Droga pani, jak się pani czuje? - zapytał.
Niepostrzeżenie, a może tylko tak jej się wydawało, omiotła wzrokiem pokój. Paczka chusteczek higienicznych w tekturowym dozowniku z motywem ciemnozielonego bluszczu... Na skraju biurka, by łatwiej było sięgnąć. "Ile osób sięgało po nie przede mną, siedząc, jak ja teraz, na brzeżku fotela z IKEI, którego zieleń spłowiała, i kurczowo trzymając się, jakby to miało powstrzymać życiowe turbulencje, drewnianych podłokietników, z których politura odpadła w miejscach, gdzie pot wsiąkał regularnie? Tak jak mój we wtorki o szesnastej?", pomyślała.
Wysunął się z krzesłem zza biurka, nie spuszczając z niej wzroku. Poczuła złość. Na niego, za te socjotechniczne zabiegi - wszechobecną zieleń, która niby ma koić, a koi chyba tylko jego, i za ten gest, którym na siłę stara się zmniejszyć dystans, myśląc, że jak nie będzie dzielił ich blat, łatwiej się przed nim otworzy. "Nie widzi, że jestem w takim stanie, że mogłabym się teraz zwierzyć randomowemu typowi spotkanemu w metrze?", pomyślała i odpowiedziała jednym tchem:
- Jak się czuję? Jak Amy Winehouse z borderline, tylko nie mam słuchu ani głosu. I jestem na diecie Marilyn Monroe: psychotropy popijam alkoholem. Tak się właśnie czuję. No i znów mam Tindera w telefonie i ten sam desperacki opis: "Jestem poliamorystką, godzę się na wszystko: dwubiegunówka, depresja, paranoja, narcyzm i obżarstwo. Hobby: weganizm, rower, joga. Zdzierżę też niemiecki heavy metal, bo kręcą mnie czarne koronki i chaos", ale to wszystko kompletnie mnie rozje... rozjechało i... - urwała, wahając się, czy powiedzieć mu, że ten opis nawet nie jest jej, że gdzieś go podpatrzyła.
Od problemu uwolnił ją terapeuta.
- A dlaczego zdecydowała się pani na taki opis? To panią określa? - zapytał beznamiętnym tonem.
Poczuła się jak robak miotający się na szkiełku pod mikroskopem na oczach cynicznego laboranta, który przygląda się tym niezbornym ruchom i wie, że to się skończy, jak zawsze... Ma znów zanurkować w tym emocjonalnym syfie, bo uwierzyła w to, co usiłują wmówić jej psycholodzy, że to, co czuje, jest cenniejsze, niż to, co myśli? Jest w tym gabineciku na własne życzenie, ale i tak podejrzewa, że to jakiś scam. Unicestwili Kartezjusza, by uzasadnić własne istnienie. Psycholodzy są jak wróżki - wmówią ci, że widzą więcej, a widzą tylko to, że jesteś w takim bagnie albo na takim zakręcie, że już sobie nie ufasz. Zresztą jej też już tylko wróżki pozostały. Wróżki i psycholodzy. Bo tkwi w kotle uczuć. A dojmująca samotność wciąga ją na samo jego dno, jak wir. I nie potrafi się już z niego wydostać o własnych siłach. Self-care to bullshit. Nie pomagają kolejne kursy "Pokochaj siebie" z czułych i nieczułych przewodniczek, ani podcasty i filmiki na YouTubie, które mają podnieść jej wibracje, a przy okazji wibracje Ziemi. Nie pomagają afirmacje, manifestacje, medytacje obiecujące skok kwantowy, bo skacze, ale jak szalona dziewczynka, której nogi zaplątały się w skakankę. Uratować ją może tylko miłość. Kolejny mężczyzna, który wyciągnie ją na powierzchnię, jak szumowiny. To naprawdę działa. Ale tylko na chwilę.
- Czy to mnie określa? Równie dobrze mogłabym napisać, że latte na owsianym, wino w Mielżyńskim, czerwone, a tak naprawdę to jakiekolwiek, byle wytrawne i w promocji, jogging, o ile w ogóle wyjdę z domu, i home office, a w nim home jungle z monsterą kupioną ze snobizmu, nie z miłości, dlatego liście brązowieją na brzegu, podobno kwiaty doniczkowe odzwierciedlają stan psychiczny właściciela. I jeszcze parę płyt Nicka Cave'a i Johnny'ego Casha. Koledzy z zespołu mówili o nim, że jest "doszczętnie pokręcony, ale walczy ze sobą", więc jestem trochę jak Johnny Cash, tylko tak, jak panu mówiłam, nie umiem śpiewać i nie znam nawet, jak on, czterech akordów. Lubię też wegański pasztet, więc można rzec, że wegański pasztet mnie określa... - zaśmiała się, a słysząc swój głos, pomyślała, że zabrzmiał nerwowo, i zastanawiała się, czy on też to zauważył.
- Lubi pani takie muzyczno-celebryckie porównania? - zapytał. Ton miał neutralny, ale i tak doszukiwała się w nim protekcjonalności i poczuła się oceniana. Próbowała odgadnąć, co on tak naprawdę o niej myśli, a słowa, które już miała na końcu języka, zatrzymały się, jak niezdecydowany samobójca na skraju przepaści...
Nie powie mu przecież, co napisała wczoraj w pamiętniku, że gdyby w profilu miała miejsce tylko na trzy słowa i musiałaby z całego słownika wybrać te, które najpełniej by ją definiowały, "strach przed samotnością" w zupełności by wystarczył. I waliłby po oczach, jak wielki, pulsujący neon, niczym te z Między słowami, gdy Scarlett Johansson i Bill Murray włóczą się po nocnym Tokio - ona zaniedbywana przez męża, on odbierający nad ranem faksy od żony w sprawie półki pod doniczkę czy czegoś równie bezsensownego...
Tylko że nie chciała aż tak się obnażyć, bo gdyby przeczytała taki opis, to sama by od siebie uciekła - od takiej desperatki. I na to, by obnażyć się przed tym siedzącym teraz przed nią mężczyzną, nie jest gotowa. Nie dziś.
- Za pierwszym podejściem wrzuciłam dwa zdjęcia i niezobowiązujący opis - coś w stylu: "Kręci mnie kino niezależne, choć seriale na Netfliksie mogę oglądać godzinami. Lubię flat white, pikniki na Polu Mokotowskim". Takie tam bla, bla, bla...
- Lakonicznie, jakby nie chciała się pani za bardzo odsłonić. Takie "bla, bla", jak to sama pani określiła. Zadziałało?
- Moje powodzenie mnie obezwładniło... - odpowiedziała z automatu, choć to, że powtórzył to jej "bla, bla", zabolało. "Jestem irytująca nawet dla terapeuty, który nie potrafi albo nie chce tego ukryć", pomyślała. - Miałam ponad sto matchy i kilkadziesiąt wiadomości, w tym kilka od lesbijek, choć zaznaczyłam "pokaż mężczyzn". Dwie pary chciały mnie do trójkąta, a małżeństwo dobiegające pięćdziesiątki pytało, czy lubię imprezy dla swingersów...
- Powiedziała pani, że powodzenie panią "obezwładniło"...
Pożałowała od razu, że wymknęło jej się to słowo. "Już mnie zakwalifikował jako atencjuszkę albo uznał, że jestem jak afrykańskie dzieci, biegnące za autobusem, z którego okien rzucają im cukierki, a one może przeczuwają, a może i nie, że to smutne i upokarzające zarówno dla nich, jak i dla tych uprzywilejowanych białasów, którzy odfajkują jeszcze safari all inclusive, o ile lokalsi nagonią im zwierzynę. I w czasach, gdy brytyjscy piłkarze klękają na mundialu, by oddać hołd ofiarom kolonializmu, nagrają swoje zabawy GoPro, a potem triumfalnie zapozują do selfie i wrzucą na sociale, jeśli to jeszcze gdzieś legalne. Choć ich zdobycz ma taką wartość, jak padły jeleń podrzucony myśliwemu na wycieraczkę".
- Te wszystkie wiadomości dostałam w jeden wieczór - zaczęła, próbując usprawiedliwić się przed terapeutą, ale natychmiast pomyślała, że się ośmieszyła, bo może ta liczba nie jest imponująca, a kobiety dostają tyle wiadomości w ciągu kwadransa od założenia konta. A on o tym wie, bo ma takie klientki. A one, inaczej niż ona, nie zwracają uwagi na internetowe zaczepki, tak jak nie zwróciłyby uwagi, gdyby słyszały je na ulicy. I nie pozostaje tym typom nic innego, jak zakładanie profili okraszonych mottami "carpe diem" albo "prawdziwy facet szuka prawdziwej kobiety". Same banalne bon moty. Albo, tak jak jej, gdzieś podpatrzone. Po kilku dniach czy tygodniach zdesperowani edytują je i zmieniają na "desperatki nie pisać" - choć od dłuższego czasu nie napisała do nich żadna kobieta. A tylko nieliczne odpisały na wiadomości rozsyłane przez nich do każdej z nowym profilem, bo te, które są tu dłużej, zdążyły ich już zbanować albo delikatniej wyperswadować im ciąg dalszy już po pierwszej wiadomości, pierwszej randce czy pierwszym seksie - o ile któryś z nich cudem zabrnął aż tak daleko.
A ona nawet tych osławionych dickpiców, na które kobiety tak się skarżą, nie dostała zbyt wielu. I wciąż nie mogła się zdecydować, czy ma się cieszyć, że tak ją szanują, czy martwić, że nie budzi pożądania.
- Pisali do mnie mężczyźni inteligentni i głupi, wysocy i niscy, jeden podkreślał, że ma 206 wzrostu jak Magic Johnson i dodał: "ale nie mam HIV xdd". Pisali łysi i z dredami, napakowani, chudzi, wręcz anorektyczni i tacy, których ciało aż krzyczało o operację bariatryczną. Pisali wolni, żonaci, seryjni monogamiści, weganie i freeganie, niespełnieni artyści i niespełnieni w małżeństwie, nuworysze i ci, co snobują się na minimalizm i old money. I ci, co randkują w internecie od czasów, gdy jeszcze nie było Tindera, więc na Sympatii wciąż mają to samo nieostre zdjęcie na jachcie, a może raczej na żaglówce wypożyczonej w marinie na Mazurach udającej coś, czym nie jest. Trzymają się tego zdjęcia kurczowo, choć przez lata włosy zdążyły im wypaść albo zmienić kolor z kruczoczarnego na blond czy siwy, które przemysł fryzjerski ładnie nazywa na opakowaniach farb skandynawskim blondem. Pisali ojcowie i dziadkowie, ale to wychodziło dopiero na spotkaniu. Pisały nawet dzieci, bo czternastolatek chyba jeszcze nim jest? - powiedziała, a wypowiadając ostatnie zdanie, uśmiechnęła się. I speszyła się tym, zanim zdążyła postawić kropkę.
- Chyba tak - odpowiedział z poważną miną.
Zaczęła się obwiniać: może ten żart był niestosowny. Jakby śmieszyła ją pedofilia. I to w czasie, gdy o sprawie Epsteina dowiedział się już chyba każdy, niezależnie od tego, czy chciał, czy nie.
Poczuła pogardę do siebie - za to, że sili się na zabawny ton, a siedzi skulona i ucieka wzrokiem przed typem, który przesłuchuje ją za dwieście pięćdziesiąt złotych za godzinę... Chciała powiedzieć mu o Janku i że w kartach ma ślub, ale uznała, że on i tak tego nie zrozumie. I nie jest na taką wiadomość gotowy. A raczej ona nie jest gotowa na to, by poczuć, że on gardzi nią i jej naiwnością jeszcze bardziej.
- Pytał pan, czy lubię celebryckie porównania. Nie, niekoniecznie. Nie chodziło mi o celebrytów. Tak bezwiednie mi się skojarzyło, bo zawodowo robię pokazy starych filmów.
- Takie "W starym kinie"?
- W starym, ale nie aż tak, że Chaplin i nieme kino. Głównie lata 90., trochę 80. i 2000. Po pokazach rozmawiamy z publicznością - interpretujemy filmy na nowo, bo wiele z nich jest uznawanych za kultowe, a powstały przed #metoo, gdy patriarchat trzymał się mocno. Ale wspomniałam panu o Johnnym Cashu, bo jestem świeżo po pokazie Spaceru po linie i jadąc dziś na sesję, w samochodzie słuchałam ścieżki dźwiękowej i zamiast mówić panu o muzyce, mogłam raczej powiedzieć, że oglądając go w kinie, czułam się, jakbym w nim grała, tylko nie mogłam się zdecydować, kim jestem. Raz czułam więź z Cashem - ta skłonność do używek i balansowanie na skraju przepaści, to znów z June, jego drugą żoną, bo jestem w stanie zrobić wszystko dla miłości... - powiedziała i zamilkła.
Poczuła, że ośmiesza się tym porównywaniem do Casha czy jego żony - wszystko jedno, do którego z nich. Wyszło na to, że jest jak te kobiety, które wieszają sobie w pokojach zdjęcia Marilyn Monroe albo Audrey Hepburn, bo są pewne, że są ich sobowtórkami, nie tylko emocjonalne. I była pewna, że on teraz złapie ją za to jedno słowo, za to "wszystko" i powie, oczywiście tym beznamiętnym tonem, coś w stylu: "Wszystko, czyli co?". Ale jedynie z tonem trafiła.
- Nie widziałem tego filmu - powiedział. - Niestety, musimy kończyć - dodał.
"Jest pewien, że niestety dla mnie, a ja czuję ulgę, że to już koniec... Prawdopodobnie tak jak on" - pomyślała.