Milena
Milena mieszkała z rodzicami. Miała swój pokój, swój komputer, swój tapczan i swoją szafę z ubraniami w rozmiarach od trzydzieści osiem do czterdzieści sześć.
Nie miała natomiast faceta, co było dla niej wielkim problemem. Przez całe swoje dwudziestosześcioletnie życie zdążyła porzucić kilku mężczyzn, rozkochać w sobie wielu, ale cały czas była przekonana o tym, że jej dobra passa się skończyła, a nawet że tej dobrej passy nigdy nie miała. Była pewna, że się nigdy nie zakocha, bo kochała już raz, ale porzuciła i powrotu nie było. Bo miał inną. I ona była fantastyczna.
"Milenko, mówię ci fan-ta-sty-czna. I taka inna".
Jasne, że inna. Była dwa razy niższa od Milenki i dwa razy chudsza. Miała dwa razy większy biust i dwa razy dłuższe włosy. To doprowadzało Milenkę do rozpaczy.
Czasem z nieskrywaną satysfakcją przypominała sobie, że ta Fantastyczna była też niemalże dwa razy starsza. To były nieliczne chwile, kiedy, myśląc o Fantastycznej, miała uśmiech na twarzy. Złośliwy, ale uśmiech.
Milenka najprawdopodobniej "inna" nie była. I najwyraźniej fantastyczna też nie. Bo mężczyzna jej życia do niej nie wrócił i był z Fantastyczną już od jakichś pięciu lat.
Po powrocie z pracy - nudnej, jak zwykle w okresie międzyświątecznym - włożyła różowy dresik ze Snoopym (również gwiazdkowy prezent od brata, w rozmiarze czterdzieści sześć - na szczęście dobry), zjadła resztkę świątecznego makowca (wszak od jutra proszkowane) i zasiadła do komputera.
www.randki.pl
Login: Milaczek
Hasło: starapanna
Miała dwie nowe wiadomości. Pierwsza pochodziła od mężczyzny o śpiewnym pseudonimie Pavarotti69, a druga od Leoncia.
Pavarotti69 pisał:
Milaczku, przeczytałem Twój opis. Zainteresowała mnie Twoja osoba. Piszesz, że czytasz książki. Ja nie lubię książek, ale lubię seks. Czy chciałabyś się ze mną spotkać? Czekam na odpowiedź!
Leoncio natomiast był żonaty, żona go nie rozumiała i chciał spróbować zacząć od nowa z kimś takim jak "cudny Milaczek".
Cudny Milaczek zwątpił. Po dwóch miesiącach korzystania z portalu randkowego wizja staropanieństwa wróciła i cudny Milaczek stwierdził, że umówić z nią chcą się jedynie:
napaleni zboczeńcy,
żonaci,
z dziećmi,
żonaci z dziećmi,
młodzieńcy w wieku 15-20 lat.
Na żadnego z nich nie miała ochoty. Chciała ślubu, białego welonu i gromadki dzieci, oczywiście anielsko grzecznych. I chciała się zakochać. Najnormalniej w świecie chciała poczuć motyle w brzuchu, dreszcze, nie móc jeść, nie móc myśleć. No, chciała zachorować na MIŁOŚĆ.
- Milena, telefon! - usłyszała głos mamy.
- Nie ma mnie! - krzyknęła, zanurzając się jeszcze głębiej w truskawkową pianę w wannie.
Wanna była jej miejscem relaksu już od dawna. A dokładniej od czasu, kiedy zobaczyła Alexis Carrington relaksującą się przy świecach i dmuchającą karminowymi ustami w pianę.
- Mówi, że jej nie ma.
Mila z aprobatą kiwnęła głową, zmrużyła oczy, zanuciła razem ze Steczkowską i dmuchnęła w pianę. Wyszło jej to nieco mniej seksownie niż pani Carrington. Jednak łazienkowe echo pozwoliło jej twierdzić, że śpiewa niemalże tak ładnie jak Steczkowska.
- Mila, kiedy będziesz? - mama dalej krzyczała przez drzwi.
- Nie będzie mnie nigdy! Ja tu już zostanę! Mnie tu dobrze! I truskawkowo! Dziewczyna Szamaaana... - śpiewała dalej w najlepsze.
- Nie, proszę pana. Jest jej truskawkowo, jest z jakimś szamanem i nie będzie jej już chyba nigdy... Tak, proszę pana, nigdy. W każdym razie tak mówi.
- Proszę pana? - Mila wybiegła z łazienki, omotana wprawdzie ręcznikiem, ale kapiąca i zostawiająca mokre plamy na parkiecie. - Jak to "proszę pana"?
Wyrwała mamie słuchawkę z ręki.
- Halooo - miała zwyczaj przeciągać ostatnie "o", by rozmówca miał wrażenie, że rozmawia z kociakiem. Tak... z osiemdziesięciopięciokilogramowym kociakiem ociekającym wodą.
- Ach, to pan... Ty... Tak, tak, wiem, o kogo chodzi. - Zaczerwieniła się speszona.
Mama wychylała się zza drzwi i, warcząc coś niezrozumiale, wymownie grzebała sobie w zębach. Mila podniosła brwi, a mama otworzyła usta, tym razem dłubiąc w nich długopisem i burcząc coś niewyraźnie.
Milena jednak zrozumiała. Zniecierpliwiona pokiwała głową.
- Tak, będę gotowa. Adres znasz? Ciocia podała? No to pa. - Odłożyła słuchawkę. - Tak, mamo, dentysta. Przyjedzie dziś po mnie. Na spacer jakiś czy coś.
Mama, rozanielona, nie zauważyła, że jest cała umazana tuszem.
- Muśka, zielona jesteś. Od długopisu.