Miłość w spadku - Agnieszka Rusin

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ma­rina sie­działa już dłuż­szą chwilę w ka­wia­rence o ro­man­tycz­nej na­zwie "Pod Amo­rem" i cze­kała na Ma­te­usza. Po pię­ciu la­tach związku wresz­cie do­cze­kała się oświad­czyn. Czy mo­gła nie być szczę­śliwa? Kiedy ko­bieta koń­czy trzy­dzie­ści lat, wielce wska­zane jest, by wresz­cie wy­szła za mąż i uro­dziła gro­madkę dzieci. Matce Ma­riny spadł ka­mień z serca, gdyż wresz­cie jedna z jej có­rek zmieni stan cy­wilny, a i tak miała jesz­cze do wy­da­nia młod­sze la­to­ro­śle.

Gę­ste, rude włosy z de­li­kat­nymi zło­ci­stymi re­flek­sami pięk­nie oka­lały twarz Ma­riny. Ich dłu­gie, spo­koj­nie opa­da­jące fale przy­po­mi­nały te­raz coś w ro­dzaju pięk­nego koł­nie­rza zdo­bią­cego jej zgrabną szyję i skromny de­kolt su­kienki. Pięk­nymi, du­żymi, ciem­nymi oczami ukrad­kiem spo­glą­dała na lewy nad­gar­stek, na któ­rym no­siła ze­ga­rek. Jej ładna twarz sub­tel­nie ob­sy­pana drob­niut­kimi pie­gami, wy­glą­dała na zmę­czoną i zmar­twioną. Miesz­kańcy mia­steczka wie­dzieli wszystko o po­zo­sta­łych, a no­winki i plo­teczki były je­dyną roz­rywką i sen­sa­cją, w związku z tym fakt, że panna Ma­rina Ko­wal­czuk wresz­cie się za­rę­czyła, sta­no­wił in­te­re­su­jącą wia­do­mość dla cie­kaw­skich. Miej­sco­wość le­żała na wschod­nich ru­bie­żach kraju, gdzie lasy pełne były dzi­kiej zwie­rzyny i gdzie można było wy­brać się na ja­gody i bo­rówki.

Przez szyby ka­wia­renki dało się do­strzec pa­da­jący deszcz. Ma­rina za­czy­nała się nie­cier­pli­wić.

Po wy­pi­ciu nie­mal ca­łego cap­puc­cino za­częła ner­wowo stu­kać wy­so­kim ob­ca­sem o drew­nianą pod­łogę. Po chwili Ma­te­usz wresz­cie do­tarł do lo­kalu.

"Dwa­dzie­ścia mi­nut spóź­nie­nia" - po­my­ślała, po­now­nie zer­ka­jąc na ze­ga­rek.

- Cześć, ko­cha­nie, ale pa­skudny dzień. Wiem, wiem, spóź­ni­łem się, ale wy­ba­czysz mi, jak za­wsze, prawda, Myszko? - za­gad­nął we­soło, mru­ga­jąc do niej zna­cząco pra­wym okiem i ca­łu­jąc w po­li­czek. Ma­ri­nie ja­koś to nie prze­szka­dzało, znała go do­brze i wie­działa, że z re­guły nie bywa wy­lewny w oka­zy­wa­niu uczuć.

- Już przy­wy­kłam do tego, że je­steś spóź­nial­ski - od­parła i uśmie­cha­jąc się do niego, po­pra­wiła dło­nią mie­dziane włosy, ma­jąc na­dzieję na to, że ład­nie wy­gląda. Nie usły­szała jed­nak żad­nego kom­ple­mentu.

- Och, wy­bacz mi... - pro­sił, po­pra­wia­jąc oku­lary, które lekko zsu­nęły mu się z nosa.

- Znowu praca?

- No, tak jak za­wsze. Oj­ciec ma no­wych klien­tów, wpa­dła nam po­ważna sprawa, mó­wię ci, ko­cha­nie- opo­wia­dał z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem i pod­nie­ce­niem w oczach.

- To chyba do­brze, że in­te­res się roz­wija? Wiesz... Mia­łam na­dzieję, że po­roz­ma­wiamy dziś o ostat­nich przy­go­to­wa­niach do ślubu - od­parła z na­dzieją w gło­sie.

- Ja­sne, Myszko... - wes­tchnął, po czym nie­ocze­ki­wa­nie za­wo­łał: - Kel­ner!

Młody męż­czy­zna w czar­nej ko­szuli i bia­łej muszce ro­zej­rzał się po sali nieco spło­szony.

- Jedną kawkę po­pro­szę! - Ma­te­usz rzu­cił bez­ce­re­mo­nial­nie w jego stronę, po czym wra­ca­jąc do roz­mowy spoj­rzał na Ma­rinę - Co tylko ze­chcesz, Myszko, zresztą... Zga­dzam się na wszystko, prze­cież sama naj­le­piej się tym wszyst­kim zaj­miesz, wiesz, że ja nie mam głowy do ta­kich bab­skich spraw - do­dał, wy­cie­ra­jąc chu­s­teczką za­bru­dzone szkła oku­la­rów. Ma­rina nie mo­gła uwie­rzyć w to, co sły­szy i gniew­nie zmarsz­czyła brwi.

- Bab­skich? - rzu­ciła za­sko­czona i zdzi­wiona jego obo­jęt­nym to­nem.

- No tak, wła­śnie - od­parł, spo­glą­da­jąc co i rusz na le­żący na sto­liku tuż przed jego no­sem te­le­fon.

- To nie są ja­kieś bab­skie sprawy! Prze­cież za dwa ty­go­dnie bie­rzemy ślub!

Ma­te­usz jed­nak spra­wiał wra­że­nie obec­nego cia­łem, lecz nie du­chem. Po­grą­żony we wła­snym praw­ni­czym świe­cie zda­wał się nie do­strze­gać re­ak­cji na­rze­czo­nej.

- Tak, to już za dwa ty­go­dnie, ale ten czas leci - po­wtó­rzył bez­myśl­nie, da­lej wpa­tru­jąc się w te­le­fon, jakby cze­kał na ważną wia­do­mość.

Ma­rina z nie­po­ko­jem spo­glą­dała na swego przy­szłego mał­żonka, mar­twiąc się jego bra­kiem za­an­ga­żo­wa­nia. Po chwili kel­ner przy­niósł do ich sto­lika pach­nącą cy­na­mo­nem kawę, ona zaś do­pi­jała swoje wy­sty­głe cap­puc­cino. Ma­te­usz po­ki­wał głową, za­mie­szał bez­wied­nie ły­żeczką, za­stu­kał w zdo­bioną zło­tym wzo­rem fi­li­żankę i wy­pił kilka ły­ków, my­ślami bę­dąc gdzie in­dziej. Ma­rina czuła, jak z każdą chwilą na­ra­stają w niej złość i roz­cza­ro­wa­nie. Pa­trząc na niego, za­sta­na­wiała się, gdzie się po­dział jej dawny uko­chany. Czy na­gle, wraz z oświad­czy­nami, jego uczu­cia wy­ga­sły?

- Wi­dzę, że nie bar­dzo ci na tym wszyst­kim za­leży... - rzu­ciła po­iry­to­wana jego men­talną nie­obec­no­ścią. Czuła się nie­swojo i głu­pio. Lek­ce­wa­żył ją w wi­doczny spo­sób, a na do­da­tek nie do­strze­gał w swoim za­cho­wa­niu ni­czego nie­sto­sow­nego.

- Myszko, ja po pro­stu nie mam na to wszystko czasu... - od­parł nieco zmę­czo­nym gło­sem, na­mięt­nie szu­ka­jąc cze­goś w te­le­fo­nie.

Ma­rina przy­glą­dała mu się z ro­snącą zło­ścią, a jej oczy ci­skały gromy i bły­ska­wice.

- Ro­zu­miem, w ta­kim ra­zie wszystko zro­bię we­dług wła­snego uzna­nia, zresztą jak za­wsze!

- Je­stem pe­wien, Myszko, że twoja mama bę­dzie tu nie­za­stą­piona, wiesz prze­cież, że ona uwiel­bia ta­kie za­da­nia spe­cjalne jak śluby i we­sela, tym bar­dziej naj­star­szej córki - stwier­dził spo­koj­nym to­nem, nie wi­dząc w ni­czym pro­blemu. Ma­rina na­to­miast wy­czuła, że po­wie­dział to nieco sar­ka­stycz­nym to­nem. Wie­działa, że lu­bił jej matkę, jed­nak z pew­no­ścią nie uwa­żał jej za naj­mą­drzej­szą ko­bietę na świe­cie. Ze zmierz­wio­nymi wło­sami i okrą­głymi oku­la­rami na no­sie mam­ro­tał coś do sie­bie pod no­sem, wy­glą­da­jąc jak młody na­uko­wiec, a nie jak jej przy­szły mał­żo­nek.

Ma­rina da­lej ob­ser­wo­wała go w mil­cze­niu. Na­gle za­częła się za­sta­na­wiać nad tym, jak bę­dzie wy­glą­dało ich wspólne ży­cie. Oboje sie­dzieli przez chwilę w ci­szy, ra­zem, ale jakby osobno. Ona, po­grą­żona w swo­ich nie­po­ko­ją­cych roz­wa­ża­niach, on, czy­ta­jący ese­mesy i szep­czący coś nie­ustan­nie do sie­bie, ni­czym sta­ru­szek.

Ka­wia­renka, w któ­rej się znaj­do­wali, zo­stała urzą­dzona w gu­stowny i przy­tulny spo­sób. Na sto­li­kach stały czer­wone na­stro­jowe lampki, a szy­deł­kowe ser­wetki i kwiatki w nie­wiel­kich, uro­czych wa­zo­nach do­peł­niały ca­ło­ści. At­mos­fera i wy­strój wnę­trza za­chę­cały do ro­man­tycz­nych spo­tkań we dwoje. Ma­rina tym bar­dziej od­czu­wała przy­krość spo­wo­do­waną za­cho­wa­niem Ma­te­usza, a w jej sercu zro­dziło się gorz­kie roz­cza­ro­wa­nia.

Po chwili za­dzwo­nił jego te­le­fon. Ma­te­usz na­tych­miast ode­brał i po krót­kiej roz­mo­wie ze­rwał się na równe nogi, oświad­cza­jąc, że musi już iść, bo do kan­ce­la­rii przy­je­chali nowi, nie­zwy­kle ważni klienci. Od czasu, gdy ukoń­czył stu­dia praw­ni­cze, wraz z oj­cem pro­wa­dził je­dyną kan­ce­la­rię prawną w Gór­czy­nie, z czego był nie­zwy­kle dumny. Miał na­dzieję prze­jąć ją w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, gdyż oj­ciec wy­bie­rał się wkrótce na za­słu­żoną eme­ry­turę. W związku z tym - jak są­dziła matka Ma­riny - Ma­te­usz był naj­lep­szą par­tią w ca­łym mia­steczku i oko­licy. Tym­cza­sem Ma­rina nie po­dzie­lała jego en­tu­zja­zmu.

- Wiesz co? W ta­kim ra­zie le­piej już idź - po­wie­działa z re­zy­gna­cją w gło­sie. Nie wy­znała mu, jak wiel­kie wąt­pli­wo­ści na­ra­stały w jej sercu. Ich spo­tka­nia od ja­kie­goś czasu wy­glą­dały po­dob­nie. Szyb­kie spo­tka­nie, pilny te­le­fon, brak czu­ło­ści... Czuła się sko­ło­wana, a ra­dość z po­wodu ry­chłego ślubu po­woli umy­kała jak ulotny za­pach per­fum.

- Zro­zum, Myszko, taka oka­zja może się szybko nie po­wtó­rzyć - tłu­ma­czył pod­nie­co­nym gło­sem, cho­wa­jąc po­spiesz­nie te­le­fon do kie­szeni ciem­nego płasz­cza.

- Ja­sne, ro­zu­miem. - po­wtó­rzyła ci­cho, wzdy­cha­jąc po­sęp­nie. Wy­da­wało jej się, że wszystko poza nią było dla niego waż­niej­sze. Ma­te­usz na­to­miast cały pro­mie­niał, pod­nie­cony ry­chłym i waż­nym spo­tka­niem.

- Je­steś wspa­niała. Za­dzwo­nię do cie­bie wie­czo­rem. Pa, ko­cha­nie! - za­wo­łał, bę­dąc już pra­wie przy drzwiach, po­tar­gany, w nie­za­pię­tym płasz­czu i w ogól­nym nie­ła­dzie. Ma­rina zer­kała, jak bez chwili wa­ha­nia wy­cho­dzi na ze­wnątrz. Znowu zo­stała sama, a fi­li­żanką zim­nego cap­puc­cino w dłoni. Nie miała już na nie ochoty, ure­gu­lo­wała więc ra­chu­nek i bez po­śpie­chu za­ło­żyła płaszcz. Uśmiech­nęła się na od­chodne do kel­nera i po­woli wy­szła na ze­wnątrz. Deszcz, który jesz­cze nie­dawno był pra­wie nie­zau­wa­żalny, roz­pa­dał się na do­bre. In­ten­syw­nie spa­da­jące kro­ple ata­ko­wały jej de­li­katną twarz tak samo sil­nie, jak wąt­pli­wo­ści co do ślubu, które co­raz moc­niej za­wład­nęły jej ser­cem. Ma­rina nie była już pewna, czy chce ta­kiego ży­cia w cią­głym za­mie­sza­niu i braku uwagi ze strony Ma­te­usza. Nie tego ocze­ki­wała, gdy pro­sił ją o rękę. Prze­mo­czona do su­chej nitki, z głową w chmu­rach i w wi­siel­czym na­stroju we­szła do domu, zo­sta­wia­jąc w przed­po­koju mo­kre ślady bu­tów.

