Misje Bremera. Arena zdrad. Misje Bremera - Arkady Saulski

Reflow text when sidebars are open.
Są inne sposoby na osiągnięcie zwycięstwa niż tylko poprzez otwarty konflikt.
Sean McFate
Religijni fanatycy to doprawdy uroczy ludzie, a nowy prezydent Syrii był tego doskonałym przykładem.
Czarował każdym gestem, słowem, spojrzeniem. Ten były bojownik Al-Ka'idy, doświadczony w walkach z wojskami koalicji w Iraku, a potem podczas wojny domowej w swojej ojczystej Syrii, zrzucił kamizelkę taktyczną tak jak wąż zrzuca skórę. Przywdziewając garnitur, stał się w oczach przepytujących go dziennikarzy odpowiedzialnym, wyważonym i zręcznym politykiem, który wyprowadził swój kraj z mroków dyktatury, w nową, świetlaną erę. Przedstawiciele mediów zgromadzeni w Pałacu Ludu w Damaszku otrzymali niemal nieograniczony czas na przeprowadzenie wywiadów. Znaleźli się wśród nich Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy, Niemcy, dziennikarze z Japonii, Chin, ale też niektórych krajów Afryki. Jeden przedstawiciel mediów z Polski. Wielkimi nieobecnymi byli zaś, a jakże, dziennikarze z Izraela.
Wielka szkoda, bo prezydent z pewnością oczarowałby także i ich.
Wojciech Bremer wraz z resztą obstawy stał na uboczu. W każdej innej sytuacji byłaby to najnudniejsza część misji -?jako jeden z członków ochrony dziennikarzy z Niemiec, Francji i Polski w samym pałacu nie miał nic do roboty. Tu bowiem prezydenta i jego gości strzegła osobista gwardia głowy państwa, złożona z najtwardszych bojowników, weteranów trwającego ponad dekadę konfliktu. Na Bremera i pozostałych najemników spoglądano nieufnie, ale bez wyczuwalnego napięcia.
Dowodził zespołem złożonym z ośmiu ludzi -?wszyscy byli pracownikami europejskiej prywatnej organizacji militarnej Imperatoriae Corporum. "Pracownik" to piękne, eufemistyczne określenie, Bremer wolał samego siebie określać zgodnie z prawdą. Był najemnikiem, po prostu.
Sama Imperatoriae Corporum czy, jak określano ją krócej, ImperCor, była jedną z najważniejszych, choć zarazem najmniej znanych tego typu firm. Każdy wiedział, czym jest rosyjska Grupa Wagnera, amerykańska Blackwater czy brytyjska Executive Outcomes, ale ImperCor nadal pozostawała w cieniu. Wywodziła się z Europy i -?choć stosunkowo młoda -?już mogła pochwalić się dużymi sukcesami. Zwracano się do niej, gdy oczekiwano dyskrecji i gwarancji sukcesu.
I bardzo dobrze. Bremer cenił sobie dyskrecję.
Dyskrecję, najwyraźniej, ceniło też szefostwo "Politico", to ono bowiem zleciło tej konkretnej firmie ochronę swojej delegacji. Czwórka dziennikarzy: dwie Francuzki, jedna Niemka i jeden Polak. Żurnaliści mieli przeprowadzić wywiad z prezydentem Syrii, po czym zostać odwiezieni na wojskowe lotnisko Mezzeh, skąd startował wyczarterowany dla nich samolot. Jednak w Syrii, mimo formalnego zakończenia konfliktu i przejęcia władzy przez bojowników, nadal było niespokojnie. Lojaliści zbiegłego do Rosji Baszara Al-Asada atakowali siły nowego prezydenta, i to nawet na przedmieściach Damaszku. Problem stanowili też Rosjanie, których, mimo ogromnej nienawiści, wciąż nie wyrzucono z kraju, traktując ich obecność jako kartę przetargową w rozmowach nowych władz z Kremlem.
O tak -?nowy prezydent był nie tylko uroczy i elokwentny, ale też cholernie sprytny.
Bremer, widząc, jak czaruje dziennikarzy, nie był w stanie powstrzymać uśmiechu. Ten gość, jeszcze wczoraj ukrywający się na pustyni, dziś jawił się jako dojrzały, rozsądny, otwarty na nowe idee polityk iście światowego formatu.
Opinia publiczna w Stanach i Europie będzie zachwycona.
Najemnik rozejrzał się po sali, zastanawiając się, co czuje gwardia prezydenta, widząc jego ludzi, jak również ochroniarzy pozostałych delegacji, pod bronią i w pełnym oporządzeniu tak blisko głowy państwa. Było oczywiste, że żaden z ludzi ImperCor, ani właściwie jakiejkolwiek innej ekipy obecnej w sali, nie czyha na życie prezydenta, ale i tak - chłopcy musieli być nieco spięci.
Bremer uśmiechał się do nich bezczelnie, ściskając wiszący na uprzęży karabin -?króciutki SIG Sauer MCX Rattler SBR, w kalibrze .300 Blackout. W kaburze, jako broń boczną, także miał konstrukcję Siga, konkretnie pistolet P320. Cóż począć, że darzył słabością amerykańskie produkty?
Wywiad, najwyraźniej, dochodził już do wniosków końcowych. Prezydent na pożegnanie rzucił kilka żartów, prosząc, by pozdrowić szefostwa redakcji i przekazać najszczersze życzenia powodzenia dla narodów, których reprezentowali dziennikarze.
Gdy wyłączono mikrofony, jeden z Brytyjczyków zauważył, że ostatni raz mieli styczność z prezydentem w 2006 roku w Iraku. Dziennikarz, jak się okazało, był tam urzędnikiem sił okupacyjnych, a prezydent -?bojownikiem Al-Zarqawiego.
-?Świat ciągle się zmienia, redaktorze -?odparł bezbłędną angielszczyzną Syryjczyk. -?A wczorajsi wrogowie mogą być dziś przyjaciółmi, czyż nie?
Wywołało to uśmiechy wśród zgromadzonych. Bremer także się uśmiechnął, ale chyba z innej przyczyny.
-?Dziesięć minut -?rzucił dyskretnie do mikrofonu, uprzedzając ekipę na zewnątrz, jak również ludzi w sztabie, mających obserwować przejazd kolumny z dziennikarzami przy pomocy drona.
-?Przyjąłem -?odparł Said, też najemnik, ale pozyskany lokalnie Syryjczyk.
Ten dawny bojownik był muzułmaninem, reprezentował jednak raczej liberalny nurt tej religii i przez to z czasem odpadł od coraz bardziej pogrążającej się w fanatyzmie organizacji. Doświadczony, znający region żołnierz został szybko namierzony przez ImperCor i zatrudniony. Teraz on i jego ekipa stanowili tak zwany QRF, czyli quick reaction force - oddział mający wejść do akcji, gdyby po drodze coś poszło nie tak.
Bremer miał nadzieję, że Said i jego zespół tym razem będą nudzić się w swoich pick-upach.
Dziennikarze stopniowo opuszczali salę. Do wyjścia szykowali się też ci pod opieką Bremera. Najstarszy z tej delegacji był właśnie Polak - Radosław "Radek" Paleczny. Prawdziwy nestor tego fachu i zarazem jedna z jego legend. W latach osiemdziesiątych XX wieku wyrzucony z komunistycznej Polski, dzięki wsparciu Radia Wolna Europa podjął naukę uzupełniającą na Oksfordzie, a potem został korespondentem wojennym. I to nie byle jakim! Na pierwszy materiał pojechał do Afganistanu, wtedy atakowanego przez ZSRR, gdzie szybko zrzucił kamizelkę z napisem "Press", by dołączyć do mudżahedinów. Spędził z nimi rok, biegając po górach, opisując walkę Afgańczyków i zbrodnie na nich popełniane. Zachowały się zdjęcia uśmiechniętego mężczyzny, który chwytał za broń, gdy zachodziła taka potrzeba.
Potem były inne konflikty: Czeczenia, dawna Jugosławia, Afganistan, Irak, Gruzja, Ukraina. I teraz -?Syria.
Z kimś takim Bremer napiłby się wódki -?sęk w tym, że Bremer nie pił. Coca-Cola musiała wystarczyć.
-?Gotowi? -?zapytał po angielsku dziennikarzy, gdy ci podchodzili ze spakowanym sprzętem.
-?Możemy jechać, tak -?odparła niemiecka redaktorka.
Bremer skinął głową, gestem dłoni wskazał drogę, zamykając pochód.
-?Wychodzimy -?rzucił do mikrofonu.
-?Przyjąłem.
O ile w kolosalnym Pałacu Ludu panował przyjemny chłód, o tyle na zewnątrz, gdy wyszli na syryjskie słońce, ledwo dało się wytrzymać. Sprawie nie pomagał fakt, że do samego kompleksu budowli prowadziła szeroka niczym pas startowy asfaltowa droga. Cień dawały nieliczne palmy.
Na szczęście zarówno Bremer, jak i dziennikarze byli ubrani lekko, ale najemnik i tak pocił się niemiłosiernie w swej kamizelce taktycznej, obciążonej dla dodatkowej ochrony płytami balistycznymi, z przodu i z tyłu. Podobne kamizelki nakładały teraz redaktorki. Paleczny, demonstracyjnie, na takie środki ostrożności się nie zgodził.
-?Nigdy nie nosiłem i nie będę nosił -?uciął, gdy Bremer próbował z nim negocjować. Facet był uparty jak osioł.
Cóż, jego decyzja, ale najemnik nie sypiał przez to ani trochę lepiej.
Wreszcie po kilku chwilach oczekiwania na podjazd przed pałacem zajechał ich transport: trzy Toyoty Land Cruiser. Celowo wyglądały na starsze, niż były. Opancerzone, miały zwiększyć ich szansę wyrwania się z ewentualnej zasadzki.
Gdyby taką udało się komukolwiek przeprowadzić.
Drogę z Pałacu Ludu aż do lotniska wcześniej sprawdzono, w poszukiwaniu improwizowanych ładunków wybuchowych IED, jak również celem rozpoznania ewentualnych kryjówek napastników. Teraz była bacznie obserwowana przez kursującego tam i z powrotem drona.
ImperCor nie miało zamiaru niczego zlekceważyć.
Wsiedli do klimatyzowanych wnętrz -?Francuzki do ostatniej Toyoty, Bremer wraz z Palecznym i niemiecką dziennikarką -?do środkowej. W tej jadącej z przodu znaleźli się wyłącznie ludzie ImperCor.
-?Jedynka gotowa -?zameldował kierowca pierwszego Land Cruisera.
-?Dwójka gotowa -?odparł do mikrofonu dowodzący drugim pojazdem Bremer.
-?Trójka gotowa -?odezwał się kierowca ostatniego wozu.
-?W porządku, ruszamy -?wydał komendę najemnik.
Wozy zerwały się z miejsca i pomknęły szeroką aleją.
Teoretycznie droga z pałacu do lotniska wojskowego w Mezzeh powinna im zająć dwanaście minut... ale to była Syria. Sporo mogło się wydarzyć po drodze.
Opuścili teren pałacu, mając teraz po prawej żółtą pustynię, gdzieniegdzie upstrzoną rachityczną roślinnością, po lewej zaś - zabudowania Damaszku. Jednego z największych i zarazem najstarszych miast Bliskiego Wschodu. Ruch na samej drodze był niewielki. Raz na jakiś czas mijali pojedynczy samochód bądź ciężarówkę.
Bremer siedział z przodu, obok kierowcy, a dziennikarze z tyłu. Niemka, tuż za nim, sprawdzała coś na telefonie. Siedzący za kierowcą Paleczny podziwiał panoramę miasta.
-?Trudno uwierzyć, że to miejsce wciąż nie może zaznać spokoju - powiedział wreszcie. Po polsku.
Najemnik obrócił się, ale nic nie odpowiedział.
-?Wiem, że jest pan Polakiem, proszę nie udawać -?dodał z lekkim uśmiechem reporter.
-?Czy imię Wojciech aż tak mnie zdradziło? -?odparł wreszcie mężczyzna, odwzajemniając uśmiech.
-?Uznajmy, że to zasługa dziennikarskiej przenikliwości.
Zaśmiali się.
Paleczny nie wyglądał na swoje lata -?dobrze zbudowany, choć siwy, miał oblicze człowieka, który widział wszystko. Bo tak zapewne było. Zachowywał się z nonszalancją kogoś, na kim nic już nigdy nie zrobi wrażenia. A jednak gdy z kimś rozmawiał, to robił to tak, by druga osoba miała poczucie, że poświęca jej pełnię uwagi. Nie wywyższa się, wręcz przeciwnie -?zamienia się w słuch. Ten weteran miał w sobie ogromną pokorę.
Bremer cenił to w ludziach.
-?Długo pan to robi? -?zapytał dziennikarz.
-?"To", czyli...?
-?Pracuje dla PMC? Jest... najemnikiem.
PMC -?skrót od Private Military Company. Ładniejsza nazwa prywatnych armii, których na świecie było coraz więcej.
-?Jakieś pięć lat -?odparł mężczyzna.
-?A wcześniej? GROM?
-?Formoza.
-?O proszę... Pomorzanin?
Bremer potwierdził skinieniem głowy.
-?Gdyński śledź.
-?Kiedy ostatni raz był pan w kraju?
-?Sześć, może siedem lat temu? Moja mama wciąż mieszka tam, gdzie się wychowałem. Wysyłam jej pieniądze. Niech kobieta chociaż na stare lata pożyje jak człowiek.
-?Rozumiem... i szanuję to.
-?Czy nie powinniśmy...? -?Bremer skinął na wciąż sprawdzającą telefon Niemkę. -?Gadanie po polsku chyba jest nieuprzejme...?
-?Ja wszystko hozumiem -?odezwała się niespodziewanie właśnie w języku polskim kobieta. -?Hozmawiajcie, jak chcecie.
Mężczyźni się zaśmiali.
-?Said, jak sytuacja?
-?Na razie czysto. Za kilometr przyśpieszcie, będzie tam gaj oliwny, mało widać.
-?Przyjąłem. Jedynka, trójka, gazu!
Konwój zwiększył prędkość. Faktycznie -?przed nimi na horyzoncie po prawej stronie od drogi zamajaczyło zbocze obrośnięte karłowatymi drzewkami oliwnymi, stojącymi jedno obok drugiego, niczym żołnierze w szeregu. Strzelcy szykujący się do zasadzki. Droga po lewej także była zarośnięta i cień drzew mocno ograniczał widoczność. Przełączenie kamer drona na termowizję niewiele by dało, o tej porze dnia piasek był tak rozgrzany, że maszyna widziałaby na dole jeden wielki kobierzec bieli.
-?Mogę jeszcze o coś zapytać? -?odezwał się znowu Paleczny.
-?Śmiało.
-?Dlaczego pan robi to, co robi?
Bremer odwrócił się do niego, zaskoczony.
-?A pan czemu robi to, co robi? -?odpowiedział pytaniem na pytanie.
Dziennikarz prychnął.
-?Bo nie umiem robić niczego innego -?rzekł z uśmiechem.
Najemnik odwzajemnił uśmiech.
-?No i sam pan widzi.
Znowu spojrzał przez przednią szybę. Znajdowali się już bardzo blisko gaju oliwnego -?ten wyglądał jak antyczny amfiteatr, w którym drzewka były widzami, a skręcająca ulica -?sceną.
-?Said? -?rzucił do mikrofonu najemnik. Żadna odpowiedź nie nadeszła.
-?Scheiße! -?syknęła Niemka. -?Nie mam intehnetu! Cholehny pech!
Najemnik odwrócił się do niej, po czym spojrzał na drogę. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Spróbował znów wywołać Saida -?bez skutku.
Gaj był już bardzo blisko.
-?Gazu, gazu, wszyscy, gazu!!! -?ryknął.
Ich kierowca ostro przyspieszył, ale najwyraźniej łączność została zerwana. Toyota za nimi, widząc, co robi dwójka, też zwiększyła prędkość, ale jedynka wciąż jechała swoim tempem. Szybko... ale nie dość szybko, by wymknąć się z zasadzki.
Bremer zdążył zauważyć mknącą ku jedynce szarą smugę.
Opancerzenie Land Cruisera pozwalało przyjąć ogień do kalibru 7.62 milimetra czy odłamki granatu ręcznego, ale bezpośrednie trafienie pocisku wystrzelonego z granatnika RPG to było po prostu za wiele. Toyota, w której siedział Bremer, skręciła gwałtownie, gdy wóz przed nimi rozerwała eksplozja. Na asfalt posypały się kawałki pancerza i karoserii, szkło prysło świecącymi drobinami. Opony pękły, wprawiając zniszczony wóz w wiraż, a w jego wnętrzu szalały płomienie.
Nikt nie miał szansy tego przeżyć.
Kierowca prowadzący ich Land Cruisera skręcił ostro, próbując uniknąć kolizji z płonącymi resztkami jedynki, wpadł na sąsiednie pasy ruchu, jadąc pod prąd.
Naprzeciwko nich, jak spod ziemi, wyrósł brudny, cywilny sedan. Jego kierowca musiał być w kompletnym szoku, nie zdołał wykonać manewru wymijającego.
Oni też nie.
Stary samochód nie był dla Toyoty poważną przeszkodą -?Land Cruiser po prostu zepchnął go z drogi, jednak sam też oberwał. Kierowca stracił panowanie nad pojazdem, wóz przechylił się na lewy bok.
-?Trzymajcie się! -?zdążył zawołać Bremer.
Świat zaczął wirować, wypełniając się ogłuszającym hałasem obijającej się o asfalt pancernej karoserii. Za oknami migał oszalały kalejdoskop kolorów: czerń asfaltu, żółć piachu, błękit czystego, pięknego syryjskiego nieba. Toyota turlała się po drodze.
Nie miał pojęcia, jak długo to trwało. Przez hałas przebił się huk kolejnej eksplozji, ale Bremer nie miał pojęcia, czy to nieprzyjaciel trafił trójkę, czy wybuchło coś innego. Mógł tylko trzymać się, robiąc wszystko, by jego błędnik nie oszalał i by nie skręcić sobie karku w młynku, w jaki zamieniło się wnętrze Toyoty.
W końcu wóz zaczął zwalniać, by ostatecznie osiąść ponownie na kołach.
"Niezły fart!", pomyślał mężczyzna. Klepnął kierowcę.
-?Jedź! Jedź!
Dopiero wtedy dostrzegł, że ten był nieprzytomny.
Musiał trzasnąć głową o kierownicę, bo teraz siedział pochylony, utrzymywany tylko przez pasy, a z jego twarzy ściekała krew. Bremerowi także kręciło się w głowie, ale zdołał się opanować. Jeśli był ranny, to jeszcze tego nie czuł -?adrenalina robiła swoje.
Odwrócił się do pasażerów.
Niemka półleżała w nienaturalnej pozycji, z głową obróconą jakby do góry i w bok. Jej usta były rozwarte w niemym krzyku. Skręcony kark. Nie żyła. Paleczny jednak oddychał, wydawał się nawet przytomny, choć ostro krwawił z rozciętej brwi.
Wtedy o ich wóz uderzyły pierwsze kule.
Pociski skrzesały iskry na pancernej karoserii, poryły szyby, znacząc je pajęczynkami pęknięć. Okna mogły wytrzymać ostrzał, ale tylko przez jakiś czas -?prędzej czy później w końcu kule zaczną przechodzić, a wtedy...
Bremer chciał złapać za karabin -?nie miał go! Sig musiał się zerwać z uprzęży, upaść gdzieś, nie wiadomo gdzie, gdy samochód koziołkował. Trudno -?dobył pistoletu.
-?Spokojnie, panie Paleczny, tylko spokojnie -?rzekł do ocalałego pasażera.
-?Jestem spokojny, synu. Rób swoje! -?odparł na to dziennikarz.
Najemnik jeszcze nigdy nie widział, by ktokolwiek potrafił zachowywać taką zimną krew.
Stary korespondent wojenny miał rację -?Bremer musiał zrobić swoje.
Walili do nich z prawej strony, ale nie miał pewności, czy to ta sama strona, gdzie znajdował się oliwny gaj. Podczas kolizji mogło ich obrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Nie miało to znaczenia -?musieli się wyrwać z zasadzki, nawet jeśli oznaczało to powrót do Pałacu Ludu.
Pociski trzaskały teraz o wóz bez przerw, ogień ciągły prowadzono z broni zasilanej z taśmy albo dużych magazynków, Bremer obstawiał rosyjskie RPK albo PKM.
Jedna i druga opcja oznaczały, że to nie będzie dobry dzień.
-?Nic osobistego, stary -?odpiął kierowcę i już miał otworzyć drzwi od jego strony, by wyrzucić go z wozu i zająć jego miejsce, kiedy i tam uderzyły kule.
Pierwszy plan wziął w łeb. Drugi, trzeci i jakikolwiek kolejny -?też.
Z tyłu, od strony Palecznego dało się słyszeć głośniejszy huk, po czym drzwi się otworzyły. Dopiero wtedy Bremer usłyszał komendy po arabsku. Ludzki kształt z karabinem pojawił się w świetle otwartych drzwi, wrzeszczał coś do Palecznego. Ten cofnął się na kanapie, niemal przytulając do zwłok koleżanki.
Bremer wystrzelił z pistoletu tylko raz. Wystarczyło. Pocisk kalibru 9 milimetrów V-Crown wpadł prosto w czoło napastnika. Wyleciał tyłem głowy, ciągnąc za sobą strzępki czaszki, mózgu i smugę krwi. Ale to nie był koniec -?najemnik dostrzegł na pokrytej kurzem drodze kolejne sylwetki. Błysnął ogień wylotowy karabinów.
Odpowiedział ogniem, ale kule wpadły do środka wozu -?poczuł, jak jedna z nich rozrywa fotel tuż obok niego, druga trzasnęła go w pierś. Stracił oddech.
Ręka z bronią osłabła, przed oczami zaczęły mu tańczyć mroczki, ale wciąż był w grze -?posłał w kierunku atakujących kolejne pociski. Kogoś chyba trafił -?ciało jakby zostało ścięte, wpadło w przydrożny rów.
Szyba za nim pękła. Karabinowe kule trafiły go w plecy.
Rzuciło nim naprzód, między siedzenia. P320 wyleciał mu z dłoni, a on sam próbował coś dostrzec przez pył, ale nie mógł. Nie mógł się ruszyć.
Komendy po arabsku, głośno i blisko.
Ktoś znowu sięgnął do wozu, tak że Bremer widział go teraz dość dokładnie. Na głowie chusta, oblicze zasłonięte arafatką, skóra wokół oczu mocno opalona.
Paleczny coś mówił po angielsku, tłumaczył, że jest dziennikarzem. Człowiek w arafatce zignorował jego słowa, wyciągnął dłoń i szarpnął go za koszulę. Wtedy Bremer na włochatym przedramieniu agresora dostrzegł ciemne linie. Tatuaż! Tworzył jakiś napis, ale widoczne były tylko litery US i V.
Palecznego wywleczono. Nie stawiał oporu, tylko tłumaczył -?po angielsku i arabsku -?że obejmuje go ochrona międzynarodowa.
Atakujących to nie obchodziło.
Bremer jednym okiem widział, jak facet w arafatce popycha Polaka na kolana. Pokazuje coś w telefonie. Wtedy Paleczny zamilkł.
A potem facet zdjął z ramienia automat Kałasznikowa i puścił serię w pierś dziennikarza. Ten padł na plecy, spoczął na rozpalonym asfalcie, a spod jego ciała zaczęła wylewać się ciemna plama. Rosła z każdą chwilą.
Facet w arafatce jednak nie skończył. Zrobił telefonem zdjęcie zwłokom, a potem wrócił do Toyoty Bremera. Stanął w drzwiach, cyknął zdjęcie martwej Niemce, potem skierował aparat na Bremera.
