Misje Bremera. Arena zdrad. Misje Bremera - Arkady Saulski

-
Proszę czekać

Prolog

Są inne spo­soby na osią­gnię­cie zwy­cię­stwa niż tylko poprzez otwarty kon­flikt.

Sean McFate

Reli­gijni fana­tycy to doprawdy uro­czy ludzie, a nowy pre­zy­dent Syrii był tego dosko­na­łym przy­kła­dem.

Cza­ro­wał każ­dym gestem, sło­wem, spoj­rze­niem. Ten były bojow­nik Al-Ka'idy, doświad­czony w wal­kach z woj­skami koali­cji w Iraku, a potem pod­czas wojny domo­wej w swo­jej ojczy­stej Syrii, zrzu­cił kami­zelkę tak­tyczną tak jak wąż zrzuca skórę. Przy­wdzie­wa­jąc gar­ni­tur, stał się w oczach prze­py­tu­ją­cych go dzien­ni­ka­rzy odpo­wie­dzial­nym, wywa­żo­nym i zręcz­nym poli­ty­kiem, który wypro­wa­dził swój kraj z mro­ków dyk­ta­tury, w nową, świe­tlaną erę. Przed­sta­wi­ciele mediów zgro­ma­dzeni w Pałacu Ludu w Damaszku otrzy­mali nie­mal nie­ogra­ni­czony czas na prze­pro­wa­dze­nie wywia­dów. Zna­leźli się wśród nich Ame­ry­ka­nie, Fran­cuzi, Bry­tyj­czycy, Niemcy, dzien­ni­ka­rze z Japo­nii, Chin, ale też nie­któ­rych kra­jów Afryki. Jeden przed­sta­wi­ciel mediów z Pol­ski. Wiel­kimi nie­obec­nymi byli zaś, a jakże, dzien­ni­ka­rze z Izra­ela.

Wielka szkoda, bo pre­zy­dent z pew­no­ścią ocza­ro­wałby także i ich.

Woj­ciech Bre­mer wraz z resztą obstawy stał na ubo­czu. W każ­dej innej sytu­acji byłaby to naj­nud­niej­sza część misji -?jako jeden z człon­ków ochrony dzien­ni­ka­rzy z Nie­miec, Fran­cji i Pol­ski w samym pałacu nie miał nic do roboty. Tu bowiem pre­zy­denta i jego gości strze­gła oso­bi­sta gwar­dia głowy pań­stwa, zło­żona z naj­tward­szych bojow­ni­ków, wete­ra­nów trwa­ją­cego ponad dekadę kon­fliktu. Na Bre­mera i pozo­sta­łych najem­ni­ków spo­glą­dano nie­uf­nie, ale bez wyczu­wal­nego napię­cia.

Dowo­dził zespo­łem zło­żo­nym z ośmiu ludzi -?wszy­scy byli pra­cow­ni­kami euro­pej­skiej pry­wat­nej orga­ni­za­cji mili­tar­nej Impe­ra­to­riae Cor­po­rum. "Pra­cow­nik" to piękne, eufe­mi­styczne okre­śle­nie, Bre­mer wolał samego sie­bie okre­ślać zgod­nie z prawdą. Był najem­ni­kiem, po pro­stu.

Sama Impe­ra­to­riae Cor­po­rum czy, jak okre­ślano ją kró­cej, Imper­Cor, była jedną z naj­waż­niej­szych, choć zara­zem naj­mniej zna­nych tego typu firm. Każdy wie­dział, czym jest rosyj­ska Grupa Wagnera, ame­ry­kań­ska Blac­kwa­ter czy bry­tyj­ska Exe­cu­tive Out­co­mes, ale Imper­Cor na­dal pozo­sta­wała w cie­niu. Wywo­dziła się z Europy i -?choć sto­sun­kowo młoda -?już mogła pochwa­lić się dużymi suk­ce­sami. Zwra­cano się do niej, gdy ocze­ki­wano dys­kre­cji i gwa­ran­cji suk­cesu.

I bar­dzo dobrze. Bre­mer cenił sobie dys­kre­cję.

Dys­kre­cję, naj­wy­raź­niej, ceniło też sze­fo­stwo "Poli­tico", to ono bowiem zle­ciło tej kon­kret­nej fir­mie ochronę swo­jej dele­ga­cji. Czwórka dzien­ni­ka­rzy: dwie Fran­cuzki, jedna Niemka i jeden Polak. Żur­na­li­ści mieli prze­pro­wa­dzić wywiad z pre­zy­den­tem Syrii, po czym zostać odwie­zieni na woj­skowe lot­ni­sko Mez­zeh, skąd star­to­wał wyczar­te­ro­wany dla nich samo­lot. Jed­nak w Syrii, mimo for­mal­nego zakoń­cze­nia kon­fliktu i prze­ję­cia wła­dzy przez bojow­ni­ków, na­dal było nie­spo­koj­nie. Loja­li­ści zbie­głego do Rosji Baszara Al-Asada ata­ko­wali siły nowego pre­zy­denta, i to nawet na przed­mie­ściach Damaszku. Pro­blem sta­no­wili też Rosja­nie, któ­rych, mimo ogrom­nej nie­na­wi­ści, wciąż nie wyrzu­cono z kraju, trak­tu­jąc ich obec­ność jako kartę prze­tar­gową w roz­mo­wach nowych władz z Krem­lem.

O tak -?nowy pre­zy­dent był nie tylko uro­czy i elo­kwentny, ale też cho­ler­nie sprytny.

Bre­mer, widząc, jak cza­ruje dzien­ni­ka­rzy, nie był w sta­nie powstrzy­mać uśmie­chu. Ten gość, jesz­cze wczo­raj ukry­wa­jący się na pustyni, dziś jawił się jako doj­rzały, roz­sądny, otwarty na nowe idee poli­tyk iście świa­to­wego for­matu.

Opi­nia publiczna w Sta­nach i Euro­pie będzie zachwy­cona.

Najem­nik rozej­rzał się po sali, zasta­na­wia­jąc się, co czuje gwar­dia pre­zy­denta, widząc jego ludzi, jak rów­nież ochro­nia­rzy pozo­sta­łych dele­ga­cji, pod bro­nią i w peł­nym opo­rzą­dze­niu tak bli­sko głowy pań­stwa. Było oczy­wi­ste, że żaden z ludzi Imper­Cor, ani wła­ści­wie jakiej­kol­wiek innej ekipy obec­nej w sali, nie czyha na życie pre­zy­denta, ale i tak - chłopcy musieli być nieco spięci.

Bre­mer uśmie­chał się do nich bez­czel­nie, ści­ska­jąc wiszący na uprzęży kara­bin -?kró­ciutki SIG Sauer MCX Rat­tler SBR, w kali­brze .300 Blac­kout. W kabu­rze, jako broń boczną, także miał kon­struk­cję Siga, kon­kret­nie pisto­let P320. Cóż począć, że darzył sła­bo­ścią ame­ry­kań­skie pro­dukty?

Wywiad, naj­wy­raź­niej, docho­dził już do wnio­sków koń­co­wych. Pre­zy­dent na poże­gna­nie rzu­cił kilka żar­tów, pro­sząc, by pozdro­wić sze­fo­stwa redak­cji i prze­ka­zać naj­szczer­sze życze­nia powo­dze­nia dla naro­dów, któ­rych repre­zen­to­wali dzien­ni­ka­rze.

Gdy wyłą­czono mikro­fony, jeden z Bry­tyj­czy­ków zauwa­żył, że ostatni raz mieli stycz­ność z pre­zy­den­tem w 2006 roku w Iraku. Dzien­ni­karz, jak się oka­zało, był tam urzęd­ni­kiem sił oku­pa­cyj­nych, a pre­zy­dent -?bojow­ni­kiem Al-Zarqa­wiego.

-?Świat cią­gle się zmie­nia, redak­to­rze -?odparł bez­błędną angielsz­czy­zną Syryj­czyk. -?A wczo­rajsi wro­go­wie mogą być dziś przy­ja­ciółmi, czyż nie?

Wywo­łało to uśmie­chy wśród zgro­ma­dzo­nych. Bre­mer także się uśmiech­nął, ale chyba z innej przy­czyny.

-?Dzie­sięć minut -?rzu­cił dys­kret­nie do mikro­fonu, uprze­dza­jąc ekipę na zewnątrz, jak rów­nież ludzi w szta­bie, mają­cych obser­wo­wać prze­jazd kolumny z dzien­ni­ka­rzami przy pomocy drona.

-?Przy­ją­łem -?odparł Said, też najem­nik, ale pozy­skany lokal­nie Syryj­czyk.

Ten dawny bojow­nik był muzuł­ma­ni­nem, repre­zen­to­wał jed­nak raczej libe­ralny nurt tej reli­gii i przez to z cza­sem odpadł od coraz bar­dziej pogrą­ża­ją­cej się w fana­ty­zmie orga­ni­za­cji. Doświad­czony, zna­jący region żoł­nierz został szybko namie­rzony przez Imper­Cor i zatrud­niony. Teraz on i jego ekipa sta­no­wili tak zwany QRF, czyli quick reac­tion force - oddział mający wejść do akcji, gdyby po dro­dze coś poszło nie tak.

Bre­mer miał nadzieję, że Said i jego zespół tym razem będą nudzić się w swo­ich pick-upach.

Dzien­ni­ka­rze stop­niowo opusz­czali salę. Do wyj­ścia szy­ko­wali się też ci pod opieką Bre­mera. Naj­star­szy z tej dele­ga­cji był wła­śnie Polak - Rado­sław "Radek" Paleczny. Praw­dziwy nestor tego fachu i zara­zem jedna z jego legend. W latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku wyrzu­cony z komu­ni­stycz­nej Pol­ski, dzięki wspar­ciu Radia Wolna Europa pod­jął naukę uzu­peł­nia­jącą na Oks­for­dzie, a potem został kore­spon­den­tem wojen­nym. I to nie byle jakim! Na pierw­szy mate­riał poje­chał do Afga­ni­stanu, wtedy ata­ko­wa­nego przez ZSRR, gdzie szybko zrzu­cił kami­zelkę z napi­sem "Press", by dołą­czyć do mudża­he­di­nów. Spę­dził z nimi rok, bie­ga­jąc po górach, opi­su­jąc walkę Afgań­czy­ków i zbrod­nie na nich popeł­niane. Zacho­wały się zdję­cia uśmiech­nię­tego męż­czy­zny, który chwy­tał za broń, gdy zacho­dziła taka potrzeba.

Potem były inne kon­flikty: Cze­cze­nia, dawna Jugo­sła­wia, Afga­ni­stan, Irak, Gru­zja, Ukra­ina. I teraz -?Syria.

Z kimś takim Bre­mer napiłby się wódki -?sęk w tym, że Bre­mer nie pił. Coca-Cola musiała wystar­czyć.

-?Gotowi? -?zapy­tał po angiel­sku dzien­ni­ka­rzy, gdy ci pod­cho­dzili ze spa­ko­wa­nym sprzę­tem.

-?Możemy jechać, tak -?odparła nie­miecka redak­torka.

Bre­mer ski­nął głową, gestem dłoni wska­zał drogę, zamy­ka­jąc pochód.

-?Wycho­dzimy -?rzu­cił do mikro­fonu.

-?Przy­ją­łem.

O ile w kolo­sal­nym Pałacu Ludu pano­wał przy­jemny chłód, o tyle na zewnątrz, gdy wyszli na syryj­skie słońce, ledwo dało się wytrzy­mać. Spra­wie nie poma­gał fakt, że do samego kom­pleksu budowli pro­wa­dziła sze­roka niczym pas star­towy asfal­towa droga. Cień dawały nie­liczne palmy.

Na szczę­ście zarówno Bre­mer, jak i dzien­ni­ka­rze byli ubrani lekko, ale najem­nik i tak pocił się nie­mi­ło­sier­nie w swej kami­zelce tak­tycz­nej, obcią­żo­nej dla dodat­ko­wej ochrony pły­tami bali­stycz­nymi, z przodu i z tyłu. Podobne kami­zelki nakła­dały teraz redak­torki. Paleczny, demon­stra­cyj­nie, na takie środki ostroż­no­ści się nie zgo­dził.

-?Ni­gdy nie nosi­łem i nie będę nosił -?uciął, gdy Bre­mer pró­bo­wał z nim nego­cjo­wać. Facet był uparty jak osioł.

Cóż, jego decy­zja, ale najem­nik nie sypiał przez to ani tro­chę lepiej.

Wresz­cie po kilku chwi­lach ocze­ki­wa­nia na pod­jazd przed pała­cem zaje­chał ich trans­port: trzy Toyoty Land Cru­iser. Celowo wyglą­dały na star­sze, niż były. Opan­ce­rzone, miały zwięk­szyć ich szansę wyrwa­nia się z ewen­tu­al­nej zasadzki.

Gdyby taką udało się komu­kol­wiek prze­pro­wa­dzić.

Drogę z Pałacu Ludu aż do lot­ni­ska wcze­śniej spraw­dzono, w poszu­ki­wa­niu impro­wi­zo­wa­nych ładun­ków wybu­cho­wych IED, jak rów­nież celem roz­po­zna­nia ewen­tu­al­nych kry­jó­wek napast­ni­ków. Teraz była bacz­nie obser­wo­wana przez kur­su­ją­cego tam i z powro­tem drona.

Imper­Cor nie miało zamiaru niczego zlek­ce­wa­żyć.

Wsie­dli do kli­ma­ty­zo­wa­nych wnętrz -?Fran­cuzki do ostat­niej Toyoty, Bre­mer wraz z Palecz­nym i nie­miecką dzien­ni­karką -?do środ­ko­wej. W tej jadą­cej z przodu zna­leźli się wyłącz­nie ludzie Imper­Cor.

-?Jedynka gotowa -?zamel­do­wał kie­rowca pierw­szego Land Cru­isera.

-?Dwójka gotowa -?odparł do mikro­fonu dowo­dzący dru­gim pojaz­dem Bre­mer.

-?Trójka gotowa -?ode­zwał się kie­rowca ostat­niego wozu.

-?W porządku, ruszamy -?wydał komendę najem­nik.

Wozy zerwały się z miej­sca i pomknęły sze­roką aleją.

Teo­re­tycz­nie droga z pałacu do lot­ni­ska woj­sko­wego w Mez­zeh powinna im zająć dwa­na­ście minut... ale to była Syria. Sporo mogło się wyda­rzyć po dro­dze.

Opu­ścili teren pałacu, mając teraz po pra­wej żółtą pusty­nię, gdzie­nie­gdzie upstrzoną rachi­tyczną roślin­no­ścią, po lewej zaś - zabu­do­wa­nia Damaszku. Jed­nego z naj­więk­szych i zara­zem naj­star­szych miast Bli­skiego Wschodu. Ruch na samej dro­dze był nie­wielki. Raz na jakiś czas mijali poje­dyn­czy samo­chód bądź cię­ża­rówkę.

Bre­mer sie­dział z przodu, obok kie­rowcy, a dzien­ni­ka­rze z tyłu. Niemka, tuż za nim, spraw­dzała coś na tele­fo­nie. Sie­dzący za kie­rowcą Paleczny podzi­wiał pano­ramę mia­sta.

-?Trudno uwie­rzyć, że to miej­sce wciąż nie może zaznać spo­koju - powie­dział wresz­cie. Po pol­sku.

Najem­nik obró­cił się, ale nic nie odpo­wie­dział.

-?Wiem, że jest pan Pola­kiem, pro­szę nie uda­wać -?dodał z lek­kim uśmie­chem repor­ter.

-?Czy imię Woj­ciech aż tak mnie zdra­dziło? -?odparł wresz­cie męż­czy­zna, odwza­jem­nia­jąc uśmiech.

-?Uznajmy, że to zasługa dzien­ni­kar­skiej prze­ni­kli­wo­ści.

Zaśmiali się.

Paleczny nie wyglą­dał na swoje lata -?dobrze zbu­do­wany, choć siwy, miał obli­cze czło­wieka, który widział wszystko. Bo tak zapewne było. Zacho­wy­wał się z non­sza­lan­cją kogoś, na kim nic już ni­gdy nie zrobi wra­że­nia. A jed­nak gdy z kimś roz­ma­wiał, to robił to tak, by druga osoba miała poczu­cie, że poświęca jej peł­nię uwagi. Nie wywyż­sza się, wręcz prze­ciw­nie -?zamie­nia się w słuch. Ten wete­ran miał w sobie ogromną pokorę.

Bre­mer cenił to w ludziach.

-?Długo pan to robi? -?zapy­tał dzien­ni­karz.

-?"To", czyli...?

-?Pra­cuje dla PMC? Jest... najem­ni­kiem.

PMC -?skrót od Pri­vate Mili­tary Com­pany. Ład­niej­sza nazwa pry­wat­nych armii, któ­rych na świe­cie było coraz wię­cej.

-?Jakieś pięć lat -?odparł męż­czy­zna.

-?A wcze­śniej? GROM?

-?For­moza.

-?O pro­szę... Pomo­rza­nin?

Bre­mer potwier­dził ski­nie­niem głowy.

-?Gdyń­ski śledź.

-?Kiedy ostatni raz był pan w kraju?

-?Sześć, może sie­dem lat temu? Moja mama wciąż mieszka tam, gdzie się wycho­wa­łem. Wysy­łam jej pie­nią­dze. Niech kobieta cho­ciaż na stare lata pożyje jak czło­wiek.

-?Rozu­miem... i sza­nuję to.

-?Czy nie powin­ni­śmy...? -?Bre­mer ski­nął na wciąż spraw­dza­jącą tele­fon Niemkę. -?Gada­nie po pol­sku chyba jest nie­uprzejme...?

-?Ja wszystko hozu­miem -?ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie wła­śnie w języku pol­skim kobieta. -?Hozma­wiaj­cie, jak chce­cie.

Męż­czyźni się zaśmiali.

-?Said, jak sytu­acja?

-?Na razie czy­sto. Za kilo­metr przy­śpiesz­cie, będzie tam gaj oliwny, mało widać.

-?Przy­ją­łem. Jedynka, trójka, gazu!

Kon­wój zwięk­szył pręd­kość. Fak­tycz­nie -?przed nimi na hory­zon­cie po pra­wej stro­nie od drogi zama­ja­czyło zbo­cze obro­śnięte kar­ło­wa­tymi drzew­kami oliw­nymi, sto­ją­cymi jedno obok dru­giego, niczym żoł­nie­rze w sze­regu. Strzelcy szy­ku­jący się do zasadzki. Droga po lewej także była zaro­śnięta i cień drzew mocno ogra­ni­czał widocz­ność. Prze­łą­cze­nie kamer drona na ter­mo­wi­zję nie­wiele by dało, o tej porze dnia pia­sek był tak roz­grzany, że maszyna widzia­łaby na dole jeden wielki kobie­rzec bieli.

-?Mogę jesz­cze o coś zapy­tać? -?ode­zwał się znowu Paleczny.

-?Śmiało.

-?Dla­czego pan robi to, co robi?

Bre­mer odwró­cił się do niego, zasko­czony.

-?A pan czemu robi to, co robi? -?odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie.

Dzien­ni­karz prych­nął.

-?Bo nie umiem robić niczego innego -?rzekł z uśmie­chem.

Najem­nik odwza­jem­nił uśmiech.

-?No i sam pan widzi.

Znowu spoj­rzał przez przed­nią szybę. Znaj­do­wali się już bar­dzo bli­sko gaju oliw­nego -?ten wyglą­dał jak antyczny amfi­te­atr, w któ­rym drzewka były widzami, a skrę­ca­jąca ulica -?sceną.

-?Said? -?rzu­cił do mikro­fonu najem­nik. Żadna odpo­wiedź nie nade­szła.

-?Scheiße! -?syk­nęła Niemka. -?Nie mam inteh­netu! Cho­lehny pech!

Najem­nik odwró­cił się do niej, po czym spoj­rzał na drogę. Jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach. Spró­bo­wał znów wywo­łać Saida -?bez skutku.

Gaj był już bar­dzo bli­sko.

-?Gazu, gazu, wszy­scy, gazu!!! -?ryk­nął.

Ich kie­rowca ostro przy­spie­szył, ale naj­wy­raź­niej łącz­ność została zerwana. Toyota za nimi, widząc, co robi dwójka, też zwięk­szyła pręd­kość, ale jedynka wciąż jechała swoim tem­pem. Szybko... ale nie dość szybko, by wymknąć się z zasadzki.

Bre­mer zdą­żył zauwa­żyć mknącą ku jedynce szarą smugę.

Opan­ce­rze­nie Land Cru­isera pozwa­lało przy­jąć ogień do kali­bru 7.62 mili­me­tra czy odłamki gra­natu ręcz­nego, ale bez­po­śred­nie tra­fie­nie poci­sku wystrze­lo­nego z gra­nat­nika RPG to było po pro­stu za wiele. Toyota, w któ­rej sie­dział Bre­mer, skrę­ciła gwał­tow­nie, gdy wóz przed nimi roze­rwała eks­plo­zja. Na asfalt posy­pały się kawałki pan­ce­rza i karo­se­rii, szkło pry­sło świe­cą­cymi dro­bi­nami. Opony pękły, wpra­wia­jąc znisz­czony wóz w wiraż, a w jego wnę­trzu sza­lały pło­mie­nie.

Nikt nie miał szansy tego prze­żyć.

Kie­rowca pro­wa­dzący ich Land Cru­isera skrę­cił ostro, pró­bu­jąc unik­nąć koli­zji z pło­ną­cymi reszt­kami jedynki, wpadł na sąsied­nie pasy ruchu, jadąc pod prąd.

Naprze­ciwko nich, jak spod ziemi, wyrósł brudny, cywilny sedan. Jego kie­rowca musiał być w kom­plet­nym szoku, nie zdo­łał wyko­nać manewru wymi­ja­ją­cego.

Oni też nie.

Stary samo­chód nie był dla Toyoty poważną prze­szkodą -?Land Cru­iser po pro­stu zepchnął go z drogi, jed­nak sam też obe­rwał. Kie­rowca stra­cił pano­wa­nie nad pojaz­dem, wóz prze­chy­lił się na lewy bok.

-?Trzy­maj­cie się! -?zdą­żył zawo­łać Bre­mer.

Świat zaczął wiro­wać, wypeł­nia­jąc się ogłu­sza­ją­cym hała­sem obi­ja­ją­cej się o asfalt pan­cer­nej karo­se­rii. Za oknami migał osza­lały kalej­do­skop kolo­rów: czerń asfaltu, żółć pia­chu, błę­kit czy­stego, pięk­nego syryj­skiego nieba. Toyota tur­lała się po dro­dze.

Nie miał poję­cia, jak długo to trwało. Przez hałas prze­bił się huk kolej­nej eks­plo­zji, ale Bre­mer nie miał poję­cia, czy to nie­przy­ja­ciel tra­fił trójkę, czy wybu­chło coś innego. Mógł tylko trzy­mać się, robiąc wszystko, by jego błęd­nik nie osza­lał i by nie skrę­cić sobie karku w młynku, w jaki zamie­niło się wnę­trze Toyoty.

W końcu wóz zaczął zwal­niać, by osta­tecz­nie osiąść ponow­nie na kołach.

"Nie­zły fart!", pomy­ślał męż­czy­zna. Klep­nął kie­rowcę.

-?Jedź! Jedź!

Dopiero wtedy dostrzegł, że ten był nie­przy­tomny.

Musiał trza­snąć głową o kie­row­nicę, bo teraz sie­dział pochy­lony, utrzy­my­wany tylko przez pasy, a z jego twa­rzy ście­kała krew. Bre­me­rowi także krę­ciło się w gło­wie, ale zdo­łał się opa­no­wać. Jeśli był ranny, to jesz­cze tego nie czuł -?adre­na­lina robiła swoje.

Odwró­cił się do pasa­że­rów.

Niemka pół­le­żała w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji, z głową obró­coną jakby do góry i w bok. Jej usta były roz­warte w nie­mym krzyku. Skrę­cony kark. Nie żyła. Paleczny jed­nak oddy­chał, wyda­wał się nawet przy­tomny, choć ostro krwa­wił z roz­cię­tej brwi.

Wtedy o ich wóz ude­rzyły pierw­sze kule.

Poci­ski skrze­sały iskry na pan­cer­nej karo­se­rii, poryły szyby, zna­cząc je paję­czyn­kami pęk­nięć. Okna mogły wytrzy­mać ostrzał, ale tylko przez jakiś czas -?prę­dzej czy póź­niej w końcu kule zaczną prze­cho­dzić, a wtedy...

Bre­mer chciał zła­pać za kara­bin -?nie miał go! Sig musiał się zerwać z uprzęży, upaść gdzieś, nie wia­domo gdzie, gdy samo­chód kozioł­ko­wał. Trudno -?dobył pisto­letu.

-?Spo­koj­nie, panie Paleczny, tylko spo­koj­nie -?rzekł do oca­la­łego pasa­żera.

-?Jestem spo­kojny, synu. Rób swoje! -?odparł na to dzien­ni­karz.

Najem­nik jesz­cze ni­gdy nie widział, by kto­kol­wiek potra­fił zacho­wy­wać taką zimną krew.

Stary kore­spon­dent wojenny miał rację -?Bre­mer musiał zro­bić swoje.

Walili do nich z pra­wej strony, ale nie miał pew­no­ści, czy to ta sama strona, gdzie znaj­do­wał się oliwny gaj. Pod­czas koli­zji mogło ich obró­cić o sto osiem­dzie­siąt stopni. Nie miało to zna­cze­nia -?musieli się wyrwać z zasadzki, nawet jeśli ozna­czało to powrót do Pałacu Ludu.

Poci­ski trza­skały teraz o wóz bez przerw, ogień cią­gły pro­wa­dzono z broni zasi­la­nej z taśmy albo dużych maga­zyn­ków, Bre­mer obsta­wiał rosyj­skie RPK albo PKM.

Jedna i druga opcja ozna­czały, że to nie będzie dobry dzień.

-?Nic oso­bi­stego, stary -?odpiął kie­rowcę i już miał otwo­rzyć drzwi od jego strony, by wyrzu­cić go z wozu i zająć jego miej­sce, kiedy i tam ude­rzyły kule.

Pierw­szy plan wziął w łeb. Drugi, trzeci i jaki­kol­wiek kolejny -?też.

Z tyłu, od strony Palecz­nego dało się sły­szeć gło­śniej­szy huk, po czym drzwi się otwo­rzyły. Dopiero wtedy Bre­mer usły­szał komendy po arab­sku. Ludzki kształt z kara­bi­nem poja­wił się w świe­tle otwar­tych drzwi, wrzesz­czał coś do Palecz­nego. Ten cof­nął się na kana­pie, nie­mal przy­tu­la­jąc do zwłok kole­żanki.

Bre­mer wystrze­lił z pisto­letu tylko raz. Wystar­czyło. Pocisk kali­bru 9 mili­me­trów V-Crown wpadł pro­sto w czoło napast­nika. Wyle­ciał tyłem głowy, cią­gnąc za sobą strzępki czaszki, mózgu i smugę krwi. Ale to nie był koniec -?najem­nik dostrzegł na pokry­tej kurzem dro­dze kolejne syl­wetki. Bły­snął ogień wylo­towy kara­bi­nów.

Odpo­wie­dział ogniem, ale kule wpa­dły do środka wozu -?poczuł, jak jedna z nich roz­rywa fotel tuż obok niego, druga trza­snęła go w pierś. Stra­cił oddech.

Ręka z bro­nią osła­bła, przed oczami zaczęły mu tań­czyć mroczki, ale wciąż był w grze -?posłał w kie­runku ata­ku­ją­cych kolejne poci­ski. Kogoś chyba tra­fił -?ciało jakby zostało ścięte, wpa­dło w przy­drożny rów.

Szyba za nim pękła. Kara­bi­nowe kule tra­fiły go w plecy.

Rzu­ciło nim naprzód, mię­dzy sie­dze­nia. P320 wyle­ciał mu z dłoni, a on sam pró­bo­wał coś dostrzec przez pył, ale nie mógł. Nie mógł się ruszyć.

Komendy po arab­sku, gło­śno i bli­sko.

Ktoś znowu się­gnął do wozu, tak że Bre­mer widział go teraz dość dokład­nie. Na gło­wie chu­sta, obli­cze zasło­nięte ara­fatką, skóra wokół oczu mocno opa­lona.

Paleczny coś mówił po angiel­sku, tłu­ma­czył, że jest dzien­ni­ka­rzem. Czło­wiek w ara­fatce zigno­ro­wał jego słowa, wycią­gnął dłoń i szarp­nął go za koszulę. Wtedy Bre­mer na wło­cha­tym przed­ra­mie­niu agre­sora dostrzegł ciemne linie. Tatuaż! Two­rzył jakiś napis, ale widoczne były tylko litery US i V.

Palecz­nego wywle­czono. Nie sta­wiał oporu, tylko tłu­ma­czył -?po angiel­sku i arab­sku -?że obej­muje go ochrona mię­dzy­na­ro­dowa.

Ata­ku­ją­cych to nie obcho­dziło.

Bre­mer jed­nym okiem widział, jak facet w ara­fatce popy­cha Polaka na kolana. Poka­zuje coś w tele­fo­nie. Wtedy Paleczny zamilkł.

A potem facet zdjął z ramie­nia auto­mat Kałasz­ni­kowa i puścił serię w pierś dzien­ni­ka­rza. Ten padł na plecy, spo­czął na roz­pa­lo­nym asfal­cie, a spod jego ciała zaczęła wyle­wać się ciemna plama. Rosła z każdą chwilą.

Facet w ara­fatce jed­nak nie skoń­czył. Zro­bił tele­fo­nem zdję­cie zwło­kom, a potem wró­cił do Toyoty Bre­mera. Sta­nął w drzwiach, cyk­nął zdję­cie mar­twej Niemce, potem skie­ro­wał apa­rat na Bre­mera.

Nie zdą­żył zro­bić zdję­cia.

Z zewnątrz doszedł ich okrzyk po arab­sku. Czło­wiek w ara­fatce cof­nął się szybko, pochy­lił. Bre­mer dosły­szał nową kano­nadę, napast­nicy wyraź­nie teraz sami byli ata­ko­wani. Hałas sil­ni­ków, pisk opon, coraz bliż­szy ostrzał. Wywią­zała się krótka, ale bar­dzo inten­sywna strze­la­nina.

Ale Bre­mer już pra­wie tego nie sły­szał. Tra­cił przy­tom­ność. Gasł.

Ktoś otwo­rzył przy nim drzwi. Mocne dło­nie obma­cy­wały jego ciało w poszu­ki­wa­niu ran.

-?Wytrzy­maj, bra­cie! Jeste­śmy! -?rzekł Said.

Brzmiał, jakby wołał do Bre­mera z głę­bo­kiej studni.

Faza 1. Nowe reguły

Faza 1

Nowe reguły

Jeśli uda ci się znie­kształ­cić per­cep­cję rze­czy­wi­sto­ści u prze­ciw­nika, możesz dopro­wa­dzić go do stra­te­gicz­nego błędu, który wyko­rzy­stasz w dro­dze do wła­snego zwy­cię­stwa.

Sean McFate

-?Pani prze­wod­ni­cząca -?zaczęła euro­de­pu­to­wana Laura Paleczny, po czym zwró­ciła się do swo­ich kole­ża­nek i kole­gów depu­to­wa­nych. -?Dro­dzy przy­ja­ciele...

Sala obrad w budynku Paula-Hen­riego Spa­aka Par­la­mentu Euro­pej­skiego w Bruk­seli wypeł­niona była co naj­wy­żej w poło­wie. Ostat­nie dni sta­no­wiły istny mara­ton posie­dzeń -?stan­dar­dowe cztery dni obrad prze­dłu­żono, by omó­wić dyna­micz­nie zmie­nia­jącą się sytu­ację mię­dzy­na­ro­dową.

A było co oma­wiać.

Zmiana loka­tora Bia­łego Domu dopro­wa­dziła do odwró­ce­nia dotych­cza­so­wych kie­run­ków poli­tyki Sta­nów Zjed­no­czo­nych, także wobec Europy. Dodat­kowo dosłow­nie na dniach pre­zy­dent USA nało­żył na kraje Unii Euro­pej­skiej wyso­kie cła. UE odpo­wie­działa, rzecz jasna, wła­snymi cłami, napę­dza­jąc tylko wojnę han­dlową. Jed­no­cze­śnie na Ukra­inie wciąż pło­nęła wojna, a na pokój -?tak szum­nie zapo­wia­dany przez nowego miesz­kańca Bia­łego Domu - szanse były marne.

W tym nie­przy­ja­znym oto­cze­niu UE musiała wypra­co­wać nową poli­tykę.

Ciężko to jed­nak robić, jeśli połowy depu­to­wa­nych to nie obcho­dzi.

Paleczny dosko­nale zda­wała sobie sprawę z przy­czyn tego stanu rze­czy. Depu­to­wani pobie­rali, oprócz stan­dar­do­wego, wyso­kiego wyna­gro­dze­nia, także sze­reg dodat­ko­wych, w tym za udział w posie­dze­niach ple­nar­nych, ale też komi­sjach par­la­men­tar­nych. Sprytne posłanki i posło­wie potra­fili wpaść na posie­dze­nie ple­narne tylko po to, by pod­pi­sać listę obec­no­ści, a potem szybko znik­nąć, sta­wia­jąc się na komi­sji... na któ­rej też tylko pod­pi­sy­wali listę obec­no­ści.

Ponie­waż to od tego pod­pisu, a nie real­nej obec­no­ści, zale­żała wypłata wyna­gro­dze­nia.

Paleczny wie­działa, że rekor­dzi­ści pro­ce­deru potra­fili być jed­nego dnia nawet w trzech miej­scach jed­no­cze­śnie. Czte­rech, jeśli wli­czać lunch i kawę na Placu Luk­sem­bur­skim.

Ona jed­nak trak­to­wała swoje obo­wiązki nie­zwy­kle poważ­nie. Jako trzy­dzie­sto­latka nale­żała do mło­dego poko­le­nia MEP-ów, jak żar­to­bli­wie okre­ślano euro­de­pu­to­wa­nych, od angiel­skiego okre­śle­nia Mem­ber of Euro­pean Par­lia­ment. Wybrana z ósmego miej­sca, wyprze­dziła fawo­ry­tów ze swo­jej par­tii, po inten­syw­nej, pomy­sło­wej kam­pa­nii, która roz­gry­wała się głów­nie w sieci i była adre­so­wana do mło­dych wybor­ców, takich, któ­rzy dotąd nie gło­so­wali w euro­wy­bo­rach. Paleczny poka­zała im, że Par­la­ment Euro­pej­ski nie jest miej­scem, gdzie tylko sta­rzy poli­ty­kie­rzy nabi­jają sobie kabzę, pijąc wino w dro­gich restau­ra­cjach, lecz sta­nowi ważny ele­ment sys­temu, w któ­rym decy­duje się o losach Euro­pej­czy­ków.

Teraz, dzięki gło­som ludzi, któ­rzy jej uwie­rzyli, mogła prze­ma­wiać do tej sali. I choć wie­działa, że mało kto jej słu­chał, nie miała zamiaru pra­co­wać na pół gwizdka.

-?Dro­dzy przy­ja­ciele -?rze­kła. -?Aktu­al­nie łączna kwota unij­nego wspar­cia woj­sko­wego dla Ukra­iny wynosi nie­mal pięć­dzie­siąt miliar­dów euro... by być dokładną, to jest to czter­dzie­ści dzie­więć prze­ci­nek sześć miliarda -?zwró­ciła się do nie­miec­kiego, star­szego depu­to­wa­nego -?tak, Hans, wiem, jak bar­dzo lubisz kon­kretne wyli­cze­nia.

Zarówno wywo­łany Nie­miec, jak i spora część zgro­ma­dzo­nych MEP-ów par­sk­nęli śmie­chem. Żart tylko pozor­nie był spon­ta­niczny, w isto­cie Paleczny dosko­nale wie­działa, co robi, znała siłę słowa, obrazu. Siłę mediów. Każde jej wystą­pie­nie było fil­mo­wane przez pra­cow­ni­ków jej biura, a potem odpo­wied­nio mon­to­wane i wrzu­cane na YouTube'a. Jedne wystą­pie­nia wygła­szała w języku pol­skim, zwłasz­cza jeśli doty­czyły spraw istot­nych dla jej kraju, inne -?płynną oks­fordzką angielsz­czy­zną, dzięki czemu zjed­ny­wała sobie widzów zagra­nicz­nych. Ofi­cjalny kanał pol­skiej posłanki miał kil­ka­set tysięcy sub­skry­ben­tów -?wię­cej fanów miał swego czasu tylko kon­tro­wer­syjny bry­tyj­ski euro­po­seł Nigel Farage.

Paleczny budo­wała swój wize­ru­nek, ale też kapi­tał poli­tyczny na przy­szłość. Była młoda, ambitna i jesz­cze nie­zep­suta przez poli­tykę (a przy­naj­mniej tak chciała o sobie sądzić). Mogła wiele osią­gnąć i takie wła­śnie miała plany.

Dziś jed­nak żar­to­wa­nie przy­cho­dziło jej wyjąt­kowo ciężko. Nie dalej jak dwa dni wcze­śniej uczest­ni­czyła w pogrze­bie bli­skiego współ­pra­cow­nika. Wła­ści­wie to wręcz przy­ja­ciela, który był jej doradcą w spra­wach doty­czą­cych tema­tów woj­sko­wych i zara­zem ochro­nia­rzem. Bar­tosz Litwiń­ski, bo tak nazy­wał się ten czło­wiek, nie­spo­dzie­wa­nie dla wszyst­kich popeł­nił samo­bój­stwo.

Kom­plet­nie tego nie rozu­miała, nie potra­fiła sobie z tym pora­dzić. A jed­nak musiała pra­co­wać. Nawet teraz, dziś, pod­czas tego wystą­pie­nia, korzy­stała z nota­tek, któ­rych część spo­rzą­dził dla niej przed śmier­cią wła­śnie Litwiń­ski.

Chrząk­nęła.

Znów rozej­rzała się po sali. Pauza była krótka, ale i tak wie­działa, że sie­dzący w prze­szklo­nych kabi­nach tłu­ma­cze nie­cier­pli­wie ocze­kują kolej­nej czę­ści wystą­pie­nia. Nie każdy euro­po­seł znał angiel­ski.

-?Jeste­śmy u progu wiel­kiej zmiany w poli­tyce Wspól­noty -?rze­kła w końcu. -?Wobec zmiany, jaka ma miej­sce za oce­anem, Europa nie powinna już dłu­żej liczyć na wspar­cie ame­ry­kań­skiego sojusz­nika w każ­dej spra­wie, zwłasz­cza w dzie­dzi­nie bez­pie­czeń­stwa. Odpo­wie­dzial­ność za nasz kon­ty­nent spada, naresz­cie, na nas samych. Pyta­nie, jak zabie­rzemy się do zabez­pie­cze­nia naszej przy­szło­ści.

Prze­ło­żyła na pul­pi­cie swoje notatki. Zer­k­nęła szybko na tabelki z licz­bami. Te zawsze ją nudziły, ale zda­wała sobie sprawę, że dzięki cyto­wa­niu liczb wygląda na lepiej przy­go­to­waną.

-?Na tere­nie Wspól­noty znaj­duje się obec­nie dwie­ście dzie­sięć miliar­dów euro w zamro­żo­nych akty­wach rosyj­skiego banku cen­tral­nego. To pół­tora raza wię­cej, niż wynosi cała war­tość naszej dotych­cza­so­wej pomocy dla Kijowa. -?By pod­kre­ślić wagę słów, pod­nio­sła głos i wyko­nała zde­cy­do­wany gest dło­nią. -?Fede­ra­cja Rosyj­ska na­dal toczy swoją nie­spro­wo­ko­waną, agre­sywną wojnę napast­ni­czą prze­ciwko Ukra­inie i to na naszych bar­kach spo­czywa teraz pomoc waż­nemu sąsia­dowi Wspól­noty.

Mówiąc to, znowu uważ­nie roz­glą­dała się po sali. Oce­niała reak­cje swo­ich kole­ża­nek i kole­gów. Nie była doświad­czoną poli­tyczką, ale sie­działa w tym bagnie już na tyle długo, że potra­fiła wyła­pać, kto będzie jej sprzy­jał, kto się oprze, a kto zawaha. Ale nie mogła zapo­mnieć o czwar­tej kate­go­rii -?tych, któ­rych obli­cza pozo­sta­wały nie­prze­nik­nione, a oczy -?zimne jak lód.

To wła­śnie ci ludzie byli naj­bar­dziej nie­bez­pieczni. Nie tylko w poli­tyce.

Myśląc o tych ostat­nich, musiała opa­no­wać ogar­nia­jące jej umysł wspo­mnie­nia. Przez kilka sekund nie znaj­do­wała się już na sali ple­nar­nej, tylko w stre­fie walk. Sły­szała ter­kot ognia kara­bi­nów, krzyki w obcym języku. W jej dło­niach apa­rat, niczym broń.

A potem te zimne oczy. I krew. A w ręku nie trzy­mała już apa­ratu, lecz pisto­let.

Otrzą­snęła się. Musiała kon­ty­nu­ować wystą­pie­nie. "Prze­szłość nie może cię skrzyw­dzić".

-?Dla­tego po raz kolejny na tej sali ape­luję o pod­ję­cie zde­cy­do­wa­nych dzia­łań! -?Nieco pod­nio­sła głos, na­dal wodząc wzro­kiem po sali. -?Nie możemy dłu­żej zwle­kać z kon­fi­skatą rosyj­skich akty­wów!

-?To jest kra­dzież! -?ryk­nął ktoś z sali. Węgier­ski depu­to­wany, tęgi bro­dacz Vic­tor Shi­harto, repre­zen­tu­jący rady­kalne skrzy­dło rzą­dzą­cej w Buda­pesz­cie par­tii Fidesz.

Węgrzy wciąż pozo­sta­wali naj­więk­szym hamul­co­wym w UE, gdy cho­dziło o kwe­stie pomocy Ukra­inie i utrud­nia­nie dzia­łań Rosji. Ich pre­mier przez lata prak­ty­ko­wał "grę na wielu for­te­pia­nach", robiąc intratne inte­resy to ze Wspól­notą, to z USA, wresz­cie -?z samą Rosją. W ostat­nim cza­sie jed­nak kon­tro­wer­syjny przy­wódca Węgier zde­cy­do­wa­nie czę­ściej gry­wał na rosyj­skim for­te­pia­nie.

A Shi­harto? Ten nie­młody poli­tyk uzna­wany był za węgier­ski odpo­wied­nik zmar­łego przed kil­koma laty Wła­di­mira Żyri­now­skiego -?gło­śny, wypo­wia­da­jący się zawsze zde­cy­do­wa­nie, czę­sto prze­kra­cza­jąc gra­nicę tego, co uzna­wano za dopusz­czalne w deba­cie publicz­nej Unii, w isto­cie był "balo­nem prób­nym" pre­miera Węgier. Przy­wódca tego kraju podobno son­do­wał w ten spo­sób nastroje w UE, oce­niał reak­cje na słowa Shi­harty i dopiero potem podej­mo­wał decy­zje, gdy unijna opi­nia publiczna zmię­kła. Prze­su­wał gra­nice tego, co wolno, a czego nie.

A ostat­nio wolno już było naprawdę wiele.

-?Panie pośle, pro­szę nie prze­ry­wać wypo­wie­dzi kole­żanki -?włą­czyła się prze­wod­ni­cząca par­la­men­towi Włoszka. -?Pro­szę kon­ty­nu­ować, pani posłanko.

-?Pro­gram "Rearm Europe" zapro­po­no­wany przez panią prze­wod­ni­czącą Komi­sji Euro­pej­skiej będzie kosz­towny, chyba jeste­śmy wszy­scy tu tego świa­domi? -?mówiła dalej Paleczny. -?W mojej opi­nii zasadne jest, aby koszty swo­jej agre­syw­nej poli­tyki pono­sił... agre­sor wła­śnie! Pani prze­wod­ni­cząca, dro­dzy przy­ja­ciele, postu­luję, aby­śmy pod­jęli dzia­ła­nia na rzecz peł­nej kon­fi­skaty zamro­żo­nych rosyj­skich akty­wów, a następ­nie wyko­rzy­sta­nie tych fun­du­szy...

-?To sza­leń­stwo! -?wrza­snął znowu Shi­harto. -?Wy dąży­cie do trze­ciej wojny świa­to­wej!

Prze­wod­ni­cząca obra­dom już miała go znowu pouczyć, ale Paleczny oka­zała się szyb­sza:

-?Vic­to­rze -?powie­działa -?przy­po­mi­nam ci, że znaj­du­jemy się w gma­chu Par­la­mentu Euro­pej­skiego w Bruk­seli, a nie rosyj­skiej Dumy w Moskwie.

Odpo­wie­dzią była salwa śmie­chu ze strony depu­to­wa­nych. Uśmie­chali się nawet kole­dzy Węgra. Paleczny wie­działa już, że ma naj­waż­niej­szy punkt dzi­siej­szego nagra­nia, który zosta­nie też zresztą wrzu­cony na YouTube Shorts z jakimś krzy­kli­wym tytu­łem.

Pozwo­liła sobie na deli­katny uśmiech.

-?Tylko pełna kon­fi­skata zamro­żo­nych rosyj­skich akty­wów pokaże wło­da­rzom Kremla, iż w rela­cjach ze Wspól­notą żarty się skoń­czyły -?pod­su­mo­wała, podzię­ko­wała prze­wod­ni­czą­cej i zeszła z mów­nicy. Kro­czyła na swoje miej­sce odpro­wa­dzana okla­skami i życz­li­wymi spoj­rze­niami więk­szo­ści zgro­ma­dzo­nych. Praw­dzi­wej publiki jed­nak nie było na tej sali. O jej wystą­pie­niu dowie się ona dopiero za godzinę bądź dwie, gdy nagra­nie wej­dzie do sieci.

Paleczny spo­dzie­wała się, że będzie musiała znowu zare­zer­wo­wać sobie tro­chę czasu wie­czo­rem na wystą­pie­nia w pro­gra­mach infor­ma­cyj­nych. Euro­pej­skich, to przede wszyst­kim, ale także w naj­więk­szym pol­skim.

Już sie­dząc i słu­cha­jąc kolej­nych wystą­pień, zro­biła kilka nota­tek, roz­pi­su­jąc też wstępny plan na wie­czór. Tele­fonu komór­ko­wego, będąc na obra­dach, nie uży­wała. Włą­czy go dopiero po wyj­ściu z sali -?taką miała prak­tykę.

Inni depu­to­wani jed­nak tego zwy­czaju nie prak­ty­ko­wali. Normą było sie­dze­nie na tele­fo­nach i table­tach, prze­glą­da­nie głu­pot lub, w naj­lep­szym razie, swo­ich wła­snych wypo­wie­dzi i ana­li­zo­wa­nie ich odbioru. Paleczny jed­nak sza­no­wała nie tylko insty­tu­cję, w któ­rej zasia­dała, ale także swo­ich wybor­ców. No i pozo­sta­wały też kwe­stie bez­pie­czeń­stwa.

Dopiero co przed kil­koma laty ziden­ty­fi­ko­wano smart­fony jed­nej z chiń­skich firm jako nie­bez­pieczne i reko­men­do­wano, by euro­de­pu­to­wani nie uży­wali ich ani do celów zawo­do­wych, ani pry­wat­nych. A już zwłasz­cza w budyn­kach PE, pod­czas obrad czy na komi­sjach. Szcze­gól­nie tych nie­jaw­nych.

Ilu depu­to­wa­nych wzięło sobie te mocne reko­men­da­cje do serca? Trudno orzec.

Paleczny słu­chała więc wystą­pień, robiła notatki, myśląc też nad pyta­niami, jakie po obra­dach prze­śle do Komi­sji Euro­pej­skiej. Wyło­wiła kilka ukrad­ko­wych spoj­rzeń swo­ich kole­ża­nek i kole­gów -?spo­glą­dali oni na swoje smart­fony, a potem uno­sili wzrok i zer­kali na nią z nie­tę­gimi minami.

"Czyżby już wrzu­cono nagra­nie?", zasta­na­wiała się depu­to­wana.

Ktoś wręcz ze smut­kiem pokrę­cił głową. Gdyby gest ten wyko­nał czło­nek któ­rejś z opo­zy­cyj­nych grup euro­par­la­men­tar­nych, jesz­cze by to zro­zu­miała. Ale to był kolega z jej wła­snego ugru­po­wa­nia!

Opu­ściła wzrok, sku­pia­jąc się na notat­kach. Zaprzą­ta­nie sobie głowy reak­cjami innych poli­ty­ków to ostat­nie, czego teraz potrze­bo­wała.

Prze­rzu­ca­jąc papiery, znów natra­fiła na zapi­ski Litwiń­skiego. Ten były żoł­nierz miał zaska­ku­jąco ele­ganc­kie pismo, jed­nak te notatki zostały spi­sane nie­chluj­nie, jakby Litwiń­ski gdzieś się bar­dzo spie­szył.

Po czę­ści tak było -?popeł­nił samo­bój­stwo.

Żona i dzie­wię­cio­let­nia córka miesz­kały na­dal w Bruk­seli. Ona pra­co­wała jako lekarka w Dzie­cię­cym Szpi­talu Uni­wer­sy­tec­kim imie­nia Kró­lo­wej Fabioli, mała cho­dziła do bruk­sel­skiej szkoły. Paleczny chciała udzie­lić im pomocy finan­so­wej, ale uprzej­mie jej odmó­wiono. Żona Litwiń­skiego, jak sama to ujęła, nie będzie brać pie­nię­dzy od przy­ja­ciółki rodziny.

Paleczny miała więc inny plan, o któ­rym chciała opo­wie­dzieć kobie­cie.

"Nie zdo­ła­łam pomóc Litwiń­skiemu, ale spró­buję pomóc innym", myślała.

Spoj­rze­nia jej kole­ża­nek i kole­gów sta­wały się coraz natręt­niej­sze i wła­ści­wie przed koń­cem obrad czuła na sobie wzrok abso­lut­nie każ­dej osoby z sali.

To już nie było dziwne -?to było nie­po­ko­jące!

Prze­wod­ni­cząca wresz­cie zakoń­czyła obrady. Depu­to­wani nie­mal chó­rem wes­tchnęli z ulgą.

Paleczny zbie­rała swoje rze­czy, gdy pod­szedł do niej kolega z jej grupy -?wysoki Austriak, były finan­si­sta.

-?Lauro, tak mi przy­kro! -?rzekł do niej ze smut­kiem w oczach i ujął jej dłoń. -?Jeśli mogę cokol­wiek zro­bić...?

Pokrę­ciła głową.

-?Spo­koj­nie, Tim, to był bli­ski przy­ja­ciel, ale naj­bar­dziej ucier­piała jego rodzina... mimo to dzię­kuję ci. Bar­dzo to doce­niam.

Spo­glą­dał na nią kom­plet­nie onie­miały.

-?Bli­ski przy­ja­ciel?! -?zapy­tał kom­plet­nie zbity z tropu.

-?No... tak... -?Paleczny także zgłu­piała. Była prze­ko­nana, że...

"On nie ma na myśli Litwiń­skiego!"

-?Prze­pra­szam! -?prze­pchnęła się obok wciąż zasko­czo­nego kolegi, nie­mal wybie­gła z sali. Tam, na ruchli­wym kory­ta­rzu, włą­czyła swój tele­fon.

Ten eks­plo­do­wał dzie­siąt­kami powia­do­mień i wia­do­mo­ści.

-?O nie! -?Kobieta ledwo trzy­mała się na nogach. -?O Boże, nie!

Pisali do niej wszy­scy: matka, asy­stenci, przy­ja­ciele i zna­jomi, dzien­ni­ka­rze, któ­rzy mieli do niej bez­po­średni dostęp. Kole­dzy z cza­sów, gdy była kore­spon­dentką wojenną.

Nie pamię­tała, jak to się stało, że leżała na mięk­kiej wykła­dzi­nie, pokry­wa­jącą pod­łogę tych kory­ta­rzy. Nad nią pochy­lali się jacyś ludzie - pra­cow­nicy par­la­mentu i inni depu­to­wani. Cucili ją, pytali, czy ich sły­szy. Ktoś już wezwał służby medyczne urzę­du­jące w par­la­men­cie całą dobę.

W tym miej­scu pod sufi­tem zawie­szono wiel­kie tele­wi­zory, na któ­rych wyświe­tlano losowo wybie­rane pro­gramy infor­ma­cyjne z całej Europy.

Wszyst­kie infor­mo­wały o tra­gicz­nej śmierci legen­dar­nego kore­spon­denta wojen­nego, Rado­sława "Radka" Palecz­nego.

Jej ojca.

* * *

Znowu był w tym zim­nym, zamglo­nym lesie. Zła­pał jego trop. Ści­gali go piąty dzień, ale naresz­cie mieli go dopaść.

Bre­mer moc­niej ści­snął dobyty przed chwilą z kabury pisto­let. Nie pozwo­lono im zabrać dłu­giej broni, mimo że czło­wiek, któ­rego ści­gali, miał być uzbro­jony i nie­bez­pieczny. Idio­tyczna decy­zja, pod­jęta, aby mini­ster spra­wie­dli­wo­ści, wcze­śniej znany jako obrońca praw czło­wieka, nie zmarsz­czył gniew­nie brwi.

Bre­mer miał gdzieś i mini­stra, i prawa czło­wieka. Ten, kogo ści­gali, nie był już czło­wie­kiem.

"Jesteś mój, skur­wy­synu!"

Ruszył w dół, mię­dzy drze­wami. Szybko, ale uważ­nie, uni­ka­jąc nadep­nię­cia na suche gałę­zie i wszel­kiego innego dzia­ła­nia, które mogłoby spło­szyć ści­ga­nego. Wie­dział, że Litwin był tuż za nim. On i poli­cja, która została jed­nak gdzieś dalej z tyłu.

Las ury­wał się jak cięty nożem. Dalej roz­po­ście­rała się nie­wielka polana, wyglą­da­jąca po wczo­raj­szych inten­syw­nych opa­dach niczym bagno - woda stała nie­ru­cho­mym lustrem, nie­wchło­nięta przez glebę. Źdźbła soczy­ście zie­lo­nych traw prze­bi­jały ją niczym szty­lety.

A pośrodku stał on.

Odwra­cał się teraz powoli, jakby wycze­ku­jąc nadej­ścia Bre­mera. Kie­dyś ten czło­wiek może i był dobrze zbu­do­wany, ale te czasy minęły -?ręce ginęły w ręka­wach kurtki. Pod niby­woj­sko­wym odzie­niem ryso­wał się wyraźny kształt solid­nego brzu­cha. Facet uśmie­chał się głu­pawo, ale jego błę­kitne oczy pozo­sta­wały zimne.

Bre­mer wyszedł spo­mię­dzy drzew, uno­sząc pisto­let. Muszka i szczer­binka Glocka zgrały się per­fek­cyj­nie na piersi sto­ją­cego.

-?Ona mnie do tego zmu­siła, stary! -?zawo­łał tam­ten. -?Zmu­siła mnie do tego!

Kroki gdzieś za ple­cami Bre­mera. To Litwin.

-?Misiek! -?zawo­łał jego przy­ja­ciel. -?Misiek, nie rób tego!

-?Zmu­siła mnie, stary!

-?Misiek! Misiek, bła­gam cię! Opuść broń i spójrz na mnie! Spójrz na mnie, bra­cie, pro­szę cię!

-?Zmu­siła mnie! To jej wina!

-?Woj­tek!

Bre­mer poło­żył palec na spu­ście.

-?Woj­ciech? -?zapy­tał jakiś inny głos. Imię było wypo­wie­dziane dziw­nie, z moc­nym akcen­tem. -?Woj­ciech!

Otwo­rzył oczy.

Ota­cza­jąca go biel była wręcz ośle­pia­jąca. W ustach miał tak sucho, że język wyda­wał się chro­po­waty jak papier ścierny. Ktoś nad nim stał. Rosły, zaro­śnięty, śniady męż­czy­zna w kami­zelce tak­tycz­nej, spod któ­rej dało się dostrzec T-shirt. Wszystko w pustyn­nych bar­wach.

Zaro­śnięty się uśmie­chał.

-?Woj­ciech, wsta­waj, zesra­łeś się! -?powie­dział bar­dzo kośla­wym pol­skim.

Bre­mer się uśmiech­nął, a potem zaśmiał, ale zabrzmiało to bar­dziej jak char­cze­nie.

Said pogme­rał przy przy­ci­skach z boku łóżka, wresz­cie zna­lazł wła­ściwy. Po chwili ranny już pół­le­żał, spo­glą­da­jąc pro­sto w oczy kolegi. Ten uśmie­chał się, dumny, że udało mu się zapa­mię­tać i przy­wo­łać kre­tyń­ski żart, jakiego nauczył go pol­ski najem­nik.

-?Mam coś dla cie­bie. Pre­zent. Kosz­to­wał mnie całe dwa funty. - Syryj­czyk rzu­cił na pierś kolegi paczkę papie­ro­sów. Ukra­iń­skie pod­róbki Cameli. Ich opa­ko­wa­nie było iden­tyczne jak ory­gi­nalne, tyle że zamiast wiel­błąda na pustyni stała koza. -?Ale już to -?poka­zał kole­dze puszkę Coca-Coli -?kosz­to­wało mnie aż dwa­dzie­ścia fun­tów. To dowód mojej miło­ści do cie­bie, Woj­ciech.

Bre­mer rzu­cił się wpierw na puszkę. Otwo­rzył ją i wypił nie­mal dusz­kiem. Napój był cie­pły, ale i tak pyszny. Ulga, jaką przy­no­sił gar­dłu, wręcz gra­ni­czyła z bólem. Dopiero po wypi­ciu wszyst­kiego do dna męż­czy­zna otwo­rzył papie­rosy, wło­żył jed­nego do ust i gestem popro­sił o ogień. Po chwili roz­ko­szo­wał się sma­kiem wiel­błą­dziego guano.

-?Nie mieli ory­gi­nal­nych -?rzekł prze­pra­sza­jąco Syryj­czyk. -?A tych zostało sporo po naszych nowych przy­ja­cio­łach.

Said miał na myśli ope­ra­to­rów ukra­iń­skiego wywiadu woj­sko­wego HUR, któ­rzy podobno bar­dzo przy­czy­nili się do suk­cesu ofen­sywy rebe­lian­tów z ubie­głego roku i osta­tecz­nego oba­le­nia reżimu Baszara Al-Asada. Naj­wy­raź­niej po Ukra­iń­cach zostały w kraju całe kar­tony ich papie­ro­sów, które teraz były tań­sze nawet od i tak śmiesz­nie tanich lokal­nych wyro­bów.

-?Za darmo to i ocet słodki -?przy­wo­łał ludową mądrość Bre­mer. Palił chwilę w mil­cze­niu, zbie­ra­jąc myśli.

Był w szpi­talu polo­wym bazy Imper­Cor w Kuwe­ires, pod Aleppo. Jesz­cze jakiś czas temu sta­cjo­no­wali tu Rosja­nie, ale teraz nowe wła­dze syryj­skie ogra­ni­czyły ich byt­ność do baz Khme­imim i Tar­tus. Bazę w Kuwe­ires z całą infra­struk­turą oddano euro­pej­skiej PMC.

Ta musiała ją prak­tycz­nie zbu­rzyć i wznieść od nowa.

Bre­mer nie miał poję­cia, jak Rosja­nie mogli ope­ro­wać w tak fatal­nych warun­kach. Nie było węzłów sani­tar­nych czy toa­let, zamiast nich na obrze­żach bazy wyko­pano po pro­stu podłużny rów, do któ­rego żoł­nie­rze zała­twiali swoje potrzeby. Ten rów raz na dwa tygo­dnie zale­wano ben­zyną i pod­pa­lano, zasmra­dza­jąc całą oko­licę. Budynki dowódz­twa, o ścia­nach maź­nię­tych farbą olejną, bez wąt­pie­nia tru­jącą, nie znały wyna­lazku kli­ma­ty­za­cji. Kulo­chwyt strzel­nicy był pia­skową wydmą, a w han­ga­rach dało się upiec indyka.

Gdy Imper­Cor wkro­czyło po pod­pi­sa­niu kon­traktu na "doradz­two" z nowymi, syryj­skimi wła­dzami, firma musiała wzno­sić bazę nie­mal od nowa. Pora­dziła sobie z tym zada­niem spraw­nie i szybko -?dziś Kuwe­ires pre­zen­to­wała się tak, że nawet naj­wy­god­niej­sze bazy NATO wyglą­dały przy niej jak ubo­gie ruiny.

PMC zapew­niała swoim kon­trak­to­rom jak naj­lep­sze warunki. Cóż, jeden z bene­fi­tów przej­ścia do sek­tora pry­wat­nego.

Nowym ele­men­tem bazy był szpi­tal polowy -?z zewnątrz wyglą­da­jący po pro­stu jak wielki, biały namiot, w środku ofe­ro­wał stan­dard pierw­szo­rzęd­nej szwaj­car­skiej kli­niki. W takich luk­su­sach bar­dzo szybko wra­cało się do zdro­wia.

Bre­mer zacią­gnął się głę­boko papie­ro­sem.

-?Said, co tam się do cho­lery stało? -?zapy­tał, wydmu­chu­jąc dym.

Syryj­czyk usiadł na krze­sełku obok, wes­tchnął ciężko.

-?Dzien­ni­ka­rze nie żyją -?rzekł. -?Naj­wy­raź­niej polo­wali wła­śnie na nich. Z naszych... prze­żyli Blues i Nokia z trze­ciego wozu. I ty. Mia­łeś wielki fart, bra­cie. Dosta­łeś trzy kule i wszyst­kie poszły w płyty bali­styczne. To naprawdę cud, Woj­ciech. Allah czuwa nad tobą.

-?Chyba tylko nade mną -?wes­tchnął najem­nik. Zacią­gnął się znowu, wydmu­chał dym. -?Said, do dia­bła, ci goście ukry­wali się w gaju oliw­nym. Naprawdę nic nie widzie­li­ście?

Said spo­chmur­niał.

-?Widzie­li­śmy -?odparł. -?Ostrze­ga­li­śmy was... ale się nie prze­bi­li­śmy.

Bre­mer obrzu­cił go prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem.

-?Ktoś zablo­ko­wał łącz­ność. Całą łącz­ność. Wy nie sły­sze­li­ście nas, my was. Trwało to krótko, kil­ka­na­ście sekund. Ale wystar­czyło. Ja ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem!

-?A ja ow­szem -?powie­dział Bre­mer. -?W Bag­da­dzie, jak jesz­cze byłem gów­nia­rzem. Na pierw­szej misji zagra­nicz­nej. Ame­ry­ka­nie potra­fili tak zablo­ko­wać wszystko przy Zie­lo­nej Stre­fie albo w rejo­nie dzia­łań.

-?Myślisz, że to oni?

Najem­nik wzru­szył ramio­nami. Strą­cił popiół z papie­rosa do sto­ją­cej obok opróż­nio­nej puszki po Coli.

-?Wtedy to była czarna magia, teraz... Coraz wię­cej gra­czy ma takie zabawki. Rosja­nie, Fran­cuzi, Chiń­czycy... Wiem o co naj­mniej jed­nym kar­telu nar­ko­ty­ko­wym w Mek­syku, który też dys­po­nuje taką tech­no­lo­gią. To mógł być każdy. Ale bez obaw, Said, dorwiemy tego kogoś.

Syryj­czyk znowu zro­bił dziwną minę.

-?My -?rzekł cicho. -?Nie ty.

Bre­mer spoj­rzał na niego groź­nie.

-?Co chcesz przez to powie­dzieć?

Bro­daty uniósł dło­nie w obron­nym geście.

-?Nikt nie zrywa z tobą kon­traktu! -?zapew­nił. -?Wręcz prze­ciw­nie, szef uważa, że wywią­za­łeś się wzo­rowo!

-?Wzo­rowo?! Bra­cie, zgi­nęła mi nie­mal cała ekipa! Dzien­ni­ka­rze! Nie wypeł­ni­łem misji!

-?Cza­sem porażka to po pro­stu porażka. Sam mi to mówi­łeś, Woj­cie­chu. Zresztą nie o to cho­dzi. -?Wycią­gnął z kie­szeni smart­fon, jeden z tych dro­gich modeli z zaawan­so­wa­nym opro­gra­mo­wa­niem szy­fru­ją­cym, sto­so­wa­nym przez wywiady, woj­ska spe­cjalne, pre­ze­sów wiel­kich kor­po­ra­cji. I PMC.

Podał tele­fon Bre­me­rowi.

-?Chciał z tobą poga­dać oso­bi­ście -?wyja­śnił Said.

Najem­nik patrzył na tele­fon, potem na Syryj­czyka.

Wła­śnie wtedy apa­rat się roz­dzwo­nił. Jak na zawo­ła­nie. Bre­mer ode­brał.

-?Dzień dobry, panie Woj­cie­chu! -?rzekł głos po dru­giej stro­nie. Mówił po angiel­sku z wyraź­nym ger­mań­skim akcen­tem. -?Czy ma pan czas na roz­mowę?

Dzwo­nił Mat­thias Ott­meyer, zało­ży­ciel i szef Imper­Cor.

Ott­meyer sta­no­wił szcze­gólny przy­pa­dek w świe­cie pry­wat­nych firm mili­tar­nych. Jak zdo­łał zorien­to­wać się Bre­mer, męż­czy­zna nie był woj­sko­wym, lecz dzie­dzi­cem gigan­tycz­nej for­tuny, który z jakichś powo­dów zde­cy­do­wał się wejść do branży i w kil­ka­na­ście lat zbu­do­wał jedną z naj­sku­tecz­niej­szych PMC na glo­bie.

Kon­ku­ren­cja? Jasne, była, ale Ott­meyer potra­fił się jej sku­tecz­nie pozbyć. Dopiero co pod koniec ubie­głego roku dziw­nym tra­fem jego naj­więk­szy kon­ku­rent, szef pew­nej ame­ry­kań­skiej firmy, tra­gicz­nie zgi­nął na wyspie pod Szan­gha­jem. Nie było, rzecz jasna, jakich­kol­wiek pod­staw, by podej­rze­wać, że Nie­miec miał z tym cokol­wiek wspól­nego. Ale zale­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej wchło­nął on resztki PMC zmar­łego Ame­ry­ka­nina.

Ot, przy­pa­dek!

Bre­mer spo­tkał Ott­mey­era tylko raz, pod­czas uro­czy­stej kola­cji wypra­wia­nej dla jego "współ­pra­cow­ni­ków" (tak Nie­miec okre­ślał swo­ich najem­ni­ków) w Wied­niu. Szef Imper­Cor wyda­wał się spo­koj­nym, tajem­ni­czym czło­wie­kiem, tak bar­dzo nie­pa­su­ją­cym do branży, w któ­rej dzia­łał. Jed­nak w jego oczach bły­skało coś, co budziło grozę, zaś drobna bli­zna w kąciku ust na zawsze wykrzy­wiła twarz męż­czy­zny w drwią­cym uśmieszku.

-?Ni­gdzie się nie wybie­ram, panie Ott­meyer -?odparł Bre­mer.

-?Cie­szę się, że wraca pan do zdro­wia, panie Woj­cie­chu -?rzekł szef Imper­Cor. -?To była trudna ope­ra­cja i mam świa­do­mość, że zro­bił pan wszystko, co w jego mocy, by się powio­dła. Ale obaj wiemy, że cza­sem to nie wystar­cza. Pra­gnę, by nie nosił pan w sobie poczu­cia winy. Ja dosko­nale rozu­miem całą sytu­ację.

-?A jed­nak wyrzuca mnie pan.

-?Wyrzu­cam?! A skądże! Suge­ruję jedy­nie krótki urlop, zwłasz­cza że... Cóż, nie ma żad­nego pro­stego spo­sobu prze­ka­za­nia takich wie­ści...

Bre­mer drgnął. Czuł, że to, co zaraz usły­szy, będzie gor­sze nawet od wyda­rzeń pod Damasz­kiem.

I było.

-?Mam złe wie­ści o pań­skim przy­ja­cielu -?powie­dział Ott­meyer. -?Cho­dzi o pana Bar­to­sza Litwiń­skiego. Wiem, że słu­ży­li­ście razem, dla­tego z tym więk­szą przy­kro­ścią muszę pana poin­for­mo­wać o śmierci przy­ja­ciela.

Najem­nik nie powie­dział ani słowa. Mil­czał, kur­czowo ści­ska­jąc tele­fon.

-?To było samo­bój­stwo -?cią­gnął dalej bar­dzo łagod­nym gło­sem Ott­meyer. - Dla­tego pra­gną­łem skon­tak­to­wać się bez­po­śred­nio z panem. Jest mi bar­dzo przy­kro. Wiem, że pan Litwiń­ski miał rodzinę, żonę i dziecko. Miesz­kają w Bruk­seli, dla­tego chcia­łem wła­śnie zapro­po­no­wać krótki urlop. Może zechciałby pan do nich poje­chać, wes­przeć ich w tej naj­trud­niej­szej chwili?

-?Tak -?odparł wresz­cie Bre­mer. -?To byłoby miłe.

-?Oczy­wi­ście, pokryję wszel­kie koszty podróży i wypłacę panu za ten czas należne wyna­gro­dze­nie -?zapew­nił szef. -?Jed­nak sądzę, że przyda się panu odro­bina odde­chu.

Bre­mer wie­dział, że nie cho­dzi tylko o to. Fia­sko ope­ra­cji w Damaszku, a potem wieść o śmierci przy­ja­ciela mogła wpły­nąć na jego sku­tecz­ność w polu. Ott­meyer nie bez przy­czyny zatrud­niał sztab psy­cho­lo­gów, któ­rzy oce­niali men­talne pre­dys­po­zy­cje każ­dego z jego współ­pra­cow­ni­ków i reago­wali, gdy zano­siło się na to, że coś może pójść nie tak.

Bez wąt­pie­nia pochy­lili się i nad jego przy­pad­kiem.

"Litwin, do cho­lery!"

Samo­bój­stwa były plagą wśród wete­ra­nów. Nie­le­czone PTSD zbie­rało żniwo nie­mal tak straszne jak wojna. Teraz cho­roba wycią­gnęła swe krwawe szpony po jego przy­ja­ciela.

-?Panie Woj­cie­chu?

-?T... tak, jestem. Dzię­kuję, panie Ott­meyer. Bar­dzo chęt­nie spo­tkam się z rodziną Litwina. Dzię­kuję za to, co pan robi. Doce­niam to.

-?Zawsze myślę o moich współ­pra­cow­ni­kach. Said prze­każe panu szcze­góły wyjazdu.

-?Said świet­nie pora­dził sobie pod Damasz­kiem -?wtrą­cił Bre­mer, zer­ka­jąc na kolegę. -?Gdy łącz­ność padła, od razu ruszył do nas. Wyka­zał się ini­cja­tywą i zde­cy­do­wa­niem. Tylko dzięki temu żyję. Ja i pozo­stali oca­lali.

-?Będę o tym pamię­tał, panie Woj­cie­chu -?odparł uprzej­mie Nie­miec, po czym się roz­łą­czył.

Bre­mer podał tele­fon Saidowi.

-?Nie musia­łeś -?rzekł Syryj­czyk.

-?Musia­łem. -?Najem­nik zga­sił nie­do­pa­łek. -?Tylko dzięki tobie mogę tu sobie leżeć i wku­rzać leka­rzy kop­ce­niem tego badzie­wia. -?Poma­chał paczką z kozą.

-?Jedziesz?

-?Do Europy? Tak. Litwin był... Nie­ważne. -?Zapa­lił kolej­nego, kaszl­nął, pokrę­cił głową. -?Jedno nie daje mi spo­koju...

-?Mój wuj też się zabił -?powie­dział Said. -?Powie­sił się. Zawsze zada­jemy sobie wtedy pyta­nia...

-?Nie, nie o tym mówię. Cho­dzi o ten atak. Nie wiemy, kto za nim stał? Żad­nych tro­pów?

-?Nic. Może to loja­li­ści Asada? Może Rosja­nie, pró­bu­jący poka­zać, jak nie­bez­piecz­nie jest pod nową wła­dzą? A może ktoś jesz­cze inny?

-?Jeden z tych gości miał tatuaż. Widzia­łem wyraź­nie litery. "USV". Albo "US" i "V", bo była tam prze­rwa.

-?Mogę roz­py­tać.

-?Zrób to, pro­szę, i daj mi znać. -?Bre­mer strą­cił znowu nieco popiołu do puszki. Spró­bo­wał wstać, ale plecy i pierś jesz­cze go bolały. Był naprawdę solid­nie obity. To cud, że żył.

"To ty powi­nie­neś żyć, Litwin. Mia­łeś rodzinę, plany... A ja? Czemu ja tu zosta­łem, a ty nie?"

Wtedy coś sobie przy­po­mniał. Nie doty­czyło to mar­twego przy­ja­ciela, lecz samego ataku. Obrazy zaczęły do niego wra­cać jak zagi­nione klatki filmu.

Wyta­tu­owany wyciąga Palecz­nego z wozu. Zmu­sza go do uklęk­nię­cia. Wyj­muje tele­fon, poka­zuje mu coś, chowa. A potem wali serią w tors star­szego męż­czy­zny.

-?Jak zgi­nęły Fran­cuzki? -?zapy­tał Saida.

Ten zro­bił zasko­czoną minę.

-?Otwo­rzyli drzwi Toyoty i prze­je­chali po nich serią, tak jak sie­działy -?odparł.

-?Nie wywle­czono ich na zewnątrz? Jak do egze­ku­cji?

-?Ależ skąd! Musiało im się spie­szyć, bo po pro­stu nafa­sze­ro­wali je oło­wiem. Nawet nie dostrze­lali naszych. Cie­bie. Tylko ten Polak był poza wozem. Pew­nie ucie­kał.

Bre­mer pokrę­cił głową.

-?Nie ucie­kał. Wywle­kli go, tyle jesz­cze widzia­łem. Ten gość z tatu­ażem. -?Spoj­rzał na Syryj­czyka. -?Cho­dziło im tylko o niego, Said. Tylko o niego.

Wydzie­loną salkę wypeł­niał gęsty papie­ro­sowy dym, ciężki niczym straszne wspo­mnie­nie.

* * *

Bre­mer otrzy­mał bilety do klas biz­nes, ale nie za bar­dzo się nimi nacie­szył, bo więk­szość czasu prze­spał.

