Miłość, kłamstwa i sekrety - Krystyna Mirek

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ro­dzin­na ta­jem­ni­ca

Fra­nek roz­glądał się in­ten­syw­nie.

Cze­kał na na­rze­czo­ną. Niby rzecz nor­mal­na. Bli­ska oso­ba, po­zor­nie ła­two do­strzec ją w tłu­mie. Ale nie z Wiki ta­kie nu­me­ry! Na ślu­bie ku­zyn­ki ro­dzo­na mat­ka jej nie po­zna­ła. A Fra­nek omal nie do­stał kon­kret­nym le­wym sier­po­wym od przy­szłe­go te­ścia za to, że ośmie­lił się przy­jść na ich ro­dzin­ną im­pre­zę z ja­kąś obcą babą. A oj­ciec Wiki miał czym przy­ło­żyć. Fra­nek wzdry­gnął się na samo wspo­mnie­nie i jesz­cze moc­niej za­czął wy­tężać wzrok, a ta­kże wy­ci­ągać szy­ję.

Po­win­na już tu być! - po­my­ślał. - Może na­wet jest.

Czy to ta ru­do­wło­sa pi­ęk­no­ść z zie­lo­ny­mi ocza­mi? Prze­ta­rł oku­la­ry. Nie po­mo­gło. Albo bru­net­ka z krót­ką fry­zur­ką w ład­nym do­pa­so­wa­nym to­pie? Blon­dyn­ka prze­ci­ska­jąca się wła­śnie przez tłum?

Jest! Bin­go! To ona. Roz­po­znał ją po to­reb­ce! Nie mo­gła zmie­niać co chwi­lę ca­łej gar­de­ro­by i do­dat­ków, ale je­śli kie­dyś, co nie­wy­klu­czo­ne, będzie ją na to stać, spra­wa sta­nie się jesz­cze trud­niej­sza. Tym ra­zem się uda­ło.

Ulży­ło mu, jak­by wła­śnie ura­to­wał świat przed cy­be­ra­ta­kiem. Dziś obędzie się bez kpin i żar­tów na te­mat spo­strze­gaw­czo­ści mężczyzn. To do­brze, bo mo­ment był wa­żny.

- Cze­ść! - przy­wi­tał się i po­ca­ło­wał jej cie­płe usta. Ich na szczęście nie zmie­nia­ła ani nie po­pra­wia­ła in­wa­zyj­ny­mi za­bie­ga­mi. Wiki bar­dzo bała się za­strzy­ków i na­wet jej wiel­ka mi­ło­ść do me­ta­mor­foz nie mo­gła temu za­po­biec.

- Co ta­kie­go wa­żne­go masz mi do po­wie­dze­nia? - za­py­ta­ła, spo­gląda­jąc na nie­go z jaw­ną cie­ka­wo­ścią. - Jaka to może być nie­spo­dzian­ka? Spie­szę się, a pie­rścio­nek już mam. - Z przy­jem­no­ścią wy­ci­ągnęła przed sie­bie dłoń, przy­gląda­jąc się po raz ty­si­ęcz­ny błysz­czące­mu w świe­tle lamp dia­men­to­wi.

Fra­nek się uśmiech­nął. Po­czuł, jak robi mu się przy­jem­nie. Dba­nie o Wiki było miłe, tak pi­ęk­nie umia­ła się ze wszyst­kie­go cie­szyć. Po­sta­rał się z tym pie­rścion­kiem. Odło­żył, od­mó­wił so­bie paru wy­dat­ków, było war­to.

- Je­steś blon­dyn­ką? - za­py­tał, przy­gląda­jąc jej się uwa­żnie.

- Je­stem Wik­to­ria - od­po­wie­dzia­ła. - A ko­lor wło­sów to dro­biazg. - Mach­nęła dło­nią. - Wiesz, że zmie­niam się często. Lu­bię to. Przy­naj­mniej nie­za­do­wo­le­ni klien­ci nie będą mnie ści­gać - ro­ze­śmia­ła się. - A ty i tak za­wsze wiesz, kim je­stem.

Fra­nek prze­łk­nął śli­nę. Gar­dło tro­chę mu się jed­nak ści­snęło. Ża­den pro­gram kom­pu­te­ro­wy na świe­cie nie był tak skom­pli­ko­wa­ny jak Wiki. Ka­żdy kod ban­ko­wy ła­twiej zła­mać, niż od­gad­nąć, co ona na­praw­dę my­śli. To go fa­scy­no­wa­ło. Wpro­wa­dza­ło mnó­stwo ru­chu i ży­cia w jego sta­ran­nie po­ukła­da­ny świat. Ale też spo­ro stre­su, bo wca­le nie był pe­wien, czy spro­sta jej wy­so­kim ocze­ki­wa­niom, na przy­kład czy na­stęp­nym ra­zem też ją roz­po­zna. Za­kła­da­ła ró­żne so­czew­ki i na­wet ko­lor oczu nie był tu­taj wska­zów­ką.

Nie za­dał py­ta­nia, w jaki spo­sób jej wło­sy w ci­ągu jed­nej nocy po­dwo­iły dłu­go­ść. Nie chciał się zbła­źnić. Pew­nie były na to ja­kieś no­wo­cze­sne spo­so­by.

- Mam ci coś wa­żne­go do po­wie­dze­nia - za­kasz­lał. Był zły na ten od­ruch. Za­wsze mu się to zda­rza­ło, kie­dy się de­ner­wo­wał. Jego na­rze­czo­na o tym wie­dzia­ła. Miał świa­do­mo­ść, że w star­ciu na roz­szy­fro­wy­wa­nie jest na z góry stra­co­nej po­zy­cji. Wiki wie­dzia­ła o nim bar­dzo dużo. On o niej w grun­cie rze­czy nie­wie­le.

Ale ja­kie to mia­ło zna­cze­nie?! Przy­tu­lił ją. Prze­su­nął dło­nią po wło­sach. Z tru­dem przy­zwy­cza­jał się do no­we­go ko­lo­ru. Jesz­cze wczo­raj ko­chał się z ogni­ście rudą dziew­czy­ną. A tu taka no­wo­ść.

- O co cho­dzi? - Znie­cier­pli­wi­ła się Wiki. - Jest ja­kaś ta­jem­ni­ca?

- Tak. - Kiw­nął nie­chęt­nie gło­wą. - I chcę ci to po­wie­dzieć te­raz. Je­ste­śmy za­ręcze­ni...

- Masz nie­ślub­ne dziec­ko? Je­steś żo­na­ty? - za­py­ta­ła na­tych­miast. W jej oczach, któ­re dziś bły­ska­ły na zie­lo­no, po­ja­wił się nie­bez­piecz­ny od­cień. Na­tu­ral­ne­go gnie­wu, któ­ry tyl­ko cze­kał, żeby wy­buch­nąć.

Fra­nek szyb­ko po­kręcił gło­wą. Wiki od razu się uspo­ko­iła. A po­tem skar­ci­ła samą sie­bie w du­chu za swo­ją gwa­łtow­ną re­ak­cję. To prze­cież ta­kie nie­praw­do­po­dob­ne. Fra­nek nie by­łby zdol­ny do za­wi­łych in­tryg. Sama nie wie­dzia­ła, czy jego ude­rza­jąca pro­sto­li­nij­no­ść to za­le­ta, czy jed­nak tro­chę wada.

- Go­rzej... - po­wie­dział.

Po­ziom nie­po­ko­ju wzró­sł zna­cząco. Czy­żby się po­my­li­ła, jak jej przy­ja­ció­łka, któ­ra za­ufa­ła fa­ce­to­wi, bo spra­wiał miłe wra­że­nie, i zo­sta­ła oszu­ka­na?

Nie­mo­żli­we - po­my­śla­ła Wiki. - Mnie się coś ta­kie­go prze­cież nie przy­da­rza.

A jed­nak na­rze­czo­ny, o któ­rym sądzi­ła, że wszyst­ko o nim wie, pa­trzył na nią z bar­dzo po­wa­żną miną. Coś wy­ra­źnie miał na su­mie­niu.

- Je­steś cho­ry? - za­py­ta­ła po­wo­li, prze­szu­ku­jąc w gło­wie mo­żli­we opcje.

- Nie! - Za­ma­chał dło­ńmi w ge­ście pro­te­stu. - To nic ta­kie­go. Ro­dzin­na spra­wa.

- Ach! - wes­tchnęła. - Cho­dzi o two­je­go bra­ta - do­my­śli­ła się. I po­czu­ła ulgę. Zwy­kła sprzecz­ka mi­ędzy ro­dze­ństwem. Była na nie­go zła, że ją tak wy­stra­szył.

- Je­den zero dla cie­bie. - Fra­nek ją po­ca­ło­wał. Nie zdzi­wił się, że zga­dła. Jak za­wsze wszyst­ko wie­dzia­ła. Czy­ta­ła w nim jak w do­brze na­pi­sa­nym ko­dzie do pro­gra­mo­wa­nia. A jed­nak czuł, że tym ra­zem ją za­sko­czy. Nie cie­szył się z tego wca­le.

- Gdzie usi­ądzie­my? - za­py­ta­ła Wiki, od­rzu­ca­jąc na ple­cy swo­je nowe blond wło­sy. Na­dal nie mógł się do nich przy­zwy­cza­ić. Nie mia­ło też sen­su tego ro­bić wo­bec fak­tu, że za­pew­ne nie­ba­wem odej­dą w nie­pa­mi­ęć, jak wi­ęk­szo­ść fry­zur jego na­rze­czo­nej.

Ro­zej­rzał się wo­kół. Wy­brał jej ulu­bio­ną ka­wiar­nię, ale te­raz ten po­my­sł prze­stał mu się po­do­bać. Było tu tłocz­no, a on po­trze­bo­wał spo­ko­ju.

- Może jed­nak po­je­dzie­my do domu? - za­pro­po­no­wał. - Tu­taj chy­ba nie da rady.

Wiki otwo­rzy­ła usta, ale szyb­ko zre­zy­gno­wa­ła z ko­men­ta­rza. Ta­kiej miny u Fran­ka jesz­cze nie wi­dzia­ła. Był bar­dzo po­wa­żny.

No cóż! - po­my­śla­ła. - Ka­żdy ma ja­kieś ro­dzin­ne ta­jem­ni­ce. Trze­ba to usza­no­wać.

Ru­szy­ła w stro­nę sa­mo­cho­du. Chcia­ła do­trzeć na miej­sce jak naj­szyb­ciej. Była ogrom­nie cie­ka­wa. Nie spo­dzie­wa­ła się, że na­rze­czo­ny może ją jesz­cze czy­mś za­sko­czyć, a mia­ła prze­czu­cie, że tym ra­zem tak się sta­nie.

Jak zwy­kle się nie po­my­li­ła.

***

- To jest twój brat?! - Wiki wpa­try­wa­ła się w ekran smart­fo­na, ale szyb­ko od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła na swo­je­go na­rze­czo­ne­go.

Gdy­by Fra­nek był bar­dziej uwa­żny, pra­wie mó­głby zo­ba­czyć kręcące się w jej ga­łkach ocznych sym­bo­le do­la­ra jak na au­to­ma­cie, kie­dy czło­wie­ko­wi wy­da­je się, że lada mo­ment wy­gra głów­ną na­gro­dę i zgar­nie wszyst­ko.

- On jest ba­jecz­nie bo­ga­ty... - wy­szep­ta­ła.

- Po­dob­no... - Fra­nek za­gry­zł usta, po­tem je za­ci­snął, a kil­ka se­kund pó­źniej odło­żył te­le­fon. Miał dość. Chciał jak naj­szyb­ciej uznać te­mat za za­mkni­ęty. Po­wie­dział swo­je i ma­rzył, by ży­cie wró­ci­ło już na daw­ne tory.

- Dla­cze­go mi wcze­śniej o tym nie wspo­mnia­łeś? Na­wet sło­wem... - Wiki ze­rwa­ła się z ka­na­py i podąży­ła za swo­im chło­pa­kiem do kuch­ni.

Fra­nek wła­śnie tam po­sze­dł, by na­pe­łnić pu­sty ku­bek po ka­wie, ale tro­chę to wy­gląda­ło, jak­by się po­spiesz­nie ewa­ku­ował.

- Nie lu­bi­my się - od­pa­rł krót­ko. - Wiesz o tym....

- Ale on jest sław­ny... - Wiki zmie­rzy­ła wzro­kiem swo­je­go na­rze­czo­ne­go, jak­by po­now­nie sza­co­wa­ła jego war­to­ść. De­cy­zję o za­ręczy­nach pod­jęła świa­do­mie, kie­ru­jąc się nie tyl­ko ser­cem, lecz ta­kże roz­sąd­kiem. Wy­da­wa­ło jej się, że świet­nie tra­fi­ła.

Fra­nek miał trzy­dzie­ści lat i wła­sne miesz­ka­nie, któ­re odzie­dzi­czył po ro­dzi­cach i ład­nie od­no­wił. Pra­co­wał jako in­for­ma­tyk w kor­po­ra­cji, je­ździł nie­złym sa­mo­cho­dem. Upra­wiał sport i do­brze się ubie­rał. Jak na fa­ce­ta o mi­łym cha­rak­te­rze to bar­dzo dużo. Na do­da­tek chciał się że­nić, być wier­ny, mieć ro­dzi­nę. W dzi­siej­szych cza­sach rzad­ki skarb.

Ale jego brat... - W tym miej­scu na­wet spraw­ny mózg Wik­to­rii nie­co się za­wie­sił. To było nie do po­jęcia. Cho­ćby się po­li­czy­ło z wiel­ką życz­li­wo­ścią wszel­kie za­le­ty na­rze­czo­ne­go, do­da­ło, jak jest wy­jąt­ko­wy, po­mno­ży­ło to przez dzie­si­ęć, i tak Fra­nek był do bólu zwy­czaj­nym fa­ce­tem. A tu taka ko­smicz­na in­for­ma­cja! Jest spo­krew­nio­ny z Vin­cen­tem Żmir­skim!

Fra­nek od­wró­cił się tak gwa­łtow­nie, że omal nie ochla­pał jej kawą.

- Czy to dla cie­bie ma aż ta­kie zna­cze­nie, ja­kie są jego za­si­ęgi? - za­py­tał. - Za­wsze mó­wi­łaś, że li­czy się czło­wiek. My. To, kim dla sie­bie je­ste­śmy!

- Ja­sne, oczy­wi­ście - od­pa­rła nie­co ma­chi­nal­nie. Kręci­ła ko­smyk no­wych wło­sów na pal­cu. Nic już wi­ęcej nie po­wie­dzia­ła, co zwy­kle u niej było ozna­ką tego, że kom­plet­nie się z nim nie zga­dza.

My­śla­ła. Fra­nek nie miał na­wet w przy­bli­że­niu po­jęcia o czym. Ale już czuł cień bra­ta na ple­cach. Jak za­wsze chłod­ny i złow­ró­żb­ny. Za­czął ża­ło­wać, że w ogó­le się przy­znał.

- Po­wie­dzia­łem ci o tym tyl­ko dla­te­go, że pla­nu­je­my ślub - do­dał szyb­ko. - Chcia­łem, że­byś nie mia­ła do mnie żalu, że coś ukry­wam. Ale to nic ta­kie­go, nie­wa­żne...

- Co ty mó­wisz?! Twój brat to je­den z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych youtu­be­rów. Jest sław­ny. Świet­ny fa­cet. Bar­dzo chcia­ła­bym go po­znać. Czy przyj­dzie na na­szą ko­la­cję za­ręczy­no­wą?!

Fra­nek po­kręcił gło­wą. Tak za­ma­szy­ście, że omal nie zro­bił pe­łne­go ob­ro­tu.

- Słu­chaj! - za­wo­ła­ła, bły­ska­wicz­nie do­pre­cy­zo­wu­jąc szcze­gó­ły swo­je­go pla­nu i prze­łącza­jąc go na wszel­ki wy­pa­dek w tryb taj­ny. - Ja ro­zu­miem, że może nie ma­cie bli­skich sto­sun­ków. Tak mi­ędzy ro­dze­ństwem bywa. Ale prze­cież na ko­la­cję za­ręczy­no­wą on na pew­no przyj­dzie. - Mimo woli w jej gło­sie po­ja­wi­ły się nuty roz­ma­rze­nia. A wy­obra­zi­ła to so­bie za­le­d­wie przez mo­ment. - To twój brat - do­da­ła z mocą.

- I co z tego? - Fra­nek był co­raz bar­dziej zły.

- Naj­bli­ższa ro­dzi­na! - na­ci­snęła, jak w przy­pad­ku klien­ta, któ­ry oci­ąga się z de­cy­zją. Nie mia­ła za­mia­ru wy­pu­ścić tego z rąk. Świ­ęci pa­ńscy! Taka szan­sa!

W ży­ciu by się nie spo­dzie­wa­ła, że jej zwy­czaj­ny na­rze­czo­ny może cho­wać w ręka­wie naj­nor­mal­niej­szej w świe­cie ko­szu­li ta­kie­go asa!

- Nie wiem, czy przyj­dzie - od­pa­rł Fra­nek. Odło­żył już ku­bek i te­raz ner­wo­wo prze­sta­wiał garn­ki na pó­łce. Nie był wo­bec nich zbyt de­li­kat­ny. Chy­ba ko­ja­rzy­ły mu się z bra­tem, spe­cem od ku­li­na­riów. Ujął w dłoń spo­rą pa­tel­nię.

Wiki de­li­kat­nie wy­jęła mu ją z ręki, a po­tem po­de­szła i przy­tu­li­ła się do nie­go.

- Ślub to świet­na oka­zja, żeby na­pra­wić ro­dzin­ne re­la­cje - po­wie­dzia­ła ła­god­nie. - Nie wiem, ile cza­su się nie wi­dzie­li­ście, ale pew­nie za nim tęsk­nisz.

Po­czu­ła, jak wszyst­kie mi­ęśnie mężczy­zny się na­pi­na­ją. Mia­ła wra­że­nie, że na mo­ment prze­stał od­dy­chać. To trwa­ło bar­dzo krót­ko, ale prze­jęło ją do głębi. Jak­by przez cien­ki ma­te­riał ko­szu­li wy­czu­ła pod pal­ca­mi moc­ne cier­pie­nie.

Za­częła się na­wet za­sta­na­wiać, czy nie prze­rwać tej roz­mo­wy, choć cie­ka­wo­ść pa­li­ła ją do głębi. Wręcz wy­że­ra­ła dziu­rę w jej w wnętrzu. Taka no­wi­na! Vin­cent Żmir­ski na jej we­se­lu! Coś nie­wia­ry­god­ne­go!

Po­wstrzy­ma­ła się jed­nak od ko­lej­nych py­tań. Po­cze­ka­ła, co Fra­nek zde­cy­du­je.

- Nie tęsk­nię ani tro­chę - po­wie­dział. - Kie­dyś, daw­no temu był mi bli­ski, ale tyle lat mi­nęło, że trud­no te­raz stwier­dzić, czy to było na­praw­dę. Nie roz­ma­wia­my, nie mamy kon­tak­tu. I na­wet gdy­bym chciał, nie mia­łbym po­jęcia, gdzie go szu­kać. A nie chcę!

Ob­jął ją i po­pro­wa­dził na ka­na­pę. Wiki nic nie mó­wi­ła. Nie na­ci­ska­ła. Kie­ro­wał nią takt, ale też głębo­kie prze­ko­na­nie, że ta opo­wie­ść będzie mieć jed­nak ciąg dal­szy. Trze­ba tyl­ko spo­koj­nie po­cze­kać.

- Wiesz... - Zgod­nie z jej ocze­ki­wa­nia­mi Fra­nek ode­zwał się, kie­dy tyl­ko usie­dli. Cały czas moc­no ją obej­mo­wał. - On był za­wsze star­szy, mądrzej­szy, wi­ęk­szy. Na wszyst­kim le­piej się znał. - Przy­kro­ść za­brzmia­ła w jego gło­sie.

Je­śli sądził, że wzbu­dzi zro­zu­mie­nie u na­rze­czo­nej, moc­no się po­my­lił. Jej ana­li­tycz­ny umy­sł tyl­ko do­da­wał ko­lej­ne punk­ty bra­tu, temu fa­scy­nu­jące­mu mężczy­źnie, któ­re­go zna­ła z in­ter­ne­tu. Vin­cent Żmir­ski, naj­przy­stoj­niej­szy wśród ku­cha­rzy, naj­le­piej go­tu­jący wśród przy­stoj­nia­ków. Ależ ma­rzy­ła, by go po­znać! Z ka­żdą chwi­lą co­raz bar­dziej.

- Na­praw­dę nic o nim nie wiesz? - za­py­ta­ła. - Ma dziew­czy­nę? - Szyb­ko ob­li­cza­ła w my­ślach wiek bra­ta Fran­ka. Po­noć był star­szy o pięć lat. W swo­ich fil­mi­kach ni­g­dy nie wspo­mi­nał o żad­nej part­ner­ce, ro­dzi­nie ani dzie­ciach.

Opu­ści­ła wło­sy na czo­ło, żeby na­rze­czo­ny nie zo­ba­czył na­pi­ęcia w jej oczach.

- Wszyst­ko się mo­gło wy­da­rzyć przez ten czas, kie­dy się nie wi­dzie­li­śmy - po­wie­dział ci­cho Fra­nek. - Ale nie sądzę, żeby się zna­la­zła taka, co by z nim wy­trzy­ma­ła. To dziw­ny czło­wiek.

- Co ty mó­wisz? - zdu­mia­ła się Wiki. - Lu­dzie go uwiel­bia­ją. Ma kil­ka­set ty­si­ęcy od­słon ka­żde­go, na­wet naj­krót­sze­go od­cin­ka na swo­im ka­na­le.

Fra­nek z nie­chęcią kiw­nął gło­wą. Roz­miar suk­ce­su bra­ta znał do­brze, choć nie chciał o nim my­śleć, sły­szeć, roz­ma­wiać. Pra­gnął z ca­łej siły za­po­mnieć, a jed­nak bar­dzo często wie­czo­ra­mi dło­nie same wędro­wa­ły na ten kon­kret­ny ka­nał i jak po nie­wi­dzial­nej ma­pie ste­ro­wa­ne au­to­ma­tycz­ną na­wi­ga­cją je­cha­ły w od­po­wied­nie miej­sca, aby od­na­le­źć naj­now­szy fil­mik, wpis w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych albo zdjęcie.

W ta­kich chwi­lach pa­trzył na bra­ta za­chłan­nie. Wiecz­nie głod­ny tego wi­do­ku. A po­tem wy­łączał kom­pu­ter, za­trza­ski­wał agre­syw­nie lap­to­pa, choć uszko­dził w ten spo­sób już dwa mo­de­le. Kła­dł się spać zły, że zno­wu to zro­bił, obie­cu­jąc so­bie, że już ni­g­dy wi­ęcej.

Kie­dy po­znał Wiki, tro­chę się uspo­ko­ił. Wie­czo­ra­mi my­ślał głów­nie o niej, no­ca­mi przy­tu­lał do jej mi­łe­go, gład­kie­go cia­ła. Ale te­raz wszyst­ko wró­ci­ło.

Za­ci­snął zęby.

- Mój brat po­tra­fi być świet­ny, kie­dy tego chce - po­wie­dział szyb­ko. Jesz­cze chwi­lę temu chciał z nią o tym tak so­lid­nie po­ga­dać, ale te­raz za­częło mu się spie­szyć, by jed­nak z tym sko­ńczyć. - My­ślę, że wci­ąż jest sam - do­dał. - Gdy­by miał dziew­czy­nę, toby ją wy­ko­rzy­stał do ce­lów mar­ke­tin­go­wych, jak wszyst­ko. Ni­cze­mu nie prze­pu­ści. Ostat­nio na­wet fo­to­gra­fo­wał ja­kąś bie­dron­kę. Bied­na nie wie­dzia­ła, gdzie przy­sia­dła.

- Na li­ściu. - Wiki tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wca­le się nie prze­jęła jego obu­rzo­nym to­nem. - Tak się robi, to nor­mal­ne - stwier­dzi­ła. - Dziś ka­żdy wrzu­ca zdjęcia.

Fra­nek nie chciał ci­ągnąć tego te­ma­tu. Za­czął ją ca­ło­wać. Na­tych­miast za­po­mnieć o tej spra­wie. Nie miał już bra­ta i nic nie mo­gło tego zmie­nić. Świat in­ter­ne­tu i za­si­ęgo­wych in­flu­en­ce­rów wca­le go już nie ob­cho­dził. Tyl­ko Wiki.

- Po­cze­kaj. - Od­su­nęła się, a on spoj­rzał na nią nie­co nie­przy­tom­nie i na mo­ment do­znał szo­ku, że to ja­kaś inna ko­bie­ta. Szyb­ko jed­nak so­bie przy­po­mniał, że tyl­ko prze­far­bo­wa­ła wło­sy na blond i on te­raz musi po­uczyć swój mózg, żeby to ogar­nął. - Mam taki po­my­sł. - Na­rze­czo­na wy­ko­rzy­sta­ła jego mo­ment nie­uwa­gi. - Na­pi­szesz do nie­go, że za dwa ty­go­dnie or­ga­ni­zu­je­my za­ręczy­no­wą ko­la­cję. Będzie moja sio­stra i ucie­szy­my się, je­śli on też przyj­mie za­pro­sze­nie.

Fra­nek wes­tchnął. Już mu na­wet prze­szła ocho­ta na po­ca­łun­ki. Brat po­tra­fił wszyst­ko zmro­zić. Cho­ćby na od­le­gło­ść.

- Do nie­go nie da się tak po pro­stu na­pi­sać - od­pa­rł gorz­ko. - Jak by­łem młod­szy, parę razy pró­bo­wa­łem. Ni­g­dy się nie uda­ło.

- Nie przej­muj się - po­cie­szy­ła go. -Wiesz, ile on co­dzien­nie do­sta­je wia­do­mo­ści. Może mu zgi­nęło.

- Vin­cent spe­cjal­nie nie od­pi­su­je - od­pa­rł Fra­nek pew­nym to­nem.

- Nie prze­sa­dzaj. - Wik­to­ria nie zwy­kła się pod­da­wać. - Musi być ja­kaś mo­żli­wo­ść kon­tak­tu, cho­ćby dla re­kla­mo­daw­ców. A poza tym prze­cież wiesz, gdzie on miesz­ka...

- Nie wiem - prze­rwał jej szyb­ko. - Do­stał dom w spad­ku...

- No tak, wszy­scy prze­cież o tym sły­sze­li - za­częła mó­wić. - Sta­ra wil­la z du­szą, oto­czo­na cu­dow­nym ogro­dem. Często o tym opo­wia­da. Ależ bym chcia­ła ją zo­ba­czyć!

To musi być war­te ma­jątek - po­my­śla­ła jed­no­cze­śnie, a kasa w jej oczach prze­kręci­ła się, po­mna­ża­jąc wy­nik o ko­lej­ne cy­fry.

- Na pew­no wiesz, gdzie to jest - za­ko­ńczy­ła.

- Nie mam po­jęcia - od­pa­rł, po czym wstał. - Wo­la­łbym już sko­ńczyć tę roz­mo­wę - po­wie­dział jak na nie­go bar­dzo sta­now­czym to­nem. - To je­dy­na rzecz, ja­kiej o mnie nie wie­dzia­łaś. Nie chcia­łem, żeby to wy­szło przez przy­pa­dek przy ślub­nych przy­go­to­wa­niach.

Kiw­nęła gło­wą. To rze­czy­wi­ście mo­gło­by ją zszo­ko­wać.

- Poza tym je­stem z tobą ca­łkiem szcze­ry. - Głos mu tro­chę za­drżał. Nie wie­dział z ja­kie­go po­wo­du. Prze­cież mó­wił praw­dę. Sław­ny brat to była jego naj­wi­ęk­sza ta­jem­ni­ca.

- Dla­cze­go dzia­dek za­pi­sał wszyst­ko two­je­mu bra­tu? - za­py­ta­ła Wik­to­ria. Nie za­sta­na­wia­ła się. To się lo­gicz­nie na­su­wa­ło samo. Ale Fran­ka wy­ra­źnie za­bo­la­ło. Za­my­ślił się na mo­ment.

Nie zno­sił o tym mó­wić, ale sko­ro ta dziew­czy­na mia­ła zo­stać jego żoną, naj­bli­ższą oso­bą w ży­ciu, to chy­ba po­win­na wie­dzieć.

- Taki był za­pis w te­sta­men­cie - wy­ja­śnił dość spo­koj­nie, choć pra­wie ka­żde sło­wo gi­nęło w ner­wo­wym kasz­lu. - Ja do­sta­łem miesz­ka­nie po ro­dzi­cach. Nie na­rze­kam. Bar­dzo je lu­bię. Spędzi­łem tu do­bre dzie­ci­ństwo.

Wiki te aku­rat opo­wie­ści do­brze zna­ła. W ró­żnych miej­scach znaj­do­wa­ły się też zdjęcia uśmiech­ni­ętych ro­dzi­ców Fran­ka. Po wie­lu mie­si­ącach po­miesz­ki­wa­nia u swo­je­go chło­pa­ka mia­ła wra­że­nie, jak­by się z nimi za­przy­ja­źni­ła. Szcze­gól­nie przy­stoj­ny oj­ciec ro­bił wra­że­nie. Fra­nek go uwiel­biał. Ci­ągle wspo­mniał, co ra­zem ro­bi­li.

- Ale to reszt­ki - za­kasz­lał zno­wu - ochła­py w po­rów­na­niu z tym, co przy­pa­dło mo­je­mu star­sze­mu bra­cisz­ko­wi - do­dał mimo woli z go­ry­czą, choć wy­da­wa­ło mu się, że daw­no się już z tym wszyst­kim po­go­dził.

- Jak to mo­żli­we?! - obu­rzy­ła się Wik­to­ria, a jej blond wło­sy za­fa­lo­wa­ły. - Może ty o czy­mś nie wiesz?! Prze­cież na pew­no było ja­kieś po­stępo­wa­nie spad­ko­we. Nie mo­gli was tak nie­spra­wie­dli­wie po­trak­to­wać.

Ro­zej­rza­ła się wo­kół. Miesz­ka­nie Fran­ka za­wsze wy­da­wa­ło jej się faj­ne. Trzy po­ko­je, urządzo­ne ze sma­kiem. Od­no­wio­ny bu­dy­nek.

Ale rze­czy­wi­ście przy po­sia­dło­ściach i do­cho­dach Vin­cen­ta Żmir­skie­go to było nic.

Wik­to­ria ogląda­ła jego fil­mi­ki głów­nie u Mi­cha­li­ny, swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ció­łki, albo cza­sem w wan­nie. Fra­nek za­wsze mó­wił, że nie lubi i nie chce tego wi­dzieć u sie­bie. Te­raz zro­zu­mia­ła dla­cze­go. Twier­dził, że od lat nie mają kon­tak­tu, a co szo­ku­jące: nie znał na­wet jego ad­re­su.

Ona jed­nak wie­dzia­ła o Vin­cen­cie Żmir­skim ca­łkiem dużo. Miesz­kał on w pi­ęk­nej sta­rej wil­li. Miał tam pe­łno pa­mi­ątek po dziad­ku z Fran­cji, w tym słyn­ne zło­te ta­le­rze, któ­re po­noć na­le­ża­ły do sa­me­go Na­po­le­ona. Ale ni­g­dy nie sądzi­ła, ba, na­wet jej się nie śni­ło, że ten le­gen­dar­ny dzia­dek, o któ­rym tyle sły­sza­ła, na­le­ży ta­kże do ro­dzi­ny jej na­rze­czo­ne­go.

Szok!

Zmie­rzy­ła wzro­kiem Fran­ka. Sie­dział na brze­gu ka­na­py, miał po­chy­lo­ne ple­cy i coś spraw­dzał w te­le­fo­nie. Za­częła go nie­co ina­czej po­strze­gać. Jak mo­żna być tak nie­za­rad­nym?! Nie za­dbać o swo­je in­te­re­sy. Nie zno­si­ła u fa­ce­tów ta­kiej bier­no­ści.

Chy­ba wy­czuł jej na­strój.

- Spa­dek był po dziad­ku - ode­zwał się. Wy­po­wia­dał sło­wa po­wo­li, jak­by mu za­le­ża­ło, by tłu­ma­czyć to tyl­ko raz. Już nie kasz­lał. - Za­pi­sa­ny imien­nie dla mo­je­go star­sze­go bra­ta. Ja nie zo­sta­łem za­pro­szo­ny na­wet na od­czy­ta­nie. Na­to­miast brat zrze­kł się na moją ko­rzy­ść swo­ich praw do miesz­ka­nia. To jed­nak nie był spra­wie­dli­wy po­dział. Zde­cy­do­wa­nie. Ale ja mia­łem tyl­ko osiem­na­ście lat, ci­ągle w do­łku po wy­pad­ku ro­dzi­ców...

- No, ale prze­cież wiesz, gdzie twój dzia­dek miesz­kał! Lu­dzie! - Wiki zła­pa­ła się za gło­wę. To, co opo­wia­dał na­rze­czo­ny, prze­sta­wa­ło się w niej mie­ścić.

- Miesz­kał we Fran­cji, ni­g­dy nie utrzy­my­wał kon­tak­tów z ro­dzi­ną - od­pa­rł mężczy­zna wci­ąż spo­koj­nym to­nem, choć opo­wia­da­nie o tym wy­ra­źnie spo­ro go kosz­to­wa­ło. - Na­wet nie wie­dzie­li­śmy, że ma w Pol­sce dom. Uro­dził się w War­sza­wie. W ka­mie­ni­cy, któ­ra nie prze­trwa­ła woj­ny. Po­tem wy­je­chał i był ja­ki­mś słyn­nym ku­cha­rzem. Po­dob­no miał w Pa­ry­żu re­stau­ra­cję z gwiazd­ką Mi­che­lin. I te swo­je zło­te ta­le­rze, któ­re nie wia­do­mo jak zdo­był.

- O two­im dziad­ku wszy­scy to wie­my - zde­ner­wo­wa­ła się na­gle Wiki. - In­te­re­su­je mnie co in­ne­go. Gdzie miesz­ka twój brat. Nie wie­rzę, że dzi­siaj ktoś może się tak ukryć. Zwłasz­cza bar­dzo zna­ny youtu­ber.

- Mó­wię wy­ra­źnie, że nie da się go zna­le­źć. - Fra­nek od­wró­cił się, po czym odło­żył te­le­fon. Nie po­do­ba­ło mu się, w jaki spo­sób prze­bie­ga ta roz­mo­wa. Przede wszyst­kim fakt, że jego na­rze­czo­na, pierw­sza dziew­czy­na od wie­lu lat, z któ­rą czuł się tak do­brze, za­czy­na być co­raz bar­dziej za­in­te­re­so­wa­na jego bra­tem. Od razu zro­bi­ło mu się zim­no. Do­brze znał to uczu­cie.

- Może nie­po­trzeb­nie ci po­wie­dzia­łem - wy­rwa­ło mu się.

- Ależ skąd! - Wiki za­re­ago­wa­ła bły­ska­wicz­nie. Na­le­ża­ło chro­nić Fran­ka. Nie była skłon­na do ry­zy­ka, wi­ęk­sza wy­gra­na w po­sta­ci Vin­cen­ta wci­ąż po­zo­sta­wa­ła wy­łącz­nie w sfe­rze per­spek­tyw. I to dość mgli­stych. Za­mie­rza­ła strzec tego, co już trzy­ma­ła w ga­rści. - Z pew­no­ścią masz ra­cję, ko­cha­nie - po­wie­dzia­ła ła­god­nie. - Nie ga­daj­my już o tym. Szko­da wie­czo­ru. Za­lo­guj się do pra­cy, a ja lecę do Mi­śki - zde­cy­do­wa­ła szyb­ko i od razu wsta­ła, by wło­żyć buty.

Fra­nek stał za­sko­czo­ny na środ­ku po­ko­ju. Nie spo­dzie­wał się ta­kie­go na­głe­go ob­ro­tu spraw.

- Umó­wi­ły­śmy się na ogląda­nie fil­mów - tłu­ma­czy­ła da­lej Wiki, a dłu­gie blond wło­sy fa­lo­wa­ły jej na ple­cach. Wzi­ęła kurt­kę do ręki, po czym od­wró­ci­ła się w jego stro­nę.

- Nie mia­łem już dzi­siaj za­mia­ru pra­co­wać - po­wie­dział Fra­nek. Przy­tu­li­ła się do nie­go.

- To po­nadra­biaj so­bie ja­kieś za­le­gło­ści - szep­nęła mi­ęk­kim gło­sem. - Obie­ca­łam Mi­śce, że wpad­nę. Po­sta­ram się wró­cić szyb­ko. - Po­ca­ło­wa­ła go, a po­tem de­li­kat­nie po­gła­ska­ła po ple­cach. Roz­lu­źnił się. Ode­tchnął głębo­ko. Może ten wie­czór nie prze­bie­gnie do­kład­nie tak, jak to so­bie wy­ma­rzył, ale ży­cie znów wró­ci­ło na swo­je tory. Sta­li w przed­po­ko­ju we dwo­je, bez żad­ne­go du­cha star­sze­go bra­ta. Wi­zy­ty na­rze­czo­nej u Mi­śki ta­kże nie­spo­dzia­ne do­brze znał, daw­no za­ak­cep­to­wał. Sam też miał kum­pli.

- Leć! - po­wie­dział, z tru­dem wy­pusz­cza­jąc ją z ob­jęć. Fak­tycz­nie miał w pra­cy tro­chę spraw, któ­re już od ty­go­dni cze­ka­ły, by je wresz­cie za­ła­twić. Może jak zwy­kle Wiki mia­ła nie­zły po­my­sł?

Po­że­gna­ła się z nim wy­jąt­ko­wo szyb­ko. Za­mknęła za sobą drzwi. Nie sły­szał stu­ko­tu jej bu­tów na scho­dach. Za­wsze go to za­sta­na­wia­ło. Po­tra­fi­ła wcho­dzić i scho­dzić, jak­by pły­nęła. Uśmiech­nął się na myśl o niej i już tęsk­nił. Ta drob­na, nie­zwy­kle uro­cza dziew­czy­na moc­no za­kręci­ła mu w gło­wie.

Po­pa­trzył jesz­cze chwi­lę na drzwi, a po­tem od­wró­cił się i wsze­dł do kuch­ni. Do­lał so­bie kawy do kub­ka, usia­dł na ka­na­pie i włączył lap­top. Od razu po­ja­wił się tam rząd mi­ga­jących cyfr, któ­ry po­chło­nął go jak za­wsze bez resz­ty.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki