Młodzieżowa Agencja Detektywistyczna. Tom 3. Kto kradnie psy? - Agnieszka Pruska

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (39,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chorwacja wita

- Tak! To jest to! - wykrzyknął Marek, gdy tylko ujrzał położony nad brzegiem morza Trogir.

Po trwającej prawie dobę podróży, w sobotę o piątej po południu, Uszkierowie i Myczkowscy dojechali do celu. Morze widziane z prowadzącej przez góry drogi i leżące tuż przy brzegu, pogrążone w promieniach słonecznych miasto u wszystkich wywołały uśmiech - kojarzyły się z wakacjami, które zapowiadały się naprawdę dobrze. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej Janek i Marek Uszkierowie oraz ich przyjaciele Zosia i Paweł Myczkowscy dowiedzieli się, dokąd pojadą, i że czeka ich wspólny wyjazd. A to zwiększało szansę na kolejne śledztwo, za którym bardzo tęsknili. Przez ostatnie kilka miesięcy, od zimowej potyczki z Niebieskim, członkom Młodzieżowej Agencji Detektywistycznej nie udało się znaleźć sprawy, którą mogliby sami rozwiązać.

Samochody Uszkierów i Myczkowskich zatrzymały się w miejscu, z którego rozpościerał się widok na położone w dole miasto, morze i wyspy. Gdy rodzice chłonęli krajobraz, ciepło i zapach lata, czwórka przyjaciół oddaliła się nieco wąską ścieżką. Uszkierowie byli tu wcześniej, a teraz wynajęli ten sam apartament, co ostatnio.

- Jakby co, to zajmujemy pokoje koło dużej werandy - pouczył resztę Marek i od razu wyjaśnił: - Na nasze piętro można wejść schodami z dwóch stron, ale zawsze trafia się na werandę. Tylne wejście jest mniej oficjalne. I mniej widoczne.

- Masz na myśli, że będziemy mieli kwaterę z niekrępującym wyjściem? - ożywił się Paweł.

- Dokładnie!

- A niby po co wam takie niekrępujące wyjście? - ostatnie słowo Zosia powiedziała z lekkim przekąsem.

Paweł i Marek popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Byli najstarsi z całej czwórki, Myczkowski miał czternaście lat, a Uszkier trzynaście. Uważali się za nastolatków pełną gębą, niemal dorosłych, a swoje nieco młodsze rodzeństwo traktowali jak dzieciaki. Przynajmniej w niektórych sprawach.

- Kto wie, czy nie będziemy chcieli wyjść dyskretnie - powiedział Paweł.

- Po co? - docisnęła Zosia.

- A co tak wnikasz?

- Jakbym nie widziała, że się zacząłeś za dziewczynami oglądać. - Zosia uśmiechnęła się z satysfakcją.

- Kto? Ja? - Paweł zaczerwienił się jak burak.

- No nie ja. Myślisz, że nikt nie widzi, jak patrzysz na Klaudię - dopiekła bratu.

- Oszalałaś? Ona... po prostu ma fajne włosy - szybko wytłumaczył się speszony Paweł.

- Ta, jasne.

- Zośka, odczep się od niego, przecież w Trogirze Klaudii nie będzie - wziął kumpla w obronę Marek.

- Marty też nie - roześmiał się Janek.

- Odwal się!

- No i tu was mamy! - podsumowała Zosia. - Ale Janek ma rację. Skoro nie będzie tam waszych dziewczyn...

- To nie nasze dziewczyny! - natychmiast zaprotestował Paweł.

- ...to po co wam niekrępujące wyjście? - Zosia udała, że nie słyszy, ale mrugnęła porozumiewawczo do Janka.

- Żeby nie musieć za każdym razem przechodzić przez dom gospodarzy. A przede wszystkim obok drzwi rodziców. Sami wiecie, że zawsze dobrze mieć możliwość dyskretnego ulotnienia się. Przetestowaliśmy to i w Mierkach, i w Mylofie - przypomniał Marek, który miał na myśli pierwsze i drugie dochodzenie przeprowadzone przez Młodzieżową Agencję Detektywistyczną.

- Liczysz na jakieś śledztwo? - zainteresowała się Zosia.

- A ty nie?

- No, nie wiem...

- W innym kraju chyba jest dużo trudniej - zastanowił się Paweł.

- Czy ja wiem? Niekoniecznie.

- A jak się dogadasz?

- Po angielsku. I częściowo po chorwacku - wyjaśnił Marek.

- Znacie chorwacki? - zdziwiła się Zosia.

- Nie. Znamy ileś tam słów, inne są podobne. To plus angielski wystarcza, by się dogadać.

- Fajnie. Ale i tak nie liczyłabym na międzynarodowe śledztwo - ostrzegła chłopców realnie myśląca Zosia.

- To się jeszcze okaże. Nie zakładaj, że nic się nie wydarzy. Nie pamiętasz, jak było zimą? Też nie podejrzewaliśmy, że akurat w domu naszej ciotki możemy się na coś natknąć - przypomniał Janek.

- Rany, ależ to morze jest piękne, takie turkusowe - zmieniła temat Zosia. - Dobrze, że kupiłam nowy strój.

- Bo stary był za brzydki na Adriatyk? Tylko do kąpieli w Bałtyku się nadawał? - zakpił Marek.

- Głupi jesteś! Tamten był stary! Mam go trzy lata i jest taki... dziecinny.

- Co może być dziecinnego w stroju do pływania? - zdziwił się Janek.

- Kolor! Krój! Wszystko! - Zosia prychnęła, jednak widząc spojrzenia chłopców, dodała: -Jakbyście nie zauważyli, strój kąpielowy nieco różni się od kąpielówek. I może być modny albo nie.

- Rany boskie, pliiis, nie rób nam wykładu na ten temat - jęknął Paweł. - Ona postanowiła zmienić stylówkę. I gada do mnie o tym, jakby mnie to interesowało.

- Przecież ubierasz się tak samo? - zdziwił się Janek, oglądając Zosię od stóp do głów.

Tak, jak przeważnie, miała na sobie T-shirt, spódniczkę i trampki. Nic nadzwyczajnego ani rewolucyjnego. Gdy się poznali, była podobnie ubrana.

- O Boże, ty chyba ślepy jesteś. - Myczkowska westchnęła teatralnie.

- Ja mam to na co dzień - wyjaśnił Paweł.

- Inny krój, inny kolor - wyjaśniła krótko dziewczynka.

- Fakt, jakby bardziej stonowany. - Tym razem Marek dokładnie obejrzał przyjaciółkę.

- To się nazywa kolory ziemi. Ale tak, o to chodzi. I...

- Dobra, siostra, to nie poradnik na Pudelku, załapaliśmy, o co chodzi, nie musisz nas uświadamiać modowo.

- A przydałoby się - odcięła się Zosia. - Może też...

- Odpuść, lubię swoje ciuchy, oni też - powstrzymał Zosię Paweł. - Mamy do obgadania ważniejsze sprawy niż twoje stroje. Albo nasze. Wiecie, naprawdę chciałbym, żeby znowu trafiła się nam jakaś zagadka. Może coś nietypowego? Chorwackiego?

- Nie wiem, co by to mogło być - powiedział Marek.

- Byle nie zwłoki - jak zwykle zastrzegła Zosia.

- Odczep ty się od tych nieboszczyków, to jakaś obsesja - mruknął Paweł. - Przecież już kiedyś to ustaliliśmy. Żadnych trupów.

- Nawet jeśli pominiemy wszystko inne, jak byśmy zaczęli na własną rękę szukać mordercy, to ojciec by nas zabił - stwierdził Janek. - Z czego jak z czego, ale z tego to byśmy się nie wytłumaczyli.

- Trochę szkoda...

- Marek, odbiło ci? Jak zaczniesz się za jakimiś morderstwami rozglądać, to ja w tym nie biorę udziału!

- A może byś tak posłuchała do końca? Powiedziałem, że szkoda, bo gadaliśmy z wujkiem Jurkiem, znaczy z policyjnym lekarzem - Marek miał na myśli Widockiego, przyjaciela ojca - i udało nam się wyciągnąć od niego parę ciekawych rzeczy.

- Tak wam opowiadał o zwłokach albo o sekcji? - spytał z niedowierzaniem Myczkowski.

- Trochę go podeszliśmy - roześmiał się Janek. - Ale nawet zbytnio nie naściemnialiśmy. Mamy w grze trupa, a skoro tak, to powinniśmy wiedzieć, jak stwierdzić, kiedy zginął, od czego i inne takie. Wujek trochę nam opowiedział.

- I opowiedziałby więcej, ale niestety ojciec się wtrącił, gdy wujek zaczął przechodzić do ciekawszych szczegółów - wyjaśnił z żalem Marek.

- Tych wiadomości w praktyce nie przetestujesz - zauważyła twardo Zosia.

- Ale inne tak. Zabraliśmy nasze śledcze akcesoria, a od kumpli ojca udało nam się wycyganić argentorat, więc obejdzie się bez pudru. I mamy porządne pędzle z włosia - pochwalił się Janek. - Może się przydadzą.

W tym momencie od strony samochodów dobiegło wezwanie do ruszenia w dalszą podróż. Od domu Danicy i Jure dzieliło ich jeszcze pół godziny. Gospodarze już na nich czekali i zaraz po powitaniu zaprosili wszystkich na kawę i ciasto. To była tradycja. Gdy goście opowiedzieli, jak minęła podróż, a po cieście zostały jedynie okruszki, Danica dała Uszkierom klucze do pokoi.

- To my weźmiemy te bliżej schodów, dobra? - spytał Marek.

- A dlaczego? - zaciekawił się Uszkier. - Już coś planujecie?

- Nie. Ale nie pamiętasz, jak było poprzednio? Mieliśmy pokoje w głębi, a inni goście bliżej drzwi i często spali po południu, więc musieliśmy się przemykać, żeby ich nie obudzić. Was też czasem sen morzył. Wolimy uniknąć wyrzutów, że hałasujemy.

- A jak wy sobie będziecie sjestować, to my możemy iść do miasta na lody - podsunął Janek.

- Albo na rowery.

- Albo pobiegać - dodała Zosia, która nie zamierzała przerywać treningów.

- Oszalałaś? W tym upale?

- A kto mówi, że będę biegała w południe? Jadę potem na obóz i nie mam zamiaru...

- Ona będzie biegała w skwarze, deszczu lub na mrozie, przecież ją znacie - włączył się Paweł. - Jeszcze by się okazało, że nie jest najlepsza, i co wtedy?

- Czy ja ci wypominam mangę?

W ciągu kilku ostatnich miesięcy Zosia dwukrotnie wygrała ważne zawody, a Paweł zdobył nagrodę na konkursie dla młodych plastyków.

- Jeżeli nie przestaniecie, to zabieram Pawłowi ołówki, a tobie trampki - zagroził Myczkowski senior.

- Nie biegam w trampkach...

- Koniec dyskusji, łapcie się za bagaże, same się nie wniosą.

- I tak, możecie wziąć pokoje bliżej schodów - zgodził się Uszkier.

Zajęli się wypakowywaniem bagaży i rozlokowywaniem ich w pokojach, a Jure pokazał im, gdzie na dole mogą przypiąć rowery. Reszta rzeczy musiała zostać wniesiona na górę, a potem starannie poukładana. Oprócz ubrań były to laptopy, maski, fajki i płetwy, kaski rowerowe oraz wiele innych przydatnych podczas wakacji przedmiotów. Janek przywiózł deskorolkę, Paweł dwa szkicowniki - w tym jeden duży i gruby, Marek piłkę, a Zosia dwie pary butów do biegania. Nastolatkowie szybko rozgościli się w pokojach, a potem spotkali na dużej werandzie.

- Mieliście rację, widok jest zajefajny - przyznał Paweł, spoglądając na leżącą w dole wyspę Trogiru. - Co to za ruiny?

Na końcu nabrzeża było widać mury starej budowli i wieżę. Obok rozciągał się teren przypominający park, w każdym razie były to trawa i palmy.

- To stara twierdza, zaraz, jak ona się nazywa? - Janek spojrzał pytająco na brata.

- Kamerlengo, bardzo stara, ale nie pamiętam dokładnie, z którego wieku. A z tamtej wieży Jure skakał do morza.

- Żartujesz? To bardzo wysoko - zauważyła Zosia. - I to chyba niezbyt bezpieczne.

- Przegrał jakiś zakład albo chciał się popisać? - podsunął Myczkowski.

- Nie. Ten facet to ciekawa postać. Był marynarzem, mechanikiem i nurkiem. Ale nie takim zwykłym, a głębinowym. Nie bał się skoczyć, bo już skakał z dużej wysokości, a dno znał - wyjaśnił Janek.

- Ale po co skakał? Tak sobie dla przyjemności? - docisnęła Zosia.

- Nie. Kręcili tu jakiś film i była scena, w której ktoś spada czy skacze z wieży do morza. Kaskader się bał. Nie wiem, może nie umiał pływać? - zastanowił się Marek. - I ktoś spytał Jure, czy skoczy. Zgodził się. I podobno całkiem nieźle zarobił.

- To chyba było bardzo dawno temu - zauważyła Myczkowska. - On ma chyba coś koło osiemdziesiątki.

- Pewnie, że dawno. A w ogóle on jest fajny. Wszystkich zna, a jak się go poprosi, to opowiada o Trogirze i Chorwacji. Możemy spróbować namówić go na rejs jego jachcikiem.

- Jak się z nim dogadujecie? - spytał Paweł. - Na kawie rozmawialiśmy po chorwacku, angielsku i niemiecku. Normalnie wieża Babel, ale czułem się przytłoczony, bo znam tylko angielski.

- I po rosyjsku też było - dodała Zosia.

- My po polsku, chorwacku i angielsku - wyjaśnił Marek. - Da się dogadać. Najprostsze słówka podłapiecie od razu. Nazywam się Marek to zovem se Marek.

- I fajnie wiedzieć, jak zamawiać lody. Kulka to kugla. I one są większe niż u nas. I zapamiętajcie, że maliny to maline, truskawki to jagody - dodał młodszy Uszkier. - A dziękuję to hvala albo hvala lijepa.

- A polako to powoli, a josz to nie jesz, a więcej.

- I lepiej nie używać słowa droga, bo u nich to znaczy narkotyk - przypomniał sobie Marek. - W ogóle to wzięliśmy ze sobą rozmówki, możecie poczytać do poduszki.

Po sprawdzeniu, czy Myczkowscy zapamiętali te parę słów, wrócili do przerwanej rozmowy.

- Chodźcie na balkon z tyłu, stamtąd widać i miasto, i morze - zaproponował Janek.

Na położonym od zachodniej strony balkonie nawet teraz było upalnie, więc od razu rozłożyli wielki parasol.

- Nieźle! - ocenił widok i lokalizację Paweł. - Do Trogiru blisko, nad morze blisko.

- I widać, co się wszędzie dzieje - pochwalił miejscówkę Marek.

- A jak się pali...

- Często są tutaj pożary? - zaciekawiła się Zosia.

- Jak jest bardzo sucho, to tak. Ale nie w mieście, a tam, w górach. - Janek machnął ręką w odpowiednią stronę. - W niektóre miejsca nie da się dojechać, gaszenie z samolotów jest najskuteczniejsze.

- Moglibyśmy kiedyś pójść na spacer w góry - zaproponował Paweł.

- Pewnie, tam jest dość ciekawie - tak dziko i skaliście. Inaczej niż u nas. No i są świetne widoki. Ale to najlepiej albo rano, albo wieczorem, bo inaczej padniemy z przegrzania - wyjaśnił Marek.

- Rowery mogą nam w tym pomóc - stwierdził Paweł. - Podjedziemy sobie w odpowiednie miejsce, a potem pójdziemy jakąś ścieżką w górę.

- Przy okazji pobiegam, to zupełnie inny teren niż w Gdańsku.

- I inna temperatura - zauważył Marek. - Weź to pod uwagę. Tu trzeba dużo pić, właściwie wszędzie ze sobą zabieramy wodę. No, chyba że w planach jest obiad w knajpie. A właśnie, tam za tym wypasionym jachtem - chłopak wskazał na nabrzeże - jest fajna pizzeria.

- Nie dość, że żarcie dobre, to i widok na te rozmaite jachty - poparł brata Janek.

- Głodny jestem. - Paweł przypomniał sobie, że ma żołądek. - To ciasto było dobre, ale prawie zapomniałem, że coś zjadłem.

- Pewnie pójdziemy coś zjeść do Trogiru - zawyrokował Marek. - Dzisiaj nikomu nie będzie się chyba chciało gotować.

- Oby szybko. Nie wiem, co oni tyle czasu robią w pokojach, przecież nie mają więcej bagażu niż my - zniecierpliwił się Janek.

- Jakbyś własnych rodziców nie znał. Układają wszytko dokładnie.

W tym momencie, jakby słyszał, o czym rozmawiają członkowie MAD, na balkon wyszedł ojciec Zosi i Pawła.

- Gotowi na obiad?

- Jeszcze pytasz? Pewnie. Oni mówią, że na nabrzeżu jest fajna pizzeria - podsunął szybko Paweł. - Może dzisiaj tam pójdziemy?

- Zaraz to ustalimy. Chodźcie.