Podróż z Damaszku do turec­kiej Anta­lyi prze­bie­gła dobrze, ale już lot z Anta­lyi do Bruk­seli upły­nął we wręcz luk­su­so­wych warun­kach. Ste­war­desy co chwila ofe­ro­wały dar­mowe drinki, któ­rych męż­czy­zna uprzej­mie odma­wiał, opi­ja­jąc się w zamian słod­kimi napo­jami. Nie odmó­wił sobie też pie­czo­nych na pokła­dzie, cięż­kich cze­ko­la­do­wych cia­ste­czek. Gdy opusz­czał pokład maszyny już na lot­ni­sku w Bruk­seli, poziom cukru w jego orga­ni­zmie musiał się­gać stra­tos­fery.

Pier­wotny plan na tę podróż był zupeł­nie inny -?męż­czy­zna chciał spę­dzić loty, robiąc coś, na co w ostat­nich tygo­dniach miał nie­wiele czasu, czyli grać w stare gry. Jedni czy­tali książki, inni oglą­dali filmy, jesz­cze inni kolek­cjo­no­wali znaczki, a Bre­mer kupił sobie bar­dzo dro­giego lap­topa gamin­go­wego, tylko po to, aby grać na nim w pro­duk­cje sprzed dwu­dzie­stu lat.

I po kilku minu­tach prze­stał, zamknął kom­pu­ter i scho­wał go z powro­tem do torby.

Gry za bar­dzo przy­po­mi­nały mu o Litwiń­skim. I o innych rze­czach.

Jego przy­ja­ciel także był mania­kiem takich pro­duk­cji, znali się zresztą od dzie­ciń­stwa, grali wspól­nie na kom­pu­te­rze Litwina, kupio­nym chło­pa­kowi za cięż­kie pie­nią­dze na komu­nię. Sen­ty­ment do sta­rych gier został im na zawsze. Gdy jesz­cze obaj słu­żyli w woj­sku, zanim Litwin poznał swoją przy­szłą żonę, prze­pustki spę­dzali przy kom­pu­te­rach, pró­bu­jąc odpa­lać sta­rze­jące się pro­duk­cje.

A teraz Litwina już nie było.

Bre­mer opusz­czał pokład samo­lotu wście­kły. Wście­kły na sie­bie, za to, że wcią­gnął tyle cukru. Wście­kły na pogodę, która ude­rzyła w niego zim­nym, euro­pej­skim wia­trem. Wście­kły na sie­bie za to, że wcią­gnął Litwina w to, co osta­tecz­nie ich skłó­ciło i roz­dzie­liło. Wście­kły, że ni­gdy go nie prze­pro­sił, nie pogo­dził się z nim. Wresz­cie wście­kły na samego Litwiń­skiego za to, że ten ode­brał samego sie­bie światu.

"Cho­lerny, pie­przony ego­isto!"

Prze­szedł przez odprawę celną bez naj­mniej­szego pro­blemu. Jako oby­wa­tela Unii Euro­pej­skiej obo­wią­zy­wała go mini­malna pro­ce­dura, na bagaż zaś skła­dały się nie­duża torba od 5.11 i spory ple­cak tak­tyczny tej samej marki. Nie woził ze sobą niczego, co znaj­do­wa­łoby się na euro­pej­skiej czar­nej liście, o broni nie wspo­mi­na­jąc. To powo­do­wało u Bre­mera naj­więk­szy dys­kom­fort -?bez swo­jego Siga P320 Com­pact czuł się kom­plet­nie nagi.

Ale prze­pisy to prze­pisy, a ostat­nie, czego potrze­bo­wał Bre­mer, to kło­poty z pra­wem.

Udał się do toa­lety, sta­nął przed rzę­dem umy­wa­lek, chcąc odświe­żyć się po dłu­giej podróży. Odło­żył torby na pod­łogę i nie zwa­ża­jąc na ludzi obok, zdjął T-shirt, po czym odkrę­cił wodę i zaczął się myć. Sta­rał się nie patrzeć za bar­dzo w lustro, z któ­rego spo­glą­dał na niego dobrze zbu­do­wany męż­czy­zna w wieku trzy­dzie­stu ośmiu lat. Nie miał na ciele żad­nych tatu­aży, ale tors, plecy i prawy bok zna­czyło kilka paskud­nych blizn. Bre­mer wycią­gnął golarkę, krem i zaczął pozby­wać się przy­dłu­giego zaro­stu. Czarne włosy także wyma­gały lek­kiego przy­cię­cia, ale to zostawi już pro­fe­sjo­na­li­stom. Prze­płu­kał kilka razy ogo­loną teraz na gładko twarz, po czym wycią­gnął z torby cie­plej­szą bluzę z kap­tu­rem i kurtkę - tem­pe­ra­tury w Syrii i Tur­cji a aura w Bel­gii to były dwie, skraj­nie różne sprawy.

Jesz­cze raz się sobie przyj­rzał. Czujne, ciemne oczy, wyraźny, lekko skrzy­wiony po zła­ma­niu nos. Z zaro­stem, opa­lony, mógł ucho­dzić nawet za Araba, ogo­lony -?po pro­stu za przy­stoj­nego Euro­pej­czyka.

Udał się do jed­nego z licz­nych skle­pów na lot­ni­sku, po czym przy­sta­nął, zasta­na­wia­jąc się, co wła­ści­wie powi­nien im kupić. Ile lat miała córka Litwina? Dzie­sięć? Nie, chyba mniej. Bre­mer zaczął krę­cić się w oko­li­cach sto­iska z kloc­kami Lego, ale nie miał poję­cia, czym wła­ści­wie bawią się teraz dzie­ciaki w jej wieku. Czy w ogóle się bawią? A może na okrą­gło sie­dzą w smart­fo­nach?

"Przy­je­dziesz tam do nich, wielki nie­obecny, i rzu­cisz małej, która stra­ciła sta­rego, zestaw Lego Bar­bie? Myśl tro­chę, Bre­mer!"

Wewnętrzny głos miał rację. W związku z tym najem­nik kupił w skle­pie jedy­nie kar­ton Cameli, po czym wyszedł na zewnątrz, chcąc zła­pać tak­sówkę. Cze­ka­jąc, aż któ­raś do niego pod­je­dzie, wycią­gnął z kar­tonu jedną paczkę papie­ro­sów, otwo­rzył ją i zapa­lił.

Dopiero po chwili zorien­to­wał się, że wszy­scy wokół odsu­nęli się od niego i patrzyli, jakby co naj­mniej zamor­do­wał im psa. Wresz­cie jakaś kobieta zebrała się na odwagę, pode­szła i macha­jąc dłońmi, tłu­ma­czyła coś po fran­cu­sku, poka­zu­jąc to na papie­rosa, to na wielki znak wiszący dokład­nie za Bre­me­rem.

Wid­niał tam prze­kre­ślony papie­ros, a wiel­kie litery w trzech języ­kach surowo zaka­zy­wały pale­nia.

Bre­mer poki­wał głową, wyko­nu­jąc dłońmi prze­pra­sza­jący gest, i wyrzu­cił nie­do­pa­łek na chod­nik, zgnia­ta­jąc go butem. Kobieta wywró­ciła oczami, ale nie powie­działa nic wię­cej. Z opre­sji wyba­wiła najem­nika nad­jeż­dża­jąca tak­sówką.

-?My friend! -?krzyk­nął do niego rado­sny kie­rowca o arab­skich rysach. -?First time in Europe?

-?No -?odparł twardo Bre­mer, wsia­da­jąc. Wie­dział, że inna odpo­wiedź ozna­cza trzy­krot­nie wyż­szy rachu­nek za prze­jazd.

Poka­zał adres na tele­fo­nie wyświe­tlony na mapach Google, wraz z dokładną odle­gło­ścią i cza­sem prze­jazdu. Sygnał dla tak­sia­rza miał być jed­no­znaczny: "Wiem, dokąd jadę i ile to zaj­mie. Nie pró­buj mnie oszu­kać".

Może bruk­sel­scy tak­sów­ka­rze byli inni od tych z Bli­skiego Wschodu, ale Bre­mer nie miał zamiaru ryzy­ko­wać.

-?Okay, okay, here we go, my friend! -?zawo­łał kie­rowca i włą­czyli się do ruchu.

Sto­lica Unii Euro­pej­skiej, wci­śnięta w nie­wiel­kie tery­to­rium Bel­gii, nie impo­no­wała rze­czy­wi­stym roz­mia­rem, jed­nak spra­wiała wra­że­nie mia­sta monu­men­tal­nego i nie­ogar­nio­nego. Decy­do­wała o tym archi­tek­tura - Bruk­sela zda­wała się jedną wielką sta­rówką, w któ­rej zabu­dowa XVIII i XIX wieku płyn­nie prze­cho­dziła w sece­sję, a nawet w nowo­cze­śniej­sze formy. Te ostat­nie wkom­po­no­wano z takim wyczu­ciem, że nie zakłó­cały har­mo­nii ani ele­gan­cji metro­po­lii. Co pewien czas wzrok przy­cią­gały zie­lon­kawe pomniki: jeźdźcy na koniach lub zwie­rzęta, naj­czę­ściej lwy, doda­jące mia­stu powagi i histo­rycz­nej głębi. Im bli­żej cen­trum, tym bar­dziej zakor­ko­wane ulice -?Bruk­sela była najbar­dziej zakor­ko­waną sto­licą ze wszyst­kich w Euro­pie i ciężko zapra­co­wała na tę repu­ta­cję. W któ­rymś momen­cie Bre­mer uznał, że szyb­ciej dotarłby na pie­chotę. Jakby wyczu­wa­jąc myśli klienta, pro­wa­dzący tak­sówkę Arab co jakiś czas pona­glał innych kie­row­ców, prze­pla­ta­jąc fran­cu­skie "Allez! Allez!" z arab­skim "Yal­lah! Yal­lah!".

Najem­nik stwier­dził w końcu, że wyko­rzy­sta ten czas na usta­wie­nie tele­fonu.

To był spe­cjalny apa­rat, można rzec -?cywilny, któ­rego Bre­mer uży­wał tylko w Euro­pie. Nie było na nim nic, co mogłoby zdra­dzić, gdzie najem­nik bywał wcze­śniej i czym się zaj­mo­wał. Apa­rat zawsze prze­trzy­my­wał w szczel­nym sej­fie w bazach Imper­Cor, z wybe­be­szoną bate­rią i kartą, które męż­czy­zna skła­dał dopiero jakiś czas po wylą­do­wa­niu.

Gdy smart­fon się akty­wo­wał, przyj­mu­jąc dzie­siątki aktu­ali­za­cji, Bre­me­rowi wyświe­tliło się kilka powia­do­mień o wia­do­mo­ściach od jego matki... i nic wię­cej.

Żad­nej wia­do­mo­ści od Litwina.

Męż­czy­zna ode­tchnął z ulgą. Gdyby teraz oka­zało się, że jego przy­ja­ciel szu­kał u niego pomocy, dzwo­nił lub pisał na ten numer, Bre­mer nie potra­fiłby sobie tego wyba­czyć.

"Tak jak­byś teraz nie miał żad­nych wyrzu­tów sumie­nia".

Litwin, gdy wypro­wa­dził się do Bruk­seli z rodziną, zamiesz­kał w budynku numer 212 przy Chaussée de Wavre. Dosłow­nie rzut kamie­niem od Par­la­mentu Euro­pej­skiego. Choć już wtedy ze sobą nie roz­ma­wiali, przy­ja­ciel wysłał jesz­cze matce Bre­mera namiary na sie­bie. Ta prze­ka­zała je synowi, ale męż­czy­zna ni­gdy z nich nie sko­rzy­stał.

Aż do teraz.

Czy oni tam w ogóle jesz­cze miesz­kali? A co, jeśli Litwiń­ski zaro­bił w Bruk­seli tyle, że kupił sobie pała­cyk za mia­stem? Bre­mer miał się za chwilę prze­ko­nać.

Dotarli na miej­sce. Ulica była wąska, kamie­nice -?stare i nowe - wzno­siły się tu w górę niczym ściany kanionu. Tak­sów­karz zatrzy­mał się dokład­nie pod wej­ściem do klatki scho­do­wej, blo­ku­jąc ruch całego pasa. Nikt się tym nie prze­jął -?pozo­stałe auta po pro­stu zaczęły go wymi­jać, podob­nie jak nie­liczni rowe­rzy­ści.

-?Twenty euro, my friend! -?zawo­łał Arab z sze­ro­kim uśmie­chem.

Bre­mer się­gnął do kie­szeni, ale zdał sobie sprawę, że na lot­ni­sku kobieta w kan­to­rze wydała mu pie­nią­dze tylko set­kami i pięć­dzie­siąt­kami. Uśmiech­nął się do samego sie­bie i dał męż­czyź­nie okrą­głe pięć dych. Jesz­cze na lot­ni­sku był gotów tar­go­wać się o każ­dego centa, ale tu, pod tym budyn­kiem, wie­dząc, kogo może zastać w środku, stra­cił całą swą sta­now­czość.

"Tak jakby potężny napi­wek dla tak­sów­ka­rza mógł napra­wić to, co zro­bi­łem?"

-?Keep the change -?rzekł i wysiadł, zabie­ra­jąc torby.

Arab spo­glą­dał na bank­not kom­plet­nie onie­miały. To nie była zapewne zawrotna kwota, która zmieni jego życie, ale jeśli cho­dziło o napiwki, to ten musiał być jak na bruk­sel­skie warunki rekor­dowy.

-?Wait, my friend, wait! -?zawo­łał jesz­cze za Bre­me­rem. Szu­kał cze­goś zara­zem inten­syw­nie w schowku, wresz­cie wycią­gnął przez uchy­loną szybę dłoń, w któ­rej ści­skał nie­wielki, kolo­rowy kar­to­nik. -?My friend... if you want... ymm... tra­vel... -?To, co chciał prze­ka­zać, wyraź­nie prze­kra­czało jego umie­jęt­no­ści w poro­zu­mie­wa­niu się angiel­skim. Zmie­nił więc język na fran­cu­ski, tu szło spraw­niej, ale był jeden pro­blem: Bre­mer nie znał fran­cu­skiego.

-?Możemy pomó­wić w ten spo­sób, sadiq1 -?powie­dział najem­nik płyn­nym arab­skim.

Oczy tak­sów­ka­rza zogrom­niały.

-?Znasz nasz język, bra­cie? -?zapy­tał.

-?Tro­szeczkę -?odparł znów Bre­mer, bez śladu akcentu.

Kie­rowca uśmiech­nął się ser­decz­nie. Postu­kał w wizy­tówkę, przed­sta­wia­jącą auto i jego samego.

-?Gdy­byś potrze­bo­wał poje­chać gdzieś, gdzie­kol­wiek, to zadzwoń na ten numer -?rzekł. -?To mój pry­watny tele­fon. Dla spe­cjal­nych klien­tów, dobrze? Jesteś swój, dla mnie jesteś swój.

-?Dzię­kuję, bra­cie. Maas sala­amah!2

-?Wa'alej­kum salam!3

Auto odje­chało.

