ROZDZIAŁ 2,
w którym - dla odmiany - bawimy się na andrzejkach
Ledwie minął ból głowy po winie wypitym z okazji imienin Kaśki, a już pojawiło się widmo następnej imprezy. Narzeczony Olgi postanowił urządzić andrzejkową domówkę z wróżbami.
- Dajcie spokój, ile my mamy lat? Lanie wosku?! - jęknęła Ela na wieść o tym, że jest zaproszona i absolutnie koniecznie musi przyjść. - W jaki dzień to wypada? Środa? No to mowy nie ma, będę wykończona po robocie.
- Nie posiedzimy długo, ja też następnego dnia idę do pracy - nalegała Olga. - Przestań się wykręcać! Nic dziwnego, że Bartek ma dziewczynę, a ty nadal sama: bo kisisz się w domu jak zakonnica.
- Zakonnice nie kiszą się w domu.
- Nie łap mnie za słówka. A przyjść musisz również dlatego, że coś z Kaśką wymyśliłyśmy.
- Co takiego?
- Powiemy ci na imprezie... - Przyjaciółka ściszyła głos do nabrzmiałego ekscytacją szeptu. - Obowiązują stroje wiedźmie albo wróżkowe. Startujemy o siódmej wieczorem. I pamiętaj o cieście albo sałatce zamiast prezentu dla Andrzeja.
Ela westchnęła, odkładając słuchawkę. Tradycja takich "przebieranych" imprezek sięgała ich czasów gimnazjalnych i było rzeczą niezwykłą, że przetrwała tyle lat. Początkowo dziewczyny urządzały przyjęcia raz w roku - na Dzień Dziecka, który zresztą świętowały aż do osiemnastki. Potem spotykały się z okazji imienin oraz urodzin. Wymyślały motyw przewodni, zapraszały przyjaciół i znajomych, przy czym rolę biletu wstępu pełniło zawsze coś do jedzenia.
W czasach licealnych organizowały owe bibki u Kaśki, której nieprzyzwoicie bogaci rodzice mieli wielki dom i niezwykłe poczucie humoru, więc sami także brali udział w przebierankach. Potem, kiedy Kaśka otrzymała w prezencie własne mieszkanie, okazji do spotkań znajdowało się coraz więcej - i oczywiście, jak to bywa z dorosłością, pojawił się na nich alkohol.
Przez te pięć lat, które Ela spędziła u boku Bartka, tylko dwukrotnie udało jej się wyciągnąć go na taką imprezę. Za pierwszym razem nie chciał się przebrać, lecz ostatecznie uległ jej namowom, bo motywem przewodnim były kultowe filmy, mógł więc się wcielić w swego ulubieńca, Luke'a Skywalkera. Mimo to nie bawił się dobrze; właściwie całą imprezę przesiedział na kanapie z pokalem piwa w dłoni i rozmawiał z jakimś okularnikiem o nowych częściach Gwiezdnych wojen. Nie dał się namówić na taniec, nie brał udziału w konkursie na najlepsze przebranie ani w karaoke - krótko mówiąc, zachowywał się jak sztywniak.
Z kolei druga impreza odbywała się pod hasłem "Dzieci Kwiaty" - i choć Ela ledwie zdołała Bartka uprosić, by pozwolił sobie przygotować strój składający się z wyszperanych w lumpeksie spodni dzwonów oraz kolorowej koszuli z szerokimi rękawami - tym razem bawił się świetnie. Może dlatego, że wypił dwa drinki, po których ochoczo bujał się i nucił do wtóru ochrypłego głosu Janice Joplin, a przy którymś kawałku Led Zeppelin odstawił nawet coś w rodzaju spontanicznego tanecznego show.
Tak, przez pięć lat zaledwie dwa wspólne wyjścia, pomyślała teraz Ela. To niewiele. Co by nie mówić, Bartek nie jest duszą towarzystwa i zapewne nigdy się nie zmieni pod tym względem. Czy to jednak ważne? Przecież w dłuższej perspektywie takie rzeczy stają się kompletnie nieistotne, bo życie nie składa się z imprezowania i przebieranek. Jeśli coś ją niepokoiło, to wcale nie niechęć ukochanego do spotykania się z przyjaciółmi, lecz owa sztywność, którą przejawiał w chwilach, gdy wszyscy dokoła świetnie się bawili. Bez znaczenia, czy chodziło o taniec, śpiew, zabawę w kalambury, czy grę w planszówki. Bartek po prostu nie miał w sobie za grosz luzu.
A jednak - pokochała go. Właśnie takiego: nieco zbyt serio, wycofanego, usztywnionego, może chwilami nudnego i przewidywalnego. I serce jej krwawiło na myśl, że on ma czelność zabrać na rodzinne święta jakąś nową dziewczynę. W końcu rozstał się z Elą raptem siedem miesięcy temu. Z jednej strony to dość czasu, by kogoś poznać, z drugiej jednak - niewiele, jeśli mowa o poważnych życiowych decyzjach i zobowiązaniach, takich jak zaręczyny. Czy skoro Bartek zaprosił tę nową sympatię na zjazd rodzinny, to znaczy, że to coś na serio? Zamierza się z nią ożenić? A jeżeli po prostu nie chciał być sam, żeby nie wyszło niezręcznie; by go na siłę nie sparowano z Elą?
Owszem, istniała taka możliwość. Ale nawet jeśli, to takie zachowanie stanowiło niezbity dowód, że już mu na dawnej dziewczynie nie zależy. Albo zupełnie nie dba o jej uczucia i ma w nosie to, że zada jej ból, albo po prostu stwierdził, że Eli to nie obejdzie, tak jak nie obchodzi jego samego. Ludzie zwykle osądzają innych przez pryzmat własnych odczuć, czyż nie? Więc jeżeli Bartek nic już do niej nie czuje, to uznaje za oczywiste, że i ona wyleczyła się z tamtej miłości.
- Tak czy owak, jestem w czarnej dupie z całym moim emocjonalnym bałaganem - powiedziała sobie, przemyślawszy wszystko. - I najchętniej wymiksowałabym się z tych głupich świąt. Rzecz w tym, że absolutnie nie ma takiej opcji.
Andrzejki rozpoczęły się o osiemnastej, lecz Ela dołączyła dopiero wieczorem. Po pracy czuła się zbyt zmęczona i wymiętolona, żeby ruszyć się z domu choć na krok. Napełniła wannę gorącą wodą, dolała płynu o zapachu magnolii, włączyła sobie płytę Johna Mayera i po prostu przeleżała dobry kwadrans z zamkniętymi oczami. Wyszła tylko dlatego, że woda ostygła. Wciąż jeszcze czuła się jak przydeptany kapeć.
A jednak relaks i dobra muzyka zrobiły swoje; jej ciało powoli się rozsupłało, a żołądek przypomniał, że nie dostał obiadu. Rodzice pojechali do Wrocławia; mama miała wizytę kontrolną u endokrynologa, więc tego dnia nikt nic nie ugotował. Na rozmrożenie czekały knedle ze śliwkami, wystarczyło polać je masłem i posypać cukrem z cynamonem. Jednak Ela postanowiła, że zamiast tego pójdzie na andrzejki i podje trochę sałatek. Będzie zdrowiej, no i mniej tucząco, pomyślała praktycznie.
Wyciągnęła z dna szafy starą czarną pelerynę, którą - z sentymentu - przechowywała od czasów gimnazjalnych. Na fali potteromanii przebierały się wtedy z przyjaciółkami za bohaterów serii ich ulubionych książek. Włożyła czarne cygaretki i golf, brakowało tylko czarodziejskiej tiary.
Na szczęście przypomniała sobie, że widziała takie niby-kapelusze w sklepie z chińską tandetą, wśród przecenionych przebrań na Halloween. Kupiła pierwszy z brzegu, w pajęczynowe wzorki. Potem wstąpiła do cukierni po wielki kawał orzechowca, bo oczywiście gdyby próbowała sama upiec ciasto, dotarłaby zapewne na sam koniec imprezy.
Zgodnie z tym, czego się spodziewała, większość gości była już na leciutkim rauszu. Solenizant, przebrany za wróżbitę (w satynowym szlafroku w księżyce, do którego przypiął agrafką wizytówkę: "Postradamus Zmysłus, wróżby telefoniczne, zadzwoń teraz: 696 696 696") z wielką radością odebrał od niej ciasto, bo prawie wszyscy postawili na sałatki, a on kochał słodkości. Potem podsunięto jej powitalnego szota, po czym w ramach wróżby zaproponowano nakłuwanie wielkiego serca z brystolu. Dowiedziawszy się, że jej małżonek będzie miał na imię Polikarp, musiała wylosować bryłkę wosku i przystawić ją do płomienia świecy, by wszyscy mogli pośmiać się z profilu jej przyszłego męża, który wyglądał jak skrzyżowanie ropuchy z dorodnym ziemniakiem. Na koniec czekało ją jeszcze ciągnięcie losów z dwóch pudełek. Na pierwszym widniała obietnica "zarobki w tysiącach netto na miesiąc", a na drugim "rozwrzeszczane bobasy". Cóż, z pierwszego wylosowała kartonik z cyfrą dwa, a z drugiego - osiem, co wywołało powszechną wesołość.
Teraz nareszcie mogła usiąść na wielkim narożniku z przyjaciółkami, które czekały na nią, przybrawszy miny wytrawnych spiskowców. One również miały na sobie stroje czarodziejek z Harry'ego Pottera.
- Masz tu drinka - oznajmiła Olga, podsuwając jej coś zielonkawego z plastrem limonki. - I słuchaj uważnie. Uknułyśmy znakomity plan!
- Ale to jest na pewno słodkie, z jakimś syropem, a ja się odchu...
- Kwaśne, nie słodkie! I nie przerywaj, dopóki nie skończymy! - zastrzegła natychmiast Kaśka, z czego Ela wywnioskowała, że nie spodoba jej się to, co za chwilę usłyszy.
- No więc wymyśliłyśmy, że musisz pojechać na te wyjazdowe święta z chłopakiem - podjęła Olga. - Ale chwila, nie protestuj! Pojedziesz z chłopakiem, że niby to świeża sprawa, od niedawna ze sobą kręcicie. Chodzi o to, żeby nie zamykać sobie drzwi, rozumiesz.
- Nie palić mostów! - wtrąciła Kaśka. - To mamy na myśli.
- Czyli co dokład...?
- Miałaś nie przerywać! Po pierwsze, trzeba wybadać, czy ta nowa panienka Bartka to coś poważnego. Jeśli nie, twój niby-chłoptaś mógłby spróbować ją odbić.
- Ale to paskud...
- Spróbować zawsze można, prawda? Bo jeżeli ona jest guzik warta i niewierna jak Jonasz czy tam Tomasz... Wówczas lepiej, żeby Bartek się o tym przekonał na wczesnym etapie. Tak czy nie? - Olga nie zostawiła przyjaciółce czasu na odpowiedź, wzięła tylko głęboki wdech i mówiła dalej: - Po drugie, może się zdarzyć, że Bartek zobaczy cię z innym facetem i krew go zaleje z zazdrości. Wiesz, taki motyw jak w komediach romantycznych!
Ela tylko pokręciła głową. Nie chciała pogrywać w ten sposób.
- A po trzecie, już pal sześć, czy go odzyskasz, czy nie, ale po prostu będziesz się lepiej czuła. Nie usłyszysz komentarzy jak w Bridget Jones, że latka lecą, a ty wciąż singielka, po prostu nie będziesz się czuła przegrywem. Przegrywką. Tfu, cholerne feminatywy!
Gdy Olga wyłuszczała sprawę, Kaśka przez cały czas kiwała głową tak skwapliwie i energicznie, że rozchlapała sobie trochę drinka na czarodziejską szatę.
- Upiłyście się - oświadczyła im Ela. - Obie wariatki, jedna lepsza od drugiej. Wytrzeźwiejcie, to wtedy pogadamy.
- Nie zdążymy - zachichotała Olga. - On powinien zaraz tu być.
- Jaki on?!
- No, ten facet. Mój Andrzej zna go z siłowni i wstępnie zagaił... Nie patrz tak, tylko wstępnie, mówię. Pamiętaj, że nie chodzi o to, żebyś się z nim naprawdę umawiała, ma ci jedynie towarzyszyć podczas wyjazdu, tak? I udawać, że spotykacie się od jakichś dwóch miesięcy. Nie musielibyście się nawet boćkać...
Ela aż się zakrztusiła limonkowym drinkiem; swoją drogą, bardzo smacznym.
- Czego byśmy nie musieli?!
- Całować się i tulić, no wiesz! Żadnych pokazowych czułości, bo jak się jest razem od niedawna, to się człowiek jeszcze czai, krępuje przy rodzicach i tak dalej...
- O jakim ty całowaniu mówisz?! Toż to obcy człowiek!
- Dlatego mówię, że wcale byście nie musieli! I nadal by to wyglądało wiarygodnie.
Ela wybałuszyła oczy.
- Ale ja jeszcze w ogóle nie powiedziałam, że się zgadzam! Naskoczyłyście na mnie jak jakieś sępy, a ja muszę to przemyśleć!
- Sępy nie naskakują - pouczyła ją Kaśka ze śmiertelną powagą. - Obawiam się, że ze skakaniem u nich nietęgo. A ty się nie masz nad czym zastanawiać, bo to doskonały plan. Tylko cenę musisz wynegocjować w miarę rozsądną, bo chociaż sporo zarabiasz, to jednak lepiej wydać na kieckę niż na faceta...
- Cenę wynegocjować?! Jaką znów cenę?
Ela spojrzała pod światło na drinka, którego trzymała w dłoni. Czy one czegoś tam dosypały, czy to od ich idiotycznych pomysłów zaczynało jej się kręcić w głowie?
- Bo widzisz, facet nie śmierdzi groszem - wyjaśniła Olga. - I w dodatku jest chyba w nieciekawej sytuacji rodzinnej... W każdym razie któregoś dnia Andrzej go zagadnął, bo tamten włożył czapeczkę mikołajową, a tak się zabawnie składa, że ma na imię Mikołaj... No więc zagadnął go, czy już się szykuje do świąt, przecież dopiero listopad, a on mu odpowiedział, że świąt nie obchodzi, tylko zamierza dorabiać jako Święty Mikołaj na różnych imprezach, bo problemy finansowe i takie tam. I właśnie lada dzień się zaczyna sezon na te wszystkie mikołajki.
- A jeszcze siłownia - wtrąciła Kaśka.
- Ale co, że siłownia? - Ela czuła się kompletnie skołowana. - Nic z tego nie rozumiem.
- Żeby móc ćwiczyć za darmo, sprząta siłownię i czyści sprzęt.
- Ale jaki to ma związek ze mną?!
- No, Andrzej pokombinował, że skoro gość może być Świętym Mikołajem do wynajęcia, to mógłby też zarobić parę groszy jako twój partner na zjeździe rodzinnym, prawda? - W głowie Olgi brzmiał nieskrywany entuzjazm, a Eli coraz bardziej kręciło się w głowie. - Zwłaszcza że to podobno takie ciacho, że... klękajcie narody.
- Jak Magic Mike - dodała Kaśka.
- Kto?
- Oj, ty jesteś totalny głąb, kochanie. Głąbica. Filmów nie oglądasz? Magic Mike to taki przystojny striptizer. No, dobra, bądźcie cicho, bo przyszedł. - Olga zniżyła głos do szeptu. - Udawajmy, że rozmawiamy o drinkach!
Podniosła swoją szklankę pod światło i zakołysała plasterkiem limonki. Ela i Kaśka, zupełnie bez sensu, zrobiły to samo.
- Heloł pięknym paniom! - rozległo się powitanie wypowiedziane tonem, który chyba w zamierzeniu miał być uwodzicielski. - Wiśniak Mikołaj się kłania. Z którą z was będę miał przyjemność robić interesy?
Odwróciły się jak na komendę. Ela starała się ukryć grymas niesmaku. "Robić interesy" nie kojarzyło się dobrze, zwłaszcza w zestawieniu ze słowem "striptizer", które kołatało jej się w pamięci. A na domiar złego słowo "którą" niejaki Wiśniak Mikołaj wypowiedział jako "którom".
- Chodzi o koleżankę! - Olga natychmiast zerwała się z miejsca i wskazała palcem na Elę. - No, to my nie przeszkadzamy!
Po czym obie przyjaciółki błyskawicznie się ulotniły, zostawiając ją w towarzystwie nieznajomego. Wyglądał dość zabawnie w rożku z brokatowego brystolu na głowie. Szerokie ramiona owinął firanką, która miała zapewne udawać pelerynę czarodzieja. W lewej ręce trzymał kieliszek.
- Elżbieta - mruknęła, wyciągając dłoń na powitanie.
Uścisnął ją krótko i mocno, od razu punktując faktem, że nie próbował podnieść jej do ust, by cmoknąć, czego Ela żywiołowo nie znosiła.
- Słuchaj, to trochę głupia sprawa - zaczęła, kiedy mężczyzna usiadł. Odważyła się podnieść wzrok znad szklanki z drinkiem, ale gdy tylko napotkała badawcze spojrzenie jego ciemnych oczu, natychmiast wróciła do kontemplacji plasterka limonki. - Bo widzisz, te moje przyjaciółki są lekko postrzelone... I ja nie wiem, co one ci właściwie nawygadywały.
- Te laski? One nic - padła wesoła odpowiedź. - Nie znam ich nawet, nigdy wcześniej ich nie spotkałem. Gadałem z Andrzejem, to chyba chłopak którejś z nich. Olgi, co nie?
Wcześniejszy plus za niepocałowanie ręki rozpłynął się w niebycie, przyćmiony minusem za "laski", "gadałem" oraz "co nie". Cóż, dobór słownictwa nie zapowiadał interesującej znajomości.
Ela pokiwała głową, przyglądając mu się dyskretnie. Hmm, ciacho, pomyślała. Może i ciacho, jeśli ktoś gustuje w nadmiarze słodkości. Co do niej, nie lubiła takich mężczyzn: gogusiowatych, z żelem na włosach, idealnie ogolonych, pachnących niczym drogeria, w ubraniach pękających w szwach na nienaturalnie dużych mięśniach - jednym słowem, jakby zdjętych z wyretuszowanego tandetnego plakatu. Jej ideał męskości przypominał raczej bosego żeglarza o rozwianej czuprynie, z cerą ogorzałą od słońca i wiatru, w wygniecionej lnianej koszuli oraz dżinsach z podwiniętymi nogawkami. Mógłby też mieć kilkudniowy zarost; taka kontrolowana niedbałość wydawała jej się bardzo seksowna. Z drugiej strony, by być uczciwą, musiała przyznać, że nigdy nie spotkała nikogo takiego, a Bartek w żadnym calu nie przypominał żeglarza. Ale gdyby miała nazwać kogoś "ciachem", to zdecydowanie nie takiego napakowanego lalusia jak ten... Mikołaj do wynajęcia!
- A co powiedział ci Andrzej? Bo ze mną nikt tego nie konsultował, więc nie mam pojęcia, co niby... - podjęła.
- Dobra, krótka piłka - przerwał jej Mikołaj Wiśniak i zatarł dłonie, jakby przymierzał się do pracy fizycznej. - No to tak: że niby jest jakiś zjazd rodzinny na święta i nie masz partnera. I że nie będzie jak z weselem, choć od razu ci powiem, że takie imprezy też obskakuję... Byłem już na dwóch. No ale ten zjazd niby bez tańców, choć z wyżerką i owszem. I mam być kulturalny, "ą, ę", bo to rodzina teges szmeges, i że niby chodzę z tobą, ale nie tak superserio, tylko lajcik szmajcik, że to się w każdej chwili może rozpieprzyć, i właśnie tego kawałka nie zrozumiałem, ale spoko loko, damy radę. I że cenę się wynegocjuje.
Zamilkł i patrzył na Elę wyczekująco. Trochę zakręciło jej się w głowie od nadmiaru bezsensownych słów, zwłaszcza że nie do końca pojmowała, co miał na myśli, określając jej rodzinę jako "teges szmeges". Upiła drinka, żeby zyskać na czasie i zebrać myśli.
- Dodam, że wezmę każdą robotę, bo z kasiorką chwilowo krucho - dodał prędko Mikołaj, po swojemu wymawiając "każdom" i "kasiorkom".
Nie spodobał jej się, zdecydowanie. Wyglądał na cwaniaczka, który kombinuje, jak by tu zarobić, a się nie narobić. I w dodatku nie mówił po ludzku, tylko jakimś dziwnym slangiem.
- Słuchaj, to jeszcze nic pewnego - powiedziała po kilku sekundach namysłu, podczas którego on studiował jej twarz, a ona błądziła wzrokiem po plakatach wiszących na ścianie. - Andrzej trochę się pospieszył, bo ja w sumie nie zadecydowałam, czy...
- Jestem w tym megadobry - przerwał niecierpliwie. - Byłem już kiedyś na takiej imprezie rodzinnej, co to musiałem udawać chłopaka jednej lali, bo jej starzy ciągle wypominali, że nie ma nikogo, a zegar tyka czy coś tam. Lala była lesbijką, ale nie chciała się przyznać. Kurła, pełen sukces, wszyscy dali się nabrać. Potem jeszcze ze dwa razy pojechaliśmy w odwiedziny do dziadków, zanim jej wreszcie dali spokój. A na koniec niby że ze mną zerwała, bo celuje wyżej. Też spoko. I studniówek kilka zaliczyłem... No i to wesele. Dobrze tańczę, wszystko mi smakuje, umiem w komplementy, nie spóźniam się, nie piję, nie palę i raczej, kurła, nie przeklinam, a bynajmniej nie za często.
Zawiesił głos i czekał w napięciu. Ela westchnęła. Cała sytuacja wydawała jej się zwyczajnie głupia i trochę komiczna. Z zakłopotaniem spojrzała w oczy swemu niezbyt rozgarniętemu - jak go oceniała - rozmówcy.
- Ile ty masz lat? - zapytała.
- Dwadzieścia osiem - bąknął, stropiony. - Ale już prawie dziewięć.
- I nie możesz się wziąć do porządnej roboty? Mówisz, że z "kasiorką krucho", więc chyba...
- W każdym bądź razie, jak się zdecydujesz, to tu jest moja wizytówka! - oznajmił z werwą, jakby nie słyszał jej słów, po czym wyciągnął z kieszeni kartonik z numerem telefonu. Klepnął się w masywne uda i wstał. - W święta mam akurat wolne. Miło mi było - rzucił jeszcze i tyle go widziała.
Ela dopiła drinka i siedziała jeszcze przez kilka minut w nadziei, że koleżanki nie znajdą jej tak od razu, zostawią ją przez chwilę samą i pozwolą ochłonąć. Nie potrafiła zebrać myśli. Pomysł, by pojechała na zjazd rodzinny z jakimś wynajętym partnerem, od początku wydawał się głupawy, ale musiała przyznać, że czułaby się lepiej, nie będąc jedyną osobą bez pary. Jednak ten cały Mikołaj okazał się górą mięśni z móżdżkiem wielkości orzecha. Nie, to w ogóle nie wchodziło w grę!
Zerknęła na wizytówkę, którą zostawił na skraju stolika. Najwyraźniej zrobił ją sam w Wordzie i wydrukował na kartce z bloku technicznego, a potem wyciął, zresztą niezbyt równo, jakby miał tępe nożyczki. Taki właśnie był, podrabiany - udawał światowego, ale z butów wystawała mu słoma. Ela wzdrygnęła się na myśl o tym, ile kpin wywołałby ktoś taki na zjeździe rodzinnym, zwłaszcza skoro ma w nim brać udział także familia Grabców.
Dokładnie to powiedziała po kilku minutach Oldze i Kaśce, gdy te - niczym harpie - dopadły do niej i na wyprzódki zaczęły pytać o wrażenia.
- Dajcie spokój! - podsumowała. - Owszem, może to i racja, że będę się czuła fatalnie jako jedyna singielka... Ale na litość boską, nie jestem aż tak zdeterminowana! Przecież madame Grabiec zjadłaby tego biedaka żywcem!
- Że niby co masz na myśli?! - oburzyła się Kaśka. - Że niby on jakiś wypierdek czy co? Przystojny, elegancki, zadbany...
- Żartujesz?! - Ela zrobiła wielkie oczy. - Pozory mylą, to prostaczek. Nawet mówić poprawnie nie umie. Myli "bynajmniej" z "przynajmniej"! Już pomijam mojego ojca, a wiecie, jakiego on ma hopla na punkcie wykształcenia... Ale nie jest złośliwy. Co innego pani Grabiec. Wyniosła dama, snobka w karakułach, co to musi tort koniecznie jeść widelczykiem, bo łyżeczką to jakaś profanacja!
Olga milczała, najwyraźniej urażona. Albo zrobiło jej się głupio, że tak się pospieszyła z tym organizowaniem partnera do wynajęcia. Jak by nie patrzeć, nie należało opowiadać Andrzejowi o sprawach sercowych przyjaciółki, a tym bardziej szukać kandydata, dopóki nie uzgodniło się całej sprawy z samą zainteresowaną.
- To prostak - powtórzyła Ela bezlitośnie. - Wiem, że chciałyście dobrze! - Tu zwróciła się do Olgi, żeby ją udobruchać. - Doceniam to. Tylko... na przyszłość: najpierw pogadaj ze mną, dobrze? Nie od razu ze swoim facetem.
- Andrzej jest dyskretny - szepnęła Olga, rumieniąc się nieznośnie. Teraz Ela widziała już wyraźnie, że to, co brała za urazę, było w gruncie rzeczy poczuciem winy. - Nikomu by nie powiedział, tylko tak akurat wyszło na tej siłowni, w luźnej rozmowie, niby o czapeczce mikołajowej, ale w gruncie rzeczy o szukaniu zajęcia i o tym, że ten Mikołaj wcale nie celebruje świąt. Więc sama rozumiesz, jakby idealny kandydat.
- A co się wielkiego stanie, jeśli pojadę sama? - Ela chciała już zakończyć ten wątek i zapomnieć o całej sprawie. - Wielkie mecyje! No, przynieście mi jeszcze tego limonkowego drinka! Chromolić kalorie! Odchudzać się będę od jutra!