Wstęp
Mitem założycielskim Hellady jest wojna trojańska, Rzymu - Eneida,
wilczyca kapitolińska i spór Romulusa z Remusem. Również Polska ma ich
kilka: o królu Kraku, o Popielu i Piaście, a także ten dzielony z sąsiadami, a opowiadający o najwcześniejszych czasach: o Lechu i Czechu.
Gdzieś na przestrzeni lat do legendy dołączył Rus, ale jeszcze Jan
Długosz nie wiedział, kim ów Rus właściwie był - bratem czy synem.
Mit założycielski nie służy przekazywaniu prawdy, ale treści
ideologicznych. Przykładem mogą być spotykane niemal na całym świecie
mity o pierwszych władcach. Niezależnie od tego, czy chodziło o Siemowita, Lestka i Siemomysła, czy też o Romulusa, Numę Pompiliusza i Tullusa Hostiliusza, to pierwszy z nich był budowniczym państwa, drugi -
prawodawcą, a trzeci - wielkim wodzem.
Wydarzenia 1939 roku to mit założycielski PRL. Formalnie rzecz biorąc,
Polska Rzeczpospolita Ludowa powstała dopiero w 1952 roku, ale odnosimy
się tu do czasów, w których władzę nad Polską sprawowali komuniści, a dokładniej - ludzie wierni zasadom marksizmu, czy jeszcze precyzyjniej -
posłusznie wykonujący polecenia z Moskwy. To właśnie te dwa elementy:
wykonywanie poleceń Moskwy i wierność zasadom marksizmu leżą u podstaw
mitu założycielskiego i przedstawiania wydarzeń 1939 roku.
Przypomnijmy najpierw teorię Karla Marxa, XIX-wiecznego filozofa, twórcy
najbardziej morderczej ideologii świata. Jego zdaniem źródłem wszelkich
przemian społecznych były zmiany "w zakresie środków i stosunków
produkcji". Dzieje człowieka podzielił na okresy, w których dominowała
określona forma własności środków produkcji: wspólnotę pierwotną, okres
niewolnictwa, feudalizm i kapitalizm. Ukoronowaniem rozwoju ludzkości
miał być komunizm - powstanie społeczeństwa, w którym wszelka własność
będzie wspólna. Marx uznał, że nie ma żadnej alternatywy, nie można
zboczyć z tej ścieżki i cały świat, chcąc nie chcąc, podąża do celu,
jakim jest komunizm.
Marx, który uważał się również za historyka, uznał, że przejścia
pomiędzy wielkimi okresami historycznymi dokonują się wskutek rewolucji
i wojen. Feudalizm narodził się więc po najazdach barbarzyńców i upadku
Cesarstwa Rzymskiego, a upadł w wyniku Wielkiej Rewolucji Francuskiej.
(Nawet dla historyków marksistowskich przedłużenie średniowiecza do 1789
roku było dość karkołomne, czasem nawet dosłownie). Również kapitalizm
musiał zakończyć się czymś wielkim, na przykład Wielką Socjalistyczną
Rewolucją Październikową albo przynajmniej porządną wojną. Komuniści w Polsce - przypomnijmy, że rozumiemy pod tym pojęciem ludzi wykonujących
polecenia z Moskwy - potrzebowali więc jakiejś polskiej rewolucji albo
wojny. Jako że Polska płynnie i bezkrwawo stała się państwem
gwarantującym podstawowe swobody ludziom pracy - jednego dnia, 11
listopada 1918 roku, bez udziału komunistów - trzeba było znaleźć wojnę.
Znaleziono ją i nazwano "wojną obronną Polski". Zaczęła się 1 września
1939 roku, skończyła 6 października, doprowadziła do upadku
kapitalistycznej, burżuazyjnej Polski i płynnie przeszła w wojnę
wyzwoleńczą narodu polskiego, która doprowadziła do powstania Polski
Ludowej.
Komuniści w Polsce upiekli dwie pieczenie przy jednym ogniu. Zamiast
odpowiadać na kłopotliwe pytania, kto ich tutaj sprowadził i jaka armia
ich tu zainstalowała, mogli usprawiedliwić swoją obecność zgnilizną II
Rzeczypospolitej, czyli państwa - zgodnie z determinizmem historycznym
Marxa - od początku skazanego na porażkę. Wystarczyło jedynie w odpowiedni sposób przedstawić wydarzenia 1939 roku. I głównie tym
zajmowała się służba historyczno-propagandowa Polskiej Rzeczypospolitej
Ludowej.
Nie było tematu politycznie ważniejszego dla komunistów w Polsce niż
wydarzenia 1939 roku. Mało kogo obchodziła geneza ruchu robotniczego,
wojnę polsko-sowiecką lat 1919-1920 można było przemilczeć, podobnie jak
zbrodnię katyńską. Natomiast wydarzenia 1939 roku trzeba było tak
przedstawić, aby uprawdopodobnić zasady marksizmu i uniknąć oskarżeń o zdradę stanu i kolaborację z Sowietami. Zadanie to powierzono wybranym
ludziom.
Najpierw jednak zabrano możliwość badania tych wydarzeń naukowcom
niezwiązanym z władzą. Dokumenty dotyczące 1939 roku oraz Wojska
Polskiego II Rzeczypospolitej zamknięto w archiwach państwowych, a do
lat 80. XX wieku dostęp do nich mieli tylko zaufani badacze, czyli
historycy i propagandziści partyjni. Później reżim nieco złagodniał, ale
nawet w połowie lat 90., gdy autorzy tej książki po raz pierwszy
odwiedzali Centralne Archiwum Wojskowe, prowadzenie w nim badań było
drogą przez mękę. Tygodniami czekało się na zgodę na przejrzenie
dokumentów; ograniczano liczbę teczek archiwalnych, o które można było
prosić; ich wydobycie z magazynów trwało kilka dni; wówczas okazywało
się, że nie ma miejsca, aby je przeczytać, bo miejsc w czytelni było
tylko kilkanaście. To wystarczało, żeby zniechęcić prawie wszystkich. A po to, by zniechęcić tych najbardziej wytrwałych, w początkach lat 80.
zbiory CAW uporządkowano: zmieniono wszystkie sygnatury teczek i rozdzielono je na mniejsze. Konia z rzędem temu, kto jest w stanie
dopasować współczesne sygnatury do tych publikowanych w książkach z lat
60. i 70.
Jednak weterani 1939 roku nie musieli korzystać z archiwów, byli
przecież naocznymi świadkami wydarzeń, zachowali w swoich rękach część
dokumentów, mogli też zbierać relacje od towarzyszy broni. Ale i na nich
ludowa ojczyzna miała sposób: reglamentację papieru potrzebnego do
druku. Proces produkcyjny książki był bardzo długi, czasami trwał nawet
kilkanaście lat. To, co było aktualne w końcu lat 60., traciło na
wartości na początku lat 80. Poza tym książki pokazujące Wojsko Polskie
II Rzeczypospolitej we właściwym, z punktu widzenia komunistów, świetle
drukowano w setkach tysięcy egzemplarzy. Książki pokazujące prawdę - w setkach lub tysiącach. Społeczeństwo nie miało do nich dostępu.
Dodatkową kontrolę sprawował Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli cenzura. Zazwyczaj w kwestii 1939 roku wystarczały inne
środki bezpieczeństwa, więc niewiele miała ona do roboty. Zdarzały się
jednak widowiskowe porażki, na przykład zezwolenie na publikację Wojny
polskiej Leszka Moczulskiego. Cenzura dbała natomiast o to, by w podręcznikach szkolnych znajdowały się "odpowiednie" treści. Lekcje
historii w PRL często wyglądały niczym tajne komplety i gotowi jesteśmy
się założyć, że większość Czytelników w naszym wieku (i starszych) po
poleceniu "spakujcie zeszyty i podręczniki, schowajcie ręce pod pupę"
słuchało wykładów o wojnie 1920 roku, 17 września i Katyniu.
Nauczycielkę jednego z autorów tej książki wyrzucono za to z pracy, a Waszą, drodzy Czytelnicy?
Chociaż Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk zlikwidowano
w kwietniu 1990 roku, to wiele jego zapisów - siłą bezwładu - ciągle
trwa. Określanie kampanii polskiej 1939 roku "wojną obronną Polski",
przedstawianie niemieckiego ataku na mapie tylko zachodniej części
Polski, a więc tak, aby czytelnicy nie mogli się zorientować, jak wielka
część Rzeczypospolitej wpadła w ręce Związku Sowieckiego.
Większość społeczeństwa miała związane ręce i zakneblowane usta, kto
więc przedstawiał mity 1939 roku i upadku II Rzeczypospolitej? Ci,
którym władza mogła zaufać - niemal wyłącznie pracownicy Wojskowej
Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego oraz Wojskowego
Instytutu Historycznego im. Wandy Wasilewskiej. Imiona patronów mówią
wszystko. Tych Czytelników, którzy są na tyle młodzi, że mają szczęście
nie znać tych postaci, pragniemy zapewnić, że nie mają czego żałować.
Oczywiście generalizowanie ma swoje wady - większość pracowników WAP i WIH była porządnymi ludźmi i rzetelnymi badaczami, niektórzy jednak
naprawdę przysłużyli się komunistom.
Niestety poza granicami kraju, na wychodźstwie, sytuacja wyglądała
podobnie. Władysław Sikorski został premierem i wodzem naczelnym w sposób, który wielu nazwało zamachem stanu. Jednym z jego pierwszych
posunięć było powołanie specjalnej komisji do badania "wyniku kampanii
wojennej 1939 roku". Oficerowie musieli odpowiedzieć na szereg pytań, w których zachęcano ich do obwiniania przełożonych. Tych, którzy nie
chcieli złożyć obciążających zeznań, odsuwano od dowodzenia. Większość
dokumentów w polskich archiwach na wychodźstwie to właśnie takie
raporty, a właściwie "kwity" na sanację zbierane w latach 1939-1943.
Władysław Sikorski i jego ekipa także potrzebowali mitu założycielskiego
i wybrali taki sam jak komuniści: nieudolność sanacyjnych władz.
Jakie treści przedstawiali mitotwórcy? Bardzo rzadko kłamali wprost,
jednak narracja dotycząca 1939 roku jest bardzo specyficzna. Przede
wszystkim nikt - może oprócz Leszka Moczulskiego w Wojnie polskiej -
nie pokusił się o stworzenie obrazu całości, syntezy. Kampanię 1939 roku
przedstawiano jako chaotyczne zamieszanie, do którego Wojsko Polskie
przystąpiło bez planu, a dowódcy prowadzili swoje wojska bez celu.
Skupiano się wyłącznie na szczegółach, najczęściej pokazując bohaterstwo
polskiego żołnierza: szeregowych oraz niższych szarż dowódczych. Dzięki
temu można było wykazać, że ich wysiłek zmarnowali sanacyjni generałowie
i niejako przy okazji uspokoić nastroje społeczne Polaków. W natłoku
epizodów i szczegółów gubił się sens kampanii. I można było nie
wspominać o 17 września. Atak Związku Sowieckiego na Polskę nie miał
większego znaczenia: przecież, zgodnie z naukami Marxa, kapitalistyczna
II Rzeczpospolita musiała upaść, aby na jej trupie zbudować Polskę
Ludową.
Kolejnym elementem były komentarze. Oczywiście "odpowiednie" komentarze.
W natłoku szczegółów bardzo łatwo pomylić je z faktami. Istotna jest też
długość trwania narracji - komuniści w PRL przekonywali Polaków do
swojej wersji wydarzeń przez 45 lat. A nawet i dłużej. Najbardziej
skompromitowani politrucy, wyrzuceni z wojska po zmianach 1989 roku,
znaleźli zatrudnienie na uczelniach. Trzeba zrozumieć - byli to jedyni
historycy zajmujący się 1939 rokiem. W 1989 czy w 1990 roku rektorzy
uniwersytetów i dziekani wydziałów historycznych byli wciąż przekonani -
co prawda przez komunistyczne władze - że 1939 rokiem powinni zajmować
się specjaliści. Więc specjaliści z Wojskowej Akademii Politycznej im.
Feliksa Dzierżyńskiego kontynuowali swoje prace i przekazywali swoje
przekonania młodemu pokoleniu naukowców...
W ten sposób "jedyna właściwa" wizja wydarzeń 1939 roku na stałe
zagościła w naszych umysłach. Mit powtarzany tysiące razy stał się
rzeczywistością. Dzisiaj bardzo trudno przedstawić prawdę i trudno ją
zaakceptować. Czy można zaprzeczyć temu, czego nauczano nas w szkole, co
czytaliśmy w prasie i w książkach, co oglądaliśmy w telewizji?
Musielibyśmy wówczas przyznać, że zostaliśmy oszukani, że jesteśmy
frajerami. Oszukani nie tylko przez propagandę i szkołę, ale - co
najgorsze - również przez rodziców, którzy nauczyli nas patrzeć na świat
i go oceniać. Także wydarzenia 1939 roku. Czy nasi rodzice mogli się
mylić?
Przed autorami tej książki - i przed jej Czytelnikami - stoi trudne
zadanie.
Rozdział 1
Agresor był tylko jeden
Napadli na nas Niemcy, a potem wkroczyli Ludzie Radzieccy.
Tak właśnie wygląda to w powszechnej narracji: Niemcy "zaatakowały" 1
września, a Sowieci "wkroczyli" 17 września. Na pierwszy rzut oka
różnica jest niewielka, ale skutki stosowania takich słów są daleko
idące. Niemcy są traktowani jako oczywisty wróg Polaków, Sowieci -
kimkolwiek by nie byli - postrzegani są dużo łagodniej. Podbój Polski
przez Związek Sowiecki - zakończony w latach 1944-1945 - nazywa się...
"wyzwoleniem". Tymczasem Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich
zbrojnie zaatakował Rzeczpospolitą 17 września, a we wcześniejszych
dniach pomagał Niemcom na różne sposoby. Decyzję o wojnie obu państw
przeciwko Polsce podjęto już 23 sierpnia, podczas podpisywania tajnego
protokołu paktu Ribbentrop-Mołotow, nazywanego przez wielu historyków po
prostu paktem Hitler-Stalin.
Rzesza Niemiecka była potężnym państwem, które przed wojną zajmowało
powierzchnię 583 tys. km2, z blisko 79 mln
ludzi. Dzisiejsze Niemcy są niemal o 40% mniejsze - mają 357 tys.
km2. Zamieszkuje je obecnie więcej, bo 83 mln
ludzi, jednak przed wojną 95% obywateli Rzeszy - około 75 mln - było
narodowości niemieckiej, a dziś jedynie 80% - około 67 mln. Te dane
statystyczne są może nudne, ale pozwalają obalić błędne przekonanie, że
w gruncie rzeczy Niemcom opłaciła się II wojna światowa i wyszli na niej
nie najgorzej, a Polska poniosła sromotną porażkę. Warto więc porównać
te same liczby dla Polski. W 1939 roku jej powierzchnia wynosiła 390
tys. km2, na których mieszkało około 35,5 mln
obywateli, przy czym dwie trzecie z nich, czyli około 25 mln, było
narodowości polskiej. Tymczasem dzisiejsze terytorium Polski to 312 tys.
km2, zamieszkiwane przez 38,5 mln obywateli,
z których 97%, czyli 37 mln, jest narodowości polskiej.
Niemcy były formalnie państwem prawa, republiką parlamentarną.
Faktycznie władzę sprawowała tam tylko jedna partia - NSDAP, czyli
Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. Była ona w oczywisty
sposób partią lewicową, co dzisiaj większości polityków i historyków nie
chce przejść przez gardła. Życie polityczne ówczesnych Niemiec - zwanych
nieoficjalnie III Rzeszą, a czasem Tysiącletnią Rzeszą - ograniczało się
do partii nazistowskiej. Umożliwiło to naginanie i łamanie prawa,
zakładanie obozów koncentracyjnych, organizowanie pogromów i uchwalanie
rasistowskich ustaw wymierzonych w jedną grupę etniczną. Ówczesne Niemcy
w żaden sposób nie spełniają dzisiejszych standardów państwa
demokratycznego, ale w 1939 roku były traktowane jako cywilizowane
państwo. Holokaust miał dopiero nadejść.
Drugim agresorem był Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich. Po
1945 roku zakazano w Polsce używania słowa "sowiecki", zastępując je
słowem "radziecki". Jest ono prostym tłumaczeniem z rosyjskiego -
sowiet to po polsku "rada". Pomijając już kwestie naukowe - bo w polskiej historiografii słowo "radziecki" istnieje od dawna i ma
zupełnie inne znaczenie - autorzy nie chcą używać słów, które zostały
narzucone przez Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.
Określenie "sowiecki" Polakom kojarzyło się jednoznacznie źle. Nie ma
jednak żadnych powodów, żeby Związek Sowiecki kojarzył się dobrze.
Określenie "sowiecki" obowiązuje w państwach, które były suwerenne - dla
przykładu, po angielsku powiemy Soviet Union, a po francusku Union
des républiques socialistes soviétiques. Termin ten tłumaczono
natomiast w krajach, które były lub miały być częścią Związku. Jest
jeszcze jeden powód, czysto literacki, przemawiający za stosowaniem
określenia "sowiecki". Otóż zdanie "Sowieci rabowali i gwałcili" brzmi
dużo lepiej niż zdanie "Ludzie radzieccy rabowali i gwałcili", również
"Sowieci wylecieli w kosmos" jest dużo bardziej sensowne niż "Ludzie
radzieccy wylecieli w kosmos".
To ostatnie zdanie pochodzi z dowcipu, który pojawił się w Polsce w 1961
roku z okazji lotu kosmicznego Jurija Gagarina. Dialog pomiędzy majstrem
a czeladnikiem brzmiał następująco:
- Panie majster, panie majster!
- Czego...
- Ruskie wylecieli w kosmos!
- Wszystkie?
- Nie. Tylko jeden.
- To co mi głowę zawracasz!
Ta anegdota pokazuje nie tylko emocje, jakimi Polacy darzą Sowietów -
czy też ludzi radzieckich - ale również powszechne ich utożsamianie z Rosjanami. Czy dopuszczalne jest to na niwie naukowej? Autorzy uważają,
że tak można, a jeśli chodzi o stosunki sowiecko-polskie, nawet trzeba.
Utworzony 30 grudnia 1922 roku Związek Socjalistycznych Republik
Sowieckich był emanacją mocarstwowej Rosji. Rosyjski był tam językiem
urzędowym, a rosyjskie myślenie obowiązywało wszystkich - także tych,
którzy pochodzili z mniejszości narodowych. To, że przywódca ZSRS Iosif
Stalin pochodził z Gruzji, nie ma nic do rzeczy - Adolf Hitler też był
przecież Austriakiem. W Związku Sowieckim nie przyznawano innym narodom
takich samych praw jak Rosjanom, czego ostatecznym dowodem są czystki
etniczne, z których powinniśmy pamiętać "operację polską",
przeprowadzoną w latach 1937-1938 przez NKWD. Zamordowano wówczas co
najmniej 111 091 Polaków, obywateli Związku Sowieckiego.
Trudno podać rzetelne dane statystyczne dotyczące Związku Sowieckiego.
Pewna jest tylko jego powierzchnia, wynosząca przed wojną ponad 21 mln
km2. To olbrzymi kraj, w którym ogromne
przestrzenie pozostają jednak niezamieszkane. Ludność - zgodnie z oficjalnymi danymi sowieckimi - liczyła 170 mln osób. Wielu historyków
uważa te dane za fałszywe, a Czytelnicy, którzy pamiętają "rzetelność"
statystyk w czasach PRL, na pewno to zrozumieją. Trudno ocenić, o ile
powinniśmy zmniejszyć tę liczbę. W oficjalnych statystykach nie miały
odzwierciedlenia chociażby wielkie klęski głodu, z których ta
najsłynniejsza, ale nie jedyna w ZSRS - Hołodomor - odpowiada za śmierć
milionów ludzi, przede wszystkim Ukraińców. Czy ofiar Hołodomoru było
kilka milionów czy kilkanaście - do dziś nie wiadomo.
Związek Sowiecki był państwem totalitarnym, rządzonym przez
Wszechzwiązkową Komunistyczną Partię (bolszewików) - WKP(b). Na czele
partii i państwa stał Iosif Stalin. W państwie panował terror, w obozach
koncentracyjnych zwanych łagrami przebywały miliony ludzi, z których
wielka część zmarła lub zginęła. Miliony straciły życie podczas
sprowokowanych klęsk głodu, a setki tysięcy - nie tylko Polaków - w czystkach etnicznych. Pomimo tych zbrodni ZSRS był traktowany przez
cywilizowane państwa jako równorzędny partner. Doniesieniom o milionach
zamordowanych ludzi nie dawano wiary - podobnie jak kilka lat później
nie wierzono w zbrodnie III Rzeszy.
Rozdział 2
Agresor był jeden, może dwóch
1 września 1939 roku Polskę zaatakowała III Rzesza, a później, gdy
Wojsko Polskie zostało rozbite, na ziemie Rzeczypospolitej wkroczyła
Armia Czerwona. Pozostali sąsiedzi, z wyjątkiem Słowacji, byli pokojowo
nastawieni, a Czesi i Litwini sympatyzowali z Polakami i nie brali
udziału w agresji.
Nie tylko Niemcy i Sowieci uczestniczyli w agresji na Polskę. 1 września
do Rzeczypospolitej wkroczyły również wojska słowackie. Republika
Słowacka powstała pół roku wcześniej, w wyniku rozpadu Czechosłowacji.
Niemcy zajęli Czechy, a od Słowacji zażądali zgody, aby na zachodzie
kraju mógł stacjonować Wehrmacht. Rząd w Bratysławie zgodził się na to,
choć niechętnie. Wielu słowackich polityków uważało nawet, że lepszym
rozwiązaniem będzie szukanie oparcia w Polsce, a przez nią we Francji i Wielkiej Brytanii. Tak się jednak nie stało, a co gorsza, Słowacy
musieli zaakceptować fakt, że z ich terytorium wyjdzie również niemiecki
atak na Polskę. W ostatnich dniach sierpnia postawiono w stan gotowości
Armię Słowacką, obawiano się bowiem polskiej kontrakcji.
Dowódcą Armii Słowackiej był generał Ferdinand Čatloš. Przekonywany
przez generałów Wehrmachtu, uznał on, że opłaca się wplątać Republikę
Słowacką w wojnę przeciwko Polsce. Liczył, że wzmocni to polityczną
pozycję Słowacji i Niemcy będą życzliwie traktowali to małe państwo, a przy okazji wzrośnie prestiż jego osoby i zmaleje znaczenie prezydenta
Jozefa Tiso. Wydał więc rozkaz wkroczenia wojsk słowackich na teren
Polski. Prezydent Tiso nie miał innego wyjścia, niż rozkaz ten
zatwierdzić. Słowacka Armia "Bernolak" wkroczyła trzema dywizjami do
Polski. Nie wykazywała szczególnie dużego ducha bojowego i inicjatywy,
szczególnie po 3 września, gdy Francja i Wielka Brytania wypowiedziały
wojnę Niemcom. Wydaje się, że większość społeczeństwa słowackiego nie
była nastawiona antypolsko, znamienna jest też postawa słowackiego
ambasadora w Polsce Ladislava Szathmárego, który zdecydowanie potępił
atak.
Walki pomiędzy Polakami a Słowakami były sporadyczne. Armia "Bernolak"
zdołała nawiązać kontakt bojowy z polską Armią "Karpaty", Polacy z kolei
w kilku miejscach wtargnęli na teren Słowacji, niszcząc mosty i tamy. Na
przełomie września i października oddziały słowackie przemaszerowały w defiladach przez Zakopane i Sanok, a następnie wróciły do kraju.
Słowackim łupem padło 770 km? terenu Rzeczypospolitej, z blisko 35 tys.
mieszkańców. Przez kolejnych sześć lat wojny "słowacka strefa okupacyjna
w Polsce" była najlepszym miejscem do życia w pustoszonej przez wojnę
Europie. Rządzącym w Bratysławie bardzo zależało, żeby mieszkańcy "ziem
włączonych do Słowacji" docenili nowe państwo i czuli się w nim lepiej
niż w Rzeczypospolitej. Wydalili polskich urzędników oraz księży, lecz
dopilnowali, by w lokalnych sklepach nie brakowało niczego, a nawet
najbardziej deficytowe towary miały niskie ceny. I osiągnęli swój cel:
gdy w 1945 roku przywracano przedwojenne granice, mieszkańcy niektórych
polskich wsi chcieli pozostać w granicach Słowacji, wybuchły nawet
zamieszki, były ofiary, również śmiertelne. Nie są to chwalebne
wydarzenia...
Wehrmacht, Armia Czerwona i Slovenská Armáda nie wyczerpują listy
agresorów. Przeciwko Polsce wystąpiły jeszcze dwa państwa. Pierwszym z nich jest Republika Litewska ze stolicą w Kownie. Mitem założycielskim
Republiki Litewskiej była nienawiść wobec Polaków i pamięć o rzekomym
odebraniu jej przez Rzeczpospolitą Wilna - historycznej stolicy Litwy.
Bez znaczenia było to, że Republika Litewska miała niewiele wspólnego z historycznym Wielkim Księstwem Litewskim, którego terytorialny trzon
stanowiły ziemie dzisiejszej Białorusi i którego językiem urzędowym był
ruski. Bez znaczenia było również to, że w Wilnie - według dość
obiektywnego, bo przeprowadzonego w 1916 roku przez Niemców spisu
powszechnego - "Litwini" stanowili mniej niż 2% ludności.
Władze Republiki Litewskiej niemal od początku powstania tego państwa
twierdziły, że znajduje się ono w stanie wojny z Polską, nie utrzymywały
z nią żadnych wzajemnych kontaktów oraz głosiły otwarcie, że przy
najbliższej nadarzającej się okazji wesprą dowolnego agresora w ataku na
Polskę. W 1938 roku, po zabiciu przez Straż Graniczną Republiki
Litewskiej polskiego żołnierza Władysława Serafina, cierpliwość Warszawy
się wyczerpała. Zmobilizowano Wojsko Polskie i wystosowano do Kowna
ultimatum, w którym zażądano... zakończenia stanu wojny i nawiązania
stosunków pokojowych. Chcąc nie chcąc, rząd w Kownie dostosował się do
polskich żądań.
Armia Litewska nie brała udziału w działaniach wojennych we wrześniu
1939 roku. Decyzja o wystąpieniu przeciwko Polsce zapadła dopiero 10
października, podczas negocjacji litewsko-sowieckich. 27 października
1939 roku korpus ekspedycyjny wojsk litewskich pod dowództwem generała
Vincasa Vitkauskasa przekroczył granicę z Polską. Następnego dnia zajął
Wilno i okoliczne powiaty. Litwini nie musieli walczyć z Polakami -
przejęli bowiem te ziemie od Sowietów.
To, że we wrześniu 1939 roku Litwini nie walczyli zbrojnie przeciwko
Polakom, nie oznacza, że nie byli agresorami. Sytuację w dużym stopniu
zakłamuje używanie narzuconych przez okupantów - a niewłaściwych naukowo
i prawnie - terminów "wojna obronna Polski" oraz "kampania wrześniowa".
Jeśli jednak używamy poprawnego terminu "kampania polska 1939 roku",
sytuacja staje się oczywista: Republika Litewska brała w niej niechlubny
udział. Polskie siły zbrojne wciąż jeszcze walczyły na terenie Polski
przeciwko agresorowi. Skierowanie wojsk Republiki Litewskiej do okupacji
Wileńszczyzny pozwalało Armii Czerwonej i NKWD na wysłanie zwolnionych w ten sposób sił do zwalczania polskiego oporu. Pamiętajmy też, że zgodnie
z prawem międzynarodowym zmiany granic można dokonać wyłącznie podczas
rozmów pokojowych. Republikę Litewską wciąż obowiązywała granica
pokojowa. Jej przekroczenie bez polskiej zgody oznaczało agresję.
Rzesza Niemiecka, Związek Sowiecki, Republika Słowacka i Republika
Litewska to nie wszystkie państwa, które brały udział w agresji na
Polskę. Trzeba jednak przyznać, że sprawa państwa czeskiego - piątego
agresora - jest nieco mniej jednoznaczna. Czesi swój udział, czy raczej
brak udziału w II wojnie światowej zakłamali i zmitologizowali
najbardziej spośród wszystkich państw Europy. Zdaniem Czechów po
rzekomej zdradzie Francji i Wielkiej Brytanii na konferencji w Monachium
jesienią 1938 roku zostali oni zmuszeni do oddania Sudetów III Rzeszy,
następnie stali się obiektem agresji hitlerowskiej, a w marcu 1939 roku
- pierwszym państwem okupowanym przez Niemcy. Faktycznie natomiast sami
zgodzili się na oddanie Sudetów, po konferencji monachijskiej zerwali
sojusz z Francją i podpisali porozumienie z Niemcami. Próby zbrojnego
stłumienia dążeń narodowych Słowacji doprowadziły do groźby najazdu
węgierskiego, w związku z czym Niemcy - zgodnie z obustronnym
porozumieniem - wprowadzili swoje wojska do Czech.
Czesi nie byli pierwszą ofiarą agresji niemieckiej - byli pierwszym
sojusznikiem Niemców. Ich państwo wciąż istniało pod nazwą Protektoratu
Czech i Moraw, nadal miało swojego prezydenta - Emila Háchę - i posiadało nawet własne wojsko (Vládní vojsko), które później zostało
wysłane do Włoch, żeby pomóc Niemcom w odparciu alianckiego ataku, i niewiele brakowało, żeby doszło do jego walk z II Korpusem Polskim
generała Andersa. Oczywiście, że wiele spośród tych decyzji podjętych w Pradze było wymuszonych przez Niemców, ale prawo międzynarodowe nie
zwraca na to uwagi: wymuszenie stacjonowania Wehrmachtu w Czechach ma
dokładnie taką samą ważność jak wymuszenie stacjonowania sił rozjemczych
ONZ na spornych granicach.
We wrześniu 1939 roku uderzenie Wehrmachtu na Polskę odbyło się z terytorium Protektoratu Czech i Moraw. Niemcy korzystali z czeskich dróg
i kolei, niemieckie bombowce startowały na Polskę z czeskich lotnisk.
Czeska policja i żandarmeria pomagały w utrzymaniu porządku na zapleczu
niemieckich wojsk, a czeski rząd dbał o przejezdność szlaków drogowych i kolejowych. Czy takie pomocnictwo - posłużmy się żargonem prawniczym -
wystarczy, aby nazwać Czechów agresorami? Przypomnijmy dla porównania,
że gdy w 1940 roku sowieckie bombowce startowały na Helsinki z baz
położonych na terytorium Estonii, fiński rząd rozpoczął przeciwko
Tallinowi kampanię dyplomatyczną - właśnie jako agresorowi. Gdy w 1986
roku amerykańskie samoloty bombardowały Libię, musiały to robić z terytorium Wielkiej Brytanii i lecieć nad Atlantykiem, bo ani Francuzi,
ani Hiszpanie, ani Włosi nie zgodzili się na wykorzystanie swoich baz i przestrzeni powietrznej. Zaatakowanie z terenu innego państwa - a nawet
takie podejrzenie - wielokrotnie było traktowane jako usprawiedliwiony
casus belli i prowadziło do wybuchu wojen.
Nie można zapominać o tym, że w 1939 roku Związek Sowiecki był takim
samym agresorem jak Niemcy. Pamięć ta pozwala lepiej ocenić rolę
Sowietów w późniejszej historii Polski. Udział Słowaków, Litwinów i Czechów w agresji na Rzeczpospolitą ma znaczenie dużo mniejsze -
przynajmniej dla nas. Dla nich ma jednak znaczenie olbrzymie, choć
niewymierne. Ich obywatele w szkołach uczą się historii zakłamanej i zmanipulowanej, a jeśli później poznają prawdę, to albo żyją z pogardą
dla własnej ojczyzny - i dla honoru - albo starają się racjonalizować
ówczesne wybory, podążając tym samym - niczym ich przodkowie - w kierunku ideologii nazistowskiej.
Rozdział 3
Czy "kampanię wrześniową" naprawdę wygrała III Rzesza?
Niemcy wygrały kampanię 1939 roku. Wehrmacht rozbił Wojsko Polskie i zajął niemal całą Rzeczpospolitą, a pomoc innych państw - szczególnie
Związku Sowieckiego - nie była mu do niczego potrzebna.
Wojna jest zjawiskiem społeczno-politycznym, a kampania to tylko jeden z jej militarnych wymiarów. Niemieckim planowaniem wojennym jeszcze się
zajmiemy, teraz zwróćmy tylko uwagę, że wiosną 1939 roku w Berlinie nie
zamierzano prowadzić żadnej wojny. Próbowano jedynie rozwiązać
polityczne i - w mniejszym stopniu - społeczne problemy związane z Polską. Niemcy nie liczyli na szybkie i pokojowe rozwiązanie, jakie
nastąpiło z Austrią, Czechosłowacją czy Republiką Litewską, żywili
jednak nadzieję, że wystarczy demonstracja zbrojna lub krótka akcja
policyjna. Gdy po kilku tygodniach okazało się, iż Polska nie ulegnie
bez walki, zamiarem Niemców była wojna wyłącznie z Polską - wojna, która
miała się zakończyć w wyniku jednej błyskawicznej kampanii. I taką
kampanię zaczęli planować.
"Celem operacji - wyjaśniał swoim podwładnym dowódca niemieckich wojsk
lądowych generał Walther von Brauchitsch - jest zniszczenie polskich sił
zbrojnych. Względy wyższej polityki wymagają, aby wojna rozpoczęła się
gwałtownym uderzeniem przez zaskoczenie dla uzyskania szybkich
rezultatów. Zamiarem Naczelnego Dowództwa Wojsk jest zapobiec regularnej
mobilizacji i koncentracji polskiej armii przez niespodziewaną inwazję
polskiego terytorium i zniszczenie masy polskiego wojska, którego należy
się spodziewać na zachód od linii Wisła-Narew".
Operacja miała być dostatecznie szybka, aby Francja i Wielka Brytania
nie zdążyły stanąć po polskiej stronie. Na wypadek gdyby do tego doszło,
zaplanowano, że kampania w Polsce ma trwać nie dłużej niż 14 dni, aby
można było przerzucić wojska na front zachodni.
Nieco na marginesie warto zauważyć, że takie postawienie sprawy miało
pewne mało istotne, ale niewygodne dla historyków konsekwencje. Otóż
niemieckie armie walczące w Polsce były tworami prowizorycznymi, które
reorganizowano albo nawet rozwiązywano po kampanii polskiej. Nie
prowadziły one właściwej dokumentacji i nasza wiedza na temat decyzji
podejmowanych na szczeblu armijnym jest dość uboga.
Czy cele postawione przed Wehrmachtem zostały zrealizowane? Wojsko
Polskie było faktycznie skoncentrowane na zachód od linii Wisły i Narwi,
więc Niemcy mieli okazję je zniszczyć. Z różnych przyczyn - które
opiszemy później - nie zdołali tego zrobić. Większość polskich armii
przekroczyła Wisłę, tam się odbudowała i podążyła dalej na wschód. Na
zachodzie kraju pozostały armie "Poznań" i "Pomorze", ale 14 września,
czyli po dwóch tygodniach trwania kampanii, Niemcy wciąż byli daleko od
ich zniszczenia. Co więcej, polski opór już od pierwszego dnia ataku nie
dał naszym sojusznikom szansy na reakcję inną niż wypowiedzenie Niemcom
wojny.
1 września 1939 roku Niemcy rozpoczęli "akcję policyjną" przeciwko
Polsce, a 3 września toczyli już II wojnę światową, która doprowadziła
do kompletnej klęski Niemiec. Co to znaczy "kompletna klęska"? W latach
1939-1945 ludność Niemiec została zdziesiątkowana; wojsko, marynarka i lotnictwo uległy całkowitemu zniszczeniu; gospodarka legła w gruzach. Ze
społeczeństwa również zostały ruiny, gdyż straty wojenne i powojenny
głód przetrąciły mu moralny kręgosłup: mężczyzn pozbawiły teutońskiej
buty, kobiety zmusiły do prostytucji, a dzieci - do uczenia się w szkołach treści narzuconych przez zwycięzców (co trwa do dziś). Państwo
niemieckie przestało istnieć - podobnie jak Polska w 1795 roku. Jego
namiastki odbudowano co prawda po czterech i pół roku - dwa razy
szybciej niż niegdyś namiastkę państwa polskiego, czyli Księstwo
Warszawskie - ale przez niemal pięć dekad trwały rozbiory Niemiec, bo
jak inaczej nazwać podział na RFN i NRD? Nawet teraz, po 74 latach od
zakończenia wojny, w Niemczech wciąż stacjonują zwycięskie wojska
amerykańskie, a rząd w Berlinie nie może samodzielnie prowadzić polityki
zagranicznej.
"Niemniej niezrealizowanie postawionego celu to klęska"1 -
napisał o bitwie pod Kurskiem pewien rosyjski historyk. Słowo "niemniej"
dotyczy sukcesów niemieckich w tej rzekomo największej bitwie pancernej
świata. Te same słowa doskonale odnoszą się do roku 1939: Niemcy
odnosili zwycięstwa nad Wojskiem Polskim, niemniej nie zrealizowali
postawionego celu, a to oznacza klęskę. Powtórzmy raz jeszcze: 1
września 1939 roku Niemcy rozpoczynali "akcję policyjną" przeciwko
Polsce, a 3 września toczyli już wojnę światową, której koszmarne skutki
odczuwają do dziś. Zadecydowały o tym trzy dni, podczas których Wojsko
Polskie samotnie walczyło przeciwko Wehrmachtowi. To były trzy
decydujące dni II wojny światowej.
Niemieckie sukcesy wojenne w tym trzydniowym okresie nie mają większego
znaczenia. Wojna - przypomnijmy - to zjawisko polityczne, a jak napisał
pewien sławny Niemiec: to realizowanie polityki zagranicznej innymi
środkami. Akurat w tym przypadku wybór środka do realizowania celów
politycznych był najgorszy z możliwych.
Czy to znaczy, że to Polacy byli zwycięzcami? Przywołajmy słowa
marszałka Polski Edwarda Śmigłego-Rydza: "Rozpoczynając wojnę,
rozumiałem dobrze, że będzie ona z konieczności przegrana na froncie
polskim, który uważałem za jeden z odcinków wielkiego frontu
antyniemieckiego. Zaczynając w niebywałych warunkach walkę, czułem się
tak jak dowódca odcinka, który ma być poświęcony, aby dać czas i możliwość organizacji i przygotowania innych". Słowa te zostały spisane
24 grudnia 1939 roku na wygnaniu w rumuńskim mieście Dragoslavele, można
więc zrozumieć ich gorzki wydźwięk. Taka była jednak gorzka prawda:
kampania polska była jedną z wielu kampanii wojny przeciwko Niemcom,
kampanią, w której należało liczyć się w ryzykiem porażki.
Jakie były cele kampanii dla Polaków? W Rzeczypospolitej nie ma zwyczaju
pisania dyrektyw - takich, jakie pisali Hitler i jego generałowie - nie
znajdziemy więc precyzyjnie opisanego celu, jednak nie był on sekretem.
Po pierwsze, należało powstrzymać wroga w bitwie granicznej, co
umożliwiłoby mobilizację państwa oraz wymusiło na Francuzach i Brytyjczykach decyzję o przyjściu Polsce z pomocą. Kolejnym celem było
zachowanie armii, co dawało szansę na wyzwolenie kraju, gdy uderzenie
francuskie zmusi Niemców do wycofania z Polski znacznej części
Wehrmachtu. Nikt w Warszawie nie liczył na to, że Niemców można
samodzielnie pokonać!
Pierwszy - polityczny - cel kampanii został zrealizowany. Niestety
ostateczne zwycięstwo nad Niemcami przeciągnęło się do roku 1945 i nie
wyglądało tak, jak sobie wyobrażano w przedwojennej Warszawie. Drugi cel
- zachowanie sił Wojska Polskiego - udawało się realizować do pewnego
momentu, na pewno dłużej niż dwa tygodnie postawione Wehrmachtowi na
zniszczenie sił zbrojnych Rzeczypospolitej. Po dwóch tygodniach sytuację
wojenną oceniano w sztabie polskiego naczelnego wodza całkiem dobrze.
"Wszystko to [czyli wieści o udanym odwrocie] złożyło się na
stworzenie u szeregu oficerów Sztabu wieczorem dnia 16 września nastroju
optymistycznego. Pojawiła się nawet butelka wina, którą oficerowie
Sztabu chcieli uczcić sukces gen. Sosnkowskiego"2.
Wojsko Polskie realizowało swój drugi cel wojenny - czyli zachowanie sił
- dość długo. (Oceną tego, jak sprawnie to szło, zajmiemy się w jednym z kolejnych rozdziałów). Dłużej niż dwa tygodnie zakładane przez Niemców.
Co najmniej 16 dni - według ocen polskich sztabowców. Do 16 września
Niemcy nie osiągnęli żadnego ze swoich celów wojennych, natomiast Polacy
zrealizowali już jeden i byli w trakcie realizacji drugiego.
Możemy dokładnie - niemal co do minuty - określić moment, w którym
realizowanie polskiego celu wojennego załamało się. Wydarzyło się to 17
września 1939 roku o godzinie 3.00, gdy Armia Czerwona otworzyła "drugi
front" w wojnie przeciwko Polsce. Wobec ciosu w plecy - zajęcia
magazynów i opanowania terenu, na którym polscy żołnierze mieli odzyskać
zdolność bojową - zachowanie sił Wojska Polskiego nie było możliwe. Cele
wojenne postawione niemieckiemu Wehrmachtowi przez Hitlera i jego
generałów zostały zrealizowane przez sowiecką Armię Czerwoną.
To, że Niemcy podczas kampanii polskiej nie osiągnęli swoich celów
wojennych, nie oznacza, że Polacy wygrali. Oznacza tylko, że Niemcy
przegrali. Przegrali wojnę. Polacy również nie zrealizowali wszystkich
swoich celów, ale nie z powodu działań niemieckich.
Rozdział 4
Czy wszystko skończyło się 6 października?
6 października 1939 roku rozegrano pod Kockiem ostatnią bitwę "kampanii
wrześniowej". Tego właśnie dnia wojna skończyła się dla Polski.
Pomijając inne kwestie, data 6 października jest mocno naciągana.
Decyzję o zaprzestaniu walk podjęto wieczorem 5 października,
zawieszenie broni trwało od 19.30, a polscy parlamentariusze przekazali
Niemcom akt kapitulacji dwie godziny po północy.
Najśmieszniejsze - chociaż wcale nie zabawne - jest to, że niemal
wszyscy wiedzą, iż walcząca pod Kockiem Samodzielna Grupa Operacyjna
"Polesie" nie była ostatnią walczącą na ojczystej ziemi formacją Wojska
Polskiego. Powszechnie znana jest postać majora Henryka Dobrzańskiego
"Hubala", który na czele Oddziału Wydzielonego kontynuował walkę do
końca wiosny 1940 roku. Ani on, ani jego żołnierze nie byli partyzantami
- walczyli jawnie, w mundurach wojskowych.
Oddział Wydzielony Wojska Polskiego majora Henryka Hubala-Dobrzańskiego
nie był jedynym, który nie złożył broni. Walkę kontynuowały również
większe i mniejsze formacje, które podczas wrześniowego odwrotu
pozostały na zachodnim brzegu Wisły czy też na Lubelszczyźnie. Oddział
Hubala walczył jednak najdłużej i utrzymywał kontakt z przełożonymi.
Jego losy doskonale pokazują, dlaczego słuszny był rozkaz naczelnego
wodza o zaprzestaniu walki i przejściu przez granice do państw
neutralnych. Do tego wątku jednak powrócimy.
We wrześniu Hubal walczył przeciwko Sowietom, a następnie przeszedł na
Kielecczyznę, gdzie nawiązał walkę z Niemcami. Dlatego jego imię jest
doskonale pamiętane. O polskich żołnierzach kontynuujących opór, ale
walczących przeciwko Sowietom wiadomo bardzo niewiele. Pamięć o nich
została skutecznie zatarta przez sowieckie NKWD, które wymordowało
wszystkich walczących, oraz polską Służbę Bezpieczeństwa, która
pilnowała, aby nikt ich nie wspominał.
A przecież wiemy, że Wojsko Polskie walczyło przeciwko Sowietom aż do
końca czerwca 1940 roku. Najdłużej przetrwało ugrupowanie mające swoją
siedzibę w uroczysku Kobielno nad Biebrzą nieopodal Jedwabnego. Nie
wiemy nawet, kim był dowódca kilkusetosobowego oddziału, podpisujący się
jako "major Burski". A takich było wielu. Podobne oddziały były w okolicach Wizny, a najprawdopodobniej i dalej na wschód, tam gdzie potem
przez wiele lat istniał Związek Sowiecki.
6 października nic się nie skończyło. Proszę zwrócić uwagę, że w tytule
użyliśmy sformułowania: "wszystko się skończyło". Cóż innego mogliśmy
zrobić? Napisać, że "kampania wrześniowa" skończyła się 6 października?
Czy może, że "wojna obronna Polski" skończyła się 6 października? Tego
właśnie chcieli rządzący w Polsce komuniści: po 6 października
rozpoczyna się bowiem inna wojna - wojna wyzwoleńcza narodu polskiego.
Wydarzeń, które nastąpiły w Polsce po 1 września 1939 roku, nie można
nazwać "wojną obronną". Wojna to zjawisko społeczno-polityczne dotyczące
wszystkich zaangażowanych państw. Rozpoczęta 1 września 1939 roku i zakończona wiele lat później wojna objęła niemal cały świat. Wydarzenia
w Polsce były jedynie jej częścią. Działania zbrojne toczące się na
określonym obszarze i w określonej fazie wojny, na przykład w Polsce w 1939 roku, nazywa się kampanią. To jest nazwa zgodna z zasadami nauki i,
co ważniejsze, zgodna z prawem. Prawo międzynarodowe mówi bowiem, że
wszelkie zmiany, na przykład terytorialne, muszą zostać uzgodnione w traktacie pokojowym pomiędzy państwami. Skoro zaś "wojna obronna Polski"
zakończyła się upadkiem państwa polskiego 6 października 1939 roku, to
Rosjanie z Moskwy nie musieli sobie zawracać głowy podpisywaniem żadnego
traktatu pokojowego i mogli wziąć to, co chcieli.
Kampanii w dziejach świata stoczono tak wiele, że dla ich rozróżnienia
potrzebne są określenia dotyczące czasu i miejsca. Mówimy więc na
przykład o "kampanii francuskiej" albo "kampanii 1940 roku", ale nikt
nie używa określenia "wojna obronna Francji". Działania zbrojne toczące
się w Polsce po 1 września 1939 roku należy więc nazwać "kampanią 1939
roku", "kampanią polską" albo nieco redundantnie "kampanią polską 1939
roku". Tak też są one nazywane w literaturze naukowej obcojęzycznej,
przede wszystkim niemieckiej, bo tylko Niemcy poważniej interesują się
problemem Feldzug in Polen.
Skąd więc niesamowicie popularne określenie "kampania wrześniowa"? Z propagandy, mającej podkreślić krótkotrwałość walk. Określenie wymyślili
Niemcy. September Feldzug stanowił według nich zasłużony koniec
Saisonstaat - państwa sezonowego, czyli Polski. Z pomysłu Goebbelsa
skorzystali później - zresztą nie po raz pierwszy i nie ostatni -
komuniści rządzący w Polsce. Weteranom 1939 roku, którzy nie chcieli
posługiwać się kłamliwym określeniem "wojna obronna Polski", łaskawie
pozwolili używać nazwy "kampania wrześniowa". Nie tylko z tych samych
powodów co Niemcy, ale także po to, by uniknąć niewygodnych pytań o 17
września i o najazd Armii Czerwonej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki