Słowo wstępne
Skoro ta książka wzbudziła w Tobie zainteresowanie, to zakładam, że mam do czynienia z zawodowcem. To dobrze, bo i ja się za takiego uważam. A skoro zdobyłem już Twoje zainteresowanie, to pozwól, że powiem, dlaczego ja zająłem się tą książką.
Wszystko zaczęło się nie tak dawno temu, w całkiem nieodległym miejscu. Kurtyna w górę, światła, kamery i Charley...
Kilka lat temu pracowałem w średniej wielkości korporacji sprzedającej produkty podlegające ścisłej regulacji. Z pewnością znasz ten typ: siedzieliśmy w przedziałach, w trzypiętrowym budynku. Dyrektorzy i tym podobni mieli prywatne gabinety, a zebranie wszystkich osób potrzebnych na jednym spotkaniu trwało mniej więcej tydzień.
Działaliśmy na rynku z bardzo dużą konkurencją, a wtedy rząd otworzył drzwi dla całkowicie nowego produktu.
Nagle stanęła przed nami cała rzesza nowych, potencjalnych klientów. Wystarczyło tylko przekonać ich do zakupu naszego produktu. Oznaczało to, że musieliśmy złożyć we właściwym czasie i w odpowiednim urzędzie pewien dokument, następnie w określonym terminie przejść pozytywnie audyt i szybko wprowadzić produkt na rynek.
Od czasu do czasu kadra zarządzająca przypominała nam o tym, jak ważne są poszczególne daty. Jeden poślizg i urzędnicy na rok wykluczą nas z rynku, a jeżeli klienci nie będą mogli skorzystać z naszego produktu już od samego początku, to pójdą do konkurencji, przez co całkowicie wypadniemy z obiegu.
Powstało to specyficzne środowisko, w którym część ludzi narzeka, a inni powtarzają tylko, że "pod ciśnieniem powstają diamenty".
Byłem technicznym menedżerem projektu, awansowanym z działu rozwojowego. Moim zadaniem było uruchomienie strony projektu w dniu jego oficjalnego udostępnienia, tak żeby potencjalni klienci mogli pobrać niezbędne informacje, a przede wszystkim formularze zamówień. Moim współpracownikiem w ramach tego projektu był menedżer biznesowy, którego tutaj będę nazywał Joe. Jego zadaniem była praca po drugiej stronie, czyli obsługa sprzedaży, marketingu oraz wymagań niezwiązanych z technikaliami. Był też jednym z tych powtarzających frazę o "diamentach powstających pod ciśnieniem".
Jeżeli zdarzyło Ci się pracować w amerykańskich korporacjach, to zapewne wiesz, że to całe wskazywanie palcem, poszukiwanie winnych i niechęć do pracy są całkowicie naturalne. W naszej firmie Joe i ja znaleźliśmy całkiem ciekawe rozwiązanie tego problemu.
Naszym zadaniem było wykonanie roboty i czuliśmy się z tym zupełnie jak Batman i Robin. Codziennie spotykałem się z zespołem technicznym, za każdym razem poprawialiśmy plan prac, wypatrywaliśmy potencjalnych problemów i usuwaliśmy z naszej drogi wszystkie powstające przeszkody. Jeżeli ktoś potrzebował określonego oprogramowania, to je zdobywaliśmy. Jeżeli ktoś "z chęcią" zająłby się konfiguracją zapory internetowej, ale "o rany, właśnie mam przerwę obiadową", to kupowaliśmy i dostarczaliśmy cały obiad. Jeżeli ktoś chciał popracować nad problemem z konfiguracją, ale miał aktualnie inne priorytety, to Joe i ja zaczynaliśmy rozmawiać z jego przełożonym.
A potem z menedżerem.
A potem z dyrektorem.
Po prostu wszystko załatwialiśmy.
Może pewną przesadą jest twierdzenie, że przewracaliśmy krzesła, krzyczeliśmy i wrzeszczeliśmy, ale dla osiągnięcia celu wykorzystaliśmy wszystkie znane nam metody, przy okazji wymyślając kilka nowych. Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy zgodnie z zasadami etyki, z czego jestem dumny do dzisiaj.
