Ta, która zwyciężyła dzięki miłości
Scholastyka
Miała na imię Uczennica (Scholastica), a jej brat bliźniak - Błogosławiony (Benedictus). Kiedy patrzy się na ich życie, trudno oprzeć się wrażeniu, że były to imiona prorocze. Zresztą jest ono do tego stopnia silne, że na fali systemowego wątpienia w źródła z tamtej epoki niektórzy badacze wręcz odmawiali obu tym postaciom historyczności. Fala przepłynęła, a bliźnięta z Nursji jak wytrawni surferzy wynurzyły się na drugim jej końcu i dziś już mało kto podważa to, że istniały, a nawet działały na przełomie wieków V i VI.
Właśnie ze względu na epokę, w której przyszło im żyć, o Benedykcie powiedziano, że "stanął na czasów granicy". Jego biografia - wspaniała druga księga Dialogów autorstwa św. Grzegorza Wielkiego - pokazuje jednak, że nie był tam sam. Towarzyszyła mu Scholastyka, z którą od łona matki żyli razem, i wydaje się, że ta wspólnota była rozerwana tylko na czas życia pustelniczego brata. Trudno więc się dziwić, że siostra tęskniła za nim i to właśnie dzięki temu udzieliła mu jednej z najcenniejszych lekcji, jakie w życiu otrzymał. Zanim jednak o tej ostatniej opowiem, spójrzmy na duchową matkę wszystkich mniszek żyjących według Reguły św. Benedykta chłodnym okiem historyka.
Głównym źródłem do jej biografii jest wspomniany przed chwilą żywot Benedykta. Napisany z wykorzystaniem starożytnej formy dialogu (rozmawia autor, Grzegorz, z nieznanym nam bliżej Piotrem) we wciągający i angażujący emocjonalnie sposób opowiada historię opata z Monte Cassino. "Przysłuchując się" tej rozmowie, dowiadujemy się, że pewnemu chrześcijańskiemu małżeństwu z Nursji około 480 r. urodziła się para bliźniąt. Była to rodzina można i zamożna, choć nie z tych najbardziej znaczących (powiedzmy, że ówczesna klasa średnia), za to niewątpliwie pobożnych.
Dzieci ochrzcili wcześnie, bo nigdzie nie czytamy o chrzcie Benedykta, a Grzegorz bliższą opowieść o nim zaczyna od momentu rozpoczęcia przez jego bohatera nauki w Rzymie. Wtedy edukację chłopcy rozpoczynali w wieku siedmiu lat, a więc przyszły autor Reguły swego imienia musiał być przyjęty do Kościoła jako dziecko - a skoro on, to także i siostra.
Ją już "od najwcześniejszych lat poświęcono Wszechmogącemu Panu", a więc została zapewne umieszczona w dzieciństwie jako oblatka w jednym z rzymskich klasztorów. Tam została uczennicą sensu stricto - i to nie byle jakiego Mistrza. Zresztą pozostanie wierna Jego naukom aż po świętość.
Praktyka oddawania dzieci na służbę Bożą była wtedy czymś normalnym (w Regule św. Benedykta znajdziemy całe rozdziały poświęcone tematowi traktowania najmłodszych w opactwie), inaczej po prostu postrzegano psychikę dziecka i jego miejsce w rodzinie. W rzymskiej mentalności wciąż obecne było przekonanie, że dopóki człowiek nie osiągnie dorosłości, jest własnością ojca. A z nią można postąpić wedle woli, na przykład decydując, że córka będzie mniszką, nawet jeśli nie ma ona jeszcze dziesięciu lat. W przypadku Scholastyki na szczęście decyzja ta okazała się słuszna i zgodna z tym, do czego powoływał dziewczynkę Pan.
Kiedy jej brat rozpoczynał studia z literatury, ona zapewne już zdobyła wykształcenie na poziomie, jaki ówczesne zwyczaje przewidywały dla kobiety, i coraz głębiej wchodziła w życie monastyczne. Przypuszczam, że Benedykt ją odwiedzał - i kto wie, czy to nie ostry kontrast pomiędzy ciszą i ideałami siostrzanego monasteru a prawie pozbawionym zasad życiem studenckim dekadenckiego Rzymu sprawił, że pewnego dnia, w środku wykładu, młody mężczyzna nagle wstał i wyszedł z sali. Było to około roku 500 - zaczynała się jego droga ku szczytom: świętości i Monte Cassino, gdzie ostatecznie założył swój klasztor.
Nie wiemy, kiedy na tej górze dołączyła do niego siostra, zakładając w niewielkim oddaleniu żeńskie opactwo. Grzegorz zapisuje, że odwiedzała swego brata rzadko, zaledwie raz w roku. Bardzo prawdopodobne jest to, że korespondowali, ale nie zachowały się żadne ślady potwierdzające tę hipotezę. Jedno wiemy na pewno - ich więź, oparta na radykalnej miłości do Chrystusa, pozostawała wciąż żywa i karmiła oboje.
Grzegorz opisuje z detalami tylko jedną z wizyt Scholastyki w męskim opactwie. Nie weszła do niego, ale zatrzymała się wraz z towarzyszkami na terenie należącym do klasztoru, choć nie w jego murach, wyrażając w ten sposób poszanowanie dla klauzury. Ta geografia jest tu istotna, jak się wkrótce okaże.
Benedykt wyszedł do siostry ze swoimi braćmi i zasiedli w domku dla gości, by rozmawiać o "sprawach Bożych". Oboje byli już wtedy wiekowi, a kiedy tak siedzieli przy stole posiwiali, pomarszczeni, ale otoczeni gromadą uczennic i uczniów, byli żywym potwierdzeniem Chrystusowej obietnicy, że ktokolwiek dla Niego opuści dom i bliskich, stokroć tyle ich otrzyma już teraz, w doczesności (por. Mk 10,28-31). Spędzili tak cały dzień, spożyli też wspólnie jedyny przewidziany w ciągu dnia posiłek, a kiedy przyszedł wieczór, Benedykt zaczął się zbierać do odejścia. Był to z jego strony przejaw wierności prawu, które sam ustanowił - reguła zdecydowanie zakazuje mnichom spędzania nocy poza opactwem, jeśli mają możliwość powrotu.
Scholastyka zaczęła prosić, by brat został i by mogła jeszcze cieszyć się wspólną rozmową, ten jednak był nieubłagany. Na jej żarliwą prośbę: "Proszę cię, nie porzucaj mnie tej nocy! Rozmawiajmy aż do rana o radościach życia wiecznego!", odparł, sądząc po tonie, nieco oburzony, że nie może spędzić nocy poza klasztorem.
Tu Grzegorz wtrąca uwagę meteorologiczną: "A niebo było tak pogodne, że nie było nigdzie widać nawet najmniejszej chmurki", po czym wraca do opowieści. Pisze, że Scholastyka nie kłóciła się z bratem. Po prostu splotła dłonie na stole, pochyliła się i zaczęła się modlić. W sekundzie, w której podniosła głowę, za oknami przetoczył się grzmot, a z czystego do tej pory nieba lunął ulewny deszcz. Był tak gwałtowny, że nikt nie był w stanie wystawić nogi za drzwi.
Benedykt nie miał wątpliwości, kto za tym stoi. Z prostotą, zaskakującą dla naszej scjentystycznej mentalności, zawołał: "Niech ci wybaczy Bóg wszechmogący, siostro. Co ty zrobiłaś?". Na to ona odparła, jak na zadzierzystą mamma italiana przystało: "Prosiłam cię, a nie chciałeś mnie wysłuchać. Poprosiłam Pana mego i wysłuchał mnie. Teraz więc wyjdź, jeśli zdołasz, zostaw mnie i wracaj do klasztoru!". Cóż pozostało upokorzonemu patriarsze - został. Całą noc przegadali na temat spraw Bożych, a rano deszcz ustał i Benedykt z braćmi wrócił do opactwa.
Nieodmiennie mnie zachwyca interpretacja duchowa, którą całemu wydarzeniu nadaje cytowany tu tak obficie papież-biograf. Zacytujmy go więc jeszcze raz, żeby nic nie uronić z jej piękna: "Benedykt nie zawsze, co chciał, mógł uczynić. (...) Woli jego przeciwstawił się (...) cud zdziałany przez serce kobiety, której Bóg użyczył swej wszechmocy. Nic dziwnego, że długo tęskniąc do brata, była ona owej godziny silniejsza od niego, bo według słów Jana "Bóg jest miłością" (1 J 4,16). I jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała". Cóż, po takim stwierdzeniu wypada tylko powtórzyć za rozmówcą Grzegorza: "Wyznaję, że bardzo mi się podoba to, co mówisz".
Wiele mądrości można wydobyć z tej historii. Mnie przede wszystkim ujmuje ukazanie słabości Scholastyki jako przestrzeni jej największej siły. W swojej mądrości w chwili, kiedy jest bezradna, zdaje się na Boga. Nie mogła przecież zmuszać brata, żeby złamał prawo, które sam ustanowił i traktował je tak poważnie, że gdzieś w tej prawomyślności zagubiła się miłość. Scholastyka do idealnie poukładanego i zasadniczego męskiego świata wprowadziła odrobinę (o ile burzę o takim natężeniu można tak określić!) chaosu. Dzięki temu w tę przestrzeń mogło wejść życie, jego bezczelny, a przecież tak ujmujący dynamizm.
O Regule św. Benedykta jej znawcy, ale i praktycy, mówią, że głównym rysem tego dzieła, decydującym o tym, że od półtora tysiąca lat jest wciąż aktualne i żyją zgodnie z nim tysiące mnichów oraz mniszek, jest umiarkowanie oraz zrozumienie dla ludzkiej słabości. Czasem się zastanawiam, czy na obecność tych cech nie miała wpływu właśnie relacja jej twórcy z siostrą. Czy Scholastyka, choć niewymieniona z imienia, nie była tą, która łagodziła zasadniczy charakter brata, cierpliwie wskazując na Boże miłosierdzie.
W jedno nie można wątpić - kochał ją bardzo. Świadczy o tym dalszy ciąg opowieści o niej w Dialogach. Otóż trzy dni po wizycie siostry Benedykt miał wizję. Zobaczył w niej, że Scholastyka umiera - jej dusza jak gołębica miała odlecieć ku niebu - na co zareagował w sposób dla nas zapewne szokujący. Otóż zaczął wielbić Boga. Nie dlatego, że utracił właśnie siostrę, ale dlatego, że widział, jak osiągnęła cel, ku któremu oboje tak wytrwale zmierzali. Dopiero gdy skończył śpiewać z radości, powiedział braciom, co się stało. Być może przemknęła mu też przez głowę pełna wdzięczności myśl, że dobra była ta burza i dobre wspólne nocne czuwanie, skoro zbliżał się czas odejścia Scholastyki.
Nakazał sprowadzenie jej ciała do opactwa i złożenie do grobowca, który przygotował dla siebie. Sam też wkrótce za nią podążył i spoczęli w łonie ziemi razem - jak razem mieszkali w łonie matki - w oczekiwaniu na zmartwychwstanie. Był to też znak, że zjednoczyli się o wiele bardziej, niż to możliwe w doczesności - z Bogiem i w Bogu.
Wróćmy do obrazu z początku tej historii, wziętego z hymnu do Godziny czytań na święto św. Benedykta: "Gdy nadszedł koniec dawnego porządku / I nowa ziemia rodziła się w bólu / Stanąłeś, ojcze, na czasów granicy / By chronić dobro". Przełom wieków V i VI, a więc okres, kiedy żyło rodzeństwo z Nursji, to na Zachodzie powolne konanie świata antycznego, dobitego ostatecznie przez barbarzyńców pustoszących Wieczne Miasto. Cała wysublimowana cywilizacja z jej kulturą, prawem, normami społecznymi i techniką - odchodziła w zapomnienie. Miasta przestawały istnieć lub zamieniały się w wioski, zanikała edukacja, a księgi stawały się luksusem, który potrafili docenić jedynie coraz mniej liczni piśmienni.
Z tego świata pogrążającego się w chaosie i śmierci właśnie Scholastyka i Benedykt wraz ze swoimi duchowymi dziećmi ocalili to, co było w nim dobre. Zachwyca mnie to, że u początku uregulowanego zachodniego ruchu monastycznego, który przez następne wieki będzie kształtował nasz kontynent, a w X i XI w. de facto wydobędzie Kościół hierarchiczny z totalnej duchowej zapaści, stanęło rodzeństwo. Równi sobie, autonomiczni, jeśli chodzi o opiekę nad swoimi wspólnotami, równie radykalnie biegnący w tym samym kierunku i jednocześnie tak głęboko kochający się całkowicie czystą miłością.
Scholastyka wydaje się pozostawać w cieniu brata, jednak to ona jako pierwsza osiąga cel ich wspólnego pragnienia. Jest też wzorcem dobrze opisującym rolę wielkich świętych kobiet średniowiecza, a może i każdej epoki. W jej milczeniu i oddaniu Bogu jest żywe podobieństwo do Maryi, bo tylko wzmacniają zdolność mniszki do upomnienia brata, gdy to konieczne. Całą siłę czerpie od swego Pana i to z Niego płynie jej autorytet - tak silny, że dla wierzących niepodważalny, ci zaś, którzy go nie dostrzegają, i tak muszą mu ulec przymuszeni okolicznościami. W końcu, jak mawiają mądrzejsi ode mnie, przypadek to tylko jedno z wielu imion Boga.