- Wy­glą­dasz jakby cię coś przed chwilą prze­je­chało - po­wi­tała ją od progu młod­sza sio­stra. We­ro­nika miała dwa­dzie­ścia pięć lat, była zgrabna jak mo­delka i ogól­nie Bóg nie szczę­dził jej wdzię­ków. Jej dłu­gie, pro­ste i kru­czo­czarne włosy z pro­stą grzywką pięk­nie lśniły, ła­god­nie har­mo­ni­zu­jąc z jej mocno ciem­nymi oczami. W prze­ci­wień­stwie do Ma­riny od za­wsze miała duże po­wo­dze­nie u płci prze­ciw­nej. Ku zmar­twie­niu Róży, ich matki, We­ro­nika nie­ustan­nie prze­bie­rała w chło­pa­kach, co ja­kiś czas przed­sta­wia­jąc ro­dzi­com ko­lej­nego na­rze­czo­nego. Biedna ko­bieta nie mo­gła spać po no­cach, za­mar­twia­jąc się o los có­rek, a naj­bar­dziej fra­so­wało ją to, by wy­dać je jak naj­szyb­ciej i jak naj­le­piej za mąż, aby wresz­cie mieć spo­kój w domu.

Ma­rina zdjęła prze­mo­czony płaszcz i po­szła do ła­zienki po ręcz­nik, by osu­szyć włosy. Jej za­mszowe ja­sne botki na ko­tur­nie rów­nież nie pre­zen­to­wały się naj­le­piej.

- Wy­glą­dam tak, jak się czuję - od­parła smut­nym gło­sem, wy­cie­ra­jąc po­je­dyn­cze pa­sma zło­ci­sto­kasz­ta­no­wych wło­sów. Czarny tusz na jej rzę­sach lekko się roz­ma­zał, two­rząc za­bawne ślady na twa­rzy.

- To pew­nie ten stres przed ślu­bem. A w ogóle to do­brze jest no­sić ze sobą pa­ra­sol, sio­strzyczko, zwłasz­cza gdy za­po­wia­dają ty­go­dniowe opady desz­czu - po­uczyła ją We­ro­nika. Mó­wiąc to, bar­dzo szybko za­ja­dała ze sma­kiem kru­che cia­steczko. - A gdzie Ma­te­usz? - spy­tała ze zdzi­wie­niem, od­rzu­ca­jąc ręką dłu­gie włosy do tyłu.

- Zgad­nij...

- Tylko mi nie mów, że znowu mu­siał iść do pracy!

Ma­rina spu­ściła wzrok, ci­cho wzdy­cha­jąc. We­ro­nika była na nią zła, co ewi­dent­nie ma­lo­wało się te­raz na jej śnież­no­bia­łej twa­rzy.

- Boże, dziew­czyno! - krzyk­nęła z iskrami w oczach. - On cię robi w trąbę! Mó­wię ci, Ma­rina albo on jest ja­kiś dziwny, albo ma ko­goś na boku - wtrą­ciła, po­pi­ja­jąc kawę i na­dal opy­cha­jąc się ciast­kiem. Ma­rina sie­działa te­raz obok niej na wy­god­nej se­le­dy­no­wej ka­na­pie. W au­re­oli po­skrę­ca­nych od wil­got­nego po­wie­trza wło­sów wy­glą­dała jak mała, za­gu­biona dziew­czynka.

- Oj, prze­stań wresz­cie, głowa mi pęka, a ty się jesz­cze na mnie wy­ży­wasz - za­mru­czała, spo­glą­da­jąc na sio­strę z nie­za­do­wo­le­niem.

- Mów co chcesz, ale ja bym kop­nęła go w...

- Pro­szę, nie kończ - wtrą­ciła, pod­no­sząc obie ręce i obej­mu­jąc nimi swoją zmar­twioną twarz.

- Mó­wię ci... Po­wie­dzia­łaś mu wresz­cie, że chcesz pi­sać?

- Ja­koś nie zdą­ży­łam - od­parła pu­sto brzmią­cym gło­sem, ocie­ra­jąc dło­nią oczy. We­ro­nika po­ki­wała głową.

- I wła­śnie o to mi cho­dzi. Czy my­ślisz, że on bę­dzie inny po ślu­bie? - za­py­tała nie­pew­nie.

- Nie wiem, ale... Co mam zro­bić? Nie znajdę tu in­nego fa­ceta, poza tym wciąż go ko­cham... - Ma­rina bro­niła się, ża­ło­śnie mio­ta­jąc się we wła­snych złu­dze­niach i wąt­pli­wo­ściach, świa­doma faktu, że czę­ściowo oszu­kuje samą sie­bie.

We­ro­nika pa­trzyła na nią ba­daw­czo, prze­wra­ca­jąc oczami i ciężko przy tym wzdy­cha­jąc. W końcu spoj­rzała na nią po­waż­nie i spy­tała z tro­ską z gło­sie:

- My­śla­łaś kie­dyś o tym, żeby stąd po pro­stu wy­je­chać? - Na lekko pie­go­wa­tej twa­rzy sio­stry po­ja­wił się po­płoch.

- Wy­je­chać? Ale do­kąd? - Oczy Ma­riny wy­ra­żały za­sko­cze­nie.

We­ro­nika przy­su­nęła się do niej bli­żej i chwy­ciła za rękę.

- Da­leko stąd, sio­stro. Pro­szę, po­myśl o tym. Zrób to dla mnie, za­nim po­wiesz sa­kra­men­talne "tak" ko­muś to o cie­bie nie dba. - We­ro­nika z na­dzieją pa­trzyła w oczy sio­stry. Do­brze wie­działa, że ta się waha oraz i że to matka czę­ściowo na­mó­wiła ją na ten ślub, od dawna upar­cie prze­ko­nu­jąc do Ma­te­usza. Ko­bieta ro­biła wszystko, by jej córki szybko i bo­gato wy­szły za mąż, a Ma­rina była naj­star­sza z nich.

- Ale prze­cież nie ucieknę sprzed oł­ta­rza, nie mo­gła­bym... - W jej gło­sie za­dźwię­czały strach i dziwny nie­po­kój. Sie­działa z za­sko­czoną miną, z nie­od­par­tym wra­że­niem, że We­ro­nika czyta w jej my­ślach, bo­wiem od ja­kie­goś czasu roz­wa­żała po­dobną al­ter­na­tywę, a szcze­gól­nie dziś, po ko­lej­nym nie­uda­nym spo­tka­niu z Ma­te­uszem. We­ro­nika wy­glą­dała na szcze­rze za­tro­skaną.

- Do­brze, ale obie­caj mi przy­naj­mniej, że mu po­wiesz i do­brze po­słu­chaj, co ci od­po­wie...

- Tak, zro­bię to. Ma­rzę o pi­sa­niu i nie chcę z tego zre­zy­gno­wać za żadną cenę.

We­ro­nika de­li­kat­nie uca­ło­wała sio­strę w po­li­czek. Obie bar­dzo się ko­chały i po­mimo spo­rej róż­nicy wieku były ze sobą mocno zżyte. Tej bli­sko­ści nie miały już z Leną, ich ko­lejną sio­strą, która za­wsze cha­dzała swo­imi ścież­kami, ni­czym kot. Lena zde­cy­do­wa­nie była chłop­czycą, któ­rej nie in­te­re­so­wały po­my­sły matki na ry­chły ślub, ani tym bar­dziej pod­su­wa­nie jej po­ten­cjal­nych kan­dy­da­tów na męża. Dziew­czyna sta­no­wiła naj­więk­sze wy­zwa­nie dla matki, gdyż była bar­dzo oporna na swa­ta­nie i nie uzna­wała cho­dze­nia na randki. Ofi­cjal­nie wy­znała przy wszyst­kich, że ni­gdy się nie za­ko­cha ani nie wyj­dzie za mąż. Nie bę­dzie też ni­czyją słu­żącą ani nie­wol­nicą. Matka jed­nak wciąż li­czyła na to, że w końcu kie­dyś jej córka opa­mięta się i doj­rzeje do mał­żeń­stwa i, ku jej ra­do­ści, za­mieszka u męża.

Oj­ciec dziew­cząt, pan Hen­ryk, był wy­so­kim, szczu­płym i si­wie­ją­cym męż­czy­zną o ła­god­nym spoj­rze­niu i zde­cy­do­wa­nych po­glą­dach, ma­rzą­cym je­dy­nie o spo­koju w za­cisz­nym ką­cie domu lub w pracy. Od lat pro­wa­dził małe biuro po­dat­kowe, jed­nak nie miał komu prze­ka­zać in­te­resu, gdyż żadna z có­rek nie wy­ka­zy­wała za­in­te­re­so­wa­nia prze­ję­ciem ro­dzin­nej schedy. Ucie­ka­jąc przed stale coś mó­wiącą żoną, pan Hen­ryk za­my­kał się w swoim biu­rze, w któ­rym stop­niowo od­zy­ski­wał spo­kój du­cha. Wie­czo­rami wy­my­kał się z domu na par­tyjkę bry­dża lub kart do klubu se­niora, gdzie spo­ty­kał daw­nych ko­le­gów ze szkoły. Te chwile były dla niego naj­szczę­śliw­sze, z dala od ro­dzin­nego zgiełku i wy­słu­chi­wa­nia cią­głych na­rze­kań mał­żonki.

***

Tym­cza­sem Ma­rina za­mknęła się w swoim po­koju. Od­czu­wała strach i nie­pew­ność, wciąż ana­li­zu­jąc spo­tka­nie z Ma­te­uszem. Czuła, że We­ro­nika w ja­kimś stop­niu ma ra­cję: wie­działa, że ży­cie tu­taj ogra­ni­cza cia­sny, za­ścian­kowy świat, bez no­wych ho­ry­zon­tów, w utar­tych sche­ma­tach i od­wiecz­nych mę­czą­cych tra­dy­cjach. A ona... po­nad wszystko pra­gnęła pi­sać - i to do­brze pi­sać, choć ni­gdy ni­komu, poza We­ro­niką, nie zwie­rzyła się z tego pra­gnie­nia. Tylko sio­stra stała się po­wier­niczką jej ma­rzeń. Matka nie­wąt­pli­wie szybko by ją do tego znie­chę­ciła, a Ma­te­usza rzadko kiedy in­te­re­so­wało coś wię­cej poza praw­ni­czymi ter­mi­nami. Ma­rina wie­działa, że jako przy­szła mę­żatka po­winna sza­leć ze szczę­ścia, jed­nak nie czuła się szczę­śliwa, po­mimo tego, że na swój spo­sób go ko­chała. Czasy, kiedy sza­leń­czo za­ko­chani pa­trzyli so­bie żar­li­wie w oczy, a każde ko­lejne spo­tka­nie nio­sło ze sobą wul­kan unie­sień i emo­cji, skoń­czyły się bez­pow­rot­nie. Czuła, że uczu­cie mię­dzy nimi wy­gasa, a łą­cząca ich daw­niej na­mięt­ność umiera. Nie ro­zu­miała tylko, dla­czego Ma­te­usz zda­wał się tego nie do­strze­gać. Ma­rina le­żała bez­wład­nie na łóżku, wpa­tru­jąc się z po­zoru bez­myśl­nie w je­den punkt na ścia­nie. Sy­tu­acja sta­wała się po­ważna. Mu­siała bo­wiem zde­cy­do­wać, czy za­głu­szy swoje wąt­pli­wo­ści i po­słu­cha matki i zgod­nie z jej ocze­ki­wa­niami zo­sta­nie po­tulną i ci­chą mał­żonką. Bę­dzie wieść do­stat­nie ży­cie u boku świet­nie ro­ku­ją­cego męża za cenę sa­mot­nie spę­dza­nego czasu i to­le­ro­wa­nia jego wiecz­nych spóź­nień. Druga z moż­li­wo­ści za­kła­dała, że po­słu­cha rad sio­stry i swo­jego "je­ste­stwa", od­waż­nie od­ci­na­jąc się od prze­szło­ści, umie­ra­ją­cej mi­ło­ści, znie­na­wi­dzo­nej i nud­nej pracy oraz wiecz­nie mó­wią­cej jej jak ma żyć matki.

Jej do­tych­cza­sowe, za­pla­no­wane ży­cie nie­uchron­nie za­czy­nało się bu­rzyć. Strach i nie­pew­ność w sercu spra­wiły, że ona sama nie po­tra­fiła my­śleć o ni­czym in­nym. Słowa We­ro­niki co­raz in­ten­syw­niej pod­sy­cały na­ra­sta­jące wąt­pli­wo­ści.

***

Kan­ce­la­ria Prawna Ża­kow­ski i Syn była je­dyną w oko­licy. Więk­szość jej klien­tów po­cho­dziła spoza mia­steczka, jed­nak wła­ści­ciele nie mo­gli na­rze­kać na ich brak. Ele­gancko i sty­lowo urzą­dzona przez żonę pana Ża­kow­skiego przy­cią­gała in­te­re­san­tów na­wet z da­leka, a jej wła­ści­ciel ucho­dził za naj­lep­szego praw­nika w ca­łym po­wie­cie. Na­za­jutrz rano, po spo­tka­niu z Ma­riną, Ma­te­usz, jak za­wsze spóź­niony, wpadł do środka jak hu­ra­gan. W ga­bi­ne­cie cze­kał na niego oj­ciec i nie­znana młoda, nie­zmier­nie atrak­cyjna ko­bieta. Ubrana w lekko do­pa­so­waną czarną su­kienkę dłu­go­ści tuż przed ko­lano, z ma­łym za­okrą­glo­nym srebr­nym koł­nie­rzy­kiem tuż przy szyi i de­li­kat­nie bu­fia­stymi rę­ka­wami, spra­wiała pio­ru­nu­jące wra­że­nie.

- Ma­te­uszu, po­znaj pro­szę na­szą nową asy­stentkę - za­czął ofi­cjal­nym to­nem pan Ża­kow­ski. - Pau­lina Li­siecka - przed­sta­wił ko­bietę, wska­zu­jąc ła­god­nym ru­chem ręki w jej stronę.

Pan Ża­kow­ski na­le­żał do grona ele­ganc­kich praw­ni­ków no­szą­cych muszkę. W gra­na­to­wej ma­ry­narce z la­mów­kami i bia­łej, ide­al­nie wy­pra­so­wa­nej ko­szuli, pre­zen­to­wał się bar­dzo wy­twor­nie. W prze­ci­wień­stwie do swo­jego syna był przy­kła­dem do­kład­no­ści, pro­fe­sjo­na­li­zmu i szyku. Ma­te­usz po­pra­wił dło­nią opa­da­jące na jego wy­so­kie czoło nie­sforne ko­smyki ja­snych wło­sów i po­chy­la­jąc się w kie­runku mło­dej ko­biety, nie­zgrab­nie po­ca­ło­wał ją w rękę. Ko­bieta uśmie­chała się pod no­sem, gdyż ta cała ce­re­mo­nia wy­glą­dała dość za­baw­nie.

- Miło mi po­znać, Ma­te­usz Ża­kow­ski, syn - przed­sta­wił się nieco nie­skład­nie, gdyż wi­dok smu­kłych nóg na­le­żą­cych do tej zgrab­nej bru­netki chwi­lowo przy­ćmie­wał mu umysł. Nieco oszo­ło­miony sy­tu­acją wciąż ner­wowo prze­cze­sy­wał dło­nią włosy, mru­cząc coś pod no­sem. Ko­bieta lekko dy­gnęła i cią­gle się uśmie­chała.

- Och, co za dżen­tel­men, dziś już ta­kich się nie spo­tyka - wy­znała z nie­skry­wa­nym po­dzi­wem. - Je­stem to­tal­nie ocza­ro­wana - do­dała po chwili, zer­ka­jąc mu fi­glar­nie w oczy, co spo­wo­do­wało, że Ma­te­usz stał jak słup te­le­gra­ficzny i ga­pił się na nią swymi ma­łymi nie­bie­skimi, świ­dru­ją­cymi oczami.

Pan Ża­kow­ski onie­miał, wi­dząc nie­po­radne za­cho­wa­nie syna i pró­bu­jąc ra­to­wać go z opre­sji, nie­spo­dzie­wa­nie chrząk­nął gło­śno, zde­cy­do­wa­nym ru­chem ręki do­ty­ka­jąc ra­mie­nia syna. Ten drgnął, jakby na nowo oży­wiony i wy­rwany z chwi­lo­wego le­targu.

- Synu, nie stój tak, za­proś pa­nią do swo­jego ga­bi­netu, a póź­niej po­każ na­szą kan­ce­la­rię - za­pro­po­no­wał, wy­ko­nu­jąc za­ma­szy­ste ru­chy rę­kami. Mio­tał się ener­gicz­nie, mru­ga­jąc zna­cząco w kie­runku syna i wska­zy­wał mu, co ma ro­bić.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście... - od­parł Ma­te­usz z ulgą w gło­sie i ru­sza­jąc nieco nie­zgrab­nie przed sie­bie, za­czął opro­wa­dzać pa­nią Pau­linę po po­ko­jach. Ko­bieta była bar­dzo zgrabna i uro­kliwa, naj­wy­raź­niej świa­doma swej urody. Bez trudu by­łaby wsta­nie uwieść nie­jed­nego męż­czy­znę. Z cie­ka­wo­ścią i za­chwy­tem roz­glą­dała się wo­kół, gło­śno ko­men­tu­jąc pre­zen­to­wane po­koje i zdo­biące ich ściany ob­razy zna­nych ma­la­rzy. Jej zgrabne, nie­malże ko­cie ru­chy, wy­wo­ły­wały u Ma­te­usza za­wroty głowy.

- Bar­dzo mi się tu po­doba - po­wie­działa po chwili, ob­ra­ca­jąc się ener­gicz­nie po gu­stow­nie urzą­dzo­nych po­miesz­cze­niach. - Są­dzę, że bę­dzie nam się do­brze współ­pra­co­wało - do­dała, zwra­ca­jąc się do niego i rzu­ca­jąc mu wy­zy­wa­jące spoj­rze­nie.

Ma­te­usz znowu sta­nął jak osłu­piały, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie po­działa się jego cała elo­kwen­cja i oby­cie to­wa­rzy­skie. W jed­nej chwili za­bra­kło mu słów, a ję­zyk sta­nął koł­kiem. Ner­wowo wy­cie­rał chu­s­teczką czoło, sta­ra­jąc się uni­kać jej wzroku.

- Też tak my­ślę - wy­sa­pał po chwili, gło­śno prze­ły­ka­jąc ślinę i spo­glą­da­jąc na nią ukrad­kiem.

Ko­bieta uśmiech­nęła się lekko, my­śląc so­bie, że za­bawny z niego męż­czy­zna.

***

Pani Róża pra­wie cały dzień roz­ma­wiała przez te­le­fon. Jej mąż Hen­ryk, prze­mie­rza­jąc przed­po­kój wszerz i wzdłuż, mru­czał tylko ci­cho do sie­bie, za­sta­na­wia­jąc się, ile go to wszystko bę­dzie kosz­to­wało. Miał nie­za­do­wo­lony wy­raz twa­rzy, a w jego du­żych, nie­bie­skich oczach można było te­raz doj­rzeć roz­draż­nie­nie. Jak wszy­scy miesz­kańcy domu miał przy­dzie­lone za­da­nie spe­cjalne.

- Ona mnie wy­koń­czy... - wy­mam­ro­tał ner­wowo, krzą­ta­jąc się te­raz na stry­chu domu w po­szu­ki­wa­niu ja­kichś pu­deł z ma­te­ria­łami, po które wy­słała go mał­żonka. Męż­czy­zna naj­bar­dziej w ży­ciu ce­nił so­bie święty spo­kój, jed­nak ostat­nio nie miał szans go za­znać. Przed­ślubne sza­leń­stwo owład­nęło cały dom, a szcze­gól­nie jego żonę, która od kilku dni ob­dzwa­niała wszyst­kich go­ści w celu po­twier­dze­nia ich przy­by­cia na uro­czy­stość we­selną naj­star­szej córki.

- Ach, ko­chana, mó­wię ci... Cały ko­ściół bę­dzie to­nął w kwia­tach. A suk­nia! No, Ma­rina wy­gląda w niej po pro­stu prze­pięk­nie! Och, go­ści bę­dzie stu dwu­dzie­stu... - re­fe­ro­wała, prze­chwa­la­jąc się wszyst­kim, czym się dało.

We­ro­nika prze­cha­dzała się po domu, za­baw­nie prze­wra­ca­jąc ciem­nymi oczami na to, co wy­ra­bia jej matka. Lena, po­dob­nie jak oj­ciec, ko­chała święty spo­kój i sie­działa za­mknięta w swym po­koju, na­to­miast pani Róża była roz­pro­mie­niona i pod­nie­cona, gdyż zaj­mo­wała się tym, co ko­chała naj­bar­dziej, czyli plot­ko­wa­niem. Jed­nym sło­wem czuła się jak ryba w wo­dzie, pod­czas gdy po­zo­stali człon­ko­wie ro­dziny cho­wali się po ką­tach w po­szu­ki­wa­niu odro­biny ci­szy i spo­koju.

***

Czas mi­jał, a do ślubu po­zo­stało za­le­d­wie kilka dni. Ma­rina co­dzien­nie cho­dziła do pracy, po­zo­sta­wia­jąc so­bie dłuż­szy urlop na po­dróż po­ślubną. Za­wa­lona stertą urzęd­ni­czych pa­pie­rów sie­działa za biur­kiem. Po­kój był mały i daw­niej dzie­liła go z ko­le­żanką, jed­nak od czasu jej cho­roby zo­stała w nim sam na sam ze swoją pracą. Nie­ocze­ki­wa­nie w jej progi za­wi­tała nie­lu­biana przez ni­kogo kie­row­niczka działu: ru­ben­sow­sko za­okrą­glona, z za­baw­nymi blond locz­kami na gło­wie i ogrom­nymi kol­czy­kami w uszach. Jej ob­casy, wy­so­kie nie­malże do nieba, po­wo­do­wały, że tę­gawe nogi wła­ści­cielki chwiały się na boki. Ma­rina z ca­łych sił usi­ło­wała po­wstrzy­mać śmiech, od­wra­ca­jąc twarz. Ko­bieta sta­nęła tuż obok i lekko na­chy­liła się nad nią, pu­sząc się przy tym jak paw.

- Pani Ma­rino, - zwró­ciła się do niej pisz­czą­cym i nie­przy­jem­nym dla uszu gło­sem - czy skoń­czyła pani wresz­cie opra­co­wy­wać te sprawy z li­sty? - za­częła, ko­ły­sząc się lekko na no­gach i śmiesz­nie wy­dy­ma­jąc swe ob­fite usta.

- Wła­śnie koń­czę - od­parła, z uda­wa­nym spo­ko­jem i po­wagą.

- A, to świet­nie, w ta­kim ra­zie o czter­na­stej li­stę pro­szę przy­nieść na moje biurko, czy to ja­sne? - spy­tała ob­ce­sowo i rzu­ciła ostre spoj­rze­nie w jej stronę.

- Tak. - Ma­rina nie wda­wała się w zbędne dys­ku­sje.

Pani Kry­sia już wy­cho­dziła z po­koju, gdy na­gle obej­rzała się za sie­bie, spoj­rzała na ścianę i z nie­za­do­wo­le­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzy rzu­ciła:

- Pani Ma­rino, tyle razy mó­wi­łam pani, że ten pla­kat nie może tu wi­sieć, czy pani nie po­siada choćby odro­biny do­brego gu­stu i smaku?

- Ależ po­sia­dam - od­rze­kła, go­tu­jąc się cała w środku - i wła­śnie dla­tego go tu po­wie­si­łam.

Pani Kry­sia wy­trzesz­czyła oczy i na­brała głę­boko po­wie­trza - wy­glą­dała te­raz jak mała, śmieszna wy­pchana rybka, jedna z tych, które można ku­pić na pa­miątkę na nad­mor­skim dep­taku. Jej twarz przy­brała nie­przy­jemny i ostry wy­raz.

- Pani jest nie­grzeczna! - rzu­ciła zło­śli­wie.

- Ja? - Ma­rina zro­biła zdzi­wioną minę. - Prze­pra­szam pa­nią, ale mam dużo pracy, a ten pla­kat jest jak naj­bar­dziej gu­stowny, w do­datku służ­bowy - od­parła grzecz­nie i od­wró­ciła się w stronę kom­pu­tera, igno­ru­jąc za­czepki kie­row­niczki. Od dawna była do nich przy­zwy­cza­jona, bo­wiem z ofi­cjal­nie nie­zna­nych ni­komu wzglę­dów pani Kry­sia lu­bo­wała się w po­ni­ża­niu i za­tru­wa­niu ży­cia swoim pra­cow­ni­kom.

Ko­bieta, wi­dząc, że nic nie wskóra, po­woli wy­szła z po­koju, gło­śno za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Ma­rina ode­tchnęła z ulgą. Od wielu lat pra­co­wała w urzę­dzie pocz­to­wym i czę­sto za­sta­na­wiała się, jak to się dzieje, że tak nie­od­po­wied­nie osoby, zu­peł­nie nie na­da­jące się do współ­pracy, a już na pewno do kie­ro­wa­nia ludźmi, pra­cują i za­ra­biają nie­złe pie­nią­dze. Czuła się zmę­czona psy­chicz­nie i fi­zycz­nie. Po­zo­stało za­le­d­wie kilka dni do jej ślubu, a ona, za­miast się tym cie­szyć, prze­ży­wała we­wnętrzne roz­terki i za­sta­na­wiała się, jak długo jesz­cze wy­trzyma, pra­cu­jąc w miej­scu, które wy­pi­jało z niej całą ener­gię i wi­tal­ność. Pani Kry­sia na­le­żała do zde­cy­do­wa­nie tok­sycz­nych osób, przez nią zwol­niło się już kil­koro pra­cow­ni­ków, a o sen­sowną i w miarę do­brze płatną pracę w ta­kiej ma­łej mie­ści­nie było na­prawdę trudno. To wła­śnie ha­mo­wało Ma­rinę - nie chciała bo­wiem być w przy­szło­ści uza­leż­niona fi­nan­sowo ani od swo­jego męża, ani od ni­kogo in­nego.

Ja­kimś cu­dem, jesz­cze przed go­dziną czter­na­stą, Ma­rina skoń­czyła za­ła­twiać przy­dzie­lone sprawy i za­do­wo­lona z sie­bie, z uczu­ciem ulgi po­sta­no­wiła pójść do ku­chenki, by za­pa­rzyć so­bie aro­ma­tycz­nej kawy, która po­stawi ją na nogi i po­zwoli da­lej pra­co­wać.

W miarę zbli­ża­nia się do po­miesz­cze­nia za­częła sły­szeć dziwne roz­mowy do­bie­ga­jące z tam­tej strony, które nie­spo­dzie­wa­nie na jej wi­dok uci­chły.

"Laura i Ce­lina, naj­więk­sze plot­karki w ca­łej fir­mie, pew­nie mnie ob­ga­dują" - po­my­ślała w du­chu, lecz udała, że jest jej to obo­jętne. Z pod­nie­sioną głową i pew­nym sie­bie kro­kiem we­szła do środka. Dziew­czyny au­to­ma­tycz­nie zmie­rzyły ją spoj­rze­niami od stóp do głów, oce­nia­jąc w my­ślach jej dzi­siej­szy ubiór.

- Cześć Ma­rina, ty szczę­ściaro, nie za­pro­si­łaś nas na ślub? - bez naj­mniej­szego wstępu i za­że­no­wa­nia za­częła chuda jak pa­tyk Laura.

Ma­rina do­lała wody do czaj­nika i spo­koj­nie cze­kała, aż się za­go­tuje.

- Bę­dzie tylko ro­dzina i przy­ja­ciele, nie za­pra­szam ni­kogo z pracy - od­parła ci­chym gło­sem. Ko­le­żanki mru­gnęły do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo.

- No, ja­sne - kon­ty­nu­owała Ce­lina. Ucze­sana w wy­soki i spi­cza­sty kok wy­glą­dała nieco dzi­wacz­nie. - Po co, skoro masz ta­kich bo­gaty zna­jo­mych, w końcu bę­dziesz miała kró­lew­skie ży­cie... - do­dała ze zło­śliwą sa­tys­fak­cją. Ma­rina sta­rała się je igno­ro­wać, miała już na dziś dość tych słow­nych utar­czek.

- Do­prawdy nie wiem, o czym mó­wi­cie, nie mam bo­ga­tych zna­jo­mych, a ży­cie będę miała nor­malne, jak każdy - od­parła spo­koj­nie, za­le­wa­jąc kawę wrząt­kiem. Ko­le­ża­neczki jed­nak nie da­wały za wy­graną.

- Wiesz... Na twoim miej­scu pil­no­wa­ła­bym przy­szłego mę­żu­sia - rzu­ciła ką­śli­wie Laura, nie kry­jąc swego za­do­wo­le­nia i ro­biąc przy tym głu­pawą, pro­wo­ka­cyjną minę.

Ma­rina jak gro­mem ra­żona ob­ró­ciła się w jej stronę, tym ra­zem z mocno za­gnie­waną miną.

- O co wam wła­ści­wie cho­dzi? - rzu­ciła ostro, zmę­czona ich głu­pimi do­cin­kami. Za­sko­czona Laura cof­nęła się o krok.

- Mó­wimy tylko, że wi­dzia­ły­śmy two­jego Ma­te­uszka z inną panną - wy­ce­dziła szy­der­czo Ce­lina.

Ma­rina po­bla­dła. W jed­nej chwili po­czuła, że za­czyna się jej krę­cić w gło­wie. Z bladą jak upiór twa­rzą spoj­rzała w kie­runku ko­le­żanki.

- O czym ty mó­wisz? Z kim?

- Słu­chy niosą, że z nową asy­stentką... No już do­brze. Nie de­ner­wuj się, tak tylko ci mó­wię - rzu­ciła za­nie­po­ko­jona Ce­lina, wi­dząc re­ak­cję dziew­czyny. - To pew­nie nic ta­kiego, w su­mie to je­chał z nią tylko sa­mo­cho­dem - do­dała ła­god­niej­szym to­nem.

Ma­rina bez słowa od­wró­ciła się na pię­cie i po­ko­nu­jąc cią­gnący się w nie­skoń­czo­ność ko­ry­tarz, wró­ciła do swo­jego po­koju. Mu­siała za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza. Po­de­szła do okna, otwo­rzyła je sze­roko i usia­dła za biur­kiem. Po chwili tuż za nią wpa­dła do po­koju Ce­lina.

- Kawę ci przy­nio­słam, bo za­po­mnia­łaś... Do­brze się czu­jesz, Ma­rina? - za­py­tała z nie­po­ko­jem w oczach.

- Nie, nie czuję się do­brze! - rzu­ciła za­gnie­wana. Po­czuła się oszu­kana i upo­ko­rzona jak ni­gdy, w do­datku o wy­czy­nach Ma­te­usza do­wie­działa się od naj­więk­szych plot­ka­rek w mie­ście! "Co za po­ni­że­nie..." - my­ślała zgnę­biona, a na jej twa­rzy ma­lo­wało się nie­sa­mo­wite zmę­cze­nie.

Po­winna się była do­my­ślić, dla­czego ostat­nio nie miał dla niej czasu. We­ro­nika miała nie­stety ra­cję.

- A co to? - spy­tała na­gle Ce­lina, pa­trząc z wiel­kimi ze zdzi­wie­nia oczami na kosz znaj­du­jący się przy biurku Ma­riny i le­żące obok niego po­darte ka­wałki pa­pieru. Ma­rina po­de­szła bli­żej i wtedy po­czuła się tak, jakby ktoś wy­rzu­cił jej na głowę wia­dro pełne śmieci.

- Pla­kat! Ktoś po­darł mój pla­kat! - krzyk­nęła ze zło­ści i na­ra­sta­ją­cego gniewu. - Kryśka to zro­biła, co za wredne bab­sko!...Nie wy­trzy­mam tego dłu­żej! - To po­wie­dziaw­szy, ener­gicz­nie otwo­rzyła drzwi po­koju i ru­szyła w stronę ga­bi­netu sze­fo­wej. Czuła, że za­raz wy­buch­nie. Wszyst­kie na­ra­sta­jące la­tami fru­stra­cje i skry­wane ne­ga­tywne emo­cje wy­wo­ły­wane przez tę wredną ko­bietę eks­plo­do­wały z niej te­raz ni­czym go­rąca lawa z wul­kanu. Ma­rina jak osza­lała wpa­dła do jej po­koju, gdy ne­ga­tywne emo­cje i upo­ko­rze­nie za­wład­nęły nią bez reszty.

- Czy to pani po­darła mój pla­kat? - spy­tała ostrym to­nem, wpa­tru­jąc się w nią ni­czym dzika ko­cica.

Pani Kry­sia ze stra­chu aż pod­sko­czyła za biur­kiem, czer­wie­nie­jąc na twa­rzy. Mimo za­sko­cze­nia nie­spo­dzie­waną re­ak­cją pra­cow­nicy na­dal trak­to­wała ją z non­sza­lan­cją i uda­wa­nym sto­ic­kim spo­ko­jem.

- Pro­szę się uspo­koić, prze­cież ostrze­ga­łam pa­nią - od­parła opa­no­wa­nym to­nem. - A te­raz pro­szę wyjść z mo­jego po­koju - do­dała, pa­trząc na nią z nie­skry­waną po­gardą.

Ma­rina po­czuła się jesz­cze bar­dziej do­tknięta i zi­ry­to­wana bez­czel­no­ścią ko­biety, która bez naj­mniej­szych skru­pu­łów ro­biła jej oso­bi­ste wy­cieczki. Do­pro­wa­dzona po raz ko­lejny do osta­tecz­no­ści czuła, że w końcu ma dość. Wszel­kie za­ha­mo­wa­nia na­gle w niej pu­ściły, a na­gro­ma­dzone przez lata żale i upo­ko­rze­nia za­wład­nęły nią i jej sło­wami.

- Czy pani jest chora? Kto pani dał prawo do nisz­cze­nia mo­ich rze­czy? Ten pla­kat był fir­mowy, za­wie­rał re­klamy in­nych firm i mapę na­szego re­gionu! - rzu­ciła ostro w jej stronę, czu­jąc, jak jej twarz pali pło­mień gniewu.

Pani Kry­sia wciąć jed­nak uda­wała obo­jęt­ność na za­rzuty Ma­riny i nie wy­sta­wiała nosa spod swo­ich za­pi­sków kom­pu­te­ro­wych.

- To nie ma zna­cze­nia, po co te nerwy? Nie pa­so­wał tam i tyle, pani nie ma za grosz gu­stu. I o co ta awan­tura? - tłu­ma­czyła obo­jęt­nym to­nem, jak ognia uni­ka­jąc wzroku Ma­riny.

Ma­rina jed­nak nie miała za­miaru od­pu­ścić, nie tym ra­zem.

- Na­prawdę tylko tyle ma pani do po­wie­dze­nia? To w gło­wie się nie mie­ści! Otóż mó­wię pani tu i te­raz, że nie chcę już dłu­żej tu pra­co­wać. Nie zniosę dłu­żej pani wi­doku, zło­śli­wo­ści i upo­ko­rzeń. Zwal­niam się! I wie pani co? Je­stem prze­szczę­śliwa, że ni­gdy wię­cej nie będę mu­siała pani oglą­dać! - krzyk­nęła pro­sto w jej pu­co­ło­watą twarz, a jej serce biło jak osza­lałe. Nie chciała dłu­żej być czy­imś wor­kiem tre­nin­go­wym. Na­gle ko­bieta pod­nio­sła głowę i prze­mó­wiła prze­stra­szo­nym, pi­skli­wym gło­sem, pró­bu­jąc udo­bru­chać Ma­rinę. Wstała od biurka i za­częła ner­wowo prze­cha­dzać się po po­koju, stu­ka­jąc przy tym gło­śno ob­ca­sami.

- Pani Ma­rino - pisz­czała za­sko­czo­nym gło­sem - pani chyba zu­peł­nie osza­lała. Przez ten ślub jest pani taka im­pul­sywna! Prze­cież nic się ta­kiego nie stało. No, może nie po­win­nam była... - wy­ja­śniała ner­wowo. - Pro­szę tego nie ro­bić, pani Ma­rino...

Nie­szcze­rość jej tłu­ma­czeń nie zdo­łała uspo­koić ura­żo­nej do bólu Ma­riny. Drzwi ga­bi­netu za­mknęły się z trza­skiem, a ona wró­ciła do swo­jego po­koju i w po­śpie­chu za­częła pa­ko­wać swoje rze­czy. Po­mimo wszyst­kiego co za­szło od­czu­wała ulgę i za­do­wo­le­nie, kiedy wkła­dała po­zo­stałe do­ku­menty do kar­tonu. Opi­sała go, wy­łą­czyła kom­pu­ter, za­mknęła okno i zga­siła świa­tło. Za­rzu­ciła na ra­miona płaszcz i, nio­sąc kar­ton, skie­ro­wała się do se­kre­ta­riatu na pię­trze bu­dynku. Po­woli we­szła do środka, gdzie za spo­rym biur­kiem, czę­ściowo za­sta­wio­nym dru­karką, fak­sem i ca­łym ze­sta­wem ro­dzin­nych zdjęć, sie­działa se­kre­tarka, pani Ania. Ma­rina po­sta­wiła swoje pu­dło z pie­cząt­kami i iden­ty­fi­ka­to­rem na biurku, od­gar­nia­jąc z czoła roz­tar­gane ru­dawe włosy.

- Zwal­niam się, a to moje wy­mó­wie­nie - oświad­czyła bez zbęd­nych wstę­pów, po­da­jąc ko­bie­cie za­pi­saną od­ręcz­nie kartkę.

Ma­rina była zde­ter­mi­no­wana jak ni­gdy do­tąd. Pani Ania bez cie­nia za­sko­cze­nia uśmiech­nęła się do niej po­ro­zu­mie­waw­czo. Ubrana była w mocno opięty, czarny ża­kiet, a głę­boki de­kolt bluzki uwy­dat­niał jej ko­biece atry­buty, przez co wy­glą­dała dość ko­kie­te­ryj­nie. Pani Ania była w tej in­sty­tu­cji chyba je­dyną osobą, która ni­komu nie za­szko­dziła i nie po­wie­działa nic przy­krego.

- Wiesz, ko­chana, ja cię na­prawdę po­dzi­wiam, że tak długo tu wy­trzy­ma­łaś... I co bę­dziesz te­raz ro­bić? - za­py­tała z za­in­te­re­so­wa­niem, po­pi­ja­jąc czarną kawę z fir­mo­wego kubka.

- Nie mam naj­mniej­szego po­ję­cia. - Ma­rina z du­szą lekką jak piórko po­że­gnała progi se­kre­ta­riatu.

Sto­jąc na ze­wnątrz bu­dynku czuła, jak po­wiew świe­żego po­wie­trza cu­dow­nie wzbu­rza au­re­olę jej mie­dzia­nych wło­sów i de­li­kat­nie gła­dzi zmę­czoną twarz. Nie do końca jesz­cze świa­doma tego co za­szło, od­czu­wała nie­wy­po­wie­dzianą ra­dość. W końcu się od­wa­żyła. Dała po­pa­lić wred­nej Kry­śce, po­rzu­ciła nie­ko­chaną pracę i po raz pierw­szy od dawna po­czuła się wolna i szczę­śliwa.

***

W po­bli­skim parku pa­no­wał przy­jemny dla oka po­rzą­dek, gdzie­nie­gdzie ktoś spa­ce­ro­wał sze­ro­kimi alej­kami z dziec­kiem lub psem. W po­wie­trzu wy­raź­nie wy­czu­wało się za­pach wil­got­nej ziemi i nie­uchron­nie nad­cho­dzą­cej je­sieni. Po­je­dyn­cze li­ście wy­so­kich drzew opa­dały na zie­mię, tań­cząc fi­glar­nie i krę­cąc się wkoło. Ma­rina szła pro­sto przed sie­bie, mi­ja­jąc sto­jące wzdłuż drogi ławki z sie­dzą­cymi na nich i przy­tu­la­ją­cymi się czule za­ko­cha­nymi pa­rami oraz staw, po któ­rym pły­wały dzi­kie kaczki. Kie­ru­jąc się w stronę rynku i stop­niowo po­zby­wa­jąc się ne­ga­tyw­nych emo­cji, po­woli za­czy­nała ro­zu­mieć to, co przed chwilą zro­biła. Wła­śnie rzu­ciła pracę. Jed­no­cze­śnie czuła, że jej ży­cie za­czyna się dziw­nie plą­tać, a ona po­tul­nie pra­gnie się temu pod­dać. Wcze­śniej z pew­no­ścią nie zdo­by­łaby się na tak od­ważny krok. Z jed­nej strony bała się re­ak­cji swo­jej ro­dziny i Ma­te­usza, a z dru­giej od­czu­wała nie­sa­mo­witą ulgę i za­do­wo­le­nie. Była jak ptak nie­spo­dzie­wa­nie wy­pusz­czony z klatki na wol­ność. Po­sta­no­wiła, że nie bę­dzie zwle­kała i od razu po­wie o wszyst­kim Ma­te­uszowi. Nie chciała trzy­mać tego przed nim w ta­jem­nicy ani go okła­my­wać, przede wszyst­kim jed­nak li­czyła na to, że zdoła ją zro­zu­mieć. Była cie­kawa jego re­ak­cji, tego, co jej po­wie i czy ją wes­prze. Plotki o rze­ko­mej asy­stentce odło­żyła chwi­lowo na drugi plan.

Ró­żana alejka pro­wa­dziła ją przed sie­bie, kre­śląc de­li­katne łuki to w lewo, to w prawo, by wresz­cie do­pro­wa­dzić ją do wyj­ścia. Drzewa zo­stały za nią. Park był tak cudny i nie­malże ma­giczny w swej uro­dzie, że opusz­czała go z nie­kry­tym ża­lem. Jej oczom uka­zał się ry­nek mia­sta z piękną fon­tanną po­środku. W jego cen­trum mie­ściła się kan­ce­la­ria Ża­kow­ski i Syn. Biuro znaj­do­wało na pię­trze sta­rej, pięk­nie od­no­wio­nej ka­mie­nicy, która od wielu po­ko­leń sta­no­wiła wła­sność tej ro­dziny. Ma­rina za­trzy­mała się na chwilę, by na­brać nieco od­wagi, jed­nak jej ciało na­dal lekko drżało z emo­cji i nie­po­koju. Co te­raz bę­dzie? Czy Ma­te­usz ją wes­prze? Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem we­szła do bu­dynku i szybko po­ko­nała wy­so­kie drew­niane schody. Po chwili stała na pię­trze przed ele­ganc­kimi, ma­ho­nio­wymi drzwiami, za­pra­sza­ją­cymi, by wejść do środka. Klamka drgnęła i Ma­rina płyn­nym ru­chem we­szła kan­ce­la­rii. Mimo że od tylu lat spo­ty­kała się z Ma­te­uszem, była tu za­le­d­wie drugi raz. Urze­czona har­mo­nijną ko­lo­ry­styką ścian z za­in­te­re­so­wa­niem roz­glą­dała się do­okoła.

- Dzień do­bry, czym mogę pani słu­żyć? - Nie­spo­dzie­wa­nie usły­szała za ple­cami młody, ko­biecy głos.

Od­rzu­ca­jąc na bok swe kasz­ta­nowe włosy, szybko się od­wró­ciła z nieco za­sko­czoną miną. Przed nią stała piękna, zgrabna, gu­stow­nie ubrana bru­netka.

"A więc to, co mó­wiła Ce­lina, jest prawdą..." - po­my­ślała go­rącz­kowo, dys­kret­nie oce­nia­jąc wy­gląd ko­biety. Za­trud­nili nową asy­stentkę, a Ma­te­usz na­wet o tym nie wspo­mniał. Jej pew­ność sie­bie - ubra­nej w szarą su­kienkę za ko­lano myszki - mo­men­tal­nie spa­dła do zera. Ma­rina naj­chęt­niej wy­co­fa­łaby się te­raz do wyj­ścia. W prze­ci­wień­stwie do niej bru­netka spra­wiała wra­że­nie twardo stą­pa­ją­cej po ziemi ko­biety. W oczach Ma­riny po­ja­wiło się zwąt­pie­nie, jed­nak wro­dzona duma nie po­zwo­liła jej tego oka­zać.

- Dzień do­bry, mam na imię Ma­rina, je­stem na­rze­czoną Ma­te­usza Ża­kow­skiego... - za­częła spo­koj­nym, me­lo­dyj­nym gło­sem, ści­ska­jąc w ręce skó­rzaną to­rebkę w mor­skim ko­lo­rze. Ko­bieta przy­brała obo­jętny wy­raz twa­rzy i na­gle stała się dla niej wy­czu­wal­nie mniej uprzejma.

- Ach, Ma­te­usza... - za­re­ago­wała, po­sy­ła­jąc jej ostre spoj­rze­nie i bez­czel­nie mie­rząc ją od stóp do głów. - Ja­sne, niech pani za­czeka, po­wiem mu, że pani przy­szła - od­wró­ciła się zgrab­nie ni­czym ko­cica i ko­ły­sząc wą­skimi bio­drami, ru­szyła w stronę ga­bi­netu, do któ­rego we­szła bez naj­mniej­szego wa­ha­nia.

Ma­rin a cze­kała przez chwilę w mil­cze­niu, z nie­przy­jem­nym uczu­ciem lek­kiego za­że­no­wa­nia, wy­ni­ka­ją­cym z faktu, że jako na­rze­czona musi tu ster­czeć w ko­ry­ta­rzu i cze­kać, aż ja­kaś pa­nienka zrobi jej ła­skę i po­prosi na­rze­czo­nego na roz­mowę. Co za iro­nia losu! Ma­rina była na sie­bie zła, że wcze­śniej do niego nie za­dzwo­niła. Czuła się te­raz jak brzyd­kie ka­czątko, z wy­pie­kami gosz­czą­cymi na de­li­kat­nie ozdo­bio­nej pie­gami twa­rzy i z lekko roz­tar­ganą fry­zurą. Na do­da­tek asy­stentka na­wet nie za­pro­po­no­wała jej, by usia­dła!

- Ni­gdy w ży­ciu nie będę wy­glą­dała tak świet­nie jak ona - my­ślała w du­chu, przy­gry­za­jąc swoją kształtną i pełną wargę po­ma­lo­waną ró­żową szminką, którą zdą­żyła de­li­kat­nie za­zna­czyć usta, wcho­dząc po scho­dach.

Po chwili asy­stentka wy­nu­rzyła się z ga­bi­netu, z pewną sie­bie miną po­de­szła do Ma­riny, oznaj­mia­jąc, że Ma­te­usz ma te­raz bar­dzo waż­nego klienta, więc je­śli chce się z nim dzi­siaj wi­dzieć, to musi za­cze­kać. Ma­rina po­czuła się tak, jakby do­stała obu­chem w głowę. Po­mimo to sta­rała się za­cho­wać klasę i spo­kój.

- Ro­zu­miem - od­parła. - A jak długo to po­trwa?

- Tego nie wiem - ko­bieta od­parła su­cho i po­de­szła do swo­jego biurka, po­zo­sta­wia­jąc ją samą.

Nie wie­dząc co zro­bić, Ma­rina zde­cy­do­wała, że jed­nak za­czeka. Nie­zręcz­nie było te­raz wyjść, a poza tym i tak nie miała, co ze sobą po­cząć. Wie­działa, że je­śli te­raz wróci do domu, to spad­nie na nią la­wina py­tań o to, co robi w domu o trzy­na­stej, zaś matka nie­zwłocz­nie za­cznie prze­pro­wa­dzać pry­watne śledz­two. Usia­dła za­tem w po­cze­kalni na wy­god­nej skó­rza­nej ka­na­pie i cze­kała cier­pli­wie na Ma­te­usza. Bru­netka ode­brała w tym cza­sie ze sto te­le­fo­nów. Wresz­cie, po nie­malże czter­dzie­stu mi­nu­tach ocze­ki­wa­nia, Ma­te­usz wraz z klien­tem po­ja­wili się drzwiach ga­bi­netu. Po­że­gnaw­szy go, spoj­rzał w jej stronę, po­pra­wia­jąc swe nie­sforne włosy i zsu­wa­jące się z nosa oku­lary. Nie­spiesz­nym kro­kiem pod­szedł do Ma­riny i po­ca­ło­wał ją w czoło. Ma­rina, świa­doma ba­daw­czego spoj­rze­nia bru­netki i jej wy­gię­tych w iro­nicz­nym uśmieszku czer­wo­nych jak krew ust, uśmiech­nęła się lekko.

- O, Myszko, czy coś się stało? - spy­tał spo­koj­nym gło­sem, w któ­rym można było do­sły­szeć nutę nie­za­do­wo­le­nia.

- Tak, mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać, ale bez świad­ków, je­śli po­zwo­lisz...

- Mam tylko dzie­sięć mi­nut. - Usły­szała w od­po­wie­dzi jego ci­chy nie­malże jak szept, głos. - Chodźmy do środka - do­dał, chwy­ta­jąc ją pod ra­mię i zer­ka­jąc ner­wowo na ze­ga­rek.

We­szli do ga­bi­netu, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

- Czy coś się stało? Ni­gdy nie przy­cho­dzi­łaś ot tak, do kan­ce­la­rii... - za­gad­nął, przy­go­to­wu­jąc na­stępne pa­piery do sprawy.

- Wła­śnie rzu­ci­łam pracę - wy­krztu­siła z sie­bie ner­wowo, cze­ka­jąc na jego re­ak­cję.

Ma­te­usz sie­dział za swoim biur­kiem i pa­trzył na nią ze zdzi­wioną miną, dra­piąc się po gło­wie.

- Ale czemu? Co się stało? - do­py­ty­wał za­sko­czony, a jego małe oczy po­więk­szyły się nie­spo­dzie­wa­nie ze zdzi­wie­nia. Ma­rina wes­tchnęła głę­boko.

- Nie będę tam dłu­żej pra­co­wała i tyle, o nic wię­cej nie py­taj, pro­szę... - tłu­ma­czyła wciąż zde­ner­wo­wa­nym to­nem, nie mo­gąc jesz­cze ochło­nąć po tym, co za­szło.

Ma­te­usz sap­nął głę­boko, a po chwili ziew­nął. Ma­rina ob­ser­wo­wała go z pełną za­sko­cze­nia miną, bo­wiem nie ta­kiej re­ak­cji ocze­ki­wała.

- No i w po­rządku, Myszko, w su­mie to i tak po na­szym ślu­bie nie mia­ła­byś czasu na pracę za­wo­dową, więc może i do­brze się stało - od­rzekł ura­do­wany, jakby z uczu­ciem ulgi, że jego pro­blem sam się roz­wią­zał. Ma­rina słu­chała jego słów z ro­sną­cym nie­do­wie­rza­niem.

- Jak to?

- No prze­cież bę­dziesz miała na gło­wie wielki dom, czę­stych go­ści, po­tem dzieci... Nie da­ła­byś rady tego wszyst­kiego po­go­dzić, Myszko. - Dla niego sprawa była oczy­wi­sta, nie wi­dział w tej sy­tu­acji naj­mniej­szego pro­blemu.

Ma­rina, zszo­ko­wana jego po­stawą i luź­nym po­dej­ściem, słu­chała go, przez chwilę nie wy­do­by­wa­jąc z sie­bie naj­mniej­szego dźwięku. Mu­siała to ja­koś prze­tra­wić.

- Wi­dzę, że sam już za­pla­no­wa­łeś na­sze wspólne ży­cie, zwłasz­cza moje... - od­parła pu­stym gło­sem, pa­trząc gdzieś da­leko przed sie­bie. Wła­śnie te­raz jak ni­gdy przed­tem czuła, jak bar­dzo obcy staje się jej ten czło­wiek.

- No, ktoś mu­siał. - Za­śmiał się i spoj­rzał na nią znad swych za­baw­nych oku­la­rów, po­now­nie zer­ka­jąc na ze­ga­rek. - Zresztą, szcze­rze mó­wiąc, i tak za­ra­bia­łaś tam gro­sze - pod­su­mo­wał, szpe­ra­jąc w do­ku­men­tach.

Ma­rina zro­zu­miała, że jej sprawa i tak zo­stała już prze­gło­so­wana, a jej ostat­nie, nie­miłe wra­że­nie na te­mat ich związku tylko się po­głę­biło. Po­czuła się zlek­ce­wa­żona i nie­ro­zu­miana - i to przez kogo? Przez swo­jego przy­szłego męża... W jej oczach sza­lały te­raz wście­kłe bły­ska­wice, a głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie i za­wód roz­dzie­rały jej serce. Nie mo­gła się z tym po­go­dzić, nie po­tra­fiła.

- Ale... Ja nie chcę sie­dzieć w domu. - Jej głos brzmiał sta­now­czo. - Dla­czego de­cy­du­jesz za mnie?

Ma­te­usz spoj­rzał na nią ze zdzi­wioną miną i za­czął gło­śno wzdy­chać. Jego czoło zmarsz­czyło się w gnie­wie, zdra­dza­jąc na­gły brak cier­pli­wo­ści.

- Nie ro­zu­miem cię. W ta­kim ra­zie, dla­czego się zwol­ni­łaś?

- Bo nie chcia­łam już tam dłu­żej pra­co­wać przez tę zołzę, ale to nie zna­czy, że chcę sie­dzieć bez­czyn­nie w domu - rzu­ciła zde­ner­wo­wa­nym to­nem a, a jej ręce drżały z emo­cji.

- Za­raz tam bez­czyn­nie... Zo­ba­czysz, ile bę­dziesz miała za­jęć, Myszko... Aha, za­po­mnia­łem za­mó­wić bu­kiet ślubny dla cie­bie. Wy­bie­rzesz ja­kiś sama, do­brze? Wi­dzisz, ile mam pracy... - wtrą­cił, uśmie­cha­jąc się do niej ni­czym mały chło­piec, świa­domy tego, że wszystko co zrobi i tak uj­dzie mu na su­cho.

Ma­rina po­now­nie do­znała szoku, nie mo­gąc uwie­rzyć w to co sły­szy. Nie po­my­ślał na­wet o bu­kie­cie ślub­nym. Świa­doma tego, że po­znała jego plany na resztę jej ży­cia, zde­cy­do­wała się uda­wać dal­sze zro­zu­mie­nie.

- Tak, ja­sne, wy­biorę ja­kiś - wy­szep­tała przy­ga­szo­nym to­nem. Czuła się tak, jakby uszła z niej cała chęć do ży­cia. - Mu­szę ci jesz­cze coś po­wie­dzieć: chcę pi­sać - do­dała po chwili, już pra­wie gniew­nie, idąc za cio­sem.

- Słu­cham? - Ma­te­usz pa­trzył na nią jak na Mar­sjankę, nic nie ro­zu­mie­jąc.

- Chcę pi­sać książki, ko­cha­nie - od­rze­kła, pa­trząc mu pro­sto w oczy i wy­cze­ku­jąc jego ko­lej­nej re­ak­cji.

- Książki? Ale po co? Prze­cież ku­pię ci, jaką tylko bę­dziesz chciała - rzu­cił po­spiesz­nie. - Myszko, mu­szę koń­czyć, już dzwo­nią, że przy­szedł na­stępny klient, wy­bacz pro­szę. Po­roz­ma­wiamy wie­czo­rem. - Po­now­nie zer­k­nął w swoje pa­piery i zby­wa­jąc ją płyt­kimi ar­gu­men­tami, po­ki­wał głową, uśmie­cha­jąc się do niej głu­pawo.

Ma­rina bez słowa po­że­gna­nia opu­ściła jego ga­bi­net. Bru­netka sie­działa za swoim ład­nym biur­kiem i nie zwra­cała na nią więk­szej uwagi, uda­jąc ciężko za­pra­co­waną. Po chwili do kan­ce­la­rii przy­szedł ko­lejny klient. Asy­stentka na­tych­miast przy­wi­tała go mi­łym gło­si­kiem, po­ka­zu­jąc w sze­ro­kim uśmie­chu swoje białe jak pe­rełki zęby i chwy­ciła za słu­chawkę te­le­fonu.

- Ma­te­usz, wła­śnie przy­szedł pan Wi­leń­ski, czy może wejść? - spy­tała przy­mil­nym gło­si­kiem, po czym wstała i ser­decz­nym ge­stem za­pro­siła go­ścia do ga­bi­netu. Od­wró­ciła się w stronę Ma­riny i wró­ciła do swo­ich za­jęć.

Ubrana już w swój płaszcz Ma­rina zbli­żała się do wyj­ścia.

- Do wi­dze­nia - po­wie­działa, nie oglą­da­jąc się za sie­bie i po­spiesz­nie opu­ściła kan­ce­la­rię.

Od­po­wie­dziaw­szy jej ci­cho, asy­stentka zmie­rzyła ją tylko cie­kaw­skim wzro­kiem i po krót­kiej chwili wró­ciła do swo­jej pracy. Ma­rina opusz­czała ka­mie­nicę ze łzami w oczach. Nie spo­dzie­wała się ta­kiego braku em­pa­tii ze strony Ma­te­usza. Naj­wy­raź­niej przez tyle wspól­nych lat nie zdo­łała go do­brze po­znać. A może wcale go nie znała...

***

Po­wie­trze wy­da­wało się po­bu­dza­jące, przy­jem­nie rześ­kie i lek­kie, jed­nak ona czuła się nie­zmier­nie sa­motna i nie­szczę­śliwa. Ma­te­usz nie szu­kał żony, on szu­kał sprzą­taczki, praczki, go­spo­dyni do­mo­wej i matki dla pla­no­wa­nych w przy­szło­ści dzieci. Wresz­cie to dnie niej do­tarło. Nie do­strze­gała już w ich związku miej­sca dla sie­bie. Po­zba­wiona wszel­kich złu­dzeń miała ochotę krzy­czeć z żalu, na sa­mym środku rynku, wśród mi­ja­ją­cych ją w po­śpie­chu lu­dzi.

"A niech to szlag! I co mam te­raz ze sobą zro­bić?" - po­my­ślała z ser­cem peł­nym nie­po­koju. Wy­glą­da­jąc na nie­zwy­kle de­li­katną i kru­chą, Ma­rina stała po­środku rynku, mio­ta­jąc się jak zwie­rzę w po­trza­sku. Wie­działa tylko jedno: że nie może wyjść za Ma­te­usza.

***

W domu pań­stwa Ko­wal­czu­ków pa­no­wał roz­gar­diasz: aż ki­piało od go­rącz­ko­wych emo­cji i przed­ślub­nych przy­go­to­wań. Ma­rina do go­dziny szes­na­stej spa­ce­ro­wała sa­mot­nie po parku, za­ja­da­jąc złość i roz­cza­ro­wa­nie pyszną za­pie­kanką z budki pana Kró­li­kow­skiego i wa­ni­liowo-tru­skaw­ko­wymi lo­dami. Dziś naj­chęt­niej wsia­dłaby w po­ciąg i ucie­kła gdzieś da­leko stąd. Tyle z ma­rzeń. Ze ści­śnię­tym ner­wowo żo­łąd­kiem prze­kro­czyła próg domu.

- Gdzie ty by­łaś? - Od razu za­ata­ko­wała ją matka, wy­ma­chu­jąc pulch­nymi rę­kami w sze­ro­kim ge­ście. - Cze­kam na cie­bie i cze­kam, pań­stwo Kub­scy przy­słali swój pre­zent ślubny. Nie­stety mu­sieli od­mó­wić w ostat­niej chwili, nie mogą być na uro­czy­sto­ści, ale jacy to mili i wspa­niali lu­dzie! - kon­ty­nu­owała. - Pa­mię­tali o pre­zen­cie, no, otwórz go za­raz, umie­ram z cie­ka­wo­ści! - wo­łała pod­nie­co­nym gło­sem, wy­wo­łu­jąc za­mie­sza­nie w ca­łym domu.

Pan Hen­ryk z sa­mego rana za­mknął się w swoim biu­rze w po­szu­ki­wa­niu choćby naj­mniej­szej chwili uko­je­nia i ci­szy. Ma­rina była zmę­czona i zde­cy­do­wa­nie nie po­dzie­lała ra­do­snego na­stroju matki.

- Mamo, nie te­raz. Je­stem wy­koń­czona, boli mnie głowa, daj mi spo­kój, pro­szę...

- Nie ro­zu­miem cię, dziecko, prze­cież to ta­kie eks­cy­tu­jące... - mó­wiła da­lej ko­bieta, nie zwa­ża­jąc na kiep­ski na­strój córki. - Ach, za­po­mnia­ła­bym, przy­je­chała wła­śnie twoja suk­nia ślubna, jest po pro­stu prze­piękna. Och, ja­kie ja mam szczę­ście, wy­daję za mąż moje pierw­sze dziecko i to tak do­brze, jaka to sy­tu­owana i znana ro­dzina! - wy­krzy­ki­wała da­lej w ko­lej­nych nie­usta­ją­cych za­chwy­tach.

Ma­rina czuła, że od po­toku mat­czy­nych słów robi się jej nie­do­brze. Jej matka była w tym nie­za­stą­piona, we wszyst­kim wi­działa ja­kiś cel i sens, nie­stety, za­zwy­czaj do­strze­ga­jąc tylko czu­bek wła­snego nosa. Dziew­czyna przy­glą­dała się jej bez więk­szego en­tu­zja­zmu.

- Je­steś chora? - spy­tała na­gle, pod­bie­ga­jąc do córki prze­stra­szona. - O Boże, tylko tego bra­ko­wało, że­byś szła do ślubu za­zię­biona, jak ty bę­dziesz wy­glą­dała? Je­steś taka blada, moje dziecko, i te pod­krą­żone oczy! No po pro­stu jedno wiel­kie nie­szczę­ście! - wo­łała prze­ra­żo­nym i peł­nym nie­po­koju gło­sem, la­men­tu­jąc nad zmę­czoną i smutną Ma­riną.

- We­ro­nika, We­ro­nika! - po­wta­rzała matka jak le­śne echo. Córka przy­szła po dłuż­szej chwili, za­baw­nie prze­wra­ca­jąc swo­imi wiel­kimi oczami, co sta­no­wiło re­ak­cję na wy­czyny matki.

- Co się dzieje? - za­py­tała ci­cho śpią­cym gło­sem, zer­ka­jąc w stronę nędz­nie wy­glą­da­ją­cej Ma­riny.

- Patrz, spójrz tylko na nią! - za­wo­łała matka, wska­zu­jąc ru­chem ręki mi­zerną twarz córki. - Bła­gam zrób z nią coś, ona musi pięk­nie wy­glą­dać, pro­szę, ty je­steś taka mą­dra i by­stra, spraw ja­kiś cud! - mó­wiła do córki bła­gal­nym to­nem, jesz­cze bar­dziej do­łu­jąc Ma­rinę, która przy­glą­dała się wszyst­kiemu w mil­cze­niu i z nie­skry­waną obo­jęt­no­ścią.

- Ona wy­gląda na chorą - orze­kła We­ro­nika ku roz­pa­czy matki.

- To nie­moż­liwe, co te­raz zro­bimy? Jak ty pój­dziesz do tego ślubu? - bia­do­liła da­lej pani Róża, pa­trząc z po­li­to­wa­niem na bladą i zmę­czoną twarz córki. - Tyle go­ści, przy­go­to­wań... Ska­ra­nie bo­skie! Wiem, idź te­raz spać, a ju­tro pój­dziesz do so­la­rium, tak, to zde­cy­do­wa­nie do­bry po­mysł, moje dziecko, no, ucie­kaj już na górę! - na­ka­zała córce sta­now­czo i po chwili, bez ni­czy­jej zgody, za­częła roz­pa­ko­wy­wać na­de­słany pre­zent ślubny dla Ma­riny i Ma­te­usza.

Ma­rina nie miała ochoty na dys­ku­sje i bar­dzo pa­so­wało jej pój­ście do po­koju. Po­nad wszystko pra­gnęła te­raz spo­koju i ci­szy. Ni­komu z do­mow­ni­ków nie przy­znała się do rzu­ce­nia pracy, nie była na to go­towa. Sama mu­siała upo­rząd­ko­wać swój świat. Jed­nak bar­dziej od bez­ro­bo­cia mar­twił ją zbli­ża­jący się wiel­kimi kro­kami ślub. Z każdą chwilą co­raz mniej go chciała, lecz wciąż jesz­cze nie miała dość od­wagi ani sił, by to gło­śno wy­znać. Usia­dła na łóżku i po­woli ścią­gała z sie­bie wszyst­kie rze­czy, aż zo­stała tak, jak ją Bóg stwo­rzył. Owi­nęła się w po­domkę i prze­szła do ła­zienki. Z za­do­wo­le­niem od­krę­ciła ku­rek, wy­pusz­cza­jąc stru­mień cie­płej wody, która wartko wpły­wała do pach­ną­cej olej­kiem cy­tru­so­wym wody. Cu­downy za­pach aro­ma­tycz­nych olej­ków wspa­niale od­prę­żał jej zmę­czony umysł i ciało. Za­nu­rzona po szyję w wo­dzie za­pra­gnęła nie my­śleć o ni­czym choćby przez chwilę. Prze­szy­wały ją przy­jemne dresz­cze, a mię­śnie karku po­woli za­czy­nały się roz­luź­niać. Po­nad go­dzinę de­lek­to­wała się sa­mot­no­ścią i re­lak­sem. W końcu wstała, wy­tarła mo­kre ciało w spo­rej wiel­ko­ści ręcz­nik i we­szła do łóżka. Jej my­śli spo­wol­niły i stały się ła­god­niej­sze, i choć z ca­łych sił pra­gnęła je od­pę­dzić - upar­cie po­wra­cały. Owi­nięta je­dy­nie w ręcz­nik za­sta­na­wiała się, co ma te­raz zro­bić. Czy nie jest za stara na to, aby uciec sprzed oł­ta­rza? A je­śli Ma­te­usz to je­dyny fa­cet w jej ży­ciu? Skoro tak, to dla­czego nie czuje się szczę­śliwa? Nie! Dość tego! Ogar­nij się wresz­cie ko­bieto!

Jed­nak na­tłok drę­czą­cych roz­wa­żań upar­cie po­wra­cał. Ma­rina nie bała się re­ak­cji Ma­te­usza, który na­le­żał do spo­koj­nych lu­dzi, umiar­ko­wa­nie zno­śnie i tak­tow­nie zno­szą­cych co­dzien­ność ży­cia. Tylko jedno ha­mo­wało ją przed ob­my­śla­nym kro­kiem, a mia­no­wi­cie ro­dzina, a do­kład­niej - matka, która po­kła­dała w tym mał­żeń­stwie wszyst­kie swoje na­dzieje i wi­działa w nim szansę na cu­downe, bez­pieczne ży­cie - swoje i córki. Ma­rina wie­działa, że w tym przy­padku może się to skoń­czyć na­prawdę źle. W końcu ubrała się i ci­cho, pra­wie nie­zau­wa­żal­nie, ze­szła scho­dami w dół, do przed­po­koju. Zwin­nym ru­chem się­gnęła po płaszcz, po­spiesz­nie za­ło­żyła za­mszowe botki i otwo­rzyła drzwi. Po­wie­trze ude­rzyło ją swym chło­dem, ale jed­no­cze­śnie dało się wy­czuć jego orzeź­wia­jącą moc. Ma­rina po­woli, lecz bez wa­ha­nia, ru­szyła przed sie­bie, by wraz z po­wie­wami wia­tru upo­rząd­ko­wać swe po­plą­tane my­śli i dać od­po­cząć zmę­czo­nej du­szy.

***

Zgod­nie z pla­nem matki na­stęp­nego dnia chcąc nie chcąc, mu­siała iść do so­la­rium, co miało po­pra­wić jej nie­naj­lep­szy wy­gląd przed ju­trzej­szym ślu­bem i uspo­koić nerwy pani Róży. Ma­rina miała wra­że­nie, że wszyst­kie te rze­czy dzieją się jakby poza jej świa­do­mo­ścią. Ga­bi­net ko­sme­tyczny i so­la­rium znaj­do­wały się nie­da­leko rynku. Sa­lon miał nie­wiel­kie roz­miary i prze­waż­nie świe­cił pust­kami, za to urzą­dzony zo­stał ze sma­kiem, w sto­no­wa­nych ko­lo­rach. Ma­rina bez­na­mięt­nie ru­szyła w jego stronę. Cier­piała praw­dziwe ka­tu­sze, le­żąc w sa­mych strin­gach pod lam­pami emi­tu­ją­cymi sztuczne pro­mie­nie świa­tła. Czuła się jak w za­mknię­tej trum­nie, z tą róż­nicą, że nie było w niej ciemno. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, dla­czego po­słu­chała matki i jej ko­lej­nego cu­dow­nego po­my­słu. Do ży­cia przy­wró­ciła ją wła­ści­cielka so­la­rium, Nadia.

- Chcesz się spa­lić na po­piół? Wy­chodź, ko­chana! - za­wo­łała za­nie­po­ko­jo­nym gło­sem i zde­cy­do­wa­nym ru­chem otwo­rzyła cięż­kie wieko. - Ży­jesz? - do­py­ty­wana prze­stra­szona. Jej skóra naj­wy­raź­niej czę­sto by­wała pod­da­wana po­dob­nym za­bie­gom, gdyż była za­bar­wiona na mocny, nie­na­tu­ral­nie wy­glą­da­jący brąz. Nadia sta­no­wiła dość kiep­ską re­klamę swo­jej firmy. W do­datku ja­sne, mocno prze­su­szone włosy, też po­zo­sta­wiały wiele do ży­cze­nia.

- Żyję, żyję - wy­sa­pała Ma­rina, wsta­jąc ze sło­necz­nej le­żanki. Nadia ode­tchnęła z ulgą.

- Ale masz ru­mieńce! Na­wet ci ład­nie w ta­kich ko­lo­rach - za­śmiała się, żu­jąc gło­śno gumę. - Wiesz, za­zdrosz­czę ci. W tej dziu­rze nie ma już żad­nego po­rząd­nego fa­ceta, zo­stały same resztki, wdowcy albo roz­wod­nicy, a to­bie tra­fił się naj­lep­szy ką­sek. Przyjdę ju­tro po­pa­trzeć na ślub - wy­znała z roz­ma­rzoną miną, krzą­ta­jąc się przy so­la­rium.

Ma­rina uśmiech­nęła się z przy­mu­sem. Ure­gu­lo­wała na­leż­ność i po­woli ru­szyła w stronę domu. Na­gle po­my­ślała, że coś jej się prze­wi­działo. Sa­mo­chód Ma­te­usza, ja­dący tuż przed jej no­sem, a w środku ona... asy­stentka z no­gami do nieba. Ma­rina stru­chlała, a przez jej ciało prze­biegł zimny dreszcz.

- Na­wet mnie nie za­uwa­żył i co on tu robi o tej go­dzi­nie? Czy nie po­wi­nien pra­co­wać? - za­sta­na­wiała się na tyle gło­śno, że mi­ja­jący ją lu­dzie spo­glą­dali na nią nieco dziw­nie i po­dejrz­li­wie. - Ja­sne, nie miał czasu za­mó­wić dla mnie bu­kietu ślub­nego, ale dla niej ma czas... - Zdez­o­rien­to­wana Ma­rina po­sta­no­wiła prze­pro­wa­dzić pry­watne śledz­two. Scho­wała się za po­bli­ski przy­sta­nek au­to­bu­sowy i ob­ser­wo­wała, co zrobi Ma­te­usz. Jego sa­mo­chód za­trzy­mał się przed tą samą ka­wia­renką Pod Amo­rem, w któ­rej cza­sem z nią by­wał. Oboje z asy­stentką wy­sie­dli z auta i po­woli we­szli do środka. Sie­dzieli tam dwie go­dziny. Ma­rina przez ten czas wy­trwale stała w od­dali. Mu­siała wresz­cie upew­nić się w tym co za­mie­rzała zro­bić i do­wie­dzieć ca­łej prawdy.

- Coś ta­kiego. Ze mną był tam dzie­sięć mi­nut, w do­datku jesz­cze się spóź­nił, a z nią roz­ma­wia przez dwie go­dziny? - Roz­cza­ro­wa­nie, wście­kłość i żal sza­lały te­raz w jej sercu.

Do tej pory miała jesz­cze na­dzieję, że wy­da­rzy się coś, co prze­kona ją do ślubu, tym­cza­sem los naj­wy­raź­niej chciał ina­czej. W końcu oboje wy­szli, on szar­mancko otwo­rzył jej drzwi sa­mo­chodu, a ona mu­snęła go ustami w po­li­czek. Ma­rina czuła, że roz­sy­puje się na drobne ka­wałki.

Po dwóch go­dzi­nach wra­cała do domu - zdru­zgo­tana i z pod­puch­nię­tymi od pła­czu oczami. Po­cią­ga­jąc no­sem, oglą­dała się za sie­bie.

- Nie wie­rzę... - szep­tała zbul­wer­so­wana. Po chwili nie­spo­dzie­wa­nie za­dzwo­nił te­le­fon. Na ekra­nie wy­świe­tlił się nu­mer Ma­te­usza. "Ode­brać?" - za­sta­na­wiała się, jed­nak w końcu na­ci­snęła zie­loną słu­chawkę, bar­dzo cie­kawa tego, co usły­szy.

- I jak tam moja Myszko? - za­brzmiał jego we­soły, nie­malże roz­ba­wiony głos. Ma­rina zde­cy­do­wa­nie nie była w do­brym hu­mo­rze. Miała wielką ochotę go zno­kau­to­wać.

- By­łam dziś w so­la­rium - od­parła służ­bo­wym to­nem, ocie­ra­jąc drugą dło­nią łzy.

- W so­la­rium? A, pew­nie chcesz ju­tro ład­nie wy­glą­dać. To do­brze, Myszko.

- Tak, będę wy­glą­dać ju­tro nie­prze­wi­dy­wal­nie, ko­cha­nie. Obie­cuję ci. - rze­kła ta­jem­ni­czym gło­sem, jed­nak Ma­te­usz nie od­czy­tał alu­zji.

- Brzmi in­try­gu­jąco. Tylko nie prze­sadź, Myszko, bę­dzie dużo zna­nych osób, ro­zu­miesz, le­piej po­staw na na­tu­ral­ność, to za­wsze naj­le­piej się spraw­dza. Za­mó­wi­łaś bu­kiet ślubny ode mnie?

- Tak - skła­mała bez wa­ha­nia.

- A, to su­per, przy­jadę po cie­bie ju­tro, przed dwu­na­stą. Myszko, mu­szę już koń­czyć...

- Ma­te­usz? - Ma­rina spy­tała drżą­cym gło­sem.

- Co?

- Po­wiedz mi... Dla­czego mi się oświad­czy­łeś?

- Dla­czego? Nie ro­zu­miem, czemu te­raz o to py­tasz?

- Od­po­wiedz pro­szę, tylko szcze­rze - od­rze­kła spo­koj­nie, sły­sząc gło­śne bi­cie wła­snego serca.

Na chwilę za­pa­dła dziw­nie kre­pu­jąca ci­sza, zu­peł­nie jakby Ma­te­usz za­sta­na­wiał się, co od­po­wie­dzieć. Ma­rina wy­trwale cze­kała.

- Bo... tak wy­pa­dało, Myszko. Spo­ty­kamy się już tyle lat, czemu mia­ła­bym tego nie zro­bić? Prze­cież znamy się jak nikt inny, z kim bę­dzie ci le­piej niż ze mną? - Pa­dła do­bitna i szczera od­po­wiedź. - Do­brze go­tu­jesz, na­da­jesz się na żonę... - do­dał, śmie­jąc się lu­zacko.

- Ro­zu­miem. - Ma­rina mó­wiła ci­cho i spo­koj­nie. - A co dziś ro­bi­łeś? By­łeś gdzieś czy pra­co­wa­łeś? - Wie­działa, że musi za­dać to py­ta­nie.

- Urwa­nie głowy, jak za­wsze, Myszko. Cały czas je­stem w pracy, na­wet nie mia­łem czasu zjeść obiadu - skła­mał bez­czel­nie.

Ma­rina pró­bo­wała stłu­mić na­pły­wa­jące do oczu łzy. "Co za podły kłamca!" - my­ślała, a złość i ból za­drę­czały i szar­pały jej wnę­trze.

- Ty bie­daku - pod­su­mo­wała po chwili. - W ta­kim ra­zie pra­cuj da­lej...

- Mu­szę koń­czyć, Myszko. To do ju­tra. Bądź piękna.

- Tak piękna, jak twoja asy­stentka? - rzu­ciła sar­ka­stycz­nie, nie mo­gąc utrzy­mać na wo­dzy swych zra­nio­nych uczuć.

- Słu­cham? - spy­tał za­sko­czony, lecz nie zo­rien­to­wał się, o co cho­dzi jego przy­szłej żo­nie.

- Nie, nic, tak so­bie tylko gło­śno my­ślę. Kto wie, może za­fun­duję so­bie na ju­tro sztuczne rzęsy? Lu­bisz ta­kie?

- Le­piej za dużo nie wy­my­ślaj. Do cie­bie ta­kie rze­czy nie pa­sują Myszko. Wy­śpij się, że­byś nie miała pod­krą­żo­nych oczu. Papa.

Ma­te­usz za­koń­czył roz­mowę, a Ma­rina wie­działa już wszystko. Wąt­pli­wo­ści, które od dawna mę­czyły jej du­szę, na­gle znik­nęły, a od­po­wiedź na pro­blemy na­de­szła sama. Po tylu wspól­nych la­tach nie za­słu­żyła na kłam­stwo, nie­szcze­rość i zby­wa­nie byle słów­kiem. Za kogo ją miał? Bo­lało ją to, jak ją trak­to­wał, jed­nak z dru­giej strony od­czuła ulgę, bo to on sam po­mógł jej pod­jąć tak ważną de­cy­zję. Ma­rina czuła, że nad­cho­dzi bu­rza, przed którą nie zdoła uciec. Mu­siała sta­wić temu czoło, a po­tem, bez względu na wszystko, za­cząć żyć wła­snym ży­ciem. Reszta dnia mi­nęła jej jakby w le­targu, poza jej świa­do­mo­ścią. Nikt z krzą­ta­ją­cych się wo­kół niej do­mow­ni­ków nie do­strzegł jej du­cho­wej nie­obec­no­ści.

Wresz­cie na­stał wie­czór, póź­niej noc. Ma­rina nie mo­gła zmru­żyć oka. Do­piero około trze­ciej w nocy zmę­cze­nie było na tyle silne, że wresz­cie zdo­łała usnąć. Wy­czer­pana, spała głę­boko, a jej włosy w ko­lo­rze mie­dzi zdo­biły brzegi bia­łej jak śnieg po­duszki, de­li­kat­nie oka­la­jąc jej śliczną, pie­go­watą twarz.

Na­za­jutrz rano pani Róża bie­gała po domu z wał­kami na gło­wie, uma­lo­wana i po­ga­nia­jąca po­zo­sta­łych człon­ków ro­dziny, by prę­dzej wsta­wali z łó­żek. Było już późno, a jesz­cze tyle spraw na­le­żało po­za­ła­twiać i po­za­pi­nać na ostatni gu­zik. Ma­rina wciąż spała głę­bo­kim snem, jed­nak matka bez­li­to­śnie ją bu­dziła.

- Ma­rina, Ma­rina! - wo­łała gło­śno od nie­mal dzie­się­ciu mi­nut, sto­jąc na ko­ry­ta­rzu w cie­płej ró­żo­wej po­domce. - Je­zus Ma­ria, ona za­spała! Za­raz przy­je­dzie Ula, żeby ją uma­lo­wać, a jesz­cze musi zdą­żyć do fry­zjera. Ma­rina! - po­wta­rzała nie­usta­jąco, wy­wo­łu­jąc cięż­kie wes­tchnie­nia có­rek i ból głowy u cho­wa­ją­cego się po ką­tach domu męża.

Pan Hen­ryk jak do­tąd spo­koj­nie po­pi­jał po­ranną kawę w kuchni. W końcu nie wy­trzy­mał tych co­raz gło­śniej­szych krzy­ków i na­wo­ły­wań. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wy­szedł z kuchni, pod­szedł do żony i chwy­cił ją za rękę.

- Może po pro­stu idź do niej na górę i ją obudź, za­miast krzy­czeć na cały dom - za­pro­po­no­wał, ciężko wzdy­cha­jąc, wy­ra­ża­jąc tym sa­mym głę­boką dez­apro­batę dla "wy­czy­nów" mał­żonki. Pani Róża wy­glą­dała na po­de­ner­wo­waną i mocno znie­cier­pli­wioną.

- Osza­leć można z tą dziew­czyną, osi­wieję przez was wszyst­kie! - la­men­to­wała, nie zwa­ża­jąc uwagi na męża. Pan Hen­ryk zre­zy­gno­wa­nym kro­kiem wy­co­fał się do kuchni.

Po chwili Ma­rina wresz­cie wy­nu­rzyła się ze swo­jego po­koju: blada, nie­wy­spana, z pod­krą­żo­nymi oczami i moc­nym bó­lem głowy. Przy­po­mi­nała je­den wielki chaos, z bu­rzą po­tar­ga­nych ru­da­wych wło­sów i roz­ma­za­nymi reszt­kami tu­szu pod zmę­czo­nymi oczami. Na jej wi­dok pani Róża chwy­ciła się za głowę.

- No, wresz­cie wsta­łaś i znowu źle wy­glą­dasz... Szybko, ubierz się, zjedz śnia­da­nie, za­raz tu bę­dzie Ula, ru­szaj się, dziew­czyno! Co ja z tobą mam, samo utra­pie­nie... - stro­fo­wała córkę jak ja­kąś małą, nie­zdarną dziew­czynkę.

Ma­rina po­de­szła do unie­sień matki bez więk­szego en­tu­zja­zmu, chciała mieć już to wszystko za sobą. Obu­dziła się z po­czu­ciem dziw­nej siły i głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że co­kol­wiek dziś po­sta­nowi i zrobi, bę­dzie wła­ściwe. Bę­dzie to jej sa­mo­dzielna i nie­za­leżna de­cy­zja. Spo­koj­nie zno­siła ko­lejne etapy przy­go­to­wań przed­ślub­nych - ma­ki­jaż, któ­rego prze­biegu skrzęt­nie pil­no­wała matka i fry­zjer, który miał na­gle pro­blem z jej "cięż­kimi", jak się wy­ra­ził, wło­sami. Wszy­scy człon­ko­wie ro­dziny byli go­rącz­kowo za­jęci wła­snymi przy­go­to­wa­niami, nikt spe­cjal­nie nie zwra­cał uwagi na Ma­rinę, która od rana jesz­cze do ni­kogo się nie ode­zwała. Sto­jąc jak ma­ne­kin, uma­lo­wana, z bujną fry­zurą i bia­łym kwia­tem wpię­tym we włosy, ubrana w prze­piękną suk­nię ślubną, na którą oj­ciec wy­dał ma­ją­tek - co na każ­dym kroku za­zna­czała pani Róża - Ma­rina cze­kała już tylko na przy­by­cie Ma­te­usza, który jak zwy­kle się spóź­niał. Ślub miał się od­być o go­dzi­nie trzy­na­stej, tym­cza­sem było już po dwu­na­stej, a on wciąż nie przy­jeż­dżał. W domu za­pa­no­wała ogólna pa­nika i po­płoch.

- Za­dzwoń do niego! Gdzie on jest? - de­ner­wo­wała się pani Róża, kie­ru­jąc swe żale do córki, która w ogóle nie re­ago­wała na to spóź­nie­nie.

- Nie mam za­miaru do niego dzwo­nić - od­parła sta­now­czo Ma­rina. - Ma­te­usz za­wsze się spóź­nia - do­dała, osła­bia­jąc tym sa­mym wraż­liwe serce matki, która wy­glą­dała, jakby miała za chwilę ze­mdleć. Sio­stry w mil­cze­niu przy­glą­dały się ner­wo­wym ru­chom matki, zer­ka­jąc tylko co chwilę na ojca, który sie­dział w kuchni i stu­kał pal­cami w blat stołu. We­ro­nika nie mo­gła po­wstrzy­mać się od swo­ich ką­śli­wych, ale traf­nych uwag.

- Ja bym tam za niego nie wy­szła! Co to za fa­cet, który spóź­nia się na wła­sny ślub? - stwier­dziła, zna­cząco spo­glą­da­jąc w oczy Ma­riny. Na krótką chwilę ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się jakby w mil­czą­cym po­ro­zu­mie­niu. Pani Róża ner­wowo prze­cha­dzała się od okna do okna, mru­cząc pod no­sem.

- Nie ga­daj głupstw, on na pewno za­raz przy­je­dzie, to uczciwy ka­wa­ler - od­parła, wbi­ja­jąc w We­ro­nikę gniewny wzrok.

- Ale ona ma ra­cję - ode­zwała się Ma­rina po chwili wa­ha­nia. - To po­ni­żej god­no­ści...

- Daj mu spo­kój, na pewno za­spał. - Matka upar­cie trzy­mała się swo­jego sta­no­wi­ska. - To twoja wina, po­win­naś już rano do niego za­dzwo­nić, a ty nic, jak śpiąca kró­lewna, no i jest efekt!

- Zro­bi­ła­byś wszystko, by tylko po­zbyć się mnie z domu - od­parła Ma­rina z go­ry­czą w gło­sie, a w jej oczach po­ja­wił się wy­raz udręki. Pani Róża ob­ru­szyła się do ży­wego.

- Co za głu­poty przy­cho­dzą ci do głowy, dziecko? Czy nie ro­zu­miesz, że tu­taj to twoja je­dyna szansa na do­stat­nie ży­cie? No i ile ty masz lat? Nie je­steś już naj­młod­sza ani naj­by­strzej­sza. Mu­sisz mieć bo­ga­tego męża, ina­czej sama zgi­niesz, a my z oj­cem wiecz­nie żyć nie bę­dziemy - bez­li­to­śnie wy­li­czała swoje ar­gu­menty. Cho­dziła po ko­ry­ta­rzu i krę­ciła się w kółko, po­tę­gu­jąc ner­wo­wość na­pię­tej już sy­tu­acji. We­ro­nika po­now­nie nie wy­trzy­mała.

- Mamo, te­raz już nie ma sta­rych pa­nien, są tylko sin­gielki, na ja­kim świe­cie ty ży­jesz? - oświad­czyła, śmie­jąc jej się pro­sto w oczy.

- Jak zwał, tak zwał, moje dziecko, ja tam wiem swoje i chcę dla was jak naj­le­piej.

- No tak, ra­cja - od­parła Ma­rina ci­cho, ze ści­śnię­tym bo­le­śnie ser­cem. - Jak naj­le­piej.

Na­gle w domu na­stą­piło po­ru­sze­nie.

- Przy­je­chał! Już jest! - krzyk­nęła Lena. - Jaki piękny i ele­gancki! - wo­łała prze­ję­tym i pod­nie­co­nym gło­sem.

Ma­te­usz ma­je­sta­tycz­nym kro­kiem zbli­żał się do ich domu, o dziwo wy­glą­dał schlud­nie i ele­gancko. Włosy po­sta­wione na żel zo­stały mod­nie za­cze­sane, ubrany był ele­gancki gra­na­towy gar­ni­tur i białą, atła­sową muszkę... Z uśmie­chem wkro­czył do środka, wi­ta­jąc się z ro­dziną Ma­riny.

- Wi­tam pa­nie, pro­szę mi wy­ba­czyć, korki... - za­czął nie­po­radne tłu­ma­cze­nia już od progu.

- Korki? Na tym za­po­mnia­nym przez Boga ka­wałku ziemi? - spy­tała iro­nicz­nym to­nem We­ro­nika, a Ma­rina mil­czała, ha­mu­jąc się z oka­za­niem swych emo­cji. Pani Róża miała ochotę za­bić We­ro­nikę wzro­kiem.

- No, ko­chani, jedźmy już, wszy­scy na nas cze­kają - szcze­bio­tała we­soło, krę­cąc się przy przy­szłym zię­ciu i nad­ska­ku­jąc mu ze wszyst­kich stron.

Wszy­scy miesz­kańcy domu ru­szyli do ko­ścioła, nikt na­wet nie za­uwa­żył w tym ogól­nym za­mie­sza­niu, że panna młoda nie ma bu­kietu ślub­nego.

Ko­ściół był nie­wielki, neo­go­tycki, z ład­nymi wie­życz­kami po bo­kach. Tłumy go­ści i oko­licz­nych ga­piów ob­stą­piły jego mury pra­wie z każ­dej strony. Bez­po­śred­nio za­in­te­re­so­wani byli już w środku i z nie­cier­pli­wo­ścią zer­kali na ze­garki. Para młoda pod­je­chała pod ko­ściół i nie­ba­wem stała w wej­ściu, cze­ka­jąc na roz­po­czę­cie mszy. Pani Róża z nie­skry­waną ulgą i za­do­wo­le­niem za­sia­dła wy­god­nie w pierw­szej ławce, zer­ka­jąc ukrad­kiem na mil­czą­cego męża. Ma­te­usz trzy­mał Ma­rinę pod rękę, aż wresz­cie prze­mó­wił.

- Je­steś na mnie zła, Myszko? - spy­tał, uważ­nie przy­glą­da­jąc się jej wy­mow­nie mil­czą­cej twa­rzy.

- Nie, ależ skąd, prze­cież ja za­wsze ci wszystko wy­ba­czam, ko­cha­nie - od­parła ci­cho, nie pa­trząc na niego.

- No wiem, Myszko - od­parł nieco zmie­szany - i za to cię ko­cham...

Gdy or­ga­ni­sta za­czął grać pierw­sze takty mar­sza we­sel­nego, a po chwili po­de­szli mło­dzi po­de­szli do oł­ta­rza Ma­rina od­wró­ciła twarz w stronę Ma­te­usza i z ża­lem spoj­rzała mu w oczy.

- Okła­ma­łeś mnie. Wiem, że spo­ty­kasz się ze swoją asy­stentką, a mnie zby­wasz byle czym, w do­datku na­wet nie za­uwa­ży­łeś, że nie mam bu­kietu ślub­nego. Co z cie­bie za męż­czy­zna? I ty chcesz się ze mną oże­nić? Po co? - rzu­ciła ostro, za­ska­ku­jąc go swoim na­głym wy­bu­chem szcze­ro­ści.

- Ależ Myszko, to nie tak...

- Nie tak? I ni­gdy wię­cej nie mów do mnie Myszko! - za­sy­czała, a po chwili pod­szedł do nich ksiądz i przy­wi­taw­szy ich, po­pro­wa­dził za sobą do oł­ta­rza.

Msza trwała już do­brą chwilę, Ma­te­usz był blady ze zde­ner­wo­wa­nia i nie­pew­nie spo­glą­dał na piękną i po­zor­nie spo­kojną twarz Ma­riny.

Kiedy nad­szedł czas, mło­dzi sta­nęli na­prze­ciwko sie­bie i od­po­wia­dali na za­da­wane przez księ­dza py­ta­nia. Ze­brani go­ście wy­czu­wali aurę uro­czy­stego pod­nie­ce­nia.

- Czy ty, Ma­te­uszu, bie­rzesz so­bie tę ko­bietę za żonę? - za­py­tał ksiądz, mru­ga­jąc za­baw­nie do pana mło­dego.

- Tak - od­po­wie­dział gło­śno. - Prze­cież ty mi za­wsze wszystko wy­ba­czasz, Myszko - nie­spo­dzie­wa­nie wy­szep­tał do ucha Ma­riny, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym jej groźne spoj­rze­nie, które w tej sa­mej chwili prze­szyło go jak bły­ska­wica.

- Czy ty, Ma­rino - kon­ty­nu­ował ka­płan - bie­rzesz so­bie tego męż­czy­znę za męża?

Ma­rina osten­ta­cyj­nie mil­czała, a w ko­ściele za­pa­no­wała głu­cha ci­sza. Na twa­rzy pani Róży ma­lo­wała się ner­wowa pa­nika, ko­bieta zna­cząco zer­kała na mał­żonka, cią­gnąc go za rę­kaw. Pan Hen­ryk był nie w hu­mo­rze i wciąż mil­czał. Zszo­ko­wani go­ście za­częli ci­cho szep­tać mię­dzy sobą, gdy po chwili za­sko­czony i lekko zmie­szany tą nie­zręczną sy­tu­acją ksiądz po­now­nie za­dał Ma­ri­nie to samo py­ta­nie. Dziew­czyna drgnęła.

- Nie - za­częła spo­koj­nie. - Nie wyjdę za czło­wieka, który mnie oszu­kuje i zdra­dza. Już od dawna nie czuję, że­byś mnie ko­chał, cze­ka­łam na ja­kiś znak, na twoje cie­płe, czułe słowo, lecz ty tylko zby­wa­łeś mnie cią­głym bra­kiem czasu. Nie ma już nas, ani na­szej mi­ło­ści, nie ma też w to­bie zro­zu­mie­nia dla mnie i mo­ich ma­rzeń, nie mogę być z kimś, kto bez mo­jej zgody sam pla­nuje mi ży­cie, nie py­ta­jąc o zda­nie. Wy­bacz więc, Ma­te­uszu, ale... Nie zo­stanę twoją żoną. I wiesz co? Mam to wszystko gdzieś! - To po­wie­dziaw­szy, Ma­rina wy­bie­gła z ko­ścioła, po­zo­sta­wia­jąc Ma­te­usza z prze­ogrom­nym zdzi­wie­niem w jego ma­łych oczach i ze śmieszną, głup­ko­watą miną, wy­ra­ża­jącą zu­pełny brak zro­zu­mie­nia tego, co się wła­śnie stało. Wśród go­ści za­wrzało.

- O Jezu! - jęk­nęła pani Róża, która była bli­ska omdle­nia. - Hen­ryk, bła­gam, zrób coś! - zwró­ciła się do męża z pa­niką i roz­pa­czą w oczach.

- A daj ty jej wresz­cie spo­kój - od­parł mał­żo­nek, po czym wstał i spo­koj­nie wy­szedł na ze­wnątrz.

W ko­ściele za­pa­no­wał chaos i po­ru­sze­nie, go­ście nie bar­dzo wie­dzieli, co ro­bić, nie­któ­rzy po­woli opusz­czali ko­ściół, a pani Róża la­men­to­wała w głos, jaką to ma wy­rodną córkę. Lena przy­jęła to bez więk­szych emo­cji, je­dy­nie We­ro­nika ucie­szyła się z od­waż­nej de­cy­zji sio­stry, ma­jąc na­dzieję, że ta wresz­cie uwolni się spod rzą­dów wład­czej matki i za­cznie żyć sa­mo­dziel­nie i szczę­śli­wie.

W ostat­niej ławce sie­działa asy­stentka Ma­te­usza, Pau­lina, która rów­nież cie­szyła się z za­ist­nia­łej sy­tu­acji, snu­jąc w swo­jej pięk­nej główce ma­try­mo­nialne plany wo­bec nie­zmier­nie zdzi­wio­nego i za­sko­czo­nego Ma­te­usza. Dla niej była to szczę­śliwa oko­licz­ność, którą miała za­miar umie­jęt­nie wy­ko­rzy­stać.