Uważałem się za członka zespołu. Nie byłem ponad to, żeby samodzielnie napisać wymagane zapytanie SQL albo wykonać inne prace, byle tylko przygotować kod na czas. Wtedy podobnie myślałem i o Joe - jako o członku zespołu, a nie kimś ponad nami.
Ostatecznie przekonałem się, że Joe nie podzielał tej opinii. To był dla mnie bardzo smutny dzień.
Był piątek, godzina 13.00, a tworzona przez nas strona była gotowa do uruchomienia w następny poniedziałek.
Byliśmy gotowi. GOTOWI. Każdy system był sprawdzony i przygotowany. Zebrałem cały zespół w ramach ostatniego spotkania scrumu, na którym gratulowaliśmy sobie doskonałej pracy. I nie chodziło tylko o zespół "techniczny". Towarzyszyły nam też osoby z działu marketingu, a nawet właściciele produktu.
Wszyscy byliśmy dumni. To był naprawdę wspaniały moment.
Wtedy na zebranie wpadł Joe.
Powiedział coś w rodzaju: "Złe wieści. Dział prawny nie przygotował jeszcze formularzy zamówień, czyli nie możemy jeszcze uruchomić strony".
Nie był to wielki problem. Przez cały czas trwania projektu wstrzymywały nas najróżniejsze przeciwności, dzięki czemu całkiem dobrze odnajdowaliśmy się w rolach Batmana i Robina. Byłem gotowy, dlatego odpowiedziałem: "Dobra, partnerze. Zrobimy to jeszcze raz. Dział prawny jest na trzecim piętrze, o ile pamiętam".
I wtedy się zaczęło.
Zamiast się ze mną zgodzić, Joe zapytał: "O czym ty w ogóle mówisz, Matt?".
Odpowiedziałem: "No wiesz, ten nasz zwyczajowy taniec. W końcu chodzi o cztery pliki PDF. Do tego one są gotowe. Dział prawny musi tylko je zatwierdzić. Powisimy w ich boksach, pozłościmy się na nich i w końcu to załatwią".
Joe nie zgodził się z moją oceną i po prostu stwierdził: "Uruchomimy stronę w ciągu przyszłego tygodnia. To przecież żaden kłopot".
Z pewnością możesz sobie wyobrazić ciąg dalszy tej rozmowy. Szło mniej więcej tak:
Matt: "A niby dlaczego? Przecież mogą to zrobić w parę godzin".
Joe: "Oj, to może potrwać trochę dłużej".
Matt: "Przecież mają cały weekend. To masa czasu. Do roboty!".
Joe: "Matt, to przecież zawodowcy. Nie możemy przecież wisieć nad nimi i żądać, żeby poświęcali swój prywatny czas dla naszego małego projektu".
Matt: (chwila ciszy) "Joe... a co niby robiliśmy z zespołem inżynierów przez kilka ostatnich miesięcy?".
Joe: "No tak, ale tutaj mówimy o zawodowcach".
Cisza.
Głęboki oddech.
Co. Joe. Właśnie. Powiedział?
W tym czasie uważałem, że zespół techniczny składał się z zawodowców w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Teraz gdy o tym myślę, wcale nie jestem tego pewien.
Przyjrzyjmy się jeszcze raz technice Batmana i Robina, przyjmując tym razem inną perspektywę. Sądziłem, że w ten sposób motywujemy zespół do jeszcze lepszej pracy, ale teraz myślę, że Joe bawił się z nami i zakładał, że zespół techniczny jest jego przeciwnikiem. Wystarczy pomyśleć: Dlaczego konieczne były ciągłe bieganie, przewracanie krzeseł i inne działania?
Czy nie mogliśmy po prostu zapytać zespołu, kiedy będą gotowi, otrzymać solidnej odpowiedzi, w którą moglibyśmy uwierzyć, i się na niej nie sparzyć?
Oczywiście w przypadku zawodowców moglibyśmy... a jednocześnie wcale nie. Joe nie dowierzał naszym zapewnieniom i dlatego uznał, że konieczne będzie mikrozarządzanie całym zespołem technicznym. Równocześnie z tych samych powodów był w stanie zaufać działowi prawnemu i wcale nie chciał stosować wobec nich mikrozarządzania.
O co tu chodzi?
W jakiś sposób dział prawny zademonstrował swój profesjonalizm, czego nie zdołał zrobić zespół techniczny.
Innej grupie udało się przekonać Joego, że niepotrzebny jest jej nadzorca, że nie bawią się w takie gierki i że należy ich traktować jak godnych szacunku współpracowników.
Nie sądzę, żeby miały tu znaczenie te wszystkie certyfikaty wiszące na ścianach ani kilka dodatkowych lat studiów. Choć to ostatnie mogło pomóc w uzyskaniu doświadczenia i umiejętności właściwego zachowania się w takich sytuacjach.
Od tego dnia, a było to już lata temu, zastanawiałem się, jak będą się musiały zmienić zawody techniczne, żeby w końcu ich przedstawicieli uznano za zawodowców.
I rzeczywiście wpadło mi kilka pomysłów. Trochę blogowałem, sporo czytałem, zdołałem poprawić własną sytuację w pracy, a nawet pomóc kilku innym osobom. Nie znam jednak żadnej książki, która szkicowałaby czytelnikowi określony plan i jawnie prezentowała poszczególne elementy.
W końcu któregoś dnia, całkowicie niespodziewanie, otrzymałem ofertę recenzowania wczesnego szkicu książki. Dokładnie tej, którą właśnie trzymasz w ręku.
To z tej książki dowiesz się, jak prezentować się i współpracować jak na zawodowca przystało. Bez stosowania tanich sztuczek, bez wykorzystywania haków, ale właśnie tak, jak należy to robić.
W niektórych przypadkach takie przykłady są absolutnie dosłowne.
Część przykładów zawiera odpowiedzi, kontry, wyjaśnienia, a nawet porady na wypadek, gdyby ta druga osoba próbowała Cię "po prostu ignorować".
Och, popatrz na to, Joe wraca na scenę, choć tym razem coś się zmienia: znowu jesteśmy w wielkiej firmie, Joe i ja, i znów pracujemy nad wielkim projektem konwersji strony WWW.
Jednak tym razem wyobraź sobie nieco inną sytuację.
Zamiast unikać zobowiązań, zespół techniczny faktycznie je podejmuje. Zamiast przemilczać szacunki albo pozwalać na przygotowywanie planów przez innych (a potem narzekać na te plany), zespół techniczny sam się organizuje i definiuje rzeczywiste zobowiązania.
Wyobraź sobie, że taki zespół rzeczywiście ze sobą współpracuje. Jeżeli infrastruktura "wytrzymuje" programistów, to wystarczy jeden telefon, żeby administratorzy wykonali niezbędne prace.
Gdy Joe zamierza przyspieszyć prace nad błędem 14321, to okazuje się, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ od razu widzi, że administrator bazy danych nad nim pracuje, a nie surfuje w sieci. Podobnie wszystkie szacunki, jakie otrzymał od zespołu, nie są ze sobą sprzeczne i nie tworzą wrażenia, że cały projekt otrzymał priorytet gdzieś między obiadem a sprawdzaniem poczty. Na wszelkie próby manipulowania przygotowanym planem zespół nie odpowiada "spróbujemy", ale "to są nasze zobowiązania, jeżeli chcesz tworzyć własne, to rób je we własnym zakresie".
Sądzę, że po pewnym czasie Joe zacząłby uważać zespół techniczny za, zaskoczenie, zawodowców. I miałby całkowitą rację.
Co trzeba zrobić, żeby przekształcić się ze zwykłego technika w zawodowca? Wszystko znajdziesz w tej książce.
Witaj na kolejnym etapie swojej kariery. Wydaje mi się, że będzie Ci się podobać.
- Matthew Heusser
Software Process Naturalist