Nie zdążył zrobić zdjęcia.
Z zewnątrz doszedł ich okrzyk po arabsku. Człowiek w arafatce cofnął się szybko, pochylił. Bremer dosłyszał nową kanonadę, napastnicy wyraźnie teraz sami byli atakowani. Hałas silników, pisk opon, coraz bliższy ostrzał. Wywiązała się krótka, ale bardzo intensywna strzelanina.
Ale Bremer już prawie tego nie słyszał. Tracił przytomność. Gasł.
Ktoś otworzył przy nim drzwi. Mocne dłonie obmacywały jego ciało w poszukiwaniu ran.
-?Wytrzymaj, bracie! Jesteśmy! -?rzekł Said.
Brzmiał, jakby wołał do Bremera z głębokiej studni.
Faza 1
Nowe reguły
Jeśli uda ci się zniekształcić percepcję rzeczywistości u przeciwnika, możesz doprowadzić go do strategicznego błędu, który wykorzystasz w drodze do własnego zwycięstwa.
Sean McFate
-?Pani przewodnicząca -?zaczęła eurodeputowana Laura Paleczny, po czym zwróciła się do swoich koleżanek i kolegów deputowanych. -?Drodzy przyjaciele...
Sala obrad w budynku Paula-Henriego Spaaka Parlamentu Europejskiego w Brukseli wypełniona była co najwyżej w połowie. Ostatnie dni stanowiły istny maraton posiedzeń -?standardowe cztery dni obrad przedłużono, by omówić dynamicznie zmieniającą się sytuację międzynarodową.
A było co omawiać.
Zmiana lokatora Białego Domu doprowadziła do odwrócenia dotychczasowych kierunków polityki Stanów Zjednoczonych, także wobec Europy. Dodatkowo dosłownie na dniach prezydent USA nałożył na kraje Unii Europejskiej wysokie cła. UE odpowiedziała, rzecz jasna, własnymi cłami, napędzając tylko wojnę handlową. Jednocześnie na Ukrainie wciąż płonęła wojna, a na pokój -?tak szumnie zapowiadany przez nowego mieszkańca Białego Domu - szanse były marne.
W tym nieprzyjaznym otoczeniu UE musiała wypracować nową politykę.
Ciężko to jednak robić, jeśli połowy deputowanych to nie obchodzi.
Paleczny doskonale zdawała sobie sprawę z przyczyn tego stanu rzeczy. Deputowani pobierali, oprócz standardowego, wysokiego wynagrodzenia, także szereg dodatkowych, w tym za udział w posiedzeniach plenarnych, ale też komisjach parlamentarnych. Sprytne posłanki i posłowie potrafili wpaść na posiedzenie plenarne tylko po to, by podpisać listę obecności, a potem szybko zniknąć, stawiając się na komisji... na której też tylko podpisywali listę obecności.
Ponieważ to od tego podpisu, a nie realnej obecności, zależała wypłata wynagrodzenia.
Paleczny wiedziała, że rekordziści procederu potrafili być jednego dnia nawet w trzech miejscach jednocześnie. Czterech, jeśli wliczać lunch i kawę na Placu Luksemburskim.
Ona jednak traktowała swoje obowiązki niezwykle poważnie. Jako trzydziestolatka należała do młodego pokolenia MEP-ów, jak żartobliwie określano eurodeputowanych, od angielskiego określenia Member of European Parliament. Wybrana z ósmego miejsca, wyprzedziła faworytów ze swojej partii, po intensywnej, pomysłowej kampanii, która rozgrywała się głównie w sieci i była adresowana do młodych wyborców, takich, którzy dotąd nie głosowali w eurowyborach. Paleczny pokazała im, że Parlament Europejski nie jest miejscem, gdzie tylko starzy politykierzy nabijają sobie kabzę, pijąc wino w drogich restauracjach, lecz stanowi ważny element systemu, w którym decyduje się o losach Europejczyków.
Teraz, dzięki głosom ludzi, którzy jej uwierzyli, mogła przemawiać do tej sali. I choć wiedziała, że mało kto jej słuchał, nie miała zamiaru pracować na pół gwizdka.
-?Drodzy przyjaciele -?rzekła. -?Aktualnie łączna kwota unijnego wsparcia wojskowego dla Ukrainy wynosi niemal pięćdziesiąt miliardów euro... by być dokładną, to jest to czterdzieści dziewięć przecinek sześć miliarda -?zwróciła się do niemieckiego, starszego deputowanego -?tak, Hans, wiem, jak bardzo lubisz konkretne wyliczenia.
Zarówno wywołany Niemiec, jak i spora część zgromadzonych MEP-ów parsknęli śmiechem. Żart tylko pozornie był spontaniczny, w istocie Paleczny doskonale wiedziała, co robi, znała siłę słowa, obrazu. Siłę mediów. Każde jej wystąpienie było filmowane przez pracowników jej biura, a potem odpowiednio montowane i wrzucane na YouTube'a. Jedne wystąpienia wygłaszała w języku polskim, zwłaszcza jeśli dotyczyły spraw istotnych dla jej kraju, inne -?płynną oksfordzką angielszczyzną, dzięki czemu zjednywała sobie widzów zagranicznych. Oficjalny kanał polskiej posłanki miał kilkaset tysięcy subskrybentów -?więcej fanów miał swego czasu tylko kontrowersyjny brytyjski europoseł Nigel Farage.
Paleczny budowała swój wizerunek, ale też kapitał polityczny na przyszłość. Była młoda, ambitna i jeszcze niezepsuta przez politykę (a przynajmniej tak chciała o sobie sądzić). Mogła wiele osiągnąć i takie właśnie miała plany.
Dziś jednak żartowanie przychodziło jej wyjątkowo ciężko. Nie dalej jak dwa dni wcześniej uczestniczyła w pogrzebie bliskiego współpracownika. Właściwie to wręcz przyjaciela, który był jej doradcą w sprawach dotyczących tematów wojskowych i zarazem ochroniarzem. Bartosz Litwiński, bo tak nazywał się ten człowiek, niespodziewanie dla wszystkich popełnił samobójstwo.
Kompletnie tego nie rozumiała, nie potrafiła sobie z tym poradzić. A jednak musiała pracować. Nawet teraz, dziś, podczas tego wystąpienia, korzystała z notatek, których część sporządził dla niej przed śmiercią właśnie Litwiński.
Chrząknęła.
Znów rozejrzała się po sali. Pauza była krótka, ale i tak wiedziała, że siedzący w przeszklonych kabinach tłumacze niecierpliwie oczekują kolejnej części wystąpienia. Nie każdy europoseł znał angielski.
-?Jesteśmy u progu wielkiej zmiany w polityce Wspólnoty -?rzekła w końcu. -?Wobec zmiany, jaka ma miejsce za oceanem, Europa nie powinna już dłużej liczyć na wsparcie amerykańskiego sojusznika w każdej sprawie, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa. Odpowiedzialność za nasz kontynent spada, nareszcie, na nas samych. Pytanie, jak zabierzemy się do zabezpieczenia naszej przyszłości.
Przełożyła na pulpicie swoje notatki. Zerknęła szybko na tabelki z liczbami. Te zawsze ją nudziły, ale zdawała sobie sprawę, że dzięki cytowaniu liczb wygląda na lepiej przygotowaną.
-?Na terenie Wspólnoty znajduje się obecnie dwieście dziesięć miliardów euro w zamrożonych aktywach rosyjskiego banku centralnego. To półtora raza więcej, niż wynosi cała wartość naszej dotychczasowej pomocy dla Kijowa. -?By podkreślić wagę słów, podniosła głos i wykonała zdecydowany gest dłonią. -?Federacja Rosyjska nadal toczy swoją niesprowokowaną, agresywną wojnę napastniczą przeciwko Ukrainie i to na naszych barkach spoczywa teraz pomoc ważnemu sąsiadowi Wspólnoty.
Mówiąc to, znowu uważnie rozglądała się po sali. Oceniała reakcje swoich koleżanek i kolegów. Nie była doświadczoną polityczką, ale siedziała w tym bagnie już na tyle długo, że potrafiła wyłapać, kto będzie jej sprzyjał, kto się oprze, a kto zawaha. Ale nie mogła zapomnieć o czwartej kategorii -?tych, których oblicza pozostawały nieprzeniknione, a oczy -?zimne jak lód.
To właśnie ci ludzie byli najbardziej niebezpieczni. Nie tylko w polityce.
Myśląc o tych ostatnich, musiała opanować ogarniające jej umysł wspomnienia. Przez kilka sekund nie znajdowała się już na sali plenarnej, tylko w strefie walk. Słyszała terkot ognia karabinów, krzyki w obcym języku. W jej dłoniach aparat, niczym broń.
A potem te zimne oczy. I krew. A w ręku nie trzymała już aparatu, lecz pistolet.
Otrząsnęła się. Musiała kontynuować wystąpienie. "Przeszłość nie może cię skrzywdzić".
-?Dlatego po raz kolejny na tej sali apeluję o podjęcie zdecydowanych działań! -?Nieco podniosła głos, nadal wodząc wzrokiem po sali. -?Nie możemy dłużej zwlekać z konfiskatą rosyjskich aktywów!
-?To jest kradzież! -?ryknął ktoś z sali. Węgierski deputowany, tęgi brodacz Victor Shiharto, reprezentujący radykalne skrzydło rządzącej w Budapeszcie partii Fidesz.
Węgrzy wciąż pozostawali największym hamulcowym w UE, gdy chodziło o kwestie pomocy Ukrainie i utrudnianie działań Rosji. Ich premier przez lata praktykował "grę na wielu fortepianach", robiąc intratne interesy to ze Wspólnotą, to z USA, wreszcie -?z samą Rosją. W ostatnim czasie jednak kontrowersyjny przywódca Węgier zdecydowanie częściej grywał na rosyjskim fortepianie.
A Shiharto? Ten niemłody polityk uznawany był za węgierski odpowiednik zmarłego przed kilkoma laty Władimira Żyrinowskiego -?głośny, wypowiadający się zawsze zdecydowanie, często przekraczając granicę tego, co uznawano za dopuszczalne w debacie publicznej Unii, w istocie był "balonem próbnym" premiera Węgier. Przywódca tego kraju podobno sondował w ten sposób nastroje w UE, oceniał reakcje na słowa Shiharty i dopiero potem podejmował decyzje, gdy unijna opinia publiczna zmiękła. Przesuwał granice tego, co wolno, a czego nie.
A ostatnio wolno już było naprawdę wiele.
-?Panie pośle, proszę nie przerywać wypowiedzi koleżanki -?włączyła się przewodnicząca parlamentowi Włoszka. -?Proszę kontynuować, pani posłanko.
-?Program "Rearm Europe" zaproponowany przez panią przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie kosztowny, chyba jesteśmy wszyscy tu tego świadomi? -?mówiła dalej Paleczny. -?W mojej opinii zasadne jest, aby koszty swojej agresywnej polityki ponosił... agresor właśnie! Pani przewodnicząca, drodzy przyjaciele, postuluję, abyśmy podjęli działania na rzecz pełnej konfiskaty zamrożonych rosyjskich aktywów, a następnie wykorzystanie tych funduszy...
-?To szaleństwo! -?wrzasnął znowu Shiharto. -?Wy dążycie do trzeciej wojny światowej!
Przewodnicząca obradom już miała go znowu pouczyć, ale Paleczny okazała się szybsza:
-?Victorze -?powiedziała -?przypominam ci, że znajdujemy się w gmachu Parlamentu Europejskiego w Brukseli, a nie rosyjskiej Dumy w Moskwie.
Odpowiedzią była salwa śmiechu ze strony deputowanych. Uśmiechali się nawet koledzy Węgra. Paleczny wiedziała już, że ma najważniejszy punkt dzisiejszego nagrania, który zostanie też zresztą wrzucony na YouTube Shorts z jakimś krzykliwym tytułem.
Pozwoliła sobie na delikatny uśmiech.
-?Tylko pełna konfiskata zamrożonych rosyjskich aktywów pokaże włodarzom Kremla, iż w relacjach ze Wspólnotą żarty się skończyły -?podsumowała, podziękowała przewodniczącej i zeszła z mównicy. Kroczyła na swoje miejsce odprowadzana oklaskami i życzliwymi spojrzeniami większości zgromadzonych. Prawdziwej publiki jednak nie było na tej sali. O jej wystąpieniu dowie się ona dopiero za godzinę bądź dwie, gdy nagranie wejdzie do sieci.
Paleczny spodziewała się, że będzie musiała znowu zarezerwować sobie trochę czasu wieczorem na wystąpienia w programach informacyjnych. Europejskich, to przede wszystkim, ale także w największym polskim.
Już siedząc i słuchając kolejnych wystąpień, zrobiła kilka notatek, rozpisując też wstępny plan na wieczór. Telefonu komórkowego, będąc na obradach, nie używała. Włączy go dopiero po wyjściu z sali -?taką miała praktykę.
Inni deputowani jednak tego zwyczaju nie praktykowali. Normą było siedzenie na telefonach i tabletach, przeglądanie głupot lub, w najlepszym razie, swoich własnych wypowiedzi i analizowanie ich odbioru. Paleczny jednak szanowała nie tylko instytucję, w której zasiadała, ale także swoich wyborców. No i pozostawały też kwestie bezpieczeństwa.
Dopiero co przed kilkoma laty zidentyfikowano smartfony jednej z chińskich firm jako niebezpieczne i rekomendowano, by eurodeputowani nie używali ich ani do celów zawodowych, ani prywatnych. A już zwłaszcza w budynkach PE, podczas obrad czy na komisjach. Szczególnie tych niejawnych.
Ilu deputowanych wzięło sobie te mocne rekomendacje do serca? Trudno orzec.
Paleczny słuchała więc wystąpień, robiła notatki, myśląc też nad pytaniami, jakie po obradach prześle do Komisji Europejskiej. Wyłowiła kilka ukradkowych spojrzeń swoich koleżanek i kolegów -?spoglądali oni na swoje smartfony, a potem unosili wzrok i zerkali na nią z nietęgimi minami.
"Czyżby już wrzucono nagranie?", zastanawiała się deputowana.
Ktoś wręcz ze smutkiem pokręcił głową. Gdyby gest ten wykonał członek którejś z opozycyjnych grup europarlamentarnych, jeszcze by to zrozumiała. Ale to był kolega z jej własnego ugrupowania!
Opuściła wzrok, skupiając się na notatkach. Zaprzątanie sobie głowy reakcjami innych polityków to ostatnie, czego teraz potrzebowała.
Przerzucając papiery, znów natrafiła na zapiski Litwińskiego. Ten były żołnierz miał zaskakująco eleganckie pismo, jednak te notatki zostały spisane niechlujnie, jakby Litwiński gdzieś się bardzo spieszył.
Po części tak było -?popełnił samobójstwo.
Żona i dziewięcioletnia córka mieszkały nadal w Brukseli. Ona pracowała jako lekarka w Dziecięcym Szpitalu Uniwersyteckim imienia Królowej Fabioli, mała chodziła do brukselskiej szkoły. Paleczny chciała udzielić im pomocy finansowej, ale uprzejmie jej odmówiono. Żona Litwińskiego, jak sama to ujęła, nie będzie brać pieniędzy od przyjaciółki rodziny.
Paleczny miała więc inny plan, o którym chciała opowiedzieć kobiecie.
"Nie zdołałam pomóc Litwińskiemu, ale spróbuję pomóc innym", myślała.
Spojrzenia jej koleżanek i kolegów stawały się coraz natrętniejsze i właściwie przed końcem obrad czuła na sobie wzrok absolutnie każdej osoby z sali.
To już nie było dziwne -?to było niepokojące!
Przewodnicząca wreszcie zakończyła obrady. Deputowani niemal chórem westchnęli z ulgą.
Paleczny zbierała swoje rzeczy, gdy podszedł do niej kolega z jej grupy -?wysoki Austriak, były finansista.
-?Lauro, tak mi przykro! -?rzekł do niej ze smutkiem w oczach i ujął jej dłoń. -?Jeśli mogę cokolwiek zrobić...?
Pokręciła głową.
-?Spokojnie, Tim, to był bliski przyjaciel, ale najbardziej ucierpiała jego rodzina... mimo to dziękuję ci. Bardzo to doceniam.
Spoglądał na nią kompletnie oniemiały.
-?Bliski przyjaciel?! -?zapytał kompletnie zbity z tropu.
-?No... tak... -?Paleczny także zgłupiała. Była przekonana, że...
"On nie ma na myśli Litwińskiego!"
-?Przepraszam! -?przepchnęła się obok wciąż zaskoczonego kolegi, niemal wybiegła z sali. Tam, na ruchliwym korytarzu, włączyła swój telefon.
Ten eksplodował dziesiątkami powiadomień i wiadomości.
-?O nie! -?Kobieta ledwo trzymała się na nogach. -?O Boże, nie!
Pisali do niej wszyscy: matka, asystenci, przyjaciele i znajomi, dziennikarze, którzy mieli do niej bezpośredni dostęp. Koledzy z czasów, gdy była korespondentką wojenną.
Nie pamiętała, jak to się stało, że leżała na miękkiej wykładzinie, pokrywającą podłogę tych korytarzy. Nad nią pochylali się jacyś ludzie - pracownicy parlamentu i inni deputowani. Cucili ją, pytali, czy ich słyszy. Ktoś już wezwał służby medyczne urzędujące w parlamencie całą dobę.
W tym miejscu pod sufitem zawieszono wielkie telewizory, na których wyświetlano losowo wybierane programy informacyjne z całej Europy.
Wszystkie informowały o tragicznej śmierci legendarnego korespondenta wojennego, Radosława "Radka" Palecznego.
Jej ojca.
Znowu był w tym zimnym, zamglonym lesie. Złapał jego trop. Ścigali go piąty dzień, ale nareszcie mieli go dopaść.
Bremer mocniej ścisnął dobyty przed chwilą z kabury pistolet. Nie pozwolono im zabrać długiej broni, mimo że człowiek, którego ścigali, miał być uzbrojony i niebezpieczny. Idiotyczna decyzja, podjęta, aby minister sprawiedliwości, wcześniej znany jako obrońca praw człowieka, nie zmarszczył gniewnie brwi.
Bremer miał gdzieś i ministra, i prawa człowieka. Ten, kogo ścigali, nie był już człowiekiem.
"Jesteś mój, skurwysynu!"
Ruszył w dół, między drzewami. Szybko, ale uważnie, unikając nadepnięcia na suche gałęzie i wszelkiego innego działania, które mogłoby spłoszyć ściganego. Wiedział, że Litwin był tuż za nim. On i policja, która została jednak gdzieś dalej z tyłu.
Las urywał się jak cięty nożem. Dalej rozpościerała się niewielka polana, wyglądająca po wczorajszych intensywnych opadach niczym bagno - woda stała nieruchomym lustrem, niewchłonięta przez glebę. Źdźbła soczyście zielonych traw przebijały ją niczym sztylety.
A pośrodku stał on.
Odwracał się teraz powoli, jakby wyczekując nadejścia Bremera. Kiedyś ten człowiek może i był dobrze zbudowany, ale te czasy minęły -?ręce ginęły w rękawach kurtki. Pod nibywojskowym odzieniem rysował się wyraźny kształt solidnego brzucha. Facet uśmiechał się głupawo, ale jego błękitne oczy pozostawały zimne.
Bremer wyszedł spomiędzy drzew, unosząc pistolet. Muszka i szczerbinka Glocka zgrały się perfekcyjnie na piersi stojącego.
-?Ona mnie do tego zmusiła, stary! -?zawołał tamten. -?Zmusiła mnie do tego!
Kroki gdzieś za plecami Bremera. To Litwin.
-?Misiek! -?zawołał jego przyjaciel. -?Misiek, nie rób tego!
-?Zmusiła mnie, stary!
-?Misiek! Misiek, błagam cię! Opuść broń i spójrz na mnie! Spójrz na mnie, bracie, proszę cię!
-?Zmusiła mnie! To jej wina!
-?Wojtek!
Bremer położył palec na spuście.
-?Wojciech? -?zapytał jakiś inny głos. Imię było wypowiedziane dziwnie, z mocnym akcentem. -?Wojciech!
Otworzył oczy.
Otaczająca go biel była wręcz oślepiająca. W ustach miał tak sucho, że język wydawał się chropowaty jak papier ścierny. Ktoś nad nim stał. Rosły, zarośnięty, śniady mężczyzna w kamizelce taktycznej, spod której dało się dostrzec T-shirt. Wszystko w pustynnych barwach.
Zarośnięty się uśmiechał.
-?Wojciech, wstawaj, zesrałeś się! -?powiedział bardzo koślawym polskim.
Bremer się uśmiechnął, a potem zaśmiał, ale zabrzmiało to bardziej jak charczenie.
Said pogmerał przy przyciskach z boku łóżka, wreszcie znalazł właściwy. Po chwili ranny już półleżał, spoglądając prosto w oczy kolegi. Ten uśmiechał się, dumny, że udało mu się zapamiętać i przywołać kretyński żart, jakiego nauczył go polski najemnik.
-?Mam coś dla ciebie. Prezent. Kosztował mnie całe dwa funty. - Syryjczyk rzucił na pierś kolegi paczkę papierosów. Ukraińskie podróbki Cameli. Ich opakowanie było identyczne jak oryginalne, tyle że zamiast wielbłąda na pustyni stała koza. -?Ale już to -?pokazał koledze puszkę Coca-Coli -?kosztowało mnie aż dwadzieścia funtów. To dowód mojej miłości do ciebie, Wojciech.
Bremer rzucił się wpierw na puszkę. Otworzył ją i wypił niemal duszkiem. Napój był ciepły, ale i tak pyszny. Ulga, jaką przynosił gardłu, wręcz graniczyła z bólem. Dopiero po wypiciu wszystkiego do dna mężczyzna otworzył papierosy, włożył jednego do ust i gestem poprosił o ogień. Po chwili rozkoszował się smakiem wielbłądziego guano.
-?Nie mieli oryginalnych -?rzekł przepraszająco Syryjczyk. -?A tych zostało sporo po naszych nowych przyjaciołach.
Said miał na myśli operatorów ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, którzy podobno bardzo przyczynili się do sukcesu ofensywy rebeliantów z ubiegłego roku i ostatecznego obalenia reżimu Baszara Al-Asada. Najwyraźniej po Ukraińcach zostały w kraju całe kartony ich papierosów, które teraz były tańsze nawet od i tak śmiesznie tanich lokalnych wyrobów.
-?Za darmo to i ocet słodki -?przywołał ludową mądrość Bremer. Palił chwilę w milczeniu, zbierając myśli.
Był w szpitalu polowym bazy ImperCor w Kuweires, pod Aleppo. Jeszcze jakiś czas temu stacjonowali tu Rosjanie, ale teraz nowe władze syryjskie ograniczyły ich bytność do baz Khmeimim i Tartus. Bazę w Kuweires z całą infrastrukturą oddano europejskiej PMC.
Ta musiała ją praktycznie zburzyć i wznieść od nowa.
Bremer nie miał pojęcia, jak Rosjanie mogli operować w tak fatalnych warunkach. Nie było węzłów sanitarnych czy toalet, zamiast nich na obrzeżach bazy wykopano po prostu podłużny rów, do którego żołnierze załatwiali swoje potrzeby. Ten rów raz na dwa tygodnie zalewano benzyną i podpalano, zasmradzając całą okolicę. Budynki dowództwa, o ścianach maźniętych farbą olejną, bez wątpienia trującą, nie znały wynalazku klimatyzacji. Kulochwyt strzelnicy był piaskową wydmą, a w hangarach dało się upiec indyka.
Gdy ImperCor wkroczyło po podpisaniu kontraktu na "doradztwo" z nowymi, syryjskimi władzami, firma musiała wznosić bazę niemal od nowa. Poradziła sobie z tym zadaniem sprawnie i szybko -?dziś Kuweires prezentowała się tak, że nawet najwygodniejsze bazy NATO wyglądały przy niej jak ubogie ruiny.
PMC zapewniała swoim kontraktorom jak najlepsze warunki. Cóż, jeden z benefitów przejścia do sektora prywatnego.
Nowym elementem bazy był szpital polowy -?z zewnątrz wyglądający po prostu jak wielki, biały namiot, w środku oferował standard pierwszorzędnej szwajcarskiej kliniki. W takich luksusach bardzo szybko wracało się do zdrowia.
Bremer zaciągnął się głęboko papierosem.
-?Said, co tam się do cholery stało? -?zapytał, wydmuchując dym.
Syryjczyk usiadł na krzesełku obok, westchnął ciężko.
-?Dziennikarze nie żyją -?rzekł. -?Najwyraźniej polowali właśnie na nich. Z naszych... przeżyli Blues i Nokia z trzeciego wozu. I ty. Miałeś wielki fart, bracie. Dostałeś trzy kule i wszystkie poszły w płyty balistyczne. To naprawdę cud, Wojciech. Allah czuwa nad tobą.
-?Chyba tylko nade mną -?westchnął najemnik. Zaciągnął się znowu, wydmuchał dym. -?Said, do diabła, ci goście ukrywali się w gaju oliwnym. Naprawdę nic nie widzieliście?
Said spochmurniał.
-?Widzieliśmy -?odparł. -?Ostrzegaliśmy was... ale się nie przebiliśmy.
Bremer obrzucił go przenikliwym spojrzeniem.
-?Ktoś zablokował łączność. Całą łączność. Wy nie słyszeliście nas, my was. Trwało to krótko, kilkanaście sekund. Ale wystarczyło. Ja nigdy czegoś takiego nie widziałem!
-?A ja owszem -?powiedział Bremer. -?W Bagdadzie, jak jeszcze byłem gówniarzem. Na pierwszej misji zagranicznej. Amerykanie potrafili tak zablokować wszystko przy Zielonej Strefie albo w rejonie działań.
-?Myślisz, że to oni?
Najemnik wzruszył ramionami. Strącił popiół z papierosa do stojącej obok opróżnionej puszki po Coli.
-?Wtedy to była czarna magia, teraz... Coraz więcej graczy ma takie zabawki. Rosjanie, Francuzi, Chińczycy... Wiem o co najmniej jednym kartelu narkotykowym w Meksyku, który też dysponuje taką technologią. To mógł być każdy. Ale bez obaw, Said, dorwiemy tego kogoś.
Syryjczyk znowu zrobił dziwną minę.
-?My -?rzekł cicho. -?Nie ty.
Bremer spojrzał na niego groźnie.
-?Co chcesz przez to powiedzieć?
Brodaty uniósł dłonie w obronnym geście.
-?Nikt nie zrywa z tobą kontraktu! -?zapewnił. -?Wręcz przeciwnie, szef uważa, że wywiązałeś się wzorowo!
-?Wzorowo?! Bracie, zginęła mi niemal cała ekipa! Dziennikarze! Nie wypełniłem misji!
-?Czasem porażka to po prostu porażka. Sam mi to mówiłeś, Wojciechu. Zresztą nie o to chodzi. -?Wyciągnął z kieszeni smartfon, jeden z tych drogich modeli z zaawansowanym oprogramowaniem szyfrującym, stosowanym przez wywiady, wojska specjalne, prezesów wielkich korporacji. I PMC.
Podał telefon Bremerowi.
-?Chciał z tobą pogadać osobiście -?wyjaśnił Said.
Najemnik patrzył na telefon, potem na Syryjczyka.
Właśnie wtedy aparat się rozdzwonił. Jak na zawołanie. Bremer odebrał.
-?Dzień dobry, panie Wojciechu! -?rzekł głos po drugiej stronie. Mówił po angielsku z wyraźnym germańskim akcentem. -?Czy ma pan czas na rozmowę?
Dzwonił Matthias Ottmeyer, założyciel i szef ImperCor.
Ottmeyer stanowił szczególny przypadek w świecie prywatnych firm militarnych. Jak zdołał zorientować się Bremer, mężczyzna nie był wojskowym, lecz dziedzicem gigantycznej fortuny, który z jakichś powodów zdecydował się wejść do branży i w kilkanaście lat zbudował jedną z najskuteczniejszych PMC na globie.
Konkurencja? Jasne, była, ale Ottmeyer potrafił się jej skutecznie pozbyć. Dopiero co pod koniec ubiegłego roku dziwnym trafem jego największy konkurent, szef pewnej amerykańskiej firmy, tragicznie zginął na wyspie pod Szanghajem. Nie było, rzecz jasna, jakichkolwiek podstaw, by podejrzewać, że Niemiec miał z tym cokolwiek wspólnego. Ale zaledwie kilka miesięcy później wchłonął on resztki PMC zmarłego Amerykanina.
Ot, przypadek!
Bremer spotkał Ottmeyera tylko raz, podczas uroczystej kolacji wyprawianej dla jego "współpracowników" (tak Niemiec określał swoich najemników) w Wiedniu. Szef ImperCor wydawał się spokojnym, tajemniczym człowiekiem, tak bardzo niepasującym do branży, w której działał. Jednak w jego oczach błyskało coś, co budziło grozę, zaś drobna blizna w kąciku ust na zawsze wykrzywiła twarz mężczyzny w drwiącym uśmieszku.
-?Nigdzie się nie wybieram, panie Ottmeyer -?odparł Bremer.
-?Cieszę się, że wraca pan do zdrowia, panie Wojciechu -?rzekł szef ImperCor. -?To była trudna operacja i mam świadomość, że zrobił pan wszystko, co w jego mocy, by się powiodła. Ale obaj wiemy, że czasem to nie wystarcza. Pragnę, by nie nosił pan w sobie poczucia winy. Ja doskonale rozumiem całą sytuację.
-?A jednak wyrzuca mnie pan.
-?Wyrzucam?! A skądże! Sugeruję jedynie krótki urlop, zwłaszcza że... Cóż, nie ma żadnego prostego sposobu przekazania takich wieści...
Bremer drgnął. Czuł, że to, co zaraz usłyszy, będzie gorsze nawet od wydarzeń pod Damaszkiem.
I było.
-?Mam złe wieści o pańskim przyjacielu -?powiedział Ottmeyer. -?Chodzi o pana Bartosza Litwińskiego. Wiem, że służyliście razem, dlatego z tym większą przykrością muszę pana poinformować o śmierci przyjaciela.
Najemnik nie powiedział ani słowa. Milczał, kurczowo ściskając telefon.
-?To było samobójstwo -?ciągnął dalej bardzo łagodnym głosem Ottmeyer. - Dlatego pragnąłem skontaktować się bezpośrednio z panem. Jest mi bardzo przykro. Wiem, że pan Litwiński miał rodzinę, żonę i dziecko. Mieszkają w Brukseli, dlatego chciałem właśnie zaproponować krótki urlop. Może zechciałby pan do nich pojechać, wesprzeć ich w tej najtrudniejszej chwili?
-?Tak -?odparł wreszcie Bremer. -?To byłoby miłe.
-?Oczywiście, pokryję wszelkie koszty podróży i wypłacę panu za ten czas należne wynagrodzenie -?zapewnił szef. -?Jednak sądzę, że przyda się panu odrobina oddechu.
Bremer wiedział, że nie chodzi tylko o to. Fiasko operacji w Damaszku, a potem wieść o śmierci przyjaciela mogła wpłynąć na jego skuteczność w polu. Ottmeyer nie bez przyczyny zatrudniał sztab psychologów, którzy oceniali mentalne predyspozycje każdego z jego współpracowników i reagowali, gdy zanosiło się na to, że coś może pójść nie tak.
Bez wątpienia pochylili się i nad jego przypadkiem.
"Litwin, do cholery!"
Samobójstwa były plagą wśród weteranów. Nieleczone PTSD zbierało żniwo niemal tak straszne jak wojna. Teraz choroba wyciągnęła swe krwawe szpony po jego przyjaciela.
-?Panie Wojciechu?
-?T... tak, jestem. Dziękuję, panie Ottmeyer. Bardzo chętnie spotkam się z rodziną Litwina. Dziękuję za to, co pan robi. Doceniam to.
-?Zawsze myślę o moich współpracownikach. Said przekaże panu szczegóły wyjazdu.
-?Said świetnie poradził sobie pod Damaszkiem -?wtrącił Bremer, zerkając na kolegę. -?Gdy łączność padła, od razu ruszył do nas. Wykazał się inicjatywą i zdecydowaniem. Tylko dzięki temu żyję. Ja i pozostali ocalali.
-?Będę o tym pamiętał, panie Wojciechu -?odparł uprzejmie Niemiec, po czym się rozłączył.
Bremer podał telefon Saidowi.
-?Nie musiałeś -?rzekł Syryjczyk.
-?Musiałem. -?Najemnik zgasił niedopałek. -?Tylko dzięki tobie mogę tu sobie leżeć i wkurzać lekarzy kopceniem tego badziewia. -?Pomachał paczką z kozą.
-?Jedziesz?
-?Do Europy? Tak. Litwin był... Nieważne. -?Zapalił kolejnego, kaszlnął, pokręcił głową. -?Jedno nie daje mi spokoju...
-?Mój wuj też się zabił -?powiedział Said. -?Powiesił się. Zawsze zadajemy sobie wtedy pytania...
-?Nie, nie o tym mówię. Chodzi o ten atak. Nie wiemy, kto za nim stał? Żadnych tropów?
-?Nic. Może to lojaliści Asada? Może Rosjanie, próbujący pokazać, jak niebezpiecznie jest pod nową władzą? A może ktoś jeszcze inny?
-?Jeden z tych gości miał tatuaż. Widziałem wyraźnie litery. "USV". Albo "US" i "V", bo była tam przerwa.
-?Mogę rozpytać.
-?Zrób to, proszę, i daj mi znać. -?Bremer strącił znowu nieco popiołu do puszki. Spróbował wstać, ale plecy i pierś jeszcze go bolały. Był naprawdę solidnie obity. To cud, że żył.
"To ty powinieneś żyć, Litwin. Miałeś rodzinę, plany... A ja? Czemu ja tu zostałem, a ty nie?"
Wtedy coś sobie przypomniał. Nie dotyczyło to martwego przyjaciela, lecz samego ataku. Obrazy zaczęły do niego wracać jak zaginione klatki filmu.
Wytatuowany wyciąga Palecznego z wozu. Zmusza go do uklęknięcia. Wyjmuje telefon, pokazuje mu coś, chowa. A potem wali serią w tors starszego mężczyzny.
-?Jak zginęły Francuzki? -?zapytał Saida.
Ten zrobił zaskoczoną minę.
-?Otworzyli drzwi Toyoty i przejechali po nich serią, tak jak siedziały -?odparł.
-?Nie wywleczono ich na zewnątrz? Jak do egzekucji?
-?Ależ skąd! Musiało im się spieszyć, bo po prostu nafaszerowali je ołowiem. Nawet nie dostrzelali naszych. Ciebie. Tylko ten Polak był poza wozem. Pewnie uciekał.
Bremer pokręcił głową.
-?Nie uciekał. Wywlekli go, tyle jeszcze widziałem. Ten gość z tatuażem. -?Spojrzał na Syryjczyka. -?Chodziło im tylko o niego, Said. Tylko o niego.
Wydzieloną salkę wypełniał gęsty papierosowy dym, ciężki niczym straszne wspomnienie.
Bremer otrzymał bilety do klas biznes, ale nie za bardzo się nimi nacieszył, bo większość czasu przespał.
Podróż z Damaszku do tureckiej Antalyi przebiegła dobrze, ale już lot z Antalyi do Brukseli upłynął we wręcz luksusowych warunkach. Stewardesy co chwila oferowały darmowe drinki, których mężczyzna uprzejmie odmawiał, opijając się w zamian słodkimi napojami. Nie odmówił sobie też pieczonych na pokładzie, ciężkich czekoladowych ciasteczek. Gdy opuszczał pokład maszyny już na lotnisku w Brukseli, poziom cukru w jego organizmie musiał sięgać stratosfery.
Pierwotny plan na tę podróż był zupełnie inny -?mężczyzna chciał spędzić loty, robiąc coś, na co w ostatnich tygodniach miał niewiele czasu, czyli grać w stare gry. Jedni czytali książki, inni oglądali filmy, jeszcze inni kolekcjonowali znaczki, a Bremer kupił sobie bardzo drogiego laptopa gamingowego, tylko po to, aby grać na nim w produkcje sprzed dwudziestu lat.
I po kilku minutach przestał, zamknął komputer i schował go z powrotem do torby.
Gry za bardzo przypominały mu o Litwińskim. I o innych rzeczach.
Jego przyjaciel także był maniakiem takich produkcji, znali się zresztą od dzieciństwa, grali wspólnie na komputerze Litwina, kupionym chłopakowi za ciężkie pieniądze na komunię. Sentyment do starych gier został im na zawsze. Gdy jeszcze obaj służyli w wojsku, zanim Litwin poznał swoją przyszłą żonę, przepustki spędzali przy komputerach, próbując odpalać starzejące się produkcje.
A teraz Litwina już nie było.
Bremer opuszczał pokład samolotu wściekły. Wściekły na siebie, za to, że wciągnął tyle cukru. Wściekły na pogodę, która uderzyła w niego zimnym, europejskim wiatrem. Wściekły na siebie za to, że wciągnął Litwina w to, co ostatecznie ich skłóciło i rozdzieliło. Wściekły, że nigdy go nie przeprosił, nie pogodził się z nim. Wreszcie wściekły na samego Litwińskiego za to, że ten odebrał samego siebie światu.
"Cholerny, pieprzony egoisto!"
Przeszedł przez odprawę celną bez najmniejszego problemu. Jako obywatela Unii Europejskiej obowiązywała go minimalna procedura, na bagaż zaś składały się nieduża torba od 5.11 i spory plecak taktyczny tej samej marki. Nie woził ze sobą niczego, co znajdowałoby się na europejskiej czarnej liście, o broni nie wspominając. To powodowało u Bremera największy dyskomfort -?bez swojego Siga P320 Compact czuł się kompletnie nagi.
Ale przepisy to przepisy, a ostatnie, czego potrzebował Bremer, to kłopoty z prawem.
Udał się do toalety, stanął przed rzędem umywalek, chcąc odświeżyć się po długiej podróży. Odłożył torby na podłogę i nie zważając na ludzi obok, zdjął T-shirt, po czym odkręcił wodę i zaczął się myć. Starał się nie patrzeć za bardzo w lustro, z którego spoglądał na niego dobrze zbudowany mężczyzna w wieku trzydziestu ośmiu lat. Nie miał na ciele żadnych tatuaży, ale tors, plecy i prawy bok znaczyło kilka paskudnych blizn. Bremer wyciągnął golarkę, krem i zaczął pozbywać się przydługiego zarostu. Czarne włosy także wymagały lekkiego przycięcia, ale to zostawi już profesjonalistom. Przepłukał kilka razy ogoloną teraz na gładko twarz, po czym wyciągnął z torby cieplejszą bluzę z kapturem i kurtkę - temperatury w Syrii i Turcji a aura w Belgii to były dwie, skrajnie różne sprawy.
Jeszcze raz się sobie przyjrzał. Czujne, ciemne oczy, wyraźny, lekko skrzywiony po złamaniu nos. Z zarostem, opalony, mógł uchodzić nawet za Araba, ogolony -?po prostu za przystojnego Europejczyka.
Udał się do jednego z licznych sklepów na lotnisku, po czym przystanął, zastanawiając się, co właściwie powinien im kupić. Ile lat miała córka Litwina? Dziesięć? Nie, chyba mniej. Bremer zaczął kręcić się w okolicach stoiska z klockami Lego, ale nie miał pojęcia, czym właściwie bawią się teraz dzieciaki w jej wieku. Czy w ogóle się bawią? A może na okrągło siedzą w smartfonach?
"Przyjedziesz tam do nich, wielki nieobecny, i rzucisz małej, która straciła starego, zestaw Lego Barbie? Myśl trochę, Bremer!"
Wewnętrzny głos miał rację. W związku z tym najemnik kupił w sklepie jedynie karton Cameli, po czym wyszedł na zewnątrz, chcąc złapać taksówkę. Czekając, aż któraś do niego podjedzie, wyciągnął z kartonu jedną paczkę papierosów, otworzył ją i zapalił.
Dopiero po chwili zorientował się, że wszyscy wokół odsunęli się od niego i patrzyli, jakby co najmniej zamordował im psa. Wreszcie jakaś kobieta zebrała się na odwagę, podeszła i machając dłońmi, tłumaczyła coś po francusku, pokazując to na papierosa, to na wielki znak wiszący dokładnie za Bremerem.
Widniał tam przekreślony papieros, a wielkie litery w trzech językach surowo zakazywały palenia.
Bremer pokiwał głową, wykonując dłońmi przepraszający gest, i wyrzucił niedopałek na chodnik, zgniatając go butem. Kobieta wywróciła oczami, ale nie powiedziała nic więcej. Z opresji wybawiła najemnika nadjeżdżająca taksówką.
-?My friend! -?krzyknął do niego radosny kierowca o arabskich rysach. -?First time in Europe?
-?No -?odparł twardo Bremer, wsiadając. Wiedział, że inna odpowiedź oznacza trzykrotnie wyższy rachunek za przejazd.
Pokazał adres na telefonie wyświetlony na mapach Google, wraz z dokładną odległością i czasem przejazdu. Sygnał dla taksiarza miał być jednoznaczny: "Wiem, dokąd jadę i ile to zajmie. Nie próbuj mnie oszukać".
Może brukselscy taksówkarze byli inni od tych z Bliskiego Wschodu, ale Bremer nie miał zamiaru ryzykować.
-?Okay, okay, here we go, my friend! -?zawołał kierowca i włączyli się do ruchu.
Stolica Unii Europejskiej, wciśnięta w niewielkie terytorium Belgii, nie imponowała rzeczywistym rozmiarem, jednak sprawiała wrażenie miasta monumentalnego i nieogarnionego. Decydowała o tym architektura - Bruksela zdawała się jedną wielką starówką, w której zabudowa XVIII i XIX wieku płynnie przechodziła w secesję, a nawet w nowocześniejsze formy. Te ostatnie wkomponowano z takim wyczuciem, że nie zakłócały harmonii ani elegancji metropolii. Co pewien czas wzrok przyciągały zielonkawe pomniki: jeźdźcy na koniach lub zwierzęta, najczęściej lwy, dodające miastu powagi i historycznej głębi. Im bliżej centrum, tym bardziej zakorkowane ulice -?Bruksela była najbardziej zakorkowaną stolicą ze wszystkich w Europie i ciężko zapracowała na tę reputację. W którymś momencie Bremer uznał, że szybciej dotarłby na piechotę. Jakby wyczuwając myśli klienta, prowadzący taksówkę Arab co jakiś czas ponaglał innych kierowców, przeplatając francuskie "Allez! Allez!" z arabskim "Yallah! Yallah!".
Najemnik stwierdził w końcu, że wykorzysta ten czas na ustawienie telefonu.
To był specjalny aparat, można rzec -?cywilny, którego Bremer używał tylko w Europie. Nie było na nim nic, co mogłoby zdradzić, gdzie najemnik bywał wcześniej i czym się zajmował. Aparat zawsze przetrzymywał w szczelnym sejfie w bazach ImperCor, z wybebeszoną baterią i kartą, które mężczyzna składał dopiero jakiś czas po wylądowaniu.
Gdy smartfon się aktywował, przyjmując dziesiątki aktualizacji, Bremerowi wyświetliło się kilka powiadomień o wiadomościach od jego matki... i nic więcej.
Żadnej wiadomości od Litwina.
Mężczyzna odetchnął z ulgą. Gdyby teraz okazało się, że jego przyjaciel szukał u niego pomocy, dzwonił lub pisał na ten numer, Bremer nie potrafiłby sobie tego wybaczyć.
"Tak jakbyś teraz nie miał żadnych wyrzutów sumienia".
Litwin, gdy wyprowadził się do Brukseli z rodziną, zamieszkał w budynku numer 212 przy Chaussée de Wavre. Dosłownie rzut kamieniem od Parlamentu Europejskiego. Choć już wtedy ze sobą nie rozmawiali, przyjaciel wysłał jeszcze matce Bremera namiary na siebie. Ta przekazała je synowi, ale mężczyzna nigdy z nich nie skorzystał.
Aż do teraz.
Czy oni tam w ogóle jeszcze mieszkali? A co, jeśli Litwiński zarobił w Brukseli tyle, że kupił sobie pałacyk za miastem? Bremer miał się za chwilę przekonać.
Dotarli na miejsce. Ulica była wąska, kamienice -?stare i nowe - wznosiły się tu w górę niczym ściany kanionu. Taksówkarz zatrzymał się dokładnie pod wejściem do klatki schodowej, blokując ruch całego pasa. Nikt się tym nie przejął -?pozostałe auta po prostu zaczęły go wymijać, podobnie jak nieliczni rowerzyści.
-?Twenty euro, my friend! -?zawołał Arab z szerokim uśmiechem.
Bremer sięgnął do kieszeni, ale zdał sobie sprawę, że na lotnisku kobieta w kantorze wydała mu pieniądze tylko setkami i pięćdziesiątkami. Uśmiechnął się do samego siebie i dał mężczyźnie okrągłe pięć dych. Jeszcze na lotnisku był gotów targować się o każdego centa, ale tu, pod tym budynkiem, wiedząc, kogo może zastać w środku, stracił całą swą stanowczość.
"Tak jakby potężny napiwek dla taksówkarza mógł naprawić to, co zrobiłem?"
-?Keep the change -?rzekł i wysiadł, zabierając torby.
Arab spoglądał na banknot kompletnie oniemiały. To nie była zapewne zawrotna kwota, która zmieni jego życie, ale jeśli chodziło o napiwki, to ten musiał być jak na brukselskie warunki rekordowy.
-?Wait, my friend, wait! -?zawołał jeszcze za Bremerem. Szukał czegoś zarazem intensywnie w schowku, wreszcie wyciągnął przez uchyloną szybę dłoń, w której ściskał niewielki, kolorowy kartonik. -?My friend... if you want... ymm... travel... -?To, co chciał przekazać, wyraźnie przekraczało jego umiejętności w porozumiewaniu się angielskim. Zmienił więc język na francuski, tu szło sprawniej, ale był jeden problem: Bremer nie znał francuskiego.
-?Możemy pomówić w ten sposób, sadiq1 -?powiedział najemnik płynnym arabskim.
Oczy taksówkarza zogromniały.
-?Znasz nasz język, bracie? -?zapytał.
-?Troszeczkę -?odparł znów Bremer, bez śladu akcentu.
Kierowca uśmiechnął się serdecznie. Postukał w wizytówkę, przedstawiającą auto i jego samego.
-?Gdybyś potrzebował pojechać gdzieś, gdziekolwiek, to zadzwoń na ten numer -?rzekł. -?To mój prywatny telefon. Dla specjalnych klientów, dobrze? Jesteś swój, dla mnie jesteś swój.
-?Dziękuję, bracie. Maas salaamah!2
-?Wa'alejkum salam!3
Auto odjechało.
Bremer długo stał na ulicy, aż w końcu odwrócił się i wszedł w cień wejścia do budynku. Pamiętał numer mieszkania. Ostatnie piętro. Z ulicy, jeśli dobrze liczył, było widać ich balkon.
A jednak długo zbierał się do naciśnięcia guzika. W końcu pokonał ten wewnętrzny opór.
Chwilę trwało, nim ktoś odebrał. Zamiast pytania zadźwięczał po prostu brzęczyk, sygnalizujący, że drzwi są otwarte. Bremer wszedł do środka, zaskoczony.
Zobaczył windę, ale nie miał zwyczaju korzystać, no, chyba że musiałby dostać się na szczyt wieżowca. Winda to pułapka. Winda to trumna.
Wreszcie stanął przed drzwiami do mieszkania swego przyjaciela. Nacisnął dzwonek i czekał.
Za drzwiami krzątanina. Kobiecy głos coś woła, odpowiada mu dziecko. Wreszcie drzwi się rozwarły. Stanęła w nich kobieta... i zamarła. Najwyraźniej oczekiwała kogoś innego niż Bremer.
Była taka, jak ją pamiętał -?burza płomiennorudych, kręconych włosów, okrągła, piegowata buzia, zielone oczy, lekko zadarty nos. Zgrabna sylwetka wbita w bluzę i spodnie medyczne. Szykowała się chyba do pracy. Tuż za nią stała dziewczynka, ubrana tak, że widać było, iż przygotowuje się do szkoły.
Żona Litwina spoglądała na mężczyznę zimnym wzrokiem.
-?Jeszcze ciebie tu brakowało! -?westchnęła.
Po czym rzuciła mu się w objęcia.
Litwiński poznał Alicję, gdy służyli jeszcze w Formozie. Z jakiejś przyczyny wylądował na jednym z trójmiejskich SOR-ów, gdzie ona dokonywała selekcji pacjentów. Litwin potrafił być cholernie uroczy, zbajerował pielęgniarkę tak, że ta dała mu czerwoną tasiemkę oznaczającą pacjenta, który musi być obsłużony w pierwszej kolejności. Zaczęli się spotykać wkrótce potem. Ślub wzięli po pół roku. Świadkiem od strony Litwińskiego był Bremer.
Po ślubie przyjaciel bardzo się zmienił -?zrozumiałe. Rodzina nadawała nową perspektywę, zwłaszcza że dość szybko urodziła im się córka -?mała Mariola kompletnie wywróciła ich życie do góry nogami, ale służba była zazdrosna i w kolejnych latach obie kobiety coraz mniej widywały Litwina w domu. Bremer nie miał takich problemów -?nigdy nie związał się z nikim na stałe, okazjonalne przygody nie doczekiwały się kontynuacji. Litwinowi jednak życie operatora Formozy już nie pasowało.
Zakończyli służbę pięć lat temu, mniej więcej w tym samym czasie. Litwin przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Bremera wyrzucili.
Wtedy już niewiele rozmawiali. I to wcale nie przez rodzinę Litwińskiego.
Litwin miał na siebie plan -?widział, że doradztwo w zakresie bezpieczeństwa i ochrony to wciąż niezagospodarowany w Europie obszar, zwłaszcza w jej wschodniej części. I otworzył własną firmę. Podobno doradzał politykom i biznesmenom, zaś krótko potem zabrał rodzinę do Brukseli, gdzie zaproponowano mu jakąś robotę przy Parlamencie Europejskim.
Bremer w tym czasie już dawno pracował jako najemnik. W tej branży nikogo nie interesowało, z jakich powodów wywalono go ze służby w elitarnej polskiej jednostce. Liczyło się to, że umiał zabijać.
I owszem -?w zabijaniu Bremer był naprawdę dobry.
Alicja zaprosiła go do środka.
-?Po małą ma przyjechać mama jej koleżanki, a ja mam dyżur popołudniowy -?trajkotała. -?No, ale lubię się przygotować wcześniej... -?Całą drogę z przedpokoju do kuchni gadała właśnie o takich pierdołach.
Tymczasem najemnik rozglądał się po mieszkaniu. Naprawdę porządny apartament, lekko ponad 120 metrów kwadratowych. Bremer i Litwin byli chłopakami z blokowisk, dojrzewającymi w maleńkich klitkach, gdzie w dwóch pokojach mieszkało się z rodzicami i niekiedy dziadkami. Ten lokal robił wrażenie! Bremer wyobrażał sobie przyjaciela, jak go wraz z żoną urządzał. Jak szczęśliwy musiał być.
"Nie dość szczęśliwy, by chcieć tu dłużej pożyć", podrzucił w jego myślach gorzki głos.
Dotarli do kuchni. Mała już tam siedziała, przyglądając się badawczo tajemniczemu gościowi. Dziewczynka była małą, dziecięcą kopią Litwińskiego. Te same oczy, nos, włosy, czujne, nieco cwaniackie spojrzenie. Po matce odziedziczyła tylko piegi.
Bremer uśmiechnął się do niej, mrugnął okiem. Ta uśmiechnęła się przebiegle, jakby wiedziała o czymś, o czym najemnik nie miał pojęcia.
Znowu zadzwonił dzwonek.
-?To pewnie ona... -?rzekła Alicja, zostawiając ich w kuchni. Pobiegła do przedpokoju. Po chwili dało się usłyszeć stamtąd rozmowy po francusku.
Mała nadal przyglądała się Bremerowi.
-?Po co ci tyle rzeczy? -?zapytała wreszcie, spoglądając na jego torbę.
-?To nie jest wcale dużo rzeczy -?odparł. -?Pewnie w swoim pokoju masz więcej.
-?Ale ja ich nie noszę w takiej wielkiej torbie. Nie chciałoby mi się. - Pokręciła głową.
Bremer się zaśmiał. Z przedpokoju dobiegł ich okrzyk Alicji:
-?Mariol, chodź, Zoe już tu jest!
Dziewczynka niechętnie odeszła od stolika, wzięła swój plecak i już miała iść, ale odwróciła się jeszcze, spojrzała na mężczyznę.
-?Czy teraz ty będziesz z nami mieszkał?
Najemnik zrobił głupią minę.
-?Nie -?odparł w końcu.
-?Szkoda. Byłoby fajnie, skoro taty już nie ma -?zakończyła i udała się do przedpokoju. Po chwili drzwi się za nią zamknęły. Wróciła Alicja.
-?Kawy? -?zapytała i od razu nastawiła czajnik.
Za moment przed Bremerem stanął solidny kubek z ciemnym napojem, a obok kartonik mleka.
-?Mleko do kawy, prawda? -?rzekła kobieta.
-?Pamiętałaś.
-?Ja wszystko pamiętam, Wojtek.
Usiadła naprzeciwko niego, mieszała łyżką w swoim kubku, to w jedną, to w drugą stronę. Milczała.
-?Jak się czujesz? -?zapytał wreszcie Bremer, próbując przełamać ciężką ciszę.
-?A jak myślisz? -?odparła. -?Myślisz, że jak się czuję?!
-?Przepraszam, po prostu... Wybacz. -?Upił łyk kawy, by ukryć swoją niezręczność.
-?Po co tu jesteś, Wojtek? Po co przyjechałeś?
-?Ala, ja... nie wiem. Chciałem pomóc tobie, wam. Jakoś...
Prychnęła.
-?A w czym niby nam pomożesz? W czym?!
-?Okej, w porządku, to nie była prawda. Nie cała. Tak, chcę wam pomóc. Jestem to winien tobie. Tobie i jemu. Ale chciałem też... dowiedzieć się. Dowiedzieć się dlaczego.
-?Dlaczego on to zrobił?
-?Tak.
-?Bo co? Bo boisz się, że to przez ciebie? Że to dlatego odszedł wtedy ze służby?!
-?Bartek nie miał z tym nic wspólnego -?zaprotestował Bremer, okłamując i siebie, i ją. -?Nic!
-?On mi wszystko powiedział! -?Teraz kobieta aż krzyczała. -?Ja wiem wszystko! Wiem, co zrobiłeś. Wiem, co on zrobił!
-?Nikt o tym nie wiedział!
-?Nie musiał wiedzieć. To, co wtedy się wydarzyło, zamknęło wszystko, dla ciebie i dla niego. A teraz przychodzisz tutaj, bo boisz się, że to twoja wina, tak?!
Bremer opuścił wzrok, skupiając się na nieruchomej teraz tafli kawy w swoim kubku. W końcu rzekł:
-?Tak, boję się, że to przeze mnie. A wiesz dlaczego? Bo niczego nie żałuję. Nie żałuję tego, co zrobiłem. I wiesz co? Zrobiłbym to jeszcze raz.
Alicja spoglądała na niego długo... aż w końcu się zaśmiała. Szczerze się zaśmiała.
-?Dziękuję ci, Wojtek -?powiedziała miękko, a w jej oczach widział tę samą sympatię co kiedyś. -?Dziękuję. -?Ujęła jego dłoń.
-?Za co?
-?Za szczerość. Wiesz, ile osób, nawet bliskich przyjaciół, przychodzi tu i kłamie mi w żywe oczy? Tak, to mają być pocieszające kłamstwa... ale kłamstwo to kłamstwo, Wojtek. A ty powiedziałeś mi prawdę. Niczego nie żałujesz? To dobrze. Ja myślę, że Bartek... że on też nie żałował. Miał do ciebie pretensje, tak. Ale nie żałował tego, co zrobiliście, rozumiesz? Jeśli więc przyjechałeś tu, pokonałeś ten kawał drogi, by szukać odkupienia... by dowiedzieć się, czy nie zrobił tego przez ciebie, to wiedz, że nie. Chyba nie.
Nad stołem znowu zapadło długie milczenie. Tym razem żadne z nich nie próbowało zagadywać ciszy.
-?Więc co? Co się stało? -?zapytał wreszcie Bremer.
Alicja spojrzała w bok.
-?Wiesz, co powiedział mi na dzień przed... przed tym? -?rzekła, a w jej oczach zaszkliły się łzy. -?Powiedział mi, że lata spędzone ze mną to były najlepsze lata jego życia. Tak mi powiedział. Wierzyłam mu, chyba nadal wierzę... i tym bardziej tego nie rozumiem.
Nie powiedzieli sobie nic więcej. Bremer dopił kawę. Zaproponowała mu śniadanie, ale odmówił.
-?Muszę znaleźć jakiś hotel -?powiedział. -?Będę jeszcze kilka dni.
Już kierował się do wyjścia, kiedy zawołała za nim:
-?Zostań!
Odwrócił się.
-?Zostań z nami, mamy gościnny pokój. No i są rzeczy Bartka, chciałabym, byś je zabrał. Spakował cały karton, specjalnie dla ciebie. Powiedział mi, że da ci go, gdy pójdziesz po rozum do głowy. Myślałam, że chce się z tobą pogodzić. To było ze dwa miesiące temu... Nie spodziewałam się, że mu chodzi o co innego... Zostań, Wojtek. Na kilka dni, okej?
-?Dobrze, Ala -?odparł. -?Dziękuję ci.
Na zewnątrz miasto budziło się do życia.
Rozejrzał się po mieszkaniu dopiero, gdy Ala wyszła do pracy.
Był sam, zmęczony podróżą, szokiem klimatycznym i całym ciężarem emocji, jakie towarzyszyły mu od chwili, gdy stanął w progu domu zmarłego przyjaciela. Ale jednocześnie nadal pozostawał żołnierzem, przeszkolonym, choć byłym przecież, operatorem wojsk specjalnych, który widział śmierć i wojnę na własne oczy. Siedział w samym jej środku jeszcze kilka dni temu.
Sprawdził wszystkie pokoje, szukając ewentualnych kryjówek, wyjść ewakuacyjnych, wreszcie punktów wejścia, gdyby mieszkanie miało zostać zaatakowane. Apartament był spory -?wielki salon z wyjściem na balkon, aneks kuchenny, przejście do pozostałych trzech pokoi -?sypialni z garderobą, pokoju małej i gościnnego, w którym Bremer zostawił swoje rzeczy. Łazienka i toaleta -?oddzielnie.
"Nieźle się urządziłeś", pomyślał mężczyzna.
Dopiero gdy już sprawdził absolutnie wszystko, pozwolił sobie na rozpakowanie torby. Nie było tego wiele: trochę ubrań na zmianę, przybory toaletowe, dezodorant, pasta do zębów, mocne leki przeciwbólowe... Żadnych noży, zapasowej amunicji, żadnego zestawu IFAK, właściwie niczego, co mogłoby sprawić problemy na lotniskach i, co najważniejsze, sugerować, kim naprawdę był.
Pokój gościnny okazał się niewielki i niemal pusty. Na jego środku spoczywał solidny biały karton z rzeczami Litwina. W mieszkaniu poniewierały się zabawki córki i bibeloty Alicji, ale po jej mężu jakby wszelki ślad zaginął. Bremer zrozumiał, że Ala spakowała wszystko, co kojarzyło jej się z Litwinem, i zamknęła to w niedużym pokoju. Zatrzasnęła za tym drzwi, jakby zatrzaskiwała wieko do trumny.
Bremer nie oceniał. Każdy przeżywa żałobę tak, jak umie najlepiej, a ona z pewnością przechodziła przez najgorszy okres w swoim życiu.
Udał się do łazienki i już w drzwiach parsknął śmiechem -?na samym środku pomieszczenia stała gigantyczna wanna. Niewątpliwie wybierał ją Litwin, który wprost uwielbiał godzinami leżeć w gorącej wodzie. Bremer zdecydował się uczcić przyjaciela, korzystając z dobrodziejstw, jakie taka wanna mu dawała.
Nalał wody niemal po brzegi, tak gorącej, że aż parowała, po czym wszedł do środka... i niemal zasnął! Uczucie błogości było niesamowite, Bremer nie miał ochoty już nigdy opuszczać tego miejsca.
"Jeśli kiedykolwiek sprawię sobie taką chałupę, to kupuję wannę - przekonałeś mnie, Litwin".
Zamknął oczy, wspominając przyjaciela. Widział siebie i jego w dzieciństwie, jak w mieszkaniu Litwińskiego na jednym z podlejszych gdyńskich blokowisk grali w pierwszego Red Alerta. Zawsze preferowali granie sowietami, ze względu na potężne, ciężkie czołgi o podwójnych lufach, które potrafiły przechylić szalę zwycięstwa. Jakże byli zawiedzeni, gdy dowiedzieli się od nauczyciela historii, że takim sprzętem Rosjanie nigdy nie dysponowali! Mimo to obaj żywili przekonanie, że wojsko jest dla nich najlepszym miejscem, choć przecież mieli świadomość, że życie to nie gra.
A zabitego przyjaciela nie da się zastąpić identycznym, przeszkolonym jednym kliknięciem w koszarach.
Bremer sięgnął po swój telefon, odpalił Internet i na cały głośnik puścił Hell March Franka Klepackiego -?główny motyw muzyczny z ich ulubionej gry.
Przez chwilę czuł się tak, jakby Litwin dalej żył.
Gdy woda zaczęła stygnąć, solidnie się wymył, mając poczucie, że dopiero teraz jest w stanie oczyścić ciało z pustynnego piachu. Po wszystkim przebrał się w nowe ubrania.
Wyszedł na wielki balkon. Pusty... to znaczyło, że to też było królestwo Litwińskiego.
Alicja pozostawiła jedno krzesło ogrodowe. Bremer usiadł na nim i zapalił Camela.
Mimo że znajdował się niecałe kilkaset metrów od najważniejszych europejskich instytucji, okolica wydawała się nadzwyczajnie spokojna. Owszem, ruch na dole był spory, ale wciąż nie tak wielki, jak podczas jego jazdy z lotniska. Co jakiś czas dało się słyszeć głośne rozmowy po francusku, angielsku, ale też arabsku i w językach Afryki. Po lewej najemnik widział wypłowiałą czerwień kościoła Communion de la Viale Europe i pobliskiego centrum Jezuitów. Szklanej zabudowy Parlamentu Europejskiego jednak nie zdołał dostrzec.
"Trudno. Może na spacerze".
Wrócił do mieszkania, wciąż się rozglądając, wciąż szukając śladów przyjaciela. Wtedy coś do niego dotarło.
Czy Litwin zrobił to w swoim mieszkaniu? Czy znalazła go Alicja albo mała? Bremer westchnął ciężko. Jego przyjaciel raczej nie naraziłby na to swojej rodziny, musiał wybrać jakieś inne miejsce. Taką przynajmniej najemnik miał nadzieję.
Miał i desperacko się jej trzymał. Poszedł do pokoju gościnnego, położył się na łóżku i zasnął ze zmęczenia.
Sen przyniósł niewielkie ukojenie -?gdy tylko Bremer zamknął oczy, znowu był z Litwinem w tamtym przeklętym lesie.
Paleczny wracała z pogrzebu ojca samochodem, wyrabiając tak uwielbiane przez eurodeputowanych kilometrówki.
Ze względu na spore różnice kursów między euro a złotówką jazda samochodem była dla posłów z Polski i innych państw tak zwanej "nowej Unii" istną żyłą złota -?co sprytniejsi posłowie potrafili wyciągnąć z samych kilometrówek, czyli rozliczeń za przejechaną odległość z kraju macierzystego do PE, kwotę większą nawet od ich wynagrodzeń, a i tak dochodziło do nadużyć. Słynny był przypadek europosła, który wykazywał tak wiele podróży samochodem (w ramach, rzecz jasna, obowiązków parlamentarnych), że gdy dziennikarze zaczęli je liczyć, wyszło im, że poseł przejechał trasę tam i z powrotem z Ziemi na Księżyc sześć razy.
Paleczny jednak nie wybrała auta -?BMW X5 -?by zapewnić sobie dodatkowy zarobek. Za kółkiem SUV-a, prując po szerokich autostradach zachodniej Europy, po prostu lepiej jej się myślało.
A do przemyślenia miała wiele.
Pogrzeb jej ojca przyciągnął tłumy. Dawni koledzy z różnych redakcji, inni korespondenci wojenni, wreszcie zwykli ludzie ceniący jego pracę i liczne opublikowane książki reporterskie. Pojawił się nawet premier, lecz, na szczęście, nie zamieniło to pogrzebu w państwową, propagandową szopkę. Obecny szef rządu był wieloletnim przyjacielem Palecznego, zaproponował mu nawet przed dwoma laty tekę szefa MSZ. Paleczny miał rzekomo zaśmiać się, spojrzeć przyjacielowi w oczy i zapytać tylko:
-?Serio?
Słynął z mało dyplomatycznych wypowiedzi, nigdy nie powstrzymywał się przed wygłoszeniem ostrego sądu, także jeśli chodziło o kolegów po fachu. Wielu korespondentów wojennych, zwłaszcza z jego rówieśników, szczerze go nienawidziło. Zazdrościli mu talentu i pewnej nonszalancji, jak również szczęścia.
"To szczęście chyba cię w końcu opuściło, co, tato?", myślała europosłanka, jadąc ponad dwieście na godzinę.
Wymijała kolejne samochody. Niemieckie autostrady, w odróżnieniu od polskich, nie miały czegoś takiego jak ograniczenie prędkości. A posłanka lubiła prędkość. Lubiła wgniatający w fotel pęd.
Była świetnym kierowcą -?od małego bardziej pasjonowały ją samochodziki niż lalki. Gdy matka kupiła jej pierwszą Barbie, ojciec zaraz potem nabył jej wóz Action Mana. Blond lalka brała w owym pojeździe zakręty z piskiem opon. Gdy Paleczny ukończyła osiemnaście lat, zażyczyła sobie w prezencie urodzinowym kurs jazdy i opłatę egzaminu. Zdała za drugim razem -?nikt nie jest idealny. Matka obecnej posłanki rwała włosy z głowy, gdy ojciec jako pierwszy samochód nabył jej BMW. Na szczęście Paleczny nie łamała dozwolonej prędkości... przynajmniej na drogach publicznych. Szybko odkryła, iż istnieją tory wyścigowe, pozwalające domorosłym mistrzom kierownicy na bezpieczne szlifowanie swych umiejętności.
Paleczny na dwudzieste urodziny kupiła sobie roczny karnet na taki tor.
To tam właśnie paliła hamulce BMW, trenowała potem jazdę innymi samochodami sportowymi i nie tylko. Kolejne Beemki, Dodge'e, Audi, raz pędziła nawet Lamborghini należącym do syna jakiegoś prezesa spółki węglowej. Chłopak desperacko próbował ją poderwać, powiedziała mu więc, żeby na randkę zabrał ją na tor i dał jej poprowadzić sportowy bolid. Jazda trwała pięć minut. Chłopak kazał jej się zatrzymać, po czym wysiadł i od razu zwymiotował.
Nie zaprosił jej na drugą randkę.
Teraz jednak Paleczny dbała o to, by jej wyścigowe hobby pozostało sekretem przed opinią publiczną. Nie żeby wiedza o nim jakoś jej zaszkodziła, skądże... ale posłanka pragnęła mieć coś swojego. Całe jej życie było pod lupą wyborców, każdy mógł prześwietlić jej losy, śledzić każdy krok. Musiała mieć coś tylko dla siebie, jakąś małą tajemnicę.
Tajemnicę, która nie wywoływała złych wspomnień. Nie sprawiała, że dziewczyna budziła się nocami, zlana zimnym potem.
Wracała z pogrzebu, pędząc ponad dwieście na godzinę, szusowała między wolniejszymi samochodami i starała się myśleć tylko o drodze przed sobą, nie o przeszłości. Nie o Litwińskim, nie o ojcu, nie o huku karabinowego ognia i wykrzywionych obliczach tych ludzi, którzy wtedy, całe wieki temu, chcieli ją złamać i skrzywdzić.
Nie myśleć wreszcie o cierpieniu -?swoim i bliskich.
Na pogrzebie najbardziej rozpaczała matka Laury. Rozwiedli się z jej ojcem ponad dwadzieścia lat temu, jednak teraz kobieta -?znana warszawska publicystka i pisarka -?wylewała istny ocean łez.
Laura czuła się zażenowana tym spektaklem. Wiedziała doskonale, że jej matka zapewne przez najbliższy tydzień odbędzie istne tournée po telewizjach śniadaniowych i kanałach lifestyle'owych. Och, jaka gorąca relacja ich łączyła! Jakim zżytym byli małżeństwem (no, przynajmniej do rozwodu)! Jakże ona tęskniła za nim, jak niepokoiła się, jak słała listy i machała na pożegnanie jedwabną chusteczką...
Na samą myśl o tym europosłanka zbliżyła palec do ust i teatralnie udała, że wymiotuje.
Matka była, jaka była, ona jednak musiała wracać do pracy.
Przyjechała do Brukseli wieczorem. Gdy BMW stanęło na swoim miejscu na podziemnym parkingu, posłanka aż żałowała, że Bruksela nie leży w większej odległości od Polski. "Może następnym razem pojadę przez Madryt?" -?wizja rajdu europejskimi autostradami aż do Hiszpanii wydawała się taka kusząca. Ale, niestety, nierealna. "Przynajmniej dopóki jestem polityczką".
Do swojego mieszkania przy Rue d'Arlon weszła tylko na chwilę, by się umyć i przebrać. Po tym udała się od razu do Parlamentu Europejskiego. Już pieszo -?to był pięciominutowy spacer.
Jej biuro znajdowało się w gmachu Willy'ego Brandta. Z okien miała widok na Plac Solidarności, jak również na gmach Altiero Spinellego, w którym mieściły się kluczowe instytucje parlamentu.
Ochrona przepuściła ją bez najmniejszych problemów -?pracujący w gmachu policjanci mieli obowiązek znać każdego parlamentarzystę z imienia, nazwiska i twarzy, jednak nie wszędzie się to sprawdzało. Jedno z wejść do gmachu Spinellego, od strony Rue Wiertz, było tak zwanym "szybkim" wejściem, czyli takim, którym wchodzić mogli tylko deputowani, nie musząc przechodzić kontroli. W ramach eksperymentu asystenci jednego z deputowanych pewnego dnia zajechali pod to wejście z piskiem opon samochodu swego posła, po czym jeden z nich wysiadł, chwycił teczkę i wparował do budynku jak do siebie. Zrobił to z taką pewnością, że ogłupiała ochrona nawet go nie powstrzymała, uznając najwyraźniej, iż to jeden z nowych deputowanych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki