I
"Daj pocałunków tysiąc"
Całowanie po rzymsku
Na środku placu rosną dwa drzewa. Szukają światła, wyciągają zielone
ramiona ku błękitnemu niebu, które lśni nad potężnymi budynkami, ale
sięgają tylko do połowy wysokości dużych domów mieszkalnych
(insulae) - które były najbardziej rozpowszechnioną formą budownictwa
w starożytnym Rzymie. Poruszane wiatrem gałęzie wydrapały na tynku
półkoliste ślady, niczym więźniowie na dnie lochu. Naszą uwagę przykuwa
jednak co innego: postać chłopaka, który chodzi nerwowo tam i z powrotem, nie opuszczając cienia rzucanego przez wysokie domy. Potem
nieruchomieje.
Patrzy na dwie kobiety wychodzące z jednego z budynków. To dziewczyna i jej gruba niewolnica, zapewne dawniej niania, jeśli weźmie się pod uwagę
różnicę wieku. Jak to czasami bywa, opiekuje się dziewczyną także w okresie dojrzewania. Szeroko otwartymi oczami chłopak spogląda na
kręcone, kruczoczarne włosy dziewczyny, lśniące w promieniach słońca.
Jej głowę częściowo osłania błękitny szal (palla), spływający miękko
na ramiona. Czarne oczy patrzą w ziemię, jakby się bała wzroku
przechodniów. Teraz jednak z wolna podnosi głowę i niczym strzałą
wypuszczoną z łuku przeszywa chłopca długim, intensywnym spojrzeniem.
Świat nieruchomieje. Istnieją tylko oczy tych dwojga. W ciągu kilku
sekund ich źrenice się rozszerzają, oddech staje się ciężki, rytm serca
przyspiesza, przygotowując ich ciała... Potem wszystko się rozpływa,
niania daje znak, że trzeba iść dalej i kobiety ruszają. Chłopak
wychodzi z cienia i podąża ich śladem. Mijają pracownie rzemieślnicze i zakłady fryzjerskie, ale on nie zwraca na to uwagi. Jego zielone oczy
śledzą bez przerwy jeszcze nieśmiałe, ale już kobiece ruchy dziewczyny.
Po kilku minutach dziewczyna i jej opiekunka wchodzą do sklepu. Chłopak
dociera do wejścia zastawionego po bokach koszami pełnymi daktyli i suszonych fig, wślizguje się do środka.
Nagle z półmroku wyłania się niania i zastępuje mu drogę niczym
niedźwiedź broniący wejścia do gawry. Przez dłuższą chwilę patrzą sobie
w oczy. W końcu kobieta odsuwa się i pozwala mężczyźnie przejść
ukradkiem za zasłonę oddzielającą pomieszczenie na tyłach sklepu.
Wszystko zostało umówione. Chłopak pochodzi z bogatego domu i sowicie
opłacił nianię. Wie, że jeśli pojawią się problemy z rodziną dziewczyny,
która nie jest tak zamożna, pieniądze załatwią sprawę - nawet gdyby
doszło do gwałtu, jak to wykazały liczne badania nad prawem w świecie
rzymskim, prowadzone między innymi przez profesora Jensa-Uwe Krausego z Uniwersytetu Ludwika i Maksymiliana w Monachium. Ale tutaj mamy
prawdziwą miłość, taką, która naznacza człowieka na całe życie, a niania
zaaranżowała spotkanie tych dwojga, teraz zaś pilnuje wejścia do sklepu,
rozmawiając z właścicielem, jej krewnym.
Co dzieje się za zasłoną?
Są objęci. Ich twarze dzieli zaledwie kilka centymetrów i szepczą sobie
miłosne wyznania. To normalna scena, myślimy; ileż to razy, idąc do
pracy, na zakupy lub wracając do domu, widywaliśmy takie pary? Tyle
tylko, że jesteśmy w epoce rzymskiej; jak w takiej sytuacji zachowują
się ludzie? Jakie słowa mówią sobie kochankowie? Trawestując wyznania
spisane przez starożytnych - choćby Katullusa czy Marcjalisa - możemy je
ponownie usłyszeć.
- Miłości, daj pocałunków tysiąc, stu nie wzbraniaj i jeden jeszcze
tysiąc1 - szepce chłopak, zbliżając się coraz bardziej do twarzy
dziewczyny.
- Ile? - pyta uśmiechnięta, rozchylając pełne usta i przymykając oczy.
- Ile? Miłości moja, to jakby prosić o policzenie fal w oceanie, muszli
na plażach, pszczół latających z kwiatu na kwiat2, głosów, które
właśnie mówią: kocham cię, lub rąk, które pieszczą ciała kochanków.
Wiedz, moja słodka Wenus, że ten, kto prosi tylko o kilka pocałunków,
umie je policzyć. Ale ja chcę stracić rachubę, kiedy zatracam się w twoich oczach.
Powieki się przymykają, usta łączy długi pocałunek.
No właśnie. Czy Rzymianie całowali się tak jak my? Tak, całkiem tak
samo. Choć istniały różnice. Nie wszystkie pocałunki były takie same.
Rzymianie rozróżniali trzy kategorie pocałunków (wkrótce je odkryjemy).
Ponadto w przestrzeni publicznej należało się zachowywać zgodnie z jasno
określonymi zasadami.
Czy rzymska młodzież całowała się publicznie?
W przeciwieństwie do tego, co widzimy dzisiaj, na ulicach starożytnego
Rzymu nie zobaczylibyście całującej się pary. Kłóciłoby się to z panującymi wówczas zasadami moralnymi. Źle widziano publiczne pocałunki,
uznawano je za sprzeczne ze skromną powściągliwością (pudicitia),
która winna zawsze charakteryzować Rzymiankę. Tak więc nigdy nie
dostrzeglibyście matrony całującej swojego męża na oczach wszystkich
(ani też dotykanej przez mężczyznę w miejscu publicznym). Dziewczyna z arystokratycznego rodu również nie zachowałaby się w ten sposób.
A ponieważ obyczaje klasy arystokratycznej stanowiły wzorzec do
naśladowania dla nowobogackich, czyli rodzin niższego pochodzenia, które
przez zdobyte niedawno majątki dążyły do podniesienia swego statusu,
jest bardzo prawdopodobne, że także dziewczęta należące do tej warstwy
społeczeństwa przyswajały sobie sposób bycia wyższych sfer.
No dobrze, bogaci nie całowali się publicznie. A co z resztą? Oni też
nie. Namiętny uliczny pocałunek zaręczonej pary uznawano za rzecz
skandaliczną i niemoralną, trochę tak jak we Włoszech w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku. Ile pocałunków
zobaczylibyście na ulicach Rzymu zaraz po wojnie? Słynne są czarno-białe
zdjęcia z tamtej epoki, przedstawiające ubraną nowocześnie Amerykankę,
gdy spaceruje włoską ulicą, przeszywana spojrzeniami mężczyzn, którzy
oceniają, przyglądają się, pożądają. Czyli rzymska, "starożytna"
moralność była obecna u nas aż do przedwczoraj. Dlatego tych dwoje
młodych, za którymi podążamy, schowało się na sklepowym zapleczu, by tam
się całować. Tak samo powściągliwie musieli zachowywać się niewolnicy.
Inaczej było oczywiście w przypadku prostytutek, które rozdawały
pocałunki na ulicy, aby przyciągnąć klientów.
Starożytny Rzym skrywał przed wzrokiem postronnych namiętne gesty, które
dziś widujemy na naszych ulicach, przy stolikach barowych lub pod
szkolnymi murami. Ukrywano pocałunki, pieszczoty czy namiętne uściski.
Istnieje tylko kilka przedstawień (erotycznych, ale nie wyłącznie) z epoki rzymskiej, na których widać całującą się parę. (Być może
najpiękniejszym z nich jest mozaika z willi w sycylijskiej miejscowości
Piazza Armerina, ukazująca całujących się kochanków. Suknia kobiety,
widocznej od tyłu, opada, odsłaniając pośladki). W tamtych czasach nikt
nie zrobiłby zdjęcia podobnego do słynnej fotografii Roberta Doisneau,
który uchwycił parę całującą się namiętnie na paryskiej ulicy przy
całkowitej obojętności przechodniów.
Jakie rodzaje pocałunków rozróżniali Rzymianie?
Tak samo jak my, Rzymianie znali różne kategorie pocałunków, w zależności od okoliczności. Jak wskazała profesor Eva Cantarella,
istniały na przykład: żołnierski pocałunek powitalny, pocałunek
pożegnalny, pocałunek pogrzebowy, pocałunek pojednania, pocałunek
związany z gratulacjami.
I oczywiście pocałunki miłości. Tu czeka nas niespodzianka. Jeśli nasza
kultura zna właściwie tylko jeden miłosny pocałunek mężczyzny i kobiety,
Rzymianie używali trzech różnych nazw, aby odróżnić pochodzenie, cechy i cele pocałunków.
OSCULUM: to pocałunek z zamkniętymi ustami, pozbawiony namiętności.
Pochodzi od słowa os - usta - i jest zdrobnieniem, być może dotyczącym
ust ściągających się podczas pocałunku. To najstarszy termin. Oznaczał
czyste pocałunki, składane w obecności innych osób lub podczas
ceremonii. Był to jedyny rodzaj pocałunku dozwolony kobiecie w przestrzeni publicznej, a w domu stanowiący nawet jej obowiązek; każdego
dnia żona musiała w ten sposób pocałować męża (a nawet innych krewnych),
zgodnie z żelazną zasadą ius osculi, o której wkrótce opowiemy.
SAVIUM: to prawdziwy, namiętny, erotyczny pocałunek, z użyciem języka,
pocałunek kochanków. Pochodzi od słowa suavis - słodki, delikatny.
Dziś moglibyśmy go nazwać pocałunkiem francuskim. Apulejusz pisze o nim
w Metamorfozach, kiedy przytacza słynny mit o Erosie i Psyche. Wenus,
matka Erosa, zazdrosna o Psyche, która przerażona uciekła z pałacu
Erosa, obiecuje nagrodę temu, kto pierwszy ją znajdzie: "[...] otrzyma
od samej Wenery siedem słodkich pocałunków, a jeden najsłodszy, bo z pieszczotliwym języka przytknięciem"3 (ab ipsa Venere
septem savia suavia et unum blandientis adpulsu linguae longe
mellitum).
Istnieje również zdrobnienie tego terminu: saviolum. Przykładem niech
będzie fragment z Katullusa. Poeta, zwracając się do chłopca, którego
kochał, pisze:
Skradłem ci, Juwencjuszu, w słodki czas zabawy
całusa [saviolum], który słodszy był nad ambrozyje4.
I wreszcie:
BASIUM, od którego pochodzi włoskie słowo bacio. Termin ten narodził
się względnie późno (na kilkadziesiąt lat przed naszą erą) i był używany
jako synonim savium, a z czasem całkiem go zastąpił. Początkowo
oznaczał pocałunek erotyczny, ale w okresie późnego cesarstwa zaczął się
odnosić do pocałunku czułego, który daje się żonie i dzieciom.
Co ciekawe, jako jedyne spośród tych trzech terminów epokę rzymską
przetrwało właśnie określenie basium, a wraz z nim czasownik basiare
(całować), którego Rzymianie używali, nie rozróżniając wszelkiego
rodzaju pocałunków (erotycznych i innych), tak samo jak my. Ciekawostka:
na murach Pompejów słowo basium jest zapisywane przez "v", a więc
vasium - tak z pewnością je wówczas wymawiano. Coś z tego pozostało aż
do dziś. W Neapolu, gdy chce się poprosić ukochaną lub ukochanego o pocałunek, mówi się: Damme 'nu vase.
Całowanie męża w usta? Wymagane przez prawo
Istniał wśród Rzymian pewien ciekawy obyczaj. Mąż miał legalnie
ustanowione "prawo do pocałunku" (ius osculi). Innymi słowy, żona była
prawnie zobowiązana do codziennego całowania męża w usta. I nie tylko
jego, ale także wszystkich krewnych (własnych i męża) aż do kuzynów
drugiego stopnia, kiedy spotkała ich tego dnia po raz pierwszy.
Skąd wziął się ten wywołujący w nas konsternację zwyczaj? Jego początki
sięgają niepamiętnych czasów, może nawet samego zarania Rzymu, czasów
Romulusa, a praktykowano go przez wiele wieków, nawet w czasach
cesarstwa. Główny cel był prosty: sprawdzić, czy kobieta przypadkiem nie
piła alkoholu!
A dlaczego to robiono? Starożytni Rzymianie całkowicie zakazywali
kobietom picia wina, mąż miał prawo do zabicia żony, jeśli potajemnie
piła je bez rozcieńczenia. Wiemy, że chociaż sam zakaz stracił moc
prawną jeszcze przed nastaniem cesarstwa, to nadal bywał w tym czasie
praktykowany. Przewidzianą karą za jego złamanie było zasadniczo
oddalenie żony, ale wiemy również, że mąż nierzadko ją zabijał,
zamykając w pokoju (tym samym, w którym zostałby ukarany kochanek
złapany na gorącym uczynku) i pozostawiając na śmierć głodową. A żyjący
w początkach naszej ery historyk Waleriusz Maksymus relacjonuje, że
niejaki Egnatiusz Mecenniusz zatłukł swoją żonę kijem na śmierć za
upijanie się winem.
Skąd takie zacietrzewienie? Otóż picie wina utożsamiano ze zdradą
małżonka. Pocałunek stał się po prostu alkomatem wierności. Wnioskowanie
było proste. Picie to przedsionek do cudzołóstwa. Żona pod wpływem
alkoholu traciła nad sobą kontrolę i mogła łatwo popełnić zdradę lub,
bardziej ogólnie, zachować się w sposób niegodny. "Bo doprawdy, kobieta,
która lubi pić w nadmiarze wino, zamyka drzwi dla wszystkich cnót i otwiera dla wszystkich grzechów"5, komentuje wspomniany
dziejopis.
Oczywiście, podobnie jak w przypadku badania dopingu we współczesnym
sporcie, wymagane było "powtórne badanie" i zapewniali je krewni męża.
Wąchając, przeprowadzali drugi test, aby potwierdzić oskarżenie męża lub
je odrzucić. Lub też ocalić honor rodu, gdyby mąż się nie zorientował.
Jednakowoż ius osculi miało też swoją ciemną stronę: ryzyko zarażenia
opryszczką (labialis). Codzienne pocałunki były przyczyną
rozprzestrzeniania się tej choroby, aby więc zwalczyć jej istną
epidemię, cesarz Tyberiusz ostatecznie zakazał ius osculi, zwłaszcza
podczas publicznych ceremonii.
Inne pocałunki w rzymskim stylu
Zostawmy teraz naszą zakochaną parę, która obdarza się pocałunkami i wyznaniami za kotarą na zapleczu, i wróćmy do wejścia do sklepu,
oprzyjmy się ramieniem o framugę i przyjrzyjmy się temu, co dzieje się
na ulicy (niania stoi obok nas - ona także obserwuje ulicę, ale bardziej
zatroskanym wzrokiem).
Jakie jeszcze pocałunki dawano w codziennym życiu antycznego Rzymu?
Widzimy je u przechodniów. Oto spotkanie młodzieży. Takie same sceny
znamy z włoskich ulic: młodzi ludzie podają sobie ręce i całują się w policzek na znak przyjaźni i powitania. Jeśli namiętny pocałunek jest
skandaliczny, to "normalny" pocałunek między przyjaciółmi (i między
przyjaciółkami) jest zwyczajowy. Podobnie jak w czasach współczesnych,
także w starożytnym Rzymie istniał zwyczaj wymiany pocałunków. O tym, że
całowanie się ludzi na ulicy było powszechne, świadczy również dowcipny
epigram Marcjalisa, łacińskiego poety żyjącego na przełomie I i II wieku
naszej ery:
Ściskasz albo całujesz, witając, Postumie,
I pytasz, co bym wolał: dłoń, to się rozumie!6
Pocałunki były powszechne nie tylko na ulicy, ale także w senacie. We
fragmencie Panegiryku, napisanego w epoce, o której mówimy, Pliniusz
Młodszy zwraca się do cesarza Trajana, chwaląc go za sposób, w jaki
gratuluje kandydatom do urzędu konsula: "po każdorazowym odczytaniu
nazwiska nominata, zszedłszy w dół, przystępowałeś do kandydatów, aby na
równi z nimi wymienić uściski oraz pocałunki, zmieszany w tłumie niczym
jeden z gratulantów"7. Wymiana pocałunków była domyślnym
sposobem uznania równej godności pozdrawianej w ten sposób osoby. W przypadkach znacznych różnic klasowych - takich jak między niewolnikiem
a arystokratą - nie obdarzano się pocałunkami, a w każdym razie nigdy
publicznie. Opisany przez Pliniusza epizod z Trajanem można zatem
odczytać w ten sposób: cesarz gratulował nowym konsulom, traktując ich
jak równych sobie, jak współobywateli, bez uwidaczniania społecznej
wyższości, jaką nadał mu urząd cesarza.
A jeśli ktoś nie odwzajemniał pocałunku? Brak odpowiedzi na powitalny
pocałunek postrzegano jako brak szacunku i gest wrogości. Na dowód tego
możemy przytoczyć fragment z dialogu O gniewie (De ira) Seneki,
gdzie filozof wzywa do napiętnowania tych, którzy nie odwzajemniają
pozdrowienia pocałunkiem "Ten a ten nie ucałował mnie dosyć serdecznie"
(ille osculo meo non adhaesit)8, ale jednocześnie zaleca,
aby nie złościć się nadmiernie z powodu takich uchybień.
Rączki całuję...
Bogaty Rzymianin kroczy majestatycznie ulicą. Śnieżnobiała toga owija
jego masywne ciało, starannie udrapowana tkanina spływa aż do sandałów.
Poprzedza go niewolnik odpychający każdego, kto zbliży się zanadto, a za
plecami wielmoży ciągną ludzie niczym głodne psy za parującą pieczenią.
Ten dziwny orszak posuwa się ulicą tak uroczyście, jakby to pannę młodą
prowadzono do ołtarza. Jesteśmy świadkami prawdziwej demonstracji siły i władzy, typowej dla rzymskiego społeczeństwa. Bogacz, właściciel
licznych posiadłości (sklepów i całych insulae, które tworzą tkankę
Rzymu), jest uważany w dzielnicy za potężnego człowieka. Wielu
rzemieślników, sklepikarzy i klientów natychmiast go rozpoznaje i wita z szacunkiem. Niektórym udaje się przebić przez barierę stworzoną przez
niewolnika torującego drogę i ucałować dłoń wielmoży. Dominus podaje
ją do pocałunku, demonstrując złote pierścienie i obojętną, niemal
znudzoną twarz. Ci ludzie to nie są zwykli wolni obywatele - ci uznaliby
ten gest za sprzeczny z rzymską mentalnością i prawdziwe upokorzenie -
ale niewolnicy i wyzwoleńcy.
Czy zatem również w epoce rzymskiej istniał zwyczaj całowania rąk
możnych? Tak. I to stamtąd gest ten rozprzestrzenił się w społeczeństwie
europejskim. Niemniej w epoce, w której się znajdujemy, nie był on
jeszcze rozpowszechniony. Wielu uczonych uważa, że został przejęty przez
Rzymian ze wschodniej części imperium za czasów Nerona lub Domicjana, a upowszechnił się w nowszych czasach rzymskiej historii, zwłaszcza w późnym okresie cesarstwa. Także wtedy całowanie dłoni miało bardzo
szczególne znaczenie: był to gest uniżenia i poddania. Jest całkiem
prawdopodobne, że każdego ranka, gdy potężny dominus otwierał swój dom
dla tłumu petentów i ludzi przychodzących prosić o przysługi (salutatio
matutina), spotkania z najbardziej potrzebującymi mogły się zaczynać
od pocałunku w dłoń. A ściśle mówiąc: nie w dłoń, lecz w sygnet, który
dominus nosił na palcu.
O tym, że w czasach rzymskich uważano taki pocałunek za gest uniżenia,
świadczy fragment wspomnianego wyżej Panegiryku, w którym Pliniusz
Młodszy, wymieniając zalety cesarza, wspomina, że Trajan nie miał w zwyczaju odpowiadać na powitania tłumu wyciąganiem ręki do pocałunku.
Kolejne świadectwo wyjątkowości tego cesarza, słabo pamiętanego, ale być
może najbardziej nowoczesnego ze wszystkich. (Dodajmy, że to za jego
panowania ekspansja terytorialna Rzymu osiągnęła swój szczyt).
Wiemy także o dzieciach całujących rękę ojca. Praktykuje się to zresztą
do dziś w wielu krajach, gdzie młody mężczyzna (a więc już nie dziecko)
na znak szacunku wobec swojego ojca całuje go na powitanie w rękę. Sam
przed laty byłem świadkiem tego zwyczaju w jednym z krajów Afryki
Północnej, kiedy mój przyjaciel, absolwent medycyny, powracający do domu
z długiej podróży, całował dłoń swojego ojca siedzącego na poduszkach w głównej sali domu. Mimo że nie widzieli się od pewnego czasu i łączyło
ich bliskie uczucie, rodzic nie wstał, aby objąć syna, a jedynie
wyciągnął upierścienioną dłoń, by syn ucałował jego sygnet. Ojciec był
osobą ciepłą i przyjazną, ale w relacjach z dziećmi zachowywał takie
same zasady i taki sam emocjonalny dystans, jaki rządził relacjami w antycznym świecie rzymskim (a pamiętajmy, że jeszcze kilka pokoleń temu
był normą także i u nas).
Całowanie dłoni w naszym społeczeństwie stało się rzadkością i poza
kontekstem religijnym, gdy całuje się ręce osób duchownych, jest obecnie
tylko świadectwem pewnego wychowania i klasy. Niektórzy zapominają
również, że cmoknięcie, które było tak mile widziane dwa tysiące lat
temu, dziś stało się jedynie oznaką wulgarności - kiedy mężczyzna całuje
dłoń kobiety, jego usta nigdy nie powinny jej dotykać, co najwyżej
musnąć.
Czy praktykowano "malinki"?
Odpowiedź brzmi: tak - i chociaż nie dorobiły się konkretnego terminu,
wiemy ze starożytnych tekstów, że były całkiem powszechne.
Oto fragment z Owidiusza, słynnego poety elegijnego, żyjącego i tworzącego na przełomie er:
Szukaj mu konkurenta, unikaj stagnacji -
długo związek nie przetrwa bez kłótni przyczyny.
Niech znajdzie w łóżku ślady innego amanta
i namiętne na szyi wykwitłe malinki9.
Ne securus amet nullo rivale caveto;
non bene, si tollat proelia, durat amor.
Ille viri videat toto vestigia lecto
factaque lascivis livida colla notis.
Rada Owidiusza, gdyby została wykorzystana przez współczesną kobietę,
wywołałaby u niemal każdego dzisiejszego mężczyzny taką falę zazdrości,
że zapewne doprowadziłaby do gorzkiego rozstania. Daje ona jednak wgląd
w subtelne strategie rzymskich kobiet stosowane w grze miłosnej. Do tego
tematu jeszcze powrócimy i niejedno nas zaskoczy.
Gest, który dotarł do naszych czasów: posyłanie pocałunków
Wśród gestów, które przetrwały do dzisiaj, a były znane w starożytnym
Rzymie, jest całowanie na odległość. Bardzo rozpowszechnione we
Włoszech, Hiszpanii i ogólnie w południowej Europie oraz w Ameryce
Łacińskiej polega na zbliżeniu palców zamkniętej dłoni do ust,
naśladowaniu pocałunku i natychmiastowym ponownym otwarciu dłoni.
Rzymianie wykonywali go tak samo i nazywali "rzucaniem pocałunków"
(iacere oscula lub iacere basia).
Skąd wziął się ten zwyczaj? Nie wymyślili go Rzymianie. Jest jednym z najstarszych w historii cywilizacji: Rzymianie przejęli go od Greków, a podobny gest istniał już wcześniej u Sumerów, Asyryjczyków i Babilończyków.
Co ciekawe, pocałunek na odległość wywodzi się ze sfery religijnej. W starożytności, także w świecie rzymskim, zabraniano fizycznego całowania
podobizn bóstw, dlatego podczas ceremonii religijnych ludzie wysyłali
"pocałunki na odległość" w stronę posągu boga lub innej jego
symbolicznej reprezentacji.
Wykonywano taki pocałunek jednak nieco inaczej niż dziś - nie używano
całej dłoni, a jedynie kciuka i palca wskazującego. Co do reszty, był
taki sam jak współcześnie. Według uczonych "pocałunek na odległość" miał
być jednym ze zwyczajowych sposobów oddawania czci bóstwom zarówno w Grecji, jak i w Rzymie.
Pliniusz Starszy, słynny przyrodnik, dowódca floty na Morzu Tyrreńskim,
zmarły podczas erupcji Wezuwiusza, która zniszczyła Pompeje w sierpniu
79 roku naszej ery, w swojej Historii naturalnej dodaje pewien
szczegół: pocałunek wysyłany bóstwu musiał być wykonany prawą ręką.
Możemy sobie też wyobrazić, jak wyglądały takie pocałunki, czytając
starożytne teksty, na przykład relację Minucjusza Feliksa, prawnika i pisarza pochodzenia afrykańskiego, który żył w Rzymie na przełomie II i III wieku naszej ery. W dziele Oktawiusz opisuje on gest pewnego
poganina wykonany przed posągiem Serapisa: "Cecyliusz, spostrzegłszy
posąg Serapisa, podniósł zwyczajem zabobonnego tłumu rękę do ust, by
przesłać mu pocałunek"10.
Nie dziwi tu użycie przymiotnika "zabobonny". Tak właśnie chrześcijanie
myśleli o poganach. Minucjusz Feliks był chrześcijaninem, a jego
Oktawiusz jest dziełem zdecydowanie jednostronnym; ten umiejscowiony w Ostii dialog trzech postaci: Oktawiusza, Minucjusza (obaj nawróceni na
chrześcijaństwo) oraz poganina Cecyliusza, kończy się nawróceniem na
chrześcijaństwo tego ostatniego, przekonanego argumentacją tytułowego
bohatera utworu.
Ale pocałunek na odległość, pierwotnie pogański, został w końcu
"ochrzczony". Jakiś czas później chrześcijanie zaczęli wysyłać
"pocałunki na odległość" w kierunku przedstawienia Chrystusa na krzyżu.
Łatwo sobie wyobrazić, że z czasem gest ten opuścił świątynie i wszedł
do codziennego życia jako oznaka serdeczności, ale także pochwały,
wdzięczności i uznania - to samo znaczenie ma do dziś. Zagościł również
na scenie. Jeśli dziś widzicie piosenkarzy pod koniec występu lub
piłkarzy po zdobyciu gola, jak posyłają pocałunki publiczności albo
kibicom, to możecie być pewni, że Rzymianie robili to samo po występach
już w I wieku naszej ery. Marcjalis poświadcza to w jednym ze swoich
epigramów:
Brawa! - Rzucasz całusy [basia iactas]. - Nie ufaj tym głosom:
Wnet huśtaną jak ptaszka śmigną ku niebiosom!11
Ale nie wszyscy to robili, bo choć zwyczaj był bardzo częsty, publiczne
posyłanie pocałunków uważano za gest "nikczemny", to znaczy niegodny
arystokraty. Tacyt, historyk żyjący na przełomie I i II wieku naszej
ery, zdecydowanie krytykował cesarza Otona, który w 69 roku naszej ery
posyłał publiczności pocałunki podczas ceremonii wstąpienia na tron. W oczach dziejopisa był to służalczy gest niegodny cesarza.
Czy wychodziło się na kolację z dziewczyną?
Po tej długiej dygresji zostawiamy naszą parę oddającą się czułościom na
sklepowym zapleczu i ruszamy dalej w naszą podróż po starożytnym Rzymie
w poszukiwaniu miłości. Wychodzimy na ulicę i staramy się wmieszać w tłum. Rzymska moralność, jak wspomnieliśmy, nie pozwala na swobodne
okazywanie uczuć na ulicy i dlatego usuwa z naszego widoku sceny, które
w codziennym życiu dzisiejszego świata są naturalne - nie widzimy par
trzymających się za ręce albo całujących się na ławce. Nie ma też w tym
świecie zwyczaju zabierania dziewczyny do restauracji.
Rzymianie nie znali zaproszeń na romantyczne kolacje, na przykład jako
pierwszego kroku do bliskości po poznaniu się pary. I nie jest to tylko
kwestia etyki - po prostu nie istniały wtedy restauracje odpowiednie do
takich spotkań. Starożytny Rzymianin nie zdołałby wskazać wam żadnego
romantycznego lokalu ze świecami. Prosperowały tylko podrzędne bary i gospody z kelnerkami-prostytutkami lub po prostu z prostytutkami
wabiącymi klientów do środka. Do bywalców tych przybytków należeli
często pijacy, złodzieje, hazardziści albo woźnice rydwanów, szukający
seksualnego rozładowania lub bójki. Te miejsca miały taką samą atmosferę
i gościły taką samą klientelę, jak saloons znane nam z westernów.
Panowie, czy zabralibyście dziewczynę do takiej knajpy na pierwszą
romantyczną kolację? Na pewno nie. Nie były to miejsca odpowiednie dla
porządnej dziewczyny.
Czy kochankowie trzymali się za ręce lub okazywali sobie czułości?
Cóż, życie zakochanej pary w czasach starożytnych napotykało bez
porównania więcej trudności niż dzisiaj. Nie można było publicznie się
całować ani wyjść razem na kolację. A czy można było chociaż trzymać się
za ręce, idąc ulicą, i wymieniać czułe gesty? Absolutnie nie. Podobnie
jak w przypadku pocałunków, każdy rodzaj fizycznego kontaktu w miejscu
publicznym uważano za skandaliczny i sprzeczny ze wspomnianą już
pudicitia. Pomyślcie, że nawet pary małżeńskie (przynajmniej te z wyższych sfer) nie mogły w miejscach publicznych trzymać się za ręce.
Wyjątki były niezmiernie rzadkie, na przykład rytuał zaślubin
przewidywał splot dłoni.
Dotyk nie zdarzał się nawet w teatralnych komediach. Świadczy to o rygorystycznym sformalizowaniu relacji między mężczyzną a kobietą, które
we współczesnych zachodnich społeczeństwach odeszło w niepamięć, choć
było jeszcze wyraźnie obecne w czasach naszych dziadków. Jednym z bardzo
rzadkich przypadków opisanych w literaturze łacińskiej, gdy kobieta
bierze mężczyznę za rękę, jest sztuka Plauta Amfitrion: w jednej ze
scen Alkmena bierze męża za rękę i go całuje; czyni to jednak na
osobności, a nie na środku ulicy.
Oczywiście takie były ogólne zasady życia u Rzymian; nie możemy
wiedzieć, czy przez tyle wieków trwania tej cywilizacji wszyscy ich
przestrzegali, zwłaszcza wśród niższych warstw społeczeństwa, gdzie -
inaczej niż w rodzinach arystokratycznych - panowały zwyczaje bardziej
elastyczne. Być może na ulicach plebejskich dzielnic, takich jak na
przykład Suburra, tolerowało się przelotny kontakt ciał (dyskretne
pieszczoty, uściski, co najwyżej pocałunek), ale należy pamiętać, że w rzymskim świecie konsekwencje czyjegoś zachowania nie spadały tylko na
jednostkę, ale wpływały na postrzeganie całej rodziny. Logiczne jest
zatem założenie, że wszyscy starali się zachowywać zgodnie z zasadami i moralnością.
Prawo przeciw stalkingowi
Na Rzymiankach, zwłaszcza należących do wyższych klas, matronach i virgines (jeszcze niezamężnych dziewczętach), ciążyły niezwykle
rygorystyczne zakazy. Wiemy od Waleriusza Maksymusa, że żaden mężczyzna
nie mógł publicznie dotknąć matrony, ponieważ w ten sposób skalałby
pudicitia kobiety, jej godność. Zakaz ten miał zaskakujące i zawstydzające reperkusje. Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, na
przykład, mieli związane ręce - skoro nie można dotknąć matrony, w jaki
sposób ją aresztować, gdy trzeba? Ale jak wyjaśnia badaczka Danielle
Gourevitch, matronie nic nie "uchodziło na sucho", ponieważ jej sprawę
przekazywano rodzinie i kobieta musiała stawić czoła gniewowi ojca lub
męża za zhańbienie rodzinnego nazwiska. Możecie sobie również wyobrazić
trudności, z jakimi borykali się celnicy, gdy na granicach (były w każdej prowincji imperium, a w Italii na całej linii łuku Alp) pojawiała
się matrona, którą podejrzewali o ukrywanie pod szatami pereł lub
cennych towarów, których nie chciała zadeklarować. Przeszukanie jej lub
zmuszenie do opuszczenia wozu byłoby istnym świętokradztwem.
Chroniona była nie tylko fizyczna, ale i moralna nietykalność matrony.
Około 200 roku przed naszą erą ogłoszono prawo (Lex de adtemptata
pudicitia), które w najszerszym zakresie chroniło godność Rzymianki.
Chociaż pełny tekst nie przetrwał do naszych czasów, uczonym udało się
zrekonstruować jego treść z innych źródeł. Prawo to strzegło czci trzech
kategorii kobiet: mężatek (nuptae), wdów (viduae) i dziewic
(virgines), a także niedorosłych chłopców.
Kary przewidziano nie tylko dla każdego, kto dotykał kobiety (celowo lub
w sposób napastliwy), ale także dla tego, kto zwracał się do niej
(appellare) obraźliwymi słowami lub składał nieprzyzwoite propozycje.
Jurysta Ulpianus (z przełomu II i III wieku naszej ery) wyjaśniał, że
przez "zwracać się do kogoś" (appellare) należało rozumieć, że w stosunku do kobiety zabronione były nie tylko przekleństwa czy
wulgaryzmy, ale także "normalne" słowa używane do zwyczajnego podrywu na
ulicy, które jednak w ostatecznym rozrachunku miały na celu zachęcenie
matrony do niemoralnego zachowania. Innymi słowy, karany był także
mężczyzna, który naprzykrzał się jej przez presję psychiczną lub
zaczepki na ulicy. W tym sensie Lex de adtemptata pudicitia, które
obowiązywało przez cały okres cesarstwa, przypomina nasze prawo
przeciwko stalkingowi.
Prawo to przewidywało sankcje w szczególności wobec tych, którzy
zalecali się do matrony i natarczywie próbowali namówić ją na seks -
takie zachowania uznawano za przestępstwo. W czasach rzymskich
bałamutnicy musieli postępować ostrożnie: prób "podrywania" oczywiście
nie karano, ale jeśli ktoś wybrał niewłaściwą kobietę (wysoko postawioną
matronę) lub złą metodę i zalecał się w wulgarny lub natarczywy sposób,
to mógł być ścigany z całą surowością prawa. Przestępstwem była również
sytuacja, gdy ktoś, chcąc zyskać swobodę prowadzenia zalotów, próbował
usunąć niewolnika towarzyszącego kobiecie jako ochrona.
Zasądzano kary pieniężne, które różniły się w zależności od pozycji
społecznej kobiety. Im wyższą pozycję zajmowała jej rodzina, tym
pokaźniejszą sumę odszkodowania musiał zapłacić przestępca.
Lex de adtemptata pudicitia obowiązywało w całym imperium i chroniło
wolne obywatelki Rzymu o nienagannej reputacji. Kobiety o nadwerężonej
opinii lub skazane kiedyś za cudzołóstwo, a także niewolnice, nie mogły
z niego skorzystać. Nie wiemy, do jakiego stopnia prawo to było
stosowane w praktyce. Jeśli weźmiemy pod uwagę koszty procesu, wydaje
się bardzo prawdopodobne, że sprawy były wytaczane przede wszystkim
przez matrony należące do zamożniejszych rodzin.
Nie mamy także pewności, czy w prowincjach, które często posiadały
autonomiczne ustawodawstwo obok prawa rzymskiego, prawo to było
stosowane, a jeśli tak, to w jakim zakresie. Pewne jest natomiast, że i tam chroniło ono rzymskie matrony, na przykład żony urzędników
administracji lub wojskowych.
Być może również z powodu możliwych zaczepek szanujące się kobiety nigdy
nie wychodziły same na ulice. Zawsze eskortował je i ochraniał zaufany
niewolnik lub domownik (comes). Zaufany... owszem, ale przede
wszystkim był on zaufanym męża, który kontrolował żonę, czy nie dochodzi
do żadnych skoków w bok. Dlatego też szanująca się kobieta, której nie
towarzyszył comes, była bardzo źle postrzegana i groziło jej, że
zszarga honor własnej rodziny - mogła zostać wzięta za niewolnicę lub,
co gorsza, za prostytutkę. Taka sama etykietka przylgnęłaby do niej,
gdyby pozwoliła sobie na pocałunki, pieszczoty czy inną wylewność.
Czy dawało się kwiaty kobiecie?
No dobrze, nie całowano się na ulicy, nie trzymano się za ręce, nie
wychodziło się razem na kolację, ale czy przynajmniej dawało się kwiaty
ukochanej? Kolejne rozczarowanie. Nie, ówcześni mężczyźni nie dawali
wybrankom serca ani czerwonych róż, ani innych kwiatów. Po prostu nie
znali takiego zwyczaju.
A przecież Rzymianie i Rzymianki kochali kwiaty, ich barwy i zapachy,
ale wiązali je bardziej ze światem religii i ceremonii albo też z upiększaniem domostwa. Ktoś mógł przynieść kwiaty, aby zaskoczyć
ukochaną, ale był to wyjątek, któremu nie nadawano takiego znaczenia jak
dzisiaj.
Żeby to łatwiej zrozumieć, wyobraźcie sobie świecę. Jakiemu celowi dziś
służy? Widzicie ją w kościele (miejsce religijne), na torcie urodzinowym
(święto) lub na świeczniku, aby upiększała pokój lub tworzyła odpowiednią
atmosferę (wystrój wnętrza). Nikt nie wpadłby na pomysł przyniesienia
ukochanej świecznika z zapalonymi dwudziestoma jeden świecami, tak jak
robimy to dzisiaj z czerwonymi różami. To po prostu nie jest nasza
tradycja. Tak samo myśleli o kwiatach starożytni Rzymianie. Z kilkoma
wyjątkami, które zaraz poznamy.
Kontynuujemy nasz spacer. Zakochana para wciąż ukrywa się na sklepowym
zapleczu - los zadecyduje, jaka będzie przyszłość tych dwojga. A my
podążamy teraz za dwiema zajętymi rozmową rzymskimi matronami. Przed
każdą z nich idzie comes, osobisty ochroniarz, który toruje drogę i pilnuje, by nikt zanadto nie zbliżył się do jego pani. Na marginesie -
gdy słyszymy termin matrona, instynktownie przychodzą nam na myśl
brzydkie, grube, mocno dojrzałe panie obwieszone złotem. Tymczasem w epoce rzymskiej matrona to kobieta szlachetnie urodzona; mogła być
młoda, piękna i szczupła - jak te dwie, za którymi idziemy. Kobiety
skręcają za róg i nagle pojawia się imponująca lektyka. Powoli sunie
środkiem ulicy. Trudno nam sobie to wyobrazić, nie jesteśmy
przyzwyczajeni do podobnego widoku, jedynymi współczesnymi porównaniami
byłyby: kondukt pogrzebowy z trumną albo procesja religijna ze świętą
figurą osłoniętą baldachimem i niesioną przez ludzi na własnych
ramionach. Bo w istocie lektyka, którą widzimy, jest niczym więcej jak
przykrytym baldachimem łóżkiem z noszami dźwiganymi przez ludzi. Niesie
ją ośmiu jednolicie ubranych niewolników, trzymając na barkach długie
drążki tych noszy. Ich nogi poruszają się synchronicznie, nadając
lektyce wygląd owada, dużej stonogi posuwającej się po chodniku. Po
chwili nas mijają. Spoglądamy na twarze niewolników: są napięte, na
czołach nabrzmiewają im żyły, po skroniach i policzkach spływają krople
potu. Pewnie mają już za sobą długą drogę, ale przede wszystkim dokucza
im ciężar lektyki! Jest masywna, pokryta zdobieniami ze złoconego brązu
oraz rzeźbami z kości słoniowej i drewna - to odpowiednik antycznego
Rolls-Royce'a. Wykonano ją nie po to, by łatwo się ją niosło, lecz by
imponować bogactwem. To symbol statusu. Sądząc po wysiłku niewolników,
nie bez znaczenia jest również waga niesionej osoby; ciężkie, misternie
wykonane zasłony (odpowiednik przyciemnianych okien w naszych
luksusowych samochodach) uniemożliwiają nam dostrzeżenie, kto leży w środku.
Widzieliśmy takie nosze w wielu scenach filmowych, ale jest jeden
szczegół, którego na filmie nie widać, a którego za chwilę doświadczymy
"na żywo". Po przejściu lektyki w powietrzu rozchodzi się niezwykły
zapach: mieszanka aromatu szlachetnego drewna (zawsze wykorzystywanego w luksusowych meblach w domach bogaczy, także w ich lektykach), perfum
pasażera oraz orientalnych olejków, którymi skropiono poduszki i materac
(starożytny odpowiednik choinek zapachowych dyndających pod lusterkami
wstecznymi wielu naszych samochodów). W końcu w nasze nozdrza wdziera
się gryzący zapach potu niewolników. Jakie to robi wrażenie, widać
wyraźnie na twarzach obu matron: najpierw przyjemność, później
przechodząca w obrzydzenie. Na szczęście już po chwili ogarnia nas inny
z ulicznych zapachów. Uwalniają go doniczki z kwiatami ustawionymi na
balkonach i w oknach insulae. Pomimo surowości życia ich mieszkańcy
dbają o drobne przyjemności, przejawiające się choćby w takich
szczegółach jak kwiaty. Ulica jest dobrze znana i lubiana w dzielnicy
właśnie ze względu na kwiaty, kolory i zapachy, dziś powiedzielibyśmy,
że jest jak z obrazka.
Nic w tym dziwnego. Kwiaty były bardzo powszechnym elementem codziennego
życia Rzymian. Wystarczy pomyśleć, że wszystkie domy bogaczy były
otoczone ogrodami (horti), w których uprawiano kwiaty, a w wielkich
willach istniały nawet specjalne obszary (ambulationes, nazwa pochodzi
od ścieżek wykorzystywanych głównie do spacerów po posiłkach),
przeznaczone wyłącznie do uprawy kwiatów, czasami w donicach, czasami
bezpośrednio w ziemi.
A jakie były najpopularniejsze kwiaty Rzymian? Nade wszystko róże, także
fiołki (wielu odmian), lilie, irysy, krokusy, maki, żonkile, mieczyki,
goździki, szarłaty, wiciokrzewy i wiele, wiele innych.
Skoro nie dla żywych, to dla zmarłych
Ciekawe, że w starożytnym Rzymie nie było zwyczaju dawania kwiatów
osobom żywym, za to ofiarowywano je zmarłym. Ostatniego dnia (Feralia)
święta poświęconego zmarłym (Parentalia), obchodzonego między 13 a 21
lutego, Rzymianie przynoszą na groby swoich bliskich dary, a wśród nich
bardzo często kwiatowe girlandy (zwykle czerwono-fioletowe). Czasami nie
są one wykonane z prawdziwych kwiatów, ale - aby były bardziej trwałe -
z czerwonawych kulek wykonanych z ciasta ugniecionego z dodatkiem
kwietnych płatków. Takie girlandy mogą też być dostępne poza sezonem,
kiedy trudno o świeże kwiaty.
Kwiaty są tak powszechnie wykorzystywane do ozdabiania grobów, że
istnieją nawet święta zmarłych związane wyłącznie z kwiatami. Na
przykład Violaria pod koniec marca albo Rosaria (lub Rosalia) na
przełomie maja i czerwca, kiedy to krewni ucztują na grobach, dekorując
je - odpowiednio, w zależności od święta - fiołkami lub różami.
Kwiaty są również obecne podczas wielkiej ceremonii, która jest
świętowaniem życia: zaślubin. W tym przypadku symbolizują szczęście i dobrobyt. A najbardziej poszukiwanymi kwiatami na tę okazję są róże.
Tysiące róż! Jak w przypadku ślubu syna Dionizji. Posłuchajcie tej
historii.
Dwa tysiące ślubnych róż
W znalezionym w Oksyrynchos w Egipcie papirusie pochodzącym z czasów
rzymskich, a dokładniej z interesującego nas okresu (II wiek naszej
ery), czytamy o dwojgu kwiaciarzach, Apoloniuszu i Serapii, którzy
szukali sposobu na udobruchanie kobiety imieniem Dionizja, ponieważ nie
udało im się dostarczyć wszystkich kwiatów, które zamówiła na ślub
swojego syna. Kobieta nie szczędziła grosza i zażądała dwóch tysięcy róż
i dwóch tysięcy żonkili! Jednak kupcom udało się zebrać "zaledwie"
tysiąc róż, zaproponowali więc, że dodadzą do nich nawet cztery tysiące
żonkili. Nigdy się nie dowiemy, co odpowiedziała Dionizja ani jak
potoczyły się sprawy. Jedno jest jednak pewne: zarówno wtedy, jak i teraz miłość świętowano różami.
Ten papirus sygnalizuje nam jeszcze inny szczegół. Wiemy też z różnych
źródeł, że za zakup kwiatów oraz wina była odpowiedzialna rodzina pana
młodego, a do rodziny panny młodej należała cała organizacja i, co nie
mniej ważne, doręczanie zaproszeń.
Jak znaleźć kwiaty poza sezonem
Widzieliśmy, że nie było zwyczaju, aby kochanek dawał róże swojej
ukochanej. A nawet gdyby chciał to zrobić, to poza sezonem napotykał
przeszkodę nie do pokonania: nie było szklarni i upraw przemysłowych
takich jak dziś, zdolnych do dostarczania róż czy innych kwiatów
niezależnie od pory roku.
Owszem, istniały małe szklarnie i chyba to właśnie Rzymianie je
wynaleźli (przynajmniej tak mówią nam znane źródła historyczne), by móc
uprawiać rośliny przez cały rok. Z pism Pliniusza Starszego wiemy, że
cesarz Tyberiusz uwielbiał ogórki. Aby mieć je na stole o każdej porze
roku, kazał skonstruować ruchome szklarnie. Były to obudowane płytkami
ze szkła skrzynie na kółkach, które przesuwano w taki sposób, by
zapewnić roślinom ciepło i słońce, dzięki czemu dało się uprawiać ogórki
nawet w zimie.
Był to jednak wyjątek. W tamtych czasach nie istniały jeszcze szklarnie
przemysłowe. I nikt, z wyjątkiem cesarza, nie mógł pozwolić sobie na
warzywa, owoce lub kwiaty poza sezonem. Znano tylko jeden sposób na
rozwiązanie tego problemu: sprowadzić je z odległych krajów, gdzie
akurat rosły.
Dziś nikt z nas nie zwraca już na to uwagi, ale za roślinami, które
widzimy w kwiaciarniach, kryje się ogromny handel obejmujący całą
planetę. Róża, którą mężczyzna przynosi na romantyczne spotkanie, lub
kwiaty, które kobieta kupuje z okazji kolacji w domu lub u przyjaciółki,
często pochodzą z bardzo odległych krajów. I trafiają do nas przez
miasto Aalsmeer niedaleko Amsterdamu, gdzie każdego ranka odbywa się
największa na świecie aukcja kwiatów. To tam hurtownicy kupują je, by
dotarły świeże do waszej dzielnicy. W czasach rzymskich nie istniały
Boeingi ani Airbusy zdolne przetransportować świeże kwiaty z różnych
kontynentów do wybranego miasta w ciągu paru godzin. A jednak Rzymianie
wymyślili system bardzo podobny i równie skuteczny, kierując się chęcią
imponowania bogactwem.
Najwspanialszy prezent: zimowe róże z Egiptu
W przeciwieństwie do ludu, któremu musiały wystarczyć kwiaty dostępne
lokalnie, rzymska elita mogła - w wyjątkowych okolicznościach - pozwolić
sobie na prawdziwe klejnoty, za które trzeba było zapłacić kolosalne
sumy: "zimowe róże" z Egiptu.
Dzięki klimatowi, cieplejszemu w tej prowincji imperium, róże mogły
kwitnąć tam wcześniej. Fakt ten wykorzystali ludzie obdarzeni żyłką do
interesów i zorganizowali transport drogą morską, pakując kwiaty na
statki płynące do Rzymu. Te róże były odpowiednikiem diamentów i wręczano je jako prezenty na specjalne okazje, jak mówi nam grecki poeta
erotyczny Krynagoras z Mityleny, który przybył do Rzymu jako ambasador
za czasów Augusta i wszedł do kręgu nadwornych poetów.
Krynagoras podarował cesarskiej siostrzenicy Antonii Młodszej w dniu jej
urodzin bukiet niezwykle rzadkich zimowych róż z Egiptu wraz z następującą dedykacją: "Wiosną niegdyś kwitłyśmy, a teraz już pośrodku
zimy otwieramy nasze purpurowe kielichy, uśmiechając się radośnie do
świtu Twych urodzin, tuż obok Twojego ślubnego łoża. Lepiej być
owiniętym wokół skroni najpiękniejszej z kobiet niż czekać na nadejście
wiosennego słońca"12.
Dość łatwo można ustalić datę tego podarunku. Wiemy, że Antonia Młodsza,
córka Oktawii (siostry Augusta) i Marka Antoniusza, urodziła się 31
stycznia. Poecie udało się zatem zdobyć róże w środku zimy, kiedy nawet
żegluga była zawieszona z powodu sztormów. Jak róże z Egiptu dotarły do
Rzymu, pozostaje zagadką, także dlatego, że towar był bardzo delikatny i łatwo się psuł. Mimo że od października do marca-kwietnia wielkie szlaki
na Morzu Śródziemnym pustoszały, to najwyraźniej niektórzy kapitanowie w zamian za spore sumy decydowali się na ryzyko. Być może wybierali
dłuższe, ale bezpieczniejsze trasy wzdłuż wybrzeża i zapuszczali się na
otwarte akweny tylko tam, gdzie to było konieczne.
W czasach cesarskich żeglugę oficjalnie "otwierano" obrzędem Navigium
Isidis, było to święto - opisane między innymi przez Apulejusza pod
koniec Metamorfoz - poświęcone Izydzie, które obchodzono 5 marca. Wraz
z nadejściem jesieni (październik) żegluga handlowa na ogół się
kończyła. Praktykowano tylko mały kabotaż wzdłuż wybrzeży. Płynąc od
portu do portu, przewożono wiele towarów aż do Rzymu, co oczywiście
wiązało się z wyższym ryzykiem i dłuższym czasem transportu.
To pozwala nam zrozumieć wartość tych róż. By je dostarczyć, ludzie
ryzykowali życie i czasem naprawdę ginęli. Dlatego były tak cennym
darem. Mówi o tym również Marcjalis w jednym ze swoich epigramów, gdy
podkreśla, że zimowe róże tak się podobają, ponieważ są rzadkie, a także
dlatego, że są bardzo drogie:
Rzadkość nęci. Najbardziej lubimy wszak owe
Wczesne jabłka, a róże najdroższe - zimowe.
Chciwe dziewki tym milsze, że ulec nieskore,
Nie kuszą nas drzwi ciągle stojące otworem13.
Jak twierdzą niektórzy badacze, lukratywność tego interesu i stałe
zapotrzebowanie na zimowe róże sprawiły, że Rzymianie próbowali
doskonalić techniki uprawy w Italii i już w epoce odpowiadającej
narodzeniu Chrystusa zaczęli hodować te kwiaty, zwłaszcza w rejonie
Paestum, które w czasach cesarskich stało się słynnym ośrodkiem hodowli
silnie pachnących czerwonych róż. Współczesny nam historyk Mario Mello
twierdzi, że w tamtejszych ogrodach różanych (rosaria) hodowano
różnorodne odmiany, kwitnące dwa razy w roku: wiosną i późną jesienią.
Rzymianie odkryli pomysłowe techniki poprawy produkcji róż, o czym
donosi Pliniusz Starszy: "aby wcześniej rozkwitły [...] wystarczy
wykopać głęboki na stopę dół wokół korzenia i wlać do niego gorącą wodę,
kiedy pąk róży zaczyna kiełkować".
Produkcja róż w Paestum była jednak ograniczona i niezwykle kosztowna,
więc i wyhodowane tam kwiaty wciąż stanowiły ekskluzywny podarunek. A jeśli do róż dodawano wiersz, jak w przypadku nadwornego poety
Krynagorasa z Mityleny, był to prezent doskonały. Wśród zamożnych klas
podarowanie komuś dzieła literackiego uważano za gest o wielkim
znaczeniu.
Wiersze i róże dla kobiety... dziś motyw romantyczno-sentymentalny lub
erotyczny nasuwałby się sam. Ale w czasach rzymskich nie było to tak
oczywiste. Kobiety często dostawały takie prezenty z dwóch prostych
powodów; po pierwsze, uważano je za "muzy inspiratorki" poezji; po
drugie zaś, gdyż często, jak w przypadku Krynagorasa z Mityleny,
obdarowana była również sponsorką jego życia i literackiej aktywności.
Krótko mówiąc, bardziej niż miłość, to względy praktyczne i chęć
zadziwienia napędzały zimowy rynek róż w starożytnym Rzymie. Ale wraz z powrotem ciepłej pory roku róża ponownie zaczynała odgrywać, tak jak
dziś, rolę związaną z życiem, szczęściem i miłością. Mówi nam o tym
Marcjalis. Dla niego róża jest kwiatem miłości par excellence (nawet
jeśli nie dla kobiety, lecz dla mężczyzny, którego darzył wielkim
szacunkiem, ponieważ był jego przyjacielem i "sponsorem"), który należy
nosić jako koronę we włosach:
Idź, szczęsna różo, i cudne twe kwiecie
Apolinara niech włosy oplecie;
W późnej starości ozdabiaj skroń siwą,
Za to Wenerę miej zawsze życzliwą14.
Jakie prezenty dawali sobie narzeczeni
Naszą uwagę przykuwa dźwięk zdecydowanych, niemal wojskowych kroków
odbijających się echem od murów ukwieconej ulicy. Odwracamy się i widzimy postawnego mężczyznę o wydatnych kościach policzkowych i małych,
głęboko osadzonych oczach. Idzie zdecydowanie, jakby był właścicielem
tego miejsca. Po jego zachowaniu i stroju wnioskujemy, że należy do
wysokiej klasy społecznej, jest przyzwyczajony do wydawania poleceń i przyjmowania oznak szacunku. Kiedy przechodzi, dwóch niewolników odsuwa
się, opuszczając głowy. Gdy nas mija, uderza nas jego zapach, bardzo
intensywny, który sprawia, że na chwilę zapominamy o smrodzie zaułka. Ta
postać wzbudza ciekawość. Kim jest mężczyzna i dokąd zmierza? Skręcamy z nim za róg i wychodzimy na jedną z najbardziej wystawnych ulic w dzielnicy, pełną podobnych mu osób, bogato ubranych i dbających o szczegóły stroju. Blask złota i barwy szlachetnych tkanin kontrastują z matowymi kolorami (szarymi, brązowymi, brudnobiałymi) ubrań, które widać
na biedniejszych ulicach. Ludzie tutaj wydają się nie zauważać tych,
którzy nie należą do ich klasy społecznej. To ulica, po której chodzą
bardziej po to, by być widzianymi, niż po to, by patrzeć.
Do naszych uszu dobiega rytmiczny stukot małych młotków. Mężczyzna
kieruje się wprost do sklepu, z którego dochodzą te nieustanne,
irytujące dźwięki, i znika w środku. Podążamy za wonią jego perfum. Co
to za sklep? Zatrzymujemy się przed wejściem i patrzymy na szyld.
Przedstawia dwa eleganckie złote naszyjniki z perłami oraz pierścienie,
na których wyróżniają się zielone i niebieskie prostokąty, najwyraźniej
szmaragdy i szafiry. To warsztat złotnika! Taberna gemmaria, jak
nazywają go Rzymianie. Zgodnie ze zwyczajem, zawsze znajduje się na
eleganckiej ulicy i do dziś takie same miejsca wybierają najsłynniejsi
jubilerzy. Mężczyzna, jak się domyślamy, wszedł, aby zamówić prezent dla
swojej kobiety; nie wiemy, czy jest jego żoną, kochanką, konkubiną czy
narzeczoną. Jedno jest pewne: Rzymianie, tak samo jak my, dawali swoim
kobietom prezenty. Tak, ale co dawali?
Wiemy, że podczas uczty zaręczynowej przyszli małżonkowie wymieniali się
prezentami (do tematu zaręczyn wrócimy w dalszej części książki). Był to
bardzo stary zwyczaj i najwięcej prezentów otrzymywała narzeczona:
stroje, meble, biżuterię, pudełka z kosmetykami czy przybory toaletowe.
Oczywiście każdy dawał prezenty odpowiednio do zawartości swojej
kieszeni. (Aczkolwiek kieszenie jeszcze nie istniały i prawdopodobnie
zostały stworzone później przez przyszywanie do spodni - przejętych od
barbarzyńców - skórzanych lub materiałowych sakiewek, które zwykle
noszono przy pasku; takie praktyczne rozwiązanie chroniło też przed
kradzieżą). Łatwo sobie wyobrazić, jak hojne były dary, gdy zaręczali
się ludzie z klas rządzących. A w jednym przypadku nawet nie musimy
sobie tego wyobrażać. Chcecie wiedzieć, co syn cesarza dał swojej
narzeczonej? Maksyminus Młodszy, syn Maksymina Traka (który żył w III
wieku naszej ery), podarował swojej Junii Fadylli, jak donosi Juliusz
Kapitolinus w Historia Augusta: "dziewięć sznurów białych pereł,
siatkę do włosów z jedenastoma szmaragdami, cztery bransolety z zameczkiem z ametystów, ponadto szaty przetykane złotem [...] i inne
dary będące oznakami zaręczyn"15.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki