Prolog
Listopadowy piątek
Ten scenariusz powtarzał się każdego roku. Adresat skończył właśnie
osiemdziesiąt dwa lata. Jak zwykle otworzył paczkę i zdarł ozdobny
papier. A później podniósł słuchawkę i wybrał numer byłego komisarza
kryminalnego, który po przejściu na emeryturę osiadł nad jeziorem
Siljan. Mężczyźni urodzili się nie tylko w tym samym roku, ale i dokładnie tego samego dnia, co w tym konkretnym przypadku zakrawało na
coś w rodzaju ironii losu. Wiedząc, że telefon zadzwoni zaraz po wizycie
listonosza, około jedenastej, komisarz pił spokojnie kawę. W tym roku
zadzwonił już o dziesiątej trzydzieści. Policjant odebrał i nie
przedstawiając się, powiedział:
- Hej.
- Przyszła.
- Jak wygląda tym razem?
- Nie mam pojęcia, co to za roślina. Ale dowiem się oczywiście. Kwiat
jest biały.
- Zgaduję, że nie dołączono żadnego listu?
- Nie, nie ma żadnej wiadomości. Tylko kwiatek. I taka sama ramka jak w ubiegłym roku. Zwykła niedroga rzecz do samodzielnego montażu.
- Stempel pocztowy?
- Ze Sztokholmu.
- Charakter pisma?
- Jak zawsze, drukowane litery. Duże i proste. Tym samym temat został
wyczerpany i przez dłuższą chwilę mężczyźni siedzieli w milczeniu po obu
końcach linii. Emerytowany komisarz rozparł się wygodnie przy kuchennym
stole, pociągając fajkę.
Wiedział, że nie spodziewano się już po nim żadnego zbawczego czy choćby
tylko szczególnie inteligentnego pytania, które mogłoby rzucić nowe
światło na sprawę. Ten czas minął bezpowrotnie dawno temu. Rozmowa dwóch
podstarzałych mężczyzn miała raczej charakter rytuału w obliczu
misterium, które - oprócz nich - nikogo nie interesowało.
Łacińska nazwa brzmiała Leptospermum (Myrtaceae) rubinette.
Roślina była niepozorną, mniej więcej dwunastocentymetrową krzewinką o drobnych, podobnych do igiełek wrzosu listkach. Niewielkie kwiatuszki
składały się z pięciu płatków. Pochodziła z australijskiego buszu i tamtejszych gór, gdzie rosła w gęstych kępach trawy. Nazywano ją desert
snow. Trochę później ekspert z ogrodu botanicznego w Uppsali
stwierdziła, że to rzadka roślina, tylko sporadycznie uprawiana w Szwecji. W ekspertyzie napisała, że jest spokrewniona z drzewkiem
herbacianym i że często myli się ją z jej znacznie pospolitszym kuzynem
Leptospermum scoparium, który porasta w nadmiarze Nową Zelandię.
Różnica według eksperta polega na tym, że końce płatków rubinette
zdobią mikroskopijne różowe punkciki, nadając im różowawy odcień.
Rubinette zadziwiała bezpretensjonalnością. Nie miała żadnej wartości
komercyjnej, żadnych znanych właściwości leczniczych ani
halucynogennych. Nie służyła jako pożywienie czy przyprawa ani nie
używano jej do produkcji naturalnych barwników. Miała jednak pewne
znaczenie dla Aborygenów, którzy tradycyjnie uważali tereny i roślinność
wokół Ayers Rock za świętość. Wyglądało na to, że jedyne zadanie rośliny
o kapryśnej urodzie polegało na byciu piękną i powabną.
W swoim orzeczeniu uppsalska botaniczka podkreśliła, że desert snow
należy w Australii do rzadkości, a w Skandynawii stanowi unikat. Sama
rośliny nigdy nie widziała, ale od kolegów po fachu dowiedziała się, że
próbowano ją wprowadzić do jednego z göteborskich ogrodów. Nie można też
wykluczyć, że w prywatnych szklarniach mają ją entuzjaści egzotycznych
roślin i inni botanicy amatorzy. Nie jest łatwa w uprawie, ponieważ
wymaga łagodnego, suchego klimatu oraz zimowania w ocieplonym
pomieszczeniu. Nie sprzyja jej wapienne podłoże i potrzebuje nawadniania
od spodu, bezpośrednio do korzenia. Trzeba umieć się z nią obchodzić.
Fakt, że roślina była w Szwecji niezmiernie rzadka, teoretycznie
ułatwiał dotarcie do źródła właśnie tego egzemplarza, ale w praktyce
było to niemożliwe. Nie istniały żadne rejestry ani licencje, które
można było przejrzeć i sprawdzić. Nikt nie wiedział, jak wielu
prywatnych hodowców w ogóle podjęło się uprawy tak wymagającej rośliny -
niewykluczone, że chodziło o jednego albo kilkunastu ogrodników z dostępem do nasion i sadzonek, które bez trudu można kupić bezpośrednio
w firmie wysyłkowej, u jakiegoś innego pasjonata albo w ogrodzie
botanicznym gdziekolwiek w Europie. Krzewinka mogła być równie dobrze
przywieziona z Australii. Odnalezienie hodowcy wśród milionów posiadaczy
cieplarni czy zwykłej doniczki na pokojowym parapecie należało zaliczyć
do spraw beznadziejnych.
Rubinette była tylko jedną z szeregu zagadkowych roślin, które
pierwszego listopada w grubej kopercie zawsze przychodziły na ten sam
adres. Gatunki zmieniały się, ale zazwyczaj były to piękne i stosunkowo
rzadkie kwiaty. Zawsze spoczywały na papierze akwarelowym, pieczołowicie
zasuszone i chronione szkłem prostej ramki o wymiarach dwadzieścia
dziewięć na szesnaście centymetrów.
Roślinne Misterium nie było powszechnie znane, nigdy nie komentowały go
media, wiedziało o nim zaledwie niewielkie, zamknięte grono. Trzydzieści
lat temu coroczne przesyłki były przedmiotem analiz w Państwowym
Laboratorium Techniki Kryminalnej. Badali je eksperci daktyloskopii,
grafolodzy, policjanci z sekcji dochodzeniowo-śledczej, rodzina i przyjaciele adresata. Obecnie dramat rozgrywał się już tylko między
trzema aktorami: podstarzałym jubilatem, emerytowanym policjantem i oczywiście nieznajomym nadawcą prezentu. Ponieważ przynajmniej dwaj z nich osiągnęli zacny wiek, kiedy warto zacząć przygotowania do tego, co
nieuniknione, krąg zainteresowanych w najbliższym czasie mógł się
zmniejszyć.
Emerytowany policjant był doświadczonym weteranem. Nigdy nie zapomni
swojej pierwszej interwencji, która polegała na wsadzeniu do mamra
agresywnego i kompletnie pijanego maszynisty w nastawni, żeby nie
napytał jeszcze więcej biedy sobie samemu i innym. W trakcie kariery
komisarz zamykał kłusowników, mężów maltretujących żony, oszustów,
złodziei samochodów i pijanych kierowców. Spotykał włamywaczy, rabusiów,
meliniarzy, gwałcicieli, a raz trafił na niezrównoważonego kasiarza z dynamitem. Brał udział w dziewięciu dochodzeniach w sprawie morderstwa
lub zabójstwa. W pięciu przypadkach sprawca sam zadzwonił na policję, by
ze skruchą wyznać, że właśnie zakatrupił swoją żonę, brata czy innego
członka rodziny. W trzech dochodzeniach szukano nieznanego sprawcy, dwa
morderstwa zostały wyjaśnione w ciągu kilku dni, a trzecie, we
współpracy z Centralnym Biurem Śledczym, w ciągu dwóch lat.
Dziewiąte udało się rozwiązać, to znaczy dochodzeniowcy wiedzieli, kto
jest mordercą, ale dowody były tak nikłe, że prokurator postanowił
zawiesić śledztwo. Wkrótce, ku niezadowoleniu komisarza, sprawa uległa
przedawnieniu. Ogólnie rzecz biorąc, miał za sobą imponującą karierę i powody do zadowolenia ze swoich dokonań.
A jednak daleki był od tego.
Sprawa zasuszonych kwiatów stanowiła dla komisarza bolesny cierń,
ciągle nierozwiązaną, frustrującą zagadkę, której poświęcił
nieporównywalnie więcej czasu niż wszystkim innym.
Sytuacja była podwójnie absurdalna, ponieważ po dosłownie tysiącach
godzin przemyśleń, zarówno w pracy, jak i poza nią, ciągle nie potrafił
z pewnością stwierdzić, czy w ogóle ma do czynienia z przestępstwem.
Obaj mężczyźni wiedzieli, że osoba oprawiająca roślinę w ramki używa
rękawiczek, nie zostawiając żadnych odcisków palców ani na drewnie, ani
na szkle. Wiedzieli, że niemożliwe jest dotarcie do nadawcy. Wiedzieli,
że podobne ramki są dostępne w każdym sklepie fotograficznym czy
papierniczym na całym świecie. Po prostu nie istniały żadne tropy,
którymi można by podążyć. Przesyłki najczęściej wysyłane były ze
Sztokholmu, ale trzykrotnie z Londynu, dwukrotnie z Paryża i z Kopenhagi, raz z Madrytu i z Bonn oraz z - najbardziej zagadkowego -
Pensacola w USA. O ile wszystkie pozostałe miasta były znanymi
stolicami, o tyle o amerykańskiej miejscowości komisarz nigdy nie
słyszał i musiał poszukać jej w atlasie.
Pożegnawszy się z komisarzem, osiemdziesięciodwuletni jubilat siedział
przez dłuższą chwilę nieruchomo, z oczami utkwionymi w australijskiej
roślinie, o której nazwie jeszcze nie miał pojęcia. A później podniósł
wzrok. Nad biurkiem, w czterech rzędach po dziesięć i w piątym
składającym się tylko z czterech przeszklonych ramek wisiały
czterdzieści trzy zasuszone kwiaty. W najwyższym rzędzie brakowało
jednej rośliny. Miejsce numer dziewięć świeciło pustką. Krzewinka
desert snow miała otrzymać numer czterdzieści cztery.
Po raz pierwszy jednak wydarzyło się coś, co odbiegało od corocznego
scenariusza. Zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, mężczyzna zaczął płakać.
Ten niespodziewany wybuch emocji po ponad czterdziestu latach zdziwił
jego samego.
Rozdział 1
Piątek 20 grudnia
Proces zakończył się definitywnie i wszystko, co było do powiedzenia,
zostało już powiedziane. Mężczyzna ani przez sekundę nie wątpił, że
zostanie skazany. Wyrok podano do publicznej wiadomości o dziesiątej
rano, teraz pozostały tylko uzasadnienie i komentarze reporterów
czekających przed budynkiem sądu rejonowego.
Mikael Blomkvist zobaczył ich przez uchylone drzwi i zatrzymał się na
moment. Nie chciał dyskutować o orzeczeniu sądu, które właśnie mu
przekazano, ale pytania były nieuniknione - i kto jak kto, ale właśnie
on wiedział, że muszą zostać zadane i że on sam musi na nie
odpowiedzieć. "A więc tak czuje się człowiek, który jest przestępcą -
pomyślał. - Jak ktoś po niewłaściwej stronie mikrofonu". Wyprostował się
i próbował zmusić do uśmiechu. Reporterzy nie pozostali dłużni i -
odrobinę onieśmieleni - pokiwali życzliwie głowami.
- No to zobaczmy... "Aftonbladet", "Expressen", TT, TV4 i... jesteś z... aha,
"Dagens Industri". Ani chybi zostałem medialną gwiazdą - stwierdził.
- Daj nam jakiś tekst, Kalle Blomkvist - odezwał się dziennikarz
jednej z popołudniówek.
Mikael Blomkvist, którego pełne imię i nazwisko brzmiało Carl Mikael
Blomkvist, jak zawsze starał się nie okazać irytacji na dźwięk tego
starego przydomka. Dwadzieścia lat temu, w czasie swojego pierwszego
dziennikarskiego zastępstwa, bez własnego udziału i zupełnie przypadkowo
zdemaskował szajkę rabusiów, którzy w ciągu dwóch lat dokonali pięciu
spektakularnych napadów. Nie ulegało wątpliwości, że chodziło o jedną i tę samą grupę, która wyspecjalizowała się w wyjazdach na prowincję i obrabianiu niewielkich banków. Robili to z zegarmistrzowską wręcz
precyzją. Sprawcy napadów nosili lateksowe maski przedstawiające
postacie z filmów Walta Disneya, toteż policja, nie bez kozery, nadała
im miano Ligi Kaczora Donalda. Gazety upierały się jednak przy
poważniejszej nazwie i przechrzciły Ligę na Niedźwiedzią Bandę,
chociażby ze względu na to, że rabusie dwukrotnie, brutalnie i nie
troszcząc się o los bliźnich, oddali kilka ostrzegawczych strzałów,
grożąc przechodniom i zbyt dociekliwym świadkom.
Szósty napad miał miejsce w środku lata w Östergötland. Jednym ze
świadków był - znajdujący się właśnie w banku - reporter lokalnej
rozgłośni radiowej. Zareagował zgodnie ze służbowymi instrukcjami. Gdy
tylko rabusie opuścili bank, udał się do automatu telefonicznego i zdał
z całości relację, którą przekazano słuchaczom na żywo.
Dwudziestotrzyletni Mikael Blomkvist bawił wtedy ze znajomą w domku
letniskowym jej rodziców, niedaleko Katrineholm. Nawet przesłuchującemu
go później policjantowi nie był w stanie wytłumaczyć, dlaczego połączył
akurat te fakty, ale gdy tylko usłyszał w radiu o napadzie, pomyślał o czterech chłopakach wynajmujących domek kilkaset metrów dalej. Zobaczył
ich po raz pierwszy parę dni wcześniej, gdy szedł ze znajomą na lody.
Grali w badmintona. Prześlizgnął się wzrokiem po czterech atletycznie
zbudowanych blondynach z obnażonymi torsami. Najwyraźniej zajmowali się
kulturystyką. Coś musiało jednak zaniepokoić Mikaela, ponieważ spojrzał
na nich jeszcze raz. Może dlatego, że mimo niesamowitej spiekoty
rozgrywali mecz z jakąś rzucającą się w oczy zajadłością. To nie było
zwykłe granie dla zabicia czasu.
Nie miał żadnego racjonalnego powodu, żeby podejrzewać tych młodych
mężczyzn o napad na bank, ale gnany niejasnym przeczuciem poszedł na
spacer i, zatrzymawszy się na wzgórzu z widokiem na domek zamieszkiwany
przez chłopaków, stwierdził, że jest on chwilowo opuszczony. Po mniej
więcej czterdziestu minutach na podwórko wjechało volvo, z którego
wysiedli znajomi blondyni. Wyglądało na to, że bardzo im się spieszy.
Każdy dźwigał sporą torbę treningową, co samo w sobie mogło znaczyć, że
właśnie wykąpali się w jeziorze. Ale gdy jeden z nich wrócił do
samochodu i wyciągnął jakiś przedmiot, który natychmiast przykrył
kurtką, Mikael nawet ze swojego stosunkowo odległego punktu
obserwacyjnego rozpoznał stary, szacowny AK4. To był dokładnie ten sam
model, z którym zupełnie niedawno miał do czynienia podczas rocznej
służby wojskowej. Zadzwonił na policję i opowiedział o swoich
obserwacjach. Było to preludium do trzydobowego spektaklu o oblężeniu
domku letniskowego, relacjonowanego nieustannie przez media. Mikael, z sążnistym honorarium freelancera piszącego dla jednej z popołudniówek,
zajmował najlepsze miejsce na widowni. Policja ulokowała swoją kwaterę
główną w zaparkowanej nieopodal przyczepie kempingowej.
Dzięki sprawie Niedźwiedziej Bandy Mikael stał się gwiazdą. Ceną sławy
okazał się tytuł artykułu, od którego nie mogła się powstrzymać
konkurencyjna popołudniówka: Kalle Blomkvist rozwiązał zagadkę. Pewna
starsza felietonistka, autorka tego kpiarskiego tekstu, pozwoliła sobie
na liczne aluzje do stworzonej przez Astrid Lindgren postaci młodego
detektywa. Na domiar złego artykuł zilustrowano ziarnistą fotografią, na
której Mikael z półotwartymi ustami i wzniesionym w górę palcem
wyglądał, jak gdyby wydawał instrukcje umundurowanemu policjantowi. W rzeczywistości wskazywał mu drogę do wychodka.
Bez znaczenia był fakt, że Mikael nigdy nie używał pierwszego imienia i że nigdy nie sygnował żadnego tekstu nazwiskiem Carl Blomkvist. Tego
dnia ku swojej rozpaczy zyskał wśród kolegów po fachu przydomek Kalle
Blomkvist.
Przezwisko wymawiano z drażniącą drwiną, wprawdzie nigdy nieżyczliwie,
ale też nigdy z prawdziwą życzliwością. Mikael nie cierpiał swojego
przydomka, choć oczywiście uwielbiał książki Astrid Lindgren. Dopiero po
wielu latach i kilku znaczących dokonaniach dziennikarskich poczuł, że
przezwisko zaczęło blednąć. A mimo to ciągle jeszcze wzdrygał się na
dźwięk imienia młodego detektywa.
Uśmiechnął się więc pogodnie, zaglądając reporterowi popołudniówki w oczy.
- Wymyśl coś sam. Przecież twoje teksty zazwyczaj i tak są wyssane z palca.
Ton wypowiedzi nie był nieprzyjazny. Wszyscy obecni znali się
przynajmniej z widzenia, a jego najbardziej zagorzali krytycy
zrezygnowali z przyjścia do sądu. Z jednym reporterem współpracował
kilka lat temu, a jedną z kobiet - Tę z TV4 - kiedyś prawie udało mu się
poderwać.
- Dostał pan tam porządnie po głowie - stwierdził reprezentant "Dagens
Industri", zdecydowanie nieopierzony żółtodziób na zastępstwie.
- W rzeczy samej - przyznał Mikael. Inna odpowiedź była nie do
pomyślenia.
- No więc jak się pan czuje?
Mimo powagi sytuacji ani Mikael, ani jego starsi koledzy nie mogli
powstrzymać się od uśmieszków. Mikael wymienił błyskawiczne spojrzenie z TV4. "Jak się pan/pani czuje?" to jedyne pytanie, jakie w mniemaniu
Poważnych Dziennikarzy Nierozgarnięci Reporterzy Sportowi potrafili
zadać Zdyszanemu Sportowcowi po drugiej stronie mety. Ale po chwili
Mikael spoważniał.
- Naturalnie pozostaje mi tylko ubolewać, że sąd nie doszedł do innego
wniosku - odpowiedział bardziej formalnie.
- Trzy miesiące więzienia i sto pięćdziesiąt tysięcy odszkodowania. To
uderzy dość mocno po kieszeni - odezwała się Ta z TV4.
- Przeżyję.
- Zażąda pan od Wennerströma przeprosin? Poda mu rękę?
- Nie, nie sądzę. Moje zdanie na temat morale zawodowego pana
Wennerströma nie uległo szczególnej zmianie.
- Czyli w dalszym ciągu uważa go pan za łajdaka? - zapytał młodzik z "Dagens Industri".
Za pytaniem krył się cytat z potencjalnie katastrofalnym nagłówkiem i Mikael niewątpliwie poślizgnąłby się na skórce od banana, gdyby nie
fakt, że dziennikarz sam zasygnalizował niebezpieczeństwo, nazbyt
gorliwie wysuwając mikrofon. Indagowany zastanowił się więc kilka sekund
nad odpowiedzią.
Uznawszy, że Mikael Blomkvist naruszył godność finansisty Hansa-Erika
Wennerströma, sąd skazał go za zniesławienie. Proces dobiegł końca,
skazany nie miał zamiaru odwoływać się od wyroku. Ale co by się stało,
gdyby nieostrożnie powtórzył swoje zdanie na schodach sądu? Doszedł do
wniosku, że nie chce znać odpowiedzi.
- Uważałem, że istniały powody, dla których opublikowałem posiadane
informacje. Sąd miał odmienne zdanie i muszę oczywiście zaakceptować
fakt, że wszczęto postępowanie prawne. Teraz, zanim podejmiemy decyzję
co do przyszłych działań, w redakcji dogłębnie przedyskutujemy
postanowienia sądu. Nie mam nic więcej do powiedzenia.
- Ale zapomniałeś, że dziennikarz musi umieć poprzeć swoje opinie
dowodami - przypomniała Ta z TV4 trochę ostrzejszym tonem.
Nie potrafił zaprzeczyć. Byli dobrymi przyjaciółmi. Miała neutralny
wyraz twarzy, ale Mikael dostrzegł w jej oczach cień rozczarowania i dezaprobaty.
Udzielał odpowiedzi jeszcze przez kilka trudnych minut. W powietrzu
wisiało pytanie, którego jednak żaden z dziennikarzy nie zadał, może
dlatego, że dotyczyło żenująco niepojętej sprawy: jak Mikael mógł
napisać tekst tak totalnie pozbawiony substancji? Zebrani przed sądem
reporterzy, z wyjątkiem zastępcy z "Dagens Industri", byli weteranami o dużym doświadczeniu. Dla nich odpowiedź na to pytanie leżała poza
granicą zrozumienia.
Ta z TV4 ustawiła Blomkvista przed drzwiami ratusza i powtórzyła swoje
pytania przed kamerą. Była bardziej życzliwa, niż na to zasługiwał, i padało wystarczająco dużo dobrych cytatów, by zadowolić wszystkich
reporterów. Historia musiała zaowocować tłustymi nagłówkami - tego nie
dało się uniknąć - ale Mikael uporczywie powtarzał sobie, że tak
naprawdę nie chodzi o wydarzenie medialne roku. Dostawszy to, czego
chcieli, dziennikarze rozeszli się do swoich redakcji.
Miał zamiar wrócić pieszo, ale był wietrzny grudniowy dzień, a on sam
dość zmarznięty po wywiadzie na świeżym powietrzu. Gdy tak stał
niezdecydowany na schodach ratusza, zobaczył wysiadającego z samochodu
Williama Borga. Musiał w nim siedzieć dłuższą chwilę. Ich oczy spotkały
się, twarz Borga rozjaśnił uśmiech.
- Warto było przyjechać, chociażby po to, żeby zobaczyć cię z tym
dokumentem w ręce.
Mikael nie odpowiedział. Znali się od piętnastu lat. Pracowali kiedyś
razem na zastępstwie, w dziale gospodarczym jednego ze stołecznych
dzienników. Może nie zadziałała chemia, ale właśnie wtedy położyli
podwaliny pod dozgonną wrogość. W oczach Blomkvista Borg był nie tylko
kiepskim reporterem, ale też męczącym, małostkowym i pamiętliwym
człowiekiem, który katował otoczenie idiotycznymi żartami i wyrażał się
lekceważąco o starszych, a więc bardziej doświadczonych reporterach.
Szczególnie nie cierpiał starszych kobiet w tym zawodzie. Po pierwszej
kłótni przyszły następne, aż w końcu drobne utarczki przerodziły się w osobisty antagonizm.
Przez dłuższy czas spotykali się sporadycznie, ale pod koniec lat
dziewięćdziesiątych zostali prawdziwymi wrogami. Mikael napisał książkę
o dziennikarstwie gospodarczym, w której cytował fragmenty niemądrych
artykułów sygnowanych nazwiskiem nieprzyjaciela. Borg jawił się więc
jako Jędrek-Mędrek, który zrozumiawszy większość faktów na opak,
wychwalał pod niebiosa stojące na skraju ekonomicznej katastrofy firmy z branży informatycznej. Urażony reporter nie docenił oczywiście analizy
Mikaela i gdy natknęli się kiedyś na siebie w knajpie, prawie doszło do
rękoczynów. W tym samym czasie Borg pożegnał się z dziennikarstwem i -
za zdecydowanie wyższą pensję - zaczął pracować jako doradca w przedsiębiorstwie, które znajdowało się w strefie zainteresowań
finansisty Hansa-Erika Wennerströma.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, a później Mikael obrócił się na
pięcie i odszedł. To był cały Borg. Przyjechał pod ratusz jedynie po to,
żeby się pośmiać.
Na przystanku zatrzymała się właśnie czterdziestka i Blomkvist wskoczył
do autobusu, żeby jak najszybciej uciec. Wysiadł przy Fridhemsplan i stał niezdecydowany, ciągle z wyrokiem w ręku. W końcu skierował kroki
do kawiarni Anna, mieszczącej się obok komendy policji.
Gdy usiadł z kawą latte i kanapką, w radiu zaczął się południowy serwis
informacyjny. Jego historia uplasowała się na trzecim miejscu, po
samobójczym zamachu bombowym w Jerozolimie i wiadomości o powołaniu
rządowej komisji dochodzeniowej w sprawie domniemanego tworzenia karteli
w przemyśle budowlanym.
Dziennikarz czasopisma "Millennium" Mikael Blomkvist został w piątek
rano skazany na trzy miesiące więzienia za zniesławienie przedsiębiorcy
Hansa-Erika Wennerströma. W jednym z tegorocznych numerów, w głośnym
artykule o tzw. sprawie Minosa Blomkvist twierdził, że Wennerström
wykorzystał do handlu bronią państwowe środki, przeznaczone pierwotnie
na inwestycje przemysłowe w Polsce.
Oprócz kary pozbawienia wolności sąd orzekł, że Mikael Blomkvist ma
zapłacić poszkodowanemu 150 tysięcy koron tytułem zadośćuczynienia.
Adwokat Wennerströma, Bertil Camnemarker, podał do wiadomości, że jego
klient jest usatysfakcjonowany wyrokiem. "To wyjątkowo poważny przypadek
pomówienia" - skomentował.
Wyrok liczył dwadzieścia sześć stron. Wyjaśniał powody, dla których sąd
w piętnastu punktach uznał Mikaela winnym zniesławienia przemysłowca
Hansa-Erika Wennerströma. Mikael skonstatował, że każdy z punktów
oskarżenia kosztował go dziesięć tysięcy koron i sześć dni więzienia.
Nie wliczając kosztów procesu i honorarium adwokata. Nie miał siły, żeby
choć przez chwilę zastanowić się nad ostatecznym rachunkiem, pomyślał
tylko, że mogło być gorzej; sąd uniewinnił go co do siedmiu punktów
oskarżenia.
Czytając sformułowania wyroku, czuł nieprzyjemnie narastające uczucie
ciężkości w okolicy żołądka. Zdziwił się. Od początku procesu wiedział,
że - o ile nie nastąpi cud - zostanie skazany. Rzecz nie ulegała
wątpliwości, zdążył się więc pogodzić z tą myślą. Stosunkowo beztrosko
przesiedział dwa dni rozprawy, by później przez jedenaście kolejnych -
bez specjalnych emocji - czekać, aż sąd, przemyślawszy wszystko
dogłębnie, sformułuje tekst, który właśnie trzymał w ręce. Dopiero
teraz, po zakończeniu procesu, poczuł się bardzo nieswojo.
Miał wrażenie, że kolejny kęs chleba rośnie mu w ustach. Przełykając go
z trudem, odsunął kanapkę na bok.
Po raz pierwszy został uznany za winnego przestępstwa, w ogóle po raz
pierwszy był o coś podejrzany i oskarżony. Orzeczenie sądu to w zasadzie
błahostka. Przestępstwo lekkiej wagi. Przecież nie chodziło o napad z bronią w ręku, morderstwo czy gwałt. Ale finansowo wyrok będzie
odczuwalny. "Millennium" nie było medialnym okrętem flagowym o nieograniczonych zasobach. Czasopismu się nie przelewało, ale wyrok nie
oznaczał finansowej katastrofy. Problem polegał na tym, że Mikael miał
udziały w "Millennium", będąc jednocześnie - co zakrawało na idiotyzm -
redaktorem czasopisma i jego wydawcą. Odszkodowanie, sto pięćdziesiąt
tysiecy koron, zamierzał zapłacić z własnej kieszeni, co w zasadzie
oznaczało pozbycie się prawie wszystkich oszczędności. Czasopismo
pokrywało koszty procesu. Przy rozsądnym gospodarowaniu powinno się
udać.
Pomyślał o ewentualnej sprzedaży swojego poddasza, co byłoby dość
bolesnym rozwiązaniem. Pod koniec radosnych lat osiemdziesiątych, kiedy
miał dobrą posadę i stosunkowo wysokie dochody, zaczął rozglądać się za
porządnym mieszkaniem własnościowym. Odrzucał kolejne propozycje
pośredników, aż w końcu natknął się na sześćdziesiąt pięć metrów
kwadratowych poddasza przy Bellmansgatan. Poprzedni właściciel zaczął
przerabiać je na mieszkanie, ale kiedy nagle otrzymał propozycję pracy w firmie internetowej za granicą, sprzedał je tanio jako lokal do
renowacji.
Nowy właściciel dokończył dzieło, nie przejmując się szczególnie
pierwotnymi szkicami architekta wnętrz. Wydał sporo pieniędzy na
urządzenie kuchni i łazienki, nie przykładając wagi do reszty. Nie
położył parkietu i nie postawił ścian działowych, rezygnując z planowanych dwóch pokoi. Ale wycyklinował deski podłogowe, pobielił
wapnem oryginalne, chropowate ściany i zasłonił największe niedoróbki
kilkoma akwarelami Emanuela Bernstone'a. W ten sposób powstało
przestronne, otwarte mieszkanie z sypialnią za regałem i niewielką
kuchnią oddzieloną barem od pokoju, który spełniał funkcję zarówno
salonu, jak i jadalni. Poddasze miało dwa okna mansardowe i jedno w szczycie, z widokiem na dziesiątki kamienic biegnących ku Riddarholmen i starówce. Przez wąską szczelinę między nimi Mikael widział wodę przy
Slussen i Ratusz. Dzisiaj nie byłoby go stać na podobne mieszkanie i dlatego nie chciał się go pozbywać.
Ale ryzyko utraty poddasza to bagatela w porównaniu z uszczerbkiem,
jakiego doznał jego wizerunek zawodowy. Wiedział, że naprawianie tych
szkód zajmie ogromnie dużo czasu. Jeżeli w ogóle uda się je naprawić.
Chodziło o zaufanie. W najbliższej przyszłości niejeden redaktor zawaha
się, zanim podejmie decyzję o publikacji artykułu podpisanego przez
Blomkvista. Miał jeszcze wystarczająco wielu przyjaciół w branży,
skłonnych zaakceptować to, że padł ofiarą nieszczęśliwego zbiegu
okoliczności, ale też nie mógł już pozwolić sobie na kolejny, choćby
najmniejszy błąd.
Najbardziej jednak bolało go upokorzenie.
Mając w ręku wszystkie atuty, przegrał z gangsterem w garniturze od
Armaniego. Z łajdakiem podszywającym się pod giełdowego rekina. Z japiszonem, którego adwokat szczerzył zęby przez cały proces.
Do kurwy nędzy, jak mogło do tego dojść?
A przecież sprawa Wennerströma zaczęła się tak obiecująco, półtora roku
temu, w wieczór świętojański, w kokpicie żółtego jachtu Mälar-30.
Wszystko było dziełem przypadku, zapoczątkowanego zachcianką kolegi po
fachu, obecnie speca od PR w samorządzie wojewódzkim. Chcąc zaimponować
swojej nowej dziewczynie, kolega ów wypożyczył pochopnie niewielki jacht
i zaproponował kilkudniową, żywiołową, ale niepozbawioną romantyzmu
przejażdżkę po wodach archipelagu sztokholmskiego. Dziewczyna, która
właśnie opuściła Hallstahammar, by studiować w stolicy, dała się
przekonać po długich namowach, ale pod warunkiem, że zabiorą ze sobą
siostrę i jej chłopaka. Nikt z nich nigdy nie postawił nogi na pokładzie
żaglówki. Problem polegał na tym, że również PR-owiec był żeglarzem
bardziej w teorii niż w praktyce. Trzy dni przed planowaną wyprawą
zadzwonił zdesperowany do Mikaela, przekonując go do udziału w wycieczce
i przyjęcia roli piątego, obeznanego z nawigacją, członka załogi.
Początkowo zupełnie nieczuły na prośby, Mikael ugiął się, kiedy usłyszał
obietnicę kilku wspaniałych dni relaksu w miłym towarzystwie i z dobrą
kuchnią. Z obietnic nic nie wyszło, a przejażdżka żaglówką przeobraziła
się w katastrofę o wiele większą, niż Mikael potrafił sobie wyobrazić.
Płynęli pięknym, choć średnio trudnym szlakiem Furusund z prędkością
niespełna dziesięciu węzłów, przy której dziewczyna PR-owca od razu
zapadła na chorobę morską. Jej siostra zaczęła kłócić się z chłopakiem i nikt nie wykazał choćby minimum zainteresowania sztuką żeglarską.
Wkrótce stało się jasne, że obsługa jachtu spocznie wyłącznie na
Mikaelu. Pozostali uczestnicy wycieczki ograniczali się do udzielania
życzliwych, acz przeważnie bezwartościowych rad. Po pierwszym noclegu w zatoce na Ängsö Mikael gotów był zawinąć do przystani w Furusund i wrócić do domu autobusem. I tylko desperackie prośby PR-owca skłoniły go
do pozostania na pokładzie.
Następnego dnia koło południa, wystarczająco wcześnie, by znaleźć wolne
miejsce, przybili do pomostu na wyspie Arholma. Przygotowali lunch i właśnie wrzucili coś na ruszt, gdy Mikael po raz pierwszy zauważył
plastikową żółtą M-trzydziestkę wpływającą do zatoki pod grotżaglem.
Podczas gdy łódź robiła spokojny zwrot, jej szyper szukał miejsca do
zacumowania. Mikael, rozejrzawszy się dookoła, skonstatował, że
przestrzeń między ich jachtem a H-boatem po prawej burcie była
prawdopodobnie jedyną szczeliną, w którą mogła wślizgnąć się wąska
M-trzydziestka. Stojąc na rufie, wskazał wolną przestrzeń. Szyper
zbliżającego się jachtu uniósł dłoń w geście podziękowania i zmienił
kurs. "Samotny żeglarz, taki, co to nie pofatyguje się, żeby włączyć
motor" - zanotował Mikael. Usłyszał szczęk kotwicznego łańcucha, a po
kilku sekundach zobaczył spuszczany grotżagiel i uwijającego się jak w ukropie mężczyznę, który manewrując sterem, by wpłynąć prosto w szczelinę, jednocześnie przygotowywał koniec liny na dziobie.
Mikael wspiął się na reling i wyciągając rękę, zaoferował pomoc. Nowo
przybyły zrobił ostatnią zmianę kursu i sunąc delikatnie, podpłynął
perfekcyjnie do rufy jachtu. Rozpoznali się dopiero wtedy, gdy mężczyzna
rzucił Mikaelowi koniec liny. Ich twarze rozpromienił szeroki uśmiech.
- Cześć, Robban! - wykrzyknął Mikael. - Gdybyś korzystał z silnika, nie
musiałbyś zdzierać farby ze wszystkich łodzi w porcie.
- Cześć, Micke. Czyli dobrze mi się wydawało, że skądś cię znam! Chętnie
bym użył silnika, gdyby tylko dał się odpalić. Bidak wysiadł kompletnie
przy Rödlöga, dwa dni temu.
Podali sobie ręce przez reling.
Całą wieczność temu, w latach siedemdziesiątych, Mikael Blomkvist i Robert Lindberg byli licealnymi kolegami, a może nawet przyjaciółmi.
Ale, jak to często bywa z kolegami z ławy szkolnej, rozstali się zaraz
po maturze. Obrali różne drogi i w ciągu ostatnich dwudziestu lat
widzieli się zaledwie cztery czy pięć razy. Ich niespodziewane spotkanie
w porcie na Arholma było pierwszym po siedmiu lub ośmiu latach.
Przyglądali się sobie badawczo. Robert miał spaloną słońcem twarz,
zmierzwione włosy i dwutygodniowy zarost.
Nagle Mikaelowi zdecydowanie poprawił się humor. Podczas gdy PR-owiec ze
swoim prostodusznym towarzystwem wybrał się na drugi kraniec wyspy, by
potańczyć wokół umajonego słupa, Mikael zaparkował na M-trzydziestce i przy śledziu i wódce rozmawiał z dawnym kolegą o dupie Maryni.
Tego wieczoru, gdy przestali już walczyć z osławionymi arholmskimi
komarami, przenieśli się pod pokład i wypili kilka ładnych setek, a rozmowa przyjęła charakter przekomarzania się na temat moralności i etyki w świecie biznesu. Każdy z nich wybrał karierę, która w pewnym
sensie dotyczyła finansów państwa. Robert skończył Wyższą Szkołę
Handlową i wkroczył w świat bankowości. Mikael po studiach
dziennikarskich poświęcił dużą część zawodowego życia na demaskowanie
wątpliwych interesów właśnie w kołach bankowo-handlowych. Rozmowa zeszła
na problemy moralne w związku z milionowymi odprawami "spadochronowymi",
zapoczątkowanymi w latach dziewięćdziesiątych. Wygłosiwszy mowę obronną
na temat kilku "spadochroniarzy", Lindberg odstawił kieliszek i przyznał
z niechęcią, że wśród finansistów i bankowców z pewnością ukrywa się
niejeden łajdak, mimo wszystko. Nagle zmierzył Mikaela poważnym
spojrzeniem.
- Micke, jesteś dociekliwym dziennikarzem, zajmujesz się finansowymi
przekrętami, dlaczego nigdy nie napisałeś niczego o Hansie-Eriku
Wennerströmie?
- Nie wiedziałem, że jest coś do napisania.
- Zacznij grzebać. Musisz trochę pogrzebać, do diabła! Jak dużo wiesz o programie ZPP?
- Taa, jakiś program pomocy z lat dziewięćdziesiątych. Chodziło o postawienie na nogi przemysłu w byłych demoludach. Zakończony parę lat
temu. Nigdy się tym nie zajmowałem.
- ZPP to Zarząd Pomocy Przemysłowej, projekt wspomagany przez rząd i kierowany przez reprezentantów około dziesięciu znaczących szwedzkich
firm. ZPP dostał państwowe gwarancje dla szeregu projektów, które
uzgodniono w porozumieniu z rządami w Polsce i w krajach nadbałtyckich.
Dołączyła się LO1, jako rękojmia, że wschodni ruch robotniczy
zostanie umocniony według szwedzkiego modelu. Formalnie rzecz biorąc,
chodziło o projekt na zasadzie "pomoc dla samopomocy", projekt, który
miał umożliwić tamtejszym rządom sanację ekonomiczną. W praktyce
wyglądało to tak, że szwedzkie przedsiębiorstwa otrzymały państwowe
dotacje, żeby zostać współudziałowcami w przedsiębiorstwach
wschodnioeuropejskich. Ten cholerny chadecki minister należał do
gorących zwolenników ZPP. W planach było otwarcie zakładów papierniczych
w Krakowie, renowacja zakładu metalurgicznego w Rydze, fabryka cementu w Tallinie i tak dalej. Pieniądze przydzielało kierownictwo ZPP, czyli
najważniejsi z ważnych w świecie bankowo-przemysłowym.
- A więc pieniądze podatników?
- Mniej więcej pięćdziesiąt procent stanowiły dotacje państwa, resztę
pokrywały banki i przemysł. Ale to absolutnie nie była działalność
charytatywna. I banki, i przedsiębiorstwa liczyły na poważny zysk. W przeciwnym razie, kurwa, w ogóle by się tym nie zainteresowały.
- O jak duże pieniądze chodziło?
- Poczekaj, słuchaj dalej. Chodziło głównie o solidne szwedzkie
przedsiębiorstwa, które chciały wejść na wschodni rynek. Takie potęgi
jak ABB, Skanska i tym podobne. Żadnych spekulantów innymi słowy.
- Uważasz, że Skanska nie zajmuje się spekulacjami? Czy to właśnie nie
ich naczelnego wylano z pracy po tym, jak pozwolił któremuś ze swoich
chłoptasiów przepuścić pół miliarda na szybkich interesach? No a ich
histeryczne spekulacje nieruchomościami w Londynie i Oslo?
- Nie, no jasne, idiotów znajdziesz w każdym przedsiębiorstwie na całym
świecie, ale wiesz przecież, o co mi chodzi. To są w każdym razie firmy,
które przede wszystkim zajmują się produkowaniem czegoś. No wiesz,
kręgosłup szwedzkiej gospodarki i te rzeczy.
- A jak się do tego wszystkiego ma Wennerström?
- Wennerström jest dżokerem. Facet pojawia się znikąd, nie ma korzeni w przemyśle ciężkim i w ogóle nie za bardzo pasuje do tego towarzystwa.
Mikael napełnił kieliszek reimersholmem i rozparł się wygodnie, usiłując
sobie przypomnieć, co wie o Wennerströmie. Jego wiedza okazała się
niespecjalnie bogata. Urodzony gdzieś w Norlandii, w latach
siedemdziesiątych założył tam firmę inwestycyjną. Zarobiwszy trochę
grosza, przeprowadził się do Sztokholmu, gdzie zrobił błyskawiczną
karierę. Powstała Grupa Wennerströma, którą później, w związku z otwarciem biur w Londynie i Nowym Jorku, przechrzczono na Wennerstroem
Group. Nazwę przedsiębiorstwa zaczęto wymieniać w tych samych artykułach
co firmę Beijer. Wennerström handlował akcjami i obligacjami, robił
szybkie interesy i pojawił się w tabloidach jako jeden z licznych świeżo
upieczonych miliarderów z apartamentem na Strandvägen, okazałą
posiadłością letnią na Värmdö i dwudziestotrzymetrowym jachtem, nabytym
od niewypłacalnej byłej gwiazdy tenisa. Bystrzak z nosem do interesów,
bez wątpienia, ale całe lata osiemdziesiąte były dekadą takich
bystrzaków i spekulantów na rynku nieruchomości. Wennerström nie
wyróżniał się niczym szczególnym. Wręcz przeciwnie, unikał rozgłosu i zawsze pozostawał w cieniu Bardzo Ważnych Chłopców. Brakowało mu
napuszonych manier Stenbecka, nie obnażał się w prasie jak Barnevik. Nie
uczestnicząc w boomie związanym z nieruchomościami, inwestował masowo w bloku komunistycznym. Gdy w latach dziewięćdziesiątych z balona uszło
powietrze i jeden dyrektor za drugim zmuszony był do otwarcia swojej
spadochronowej odprawy, firma Wennerströma radziła sobie zadziwiająco
dobrze. Ani śladu skandalu. A Swedish success story - podsumował sam
"Financial Times".
- To było w 1992. Wennerström niespodziewanie skontaktował się z ZPP i oznajmił, że chce pieniędzy. Przedstawił plan, z pewnością uzgodniony z inwestorami w Polsce, otwarcia fabryki produkującej opakowania dla
przemysłu spożywczego.
- Czyli puszki na konserwy?
- Nie do końca, ale coś w tym stylu. Nie mam pojęcia, jakie miał
znajomości w ZPP, ale bez niczego dostał sześćdziesiąt milionów koron.
- To zaczyna być interesujące. Pozwól, że zgadnę: to był pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś widział te pieniądze.
- Błąd - powiedział Lindberg, uśmiechając się tajemniczo, po czym znów
wlał w siebie kilka kropel wódki.
- To, co wydarzyło się później, jest zgodne z klasycznym sprawozdaniem
finansowym. Wennerström naprawdę otworzył w Polsce, a dokładniej w Łodzi, zakład produkujący opakowania. Przedsiębiorstwo nazywało się
Minos. W 1993 ZPP otrzymał kilka entuzjastycznych raportów. A później
wszystko ucichło. W 1994 Minos nagle padł.
Robert lindberg z hukiem postawił kieliszek, podkreślając siłę upadku.
- Problem z ZPP polegał na tym, że nie istniały standardy
sprawozdawczości finansowej tych projektów. Pamiętasz tamte czasy? Kiedy
runął mur berliński, zapanował wszechogarniający optymizm. Wszędzie
wprowadzano demokrację, minęła groźba wojny atomowej, a bolszewicy w ciągu jednej nocy mieli przemienić się w prawdziwych kapitalistów. Rząd
chciał wzmocnić demokrację na Wschodzie. Każdy przemysłowiec chciał
załapać się na budowę nowej Europy.
- Nie wiedziałem, że kapitaliści są tacy chętni do działalności
charytatywnej.
- Uwierz mi, to wet dream każdego kapitalisty. Rosja i byłe demoludy
to może największy po Chinach niewyeksploatowany rynek. Przemysłowcy nie
mieli żadnych oporów, żeby przyjść rządowi z pomocą, szczególnie gdy
sami pokrywali zaledwie ułamek kosztów. ZPP pochłonął łącznie ponad
trzydzieści miliardów koron. Te pieniądze podatników miały się zwrócić w formie przyszłych zysków. Formalnie ZPP powstał z inicjatywy rządu, ale
wpływy przedsiębiorców były tak duże, że w praktyce zarząd pracował
samodzielnie.
- Rozumiem. Czy kryje się za tym jakaś story?
- Cierpliwości. Na początku nie było żadnych kłopotów z finansowaniem
projektu. Szwecji nie dotknął jeszcze szok wzrostu stóp procentowych.
Zadowolony rząd we współpracy z ZPP mógł podkreślać swój wkład w budowanie demokracji na wschodzie Europy.
- To było za rządów prawicy.
- Nie mieszaj w to polityki. Tutaj chodzi o pieniądze i wsio rawno,
czy ministrowie pochodzą z lewa, czy z prawa. No więc najpierw cała
naprzód, później przyszły problemy walutowe, a jeszcze później kilku
szalonych nowodemokratów - pamiętasz Nową Demokrację? - zaczęło
narzekać, że nikt nie ma wglądu w to, czym zajmuje się ZPP. Któryś z tych chłoptasiów pomylił ZPP z Zarządem ds. Rozwoju Międzynarodowego i myślał, że chodzi o jakiś projekt pomocy do gooder w stylu Tanzanii.
Wiosną 1994 powołano komisję, która miała zbadać działalność ZPP.
Wysunięto zarzuty wobec kilku projektów, a jednym z pierwszych poddanych
kontroli był Minos.
- I Wennerström nie potrafił rozliczyć się z pieniędzy?
- Przeciwnie. Wennerström przedstawił wyśmienite sprawozdanie, z którego
wynikało, że w firmę Minos zainwestowano ponad pięćdziesiąt cztery
miliony koron. Ale okazało się, że w zacofanej Polsce istniały zbyt duże
przeszkody strukturalne, żeby nowoczesny przemysł mógł funkcjonować bez
problemów. W rezultacie ich przedsiębiorstwo zostało wyparte przez
konkurencyjny niemiecki projekt. Niemcy zaczęli wtedy wykupywać w najlepsze cały blok wschodni.
- Powiedziałeś, że dostał sześćdziesiąt milionów.
- Właśnie. Pieniądze z ZPP funkcjonowały jak nieoprocentowane pożyczki.
Oczywiście w zamyśle przedsiębiorstwa miały spłacić część tej pożyczki w ciągu iluś tam lat. Ale Minos zbankrutował, projekt się nie powiódł, za
co nie można było winić Wennerströma. I tutaj państwowa gwarancja
zapewniała, że straty nie dotkną go osobiście. Po prostu nie musiał
oddawać utopionych w Minosie pieniędzy, a poza tym miał też dowody na
to, że utracił właśnie taką, a nie inną sumę własnych środków.
- No to zobaczmy, czy dobrze zrozumiałem. Rząd dostarczył miliardy z budżetu i wspomagał dyplomatów, którzy otwierali odpowiednie drzwi.
Przemysłowcy dostarczyli pieniędzy i użyli ich do inwestycji w joint
ventures, z których później zgarniali rekordowe zyski, czyli innymi
słowy nic nowego. Kilku wygrywa, kilku płaci rachunki, a my wiemy, kto
ma jaką rolę do odegrania.
- Jesteś cynikiem. Państwowe pożyczki miały być spłacone.
- Powiedziałeś, że były nieoprocentowane. A to znaczy, że podatnicy nie
mieli najmniejszej szansy na jakąkolwiek dywidendę za to, że dostarczyli
forsy. Wennerström dostał sześćdziesiąt baniek, z których zainwestował
pięćdziesiąt cztery. Co się stało z pozostałymi sześcioma milionami?
- W tym samym momencie, w którym okazało się, że projekty będą poddane
kontroli, Wennerström wysłał ZPP czek na sześć milionów, dopłacając
różnicę. Tak więc z prawnego punktu widzenia sprawa została załatwiona.
Robert zamilkł i spojrzał wymownie na Mikaela.
- Wygląda na to, że Wennerström przeputał trochę pieniędzy z ZPP, ale w porównaniu z sumą pół miliarda, która zniknęła ze Skanska, albo z odprawą spadochronową dyrektora ABB, opiewającą na ponad miliard - co
naprawdę ludzi wzburzyło - to nie są wielkie rzeczy do opisywania -
stwierdził Mikael. - Dzisiejsi czytelnicy mają po dziurki w nosie
tekstów o niekompetentnych graczach giełdowych, nawet jeżeli chodzi o pieniądze z budżetu. Czy masz coś więcej?
- Teraz dopiero się zacznie!
- Skąd to wszystko wiesz? O interesach Wennerströma w Polsce?
- W latach dziewięćdziesiątych pracowałem w Handelsbanken. Zgadnij, kto
przygotowywał raporty dla reprezentanta banku w ZPP?
- Aha! No to opowiadaj.
- No więc tak... w skrócie. Wennerström złożył w ZPP wyjaśnienie.
Podpisano dokumenty. Oddał resztę pieniędzy. Właśnie te sześć milionów
było bardzo sprytnie pomyślane. Jeżeli ktoś stoi w przedsionku z torbą
pieniędzy, które chce ci zwrócić, to nie podejrzewasz go, kurwa, o niecne zamiary.
- Przejdź do rzeczy.
- Ależ drogi Blomkviście, przecież o to właśnie chodzi. ZPP był
zadowolony ze sprawozdania Wennerströma. Inwestycję trafił szlag, ale
nie można było nikomu postawić zarzutu, że źle ją prowadzono.
Przeglądaliśmy faktury, transfery i wszystkie inne dokumenty. Wszystko
było rzetelnie przedstawione. Wierzyłem w to. Mój szef w to wierzył. ZPP
też wierzył, a rząd nie miał nic do dodania.
- No to w czym tkwi szkopuł?
- Dopiero teraz historia zaczyna być śliska - powiedział Lindberg,
sprawiając nagle wrażenie zadziwiająco trzeźwego. - Ponieważ jesteś
dziennikarzem, to, co teraz powiem, będzie off the record.
- Odwal się. Nie możesz opowiadać mi niestworzonych rzeczy, a później
zastrzegać się, że nie wolno ich przekazać innym.
- Jasne, że mogę. To, co opowiedziałem do tej pory, jest jak najbardziej
oficjalne. Jeśli chcesz, możesz przeczytać sprawozdanie. Co do reszty
historii, której zresztą jeszcze nie wyjawiłem, musisz potraktować mnie
jako anonimowe źródło.
- Aha, ale według obowiązującej terminologii off the record znaczy, że
dowiedziałem się czegoś w zaufaniu, ale nie wolno mi o tym pisać.
- Mam w dupie terminologię. Pisz, co ci się podoba, ale chcę pozostać
anonimowym źródłem. Rozumiemy się?
- Oczywiście. Dopiero po fakcie zrozumiał, że popełnił błąd. - To
dobrze. Historia z Minosem miała miejsce dziesięć lat temu, po upadku
muru i po tym, jak bolszewicy zaczęli się zamieniać w solidnych
kapitalistów. Byłem jedną z osób, które badały projekt Wennerströma, i cały czas nie opuszczało mnie wrażenie, że coś w tym wszystkim cholernie
śmierdzi.
- Dlaczego nie powiedziałeś nic w trakcie kontroli?
- Rozmawiałem o tym z szefem. Ale nie można się było do niczego
przyczepić. Wszystkie papiery były w porządku. Pozostało mi tylko
podpisać się pod sprawozdaniem. Ale przez kolejne lata, za każdym razem,
gdy zetknąłem się z nazwiskiem Wennerströma, nie mogłem przestać myśleć
o Minosie.
- Aha.
- Rzecz w tym, że kilka lat później, w połowie lat dziewięćdziesiątych,
bank robił trochę interesów z Wennerströmem. Zresztą dosyć sporych
interesów. Ale udały się tak sobie.
- Zrobił was w bambuko?
- Nie, nie aż tak. Zarobiliśmy i my, i on. Chodzi raczej o to, że... nie
wiem naprawdę, jak to wyjaśnić. Mówię teraz o swoim pracodawcy, a wolałbym tego uniknąć. Ale co mnie uderzyło, jak to się mówi - ogólne
wrażenie nie było pozytywne. Media przedstawiają Wennerströma jako
ekonomiczną superwyrocznię. On z tego żyje. To jest jego kapitał.
- Wiem, co masz na myśli.
- A ja odniosłem wrażenie, że ten facet to jedna wielka blaga. Nie był
jakoś szczególnie uzdolniony, jeżeli chodzi o ekonomię. Przeciwnie, w niektórych kwestiach jego wiedza była niewiarygodnie płytka. Doradzało
mu kilku niesamowicie bystrych young warriors, ale samego Wennerströma
nie cierpiałem serdecznie.
- Okej.
- Mniej więcej rok temu pojechałem do Polski, w całkiem innej sprawie.
Jedliśmy kolację z kilkoma inwestorami z Łodzi i zupełnie przypadkowo
przyszło mi siedzieć obok prezydenta miasta. Rozmawialiśmy o tym, jak
trudno było postawić polską gospodarkę na nogi i tak dalej, i nie wiem
już w związku z czym wspomniałem o Minosie. Mężczyzna przez chwilę
patrzył na mnie z ogromnym zdziwieniem, jak gdyby nigdy nie słyszał o tej firmie, ale w końcu przypomniał sobie projekt, z którego nigdy nic
nie wyszło. Skwitował to śmiechem i dodał, cytuję: "Jeżeli to wszystko,
na co stać szwedzkich inwestorów, to wkrótce wasz kraj popadnie w ruinę". Łapiesz?
- Wypowiedź świadczy o tym, że prezydent Łodzi jest mądrym facetem, ale
mów dalej.
- To zdanie nie dawało mi spokoju. Następnego dnia rano musiałem być na
zebraniu, ale później miałem wolne. Tylko z czystej ciekawości
pojechałem zobaczyć pozostałości po firmie Minos. Dotarłem do
niewielkiej wioski pod Łodzią, z knajpą w stodole i sraczykiem na
podwórzu. Wielka fabryka Minos okazała się kompletną ruderą,
rozlatującym się magazynem z blachy falistej, który w latach
pięćdziesiątych postawiła Armia Radziecka. Spotkałem ochroniarza, który
mówił trochę po niemiecku i którego kuzyn pracował w Minosie. Kuzyn
mieszkał niedaleko, więc poszliśmy do niego do domu. Ochroniarz
tłumaczył. Jesteś ciekawy, co powiedział?
- Nie mogę się doczekać.
- Minos powstał w 1992. Zatrudniał najwyżej piętnaście osób, głównie
stare kobieciny. Pensja wynosiła trochę ponad sto pięćdziesiąt koron
miesięcznie. Najpierw nie było maszyn, więc pracownicy zajmowali się
sprzątaniem rudery. Na początku października przyszły trzy urządzenia do
produkcji kartonów, kupione w Portugalii. Używane, zniszczone i totalnie
przestarzałe. Gdyby oddać je na złom, nie byłyby warte więcej niż kilka
tysięcy. Wprawdzie działały, ale cały czas się psuły. Naturalnie
brakowało części zamiennych, co chwilę robiono przerwy w produkcji.
Najczęściej po prostu ktoś z zatrudnionych naprawiał je prowizorycznie,
do następnej awarii.
- To zaczyna przypominać prawdziwą story - przyznał Mikael. - Co
właściwie produkowano w Minosie?
- W 1992 roku i do połowy 1993 robili zwykłe pudełka kartonowe na
proszek do zmywarek, opakowania na jajka i takie rzeczy. Później
papierowe torebki. Ale fabryce ciągle brakowało materiału i nigdy nie
produkowali szczególnie dużo.
- To nie wygląda na jakąś ogromną inwestycję.
- Obliczyłem. Łączne koszty wynajmu lokalu przez dwa lata to piętnaście
tysięcy koron. Na pensje wydano maksymalnie sto pięćdziesiąt tysięcy,
przyjąłem najbardziej hojny wariant. Zakup urządzeń i transport...
furgonetka przewożąca kartony... przypuszczalnie dwieście pięćdziesiąt
tysiecy. Dołożyć trzeba opłaty skarbowe za pozwolenia, trochę podróży
tam i z powrotem - w wiosce pojawiła się kilka razy tylko jedna osoba ze
Szwecji. Taa, powiedzmy, że cała operacja nie pochłonęła więcej niż
milion. Pewnego dnia, latem 1993 roku, przyszedł brygadzista i powiedział, że fabrykę zamknięto, a wkrótce później węgierska ciężarówka
zabrała cały park maszynowy. Exit Minos.
Podczas procesu Mikael często myślał o tym sobótkowym spotkaniu. Większą
część wieczoru przekomarzali się w licealnym, serdecznym tonie,
dokładnie jak za szkolnych czasów. Jako nastolatkowie dźwigali to samo
egzystencjalne brzemię. Jako dorośli byli sobie właściwie obcy, tak
naprawdę dzieliło ich mnóstwo rzeczy. Podczas rozmowy Mikael zastanawiał
się nawet, co sprawiło, że w szkole zostali przyjaciółmi. Pamiętał
Roberta jako cichego, pełnego rezerwy chłopca, szalenie nieśmiałego
wobec dziewcząt. W wieku dorosłym odnosił sukcesy jako... no, osoba
związana zawodowo z bankiem.
Mikael nie wątpił ani przez moment, że jego towarzysz wyznawał poglądy
sprzeczne z jego wizją świata. Rzadko się upijał, ale to przypadkowe
spotkanie przeobraziło nieudaną wyprawę w przyjemny wieczór, kiedy to
poziom wódki w butelce obniża się stale, choć bez pośpiechu. Być może
właśnie z powodu pierwotnie lekkiego tonu rozmowy Mikael nie potrafił
potraktować opowieści Roberta poważnie. Ale w końcu zbudził się w nim
instynkt dziennikarza. Nagle zaczął słuchać z ogromną uwagą i nie
omieszkał wykazać logicznych nieścisłości.
- Poczekaj sekundkę - poprosił. - Wennerström to nazwisko na topie,
przynajmniej wśród giełdowych rekinów. Jeżeli się nie mylę, jest
miliarderem...
- Szacuje się, że Wennerstroem Group siedzi na mniej więcej dwustu
dwudziestu miliardach. Chcesz zapytać, dlaczego krezus tej klasy w ogóle
zaprzątałby sobie głowę oszustwem na skromną sumkę pięćdziesięciu
milionów?
- No... nie do końca. Raczej dlaczego w ogóle narażał się na tak duże
ryzyko, aranżując oczywisty szwindel.
- Nie wiem, czy można uznać ten szwindel za oczywisty. Całkowicie ze
sobą zgodni członkowie zarządu ZPP, bank, rząd i rewizorzy Riksdagu
przyjęli i zaakceptowali sprawozdania Wennerströma.
- W każdym razie chodziło o drobną sumę.
- Z pewnością. Ale zastanów się: Wennerstroem Group to przedsiębiorstwo
inwestycyjne, handluje wszystkim, co może przynieść zysk - papierami
wartościowymi, obligacjami, walutą... you name it. Wennerström
skontaktował się z ZPP w 1992 roku, właśnie wtedy, gdy rynek zaczął
totalnie tonąć. Pamiętasz jesień 1992 roku?
- Czy pamiętam? Miałem wtedy kredyt mieszkaniowy ze zmiennym
oprocentowaniem, a w październiku Bank Centralny podniósł stopę do
pięciuset punktów procentowych. Przez cały następny rok męczyłem się z dziewiętnastoprocentowymi odsetkami.
- Mmmm. To były czasy! - Robert się uśmiechnął. - Ja też cholernie dużo
wtedy straciłem. Również Hans-Erik Wennerström, tak jak inni
przedsiębiorcy, borykał się z podobnymi problemami. Miał miliony
uwięzione w przeróżnych papierach, ale zadziwiająco mało gotówki. Nagle
nie mógł zaciągnąć nowych, bajońskich pożyczek. Zazwyczaj w takiej
sytuacji ludzie pozbywają się kilku nieruchomości i liżą rany po
stratach. Ale w 1992 roku nikt za żadną cholerę nie chciał kupować
nieruchomości.
- Cash-flow problem.
- Właśnie. I Wennerström nie był osamotniony. Każdy handlowiec...
- Nie mów: handlowiec. Nazywaj ich jak chcesz, ale używając określenia
handlowiec, obrażasz całą poważną grupę zawodową.
- ...no to każdy rekin giełdowy, każdy miał cash-flow problems... Spójrz
na to tak: Wennerström dostał sześćdziesiąt milionów koron. Oddał sześć
baniek, ale dopiero po trzech latach. Wydatki związane z Minosem nie
mogły wynieść więcej niż jakiś milion. Już same odsetki z sześćdziesięciu milionów przez trzy lata są co nieco warte. W zależności
od tego, jak zainwestował te pieniądze, mógł je podwoić albo nawet
zdziesięciokrotnić. Wtedy nie mówimy już o gównianych sumach. A tak w ogóle, to na zdrowie!
Rozdział 2
Piątek 20 grudnia
Dragan armanski miał pięćdziesiąt sześć lat i pochodził z Chorwacji.
Jego ojciec był ormiańskim Żydem z Białorusi. Matka - bośniacką
muzułmanką o greckich korzeniach. To ona, odpowiedzialna za jego
wychowanie, przekazała mu kulturowe dziedzictwo, dzięki czemu jako
dorosły mężczyzna znalazł się w ogromnej heterogenicznej grupie
definiowanej przez media jako muzułmanie. Urząd Migracyjny zarejestrował
go, co osobliwe, jako Serba. Jego paszport zdradzał, że jest obywatelem
szwedzkim, a fotografia ukazywała kanciastą twarz z wydatną szczęką,
ciemnym zarostem i posiwiałymi skrońmi. Nazywano go często Arabem, mimo
że nie miał najmniejszej domieszki arabskiej krwi. Był jednakowoż
genetycznym skrzyżowaniem, które szaleńcy zajmujący się biologią ras z dużą dozą prawdopodobieństwa opisaliby jako ulepione z gorszej gliny.
Jego wygląd przywodził na myśl lokalnego bossa średniej rangi w jakimś
amerykańskim filmie gangsterskim. W rzeczywistości Armanski nie był ani
szmuglerem narkotyków, ani torpedą mafii, tylko zdolnym specjalistą w zakresie ekonomii przedsiębiorstw, który na początku lat
siedemdziesiątych zaczął pracować jako asystent finansowy w firmie
ochroniarskiej Milton Security, a trzydzieści lat później piastował w niej stanowiska dyrektora oraz szefa operacyjnego.
Jego rosnące zainteresowanie zagadnieniami bezpieczeństwa przeobraziło
się z czasem w fascynację. Jak w grze strategicznej trzeba było
zidentyfikować zagrożenie, rozwinąć strategie obronne i cały czas
wyprzedzać o krok szpiegów przemysłowych, szantażystów i złodziei.
Zaczęło się od wykrycia sprytnego oszustwa, w którym posłużono się
kreatywną księgowością. Armanski zdołał udowodnić winę jednej z dwunastu
osób zatrudnionych w firmie i w dalszym ciągu, trzydzieści lat później,
pamiętał swoje zdziwienie, gdy zrozumiał, że cała malwersacja była
możliwa dzięki temu, że przedsiębiorstwo nie załatało kilku banalnych
luk w procedurach zabezpieczających. Ze zwykłego kombinatora przeobraził
się w innowatora rozwijającego firmę i eksperta w dziedzinie oszustw
gospodarczych. Po pięciu latach został członkiem kierownictwa, a po
kolejnych dziesięciu - nie bez sprzeciwów - dyrektorem naczelnym
przedsiębiorstwa. Sprzeciwy już dawno ucichły. Kierując Milton Security,
zamienił je w jedną z najbardziej kompetentnych i wziętych szwedzkich
firm specjalizujących się w ochronie.
W Milton Security pracowało na stałe trzysta osiemdziesiąt osób, a drugie tyle współpracowników było zaufanymi wolnymi strzelcami, z których usług korzystano w razie potrzeby. Była to raczej niewielka
firma, w każdym razie w porównaniu z Falckiem czy Szwedzką Służbą
Ochrony. Gdy Armanski stawiał w niej pierwsze kroki, czynił to w Ogólnej
Ochronie Johana Fredrika Miltona SA, której głównymi klientami były
centra handlowe, potrzebujące sklepowych kontrolerów i osiłkowatych
ochroniarzy. Pod jego kierownictwem przedsiębiorstwo zmieniło nazwę na
bardziej międzynarodowe Milton Security i postawiło na najnowszą
technologię. Dokonano wymiany personelu; wysłużonych nocnych stróżów,
umundurowanych fetyszystów i dorabiających w weekendy licealistów
zastąpili ludzie o poważnych kompetencjach. Armanski zatrudnił
absolwentów politologii ze znajomością zagadnień międzynarodowego
terroryzmu, ochrony osobistej i szpiegostwa przemysłowego, a przede
wszystkim techników telekomunikacyjnych i informatyków. Stanowiska
szefów operacyjnych powierzył byłym policjantom. No i przeniósł firmę z peryferyjnej Solny do reprezentacyjnych lokali w pobliżu Slussen w centrum Sztokholmu.
Tym samym na początku lat dziewięćdziesiątych Milton Security była
przygotowana do zaoferowania nowego rodzaju bezpieczeństwa ekskluzywnej
grupie klientów, składającej się przede wszystkim z przedsiębiorstw
średniej wielkości o ekstremalnie wysokich obrotach i majętnych osób
prywatnych - nowobogackich gwiazd rocka, rekinów giełdowych i dyrektorów
firm z branży informatycznej. Ważnym elementem oferty Milton Security
była ochrona osobista i zabezpieczenia techniczne dla szwedzkich firm za
granicą, szczególnie na Bliskim Wschodzie. Ta część działalności
stanowiła prawie siedemdziesiąt procent obrotów firmy. Za panowania
Armanskiego roczne obroty wzrosły z czterdziestu milionów do prawie
dwóch miliardów koron. Handlowanie poczuciem bezpieczeństwa stało się
branżą niesamowicie lukratywną.
Działalność przedsiębiorstwa podzielono na trzy główne obszary:
ekspertyzę poziomu zabezpieczeń, polegającą na identyfikacji
potencjalnych zagrożeń, środki prewencyjne, czyli instalację
kosztownych kamer nadzorujących, alarmów przeciwwłamaniowych i przeciwpożarowych, elektronicznych zamków oraz systemów komputerowych, i w końcu usługi z zakresu ochrony osobistej, które oferowano osobom
prywatnym i firmom, odczuwającym rzeczywiste lub urojone zagrożenie.
Zapotrzebowanie na te ostatnie usługi wzrosło w ciągu minionych
dziesięciu lat czterdziestokrotnie, a od pewnego czasu można było mówić
o nowej grupie klientów. Stanowiły ją dosyć dobrze uposażone kobiety
szukające ochrony przed byłymi partnerami, mężami lub nieznajomymi
stalkerami, którzy - zobaczywszy je w telewizji - dostawali bzika na
punkcie ich obcisłych sweterków czy koloru szminki. Milton Security
współpracowała z podobnymi renomowanymi firmami w Europie oraz USA i zapewniała bezpieczeństwo wielu zagranicznym gościom, którzy odwiedzali
Szwecję, na przykład znanej amerykańskiej aktorce nagrywającej przez dwa
miesiące film w Trollhättan. Jej agent uznał, że status gwiazdy obliguje
do posiadania osobistej ochrony, nawet jeżeli w grę wchodziło tylko
nadzorowanie sporadycznych spacerów wokół hotelu.
Czwarty, znacznie skromniejszy obszar działań firmy, którym zajmowali
się nieliczni pracownicy, polegał na czymś, co określano skrótem WŚ, w wewnętrznym żargonie nazywano wuesiem, a co najzwyczajniej w świecie
było przeprowadzaniem wywiadów środowiskowych.
Armanski nie podzielał zachwytów nad tą częścią działalności Milton
Security. Była mniej lukratywna, a zdecydowanie bardziej problematyczna,
wymagała przy tym raczej więcej kompetencji i ogólnego rozeznania
pracowników niż szczegółowej wiedzy na temat telekomunikacji czy
instalowania dyskretnych urządzeń nadzorujących. Zlecenia przyjmowano,
gdy chodziło o zwykłe badania zdolności kredytowej, kontrolowanie
przeszłości pracownika w związku z jego zatrudnieniem, weryfikowanie
podejrzeń o przecieki informacji firmowych czy zamieszanie w działalność
przestępczą. W takich przypadkach wkraczali do akcji wuesiowcy.
Ale nazbyt często jego klienci przychodzili ze swoimi prywatnymi
troskami, które zazwyczaj przeradzały się w męczące marudzenie. Chcę
wiedzieć, kim jest ten łobuz, z którym zadaje się moja córka... Wydaje mi
się, że żona mnie zdradza... To dobry chłopak, tylko wpadł w złe
towarzystwo... Jestem ofiarą szantażu... Armanski najczęściej zdecydowanie
odmawiał. Jeżeli córka była pełnoletnia, to miała prawo zadawać się, z kim jej się żywnie podoba. Małżonkowie powinni rozwiązywać problem
zdrady na własną rękę. W takich sprawach kryły się potencjalne pułapki,
które mogły prowadzić do skandali i przysporzyć firmie prawnych
kłopotów. Dlatego Dragan Armanski sprawował kontrolę nad każdym takim
zleceniem, chociaż dochody z tychże stanowiły zaledwie marne kieszonkowe
w porównaniu z całością obrotów przedsiębiorstwa.
Niestety pierwszą sprawą tego ranka był właśnie wywiad środowiskowy.
Armanski poprawił kanty spodni, po czym rozparł się wygodnie w fotelu.
Przyglądając się podejrzliwie Lisbeth Salander, swojej o trzydzieści lat
młodszej współpracownicy, po raz tysięczny skonstatował, że nie ma chyba
na świecie człowieka, który w tym prestiżowym przedsiębiorstwie byłby
bardziej nie na miejscu niż ona. Jego nieufność była jednocześnie i mądra, i irracjonalna. W oczach Armanskiego Lisbeth uchodziła za
zdecydowanie najbardziej kompetentnego researchera spośród tych, z którymi kiedykolwiek miał do czynienia w branży. W trakcie czteroletniej
współpracy z Milton Security nie spartaczyła ani jednego zlecenia i nie
oddała ani jednego sprawozdania kiepskiej jakości. Przeciwnie, jej
produkcja stanowiła klasę samą w sobie. Armanski żywił przekonanie, że
Salander posiada wyjątkowy dar. Każdy głupi mógł zdobyć informacje o wypłacalności kredytobiorcy czy sprawdzić dane u komornika. Salander
miała wyobraźnię i dostarczała niekoniecznie tych najbardziej
oczekiwanych danych. Nigdy nie zrozumiał, jak do nich docierała, i czasami jej umiejętności sprawiały wrażenie czystej magii. Była świetnie
obeznana z archiwami urzędów, potrafiła odnaleźć nawet najmniej znanych
ludzi. Przede wszystkim jednak jak nikt inny umiała dotrzeć do wnętrza
osoby, o której zbierała informacje. Jeżeli tylko istniały jakieś brudy,
odnajdywała je z precyzją zdalnie sterowanego pocisku.
Niewątpliwie miała dar.
Dla osób, które znalazły się w zasięgu działania radaru Salander, jej
raporty mogły oznaczać tragiczną w skutkach katastrofę. Armanski ciągle
jeszcze oblewał się potem na wspomnienie zlecenia, które miało polegać
na rutynowej kontroli naukowca z branży farmaceutycznej w związku z planowanym kupnem przedsiębiorstwa. Robota, która miała jej zająć
najwyżej siedem dni, zaczęła się przeciągać. Po czterech tygodniach
milczenia i licznych upomnieniach, które uparcie ignorowała, pojawiła
się nagle z raportem, z którego wynikało, że badany obiekt jest
pedofilem i co najmniej dwukrotnie kupował usługi seksualne u trzynastoletniej prostytutki w Tallinie. Oprócz tego zachodziło
podejrzenie, że jest niezdrowo zainteresowany córką swojej obecnej
partnerki.
Niektóre cechy Salander doprowadzały Armanskiego do skrajnej rozpaczy.
Odkrywszy, że badany mężczyzna jest pedofilem, nie podniosła słuchawki,
bijąc na alarm; nie wpadła jak bomba do pokoju szefa z prośbą o natychmiastową rozmowę. Wręcz przeciwnie. Nie wspominając ani słowem, że
sprawozdanie zawiera materiał wybuchowy o nuklearnej niemalże sile
rażenia, położyła je na biurku Armanskiego właśnie wtedy, gdy zamierzał
zgasić lampę i pójść do domu. Otworzył teczkę dopiero późnym wieczorem,
w salonie swojej willi na Lidingö, zerkając jednym okiem na telewizor i sącząc z żoną wino.
Raport, jak zawsze napisany z naukową wręcz skrupulatnością, obfitował w przypisy, cytaty i dokładnie podane źródła. Pierwsze strony
przedstawiały pochodzenie obiektu, wykształcenie i karierę finansową.
Dopiero na stronie dwudziestej czwartej, pod śródtytułem, Salander
zrzuciła bombę o wycieczkach do Tallina i uczyniła to w tym samym
rzeczowym tonie, w którym wspomniała, że mężczyzna posiada dom w Sollentunie i prowadzi granatowe volvo. Wszystko potwierdziła
dokumentami w obszernym załączniku, zawierającym między innymi
fotografie trzynastolatki w towarzystwie obiektu, który wsuwa rękę pod
jej sweterek. Zdjęcie zostało zrobione w hotelowym korytarzu w Tallinie.
Oprócz tego w nieodgadniony sposób Lisbeth udało się dotrzeć do
dziewczynki i przekonać ją do złożenia szczegółowego zeznania, które
zarejestrowała na taśmie.
Raport Salander wywołał dokładnie taki chaos, jakiego Armanski starał
się uniknąć. Najpierw musiał zażyć kilka przepisanych przez lekarza
środków przeciwwrzodowych. Później wezwał zleceniodawcę na błyskawiczną,
lecz ponurą rozmowę. W końcu - mimo jego zrozumiałej niechęci -
natychmiast przekazał cały materiał policji, ryzykując tym samym
wmieszanie Milton Security w aferę i wzajemne oskarżenia. Gdyby
dokumentacja okazała się niewystarczająca albo mężczyznę uniewinniono,
firma ryzykowała oskarżenie o zniesławienie. Skaranie boskie.
Ale to nie jej osobliwy brak emocji przeszkadzał mu najbardziej.
Chodziło raczej o wizerunek firmy, o konserwatywną solidność. W tym
kontekście Salander była równie wiarygodna jak koparka na targach
żeglarskich.
Armanskiemu trudno było pogodzić się z faktem, że jego najlepszy
researcher jest bladą, anorektycznie chudą i ostrzyżoną na jeżyka
dziewczyną z kolczykami w nosie i brwiach. Na szyi miała wytatuowaną
dwucentymetrową osę, a wokół lewego bicepsa i kostki - prosty szlaczek.
Kiedy wkładała koszulkę na ramiączkach, można było zobaczyć, że również
jedną z łopatek zdobił większy tatuaż przedstawiający smoka. Farbowała
swoje naturalnie rude włosy na kruczoczarno. Wyglądała, jakby właśnie
obudziła się po tygodniowych orgiach z grupą hardrockowców.
Nie cierpiała - o tym Armanski był przekonany - na jadłowstręt. Wręcz
przeciwnie, pochłaniała wszystko, co było jadalne, choć głównie liche
fast foody. Po prostu taka się urodziła: chuda i o delikatnych
kształtach. Niewielkie dłonie, szczupłe kostki i ledwo zaznaczone pod
ubraniami piersi potęgowały jej dziewczęcy wygląd. Skończywszy
dwadzieścia cztery lata, wyglądała na czternaście. Miała szerokie usta,
zgrabny nos i wysokie kości policzkowe, sugerujące orientalne korzenie.
Poruszała się szybko jak pająk. Pracując przy komputerze, przebiegała
palcami po klawiaturze w jakimś szalonym pędzie. Postura Lisbeth
uniemożliwiała jej karierę modelki, ale jej twarz, odpowiednio
umalowana, mogłaby zdobić niejeden plakat reklamowy. Spod warstwy pudru
- czasami miała na ustach odrażającą czarną szminkę - spod tatuaży i kolczyków przezierało coś... hmmm... ekscytującego. W jakiś zupełnie
niezrozumiały sposób.
Zadziwiał już sam fakt, że Lisbeth pracowała u Armanskiego. Nie należała
do tej grupy kobiet, z którymi Armanski zazwyczaj nawiązywał kontakt, a jeszcze mniej do tej, którym proponował pracę.
Została zatrudniona w biurze jako goniec z polecenia emerytowanego
prywatnego adwokata firmy Holgera Palmgrena. To właśnie on określił
Salander jako bystrą dziewczynę o ciut zagmatwanym nastawieniu do
świata i zaapelował do Armanskiego, by dał jej szansę, na co
nagabywany niechętnie przystał. Palmgren potraktowałby odmowę jako
zachętę do zwielokrotnienia starań, najprościej więc było od razu
powiedzieć "tak". Armanski wiedział nie tylko, że adwokat poświęca swój
czas trudnej młodzieży i innym socjalnym popaprańcom, ale że również,
mimo wszystko, że potrafi prawidłowo ocenić sytuację.
Pożałował swojej decyzji w tym samym momencie, w którym po raz pierwszy
spotkał Lisbeth Salander.
I nie w tym rzecz, że uważał ją za kłopotliwą; w jego mniemaniu była
wręcz utożsamieniem kłopotów. Nie skończyła gimnazjum, nigdy nie
przestąpiła progu szkoły średniej i brakowało jej jakiegokolwiek
wykształcenia.
Przez pierwsze miesiące pracowała na cały etat, no dobrze, prawie cały,
w każdym razie od czasu do czasu pojawiała się w biurze. Parzyła kawę,
odbierała pocztę i obsługiwała kserokopiarkę. Problem polegał na tym, że
kompletnie nie przejmowała się normalnymi godzinami pracy ani
obowiązującymi w firmie zasadami.
Miała natomiast ogromny talent do irytowania współpracowników. Zaczęto
ją określać mianem dziewczyny o dwóch komórkach mózgowych, jedna
potrzebna jej była do oddychania, druga - do stania w pionie. Nigdy o sobie nic nie opowiadała. Próbujący z nią rozmawiać koledzy otrzymywali
odpowiedzi tak zdawkowe, że dość szybko się zniechęcali. Próby
żartowania nigdy nie trafiały na podatny grunt; Lisbeth albo spoglądała
na wesołka wielkimi oczyma bez wyrazu, albo reagowała wyraźnym
rozdrażnieniem.
Rozeszła się też wieść o jej wyjątkowo zmiennym humorze, gdy
podejrzewała kogoś o zabawę jej kosztem. A trzeba wiedzieć, że kpiny ze
współpracowników były dość powszechnym elementem kultury obowiązującej w firmie. Stosunek Salander do ludzi nie zachęcał do okazywania jej ani
zaufania, ani przyjaznych uczuć. Była nietypowym zjawiskiem, wałęsającym
się po korytarzach Milton Security niczym bezpański kot, i w końcu
zaczęto ją traktować jako przypadek beznadziejny.
Po miesiącu ciągłych kłopotów Armanski wezwał Salander do swojego
pokoju, zamierzając wręczyć jej wypowiedzenie. Z kamienną twarzą i bez
protestów słuchała, jak po kolei wylicza jej grzechy. Zareagowała
dopiero wtedy, gdy szef - podsumowawszy jej brak prawidłowego
nastawienia do świata - zaproponował, żeby spróbowała znaleźć pracę w innej firmie, która w lepszy sposób mogłaby wykorzystać jej
kompetencje. Lisbeth przerwała mu w połowie zdania. Po raz pierwszy
nie mówiła monosylabami.
- Słuchaj, jeżeli potrzebujesz woźnego, to możesz przejść się do Urzędu
Zatrudnienia i na pewno tam kogoś znajdziesz. Potrafię, kurwa, dotrzeć
do każdej informacji na temat każdego człowieka. Jeśli nie umiesz
wykorzystać mnie do czegoś więcej niż tylko sortowanie poczty, to jesteś
idiotą.
Armanski nigdy nie zapomni własnego zdumienia jej wybuchem. Siedział
oniemiały, podczas gdy dziewczyna niezrażona mówiła dalej.
- Masz u siebie faceta, który poświęcił trzy tygodnie na napisanie
bezwartościowego raportu o tym japiszonie, którego chcą zwerbować na
stanowisko przewodniczącego zarządu jakiejś nowej spółki dotcom.
Skopiowałam mu ten gówniany raport wczoraj wieczorem, widzę, że teraz
leży na twoim biurku.
Armanski powiódł wzrokiem po stercie papierów, wyjątkowo podnosząc głos:
- Nie wolno ci czytać poufnych dokumentów!
- Może i nie wolno, ale zabezpieczenia twojej firmy pozostawiają wiele
do życzenia. Wedle twoich dyrektyw facet powinien skopiować te dokumenty
osobiście, ale podrzucił mi je wczoraj, zanim sam urwał się do knajpy. A zresztą jego poprzedni raport znalazłam parę tygodni temu w jadalni.
- Że co zrobiłaś? - wybuchnął przerażony Armanski.
- Spokojnie. Włożyłam te papiery do jego sejfu.
- Ujawnił ci szyfr do swojego prywatnego schowka? - dyszał.
- No, nie do końca... Ale zapisał na świstku, który trzyma pod podkładką
na biurku, razem ze swoim hasłem dostępu do kompa. Ale chodzi o to, że
ten twój dupa nie detektyw zrobił kompletnie beznadziejny wywiad.
Pominął fakt, że chłopak siedzi po uszy w długach karcianych i wciąga
kokę jak odkurzacz, no i to, że jego dziewczyna szukała pomocy w pogotowiu dla kobiet, po tym jak sprał ją na kwaśne jabłko.
Zamilkła. Armanski siedział przez kilka minut bez słowa, przerzucając
kartki raportu. Dokument, napisany przejrzystą i zrozumiałą prozą, był
profesjonalnie zredagowany, pełen odnośników do innych dokumentów oraz
wypowiedzi przyjaciół i znajomych badanego obiektu. W końcu podniósł
wzrok i powiedział tylko dwa słowa:
- Udowodnij to.
- Ile mam czasu?
- Trzy dni. Jeżeli nie będziesz mogła udowodnić swoich twierdzeń, wyleję
cię z pracy.
Trzy dni później przekazała mu bez słowa raport, który w równie
szczegółowych odnośnikach zamieniał na pozór sympatycznego młodego
japiszona w ciężkiego skurwiela, na którym nie sposób polegać. Armanski
czytał kilkakrotnie tekst dokumentu w sobotę i niedzielę, a część
poniedziałku spędził na pobieżnej weryfikacji kilku faktów. Jeszcze
zanim zaczął kontrolę, wiedział, że informacje Lisbeth są prawdziwe.
Zdumienie nie przeszkadzało mu być wściekłym na samego siebie.
Najwyraźniej nie poznał się na tej dziewczynie. Uważał ją za tępą, może
nawet trochę upośledzoną. Nie spodziewał się, że ktoś, kto przewagarował
szkołę podstawową i nie dostał świadectwa ukończenia tejże, potrafi
napisać sprawozdanie, które nie tylko jest poprawne językowo, ale też
zawiera spostrzeżenia i informacje, których pochodzenia można się tylko
domyślać.
Był przekonany, że nikt inny zatrudniony w Milton Security nie
potrafiłby dotrzeć do poufnej dokumentacji lekarskiej w pogotowiu dla
ofiar przemocy. Zapytana o to, jak weszła w jej posiadanie, Salander
udzieliła mu wymijającej odpowiedzi. "Nie chcę palić swoich źródeł" -
powiedziała. Wkrótce Armanski zrozumiał, że Lisbeth raczej nie zamierza
dyskutować o swoich metodach pracy ani z nim, ani z nikim innym. Trochę
go to niepokoiło, ale nie do tego stopnia, żeby nie ulec pokusie
sprawdzenia jej.
Rozmyślał nad tym przez trzy dni.
Sięgnął pamięcią do słów Holgera Palmgrena: każdemu trzeba dać
szansę. Zastanawiał się nad swoim muzułmańskim wychowaniem,
nakazującym wspomagać ludzi wyrzuconych poza nawias. Wprawdzie nie
wierzył w Boga i nie odwiedził meczetu od czasu młodzieńczej
kontestacji, ale Lisbeth jawiła mu się jako osoba stanowczo potrzebująca
pomocy i wsparcia. Doprawdy, w tej dziedzinie przez ostatnie
kilkadziesiąt lat nie uczynił zbyt wiele.
Zamiast wylać Lisbeth z pracy, wezwał ją na prywatną rozmowę, próbując
dowiedzieć się, jak ta uciążliwa dziewczyna naprawdę funkcjonuje.
Utwierdził się w przekonaniu, że cierpi na jakieś poważne zaburzenie,
ale odkrył również, że pod naburmuszoną maską kryje się inteligentny
człowiek. Uważając ją ciągle za kruchą i uciążliwą, odkrył ku swemu
zdumieniu, że po prostu ją polubił.
Przez kolejne miesiące udzielał jej schronienia pod swoimi skrzydłami. A tak zupełnie szczerze to... zajął się nią w ramach swoistego
hobbystycznego projektu społecznego. Zlecał jej różne prace
researcherskie i próbował udzielać wskazówek, jak się za nie zabrać.
Słuchała cierpliwie, a później odchodziła i wykonywała zlecenia według
własnego widzimisię. Armanski poprosił szefa technicznego firmy, żeby
nauczył Lisbeth podstaw obsługi komputera. Salander przesiedziała
grzecznie w ławie szkolnej całe popołudnie, po czym prowadzący kurs,
odrobinę zbity z tropu, zakomunikował Armanskiemu, że dziewczyna ma o wiele większą wiedzę o komputerach niż niejeden pracownik Milton
Security.
Armanski zrozumiał wkrótce, że Lisbeth, mimo rozmów, propozycji szkoleń,
a także innych próśb i gróźb, nie myśli dostosować się do panujących w Miltonie biurowych norm. Stanął przed dylematem.
Dziewczyna w dalszym ciągu działała na nerwy pracownikom firmy. Armanski
miał świadomość, że nigdy nie zaakceptują kogoś, kto - jak ona -
przychodzi i wychodzi, kiedy chce. W normalnym przypadku postawiłby
ultimatum, żądając zmiany zachowania. Przypuszczał jednak, że stawiając
Lisbeth podobne żądania czy grożąc wypowiedzeniem, zobaczyłby
najprawdopodobniej tylko wzruszenie ramion. Był więc zmuszony dokonać
wyboru: albo się jej pozbyć, albo zaakceptować, że nie funkcjonuje jak
inni ludzie.
Jeszcze większym problemem okazał się fakt, że Armanski nie miał
pewności co do swoich uczuć względem tej młodej kobiety. Była jak
kłopotliwy świąd, odpychająca, a jednocześnie ponętna. Nie pociągała go
seksualnie, przynajmniej tak sądził. Podobały mu się raczej krągłe
blondynki o pełnych, pobudzających fantazję ustach, a poza tym od
dwudziestu lat był związany z Finką o imieniu Ritva, która również w wieku średnim bardziej niż dobrze spełniała wszystkie te kryteria. Nigdy
jej nie zdradził, no dobrze, może kiedyś wydarzyło się coś, co jego
żona, gdyby o tym wiedziała, mogłaby opacznie zrozumieć, ale - ogólnie
rzecz biorąc - był szczęśliwym mężem i ojcem dwóch córek w wieku
Salander. W każdym razie nie interesowały go dziewczyny płaskie jak
deska, dziewczyny, które na odległość trudno odróżnić od cherlawych
chłopaków. To nie w jego guście.
A mimo to przyłapywał się na niestosownych marzeniach o Lisbeth i musiał
przyznać, że nie potrafi przejść obok niej zupełnie obojętnie. Ale
atrakcyjność tej kobiety polegała według Armanskiego na tym, że była dla
niego jak istota z innego świata. Równie dobrze mógłby zakochać się w wizerunku mitycznej greckiej nimfy. Reprezentowała nierealną
rzeczywistość, która go fascynowała, ale w której nie mógł uczestniczyć,
a w każdym razie ona nie udzielała mu do niej wstępu.
Pewnego dnia, siedząc w kawiarnianym ogródku na rynku Starego Miasta,
Armanski zobaczył Lisbeth, która niespiesznie zajmowała miejsce przy
stoliku po przeciwnej stronie. Przyszła w towarzystwie trzech dziewczyn
i jednego chłopaka, ubranych identycznie jak ona. Obserwował ją z zaciekawieniem. Sprawiała wrażenie równie powściągliwej jak w pracy, ale
w pewnym momencie niemalże uśmiechnęła się do opowiadającej coś
koleżanki o purpurowych włosach.
A gdyby kiedyś sam przyszedł do biura z ufarbowanymi na zielono włosami,
w wytartych dżinsach i upstrzonej graffiti i ćwiekami skórzanej kurtce?
Jak zareagowałaby Lisbeth? Czy uznałaby go za równego sobie? Być może -
akceptowała przecież chyba wszystko wokół siebie, z nastawieniem not my
business. Ale najprawdopodobniej po prostu by go wyśmiała.
Siedziała plecami do niego i nie odwróciła się ani razu, pozornie
zupełnie nieświadoma jego obecności. Zaczęło mu to dziwnie przeszkadzać
i po chwili wstał, by wymknąć się niezauważenie. Właśnie wtedy odwróciła
głowę i spojrzała prosto w jego twarz, jak gdyby cały czas wiedziała,
kto za nią siedzi, jak gdyby miała go w zasięgu swojego radaru.
Spojrzenie dopadło go tak nagle, że odebrał je jako atak i udając, że
nic nie widzi, opuścił w pośpiechu kawiarenkę. Nie powiedziała mu
"cześć", ale odprowadziła wzrokiem i dopiero gdy skręcił w najbliższą
uliczkę, przestał czuć na plecach jej palące spojrzenie.
Śmiała się rzadko albo nigdy. Armanski zanotował jednak z czasem coś w rodzaju bardziej miękkiej postawy. Mówiąc delikatnie, miała prawie
zerowe poczucie humoru i tylko raz na jakiś czas wykrzywiała twarz w ironicznym uśmiechu.
Chwilami Armanski czuł się tak bardzo sprowokowany brakiem emocji u Lisbeth, że miał ochotę potężnie nią potrząsnąć, wtargnąć pod jej
skorupę, zyskać jej przyjaźń lub chociażby szacunek. W ciągu dziewięciu
miesięcy, które u niego przepracowała, tylko jeden jedyny raz próbował
dyskutować z nią na temat swoich uczuć. Rozmowa odbyła się podczas
firmowej imprezy bożonarodzeniowej. Armanski wyjątkowo był nietrzeźwy.
Nie wydarzyło się nic niestosownego, próbował jej tylko wytłumaczyć, że
naprawdę ją lubi. Ale najbardziej ze wszystkiego chciał jej wyjaśnić, że
czuje wobec niej instynkt opiekuńczy i że w razie potrzeby zawsze może
mu zaufać. Próbował ją też objąć. Po przyjacielsku oczywiście.
Uwolniwszy się z niezdarnego uścisku, Lisbeth opuściła lokal bez słowa.
A później przestała pojawiać się w pracy i nie odpowiadała na telefony.
Dla Armanskiego jej nieobecność była torturą. Nie miał z kim porozmawiać
o swoich uczuciach i po raz pierwszy z przerażeniem odkrył, jak wielką
władzę ma nad nim Lisbeth Salander.
Wróciła po trzech tygodniach. Późnym styczniowym wieczorem, gdy Armanski
siedział po godzinach nad bilansem rocznym, weszła do jego pokoju
niepostrzeżenie niczym duch. Nagle dostrzegł ją w ciemności, nieopodal
drzwi. Nie miał pojęcia, jak długo tam stała, przyglądając mu się
badawczo.
- Napijesz się kawy? - zapytała. Przymknęła drzwi i podała mu plastikowy
kubek z automatu w jadalni. Przyjął go w milczeniu, czując jednocześnie
ulgę i obawę, gdy Lisbeth, zatrzasnąwszy drzwi stopą, usiadła w fotelu
dla gości i spojrzała mu prosto w oczy. A po chwili zadała mu to
zakazane pytanie w taki sposób, że nie potrafił ani zbyć go żartem, ani
wymigać się w jakiś inny sposób.
- Dragan, masz na mnie ochotę?
Armanski siedział jak sparaliżowany, nerwowo szukając odpowiedzi.
Najpierw, urażony, chciał zaprzeczyć. Później, spotkawszy jej
spojrzenie, zrozumiał, że po raz pierwszy zadała mu osobiste pytanie.
Uczyniła to z pełną powagą i każdą próbę zbycia jej żartem mogłaby
odebrać jako afront. Chciała z nim porozmawiać. Zastanawiał się, jak
długo zbierała się na odwagę, żeby go zapytać. Odłożył niespiesznie
długopis i rozparł się wygodnie w fotelu. W końcu udało mu się
rozluźnić.
- Dlaczego tak sądzisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Wnioskuję ze sposobu, w jaki na mnie patrzysz. I tych sytuacji, w których wyciągasz rękę, żeby mnie dotknąć, a później zatrzymujesz się w pół drogi.
Nagle uśmiechnął się do niej.
- Mam wrażenie, że gdybym tylko dotknął cię palcem, odgryzłabyś mi całą
dłoń.
Nie odwzajemniła uśmiechu. Czekała.
- Lisbeth, jestem twoim szefem i nawet gdybyś wzbudzała moje
zainteresowanie, nigdy bym tego nie wykorzystał.
W dalszym ciągu czekała.
- A tak między nami... owszem, bywały chwile, kiedy czułem, że mnie
pociągasz. Zupełnie nie potrafię tego wyjaśnić, ale to fakt. Z jakiegoś
dla mnie samego niewytłumaczalnego powodu bardzo, bardzo cię lubię. Ale
nie jestem na ciebie napalony.
- To dobrze. Bo nic z tych rzeczy nigdy się nie zdarzy.
Armanski nagle wybuchnął śmiechem. Salander po raz pierwszy powiedziała
mu coś osobistego, nawet jeżeli była to najbardziej przykra rzecz, jaką
może usłyszeć mężczyzna. Szukał odpowiednich słów.
- Lisbeth, rozumiem, że nie interesuje cię facet po pięćdziesiątce...
- Nie interesuje mnie facet po pięćdziesiątce, który jest moim szefem.
Podniosła rękę.
- Poczekaj, pozwól mi dokończyć. Czasami zachowujesz się jak osioł i drażnisz swoim formalizmem, ale jesteś też atrakcyjnym mężczyzną i... ja
czasami też czuję, że... Ale jesteś moim szefem, poznałam twoją żonę, chcę
dalej u ciebie pracować i wdawanie się z tobą w jakieś osobiste układy
byłoby najbardziej idiotycznym posunięciem.
Armanski siedział bez słowa, niemalże bojąc się oddychać.
- Nie jestem nieświadoma tego, co dla mnie zrobiłeś, i nie chcę być
niewdzięczna. Naprawdę doceniam to, że przezwyciężyłeś własne
uprzedzenia i dałeś mi szansę. Ale nie chcę cię w roli kochanka, nie
jesteś też moim ojcem.
Umilkła. Po chwili Armanski westchnął bezradnie.
- No więc kim mam dla ciebie być?
- Chcę dalej dla ciebie pracować. Jeżeli tobie to odpowiada.
Skinął potakująco i odpowiedział tak szczerze, jak tylko mógł.
- Bardzo mi zależy na tym, żebyś dla mnie pracowała. Ale chciałbym też,
żebyś darzyła mnie zaufaniem i czymś w rodzaju przyjaźni.
Teraz ona skinęła głową.
- Nie zachęcasz do zawierania przyjaźni - wyrzucił z siebie nagle.
Zachmurzyła się lekko, ale Armanski mówił niewzruszenie dalej.
- Zrozumiałem, że nie życzysz sobie wścibiania nosa w twoje sprawy, i postaram się tego nie robić. Ale czy masz coś przeciwko temu, że w dalszym ciągu będziesz mi się podobać?
Salander zastanawiała się dłuższą chwilę, a później wstała, obeszła stół
i serdecznie uścisnęła Armanskiego. Był totalnie zaskoczony. Dopiero
kiedy zwolniła uścisk, chwycił ją za rękę.
- Możemy zostać przyjaciółmi? - zapytał.
Ponownie skinęła głową.
To był jedyny raz, kiedy okazała mu czułość. Jedyny raz, kiedy w ogóle
go dotknęła. Wspominał tę chwilę z tkliwością.
Wciąż, po czterech latach znajomości, nie wyjawiła mu prawie nic ze
swojego prywatnego życia, nie opowiedziała o swojej rodzinie. Przy
jakiejś okazji wykorzystał swoje umiejętności i przeprowadził prywatny
WŚ na jej temat. Oprócz tego odbył długą rozmowę z adwokatem Palmgrenem
i to, czego się dowiedział, nie zwiększyło niestety jego zaufania do
Salander. Nigdy o tym nie mówił, nigdy nawet nie napomknął, że szperał w jej życiorysie. Ukrywając niepokój, zwiększył po prostu czujność.
Zanim ten osobliwy wieczór dobiegł końca, Salander i Armanski doszli do
następującego porozumienia: w przyszłości Lisbeth będzie otrzymywała
zlecenia w zakresie researchu, ale jako wolny strzelec. Armanski
gwarantował jej niewielką miesięczną pensję, niezależnie od tego, czy
pracowała nad jakimś zadaniem, czy nie. Ostateczny dochód miał zależeć
od zleceń. Dawał jej wolną rękę co do form pracy, ale Lisbeth
zobowiązywała się, że nigdy nie uczyni niczego, co mogłoby przynieść
wstyd albo narazić Milton Security na szwank.
To było praktyczne i korzystne dla wszystkich stron rozwiązanie. Tym
samym Armanski zredukował uciążliwy oddział WŚ do jednego zatrudnionego
na stałe pracownika, starszego pana, który wykonywał przyzwoite rutynowe
badania i zajmował się głównie informacjami na temat kredytobiorców.
Wszystkie pozostałe zawiłe i niepewne zlecenia przekazywał Salander i innym nielicznym freelancerom, za których w razie kłopotów - w praktyce
działali na własną rękę - firma nie musiała ponosić odpowiedzialności.
Ponieważ często korzystał z jej usług, zarabiała przyzwoite pieniądze.
Mogłaby znacznie zwiększyć swoje dochody, ale pracowała tylko wtedy,
kiedy miała ochotę, wyznając zasadę, że jeżeli się szefowi nie podoba,
to zawsze może ją zwolnić.
Armanski zaakceptował ją taką, jaka była, ale nie pozwalał na spotkania
z klientami. Wyjątki od reguły należały do rzadkości, a dzisiejsza
sprawa była, niestety, takim wyjątkiem.
Lisbeth miała na sobie czarny T-shirt z podobizną ET o potężnych kłach,
podpisaną I am also alien, czarną wystrzępioną spódnicę, czarną krótką
kurtkę ze znoszonej skóry, pas nabity ćwiekami, toporne martensy i prążkowane czerwono-zielone podkolanówki. Twarz zdobił makijaż, którego
skala kolorystyczna mogła świadczyć o daltonizmie dziewczyny. Innymi
słowy: była wyjątkowo strojna.
Armanski westchnął i przeniósł wzrok na trzecią osobę w pokoju,
tradycyjnie ubranego mężczyznę w okularach o grubych szkłach.
Sześćdziesięcioośmioletni adwokat Dirch Frode nalegał na osobiste
spotkanie ze współpracownikiem, który sporządził dla niego raport.
Armanski próbował do tego nie dopuścić, wymawiając się a to
przeziębieniem Salander, a to jej podróżą, a to nawałem pracy. Frode
odpowiadał po prostu: nie szkodzi. Sprawa nie była nagła, mógł spokojnie
poczekać nawet kilka dni. Armanski przeklinał siebie w duchu, ale w końcu nie miał innego wyjścia. Zaaranżował więc spotkanie i teraz
adwokat Frode, mrużąc oczy, z nieukrywanym niedowierzaniem przyglądał
się Lisbeth, która świdrowała go wzrokiem niewyrażającym zbyt ciepłych
uczuć.
Armanski westchnął ponownie, spoglądając tym razem na leżący przed nim
skoroszyt z napisem: "CARL MIKAEL BLOMKVIST". Podziwiając starannie
wykaligrafowany pod spodem PESEL, wymówił głośno tytułowe imię i nazwisko. Na ich dźwięk Frode ocknął się z czarującego odrętwienia i odwrócił ku mówiącemu.
- No więc co możecie o nim powiedzieć? - zapytał.
- To jest panna Salander, autorka raportu. - Armanski zawahał się przez
sekundę, po czym kontynuował z uśmiechem, w zamyśle przyjaznym, a w rzeczywistości sprawiającym wrażenie bezradnie usprawiedliwiającego. -
Niech pana nie zmyli jej młody wiek. Lisbeth jest naszym absolutnie
najlepszym researcherem.
- Nie wątpię - odpowiedział Frode suchym tonem, świadczącym o tym, że
jest dokładnie przeciwnego zdania. - Proszę powiedzieć, do jakich doszła
wniosków.
Najwyraźniej adwokat nie miał pojęcia, jak traktować Salander, i szukając bardziej swojskiego terytorium, skierował pytanie do
Armanskiego, jak gdyby tej osobliwej kobiety nie było w pokoju. A kobieta, wyprodukowawszy ogromny balon z gumy do żucia, uprzedziła
odpowiedź szefa, traktując Frodego jak powietrze.
- Zapytaj, proszę, klienta, czy woli krótszą, czy dłuższą wersję.
Adwokat natychmiast zrozumiał, że wdepnął w psie łajno. Zapadła krótka
żenująca cisza. W końcu Frode zwrócił się do Lisbeth i próbując naprawić
błąd, przyjął łagodny ton dobrego wujaszka.
- Byłbym wdzięczny, gdyby mogła mi pani streścić wyniki swoich badań.
Salander wyglądała jak gniewny nubijski drapieżnik, który właśnie
przymierza się do zjedzenia klienta na obiad. Obdarzyła Frodego tak
zaskakująco nienawistnym spojrzeniem, że po plecach przeszły mu ciarki.
Ale już po chwili rysy jej twarzy zmiękły i Frode zastanawiał się, czy
pałające nienawiścią oczy nie były wytworem jego wyobraźni. Gdy zaczęła
mówić, wysławiała się jak urzędniczka państwowa.
- Tytułem wstępu chciałabym zaznaczyć, że nie było to specjalnie
skomplikowane zadanie, abstrahując od faktu, że zlecenie samo w sobie
zostało dość enigmatycznie określone. Chciał pan wiedzieć "wszystko, co
można wyszperać", nie sugerując, że chodzi o coś szczególnego. Dlatego
przygotowałam coś w rodzaju karty z próbkami życiorysu. Raport liczy sto
dziewięćdziesiąt trzy strony, ale ponad sto dwadzieścia stanowią kopie
jego artykułów tudzież wycinków prasowych, w których sam jest
wzmiankowany. Blomkvist to osoba publiczna, niemająca szczególnie wielu
tajemnic. Nie ma raczej nic do ukrycia.
- Ale twierdzi pani, że ma tajemnice? - dociekał Frode.
- Wszyscy mają tajemnice - odparła niezbita z tropu. - Chodzi tylko o to, żeby odgadnąć, na czym polegają.
- Słucham więc.
- Mikael Blomkvist urodził się 18 stycznia 1960 roku, czyli ma teraz
czterdzieści trzy lata. Przyszedł na świat w Borlänge, ale nigdy tam nie
mieszkał. Ojciec i matka, Kurt i Anita Blomkvist, zostali rodzicami dość
późno, dzisiaj już nie żyją. Ojciec był instalatorem maszyn i jeździł
trochę po kraju. Mama, z tego, co wiem, nigdy nie zajmowała się niczym
więcej niż domem. Gdy syn zaczął chodzić do szkoły, przeprowadzili się
do Sztokholmu. Mikael ma młodszą o trzy lata siostrę Annikę, która jest
adwokatem. Ma też kilku wujków i kuzynów. Zamierzasz podać kawę?
Z tym pytaniem zwróciła się do Armanskiego, który pospiesznie otworzył
termos, zamówiony specjalnie na spotkanie. Gestem dłoni dał jej znak,
żeby mówiła dalej.
- Tak więc w 1966 rodzina Blomkvistów przeprowadziła się do Sztokholmu.
Mieszkali w Lilla Essingen. Mikael chodził do szkoły podstawowej w Brommie, a później do liceum na Kungsholmen. Miał dość dobre świadectwo
końcowe, ze średnią 4,9. Kopie leżą w teczce. W latach licealnych
zajmował się muzyką, grał na gitarze basowej w zespole rockowym
Bootstrap, który zresztą wydał singiel lansowany w radiu latem 1979
roku. Po ukończeniu szkoły średniej pracował jako bramkarz w metrze, a za zarobione pieniądze wyjechał później za granicę. Podróżował przez
rok, głównie po Azji, objechał Indie, Tajlandię, zahaczył o Australię. W wieku dwudziestu jeden lat zaczął studia dziennikarskie w Sztokholmie,
ale przerwał je po roku, żeby odbyć służbę wojskową w Kirunie. Opuścił
tamtejszą jednostkę komandosów, podobno tylko dla twardzieli, z wynikiem
10-9-9, czyli jednym z najlepszych. Podjął na nowo i ukończył studia i do dzisiaj pracuje w zawodzie dziennikarza. Jak bardzo szczegółowych
informacji pan oczekuje?
- Proszę opowiedzieć o tym, co uważa pani za istotne.
- Okej. Sprawia wrażenie Dzielnego Zucha. Aż do dzisiaj był
dziennikarzem, który osiągał same zawodowe sukcesy. W latach
osiemdziesiątych pracował na różnych zastępstwach, początkowo w prasie
na prowincji, później w stołecznej. Sporządziłam listę. Prawdziwy
przełom nastąpił w związku z historią Niedźwiedziej Bandy, gdy udało mu
się zidentyfikować szajkę napadającą na banki.
- Kalle Blomkvist?
- Nie cierpi tego przydomka, co chyba jest dość zrozumiałe. Gdyby ktoś
nazwał mnie w mediach Pippi L?ngstrump, ryzykowałby spuchniętą wargę.
Rzuciła mroczne spojrzenie w kierunku Armanskiego, który natychmiast
przełknął ślinę. Niejeden raz myślał o Lisbeth właśnie jako o nieustraszonej Pippi i teraz dziękował swojemu rozsądkowi, że nigdy nie
próbował na ten temat żartować. Poruszył dłonią, co miało znaczyć "mów
dalej".
- Pewne źródło podaje, że do dnia rozpracowania szajki marzył o karierze
reportera kryminalnego, zresztą jako ten typ dziennikarza pracował przez
pewien czas w jednej z popołudniówek, ale ostatecznie dał się poznać od
najlepszej strony przede wszystkim jako reporter polityczny i znawca
ekonomii. Pracował głównie jako wolny strzelec, jedyną stałą posadę miał
w końcu lat osiemdziesiątych, w popołudniówce. Złożył wypowiedzenie w 1990 roku i wtedy też powołał do życia miesięcznik "Millennium".
Czasopismo wystartowało jako zupełny outsider, bez wsparcia potężnego
wydawcy. Nakład wzrastał stopniowo, dzisiaj sięga dwudziestu jeden
tysięcy egzemplarzy. Redakcja znajduje się na Götgatan, kilka ulic stąd.
- To gazeta lewicowa?
- To zależy od tego, jak definiujemy lewicę. "Millennium" uważa się
powszechnie za czasopismo społeczno-krytyczne, ale zgaduję, że
anarchiści mają je za tchórzliwe burżuazyjne gówno, porównywalne z pismami typu "Arena" czy "Ordfront", podczas gdy Studencki Związek
Moderatów sądzi, że w redakcji siedzą sami bolszewicy. Nic nie wskazuje
na to, żeby Blomkvist kiedykolwiek był politycznie aktywny, nawet w latach licealnych, kiedy w kraju wzbierała fala lewicowych nastrojów
społecznych. W czasie studiów w Wyższej Szkole Dziennikarskiej na pewien
czas związał się z aktywistką Syndykalistów, która dzisiaj reprezentuje
Partię Lewicową w Riksdagu. Wygląda na to, że opatrzono go etykietką
lewicowca, ponieważ jako dziennikarz ekonomiczny specjalizuje się w reportażach demaskujących korupcję i szemrane interesy w świecie
prywatnych przedsiębiorców. Stworzył parę druzgocących portretów
dyrektorów i polityków - z pewnością uzasadnionych - oraz wymusił kilka
dymisji. Do najbardziej znanych należy afera w Arboga, w rezultacie
której znany prawicowy polityk został zmuszony do rezygnacji z funkcji,
a głównego księgowego gminy skazano na rok więzienia za malwersację.
Wykrywanie przestępstw nie jest bynajmniej oznaką lewicowości.
- Rozumiem, co ma pani na myśli. Coś więcej?
- Jest autorem dwóch książek. Pierwsza traktuje o skandalu w Arboga, a druga - Jeźdźcy templariuszy - o dziennikarstwie ekonomicznym. Wydano
ją trzy lata temu. Nie czytałam tej ostatniej, ale sądząc z recenzji,
jest kontrowersyjna. W każdym razie stała się przedmiotem ożywionej
debaty w mediach.
- Pieniądze?
- Nie jest szczególnie zamożny, ale też nie przymiera głodem. Deklaracje
podatkowe znajdzie pan w załącznikach. W banku ma ponad dwieście
pięćdziesiąt tysięcy koron, ulokowanych częściowo w prywatnym
ubezpieczeniu emerytalnym, częściowo w funduszach inwestycyjnych. Oprócz
tego posiada konto, na którym zgromadził około stu tysięcy. Z tego konta
podejmuje pieniądze na bieżące wydatki, podróże i tym podobne. Jest
właścicielem mieszkania, które spłacił w całości. Sześćdziesiąt pięć
metrów kwadratowych na Bellmansgatan. Nie zalega z żadnymi kredytami i nie ma długów.
Salander uniosła palec w górę.
- Posiada jeszcze nieruchomość w Sandhamn. To niewielka, zaledwie
trzydziestometrowa szopa, przerobiona na domek letniskowy. Leży nad wodą
w samym centrum, w najbardziej atrakcyjnej części miejscowości. Dostał
ją w spadku po wujku, który kupił ją w latach czterdziestych, kiedy
takie transakcje były jeszcze w zasięgu możliwości zwykłych
śmiertelników. Podzielili się z siostrą: ona przejęła mieszkanie po
rodzicach w Lilla Essingen, a Mikael dostał tę chałupkę. Nie wiem, jaka
jest obecnie jej wartość, zapewne kilka milionów, ale z drugiej strony
nie wygląda na to, żeby nosił się z zamiarem sprzedaży. Bywa tam dosyć
często.
- Dochody?
- Jest współwłaścicielem "Millennium" i pobiera miesięcznie trochę ponad
dwanaście tysięcy. Reszta jest rezultatem pracy freelancera, suma
końcowa bywa różna. Rekord pobił trzy lata temu, kiedy rozrywany przez
media zarobił prawie czterysta pięćdziesiąt tysięcy. W ubiegłym roku
miał z różnych zleceń sto dwadzieścia tysięcy.
- Teraz musi zapłacić odszkodowanie w wysokości stu pięćdziesięciu
tysięcy, a poza tym honorarium adwokata i tak dalej - stwierdził Frode.
- Zgaduję, że ostateczny rachunek będzie dość słony. A przecież oprócz
tego utraci część dochodów, odsiadując karę więzienia.
- Co znaczy, że zostanie goły jak święty turecki - dodała Salander.
- Czy jest uczciwy? - zapytał Dirch Frode.
- To jest, że się tak wyrażę, jego kapitał. Stworzył wizerunek lekko
zarozumiałego strażnika moralności w świecie biznesu; często zaprasza
się go do telewizji jako komentatora.
- Po ogłoszeniu dzisiejszego wyroku chyba nie zostało mu dużo tego
kapitału... - powiedział Frode w zamyśleniu.
- Nie twierdzę, że wiem dokładnie, czego wymaga się od dziennikarza, ale
po tej porażce upłynie dużo czasu, zanim Superdetektyw Blomkvist
zostanie laureatem Wielkiej Nagrody Dziennikarskiej. Zbłaźnił się dość
porządnie - skonstatowała trzeźwo Salander. - Jeżeli wolno mi uczynić
osobistą refleksję...
Armanski rozwarł szeroko oczy. Przez wszystkie przepracowane u niego
lata nigdy nie wyraziła jakiejkolwiek osobistej opinii. Liczyły się
tylko suche fakty.
- Zbadanie meritum sprawy Wennerströma nie należało do moich obowiązków,
przynajmniej w związku z tym zleceniem, ale śledziłam proces sądowy i muszę przyznać, że wprawił mnie w osłupienie. Odniosłam wrażenie, że
cały ten skandal jest jedną wielką pomyłką. To jakby całkiem... nie w stylu Blomkvista opublikować coś, co od początku do końca nie trzyma się
kupy.
Salander podrapała się po szyi. Frode czekał cierpliwie. Armanski
zastanawiał się, czy to tylko pozory, czy Lisbeth naprawdę nie wie, co
powiedzieć. Ta Salander, którą znał na co dzień, nigdy nie okazywała
niepewności czy wahania. W końcu podjęła decyzję.
- Poza protokołem, że tak powiem... Nie zagłębiłam się dostatecznie w sprawę Wennerströma, ale sądzę, że Kalle Blomkvist... przepraszam, Mikael
Blomkvist, został zrobiony w balona. Myślę, że kryje się za tym coś
zupełnie innego niż to, co sugeruje wyrok sądu.
Teraz Dirch Frode wyprostował się nagle w fotelu, mierząc Lisbeth
badawczym wzrokiem. Armanski zanotował, że jego klient po raz pierwszy,
słuchając sprawozdania, okazał więcej niż tylko życzliwe
zainteresowanie. Uświadomił sobie, że sprawa Wennerströma nie była
adwokatowi obojętna. "Spokojnie - pomyślał po chwili. - Frode nie jest
zainteresowany sprawą Wennerströma, zareagował dopiero wtedy, gdy
Salander zasugerowała, że Blomkvista zrobiono w konia".
- Co ma pani na myśli? - zapytał Frode z zaciekawieniem w głosie.
- To tylko spekulacje, ale jestem dość mocno przekonana, że ktoś go
oszukał.
- A co panią skłania do wyciągnięcia takiego wniosku?
- Cała jego zawodowa przeszłość świadczy o tym, że jest bardzo ostrożnym
reporterem. Wszystkie dokonane przez niego kontrowersyjne odkrycia są
zawsze dokładnie udokumentowane. Przysłuchiwałam się jednej z rozpraw.
Blomkvist nie miał żadnych kontrargumentów i wyglądało na to, że poddał
się bez walki. To zupełnie do niego niepodobne. Jeżeli wierzyć sądowi,
to oskarżony - nie mając żadnych podstaw - wyssał z palca historię i opublikował ją jak jakiś dziennikarski zamachowiec samobójca. To
zdecydowanie nie w stylu Blomkvista.
- A więc o co tutaj według pani chodzi?
- Mogę się tylko domyślać. Blomkvist wierzył w swoją historię, ale po
drodze coś się wydarzyło i fakty okazały się fałszywe. A to znaczy, że
ufał swojemu informatorowi albo że ktoś świadomie podrzucił mu
nieprawdziwe dane, co brzmi dość nieprawdopodobnie. Istnieje też
możliwość, że groziło mu tak duże niebezpieczeństwo, że rzucił ręcznik.
Wolał wyjść na niekompetentnego idiotę, niż podjąć walkę. Ale, jak już
zaznaczyłam, to tylko spekulacje.
Salander zamierzała kontynuować sprawozdanie, gdy Frode podniósł rękę.
Przez kilka sekund siedział w milczeniu, bębniąc palcami w oparcie
fotela. Z pewnym wahaniem zwrócił się do Lisbeth.
- Gdybyśmy chcieli pani zlecić odszukanie prawdy w aferze Wennerströma...
jaką mamy szansę, że pani coś znajdzie?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Być może nie ma nic do
znalezienia.
- Ale czy podjęłaby się pani próby?
Wzruszyła ramionami.
- To nie ja decyduję. Pracuję dla Dragana Armanskiego, to on podejmuje
decyzje co do zleceń, które mi przekazuje. A poza tym to zależy, o jakiego typu informacje panu chodzi.
- Powiedzmy tak... Wychodzę z założenia, że nasza rozmowa jest poufna.
Armanski skinął głową.
- Nie znam tej afery, ale wiem, że w innych sytuacjach Wennerström bywał
nieuczciwy. Afera z Wennerströmem w najwyższej mierze wpłynęła na życie
Mikaela Blomkvista i jestem ciekaw, czy pani spekulacje zawierają ziarno
prawdy.
Rozmowa przyjęła nieoczekiwany obrót, co postawiło Armanskiego w stan
gotowości. Dirch Frode zapytał, czy Milton Security podjęłoby się
grzebania w zakończonym procesie karnym, podczas którego być może użyto
wobec Blomkvista groźby bezprawnej. Podejmując się takiego zadania,
Armanski ryzykował starcie z Wennerströmskim imperium adwokatów. W takiej sytuacji nie uśmiechało mu się wykorzystanie Salander jako
niekontrolowanego pocisku o dalekim zasięgu.
I nie kierował się wyłącznie troską o firmę. Lisbeth wyraźnie
zaznaczyła, że nie życzy sobie Armanskiego w roli zaniepokojonego
ojczyma, i zgodnie z umową pilnował się bardzo, by go takim nie
postrzegała, ale w duchu nigdy nie przestał się o nią bać. Czasami łapał
się na tym, że porównuje ją ze swoimi córkami. Uważał się za dobrego
ojca, który nie wtrąca się w prywatne życie dzieci bez potrzeby, ale
wiedział, że gdyby zachowywały się jak Lisbeth, nie potrafiłby tego
zaakceptować.
W głębi swego chorwackiego - a może bośniackiego albo ormiańskiego -
serca nigdy nie mógł pozbyć się przekonania, że życie Salander prowadzi
prostą drogą do katastrofy. W jego mniemaniu dziewczyna wręcz prosiła o to, żeby zostać ofiarą, i drżał na myśl, że pewnego ranka zbudzi go
wiadomość, że ktoś jej wyrządził krzywdę.
- Tego typu zlecenie może okazać się dość kosztowne... - zaczął trochę
odstraszająco, żeby zbadać, jak poważnie Frode traktuje swoje pytanie.
- Ustalimy jakiś pułap - odpowiedział przytomnie adwokat. - Nie żądam
rzeczy niemożliwych, a pańska współpracowniczka, jak pan sam zastrzegał,
jest niezwykle kompetentna.
- Salander? - zapytał Armanski, podnosząc brwi.
- Nie mam żadnych innych planów.
- W porządku. Ale chciałbym, żebyśmy ustalili formę pracy. A teraz
dokończ, proszę, prezentację.
- Nie mam nic więcej oprócz kilku szczegółów z życia prywatnego. W 1986
roku ożenił się z Monicą Abrahamsson, w tym samym roku urodziła im się
córka, obecnie szesnastoletnia Pernilla. Małżeństwo nie trwało długo,
rozwiedli się w 1991. Abrahamsson wyszła ponownie za mąż, ale wygląda na
to, że są przyjaciółmi. Córka mieszka z matką i nie spotyka się z ojcem
szczególnie często.
Frode poprosił o jeszcze jedną filiżankę kawy i ponownie zwrócił się do
Salander.
- Na początku sugerowała pani, że wszyscy ludzie mają tajemnice.
Znalazła je pani?
- Chodziło mi o to, że wszyscy mają sprawy, które uważają za prywatne i z którymi raczej się nie afiszują. Blomkvist ma powodzenie u kobiet. Ma
za sobą kilka poważniejszych historii miłosnych i niezliczoną liczbę
przelotnych związków. Krótko mówiąc, to mężczyzna o bogatym życiu
seksualnym. Ale od wielu lat w jego życiu pojawia się jedna i ta sama
osoba, stanowią dość niezwykłą parę.
- W jakim sensie niezwykłą?
- Erika Berger, redaktor naczelna "Millennium", jest seksualną partnerką
Blomkvista. To dziewczyna z wyższych sfer, z matki Szwedki i ojca Belga,
mieszka w Szwecji. Znają się ze studiów i od studenckich czasów żyją ze
sobą w nieformalnym związku.
- To chyba nie jest aż takie niezwykłe - zauważył Frode.
- Nie, wcale nie. Tylko że Berger jest jednocześnie żoną artysty,
Gregera Beckmana. To taki dość znany facet, twórca masy okropnych dzieł
w lokalach użyteczności publicznej.
- Czyli, innymi słowy, jest niewierną żoną.
- Nie. Beckman wie o ich związku. To taki ménage a trois, najwyraźniej
akceptowany przez wszystkie zainteresowane strony. Erika czasami sypia u Blomkvista, a czasami u męża. Nie wiem dokładnie, jak to funkcjonuje,
ale myślę, że między innymi z tego powodu rozpadło się małżeństwo z Abrahamsson.