Milionerka - Manuela Gretkowska

Reflow text when sidebars are open.
Zofia zostanie księżniczką, marzenie każdej dziewczynki. Ale wymyślił to dla niej ojciec - Adam Ulacht. Jego pieniądze, jego jedynaczka potrzebowały oprawy. Nadawałby się książę niezbyt bogaty, tak by zależało mu na ślubie. Ulacht w 2002 roku nie różnił się od dziewiętnastowiecznej burżuazji kupującej małżeństwem arystokratyczny tytuł.
Sam przypominał postać z tamtych czasów. Zawsze w ciemnym surducie, brodaty, wsparty na lasce. Surdut włożył po śmierci dwuletniego synka. Kazał nad sercem doszyć kieszonkę, gdzie trzymał pukiel jego włosów. Nosił surduty z różnych materiałów, letnie, zimowe, wszystkie z nieodzowną kieszonką. Laska była pamiątką młodości, gdy prawie zawodowo trenował narciarstwo. W wypadku uszkodził sobie kręgosłup i utykał. Współczesna medycyna mogła mu pomóc, dawała dziewięćdziesiąt osiem procent szans na powodzenie operacji. Obawiając się tych nieszczęsnych, paraliżujących dwóch procent, zrezygnował. Swojego biznesu nie prowadził równie ostrożnie, ale szczęście mu sprzyjało.
Napoleon zapytany, którego ze swoich marszałków ceni najbardziej, powiedział, że tego mającego akurat farta. Ulacht go miał, chociaż nie należał do najbogatszych w Polsce. Postawił na technologię, zanim okazało się to opłacalne.
Uwielbiał historię i jej zakamarki. Dla jedynaczki, urodzonej z in vitro po śmierci pierworodnego, szukał odpowiednio książęcego męża już od jej szesnastych urodzin.
W dwudzieste pierwsze urodziny Zofii zorganizował we Francji zjazd młodych liderów europejskich. Zaprosił tamtejszą gałąź Potockich. Przyjechali kuzyni kuzynów, zebrało się kilkudziesięcioosobowe towarzystwo arystokratyczno-biznesowe obskakiwane przez nuworyszy. Bazą kapitalizmu są kontakty, najlepiej odziedziczone w spadku, nadbudową - pieniądze.
Zofię zainteresował trzymający się na uboczu rozgadanych arystokratów najskromniejszy, dwudziestoczteroletni brunet. Zauroczył ją niedzisiejszą grzecznością graniczącą z upośledzeniem. Prosząc Polki do tańca, pytał: "Czy panienka raczy potuptać?".
- Maurycy Potocki, przydomek Kancer. - Przedstawiając się Zofii, wyjaśnił swoje pokrewieństwo z bubkami w marynarkach ze złotymi guzikami.
Ulacht marzył raczej o kimś z głównej linii, lepiej ustawionym niż książę z wrocławskiego bloku. Ale skoro wybrała jego...
Maurycy, też jedynak, studiował dzięki rodzinnym koneksjom biznes w Lille. Zawsze bliżej Londynu, na który nie było go stać z pensji matki, zwykłej księgowej. I ojca, pozbawionego majątku księcia, pracującego w inspektoracie komunikacji miejskiej.
Młodemu księciu pomagała dalsza rodzina, nie inwestując jednak dużych pieniędzy. Powody były dwa: jego prawo do tytułu nie było całkiem jasne, a intelekt nie błyszczał. Był zmatowiały jak stare lustra pałacowe, trzymane dla sentymentu.
Maurycy nie wyróżniał się urodą ani żadnym talentem godnym wystawienia w rodzinnej fundacji czy innej reklamowej gablotce rodu. Jedyne, co posiadał, to herb odnogi rodzinnej Kancer. Symbol pochodzenia ilustrowany zwierzęcymi mutantami (gryfy, smoki), odrąbanymi częściami ciała lub wnętrznościami (ręka, jelita) i pióropuszami na barwnym tle. Współcześnie zastępuje to zapis danych z chromosomu Y, przekazywanych w linii męskiej. Jeśli geny niosły ze sobą temperament słynnych przodków i bogactwo osobowości, ich ekspresja przyczaiła się we wrocławskim księciu, czekając na następny, bardziej udany egzemplarz.
Maurycy był niewysokim, pulchnym blondynem. Prawie albinosem, z wodnistoniebieskimi oczami w zagłębieniach twarzy o kształcie patelni pokrytej łuszczącym się trądzikiem. Jako arystokrata nie uchodził za brzydkiego, raczej przerasowionego. Najbliższy byłby mu look rasy "Wielka Polska" - pokryta jasną szczeciną różowa świnia, chluba narodowej, przedwojennej hodowli rozparcelowanej po ordynacjach i dworach.
Po maturze Maurycy schudł, przefarbował się na kruczoczarno. Przy kontraście z jego jasną karnacją przebiły pospolite geny matki o rysach hardej wieśniaczki. Nadawały mu więcej charakteru niż dziedzictwo ojca pogrążonego w rozmywającym kontury alkoholizmie. Jedno pokolenie zdobywało majątek i zaszczyty, by następne to marnowało przez katastrofy historyczne lub nałogi.
Hodując od wieków psy myśliwskie, Potoccy czerpali ze skarbnicy swej wiedzy: każda linia rodowa ma pracowite egzemplarze - work, albo leniwe, za to reprezentacyjne - show, nienadające się do polowań. Maurycy nie należał ani do pierwszej, ani drugiej kategorii. W tej sytuacji zaletą dla hodowcy byłoby, że rasowa matka na pewno się nie "zborsuczyła" przed pierwszym miotem, a ojciec miał wspaniały rodowód. Gdyby Maurycy urodził się, jak część kuzynostwa, we Francji, byłby katolickim tradycjonalistą chodzącym na towarzyskie spotkania z dyskretnie wpiętą monarchistyczną lilijką.
W Polsce jego poglądy nie różniły się od faszystowsko-narodowej rąbanki blokersów. Zamiast jedwabnego fularu nosił szalik kibola. Nie grał w piłkę, nie znosił sportu, poza odorem szatni osiedlowej ekipy piłkarskiej. Zaglądał tam po wyjściu ziomali na boisko. Wychowany w katolickiej skromności, zatrzymywał się przed progiem. Wdychał zapach spoconych ciał, butów, skarpet skopanych pod ławki razem ze slipkami. Zaciągał się i wstrzymując powietrze, czerwieniał. Przy jego jasnej karnacji każda emocja miała swój odcień. Podniecenie przysmażało na ceglastej od żaru twarzy oczy popękane żyłkami, wyciskając z nich tłuste krople łez. Sam przed sobą Maurycy tłumaczył wdychanie smrodu piłkarskiej szatni skłonnością szlachetnie urodzonych do bratania się z parobkami.
W szkolnych podręcznikach historii postacie ze zdjęć dzielił na swoich, arystokrację ozdobioną rysowanymi długopisem koronami, i resztę. A że królowie Europy byli ze sobą skoligaceni, uważał się za niekoronowanego króla Polski na wygnaniu w bloku z betonowej płyty.
Propozycję małżeństwa z Ulachtówną uznał za zrządzenie losu dbającego o błękitnokrwistych pupilów. Ulacht sugerował zaginięcie w swoim nazwisku "von", być może ukrycie go z powodu niemieckości. Jego córka miała być więc kimś w rodzaju szlachetnej Marii Leszczyńskiej, proponowanej Ludwikowi XV. Z tą różnicą, że król wkrótce po zaślubinach zastąpił ją kochankami i wspaniałą madame Pompadour. Maurycy wolał męskich przyjaciół. Zajęty studiowaniem, nie miał czasu na dziewczyny. Katolicki męski akademik chronił go przed pokusami z zewnątrz, jednocześnie zaspokajając te najbardziej ukryte ciągoty. Bliskość porządnych młodych mężczyzn była dla niego niczym adoracja krucyfiksu. Ciała młodzieńca wyrzeźbionego na siłowni, z przepaską ręcznika jak jego akademikowi koledzy wychodzący spod prysznica.
Jeśli wczesne dzieciństwo kojarzyło się Maurycemu z zapachem mleka matki, to młodość z równie mleczną, ulewającą się spermą. Na razie własną. Starannie ją sobie ścierał po usunięciu w myślach narzeczonej niepasującej do piłkarskiej szatni.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI