z trzema głów­nymi arte­riami bie­gną­cymi z wierz­chołka cen­tral­nego trój­kąta o boku jakichś stu metrów. Wokół tego ośrodka two­rzono zwy­kle coraz więk­sze trój­kąty, wresz­cie struk­tura geo­me­tryczna się psuła, two­rząc plą­ta­ninę roz­rzu­co­nych przed­mieść i nowo zabu­do­wy­wa­nych stref. Mia­sto decy­do­wało, jak wyko­rzy­stać cen­tralny trój­kąt, i zwy­kle zale­żało to od tego, ile razy mia­sto było oku­po­wane i bom­bar­do­wane pod­czas wojny. Tylko w nie­licz­nych wypad­kach pozo­sta­wał jakiś ślad po del­to­kształt­nym pro­mie, wokół któ­rego wyro­sło osie­dle.

Nueva Val­pa­ra­iso też powstało w ten spo­sób. Uli­com nadano zwy­kłe nazwy: Omdur­man, Norqu­inco, Arme­sto i tak dalej, ale cen­tralny trój­kąt został pogrze­bany pod kon­struk­cją mostu, który oka­zał się na tyle istotny dla obu woju­ją­cych stron, że prze­trwał bez uszczerbku. Wyra­stał błysz­czący i czarny, trzema ścia­nami, każda o dłu­go­ści trzy­stu metrów. Przy­po­mi­nał kadłub statku, ale jego dolne poziomy obro­sły w hotele, restau­ra­cje, kasyna i bur­dele. Nawet gdyby most tu nie ster­czał, już sam wygląd ulicy świad­czył o tym, że znaj­du­jemy się w sta­rej dziel­nicy bli­sko miej­sca lądo­wa­nia. Nie­które budynki powstały ze spię­trzo­nych gon­doli towa­ro­wych, w któ­rych wykuto okna i drzwi, a potem w ciągu dwóch i pół wieku przy­ozdo­biono archi­tek­to­nicz­nymi deta­lami.

- Hej tam! - usły­sza­łem czyjś głos. - Tan­ner Pie­przony Mira­bel.

W zacie­nio­nym por­tyku stał oparty o mur męż­czy­zna. Spra­wiał wra­że­nie, że nie ma nic do roboty poza oglą­da­niem peł­za­ją­cych owa­dów. Dotych­czas mia­łem z nim do czy­nie­nia tylko za pośred­nic­twem wideo albo tele­fonu, i zawsze krótko z nim roz­ma­wia­łem. Spo­dzie­wa­łem się zoba­czyć kogoś znacz­nie wyż­szego i o mniej szczu­ro­wa­tym wyglą­dzie. Czer­wo­nawe zęby spi­ło­wał na ostro, pocią­głą twarz pora­stała nie­równa szcze­cina, dłu­gie czarne włosy scze­sał z bar­dzo niskiego czoła do tyłu. Jego płaszcz, ciężki jak mój, wyglą­dał tak, jakby za chwilę miał mu się zsu­nąć z ramion. W lewej ręce trzy­mał papie­rosa - wkła­dał go co chwila do ust - a prawa dłoń znik­nęła w kie­szeni płasz­cza i jakoś nie chciała się wynu­rzyć.

Nie oka­za­łem zdzi­wie­nia, że nas śle­dził.

- Vasquez - powie­dzia­łem. - Zakła­dam, że wzią­łeś naszego czło­wieka pod nad­zór?

- Teee, Mira­bel, bez obaw, facet się nie wysiu­sia bez mojej wie­dzy.

- Cią­gle porząd­kuje swoje sprawy?

- No wiesz, jakie są te bogate dzie­ciaki. Muszą dbać o inte­resy. Jeśli o mnie cho­dzi, wje­chał­bym po moście jak gówno na kół­kach. - Wska­zał papie­ro­sem Die­ter­linga. - To facet od wężów?

- Jeśli tak to okre­ślisz... - Die­ter­ling wzru­szył ramio­nami.

- Nie­li­cha robota polo­wać na węże. - Ręką z papie­ro­sem wyko­nał gest, jakby celo­wał i strze­lał z pisto­letu, zapewne w wyima­gi­no­waną hama­driadę. - Mogli­by­ście mnie wci­snąć do swo­jej następ­nej wyprawy?

- Nie wiem - odparł Die­ter­ling. - Raczej nie uży­wamy żywej przy­nęty. Ale poroz­ma­wiam z sze­fem i zoba­czę, co się da zro­bić.

Czer­wo­no­ręki Vasquez bły­snął zaostrzo­nymi zębami.

- Zgry­wus jesteś. Podo­basz mi się, Wężu. Ale z dru­giej strony pra­cu­jesz dla Cahu­elli i musisz mi się podo­bać. A tak przy oka­zji, jak mu się wie­dzie? Sły­sza­łem, że Cahu­ella obe­rwał tak samo paskud­nie jak ty, Mira­bel. Wię­cej, doszły mnie plotki, że się nie wyli­zał.

Nie zamie­rza­li­śmy teraz infor­mo­wać o śmierci Cahu­elli, dopóki nie prze­my­ślimy wszyst­kich kon­se­kwen­cji, ale naj­wy­raź­niej złe wia­do­mo­ści dotarły do Nueva Val­pa­ra­iso przed nami.

- Zro­bi­łem dla niego, co mogłem - powie­dzia­łem.

Vasquez kiwał powoli głową, jakby wła­śnie potwier­dziły się jego naj­święt­sze prze­ko­na­nia.

- Tak sły­sza­łem. - Poło­żył mi na ramie­niu lewą dłoń, trzy­ma­jąc papie­rosa jak naj­da­lej od per­ło­wej tka­niny płasz­cza. - Mówiono, że z urwaną nogą jecha­łeś przez pół pla­nety, żeby przy­wieźć do domu Cahu­ellę i jego dziwkę. Czło­wieku, to kawał gów­nia­nego boha­ter­stwa, nawet jak na bia­ło­okiego. Opo­wiesz mi wszystko przy pisco, a Wąż zapi­sze mnie na swoją następną wyprawę. Zgoda, Wężu?

Szli­śmy w stronę mostu.

- Teraz nie czas na takie rze­czy - powie­dzia­łem. - To zna­czy na drinki.

- Mówi­łem już: nie przej­muj się. - Vasquez kro­czył przed nami, jedną rękę cią­gle trzy­ma­jąc w kie­szeni. - Nie rozu­miem was. Wystar­czy jedno słowo, a sprawa Reivi­cha znika, zostaje po nim plama na pod­ło­dze. Moja pro­po­zy­cja na­dal jest aktu­alna, Mira­bel.

- Muszę go wykoń­czyć oso­bi­ście.

- Taa, sły­sza­łem - odparł Vasquez. - Coś w rodzaju wen­dety. Coś tam mia­łeś z dziwką Cahu­elli, nie?

- Sub­tel­ność nie należy do two­ich moc­nych stron, Czer­wony.

Zoba­czy­łem, że Die­ter­ling się krzywi. W mil­cze­niu zro­bi­li­śmy jesz­cze parę kro­ków, po czym Vasquez odwró­cił się i spoj­rzał na mnie.

- Co powie­dzia­łeś?

- Sły­sza­łem, że za ple­cami nazy­wają cię Vasquez Czer­wo­no­ręki.

- Jeśli nawet, to nie twój zasrany inte­res.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Nie wiem. A z dru­giej strony, jaki inte­res masz w tym, co tam było mię­dzy mną a Gittą?

- Dobrze już, Mira­bel. - Zacią­gnął się papie­ro­sem dłu­żej niż zwy­kle. - Chyba się rozu­miemy. Nie lubię, jak ludzie mnie o nie­które sprawy wypy­tują, a ty nie lubisz, jak ludzie cie­bie o nie­które rze­czy wypy­tują. Ja tam nie wiem, czło­wieku, może rżną­łeś Gittę. - Patrzył, jak się naje­żam. - Ale, jak powie­dzia­łeś, nie mój inte­res. Wię­cej nie zapy­tam. Nawet o tym nie pomy­ślę. A ty wyświadcz mi przy­sługę, dobrze? Nie nazy­waj mnie Czer­wo­no­rę­kim. Wiem, że Reivich zro­bił ci coś paskud­nego w tej dżun­gli. Gadali, że było to bar­dzo nie­przy­jemne i omal nie umar­łeś. Ale zro­zum jedno: mamy tu prze­wagę liczebną. Moi ludzie cały czas was obser­wują. Więc lepiej, żebyś mnie nie obra­żał. A jeśli mnie wku­rzysz, to tak ci dam popa­lić, że to, co ci zro­bił Reivich, uznasz za koci-łapci.

- Moim zda­niem powin­ni­śmy wie­rzyć temu dżen­tel­me­nowi - ode­zwał się Die­ter­ling. - Zga­dzasz się, Tan­ner?

- Powiedzmy, że obaj dotknę­li­śmy swo­ich czu­łych punk­tów - odpar­łem po dłuż­szym mil­cze­niu.

- Taa - potwier­dził Vasquez. - To mi się podoba. Ja i Mira­bel jeste­śmy gwał­tow­ni­kami i musimy mieć nieco wza­jem­nego sza­cunku dla swo­ich wraż­li­wo­ści. Zgoda. Pójdźmy na pisco i cze­kajmy, aż Reivich zrobi ruch.

- Nie chcę się zbyt­nio odda­lać od mostu.

- Da się zro­bić.

Vasquez prze­cie­rał nam drogę, roz­py­cha­jąc się nie­fra­so­bli­wie w tłu­mie wie­czor­nych spa­ce­ro­wi­czów. Z naj­niż­szego poziomu spię­trzo­nych gon­doli dobie­gało zawo­dze­nie akor­de­onu, powolne i uro­czy­ste jak pieśń żałobna. Spa­ce­ru­jący parami po uli­cach mło­dzi wyglą­dali raczej na miej­sco­wych niż ary­sto­kra­tów. Ubrani tak, jak im na to pozwa­lały środki, auten­tycz­nie swo­bodni, przy­stojni ludzie o roze­śmia­nych twa­rzach szu­kali miej­sca, gdzie mogliby coś zjeść, w coś pograć lub posłu­chać muzyki. Wojna praw­do­po­dob­nie wywarła jakiś wpływ na ich życie: może stra­cili przy­ja­ciół lub kogoś bli­skiego, ale Nueva Val­pa­ra­iso znaj­do­wało się na tyle daleko od fron­tów, że wojna nie zaj­mo­wała w myślach mło­dzieży waż­nego miej­sca. Trudno im było nie zazdro­ścić. Jakże bym chciał wejść z Die­ter­lin­giem do baru i upić się na umór, zapo­mnieć o mecha­nicz­nym pisto­le­cie, o Reivi­chu, zapo­mnieć, po co przy­sze­dłem pod ten most.

Oczy­wi­ście spa­ce­ro­wali tu rów­nież inni. Żoł­nie­rze na prze­pu­stce po cywil­nemu, choć roz­po­zna­walni po dra­stycz­nie ostrzy­żo­nych wło­sach, gal­wa­nicz­nie sty­mu­lo­wa­nych musku­łach ze zmien­no­barw­nymi kame­le­ofla­żo­wymi tatu­ażami na ramio­nach, po dziw­nie asy­me­trycz­nej opa­le­niź­nie na twa­rzach: jedno oko znaj­do­wało się w obwódce bla­dego ciała, w miej­scu gdzie zwy­kle opusz­czali przy­mo­co­wany do hełmu monokl celow­ni­czy. Żoł­nie­rze ze wszyst­kich stron kon­fliktu dość swo­bod­nie się ze sobą mie­szali, uni­kali zatar­gów ze spa­ce­ru­jącą mili­cją strefy zde­mi­li­ta­ry­zo­wa­nej. Tylko mili­cjanci mogli nosić broń w tej stre­fie; otwar­cie trzy­mali pisto­lety w sztyw­nych bia­łych ręka­wi­cach. Nie zamie­rzali nie­po­koić Vasqu­eza, a nas - mnie i Die­ter­linga - też by nie zacze­pili, nawet gdy­by­śmy z nim nie szli. Może i wyglą­da­li­śmy na goryli wepchnię­tych w gar­ni­tury, ale trudno by było nas wziąć za czyn­nych żoł­nie­rzy. Przede wszyst­kim obaj wyglą­da­li­śmy za staro, dobie­ga­li­śmy wieku śred­niego. Na Skraju Nieba zna­czyło to mniej wię­cej to samo co w całej czło­wie­czej histo­rii: cztery do sze­ściu krzy­ży­ków.

Nie­wiele jak na połowę ludz­kiego życia.

Die­ter­ling i ja trzy­ma­li­śmy formę, ale nie wyglą­da­li­śmy na żoł­nie­rzy w służ­bie czyn­nej. Przede wszyst­kim żoł­nier­ska musku­la­tura ni­gdy nie wyglą­dała dokład­nie tak jak ludzka, ale od cza­sów, gdy byłem bia­ło­okim, przy­brało to formy eks­tre­malne. Daw­niej mogłeś jakoś uza­sad­niać, że do nosze­nia broni są ci potrzebne szpry­co­wane mię­śnie. Od tam­tego czasu rynsz­tu­nek znacz­nie ulep­szono, ale żoł­nie­rze, tutaj na ulicy, mieli ciała jakby stwo­rzone przez absur­dal­nie prze­sad­nego rysow­nika komik­sów. Na polu walki wra­że­nie wzmac­niał jesz­cze kon­trast z mało­ga­ba­ry­tową, modną teraz bro­nią, którą mogłoby utrzy­mać małe dziecko.

- Tutaj - powie­dział Vasquez.

Jego miesz­ka­nie było jed­nym z kon­struk­tów paso­żyt­ni­czo naro­słych wokół pod­stawy mostu. Popro­wa­dził nas w krótką ciemną uliczkę, potem przez nie­ozna­czone drzwi oto­czone holo­gra­mami węży. Pomiesz­cze­nie oka­zało się kuch­nią, wielką jak kuch­nia fabryczna, wypeł­nioną kłę­bami pary. Mru­ży­łem oczy i ście­ra­łem pot z twa­rzy, schy­la­jąc się pod groź­nymi kuchen­nymi przy­rzą­dami. Zasta­na­wia­łem się, czy Vasquez użył ich już kie­dyś w swej dzia­łal­no­ści poza­ku­chen­nej.

- Dla­czego on jest taki prze­wraż­li­wiony na punk­cie Czer­wo­no­rę­kiego? - spy­ta­łem szep­tem Die­ter­linga.

- To długa histo­ria - odparł. - I nie cho­dzi tylko o rękę.

Od czasu do czasu z pary wyła­niał się nagi do pasa kucharz, któ­rego po coś posłano; twarz miał czę­ściowo scho­waną za pla­sti­kową maską do oddy­cha­nia. Vasquez roz­ma­wiał z dwoma kucha­rzami, a tym­cza­sem Die­ter­ling zanu­rzył palce w garnku z wrząt­kiem i coś wyło­wił, a potem spró­bo­wał.

- To Tan­ner Mira­bel, mój zna­jomy - powie­dział Vasquez do star­szego kucha­rza. - Facet był bia­ło­okim, więc z nim nie zadzie­raj. Zatrzy­mamy się tu na tro­chę. Przy­nieś nam coś do picia. Pisco. Mira­bel, jesteś głodny?

- Nie­zbyt. Miguel już się chyba czę­stuje.

- Dobrze. Ale według mnie, Wężu, szczur dziś czymś zala­tuje.

Die­ter­ling wzru­szył ramio­nami.

- Jada­łem gor­sze rze­czy, możesz mi wie­rzyć. - Wło­żył do ust kawa­łek. - Mniam, nie­zły szczu­rek. Nor­we­ski, tak?

Vasquez zapro­wa­dził nas do pustej sali kasyna za kuch­nią. Począt­kowo wyda­wało mi się, że tylko my tu jeste­śmy. W dys­kret­nie oświe­tlo­nym pomiesz­cze­niu, prze­pysz­nie obi­tym zie­lo­nym plu­szem, na postu­men­tach umiesz­czo­nych w stra­te­gicz­nych miej­scach stały pyka­jące nargile. Ściany były pokryte obra­zami w tona­cji brązu, ale gdy przyj­rza­łem im się bli­żej, zoba­czy­łem, że to nie malo­wi­dła, lecz mozaiki stwo­rzone z kawał­ków róż­nych gatun­ków drewna, sta­ran­nie przy­cię­tych i poskle­ja­nych. Nie­które kawałki, lekko migo­tliwe, pocho­dziły zapewne z kory drzewa hama­dria­do­wego. Wszyst­kie obrazy miały jeden wspólny temat: przed­sta­wiały sceny z życia Skya Haus­smanna. Flo­tylla pię­ciu stat­ków poko­nuje prze­strzeń mię­dzy ukła­dem Ziemi a naszym; Tytus Haus­smann z pochod­nią w dłoni znaj­duje swego syna samot­nego i w ciem­no­ści po wiel­kim zaciem­nie­niu; Sky odwie­dza swego ojca w ambu­la­to­rium na statku, przed śmier­cią Tytusa z ran odnie­sio­nych pod­czas obrony San­tiago przed sabo­ta­ży­stą. Widzia­łem rów­nież kunsz­towne przed­sta­wie­nie zbrodni i chwały Skya Haus­smanna, tego, co zro­bił, by San­tiago tu dotarł przed innymi stat­kami Flo­tylli - moduły spalne odpa­dają od statku jak nasionka dmu­chawca. A ostatni obraz przed­sta­wiał karę, jaką ludzie wymie­rzyli Sky­owi: ukrzy­żo­wa­nie.

Mgli­ście sobie przy­po­mnia­łem, że wyda­rzyło się to gdzieś w pobliżu.

Jed­nakże sala peł­niła nie tylko rolę kaplicy Haus­smanna. We wnę­kach na obrze­żach znaj­do­wały się tra­dy­cyjne maszyny do gry, stało tu też kilka sto­łów, przy któ­rych póź­niej z pew­no­ścią zasiądą hazar­dzi­ści, choć teraz nikt tu nie grał. Z mroku dobie­gało tylko szu­ra­nie szczu­rów.

Cen­trum pokoju miało kształt ide­al­nie czar­nej kopuły, o śred­nicy przy­naj­mniej pię­ciu metrów; na jej obwo­dzie umiesz­czono mięk­kie krze­sła na skom­pli­ko­wa­nych tele­sko­po­wych wspor­ni­kach, wzno­szące się trzy metry nad pod­łogą. W jeden pod­ło­kiet­nik każ­dego fotela wbu­do­wano kon­tro­lki do gry, w drugi wmon­to­wano zestaw urzą­dzeń pod­łą­czo­nych do naczyń krwio­no­śnych. Połowa krze­seł była zajęta, ale sie­dzące osoby tkwiły w nich w zupeł­nym bez­ru­chu, jak mar­twe. Gdy wsze­dłem do pokoju, nawet ich nie zauwa­ży­łem. Mieli w sobie tę trudną do zde­fi­nio­wa­nia ary­sto­kra­tycz­ność, roz­ta­czali aurę bogac­twa i nie­ty­kal­no­ści.

- Co się stało? - spy­ta­łem. - Zapo­mnia­łeś ich wyrzu­cić rano, gdy zamy­ka­łeś lokal?

- Skądże. Nie­mal tu wro­śli - odparł Vasquez. - Grają przez parę mie­sięcy, obsta­wiają dłu­go­fa­lowy wynik kam­pa­nii lądo­wej. Teraz z powodu desz­czów panuje cisza. Jakby wojny w ogóle nie było. Ale żebyś widział, co się tu dzieje, kiedy robi się gorąco.

Coś mi się w tej sali nie podo­bało. Nie cho­dziło nawet o gale­rię dzie­jów Skya Haus­smanna, choć ona z pew­no­ścią grała istotną rolę.

- Powin­ni­śmy się chyba stąd wyno­sić - powie­dzia­łem.

- A wasze drinki?

Nie zdą­ży­łem odpo­wie­dzieć, gdy wszedł szef kuchni, gło­śno dysząc przez pla­sti­kową maskę. Pchał mały wózek z napo­jami. Wzru­szy­łem ramio­nami i poczę­sto­wa­łem się kwa­śnym pisco.

- Sky Haus­smann jest tu strasz­nie ważny. - Wska­za­łem na deko­ra­cje.

- Czło­wieku, nawet sobie nie zda­jesz sprawy jak.

Vasquez pstryk­nął i ide­al­nie dotąd czarna kopuła oży­wiła się i wypeł­niła bar­dzo szcze­gó­ło­wym obra­zem połówki Skraju Nieba; od pod­łogi wzno­sił się skraj czerni, jak błona mrużna jasz­czurki. Nueva Val­pa­ra­iso - mru­ga­jące iskierki na widocz­nym przez dziury w chmu­rach zachod­nim wybrzeżu Pół­wy­spu.

- Tak?

- Rozu­miesz, ludzie są tu dość reli­gijni. Łatwo można ura­zić ich uczu­cia, jeśli jest się nie­ostroż­nym. Czło­wieku, musisz to usza­no­wać.

- Sły­sza­łem, że wokół Haus­smanna powstał ruch reli­gijny. Tyle wiem. - Znów wska­za­łem głową deko­ra­cje. Po raz pierw­szy zauwa­ży­łem przy­mo­co­wany do ściany ele­ment przy­po­mi­na­jący czaszkę del­fina, dziw­nie skrzy­wiony i pofał­do­wany. - Co się stało? Kupi­łeś ten przy­by­tek od jakie­goś Haus­sman­now­skiego świra?

- Nie, to nie to.

Die­ter­ling chrząk­nął, ale mówi­łem dalej:

- Więc co? Masz w tym udziały?

Vasquez zga­sił papie­rosa i zaczął się szczy­pać w grzbiet nosa, marsz­cząc przy tym niskie czoło.

- Co jest, Mira­bel? Chcesz mnie zde­ner­wo­wać czy po pro­stu jesteś ciem­nym palan­tem?

- Skądże, usi­ło­wa­łem tylko nawią­zać uprzejmą roz­mowę.

- Aku­rat. A wcze­śniej nazwa­łeś mnie Czer­wo­nym. Wymsknęło ci się, co?

- Sądzi­łem, że już to zała­twi­li­śmy. - Upi­łem łyk pisco. - Nie zamie­rza­łem cię iry­to­wać, Vasquez, ale dzi­wię się, że jesteś taki prze­wraż­li­wiony.

Wyko­nał ręką ledwo zauwa­żalny gest, jakby pstryk­nię­cie pal­cami.

Moje oczy nie zdo­łały zare­je­stro­wać tego, co stało się potem - jakiś pod­pro­gowy ruch metalu i deli­katny wie­trzyk sunący wokół sali. Po fak­cie dosze­dłem do wnio­sku, że w ścia­nach, pod­ło­dze i sufi­cie musiało się otwo­rzyć kil­ka­na­ście prze­słon, z któ­rych wysu­nęły się maszyny.

Były to auto­ma­tycz­nie uru­cho­mione drony-war­tow­nicy - dry­fu­jące w powie­trzu czarne kule, które roz­wie­rały się na rów­niku, a każda demon­stro­wała po trzy, cztery lufy pisto­le­tów, skie­ro­wane na mnie i na Die­ter­linga. Wojow­ni­cze drony krą­żyły powoli wokół nas, brzę­cząc jak psz­czoły.

Przez długą chwilę obaj wstrzy­my­wa­li­śmy oddech, aż wresz­cie Die­ter­ling prze­mó­wił:

- Chyba pad­niemy tru­pem, jak się naprawdę wku­rzysz, co, Vasquez?

- Nie mylisz się, Wężu, nie­wiele bra­kuje. - Pod­niósł głos. - Włą­czyć tryb zabez­pie­czeń. - Jak przed­tem, pstryk­nął pal­cami. - Widzisz, chło­pie, może ci się wyda­wać, że to ten sam gest co poprzed­nio. Ale sala odbiera to ina­czej. Gdy­bym nie wyłą­czył sys­temu, zin­ter­pre­to­wa­łaby go jako roz­kaz zabi­cia wszyst­kich z wyjąt­kiem mnie i tych boga­tych dup­ków w fote­lach.

- Cie­szę się, że to wcze­śniej tre­no­wa­łeś.

- Tak, Mira­bel, śmiej się, śmiej. - Znów wyko­nał ten sam gest. - Wyglą­dał tak samo, co? Ale to też była zupeł­nie inna komenda. Drony zro­zu­mia­łyby to jako roz­kaz odstrze­le­nia ci rąk kolejno, po jed­nej. Pokój jest tak zapro­gra­mo­wany, że rozu­mie kil­ka­na­ście gestów i, zapew­niam cię, po nie­któ­rych jestem prze­ra­żony rachun­kiem za sprzą­ta­nie. - Wzru­szył ramio­nami. - Wyra­zi­łem się jasno?

- Ow­szem.

- Dobrze. Wyłą­czyć tryb zabez­pie­czeń. War­tow­nicy, wyco­fać się.

Jak poprzed­nio: plama ruchu, wie­trzyk. Jakby maszyny w oka­mgnie­niu prze­stały ist­nieć.

- Zro­biło to na tobie wra­że­nie? - spy­tał Vasquez.

- Nie­spe­cjalne - odpar­łem. Czu­łem na czole szczy­pa­nie potu. - Przy odpo­wied­nim usta­wie­niu zabez­pie­czeń już przed tą salą prze­sie­jesz wszyst­kich. Choć przy­pusz­czam, że to prze­ła­muje lody na przy­ję­ciach.

- Wła­śnie. - Vasquez spoj­rzał na mnie z roz­ba­wie­niem, wyraź­nie zado­wo­lony, że osią­gnął zamie­rzony efekt.

- A poza tym to rów­nież pro­wo­kuje pyta­nie, dla­czego jesteś taki prze­wraż­li­wiony.

- Na moim miej­scu był­byś znacz­nie bar­dziej prze­wraż­li­wiony. - W tym momen­cie zro­bił coś zaska­ku­ją­cego: powoli wyjął dłoń z kie­szeni i mogłem zoba­czyć, że nie trzyma broni. - Popatrz, Mira­bel.

Nie wiem wła­ści­wie, czego ocze­ki­wa­łem, ale zaci­śnięta pięść wyglą­dała zupeł­nie nor­mal­nie, nie była ani tro­chę zde­for­mo­wana. Nic szcze­gól­nie krwa­wego.

- Ręka jak ręka, Vasquez.

Jesz­cze moc­niej zaci­snął dłoń i wtedy nastą­piło coś dziw­nego: z pię­ści zaczęła się sączyć krew, naj­pierw powoli, potem cie­kła coraz sil­niej­szym stru­mie­niem. Patrzy­łem, jak czer­wień kapie na zie­loną pod­łogę.

- Stąd moje prze­zwi­sko. Bo krwa­wię z pra­wej ręki. Zaje­bi­ście ory­gi­nalne, co? - Roz­warł pięść, odsła­nia­jąc krwawe źró­dło pośrodku dłoni. - Taka sprawa. To styg­mat, jak ślad Chry­stusa. - Zdrową rękę wło­żył do kie­szeni, wycią­gnął chu­s­teczkę, zwi­nął ją w kłąb i przy­ci­snął do rany, by zata­mo­wać krwo­tok. - Cza­sami mogę to zro­bić nie­mal samą siłą woli.

- Dopa­dli cię wyznawcy kultu Haus­smanna, co? - powie­dział Die­ter­ling. - Oni ukrzy­żo­wali też Skya. Wbili mu gwóźdź w prawą dłoń.

- Nie rozu­miem - odpar­łem.

- Mam mu powie­dzieć?

- Bar­dzo pro­szę, Wężu. Facet potrze­buje edu­ka­cji.

Die­ter­ling zwró­cił się do mnie:

- W ciągu ostat­niego stu­le­cia wyznawcy Haus­smanna podzie­lili się na kilka sekt. Nie­któ­rzy wyznawcy prze­jęli idee od zako­nów pokut­nych, usi­łu­jąc narzu­cić sobie cier­pie­nia, jakie prze­szedł Sky. Zamy­kają się w ciem­ni­cach, a izo­la­cja omal nie dopro­wa­dza ich do obłędu albo wywo­łuje wizje. Nie­któ­rzy odci­nają sobie lewe ręce, inni dobro­wol­nie zawi­sają na krzyżu. Te prak­tyki cza­sami pro­wa­dzą do śmierci. - Zamilkł i spoj­rzał na Vasqu­eza, jakby pro­sząc o pozwo­le­nie na kon­ty­nu­owa­nie opo­wie­ści. - Ist­nieje jed­nak sekta, która robi jesz­cze bar­dziej skrajne rze­czy. I na tym nie poprze­staje. Roz­po­wszech­nia swe prze­sła­nie, ale nie sło­wem, lecz za pomocą wirusa indok­try­na­cyj­nego.

- I co dalej?

- Ktoś musiał go dla nich wykre­ować, naj­praw­do­po­dob­niej Ultrasi, a może któ­ryś z nich wybrał się nawet w tym celu do Żon­gle­rów, a oni mani­pu­lo­wali jego neu­ro­che­mią. Nie­ważne. Naj­istot­niej­sze, że wirus jest zakaźny, prze­nosi się w powie­trzu i zaraża pra­wie każ­dego.

- Zmie­nia go w wyznawcę kultu?

- Nie - ode­zwał się Vasquez. Wziął sobie nowego papie­rosa. - Dopier­dala ci, ale nie zmie­nia cię w sek­cia­rza, rozu­miesz? Masz wizje, sny, cza­sami czu­jesz potrzebę cze­goś... - Ski­nął głową w stronę del­fina wysta­ją­cego ze ściany. - Widzisz tę rybią czaszkę? Kosz­to­wała mnie rękę i nogę. Nale­żała kie­dyś do Obłego, jed­nego z tych ze statku. Gdy mam tutaj takie gówienko, czuję pocie­chę, prze­staję się trząść. Ale, nie­stety, ustaje tylko to.

- A ręka?

- Nie­które wirusy wywo­łują fizyczne zmiany - wyja­śnił Vasquez. - W pew­nym sen­sie mia­łem nawet szczę­ście. Jest wirus powo­du­jący śle­potę. Inny spra­wia, że boisz się ciem­no­ści. Od jesz­cze innego ręka ci usy­cha i odpada. Eee, co tam parę kro­pli krwi od czasu do czasu. Począt­kowo, gdy nie­wielu ludzi wie­działo o wiru­sach, było to nawet fajne. Mogłem ich stra­szyć. Wkra­cza­łem do sali w trak­cie roz­mów i nagle oble­wa­łem faceta krwią. Ale ludzie szybko się dowie­dzieli, co to takiego. Że sek­cia­rze mnie zain­fe­ko­wali.

- Zasta­na­wiali się, czy jesteś taki cięty, jak gadają - powie­dział Die­ter­ling.

- Noo. - Vasquez spoj­rzał na niego podejrz­li­wie. - Budowa takiej repu­ta­cji jak moja zaj­muje sporo czasu.

- Nie wąt­pię - przy­znał Die­ter­ling.

- Noo. I, chło­pie, taki dro­biazg może naprawdę ją popsuć.

- Czy potra­fią wypłu­kać wirusa? - spy­ta­łem. Nie chcia­łem, by Die­ter­ling prze­cią­gnął strunę.

- Noo. Na orbi­cie mają takie gówienko, co potrafi to zro­bić. Ale wiesz, Mira­bel, aktu­al­nie nie mam orbity na liście bez­piecz­nych dla mnie miejsc.

- Więc z tym żyjesz. Czy to jest na­dal zaraź­liwe?

- Nie, jest bez­pieczne. Wszy­scy są bez­pieczni. Ja już pra­wie w ogóle nie zara­żam. - Paląc, nieco się uspo­ka­jał. Krwa­wie­nie ustało, mógł z powro­tem wło­żyć dłoń do kie­szeni. Pocią­gnął łyk pisco. - Cza­sami żałuję, że to już nie zaraża albo że nie zacho­wa­łem swo­jej krwi z cza­sów, gdy zosta­łem zara­żony. Miał­bym miły pre­zen­cik na odchodne: zastrzyk komuś w żyłę.

- Tylko że wtedy robił­byś to, co sek­cia­rze chcieli: roz­po­wszech­niał­byś ich wiarę - powie­dział Die­ter­ling.

- Noo, a powi­nie­nem roz­po­wszech­niać wiarę, że jeśli kie­dyś dorwę tego skur­wy­syna, który mi to zro­bił, to... - Urwał nagle. Mil­czał z nie­ru­cho­mym wzro­kiem, jak czło­wiek dotknięty para­li­żem. - Nie - rzekł po chwili. - To nie­moż­liwe. Nie wie­rzę.

- Co takiego? - spy­ta­łem.

Vasquez sub­wo­ka­li­zo­wał teraz; nie sły­sza­łem go, ale widzia­łem, jak poru­sza mię­śniami karku. Musiał mieć zaim­plan­to­wany sprzęt do łącz­no­ści z któ­rymś ze swo­ich ludzi.

- To Reivich - powie­dział w końcu.

- A o co cho­dzi?

- Sukin­syn mnie prze­chy­trzył.

Dwa

Dwa

Z firmy Czer­wo­no­rę­kiego, przez czarną ścianę kon­struk­cji do wnę­trza ter­mi­nalu mosto­wego pro­wa­dził ciemny zatę­chły labi­rynt. Vasquez szedł przo­dem z latarką, kopiąc po dro­dze prze­bie­ga­jące szczury.

- Przy­nęta - stwier­dził reflek­syj­nie. - Ni­gdy nie sądzi­łem, że zastawi przy­nętę. Oczy­wi­ście śle­dzi­łem sukin­syna od wielu dni. - Powie­dział to tak, jakby cho­dziło przy­naj­mniej o całe mie­siące, wyma­gało nad­ludz­kiego daru prze­wi­dy­wa­nia i dłu­gich przy­go­to­wań.

- Nie­któ­rzy to dopiero potra­fią zadać sobie trud! - powie­dzia­łem.

- No, spo­kój, Mira­bel. To ty nie zgo­dzi­łeś się, żeby zała­twić faceta, gdy go namie­rzy­li­śmy. Wtedy byłoby to łatwe. - Prze­py­chał się przez drzwi do następ­nego kory­ta­rza.

- Ale to i tak mógł nie być Reivich.

- Spraw­dzi­li­by­śmy ciało i jeśli to nie byłby Reivich, trzeba byłoby zacząć się roz­glą­dać za praw­dzi­wym.

- On ma rację. Przy­znaję to, choć z bólem - stwier­dził Die­ter­ling.

- Jestem ci winien kolejkę, Wężu.

- Niech ci to tylko nie zawróci w gło­wie.

Vasquez odkop­nął w mrok kolej­nego szczura.

- Więc co się takiego stało, że tak strasz­nie chcesz wejść w to gówno i się zemścić?

- Chyba już jesteś dość dobrze poin­for­mo­wany? - powie­dzia­łem.

- Ludzie gadają i tyle. Zwłasz­cza gdy taki Cahu­ella kop­nie w kalen­darz. Mówią o próżni we wła­dzy... W każ­dym razie jestem zdzi­wiony, że wam dwóm udało się ujść żyw­cem. Sły­sza­łem, że tamta zasadzka skoń­czyła się strasz­nym gów­nem.

- Nie odnio­słem poważ­nych ran - odparł Die­ter­ling. - Tan­ne­rowi dostało się znacz­nie bar­dziej. Stra­cił stopę.

- Nie było tak źle - rze­kłem. - Broń pro­mie­niowa przy­pie­kła ranę i zata­mo­wała krwo­tok.

- No tak, zwy­kła powierz­chowna rana - powie­dział Vasquez. - Nie mogę się nacie­szyć waszym towa­rzy­stwem, chłopcy.

- Możemy zmie­nić temat?

Po pierw­sze, nie mia­łem ochoty oma­wiać wypadku z Czer­wo­no­rę­kim Vasqu­ezem, a po dru­gie, nie pamię­ta­łem jasno szcze­gó­łów. Może pamię­ta­łem wcze­śniej, nim pod­dano mnie śpiączce rekon­wa­le­scen­cyj­nej, pod­czas któ­rej odro­sła mi stopa, ale teraz mia­łem wra­że­nie, że wypa­dek wyda­rzył się w bar­dzo odle­głej prze­szło­ści, a nie przed paroma tygo­dniami.

Szcze­rze wtedy wie­rzy­łem, że Cahu­ella się wyliże. Począt­kowo wyda­wało się, że ma z nas naj­wię­cej szczę­ścia - puls lase­rowy prze­szył go na wylot, nie uszko­dził żad­nych waż­nych orga­nów, jakby jego tra­jek­to­ria została wcze­śniej wyzna­czona przez doświad­czo­nego chi­rurga klatki pier­sio­wej. Nastą­piły jed­nak powi­kła­nia i Cahu­ella, nie mając szans dotar­cia na orbitę - zostałby aresz­to­wany i stra­cony zaraz po opusz­cze­niu atmos­fery - był zmu­szony do zado­wo­le­nia się czar­no­ryn­kową medy­cyną, naj­lep­szą, na jaką mógł sobie pozwo­lić. Wystar­czy­łaby do napra­wie­nia mojej nogi - tego rodzaju rany powszech­nie spo­ty­kało się na woj­nie - nato­miast skom­pli­ko­wane obra­że­nia orga­nów wewnętrz­nych wyma­gały bar­dziej zaawan­so­wa­nych środ­ków, nie­do­stęp­nych na czar­nym rynku.

Zatem umarł.

I teraz ja gonię zabójcę Cahu­elli i jego żony, z zamia­rem powa­le­nia go poje­dyn­czą dia­men­tową strzałką z nakrę­ca­nego pisto­letu.

Nim zosta­łem spe­cem od bez­pie­czeń­stwa, zatrud­nio­nym przez Cahu­ellę, w cza­sach, gdy na­dal byłem żoł­nie­rzem, uwa­żano mnie za bar­dzo wytraw­nego snaj­pera, który potrafi wpa­ko­wać komuś nabój w głowę, pre­cy­zyj­nie wybie­ra­jąc obszar mózgu. To lekka prze­sada. Ale zawsze byłem dobry i rze­czy­wi­ście lubi­łem robotę czy­stą, szybką, chi­rur­giczną.

Mia­łem szczerą nadzieję, że Reivich mnie nie zawie­dzie.

***

Nie spo­dzie­wa­łem się, że tajne przej­ście sięga do samego cen­trum ter­mi­nalu kotwi­czą­cego i koń­czy się w zacie­nio­nej czę­ści głów­nej hali. Spoj­rza­łem do tyłu na bariery zabez­pie­cza­jące, któ­rych unik­nę­li­śmy: widzia­łem, jak straż­nicy ska­nują ludzi w poszu­ki­wa­niu ukry­tej broni, spraw­dzają ich toż­sa­mość, żeby jakiś prze­stępca wojenny nie wydo­stał się z pla­nety. Nakrę­ca­nego pisto­letu w kie­szeni ska­nery by nie wykryły, dla­tego wła­śnie taką broń wybra­łem. Poczu­łem lekką iry­ta­cję, że moje sta­ranne przy­go­to­wa­nia oka­zały się czę­ściowo nie­po­trzebne.

- Pano­wie, dalej nie idę - oznaj­mił Vasquez, zatrzy­mu­jąc się na progu.

- Myśla­łem, że to twoje podwórko - powie­dział Die­ter­ling, roz­glą­da­jąc się. - Co się stało? Boisz się, że ni­gdy już nie zechcesz wyje­chać ponow­nie?

- Coś w tym sen­sie, Wężu - odparł Vasquez i pokle­pał nas po ple­cach. - Dobrze, chłopcy, idź­cie i zabij­cie tę pośmiertną plamę gówna. Tylko nikomu nie mów­cie, że was tu przy­pro­wa­dzi­łem.

- Nie martw się - rzekł Die­ter­ling. - Twoja rola nie zosta­nie nad­mier­nie uwy­pu­klona.

- Super. I pamię­taj, Wężu... - Wyko­nał gest naśla­du­jący strze­la­nie z pisto­letu. - To polo­wa­nie, o któ­rym mówi­li­śmy...

- Możesz uznać, że jesteś na wstęp­nej liście.

Wró­cił do tunelu, a ja z Die­ter­lin­giem zosta­li­śmy w ter­mi­nalu. Przez kilka chwil obaj mil­cze­li­śmy, przy­tło­czeni dziwną atmos­ferą tego miej­sca.

Byli­śmy w hali na pozio­mie gruntu; pier­ście­niem ota­czała komorę odjaz­dów i przy­jaz­dów u pod­stawy nici. Sufit znaj­do­wał się wiele pozio­mów wyżej. W prze­strzeni nad naszymi gło­wami krzy­żo­wały się kładki i rury tran­zy­towe, a w zewnętrz­nej ścia­nie tkwiły pomiesz­cze­nia luk­su­so­wych nie­gdyś skle­pów i restau­ra­cji, teraz prze­ro­bio­nych prze­waż­nie na kapliczki lub kio­ski z mate­ria­łami reli­gij­nymi. Ludzi było mało, pra­wie nikt nie przy­by­wał z orbity i zale­d­wie garstka zmie­rzała do wind. W hali pano­wała sza­rówka - pro­jek­tant nie prze­wi­dział, że będzie tu aż tak ciemno - i sufit nikł gdzieś w mroku, a całość przy­po­mi­nała wnę­trze kate­dry, w któ­rej odby­wała się jakaś nie­wi­doczna, choć wyczu­walna święta cere­mo­nia; atmos­fera nie skła­niała do pośpie­chu ani do gło­śnego zacho­wa­nia. Tło sta­no­wił led­wie sły­szalny stały szum, jakby spo­wo­do­wany przez pra­cu­jące w dole gene­ra­tory. Lub, pomy­śla­łem, jakby chór mni­chów into­no­wał jed­no­stajną pogrze­bową pieśń.

- Zawsze tak to wyglą­dało? - spy­ta­łem.

- Nie. Choć zawsze było to zadu­pie, strasz­nie się zmie­niło od czasu, jak tu ostat­nio byłem. Nawet mie­siąc temu musiało wyglą­dać ina­czej, pano­wał duży ruch, więk­szość pasa­że­rów prze­cho­dziła na sta­tek przez ten ter­mi­nal.

Przy­by­cie statku w oko­lice Skraju Nieba zawsze sta­no­wiło wyda­rze­nie. Jako pla­neta biedna i umiar­ko­wa­nie zaco­fana w porów­na­niu z innymi zamiesz­ka­nymi świa­tami nie nale­że­li­śmy do głów­nych gra­czy zmien­nego spek­trum han­dlu mię­dzy­gwiezd­nego. Nie­wiele eks­por­to­wa­li­śmy: doświad­cze­nie wojenne i kilka nie­cie­ka­wych bio­pro­duk­tów pozy­ski­wa­nych w dżun­gli. Chęt­nie kupi­li­by­śmy od Demar­chi­stów wszel­kie egzo­tyczne zaawan­so­wane pro­dukty i usługi, ale tylko naj­bo­gatsi ze Skraju Nieba mogli sobie na nie pozwo­lić. Gdy zawi­jały do nas statki, spe­ku­lo­wano, że zostały wypchnięte z bar­dziej docho­do­wych ryn­ków - z tras Yel­low­stone-Sol albo Fand-Yel­low­stone-Grand Teton - albo że i tak musiały się tu zatrzy­mać do remontu. Zda­rzało się to prze­cięt­nie raz na dzie­sięć stan­dar­do­wych lat i zawsze nas wtedy kiwano.

- Czy tu wła­śnie umarł Haus­smann? - spy­ta­łem.

- Gdzieś w pobliżu - odparł Die­ter­ling. Odgłos naszych kro­ków niósł się echem, gdy szli­śmy przez wielką halę. - Ni­gdy się nie dowie­dzą, gdzie dokład­nie, bo nie było wtedy dokład­nych map. Ale musiało to być parę kilo­me­trów stąd. Na pewno w gra­ni­cach Nueva Val­pa­ra­iso. Począt­kowo zamie­rzali spa­lić ciało, ale potem posta­no­wili je zabal­sa­mo­wać, by go zacho­wać jako przy­kład dla innych.

- Ale kult nie powstał od razu?

- Nie. Sky Haus­smann miał paru zwa­rio­wa­nych sym­pa­ty­ków, ale trudno to uznać za Kościół. To przy­szło potem. San­tiago był głów­nie świecki, ale z ludz­kiej psy­chiki nie tak łatwo wyko­rze­nić reli­gię. Czyny Skya sto­pili wybiór­czo z tym, co zapa­mię­tali z domu, jedno zacho­wali, dru­gie odrzu­cili, jak im paso­wało. Kilka poko­leń trwało wypra­co­wa­nie szcze­gó­łów, a potem nie dało się już tego ruchu powstrzy­mać.

- A potem, gdy zbu­do­wano most?

- Do tego czasu jedna z Haus­sman­now­skich sekt stała się posia­da­czem ciała. Nadali sobie nazwę Kościół Skya. Dla wygody, jeśli nie z innych powo­dów, doszli do wnio­sku, że Haus­smann musiał umrzeć nie w pobliżu mostu, ale dokład­nie pod nim. I że most to nie winda kosmiczna - a nawet gdyby był windą, to sta­no­wi­łoby to jego zewnętrzną funk­cję - tylko znak Boga: gotowe sank­tu­arium poświę­cone zbrodni i chwale Skya Haus­smanna.

- Ale to prze­cież ludzie skon­stru­owali i zbu­do­wali ten most.

- Z woli boskiej. Nie rozu­miesz, Tan­ner? Nie można tego kwe­stio­no­wać. Pod­daj się od razu.

Minę­li­śmy sek­cia­rzy - dwóch męż­czyzn i kobietę - idą­cych w prze­ciwną stronę. Mia­łem prze­możne wra­że­nie cze­goś zna­jo­mego, nie pamię­ta­łem jed­nak, czy już przed­tem ich widzia­łem. Byli ubrani w popie­late bluzy, nosili dłu­gie włosy. Jeden z męż­czyzn miał umo­co­wany przy czaszce mecha­niczny dia­dem - może to urzą­dze­nie zada­jące ból? Lewy rękaw dru­giego wyznawcy zwi­sał pła­sko przy­pięty do boku. Na czole kobiety wid­niał mały znak w kształ­cie del­fina. Przy­po­mnia­łem sobie, że Sky Haus­smann zaprzy­jaź­nił się z del­finami na pokła­dzie San­tiago i spę­dzał czas z tymi isto­tami, któ­rych uni­kali inni człon­ko­wie załogi.

Dziwne wydało mi się wspo­mnie­nie tego faktu. Chyba ktoś mi kie­dyś o tym mówił.

- Przy­go­to­wa­łeś pisto­let? - spy­tał Die­ter­ling. - Na wszelki wypa­dek. Możemy za rogiem wpaść na tego dra­nia, kiedy będzie sobie aku­rat zawią­zy­wał sznu­ro­wa­dła.

Pokle­pa­łem pisto­let, upew­nia­jąc się, że jest na miej­scu.

- Dziś raczej nie będziemy mieli szczę­ścia - powie­dzia­łem do Migu­ela.

Prze­szli­śmy przez drzwi w wewnętrz­nej ścia­nie hali. Mnisi zaśpiew miał teraz bez wąt­pie­nia ludz­kie brzmie­nie; ton był nie­mal dosko­nały, ale cze­goś w nim bra­ko­wało.

Po raz pierw­szy od wej­ścia do ter­mi­nalu zoba­czy­li­śmy nić. Obszar odjaz­dów, gdzie wkro­czy­li­śmy, był olbrzy­mim owal­nym pomiesz­cze­niem oto­czo­nym gale­rią; na niej sta­li­śmy. Główny poziom znaj­do­wał się setki metrów poni­żej i nić nur­ko­wała z góry, wynu­rzała się z sufitu przez drzwi źre­ni­cowe, potem bie­gła w dół, do miej­sca, gdzie była rze­czy­wi­ście zako­twi­czona i gdzie czy­hały urzą­dze­nia ser­wi­sowe, remon­tu­jące i kon­ser­wu­jące dźwigi. To stam­tąd docho­dziła żałobna pieśń; nio­sła się wyżej dzięki oso­bli­wej aku­styce tego pomiesz­cze­nia.

Most - poje­dyn­cza cienka nić z hiper­dia­mentu, bie­gnąca z powierzchni na orbitę syn­chro­niczną - na całej nie­mal dłu­go­ści miał tylko pięć metrów śred­nicy, a więk­szość z tego była pusta i tylko na ostat­nim kilo­me­trze, przed ter­mi­na­lem, liczył trzy­dzie­ści metrów sze­ro­ko­ści; zwę­żał się stop­niowo wraz z wyso­ko­ścią. Ta dodat­kowa sze­ro­kość miała zna­cze­nie czy­sto psy­cho­lo­giczne: wielu pasa­że­rów rezy­gno­wało z podróży na orbitę, gdy zoba­czyło, jak wąska jest nić, na któ­rej mieli jechać. Wobec tego wła­ści­ciele mostu posze­rzyli jego widoczną część bar­dziej, niż było to konieczne.

Wago­niki windy przy­jeż­dżały i odjeż­dżały co parę minut, wzno­sząc się i opa­da­jąc po prze­ciw­nych stro­nach kolumny. Przy­cze­pione magne­tycz­nie, miały kształt smu­kłego walca, wypro­fi­lo­wa­nego tak, by obej­mo­wał pra­wie połowę nici. Były wie­lo­pię­trowe, z osob­nymi pozio­mami prze­zna­czo­nymi na jadal­nie, sale rekre­acyjne, miej­sca do spa­nia. Zsu­wały się i wjeż­dżały prze­waż­nie puste, z ciem­nymi prze­dzia­łami pasa­żer­skimi. Tylko w co pią­tym lub co szó­stym podró­żo­wała garstka osób. Puste wago­niki świad­czyły o eko­no­micz­nej mize­rii mostu, ale samo w sobie nie sta­no­wiło to wiel­kiego pro­blemu. Koszty utrzy­ma­nia ruchu były małe w porów­na­niu z kosz­tem mostu i puste wagony nie wpły­wały na roz­kład jazdy wago­nów peł­nych. Z daleka miało się złu­dze­nie, że są zapeł­nione i panuje dobra koniunk­tura, na co wła­ści­ciele mostu już dawno stra­cili nadzieję, odkąd prze­jął go Kościół. Pora mon­su­nowa mogła two­rzyć ilu­zję, że na woj­nie panuje zastój, ale już pla­no­wano nowe kam­pa­nie: stra­te­dzy symu­lo­wali na kom­pu­te­rach ofen­sywy i inwa­zje na wraże tereny.

Z gale­rii wysu­wał się zawrotny szklany jęzor niczym nie­pod­trzy­my­wany, docie­rał pra­wie do nici, zosta­wia­jąc tylko miej­sce na ruch wago­nika. Nie­któ­rzy podróżni z baga­żem już cze­kali na języku; wśród nich grupa dobrze ubra­nych ary­sto­kra­tów. Nie było jed­nak Reivi­cha ani osób przy­po­mi­na­ją­cych jego kom­pa­nów. Roz­ma­wiali lub obser­wo­wali wia­do­mo­ści na ekra­nach, które uno­siły się wokół pomiesz­cze­nia niczym pro­sto­kątne, wąskie tro­pi­kalne ryby; migo­tały na nich spra­woz­da­nia finan­sowe i wywiady ze zna­nymi oso­bami.

Przy pod­sta­wie języka stała budka, w któ­rej kobieta o znu­dzo­nej minie sprze­da­wała bilety.

- Pocze­kaj tu - popro­si­łem Die­ter­linga.

Kobieta spoj­rzała na mnie, gdy pod­sze­dłem do kasy. Miała na sobie pognie­ciony mun­dur Zarządu Mostu, a pod oczami sine pół­księ­życe, nabie­głe krwią i spuch­nięte.

- Słu­cham?

- Jestem zna­jo­mym Argenta Reivi­cha. Muszę się z nim natych­miast skon­tak­to­wać.

- Nie­stety, to nie­moż­liwe.

Tego się spo­dzie­wa­łem.

- Kiedy wyje­chał?

- Przy­kro mi, ale nie mogę udzie­lić infor­ma­cji - odparła kobieta noso­wym gło­sem, poły­ka­jąc spół­gło­ski.

Ski­ną­łem głową.

- Jed­nak nie zaprze­cza pani, że prze­szedł przez ter­mi­nal?

- Przy­kro mi, ale...

- Niech pani da spo­kój. - Łago­dzi­łem swoją odzywkę pojed­naw­czym uśmie­chem. - Prze­pra­szam, nie chcę być nie­grzeczny, ale mam do przy­ja­ciela bar­dzo pilną sprawę. Muszę mu coś prze­ka­zać, widzi pani, cenny skład­nik dzie­dzic­twa Reivi­chów. Czy mogę się z nim jakoś poro­zu­mieć wtedy, gdy wjeż­dża, czy muszę cze­kać, aż się dosta­nie na orbitę?

Kobieta się wahała. Prze­pisy zabra­niały prze­ka­zy­wa­nia infor­ma­cji, o jakie pro­si­łem, ale musia­łem jej się wydać szcze­rze zatro­skany. A poza tym naj­wy­raź­niej bogaty.

Spoj­rzała na displej.

- Może pan zosta­wić wia­do­mość, żeby się z panem skon­tak­to­wał, gdy dotrze do ter­mi­nalu na orbi­cie.

Czyli jesz­cze tam nie dotarł i na­dal wjeż­dża po nici.

- Chyba będzie lepiej, jeśli ruszę za nim - oznaj­mi­łem. - W ten spo­sób zmi­ni­ma­li­zuję czas dotar­cia do niego. Prze­każę mu ten przed­miot i wrócę.

- Tak, to roz­sądne. - Przyj­rzała mi się, wyczu­wa­jąc być może coś podej­rza­nego w moim zacho­wa­niu, ale nie zaufała swej intu­icji na tyle, by mnie zatrzy­mać. - Musi się pan pośpie­szyć. Naj­bliż­szy wago­nik zaraz zacznie przyj­mo­wa­nie pasa­że­rów.

Spoj­rza­łem tam, gdzie jęzor wysu­wał się do nici, i zoba­czy­łem pustą windę wyjeż­dża­jącą z obszaru ser­wi­so­wego.

- Pro­szę więc o bilet.

- Rozu­miem, że potrzebny panu powrotny? - Kobieta prze­tarła oczy. - Pięć­set pięć­dzie­siąt australi.

Wyją­łem z port­fela bank­noty Połu­dniow­ców.

- To zdzier­stwo - powie­dzia­łem. - Ener­gia potrzebna do wynie­sie­nia mnie na orbitę kosz­tuje jedną dzie­siątą tego, ale przy­pusz­czam, że część zabiera Kościół Skya.

- Nie twier­dzę, że nie, ale aku­rat tutaj nie powi­nien pan źle się wyra­żać o Kościele.

- Tak sły­sza­łem. Pani chyba do nich nie należy?

- Nie - odparła, wrę­cza­jąc mi resztę w niskich bank­no­tach. - Ja tu tylko pra­cuję.

Sek­cia­rze zawład­nęli mostem jakieś dzie­sięć lat temu, gdy doszli do prze­ko­na­nia, że w tym miej­scu został ukrzy­żo­wany Sky Haus­smann. Pew­nej nocy, nim kto­kol­wiek zdą­żył się zorien­to­wać, opa­no­wali most. Ogło­sili, że roz­ło­żyli gęsto kani­stry-pułapki z wiru­sem, i zagro­zili, że go uwol­nią, gdyby pró­bo­wano ich wyrzu­cić. Wirus - jeśli był w znacz­nym stę­że­niu - mógłby się roz­nieść z wia­trem bar­dzo daleko, zara­ża­jąc połowę Pół­wy­spu. Może ble­fo­wali, ale nikt nie chciał ryzy­ko­wać dobra przy­pad­ko­wych milio­nów ludzi. Sekta się utrzy­mała, pozwo­liła Zarzą­dowi Mostu na­dal zarzą­dzać mostem, choć załoga musiała być stale uod­por­niana prze­ciw ska­że­niu. Tera­pia anty­wi­ru­sowa dawała efekty uboczne, więc praca w ter­mi­nalu nie cie­szyła się popu­lar­no­ścią. No i jesz­cze te nie­koń­czące się mni­sie śpiewy.

Kobieta wrę­czyła mi bilet.

- Mam nadzieję, że dotrę na czas na orbitę - powie­dzia­łem.

- Poprzed­nia winda wyru­szyła godzinę temu. Jeśli pań­ski przy­ja­ciel w niej był... - Prze­rwała, a ja wie­dzia­łem, że nie ma "jeśli". - Jest spora szansa, że gdy pan tam dotrze, zasta­nie go pan w ter­mi­nalu orbi­tal­nym.

- Miejmy nadzieję, że powita mnie z wdzięcz­no­ścią.

Chciała się uśmiech­nąć, ale zre­zy­gno­wała. Mimo wszystko wyma­gało to wiele wysiłku.

- Jestem pewna, że pad­nie z wra­że­nia.

Scho­wa­łem bilet, podzię­ko­wa­łem kasjerce - współ­czu­łem kobie­ci­nie, że musi tu pra­co­wać - i posze­dłem do Die­ter­linga. Oparty o niską szklaną ścianę ota­cza­jącą jęzor, z nie­obec­nym spo­koj­nym wyra­zem twa­rzy, spo­glą­dał w dół na człon­ków sekty. Przy­po­mniało mi się, jak kie­dyś w dżun­gli ura­to­wał mi życie pod­czas ataku hama­driad. Wtedy też widzia­łem u niego tę samą obo­jętną minę sza­chi­sty gra­ją­cego z prze­ciw­ni­kiem znacz­nie niż­szej klasy.

- No i co? - spy­tał, gdy pod­sze­dłem.

- Już wsiadł do windy.

- Kiedy?

- Godzinę temu. Kupi­łem sobie bilet. Ty też kup dla sie­bie, ale w żaden spo­sób nie zdradź, że podró­żu­jemy razem.

- Może nie powi­nie­nem z tobą jechać, bra­chu?

- Będziesz bez­pieczny. - Ści­szy­łem głos. - Stąd aż do wyj­ścia w ter­mi­nalu orbi­tal­nym nie ma żad­nych kon­troli gra­nicz­nych. Możesz swo­bod­nie wje­chać i zje­chać, nikt cię nie aresz­tuje.

- Łatwo ci mówić, Tan­ner.

- Nie masz się czego bać, zapew­niam cię.

Pokrę­cił głową.

- Nie ma sensu, żeby­śmy podró­żo­wali razem, nawet tylko tą samą windą. Reivich mógł tu zor­ga­ni­zo­wać bar­dzo sku­teczny moni­to­ring.

Już chcia­łem zaprze­czyć, ale przy­pusz­cza­łem, że ma rację. Podob­nie jak Cahu­ella, Die­ter­ling, opusz­cza­jąc Skraj Nieba, nara­żał się na areszt pod zarzu­tem prze­stępstw wojen­nych. Obaj byli w ogól­no­ukła­do­wej bazie danych i za ich głowy wyzna­czono znaczną nagrodę, choć Cahu­ella już nie żył.

- Dobrze - powie­dzia­łem. - Jest jesz­cze dodat­kowy powód, żebyś tu został. Przy­naj­mniej trzy dni będę z dala od Gadziarni. Ktoś kom­pe­tentny musi doglą­dać domu.

- Jesteś pewien, że sam potra­fisz się upo­rać z Reivi­chem?

Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Potrzebny jest tylko jeden strzał.

- I ty go oddasz - powie­dział z wyraźną ulgą. - W takim razie dziś w nocy wra­cam do Gadziarni. Z żywym zain­te­re­so­wa­niem będę słu­chał wia­do­mo­ści.

- Zro­bię wszystko, żeby cię nie zawieść. Życz mi powo­dze­nia.

Die­ter­ling uści­snął mi dłoń.

- Uwa­żaj na sie­bie, Tan­ner. Nie wyzna­czono za cie­bie nagrody, ale i tak nie uda ci się stąd odejść bez wyja­śnień. Sam musisz wymy­ślić spo­sób, jak pozbyć się pisto­letu.

Ski­ną­łem głową.

- Strasz­nie ci go bra­kuje. Kupię ci taki na uro­dziny.

Przez chwilę mi się przy­glą­dał, jakby coś jesz­cze chciał dodać, po czym odwró­cił się i odszedł. Obser­wo­wa­łem, jak wycho­dzi z pomiesz­cze­nia i znika w ciem­nej hali. Po dro­dze dobie­rał odpo­wiedni kolor płasz­cza - odda­la­jąca się postać o sze­ro­kich ple­cach migo­tała.

Sta­ną­łem przy win­dzie, cze­ka­jąc na swój wago­nik. Wło­ży­łem dłoń do kie­szeni - wyczu­łem zimny, twardy jak dia­ment pisto­let.

Trzy

Trzy

- Pro­szę pana? Za pięt­na­ście minut poda­dzą kola­cję na dol­nym pokła­dzie. Czy zechce pan dołą­czyć do reszty pasa­że­rów?

Drgną­łem - nie sły­sza­łem przed­tem kro­ków na scho­dach pro­wa­dzą­cych na pokład wido­kowy. Myśla­łem, że jestem zupeł­nie sam. Pasa­że­ro­wie od razu scho­wali się w kabi­nach - podróż miała tro­chę potrwać i warto było roz­pa­ko­wać bagaże - ja nato­miast wsze­dłem na pokład wido­kowy, by obser­wo­wać odjazd. Dosta­łem kabinę, ale nie musia­łem niczego roz­pa­ko­wy­wać.

Wzno­sze­nie zaczęło się nie­sa­mo­wi­cie łagod­nie. Począt­kowo w ogóle nie sły­szało się żad­nego dźwięku, nie odczu­wało wzno­sze­nia ani wibra­cji, tylko gładki ślizg, nie­zau­wa­żal­nie powolny, lecz ze stale rosnącą szyb­ko­ścią. Spoj­rza­łem w dół, usi­łu­jąc dostrzec sek­cia­rzy, ale widok mia­łem pod takim kątem, że widzia­łem tylko paru maru­de­rów, choć poni­żej musiała być masa ludzi. Wła­śnie jecha­li­śmy przez źre­nicę sufitu, gdy zasko­czył mnie tam­ten głos.

Odwró­ci­łem się. Mówił do mnie ser­wi­tor, nie czło­wiek. Miał wycią­galne ramiona i bar­dzo wysty­li­zo­waną głowę, ale bra­ko­wało mu nóg albo kół; jego tors zwę­żał się jak tułów osy. Robot poru­szał się na szy­nie zamon­to­wa­nej w sufi­cie, do któ­rej był przy­mo­co­wany zakrzy­wio­nym wysię­gni­kiem wysta­ją­cym mu z ple­ców.

- Pro­szę pana? - zaczął ponow­nie, tym razem w norte. - Kola­cja zosta­nie podana...

- Już mówi­łeś i zro­zu­mia­łem. - Pomy­śla­łem, że zawie­ra­nie zna­jo­mo­ści z ary­sto­kra­tami jest ryzy­kowne, ale potem dosze­dłem do wnio­sku, że bar­dziej ryzy­kowne byłoby podej­rzane trzy­ma­nie się z dala. Zasiądę z nimi do stołu i przed­sta­wię im jakieś fik­cyjne domy­sły. Odpo­wie­dzia­łem w norte; potrze­bo­wa­łem prak­tyki w tym języku. - Przyjdę za kwa­drans. Jesz­cze przez chwilę chciał­bym poob­ser­wo­wać widoki.

- Dobrze, pro­szę pana. Przy­go­tuję dla pana miej­sce przy stole.

Robot obró­cił się i bez­gło­śnie wysu­nął z pokładu, a ja wró­ci­łem do podzi­wia­nia widoku. Trudno powie­dzieć, czego się wtedy spo­dzie­wa­łem, ale z pew­no­ścią zoba­czy­łem rze­czy zaska­ku­jące. Minę­li­śmy skle­pie­nie holu sta­cji, jed­nak ter­mi­nal był znacz­nie wyż­szy niż hol i cią­gle się wzno­si­li­śmy w gór­nych rejo­nach budynku. Prze­ko­na­łem się, że tu wła­śnie obse­sja na punk­cie Skya Haus­smanna osią­gnęła swój szczyt. Po ukrzy­żo­wa­niu Haus­smanna sek­cia­rze zabal­sa­mo­wali jego ciało, opa­ko­wali w dziwną mate­rię o zie­lon­ka­wo­sza­rym oło­wia­nym poły­sku, wywin­do­wali go aż tutaj na wielki wysu­nięty dziób, który wysta­wał z wewnętrz­nej ściany i nie­mal doty­kał samej nici. Ciało Haus­smanna przy­po­mi­nało stat­kową figurę roz­cią­gniętą pod buksz­pry­tem wiel­kiego żaglowca.

Roze­brali go do pasa, roz­po­starli sze­roko jego ramiona i przy­mo­co­wali do masztu w kształ­cie krzyża. Nogi miał zwią­zane, a prawy nad­gar­stek prze­bity gwoź­dziem (nad­gar­stek, nie dłoń - wirus wywo­łu­jący styg­mat pomy­lił ten szcze­gół), a znacz­nie więk­szy kawał metalu wpa­ko­wano mu w górną część zma­sa­kro­wa­nej lewej ręki. Zarówno te szcze­góły, jak i wyraz otę­pia­łego cier­pie­nia na twa­rzy, zostały miło­sier­nie zama­zane w pro­ce­sie pako­wa­nia. Nie dało się odczy­tać rysów twa­rzy, ale wszyst­kie niu­anse męki zostały wpi­sane w wygięty łuk karku, w szczęki zaci­śnięte jakby w spa­zmie po pora­że­niu prą­dem. Powinni pora­zić go prą­dem, pomy­śla­łem. To byłoby bar­dziej lito­ściwe, bez względu na to, jakie popeł­nił zbrod­nie.

Byłoby to jed­nak za pro­ste. Doko­nali egze­ku­cji na czło­wieku, który dopu­ścił się rze­czy prze­ra­ża­ją­cych, ale rów­no­cze­śnie glo­ry­fi­ko­wali tego, który obda­ro­wał ich całym świa­tem. Ukrzy­żo­wa­niem wyra­żali zarówno uwiel­bie­nie, jak i nie­na­wiść.

I tak już pozo­stało.

Winda sunęła parę metrów od Skya; kuli­łem się, chcia­łem, by jak naj­szyb­ciej stąd odje­chała. Mia­łem wra­że­nie, że wielka prze­strzeń jest komorą pogło­sów, z echem nie­skoń­czo­nego bólu.

Zaswę­działa mnie ręka. Potar­łem nią o barierkę. Zamkną­łem oczy, aż wyje­cha­li­śmy z ter­mi­nalu, wzno­sząc się w noc.

***

- Napije się pan jesz­cze wina, panie Mira­bel? - spy­tała lisia żona ary­sto­kraty sie­dzą­cego naprze­ciwko mnie.

- Nie, dzię­kuję - odpar­łem. Osu­szy­łem usta ser­wetką. - Pozwoli pani, że się oddalę. Chciał­bym poob­ser­wo­wać widoki.

- Szkoda. - Kobieta z roz­cza­ro­wa­niem wydęła usta.

- Będzie nam bra­ko­wało pań­skich opo­wie­ści, panie Tan­ner - stwier­dził męż­czy­zna.

Uśmiech­ną­łem się. Pod­czas obiadu udało mi się prze­cier­pieć godzinę sztyw­nej roz­mowy. Dorzu­ca­łem od czasu do czasu jakąś aneg­dotę, by prze­rwać nie­zręczną ciszę, jaka zapa­dała przy stole, gdy któ­ryś z gości poczy­nił uwagę uznaną za nie­zręczną w ramach krę­pu­ją­cej, acz nie­spre­cy­zo­wa­nej ety­kiety ary­sto­kra­tów. Parę razy musia­łem roz­są­dzić spory mię­dzy pół­nocną a połu­dniową frak­cją - chcąc nie chcąc, sta­wa­łem się wów­czas adwo­ka­tem jed­nej ze stron. Moje prze­bra­nie nie było chyba cał­ko­wi­cie prze­ko­nu­jące, gdyż nawet Pół­nocni zda­wali sobie sprawę, że nie mam bez­po­śred­niego związku z Połu­dniow­cami.

Nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Dzięki prze­bra­niu kasjerka, prze­ko­nana, że jestem ary­sto­kratą, udzie­liła mi infor­ma­cji, któ­rych nor­mal­nie by odmó­wiła. Strój umoż­li­wił mi prze­by­wa­nie tu z ary­sto­kra­cją, ale i tak wcze­śniej czy póź­niej się go pozbędę. Nie byłem czło­wie­kiem poszu­ki­wa­nym - zale­d­wie osob­ni­kiem o męt­nej prze­szło­ści i męt­nych powią­za­niach. Rów­nież moje nazwi­sko, Tan­ner Mira­bel, było znacz­nie bez­piecz­niej­sze niż jakaś naprędce wymy­ślona linia ary­sto­kra­tyczna. Na szczę­ście nazwi­sko brzmiało neu­tral­nie, nie nio­sło sko­ja­rzeń ani z ary­sto­kra­cją, ani żad­nych innych. W odróż­nie­niu od towa­rzy­stwa przy stole nie mogłem wywieść swej linii gene­alo­gicz­nej od cza­sów przy­by­cia Flo­tylli; osoba o nazwi­sku Mira­bel naj­praw­do­po­dob­niej dotarła na Skraj Nieba pół wieku po tym wyda­rze­niu. W oczach ary­sto­kra­cji byłem par­we­niu­szem i kmie­ciem, ale nikt - z wro­dzo­nego taktu - o tym gło­śno nie napo­mknął. Wszy­scy byli dłu­go­wieczni, wywo­dzili swe linie gene­alo­giczne nie tylko od Flo­tylli, ale też ze spisu pasa­że­rów, od któ­rego dzie­liła ich zale­d­wie jedna lub dwie gene­ra­cje. Natu­ral­nie zakła­dano, że tak jak oni mam wspo­ma­gane geny i dostęp do takich samych tech­no­lo­gii tera­peu­tycz­nych.

Ale o ile Mira­be­lo­wie praw­do­po­dob­nie przy­byli na Skraj Nieba po Flo­tylli, nie przy­nie­śli ze sobą żad­nej dzie­dzicz­nej korek­cji dłu­go­wiecz­no­ści. Może pierw­sza gene­ra­cja żyła dłu­żej, niż trwa prze­ciętne ludz­kie życie, ale ta cecha nie została prze­ka­zana następ­nym poko­le­niom.

Ja nato­miast nie mia­łem dość pie­nię­dzy, by nabyć ją na rynku. Cahu­ella pła­cił mi sowi­cie, lecz to nie wystar­czało, by aż tak dać się złu­pić Ultra­som. I pra­wie nie miało zna­cze­nia. Tylko jedna dwu­dzie­sta popu­la­cji pla­nety posia­dała tę korek­cję. Reszta z nas babrała się w woj­nie albo ledwo wią­zała koniec z koń­cem w krót­kich okre­sach mię­dzy­woj­nia. Naj­waż­niej­szym pro­ble­mem było to, jak prze­żyć następny mie­siąc, a nie następny wiek.

Gdy więc tylko poru­szono temat tech­nik dłu­go­wiecz­no­ści, roz­mowa przy stole stała się zde­cy­do­wa­nie nie­zręczna. Sta­ra­łem się zre­lak­so­wać... a słowa niech sobie płyną obok mnie. Jed­nak gdy docho­dziło do spo­rów, wyzna­czano mi rolę roz­jemcy.

- Tan­ner będzie to wie­dział. - Zwra­cano się do mnie, bym zapro­po­no­wał wyj­ście z impasu.

- To skom­pli­ko­wane zagad­nie­nie - stwier­dza­łem.

Albo: "Widocz­nie wcho­dzą tu w grę głęb­sze sprawy". Albo: "Uwa­żam, że z mojej strony nie­etyczne byłoby wypo­wia­da­nie się na ten temat... Rozu­mieją pań­stwo, cho­dzi o docho­wa­nie tajem­nicy".

Po godzi­nie takiej roz­mowy zapra­gną­łem samot­no­ści.

Wsta­łem od stołu, popro­si­łem o wyba­cze­nie i wsze­dłem krę­co­nymi scho­dami, pro­wa­dzą­cymi na pokład wido­kowy nad pozio­mem kabin i jadal­nią. Per­spek­tywa zrzu­ce­nia ary­sto­kra­ciej skóry spodo­bała mi się i po raz pierw­szy od wielu godzin czu­łem lekką zawo­dową satys­fak­cję. Wszystko było pod kon­trolą. Gdy dotar­łem na górę, mój ser­wi­tor kabi­nowy przy­go­to­wał dla mnie guin­dado. Nawet spo­sób, w jaki drink zamglił mi zwy­kłą jasność myśli, nie był przy­kry. Mam dużo czasu, by wytrzeź­wieć - co naj­mniej sie­dem godzin, nim ponow­nie będzie mi potrzebna ostrość zmy­słów zabójcy.

Teraz wzno­si­li­śmy się szybko; po wyjeź­dzie z ter­mi­nalu winda przy­śpie­szyła do pię­ciu­set kilo­me­trów na godzinę, ale nawet z tą pręd­ko­ścią dotar­cie do ter­mi­nalu orbi­tal­nego - tysiące kilo­me­trów nad nami - zaj­mie czter­dzie­ści godzin. Winda poczwór­nie zwięk­szyła pręd­kość, gdy opu­ściła atmos­ferę, co zapewne nastą­piło pod­czas pierw­szego dania.

Mia­łem cały pokład wido­kowy dla sie­bie.

Inni pasa­że­ro­wie roz­pro­szą się po kola­cji w pię­ciu salach nad jadal­nią. Winda z powo­dze­niem mie­ściła pięć­dzie­siąt osób i nie wyda­wała się przy tym zatło­czona, ale dziś było nas zale­d­wie sied­mioro, wli­cza­jąc mnie. Cała podróż zaj­mo­wała dzie­sięć godzin. Obroty sta­cji wokół Skraju Nieba były zsyn­chro­ni­zo­wane z dobo­wym obro­tem pla­nety, więc sta­cja zawsze wisiała dokład­nie nad Nueva Val­pa­ra­iso, nie­ru­chomo nad rów­ni­kiem. Wie­dzia­łem, że na Ziemi ist­nieją kosmiczne mosty osią­ga­jące wyso­kość trzy­dzie­stu sze­ściu tysięcy kilo­me­trów, ale ponie­waż Skraj Nieba obra­cał się nieco szyb­ciej i oddzia­ły­wał z nieco słab­szym przy­cią­ga­niem gra­wi­ta­cyj­nym, orbity syn­chro­niczne były szes­na­ście tysięcy kilo­me­trów niż­sze. Nić miała jed­nak dłu­gość dwu­dzie­stu tysięcy kilo­me­trów, a to zna­czyło, że jej ostatni górny kilo­metr dozna­wał nie­sa­mo­wi­tego naprę­że­nia ze strony dzie­więt­na­stu tysięcy kilo­me­trów odcinka poni­żej. Nić była pusta, jej ściany sta­no­wiła krata pie­zo­elek­trycz­nie wzmoc­nio­nego hiper­dia­mentu, ale cał­ko­wity cię­żar, jak sły­sza­łem, wyno­sił pra­wie dwa­dzie­ścia milio­nów ton. Za każ­dym razem, gdy opusz­cza­łem stopę na pod­łogę pokładu, byłem świa­dom tego maleń­kiego naci­sku, jaki wywie­ram dodat­kowo na nić. Sącząc guin­dado, zasta­na­wia­łem się, jaką tole­ran­cję dla punktu zerwa­nia uwzględ­nili kon­struk­to­rzy nici. Potem już bar­dziej racjo­nal­nie pomy­śla­łem, że nić nie­sie zale­d­wie małą część ruchu, jaką byłaby w sta­nie obsłu­żyć. Od tej chwili przy oknie wido­ko­wym stą­pa­łem pew­niej.

Zasta­na­wia­łem się, czy Reivich jest na tyle spo­kojny, by raczyć się teraz drin­kiem.

Widok powi­nien być spek­ta­ku­larny, ale nawet w rejo­nach, gdzie jesz­cze nie zapa­dła noc, Pół­wy­sep zakry­wała war­stwa chmur mon­su­no­wych. Ponie­waż pla­neta krą­żyła po orbi­cie bli­skiej Łabę­dziowi, pora mon­su­nów nastę­po­wała mniej wię­cej co sto dni i trwała nie­całe dzie­sięć, pięt­na­ście dni w każ­dym krót­kim roku. Ponad ostro zakrzy­wio­nym hory­zon­tem niebo zmie­niało barwę przez odcie­nie nie­bie­skiego do ciem­no­gra­na­to­wego. Widzia­łem teraz jasne gwiazdy, a tuż nad głową tkwiła poje­dyn­cza stała gwiazda sta­cji orbi­tal­nej na dale­kim końcu nici, na­dal odle­gła. Zasta­na­wia­łem się, czy nie pójść spać. Lata żoł­nierki nauczyły mnie nie­mal zwie­rzę­cej zdol­no­ści czu­wa­nia pod­czas snu. Zabeł­ta­łem w kie­liszku resztkę drinka i pocią­gną­łem łyk. Teraz, gdy powzią­łem decy­zję, poczu­łem, że zmę­cze­nie ruszyło na mnie jak woda z prze­rwa­nej zapory. Czy­hało, wycze­ku­jąc oznak osła­bie­nia mej czuj­no­ści.

- Pro­szę pana?

Znów drgną­łem, ale tym razem sła­biej, gdyż pozna­łem głos ser­wi­tora.

- Pro­szę pana, jest do pana roz­mowa z pla­nety - mówiła maszyna. - Mam prze­łą­czyć do kabiny czy chce pan oglą­dać tutaj?

Zasta­na­wia­łem się, czy nie wró­cić do sie­bie, ale szkoda byłoby tra­cić widoki.

- Daj tutaj - powie­dzia­łem. - Ale jeśli ktoś zacznie wcho­dzić na górę, prze­rwij połą­cze­nie.

- Dobrze, pro­szę pana.

To na pewno Die­ter­ling. Nie zdą­żył wró­cić do Gadziarni, choć według mojej oceny powi­nien poko­nać dwie trze­cie drogi. Jak na niego to tro­chę za wcze­śnie, by się ze mną kon­tak­to­wać. Nie ocze­ki­wa­łem roz­mowy z nikim innym i nie mia­łem powo­dów do nie­po­koju.

A jed­nak. Głowa i ramiona, które wyło­niły się w oknie windy, nale­żały do Czer­wo­no­rę­kiego Vasqu­eza. Kamera gdzieś w pomiesz­cze­niu musiała mnie namie­rzyć i prze­su­nąć mój obraz - teraz wyda­wało się, że sto­imy twa­rzą w twarz, bo Vasquez patrzył mi pro­sto w oczy.

- Tan­ner, słu­chaj mnie, chło­pie.

- Słu­cham cię, Czer­wony - odpar­łem. Cie­kawe, czy usły­szał iry­ta­cję w moim gło­sie. - Co się tak waż­nego wyda­rzyło, że aż tu dzwo­nisz?

- Spa­daj, Mira­bel. Za pół minuty nie będzie ci do śmie­chu. - Powie­dział to takim tonem, że ode­bra­łem jego słowa nie jako groźbę, lecz ostrze­że­nie, bym przy­go­to­wał się na złe wie­ści.

- O co cho­dzi? Reivich znów wyciął nam jakiś numer?

- Nie wiem. Moi chłopcy powę­szyli i jestem cho­ler­nie prze­ko­nany, że on jest w tej nici, tak jak przy­pusz­czasz, jeden lub dwa wagony przed tobą.

- Więc na pewno nie z tego powodu dzwo­nisz.

- Nie. Dzwo­nię, bo ktoś zabił Węża.

- Die­ter­linga? - spy­ta­łem odru­chowo. Jakby mogło cho­dzić o kogoś innego.

Vasquez ski­nął głową.

- Jeden z moich chłop­ców zna­lazł go godzinę temu, ale nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia, więc tro­chę to potrwało, nim wia­do­mość do mnie dotarła.

Budo­wa­łem zda­nia, mając wra­że­nie, że ich treść nie pocho­dzi z mojego umy­słu:

- Gdzie był? Co się stało?

- Był w twoim koło­wcu, na­dal zapar­ko­wa­nym na Norqu­inco. Z ulicy w ogóle nie było widać, że ktoś jest w środku. Mój czło­wiek spraw­dzał samo­chód, spe­cjal­nie zaj­rzał do środka i zoba­czył, że Die­tre­ling zsu­nął się z fotela. Jesz­cze oddy­chał.

- Co się stało?

- Ktoś do niego strze­lił. Na pewno się krę­cił w pobliżu koło­wca i cze­kał, aż Die­ter­ling wróci z mostu. Die­ter­ling musiał wła­śnie wsiąść i przy­go­to­wy­wać się do odjazdu.

- Jak go zastrze­lono?

- Stary, nie wiem, prze­cież nie robię tu u sie­bie sek­cji zwłok. - Vasquez przy­gryzł wargi. - Chyba jakimś pro­mie­niem. Z bli­ska, pro­sto w pierś.

Spoj­rza­łem na kie­li­szek guin­dando. To absur­dalne tak stać z drin­kiem w dłoni i w zwy­kłej towa­rzy­skiej poga­duszce mówić o śmierci przy­ja­ciela. Ale nie mia­łem gdzie odsta­wić kie­liszka.

Pocią­gną­łem łyk i odpar­łem z chło­dem, który mnie samego zdzi­wił.

- Sam wolę bro­nie pro­mie­niowe, ale wybrał­bym coś innego, gdy­bym chciał zabić, nie robiąc zbyt­niego zamie­sza­nia. Bro­nie pro­mie­niowe dają więk­szy błysk niż poci­skowe.

- Chyba że się strzela z małej odle­gło­ści, jak cios nożem. Bar­dzo mi przy­kro, chło­pie, ale chyba tak wła­śnie to się stało. Lufę przy­sta­wiono do ubra­nia. Bez świa­tła, bez hałasu, a jeśli nawet, to wszystko zakrył koło­wiec. W tam­tej oko­licy wie­czo­rem było wesoło. Ktoś roz­pa­lił ogni­sko koło mostu i ludziom to wystar­czyło, by posza­leć. Nikt raczej nie zauwa­żył strzału pro­mie­niem.

- Die­ter­ling nie nale­żał do osób, które sie­dzą bier­nie i dają się zabić.

- Może nie zdą­żył się na czas zorien­to­wać.

Zasta­no­wi­łem się. Docie­rał do mnie sam fakt śmierci, ale ogar­nąć wszyst­kie jej kon­se­kwen­cje, nie mówiąc o szoku emo­cjo­nal­nym... to musiało potrwać. Zmu­si­łem się do zada­nia sen­sow­nego pyta­nia:

- Jeśli się nie zorien­to­wał, to albo nie zwra­cał uwagi, albo mor­der­stwa doko­nał ktoś, kogo Die­ter­ling znał. Mówisz, że gdy go zna­leźli, jesz­cze oddy­chał?

- Tak, ale był nie­przy­tomny. Raczej nic dla niego nie mogli­śmy zro­bić.

- Jesteś pewien, że nic nie powie­dział?

- Nic nie powie­dział ani mnie, ani face­towi, który go zna­lazł.

- Facet... ten czło­wiek, który go zna­lazł... czy widzie­li­śmy go dziś wie­czo­rem?

- Nie. To jeden z ludzi, któ­rym kaza­łem cały dzień śle­dzić Reivi­cha.

I tak to miało wyglą­dać: Vasquez nie zamie­rzał udzie­lić wię­cej infor­ma­cji, dopóki sam z niego wszyst­kiego nie wycią­gnę.

- A jak długo ten czło­wiek dla cie­bie pra­cuje? Czy Die­ter­ling widział go kie­dyś przed­tem?

Trwało to długo, ale zro­zu­miał, do czego zmie­rzam.

- No, nie ma mowy, Tan­ner. Przy­się­gam ci, że mój czło­wiek nie ma z tym nic wspól­nego.

- Jest jed­nak podej­rzany. To samo doty­czy każ­dego, z kim się dziś wie­czo­rem spo­tka­li­śmy. Włą­cza­jąc cie­bie, Czer­wony.

- Ja bym go ni­gdy nie zabił. Chcia­łem, żeby mnie wziął na polo­wa­nie na węże.

Odpo­wiedź tak żało­śnie samo­lubna, że rów­nie dobrze mogła być praw­dziwa.

- To chyba stra­ci­łeś oka­zję.

- Nie mam z tym nic wspól­nego, Tan­ner.

- Ale to się stało na twoim tere­nie?

Już miał odpo­wie­dzieć, a ja zamie­rza­łem go zapy­tać, co zro­bił z cia­łem, gdy obraz roz­mył się w zakłó­ce­niach. W tym samym momen­cie nastą­pił silny błysk, jakby natarł rów­no­cze­śnie ze wszyst­kich stron, i oblał wszystko mdłą białą jasno­ścią.

Trwało to uła­mek sekundy.

I wystar­czyło. W tym twar­dym wybu­chu bez­barw­nego bla­sku roz­po­zna­łem coś nie­za­po­mnia­nego. Już wcze­śniej to widzia­łem. A może nawet wię­cej niż raz? Zasta­na­wia­łem się przez chwilę i wspo­mi­na­łem goź­dziki bia­łego świa­tła roz­kwi­ta­jące na tle gwiezd­nej czerni.

Wybuch jądrowy.

Oświe­tle­nie windy przy­ga­sło na kilka sekund, poczu­łem, jak cię­żar mojego ciała maleje, po czym wszystko wró­ciło do normy.

Ktoś zrzu­cił bombę ato­mową.

Omiótł nas impuls elek­tro­ma­gne­tyczny, inter­fe­ru­jąc przez chwilę z windą. Od dzie­ciń­stwa nie widzia­łem roz­bły­sku nukle­ar­nego. Jedna ze zdro­wo­roz­sąd­ko­wych teo­rii gło­siła, że wojnę trzeba toczyć przy uży­ciu środ­ków kon­wen­cjo­nal­nych. Nie potra­fi­łem oce­nić mocy ładunku, nie wie­dząc, z jak daleka pocho­dzi błysk, ale brak chmury w kształ­cie grzyba świad­czył o tym, że eks­plo­zja nastą­piła wysoko nad powierzch­nią pla­nety. To nie miało więk­szego sensu: zrzu­ce­nie poci­sku ato­mo­wego mogło ozna­czać tylko wstęp do ataku kon­wen­cjo­nal­nego, a obecna pora temu nie sprzy­jała. Wybu­chy na dużej wyso­ko­ści też nie miały sensu - woj­skowe sieci łącz­no­ści zostały uod­por­nione na ataki impul­sami elek­tro­ma­gne­tycznymi.

Może to był wypa­dek?

Myśla­łem o tym przez kilka sekund.

Potem usły­sza­łem szyb­kie kroki na krę­co­nych scho­dach mię­dzy kabi­nami roz­miesz­czo­nymi pio­nowo w win­dzie. Zoba­czy­łem jed­nego z ary­sto­kra­tów, z któ­rym jadłem kola­cję. Nie zapa­mię­ta­łem jego nazwi­ska, ale lewan­tyń­ska budowa ciała i zło­ci­sto­brą­zowa skóra pra­wie na pewno wska­zy­wały na osobę z pół­nocy. Był ubrany stroj­nie, w płaszcz do kolan kapiący cie­niami szma­ragdu i akwa­ma­ryny. I był wzbu­rzony. Za nim lisia żona przy­sta­nęła na ostat­nim stop­niu scho­dów, patrząc na nas.

- Widział pan to? - spy­tał męż­czy­zna. - Weszli­śmy tu, żeby mieć lep­szy widok, pan miał stąd najlep­szy. Wyglą­dało to na coś dużego. Pra­wie jak...

- Bomba ato­mowa? Chyba tak. - W moim polu widze­nia ska­kały duchy siat­ków­kowe, różowe kształty.

- Dzięki Bogu, że to gdzieś dalej.

- Cie­kawe, co nadaje sieć publiczna - powie­działa kobieta, spo­glą­da­jąc na displej w kształ­cie bran­so­lety.

Był zapewne pod­łą­czony do znacz­nie mniej wraż­li­wej sieci danych niż ta, z któ­rej korzy­stał Vasquez, bo kobieta uzy­skała natych­mia­stowe połą­cze­nie. Obrazy i tekst wylały się na ekra­nik urzą­dze­nia.

- I co? Podają jakieś wyja­śnie­nie? - spy­tał męż­czy­zna.

- Nie wiem, ale... - Unio­sła wzrok i zmarsz­czyła czoło. - Nie, to nie może być prawda. To nie do wiary.

- Co? Co mówią?

Spoj­rzała na męża, potem na mnie.

- Mówią, że zaata­ko­wano most. Że eks­plo­zja odcięła nić.

***

W pozba­wio­nych reali­zmu chwi­lach, jakie nastą­piły potem, winda na­dal gładko się wzno­siła.

- Nie - powie­dział męż­czy­zna. Usi­ło­wał zacho­wać spo­kój, ale nie cał­kiem mu się to uda­wało. - Na pewno się mylą. Muszą się mylić.

- Boże, mam nadzieję, że się mylą - powie­działa kobieta łamią­cym się gło­sem. - Ostat­nie ska­no­wa­nie neu­ro­nowe prze­szłam sześć mie­sięcy temu...

- A tam, sześć mie­sięcy! - krzyk­nął mąż. - Ja nie mia­łem ska­no­wa­nia od dzie­się­ciu lat!

Kobieta ciężko wes­tchnęła.

- Z pew­no­ścią muszą się mylić. Prze­cież my tu cią­gle sobie roz­ma­wiamy. Nie spa­damy z wrza­skiem na dół. - Znów z nie­po­ko­jem spoj­rzała na bran­so­letę.

- Co się dzieje? - spy­tał męż­czy­zna.

- Powta­rzają to samo, co przed chwilą.

- To jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie albo wie­rutne kłam­stwo.

Co warto im ujaw­nić? - zasta­na­wia­łem się. Byłem prze­cież nie tylko ochro­nia­rzem. Pod­czas służby u Cahu­elli dowie­dzia­łem się o tej pla­ne­cie pra­wie wszyst­kiego, choć zdo­by­wane infor­ma­cje wią­zały się zwy­kle z zasto­so­wa­niami mili­tar­nymi. Mało wie­dzia­łem o moście, ale zna­łem przy­naj­mniej wła­sno­ści hiper­dia­mentu, sztucz­nego alo­tropu węgla, z któ­rego utkano most.

- Uwa­żam, że mogą mieć rację - oznaj­mi­łem.

- Ale prze­cież nic się nie zmie­niło! - zawo­łała kobieta.

- Nie musiało - odpar­łem. Narzu­ca­łem sobie spo­kój, prze­sta­wi­łem umysł w tryb zarzą­dza­nia kry­zy­sem - umie­jęt­ność nabyta pod­czas lat żoł­nierki. Gdzieś w tyle głowy sły­sza­łem swój oso­bi­sty wrzask prze­ra­że­nia, ale w tej chwili lepiej go było zigno­ro­wać. - Załóżmy, że most został prze­rwany. Jak pań­stwo sądzą, na jakiej wyso­ko­ści poni­żej nas nastą­pił błysk? Przy­pusz­czam, że przy­naj­mniej trzy tysiące kilo­me­trów.

- Co to ma wspól­nego z nami?

- Mnó­stwo - odpar­łem z wisiel­czym uśmie­chem. - Pro­szę sobie wyobra­zić most jako linę zwi­sa­jącą z orbity, wycią­gniętą pod wpły­wem swego wła­snego cię­żaru.

- Tak to sobie wła­śnie wyobra­żam.

- Zna­ko­mi­cie. Teraz pro­szę sobie wyobra­zić, że prze­cięto linę w poło­wie. Część powy­żej cię­cia na­dal zwisa z ter­mi­nalu orbi­tal­nego, ale odci­nek poni­żej zaczyna spa­dać na pla­netę.

- A więc jeste­śmy cał­ko­wi­cie bez­pieczni? - spy­tał męż­czy­zna. - Znaj­du­jemy się z pew­no­ścią powy­żej zerwa­nia. - Spoj­rzał w górę. - Nić jest nie­na­ru­szona aż do ter­mi­nalu orbi­tal­nego. To zna­czy, że jeśli cią­gle będziemy się wzno­sić, dotrzemy tam, dzięki Bogu.

- Nie dzię­ko­wał­bym mu zbyt pośpiesz­nie.

Spoj­rzał na mnie z bole­ściwą miną, jak­bym zby­tecz­nymi obiek­cjami psuł jakąś zawiłą grę salo­nową.

- Co pan ma na myśli?

- To nie zna­czy, że jeste­śmy bez­pieczni. Gdy prze­tnie się długą linę wiszącą pod wła­snym cię­ża­rem, część ponad nacię­ciem zacznie odska­ki­wać.

- No tak. - Spoj­rzał na mnie gniew­nie, jakby to, co mówię, dyk­to­wała zwy­kła zło­śli­wość. - Rozu­miem. Ale to nie odnosi się do naszej sytu­acji, ponie­waż nic takiego się nie stało.

- Nie twier­dzi­łem, że relak­sa­cja nastąpi natych­miast na całej nici. Jeśli nić została prze­rwana pod nami, fala relak­sa­cyjna potrze­buje tro­chę czasu, by do nas dotrzeć.

Teraz padło pełne obaw pyta­nie:

- Jak długo?

Nie zna­łem dokład­nej odpo­wie­dzi.

- Nie wiem. Pręd­kość dźwięku w hiper­dia­men­cie jest zbli­żona do tej w zwy­kłym dia­men­cie. Mniej wię­cej pięt­na­ście kilo­me­trów na sekundę. Jeśli zerwa­nie nastą­piło trzy tysiące kilo­me­trów pod nami, fala dźwię­kowa powinna dotrzeć... jakieś dwie­ście sekund po bły­sku ato­mo­wym. Fala relak­sa­cyjna powinna poru­szać się jed­nak wol­niej, sądzę... ale i tak nas dosię­gnie, nim dotrzemy na szczyt.

Wpa­so­wa­łem się ide­al­nie: gdy skoń­czy­łem mówić, impuls dźwię­kowy nad­szedł w postaci twar­dego wstrząsu, jakby winda - jadąca z pręd­ko­ścią dwóch tysięcy kilo­me­trów na godzinę - naje­chała na jakieś wybrzu­sze­nie.

- Grozi nam coś? - spy­tała kobieta gło­sem bli­skim histe­rii. - Jeśli prze­rwa­nie nastą­piło poni­żej nas... Boże, szkoda, że nie archi­wi­zo­wa­li­śmy się czę­ściej.

Mąż spoj­rzał na nią zło­wróżb­nie.

- Moja droga, twier­dzi­łaś, że loty do kli­niki ska­no­wa­nia są za dro­gie, by robić to regu­lar­nie.

- Nie musia­łeś tego tak dosłow­nie trak­to­wać.

Pod­nio­słem głos, by ich uci­szyć.

- Nie­stety grozi nam spore nie­bez­pie­czeń­stwo. Jeśli fala relak­sa­cyjna przy­brała postać kom­pre­sji wzdłuż­nej, jest szansa, że bez­piecz­nie na niej poje­dziemy. Ale jeśli w nici poja­wią się ruchy boczne, jak ruchy bicza...

- Kim pan jest? Inży­nie­rem? - spy­tał męż­czy­zna.

- Nie. Spe­cja­li­stą od cze­goś zupeł­nie innego.

Na scho­dach usły­sze­li­śmy odgłos kro­ków, gdy reszta grupy wcho­dziła na górę. Szarp­nię­cie musiało ich prze­ko­nać, że sytu­acja jest poważna.

- Co się dzieje? - spy­tał jeden z Połu­dniow­ców, potężny, wyż­szy od wszyst­kich o dobre trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów.

- Jedziemy na prze­cię­tej nici - wyja­śni­łem. - Na pokła­dzie windy powinny być ska­fan­dry kosmiczne. Suge­ruję, byśmy jak naj­szyb­ciej je wło­żyli.

Spoj­rzał na mnie, jak­bym był nie­spełna rozumu.

- Ale prze­cież na­dal się wzno­simy! Cóż mnie obcho­dzi, co tam się stało pod nami! U nas jest w porządku. Most tak skon­stru­owano, żeby wytrzy­mał mnó­stwo naj­gor­szego gówna.

- Nie aż tyle.

Teraz przy­był rów­nież ser­wi­tor pod­wie­szony na pro­wad­nicy do sufitu. Popro­si­łem go, by popro­wa­dził nas do ska­fan­drów - tym razem nale­żało go wyraź­nie pro­sić, gdyż obecna sytu­acja do tego stop­nia prze­kra­czała jego doświad­cze­nie, że nie potra­fił roz­po­znać zagro­że­nia dla ludzi. Zasta­na­wia­łem się, czy infor­ma­cja o uszko­dze­niu nici dotarła do sta­cji orbi­tal­nej. Zapewne. I z całą pew­no­ścią nie mogli wpły­nąć na los wago­nów w ruchu.

A jed­nak lepiej było znaj­do­wać się w gór­nej czę­ści nici niż poni­żej punktu zerwa­nia. Wyobra­zi­łem sobie ten tysiąc­ki­lo­me­trowy odcięty kawa­łek. Jego górna część dopiero po kilku minu­tach spad­nie na pla­netę - w rze­czy­wi­sto­ści przez długą chwilę będzie się wyda­wało, że utrzy­muje się w jakiś tajem­ni­czy spo­sób, jak lina zacza­ro­wana melo­dią fujarki fakira. A prze­cież będzie opa­dać i nic jej nie powstrzyma. Atmos­ferę prze­cina milion ton nici z wago­ni­kami; w nie­któ­rych są pasa­że­ro­wie. Śmierć powolna i straszna.

Kto mógł to zro­bić?

Trudno zaprze­czyć, że miało to zwią­zek z moją jazdą w górę. Reivich prze­chy­trzył nas w Nueva Val­pa­ra­iso i gdyby nie atak na most, cią­gle deli­be­ro­wał­bym na temat śmierci Migu­ela Die­ter­linga. Nie przy­pusz­cza­łem, by Czer­wo­no­ręki Vasquez miał coś wspól­nego z tą eks­plo­zją, choć nie wyklu­czy­łem go z osób podej­rza­nych o mor­der­stwo mojego przy­ja­ciela. Vasquez nie miał dość wyobraźni, by doko­nać takiego czynu, nie mówiąc o potrzeb­nych do tego środ­kach. Ponadto jego sek­ciar­ska indok­try­na­cja bar­dzo by mu utrud­niała pla­no­wa­nie uszko­dze­nia mostu. A jed­nak ktoś pró­bo­wał mnie zabić. Może zde­to­no­wał bombę w win­dzie jadą­cej poni­żej, sądząc, że jestem w środku lub podró­żuję w któ­rejś z wind poni­żej miej­sca zerwa­nia? Może wystrze­lono pocisk, źle wymie­rza­jąc? Tego mógł doko­nać Reivich, ale tylko for­mal­nie. Miał odpo­wied­nich wpły­wo­wych zna­jo­mych. Ni­gdy go nie podej­rze­wa­łem o czyn tak bez­względny: wysłać na tam­ten świat kil­ku­set nie­win­nych ludzi, by uśmier­cić jed­nego czło­wieka.

Może Reivich się uczy?

Poszli­śmy za ser­wi­to­rem do sza­fek ze ska­fan­drami ratun­ko­wymi. W każ­dej z nich znaj­do­wał się jeden ska­fan­der próż­niowy prze­sta­rza­łej kon­struk­cji - w podró­żach kosmicz­nych już się takich nie sto­so­wało. Te ska­fan­dry nie owi­jały użyt­kow­ni­ków auto­ma­tycz­nie i ludzie sami musieli do nich wejść. Wszyst­kie wyda­wały się o jeden numer za małe, jed­nak dość szybko i spraw­nie wsu­ną­łem się w swój, tak jak przy­wdzie­wa­łem ekwi­pu­nek bojowy. Do jed­nej z pojem­nych kie­szeni ska­fan­dra, prze­zna­czo­nych na flary sygna­li­za­cyjne, scho­wa­łem swój nakrę­cany pisto­let.

Nikt go nie zauwa­żył.

- To nie jest konieczne! - krzy­czał ary­sto­krata Połu­dnio­wiec. - Nie musimy wkła­dać tych cho­ler­nych...

- Niech pan posłu­cha... - rze­kłem. - Gdy dotrze do nas fala kom­pre­sji... a to się może stać lada sekunda... ude­rzy w nas tak, że poła­mie nam wszyst­kie kości. Dla­tego potrze­bu­jemy ska­fan­drów. Dają pewną ochronę.

Może nie­do­sta­teczną, pomy­śla­łem.

Szóstka osób maj­stro­wała przy swo­ich ska­fan­drach z roz­ma­itą wprawą. Pomo­głem im i po minu­cie wszy­scy byli gotowi, tylko zwa­li­sty ary­sto­krata narze­kał, że mu za cia­sno, jakby aku­rat teraz nie miał innych zmar­twień. Zaczął oglą­dać pozo­stałe ska­fan­dry w sza­fie, spraw­dza­jąc, czy rze­czy­wi­ście nie znaj­dzie więk­szych roz­mia­rów.

- Nie ma czasu! Niech pan teraz uszczelni ska­fan­der, a o siniaki i zadra­pa­nia zatrosz­czy się póź­niej.

Wyobra­zi­łem sobie, jak od dołu, poły­ka­jąc kilo­me­try, pędzi ku nam groźne wygię­cie nici. W tej chwili musiała już minąć niżej jadące windy. Zasta­na­wia­łem się, czy ude­rzy z siłą wystar­cza­jącą do ode­rwa­nia wago­nika od nici.

Nie zdą­ży­łem skoń­czyć myśli, gdy nastą­piło ude­rze­nie.

Potęż­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­łem. Winda odsko­czyła w jedną stronę, my zosta­li­śmy rzu­ceni na ścianę. Ktoś doznał zła­ma­nia kości i zaczął krzy­czeć. W jed­nej chwili cisnęło nas w prze­ciwną stronę, na przej­rzy­sty łuk okna wido­ko­wego. Ser­wi­tor odpadł od szyny w sufi­cie i pole­ciał obok nas. Sta­lo­wym cia­łem ude­rzył w szybę, ale na szczę­ście, choć powstała na niej biała siatka pęk­nięć, nie prze­bił okna. Cią­że­nie spa­dło, gdy winda hamo­wała na nici - jakaś część sil­nika induk­cyj­nego została uszko­dzona przez sma­ga­jącą falę.

Głowa Połu­dniowca zmie­niła się w okropną czer­woną pulpę - przej­rzały owoc. Gdy wyga­sły oscy­la­cje, jego ciało tur­lało się bez­wład­nie po kabi­nie. Ktoś krzy­czał. Wszy­scy byli w pod­łym sta­nie. Nawet ja mogłem doznać ura­zów, ale na razie adre­na­lina tłu­miła jaki­kol­wiek ból.

Fala kom­pre­sji prze­szła. Wie­dzia­łem, że gdy po pew­nym cza­sie dotrze na górę, ule­gnie odbi­ciu i ponow­nie ruszy w dół; po godzi­nach znów zaata­kuje. Oddzia­ły­wa­nie będzie słab­sze, bo ener­gia prze­kształci się czę­ściowo w cie­pło.

Przez chwilę nawet myśla­łem, że nie­bez­pie­czeń­stwo minęło. Potem przy­po­mnia­łem sobie o win­dach poni­żej nas. One rów­nież mogły zwol­nić albo zostały cał­ko­wi­cie wyrzu­cone z nici. Może uru­cho­miły się auto­ma­tyczne sys­temy bez­pie­czeń­stwa - o tym jed­nak nie mogli­śmy się prze­ko­nać. A jeśli wago­nik poni­żej na­dal wjeż­dżał z nor­malną pręd­ko­ścią, wkrótce na nas wpad­nie.

Zasta­no­wi­łem się chwilę, po czym, pod­no­sząc głos ponad jęki ran­nych, oznaj­mi­łem:

- Prze­pra­szam, chciał­bym coś...

Nie było czasu na wyja­śnie­nia: albo za mną ruszą, albo poniosą skutki pozo­sta­nia w win­dzie. Nie wystar­czyło czasu nawet na zej­ście do śluzy ewa­ku­acyj­nej - co naj­mniej minutę zaję­łoby przej­ście sied­miu - czy teraz już tylko sze­ściu - osób, każ­dej przez pełny cykl śluzy. Ponadto, odda­la­jąc się od nici, zwięk­szymy swoje bez­pie­czeń­stwo, gdyby doszło do koli­zji wind.

Pozo­sta­wało naprawdę jedyne wyj­ście.

Wyją­łem mecha­niczną broń ze schowka ska­fan­dra i nie­zręcz­nie ują­łem ją dło­nią w ręka­wicy. Nie mogłem pre­cy­zyj­nie wymie­rzyć, ale na szczę­ście nikt tego nie wyma­gał. Wyce­lo­wa­łem mniej wię­cej w stronę pęk­nięć w szy­bie.

Ktoś pró­bo­wał mnie powstrzy­mać - nie rozu­miał, że usi­łuję rato­wać nam życie - byłem jed­nak sil­niej­szy. Naci­sną­łem spust. W pisto­le­cie roz­wi­nęła się nano­ska­lowa sprę­żyna, uwal­nia­jąc potężny impuls zaku­mu­lo­wa­nej w czą­stecz­kach ener­gii. Z lufy wystrze­liła mgiełka strza­łek, roz­biła okno, two­rząc roz­sze­rza­jącą się paję­czynę pęk­nięć. Okno wybrzu­szyło się na zewnątrz, naprę­żyło i roz­le­ciało na miliardy okru­chów. Powietrzna burza rzu­ciła nas wszyst­kich przez dziurę w otwarty kosmos.

Trzy­ma­łem się pisto­letu, jakby to była jedyna solidna rzecz we wszech­świe­cie. Gorącz­kowo roz­glą­da­łem się wokół, pró­bu­jąc usta­lić swą pozy­cję w sto­sunku do innych. Wiatr wypchnął ludzi w róż­nych kie­run­kach, byli jakby czę­ściami racy, ale choć poru­sza­li­śmy się po róż­nych tra­jek­to­riach, to wszy­scy spa­da­li­śmy.

Poni­żej była tylko pla­neta.

Mój ska­fan­der obra­cał się powoli - znów widzia­łem naszą windę, cią­gle przy­cze­pioną do nici, wzno­siła się, gdy ja opa­da­łem, z każdą sekundą coraz mniej­sza. Nagle doj­rza­łem pod­pro­gowo błysk ruchu - to dolna winda wzno­siła się ze swą nor­malną pręd­ko­ścią - a chwilę póź­niej eks­plo­zję jasną i szybką, nie­mal jak wcze­śniej­szy wybuch bomby.

Gdy roz­błysk prze­mi­nął, wszystko znik­nęło, nawet nić.

Cztery

Cztery

Sky Haus­smann miał trzy lata, gdy zoba­czył świa­tło.

Póź­niej, jako doro­sły, zali­czy to do swych pierw­szych wyraź­nych wspo­mnień, coś, do czego może się jasno odwo­łać - w cza­sie i miej­scu - i wie­dzieć, że pocho­dzi z rze­czy­wi­stego świata, a nie jest fan­ta­zmem, który prze­kro­czył mgli­stą gra­nicę mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią dziecka a jego snami.

Rodzice posłali go do przed­szkola. Wbrew ich zaka­zom odwie­dzał del­fi­na­rium - ciemne, wil­gotne, zapo­mniane miej­sce w brzu­chu wiel­kiego statku San­tiago. W isto­cie to Con­stanza spro­wa­dziła go na manowce, powio­dła w plą­ta­ninę tune­lów kolejki, przejść, ramp, scho­dów i poka­zała miej­sce, gdzie hodo­wano del­finy. Con­stanza była od niego tylko dwa lub trzy lata star­sza, ale jemu wyda­wało się, że jest doro­sła i nad­zwy­czaj mądra, jak ludzie starsi. Wszy­scy uzna­wali ją za genialną; twier­dzili, że pew­nego dnia - być może wów­czas, gdy Flo­tylla zbliży się do końca swego dłu­giego powol­nego rejsu - Con­stanza zosta­nie kapi­ta­nem. Mówiono to pół­żar­tem, ale czę­ściowo też serio. Sky zasta­na­wiał się, czy Con­stanza mia­nuje go wów­czas swoim zastępcą - sie­dzie­liby we dwoje w pokoju dowo­dze­nia, któ­rego Sky jesz­cze ni­gdy nie widział. To nie był znów taki nie­po­ważny pomysł - doro­śli rów­nież jemu mówili, że jest nad­zwy­czaj inte­li­gent­nym dziec­kiem. Nawet Con­stanza z zasko­cze­niem przyj­mo­wała nie­które jego pomy­sły. Potem jed­nak Sky wspo­mi­nał, że mimo swej całej prze­myśl­no­ści Con­stanza nie była nie­omylna. Wie­działa, jak dotrzeć do del­fi­na­rium, by nikt ich nie zoba­czył, ale nie­zbyt się orien­to­wała, jak mają wró­cić nie­zau­wa­żeni.

Wyprawa była warta zachodu.

- Doro­śli ich nie lubią - powie­działa Con­stanza, gdy dotarli do ściany zbior­nika, gdzie trzy­mano zwie­rzęta. - Wole­liby, żeby del­finy w ogóle nie ist­niały.

Stali na kra­tach śli­skich od prze­le­wa­ją­cej się z base­nów wody. Wysoki szklany zbior­nik, oświe­tlony mdła­wym nie­bie­skim świa­tłem, cią­gnął się dzie­siątki metrów w głąb ładowni. Sky wpa­try­wał się w mrok. Widział del­finy jako poru­sza­jące się celowo szare kształty w tur­ku­so­wej dali, ich syl­wetki łamały się i prze­kształ­cały w płyn­nej grze świa­tła. Opły­wowe i nie cał­kiem realne, wyglą­dały bar­dziej jak przed­mioty wyrzeź­bione z mydła niż zwie­rzęta.

Sky przy­ci­snął dłoń do szyby.

- Dla­czego ich nie lubią?

- Coś z nimi jest nie w porządku - wyja­śniła Con­stanza z rezerwą. - To nie są te same del­finy, które były na statku, gdy opu­ścił Mer­ku­rego. To wnuki tam­tych lub wnuki wnu­ków, nawet nie wiem. Ni­gdy nie znały innego śro­do­wi­ska poza tym zbior­ni­kiem. Tak jak ich rodzice.

- Ja też znam tylko ten sta­tek.

- Ale nie jesteś del­fi­nem. Nie ocze­ku­jesz, że będziesz pły­wał w oce­anach.

Con­stanza zamil­kła, gdyż jedno zwie­rzę pły­nęło w ich stronę. Opu­ściło swych towa­rzy­szy w dale­kim końcu zbior­nika, gdzie stło­czyli się przy czymś, co wyglą­dało jak zestaw ekra­nów tele­wi­zyj­nych poka­zu­ją­cych roz­ma­ite obrazy. Teraz, gdy del­fin poja­wił się tuż przy szy­bie w całej oka­za­ło­ści, jawił się jako wielka, poten­cjal­nie nie­bez­pieczna istota z krwi i kości, a nie przed­miot nie­mal prze­zro­czy­sty. Sky widział zdję­cia del­finów w przed­szkolu - u tej istoty nie wszystko wydało mu się nor­malne: jej czaszkę pokry­wała sieć cien­kich linii, jakby zary­so­wa­nych skal­pe­lem, a wokół oczu miała regu­larne wypu­kło­ści i kra­wę­dzie - naj­wy­raź­niej tuż pod skórą umiesz­czono meta­lowe i cera­miczne obiekty.

- Cześć! - powie­dział Sky, stu­ka­jąc w szybę.

- Wydaje mi się, że to Obły - wyja­śniła Con­stanza. - Jeden z naj­star­szych.

Del­fin spo­glą­dał na Skya. Gładka linia szczęki spra­wiała, że to przy­glą­da­nie się było zarówno dobro­tliwe, jak i sza­lone. Potem zwie­rzę gwał­tow­nie się odwró­ciło - teraz patrzyło mu pro­sto w twarz i Sky poczuł wibro­wa­nie szyby. W wodzie przed del­fi­nem powstały nie­re­gu­larne łuki banie­czek. Począt­kowo two­rzyły cha­otyczne linie - jak pierw­sze pocią­gnię­cia pędzla arty­sty - potem ujaw­niły się w nich pewna struk­tura i zamiar; Obły ener­gicz­nie ruszał głową, jakby szar­pany elek­trow­strzą­sami. Trwało to zale­d­wie parę sekund, ale obiekt, który del­fin wyrzeź­bił, przed­sta­wiał bez wąt­pie­nia ludzką twarz w trzech wymia­rach. Bra­ko­wało jej dopra­co­wa­nych szcze­gó­łów, Sky jed­nak zro­zu­miał, że to nie tylko pod­świa­doma suge­stia każe mu widzieć twór geo­me­tryczny w przy­pad­ko­wych śla­dach banie­czek. Ich układ był na to zbyt syme­tryczny i pro­por­cjo­nalny. Dostrzegł w nim rów­nież emo­cje, choć z pew­no­ścią cho­dziło o strach i prze­ra­że­nie.

Po wyko­na­niu swego zada­nia Obły odpły­nął, pogar­dli­wie rusza­jąc ogo­nem.

- One nas rów­nież nie­na­wi­dzą - stwier­dziła Con­stanza. - Ale czy można je za to winić?

- Po co Obły to zro­bił? I jak?

- W ciele tłusz­czo­wym ma zamon­to­wane maszyny - to ten wzgó­rek nad oczami. Implan­tu­jemy je del­fi­nom w dzie­ciń­stwie. Za pomocą ciała tłusz­czo­wego wytwa­rzają nor­mal­nie dźwięki, ale urzą­dze­nia poma­gają im pre­cy­zyj­niej skon­cen­tro­wać dźwięk, dzięki temu del­finy mogą za pomocą bąbel­ków coś nary­so­wać. A w wodzie żyją małe stwo­rze­nia, mikro­or­ga­ni­zmy, które się roz­świe­tlają, gdy ude­rza w nie dźwięk. Ludzie to wymy­ślili, bo chcieli zna­leźć spo­sób komu­ni­ka­cji z del­fi­nami.

- Można by sądzić, że del­finy będą za to wdzięczne.

- Może byłyby, gdyby nie musiały cią­gle pod­da­wać się ope­ra­cjom i gdyby mogły pły­wać gdzie indziej, a nie tylko w tym okrop­nym zbior­niku.

- Tak, ale gdy dotrzemy do Kresu Podróży...

Con­stanza spoj­rzała na Skya smut­nymi oczyma.

- Będzie za późno. Przy­naj­mniej dla tych del­fi­nów. Nie będą już wtedy żyły. Nawet my doro­śniemy, a nasi rodzice staną się star­cami albo w ogóle ich nie będzie.

Obły wró­cił z innym, nieco mniej­szym towa­rzy­szem i obaj zaczęli coś kre­ślić w wodzie. Linie two­rzyły obraz czło­wieka roz­ry­wa­nego przez rekiny, ale Sky odwró­cił wzrok, nim nabrał co do tego pew­no­ści.

- Za bar­dzo ode­szły od nor­mal­no­ści - cią­gnęła Con­stanza.

Sky znów spoj­rzał na zbior­nik.

- Lubię je. Są piękne. Nawet Obły.

- Są złe. Psy­cho­tyczne... tak to okre­śla mój tata - powie­działa bez prze­ko­na­nia, jakby nieco zawsty­dzona wła­sną wymow­no­ścią.

- To co z tego? Ja tu wrócę, żeby je znów zoba­czyć. - Postu­kał w szybę i powie­dział znacz­nie gło­śniej: - Wrócę, Obły. Lubię cię.

Con­stanza, choć tylko nieco wyż­sza od Skya, pokle­pała go macie­rzyń­skim gestem po ramie­niu.

- To i tak nie będzie miało zna­cze­nia.

- A jed­nak przyjdę.

***

Obiet­nicę, zło­żoną sobie i Con­stanzy, trak­to­wał bar­dzo poważ­nie. Chciał poznać del­finy, poro­zu­mieć się z nimi i w jakiś spo­sób ulżyć ich doli. Oczami wyobraźni widział jasne, roz­le­głe oce­any Kresu Podróży - Klaun, przy­ja­ciel z przed­szkola, mówił, że tam będą oce­any - i del­finy uwol­nione z tego ciem­nego, ponu­rego miej­sca; pły­wają z ludźmi, two­rzą w wodzie wesołe dźwię­ko­obrazy, a pamięć o poby­cie na pokła­dzie San­tiago znika jak klau­stro­fo­biczny sen.

- Chodźmy już - nale­gała Con­stanza.

- Przy­pro­wa­dzisz mnie tu jesz­cze kie­dyś?

- Oczy­wi­ście. Jeśli chcesz.

Opu­ścili del­fi­na­rium i wyru­szyli w skom­pli­ko­waną drogę powrotną przez cze­lu­ście statku - dzieci usi­łu­jące zna­leźć drogę w zacza­ro­wa­nym lesie. Parę razy minęli doro­słych, ale Con­stanza zacho­wy­wała się z taką pew­no­ścią sie­bie, że nikt ich o nic nie wypy­ty­wał, i dopiero gdy zna­leźli się w czę­ści statku, którą Sky uwa­żał za zna­jome tery­to­rium, spo­tkali ojca Skya.

Tytus Haus­smann, uwa­żany na San­tiago za osobę oschłą, lecz łagodną, cie­szył się sza­cun­kiem, ale ludzie się go nie bali. Gdy nagle sta­nął nad dziećmi, Sky nie wyczuł u niego zło­ści, a raczej ulgę.

- Mama okrop­nie się o cie­bie nie­po­ko­iła - powie­dział ojciec. - Con­stanzo, bar­dzo mnie roz­cza­ro­wa­łaś. Zawsze uwa­ża­łem cię za osobę roz­sądną.

- Sky chciał tylko zoba­czyć del­finy.

- Ach, więc cho­dziło o del­finy? - spy­tał ojciec, zdzi­wiony, jakby nie takiej odpo­wie­dzi ocze­ki­wał. - A ja myśla­łem, że inte­re­so­wali cię umarli, nasi dro­dzy momios.

To prawda, pomy­ślał Sky. Ale nie wszystko naraz.

- A teraz jest ci przy­kro, ponie­waż del­finy oka­zały się nie takie, jak się spo­dzie­wa­łeś, prawda? - cią­gnął ojciec. - Mnie też jest przy­kro. Obły i pozo­stałe zwie­rzęta są chore na głowę. Naj­le­piej byłoby dla nich, gdy­by­śmy je uśpili; ale pozwo­lono im wycho­wać młode i każde poko­le­nie jest coraz bar­dziej...

- Psy­cho­tyczne - dokoń­czył Sky.

- Wła­śnie. - Ojciec spoj­rzał na niego jakoś dziw­nie. - Widzę, że twoje słow­nic­two się wzbo­ga­ciło. Szkoda byłoby to zmar­no­wać i warto to dalej roz­wi­jać, nie sądzisz? - Potar­gał synowi czu­prynę. - Mam na myśli przed­szkole, młody czło­wieku. Pój­dziesz do niego na pewien czas, a tam nic ci już nie będzie gro­zić.

Nie można powie­dzieć, żeby Sky nie­na­wi­dził przed­szkola czy jakoś szcze­gól­nie go nie lubił, ale gdy go tam zamy­kano, trak­to­wał to jak karę.

- Chcę się zoba­czyć z mamą.

- Sky, twoja mama jest poza stat­kiem, więc teraz nie ma sensu zasię­ga­nie jej opi­nii. Poza tym wiesz, że gdy­byś ją zapy­tał, powie­dzia­łaby to samo. Byłeś nie­po­słuszny i musisz dostać nauczkę. - Zwró­cił się do Con­stanzy, krę­cąc głową: - Ty zaś, młoda damo, przez pewien czas nie powin­naś się bawić ze Skyem.

- My się nie bawimy - odparła Con­stanza, nabur­mu­szona. - Roz­ma­wiamy i eks­plo­ru­jemy.

- Wła­śnie. - Ojciec wes­tchnął. - I zapusz­cza­cie się w zabro­nione rejony statku. To nie może wam ujść na sucho. - Głos mu teraz zmiękł, jak zawsze, gdy zamie­rzał omó­wić bar­dzo ważne sprawy. - Sta­tek jest naszym domem. Naszym jedy­nym rze­czy­wi­stym domem. I musimy czuć się tak, jak­by­śmy tu miesz­kali. To zna­czy czuć się bez­piecz­nie tam, gdzie należy się czuć bez­piecz­nie, wie­dząc rów­no­cze­śnie, gdzie niebez­piecz­nie jest się zapusz­czać. Nie dla­tego, że są tam potwory czy inne takie bzdury, ale dla­tego, że czy­hają tam nie­bez­pie­czeń­stwa... doro­słe nie­bez­pie­czeń­stwa. Maszy­ne­ria i układy zasi­la­nia. Roboty i głę­bo­kie szyby. Uwierz­cie, widzia­łem, co się dzieje z ludźmi, któ­rzy cho­dzą tam, gdzie nie powinni. A są to zwy­kle wypadki bar­dzo nie­przy­jemne.

Sky nie wąt­pił w słowa ojca. Tytus Haus­smann, szef bez­pie­czeń­stwa na statku - gdzie gene­ral­nie pano­wała poli­tyczna i spo­łeczna har­mo­nia - wyko­ny­wał zada­nia zwią­zane z wypad­kami i spo­ra­dycz­nie z samo­bój­stwami. Ojciec zawsze oszczę­dzał Sky­owi szcze­gó­ło­wych wyja­śnień, w jaki spo­sób można zgi­nąć na pokła­dzie statku takiego jak San­tiago, ale Sky nad­ra­biał to wyobraź­nią.

- Bar­dzo mi przy­kro - powie­działa Con­stanza.

- Tak, jestem pewien, że jest ci przy­kro, ale to nie zmie­nia faktu, że zapro­wa­dzi­łaś mojego syna w zaka­zane rejony. Poroz­ma­wiam z two­imi rodzi­cami i jestem prze­ko­nany, że nie będą zachwy­ceni. Teraz zmy­kaj do domu, a za tydzień lub dwa zoba­czymy, jak przed­sta­wia się sytu­acja. Dobrze?

Ski­nęła głową i w mil­cze­niu odda­liła się zakrzy­wio­nym kory­ta­rzem, odcho­dzą­cym od skrzy­żo­wa­nia, gdzie nakrył ich Tytus. Do rodzin­nego domu miała stąd nie­da­leko - w isto­cie wszyst­kie czę­ści miesz­kalne San­tiago znaj­do­wały się bli­sko sie­bie, ale kon­struk­to­rzy tak to spryt­nie zapro­jek­to­wali, by żadna z dróg nie prze­cho­dziła w linii pro­stej, z wyjąt­kiem tuneli ewa­ku­acyj­nych i linii kolejki bie­gną­cej w osi statku. Wijące się kory­ta­rze publiczne dawały złu­dze­nie, że sta­tek jest znacz­nie więk­szy, niż był w rze­czy­wi­sto­ści; dwie rodziny mogły miesz­kać obok sie­bie, ale miały wra­że­nie, że żyją w zupeł­nie innych rejo­nach.

Tytus odpro­wa­dził syna do ich kwa­tery. Sky żało­wał, że mama jest na zewnątrz, gdyż wbrew temu, co twier­dził ojciec, mat­czyne kary były zwy­kle nieco łagod­niej­sze niż ojcow­skie. Sky miał nadzieję, że mama ukoń­czyła przed cza­sem prace przy kadłu­bie i wró­ciła wcze­śniej ze swo­jej zmiany, że już jest na pokła­dzie i powita ich, gdy dotrą do przed­szkola. Ni­gdzie jed­nak nie było po niej ani śladu.

- Wejdź - pole­cił Tytus. - Klaun się tobą zaj­mie. Za dwie, trzy godziny wrócę, by cię wypu­ścić.

- Nie chcę tam wcho­dzić.

- Wiem. Gdy­byś chciał, to nie byłaby kara.

Drzwi przed­szkola się otwo­rzyły, a Tytus popchnął lekko syna do środka, sam nie prze­kra­cza­jąc progu.

- Cześć, Sky - powie­dział Klaun, który na niego cze­kał.

***

W przed­szkolu było wiele zaba­wek, nie­które potra­fiły pro­wa­dzić roz­mowę w ogra­ni­czo­nym zakre­sie, a nawet prze­lot­nie spra­wiały wra­że­nie, że są naprawdę inte­li­gentne. Sky czuł, że zabawki skon­stru­owano z myślą o tym, by mogły pro­wa­dzić inte­rak­cję z dziećmi o typo­wym spoj­rze­niu trzy­latka na świat. Skoń­czyw­szy dwa lata, doszedł do wnio­sku, że są na ogół pry­mi­tywne i głu­pie. Ale Klaun to co innego. W isto­cie nie był zabawką, ale też nie pełną osobą. Klaun towa­rzy­szył Sky­owi, od kiedy Sky pamię­tał, zamknięty w przed­szkolu, ale nie zawsze obecny. Klaun nie mógł doty­kać przed­mio­tów i nie pozwa­lał, by Sky go doty­kał, a gdy Klaun mówił, jego słowa docho­dziły nie z tego miej­sca, gdzie wyda­wało się, że stoi.

To wcale nie ozna­czało, że Klaun ist­niał tylko w jego wyobraźni, bez zewnętrz­nego wpływu. Klaun widział wszystko, co dzieje się w przed­szkolu, i sumien­nie opo­wia­dał rodzi­com Skya, gdy ten zro­bił coś wyma­ga­ją­cego nagany. To Klaun doniósł rodzi­com, że Sky popsuł konia na bie­gu­nach, że to nie była wina żad­nej innej spryt­nej zabawki - co Sky usi­ło­wał rodzi­com suge­ro­wać. Za tę zdradę go znie­na­wi­dził, ale nie na długo. Nawet Sky rozu­miał, że Klaun jest - poza Con­stanzą - jego jedy­nym praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem i że rozu­mie wiele spraw, które są poza zasię­giem Con­stanzy.

- Cześć - powie­dział Sky żało­śnie.

- Widzę, że zosta­łeś tu zesłany za wizytę u del­fi­nów. - Klaun stał sam w pustym bia­łym pokoju. Inne zabawki zostały sta­ran­nie scho­wane. - Sky, tego nie nale­żało robić. Prze­cież mogłem ci poka­zać del­finy.

- Ale nie te same. Nie rze­czy­wi­ste. Już mi je przed­tem poka­zy­wa­łeś.

- Ale nie w ten spo­sób. Popatrz!

Nagle obaj zna­leźli się w łodzi na morzu pod nie­bie­skim nie­bem; del­finy pruły fale, w słońcu ich mokre grzbiety lśniły jak kamyki. Wra­że­nie, że jest się na morzu, psuły tylko wąskie czarne okna na jed­nej ze ścian pokoju.

W książce z opo­wia­da­niami Sky zna­lazł kie­dyś rysu­nek osoby podob­nej do Klauna: ubrana w bufia­ste pasia­ste szaty z wiel­kimi bia­łymi guzi­kami, miała komiczną, stale uśmiech­niętą twarz w otoczce nata­pi­ro­wa­nych poma­rań­czo­wych wło­sów, z nasa­dzo­nym na głowę pasia­stym kape­lu­szem. Gdy dotknął obrazka, książ­kowy klaun wyko­ny­wał te same ruchy i sztuczki, jakie poka­zy­wał Klaun przed­szkolny. Sky pamię­tał mgli­ście, że kie­dyś śmie­chem i okla­skami reago­wał na triki Klauna, jakby naj­lep­szym, co mógł dostar­czyć wszech­świat, były te klau­now­skie popisy.

Teraz nawet Klaun zaczy­nał go lekko nudzić. Dosto­so­wy­wał się do Klauna, ale ich wza­jemne sto­sunki dia­me­tral­nie się zmie­niły i nie dało się już tego odwró­cić. Dla Skya Klaun stał się czymś, co nale­żało zro­zu­mieć i zana­li­zo­wać. Roz­po­znał, że Klaun jest czymś w rodzaju bąbel­ko­wego rysunku del­fi­nów, pro­jek­cją wytwo­rzoną nie z dźwię­ków, lecz ze świa­tła. W zasa­dzie nie stali teraz w łodzi. Pod sto­pami czuł pod­łogę tak samo twardą i pła­ską jak wów­czas, gdy ojciec pchnął go do środka. Sky nie rozu­miał dokład­nie, jak two­rzono ilu­zję, ale była nie­zwy­kle reali­styczna i ni­gdzie nie zauwa­żało się ścian przed­szkola.

- Czy Obły i inne del­finy w zbior­niku mają w sobie maszyny? - spy­tał Sky. Skoro jest więź­niem, rów­nie dobrze może się cze­goś nauczyć. - Dla­czego?

- Poma­gają del­fi­nom skon­cen­tro­wać ich sonary.

- Nie cho­dzi mi o to, po co są te maszyny, ale przede wszyst­kim, kto wpadł na pomysł, żeby je del­fi­nom zamon­to­wać.

- Aha. To na pewno Chi­me­rycy.

- Kim oni są? Jadą z nami?

- Odpo­wiedź na osta­nie pyta­nie brzmi: nie. Ale bar­dzo chcieli z nami poje­chać. - Głos Klauna był tro­chę za wysoki i drżący, nie­mal kobiecy, ale zawsze cier­pliwy. - Pamię­tasz, Sky, gdy Flo­tylla opusz­czała układ Ziemi - gdy opu­ściła orbitę Mer­ku­rego i pole­ciała w prze­strzeń mię­dzy­gwiezdną - wyla­ty­wała z układu, który for­mal­nie był zaan­ga­żo­wany w wojnę. W tam­tym cza­sie więk­szość wro­gich dzia­łań ustała, ale nie uzgod­niono osta­tecz­nie warun­ków prze­rwa­nia ognia i wszy­scy na­dal byli na sto­pie wojen­nej, w każ­dej chwili gotowi wró­cić do walki. Wiele śro­do­wisk uznało, że ostat­nie roz­działy wojny to ich ostat­nia szansa, by coś zmie­nić. Nie­które śro­do­wiska były w tym cza­sie zale­d­wie dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nymi gru­pami ban­dy­tów. Z pew­no­ścią tacy byli Chi­me­rycy, a dokład­niej mówiąc, ta frak­cja Chi­me­ry­ków, która stwo­rzyła del­finy. W ogóle Chi­me­rycy posu­nęli cybor­gi­za­cję ku nowym rubie­żom: łączyli sie­bie i swoje zwie­rzęta z maszy­nami. Ta frak­cja jesz­cze dalej prze­su­nęła gra­nice, tak że nawet potę­pili to Chi­me­rycy głów­nego nurtu.

Sky słu­chał i rozu­miał. Klaun dobrze oce­niał moż­li­wo­ści poznaw­cze Skya, przed­sta­wiał wszystko jasno, a rów­no­cze­śnie zmu­szał chłopca do sku­pie­nia uwagi na każ­dym sło­wie. Sky miał świa­do­mość, że nie każdy trzy­la­tek zrozu­miałby opo­wieść Klauna, ale to go wcale nie obcho­dziło.

- A del­finy?

- Zostały przez nich skon­stru­owane. W jakim celu, tego się nawet nie domy­ślamy. Może do służby w wod­nej pie­cho­cie pod­czas jakiejś pla­no­wa­nej inwa­zji na ziem­skie oce­any? Albo były eks­pe­ry­men­tem, któ­rego ni­gdy nie ukoń­czono, zanie­chano tego u schyłku wojny. W każ­dym razie jedna z rodzin del­fi­nów została prze­jęta od Chi­me­ry­ków przez agen­tów Con­fe­de­ra­cion Suda­me­ri­cana.

Sky wie­dział, że ta orga­ni­za­cja zaini­cjo­wała budowę Flo­tylli. Con­fe­de­ra­cion celowo pozo­sta­wała neu­tralna przez więk­szą część wojny, kon­cen­tru­jąc się na reali­za­cji celów szer­szych, poza wąskim hory­zon­tem układu sło­necz­nego. Zebrali garstkę sprzy­mie­rzeń­ców i zre­ali­zo­wali pierw­szy w dzie­jach ludz­ko­ści poważny plan poko­na­nia prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej.

- Zabra­li­śmy ze sobą Obłego i inne del­finy?

- Tak, sądząc, że okażą się przy­datne na Końcu Podróży. Ale znacz­nie trud­niej­sze, niż się pozor­nie wyda­wało, było usu­nię­cie wbu­do­wa­nych przez Chi­me­ry­ków urzą­dzeń wspo­ma­ga­ją­cych. Oka­zało się w końcu, że łatwiej je zosta­wić na miej­scu. Potem, gdy uro­dziło się następne poko­le­nie del­fi­nów, stwier­dzono, że bez wspo­ma­ga­nia nie potra­fią się komu­ni­ko­wać z doro­słymi osob­ni­kami. Więc sko­pio­wa­li­śmy te urzą­dze­nia i implan­to­wa­li­śmy mło­dym.

- Ale one przy­pła­ciły to psy­chozą.

Klaun oka­zał lek­kie zdzi­wie­nie i nie od razu udzie­lił odpo­wie­dzi. Póź­niej Sky się dowie­dział, że w takich chwi­lach zamro­że­nia Klaun zasię­gał rady u rodzi­ców Skya lub u innych doro­słych.

- Tak - odparł Klaun wresz­cie. - Ale to nie była cał­ko­wi­cie nasza wina.

- Jak to? Nie nasza wina, że trzy­mamy je w nie­woli w paru metrach sze­ścien­nych wody?

- Zapew­niam cię, że ich obecne warunki życia są znacz­nie lep­sze niż w labo­ra­to­riach doświad­czal­nych Chi­me­ry­ków.

- Ale te del­finy chyba tego nie pamię­tają?

- Zapew­niam cię, że są szczę­śliw­sze.

- Skąd wiesz?

- Bo jestem Klau­nem. - Maska jego nie­ustan­nie uśmiech­nię­tej twa­rzy roz­cią­gnęła się do jesz­cze bar­dziej wyszcze­rzo­nego uśmie­chu. - Klauny zawsze wie­dzą.

Sky już chciał go zapy­tać, co dokład­nie ma na myśli, gdy zoba­czył roz­błysk. Jasny i nie­ocze­ki­wany; zupeł­nie cichy. Świa­tło biło z pasa okien w ścia­nie. Gdy Sky mru­gnął, na­dal widział na siat­kówce powi­dok okna - ostro zary­so­wany różowy pro­sto­kąt.

- Co się stało? - spy­tał, mru­ga­jąc.

Coś nie­do­brego działo się z Klau­nem, a w zasa­dzie z całym wido­kiem. W chwili bły­sku Klaun został roz­cią­gnięty i zde­for­mo­wany we wszyst­kich kie­run­kach, roz­ma­zany po ścia­nach, a wyraz twa­rzy mu zamarł. Łódź, w któ­rej stali - tak się przy­naj­mniej wyda­wało - zakrzy­wiła się w dzi­wacz­nie znie­kształ­co­nej per­spek­ty­wie. Było tak, jakby cała scena została nama­lo­wana gęstą mokrą farbą, którą ktoś przed­tem zmie­szał paty­kiem.

Klaun ni­gdy przed­tem do cze­goś podob­nego nie dopu­ścił.

Źró­dło oświe­tle­nia pokoju - jarzące się obrazy na ścia­nach - pociem­niało i zga­sło. Nie było żad­nego świa­tła, z wyjąt­kiem sła­bej mlecz­nej poświaty z wysoko umiesz­czo­nego okna. Ale po chwili nawet to zga­sło i Sky został sam w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach.

- Klau­nie?! - zawo­łał naj­pierw spo­koj­nie, potem bar­dziej natar­czy­wie.

Odpo­wiedź nie nade­szła. Sky poczuł coś dziw­nego i nie­mi­łego. Wra­że­nie docho­dziło z wnę­trza jego samego - wzbie­ra­jący strach, typowy dla reak­cji trzy­latka na podobną sytu­ację, a nie dla powierz­chow­nej doro­sło­ści i elo­kwen­cji, dystan­su­ją­cej Skya od innych dzieci w jego wieku. Nagle stał się mal­cem opusz­czo­nym w ciem­no­ściach; nie rozu­miał, co się stało.

Znów zawo­łał Klauna, z despe­ra­cją w gło­sie, mając świa­do­mość, że Klaun dawno by odpo­wie­dział, gdyby to było moż­liwe. Nie - Klaun znik­nął. Jasne przed­szkole stało się teraz ciemne i - wła­śnie! - zimne. Sky nie sły­szał żad­nych dźwię­ków, nawet zwy­kłych odgło­sów San­tiago.

Zaczął peł­znąć, aż dotarł do ściany; potem ruszył wokół pokoju, usi­łu­jąc zna­leźć drzwi. Ale te, gdy były szczel­nie zamknięte, two­rzyły ze ścianą jed­no­litą powierzch­nię i dziecko nie potra­fiło wyczuć nawet tej cien­kiej jak włos szcze­liny, która mogłaby zdra­dzić ich poło­że­nie. Nie było wewnętrz­nej rączki ani ste­row­nika, gdyż - o ile Skya nie karano zamknię­ciem - nor­mal­nie to Klaun otwie­rał drzwi na jego prośbę.

Sky usi­ło­wał odpo­wied­nio zare­ago­wać, ale wbrew woli zaczął pła­kać, czego nie robił od czasu, gdy był znacz­nie młod­szy.

Pła­kał i pła­kał, tarł powieki i wresz­cie zabra­kło mu łez. Oczy go pie­kły.

Znów przy­wo­łał Klauna, potem uważ­nie nasłu­chi­wał. I nic. Pró­bo­wał krzy­czeć, ale i to zdało się na nic. Po pew­nym cza­sie roz­bo­lało go gar­dło i ochrypł.

Praw­do­po­dob­nie pozo­sta­wał sam zale­d­wie przez dwa­dzie­ścia minut, ale czas mu się wydłu­żył do godziny, potem do dwóch, wresz­cie do wie­lo­go­dzin­nej tor­tury. W każ­dym razie wyda­wało mu się, że trwa to nie­sły­cha­nie długo, a ponie­waż nie rozu­miał przy­czyn swego żało­snego poło­że­nia - zasta­na­wiał się, czy może ojciec bez uprze­dze­nia nało­żył na niego poważ­niej­szą karę - miał wra­że­nie, że wiecz­ność. Potem nawet podej­rze­nie, że Tytus spe­cjal­nie nasłał to na niego, wydało mu się nie­praw­do­po­dobne. Cały drżał, a jego umysł podą­żał prze­ra­ża­ją­cymi ścież­kami: Sky wyobra­ził sobie, że przed­szkole zostało odłą­czone od statku i teraz oddala się od San­tiago - nawet od całej Flo­tylli - i zanim kto­kol­wiek się zorien­tuje, będzie za późno, by cokol­wiek zro­bić; albo że potwory napa­dły na sta­tek i po cichu wykoń­czyły wszyst­kich, a on jest jedyną osobą, któ­rej jesz­cze nie zna­la­zły, ale to tylko kwe­stia czasu...

Od jed­nej ze ścian pokoju dobie­gło skro­ba­nie.

To byli doro­śli. Chwilę pra­co­wali przy drzwiach, nim skło­nili je do otwar­cia. Wtedy do pomiesz­cze­nia wdarł się snop bursz­ty­no­wego świa­tła. Ojciec Skya wszedł pierw­szy, za nim czte­rech czy pię­ciu doro­słych, któ­rych nazwisk Sky nie znał. Wyso­kie, ciemne i pochy­lone posta­cie z latar­kami. W ich świe­tle twa­rze ludzi wyda­wały się szare, posępne, jak obli­cza kró­lów z bajek dla dzieci. Do pokoju wdarło się powie­trze - chłod­niej­sze niż zwy­kle. Sky zadrżał. Odde­chy męż­czyzn przy­bie­rały kształt smo­ków.

- Nic mu nie jest - powie­dział ojciec do jed­nego z ludzi.

- Dobrze, Tytu­sie - odparł tam­ten. - Zapro­wadźmy go w bez­pieczne miej­sce. Potem będziemy dalej prze­szu­ki­wać sta­tek.

- Schuy­ler, chodź do mnie! - Ojciec przy­klęk­nął, roz­warł ramiona. - Choć, synku. Nic ci nie grozi. Nie masz się czego bać. Pła­ka­łeś?

- Klaun znik­nął. - Sky­owi udało się wykrztu­sić te dwa słowa.

- Klaun? - spy­tał jeden z męż­czyzn.

Ojciec odwró­cił się do niego.

- To tylko pod­sta­wowy pro­gram edu­ka­cyjny przed­szkola. Nie­istotny dla sys­temu, więc został zakoń­czony jako pierw­szy.

- Spraw, żeby Klaun wró­cił, pro­szę - bła­gał Sky.

- Póź­niej - odparł ojciec. - Klaun... odpo­czywa. Wróci szybko. A ty, synku, chciał­byś na pewno coś zjeść i się napić.

- Gdzie mama?

- Jest... - Ojciec się zawa­hał. - Teraz nie może tu przyjść, Schuy­ler, ale prze­syła ci uca­ło­wa­nia.

Sky zoba­czył, jak jeden z męż­czyzn poło­żył ojcu rękę na ramie­niu.

- Będzie naj­bez­piecz­niej­szy z innymi dziećmi w głów­nym żłobku.

- On nie jest taki jak inne dzieci - odparł ojciec.

Teraz powie­dli go w chłód. Cały kory­tarz za przed­szko­lem tonął w ciem­no­ściach, poza małymi krąż­kami świa­tła lata­rek.

- Co się stało? - spy­tał Sky. Po raz pierw­szy zdał sobie sprawę, że to nie tylko jego mały mikro­ko­smos się popsuł. To, co się stało, dotknęło rów­nież świata doro­słych. Ni­gdy wcze­śniej nie widział statku w takim sta­nie.

- Coś bar­dzo, bar­dzo złego - oznaj­mił ojciec.

Pięć

Pięć

Wygrze­by­wa­łem się z wysił­kiem ze snu o Skyu Haus­sman­nie i przez chwilę zda­wało mi się, że na­dal jestem w innym śnie, w któ­rym domi­no­wało prze­ra­ża­jące poczu­cie straty i dez­orien­ta­cji.

Potem uświa­do­mi­łem sobie, że to wcale nie sen.

Byłem zupeł­nie roz­bu­dzony, ale część mojego umy­słu głę­boko spała; ta część, która prze­cho­wy­wała pamięć i toż­sa­mość, i pocie­sza­jącą świa­do­mość, jak to się stało, że się wła­śnie tu zna­la­złem; prze­cho­wy­wała wszel­kie połą­cze­nia z prze­szło­ścią. Jaką prze­szło­ścią? Ocze­ki­wa­łem, że spoj­rzę wstecz i w jakimś momen­cie zoba­czę wyraźne szcze­góły - nazwi­sko, wska­zówkę, kim jestem - ale to było jak próba sku­pie­nia wzroku w gęstej mgle.

Potra­fi­łem jed­nak nazwać nie­które rze­czy - nie stra­ci­łem mowy. Leża­łem na twar­dym łóżku, pod cien­kim brą­zo­wym kocem z dzia­niny. Czu­łem się rześki i wypo­częty, a rów­no­cze­śnie zupeł­nie bez­radny. Rozej­rza­łem się - nie dostrze­głem niczego zna­jo­mego; nic mi tu nie paso­wało. Unio­słem rękę, przyj­rza­łem się liniom żył na wierz­chu dłoni - widok odro­binę mniej obcy.

Dość dobrze pamię­ta­łem zadzi­wia­jąco wyra­zi­ste szcze­góły snu. Nie był to sen taki jak inne - nie­spójne, ze zmienną per­spek­tywą i nie­kon­se­kwentną logiką - a raczej frag­ment liniowo przed­sta­wio­nego doku­mentu. Tak jak­bym towa­rzy­szył Sky­owi Haus­sman­nowi. Nie widzia­łem wyda­rzeń z jego punktu widze­nia, tylko sze­dłem za nim jak obse­syjny duch.

Coś mnie zmu­siło do odwró­ce­nia ręki.

Pośrodku dłoni wid­niała regu­larna rdzawa plama krwi. Obej­rza­łem prze­ście­ra­dło: na nim rów­nież dostrze­głem plamki zaschnię­tej krwi. Musia­łem je pobru­dzić pod­czas snu.

We mgle coś się skry­sta­li­zo­wało: wspo­mnie­nie pra­wie się okre­śliło.

Nagi wsta­łem z łóżka. Znaj­do­wa­łem się w pomiesz­cze­niu o nie­rów­nych ścia­nach - nie było wykute w skale, lecz raczej ufor­mo­wane z wysu­szo­nej gliny i poma­lo­wane olśnie­wa­jąco białą farbą. Przy łóżku stały sto­łek i mała szafka; oba meble z drewna, któ­rego gatunku nie roz­po­zna­łem. Jedyną ozdobę pokoju sta­no­wił mały brą­zowy wazon w niszy w ścia­nie.

Patrzy­łem na wazon.

Coś mnie w nim prze­ra­żało i choć wie­dzia­łem, że jest to uczu­cie irra­cjo­nalne, nic na to nie mogłem pora­dzić. Może mam uszko­dzony sys­tem ner­wowy? - zapy­ta­łem sam sie­bie. Na­dal wła­dasz języ­kiem, ale jest coś zasad­ni­czo pochrza­nio­nego w twoim ukła­dzie lim­bicz­nym, czy jak się tam nazywa część mózgu odpo­wie­dzialna za stary ssa­czy wyna­la­zek zwany stra­chem. Ale gdy zna­la­złem cen­trum swego stra­chu, zro­zu­mia­łem, że wcale nie o wazę cho­dzi.

Tylko o wnękę.

Coś się w niej ukrywa, coś strasz­nego. Uświa­do­mi­łem to sobie i ogar­nęła mnie histe­ria. Serce mi zaczęło walić. Musia­łem wydo­stać się z pokoju. Uciec od tej rze­czy, która - jak wie­dzia­łem - nie miała sensu, ale mro­ziła mi krew. W jed­nej ze ścian pokoju znaj­do­wały się otwarte drzwi pro­wa­dzące "na zewnątrz" - cokol­wiek to zna­czyło.

Prze­kro­czy­łem je.

Stopą dotkną­łem trawy. Sta­łem na małym, wil­got­nym, równo przy­cię­tym traw­niku, oto­czo­nym z dwóch stron krza­kami i ska­łami. Chata, w któ­rej się obu­dzi­łem, była teraz za mną, osa­dzona w ska­li­stym wzgó­rzu z buj­nymi krza­kami, które gro­ziły tym, że na nią spadną. Ale skała stale się wzno­siła, sta­wała coraz bar­dziej stroma - wresz­cie pio­nowa, a potem znów się zakrzy­wiała zie­lo­nym łukiem, więc zie­leń przy­po­mi­nała chiń­ski szpi­nak przy­kle­jony do ścia­nek misy. Trudno było oce­nić odle­głość, ale skle­pie­nie tego świata musiało być około kilo­me­tra nad moją głową. Z czwar­tej strony grunt nieco opa­dał, po czym podej­mo­wał wspi­naczkę po dru­giej stro­nie tej minia­tu­ro­wej doliny. Stale się wzno­sił, aż spo­ty­kał się z tere­nem, który mia­łem za ple­cami.

Po lewej i pra­wej, za roślin­no­ścią i skałą, widzia­łem odle­głe krańce końca świata, roz­myte i nie­bie­skawe z powodu war­stwy powie­trza. Na pierw­szy rzut oka wyda­wało się, że to habi­tat w kształ­cie bar­dzo dłu­giego walca, ale nie: boki spo­ty­kały się na obu krań­cach, co suge­ro­wało, że kon­struk­cja ma kształt wrze­ciona - dwa stożki złą­czone pod­sta­wami - a moja chata stoi gdzieś w pobliżu naj­więk­szej sze­ro­ko­ści.

Prze­cze­sa­łem pamięć w poszu­ki­wa­niu infor­ma­cji doty­czą­cych pro­jek­to­wa­nia habi­ta­tów, ale uzy­ska­łem jedy­nie drę­czące wra­że­nie, że w tej kon­struk­cji jest coś nie­zwy­kłego.

Wzdłuż habi­tatu bie­gło gorące biało-nie­bie­skie włókno, rodzaj zamknię­tej pla­zmo­wej rury, która mogła przy­ga­sać i ciem­nieć, symu­lu­jąc zachody słońca i mrok. Soczy­stą zie­leń kon­tra­punk­to­wały małe wodo­spady i skalne urwi­ska, wkom­po­no­wane arty­stycz­nie jak ele­menty japoń­skiej akwa­reli. Na dale­kim końcu świata zoba­czy­łem macierz pik­seli: ozdobne pię­trowe ogrody, mozaikę róż­no­rod­nych upraw. Tu i tam roz­rzu­cono białe kamyki innych chat; gdzie­nie­gdzie stały więk­sze domy i sie­dziby. Wzdłuż obrzeża doliny wiły się kamienne drogi, łączące chaty i sku­pi­ska domów. W pobliżu wierz­choł­ków dwóch stoż­ków, przy osi obrotu habi­tatu, wra­że­nie cią­że­nia musiało być słab­sze. Sądzi­łem, że to wła­śnie potrzeba takiego zja­wi­ska wpły­nęła decy­du­jąco na pro­jekt habi­tatu.

Gdzie ja jestem? - zasta­na­wia­łem się. Nagle z poszy­cia wypeł­zła jakaś istota i ruszyła w stronę polany na skom­pli­ko­wa­nym zesta­wie wie­lo­seg­men­to­wych meta­lo­wych nóg. Dłoń sama zaci­snęła mi się na nie­ist­nie­ją­cym pisto­le­cie, jakby mię­śnie spo­dzie­wały się, że go tam znajdą.

Maszyna się zatrzy­mała, tyka­jąc. Na paję­czych nogach był osa­dzony zie­lony owalny gładki tułów; miał tylko rysu­nek świe­cą­cej nie­bie­skiej śnie­żynki.

Cof­ną­łem się.

- Tan­ner Mira­bel? - Głos pocho­dził z maszyny, ale przy­pusz­cza­łem, że nie należy do robota, gdyż brzmiał ludzko, po kobie­cemu i nie­zbyt pew­nie.

- Nie wiem.

- Rety, mój castel­lano nie jest... - To ostat­nie powie­działa w norte, ale zaraz prze­szła na język, jakim ja mówi­łem. Jej słowa brzmiały jesz­cze bar­dziej nie­pew­nie niż przed­tem. - Mam nadzieję, że mnie rozu­miesz. Nie mam wiel­kiej prak­tyki w castel­lano. Jestem... mam nadzieję, że roz­po­zna­jesz swoje imię, Tan­ner. Tan­ner Mira­bel, to zna­czy pan Mira­bel. Rozu­miesz?

- Tak - odpar­łem. - Ale możemy roz­ma­wiać w norte, jeśli ci tak wygod­niej. Jeśli znie­siesz chro­po­wa­tość moich zdań.

- Mówisz bar­dzo dobrze w obu języ­kach. Nie masz nic prze­ciwko temu, że będę cię nazy­wać Tan­ner?

- Oba­wiam się, że mogła­byś mnie nazy­wać dowol­nym imie­niem.

- Ach, więc wystę­pują objawy amne­zji. Mam rację?

- Przy­znam, że nawet spore.

Usły­sza­łem wes­tchnie­nie.

- Cóż, po to tu jeste­śmy. Wła­śnie po to. Oczy­wi­ście nie życzymy tego naszym klien­tom, ale jeśli, Boże broń, przy­da­rzy im się coś takiego, to są w naj­bar­dziej odpo­wied­nim miej­scu. Oczy­wi­ście i tak nie mają wiel­kiego wyboru... Rety, jak zawsze odbie­gam od tematu. Na pewno jesteś i tak zdez­o­rien­to­wany bez mojej gada­niny. Nie przy­pusz­cza­li­śmy, że się tak szybko obu­dzisz. I dla­tego, rozu­miesz, nikt cię tu nie przy­wi­tał. - Wes­tchnie­nie, tym razem bar­dziej rze­czowe, jakby miała przy­stą­pić do pracy. - A więc nie grozi ci nie­bez­pie­czeń­stwo, ale lepiej będzie, Tan­ner, gdy na razie zosta­niesz w domu, aż ktoś do cie­bie przyj­dzie.

- Dla­czego? Co mi dolega?

- Przede wszyst­kim jesteś zupeł­nie nagi.

Przy­zna­łem jej rację.

- A ty nie jesteś robo­tem, prawda? Wybacz, na ogół tak nie postę­puję.

- Nie musisz się uspra­wie­dli­wiać, naprawdę. Masz prawo być zdez­o­rien­to­wany. Prze­cież przez długi czas spa­łeś. Mogło to nie wywo­łać żad­nych nega­tyw­nych fizycz­nych skut­ków... nawet widzę, że nie wywo­łało... - Zamil­kła. Potem, jakby wyrwana z marzeń, w któ­rych się zato­piła, kon­ty­nu­owała: - Ale umy­słowo, no cóż... należy się spo­dzie­wać przej­ścio­wego zaniku pamięci, który wystę­puje znacz­nie czę­ściej, niż oni nam wma­wiają.

- Cie­szę się, że uży­łaś okre­śle­nia "przej­ściowy".

- No... zwy­kle.

Uśmiech­ną­łem się. Czy to z jej strony poczu­cie humoru, czy po pro­stu fakt sta­ty­styczny?

- A skoro już o tym mówimy, to jacy "oni"?

- Ci, co cię tu przy­wieźli. Ultrasi.

Dotkną­łem trawy. Zgnio­tłem w pal­cach liść; na kciuku powstała zie­lona mia­zga. Pową­cha­łem ją. Jeśli to symu­la­cja, to jest nad­zwy­czaj szcze­gó­łowa. Nawet tak­tycy wojenni byliby pod wra­że­niem.

- Ultrasi?

- Przy­by­łeś tu na ich statku. Na czas podróży zosta­łeś zamro­żony. Teraz masz amne­zję roz­mro­że­niową.

To okre­śle­nie spo­wo­do­wało, że część mojej prze­szło­ści wsko­czyła w nie­wy­wa­żony spo­sób na miej­sce. Ktoś mi już kie­dyś mówił o amne­zji roz­mro­że­nio­wej - zupeł­nie nie­dawno albo bar­dzo dawno temu. Wyda­wało się, że obie te wer­sje są praw­dziwe. Mówił mi o niej scy­bor­gi­zo­wany zało­gant statku.

Usi­ło­wa­łem sobie przy­po­mnieć jego słowa, ale mia­łem wra­że­nie, że znów wędruję po omacku w sza­rej mgle, choć tym razem wyczu­wam w niej jakieś obiekty, postrzę­pione frag­menty pamięci, łusko­wate ska­mie­niałe drzewa, wycią­ga­jące sztywne gałę­zie, by zna­leźć połą­cze­nie z teraź­niej­szo­ścią. Wcze­śniej czy póź­niej natknę się na więk­szy gąszcz.

Teraz pamię­ta­łem tylko zapew­nie­nia, że cokol­wiek ze mną zro­bią, nie doznam żad­nych nie­przy­jem­nych ura­zów. Amne­zja roz­mro­że­niowa to jak współ­cze­sna bajka o żela­znym wilku; wystę­puje znacz­nie rza­dziej, niż się powszech­nie uważa. Ale prze­cież prawda - że szcząt­kowa amne­zja jest zja­wi­skiem nie­mal nor­mal­nym - nie sprzy­ja­łaby inte­re­som.

- Raczej się tego nie spo­dzie­wa­łem - stwier­dzi­łem.

- To może dziwne, ale pra­wie nikt się tego ni­gdy nie spo­dziewa. Trudne przy­padki to te, gdy ktoś nawet nie pamięta, że kie­dy­kol­wiek miał do czy­nie­nia z Ultra­sami. U cie­bie nie jest chyba aż tak źle?

- Nie - przy­zna­łem. - I dzięki temu czuję się znacz­nie lepiej.

- Dzięki czemu?

- Dzięki świa­do­mo­ści, że jakiś biedny drań ma gorzej ode mnie.

- Hmm - mruk­nęła z dez­apro­batą. - Nie jestem pewna, Tan­ner, czy to odpo­wied­nie nasta­wie­nie. Z dru­giej strony nie­długo będziesz zdrów jak ryba. Wkrótce. A teraz może byś wró­cił do domu? Znaj­dziesz tam jakieś pasu­jące ubra­nie. Nie jeste­śmy tu w hospi­cjum pru­de­ryjni, ale w takim stroju zamar­z­niesz na śmierć.

- Wierz mi, nie zro­bi­łem tego umyśl­nie.

Zasta­na­wia­łem się, jak oce­ni­łaby moje szanse na wyle­cze­nie, gdy­bym jej powie­dział, że z domu wygnało mnie prze­ra­że­nie na widok detalu archi­tek­to­nicz­nego.

- Oczy­wi­ście - odparła. - Ale włóż ubra­nie, a jeśli ci się nie spodoba, zawsze możemy dać ci coś innego. Wrócę nie­długo, żeby zoba­czyć, jak się czu­jesz.

- Dzię­kuję. A kim ty jesteś?

- Ja? Och, nikim szcze­gól­nym. Malut­kim try­bi­kiem w nie­zwy­kle wiel­kiej maszy­nie, tak bym to okre­śliła. Jestem sio­stra Ame­lia.

Zatem nie prze­sły­sza­łem się, gdy powie­działa "hospi­cjum".

- A gdzie my wła­ści­wie jeste­śmy, sio­stro Ame­lio?

- To jasne. Jesteś w Hospi­cjum Idle­wild, pod opieką Świę­tego Zakonu Lodo­wych Żebra­ków. Nie­któ­rzy ludzie nazy­wają to Hote­lem Amne­zja.

***

Nic mi to nie mówiło. Ni­gdy nie sły­sza­łem nazwy Hotel Amne­zja ani bar­dziej for­mal­nego okre­śle­nia tego przy­bytku, nie mówiąc już o Świę­tym Zako­nie Lodo­wych Żebra­ków.

Wró­ci­łem do chaty; robot szedł za mną w uprzej­mej odle­gło­ści. Pod­sze­dłem do drzwi i przy­sta­ną­łem. To głu­pie, ale choć poza domem mogłem się pozbyć obaw, wra­cały z równą siłą, gdy tylko się tu zbli­ży­łem. Patrząc na niszę, widzia­łem, jak ema­nuje z niej uta­jone zło, jakby coś się tam zwi­nęło i czy­hało, obser­wu­jąc mnie wrogo.

- Włóż ubra­nie i zabie­raj się stąd - powie­dzia­łem do sie­bie gło­śno w castel­lano. - Gdy wróci Ame­lia, powiesz jej, że są ci potrzebne bada­nia neu­ro­lo­giczne. Zro­zu­mie. Takie rze­czy muszą się tu cią­gle zda­rzać.

W sza­fie cze­kało na mnie ubra­nie. Obej­rza­łem je: żad­nej sztuki nie roz­po­zna­wa­łem. Pro­ste, nic wyra­fi­no­wa­nego, czuło się, że to ręczna robota. Czarny swe­ter z wycię­ciem w serek; wor­ko­wate spodnie bez kie­szeni; para mięk­kich butów, odpo­wied­nich naj­wy­żej do czła­pa­nia po polance. Ubra­nia paso­wały na mnie dosko­nale, ale nawet w tym było coś nie­pra­wi­dło­wego, jakby bar­dzo się róż­niły od tego, w czym zwy­kle cho­dzi­łem.

Pogrze­ba­łem głę­biej w sza­fie, z nadzieją, że odkryję coś oso­bi­stego, ale poza ubra­niami nic nie zna­la­złem. Zdez­o­rien­to­wany usia­dłem na łóżku i zaczą­łem się ponuro wpa­try­wać w ścianę, aż moje spoj­rze­nie ześli­zgnęło się na małą wnękę. Po latach prze­by­wa­nia w sta­nie zamro­żo­nym che­mia mojego umy­słu wra­cała praw­do­po­dob­nie do jakiejś rów­no­wagi, a tym­cza­sem dosta­łem próbkę tego, jak wygląda psy­cho­tyczny strach. Naj­bar­dziej pra­gną­łem zwi­nąć się, odciąć świat od swych zmy­słów. Od zupeł­nego sza­leń­stwa powstrzy­my­wało mnie wewnętrzne prze­ko­na­nie, że spo­tka­łem się już z gor­szymi sytu­acjami - nie­bez­pie­czeń­stwami rów­nie prze­ra­ża­ją­cymi jak to, co mój psy­cho­tyczny umysł widział w pustej wnęce - i że je prze­ży­łem. Cóż, że w tej chwili nie potra­fi­łem przy­wo­łać w umy­śle żad­nego kon­kret­nego zda­rze­nia. Wystar­czyła wie­dza, że się to wyda­rzyło i że jeśli teraz zawiodę, sprze­nie­wie­rzę się tej nie­od­sło­nię­tej czę­ści mojej oso­bo­wo­ści, która pozo­sta­wała zupeł­nie zdrowa i być może wszystko pamię­tała.

Na Ame­lię nie cze­ka­łem długo.

Zaczer­wie­niona nie mogła zła­pać tchu, jakby odbyła szybką wspi­naczkę z dna doliny lub z wąwozu, który widzia­łem po prze­bu­dze­niu. Gdy wcho­dziła do chaty, uśmie­chała się jed­nak, jakby ten wysi­łek fizyczny spra­wił jej radość. Miała na sobie czarny habit z bar­be­tem, na szyi na łań­cu­chu zwi­sał pła­tek śniegu. Spod habitu wyglą­dały zaku­rzone buty.

- Jak ci odpo­wiada ubra­nie? - spy­tała, kła­dąc dłoń na owal­nej gło­wie robota. Może chciała się o coś oprzeć, a może oka­zać mu przy­wią­za­nie.

- Bar­dzo dobrze pasuje. Dzię­kuję.

- Jesteś tego pewien? Możemy zmie­nić, to żaden kło­pot. Musisz je tylko zrzu­cić i... w mgnie­niu oka je zmie­nimy. - Uśmiech­nęła się.

- Pasuje - odpar­łem, przy­glą­da­jąc się jej uważ­nie. Była bar­dzo blada, tak bla­dej osoby jesz­cze nie widzia­łem. Oczom pra­wie bra­ko­wało pig­mentu, brwi były tak cien­kie, jakby nary­so­wał je doświad­czony kali­graf.

- To dobrze - odparła chyba nie cał­kiem prze­ko­nana. - Czy coś jesz­cze sobie przy­po­mi­nasz?

- Wydaje mi się, że pamię­tam, skąd pocho­dzę. To na począ­tek, jak sądzę.

- Nie pró­buj poga­niać tego pro­cesu. Duscha - nasza spe­cja­listka neu­ro­log - twier­dzi, że wkrótce zaczniesz sobie przy­po­mi­nać, ale nie powi­nie­neś się mar­twić, jeśli to tro­chę potrwa.

Ame­lia usia­dła na krańcu łóżka, gdzie jesz­cze przed kil­koma minu­tami spa­łem. Odwró­ci­łem koc, by ukryć plamki krwi z mojej dłoni. Z jakie­goś powodu wsty­dzi­łem się tego, co się stało, i usi­ło­wa­łem ukryć przed Ame­lią ranę dłoni.

- Szcze­rze mówiąc, sądzę, że to może potrwać dość długo.

- Ale pamię­tasz, że to Ultrasi cię tu przy­wieźli? Mówi­łam już, że wiele osób nawet tego nie jest w sta­nie sobie przy­po­mnieć. A pamię­tasz, skąd pocho­dzisz?

- Wydaje mi się, że ze Skraju Nieba.

- Tak. 61 Cygni A.

Ski­ną­łem głową.

- Ale my zawsze nazy­wa­li­śmy nasze słońce Łabę­dziem. Bar­dziej swoj­sko.

- Tak, też sły­sza­łam, jak inni w ten spo­sób mówią. Powin­nam pamię­tać takie szcze­góły, ale mamy tu ludzi ze wszyst­kich stron. Cza­sami dostaję kręćka, usi­łu­jąc prze­śle­dzić, gdzie co jest i co jest czym.

- Zga­dzam się z tobą, ale na­dal nie wiem, gdzie jestem. Nie będę miał pew­no­ści, dopóki nie wróci mi pamięć. Chyba ni­gdy nie sły­sza­łem tej nazwy, którą wymie­ni­łaś...

- Lodowi Żebracy?

- Nie wywo­łuje u mnie żad­nych sko­ja­rzeń.

- To zro­zu­miałe. Nie sądzę, żeby zakon poja­wiał się w ukła­dzie Skraju Nieba. Prze­by­wamy tylko w ukła­dach, które są więk­szymi ośrod­kami wymiany z innymi.

Chcia­łem zapy­tać, jaki układ ma na myśli, ale zakła­da­łem, że wróci do tego w odpo­wied­nim cza­sie.

- Sądzę, Ame­lio, że musisz mi powie­dzieć wię­cej.

- Dobrze. Wybacz tylko, że zabrzmi to jak wykład. Nie jesteś pierw­szą osobą, któ­rej to wyja­śniam, i oba­wiam się, że nie ostat­nią.

Jako zakon Żebracy ist­nieli około stu pięć­dzie­się­ciu lat - początki się­gają połowy dwu­dzie­stego czwar­tego wieku. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie loty mię­dzy­gwiezdne wyrwały się spod wyłącz­nej kon­troli rzą­dów i wiel­kich mocarstw i stały zja­wi­skiem nie­mal powszech­nym. W tym cza­sie Ultrasi zaczęli two­rzyć odrębną grupę ludzką - nie tylko obsłu­gi­wali statki, lecz rów­nież spę­dzali na pokła­dzie całe życie, dzięki dyla­ta­cji czasu roz­cią­gnięte poza gra­nice trwa­nia nor­mal­nego ludz­kiego poko­le­nia. Za opłatą roz­wo­zili pasa­że­rów mię­dzy ukła­dami gwiezd­nymi, ale nie­kiedy szli na łatwi­znę, jeśli cho­dzi o jakość usług: obie­cy­wali dowieźć ludzi do kon­kret­nego miej­sca, a lądo­wali w zupeł­nie innym ukła­dzie, pozo­sta­wia­jąc podróż­nych lata świetlne od zamie­rzo­nego celu. Nie­kiedy ich urzą­dze­nia chłod­nego snu były tak stare i źle kon­ser­wo­wane, że po przy­lo­cie na miej­sce pasa­że­ro­wie budzili się bar­dzo posta­rzali lub z umy­słami cał­ko­wi­cie wyma­za­nymi.

W niszę ryn­kową weszli Lodowi Żebracy - zało­żyli swoje filie w kil­ku­dzie­się­ciu ukła­dach, ofe­ru­jąc pomoc uśpio­nym, któ­rych oży­wie­nie nie prze­bie­gło cał­kiem gładko. Zajęli się nie tylko pasa­że­rami stat­ków kosmicz­nych. Duża część zle­ceń doty­czyła ludzi, któ­rzy, uśpieni na dzie­się­cio­le­cia w krio­kryp­tach, prze­sko­czyli okresy rece­sji eko­no­micz­nej czy nie­po­ko­jów poli­tycz­nych. Czę­sto po obu­dze­niu oka­zy­wało się, że ich oszczęd­no­ści stop­niały, majątki skon­fi­sko­wano, a pamięć uszko­dzono.

- Teraz na pewno mi powiesz, gdzie tu jest haczyk.

- Jedno musisz zro­zu­mieć na samym początku - odparła Ame­lia. - Nie ma haczyka. Zaopie­ku­jemy się tobą, dopóki na tyle nie wydo­brze­jesz, by stąd wyjść. Jeśli zechcesz odejść wcze­śniej, nie będziemy cię zatrzy­my­wać, a jeśli posta­no­wisz zostać dłu­żej, zawsze przyda się w polu para rąk. Gdy opu­ścisz Hospi­cjum, nic nam nie będziesz dłużny i nie będziemy się z tobą kon­tak­to­wać bez two­jej woli.

- Jak wam się to wszystko opłaca?

- Jakoś dajemy sobie radę. Wielu naszych pacjen­tów po wyle­cze­niu czyni dobro­wolne dona­cje, ale nie wyma­gamy tego. Koszty naszej dzia­łal­no­ści są nad­zwy­czaj niskie i ni­gdy nie mie­li­śmy dłu­gów za budowę Idle­wild.

- Taki habi­tat nie mógł być tani.

Wszystko prze­cież kosz­tuje, nawet mate­ria ukształ­to­wana przez zastępy nie­ro­zum­nych, powie­la­ją­cych się robo­tów.

- Znacz­nie tań­szy, niż przy­pusz­czasz, choć musie­li­śmy iść na kom­pro­misy co do pod­sta­wo­wej kon­struk­cji.

- Cho­dzi o ten dziwny wrze­cio­no­waty kształt?

- Pokażę ci, kiedy się lepiej poczu­jesz. Wtedy zro­zu­miesz. - Kazała robo­towi nalać wody do szkla­neczki. - Wypij. Na pewno jesteś spra­gniony. Przy­pusz­czam, że chciał­byś się cze­goś wię­cej o sobie dowie­dzieć. Na przy­kład, jak się tu dosta­łeś i gdzie jest to miej­sce.

Z wdzięcz­no­ścią wypi­łem wodę. Miała dziwny obcy smak, ale nie był nie­przy­jemny.

- Naj­wy­raź­niej nie jestem w ukła­dzie Skraju Nieba. A to miej­sce musi być w pobliżu jed­nego z ośrod­ków ruchu stat­ków, bo nie umie­ści­li­by­śmy go tutaj.

- Tak. Jeste­śmy w ukła­dzie Yel­low­stone, wokół Epsi­lon Eri­dani. - Obser­wo­wała, jak zare­aguję. - Nie jesteś zbyt zdzi­wiony.

- Cze­goś takiego się spo­dzie­wa­łem. Nie pamię­tam tylko, co mnie tu przy­wio­dło.

- Pamięć wróci. W pew­nym sen­sie masz szczę­ście. Nie­któ­rzy z naszych klien­tów czują się dosko­nale, ale są zbyt biedni, by pozwo­lić sobie na emi­gra­cję do wła­ści­wego układu. Umoż­li­wiamy im zaro­bie­nie tu nie­du­żych pie­nię­dzy, by w końcu mogli pokryć koszty trans­portu do Pasa Złomu. Albo zała­twiamy im staż w jakiejś innej orga­ni­za­cji; to szyb­szy spo­sób, choć zwy­kle znacz­nie mniej przy­jemny. Ty nie musisz robić ani tego, ani tego. Mam wra­że­nie, że jesteś osobą zamożną, sądząc po fun­du­szach, jakie przy­wio­złeś. Oraz tajem­ni­czą. Może to dla cie­bie nie ma zna­cze­nia, ale opu­ści­łeś Skraj Nieba jako boha­ter.

- Ja?

- Tak. Był wypa­dek, a ty przy­czy­ni­łeś się do ura­to­wa­nia spo­rej grupy ludzi.

- Nic nie pamię­tam.

- A Nueva Val­pa­ra­iso? Tam się to wyda­rzyło.

Nazwa coś mi mgli­ście przy­po­mi­nała, jak ledwo znany odno­śnik do książki prze­czy­ta­nej wiele lat temu. Ale oba jej główne ele­menty, zarówno prze­bieg akcji, jak i główni boha­te­ro­wie - nie mówiąc o zakoń­cze­niu - wyda­wały mi się dość enig­ma­tyczne. Wpa­try­wa­łem się w mgłę.

- Żałuję, ale na­dal nic nie pamię­tam. Powiedz mi, jak tu się dosta­łem. Jak się nazy­wał sta­tek?

- Orvieto. Wyle­ciał z two­jego układu około pięt­na­stu lat temu.

- Musia­łem mieć jakieś ważne powody, by się na nim zna­leźć. Podró­żo­wa­łem sam?

- O ile wiemy, tak. Na­dal obra­biamy cargo statku. Na pokła­dzie było dwa­dzie­ścia tysięcy uśpio­nych. Dotych­czas ogrzano zale­d­wie jedną czwartą. Nie ma pośpie­chu. Jeśli ktoś zamie­rzał spę­dzić pięt­na­ście lat w podróży kosmicz­nej, to kilka tygo­dni opóź­nie­nia z początku czy na końcu nie ma wiel­kiego zna­cze­nia.

To dziwne, ale, choć nie potra­fi­łem tego spre­cy­zo­wać, czu­łem, że jest coś, co należy pil­nie zro­bić. Jak­bym budził się ze snu, któ­rego szcze­gó­łów nie pamię­ta­łem, ale przez który byłem potem wiele godzin pode­ner­wo­wany.

- Powiedz, co wiesz o Tan­ne­rze Mira­belu.

- Mniej, niż­by­śmy chcieli. Ale to nie powinno cię nie­po­koić. Twój świat wojuje, Tan­ner. Już od stu­leci. Załą­czona doku­men­ta­cja jest rów­nie nie­do­kładna, jak nasza wła­sna, a Ultrasi nie­zbyt inte­re­sują się tym, kogo wiozą, byle dostali za to pie­nią­dze.

Nazwi­sko wydało się zna­jome, jak stara ręka­wiczka. Dobre połą­cze­nie z imie­niem. Tan­ner to imię robot­nika, ostre i rze­czowe, imię kogoś, kto koń­czy robotę. Mira­bel - prze­ciw­nie - pobrzmie­wało lek­kimi pre­ten­sjami do ary­sto­kra­tycz­no­ści.

Z takim nazwi­skiem mogłem iść przez życie.

- Dla­czego wasze wła­sne zapisy są nie­ja­sne? Nie powiesz, że tutaj też mie­li­ście wojnę.

- Nie - odparła Ame­lia ostroż­nie. - Nie. Było w tym coś naprawdę innego. Dla­czego? Przez chwilę mówi­łeś tak, jak­byś był z tego zado­wo­lony.

- Może kie­dyś byłem żoł­nie­rzem - odpar­łem.

- Ucie­kłeś od okrop­no­ści wojny po doko­na­niu jakie­goś nie­wy­obra­żal­nego okru­cień­stwa?

- Czy ja wyglą­dam na kogoś zdol­nego do okru­cieństw?

Uśmiech­nęła się, ale na jej twa­rzy nie widzia­łem weso­ło­ści.

- Nie uwie­rzył­byś, Tan­ner, ale prze­wi­jają się tu ludzie wszel­kiej maści. Różni, prze­różni. A wygląd nie ma nic do rze­czy... Zaraz, zaraz, w twoim domu nie ma lustra? Nie widzia­łeś się jesz­cze po prze­bu­dze­niu?

Pokrę­ci­łem głową.

- W takim razie chodź ze mną. Mały spa­cer dobrze ci zrobi.

***

Z chaty poszli­śmy dróżką do doliny. Robot Ame­lii popę­dził przed nami jak pod­eks­cy­to­wany szcze­niak. Dziew­czyna obcho­dziła się swo­bod­nie z maszyną, ale mnie robot wpra­wiał w zakło­po­ta­nie. Tak samo bym się czuł, gdyby spa­ce­ro­wała z jado­wi­tym wężem. Pamię­tam swoją reak­cję, gdy po raz pierw­szy mi się uka­zał, i odru­chowo się­gną­łem po broń. Nie był to gest teatralny, tylko wyuczone dzia­ła­nie. Pra­wie czu­łem cię­żar nie­ist­nie­ją­cego pisto­letu, dokładny kształt kolby w dłoni. Tuż pod powierzch­nią świa­do­mo­ści skry­wała się pod­pie­ra­jąca struk­tura spraw­no­ści strze­lec­kiej.

Zna­łem pisto­lety. I nie lubi­łem robo­tów.

- Opo­wiedz mi coś wię­cej o moim przy­by­ciu.

- Jak wspo­mnia­łam, przy­wiózł cię tu Orvieto - wyja­śniła Ame­lia. - Jest w ukła­dzie, bo na­dal go roz­ła­do­wu­jemy. Pokażę ci go, jeśli chcesz.

- Myśla­łem, że zamie­rzasz poka­zać mi lustro.

- Dwa wró­ble za jed­nym strza­łem, Tan­ner.

Ścieżka scho­dziła głę­biej, wijąc się w ciem­nym, ocie­nio­nym wąwo­zie z bal­da­chi­mem splą­ta­nej zie­leni. To musiała być ta mała dolina, którą widzia­łem poni­żej domku.

Ame­lia miała rację. Całe lata zajęło mi dotar­cie tutaj, więc kilka dni poświę­co­nych odzy­ski­wa­niu pamięci to nie­istotny doda­tek. Jed­nakże na pewno nie mia­łem cier­pli­wo­ści. Od chwili, gdy się obu­dzi­łem, coś mnie poga­niało - wra­że­nie, że coś muszę zro­bić, coś tak pil­nego, że nawet teraz kilka godzin róż­nicy mogło decy­do­wać o suk­ce­sie czy porażce.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki