CZŁOWIEK O DWÓCH TWARZACH - HISTORUA ANKI
CZŁOWIEK O DWÓCH TWARZACH - HISTORUA ANKI
Katarzyna Borowska: Bardzo kochałaś ojca swojego syna?
Anka: Od pierwszego dnia zostaliśmy parą. To była miłość od pierwszego
wejrzenia. Odwiedziłam koleżankę, miałam u niej nocować. Była jeszcze
jedna dziewczyna - Jagoda. Miałyśmy mieć babski wieczór. Zapukał ktoś do
drzwi. To było nieplanowane, bez uprzedzenia. Okazało się, że to kolega
właścicielki mieszkania, z którym ona ciupciała się od czasu do czasu,
niezobowiązująco.
K. B.: Kolega od seksu.
A.: Popychacz [śmiech]. I on przyprowadził ze sobą kolegę. Jak się
potem okazało, mojego popychacza [śmiech].
K. B.: Popychacza czy największą miłość?
A.: No miłość! W każdym razie oni przyszli, kupili coś do picia, jakieś
słodycze i siedzieliśmy w piątkę. Powiem szczerze, że Piotr na początku
był bardziej zainteresowany Jagodą. Wyszło na to, że ja bym tam w ogóle
bez pary siedziała. Najładniejsza byłam, jeszcze dodam [śmiech]. One
były grube, a ja byłam najmłodsza i najładniejsza.
K. B.: Ale bez pary.
A.: Już nawet nie chodzi o to, że ja chciałam z nim w jakiś flirt
popadać, ale samo to, że: No jak to? To on na taką tłustą torbę jak
Jagoda leci?! A ja tu siedzę... - pomyślałam. Potem twierdził, że to
wynikło z tego, że ja na niego uwagi nie zwracałam, a jemu by do głowy
nie przyszło, że on by coś mógł ze mną. Jagoda się po prostu na jego
widok oblizywała. Piotrek chciał to wykorzystać, był wyposzczony po
więzieniu. Potrzebował bzyknąć ją po prostu. W każdym razie, jak
poczułam się tam samotna, to zaczęłam go podrywać.
On nie miał wtedy swojej komórki, ja swoją zgubiłam, więc podałam mu
numer mojej mamy. Poszli po paru godzinach. Miał zadzwonić. Byłam pewna,
że wyrzucił ten numer, bo trzy dni minęły i nic. Po trzech dniach moja
matka mówi: "Anka, odbierz ten cholerny telefon, bo od trzech dni jakiś
chłopak dzwoni non stop!". Powiedziała mi to dopiero po trzech dniach!
Na pierwszą randkę z nim zabrałam koleżankę, bo się trochę wstydziłam.
Później przyprowadziłam go do domu. Szybko zaczęliśmy u siebie nocować.
To był pierwszy chłopak, który został u mnie na noc przy mamie. Chciał,
żebym z nim zamieszkała. Niebawem wymyśliliśmy sobie dziecko. Dwa
tygodnie staraliśmy się i od razu się udało. Po dwóch miesiącach od
poznania zaszłam w ciążę.
K. B.: Poznajesz go. Po półtora miesiąca znajomości wymyślacie "zróbmy
sobie dziecko", będzie pretekst, żeby w końcu żyć razem, niebawem
zachodzisz w ciążę. Dosyć szybko. Nie bałaś się?
A.: Jak już zaczęliśmy być parą, nie rozstawaliśmy się. Ja z nim
spędziłam więcej czasu przez te dwa miesiące, niż z kimś innym bym mogła
spędzić przez dwa lata. Wtedy jeszcze kończyłam szkołę. Powiem ci, jak
to wyglądało. Od poniedziałku do piątku spał u mnie. W piątek ja spałam
u niego. Nawet na jeden dzień się nie rozstawaliśmy. Czekał na mnie w domu z moją matką. Przychodził po mnie pod szkołę. Byliśmy nierozłączni.
Szybko zaznałam tego, jak się je z nim kolacje, śniadania, jak się przy
nim zasypia, budzi, ogląda filmy wieczorem, robi zakupy.
K. B.: Poznaliście się i od razu wskoczyliście we wspólne życie.
A.: Tak, od ręki. To był mój pierwszy związek. Miałam jakichś chłopaków
od flirtowania, z którymi po dwa tygodnie się spotykałam. Ale to był mój
pierwszy poważny związek w życiu.
K. B.: I od razu utonęłaś w nim, skoczyłaś na główkę.
A.: No tak... Piotr nie wyglądał na "typowego kryminalistę". Nie miał
żadnego tatuażu, żadnych kropek na oczach... Drobny, szczupły, metr
siedemdziesiąt sześć, piękne ząbki. Delikatny chłopak o wysokiej
kulturze osobistej i bardzo wysokim ilorazie inteligencji. Wszędzie
potrafił się zachować, był lubiany. Dusza towarzystwa, ale nie dlatego,
że to wariat, który się popisuje i jest z nim wesoło. Przeciwnie. Zawsze
był kulturalny, oczytany, miał duży zasób słów. Nie chodził na żadną
siłownię czy boks. To nie osoba, która może wyjść na ulicę i wpierdolić
każdemu. On pracował głową. Taki przykład: gdy był w więzieniu pierwszy
raz, był świeży, nowy. Jakiś współosadzony ukradł mu buty. Piotr
zaczekał. W nocy, gdy wszyscy poszli spać, wbił mu w szyję widelec.
Wylądował w izolatce, chłopak w szpitalu. Inna historia z więzienia.
Chłopak mu coś zrobił. Piotr wyszedł na wolność. Dowiedział się, kto to
i gdzie mieszka. Podpalił mu dom. Inny chłopak, który wcześniej był jego
kolegą, ale o coś się pokłócili, uderzył go tak, że Piotrek miał ślad na
twarzy. Temu podpalił calusieńki garaż. Bardzo mściwy i pamiętliwy. Nie
chciałabym być jego wrogiem. Moim zdaniem to jest psychopata. Bardzo
inteligentny i do wszystkiego podchodzi roztropnie. Zaplanuje każdy
drobiazg, jak w filmach. Czas dla niego nie gra roli, dopnie swego.
Bardzo szybko myśli i reaguje... Nie wybronił się w tym sądzie, bo nie
było na to szans.
Mnie też kiedyś podpalił...
K. B.: Ciebie?
A.: To była rocznica naszego poznania, ależ to romantyczne [śmiech].
Wrócił podcięty po pracy. Lekko podcięty, ale długo go nie było przede
wszystkim. Bartek miał rok. Wtedy uciekłam z domu pierwszy i jedyny raz.
Gdy on poszedł się kąpać, stwierdziłam, że nie będę czekała, aż się
upije do końca i zaraz znowu będzie jakaś awantura. Bałam się tego.
Wynajmowaliśmy mieszkanie, a za ścianą mieszkała właścicielka.
Zostawiłam z nim dziecko, bo nie był pijany na tyle, aby się nim nie
zająć. Nie było mnie osiem godzin. Poszłam spać do mamy, wróciłam
pociągiem o szóstej rano. Jeszcze jak czekałam na pociąg na stacji,
pisał do mnie, ostrzegał, że spali mi wszystkie ubrania, jeżeli nie
wrócę.
K. B.: Nic mu nie powiedziałaś, gdy wychodziłaś?
A.: Nie. Poszedł pod prysznic, a ja zwiałam. Nie wierzyłam, gdy mi pisał
SMS-y, przelatywało to koło mnie. Zajął się synem chyba lepiej niż ja.
Budzik sobie w nocy nastawił, żeby go przewijać, karmić. Kiedy wróciłam,
mały był najedzony, przewinięty, suchutki, pięknie ubrany. Nawet mleko
było na rano naszykowane. Poradził sobie na medal. Myślałam, że on
żartuje z podpaleniem moich rzeczy. Ja zaglądam... Wszystko zjarał...
Wynajmowaliśmy pokój w domku jednorodzinnym, na podwórku było palenisko.
Rzeczywiście spalił wszystkie moje ciuchy, majtki, wszystko! Oprócz
tego, co ciężko wybaczyć, mój portret, który namalował mi już nieżyjący
chrzestny jako prezent na osiemnastkę. I moją kartę bankomatową.
Nie miałam nic. Wszystko, nawet brudne ubrania z kosza wyjął z łazienki.
Wszystko, co suszyło się na suszarce, zebrał. Uchował się mój szlafrok,
który nie wiem jakim cudem był pod poduszką. Wszystko to spalił w ogrodzie. Wróciłam do mieszkania. On się kąpał, szykował do wyjścia, bo
umówił się z kolegą w barze. Gdy wyszedł, zabrałam wszystkie jego rzeczy
z suszarki, z kosza, wszystko, do ostatniej pary gaci, poszłam w to samo
miejsce i wszystko zjarałam. Nie mieliśmy nic. Nawet majtek na dupę na
zmianę... Tylko mały miał swoje rzeczy.
K. B.: Dłużna nie byłaś.
A.: Spaliłam mu wszystko. Postarałam się o to, żeby z każdego kąta wyjąć
każdą rzecz i spalić. Jak wrócił, to już mnie nie było. Spakowałam syna,
bo swojego nie miałam nic, i pojechałam do mamy.
K. B.: Nie mścił się?
A.: Dwa dni nie odzywaliśmy się do siebie. Wiedział, że jestem u mamy.
Po dwóch dniach napisał SMS-a, że ze mną jest mu strasznie źle, ale beze
mnie jeszcze gorzej [śmiech]. To ja odpisałam, że mi też. Popłakałam
się. Zapytałam jego siostrę, czy mogliby ze szwagrem po mnie i Bartusia
przyjechać. Wróciłam. Rzuciliśmy się sobie w ramiona. Musieliśmy te
majtki sobie uprać, co mieliśmy na dupach, żeby mieć następnego dnia
czyste, i tacy trochę obrażeni, trochę pogodzeni poszliśmy spać z gołymi
dupami.
K. B.: Jak to jest kochać mordercę?
A.: Ja go kochałam, nie wiedząc, że jest mordercą. Zbrodnia wyszła na
jaw po dwunastu latach od momentu popełnienia. Śledztwo zostało umorzone
i wznowione po latach. Byłam z mordercą, mam dziecko z mordercą, ale nie
wiedziałam o tym. Wiedziałam, że to złodziej, że jest po odsiadce -
sześć lat za napad na bank z bronią w ręku. Gdy go poznałam, był od
kilku dni na wolności. Byłam jego pierwszą dziewczyną po wyjściu. Nie
miałam pojęcia, że trzy miesiące przed tym napadem popełnił jeszcze
jeden poważniejszy, w którym strzelił człowiekowi w głowę.
K. B.: Głośna sprawa. Morderstwo jubilera.
A.: Piotr i jego wspólnik byli właściwie dziećmi. On miał dziewiętnaście
lat, a jego wspólnik szesnaście. Planowali ukraść. Jubiler to był
starszy pan. Jego sąsiedzi, którzy tam prowadzili swoje interesy, mówili
o nim człowiek zadzior. Zawsze był agresywny, stawiał się, rzucał. W czasie napadu też zaczął się stawiać, doskoczył do nich z paralizatorem
i... poszedł strzał.
K. B.: Twój chłopak pociągnął za spust? Naprawdę nic nie wiedziałaś?
A.: Kiedy byłam w ciąży, parę razy płakał po pijanemu, jakby miał jakieś
wyrzuty sumienia, jakby chciał coś powiedzieć. Ale tylko jak się napił.
Gdy wytrzeźwiał, zawsze mówił: "Pierdoliłem głupoty, nie słuchaj".
Pijany pytał mnie: "Czy ty wiesz, jak to jest kogoś zabić? Jakie to
uczucie strzelić komuś w głowę?". Wiesz, takie pijackie bełkotanie z fotela z głową w dół. Nie dawałam temu wiary. Nie słyszałam o żadnym
morderstwie z gazet, więc tym bardziej nic nie popychało mnie, aby
zacząć grzebać i szukać.
K. B.: Morderca strzelający w głowę drugiemu człowiekowi...
A.: Był moją miłością. To była moja pierwsza prawdziwa miłość. Nie wiem,
czy będę w stanie kogoś tak jeszcze pokochać. Obecnie mam chłopaka,
którego kocham bardzo, ale...
Mam świadomość, że byliśmy bardzo toksycznym związkiem. Ciągle się
kłóciliśmy. Ja się wyprowadzałam. Mieszkaliśmy razem, oddzielnie, razem,
oddzielnie. Z kimś flirtowałam. On mnie nie interesował, dopóki kogoś
nie poznał. Jak poznał, jechałam do teściowej na obiad, żeby się
pokazać. Jak już mnie zobaczył, to zaraz kończył to, co zaczął z inną
kobietą. Wracaliśmy do siebie. Potem znowu się rozstawaliśmy. Nawet gdy
był już w więzieniu, mówiłam: "Matką jego dzieci mogę być tylko ja". On
też mi powtarzał, że tylko ja mogę być matką jego dzieci. Wiem, że on
mnie kocha do dziś.
K. B.: Skąd wiesz?
A.: Dzwoni do mnie, mówi mi to. Jego rozmowy są krótkie, dzwoni bardzo
rzadko. Głównie do naszego syna. Ostatnio częściej, bo drukowałam mu
jakieś mecze piłkarskie, których jest wielkim fanem.
K. B.: Rozmawiacie ze sobą, mimo że masz chłopaka?
A.: Głównie pyta o Bartka. Mówi mi, niby żartem, że mnie kocha. Gdy
częściej dzwoni, pytam go: "Zakochałeś się na nowo, że tak dzwonisz?", a on odpowiada: "Nigdy nie przestałem cię kochać". Chyba mówi to też
swojej mamie, bo ona mi powtarza, że ja byłam i będę jego największą
miłością. On nie mówi tego interesownie. Nie oczekuje ode mnie, że
pojadę na widzenie, nie oczekuje, że przywiozę dziecko, nie oczekuje
pomocy finansowej, wręcz odwrotnie. Regularnie wysyła dla Bartka
pieniądze na moje konto. Nie wiem, skąd je bierze. Gdy dzwoni, mówię:
"Nie wysyłaj mu pieniędzy, bo ma gorsze stopnie w szkole. Zacznij
wymagać od niego". On twierdzi, że nie dał nic dziecku w życiu, że
przepadły te lata, kiedy mógł być ojcem. Wszystko, co ma, chce mu dać.
K. B.: Ile lat miał wasz syn, kiedy Piotr trafił do więzienia?
A.: Miał sześć lat i cztery miesiące. Już nie mieszkaliśmy razem.
Zresztą nasze rodzinne życie ciągle się kończyło i zaczynało. Raz tak
mnie załatwił, że wyszłam do pracy na popołudnie, a gdy wróciłam, nie
było ani jego, ani jego rzeczy. Wtedy nawet się nie pokłóciliśmy. Ukrył
się na górze w domu babci. Zablokował mnie na telefonie i zabronił całej
rodzinie mówić, gdzie przebywa [śmiech].
K. B.: Co się stało, wiesz?
A.: Nie wiem. Ale go znalazłam [śmiech]. Pogodziliśmy się i poszedł
siedzieć na prawie sześć miesięcy.
K. B.: Za co?
A.: To był jeden wyrok, który odbywał, podczas gdy byliśmy razem. Brał
dużo narkotyków, ćpał amfetaminę, do tego dochodził alkohol. To była
głupota. Myślę, że narkotyki i alkohol pomieszały mu w głowie. Siedział
za to, że podpalił swój dom, nawet sąsiadom zjarała się tapeta. Wyniósł
tylko na schody swoją babcię dziewięćdziesięcioletnią, bo ją kochał i chciał ratować. Przyjechały cztery straże pożarne, policja. Siedział
skulony pod schodami, aresztowali go. Nikt na szczęście nie zginął.
Babci mieszkanie spłonęło doszczętnie, a dolne miało tylko drobne
zniszczenia. W sądzie mówił, że nie pamięta, dlaczego to zrobił. Po
wyjściu z więzienia powiedział, że pamięta dokładnie, jak wyjął kołdrę z łóżka, rozbił na niej perfumy, które były łatwopalne, i podpalił, ale
tak naprawdę do dziś nie wiem dlaczego. Rodzice nie chcieli go znać,
jego tata akurat umierał... Pokłóceni byli, kiedy zmarł. Dostał nagle
wylewu. Matka mu wybaczyła, kocha go.
K. B.: Czy w jego rodzinie był ktoś jeszcze z kryminalną
przeszłością?
A.: Nigdy w życiu chyba nikt nawet mandatu nie dostał. Jego mama to
kobieta na poziomie, elegancka. Ojciec miał problemy z alkoholem, ale
nic z kryminałem. Brat potrafi sobie popić, ale jest dzikus, z domu nie
wychodzi, nawet nie ma szansy na mandat. Najmłodszy brat - dwadzieścia
sześć lat - całkowicie ogarnięty, fajny chłopak, pracuje w banku. I nigdy nie mieli biedy. Ojciec Piotrka, mimo że popijał, pracował na
dachach - u siebie, nie u kogoś, więc też kasę mieli.
K. B.: Jeden brat napadł na bank, drugi pracuje w banku.
A.: Jeszcze jest siostra. Świetna matka, żona, gospodyni domowa. Wzięli
z mężem kredyt, piękny dom pobudowali. Bardzo ambitna osoba,
zorganizowana, zaradna.
K. B.: Zastanawiałaś się czasami, dlaczego twój ukochany to
kryminalista?
A.: Myślę, że adrenalina. Dużo kradł, ale nie został złapany, jest
szalenie inteligentny. Kradł całe życie, a złapano go tylko za napad na
bank. A to, za co dzisiaj odsiaduje wyrok, wydało się po dwunastu
latach. Wpadli na odcisk palca jego wspólnika, bo ukradł jakiś złom.
Złapali go i odkryli w bazie danych, że to jest ten sam odcisk, który
był u jubilera. Wysypał się na pierwszym przesłuchaniu. Piotr szedł w zaparte.
K. B.: Wróćmy do miłości. Powiedziałaś: "Nie wiem, jak się kocha
mordercę, bo ja kochałam chłopaka".
A.: Wiedziałam, że nie jest to przykładny obywatel, ale nie że morderca.
Pytali mnie bliscy, czy nie boję się z nim mieszkać, żyć z nim, mieć
dziecko. Czy nie boję się, że mnie wywiozą w plastikowym worku... Bo to
psychol. Wszyscy dookoła wiedzieli, że jest mściwy, psychicznie chory i niebezpieczny. Bałam się go momentami strasznie, kiedy się naćpał i coś
mu odwalało. Pamiętam takie zdarzenie z okresu, kiedy wynajmowaliśmy
mieszkanie. Nie jestem pewna, o co się wtedy posprzeczaliśmy. Wbił mi
widelec w rękę. Krwi było tyle, że była w całym domu, ręka mi spuchła
jak balon. Płakałam, bo krew sikała jak fontanna, a on powiedział, że
jak jeszcze raz zapłaczę i ktoś usłyszy, to mi wbije nóż i celował tym
nożem we mnie. Następnego dnia miał wyrzuty sumienia, o szóstej rano
wyciął do apteki... Straciłam pracę w sklepie. Nie mogłam iść z ręką jak
balon. Miał nauczkę, bo musiał się przez trzy dni całkowicie zajmować
dzieckiem. Karmić, myć, przewijać, bo ja mogłam tylko leżeć z ręką na
brzegu łóżka.
K. B.: Masz ślady?
A.: Mam. Czekaj [pokazuje rękę]. Innym razem, nie pamiętam dokładnie,
o co poszło, ale wiem, że był na amfetaminie. Chciał we mnie rzucić
szklanym talerzem. W tamtym czasie kłóciliśmy się strasznie. Do tego
stopnia, że jak dostałam zapalenia ucha i chodziłam po klatce, to
podobno wszyscy gadali, że on mnie zlał, dlatego chodzę z pieluchą
tetrową. A ja miałam zapalenie ucha. Prawda jest taka, że nawzajem się
biliśmy. Jeśli on mnie uderzył, to ja nie szłam w kąt płakać, tylko
zaciskałam pięści i biłam się z nim jak chłop z chłopem. Raz mu
wpieprzyłam, gdy był pijany. Zaatakowałam go, jak spał, dlatego miałam
przewagę [śmiech].
K. B.: Powiedziałaś, że bałaś się go chwilami, mimo to...
A.: Myślę, że on mną tak owładnął, że byłam nim zaślepiona. Normalna
osoba zakończyłaby tę relację, chociażby ze względu na dziecko. Choć on
nigdy dziecku krzywdy nie zrobił. Był niebezpieczny, ale nigdy nie
skrzywdził Bartka. Ja byłam w nim zakochana do tego stopnia, że
podejrzewam, że choćby nie wiem co się stało, to i tak bym go nie
zostawiła. Gdyby nie trafił do więzienia, dalej by się to tak toksycznie
ciągnęło. Dzisiaj Bartek byłby niestabilny, mieszkając w takim domu.
K. B.: Myślałaś czasem: On mnie zabije?
A.: Myślę, że gdyby mnie zabił, to siebie też, bo nie mógłby z tym żyć.
Kiedyś w takie nerwy wpadłam, że przy jego mamie powiedziałam: "Zabiję
go". Mimo to jego mama chciała, żebym przy nim była. Gdy się
rozstaliśmy, a on się spotykał z dziewuchami przeróżnymi, powiedziała
mu: "Nigdy w tym domu nie zaakceptuję żadnej innej dziewczyny niż Ania".
Wychodząc ze swojego domu, nic nie umiałam. Moja mama niczego nas nie
nauczyła oprócz obierania kartofli. Teściowa nauczyła mnie robić zupy,
gołąbki, mielone... Pierwszym obiadem, jaki ugotowałam, była zupa
grochowa. Matka Piotra wszystkiego mnie nauczyła. W moim rodzinnym domu
nie miałam ciekawie. Dopiero u nich zobaczyłam, co to jest gościnność,
ognisko domowe... To krzywdzący stereotyp, kiedy mówi się, że kiepsko się
mieszka z teściową. My potrafiłyśmy rano w piżamach przesiedzieć parę
godzin przy kawie i gadać. Nam tematy się nie kończyły. To była
teściowa, która potrafiła mnie zabrać na zakupy, kupić mi bluzkę. Gdy
Piotr wracał z pracy, w drzwiach potrafiła do niego powiedzieć: "A gdzie
są kwiaty dla Ani?". Dbała o mnie.
Do dzisiaj dzwoni do mnie. Mówi, że byłam dla niej jak córka. Pokochała
mnie, odkąd weszłam do jej domu. Mimo że nasz kontakt jest teraz rzadki,
telefoniczny, nadal jesteśmy sobie bliskie. Nadal ją kocham. Ciężko bym
przeżyła, gdyby jej zabrakło lub gdyby coś złego jej się stało.
K. B.: I dzisiaj wiesz, że Piotr to była miłość.
A.: Na pewno.
K. B.: Mówisz o mamie Piotra "teściowa". Byliście małżeństwem?
A.: On mi się oświadczył. Kupił pierścionek, jak już byłam w ciąży,
poszedł na salę dowiedzieć się o terminy. Daty nie ustaliliśmy, ale już
kupiliśmy obrączki. Mieliśmy zrobić obiad dla najbliższej rodziny i ślub. A, bo ja nie powiedziałam! Najważniejszą rzeczą, jaką wtedy
spalił, była moja suknia ślubna. Tata mi dał kilka stów na suknię
ślubną. Kupiłam na ślub cywilny. Piękną, écru, za kilkaset złotych i on
mi ją spalił.
K. B.: Dlatego za niego nie wyszłaś za mąż? Bo spalił suknię?
A.: Kupiłoby się nową. Ale już się do tematu nie wracało.
K. B.: Załóżmy, że dziś wychodzi, jest amnestia. On wychodzi i... Co?
A.: Nie wiem. Zanim poznałam Łukasza, byłam pewna, że gdyby wyszedł, to
choćby nie wiem co się ze mną działo w tym czasie, to pewnie bym do
niego wróciła. Ale teraz jestem z Łukaszem, kocham go, wiem, że jest mi
w stanie dać szczęśliwe życie, normalne...
K. B.: Bez widelca w ręku.
A.: Bez widelca w ręku. Chłopak, który przez dwa lata nigdy mnie nawet
nie wyzwał, a co dopiero powiedzieć o jakimś użyciu siły... To jest
chłopak, który ma dobre serce. Piotr nawet zwierząt nie lubił. Był takim
zimnym draniem.
K. B.: Ty lubisz zwierzęta.
A.: Kocham. Piotr to okrutny człowiek. Miałam kiedyś marzenie, by mieć
kotka. Wziął mnie za rękę i mówi: "Chodź, załóż buty, coś ci pokażę".
Poszliśmy na ogródek za dom, tam były jabłonki. Szłam zadowolona,
myślałam, że może ma kotka dla mnie, a on mówi: "Wybierz sobie drzewko,
na którym chcesz, żeby wisiał, jak przyniesiesz kota do domu".
Jedyną osobą, która go rusza, jest syn. Jest tak, że jak ja, matka czy
ktokolwiek powiedziałby do Piotra: "Pierdol się, nie chce mi się z tobą
gadać, na razie się do mnie nie odzywaj", to on by to miał głęboko w dupie. Jak tylko istnieje obawa, że Bartek mógłby się o coś obrazić, to
on jest w nerwach. Od razu go to rusza. Musi wiedzieć, co się stało. Od
razu chce mu wynagrodzić, od razu, choć do końca nie wie co.
K. B.: Nazwałaś Piotra psychopatą. Zastanawiałaś się, co mogło być
tego powodem?
A.: Gdy miał dwanaście lat, miał bardzo ciężki wypadek na lodowisku.
Leżał w śpiączce, miał dwukrotnie trepanację czaszki. Nie wiem... może ta
trepanacja czaszki tak na niego wpłynęła, że poprzestawiało mu się w głowie? Podobno był bardzo ciepłym dzieckiem. Jego mama ma czworo
dzieci, ale była zawsze najbardziej dumna z Piotra. On był jej ukochanym
synkiem. Najlepszym, najmądrzejszym, wybitnie zdolnym. Potrafił się
całej książki na pamięć nauczyć. Kochał historię, jest zafiksowany na
tym punkcie. Na ten moment, jestem więcej niż pewna, mógłby na
uniwersytecie wykładać historię, taką ma wiedzę. Jego mama twierdzi, że
jemu się to stało po tym upadku, bo ona też nie może znaleźć
wytłumaczenia, dlaczego on tak zrobił. Wspólnik, który dokonał z nim
morderstwa, nieraz zaznał głodu. Matka zmarła na jego oczach potrącona
przez samochód, wychowywał go ojciec pijak, który zmieniał baby. Nie
miał w czym chodzić, co zjeść. To mogło go zmotywować, pchnąć do tej
zbrodni. Ale Piotr nigdy nie miał sytuacji, w której byłby głodny albo
czegoś by mu brakowało.
K. B.: Odwiedziłaś go kiedyś w więzieniu?
A.: Przyszedł taki moment, nie pamiętam, ile lat temu. Jego mama zaczęła
mnie namawiać, że może bym go odwiedziła... że ona jedzie i może ja bym
się też zabrała. Zdecydowałam się pojechać z synem. Oczywiście, jak go
zobaczyłam, to ja w płacz, on w płacz. Wszyscy zaczęliśmy płakać. Na
drugie widzenie pojechałam też z teściową, siostrą i synem. Moja siostra
się popłakała, jak go zobaczyła. Nawet teraz... [płacz]. Nawet teraz
chce mi się płakać, bo mi się to przypomina...
K. B.: "To", czyli co?
A.: No jak go zobaczyłam. Nasze reakcje, jak nie mogliśmy słowa
powiedzieć... Wszyscy byli normalnie ubrani, a on jedyny w zielonym dresie
jak dla niebezpiecznych. Wszyscy normalnie wychodzą na spacer, jego
wyprowadzają osobno...
K. B.: Był skuty, gdy go zobaczyłaś?
A.: Nie pamiętam. To jest tak, że jak wpuszczają kolejną grupę, to
osadzony już siedzi przy stoliku i czeka albo my czekamy, aż wprowadzą
ich. Nie pamiętam, czy był skuty... Na widzeniu normalnie, ale jak go
prowadzili, to chyba był. Siedzi jako niebezpieczny. Mnie to nie
interesowało, czy on jest skuty. Skupiałam się na tym, że mogę mu
spojrzeć w twarz i nie mogę się wysłowić... Głos mi drżał, nie mogłam nic
powiedzieć. Nie byłam sobą, coś wstąpiło we mnie. Czułam się jak z waty,
zimny pot. Emocje, jakby mnie przed chwilą samochód potrącił, i nic
dookoła nie było ważne. Moja siostra też płakała, szwagier nawet miał
łzy w oczach, bo byli ze mną.
K. B.: Przytuliłaś go?
A.: No tak... Tyle lat się nie widzieliśmy, słyszeliśmy się tylko przez
telefon. Na tym widzeniu cały czas trzymaliśmy się za ręce. Do tego
stopnia, że ostatnie dwa razy pojechałam do niego całkowicie sama.
Wzięłam wolne w pracy i pojechałam. Czułam, jakby wróciło do mnie
wszystko... Ta cała miłość. Potem, jak go odwiedziłam te parę razy w więzieniu, to już czekałam tylko na telefon od niego... Wcześniej nie.
Zaczęłam się nawet interesować tym, kiedy on mógłby wyjść, bo jednak
prawo się ciągle zmienia, rząd, prezydent... i on przesiedział już sześć
lat za napad na bank. O podpaleniu nie mówię, bo to drobny wyrok, ale
podobno to wszystko się wlicza do tego wyroku największego, a więc
obliczałam sobie, że... w tym momencie siedzi już dziewięć lat, dodając
sześć, to już piętnaście w całym swoim życiu... [cały czas płacz].
Zaczęłam marzyć, że zmniejszą mu karę, że on może nawet wyjdzie w ciągu
pięciu lat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki