Miłość w cieniu śmierci. Wspomnienia z getta warszawskiego - Noemi Makower

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wprowadzenie

Rok 1943, Miłosna, 4 dni po ucieczce z getta

Głowa pęka od natłoku myśli i obrazów. Kiedy zamykam oczy widzę, jak na białym ekranie, ostre obrazy przeszłości przelatujące w niezwykłej szybkości i ukazujące moje przeżycia z ostatnich paru lat w ich istotnej postaci i niezwykłej dokładności. Ta "filmowość" przeszłości staje się zupełnie dosłowna przy wyłączeniu wzroku, ale natłoku wspomnień i myśli nie mogę się pozbyć, nawet patrząc szeroko otwartymi oczami na krajobraz wiosenny, rzutowany przez nasze okno w Miłosnej. Wydawałoby się, że jedynym wypoczynkiem i urwaniem tego filmu będzie sen. Zdarza się wprawdzie, że popadam w ciężki sen bez majaków, ale to zwykle sen pochodzenia "chemicznego" (leki nasenne). Normalnie jednak sen jest przedłużeniem dnia, oczywiście we właściwej mu postaci. Budzę się zmęczona, z ciężką głową, a nierzadko budzi mnie mocne szarpnięcie. To Maniek swoją interwencją przerywa męczące majaki, uzewnętrzniające się głośnym jęczeniem. Jestem mu za to serdecznie wdzięczna.

Jest już obecnie czwarty miesiąc przymusowego więzienia w Miłosnej (pod Warszawą). Zresztą miły pokoik i inne wygody codziennego życia, jak na przykład wygodne spanie, dobre jedzenie i tym podobne. Ale całkowita konspiracja, pokoju nie wolno opuszczać, każdy obcy człowiek (oprócz rodziny wtajemniczonej), to wróg. A więc wynikająca z tego zupełna nieomal nieruchomość (w sąsiednim pokoju jest ktoś z gości, na werandzie znajoma gospodarza, w kuchni krawcowa) i niesamodzielność. Wiesio musi przynosić wiadra puste i wynosić pełne. Kalectwo najgorszego rodzaju, rozmowy z Mańkiem albo się wcale ich nie prowadzi, albo też szeptem. Ciągłe nasłuchiwanie i grożąca "dziura" (dwie skrytki pod podłogą) w razie alarmu. Ta dziura to bardzo nieprzyjemna ewentualność, bo po pierwsze czy się zdąży, a po drugie, czy to się okaże bezpieczne. Przeżyliśmy już takich alarmów kilka, są mocno denerwujące i wyczerpujące. Do tego więzienia dochodzą odgłosy ze świata w postaci gazet i przekazów ustnych. Właśnie te przekazy już prawie od miesiąca nasilają stan mego obrazowego, filmowego myślenia. Moim przyjaciołom i innym ponad 30 tysiącom ludzi grunt się pali pod nogami, a w innych szczęśliwszych wypadkach wylatują w powietrze (powstanie w getcie). Dotychczas, aby powstrzymać męczący nurt wspomnień usiłowałam pracować w tym czy w innym sensie, uczyć się angielskiego, uczyć chłopców - Janusza i Wojtka, czytać poważne książki i bujdy. Teraz od miesiąca, mimo stosowania tych środków, maszyna myślowa pracuje nieprzerwanie, a środki zawodzą. Widzę twarze moich najbliższych, twarz mojej matki, jej cudne, czarne, aksamitne oczy, wesołe i pełne życia, zachodzące mgłą śmierci. Słyszę przenikliwy głos Loli (żona kuzyna, lekarz): "Ema, zastrzyk!". Czuję ziębnące ciało matki w moich objęciach i jej głowę zwisającą bezwładnie. Słyszę obcy głos, mój głos: "Dlaczegoś to zrobiła?". Widzę mego ojca, najszlachetniejszego człowieka, jakiego znałam, wśród obcych ludzi. Nie słyszy dobrze, co do niego mówią (uszkodzenie słuchu w następstwie otosclerosis. W sześćdziesiątym trzecim roku życia jest narażony na chłód, głód i inne niewygody obozowe, którego może spotkał Katyń takiego czy innego pochodzenia. Mietek - mąż mój, jest trzecim ogniwem mego przedwojennego życia. Rzucony gdzieś na granicę sowiecką w Finlandii, kochany czarny Mieciuś, czy żyje? Kiedyś, to znaczy przed wojną, były bardzo ważne zagadnienia, na przykład czy będzie się lepiej czy gorzej jadło, czy ona go zdradza..., a zresztą nie pamiętam już tych zagadnień sprzed wieków. Teraz jest jeden problem - zachowanie życia. W tym natłoku wrażeń, wspomnień i przeżyć dosłownie pęka głowa, trzeba się wypowiedzieć i nie można. Nie można o tym rozmawiać z Mańkiem, bo on ma dosyć własnych przeżyć, którym nie może dać rady, po co się wzajemnie męczyć? Doszłam do tego stanu, że po prostu unikam rozmowy z Mańkiem, przecież naprawdę nie ma nic przyjemnego do powiedzenia, są natomiast same rzeczy straszne. Przy czym słowo straszny było przed wojną bardzo nadużywane. Instynkt samozachowawczy człowieka stwarza jakieś wentyle, jakieś kratery dla tej lawy psychicznej, która nagromadziła się, paląca, prężna i szuka ujścia. Tym ujściem niechaj będą te zapiski.

To dziwne, że po tylu przeżyciach, życie jeszcze mi nie zobojętniało, a bodaj przeciwnie. Czuję teraz daleko silniej zapach dwóch gałązek bzu w wazonie, aniżeli przed kilkoma laty zapach całej alei bzu w Parku Paderewskiego w Warszawie. Może tu działa siła kontrastu. Chciałabym przeżyć tę wojnę i mieć jeszcze dzieci z moim kochanym Mańkiem. Dzieci, które nigdy nie widziały pożogi, mordów i zezwierzęcenia ludzkiej natury, dzieci, które tego nie zobaczą, które będą żyły w szczęśliwym kraju bez wojen i antagonizmów rasowych. Piszę to, co czuję, ale wiem, że to niemożliwe. Po pierwsze dlatego że mało prawdopodobne jest nasze przetrwanie, a po drugie czyż jest na świecie kraj, w którym nie będzie już w przyszłości wojny? Wojna tak się sprzęgła z historią ludzkości, że chyba zniknie z powierzchni ziemi razem z życiem tej ludzkości.

Wstęp

Rozdział 1. Wprowadzenie

Rozdział 2. Początek wojny

Rozdział 3. Nowa miłość

Rozdział 4. W getcie

Rozdział 5. Choroba i śmierć matki

Rozdział 6. U teściów

Rozdział 7. Szpital chirurgiczny na Lesznie 1. Przed wysiedleniem

Rozdział 8. Moje problemy

Rozdział 9. W getcie znów wiosna

Rozdział 10. Terror przed wysiedleniem

Rozdział 11. Wysiedlenie i samobójstwo prezesa Gminy inż. Adama Czerniakowa

Rozdział 12. Szpital w czasie wysiedlenia

Rozdział 13. Kocioł

Rozdział 14. Werterfassung

Rozdział 15. Akcja styczniowa

Rozdział 16. Przygotowania i nieudana ucieczka

Rozdział 17. Wracamy do getta

Rozdział 18. W getcie szopowym

Rozdział 19. Po "stronie aryjskiej"

Rozdział 20. W ukryciu

Rozdział 21. Dalsze losy mojej rodziny i przyjaciół

Rozdział 2

Początek wojny

Początek 1939 roku, piękne sierpniowe, gorące dni nabrzmiałe złotem pszenicy i żyta, a także jakimś przeczuciem katastrofy. Małe, nędzne, brudne, ale jakże malownicze miasteczko - Wyszogród, przytulony do najpiękniejszego chyba miejsca na przebiegu Wisły. Domki zgrzybiałe ze starości i wspierające się wzajemnie; przypomina się nieodzownie Kazimierz. Zastępstwo letnie, dla odmiany stomatologia, od rana do wieczora pacjenci, okoliczni chłopi. Od czasu do czasu zajeżdża butnie powozikiem dziedzic lub właściciel pobliskiej cukrowni. Jednostajne życie, listy z domu od rodziców i od Miecia. Gdy tu nagle - "Wracaj, wojna tuż". Autobus trzęsie się na kocich łbach, duszno, parno, przejeżdżamy "aleją" żyta. Słońce śmieje się obojętnie. Chłopi mówią: "Wojna pewna, taki urodzaj, że tylko patrzeć". Przemyka mi przez głowę głupia myśl: na biurku zostawiłam czarnego słonia, z którym nie rozstaję się od dwóch lat. Niedorzeczna myśl, odganiam ją, jak uprzykrzoną muchę, ale ciągle wraca i bzyka. Człowiek robi się zabobonny. A potem Milanówek pod Warszawą (domek rodziców Mietka), po paru dniach piękna Cyganka z królewskiego rodu każe mi prędko jechać do Warszawy, ażeby schować pod progiem mieszkania amulet szczęścia za jedną złotówkę, bo powiada z tragicznym wyrazem w swoich czarnych oczach: "Panoczka, będzie źle". Ona mówi poważnie, ona prosi, widać, że to nie względy materialne wchodzą w grę, złotówkę już dostała, ona nawet grozi. Piękna Cyganka z królewskiego rodu już pewno nie żyje, tak jak większość jej współbraci. Złożyła haracz krwi na ołtarzu rasowego barbarzyństwa. Amulet szczęścia został już całkowicie wypłukany przez śnieg i deszcz gdzieś w Milanówku pod płotem. Zapomniany czarny słoń i mały amulet szczęścia zaciążyły nad moim przyszłym życiem. 1 września przyszła wojna, a z nią pierwszy nalot na Warszawę. 6 września mój najukochańszy tatuś - kapitan, lekarz polskiej armii, w swoim nowym mundurze zakładał, stojąc na drabinie w stołowym pokoju, zaciemniające sztory. Zakładał te sztory dziesięć minut przed wyjściem na dworzec, przed wyjściem w świat na wojnę. A do mnie powiedział, gdy chciałam go zastąpić, "Dosyć się napracujesz, kiedy mnie nie będzie". Żegnaliśmy się, płakałam, a on powiedział pogardliwie: "Baba", ale tak jakoś miękko. Po chwili obejmował i całował matkę... i płakał. Pierwszy raz widziałam tatusia płaczącego, może przejrzał!

Po dwóch dniach, z wielką falą młodzieży, idącą na wschód, odszedł Mietek. Zostałam sama z matką i ze świętym przykazaniem ojca - żebyś nigdy mamusi nie zostawiała. Nie zostawiłam jej też, ale ona mnie zostawiła i odeszła.

Nastały straszne dni bombardowania Warszawy i noce obstrzałów artyleryjskich. Wreszcie 26 września, po dwugodzinnym nalocie, podczas którego widziałam, jak czteropiętrowe kamienice waliły się w gruzy, Warszawa się poddała. Zaczęło się panowanie terroru, barbarzyństwa i zbrodni - czasy pogardy.

Mieszkaliśmy nadal w naszym rodzinnym domu przy ulicy Chłodnej 2. Od Miecia przychodziły często listy miłosne, coraz bardziej przesiąknięte tęsknotą. Pracuje on jako lekarz "szosowy" pod Lwowem, na pustkowiu. Nie zachwyca się swoim otoczeniem ani warunkami życia, chociaż za pilną pracę jest nagradzany. Jeździ od czasu do czasu do Lwowa, aby zasięgnąć języka i zobaczyć się z ludźmi dnia wczorajszego. Niektórzy z tych ludzi, rzuceni przypadkowo falą powrotną do kraju, opowiadali mi, jak bardzo Mietek tęsknił za mną. Cóż z tego, w moim sercu zawsze będzie żal do niego, że mnie zostawił i poszedł. Kiedy w okresie ostrego nasilenia tego żalu zwierzałam się najbliższym, nie przyznawali mi racji i muszę wyznać, że ich logiczne argumenty były słuszne. Mimo wszystko wiem, że mój tatuś tak by nie postąpił, a to było i będzie probierzem wszelkich sądów dla mnie.

Czarny, kochany Miecio nawet się ze mną nie pożegnał jak należy, przemówienie radiowe pułkownika Umiastowskiego o godzinie drugiej w nocy wyrzuciło go z łóżka i kazało wyjść z plecakiem w piękną wrześniową noc, w nieznaną dal. Wycisk jego ciała na naszym tapczanie jeszcze długo był ciepły, w tym wycisku położyłam się i przepłakałam całą noc. Nie zdobyłam się nawet na słowo protestu, może obrażona ambicja, a może niejasne przeczucie, że on sobie tą ucieczką ratuje życie.

Miecio spotkał ojca w Brześciu, umówił się z nim na rano nazajutrz, ale rano tatuś był już ze swoim pułkiem gdzieś pod Tarnopolem. Mietek został sam, tatuś został sam i my z mamusią też byłyśmy same. To zrobiło pierwszych dziesięć dni wojny.

Pierwszy list od tatusia, już w niewoli sowieckiej w Kozielsku, brzmiał następująco: dobrze tu nie jest, ale przecież wiecie, że ja dużo nie potrzebuję. Mój najdroższy tatuś nigdy nic dla siebie nie potrzebował, on prawie że "nie oddychał", żeby otoczeniu nie przeszkadzać. Po dwóch listach w odstępie paromiesięcznym i karteczce drukowanej przez Czerwony Krzyż, wiadomości się urwały. Kozielsk nie odpowiadał na nasze listy, szwajcarski Czerwony Krzyż bardzo grzecznie odpowiadał na nasze zapytania, ale nic o jeńcach w Kozielsku nie wiedział. Wrócił wówczas, dzięki jakimś cudom, doktor B. z Kozielska. Opowiadał nam, jak bardzo ojciec jest na obozie kochany, mówił, że zorganizował tam bardzo uczęszczane kursy języka angielskiego i że, co było mniej przyjemne, przeszedł z bohaterską cierpliwością czyraczność, wielokrotnie zetknąwszy się z nożem chirurga. Mój kochany tatuś poszedł walczyć z Niemcami o Polskę i po dziesięciu dniach "parady" w pięknym, kapitańskim mundurze już jadł chleb jeńca sowieckiego, a to wszystko w sześćdziesiątym drugim roku życia [Eliasz Hersz Wigdorowicz był jednym z ponad dwustu żołnierzy-Żydów z obozu w Kozielsku, którzy zostali zamordowani w Katyniu.]

Od marca 1940 roku ani słowa od ojca, Miecio też czyni poszukiwania, ale bez skutku.

A tymczasem jest coraz ciężej i o dziwo w tym strasznym świecie nienawiści i barbarzyństwa zjawia się pocieszenie - nowa miłość. Wydaje mi się to dziwne, gdy uprzytamniam sobie, że mogłam pokochać świeżą, wiośnianą miłością pół roku po rozstaniu się z Mietkiem.