Bre­mer długo stał na ulicy, aż w końcu odwró­cił się i wszedł w cień wej­ścia do budynku. Pamię­tał numer miesz­ka­nia. Ostat­nie pię­tro. Z ulicy, jeśli dobrze liczył, było widać ich bal­kon.

A jed­nak długo zbie­rał się do naci­śnię­cia guzika. W końcu poko­nał ten wewnętrzny opór.

Chwilę trwało, nim ktoś ode­brał. Zamiast pyta­nia zadźwię­czał po pro­stu brzę­czyk, sygna­li­zu­jący, że drzwi są otwarte. Bre­mer wszedł do środka, zasko­czony.

Zoba­czył windę, ale nie miał zwy­czaju korzy­stać, no, chyba że musiałby dostać się na szczyt wie­żowca. Winda to pułapka. Winda to trumna.

Wresz­cie sta­nął przed drzwiami do miesz­ka­nia swego przy­ja­ciela. Naci­snął dzwo­nek i cze­kał.

Za drzwiami krzą­ta­nina. Kobiecy głos coś woła, odpo­wiada mu dziecko. Wresz­cie drzwi się roz­warły. Sta­nęła w nich kobieta... i zamarła. Naj­wy­raź­niej ocze­ki­wała kogoś innego niż Bre­mer.

Była taka, jak ją pamię­tał -?burza pło­mien­no­ru­dych, krę­co­nych wło­sów, okrą­gła, pie­go­wata buzia, zie­lone oczy, lekko zadarty nos. Zgrabna syl­wetka wbita w bluzę i spodnie medyczne. Szy­ko­wała się chyba do pracy. Tuż za nią stała dziew­czynka, ubrana tak, że widać było, iż przy­go­to­wuje się do szkoły.

Żona Litwina spo­glą­dała na męż­czy­znę zim­nym wzro­kiem.

-?Jesz­cze cie­bie tu bra­ko­wało! -?wes­tchnęła.

Po czym rzu­ciła mu się w obję­cia.

* * *

Litwiń­ski poznał Ali­cję, gdy słu­żyli jesz­cze w For­mo­zie. Z jakiejś przy­czyny wylą­do­wał na jed­nym z trój­miej­skich SOR-ów, gdzie ona doko­ny­wała selek­cji pacjen­tów. Litwin potra­fił być cho­ler­nie uro­czy, zba­je­ro­wał pie­lę­gniarkę tak, że ta dała mu czer­woną tasiemkę ozna­cza­jącą pacjenta, który musi być obsłu­żony w pierw­szej kolej­no­ści. Zaczęli się spo­ty­kać wkrótce potem. Ślub wzięli po pół roku. Świad­kiem od strony Litwiń­skiego był Bre­mer.

Po ślu­bie przy­ja­ciel bar­dzo się zmie­nił -?zro­zu­miałe. Rodzina nada­wała nową per­spek­tywę, zwłasz­cza że dość szybko uro­dziła im się córka -?mała Mariola kom­plet­nie wywró­ciła ich życie do góry nogami, ale służba była zazdro­sna i w kolej­nych latach obie kobiety coraz mniej widy­wały Litwina w domu. Bre­mer nie miał takich pro­ble­mów -?ni­gdy nie zwią­zał się z nikim na stałe, oka­zjo­nalne przy­gody nie docze­ki­wały się kon­ty­nu­acji. Litwi­nowi jed­nak życie ope­ra­tora For­mozy już nie paso­wało.

Zakoń­czyli służbę pięć lat temu, mniej wię­cej w tym samym cza­sie. Litwin prze­szedł na wcze­śniej­szą eme­ry­turę. Bre­mera wyrzu­cili.

Wtedy już nie­wiele roz­ma­wiali. I to wcale nie przez rodzinę Litwiń­skiego.

Litwin miał na sie­bie plan -?widział, że doradz­two w zakre­sie bez­pie­czeń­stwa i ochrony to wciąż nie­za­go­spo­da­ro­wany w Euro­pie obszar, zwłasz­cza w jej wschod­niej czę­ści. I otwo­rzył wła­sną firmę. Podobno dora­dzał poli­ty­kom i biz­nes­me­nom, zaś krótko potem zabrał rodzinę do Bruk­seli, gdzie zapro­po­no­wano mu jakąś robotę przy Par­la­men­cie Euro­pej­skim.

Bre­mer w tym cza­sie już dawno pra­co­wał jako najem­nik. W tej branży nikogo nie inte­re­so­wało, z jakich powo­dów wywa­lono go ze służby w eli­tar­nej pol­skiej jed­no­stce. Liczyło się to, że umiał zabi­jać.

I ow­szem -?w zabi­ja­niu Bre­mer był naprawdę dobry.

Ali­cja zapro­siła go do środka.

-?Po małą ma przy­je­chać mama jej kole­żanki, a ja mam dyżur popo­łu­dniowy -?traj­ko­tała. -?No, ale lubię się przy­go­to­wać wcze­śniej... -?Całą drogę z przed­po­koju do kuchni gadała wła­śnie o takich pier­do­łach.

Tym­cza­sem najem­nik roz­glą­dał się po miesz­ka­niu. Naprawdę porządny apar­ta­ment, lekko ponad 120 metrów kwa­dra­to­wych. Bre­mer i Litwin byli chło­pa­kami z blo­ko­wisk, doj­rze­wa­ją­cymi w maleń­kich klit­kach, gdzie w dwóch poko­jach miesz­kało się z rodzi­cami i nie­kiedy dziad­kami. Ten lokal robił wra­że­nie! Bre­mer wyobra­żał sobie przy­ja­ciela, jak go wraz z żoną urzą­dzał. Jak szczę­śliwy musiał być.

"Nie dość szczę­śliwy, by chcieć tu dłu­żej pożyć", pod­rzu­cił w jego myślach gorzki głos.

Dotarli do kuchni. Mała już tam sie­działa, przy­glą­da­jąc się badaw­czo tajem­ni­czemu gościowi. Dziew­czynka była małą, dzie­cięcą kopią Litwiń­skiego. Te same oczy, nos, włosy, czujne, nieco cwa­niac­kie spoj­rze­nie. Po matce odzie­dzi­czyła tylko piegi.

Bre­mer uśmiech­nął się do niej, mru­gnął okiem. Ta uśmiech­nęła się prze­bie­gle, jakby wie­działa o czymś, o czym najem­nik nie miał poję­cia.

Znowu zadzwo­nił dzwo­nek.

-?To pew­nie ona... -?rze­kła Ali­cja, zosta­wia­jąc ich w kuchni. Pobie­gła do przed­po­koju. Po chwili dało się usły­szeć stam­tąd roz­mowy po fran­cu­sku.

Mała na­dal przy­glą­dała się Bre­me­rowi.

-?Po co ci tyle rze­czy? -?zapy­tała wresz­cie, spo­glą­da­jąc na jego torbę.

-?To nie jest wcale dużo rze­czy -?odparł. -?Pew­nie w swoim pokoju masz wię­cej.

-?Ale ja ich nie noszę w takiej wiel­kiej tor­bie. Nie chcia­łoby mi się. - Pokrę­ciła głową.

Bre­mer się zaśmiał. Z przed­po­koju dobiegł ich okrzyk Ali­cji:

-?Mariol, chodź, Zoe już tu jest!

Dziew­czynka nie­chęt­nie ode­szła od sto­lika, wzięła swój ple­cak i już miała iść, ale odwró­ciła się jesz­cze, spoj­rzała na męż­czy­znę.

-?Czy teraz ty będziesz z nami miesz­kał?

Najem­nik zro­bił głu­pią minę.

-?Nie -?odparł w końcu.

-?Szkoda. Byłoby faj­nie, skoro taty już nie ma -?zakoń­czyła i udała się do przed­po­koju. Po chwili drzwi się za nią zamknęły. Wró­ciła Ali­cja.

-?Kawy? -?zapy­tała i od razu nasta­wiła czaj­nik.

Za moment przed Bre­me­rem sta­nął solidny kubek z ciem­nym napo­jem, a obok kar­to­nik mleka.

-?Mleko do kawy, prawda? -?rze­kła kobieta.

-?Pamię­ta­łaś.

-?Ja wszystko pamię­tam, Woj­tek.

Usia­dła naprze­ciwko niego, mie­szała łyżką w swoim kubku, to w jedną, to w drugą stronę. Mil­czała.

-?Jak się czu­jesz? -?zapy­tał wresz­cie Bre­mer, pró­bu­jąc prze­ła­mać ciężką ciszę.

-?A jak myślisz? -?odparła. -?Myślisz, że jak się czuję?!

-?Prze­pra­szam, po pro­stu... Wybacz. -?Upił łyk kawy, by ukryć swoją nie­zręcz­ność.

-?Po co tu jesteś, Woj­tek? Po co przy­je­cha­łeś?

-?Ala, ja... nie wiem. Chcia­łem pomóc tobie, wam. Jakoś...

Prych­nęła.

-?A w czym niby nam pomo­żesz? W czym?!

-?Okej, w porządku, to nie była prawda. Nie cała. Tak, chcę wam pomóc. Jestem to winien tobie. Tobie i jemu. Ale chcia­łem też... dowie­dzieć się. Dowie­dzieć się dla­czego.

-?Dla­czego on to zro­bił?

-?Tak.

-?Bo co? Bo boisz się, że to przez cie­bie? Że to dla­tego odszedł wtedy ze służby?!

-?Bar­tek nie miał z tym nic wspól­nego -?zapro­te­sto­wał Bre­mer, okła­mu­jąc i sie­bie, i ją. -?Nic!

-?On mi wszystko powie­dział! -?Teraz kobieta aż krzy­czała. -?Ja wiem wszystko! Wiem, co zro­bi­łeś. Wiem, co on zro­bił!

-?Nikt o tym nie wie­dział!

-?Nie musiał wie­dzieć. To, co wtedy się wyda­rzyło, zamknęło wszystko, dla cie­bie i dla niego. A teraz przy­cho­dzisz tutaj, bo boisz się, że to twoja wina, tak?!

Bre­mer opu­ścił wzrok, sku­pia­jąc się na nie­ru­cho­mej teraz tafli kawy w swoim kubku. W końcu rzekł:

-?Tak, boję się, że to przeze mnie. A wiesz dla­czego? Bo niczego nie żałuję. Nie żałuję tego, co zro­bi­łem. I wiesz co? Zro­bił­bym to jesz­cze raz.

Ali­cja spo­glą­dała na niego długo... aż w końcu się zaśmiała. Szcze­rze się zaśmiała.

-?Dzię­kuję ci, Woj­tek -?powie­działa miękko, a w jej oczach widział tę samą sym­pa­tię co kie­dyś. -?Dzię­kuję. -?Ujęła jego dłoń.

-?Za co?

-?Za szcze­rość. Wiesz, ile osób, nawet bli­skich przy­ja­ciół, przy­cho­dzi tu i kła­mie mi w żywe oczy? Tak, to mają być pocie­sza­jące kłam­stwa... ale kłam­stwo to kłam­stwo, Woj­tek. A ty powie­dzia­łeś mi prawdę. Niczego nie żału­jesz? To dobrze. Ja myślę, że Bar­tek... że on też nie żało­wał. Miał do cie­bie pre­ten­sje, tak. Ale nie żało­wał tego, co zro­bi­li­ście, rozu­miesz? Jeśli więc przy­je­cha­łeś tu, poko­na­łeś ten kawał drogi, by szu­kać odku­pie­nia... by dowie­dzieć się, czy nie zro­bił tego przez cie­bie, to wiedz, że nie. Chyba nie.

Nad sto­łem znowu zapa­dło dłu­gie mil­cze­nie. Tym razem żadne z nich nie pró­bo­wało zaga­dy­wać ciszy.

-?Więc co? Co się stało? -?zapy­tał wresz­cie Bre­mer.

Ali­cja spoj­rzała w bok.

-?Wiesz, co powie­dział mi na dzień przed... przed tym? -?rze­kła, a w jej oczach zaszkliły się łzy. -?Powie­dział mi, że lata spę­dzone ze mną to były naj­lep­sze lata jego życia. Tak mi powie­dział. Wie­rzy­łam mu, chyba na­dal wie­rzę... i tym bar­dziej tego nie rozu­miem.

Nie powie­dzieli sobie nic wię­cej. Bre­mer dopił kawę. Zapro­po­no­wała mu śnia­da­nie, ale odmó­wił.

-?Muszę zna­leźć jakiś hotel -?powie­dział. -?Będę jesz­cze kilka dni.

Już kie­ro­wał się do wyj­ścia, kiedy zawo­łała za nim:

-?Zostań!

Odwró­cił się.

-?Zostań z nami, mamy gościnny pokój. No i są rze­czy Bartka, chcia­ła­bym, byś je zabrał. Spa­ko­wał cały kar­ton, spe­cjal­nie dla cie­bie. Powie­dział mi, że da ci go, gdy pój­dziesz po rozum do głowy. Myśla­łam, że chce się z tobą pogo­dzić. To było ze dwa mie­siące temu... Nie spo­dzie­wa­łam się, że mu cho­dzi o co innego... Zostań, Woj­tek. Na kilka dni, okej?

-?Dobrze, Ala -?odparł. -?Dzię­kuję ci.

Na zewnątrz mia­sto budziło się do życia.

* * *

Rozej­rzał się po miesz­ka­niu dopiero, gdy Ala wyszła do pracy.

Był sam, zmę­czony podróżą, szo­kiem kli­ma­tycz­nym i całym cię­ża­rem emo­cji, jakie towa­rzy­szyły mu od chwili, gdy sta­nął w progu domu zmar­łego przy­ja­ciela. Ale jed­no­cze­śnie na­dal pozo­sta­wał żoł­nie­rzem, prze­szko­lo­nym, choć byłym prze­cież, ope­ra­to­rem wojsk spe­cjal­nych, który widział śmierć i wojnę na wła­sne oczy. Sie­dział w samym jej środku jesz­cze kilka dni temu.

Spraw­dził wszyst­kie pokoje, szu­ka­jąc ewen­tu­al­nych kry­jó­wek, wyjść ewa­ku­acyj­nych, wresz­cie punk­tów wej­ścia, gdyby miesz­ka­nie miało zostać zaata­ko­wane. Apar­ta­ment był spory -?wielki salon z wyj­ściem na bal­kon, aneks kuchenny, przej­ście do pozo­sta­łych trzech pokoi -?sypialni z gar­de­robą, pokoju małej i gościn­nego, w któ­rym Bre­mer zosta­wił swoje rze­czy. Łazienka i toa­leta -?oddziel­nie.

"Nie­źle się urzą­dzi­łeś", pomy­ślał męż­czy­zna.

Dopiero gdy już spraw­dził abso­lut­nie wszystko, pozwo­lił sobie na roz­pa­ko­wa­nie torby. Nie było tego wiele: tro­chę ubrań na zmianę, przy­bory toa­le­towe, dez­odo­rant, pasta do zębów, mocne leki prze­ciw­bó­lowe... Żad­nych noży, zapa­so­wej amu­ni­cji, żad­nego zestawu IFAK, wła­ści­wie niczego, co mogłoby spra­wić pro­blemy na lot­ni­skach i, co naj­waż­niej­sze, suge­ro­wać, kim naprawdę był.

Pokój gościnny oka­zał się nie­wielki i nie­mal pusty. Na jego środku spo­czy­wał solidny biały kar­ton z rze­czami Litwina. W miesz­ka­niu ponie­wie­rały się zabawki córki i bibe­loty Ali­cji, ale po jej mężu jakby wszelki ślad zagi­nął. Bre­mer zro­zu­miał, że Ala spa­ko­wała wszystko, co koja­rzyło jej się z Litwi­nem, i zamknęła to w nie­du­żym pokoju. Zatrza­snęła za tym drzwi, jakby zatrza­ski­wała wieko do trumny.

Bre­mer nie oce­niał. Każdy prze­żywa żałobę tak, jak umie naj­le­piej, a ona z pew­no­ścią prze­cho­dziła przez naj­gor­szy okres w swoim życiu.

Udał się do łazienki i już w drzwiach par­sk­nął śmie­chem -?na samym środku pomiesz­cze­nia stała gigan­tyczna wanna. Nie­wąt­pli­wie wybie­rał ją Litwin, który wprost uwiel­biał godzi­nami leżeć w gorą­cej wodzie. Bre­mer zde­cy­do­wał się uczcić przy­ja­ciela, korzy­sta­jąc z dobro­dziejstw, jakie taka wanna mu dawała.

Nalał wody nie­mal po brzegi, tak gorą­cej, że aż paro­wała, po czym wszedł do środka... i nie­mal zasnął! Uczu­cie bło­go­ści było nie­sa­mo­wite, Bre­mer nie miał ochoty już ni­gdy opusz­czać tego miej­sca.

"Jeśli kie­dy­kol­wiek spra­wię sobie taką cha­łupę, to kupuję wannę - prze­ko­na­łeś mnie, Litwin".

Zamknął oczy, wspo­mi­na­jąc przy­ja­ciela. Widział sie­bie i jego w dzie­ciń­stwie, jak w miesz­ka­niu Litwiń­skiego na jed­nym z pod­lej­szych gdyń­skich blo­ko­wisk grali w pierw­szego Red Alerta. Zawsze pre­fe­ro­wali gra­nie sowie­tami, ze względu na potężne, cięż­kie czołgi o podwój­nych lufach, które potra­fiły prze­chy­lić szalę zwy­cię­stwa. Jakże byli zawie­dzeni, gdy dowie­dzieli się od nauczy­ciela histo­rii, że takim sprzę­tem Rosja­nie ni­gdy nie dys­po­no­wali! Mimo to obaj żywili prze­ko­na­nie, że woj­sko jest dla nich naj­lep­szym miej­scem, choć prze­cież mieli świa­do­mość, że życie to nie gra.

A zabi­tego przy­ja­ciela nie da się zastą­pić iden­tycz­nym, prze­szko­lo­nym jed­nym klik­nię­ciem w kosza­rach.

Bre­mer się­gnął po swój tele­fon, odpa­lił Inter­net i na cały gło­śnik puścił Hell March Franka Kle­pac­kiego -?główny motyw muzyczny z ich ulu­bio­nej gry.

Przez chwilę czuł się tak, jakby Litwin dalej żył.

Gdy woda zaczęła sty­gnąć, solid­nie się wymył, mając poczu­cie, że dopiero teraz jest w sta­nie oczy­ścić ciało z pustyn­nego pia­chu. Po wszyst­kim prze­brał się w nowe ubra­nia.

Wyszedł na wielki bal­kon. Pusty... to zna­czyło, że to też było kró­le­stwo Litwiń­skiego.

Ali­cja pozo­sta­wiła jedno krze­sło ogro­dowe. Bre­mer usiadł na nim i zapa­lił Camela.

Mimo że znaj­do­wał się nie­całe kil­ka­set metrów od naj­waż­niej­szych euro­pej­skich insty­tu­cji, oko­lica wyda­wała się nad­zwy­czaj­nie spo­kojna. Ow­szem, ruch na dole był spory, ale wciąż nie tak wielki, jak pod­czas jego jazdy z lot­ni­ska. Co jakiś czas dało się sły­szeć gło­śne roz­mowy po fran­cu­sku, angiel­sku, ale też arab­sku i w języ­kach Afryki. Po lewej najem­nik widział wypło­wiałą czer­wień kościoła Com­mu­nion de la Viale Europe i pobli­skiego cen­trum Jezu­itów. Szkla­nej zabu­dowy Par­la­mentu Euro­pej­skiego jed­nak nie zdo­łał dostrzec.

"Trudno. Może na spa­ce­rze".

Wró­cił do miesz­ka­nia, wciąż się roz­glą­da­jąc, wciąż szu­ka­jąc śla­dów przy­ja­ciela. Wtedy coś do niego dotarło.

Czy Litwin zro­bił to w swoim miesz­ka­niu? Czy zna­la­zła go Ali­cja albo mała? Bre­mer wes­tchnął ciężko. Jego przy­ja­ciel raczej nie nara­ziłby na to swo­jej rodziny, musiał wybrać jakieś inne miej­sce. Taką przy­naj­mniej najem­nik miał nadzieję.

Miał i despe­racko się jej trzy­mał. Poszedł do pokoju gościn­nego, poło­żył się na łóżku i zasnął ze zmę­cze­nia.

Sen przy­niósł nie­wiel­kie uko­je­nie -?gdy tylko Bre­mer zamknął oczy, znowu był z Litwi­nem w tam­tym prze­klę­tym lesie.

* * *

Paleczny wra­cała z pogrzebu ojca samo­cho­dem, wyra­bia­jąc tak uwiel­biane przez euro­de­pu­to­wa­nych kilo­me­trówki.

Ze względu na spore róż­nice kur­sów mię­dzy euro a zło­tówką jazda samo­cho­dem była dla posłów z Pol­ski i innych państw tak zwa­nej "nowej Unii" istną żyłą złota -?co spryt­niejsi posło­wie potra­fili wycią­gnąć z samych kilo­me­tró­wek, czyli roz­li­czeń za prze­je­chaną odle­głość z kraju macie­rzy­stego do PE, kwotę więk­szą nawet od ich wyna­gro­dzeń, a i tak docho­dziło do nad­użyć. Słynny był przy­pa­dek euro­po­sła, który wyka­zy­wał tak wiele podróży samo­cho­dem (w ramach, rzecz jasna, obo­wiąz­ków par­la­men­tar­nych), że gdy dzien­ni­ka­rze zaczęli je liczyć, wyszło im, że poseł prze­je­chał trasę tam i z powro­tem z Ziemi na Księ­życ sześć razy.

Paleczny jed­nak nie wybrała auta -?BMW X5 -?by zapew­nić sobie dodat­kowy zaro­bek. Za kół­kiem SUV-a, pru­jąc po sze­ro­kich auto­stra­dach zachod­niej Europy, po pro­stu lepiej jej się myślało.

A do prze­my­śle­nia miała wiele.

Pogrzeb jej ojca przy­cią­gnął tłumy. Dawni kole­dzy z róż­nych redak­cji, inni kore­spon­denci wojenni, wresz­cie zwy­kli ludzie ceniący jego pracę i liczne opu­bli­ko­wane książki repor­ter­skie. Poja­wił się nawet pre­mier, lecz, na szczę­ście, nie zamie­niło to pogrzebu w pań­stwową, pro­pa­gan­dową szopkę. Obecny szef rządu był wie­lo­let­nim przy­ja­cie­lem Palecz­nego, zapro­po­no­wał mu nawet przed dwoma laty tekę szefa MSZ. Paleczny miał rze­komo zaśmiać się, spoj­rzeć przy­ja­cie­lowi w oczy i zapy­tać tylko:

-?Serio?

Sły­nął z mało dyplo­ma­tycz­nych wypo­wie­dzi, ni­gdy nie powstrzy­my­wał się przed wygło­sze­niem ostrego sądu, także jeśli cho­dziło o kole­gów po fachu. Wielu kore­spon­den­tów wojen­nych, zwłasz­cza z jego rówie­śni­ków, szcze­rze go nie­na­wi­dziło. Zazdro­ścili mu talentu i pew­nej non­sza­lan­cji, jak rów­nież szczę­ścia.

"To szczę­ście chyba cię w końcu opu­ściło, co, tato?", myślała euro­po­słanka, jadąc ponad dwie­ście na godzinę.

Wymi­jała kolejne samo­chody. Nie­miec­kie auto­strady, w odróż­nie­niu od pol­skich, nie miały cze­goś takiego jak ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści. A posłanka lubiła pręd­kość. Lubiła wgnia­ta­jący w fotel pęd.

Była świet­nym kie­rowcą -?od małego bar­dziej pasjo­no­wały ją samo­cho­dziki niż lalki. Gdy matka kupiła jej pierw­szą Bar­bie, ojciec zaraz potem nabył jej wóz Action Mana. Blond lalka brała w owym pojeź­dzie zakręty z piskiem opon. Gdy Paleczny ukoń­czyła osiem­na­ście lat, zaży­czyła sobie w pre­zen­cie uro­dzi­no­wym kurs jazdy i opłatę egza­minu. Zdała za dru­gim razem -?nikt nie jest ide­alny. Matka obec­nej posłanki rwała włosy z głowy, gdy ojciec jako pierw­szy samo­chód nabył jej BMW. Na szczę­ście Paleczny nie łamała dozwo­lo­nej pręd­ko­ści... przy­naj­mniej na dro­gach publicz­nych. Szybko odkryła, iż ist­nieją tory wyści­gowe, pozwa­la­jące domo­ro­słym mistrzom kie­row­nicy na bez­pieczne szli­fo­wa­nie swych umie­jęt­no­ści.

Paleczny na dwu­dzie­ste uro­dziny kupiła sobie roczny kar­net na taki tor.

To tam wła­śnie paliła hamulce BMW, tre­no­wała potem jazdę innymi samo­cho­dami spor­to­wymi i nie tylko. Kolejne Beemki, Dodge'e, Audi, raz pędziła nawet Lam­bor­ghini nale­żą­cym do syna jakie­goś pre­zesa spółki węglo­wej. Chło­pak despe­racko pró­bo­wał ją pode­rwać, powie­działa mu więc, żeby na randkę zabrał ją na tor i dał jej popro­wa­dzić spor­towy bolid. Jazda trwała pięć minut. Chło­pak kazał jej się zatrzy­mać, po czym wysiadł i od razu zwy­mio­to­wał.

Nie zapro­sił jej na drugą randkę.

Teraz jed­nak Paleczny dbała o to, by jej wyści­gowe hobby pozo­stało sekre­tem przed opi­nią publiczną. Nie żeby wie­dza o nim jakoś jej zaszko­dziła, skądże... ale posłanka pra­gnęła mieć coś swo­jego. Całe jej życie było pod lupą wybor­ców, każdy mógł prze­świe­tlić jej losy, śle­dzić każdy krok. Musiała mieć coś tylko dla sie­bie, jakąś małą tajem­nicę.

Tajem­nicę, która nie wywo­ły­wała złych wspo­mnień. Nie spra­wiała, że dziew­czyna budziła się nocami, zlana zim­nym potem.

Wra­cała z pogrzebu, pędząc ponad dwie­ście na godzinę, szu­so­wała mię­dzy wol­niej­szymi samo­cho­dami i sta­rała się myśleć tylko o dro­dze przed sobą, nie o prze­szło­ści. Nie o Litwiń­skim, nie o ojcu, nie o huku kara­bi­no­wego ognia i wykrzy­wio­nych obli­czach tych ludzi, któ­rzy wtedy, całe wieki temu, chcieli ją zła­mać i skrzyw­dzić.

Nie myśleć wresz­cie o cier­pie­niu -?swoim i bli­skich.

Na pogrze­bie naj­bar­dziej roz­pa­czała matka Laury. Roz­wie­dli się z jej ojcem ponad dwa­dzie­ścia lat temu, jed­nak teraz kobieta -?znana war­szaw­ska publi­cystka i pisarka -?wyle­wała istny ocean łez.

Laura czuła się zaże­no­wana tym spek­ta­klem. Wie­działa dosko­nale, że jej matka zapewne przez naj­bliż­szy tydzień odbę­dzie istne tournée po tele­wi­zjach śnia­da­nio­wych i kana­łach life­style'owych. Och, jaka gorąca rela­cja ich łączyła! Jakim zży­tym byli mał­żeń­stwem (no, przy­naj­mniej do roz­wodu)! Jakże ona tęsk­niła za nim, jak nie­po­ko­iła się, jak słała listy i machała na poże­gna­nie jedwabną chu­s­teczką...

Na samą myśl o tym euro­po­słanka zbli­żyła palec do ust i teatral­nie udała, że wymio­tuje.

Matka była, jaka była, ona jed­nak musiała wra­cać do pracy.

Przy­je­chała do Bruk­seli wie­czo­rem. Gdy BMW sta­nęło na swoim miej­scu na pod­ziem­nym par­kingu, posłanka aż żało­wała, że Bruk­sela nie leży w więk­szej odle­gło­ści od Pol­ski. "Może następ­nym razem pojadę przez Madryt?" -?wizja rajdu euro­pej­skimi auto­stra­dami aż do Hisz­pa­nii wyda­wała się taka kusząca. Ale, nie­stety, nie­re­alna. "Przy­naj­mniej dopóki jestem poli­tyczką".

Do swo­jego miesz­ka­nia przy Rue d'Arlon weszła tylko na chwilę, by się umyć i prze­brać. Po tym udała się od razu do Par­la­mentu Euro­pej­skiego. Już pie­szo -?to był pię­cio­mi­nu­towy spa­cer.

Jej biuro znaj­do­wało się w gma­chu Willy'ego Brandta. Z okien miała widok na Plac Soli­dar­no­ści, jak rów­nież na gmach Altiero Spi­nel­lego, w któ­rym mie­ściły się klu­czowe insty­tu­cje par­la­mentu.

Ochrona prze­pu­ściła ją bez naj­mniej­szych pro­ble­mów -?pra­cu­jący w gma­chu poli­cjanci mieli obo­wią­zek znać każ­dego par­la­men­ta­rzy­stę z imie­nia, nazwi­ska i twa­rzy, jed­nak nie wszę­dzie się to spraw­dzało. Jedno z wejść do gma­chu Spi­nel­lego, od strony Rue Wiertz, było tak zwa­nym "szyb­kim" wej­ściem, czyli takim, któ­rym wcho­dzić mogli tylko depu­to­wani, nie musząc prze­cho­dzić kon­troli. W ramach eks­pe­ry­mentu asy­stenci jed­nego z depu­to­wa­nych pew­nego dnia zaje­chali pod to wej­ście z piskiem opon samo­chodu swego posła, po czym jeden z nich wysiadł, chwy­cił teczkę i wpa­ro­wał do budynku jak do sie­bie. Zro­bił to z taką pew­no­ścią, że ogłu­piała ochrona nawet go nie powstrzy­mała, uzna­jąc naj­wy­raź­niej, iż to jeden z nowych depu­to­wa­nych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki