Modlitwy do rozbitych kamieni. Czas wszystek, światy wszystkie. Miłość i śmierć - Dan Simmons

Kup ebooka

80.00 zł
68.00 zł (63,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp do "Wspomnienia o Siri"

Fascy­nuje mnie, jak nie­wielu pisa­rzy prze­kra­cza osmo­tyczną barierę pomię­dzy science-fic­tion i hor­ro­rem albo pomię­dzy lite­ra­turą gatun­kową i tym, co jej auto­rzy nazy­wają main­stre­amem. Ści­śle rzecz bio­rąc, fascy­nuje mnie to, jak wielu prze­kra­cza tę gra­nicę, by już zza niej nie wró­cić.

Przy­pusz­czam, że wynika to po czę­ści z poważ­nego roz­ziewu mię­dzy sta­nem umy­słu, który śni mroczne hor­ro­rowe sny, i takim, który two­rzy racjo­nalne kon­struk­cje SF; mię­dzy bez­gra­niczną swo­bodą fan­ta­zji i cią­żącą jak okowy gra­wi­ta­cji powagą "praw­dzi­wej" bele­try­styki. Naprawdę trudno jest je połą­czyć, nasza psy­che cierpi, kiedy jed­nej pół­kuli mózgu pozwa­lamy rzą­dzić, a drugą bez­li­to­śnie okła­damy kijem tak długo, aż prze­sta­nie skam­leć. Może to dla­tego zbiory czy­tel­ni­ków SF i hor­roru, a także lite­ra­tur gatun­ko­wych i powie­ści z listy best­sel­le­rów "New Yor­kera" mają mniej­szą część wspólną, niżby się można spo­dzie­wać.

Bez względu na przy­czyny takiego stanu rze­czy, szkoda, że wielu pisa­rzy czuje się zmu­szo­nych - cza­sem cho­dzi o nie­do­sta­tek talentu lub nie dość sze­ro­kie zain­te­re­so­wa­nia, czę­ściej jed­nak decy­dują względy ryn­kowe i fakt, że odnie­śli suk­ces tylko na pew­nym kon­kret­nym polu - do pozo­sta­nia w obrę­bie jed­nego gatunku.

Oczy­wi­ście wyjątki są zawsze naj­cie­kaw­sze. Geo­rge R.R. Mar­tin poru­sza się swo­bod­nie pomię­dzy gatun­kami i ocze­ki­wa­niami czy­tel­ni­ków; rzadko się powta­rza, zawsze zaska­kuje. Dean Koontz porzu­cił SF, led­wie został jej gwiazdą - może prze­czu­wał, że jego prze­zna­cze­niem jest zostać super­nową na innym poletku. Edward Bry­ant kilka lat temu wziął "urlop" od SF i od tam­tej pory pro­du­kuje hor­rory świa­to­wej klasy. Kurt Von­ne­gut i Ursula K. Le Guin awan­so­wali z SF do głów­nego nurtu i zaskar­bili sobie akcep­ta­cję jego czy­tel­ni­ków. (Von­ne­gutowi należy się w tym miej­scu pochwała za szcze­rość: przy­znaje się do tego, że gdy cza­sem dopada go nostal­gia, otwiera dolną szu­fladę biurka, w któ­rej trzyma swoje stare wypo­ciny prze­zna­czone do pul­po­wych pise­mek SF, i sika do niej). Doris Les­sing, Mar­ga­ret Atwood i inni piszą swoją naj­lep­szą bele­try­stykę w ramach SF, ale sta­now­czo wypie­rają się wszel­kich związ­ków z tym gatun­kiem. Żadna z tych dwóch dam nie wspo­mina o sika­niu do szu­flady, można sobie jed­nak wyobra­zić, że odczu­łyby pewne par­cie na pęcherz, gdyby zmu­sić je do przy­ję­cia Hugo albo Nebuli.

Har­lan Elli­son naj­zwy­czaj­niej w świe­cie odma­wiał przy­pi­sa­nia do jakie­go­kol­wiek gatunku, cho­ciaż sam je wszyst­kie rewo­lu­cjo­ni­zo­wał. Wszy­scy znamy tę histo­rię, w któ­rej Elli­son zostaje po raz dzie­się­cio­mi­lio­nowy zmu­szony przez dzien­ni­ka­rza, kry­tyka albo oso­bi­stość tele­wi­zyjną do odpo­wie­dzi na pyta­nie, jakim dopi­skiem uzu­peł­niłby w swoim przy­padku okre­śle­nie "pisarz": Sci-fi? Fan­tasy? Hor­ror?

- A co jest złego w samym "pisa­rzu"? - odpo­wiada Elli­son arcy­życz­li­wym sykiem jado­wi­tej kobry.

To jest w nim złego, że pół­a­nal­fa­beci mają wątłe, lecz za to upo­rząd­ko­wane móżdżki pełne schlud­nie uło­żo­nych pude­łe­czek, i choćby nie wia­domo jak bar­dzo czło­wiek wal­czył, w arty­kule (albo recen­zji, albo wpro­wa­dze­niu do wywiadu w radiu, albo na pasku z pod­pi­sem w tele­wi­zji) zawsze pojawi się mniej wię­cej coś takiego: FACET OD SF TWIER­DZI, ŻE JEGO SF WCALE NIE JEST SF.

W następ­nym eta­pie na kon­wen­cie wstaje ktoś z publicz­no­ści, bie­rze mikro­fon i krzy­czy:

- Dla­czego zawsze pod­kre­śla pan w wywia­dach i innych takich, że nie jest po pro­stu pisa­rzem science-fic­tion? Ja oso­bi­ście chlu­bię się tym, że jestem koja­rzony z SF!

(Albo z hor­ro­rem. Albo z fan­tasy. Albo... - tu wpisz­cie, co chce­cie).

Tłum odpo­wiada rykiem apro­baty, poczu­cie słusz­no­ści wypeł­nia salę, a tuż pod powierzch­nią czai się wro­gość, jak­byś był czar­nym na wiecu Hueya New­tona i nagle wyszło na jaw, że na co dzień pró­bu­jesz zgry­wać bia­łasa. Albo Żydem w war­szaw­skim get­cie, któ­rego przy­ła­pano na kola­bo­ro­wa­niu z hitle­row­cami przy ukła­da­niu roz­kładu jazdy pocią­gów. Albo - to by było naj­gor­sze - fanem Gra­te­ful Dead, który na ich kon­cer­cie śmiał słu­chać Mozarta na walk­ma­nie.

Jak­kol­wiek by na to patrzeć, jesteś gościem na kon­wen­cie tego faceta z mikro­fo­nem. Jak mu wytłu­ma­czyć, że pisarz pod­lega pre­sji z tysiąca róż­nych źró­deł, które wpy­chają go w coraz węż­sze i węż­sze uliczki? Agenci chcą, żebyś się dobrze sprze­da­wał, i rwą włosy z głowy, kiedy upie­rasz się, że wolisz wyprze­dzać trendy, niż się w nie wpi­sy­wać, wydawcy pró­bują ukształ­to­wać cię jak towar ryn­kowy, redak­to­rzy upo­mi­nają, żebyś - na miłość boską! - choć raz był kon­se­kwentny, księ­ga­rze się skarżą, że twoja naj­now­sza SF wygląda głu­pio w zesta­wie­niu z powie­ścią, za którą przy­znano ci World Fan­tasy Award (a która w rze­czy­wi­sto­ści jest o Kal­ku­cie i nie ma nic wspól­nego z fan­tasy), która z kolei stoi obok two­jego wiel­kiego dzieła SF, które sąsia­duje z gru­ba­śnym hor­ro­rem (To hor­ror, prawda? Pytam, bo na okładce nie ma krwi, holo­gra­mów ani dzieci o demo­nicz­nych oczach...), a teraz, jakby tego było mało, teraz wyszła na doda­tek ta nowa... ta nowa rzecz... która wygląda... no... Jezu, naprawdę wygląda jak powieść głów­nego nurtu!

Jak wyja­śnić, że każdy taki nacisk to kolejny gwóźdź do trumny, w któ­rej zło­ży­łeś swoje nadzieje na to, że będziesz pisał o tym, o czym chcesz? O tym, co jest dla cie­bie ważne?

Patrzysz więc na tego gościa z mikro­fo­nem, pio­ru­nu­jesz wzro­kiem wście­kłych księ­ga­rzy, redak­to­rowi każesz zacze­kać i myślisz tak: Mogę to wyja­śnić. Mogę im powie­dzieć, że naj­pięk­niej­sza w zawo­dzie pisa­rza jest swo­boda zapusz­cza­nia się we wszyst­kie inte­re­su­jące zaka­marki, luk­sus... nie, nie luk­sus, raczej świa­do­mość, tak, świa­do­mość obco­wa­nia ze zsy­ła­nymi przez muzę snami, które musisz prze­kształ­cić naj­le­piej, jak potra­fisz, i poka­zać światu, nie bacząc na to, czy znaj­dziesz czy­tel­ni­ków. Mogę wytłu­ma­czyć przy­mus napi­sa­nia dobrej książki bez względu na to, czy ilu­stra­tor odpo­wie­dzialny za okładkę będzie wie­dział, co z nią zro­bić, czy nie. Mogę opowie­dzieć, jaki to zaszczyt móc wyty­czać nowe szlaki, nawet kiedy dyrek­tor miej­sco­wej księ­garni wsta­wia twoją powieść do OKUL­TY­STYCZ­NEJ LITE­RA­TURY FAKTU i prosi... nie, zabra­nia dys­try­bu­to­rowi przy­sy­ła­nia dal­szych ksią­żek pisa­nych przez czło­wieka, który jest ewi­dent­nym schi­zo­fre­ni­kiem. Wszystko to mogę im wyłusz­czyć, każ­demu czy­tel­ni­kowi z osobna, nie­chęt­nemu szo­wi­ni­ście SF, fanowi hor­roru, zaro­zu­mia­łemu nowo­jor­skiemu recen­zen­towi i nie­wy­da­rzo­nemu miło­śni­kowi "poważ­nej lite­ra­tury" mogę poka­zać, co to zna­czy być pisa­rzem!

A potem znów spo­glą­dasz na kole­sia z mikro­fo­nem i myślisz sobie: Nie, jed­nak nie.

I mówisz:

- Moja następna powieść to będzie SF.

Następne opo­wia­da­nie jest wła­śnie SF. Cudow­nie mi się je pisało, a potem z wielką przy­jem­no­ścią wró­ci­łem do tego wszech­świata i wyko­rzy­sta­łem Wspo­mnie­nie o Siri jako punkt wyj­ścia do liczą­cych łącz­nie około pół­tora tysiąca stron Hype­riona i Upadku Hype­riona.

Zaląż­kiem tej histo­rii była zaś myśl, która naszła mnie pew­nego wie­czoru tuż przed zaśnię­ciem: A co by było, gdyby Romeo i Julia prze­żyli?

Rozu­mie­cie? Romeo i Julia opo­wie­dziane przez tego wyrob­nika sci-fi/fan­tasy/hor­roru, który w wol­nych chwi­lach pisy­wał sce­na­riu­sze do sit­co­mów i histo­rycz­nych oper mydla­nych?

Uwa­żaj­cie na alu­zje. Na ilu­zje rów­nież.

Wspomnienie o Siri

Wspi­nam się do sto­ją­cego na stro­mym wzgó­rzu grobu Siri w dniu, w któ­rym wyspy wra­cają na płyt­kie morza Archi­pe­lagu Rów­ni­ko­wego. Dzień jest ide­alny i za to go nie­na­wi­dzę. Niebo jest rów­nie spo­kojne jak morza z opo­wie­ści o Sta­rej Ziemi, pły­ci­zny mie­nią się odcie­niami ultra­ma­ryny, a rdzawa wierz­bica na stoku nie­opo­dal mnie faluje w powie­wach cie­płej mor­skiej bryzy.

W taki dzień lep­sze byłyby nisko zawie­szone chmury i posępna sza­ruga. Lep­sze byłoby lek­kie zamgle­nie albo nawet spo­wi­ja­jąca wszystko gęsta mgła, która osa­dza się wil­go­cią na masz­tach stat­ków w por­cie w Pier­wo­gro­dzie i budzi ze snu róg prze­ciw­m­gielny w latarni mor­skiej. Lep­szy byłby jeden z tych pory­wi­stych mor­skich samu­mów wie­ją­cych z zim­nego połu­dnia, pędzą­cych przed sobą pły­wa­jące wyspy wraz z doglą­da­ją­cymi ich del­fi­nami, dopóki jedne i dru­gie nie schro­nią się wśród naszych atoli i skal­nych wyse­pek.

Wszystko byłoby lep­sze od tego cie­płego wio­sen­nego dnia, kiedy słońce wędruje po skle­pie­niu nieba tak błę­kit­nym, że aż chce mi się biec, sadzić dłu­gie, wyso­kie susy i tarzać się w mięk­kiej tra­wie, tak jak to robi­li­śmy z Siri dokład­nie w tym miej­scu.

Dokład­nie tutaj. Przy­staję i roz­glą­dam się. Trawy gną się i falują niczym futro jakie­goś ogrom­nego zwie­rza, kiedy sło­nawy wiatr dmie z połu­dnia. Osła­niam oczy i bacz­nie prze­pa­truję hory­zont, lecz nie dostrze­gam tam żad­nego ruchu. Za rafą z lawy morze zaczyna się burzyć w ner­wowe, krót­kie fale.

- Siri - szep­czę.

Wypo­wia­dam jej imię bez­wied­nie. Tłum zatrzy­muje się sto metrów poni­żej mnie na stoku, żeby obser­wo­wać mnie i odsap­nąć. Uro­czy­sta pro­ce­sja żałob­ni­ków cią­gnie się ponad kilo­metr do miej­sca, gdzie wzno­szą się pierw­sze białe budynki mia­sta. Na czele pochodu dostrze­gam siwą i łysie­jącą głowę mojego młod­szego syna. Nosi nie­bie­sko-złote szaty Hege­mo­nii. Wiem, że powi­nie­nem na niego pocze­kać, iść razem z nim, ale on i pozo­stali pod­sta­rzali człon­ko­wie Rady nie są w sta­nie nadą­żyć za moimi mło­dymi, wytre­no­wa­nymi na statku mię­śniami i mia­ro­wym kro­kiem. Nie­mniej jed­nak dobre wycho­wa­nie naka­zuje mi pocze­kać na niego, moją wnuczkę Lirę i mojego dzie­wię­cio­let­niego wnuka.

Do dia­bła z tym. I do dia­bła z nimi.

Odwra­cam się i wbie­gam po stro­miź­nie. Moja luźna baweł­niana koszula jest mokra od potu, gdy docie­ram na łagod­nie wyskle­piony wierz­cho­łek i dostrze­gam grób.

Grób Siri.

Zatrzy­muję się. Wiatr mnie chło­dzi, cho­ciaż pro­mie­nie słońca są cał­kiem cie­płe, kiedy skrzą się na nie­ska­zi­tel­nie bia­łym kamie­niu cichego mau­zo­leum. Przy zamknię­tym wej­ściu gro­bowca rośnie wysoka trawa. Rzędy wybla­kłych świą­tecz­nych pro­por­ców na heba­no­wych drzew­cach stoją wzdłuż wąskiej żwi­ro­wej ścieżki.

Z waha­niem okrą­żam gro­bo­wiec i pod­cho­dzę do odle­głego o parę metrów urwi­ska. Wierz­bica jest przy­gięta i zdep­tana w miej­scu, gdzie zuchwali i bez­myślni tury­ści roz­kła­dali koce na pik­niki. Kręgi wyzna­cza­jące miej­sca na ogni­ska zostały uło­żone z ide­al­nie okrą­głych i ide­al­nie bia­łych kamieni skra­dzio­nych z obrzeża żwi­ro­wej ścieżki.

Nie mogę się nie uśmiech­nąć. Znam roz­cią­ga­jący się stąd widok: roz­le­gły łuk zewnętrz­nego portu z natu­ral­nym falo­chro­nem, niskie, białe budynki Pier­wo­grodu, barwne kadłuby i maszty kata­ma­ra­nów koły­szą­cych się na kotwi­cach. W pobliżu kamie­ni­stej plaży na tyłach ratu­sza młoda kobieta w bia­łej spód­nicy pod­cho­dzi na skraj wody. Przez sekundę myślę, że to Siri, i serce bije mi jak sza­lone. Pra­wie jestem gotowy unieść ręce w odpo­wie­dzi na jej macha­nie, ale ona wcale do mnie nie macha. Patrzę w mil­cze­niu, jak odwraca się i znika w cie­niu sta­rego han­garu na łodzie.

W górze, wysoko nad urwi­skiem, sze­ro­ko­skrzy­dły jastrząb krąży nad laguną, uno­szony wstę­pu­ją­cymi prą­dami ter­micz­nymi, i wyczu­lo­nym na pod­czer­wień spoj­rze­niem prze­cze­suje roz­fa­lo­wane łany sino­ro­stów. Szuka fok sio­dla­stych albo nie­mraw­ców. Natura jest głu­pia, myślę i sia­dam na mięk­kiej tra­wie. Natura przy­go­to­wuje cał­kiem nie­wła­ściwą oprawę dla takiego dnia, a potem oka­zuje się na tyle nie­czuła, żeby dorzu­cić ptaka szu­ka­ją­cego zwie­rzyny, która dawno ucie­kła z zanie­czysz­czo­nych wód w pobliżu roz­ra­sta­ją­cego się mia­sta.

Przy­po­mi­nam sobie innego jastrzę­bia, który koło­wał w powie­trzu w tamtą noc, kiedy pierw­szy raz przy­szli­śmy z Siri na to wzgó­rze. Pamię­tam księ­ży­cowe świa­tło na jego skrzy­dłach i dziwny, nie­po­ko­jący krzyk, odbi­ja­jący się echem od klifu i prze­szy­wa­jący ciemne powie­trze nad gazo­wymi latar­niami poło­żo­nej w dole wio­ski.

Siri miała szes­na­ście lat... nawet mniej, nie­całe szes­na­ście. Księ­ży­cowy blask, który muskał jastrzę­bie skrzy­dła w górze, malo­wał mlecz­nym świa­tłem także jej nagą skórę i kładł cie­nie pod mięk­kimi krę­gami piersi. Spoj­rze­li­śmy w górę, zdjęci wyrzu­tami sumie­nia, kiedy okrzyk jastrzę­bia prze­szył noc.

- "To nie skow­ro­nek prze­cież, ale sło­wik śpie­wał przed chwilą! Niech cię to nie trwoży"1 - powie­działa Siri.

- Hę? - mruk­ną­łem.

Ona miała pra­wie szes­na­ście lat. Ja mia­łem dzie­więt­na­ście. Ona znała jed­nak powolne tempo ksią­żek i kaden­cje teatru pod gwiaz­dami. Ja zna­łem tylko gwiazdy.

- Spo­koj­nie, młody żegla­rzu - szep­nęła i pocią­gnęła mnie na zie­mię obok sie­bie. - To tylko stary jastrząb poluje. Durne pta­szy­sko. Wra­caj tu, żegla­rzu. Wra­caj, Meri­nie.

Los Ange­les wybrało aku­rat tę chwilę, by wznieść się nad hory­zont i poszy­bo­wać na zachód jak porwana wia­trem iskierka, przez obce kon­ste­la­cje Maui-Przy­mie­rza, świata Siri. Leża­łem obok niej i opi­sy­wa­łem dzia­ła­nie wspa­nia­łego statku nad­świetl­nego, który nad naszymi gło­wami skrzył się w bla­sku słońca na tle gęst­nie­ją­cej nocy, pod­czas gdy moja ręka zsu­wała się coraz niżej po jej gład­kim boku. Aksa­mitna w dotyku skóra wyda­wała się naelek­try­zo­wana; oddech, który czu­łem na ramie­niu, przy­śpie­szał. Zni­ży­łem twarz do zagłę­bie­nia u nasady jej szyi, do potar­ga­nych wło­sów pach­ną­cych potem i per­fu­mami.

- Siri - mówię i tym razem to imię nie poja­wia się nie­pro­szone.

Pode mną, poni­żej grzbietu wzgó­rza i cie­nia bia­łego gro­bowca, tłum prze­stę­puje z nogi na nogę. Nie­cier­pli­wią się. To przeze mnie. Chcą, żebym otwo­rzył gro­bo­wiec, żebym wszedł, żebym miał chwilę dla sie­bie w chłod­nej, cichej pustce, która zastą­piła cie­płą obec­ność, jaką sta­no­wiła moja Siri. Chcą, bym się poże­gnał. Wtedy będą mogli kon­ty­nu­ować swoje rytu­ały i obrzędy, otwo­rzą trans­por­tal i dołą­czą do Sieci Hege­mo­nii.

Do dia­bła z tym. Do dia­bla z nimi wszyst­kimi.

Wyry­wam ze zwar­tej darni źdźbło trawy, zgry­zam słodką łodyżkę i wypa­truję na hory­zon­cie pierw­szych oznak powrotu migru­ją­cych wysp. O poranku cie­nie wciąż są dłu­gie. Dzień jest młody. Posie­dzę tu chwilę i powspo­mi­nam.

Powspo­mi­nam Siri.

***

Kiedy ją pierw­szy raz zoba­czy­łem, była... Czym wła­ści­wie? Chyba pta­kiem. Nosiła maskę z barw­nymi pió­rami. Kiedy ją zdjęła, żeby dołą­czyć do gru­po­wego kadryla, w bla­sku pochodni jej włosy zalśniły głę­bo­kim kasz­ta­no­wym odcie­niem. Miała ogni­ste rumieńce na policz­kach i cho­ciaż oddzie­lały nas zatło­czone bło­nia, widzia­łem, jak olśnie­wa­jąca zie­leń jej oczu kon­tra­stuje z let­nim żarem twa­rzy i wło­sów. To była Świą­teczna Noc, rzecz jasna. Roz­tań­czone pochod­nie sypały skrami uno­szo­nymi przez silny wiatr dmący znad portu, huk przy­boju i łopot pro­por­ców nie­mal zagłu­szały muzykę fle­ci­stów, sie­dzą­cych na falo­chro­nie i przy­gry­wa­ją­cych prze­pły­wa­ją­cym wyspom. Siri miała pra­wie szes­na­ście lat i jej uroda pło­nęła jaśniej od wszyst­kich pochodni usta­wio­nych wokół błoń. Prze­pchną­łem się przez roz­tań­czony tłum i pod­sze­dłem do niej.

Dla mnie od tej chwili minęło zale­d­wie pięć lat, dla nas obojga zda­rzyło się to ponad sześć­dzie­siąt pięć lat temu. A mnie i tak wydaje się, że to było zale­d­wie wczo­raj.

Źle to opo­wia­dam.

Od czego zacząć?

***

- Co powiesz na to, żeby­śmy zor­ga­ni­zo­wali sobie małe bzy­kanko, młody? - zapy­tał Mike Osho.

Niski, przy­sa­dzi­sty Mike o pulch­nej twa­rzy będą­cej zmyślną kary­ka­turą Buddy był wtedy dla mnie bogiem. Wszy­scy byli­śmy bogami: dłu­go­wieczni, jeśli nie nie­śmier­telni, dobrze opła­cani, cho­ciaż nie do końca boscy. Hege­mo­nia wybrała nas do załogi jed­nego z jej bez­cen­nych kosmicz­nych stat­ków z napę­dem kwan­to­wym, jak więc mogli­śmy nie być bogami? Sęk w tym, że Mike - bły­sko­tliwy, nie­prze­wi­dy­walny, zuchwały Mike - był nieco star­szy i stał odro­binę wyżej w pokła­do­wym pan­te­onie niż młody Merin Aspic.

- Ha! Zero szans - odpar­łem.

Szo­ro­wa­li­śmy się po dwu­na­sto­go­dzin­nej zmia­nie przy trans­por­talu. Kur­so­wa­nie z robot­ni­kami do wybra­nego przez nich miej­sca budowy, odle­głego o sto sześć­dzie­siąt trzy tysiące kilo­me­trów od Maui-Przy­mie­rza, było dla nas znacz­nie mniej pre­sti­żo­wym zaję­ciem niż czte­ro­mie­sięczny skok z prze­strzeni Hege­mo­nii. W trak­cie nad­świetl­nej czę­ści podróży byli­śmy star­szymi spe­cja­li­stami: czter­dzie­stu dzie­wię­ciu eks­per­tów, któ­rych zada­niem było prze­wie­zie­nie około dwu­stu ner­wo­wych pasa­że­rów. Potem nasi pasa­że­ro­wie wło­żyli ska­fan­dry kosmiczne, a my, załoga, zosta­li­śmy zre­du­ko­wani do roli zwy­kłych kie­row­ców cię­ża­ró­wek, kiedy ekipa budow­lana moco­wała się z ulo­ko­wa­niem we wła­ści­wym miej­scu pęka­tej sfery oso­bli­wo­ści.

- Zero szans - powtó­rzy­łem. - Chyba że lądowcy wybu­do­wali bur­del na tej wydzier­ża­wio­nej nam wysepce, na któ­rej pod­dają nas kwa­ran­tan­nie.

- Nie, nic podob­nego - odparł Mike, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

Zbli­żał się nasz trzy­dniowy urlop pla­ne­tarny, ale z odpraw kapi­tana Sin­gha i bia­do­le­nia innych żegla­rzy wie­dzie­li­śmy, że w naszym przy­padku odpo­czy­nek na pla­ne­cie spro­wa­dzi się do sie­dze­nia plac­kiem na zarzą­dza­nej przez Hege­mo­nię wysepce o wymia­rach cztery na sie­dem mil. Nie była to nawet jedna z tych słyn­nych pły­wa­ją­cych wysp, nic z tych rze­czy: po pro­stu jeden z wielu wul­ka­nicz­nych szczy­tów w oko­licy rów­nika. Na miej­scu mogli­śmy liczyć na praw­dziwą gra­wi­ta­cję pod sto­pami, nie­fil­tro­wane powie­trze do oddy­cha­nia i oka­zję popró­bo­wa­nia nie­syn­te­tycz­nego jedze­nia. Mogli­śmy też ocze­ki­wać, że jedyną namiastką sto­sun­ków z kolo­ni­stami z Maui-Przy­mie­rza będą dla nas zakupy miej­sco­wych pamią­tek w skle­pie wol­no­cło­wym, pro­wa­dzo­nym zresztą przez ludzi z Hege­mo­nii. Wielu naszych wolało więc spę­dzić urlop na Los Ange­les.

- To niby jakim cudem mie­li­by­śmy pobzy­kać, Mike? Pla­neta jest dla nas nie­do­stępna do czasu ukoń­cze­nia budowy trans­por­talu, a do tego bra­kuje jesz­cze jakichś sześć­dzie­się­ciu lat czasu miej­sco­wego. A może mia­łeś na myśli Meg z ser­we­rowni?

- Trzy­maj się mnie, młody - odparł Mike. - Dla chcą­cego nic trud­nego.

Trzy­ma­łem się więc Mike'a. W lądow­niku było nas tylko pię­ciu. Zawsze emo­cjo­no­wało mnie spa­da­nie z wyso­kiej orbity w atmos­ferę praw­dzi­wego świata, zwłasz­cza gdy ten świat przy­po­mi­nał Starą Zie­mię w takim stop­niu jak Maui-Przy­mie­rze. Patrzy­łem na nie­bie­sko-biały rąbek tar­czy pla­nety, aż morza wresz­cie zna­la­zły się na dole, a my zanur­ko­wa­li­śmy w atmos­ferę i deli­kat­nym śli­zgiem zbli­ża­li­śmy się do ter­mi­na­tora z pręd­ko­ścią trzy­krot­nie więk­szą niż pręd­kość wyda­wa­nych przez lądow­nik dźwię­ków.

Byli­śmy wtedy bogami. Ale nawet bogo­wie muszą cza­sem zstą­pić ze swo­ich pod­nieb­nych tro­nów.

***

Ciało Siri ni­gdy nie prze­stało mnie zadzi­wiać. Cały tam­ten czas spę­dzony na Archi­pe­lagu, trzy tygo­dnie w ogrom­nym, roz­ko­ły­sa­nym domu na drze­wie pod wydę­tymi na wie­trze liścio­ża­glami, z del­fi­nami-paste­rzami towa­rzy­szą­cymi nam niczym eskorta, z zachwy­ca­ją­cymi tro­pi­kal­nymi zacho­dami słońca, pod noc­nym bal­da­chi­mem gwiazd, z kil­wa­te­rem pozna­czo­nym tysią­cem fos­fo­ry­zu­ją­cych wirów, które naśla­do­wały kon­ste­la­cje na nie­bie... A ja zapa­mię­ta­łem wła­śnie ciało Siri. Z jakie­goś powodu - może to nie­śmia­łość, może lata roz­łąki - przez pierw­sze parę dni naszego pobytu na Archi­pe­lagu nosiła dwa paseczki kostiumu kąpie­lo­wego i deli­katna biel jej piersi i pod­brzu­sza nie zdą­żyła pociem­nieć na tyle, by dopa­so­wać się do reszty opa­le­ni­zny, zanim znów musia­łem odle­cieć.

Pamię­tam ją z tam­tego pierw­szego razu. Trój­kąty w księ­ży­co­wym świe­tle, kiedy leże­li­śmy na mięk­kiej tra­wie nad Pier­wo­gro­dem. Jej jedwabne figi cze­piały się źdźbeł wierz­bicy. Była w niej wtedy dzie­cięca skrom­ność, lek­kie waha­nie, jak wtedy, gdy przy­cho­dzi nam coś oddać przed­wcze­śnie - ale także duma. Ta sama duma, która póź­niej pozwo­liła jej sta­wić czoło gniew­nemu tłu­mowi sepa­ra­ty­stów na scho­dach kon­su­latu Hege­mo­nii w Trój­po­łu­dniu i ode­słać ich zawsty­dzo­nych do domów.

Pamię­tam moje piąte lądo­wa­nie na Maui-Przy­mie­rzu, nasze Czwarte Ponowne Spo­tka­nie. Była to jedna z nie­licz­nych sytu­acji, kiedy widzia­łem ją pła­czącą. Z racji swo­jej sławy i mądro­ści ema­no­wała nie­mal kró­lew­skim maje­sta­tem. Czte­ro­krot­nie została wybrana do Wszech­rze­czy; Rada Hege­mo­nii zwra­cała się do niej po porady i wska­zówki. Nosiła swoją nie­za­leż­ność niczym kró­lew­ski płaszcz, a jej pło­mienna duma pło­nęła wtedy naj­ja­śniej. Kiedy jed­nak zna­leź­li­śmy się sami w kamien­nej willi na połu­dnie od Feva­rone, to ona pierw­sza odwró­ciła się ode mnie. Dener­wo­wa­łem się, prze­ra­żała mnie ta potężna nie­zna­joma, ale to Siri - wypro­sto­wana, dumna Siri - odwró­ciła się twa­rzą do ściany i powie­działa przez łzy:

- Odejdź. Odejdź, Meri­nie. Nie chcę, żebyś mnie oglą­dał. Jestem sta­ru­chą, cał­kiem zwiot­czałą i obwi­słą. Odejdź.

Przy­znaję, że potrak­to­wa­łem ją wtedy dość bru­tal­nie. Lewą ręką przy­szpi­li­łem jej nad­garstki do ściany z siłą, która nawet mnie samego zasko­czyła, i jed­nym szarp­nię­ciem roze­rwa­łem przód jej jedwab­nej szaty. Cało­wa­łem jej ramiona, szyję, wybla­kłe cie­nie roz­stę­pów na napię­tym brzu­chu, bli­znę na udzie po wypadku na śmigu, do któ­rego doszło jakieś czter­dzie­ści lat wcze­śniej - wedle jej rachuby. Cało­wa­łem siwie­jące włosy i linie wyżło­bione na nie­gdyś gład­kich policz­kach. Sca­ło­wa­łem jej łzy.

***

- Jezu, Mike, to na pewno jest nie­zgodne z pra­wem - powie­dzia­łem, kiedy mój przy­ja­ciel roz­wi­nął wyjętą z ple­caka aero­matę.

Znaj­do­wa­li­śmy się na wyspie numer 241, bo taką roman­tyczną nazwę nadali han­dla­rze z Hege­mo­nii temu ponu­remu wul­ka­nicz­nemu prysz­czowi, który wybrali na miej­sce naszego urlopu. Wyspa 241 znaj­do­wała się nie­całe pięć­dzie­siąt kilo­me­trów od naj­star­szych osad kolo­nial­nych, ale rów­nie dobrze mogła być od nich odda­lona o pięć­dzie­siąt lat świetl­nych. Żaden miej­scowy sta­tek nie mógł do niej przy­bić, kiedy znaj­do­wali się tam budow­ni­czo­wie trans­por­talu albo załoga Los Ange­les. Kolo­ni­ści na Maui-Przy­mie­rzu na­dal mieli tro­chę sta­rych i spraw­nych śmi­gów, ale za obo­pólną zgodą wstrzy­my­wali się od prze­lo­tów nad wyspą. Poza zbio­ro­wymi sypial­niami, plażą, przy któ­rej można było popły­wać, i wol­no­cło­wym skle­pem, na wyspie nie było niczego cie­ka­wego dla żegla­rzy. Pew­nego dnia, kiedy Los Ange­les prze­trans­por­tuje do układu ostat­nie czę­ści, i budowa trans­por­talu zosta­nie zakoń­czona, urzęd­nicy Hege­mo­nii zamie­nią wyspę w cen­trum han­dlu i tury­styki, ale do tego czasu będzie to pry­mi­tywna osada z lądo­wi­skiem, nowiut­kimi zabu­do­wa­niami z miej­sco­wego bia­łego kamie­nia i garstką znu­dzo­nych pra­cow­ni­ków obsługi naziem­nej. Mike zgło­sił nas na trzy­dniową wyprawę z ple­ca­kami na naj­bar­dziej stromy i naj­mniej dostępny kra­niec małej wysepki.

- Na miłość boską, nie chcę iść na wycieczkę - powie­dzia­łem. - To już wolę zostać na L.A. i pod­łą­czyć się do sym­stymu.

- Zamknij się i chodź ze mną - odparł Mike, więc jako bóstwo pomniej­sze, posłuszne star­szemu i mądrzej­szemu, zamkną­łem się i posze­dłem za nim.

Dwie godziny mozol­nego prze­dzie­ra­nia się przez kłu­jący gąszcz kol­co­drzewu dopro­wa­dziły nas do kra­wę­dzi jęzora lawy, kil­ka­set metrów nad roz­bi­ja­ją­cymi się o brzeg falami. Znaj­do­wa­li­śmy się w pobliżu rów­nika na pla­ne­cie, gdzie domi­no­wał tro­pi­kalny kli­mat, ale na tej odsło­nię­tej półce skal­nej wiatr zawo­dził prze­raź­li­wie, a ja szczę­ka­łem zębami z zimna. Zachód słońca był czer­woną smugą mię­dzy ciem­nymi cumu­lu­sami. Nie mia­łem ochoty na noc pod gołym nie­bem w takim miej­scu.

- Daj spo­kój - powie­dzia­łem. - Scho­wamy się przed wia­trem i roz­pa­limy ogni­sko. Nie mam poję­cia, jak, u dia­bła, roz­bi­jemy namiot na tej skale.

Mike usiadł i zapa­lił skręta.

- Zaj­rzyj do swo­jego ple­caka, młody.

Zawa­ha­łem się. Powie­dział to zupeł­nie zwy­czaj­nie, ale był to bez­na­miętny ton typowy dla kawa­la­rza tuż przed tym, jak wyleje ci na głowę wia­dro wody. Przy­kuc­ną­łem i zaczą­łem obma­cy­wać nylo­nowy ple­cak. Roz­po­zna­łem tylko stare pły­no­pia­nowe pudełka, dzięki któ­rym wyglą­dał na wypchany, i kom­pletny kostium arle­kina, łącz­nie z maską i dzwo­necz­kami na pal­cach stóp.

- Czyś ty... Czy to... Cał­kiem ci odbiło? - wykrztu­si­łem.

Szybko się zmierz­chało. Sztorm mógł, ale nie musiał omi­nąć nas od połu­dnia. Przy­bój sro­żył się w dole jak wygłod­niała bestia. Gdy­bym wie­dział, jak wró­cić stam­tąd po ciemku, może bym się zasta­no­wił, czy nie rzu­cić szcząt­ków Mike'a Osho rybom na pożar­cie.

- A teraz zobacz, co jest w moim ple­caku - odparł.

Wytrzą­snął kilka pudeł, wyjął tro­chę ręcz­nie robio­nych bły­sko­tek, jakie widy­wa­łem na Rene­san­sie, a na koniec wycią­gnął kom­pas iner­cyjny, pióro lase­rowe, które ochrona statku mogłaby (choć nie musiała) uznać za ukrytą broń, drugi kostium arle­kina (uszyty dla kogoś o bar­dziej krą­głej syl­wetce) oraz aero­matę.

- Jezu, Mike... - Prze­su­ną­łem ręką po zawi­łym wzo­rze sta­rego dywa­nika. - To na pewno jest nie­zgodne z pra­wem.

- Nie zauwa­ży­łem u nas żad­nego cel­nika - odparł Mike z sze­ro­kim uśmie­chem. - I szcze­rze wąt­pię, czy miej­scowi mają jakieś roz­po­rzą­dze­nia doty­czące kon­troli ruchu.

- No tak, ale... - Urwa­łem i roz­wi­ną­łem matę do końca. Miała nieco ponad metr sze­ro­ko­ści i ze dwa dłu­go­ści. Kosz­towna tka­nina wybla­kła ze sta­ro­ści, ale sploty ste­ru­jące na­dal błysz­czały jak świeża miedź. - Gdzieś ty to dorwał? Na­dal działa?

- Na Ogro­dzie - wyja­śnił Mike i upchnął nasze kostiumy oraz resztę sprzętu do swo­jego ple­caka. - I ow­szem, działa. Minęło ponad sto lat, odkąd stary Vla­di­mir Sho­lo­kov, emi­grant ze Sta­rej Ziemi, genialny lepi­dop­te­ro­log i inży­nier sys­te­mów EM, stwo­rzył na Nova Terra pierw­szą aero­matę, pre­zent dla swo­jej ślicz­nej, mło­dziut­kiej sio­strze­nicy. Legenda mówi, że sio­strze­nica wzgar­dziła poda­run­kiem, ale w ciągu dzie­się­cio­leci aero­maty stały się wręcz absur­dal­nie popu­larne, bar­dziej wśród boga­tych doro­słych niż dzieci - dopóki nie zaka­zano ich na więk­szo­ści świa­tów Hege­mo­nii. Były nie­bez­pieczne w obsłu­dze, sta­no­wiły prze­jaw mar­no­traw­stwa ekra­no­wa­nych monow­łó­kien i nie dało się zapa­no­wać nad nimi w kon­tro­lo­wa­nej prze­strzeni powietrz­nej, dla­tego stały się cie­ka­wostką zare­zer­wo­waną dla bajek na dobra­noc, muzeów i kilku pla­net kolo­nial­nych.

- Musiała kosz­to­wać for­tunę - powie­dzia­łem.

- Trzy­dzie­ści marek - odrzekł Mike i usa­do­wił się pośrodku dywa­nika. - Sta­ru­szek na targu w Carvnalu, który mi ją sprze­dał, myślał, że nie jest nic warta. I nie była... dla niego. Zabra­łem ją na sta­tek, nała­do­wa­łem, prze­pro­gra­mo­wa­łem chipy iner­cyjne i voila!

Dotknął zawi­łego wzoru. Mata zesztyw­niała i unio­sła się pięt­na­ście cen­ty­me­trów nad zie­mię. Spoj­rza­łem na nią z powąt­pie­wa­niem.

- No dobrze, ale co będzie, jeśli...

- Nie bój żaby - odparł Mike i nie­cier­pli­wie pokle­pał dywa­nik za sobą. - Jest w pełni nała­do­wana. Potra­fię się nią posłu­gi­wać. No już, wska­kuj albo się odsuń. Chcę wyru­szyć, zanim nad­cią­gnie burza.

- To chyba nie jest...

- Daj spo­kój, Merin. Zde­cy­dujże się. Nie mam czasu.

Waha­łem się jesz­cze przez sekundę, może dwie. Jeśli zosta­niemy przy­ła­pani poza wyspą, wyrzucą nas ze statku. A praca na statku była teraz całym moim życiem - taką decy­zję pod­ją­łem, kiedy pod­pi­sa­łem kon­trakt na osiem misji na Maui-Przy­mie­rze. Co wię­cej, od cywi­li­za­cji dzie­liło mnie dwie­ście lat świetl­nych oraz pięć i pół roku długu cza­so­wego; nawet gdyby zabrali nas z powro­tem do prze­strzeni Hege­mo­nii, podróż w obie strony zabra­łaby nam jede­na­ście lat z życia naszych przy­ja­ciół i rodzin. Dług cza­sowy był nie­ubła­gany.

Wgra­mo­li­łem się na uno­szącą się w powie­trzu aero­matę i usa­do­wi­łem za ple­cami Mike'a, który wci­snął mię­dzy nas ple­cak, kazał mi się trzy­mać i klep­nął sploty ste­ru­jące. Mata unio­sła się na pięć metrów nad skalny występ, skrę­ciła z prze­chy­łem w lewo i śmi­gnęła ponad obcym oce­anem. Trzy­sta metrów pod nami grzy­wa­cze bie­liły się w pogłę­bia­ją­cym się mroku. Wznie­śli­śmy się wyżej nad wzbu­rzo­nymi wodami i skie­ro­wa­li­śmy na pół­noc.

W takich chwi­lach rodzą się całe nowe przy­szło­ści.

***

Pamię­tam roz­mowę z Siri w cza­sie naszego Dru­giego Ponow­nego Spo­tka­nia, wkrótce po tym, jak pierw­szy raz odwie­dzi­li­śmy willę na wybrzeżu w oko­licy Feva­rone. Spa­ce­ro­wa­li­śmy plażą. Alón został w mie­ście pod opieką Magritte - i bar­dzo dobrze, nie czu­łem się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie tego chłopca. Tylko nie­za­prze­czalna powaga w jego zie­lo­nych oczach i nie­po­ko­jąco zna­jome (jak­bym patrzył w lustro) krót­kie, ciemne loki i zadarty nos pozwa­lały mi powią­zać go w myślach ze mną... z nami. Jesz­cze ten prze­lotny, lekko sar­do­niczny uśmie­szek, na któ­rym go przy­ła­py­wa­łem, skry­wany przed Siri, kiedy ta go ganiła. Ten uśmie­szek miał w sobie za dużo cynicz­nego roz­ba­wie­nia i rezerwy, żeby dzie­się­cio­la­tek mógł się go nauczyć. Zna­łem go dosko­nale. Myśla­łem, że takich rze­czy czło­wiek nie dzie­dzi­czy, tylko je nabywa.

- Bar­dzo mało wiesz - powie­działa Siri.

Bro­dziła boso w płyt­kim base­nie pły­wo­wym. Od czasu do czasu pod­no­siła jakąś muszlę, szu­kała na niej skaz i upusz­czała ją z powro­tem do zmą­co­nej wody.

- Zosta­łem grun­tow­nie prze­szko­lony - odpo­wie­dzia­łem.

- Nie wąt­pię - zgo­dziła się Siri. - Wiem, że jesteś wykwa­li­fi­ko­wany, ale nie­wiele wiesz.

Poiry­to­wany, nie bar­dzo wie­dząc, jak zare­ago­wać, sze­dłem za nią ze spusz­czoną głową. Wyko­pa­łem z pia­sku biały kawa­łek lawy i cisną­łem nim daleko do zatoki. Nad wschod­nim hory­zon­tem zbie­rały się desz­czowe chmury. Zła­pa­łem się na tym, że chciał­bym już wró­cić na pokład statku. Tym razem bez entu­zja­zmu wró­ci­łem na Maui-Przy­mie­rze i wie­dzia­łem już, że powrót był błę­dem. To była moja trze­cia wizyta na pla­ne­cie, nasze Dru­gie Ponowne Spo­tka­nie, jak nazy­wali je poeci i lud Siri. Do dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin bra­ko­wało mi pię­ciu mie­sięcy; Siri zale­d­wie trzy tygo­dnie wcze­śniej skoń­czyła trzy­dzie­ści sie­dem lat.

- Byłem w mnó­stwie miejsc, któ­rych ty ni­gdy nie widzia­łaś - odpo­wie­dzia­łem w końcu.

Nawet dla mnie zabrzmiało to dzie­cin­nie, jak­bym się dąsał.

- Och, z pew­no­ścią - powie­działa Siri i kla­snęła w dło­nie.

Przez sekundę widzia­łem w jej entu­zja­zmie moją inną Siri, młodą dziew­czynę, o któ­rej marzy­łem w cza­sie dłu­gich dzie­wię­ciu mie­sięcy podróży. A potem wyobra­że­nie zmie­niło się w bru­talną rze­czy­wi­stość i aż nazbyt wyraź­nie uprzy­tom­ni­łem sobie jej krót­kie włosy, wiot­cze­jące mię­śnie szyi i żyły uwy­pu­kla­jące się na grzbie­tach nie­gdyś uko­cha­nych rąk.

- Byłeś w miej­scach, któ­rych ja ni­gdy nie zoba­czę - dodała pośpiesz­nie. Jej głos był nie­mal taki sam. Nie­mal. - Meri­nie, mój kochany, widzia­łeś rze­czy, któ­rych ja nawet nie potra­fię sobie wyobra­zić. Znasz pew­nie takie fakty na temat wszech­świata, któ­rych ist­nie­nia ja nawet się nie domy­ślam. Ale tak naprawdę bar­dzo mało wiesz, kocha­nie.

- Siri, o czym ty, u dia­bła, mówisz?

Usia­dłem na na wpół zato­pio­nej kło­dzie obok pasa wil­got­nego pia­sku i pod­cią­gną­łem kolana, wzno­sząc je mię­dzy nami jak płot.

Siri prze­stała bro­dzić w wodzie i pode­szła, żeby uklęk­nąć przede mną. Ujęła moje ręce w swoje. Cho­ciaż moje były więk­sze, cięż­sze, miały grub­sze palce i kości, to wyraź­nie czu­łem jej siłę. Wyobra­ża­łem sobie, że jest to siła lat, któ­rych z nią nie dzie­li­łem.

- Musisz pożyć, żeby naprawdę wie­dzieć pewne rze­czy, uko­chany. Naro­dziny Alóna pomo­gły mi to zro­zu­mieć. W wycho­wy­wa­niu dziecka jest coś, co pomaga wyraź­niej wyczu­wać to, co jest praw­dziwe.

- Co masz na myśli?

Odwró­ciła na chwilę wzrok i machi­nal­nie odgar­nęła pasemko wło­sów. Lewą ręką zde­cy­do­wa­nie przy­trzy­my­wała moje dło­nie.

- Nie jestem pewna - odpo­wie­działa cicho. - Myślę, że czło­wiek zaczyna wyczu­wać, kiedy pewne rze­czy nie są ważne. Nie bar­dzo wiem, jak to ująć. Jeśli przez trzy­dzie­ści lat wcho­dzisz do sal wypeł­nio­nych obcymi twa­rzami, czu­jesz mniej­szą pre­sję, niż gdy­byś miał tylko pięt­na­ście lat takich doświad­czeń. Wiesz, co ta sala i ludzie w niej cze­ka­jący szy­kują dla cie­bie, i po to wła­śnie tam wcho­dzisz. A jeśli tego tam nie ma, od razu wyczu­wasz, wyco­fu­jesz się i zaj­mu­jesz swo­imi spra­wami. Po pro­stu wiesz wię­cej o tym, co jest, a co nie jest ważne, i jak nie­wiele masz czasu, żeby nauczyć się odróż­niać jedno od dru­giego. Rozu­miesz mnie? Czy cho­ciaż tro­chę mnie rozu­miesz?

- Nie - przy­zna­łem.

Siri ski­nęła głową i zagry­zła wargi. Nie odzy­wała się przez dłuż­szą chwilę. Zamiast tego pochy­liła się i poca­ło­wała mnie. Jej usta były suche i lekko nie­pewne. Nie reago­wa­łem przez sekundę, patrząc na niebo za jej ple­cami. Potrze­bo­wa­łem chwili na zasta­no­wie­nie. Potem jed­nak poczu­łem cie­pły napór jej języka i zamkną­łem oczy. Za nami zaczy­nał się przy­pływ. Poczu­łem cie­pło i pod­nie­ce­nie, kiedy roz­pięła mi koszulę i prze­su­nęła paznok­ciami po mojej piersi. Przez chwilę mię­dzy nami była pustka, otwo­rzy­łem więc oczy - w samą porę, żeby zoba­czyć, jak Siri roz­pina ostat­nie guziki bia­łej sukienki. Jej piersi były krą­glej­sze, niż pamię­ta­łem, cięż­sze, sutki więk­sze i ciem­niej­sze. Rześ­kie powie­trze kąsało nas, dopóki nie zsu­ną­łem sukienki z jej ramion i nasze ciała się nie zetknęły. Ześli­znę­li­śmy się z kłody na cie­pły pia­sek. Moc­niej przy­tu­li­łem Siri, cały czas zdu­miony, jakim cudem mogłem uznać ją za sil­niej­szą. Miała słoną skórę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp do "Styks płynie pod prąd"

Czę­sto powta­rza się fra­zes, że pisa­nie fan­ta­styki przy­po­mina wyda­wa­nie na świat dzieci. Jak w przy­padku więk­szo­ści fra­zesów, jest w tym ziarno prawdy. Poja­wie­nie się pomy­słu na opo­wia­da­nie lub powieść - chwila czy­stej inspi­ra­cji i poczę­cia - jest naj­bliż­sze eks­ta­zie w zawo­dzie pisa­rza. Sam pro­ces two­rze­nia, zwłasz­cza powie­ści, trwa mniej wię­cej tyle, ile ciąża, i wiążą się z nim liczne nie­wy­gody, okresy złego samo­po­czu­cia oraz ocze­ki­wa­nie na nie­unik­nione trudy porodu. W końcu opo­wia­da­nia bądź książki zaczy­nają żyć wła­snym życiem i wymy­kają się spod kon­troli pisa­rza; podró­żują do kra­jów, któ­rych autor może ni­gdy nie odwie­dzić, uczą się wysła­wiać w języ­kach, któ­rych pisarz ni­gdy nie opa­nuje, docie­rają do czy­tel­ni­ków dys­po­nu­ją­cych znacz­nie więk­szymi wpły­wami lub pozio­mem wykształ­ce­nia, a także - co jest chyba naj­bar­dziej iry­tu­jące - trwają, gdy autor zmie­nia się w proch i zapo­mniany przy­pis na mar­gi­ne­sie.

Te nie­wdzięczne bachory nawet nie piszą do rodzi­ców.

Opo­wia­da­nie Styks pły­nie pod prąd zostało poczęte pew­nego pięk­nego sierp­nio­wego poranka w 1979 roku, w altance na tyłach domu moich teściów w Ken­more w sta­nie Nowy Jork. Pamię­tam, że napi­sa­łem pierw­szy aka­pit, na chwilę ode­rwa­łem się od pracy i pomy­śla­łem: "To będzie moje pierw­sze opo­wia­da­nie, które ukaże się dru­kiem".

Tak się stało, ale dopiero dwa i pół roku póź­niej, po nie­zli­czo­nych pery­pe­tiach.

Tydzień po skoń­cze­niu pierw­szej wer­sji tek­stu poje­cha­łem do Rock­port w sta­nie Maine, by ode­brać moją żonę Karen z warsz­ta­tów foto­gra­ficz­nych. Po dro­dze spę­dzi­łem dzień w Exe­ter w sta­nie New Hamp­shire, gdzie spo­tka­łem się z pew­nym sza­no­wa­nym pisa­rzem, z któ­rym wcze­śniej tylko kore­spon­do­wa­łem. Pora­dził mi: "Wysy­łaj tek­sty do "nie­wiel­kich cza­so­pism", przez lata - a nawet dzie­się­cio­le­cia - buduj swoją repu­ta­cję na mniej­szych ryn­kach, zado­wa­la­jąc się egzem­pla­rzami autor­skimi zamiast hono­ra­rium, zanim cho­ciaż pomy­ślisz o napi­sa­niu powie­ści, a potem przez kolejne lata publi­kuj u mało zna­nych wydaw­ców, dla naj­wy­żej tysiąca czy­tel­ni­ków, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się zyskać uzna­nie kry­ty­ków".

Ode­bra­łem Karen z Rock­port i roz­po­czę­li­śmy długą podróż powrotną do naszego domu w Kolo­rado. Przez więk­szość drogi mil­cza­łem, roz­my­śla­jąc o radzie pisa­rza. Były to mądre słowa - tylko jed­nemu na setki albo tysiące poten­cjal­nych pisa­rzy udaje się cokol­wiek wydać, a tylko nie­liczni z tych, któ­rzy docze­kają się wyda­nia swo­ich tek­stów, mogą się z tego utrzy­mać... nawet na naj­niż­szym pozio­mie. Sta­ty­styczne szanse na zosta­nie "poczyt­nym pisa­rzem" są porów­ny­walne z szan­sami na tra­fie­nie przez pio­run pod­czas ataku rekina.

Dla­tego w dro­dze mię­dzy Rock­port a górami Kolo­rado dosze­dłem do wnio­sku, że rada była słuszna, uświa­do­mi­łem sobie, że droga "nie­wiel­kich wydaw­nictw" jest tą wła­ściwą, i zro­zu­mia­łem, że pisa­nie dla maso­wego odbiorcy, a zara­zem two­rze­nie wyso­kiej jako­ści tek­stów to mrzonka... o któ­rej należy zapo­mnieć.

A potem, kiedy zoba­czy­łem Góry Ska­li­ste wzno­szące się nad rów­ni­nami, powie­dzia­łem sobie: "A wła­śnie, że nie". Tro­chę na prze­kór posta­no­wi­łem pisać dla jak naj­szer­szego odbiorcy.

Prze­nie­śmy się w cza­sie do lata 1981 roku, dwa lata póź­niej. Przy­gnę­biony, znie­chę­cony, nie­mal zała­many nie­zli­czo­nymi odmo­wami, roz­cza­ro­wany rze­czy­wi­sto­ścią, prze­sta­łem dobi­jać się do wydaw­ców i zro­bi­łem coś, czego poprzy­sią­głem sobie ni­gdy nie robić: poje­cha­łem na kon­fe­ren­cję dla pisa­rzy. A nawet zapła­ci­łem, by na nią poje­chać. To była jedna z tych kon­fe­ren­cji, pod­czas któ­rych nauczano, "jak przy­go­to­wać maszy­no­pis", a poten­cjalni pisa­rze sia­dy­wali w kręgu i nawza­jem kry­ty­ko­wali swoje tek­sty. To był mój łabę­dzi śpiew. Poje­cha­łem tam, by zacząć postrze­gać pisar­stwo jako hobby, a nie obse­sję.

I wtedy pozna­łem Har­lana Elli­sona.

Nie będę was zanu­dzał szcze­gó­łami doty­czą­cymi tego spo­tka­nia. Nie będę opi­sy­wał poprze­dza­ją­cej je rzezi, gdy legen­darny enfant ter­ri­ble roz­człon­ko­wy­wał i patro­szył pecho­wych kan­dy­da­tów na pisa­rzy, któ­rzy pod­da­wali jego oce­nie swoje opo­wia­da­nia.

Pomię­dzy wygła­sza­niem kolej­nych opi­nii, gdy Har­lan Elli­son odpo­czy­wał i sączył wodę Per­rier, orga­ni­za­to­rzy warsz­ta­tów usu­wali roz­rzu­cone członki z sali semi­na­ryj­nej, myli ściany, roz­sy­py­wali tro­ciny na wykła­dzi­nie i przy­go­to­wy­wali pomiesz­cze­nie na przy­ję­cie kolej­nej ofiary.

Oka­zało się, że to ja mia­łem nią być.

- Kim jest ten Sim­mons?! - wydarł się Elli­son. - Wstań, poma­chaj ręką, pokaż się, psia­krew. Ja pier­dolę, co za nar­cyz miał czel­ność i tupet oddać opo­wia­da­nie na, kurwa, pięć tysięcy słów? Pokaż mi się, Sim­mons!

Pod­ją­łem jedną z naj­od­waż­niej­szych (czy­taj: naj­bar­dziej sza­lo­nych) decy­zji w swoim życiu i poma­cha­łem pal­cami. Wsta­łem.

Elli­son popa­trzył na mnie znad oku­la­rów.

- Mam nadzieję, że przy­naj­mniej będzie dobre, Sim­mons... Nie, musi być kurew­sko genialne, w prze­ciw­nym razie nie wyj­dziesz stąd żywy. Com­prende? Capi­sce?

Usze­dłem z życiem. Prawdę mówiąc, dawno nie czu­łem się tak żywy, jak po wyj­ściu z tej sali. Nie cho­dziło tylko o to, że Elli­so­nowi spodo­bało się opo­wia­da­nie. Razem z Edem Bry­an­tem oraz kil­koma innymi pisa­rzami wypunk­to­wali wszyst­kie wady fabuły, ujaw­nili wszyst­kie fał­szywe nuty i nie­wi­dzialne ściany, wska­zali miej­sca, przez które się prze­śli­zgną­łem, choć wyma­gały wię­cej uwagi, zerwali zasłony ze wszyst­kich nie­do­sko­na­łych zdań i bla­gier­skich fraz. Ale potrak­to­wali mój tekst poważ­nie.

Har­lan Elli­son zro­bił coś jesz­cze. Oznaj­mił mi to, co wie­dzia­łem od lat, ale w co nie śmia­łem wie­rzyć - powie­dział, że nie mam wyj­ścia i muszę dalej pisać, nawet jeśli ni­gdy nie zostanę wydany. Powie­dział, że nie­wielu ludzi sły­szy muzykę, ale ci, któ­rym jest to dane, muszą podą­żać za jej brzmie­niem. Powie­dział, że jeśli nie usiądę do maszyny do pisa­nia, oso­bi­ście poleci do Kolo­rado i urwie mi pie­przony nos.

Usia­dłem do maszyny do pisa­nia. Ed Bry­ant był na tyle miły, że pozwo­lił, abym jako pierw­szy nie­pu­bli­ko­wany pisarz wziął udział w kon­fe­ren­cji w Mil­ford... gdzie nauczy­łem się grać w jed­nej dru­ży­nie z praw­dzi­wymi szy­chami.

Tam­tej jesieni zgło­si­łem popra­wioną wer­sję opo­wia­da­nia Styks pły­nie pod prąd na pierw­szy doroczny kon­kurs lite­racki dla debiu­tan­tów w "Twi­li­ght Zone Maga­zine". Według redak­cji spły­nęło ponad dzie­więć tysięcy tek­stów, które trzeba było prze­czy­tać i oce­nić. Styks... zajął pierw­sze miej­sce, ex aequo z opo­wia­da­niem W.G. Nor­risa.

W ten spo­sób moje pierw­sze wydane opo­wia­da­nie tra­fiło na skle­powe półki 15 lutego 1982 roku. Tak się składa, że tego samego dnia przy­szła na świat nasza córka, Jane.

Minęło sporo czasu, zanim kto­kol­wiek, wli­cza­jąc mnie samego, zauwa­żył mój debiut. Ana­lo­gie mię­dzy pisa­niem a wyda­wa­niem na świat dzieci brzmią efek­tow­nie, ale praw­dziwe dzieci wygry­wają w przed­bie­gach.

Pod­daję pod waszą ocenę opo­wieść o miło­ści, stra­cie i smut­nej koniecz­no­ści rezy­gno­wa­nia z tego, co naj­bar­dziej kochamy...

Styks płynie pod prąd

To co naj­bar­dziej kochasz - pozo­sta­nie reszta to śmieci To co naj­bar­dziej kochasz, nie będzie ci wydarte To co naj­bar­dziej kochasz, to twoje praw­dziwe dzie­dzic­two...

Ezra Pound, Pieśń LXXXI (przeł. Andrzeja Sosnow­ski)

Bar­dzo kocha­łem swoją matkę. Po jej pogrze­bie, kiedy już opusz­czono trumnę do grobu, rodzina wró­ciła do domu i cze­kała na jej powrót.

Mia­łem wtedy dopiero osiem lat. Nie­wiele zapa­mię­ta­łem z obo­wiąz­ko­wej cere­mo­nii. Pamię­tam, że koł­nie­rzyk zeszło­rocz­nej koszuli mocno mnie uwie­rał, a kra­wat, do któ­rego nosze­nia nie przy­wy­kłem, był jak pętla wokół mojej szyi. Pamię­tam, że tam­ten czerw­cowy dzień był zbyt pogodny jak na takie posępne zgro­ma­dze­nie. Pamię­tam, że wujek Will od rana ostro pił i już w dro­dze do domu wycią­gnął butelkę whi­sky Jack Daniel's. Pamię­tam twarz ojca.

Popo­łu­dnie strasz­nie się dłu­żyło. Tam­tego dnia nie mia­łem żad­nej roli do ode­gra­nia i doro­śli mnie igno­ro­wali. Włó­czy­łem się od pokoju do pokoju ze szklanką cie­płego kool-aida, aż w końcu ucie­kłem na podwó­rze. Nawet tę zna­jomą sce­ne­rię zabaw i odosob­nie­nia psuły blade, tłu­ste twa­rze sąsia­dów w oknach. Cze­kali. Mieli nadzieję, że coś zoba­czą. Mia­łem ochotę na nich krzy­czeć i ciskać kamie­niami. Ale zamiast tego usia­dłem na sta­rej opo­nie trak­tora, któ­rej uży­wa­li­śmy jako pia­skow­nicy. Roz­myśl­nie wyla­łem czer­woną lemo­niadę na pia­sek i patrzy­łem, jak roz­sze­rza­jąca się kałuża żłobi nie­wielki dołek.

Wła­śnie ją wyko­pują.

Pod­bie­głem do huś­tawki i ze zło­ścią zaczą­łem odpy­chać się nogami od gołej ziemi. Zardze­wiała huś­tawka skrzy­piała, a jej rama z jed­nej strony odry­wała się od gruntu.

Nie, już to zro­bili, głupku. Teraz pod­łą­czają ją do wiel­kich maszyn. Na nowo wpom­pują w nią krew?

Pomy­śla­łem o wiszą­cych butel­kach. Przy­po­mnia­łem sobie grube czer­wone klesz­cze na skó­rze naszego psa latem. Gniew­nie się ode­pchną­łem, pró­bu­jąc wzle­cieć wyżej, niż to było moż­liwe.

Czy naj­pierw drgają jej palce? A może jej oczy otwie­rają się jak u budzą­cej się sowy?

Kiedy znaj­do­wa­łem się na samym szczy­cie łuku, zesko­czy­łem. Przez chwilę czu­łem się pozba­wiony wagi i wisia­łem nad zie­mią jak Super­man, jak duch wyla­tu­jący z ciała. Potem pochwy­ciła mnie gra­wi­ta­cja i ciężko upa­dłem na ręce i kolana. Podra­pa­łem sobie dło­nie i popla­mi­łem spodnie trawą. Wie­dzia­łem, że mama będzie wście­kła.

Teraz ją opro­wa­dzają. Może ubie­rają ją jak mane­kin na wysta­wie sklepu pana Feld­mana.

Mój brat Simon wyszedł na podwó­rze. Cho­ciaż był ode mnie tylko o dwa lata star­szy, tam­tego popo­łu­dnia wydał mi się doro­sły. A nawet stary. Jego blond włosy, ostrzy­żone rów­nie nie­dawno jak moje, zwi­sały bez­ład­nie na bla­dym czole. Miał zmę­czone oczy. Simon nie­mal ni­gdy na mnie nie krzy­czał, ale tam­tego dnia to zro­bił.

- Chodź do środka. Już pra­wie pora.

Podą­ży­łem za nim, prze­ci­na­jąc tylną werandę. Więk­szość krew­nych już poszła, ale z salonu dobiegł głos wujka Willa. Coś wykrzy­ki­wał. Zatrzy­ma­li­śmy się na kory­ta­rzu, żeby posłu­chać.

- Rany boskie, Les, wciąż nie jest za późno. Nie możesz tego zro­bić.

- Już po wszyst­kim.

- Pomyśl o... Jezu Chry­ste... pomyśl o dzie­cia­kach.

Usły­sze­li­śmy nie­wy­raźne głosy i domy­śli­li­śmy się, że wujek Will sporo wypił. Simon przy­ło­żył palec do ust. Zapa­dła cisza.

- Les, pomyśl o kwe­stiach finan­so­wych. Jak... ile... to dwa­dzie­ścia pięć pro­cent wszyst­kiego, co masz. Za ile lat, Les? Pomyśl o dzie­cia­kach. Jak to wpły­nie...

- Już po wszyst­kim, Will.

Jesz­cze ni­gdy nie sły­sze­li­śmy takiego tonu głosu u ojca. Nie sta­rał się argu­men­to­wać, jak pod­czas póź­no­wie­czor­nych dys­ku­sji poli­tycz­nych z wuj­kiem Wil­lem. Nie był smutny, jak pod­czas roz­mowy ze mną i Simo­nem, gdy po raz pierw­szy przy­wieź­li­śmy matkę do domu ze szpi­tala. Jego głos brzmiał sta­now­czo.

Roz­mowa trwała. Wujek Will zaczął krzy­czeć. Nawet mil­cze­nie było pełne zło­ści. Poszli­śmy do kuchni po colę. Kiedy wró­ci­li­śmy, wujek Will nie­mal nas sta­ra­no­wał, tak się śpie­szył do wyj­ścia. Zatrza­snął za sobą drzwi. Ni­gdy wię­cej nie poja­wił się w naszym domu.

***

Przy­wieźli matkę tuż po zmroku. Simon i ja wyglą­da­li­śmy przez okno i czu­li­śmy, że sąsie­dzi wszystko obser­wują. Zostali tylko cio­cia Helen i kil­koro naj­bliż­szych krew­nych. Ojciec był wyraź­nie zasko­czony, kiedy zoba­czył samo­chód. Nie wiem, czego się spo­dzie­wał - może dłu­giego czar­nego kara­wanu, jak ten, któ­rym rano zawieźli matkę na cmen­tarz.

Pod­je­chali żółtą toyotą. Razem z matką w samo­cho­dzie byli czte­rej męż­czyźni. Nie mieli na sobie ciem­nych gar­ni­tu­rów jak ojciec, tylko paste­lowe koszule z krót­kim ręka­wem. Jeden z nich wysiadł z auta i podał dłoń matce.

Mia­łem ochotę wybiec na chod­nik, ale Simon chwy­cił mnie za nad­gar­stek i zacze­ka­li­śmy na kory­ta­rzu, aż ojciec i pozo­stali doro­śli otwo­rzą drzwi.

Masze­ro­wali chod­ni­kiem w bla­sku gazo­wej lampy sto­ją­cej na traw­niku. Matka szła pomię­dzy dwoma męż­czy­znami, ale nie poma­gali jej iść, tylko wska­zy­wali kie­ru­nek. Miała na sobie błę­kitną sukienkę, którą kupiła u Scotta tuż przed cho­robą. Spo­dzie­wa­łem się, że będzie miała bladą, wosko­watą skórę - jak wtedy, gdy zaj­rza­łem przez szparę w drzwiach do jej sypialni, zanim przy­szli ludzie z zakładu pogrze­bo­wego - ale jej cera była rumiana i zdrowa, nie­mal spa­lona słoń­cem.

Kiedy weszli na werandę, zoba­czy­łem, że nosi mocny maki­jaż. Ni­gdy się nie malo­wała. Dwaj męż­czyźni rów­nież mieli różowe policzki. Cała trójka iden­tycz­nie się uśmie­chała.

Kiedy weszli do domu, chyba wszy­scy cof­nę­li­śmy się o krok - nie licząc ojca. On poło­żył dło­nie na ramio­nach matki, długo na nią patrzył, aż w końcu poca­ło­wał ją w poli­czek. Nie wydaje mi się, żeby odwza­jem­niła poca­łu­nek. Jej uśmiech się nie zmie­nił. Łzy spły­wały po twa­rzy ojca. Czu­łem zaże­no­wa­nie.

Wskrze­si­ciele coś mówili. Ojciec i cio­cia Helen kiwali gło­wami. Matka tylko stała, wciąż deli­kat­nie się uśmie­cha­jąc, i patrzyła grzecz­nie na męż­czy­znę w żół­tej koszuli, który coś opo­wia­dał, żar­to­wał i kle­pał ojca po ple­cach. Potem przy­szła kolej na nas, żeby uści­skać matkę. Cio­cia Helen popchnęła Simona naprzód, a ja wciąż trzy­ma­łem go za rękę. Cmok­nął matkę w poli­czek, a następ­nie szybko się cof­nął i sta­nął przy ojcu. Zarzu­ci­łem matce ręce na szyję i poca­ło­wa­łem ją w usta. Stę­sk­ni­łem się za nią.

Jej skóra nie była zimna. Była po pro­stu inna.

Patrzyła pro­sto na mnie. Baxter, nasz owcza­rek nie­miecki, zaczął sko­wy­tać i dra­pać w tylne drzwi.

Ojciec zapro­wa­dził Wskrze­si­cieli do gabi­netu. Na kory­ta­rzu sły­sze­li­śmy urywki ich roz­mowy.

- ...jeśli potrak­tuje się to jak udar...

- Jak długo ona...

- Rozu­mie pan, że dzie­się­cina jest konieczna ze względu na mie­sięczne wydatki na opiekę i...

Kobiety z naszej rodziny sta­nęły wokół matki. Przez chwilę pano­wała nie­zręczna atmos­fera, zanim uświa­do­miły sobie, że matka nie mówi. Ciotka Helen dotknęła policzka sio­stry. Matka cały czas się uśmie­chała.

Potem wró­cił ojciec i prze­mó­wił dono­śnym, ser­decz­nym gło­sem. Wyja­śnił, że to bar­dzo przy­po­mina lekki udar - jak u wujka Richarda. Jed­no­cze­śnie cało­wał wszyst­kich ludzi i im dzię­ko­wał.

Wskrze­si­ciele wyszli z uśmie­chami na twa­rzach i pod­pi­sa­nymi doku­men­tami. Pozo­stali krewni wkrótce także zaczęli się roz­cho­dzić. Ojciec odpro­wa­dził ich przed dom, gdzie z uśmie­chem ści­skał ich dło­nie.

- Pomy­śl­cie, że była chora, ale wyzdro­wiała - powie­dział. - Że wró­ciła do domu ze szpi­tala.

Cio­cia Helen wyszła jako ostat­nia. Długo sie­działa przy mamie, cicho do niej mówiła i wypa­try­wała jakiej­kol­wiek reak­cji na jej twa­rzy. Po jakimś cza­sie zaczęła pła­kać.

- Pomyśl, że wyzdro­wiała - powie­dział ojciec, odpro­wa­dza­jąc ją do samo­chodu. - Że wró­ciła do domu ze szpi­tala.

Cio­cia Helen poki­wała głową, wciąż zapła­kana, i odje­chała. Chyba wie­działa o tym, o czym wie­dzie­li­śmy Simon i ja. Matka nie wró­ciła ze szpi­tala. Wró­ciła z grobu.

***

To była długa noc. Kilka razy mia­łem wra­że­nie, że sły­szę ciche kla­ska­nie kapci matki na pod­ło­dze w kory­ta­rzu, i wstrzy­my­wa­łem oddech, cze­ka­jąc, aż drzwi się otwo­rzą. Ale tak się nie stało. Blask księ­życa padał na moje nogi i wydo­by­wał z ciem­no­ści kawa­łek tapety obok komody. Kwie­ci­sty wzór wyglą­dał jak pysk jakie­goś wiel­kiego, smut­nego zwie­rza. Tuż przed świ­tem Simon wychy­lił się ze swo­jego łóżka i szep­nął:

- Idź spać, głupku.

Posłu­cha­łem go.

***

Przez pierw­szy tydzień ojciec spał z matką w tym samym pokoju co zawsze. Codzien­nie rano był przy­gnę­biony i pokrzy­ki­wał na nas, kiedy jedli­śmy płatki śnia­da­niowe. Potem prze­niósł się do swo­jego gabi­netu, gdzie spał na sta­rym dywa­nie.

***

To było upalne lato. Nikt nie chciał się z nami bawić, więc Simon i ja spę­dza­li­śmy czas razem. Ojciec miał tylko poranne zaję­cia na uni­wer­sy­te­cie. Matka snuła się po domu i czę­sto pod­le­wała rośliny. Pew­nego razu Simon i ja widzie­li­śmy, jak pró­buje pod­lać kwiatki, które uschły i zostały usu­nięte, kiedy była w szpi­talu w kwiet­niu. Woda spły­nęła po komo­dzie na pod­łogę. Matka niczego nie zauwa­żyła.

Kiedy wycho­dziła na zewnątrz, wyda­wało się, że cią­gnie ją do leśnego rezer­watu za domem. Być może kusiła ją ciem­ność. Simon i ja lubi­li­śmy bawić się na skraju lasu o zmroku, łapać świe­tliki do słoja i budo­wać namioty z koców, ale odkąd matka zaczęła tam cha­dzać, spę­dza­li­śmy wie­czory na traw­niku przed domem. Cza­sami zosta­wa­łem tam dłu­żej, ponie­waż matka odcho­dziła za daleko i musia­łem brać ją pod rękę i pro­wa­dzić z powro­tem do domu.

Matka nosiła wszyst­kie ubra­nia, jakie pod­su­wał jej ojciec. Cza­sami śpie­szył się na uczel­nię i rzu­cał tylko: "Włóż czer­woną sukienkę", a matka spę­dzała cały skwarny lip­cowy dzień w gru­bym weł­nia­nym stroju. Ni­gdy się nie pociła. Cza­sami nie mówił jej, żeby zeszła rano na dół, a wtedy zosta­wała w sypialni aż do jego powrotu. W takie dni nama­wia­łem Simona, by wszedł ze mną na górę i na nią popa­trzył, ale on bez słowa krę­cił głową. Ojciec zaczął wię­cej pić, tak jak kie­dyś wujek Will, i wrzesz­czał na nas z byle powodu. Zawsze wybu­cha­łem pła­czem, kiedy zaczy­nał krzy­czeć, ale Simon ni­gdy nie pła­kał.

***

Matka ni­gdy nie mru­gała. Począt­kowo nie zwra­ca­łem na to uwagi. Kiedy w końcu to zauwa­ży­łem, zaczą­łem się czuć nie­swojo. Ale nie kocha­łem jej przez to mniej.

***

Simon i ja wie­czo­rami nie mogli­śmy zasnąć. Matka kie­dyś ukła­dała nas do snu i opo­wia­dała nam dłu­gie histo­rie o cza­ro­dzieju Yan­dym, który zabie­rał naszego psa, Baxtera, na wiel­kie wyprawy, gdy się z nim nie bawi­li­śmy. Ojciec nie wymy­ślał bajek, ale czy­tał nam grubą księgę, którą nazy­wał Pie­śniami Pounda. Nie rozu­mia­łem więk­szo­ści z nich, ale i tak mi się podo­bało, no i zako­cha­łem się w brzmie­niu słów, które, jak mówił ojciec, pocho­dziły z greki. Nikt już nie zaglą­dał do nas po kąpieli. Kilka razy pró­bo­wa­łem opo­wia­dać Simo­nowi histo­rie na dobra­noc, ale były kiep­skie i kazał mi prze­stać.

***

Czwar­tego lipca Tomy Wie­der­meyer, z któ­rym cho­dzi­łem do klasy, uto­pił się w base­nie, który jego rodzice dopiero co zbu­do­wali.

Tam­tego wie­czoru sie­dzie­li­śmy na podwó­rzu i patrzy­li­śmy na fajer­werki nad tere­nem rekre­acyj­nym odda­lo­nym o nie­cały kilo­metr. Cho­ciaż las czę­ściowo prze­sła­niał widok, to sztuczne ognie na nie­bie były wyraź­nie widoczne. Naj­pierw poja­wiały się eks­plo­zje koloru, a cztery albo pięć sekund póź­niej docie­rały do nas dźwięki. Odwró­ci­łem się, żeby powie­dzieć coś do cioci Helen, i zoba­czy­łem matkę, która wyglą­dała przez okno na pię­trze. Jej twarz była nie­zwy­kle blada na tle ciem­nego pokoju, a kolory spły­wały po niej jak płyny.

***

Wkrótce potem zna­la­złem mar­twą wie­wiórkę. Simon i ja bawi­li­śmy się w kawa­le­rzy­stów i Indian w leśnym rezer­wa­cie. Na zmianę tro­pi­li­śmy się, a potem strze­la­li­śmy do sie­bie i kona­li­śmy w kępach ziel­ska. Ale tym razem nie mogłem go zna­leźć. Zamiast tego tra­fi­łem na polankę.

To było ukryte miej­sce, oto­czone zaro­ślami gęstymi jak nasz żywo­płot. Peł­złem na czwo­ra­kach pod gałę­ziami, gdy zoba­czy­łem wie­wiórkę. Była duża, rudawa i od dość dawna nie­żywa. Miała nie­mal cał­ko­wi­cie skrę­coną głowę. Obok jed­nego ucha dostrze­głem zaschniętą krew. Jej lewa łapka była zaci­śnięta, a prawa spo­czy­wała roz­warta na gałązce. Coś wyłu­pało zwie­rza­kowi jedno oko, a dru­gie wpa­try­wało się nie­ru­chomo w bal­da­chim gałęzi. Wewnątrz lekko uchy­lo­nego pyszczka widzia­łem zaska­ku­jąco duże zęby, pożół­kłe u nasady. Na moich oczach z pyska wie­wiórki wyło­niła się mrówka, prze­szła po ciem­nym nosie i weszła na wytrzesz­czone oko.

Wła­śnie tak wygląda śmierć.

Krzewy zasze­le­ściły ude­rzone nie­wy­czu­wal­nym podmu­chem. Wystra­szy­łem się i popeł­złem dalej, prze­dzie­ra­jąc się przez gęste gałę­zie, które zacze­piały się o moją koszulę.

***

Jesie­nią wró­ci­łem do szkoły Long­fel­low, ale wkrótce prze­nio­słem się do pry­wat­nej pla­cówki. W tam­tych cza­sach rodziny Wskrze­szo­nych spo­ty­kały się z dys­kry­mi­na­cją. Dzie­ciaki wyśmie­wały nas, prze­zy­wały i nikt nie chciał się z nami bawić. W nowej szkole także nie mie­li­śmy kole­gów, ale przy­naj­mniej nikt nas nie wyzy­wał.

W naszym pokoju nie było włącz­nika świa­tła na ścia­nie, tylko sta­ro­świecka żarówka ze zwi­sa­ją­cym sznur­kiem. Żeby zapa­lić świa­tło, musia­łem przejść przez pół pogrą­żo­nego w mroku pokoju i wyma­cać sznu­rek. Pew­nego razu, gdy Simon sie­dział do późna przy pracy domo­wej, samot­nie posze­dłem na górę. Wła­śnie wyma­chi­wa­łem ręką w ciem­no­ści, żeby zna­leźć włącz­nik, gdy moja dłoń dotknęła twa­rzy matki. Miała chłodne i śli­skie zęby. Cof­ną­łem rękę i przez minutę sta­łem po ciemku, aż w końcu zna­la­złem i pocią­gną­łem za sznu­rek.

- Witaj, matko - powie­dzia­łem. Usia­dłem na skraju łóżka i pod­nio­słem na nią wzrok. Wpa­try­wała się w puste posła­nie Simona. Wzią­łem ją za rękę. - Tęsk­nię za tobą.

Powie­dzia­łem też kilka innych rze­czy, ale słowa mi się pomie­szały i zabrzmiały idio­tycz­nie, więc tylko sie­dzia­łem, ści­ska­jąc jej dłoń i cze­ka­jąc, aż odwza­jemni mój uścisk. W końcu zmę­czyła mi się ręka, ale nie poru­szy­łem się, dopóki nie poja­wił się Simon. Zatrzy­mał się w progu i spoj­rzał na nas. Spu­ści­łem wzrok i cof­ną­łem rękę. Po kilku minu­tach matka wyszła.

***

Ojciec uśpił Baxtera tuż przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia. To nie był stary pies, ale tak się zacho­wy­wał. Stale war­czał i szcze­kał, nawet na nas, i nie chciał wra­cać do domu. Kiedy uciekł po raz trzeci, zadzwo­nili do nas ze schro­ni­ska. Ojciec odpo­wie­dział tylko: "Uśpij­cie go", a potem się roz­łą­czył. Przy­słali nam rachu­nek.

***

Na wykłady ojca przy­cho­dziło coraz mniej stu­den­tów i w końcu posta­no­wił wziąć urlop naukowy, żeby pra­co­wać nad swoją książką o Ezrze Poun­dzie. Spę­dził w domu cały rok, ale nie­wiele napi­sał. Cza­sami rano prze­sia­dy­wał w biblio­tece, ale o pierw­szej wra­cał do domu i włą­czał tele­wi­zor. Zaczy­nał pić przed kola­cją i wpa­try­wał się w ekran do późna. Simon i ja nie­kiedy mu towa­rzy­szy­li­śmy, ale więk­szość pro­gra­mów nam się nie podo­bała.

***

Mniej wię­cej wtedy Simona zaczął nawie­dzać pewien sen. Kie­dyś opo­wie­dział mi o nim w dro­dze do szkoły. Sen zawsze był taki sam. Simo­nowi śniło się, że wciąż nie śpi i czyta komiks. Kiedy odkła­dał go na nocną szafkę, ten spa­dał na pod­łogę. Schy­lał się po niego, a wtedy biała ręka matki wysu­wała się spod łóżka i chwy­tała go za nad­gar­stek. Chwyt był bar­dzo silny i Simon wie­dział, że matka chce go wcią­gnąć pod łóżko. Z całej siły trzy­mał się pościeli, ale rozu­miał, że za kilka sekund zsu­nie się na pod­łogę.

Powie­dział, że ostat­niej nocy sen wresz­cie nieco się zmie­nił. Tym razem matka wychy­liła głowę spod łóżka, tak jak mecha­nik, który wysuwa się spod samo­chodu. Uśmie­chała się do niego, bar­dzo sze­roko szcze­rząc zęby, które były spi­ło­wane i wyglą­dały jak kolce.

- Czy kie­dy­kol­wiek mie­wasz takie sny? - spy­tał. Wyraź­nie żało­wał, że mi powie­dział.

- Nie - odrze­kłem. Kocha­łem matkę.

***

Tam­tego kwiet­nia bliź­niacy Far­ley­owie z sąsiedz­twa przy­pad­kowo zatrza­snęli się w porzu­co­nej zamra­żarce i umarli z braku powie­trza. Pani Har­gill, nasza sprzą­taczka, zna­la­zła ich za gara­żem. Tho­mas Far­ley był jedy­nym dzie­cia­kiem, który wciąż zapra­szał Simona na swoje podwórko. Teraz Simon miał tylko mnie.

***

Wkrótce przed Świę­tem Pracy i powro­tem do szkoły Simon posta­no­wił, że powin­ni­śmy uciec. Nie chcia­łem tego robić, ale kocha­łem Simona. Był moim bra­tem.

- Dokąd pój­dziemy?

- Musimy się stąd wydo­stać - stwier­dził. To nie była odpo­wiedź.

Ale Simon już przy­go­to­wał ekwi­pu­nek i nawet kupił mapę mia­sta. Nakre­ślił naszą trasę przez leśny rezer­wat, a potem wia­duk­tem wzdłuż Lau­rel Street na drugą stronę rzeki Sher­man, aż do domu wujka Willa, bez korzy­sta­nia z żad­nych głów­nych ulic.

- Możemy spać pod gołym nie­bem - powie­dział i poka­zał mi sznur do bie­li­zny. - Wujek Will zatrudni nas jako pomoc­ni­ków na far­mie. Kiedy na wio­snę poje­dzie na swoje ran­czo, dołą­czymy do niego.

Wyru­szy­li­śmy o zmierz­chu. Nie podo­bało mi się, że wycho­dzimy tuż przed zmro­kiem, ale Simon powie­dział, że ojciec zauważy nasze znik­nię­cie dopiero rano, kiedy się obu­dzi. Nio­słem mały ple­cak pełen jedze­nia, które Simon prze­my­cił z lodówki. On sam zawi­nął tro­chę rze­czy w koc i przy­wią­zał sobie do ple­ców za pomocą sznura na bie­li­znę. Wciąż było dosyć jasno, dopóki nie zagłę­bi­li­śmy się w lesie. Bul­got stru­myka przy­po­mi­nał odgłos, który dobie­gał z pokoju matki tam­tej nocy, gdy umie­rała. Korze­nie i gałę­zie były tak gęste, że Simon musiał cały czas oświe­tlać nam drogę latarką, przez co wyda­wało nam się, że jest jesz­cze ciem­niej. Po pew­nym cza­sie się zatrzy­ma­li­śmy i Simon roz­cią­gnął sznu­rek mię­dzy dwoma drze­wami. Zarzu­ci­łem na niego koc i obaj zaczę­li­śmy na klęcz­kach szu­kać kamieni.

Jedli­śmy kanapki z mor­ta­delą w ciem­no­ści, a stru­myk wyda­wał dźwięki przy­po­mi­na­jące prze­ły­ka­nie. Roz­ma­wia­li­śmy przez kilka minut, ale nasze głosy wyda­wały nam się zbyt ciche i obaj zasnę­li­śmy na zim­nym grun­cie, przy­kryci kurt­kami, pod­ło­żyw­szy pod głowy ple­cak. Ota­czały nas odgłosy lasu.

Obu­dzi­łem się w środku nocy. Było nie­zwy­kle spo­koj­nie. Obaj kuli­li­śmy się pod kurt­kami, a Simon chra­pał. Liście prze­stały się poru­szać, owady znik­nęły, nawet stru­myk już nie hała­so­wał. Trój­kątne otwory namiotu odzna­czały się na tle ciem­no­ści.

Usia­dłem, czu­jąc, że serce tłu­cze mi się w piersi.

Kiedy zbli­ży­łem głowę do otworu, niczego nie zoba­czy­łem, ale dokład­nie wie­dzia­łem, co tam jest. Nakry­łem głowę kurtką i odsu­ną­łem się od ściany namiotu.

Cze­ka­łem, aż coś dotknie mnie przez koc. Począt­kowo sądzi­łem, że to matka za nami ruszyła, że szła naszym śla­dem przez las, a ostre gałę­zie ocie­rały się o jej oczy. Ale to nie była matka.

Noc była zimna i osa­czała nasz mały namiot. Była czarna jak oko mar­twej wie­wiórki i chciała dostać się do środka. Po raz pierw­szy w życiu zro­zu­mia­łem, że ciem­ność nie koń­czy się, gdy wstaje dzień. Szczę­ka­łem zębami. Przy­tu­li­łem się do Simona, krad­nąc nieco jego cie­pła. Czu­łem na policzku jego deli­katny, powolny oddech. Po chwili potrzą­sną­łem nim i powie­dzia­łem, że nie chcę z nim iść i kiedy wzej­dzie słońce, wró­cimy do domu. Zaczął pro­te­sto­wać, ale potem usły­szał w moim gło­sie coś, czego nie rozu­miał, i tylko ze znu­że­niem pokrę­cił głową i ponow­nie zasnął.

Rano koc był mokry od rosy i obaj mie­li­śmy lepką skórę. Poskła­da­li­śmy swoje rze­czy, zosta­wi­li­śmy kamie­nie uło­żone w przy­pad­kowy spo­sób i ruszy­li­śmy do domu. Nie odzy­wa­li­śmy się do sie­bie.

***

Kiedy wró­ci­li­śmy, ojciec wciąż spał. Simon rzu­cił nasze rze­czy na pod­łogę pokoju i wyszedł na słońce. Ja zsze­dłem do piw­nicy.

Było tam bar­dzo ciemno, ale nie zapa­li­łem świa­tła, tylko usia­dłem na drew­nia­nych scho­dach. Z mrocz­nych kątów nie dobie­gały żadne odgłosy, ale wie­dzia­łem, że matka tam jest.

- Ucie­kli­śmy, ale wró­ci­li­śmy - oznaj­mi­łem w końcu. - To był mój pomysł, żeby wró­cić.

Przez wąskie okna widzia­łem zie­loną trawę. Ogro­dowy zra­szacz włą­czył się z gło­śnym wes­tchnie­niem. Gdzieś w sąsiedz­twie pokrzy­ki­wały dzieci. Zwra­ca­łem uwagę tylko na cie­nie.

- Simon chciał iść dalej, ale go prze­ko­na­łem - doda­łem. - To był mój pomysł, żeby wró­cić.

Sie­dzia­łem tam przez kilka minut, ale nie przy­cho­dziło mi do głowy nic, co mógł­bym jesz­cze powie­dzieć. W końcu wsta­łem, otrze­pa­łem spodnie i posze­dłem na górę, żeby się zdrzem­nąć.

***

Tydzień po Świę­cie Pracy ojciec uparł się, żeby­śmy poje­chali na week­end na wybrzeże. Wyru­szy­li­śmy w pią­tek po połu­dniu i poje­chaliśmy pro­sto do Ocean City. Matka sie­działa sama na tyl­nym sie­dze­niu. Ojciec i cio­cia Helen jechali z przodu. Simon i ja tło­czy­li­śmy się z tyłu naszego kombi, ale Simon nie chciał liczyć ze mną krów, roz­ma­wiać ani nawet bawić się samo­lo­ci­kami, które zabra­łem.

Zatrzy­ma­li­śmy się w wie­ko­wym hotelu tuż przy pro­me­na­dzie. Inni Wskrze­si­ciele z wtor­ko­wej grupy ojca pole­cali to miej­sce, ale hotel cuch­nął sta­ro­ścią, zgni­li­zną i szczu­rami miesz­ka­ją­cymi w ścia­nach. Kory­ta­rze miały kolor wybla­kłej zie­leni, drzwi były ciem­no­zie­lone i tylko co trze­cia żarówka się świe­ciła. Kory­ta­rze przy­po­mi­nały mroczny labi­rynt i trzeba było poko­nać dwa zakręty, żeby zna­leźć windę. Wszy­scy poza Simo­nem spę­dzili całą sobotę w hotelu, oglą­da­jąc tele­wi­zję przed ledwo zipią­cym kli­ma­ty­za­to­rem. W pobliżu krę­ciło się znacz­nie wię­cej wskrze­szo­nych i sły­sze­li­śmy szu­ra­nie ich stóp w ciem­nych kory­ta­rzach. Po zacho­dzie słońca wyszli na plażę, a my do nich dołą­czy­li­śmy.

Sta­ra­łem się, żeby matce było wygod­nie. Roz­ło­ży­łem dla niej pla­żowy ręcz­nik i odwró­ci­łem ją w stronę morza. Księ­życ już wspiął się na niebo i wiała chłodna bryza. Okry­łem ramiona matki swe­trem. Za nami świa­tła luna­parku roz­le­wały się po pro­me­na­dzie, a kolejka gór­ska grzmiała i war­czała.

Nie odszedł­bym, gdyby głos ojca tak mnie nie iry­to­wał. Mówił za gło­śno, śmiał się bez powodu i popi­jał z butelki w papie­ro­wej torebce. Cio­cia Helen pra­wie się nie odzy­wała, ale ze smut­kiem patrzyła na ojca i pró­bo­wała się uśmie­chać, kiedy wybu­chał śmie­chem. Matka sie­działa spo­koj­nie, więc prze­pro­si­łem i posze­dłem szu­kać Simona. Bez niego czu­łem się samotny. W weso­łym mia­steczku nie było rodzin ani dzieci, ale atrak­cje wciąż dzia­łały. Co kilka minut roz­le­gał się ryk oraz piski nie­licz­nych osób pędzą­cych po naj­bar­dziej stro­mym zjeź­dzie kolejki gór­skiej. Jadłem hot doga i roz­glą­da­łem się, ale Simona ni­gdzie nie było.

Kiedy wra­ca­łem wzdłuż plaży, zoba­czy­łem, że ojciec nachy­lił się i cmok­nął cio­cię Helen w poli­czek. Matka gdzieś się odda­liła, a ja czym prę­dzej zapro­po­no­wa­łem, że jej poszu­kam, aby ukryć łzy wście­kło­ści, które napły­wały mi do oczu. Idąc plażą, miną­łem miej­sce, w któ­rym w poprzedni week­end uto­nęła dwójka nasto­lat­ków. W oko­licy prze­by­wało kil­koro wskrze­szo­nych. Sie­dzieli nad wodą razem ze swo­imi rodzi­nami, ale ni­gdzie nie widzia­łem matki. Chcia­łem wró­cić i nagle zauwa­ży­łem jakiś ruch pod pro­me­nadą.

Było tam nie­zwy­kle ciemno. Przez szpary mię­dzy deskami wpa­dały pro­mie­nie świa­tła, roz­bi­jane na dzi­waczne wzory przez drew­niane słupki i krzy­żulce. Kroki ludzi i odgłosy weso­łego mia­steczka brzmiały jak ude­rze­nia pię­ściami w wieko trumny. Zatrzy­ma­łem się. Nagle wyobra­zi­łem sobie dzie­siątki wskrze­szo­nych kry­ją­cych się w ciem­no­ści razem z matką, nazna­czo­nych świetl­nymi wzo­rami, dzięki któ­rym tu i ówdzie można dostrzec czy­jąś dłoń, koszulę albo wytrzesz­czone oko. Ale nie było ich tam. Matki rów­nież. Zna­la­złem coś innego.

Nie wiem, co skło­niło mnie do pod­nie­sie­nia wzroku. Może kroki dobie­ga­jące z góry. Coś się obra­cało w cie­niu. Zoba­czy­łem, w któ­rym miej­scu wspiął się na krzy­żulce, gdzie posta­wił stopę w spor­to­wym bucie, by dźwi­gnąć się do sze­ro­kiej belki. To nie było trudne. Wspi­na­li­śmy się tak tysiące razy. Patrzy­łem pro­sto w jego twarz, ale naj­pierw roz­po­zna­łem sznur na bie­li­znę.

***

Po śmierci Simona ojciec prze­stał nauczać. Nie wró­cił do pracy po urlo­pie nauko­wym, a jego notatki do książki o Poun­dzie leżały w piw­nicy razem z zeszło­rocz­nymi gaze­tami. Wskrze­si­ciele pomo­gli mu zna­leźć pracę dozorcy w pobli­skiej gale­rii han­dlo­wej i rzadko wra­cał do domu przed drugą w nocy.

Po Bożym Naro­dze­niu wyje­cha­łem do szkoły z inter­na­tem odda­lo­nej o dwa stany. Wskrze­si­ciele otwo­rzyli już wtedy Insty­tut i zwra­cało się do nich coraz wię­cej rodzin. Póź­niej udało mi się uzy­skać pełne sty­pen­dium na uni­wer­sy­te­cie. Pomimo zawar­tej umowy rzadko wra­ca­łem do domu. Pod­czas moich nie­licz­nych wizyt ojciec był pijany. Raz upi­łem się razem z nim i sie­dzie­li­śmy w kuchni, pła­cząc. Pra­wie wyły­siał, nie licząc kilku siwych kosmy­ków na bokach głowy, miał zapad­nięte oczy i pobruż­dżoną zmarszcz­kami twarz. Od alko­holu jego policzki pokryły się nie­zli­czo­nymi popę­ka­nymi naczyn­kami i wyglą­dał, jakby nosił moc­niej­szy maki­jaż niż matka.

Pani Har­gill zadzwo­niła do mnie trzy dni przed uro­czy­sto­ścią zakoń­cze­nia stu­diów. Ojciec napeł­nił wannę cie­płą wodą, a potem prze­cią­gnął brzy­twą wzdłuż żyły, a nie w poprzek. Widać, że czy­tał Plu­tar­cha. Poko­jówka zna­la­zła go dopiero po dwóch dniach, a kiedy następ­nego wie­czoru dotar­łem do domu, wannę wciąż zna­czyły kręgi zakrze­płej krwi. Po pogrze­bie przej­rza­łem wszyst­kie jego papiery i zna­la­złem dzien­nik, który pro­wa­dził przez wiele lat. Spa­li­łem go razem ze stertą nota­tek do nie­ukoń­czo­nej książki.

***

Insty­tut dotrzy­mał umowy pomimo oko­licz­no­ści, co pomo­gło mi prze­trwać kilka kolej­nych lat. Moja kariera to dla mnie coś wię­cej niż praca - wie­rzę w to, co robię, i jestem w tym dobry. To ja wpa­dłem na pomysł, żeby wyna­jąć kilka nie­uży­wa­nych szkol­nych budyn­ków na potrzeby naszych nowych cen­trów sąsiedz­kich.

W zeszłym tygo­dniu utkną­łem w korku, a kiedy w końcu dotar­łem do miej­sca wypadku i zoba­czy­łem małą postać nakrytą kocem i oto­czoną kawał­kami tłu­czo­nego szkła, zauwa­ży­łem, że oni także zgro­ma­dzili się przy kra­węż­niku. Było ich już tak wielu.

Mia­łem udziały w budynku miesz­kal­nym w jed­nej z ostat­nich oświe­tlo­nych czę­ści mia­sta, ale kiedy nasz dawny dom został wysta­wiony na sprze­daż, od razu sko­rzy­sta­łem z oka­zji. Zacho­wa­łem wiele ze sta­rych mebli, a inne wymie­ni­łem w taki spo­sób, żeby wnę­trza wyglą­dały nie­mal iden­tycz­nie jak kie­dyś. Utrzy­ma­nie takiego sta­rego domu wiele kosz­tuje, ale nie wyrzu­cam pie­nię­dzy w błoto. Po pracy wielu gości z Insty­tutu idzie do baru, ale ja nie. Po odło­że­niu sprzętu i wyszo­ro­wa­niu sta­lo­wych sto­łów wra­cam pro­sto do domu. Tam jest moja rodzina. Cze­kają na mnie.

Wstęp do "Oczu napotkać nie śmiem w moich snach"

Lato 1969 roku było bar­dzo upalne, zwłasz­cza tam, gdzie je spę­dza­łem - w nazy­wa­nej "get­tem" czę­ści Ger­man­town w Pen­syl­wa­nii. Ger­man­town, sym­pa­tyczna wio­ska w cza­sach przed wojną o nie­pod­le­głość, w 1969 roku była enklawą wewnątrz Fila­del­fii. Na uli­cach pano­wał skwar, a tem­pe­ra­turę jesz­cze bar­dziej pod­no­siły spo­łeczne nie­po­koje, także na tle raso­wym.

Wynaj­mo­wa­łem pod­da­sze w sie­dzi­bie lokal­nej Izby Roz­ra­chun­ko­wej/ośrodka pla­no­wa­nia rodziny/cen­trum medycz­nego za 35 dola­rów mie­sięcz­nie. To było nie­wiel­kie pod­da­sze. W te wie­czory, gdy nie­wiel­kie dru­gie pię­tro budynku nie słu­żyło jako pocze­kal­nia, mogłem uży­wać go jako salonu i korzy­stać z przy­le­ga­ją­cej malut­kiej kuchni. Ale prze­waż­nie kłę­biły się tam tłumy. Tam­tego lata przez okna man­sar­dowe oglą­da­łem kilka bitew gan­gów oraz jedne zamieszki.

Ale naj­le­piej pamię­tam wie­czory spę­dzane na weran­dzie przy wej­ściu: ceglany kanion pełen ludz­kich hała­sów, długi ciąg kamie­nic przy Brin­ghurst Street, gdzie w żół­tym bla­sku sodo­wych lamp dzieci ska­kały na ska­kan­kach i prze­ko­ma­rzały się na ulicy, a miesz­kańcy bez­u­stan­nie spa­ce­ro­wali, śmiali się, gawę­dzili i zapra­szali sąsia­dów na poga­wędki na scho­dach. Do dzi­siaj, gdy widzę ogro­dzone, ste­rylne podwórka na przed­mie­ściach, zasta­na­wiam się, jaki obłęd prze­gnał nas z naszych werand, skło­nił do porzu­ce­nia sąsiedz­kich wspól­not i ucieczki do klau­stro­fo­bicz­nych cel.

Za dnia pra­co­wa­łem jako nauczy­ciel w szkole dla nie­wi­do­mych Upsal. Wielu moich pod­opiecz­nych było nie tylko nie­wi­do­mych, ale także nie­sły­szą­cych lub poważ­nie upo­śle­dzo­nych umy­słowo, czę­sto od uro­dze­nia.

W takim śro­do­wi­sku szybko uczymy się, że nawet ludzie dotknięci tak strasz­li­wymi nie­peł­no­spraw­no­ściami zacho­wują nie tylko peł­nię czło­wie­czeń­stwa oraz pełną gamę ludz­kich pra­gnień, ale także zdol­ność do walki, osią­ga­nia suk­ce­sów i trium­fów.

Dzień po tym, jak ludzie po raz pierw­szy posta­wili stopę na Księ­życu tam­tego upal­nego lata 1969 roku, świę­to­wa­łem to wyda­rze­nie ze swo­imi uczniami. Byli bar­dzo pod­nie­ceni. Tho­mas, jeden z nasto­lat­ków, który był nie­wi­domy i upo­śle­dzony umy­słowo, ale sły­szał, nauczył się grać na pia­ni­nie. Inna sły­sząca uczen­nica - młoda dziew­czyna, która miała uszko­dzony mózg na sku­tek prze­mocy, jakiej doznała we wcze­snym dzie­ciń­stwie - zapro­po­no­wała, żeby­śmy zakoń­czyli naszą uro­czy­stość ode­gra­niem przez Tho­masa pań­stwo­wego hymnu.

Tho­mas się zgo­dził.

Zagrał We Shall Over­come.

Oczu napotkać nie śmiem w moich snach

Bre­men wyszedł ze szpi­tala od swo­jej umie­ra­ją­cej żony i poje­chał na wschód nad morze. Na dro­gach roiło się od fila­del­fij­czy­ków ucie­ka­ją­cych z mia­sta na week­end, więc musiał sku­piać się na pro­wa­dze­niu auta, pozo­sta­wia­jąc tylko sub­telne ślady w umy­śle swo­jej żony. Gail spała. Drę­czyły ją nie­spo­kojne sny wywo­łane lekami. Szu­kała swo­jej matki w nie­koń­czą­cej się sieci połą­czo­nych ze sobą pokoi peł­nych wik­to­riań­skich mebli.

Bre­men jechał przez sosnowe nie­użytki, a obrazy ze snów prze­śli­zgi­wały się przez wie­czorne cie­nie rze­czy­wi­sto­ści. Gail obu­dziła się, kiedy wyje­chał z par­kingu. Przez kilka sekund nie towa­rzy­szył jej ból. Otwo­rzyła oczy, a za sprawą wie­czornego sło­necz­nego świa­tła, które prze­ni­kało przez nie­bie­ski koc, pomy­ślała - tylko przez chwilę - że to pora­nek na far­mie. Się­gnęła myślami ku swo­jemu mężowi w tej samej chwili, gdy zaata­ko­wały ją zawroty głowy i ból za lewym okiem. Bre­men skrzy­wił się i upu­ścił monetę, którą poda­wał pra­cow­ni­kowi pobie­ra­ją­cemu opłaty przy rogatce.

- Co się stało, kolego?

Bre­men pokrę­cił głową, wygrze­bał z port­fela dolara i na oślep wycią­gnął rękę w stronę męż­czy­zny. Rzu­cił resztę na zagra­coną deskę roz­dziel­czą trium­pha i sku­pił się na roz­pę­dze­niu samo­chodu do mak­sy­mal­nej pręd­ko­ści. Ból Gail zelżał, ale jej oszo­ło­mie­nie zalało go falą mdło­ści.

Szybko odzy­skała kon­trolę, pomimo zasłon stra­chu, które powie­wały przy solid­nej umy­sło­wej tar­czy. Ode­zwała się w myślach, zawę­ża­jąc spek­trum w taki spo­sób, by jak naj­le­piej imi­to­wać swój głos.

- Cześć, Jerry.

- Cześć, mała. - Wysłał tę myśl, kiedy skrę­cał na zjazd pro­wa­dzący na wyspę Long Beach. Podzie­lił się wido­kiem - efek­towna zie­leń trawy, sosny nazna­czone zło­tym bla­skiem sierp­nio­wego słońca i cień spor­to­wego samo­chodu prze­ska­ku­jący po łuku asfaltu. Nagle poczuł cha­rak­te­ry­styczną słoną świe­żość Atlan­tyku i rów­nież się nią podzie­lił.

Wjazd do nad­mor­skiego mia­steczka robił roz­cza­ro­wu­jące wra­że­nie: zanie­dbane restau­ra­cje z owo­cami morza, dro­gie motele z żuż­lo­be­tonu, nie­koń­czące się przy­sta­nie dla jach­tów. Ale uspo­ka­jał ich widok zna­jo­mych miejsc, więc Bre­men sta­rał się niczego nie prze­ga­pić. Gail zaczęła się odprę­żać i cie­szyć prze­jażdżką. Jej obec­ność była tak realna, że Bre­men zła­pał się na tym, iż pró­buje się obró­cić i ode­zwać do niej na głos. Podzie­lił się z nią ukłu­ciem żalu i zaże­no­wa­nia, nim zdą­żył je stłu­mić.

Na wyspie było pełno rodzin roz­pa­ko­wu­ją­cych samo­chody kombi i wędru­ją­cych na plażę, by zjeść tam późną kola­cję. Bre­men poje­chał na pół­noc do latarni mor­skiej Bar­ne­gat. Zer­k­nął w prawo i dostrzegł ryba­ków sto­ją­cych wzdłuż brzegu. Ich cie­nie prze­ci­nały białe linie fal przy­boju.

"Monet", pomy­ślała Gail, a Bre­men poki­wał głową, cho­ciaż sam pomy­ślał o Eukli­de­sie.

"Jak zawsze mate­ma­tyk", pomy­ślała Gail, a potem stra­ciła głos pod wpły­wem nara­sta­ją­cego bólu. Na wpół ufor­mo­wane zda­nia roz­wiały się jak obłoki na wie­trze.

Bre­men zapar­ko­wał obok latarni mor­skiej i powę­dro­wał przez niskie wydmy na plażę. Roz­ło­żył podarty koc, który tyle razy nie­śli razem na to miej­sce. Wzdłuż brzegu bie­gała grupka dzieci. Mniej wię­cej dzie­wię­cio­let­nia dziew­czynka o dłu­gich bia­łych nogach, ubrana w kostium, z któ­rego wyro­sła jakieś dwa lata wcze­śniej, plą­sała na mokrym pia­sku, impro­wi­zu­jąc zło­żony układ cho­re­ogra­ficzny dopa­so­wany do ruchu fal.

Świa­tło mię­dzy żalu­zjami gasło. Pie­lę­gniarka cuch­nąca papie­ro­sami i sta­rym tal­kiem przy­szła, żeby wymie­nić kro­plówkę i zmie­rzyć ciśnie­nie. Inter­kom na kory­ta­rzu prze­ka­zy­wał gło­śne, wład­cze komu­ni­katy, ale trudno było je zro­zu­mieć przez gęst­nie­jącą mgłę bólu. Nowy lekarz poja­wił się około dzie­sią­tej, ale Gail sku­piała się na pie­lę­gniarce, która nio­sła wycze­ki­waną igłę. Muśnię­cie wacika na ręku sta­no­wiło cudowną zapo­wiedź obie­ca­nej ulgi od bólu za okiem. Lekarz coś mówił.

- ...pani mąż? Myśla­łem, że zosta­nie na noc.

- Jest tutaj, panie dok­to­rze - odpo­wie­działa Gail. Pokle­pała kocyk i pia­sek.

Bre­men roz­sta­wił nylo­nowy wia­tro­chron, żeby osło­nić się przed wie­czor­nym chło­dem. Tylko kilka gwiazd prze­świe­cało przez wysoką war­stwę chmur. Daleko na morzu wzdłuż hory­zontu pły­nął nie­moż­li­wie długi tan­ko­wiec z zapa­lo­nymi reflek­to­rami. Okna dom­ków na plaży zna­czyły wydmy żół­tymi pro­sto­ką­tami świa­tła.

Wiatr przy­niósł woń gril­lo­wa­nych ste­ków. Bre­men pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, czy jadł cokol­wiek tego dnia. Zasta­na­wiał się, czy nie wró­cić do sklepu spo­żyw­czego nie­da­leko latarni mor­skiej, żeby kupić kanapkę, ale w kie­szeni kurtki zna­lazł stary bato­nik Pay­day i zado­wo­lił się żuciem twar­dych jak kamień orzesz­ków.

W kory­ta­rzu roz­brzmie­wało echo kro­ków. Zupeł­nie jakby masze­ro­wało tam­tędy woj­sko. Pośpieszne kroki, brzęk tac i nie­wy­raźny gwar roz­mów przy­po­mi­nały Gail chwile, gdy jako dziecko leżała w łóżku i słu­chała przy­jęć, które jej rodzice wypra­wiali na dole.

"Pamię­tasz przy­ję­cie, na któ­rym się pozna­li­śmy?" - pomy­ślał Bre­men.

Chuck Gil­pen uparł się, żeby Bre­men mu towa­rzy­szył. Bre­men ni­gdy nie prze­pa­dał za przy­ję­ciami. Nie umiał gawę­dzić o niczym, a napię­cie tele­pa­tyczne i neu­ro­beł­kot zawsze przy­pra­wiały go o ból głowy, ponie­waż musiał godzi­nami pod­trzy­my­wać umy­słową tar­czę. Poza tym to był jego pierw­szy tydzień wykła­dów o ten­so­rach dla dok­to­ran­tów, więc wie­dział, że powi­nien powta­rzać mate­riał w domu. A jed­nak się zgo­dził. Natar­czy­wość Gil­pena i lęk przed łatką odludka w nowym śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim przy­wio­dły Bre­mena do kamie­nicy na Dre­xel Hill. Muzykę było sły­chać z odle­gło­ści pół prze­cznicy, a gdyby przy­je­chał tam sam, już dawno wró­ciłby do domu. Stał tuż za pro­giem - ktoś wci­snął mu drinka do ręki - gdy nagle wyczuł nie­da­leko sie­bie inną umy­słową tar­czę. Zaczął ją deli­kat­nie son­do­wać, a wtedy myśli Gail prze­mknęły po nim jak świa­tło szpe­ra­cza.

Oboje byli oszo­ło­mieni. Natych­miast wzmoc­nili osłony i zwi­nęli się w kulki jak wystra­szone pan­cer­niki. Wkrótce prze­ko­nali się, że nie chroni ich to przed nie­świa­do­mym son­do­wa­niem przez drugą osobę. Żadne z nich ni­gdy nie spo­tkało innego tele­paty, nie licząc ludzi o pry­mi­tyw­nych, nie­kon­tro­lo­wa­nych zdol­no­ściach. Zakła­dali, że są wybry­kiem natury - wyjąt­ko­wym i nie­po­ko­na­nym. A teraz stali przed sobą obna­żeni w pustce. Cho­ciaż nie zamie­rzali tego robić, zalali nawza­jem swoje umy­sły powo­dzią obra­zów, wła­snych wize­run­ków, poło­wicz­nych wspo­mnień, tajem­nic, doznań, pre­fe­ren­cji, spo­strze­żeń, ukry­tych lęków, ech i uczuć. Niczego nie ukry­wali. Wylali z sie­bie wszyst­kie drobne okru­cień­stwa, wsty­dliwe sek­su­alne doświad­cze­nia i uprze­dze­nia, razem z myślami o daw­nych przy­ję­ciach uro­dzi­no­wych, byłych kochan­kach, rodzi­cach oraz nie­koń­czą­cym się stru­mie­niem bła­ho­stek. Dwoje ludzi rzadko może poznać się tak dobrze nawet po pięć­dzie­się­ciu latach mał­żeń­stwa. Kilka minut póź­niej spo­tkali się po raz pierw­szy.

Świa­tło latarni Bar­ne­gat omia­tało głowę Bre­mena co dwa­dzie­ścia cztery sekundy. Na morzu było teraz wię­cej świa­teł niż wzdłuż pogrą­żo­nej w mroku plaży. Po pół­nocy wzmógł się wiatr i Bre­men mocno otu­lił się kocem. Pod­czas ostat­niego obchodu Gail odmó­wiła zastrzyku, ale wciąż miała zamglone myśli. Bre­men wymu­sił kon­takt siłą woli. Gail zawsze bała się ciem­no­ści. W cza­sie ich sze­ścio­let­niego mał­żeń­stwa nocami wie­lo­krot­nie wycią­gał ku niej rękę lub się­gał myślą, by ją uspo­koić. Teraz znów była wystra­szoną dziew­czynką, pozo­sta­wioną samot­nie na pię­trze dużego sta­rego domu przy Bur­lin­game Ave­nue. Coś cza­iło się w ciem­no­ści pod jej łóż­kiem.

Bre­men się­gnął poprzez jej zagu­bie­nie i ból, by podzie­lić się z nią szu­mem morza. Opo­wia­dał o pso­tach Ger­ni­sa­vien, ich cęt­ko­wa­nej kotki. Poło­żył się w zagłę­bie­niu w pia­sku, dopa­so­wu­jąc się do jej ciała. Powoli zaczęła się odprę­żać i pod­da­wać mu swoje myśli. Zdo­łała nawet kil­ka­krot­nie się zdrzem­nąć i śniła o ruchu gwiazd mię­dzy chmu­rami oraz ostrej woni Atlan­tyku. Bre­men opi­sał swój tydzień pracy na far­mie - sub­telne piękno rów­nań Fouriera na tablicy w gabi­ne­cie i roz­świe­tloną słoń­cem satys­fak­cję, jaką spra­wiło mu zasa­dze­nie brzo­skwini przy pod­jeź­dzie. Podzie­lił się wspo­mnie­niami z ich wyjazdu na narty do Aspen oraz szo­kiem, jaki wywo­łał w nim omia­ta­jący plażę reflek­tor punk­towy jakie­goś nie­wi­docz­nego statku. Dzie­lił się nie­licz­nymi wier­szami, które znał na pamięć, ale słowa osu­wały się w obrazy i uczu­cia.

Noc trwała, a Bre­men dzie­lił się jej zimną wyra­zi­sto­ścią, zabar­wia­jąc każdy obraz cie­płem swo­jej miło­ści. Dzie­lił się bła­host­kami i nadzie­jami na przy­szłość. Z odle­gło­ści ponad stu kilo­me­trów dotknął jej dłoni. Kiedy na kilka minut odpły­wała, posy­łał jej swoje sny.

Gail zmarła tuż przed tym, jak fał­szywe świa­tło świtu musnęło niebo.

***

Kie­row­nik wydziału mate­ma­tyki w Haver­ford nama­wiał Bre­mena na wzię­cie urlopu nauko­wego, ale Bre­men odmó­wił i zwol­nił się z pracy.

Doro­thy Parks z wydziału psy­cho­lo­gii poświę­ciła jeden z dłu­gich wie­czo­rów na wytłu­ma­cze­nie Bre­me­nowi taj­ni­ków żałoby.

- Musisz zro­zu­mieć, Jeremy, że prze­pro­wadzka to czę­sty błąd popeł­niany przez ludzi, któ­rzy doznali poważ­nej straty. Wydaje ci się, że nowe śro­do­wi­sko pomoże ci zapo­mnieć, ale tylko odsu­wasz w cza­sie nie­unik­nioną kon­fron­ta­cję z bólem.

Bre­men uważ­nie jej wysłu­chał, kiwa­jąc głową ze zro­zu­mie­niem. Następ­nego dnia wysta­wił farmę na sprze­daż, sprze­dał trium­pha swo­jemu mecha­ni­kowi przy Cone­stoga Road i poje­chał auto­bu­sem na lot­ni­sko. Pod­szedł do sta­no­wi­ska Uni­ted Air­li­nes i kupił bilet na naj­bliż­szy lot.

Przez rok miesz­kał na Flo­ry­dzie, gdzie pako­wał towary w cen­trum trans­por­to­wym nie­da­leko Tampy. Przez cały kolejny rok w ogóle nie pra­co­wał. Wędro­wał z wędką na pół­noc, od Ever­gla­des aż do Chat­to­oga River w pół­nocnej Geo­r­gii. W marcu został zatrzy­many za włó­czę­go­stwo w Char­le­ston w Karo­li­nie Połu­dnio­wej. W maju spę­dził dwa tygo­dnie w Waszyng­to­nie, gdzie odwie­dzał tylko sklepy z alko­ho­lem oraz Biblio­tekę Kon­gresu. Pew­nej czerw­co­wej nocy został okra­dziony i poważ­nie pobity przed dwor­cem auto­bu­so­wym w Bal­ti­more. Następ­nego dnia wyszedł ze szpi­tala, wró­cił na dwo­rzec i ruszył na pół­noc, aby odwie­dzić swoją sio­strę w Nowym Jorku. Sio­stra i jej mąż nale­gali, by został u nich kilka tygo­dni, ale wyje­chał wcze­snym ran­kiem trze­ciego dnia, pozo­sta­wiw­szy liścik poże­gnalny oparty o sol­niczkę na kuchen­nym stole. W Fila­del­fii usiadł na Penn Sta­tion i czy­tał ogło­sze­nia dla poszu­ku­ją­cych pracy. Trasa jego wędrówki była rów­nie prze­wi­dy­walna jak ele­ganc­kie elip­tyczne ruchy jo-jo.

***

Robby miał szes­na­ście lat, ważył osiem­dzie­siąt kilo­gra­mów i od uro­dze­nia był nie­wi­domy, nie­sły­szący oraz upo­śle­dzony umy­słowo. Nar­ko­ma­nia jego matki w ciąży oraz defekt łoży­ska spra­wiły, że zmy­sły Robby'ego się wyłą­czyły, jak kolejne czę­ści toną­cego statku odci­nane za pomocą wodosz­czel­nych gro­dzi.

Nie­wi­dzące oczy Robby'ego przy­po­mi­nały zapad­nięte, mroczne jaski­nie. Źre­nice, led­wie widoczne spod opa­da­ją­cych, nie­sy­me­trycz­nych powiek, poru­szały się przy­pad­kowo i nie­za­leż­nie od sie­bie. Usta chłopca były obwi­słe i obrzmiałe, a uzę­bie­nie miał nie­kom­pletne i zaata­ko­wane przez próch­nicę. W wieku szes­na­stu lat puścił mu się ciemny wąs, czarne włosy ster­czały na wszyst­kie strony, a brwi łączyły się nad sze­ro­kim nosem.

Otyłe ciało dziecka nie­pew­nie pod­trzy­my­wały tru­pio blade, wychu­dzone nogi. Robby nauczył się cho­dzić w wieku jede­na­stu lat, ale wciąż wywra­cał się po posta­wie­niu zale­d­wie kilku kro­ków. Prze­miesz­czał się krót­kimi zry­wami, jak pod­bie­ga­jący gołąb, przy­ci­ska­jąc do ciała pulchne ręce o nie­na­tu­ral­nie wykrzy­wio­nych nad­garst­kach i roz­cza­pie­rzo­nych pal­cach. Podob­nie jak wielu upo­śle­dzo­nych umy­słowo nie­wi­do­mych, naj­chęt­niej koły­sał się w tył i w przód, jed­no­cze­śnie poru­sza­jąc dło­nią nad zapad­nię­tymi oczami, jakby chciał rzu­cić cień w głąb mrocz­nej otchłani.

Nie mówił. Od czasu do czasu wyda­wał z sie­bie pozba­wione zna­cze­nia chi­choty i piski sprze­ciwu, które koja­rzyły się z fal­se­to­wymi zaśpie­wami.

Od sze­ściu lat uczęsz­czał do dzien­nej szkoły dla nie­wi­do­mych w Chel­ton. Nikt nie wie­dział, jak wyglą­dało jego wcze­śniej­sze życie. Odkryła go pra­cow­nica pomocy spo­łecz­nej, która odwie­dziła jego matkę w związku z naka­za­nym przez sąd odwy­kiem od hero­iny. Miesz­ka­nie było otwarte i pra­cow­nica usły­szała jakieś hałasy. Chło­piec był zamknięty w łazience, któ­rej drzwi zabito kawał­kiem sklejki. Na wyło­żo­nej kafel­kami pod­ło­dze leżały mokre papiery, a Robby był nagi i usma­ro­wany wła­snymi odcho­dami. Matka zosta­wiła odkrę­cony kran, a pod­łogę pokry­wała kil­ku­cen­ty­me­trowa war­stwa wody. Chło­piec tarzał się w bru­dzie i cicho popi­ski­wał.

Spę­dził w szpi­talu cztery mie­siące, następ­nie na pięć tygo­dni tra­fił do pań­stwo­wego domu opieki, by osta­tecz­nie wró­cić do matki. Zgod­nie z wyro­kiem sądu sześć razy w tygo­dniu był trans­por­to­wany do szkoły w Chel­ton na pię­cio­go­dzinną tera­pię. Zawsze podró­żo­wał w ciem­no­ści i mil­cze­niu.

Jego przy­szłość była pro­sta i mono­tonna, bez nadziei na jaką­kol­wiek zmianę.

***

- Psia­krew, Jer, jutro będziesz musiał zająć się dzie­cia­kiem.

- Dla­czego ja?

- Ponie­waż nie wej­dzie do tego cho­ler­nego basenu. Widzia­łeś go dzi­siaj. Smitty tylko opu­ścił jego nogi do wody, a on zaczął się mio­tać i wrzesz­czeć. Zupeł­nie jakby pobiło się stado kotów. Dok­tor Whil­den zde­cy­do­wała, że jutro go zosta­wimy. A w fur­go­netce jest za gorąco, żeby mógł na nas cze­kać. Dotrzy­masz mu towa­rzy­stwa w pokoju, dopóki pomoc­nik Jan McLel­lan nie wróci z waka­cji.

- Świet­nie - odparł Bre­men. Odle­pił prze­po­coną koszulę od skóry. Zatrud­nił się jako kie­rowca fur­go­netki, a teraz musiał poma­gać w kar­mie­niu, ubie­ra­niu i pil­no­wa­niu tych bie­da­ków. - Świet­nie. Po pro­stu rewe­la­cyj­nie, Bill. Co niby mam z nim robić przez pół­to­rej godziny, kiedy wy będzie­cie na base­nie?

- Pil­nuj go. Spró­buj go zain­te­re­so­wać ksią­żeczką z suwa­kami. Widzia­łeś stronę z haftką od biu­sto­no­sza? Niech się nią pobawi. Kie­dyś sam na niej ćwi­czy­łem z zamknię­tymi oczami.

- Super - odrzekł Bre­men. Ponow­nie zaci­snął powieki, chro­niąc się przed ośle­pia­ją­cym słoń­cem.

***

Bre­men usiadł na weran­dzie i wlał do szkla­neczki resztę szkoc­kiej. Było grubo po pół­nocy, ale na wąskiej ulicy roiło się od barasz­ku­ją­cych dzieci. Dwaj czar­no­skó­rzy nasto­lat­ko­wie obrzu­cali się w żar­tach wyzwi­skami, dopin­go­wani przez kole­gów. Grupka małych dziew­czy­nek ska­kała przez dwie ska­kanki w bla­sku ulicz­nej latarni. Owady kłę­biły się w świe­tle, zupeł­nie jakby tań­czyły w rytm śpiewu dziew­czy­nek. Doro­śli sie­dzieli na scho­dach iden­tycz­nych sze­re­go­wych domów i patrzyli na sie­bie ze znu­dze­niem. Nikt się nie poru­szał. Było bar­dzo gorąco.

"Czas ruszać dalej".

Bre­men wie­dział, że już zbyt długo zwle­kał. Sie­dem tygo­dni pracy w dzien­nej szkole to za dużo. Zaczy­nał się inte­re­so­wać. Dopy­ty­wał o uczniów.

"Może Boston. Albo dalej na pół­noc. Maine".

Zada­wał pyta­nia, a Jan McLel­lan opo­wia­dała mu o Rob­bym. O siń­cach na jego ciele, zła­ma­nej ręce dwa lata temu. Opo­wie­działa mu o plu­szo­wym misiu, któ­rego wolon­ta­riuszka w szpi­talu poda­ro­wała nie­wi­do­memu chłopcu. To był pierw­szy pozy­tywny bodziec, który wywo­łał w nim emo­cje. Nie wypusz­czał misia z rąk całymi tygo­dniami. Nie chciał pójść bez niego na prze­świe­tle­nie. Kilka dni po powro­cie do domu Robby wsiadł rano do fur­go­netki, krzy­cząc i oso­bli­wie zawo­dząc. Nie miał misia. Dok­tor Whil­den zapy­tała o to jego matkę, a ta odpo­wie­działa, że "cho­ler­stwo się zgu­biło". Wła­śnie takich użyła słów, powie­działa Jan McLel­lan. Żaden inny miś nie mógł zastą­pić zgu­bio­nej zabawki. Robby nie mógł się uspo­koić przez trzy tygo­dnie.

"I co z tego? Co niby mogę zro­bić?".

Bre­men wie­dział, co może zro­bić. Wie­dział to od tygo­dni. Pokrę­cił głową i wypił kolejną szkla­neczkę, jesz­cze bar­dziej wzmac­nia­jąc umy­słową tar­czę, która oddzie­lała go od bez­sen­sow­nego, przy­no­szą­cego cier­pie­nie świata.

"Cho­lera, będzie lepiej dla Robby'ego, jeśli tego nie spró­buję".

Zerwał się wiatr. Bre­men sły­szał pokrzy­ki­wa­nia na pobli­skim par­kingu, gdzie dwa sprzy­mie­rzone gangi roz­gry­wały ostry spon­ta­niczny mecz. Zasłony powie­wały w otwar­tych oknach. Gdzieś zabrzmiał jęk syreny, który po chwili ucichł. Wiatr pod­ry­wał papiery z rynsz­toka i poru­szał sukien­kami dziew­czy­nek bawią­cych się ska­kan­kami,

"Pie­przyć to!". Zabrał pustą butelkę i poszedł na górę.

***

Fur­go­netka wje­chała na okrą­gły pod­jazd szkoły, a Bre­men pomógł dzie­ciom wysiąść z ostroż­no­ścią zro­dzoną z prak­tyki, czu­ło­ści i pul­su­ją­cego bólu głowy.

Scotty opu­ścił samo­chód z uśmie­chem, wycią­ga­jąc ręce do doro­słego, któ­rego nie widział, ale któ­remu ufał. Tommy Pier­son wysko­czył ze złą­czo­nymi kola­nami i dłońmi przy­ci­śnię­tymi do piersi. Bre­men musiał go zła­pać, w prze­ciw­nym razie wątły chło­piec runąłby na twarz. Teresa zesko­czyła na zie­mię, jak zwy­kle rado­śnie pokrzy­ku­jąc i roz­da­jąc wszyst­kim, któ­rzy jej doty­kali, nie­pre­cy­zyjne, ale pełne entu­zja­zmu i śliny buziaki.

Robby został w fur­go­netce, gdy pozo­stali wysie­dli. Bre­men i Smitty musieli wspól­nymi siłami wypro­wa­dzić go z auta. Chło­piec się nie opie­rał, ale był otyły i bez­władny. Jego głowa nie­przy­jem­nie odchy­lała się do tyłu. Język zwi­sał na zmianę z obu kąci­ków ust. Musieli zachę­cać go do sta­wia­nia kolej­nych krót­kich, pta­sich kro­ków. Szedł naprzód tylko dla­tego, że dobrze znał drogę do klasy.

Pora­nek cią­gnął się bez końca. Przed lun­chem padało i przez chwilę wyda­wało się, że z wyj­ścia na basen nic nie będzie. Ale potem wyszło słońce, które roz­świe­tliło kwietne rabatki na traw­niku przed budyn­kiem. Bre­men patrzył, jak pro­mie­nie tań­czą na wil­got­nych płat­kach ulu­bio­nych róż Turka, i słu­chał ryku kosiarki. Zro­zu­miał, że to się sta­nie.

Po lun­chu pomógł im się przy­go­to­wać do wyj­ścia. Chłopcy nie potra­fili sami prze­brać się w kostiumy kąpie­lowe, a Bre­men ze smut­kiem patrzył na włosy łonowe i penisa mło­dzieńca o umy­śle sied­mio­latka. Tommy w takiej sytu­acji zawsze zaczy­nał się bez­wied­nie mastur­bo­wać, dopóki Bre­men nie dotknął jego ręki i nie pomógł mu wcią­gnąć ela­stycz­nego stroju.

W końcu wyszli i na kory­ta­rzu, który jesz­cze przed chwilą był pełen pisz­czą­cych dzieci i roze­śmia­nych doro­słych, zapa­dła cisza. Bre­men patrzył, jak nie­bie­sko-biała fur­go­netka powoli oddala się wzdłuż pod­jazdu. Potem wró­cił do sali lek­cyj­nej.

***

Robby naj­wy­raź­niej nie był świa­domy, że Bre­men wszedł do pomiesz­cze­nia. Wyglą­dał absur­dal­nie w pasia­stej zie­lo­nej koszulce i poma­rań­czo­wych szor­tach, zbyt cia­snych, by dało się je dopiąć. Bre­men przy­po­mniał sobie pęk­nię­tego Buddę z brązu, któ­rego kie­dyś widział nie­da­leko Osaki. A jeśli w tym dziecku kryła się głę­boka mądrość zro­dzona z dłu­go­trwa­łego odizo­lo­wa­nia od świata?

Robby poru­szył się, puścił gło­śnego bąka i znów się zgar­bił.

Bre­men wes­tchnął i przy­cią­gnął krze­sło. Było za małe. Czuł się absur­dal­nie ze ster­czą­cymi w górę kola­nami. Uśmiech­nął się. Wyru­szy wie­czo­rem. Poje­dzie auto­bu­sem na pół­noc. Zła­pie auto­stop. Na wsi będzie chłod­niej.

To nie potrwa długo. Nawet nie będzie musiał nawią­zy­wać peł­nego kon­taktu. Jed­no­stronne dotknię­cie umy­słu. To moż­liwe. Wystar­czy kilka minut. Będzie mógł wyj­rzeć za Robby'ego przez okno, popa­trzeć na ksią­żeczkę z obraz­kami, może puści płytę i podzieli się z nim muzyką. Co chło­piec pomy­śli o tych nowych dozna­niach? To będzie pre­zent przed wyjaz­dem. Ano­ni­mowy. Nie podzieli się niczym wię­cej. Lepiej nie wysy­łać także wize­runku samego Robby'ego. W porządku.

Bre­men opu­ścił umy­słową tar­czę. Od razu wzdry­gnął się i znów ją posta­wił. Minęło dużo czasu, odkąd tak się odsło­nił. Gruby, weł­ni­sty koc tar­czy, dodat­kowo wzmac­niany alko­ho­lem, stał się dla niego czymś natu­ral­nym. Nagły przy­pływ gwaru roz­brzmie­wa­ją­cego w tle - uzna­wał go za biały szum - był iry­tu­jący. Poczuł się, jakby po mie­sią­cach spę­dzo­nych w jaskini wszedł do jaskrawo oświe­tlo­nego pomiesz­cze­nia. Sku­pił się na Rob­bym i ponow­nie opu­ścił bariery. Wyci­szył neu­ro­beł­kot i zaj­rzał głę­boko do umy­słu chłopca.

Pustka.

Zasko­czony, przez chwilę sądził, że stra­cił pano­wa­nie nad swo­imi zdol­no­ściami. Ale potem wyczuł nudne sek­su­alne roz­wa­ża­nia Turka w ogro­dzie i frag­menty zatro­ska­nych myśli dok­tor Whil­den, która wsia­dała do swo­jego mer­ce­desa i spraw­dzała, czy nie ma dziur w poń­czo­chach. Recep­cjo­nistka czy­tała powieść The Pla­gue Dogs. Bre­men prze­czy­tał razem z nią kilka lini­jek. Fru­stro­wało go, że tak wolno wodziła wzro­kiem po tek­ście. Poczuł w ustach smak wiśnio­wych kro­pli na kaszel.

Wbił wzrok w Robby'ego. Chło­piec ast­ma­tycz­nie dyszał. Wysu­nął z ust mocno obło­żony język. Na ustach i policzku wciąż miał resztki jedze­nia. Bre­men zawę­ził i wzmoc­nił swoją umy­słową sondę, sku­pia­jąc ją jak pro­mień świa­tła.

Pustka.

Nie. Chwi­leczkę. Wyczuł... Co takiego?... Jakiś brak. Tam, gdzie powinny się znaj­do­wać myśli Robby'ego, ziała potężna dziura. Bre­men zro­zu­miał, że ma do czy­nie­nia z naj­sil­niej­szą umy­słową tar­czą, jaką kie­dy­kol­wiek napo­tkał. Nawet Gail nie potra­fiła posta­wić tak sil­nej osłony. Przez chwilę był pod ogrom­nym wra­że­niem, a nawet czuł się wstrzą­śnięty, ale potem zro­zu­miał, jaki jest powód. Umysł Robby'ego był uszko­dzony. Całe jego seg­menty pozo­sta­wały nie­ak­tywne. Chło­piec mógł pole­gać tylko na nie­któ­rych zmy­słach i miał szcząt­kową świa­do­mość, więc nic dziw­nego, że ta zwró­ciła się do wewnątrz. To, co Bre­men począt­kowo wziął za potężną tar­czę, było zwartą kulą intro­spek­cji, wykra­cza­jącą poza spek­trum auty­zmu. Robby był praw­dzi­wie samotny.

Bre­men był tak oszo­ło­miony, że musiał na chwilę prze­rwać i wziąć kilka głę­bo­kich odde­chów. Kiedy doszedł do sie­bie, zaczął dzia­łać z jesz­cze więk­szą ostroż­no­ścią, bada­jąc gra­nice tar­czy jak czło­wiek obma­cu­jący w ciem­no­ści szorstką ścianę. Gdzieś musiał być jakiś otwór.

Zna­lazł go. Nie był to otwór, a raczej słab­sze miej­sce - ugi­na­jąca się prze­strzeń pośród nie­wzru­szo­nej skały. Bre­men z tru­dem wyczu­wał myśli trze­po­czące po dru­giej stro­nie, tak jak pie­szy wyczuwa ruch pocią­gów metra pod chod­ni­kiem. Sku­pił się na wzmoc­nie­niu sondy, aż poczuł, że jego koszula zaczyna nasią­kać potem. Pod wpły­wem wysiłku miał zabu­rze­nia wzroku i słu­chu. Nie­ważne. Po nawią­za­niu wstęp­nego kon­taktu zamie­rzał się odprę­żyć i powoli otwo­rzyć kanały obrazu i dźwięku.

Poczuł, że ela­styczna tar­cza lekko ustę­puje pod jego naci­skiem. Skon­cen­tro­wał się tak bar­dzo, że wystą­piły mu żyły na skro­niach. Nawet o tym nie wie­dział, ale jego twarz wykrzy­wił gry­mas, a mię­śnie szyi mocno się napięły. Tar­cza się ugięła. Sonda Bre­mena była jak taran ude­rza­jący w zwarte gala­re­to­wate drzwi. Coraz bar­dziej je wygi­nała. Bre­men sku­piał się tak bar­dzo, że mógłby prze­miesz­czać myślą przed­mioty, roz­bi­jać cegły, zatrzy­my­wać ptaki w locie.

Tar­cza coraz bar­dziej ustę­po­wała. Bre­men nachy­lił się, jakby wal­czył z sil­nym wia­trem. Liczyła się tylko siła jego woli. Nagle coś się roz­darło, poczuł ude­rze­nie cie­pła i runął do przodu. Stra­cił rów­no­wagę, zama­chał rękami i otwo­rzył usta do krzyku.

Ale jego usta znik­nęły.

Spa­dał. Kozioł­ko­wał. Ze zdzi­wie­niem dostrzegł z oddali swoje ciało tar­gane epi­lep­tycz­nym ata­kiem. Potem znów zaczął spa­dać. Spa­dał w ciszę. W nicość. Nicość.

Bre­men był w środku. Był dalej. Nur­ko­wał poprzez war­stwy powol­nych ter­micz­nych prą­dów. Bez­barwne wiru­jące fajer­werki spa­dały w trzech wymia­rach. Czarne kule zapa­dały się na zewnątrz. Ośle­piały go. Czuł wodo­spady dotyku, strugi zapa­chu, linia rów­no­wagi powie­wała na cichym wie­trze.

Pod­trzy­my­wały go tysiące rąk, które doty­kały, badały, wpy­chały palce do ust, przy­ci­skały dło­nie do piersi, prze­su­wały się po brzu­chu, obej­mo­wały penisa i sunęły dalej.

Był pogrze­bany. Znaj­do­wał się pod wodą. Wzno­sił się pośród czerni. Ale nie mógł oddy­chać. Jego ręce zaczęły się poru­szać. Dło­nie zma­gały się z lep­kim nur­tem. W górę. Był pogrze­bany w pia­sku. Mio­tał się i wierz­gał. Prze­su­wał się ku górze, cią­gnięty przez ssącą rurę, która mocno trzy­mała jego głowę. Sub­stan­cja się prze­mie­ściła. Tysiące nie­wi­docz­nych dłoni ści­skały go i prze­py­chały przez cia­sny otwór. Głowa wydo­stała się na powierzch­nię. Otwo­rzył usta, by krzy­czeć, a powie­trze wdarło się do jego piersi jak woda wypeł­nia­jąca toną­cego czło­wieka. Wrzask się nie koń­czył.

JA!

Bre­men ock­nął się na roz­le­głej rów­ni­nie. Nie było nieba. Wszystko tonęło w bla­dym brzo­skwi­nio­wym świe­tle. Zie­mia była twarda i podzie­lona na osobne poma­rań­czowe seg­menty, które cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność. Nie było hory­zontu. Grunt był popę­kany i kar­bo­wany, jak teren zale­wowy po suszy. W górze znaj­do­wały się kolejne war­stwy roz­świe­tlo­nych brzo­skwi­nio­wym bla­skiem krysz­ta­łów. Bre­men miał wra­że­nie, że jest w piw­nicy prze­zro­czy­stego pla­sti­ko­wego dra­pa­cza chmur. Pustego. Leżał na ple­cach i patrzył przez nie­koń­czące się pię­tra skry­sta­li­zo­wa­nej pustki.

Usiadł. Czuł się tak, jakby ktoś prze­cią­gnął mu po skó­rze papie­rem ścier­nym. Był nagi. Prze­su­nął dło­nią po brzu­chu, dotknął wło­sów łono­wych, zna­lazł bli­znę na kola­nie po wypadku moto­cy­klo­wym, który przy­da­rzył mu się, gdy miał sie­dem­na­ście lat. Kiedy wstał, prze­to­czyła się przez niego fala mdło­ści.

Ruszył przed sie­bie. Gład­kie płyty pod jego sto­pami były cie­płe w dotyku. Szedł bez kon­kret­nego kie­runku ani celu. Kie­dyś prze­szedł pół­tora kilo­me­tra po nizi­nie sol­nej Bon­ne­ville tuż przed zacho­dem słońca. Teraz czuł się podob­nie. Wędro­wał. "Kto sta­nie na szpa­rze, tego obić każę".

W końcu zatrzy­mał się w miej­scu, które nie wyróż­niało się niczym szcze­gól­nym. Bolała go głowa. Poło­żył się na ple­cach i wyobra­ził sobie, że jest miesz­ka­ją­cym przy dnie mor­skim zwie­rzę­ciem, które patrzy w górę poprzez war­stwy prze­miesz­cza­ją­cych się prą­dów. Brzo­skwi­niowe świa­tło obmy­wało go cie­płem. Jego skóra pro­mie­nio­wała. Zamknął oczy i zasnął.

***

Usiadł gwał­tow­nie, jego noz­drza się roz­dęły, a uszy aż zadrżały, gdy pró­bo­wał umiej­sco­wić led­wie sły­szalny dźwięk. Pano­wała cał­ko­wita ciem­ność.

Coś poru­szało się pośród nocy.

Bre­men kuc­nął w mroku i pró­bo­wał zigno­ro­wać wła­sny chra­pliwy oddech. Jego gru­czoły weszły w tryb pracy zapro­gra­mo­wany przed milio­nami lat. Pię­ści się zaci­snęły, oczy bez­u­ży­tecz­nie poru­szały się w oczo­do­łach, a serce biło jak sza­lone.

***

Coś poru­szało się pośród nocy.

Czuł to w pobliżu. Czuł jego siłę. Było potężne i bez trudu potra­fiło zna­leźć drogę w ciem­no­ści. Ta istota była obok niego i nad nim. Bre­men czuł siłę jej nie­wi­dzą­cego spoj­rze­nia. Uklęk­nął na zim­nym grun­cie i zwi­nął się w kłę­bek.

Coś go dotknęło.

Powstrzy­mał krzyk. Pochwy­ciła go dłoń olbrzyma - coś szorst­kiego i ogrom­nego, co wcale nie było dło­nią. Pod­nio­sła go. Bre­men poczuł siłę jej uści­sku i ból w żebrach. Mogła bez trudu go zmiaż­dżyć. Ponow­nie odniósł wra­że­nie, że ktoś go ogląda, bada i waży na nie­wi­docz­nej wadze. Był bez­radny, ale zara­zem czuł się bez­piecz­nie, jak pacjent pod­czas prze­świe­tle­nia, który wie, że prze­ni­kają go nie­wi­dzialne pro­mie­nie szu­ka­jące wszel­kich nie­pra­wi­dło­wo­ści.

Coś odło­żyło go na zie­mię.

Niczego nie usły­szał, ale wyczuł odda­la­jące się cięż­kie kroki. Ucisk zelżał. Bre­men załkał. Po chwili wypro­sto­wał się i wstał. Zawo­łał w ciem­ność, ale jego słaby głos się w niej zagu­bił, tak że nie był pewien, czy sam się sły­szy.

***

Wze­szło słońce. Bre­men zamru­gał i otwo­rzył oczy, wbił wzrok w odle­głą jasność, a potem zaci­snął powieki, zanim to w pełni do niego dotarło. Wze­szło słońce.

Sie­dział na tra­wie. Pre­ria poro­śnięta mięk­kimi źdźbłami się­ga­ją­cymi mu do kolan cią­gnęła się aż po hory­zont we wszyst­kich kie­run­kach. Bre­men zerwał jedno źdźbło, obrał je i zaczął ssać słodki rdzeń. Znów poczuł się jak dziecko. Ruszył przed sie­bie.

Wiał cie­pły wiatr. Poru­szał trawą i wzbu­dzał cichy szum, który łago­dził ból pul­su­jący za jego oczami. Wędrówka spra­wiała mu przy­jem­ność. Cie­szył się doty­kiem trawy pod bosymi sto­pami oraz słoń­cem i wia­trem muska­ją­cymi ciało.

Wcze­snym popo­łu­dniem uświa­do­mił sobie, że idzie w stronę jakiejś smugi na hory­zon­cie. Póź­nym popo­łu­dniem smuga zmie­niła się w linię drzew. Wkrótce przed zacho­dem słońca zna­lazł się na skraju lasu. Rosły tutaj dostojne wiązy i dęby, jakie pamię­tał ze swo­jego dzie­ciń­stwa w Pen­n­syl­wa­nii. Jego długi cień sunął przed nim, gdy zagłę­biał się w lesie.

Po raz pierw­szy poczuł, że doku­czają mu zmę­cze­nie i pra­gnie­nie. Miał ciężki język, suchy i opuch­nięty. Z tru­dem brnął przez wydłu­ża­jące się cie­nie, od czasu do czasu wypa­tru­jąc chmur na frag­men­tach nieba widocz­nych mię­dzy koro­nami drzew. Kiedy tak patrzył w górę, o mało nie wpadł do stawu. Za ochron­nym krę­giem chwa­stów i szu­wa­rów znaj­do­wał się okrą­gły zbior­nik wodny. Nad brze­giem zako­rze­niło się drzewo wiśniowe obsy­pane owo­cami. Bre­men poko­nał ostat­nie kilka kro­ków, spo­dzie­wa­jąc się, że woda znik­nie, gdy się w nią rzuci.

Się­gała mu do piersi i była zimna jak lód.

***

Przy­szła tuż po wscho­dzie słońca. Bre­men zauwa­żył ruch zaraz po prze­bu­dze­niu. Nie dowie­rzał wła­snym oczom i stał nie­ru­chomo, jeden z wielu cieni pod drze­wem. Szła nie­pew­nie, jakby była nie­śmiała albo bosa. Wie­chy traw muskały jej uda. Bre­men widział ją wyraź­nie w pozio­mych pro­mie­niach poran­nego słońca. Miał wra­że­nie, że jej ciało lśni. Piersi, lewa jak zwy­kle nieco peł­niej­sza od pra­wej, deli­kat­nie się koły­sały z każ­dym wyso­kim kro­kiem. Czarne włosy miała ostrzy­żone na krótko.

Zatrzy­mała się w świe­tle. Potem znów ruszyła. Bre­men spu­ścił wzrok na jej silne uda. Nogi roz­chy­lały się i zwie­rały z osza­ła­mia­jącą swo­bodą typową dla kogoś, kto czuje, że nikt na niego nie patrzy. Była już znacz­nie bli­żej i Bre­men dostrze­gał deli­katne cie­nie wzdłuż jej żeber, bla­do­ró­żowe kręgi obwó­dek sutek oraz roz­le­gły siniec po wewnętrz­nej stro­nie jed­nej z rąk.

Wyszedł z cie­nia.

Zatrzy­mała się i instynk­tow­nie zasło­niła rękami, a następ­nie szybko do niego pode­szła. Roz­po­starła ramiona. Jego noz­drza wypeł­nił czy­sty zapach jej wło­sów. Skóra dotknęła skóry. Ich dło­nie sunęły po mię­śniach, skó­rze, zna­jo­mych wypu­kło­ściach krę­gów. Oboje łkali i mówili słowa pozba­wione sensu. Bre­men padł na jedno kolano i zanu­rzył twarz mię­dzy jej piersi. Nachy­liła się lekko i objęła pal­cami jego głowę. Ani na chwilę nie odry­wali się od sie­bie.

- Dla­czego mnie zosta­wi­łaś? - wyszep­tał, doty­ka­jąc ustami jej skóry. - Dla­czego ode­szłaś?

Gail nie odpo­wie­działa. Jej łzy spa­dały na jego włosy, a dło­nie zaci­skały się na jego karku. Bez słowa uklę­kła razem z nim w wyso­kiej tra­wie.

***

Wspól­nie wyszli z lasu, gdy wła­śnie roz­wie­wały się poranne mgły. W tym świe­tle tra­wia­ste wzgó­rza przy­po­mi­nały część opa­lo­nego, aksa­mit­nego ludz­kiego tuło­wia, któ­rego mogliby dotknąć.

Roz­ma­wiali cicho, co jakiś czas spla­ta­jąc palce. Odkryli, że próby kon­taktu tele­pa­tycz­nego koń­czyły się ośle­pia­ją­cymi ata­kami bólu głowy. Dla­tego uży­wali mowy. Oraz dotyku. Zanim dzień dobiegł końca, dwu­krot­nie kochali się w wyso­kiej, mięk­kiej tra­wie, gdzie patrzyło na nich tylko złote oko słońca.

Póź­nym popo­łu­dniem poko­nali wznie­sie­nie i ich oczom uka­zał się nie­wielki sad, za któ­rym wzno­siła się biała lśniąca ściana.

- To nasza farma! - wykrzyk­nęła Gail z zachwy­tem. - Jak to moż­liwe?

Bre­men nie był zasko­czony. Kiedy zbli­żyli się do wyso­kiego sta­rego budynku, zacho­wy­wał spo­kój. Była tutaj także sypiąca się sto­doła, któ­rej uży­wali jako garażu. Pod­jaz­dowi wciąż przy­da­łaby się wymiana żwiru, ale teraz pro­wa­dził doni­kąd, ponie­waż na jego końcu nie było szosy. Stu­let­nia zardze­wiała siatka odgra­dza­jąca drogę znik­nęła w wyso­kiej tra­wie.

Gail weszła na werandę i zaj­rzała przez okno. Bre­men czuł się jak intruz albo ktoś, kto ogląda domy na sprze­daż i natra­fił na taki, w któ­rym ktoś być może wciąż mieszka. Z przy­zwy­cza­je­nia pode­szli do tyl­nego wej­ścia. Gail deli­kat­nie otwo­rzyła drzwi z siatką i lekko odsko­czyła, gdy zawiasy zapisz­czały.

- Prze­pra­szam - ode­zwał się Bre­men. - Wiem, że obie­ca­łem je naoli­wić.

W środku było chłodno i ciemno. Pokoje wyglą­dały tak samo jak w dniu, gdy je opu­ścili. Bre­men zaj­rzał do swo­jego gabi­netu i zauwa­żył doku­menty wciąż leżące na dębo­wym biurku oraz dawno zapo­mniane prze­kształ­ce­nie zapi­sane kredą na tablicy. Na górze popo­łu­dniowe słońce wpa­dało przez świe­tlik, który udało mu się zało­żyć dawno temu we wrze­śniu. Gail spa­ce­ro­wała od pokoju do pokoju, pomru­ku­jąc z uzna­niem i deli­kat­nie doty­ka­jąc roz­ma­itych przed­mio­tów. Sypial­nia była wysprzą­tana jak zawsze, nie­bie­ski koc został mocno nacią­gnięty i zatknięty pod mate­rac, a bab­cina koł­dra w kratę leżała zło­żona w nogach łóżka.

Zasnęli na chłod­nej pościeli. Podmu­chy wia­tru od czasu do czasu nady­mały zasłony. Gail mam­ro­tała przez sen i czę­sto wycią­gała do niego rękę. Kiedy Bre­men się obu­dził, było już pra­wie ciemno. Ota­czał ich wie­czorny pół­mrok typowy dla wcze­snego lata.

Z dołu dobie­gał jakiś dźwięk.

Bre­men przez długą chwilę leżał bez ruchu. Powie­trze było gęste i nie­ru­chome, cisza nie­mal nama­calna. Potem roz­legł się kolejny dźwięk.

Bre­men wyszedł z łóżka, nie budząc Gail. Leżała zwi­nięta w kłę­bek na boku z dło­nią przy policzku, a poduszka przy jej ustach była wil­gotna. Zszedł na bosaka po drew­nia­nych scho­dach. Wśli­zgnął się do swo­jego gabi­netu i ostroż­nie otwo­rzył prawą dolną szu­fladę. Zna­lazł to, czego szu­kał, pod pustymi tecz­kami. Wyjął szmaty wyście­ła­jące szu­fladę.

Smith & Wesson kali­ber .38 cuch­nął sma­rem i wyglą­dał na rów­nie nowy jak w dniu, gdy jego szwa­gier mu go poda­ro­wał. Bre­men spraw­dził bębe­nek. Tłu­ste i cięż­kie poci­ski tkwiły na swo­ich miej­scach, jak jajka w gnieź­dzie. Szorstka ręko­jeść dobrze leżała w dłoni, a metal był chłodny w dotyku. Bre­men uśmiech­nął się smutno, gdy uświa­do­mił sobie absurd sytu­acji, ale nie odło­żył broni. Drzwi kuchenne ponow­nie trza­snęły.

Bez­gło­śnie wyszedł na kory­tarz i zbli­żył się do wej­ścia do kuchni. Było bar­dzo ciemno, ale jego oczy przy­zwy­cza­iły się do mroku. Z miej­sca, w któ­rym stał, widział bladą zjawę lodówki. Jej pompa cicho powar­ki­wała. Trzy­ma­jąc rewol­wer przy boku, wszedł na chłodne kafelki pokry­wa­jące pod­łogę kuchni.

Ruch go zasko­czył i broń unio­sła się o kilka cen­ty­me­trów, zanim się uspo­koił. Ger­ni­sa­vien, nie­po­korna mała cęt­ko­wana kotka, prze­szła przez kuch­nię, otarła się o jego nogi, a następ­nie wró­ciła do lodówki, popa­trzyła na niego zna­cząco i znów zaczęła się do niego łasić. Bre­men przy­klęk­nął i podra­pał ją po szyi z nie­obecną miną. Pisto­let wyglą­dał idio­tycz­nie w jego zaci­śnię­tej dłoni. Polu­zo­wał uścisk.

***

Kiedy zasie­dli do póź­niej kola­cji, już wscho­dził księ­życ. Steki zna­leźli w zamra­żarce w piw­nicy, w lodówce stało zimne piwo, a w garażu kilka wor­ków węgla drzew­nego. Sie­dzieli obok sta­rej pompy za domem, na grillu skwier­czało mięso. Wcze­śniej nakar­mili Ger­ni­sa­vien, ale kotka i tak leżała obok jed­nego z dużych sta­rych drew­nia­nych ogro­do­wych krze­seł i zer­kała na nich z wycze­ki­wa­niem.

Oboje się ubrali - Bre­men w swoje ulu­bione baweł­niane spodnie i błę­kitną robo­czą koszulę, a Gail w luźną białą baweł­nianą sukienkę, którą czę­sto nosiła na wyciecz­kach. Ota­czały ich dźwięki, które wie­lo­krot­nie sły­szeli na tym podwórku: świersz­cze, nocne ptaki w sadzie, cała gama żabich recho­tów przy dale­kim stru­mie­niu, od czasu do czasu trze­pot skrzy­deł wró­bla przy budyn­kach gospo­dar­czych.

Bre­men podał steki na jed­no­ra­zo­wych taler­zach. Noże nazna­czyły białą tek­turę prze­ci­na­ją­cymi się liniami. Zje­dli mięso i pro­stą sałatkę z warzyw z ogrodu, ze świe­żymi rzod­kiew­kami i cebul­kami.

Cho­ciaż widać było trzy czwarte księ­życa, gwiazdy i tak nie­zwy­kle jasno świe­ciły. Bre­men przy­po­mniał sobie noc, kiedy leżeli na hamaku i cze­kali, aż po nie­bie prze­mknie sta­cja kosmiczna Sky­lab, niczym nie­siona wia­trem iskra. Uświa­do­mił sobie, że gwiazdy są tutaj jesz­cze jaśniej­sze, ponie­waż świa­tła Fila­del­fii ani auto­strady nie przy­ćmie­wają ich chwały.

Gail wypro­sto­wała się na krze­śle, zanim dokoń­czyli posi­łek.

Gdzie my jeste­śmy, Jerry? Dotyk jej myśli był deli­katny. Nie wywo­ły­wał ośle­pia­ją­cego bólu głowy.

Bre­men wypił łyk budwe­isera.

- Co jest złego w powro­cie do domu, mała?

Nie ma niczego złego w powro­cie do domu. Ale gdzie jeste­śmy?

Bre­men sku­pił się na rzod­kiewce, którą obra­cał w pal­cach. W smaku była słona, ostra i chłodna.

Co to za miej­sce? Gail popa­trzyła w stronę ciem­nej linii drzew na skraju sadu. Świe­tliki migo­tały w ciem­no­ści.

Gail, jaka jest ostat­nia rzecz, którą pamię­tasz?

- Pamię­tam, jak umar­łam.

Jej słowa ude­rzyły go pro­sto w splot sło­neczny. Przez chwilę nie mógł nic powie­dzieć ani zebrać myśli.

- Ni­gdy nie wie­rzy­li­śmy w życie po śmierci, Jerry - cią­gnęła. Fana­tyczni rodzice hipo­kryci. Matka po pijaku szlo­cha­jąca nad Biblią. - To zna­czy... Nie wiem... Jak to moż­liwe...

- Nie - odrzekł Bre­men, sta­wia­jąc talerz na pod­ło­kiet­niku i nachy­la­jąc się. - Być może jest jakieś wytłu­ma­cze­nie.

Od czego zacząć? Stra­cone lata, Flo­ryda, gorące ulice mia­sta, szkoła dzienna dla upo­śle­dzo­nych nie­wi­do­mych dzieci. Gail z sze­roko otwar­tymi oczami patrzyła na ten okres jego życia. Wyczu­wała jego umy­słową tar­czę, ale nie nale­gała, by poka­zał jej wszystko. Robby. Chwi­lowy kon­takt. Być może pusz­cze­nie płyty. Spa­da­nie.

Prze­rwał, żeby wypić długi łyk piwa. Chór owa­dów hała­so­wał. Dom lśnił blado w bla­sku księ­życa.

Gdzie my jeste­śmy, Jerry?

- Co pamię­tasz z prze­bu­dze­nia w tym miej­scu, Gail?

Już wcze­śniej podzie­lili się obra­zami, ale próba uję­cia ich w słowa wyostrzyła wspo­mnie­nia.

- Ciem­ność - odpo­wie­działa. - A potem łagodne świa­tło. Koły­sa­nie. Ktoś mnie koły­sał. Trzy­mał i obej­mo­wał. Wędrówkę. Zna­le­zie­nie cie­bie.

Bre­men poki­wał głową. Pod­niósł ostatni kawa­łek mięsa i roz­ko­szo­wał się sma­kiem spa­le­ni­zny. To oczy­wi­ste, że jeste­śmy z Rob­bym. Podzie­lił się obra­zami, na które nie potra­fił zna­leźć odpo­wied­nich słów. Wodo­spady dotyku. Kra­jo­brazy zapa­chu. Ruch mocy w ciem­no­ści.

Z Rob­bym, zabrzmiała echem myśl Gail. ????? W jego umy­śle.

- Jak?

Kotka wsko­czyła mu na kolana. Pogła­skał ją bez­wied­nie i odsta­wił na zie­mię. Ger­ni­sa­vien od razu pod­nio­sła ogon i odwró­ciła się do niego tyłem.

- Czy­ta­li­śmy wiele histo­rii o tele­pa­tach. Czy natra­fi­łaś gdzieś na satys­fak­cjo­nu­jące wyja­śnie­nie tego, jak działa tele­pa­tia? Dla­czego jedni ludzie mogą z niej korzy­stać, a inni nie? Dla­czego myśli jed­nych są gło­śne, jakby krzy­czeli przez mega­fon, a myśli innych nie­mal nie spo­sób dosły­szeć?

Gail przez chwilę się zasta­na­wiała. Kotka pozwo­liła podra­pać się za uszami.

- Cóż, była pewna naprawdę dobra książka... cho­ciaż ona tylko opi­sy­wała, jakie to uczu­cie. Nie. Zazwy­czaj opi­sują to jako coś w rodzaju trans­mi­sji radio­wej lub tele­wi­zyj­nej. Ale prze­cież o tym wiesz, Jerry. Wiele razy o tym roz­ma­wia­li­śmy.

- Tak - przy­znał Bre­men.

Wbrew sobie już pró­bo­wał jej to opi­sać. Jego tele­pa­tyczny dotyk plą­tał słowa. Obrazy sypały się jak wydruki z prze­cią­żo­nego ter­mi­nala. Nie­koń­czące się krzywe Schrödingera, któ­rych wykresy prze­ma­wiały języ­kiem czyst­szym od mowy. Zała­mu­jące się krzywe praw­do­po­do­bień­stwa w roz­kła­dzie dwu­mia­no­wym.

- Mów - ode­zwała się Gail.

Zasta­no­wiło go, że po tylu latach dzie­le­nia myśli wciąż nie zawsze potra­fiła patrzeć jego oczami.

- Pamię­tasz mój ostatni wielki pro­jekt? - spy­tał.

- Czoło fali - odrze­kła.

- Wła­śnie. Pamię­tasz, czego doty­czył?

- Holo­gra­mów. Poka­za­łeś mi wyniki badań Gold­manna na uni­wer­sy­te­cie. - Była jak łagodna biała smuga w sła­bym świe­tle. - Więk­szo­ści nie zro­zu­mia­łam, a wkrótce potem zacho­ro­wa­łam.

- Jego praca opie­rała się na holo­gra­fii - prze­rwał jej Bre­men pośpiesz­nie. - Ale grupa badaw­cza Gold­manna pra­co­wała nad odpo­wied­ni­kiem ludz­kiej świa­do­mo­ści... i myśli.

- Co to ma wspól­nego z... z tym? - spy­tała Gail. Wyko­nała ele­gancki ruch dło­nią, wska­zu­jąc podwó­rze, noc i usiane gwiaz­dami skle­pie­nie nad nimi.

- To może nam pomóc - odpo­wie­dział Bre­men. - Dawne teo­rie aktyw­no­ści umy­sło­wej nie tłu­ma­czyły takich zagad­nień jak skutki uda­rów, uogól­nione przy­swa­ja­nie wie­dzy czy funk­cjo­no­wa­nie pamięci, nie wspo­mi­na­jąc o samym akcie myśle­nia.

- A teo­ria Gold­manna to robi?

- To jesz­cze nie jest teo­ria, Gail. To było nowe podej­ście, które opie­rało się na ostat­nich odkry­ciach doty­czą­cych holo­gra­mów oraz na ana­li­zie opra­co­wa­nej w latach trzy­dzie­stych przez pew­nego rosyj­skiego mate­ma­tyka. Na tym eta­pie popro­szono mnie o pomoc. To było bar­dzo pro­ste. Grupa Gold­manna pro­wa­dziła roz­ma­ite skom­pli­ko­wane bada­nia EEG. Bra­łem ich wyniki, pod­da­wa­łem je ana­li­zie Fouriera, a potem sto­so­wa­łem wobec nich różne mody­fi­ka­cje rów­na­nia falo­wego Schrödingera, żeby spraw­dzić, czy dzia­łają jako fala sto­jąca.

- Jerry, nie rozu­miem, jak może nam to pomóc.

- Cho­lera, Gail, to dzia­łało. Ludzką myśl można opi­sać jako sto­jące czoło fali. Coś w rodzaju super­ho­lo­gramu. A mówiąc pre­cy­zyj­niej, holo­gramu, który zawiera w sobie kilka milio­nów mniej­szych holo­gra­mów.

Gail się nachy­lała. Nawet w ciem­no­ści Bre­men dostrze­gał zmarszczki sku­pie­nia, które poja­wiały się na jej twa­rzy za każ­dym razem, gdy opo­wia­dał jej o swo­jej pracy.

Ode­zwała się bar­dzo cicho:

- Gdzie w takim razie znaj­duje się umysł, Jerry?... W mózgu?

Teraz to on lekko zmarsz­czył czoło.

- Chyba naj­wła­ściw­szą odpo­wie­dzią będzie, że sta­ro­żytni Grecy oraz róż­nej maści reli­gijni wariaci słusz­nie je roz­dzie­lali - odrzekł. - Mózg można postrze­gać jako coś w rodzaju... no cóż, elek­tro­che­micz­nego gene­ra­tora i inter­fe­ro­me­tra w jed­nym. Ale umysł... ach, umysł jest czymś znacz­nie pięk­niej­szym niż ta bryła istoty sza­rej. - Myślał w kate­go­rii rów­nań, sinu­soid tań­czą­cych do ele­ganc­kiej melo­dii Schrödingera.

- A więc ist­nieje dusza, która może prze­trwać śmierć? - spy­tała Gail. Jej głos zabrzmiał nieco ase­ku­ra­cyj­nie i zrzę­dli­wie, jak zawsze, gdy roz­ma­wiała o reli­gij­nych ide­ach.

- Oczy­wi­ście, że nie - odparł Bre­men. Czuł się poiry­to­wany tym, że znów musi myśleć za pośred­nic­twem słów. - Jeśli Gold­mann miał rację i oso­bo­wość jest zło­żo­nym czo­łem fali, czymś w rodzaju serii nisko­ener­ge­tycz­nych holo­gra­mów inter­pre­tu­ją­cych rze­czy­wi­stość, to oso­bo­wość z pew­no­ścią nie może prze­trwać śmierci mózgu. Sza­blon ginie razem z holo­gra­ficz­nym gene­ra­to­rem.

- Zatem co to ozna­cza dla nas? - Głos Gail był led­wie sły­szalny.

Bre­men nachy­lił się i ujął ją za rękę. Była lodo­wata.

- Nie rozu­miesz, dla­czego zain­te­re­so­wa­łem się tą dzie­dziną badań? Myśla­łem, że może umoż­li­wić nam opi­sa­nie naszych... eee... zdol­no­ści.

Gail pode­szła i usia­dła obok niego na sze­ro­kim drew­nia­nym krze­śle. Objął ją ramie­niem i poczuł dotyk chłod­nej skóry. Nagle po nie­bie prze­mknął meteor, od zenitu na połu­dnie, zosta­wia­jąc po sobie chwi­lowy ślad na siat­kówce oka.

- No i co? - spy­tała Gail bar­dzo cicho.

- To pro­ste - odrzekł Bre­men. - Kiedy wyobra­zimy sobie ludzką myśl jako serię sto­ją­cych fal two­rzą­cych wzory inter­fe­ren­cji, które można prze­cho­wy­wać i prze­ka­zy­wać za pomocą holo­gra­ficz­nych odpo­wied­ni­ków, wszystko zaczyna nabie­rać sensu.

- Aha.

- Naprawdę. To ozna­cza, że z jakie­goś powodu nasze umy­sły rezo­nują nie tylko z falami, które sami wytwa­rzamy, ale także z tymi, które gene­rują inni.

- Tak - ode­zwała się Gail z pod­eks­cy­to­wa­niem i mocno ści­snęła jego dłoń. - Pamię­tasz, jak dzie­li­li­śmy się impre­sjami zaraz po tym, jak się pozna­li­śmy? Oboje uzna­li­śmy, że nie da się wyja­śnić tele­pa­tycz­nego dotknię­cia komuś, kto ni­gdy go nie doświad­czył. Rów­nie dobrze można pró­bo­wać opo­wia­dać o kolo­rach nie­wi­do­memu.... - Umil­kła i rozej­rzała się.

- No dobrze - rzekł Bre­men. - Robby. Kiedy się z nim skon­tak­to­wa­łem, pod­łą­czy­łem się do zamknię­tego układu. Biedny dzie­ciak nie dys­po­no­wał pra­wie żad­nymi danymi, na któ­rych pod­sta­wie mógłby skon­stru­ować model praw­dzi­wego świata. Jedyne infor­ma­cje, jakie posia­dał, były zwią­zane z bólem. Dla­tego przez szes­na­ście lat budo­wał wła­sny wszech­świat. Mój błąd pole­gał na tym, że nie doce­ni­łem wła­dzy, jaką on może posia­dać w tym świe­cie, nawet nie wzią­łem tego pod uwagę. On mnie pochwy­cił, Gail. A razem ze mną cie­bie.

Zerwał się wiatr i poru­szył liśćmi w sadzie. Cichy sze­lest zabrzmiał smutno, zapo­wia­da­jąc koniec lata.

- W porządku, to tłu­ma­czy, jak ty się tu dosta­łeś. Ale co ze mną? Jestem tylko wytwo­rem two­jej wyobraźni, Jerry?

Bre­men poczuł dreszcz. Jego skóra była jak lód. Wziął ją za rękę i mocno ją roz­ma­so­wał, żeby przy­wró­cić ciału nieco cie­pła.

- Daj spo­kój, Gail, pomyśl. Nie byłaś dla mnie tylko wspo­mnie­niem. Przez ponad sześć lat prak­tycz­nie byli­śmy jedną osobą o dwóch cia­łach. To dla­tego, kiedy... Dla­tego tro­chę mi odbiło i na dwa lata pró­bo­wa­łem cał­ko­wi­cie zamknąć umysł. Ty rze­czy­wi­ście w nim byłaś. Ale moje ego, czy jak­kol­wiek ina­czej nazwiemy to, co utrzy­muje nas przy zdro­wych zmy­słach i oddziela od beł­kotu wszyst­kich innych umy­słów, powta­rzało mi, że to było tylko twoje wspo­mnie­nie. Byłaś wytwo­rem mojej wyobraźni... tak jak my wszy­scy. Jezu, oboje byli­śmy mar­twi, dopóki nie­wi­domy, nie­sły­szący, upo­śle­dzony chło­pak, cho­lerne warzywo, nie wyrwał nas z jed­nego świata i nie zapro­po­no­wał nam w zamian innego.

Sie­dzieli przez chwilę. W końcu Gail prze­rwała ciszę.

- Ale dla­czego to wydaje się takie praw­dziwe?

Bre­men drgnął i przy­pad­kowo strą­cił talerz z pod­ło­kiet­nika. Ger­ni­sa­vien odsko­czyła i posłała im ura­żone spoj­rze­nie. Gail prze­su­nęła po kocim futrze czub­kiem san­dała. Bre­men ści­snął puszkę z piwem, aż ścianka się wgięła, a potem znów odsko­czyła.

- Pamię­tasz Chucka Gil­pena, który zacią­gnął mnie na tamto przy­ję­cie w Dre­xel Hill? Sły­sza­łem, że pra­cuje dla Fun­da­men­tal Phy­sics Group w labo­ra­to­rium Law­rence Ber­kely.

- No i co?

- Od kilku lat polują na coraz mniej­sze czą­steczki, by usta­lić, czym jest rze­czy­wi­stość. A wiesz, co odkryli, kiedy ujrzeli ją na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym i wszech­obec­nym pozio­mie? - Bre­men wypił kolejny łyk piwa. - Serię rów­nań, które uka­zują sto­jące czoła fal, podobne do zawi­ja­sów i zakrę­ta­sów, jakie kie­dyś posy­łał mi Gold­mann.

Gail wzięła głę­boki wdech, a następ­nie wypu­ściła powie­trze. Jej pyta­nie nie­mal się zagu­biło, kiedy wiatr znów się wzmógł i poru­szył gałę­ziami drzew.

- Gdzie jest Robby? Kiedy zoba­czymy jego świat?

- Nie wiem - odrzekł Bre­men. Nie­świa­do­mie marsz­czył czoło. - Wygląda na to, że pozwala nam zde­fi­nio­wać, co powinno być rze­czy­wi­ste. Nie pytaj mnie dla­czego. Może cie­szy się oka­zją zaj­rze­nia do nowego wszech­świata. Albo nie może nic na to pora­dzić.

Sie­dzieli nie­ru­chomo jesz­cze przez kilka minut. Ger­ni­sa­vien ocie­rała się o nich, podraż­niona tym, że tak sie­dzą w chło­dzie i ciem­no­ści. Bre­men czę­ściowo pod­trzy­my­wał umy­słową tar­czę, nie chcąc, by Gail poznała wie­ści, które rok wcze­śniej otrzy­mał od swo­jej sio­stry - że mała cęt­ko­wana kotka zgi­nęła pod kołami samo­chodu w Nowym Jorku. Ani że pewna wiet­nam­ska rodzina kupiła gospo­dar­stwo i już dobu­do­wała nowe pokoje. Ani że nosił poli­cyjny rewol­wer przy sobie przez dwa lata, cze­ka­jąc na oka­zję, by użyć go na sobie.

- Co teraz zro­bimy, Jerry?

Pój­dziemy do łóżka. Bre­men wziął ją za rękę i zapro­wa­dził do domu.

***

Bre­men śnił o paznok­ciach dra­pią­cych aksa­mit, dotyku zim­nych kafel­ków na policzku i weł­nia­nych koców na spa­lo­nej słoń­cem skó­rze. Patrzył z rosną­cym zacie­ka­wie­niem na parę kocha­jącą się na zbo­czu zło­tego wzgó­rza. Uno­sił się w powie­trzu w bia­łym pomiesz­cze­niu, gdzie białe posta­cie tań­czyły w ciszy, którą zakłó­cało tylko bicie serca maszyny. Pły­wał, czu­jąc pociąg nie­ubła­ga­nych pla­ne­tar­nych sił w prą­dzie odpły­wo­wym. Był w sta­nie opie­rać się śmier­cio­no­śnemu prą­dowi, wkła­da­jąc w to całą ener­gię, ale czuł, że słab­nie, a prąd wciąga go na głę­bię. Kiedy fale zamy­kały się nad nim, wydał z sie­bie ostatni okrzyk roz­pa­czy i straty.

Wykrzy­czał swoje imię.

***

Ock­nął się, a echo krzyku wciąż roz­brzmie­wało w jego umy­śle. Detale snu roz­pa­dły się na kawałki i roz­wiały, zanim zdo­łał je pochwy­cić. Gwał­tow­nie usiadł na łóżku. Gail znik­nęła.

Zro­bił dwa kroki w stronę scho­dów i usły­szał jej głos woła­jący go z bocz­nego podwó­rza. Wró­cił do okna.

Miała na sobie nie­bie­ską sukienkę na ramiącz­kach i machała do niego obiema rękami. Zanim zszedł na dół, zdą­żyła wrzu­cić kil­ka­na­ście przed­mio­tów do pik­ni­ko­wego kosza i wsta­wiła wodę, żeby przy­rzą­dzić mro­żoną her­batę.

- Chodź, śpio­chu. Mam dla cie­bie nie­spo­dziankę!

- Nie wiem, czy potrze­bu­jemy kolej­nych nie­spo­dzia­nek - mruk­nął Bre­men.

- Tej tak - odrze­kła i wbie­gła na górę, gdzie zaczęła prze­trzą­sać szafę, nucąc pod nosem.

Dopro­wa­dziła ich, z Ger­ni­sa­vien nie­chęt­nie drep­czącą ich śla­dem, do szlaku, który pro­wa­dził w tym samym kie­runku, co szosa, która kie­dyś bie­gła obok ich domu. Wspi­nali się pośród pastwisk na wzgó­rze leżące na wscho­dzie. Wspól­nymi siłami nie­śli pik­ni­kowy kosz. Bre­men bez prze­rwy dopy­ty­wał, dokąd idą, ale Gail mil­czała.

Poko­nali szczyt wzgó­rza i popa­trzyli na koniec ścieżki. Bre­men upu­ścił kosz na trawę. W doli­nie, którą kie­dyś bie­gła auto­strada Pen­n­sy­lva­nia Turn­pike, znaj­do­wał się ocean.

- Jasna cho­lera! - wes­tchnął.

To nie był Atlan­tyk. A przy­naj­mniej nie Atlan­tyk, jaki znał z New Jer­sey. Wybrzeże bar­dziej przy­po­mi­nało oko­lice Men­do­cino, dokąd zabrał Gail pod­czas mie­siąca mio­do­wego. Daleko na pół­noc i połu­dnie cią­gnęły się sze­ro­kie plaże i wyso­kie urwi­ska. Potężne fale roz­bi­jały się o czarne skały i biały pia­sek. W oddali krą­żyły i piko­wały mewy.

- Jasna cho­lera! - powtó­rzył Bre­men.

Roz­bili pik­nik na plaży. Ger­ni­sa­vien została w tyle, żeby polo­wać na owady w tra­wie na wydmach. Powie­trze pach­niało solą, morzem i let­nią bryzą. Wyglą­dało na to, że mają do swo­jej dys­po­zy­cji tysiąc kilo­me­trów wybrzeża.

Gail wstała i zdjęła sukienkę. Pod spodem miała jed­no­czę­ściowy kostium. Bre­men odrzu­cił głowę do tyłu i wybuch­nął śmie­chem.

- Wła­śnie po to wró­ci­łaś? Żeby zabrać kostium? Bałaś się, że ratow­nicy cię wypro­szą?

Kop­nęła w jego stronę pia­skiem i pobie­gła do oce­anu. Po trzech kro­kach rzu­ciła się do wody i zaczęła pły­nąć. Bre­man widział po jej sku­lo­nych ramio­nach, że woda jest lodo­wato zimna.

- Chodź do mnie! - zawo­łała wesoło. - Woda jest przy­jemna!

Ruszył w jej stronę.

***

Ude­rze­nie nade­szło od strony nieba, ziemi i morza. Prze­wró­ciło Bre­mena i wepchnęło głowę Gail pod wodę. Zaczęła roz­pacz­li­wie wyma­chi­wać rękami, z tru­dem łapiąc oddech i wal­cząc z cofa­ją­cymi się falami, by wydo­stać się na pły­ci­znę.

NIE!!!

Wiatr ryczał wokół nich i wyrzu­cał pia­sek na kil­ka­dzie­siąt metrów w górę. Niebo zawi­ro­wało, pomarsz­czyło się jak prze­ście­ra­dło wiszące na sznu­rze i zmie­niło kolor z cytry­no­wego na szary. Morze wyco­fało się jedną potężną falą, pozo­sta­wia­jąc suchy, mar­twy ląd. Grunt trząsł się i poru­szał wokół nich. Bły­ska­wice migo­tały wzdłuż hory­zontu.

Kiedy wszystko się uspo­ko­iło, Bre­men pod­biegł do miej­sca, w któ­rym Gail leżała na pia­sku, i pod­niósł ją za pomocą kilku suro­wych słów.

Wydmy znik­nęły, urwi­ska znik­nęły, morze znik­nęło. Zamiast niego wokół roz­cią­gała się roz­le­gła solna rów­nina. Niebo wciąż zmie­niało odcie­nie sza­ro­ści. Słońce jakby ponow­nie wscho­dziło nad pusty­nią. Nie. Świa­tło się prze­miesz­czało. Coś prze­mie­rzało pust­ko­wie. Coś się do nich zbli­żało.

Gail chciała się wyrwać, ale Bre­men mocno ją trzy­mał. Świa­tło sunęło przez mar­twą kra­inę. Blask rósł, poru­szał się, wysy­łał pro­mie­nie, które zmu­szały ich do osła­nia­nia oczu. W powie­trzu czuli woń ozonu, a wło­ski na ich rękach sta­nęły dęba.

Bre­men kur­czowo trzy­mał Gail i pochy­lał się w kie­runku zja­wi­ska, jakby zma­gał się z sil­nym wia­trem. Za ich ple­cami poja­wiły się cie­nie. Świa­tło tra­fiło w ich ciała jak fala ude­rze­niowa po wybu­chu bomby. Patrzyli przez palce na nad­cho­dzącą świe­tli­stą postać. To był czło­wiek na grzbie­cie potęż­nego zwie­rzę­cia. Gdyby bóg przy­był na Zie­mię, wybrałby wła­śnie taką formę. Zwie­rzę nie było wyraź­nie widoczne, ale oprócz świa­tła ema­no­wało... cie­płem? Deli­kat­no­ścią?

Przed nimi znaj­do­wał się Robby, na grzbie­cie swo­jego misia.

ZA SILNE NIE MOGĘ UTRZY­MAĆ

Nie przy­wykł do uży­wa­nia języka, ale sta­rał się. Jego myśli ude­rzały w nich jak wyła­do­wa­nia elek­tryczne rażące mózg. Gail padła na kolana, ale Bre­men dźwi­gnął ją na nogi.

Usi­ło­wał się­gnąć myślą ku Robby'emu. Bez­sku­tecz­nie. Kie­dyś w Haver­ford poszedł z jed­nym ze zdol­nych stu­den­tów na sta­dion, gdzie miał się odbyć kon­cert roc­kowy. Stał przed ścianą gło­śni­ków, gdy testo­wano wzmac­nia­cze. Teraz czuł się nieco podob­nie.

Stali na pła­skiej, siat­ko­wa­tej rów­ni­nie. Nie widzieli hory­zontu. Ze wszyst­kich stron nad­cią­gały kłęby bia­łej mgły. Jedy­nym źró­dłem świa­tła była przy­po­mi­na­jąca Apolla postać przed nimi. Bre­men obró­cił głowę, żeby obser­wo­wać nad­cią­ga­jącą mgłę. Wszystko, czego doty­kała, zni­kało.

- Jerry, co... - Głos Gail był bli­ski histe­rii.

Myśli Robby'ego ude­rzyły w nich z nama­calną siłą. Chło­pak zre­zy­gno­wał z prób uży­wa­nia języka i zalała ich powódź obra­zów. Były lekko znie­kształ­cone, odbar­wione i nazna­czone aurą zachwytu oraz nowo­ści. Bre­men i jego żona zato­czyli się pod wpły­wem ich ude­rze­nia.

BIAŁY POKÓJ BIEL

BICIE SERCA MASZYNY

ŚWIA­TŁO SŁOŃCA NA POŚCIELI

UKŁU­CIE IGŁY

GŁOSY BIAŁE KSZTAŁTY SIĘ PORU­SZAJĄ

POTĘŻNY WIATR WIEJE

PRĄD WCIĄGA, WCIĄGA

WCIĄGA

Razem z obra­zami poja­wiły się emo­cje, tak inten­sywne, że nie­mal nie do znie­sie­nia: odkry­cie, samot­ność, zachwyt, zmę­cze­nie, miłość, smu­tek, smu­tek, smu­tek.

Bre­men i Gail padli na kolana. Oboje szlo­chali, choć nie zda­wali sobie z tego sprawy. W nagłym spo­koju, który nastał po ude­rze­niu, dono­śnie zabrzmiały myśli Gail. Dla­czego on to robi? Dla­czego nie zostawi nas w spo­koju?

Bre­men chwy­cił ją za ramiona. Jej twarz była tak blada, że piegi wyda­wały się nie­mal wypu­kłe.

Nie rozu­miesz, Gail? To nie on.

Nie??? Więc kto...?????

Myśli Gail kłę­biły się cha­otycz­nie. Okru­chy obra­zów i urywki pytań prze­ska­ki­wały mię­dzy nimi, gdy kobieta usi­ło­wała nad sobą zapa­no­wać.

To ja. Gail. Ja. Bre­men zamie­rzał powie­dzieć to na głos, ale nie było już dźwięku, tylko kry­sta­liczne kra­wę­dzie ich myśli. On od początku wal­czy, żeby utrzy­mać nas razem. To moja wina. Ja tutaj nie pasuję. Pod­trzy­my­wał mnie, poma­ga­jąc mi tu pozo­stać, ale już dłu­żej nie potrafi się opie­rać.

Gail rozej­rzała się z prze­ra­że­niem. Mgła kipiała i wycią­gała ku nim kosmyki. Coraz szczel­niej ota­czała boską postać na wierz­chowcu. Jej blask przy­gasł na ich oczach.

Dotknij go, pomy­ślał Bre­men.

Gail zamknęła oczy. Bre­men czuł, jak muskają go skrzy­dła jej myśli. Usły­szał jej wes­tchnie­nie.

Mój Boże, Jerry. To jesz­cze dziecko. Wystra­szone dziecko!

Jeśli zostanę dłu­żej, znisz­czę nas wszyst­kich. Razem z tą myślą Bre­men prze­ka­zał całą gamę emo­cji, zbyt zło­żo­nych, by wyra­zić je sło­wami. Gail zoba­czyła, co kryje się w jego umy­śle, i zaczęła pro­te­sto­wać, ale zanim zdą­żyła upo­rząd­ko­wać myśli, przy­cią­gnął ją do sie­bie i mocno objął. Tele­pa­tyczny komu­ni­kat wzmoc­nił uścisk, doda­jąc do niego odcie­nie uczuć, jakich nie byłyby w sta­nie w pełni prze­ka­zać mowa ani dotyk. Potem Bre­men ode­pchnął Gail od sie­bie, odwró­cił się i pobiegł w stronę bia­łej mgły. Robby, który kur­czowo ści­skał szyję swo­jego misia, był widoczny jedy­nie jako słaba poświata. Bre­men dotknął go, zanu­rza­jąc się w zim­nej mgle. Po poko­na­niu pię­ciu kro­ków nie widział już niczego, nawet wła­snego ciała. Po kolej­nych trzech zauwa­żył, że znik­nął grunt pod jego nogami. Bre­men runął w dół.

***

Pokój był biały, łóżko było białe, okna były białe. Rurki łączyły wiszące butelki z jego ręką. Jego całe ciało było bólem. Na zie­lo­nej pla­sti­ko­wej opa­sce na nad­garstku wid­niał napis BRE­MEN, JEREMY H. Leka­rze byli ubrani na biało. Kar­dio­mo­ni­tor odtwa­rzał bicie serca.

- Nie­źle nas pan wystra­szył - ode­zwała się kobieta w bia­łym stroju.

- To cud - stwier­dził męż­czy­zna po jej lewej stro­nie. Jego głos brzmiał wojow­ni­czo. - EEG przez pięć dni nie wyka­zy­wało żad­nej aktyw­no­ści, a jed­nak pan z tego wyszedł. Praw­dziwy cud.

- Ni­gdy nie mie­li­śmy do czy­nie­nia z kil­koma jed­no­cze­snymi napa­dami - powie­działa kobieta. - Czy mie­wał pan już dole­gli­wo­ści padacz­kowe?

- Szkoła nie posiada danych kon­tak­to­wych pań­skiej rodziny - dodał męż­czy­zna. - Czy chce pan, aby­śmy kogoś powia­do­mili?

Bre­men stęk­nął i zamknął oczy. Sły­szał dale­kie odgłosy roz­mów i czuł chłodny dotyk igły. Kiedy leka­rze zbie­rali się do odej­ścia, wychry­piał kilka słów, po czym odchrząk­nął i spró­bo­wał ponow­nie.

- W któ­rym pokoju?

Wymie­nili spoj­rze­nia.

- Robby - dodał Bre­men chra­pli­wym gło­sem. - W któ­rym pokoju leży Robby?

- Sie­dem­set dwa­dzie­ścia sześć - odpo­wie­działa kobieta. - Na oddziale inten­syw­nej opieki medycz­nej.

Bre­men poki­wał głową i zamknął oczy.

***

Odbył krótką podróż wcze­snym ran­kiem, kiedy na kory­ta­rzach było ciemno i cicho, nie licząc oka­zjo­nal­nego sze­le­stu spód­nic pie­lę­gnia­rek i cichych, nie­spo­koj­nych stęk­nięć pacjen­tów. Powoli szedł kory­ta­rzem, od czasu do czasu opie­ra­jąc się o ścianę. Dwu­krot­nie scho­wał się w ciem­nej sali, kiedy usły­szał zbli­ża­jące się ciche kroki pie­lę­gniarki. Kilka razy przy­sta­nął na scho­dach, żeby przy­trzy­mać się twar­dej meta­lo­wej porę­czy i zła­pać oddech, a serce waliło mu jak mło­tem.

W końcu wszedł do sali. Robby leżał na łóżku w głębi. Malut­kie świa­tło świe­ciło się na panelu nad jego głową. Otyłe, cuch­nące ciało przy­brało pozy­cję pło­dową. Nad­garstki i kostki były wykrzy­wione i zesztyw­niałe. Palce roz­cza­pie­rzały się na wygnie­cio­nej pościeli. Robby miał głowę zwró­coną w bok i patrzył nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Jego usta lekko drgały, gdy oddy­chał, a na prze­ście­ra­dle wid­niał nie­wielki krąg śliny.

Umie­rał.

Bre­men usiadł na skraju łóżka. Czuł nama­calną gęstość nocy. W oddali roz­legł się dźwięk dzwonka i ktoś jęk­nął. Bre­men deli­kat­nie poło­żył dłoń na policzku Robby'ego. Czuł jego mięk­kość. Chło­piec ciężko i ast­ma­tycz­nie chra­pał. Bre­men czule, nie­mal z czcią dotknął czubka nie­kształt­nej głowy. Pro­ste czarne włosy ster­czały mu mię­dzy pal­cami.

Wstał i wyszedł z pokoju.

***

Zawie­sze­nie wypo­ży­czo­nego fiata grze­cho­tało na nie­rów­nym bruku, gdy Bre­men wymi­jał tram­waje, pędząc na wschód. O tak wcze­snej porze na moście Ben­ja­mina Fran­klina było nie­mal pusto. Na dwu­pa­smo­wej szo­sie prze­ci­na­ją­cej New Jer­sey pano­wał nie­wielki ruch. Bre­men ostroż­nie opu­ścił tar­czę i wzdry­gnął się, gdy fala neu­ro­beł­kotu naparła na jego poobi­jany umysł. Szybko posta­wił osłonę. Jesz­cze nie teraz. Czuł pul­su­jący ból za oczami, gdy pró­bo­wał sku­pić się na pro­wa­dze­niu samo­chodu. Nie sły­szał nawet naj­cich­szego echa zna­jo­mego głosu.

Zer­k­nął w stronę schowka i pomy­ślał o leżą­cym w nim zawi­niątku. Kie­dyś, dawno temu, fan­ta­zjo­wał o tej broni. Nie­mal uwie­rzył, że to coś w rodzaju magicz­nej różdżki - narzę­dzie nio­sące wyzwo­le­nie. Teraz wie­dział, że się mylił. Rozu­miał, że to narzę­dzie nio­sące śmierć. Ono ni­gdy by go nie wyzwo­liło. Nie pozwo­li­łoby jego świa­do­mo­ści wzle­cieć. Jedy­nie wbi­łoby mu pocisk w czaszkę i zakoń­czyło raz na zawsze mate­ma­tycz­nie ide­alny taniec, który się w niej odby­wał.

Pomy­ślał o słab­ną­cej, cichej postaci, którą rano zosta­wił w szpi­talu. Jechał przed sie­bie.

Zapar­ko­wał nie­da­leko latarni mor­skiej, scho­wał rewol­wer do papie­ro­wej torby i zamknął samo­chód. Pia­sek wsy­pu­jący się od góry do jego san­da­łów był bar­dzo gorący. Plaża była nie­mal opu­sto­szała, gdy Bre­men usiadł w skrom­nym cie­niu wydmy i zapa­trzył się na morze. Zmru­żył oczy pod wpły­wem poran­nego bla­sku.

Zdjął koszulę, sta­ran­nie uło­żył ją na pia­sku za sobą i wyjął zawi­niątko z torby. Metal był chłodny w dotyku, a pisto­let był lżej­szy, niż Bre­men zapa­mię­tał. Lekko pach­niał sma­rem.

Będziesz musiała mi pomóc. Jeśli ist­nieje inne wyj­ście, będziesz musiała pomóc mi je zna­leźć.

Bre­men opu­ścił umy­słową tar­czę. Ból miliona bez­ce­lo­wych myśli prze­szył jego mózg niczym szpi­ku­lec do lodu. Osłona auto­ma­tycz­nie powró­ciła, by stłu­mić hałas, ale ją powstrzy­mał. Po raz pierw­szy w życiu w pełni otwo­rzył się na ból, na przy­no­szący go świat, na milion gło­sów woła­ją­cych w izo­la­cji i osa­mot­nie­niu. Zaak­cep­to­wał go. Zapra­gnął go. Potężny chór ude­rzył w niego niczym buława. Bre­men szu­kał poje­dyn­czego głosu.

Cał­ko­wi­cie stra­cił słuch. Nie czuł gorą­cego pia­sku; żar słońca stał się odle­głym i zapo­mnia­nym dozna­niem. Bre­men był tak skon­cen­tro­wany, że mógłby prze­miesz­czać myślą przed­mioty, roz­bi­jać cegły, zatrzy­my­wać ptaki w locie. Nie­świa­do­mie wypu­ścił broń z ręki na pia­sek.

Plażą nade­szła młoda dziew­czyna w ciem­nym o dwa sezony za małym kostiu­mie. Sku­piała się na morzu, które draż­niło się z lądem, łagod­nie go muskało, a potem się wyco­fy­wało. Tań­czyła na ciem­nych pasach mokrego pia­sku. Jej spa­lone słoń­cem nogi nio­sły ją nad sam skraj świa­to­wego oce­anu i z powro­tem, jak bez­gło­śną balet­nicę. Nagle jej uwagę odwró­ciły krzy­czące mewy. Prze­stra­szona, prze­rwała taniec, a fale zalały jej kostki z trium­fal­nym odgło­sem.

Mewy zanur­ko­wały, wzbiły się w niebo i odle­ciały na pół­noc. Bre­men wspiął się na szczyt wydmy. Fale wyrzu­cały w powie­trze słoną mgiełkę. Blask słońca odbi­jał się od wody.

Dziew­czyna znów zaczęła tań­czyć walca z morzem, pod­czas gdy oni troje patrzyli na nią oczami Bre­mena, lekko mru­żąc powieki w jasnym i ostrym świe­tle poranka.

Wstęp do "Vanni Fucci ma się dobrze i żyje w piekle"

Ame­ry­ka­nie, wkra­cza­jąc w "prze­ce­nioną dekadę" dwu­dzie­stego wieku (19,90-19,99 dol.), są świę­cie prze­ko­nani, że postęp jest rów­no­znaczny z poprawą, a odrzu­ce­nie tej idei wydaje się nie­mal here­zją.

Na przy­kład przyj­rzyj­cie się współ­cze­snej teo­lo­gii. Bła­gam.

Można postrze­gać Pie­kło z Kome­dii Dan­tego Ali­ghieri jako połą­cze­nie oso­bi­stych fru­stra­cji z zami­ło­wa­niem do sado­ma­so­chi­zmu, ale wtedy patrzy­li­by­śmy na to dzieło wyłącz­nie ze współ­cze­snej, nieco obse­syj­nej per­spek­tywy. Dante rów­nież miał obse­sję, ale jej obiek­tem - nie licząc uro­czej, zagu­bio­nej Beatry­cze - były Ene­ida Wergi­liu­sza i Summa The­olo­gica Toma­sza z Akwinu. Nic dziw­nego, że Pie­kło jest zbu­do­wane na osza­ła­mia­jąco zło­żo­nych teo­lo­gicz­nych fun­da­men­tach i sta­nowi zara­zem stu­dium kosmicz­nej kon­struk­cji, jak i wyraz oso­bi­stego lęku przed śmier­cią, tak dotkli­wego, że "śmierć odeń gorzką wię­cej być nie może" (Pie­kło 1,7, tłum. Julian Kor­sak).

Dante postrze­gał ten lęk przed śmier­cią jako źró­dło poetyc­kiej i kre­atyw­nej ener­gii. W tej kwe­stii nie­wiele się zmie­niło od początku XIV wieku.

Jed­nakże włączmy tele­wi­zor i sprawdźmy, co sześć i pół wieku póź­niej ucho­dzi za teo­lo­gię. Zamiast poezji Ene­idy usły­szymy wycie spo­co­nych tele­ewan­ge­li­stów. Zamiast inte­lek­tu­al­nych katedr Summa The­olo­gica czeka na nas prze­ka­zy­wane za pomocą kine­skopu i sate­li­tów, ocie­ka­jące lakie­rem do wło­sów i nakła­da­nymi szpa­chlą kosme­ty­kami prze­sła­nie, które spro­wa­dza się do dwóch słów: "Przy­sy­łaj­cie pie­nią­dze".

Ow­szem, tele­ewan­ge­li­ści nie są teo­lo­gami tego wieku i sta­no­wią bar­dzo łatwy cel, zwłasz­cza po tym, jak na jaw wyszły wul­ga­ry­zmy Jimmy'ego Swag­garta, absur­dalne zacho­wa­nia Rexa Hum­bolta czy cudzo­łó­stwo i zała­ma­nia ner­wowe Jimmy'ego Bak­kera. Na swoje uspra­wie­dli­wie­nie mogę powie­dzieć, że to opo­wia­da­nie zostało napi­sane przed owymi wyda­rze­niami.

Ale tych rewe­la­cji można było się spo­dzie­wać. Przy­naj­mniej dopóki żyjemy w świe­cie, w któ­rym "teo­lo­gia" sta­nowi mie­szankę P.T. Bar­numa i Johnny'ego Car­sona, a my zapra­szamy tych paso­ży­tów do naszych domów za pośred­nic­twem tele­wi­zji kablo­wej, anten sate­li­tar­nych i radia.

Vanni Fucci ma się dobrze i żyje w piekle

Swo­jego ostat­niego dnia na ziemi brat Freddy wstał wcze­śnie, wziął prysz­nic, ogo­lił policzki, spry­skał włosy lakie­rem, nało­żył tele­wi­zyjny maki­jaż, ubrał się w cha­rak­te­ry­styczny trzy­rzę­dowy biały gar­ni­tur, białe buty, różową koszulę i czarną kra­watkę, po czym wszedł do swo­jego gabi­netu, by jesz­cze przed roz­po­czę­ciem Klubu Śnia­da­nio­wego Alle­luja zjeść śnia­da­nie z sio­strą Donną Lou, sio­strą Betty Jo, bra­tem Bil­lym Bobem i Geo­rge'em.

Cała czwórka żuła słod­kie bułeczki i sączyła kawę, pod­czas gdy ciem­no­szare niebo zaczy­nało jaśnieć za dzie­się­cio­me­trową ścianą z kulo­od­por­nego, mocno przy­ciem­nia­nego szkła. Wyso­kie ceglane budynki kam­pusu Col­lege'u Biblij­nego Alle­luja brata Freddy'ego oraz Pody­plo­mo­wej Szkoły Chrze­ści­jań­skiej Eko­no­mii nabie­rały kształtu w pół­mroku Ala­bamy. Daleko na wscho­dzie, led­wie widoczna ponad zagaj­ni­kiem orzesz­ni­ków, wzno­siła się sztuczna góra, która sta­no­wiła część kolejki gór­skiej Sza­lona Mysz na Górze Synaj, w Biblij­nej Kra­inie wcho­dzą­cej w skład nale­żą­cego do brata Freddy'ego rodzin­nego parku roz­rywki Naro­dzeni na Nowo obok Chrze­ści­jań­skiego Cen­trum Kon­fe­ren­cyj­nego. Znacz­nie bli­żej olbrzymi talerz Świę­tej Wiązki, jed­nej z sze­ściu potęż­nych anten sate­li­tar­nych na tere­nie Biblij­nego Cen­trum Trans­mi­syj­nego brata Freddy'ego, odzna­czał się czar­nym łukiem na zachmu­rzo­nym nie­bie. Brat Freddy zer­kał z uśmie­chem na desz­czową pogodę. Nie dbał o to, co miał do zapro­po­no­wa­nia praw­dziwy świat za jego oknem. Duże okno wyku­szowe w przy­tul­nym stu­diu Klubu Śnia­da­nio­wego Alle­luja tak naprawdę było war­tym 38 000 dola­rów ekra­nem, na któ­rym każ­dego ranka odtwa­rzano pięć­dzie­się­cio­dwu­mi­nu­towe nagra­nie cudow­nego majo­wego wschodu słońca. W Klu­bie Śnia­da­nio­wym Alle­luja brata Freddy'ego zawsze była wio­sna.

- Jaki mamy har­mo­no­gram? - spy­tał brat Freddy i upił łyk kawy, deli­kat­nie uno­sząc przy tym mały palec, który zalśnił w świe­tle sufi­to­wych reflek­to­rów punk­to­wych. Pozo­stało osiem minut do trans­mi­sji.

- Pierw­sze pół godziny to jak zwy­kle wpro­wa­dze­nie brata Beau, pań­ska otwie­ra­jąca prze­mowa oraz apel w imie­niu naszego Modli­tew­nego Part­nera, potem sześć i pół minuty dla chóru Klubu Śnia­da­nio­wego Alle­luja, który wykona pieśń "Jeste­śmy o krok od cudu" oraz skła­dankę chrze­ści­jań­skich prze­bo­jów, a następ­nie poja­wią się pań­scy goście - wyja­śnił brat Billy Bob Gri­mes, kie­row­nik pro­duk­cji.

- Kto dzi­siaj przy­szedł? - spy­tał brat Freddy.

Brat Billy Bob zaj­rzał do nota­tek.

- Mate­usz, Marek i Łukasz, Cudowne Tro­jaczki Ewan­ge­li­ści, Bubba Deeters, który chce jesz­cze raz opo­wie­dzieć o tym, jak Pan kazał mu zasło­nić swoim cia­łem gra­nat w Wiet­na­mie, brat Frank Flin­sey, który pro­muje nową książkę Po dniach osta­tecz­nych, oraz Dale Evans.

Brat Freddy lekko zmarsz­czył czoło.

- Myśla­łem, że dzi­siaj mamy Pata Boone'a - ode­zwał się cicho. - Lubię Pata.

Brat Billy Bob poczer­wie­niał i zapi­sał coś na gru­bym pliku for­mu­la­rzy.

- Tak jest - odrzekł. - Pat chciał tutaj być, ale wczo­raj wie­czo­rem poja­wił się w pro­gra­mie Swag­garta, dziś po połu­dniu razem z Pau­lem i Jan wystę­pują na wiecu reli­gij­nym w Bakers­field, a jutro zeznaje przed Sena­tem w spra­wie tych sata­ni­stycz­nych komu­ni­ka­tów, które sły­chać na pły­tach, kiedy skie­ruje się wiązkę lasera pomię­dzy rowki.

Brat Freddy wes­tchnął. Pozo­stały cztery minuty do trans­mi­sji.

- W porządku, ale posta­raj się go zapro­sić na następny ponie­dzia­łek. Lubię Pata. Donna Lou? Jak sobie radzimy z bożą robotą, mała?

Sio­stra Donna Lou Pat­ter­son popra­wiła oku­lary. Jako rewi­dentka kie­ro­wa­nego przez brata Freddy'ego potęż­nego kon­glo­me­ratu zwol­nio­nych z obo­wiązku podat­ko­wego reli­gij­nych orga­ni­za­cji, kor­po­ra­cji, orga­ni­za­cji zrze­sza­ją­cych duchow­nych, uczelni, misji, par­ków roz­rywki oraz sieci moteli dla Naro­dzo­nych na Nowo, Donna Lou była ubrana w beżowy kostium, któ­rego powagę łago­dziła tylko odznaka Klubu Śnia­da­nio­wego Alle­luja, wyko­nana z imi­ta­cji dia­mentu, która paso­wała do sztucz­nych dia­men­tów na oprawce jej oku­la­rów.

- Prze­wi­dy­wane dochody na ten rok fiskalny wyno­szą pra­wie sto osiem­dzie­siąt sie­dem milio­nów dola­rów, czyli o trzy pro­cent wię­cej niż w roku ubie­głym - oznaj­miła. - Mają­tek kleru sza­cuje się na dwie­ście czter­na­ście milio­nów przy zadłu­że­niu wyno­szącym sześć­dzie­siąt trzy miliony, plus minus trzy­sta tysięcy, w zależ­no­ści od tego, czy brat Car­li­sle zde­cy­duje się zastą­pić gul­fstre­ama nowym learem.

Brat Freddy poki­wał głową i odwró­cił się w stronę sio­stry Betty Jo. Pozo­stały trzy minuty do trans­mi­sji.

- Jak nam poszło wczo­raj, sio­stro?

- Dwa­dzie­ścia sie­dem pro­cent oglą­dal­no­ści według Arbi­tronu, dwa­dzie­ścia pięć i pół według Nie­lsena - odpo­wie­działa kobieta ubrana na biało. - Trzy nowe punkty tele­wi­zji kablo­wej, dwa w Tek­sa­sie, jeden w Mon­ta­nie. W tej chwili nasza tele­wi­zja dociera do trzech milio­nów trzy­stu sie­demdziesięciu tysięcy gospo­darstw domo­wych, co sta­nowi wzrost o sześć dzie­sią­tych pro­centa w porów­na­niu z ubie­głym mie­sią­cem. Cen­trum pocz­towe wczo­raj ode­brało sie­demnaście tysięcy trzy­sta osiem­dzie­siąt pięć prze­sy­łek, co w skali tygo­dnia daje w sumie osiem­dzie­siąt sześć tysięcy dwie­ście sie­demnaście. Dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent wczo­rajszych kopert zawie­rało datki. Trzy­dzie­ści dzie­więć pro­cent piszą­cych pro­siło o pań­ską modli­twę wsta­wien­ni­czą. W tym roku datki odbie­rane drogą pocz­tową przy­nio­sły trzy miliony pięć­set osiem­dzie­siąt pięć tysięcy dwie­ście dwa­dzie­ścia dola­rów, a do końca roku fiskal­nego spo­dzie­wamy się kolej­nych dwóch i pół miliona.

Brat Freddy uśmiech­nął się i prze­niósł wzrok na Geo­rge'a Cohena, doradcę praw­nego Naro­dzo­nego na Nowo Ducho­wień­stwa.

- Geo­rge? - Do roz­po­czę­cia trans­mi­sji pozo­stały dwie minuty.

Szczu­pły męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze nie­śpiesz­nie odchrząk­nął.

- IRS wciąż groź­nie powar­kuje, ale nie mają żad­nego punktu opar­cia. Wszy­scy duchowni są zwol­nieni z obo­wiązku podat­ko­wego dzięki przy­na­leż­no­ści do Naro­dzo­nego na Nowo Ducho­wień­stwa, więc nie muszą skła­dać żad­nych doku­men­tów. Prasa z Hunt­sville donio­sła, że war­tość domu pań­skiej córki sza­cuje się na pół­tora miliona, więc zdają sobie z tego sprawę, podob­nie jak z tego, że na budowę ran­cza pań­skiego syna prze­zna­czono trzy miliony dola­rów pożyczki zacią­gnię­tej od kleru, ale jeśli cho­dzi o wyna­gro­dze­nia, mogą tylko zga­dy­wać. Nawet gdyby się dowie­dzieli... a tak się nie sta­nie... to pań­skie ofi­cjalne roczne dochody jako członka rady wyno­szą zale­d­wie dzie­więć­dzie­siąt dwa tysiące trzy­sta dola­rów, z czego jedną trze­cią zwraca pan w postaci dzie­się­ciny. Oczy­wi­ście pań­ska żona, córka, zięć oraz sied­mioro innych człon­ków rodziny otrzy­mują znacz­nie hoj­niej­sze wyna­gro­dze­nia, ale nie sądzę...

- Dzię­kuję, Geo­rge - prze­rwał mu brat Freddy. Wstał, prze­cią­gnął się i pod­szedł do kolo­ro­wego moni­tora przy­twier­dzo­nego do ter­mi­nala kom­pu­te­ro­wego na swoim biurku. - Sio­stro Betty Jo, wspo­mi­na­łaś, że otrzy­ma­li­śmy kilka tysięcy próśb o oso­bi­stą modli­twę wsta­wien­ni­czą?

- Tak, bra­cie - odrze­kła kobieta w bieli i oparła drobną dłoń na kon­soli obok swo­jego krze­sła.

Brat Freddy uśmiech­nął się do Geo­rge'a Cohena.

- Powie­dzia­łem tym ludziom, że oso­bi­ście pomo­dlę się nad ich listami, jeśli prze­ślą ofiarę miło­ści - stwier­dził. - Mogę to zro­bić teraz. Aku­rat mam trzy­dzie­ści sekund, zanim brat Beau puści czo­łówkę. Betty Jo?

Kobieta wci­snęła guzik i uśmiech­nęła się, gdy tysiące nazwisk prze­my­kały po kolo­ro­wym moni­to­rze. Przy każ­dym z nich znaj­do­wał się kod odno­szący się do kate­go­rii pro­blemu, któ­rego miała doty­czyć modli­twa, zgod­nie z listą na for­mu­la­rzu ofiar miło­ści: Z-zdro­wie, PM-pro­blemy mał­żeń­skie, $-pro­blemy finan­sowe, KD-kie­row­nic­two duchowe, OG-odpusz­cze­nie grze­chów i tak dalej. W sumie było dwa­dzie­ścia sie­dem kate­go­rii. Każdy z dwu­stu ope­ra­to­rów pra­cu­ją­cych w cen­trum pocz­to­wym był w sta­nie zako­do­wać ponad czte­ry­sta próśb dzien­nie, jed­no­cze­śnie segre­gu­jąc zawar­tość kopert na sterty gotówki i cze­ków oraz wpro­wa­dza­jąc dane do kom­pu­te­rów, które miały uło­żyć odpo­wiedni list z odpo­wie­dzią.

- Mój Panie... - zain­to­no­wał brat Freddy - ...pro­szę, wysłu­chaj naszych modlitw o Twoje miło­sier­dzie w związku z tymi proś­bami, które zło­żono w imie­niu Jezusa... - Nazwi­ska i kody prze­mknęły po ekra­nie, na któ­rym po chwili pozo­stał tylko miga­jący kur­sor. - Amen.

Brat Freddy obró­cił się na pię­cie i popro­wa­dził swoją z tru­dem nadą­ża­jącą świtę do odda­lo­nego o trzy­dzie­ści metrów stu­dia Klubu Śnia­da­nio­wego Alle­luja, pod­czas gdy czo­łówka pro­gramu, któ­rej towa­rzy­szyła trium­falna muzyka, poja­wiła się na sześć­dzie­się­ciu dwóch ekra­nach na kory­ta­rzach, w gabi­ne­tach i salach posie­dzeń Cen­trum Trans­mi­syj­nego.

***

Brat Freddy zro­zu­miał, że ma pro­blem, osiem­na­ście minut po roz­po­czę­ciu pro­gramu, gdy zapo­wie­dział Dale Evans, a do stu­dia wszedł wysoki ciem­no­skóry męż­czy­zna z dłu­gimi czar­nymi wło­sami. Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej był cudzo­ziem­cem, ponie­waż miał krę­cone włosy do ramion, drogi trzy­rzę­dowy gar­ni­tur, który wyglą­dał na uszyty z jedwa­biu, oraz nie­ska­zi­tel­nie czy­ste buty z mięk­kiej wło­skiej skóry. Jego wykroch­ma­lony koł­nie­rzyk i man­kiety ośle­piały bielą, a złote spinki lśniły w świa­tłach stu­dia. Brat Freddy uświa­do­mił sobie, że nastą­piła jakaś pomyłka; jego naro­dzeni na nowo goście - pomimo oso­bi­stego bogac­twa - ubie­rali się w polie­strowe stroje, paste­lowe koszule i nosili fry­zury typowe dla Karo­liny Połu­dnio­wej, cho­ciażby po to, żeby nie tra­cić kon­taktu z wier­nymi widzami.

Brat Freddy zaj­rzał do swo­ich nota­tek, a potem bez­rad­nie popa­trzył na kie­row­nika pro­duk­cji. Brat Billy Bob wzru­szył ramio­nami, cał­ko­wi­cie zbity z tropu. Brat Freddy podzie­lał jego uczu­cia, ale nie mógł ich oka­zać, dopóki lśniło czer­wone oko kamery.

Klub Śnia­da­niowy Alle­luja chlu­bił się tym, że nadaje na żywo w trzech stre­fach cza­so­wych. Brat Freddy uśmiech­nął się do nad­cho­dzą­cego intruza i poża­ło­wał, że nie zde­cy­do­wali się na wcze­śniej­sze nagry­wa­nie pro­gra­mów, tak jak to robiła kon­ku­ren­cja. Zazwy­czaj był dumny z tego, że nie nosi słu­chawki, przez którą mógłby odbie­rać instruk­cje od reży­sera oraz komen­ta­rze, i zamiast tego polega na gestach brata Billy'ego Boba oraz wła­snym medial­nym wyczu­ciu. Teraz, kiedy wstał, by uści­snąć dłoń śnia­dego nie­zna­jo­mego, żało­wał, że nikt nie może mu powie­dzieć, co się dzieje. Chciałby zro­bić prze­rwę na reklamę. Chciałby, żeby ktoś wyja­śnił mu, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

- Dzień dobry - ode­zwał się przy­jaź­nie, uwal­nia­jąc dłoń z uści­sku cudzo­ziemca. - Witamy w Klu­bie Śnia­da­nio­wym Alle­luja.

Zer­k­nął w stronę brata Billy'ego Boba, który szep­tał coś pośpiesz­nie do mikro­fonu. Kamera numer trzy wyko­nała zbli­że­nie na ciem­no­skó­rego nie­zna­jo­mego. Kamera numer dwa wciąż poka­zy­wała długą sofę, na któ­rej tło­czyli się Bubba Deeters, Cudowne Tro­jaczki i Frank Flin­sey, sztucz­nie uśmiech­nięty pod żoł­nier­skim wąsem. Moni­tory sce­niczne poka­zy­wały zbli­że­nie na rumianą, grzecz­nie uśmiech­niętą i tylko nieco spo­coną twarz brata Freddy'ego.

- Dzię­kuję, już od dłuż­szego czasu na to cze­ka­łem - odrzekł nie­zna­jomy, sia­da­jąc na welu­ro­wym fotelu dla gości obok biurka brata Freddy'ego. W jego głę­bo­kim gło­sie dało się usły­szeć nutę wło­skiego akcentu, cho­ciaż mówił bez­błęd­nie po angiel­sku.

Brat Freddy sie­dział z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy i zer­kał w stronę Billy'ego Boba. Reży­ser wzru­szył ramio­nami i gestem naka­zał mu kon­ty­nu­ować.

- Prze­pra­szam, ale chyba pomy­li­łem zapo­wie­dzi - rzekł brat Freddy. - Zga­duję, że nie jest pan moją ser­deczną przy­ja­ciółką Dale Evans.

Zamilkł i popa­trzył pro­sto w brą­zowe oczy nie­zna­jo­mego. Zasko­czyły go gniew i napię­cie, jakie tam zoba­czył. Miał nadzieję, że to tylko pomyłka w roz­kła­dzie pro­gramu, a nie poli­tyczny ter­ro­ry­sta albo jakiś zwa­rio­wany zie­lo­no­świąt­ko­wiec, który przedarł się przez ochronę. Miał świa­do­mość, że sygnał jest prze­ka­zy­wany na żywo do ponad trzech milio­nów domostw.

- Nie, nie jestem Dale Evans - przy­znał nie­zna­jomy. - Nazy­wam się Vanni Fucci. - Znów nuta wło­skiego akcentu.

Brat Freddy zauwa­żył, że gość wymó­wił swoje nazwi­sko jako WA-ni FU-czi. Nie miał nic prze­ciwko Wło­chom; dora­stał w Gre­enville w Ala­ba­mie, więc nie znał ich wielu. Jako doro­sły nauczył się, że nie należy ich nazy­wać maka­ro­nia­rzami. Zakła­dał, że więk­szość Wło­chów to kato­licy, czyli nie chrze­ści­ja­nie, więc jego kościół nie­szcze­gól­nie się nimi inte­re­so­wał. Ale ten kon­kretny Włoch spra­wiał mu nieco kło­po­tów.

- Panie Fucci - ode­zwał się z uśmie­chem. - Może opo­wie pan naszym widzom, skąd pan jest?

Vanni Fucci zwró­cił inten­sywne spoj­rze­nie na kamerę.

- Uro­dzi­łem się w Pistoi, ale ostat­nie sie­dem­set lat spę­dzi­łem w pie­kle.

Uśmiech zamarł na twa­rzy brata Freddy'ego, ale nie znik­nął. Freddy zer­k­nął w lewo, na Billy'ego Boba. Reży­ser roz­pacz­li­wie kre­ślił znak gwiazdy nad swoim ser­cem. Brat Freddy począt­kowo sądził, że to jakiś nie­znany mu reli­gijny sym­bol, ale w końcu uzmy­sło­wił sobie, że męż­czy­zna infor­muje go o wezwa­niu ochrony... a może nawet praw­dzi­wej poli­cji. Za ścianą świa­teł i kamer licząca pra­wie trzy­sta osób widow­nia prze­stała szep­tać, wier­cić się i dys­kret­nie kichać. Zapa­no­wała śmier­telna cisza.

- Aha. - Brat Freddy zachi­cho­tał. - Aha, rozu­miem, panie Fucci. W pew­nym sen­sie my wszy­scy, jako grzesz­nicy, spę­dzamy czas w pie­kle. Tylko dzięki miło­sier­dziu Jezusa możemy unik­nąć osta­tecz­nego pozo­sta­nia w tym miej­scu. Kiedy w końcu przy­jął pan Chry­stusa jako swo­jego Zba­wi­ciela?

Vanni Fucci uśmiech­nął się, poka­zu­jąc bar­dzo białe zęby odzna­cza­jące się na tle ciem­nej skóry.

- Ni­gdy tego nie zro­bi­łem - odrzekł. - Za moich cza­sów czło­wiek nie mógł zostać "zba­wiony", jak wy fun­da­men­ta­li­ści to nazy­wa­cie. Chrzczono nas w Kościele jako dzieci. Ale w mło­do­ści popeł­ni­łem pewien drobny błąd i pań­ski tak zwany Zba­wi­ciel posta­no­wił ska­zać mnie na wieczną nie­ludzką karę w siód­mej bol­gii ósmego kręgu pie­kła.

- No tak - mruk­nął brat Freddy. Popra­wił się na krze­śle i dał znak ope­ra­to­rowi pierw­szej kamery, by poka­zał zbli­że­nie na jego twarz. Zacze­kał, aż jego obli­cze wypełni ekran. - Pro­wa­dzimy miłą poga­wędkę z naszym gościem, panem Van­nim Fuc­cim, ale oba­wiam się, że musimy zro­bić krótką prze­rwę, by poka­zać pań­stwu obie­cane nagra­nie, na któ­rym brat Beau i ja świę­cimy nowy Święty Nadaj­nik, który zain­sta­lo­wa­li­śmy w zeszłym tygo­dniu w Ama­rillo. Beau?

Pod kadrem, gdzie nie mogła tego zoba­czyć widow­nia, brat Freddy kil­ka­krot­nie prze­su­nął prawą dło­nią w poprzek gar­dła. Billy Bob poki­wał głową, odwró­cił się w kie­runku reży­serki i powie­dział coś pośpiesz­nie do mikro­fonu.

- Nie - sprze­ci­wił się Vanni Fucci. - Kon­ty­nu­ujmy naszą roz­mowę.

Na moni­to­rach poka­zało się uję­cie całego planu. Cudowne Tro­jaczki wytrzesz­czały oczy, a pode­szwy ich butów wyglą­dały jak wykrzyk­niki. Pastor Bubba Deeters pod­niósł prawą rękę, jakby zamie­rzał podra­pać się po gło­wie, zer­k­nął na sta­lowy hak, który przy­po­mi­nał mu o woli bożej pod­czas jego służby w Wiet­na­mie, po czym opu­ścił rękę na sofę. Frank Flin­sey, spe­cja­li­sta od mediów, popa­trzył oszo­ło­miony na trzy kamery, na któ­rych nie świe­ciły się świa­tełka, a następ­nie na ekrany, które nie­wąt­pli­wie poka­zy­wały obraz ze stu­dia. Brat Freddy zamarł z dło­nią unie­sioną do gar­dła. Tylko Vanni Fucci spra­wiał wra­że­nie nie­wzru­szo­nego.

- Czy sądzi pan, że gdyby Dale zmarła przed Trig­ge­rem, Roy wła­śnie ją by wypchał i posta­wił w salo­nie?

- Eee? - wykrztu­sił brat Freddy. Podobne odgłosy wyda­wali sta­rusz­ko­wie przez sen.

- Tak tylko się zasta­na­wiam - cią­gnął Vanni Fucci. - A może woli pan, żebym opo­wie­dział coś jesz­cze o swoim losie?

Brat Freddy poki­wał głową. Kątem oka zoba­czył umun­du­ro­wa­nych ochro­nia­rzy, któ­rzy usi­ło­wali prze­do­stać się na scenę. Wyglą­dało na to, że ktoś opu­ścił nie­wi­doczną plek­si­gla­sową ścianę wokół kra­wę­dzi planu.

- Tak naprawdę nie byłem w pie­kle sie­dem­set lat, tylko sześć­set dzie­więć­dzie­siąt - powie­dział Vanni Fucci. - Ale wie pan, jak wolno mija czas w takiej sytu­acji. Jak w gabi­ne­cie den­ty­sty.

- Tak - odrzekł brat Freddy. Jego głos przy­po­mi­nał słaby pisk.

- Czy wie­dział pan, że jedna potę­piona dusza z każ­dej bol­gii może w cza­sie swo­jej wiecz­nej kaźni raz odwie­dzić świat śmier­tel­ni­ków? To przy­po­mina wasz ame­ry­kań­ski zwy­czaj, w ramach któ­rego umoż­li­wia­cie aresz­to­wa­nemu czło­wie­kowi wyko­na­nie jed­nego tele­fonu.

- Nie - odrzekł brat Freddy i odchrząk­nął. - Nie.

- Tak - potwier­dził Vanni Fucci. - Uwa­żam, że ma to na celu zaostrze­nie naszych cier­pień poprzez przy­po­mnie­nie nam o daw­nych roz­ko­szach. Coś w tym rodzaju. Tak naprawdę wolno nam powró­cić tylko na kwa­drans, więc nie jeste­śmy w sta­nie zaznać zbyt wiele przy­jem­no­ści, nie­praw­daż?

- Nie - odrzekł brat Freddy, zado­wo­lony, że jego głos odzy­skał nieco siły.

Ta poje­dyn­cza sylaba zabrzmiała mądrze, a zara­zem nieco kpiąco i pro­tek­cjo­nal­nie. Zasta­na­wiał się, z któ­rego biblij­nego wersu zrobi uży­tek, kiedy przyj­dzie pora na odzy­ska­nie kon­troli nad roz­mową.

- Ale nie w tym rzecz - cią­gnął Vanni Fucci. - Naj­waż­niej­sze, że wszyst­kie potę­pione dusze w siód­mej bol­gii ósmego kręgu jed­no­gło­śnie zagło­so­wały, abym poja­wił się w pań­skim pro­gra­mie. - Vanni Fucci nachy­lił się, a man­kiety jego koszuli ide­al­nie równo wysu­nęły się spod mary­narki, tak że złote spinki zabły­sły w świe­tle reflek­to­rów. - Wie pan, czym jest bol­gia?

- Eee... nie - odrzekł brat Freddy, lekko zbity z tropu. Już wybrał wers, ale w tej chwili jego uży­cie wyda­wało się nie­wła­ściwe. - Cho­ciaż... ow­szem. To tamta księżna czy hra­bina, która truła ludzi w śre­dnio­wie­czu.

Vanni Fucci nachy­lił się i wes­tchnął.

- Nie, to była Bor­gia. Bol­gia to słowo z mojej ojczy­stej mowy, które ozna­cza zara­zem "dół" i "sakiewkę". Ósmy krąg pie­kła składa się z dzie­się­ciu bol­gii wypeł­nio­nych gów­nem i grzesz­ni­kami.

Widow­nia prze­rwała mil­cze­nie. Nawet kame­rzy­ści gło­śno wcią­gnęli powie­trze. Brat Freddy zer­k­nął na ekrany i zamknął oczy, uświa­da­mia­jąc sobie, że jego Klub Śnia­da­niowy Alle­luja, naj­wy­żej noto­wany chrze­ści­jań­ski pro­gram na świe­cie, nie licząc nie­któ­rych odcin­ków Kru­cjaty Billy'ego Gra­hama, będzie pierw­szym pro­gramem w histo­rii TBN i CBN, w któ­rym na ante­nie użyto słowa "gówno". Już sobie wyobra­żał, co powie rada zarzą­dza­jąca. Fakt, że sied­mioro z jede­na­ściorga człon­ków rady było jego krew­nymi, wcale nie czy­nił sytu­acji łatwiej­szą.

- Niech pan posłu­cha... - zaczął sta­now­czo.

- Czy­tał pan Kome­dię? - spy­tał Vanni Fucci.

W jego oczach kryło się coś wię­cej niż złość i deter­mi­na­cja. Brat Freddy uznał, że ma do czy­nie­nia ze zbie­głym pacjen­tem szpi­tala psy­chia­trycz­nego.

- Kome­dię? - spy­tał, zasta­na­wia­jąc się, czy męż­czy­zna nie jest przy­pad­kiem obłą­ka­nym komi­kiem i to wszystko nie jest tylko żar­tem.

Kame­rzy­sta obró­cił się i wbił wzrok w obiek­tyw. Ekrany poka­zy­wały nie­ru­chome uję­cie Van­niego Fuc­ciego i brata Freddy'ego. Brat Billy Bob bie­gał od kamery do kamery, od czasu do czasu poty­ka­jąc się o kable i gwał­tow­nie się zatrzy­mu­jąc, gdy koń­czył mu się prze­wód od mikro­fonu, niczym jam­nik na krót­kiej smy­czy.

- Nazwał ją swoją Kome­dią - rzekł Vanni Fucci. - Póź­niej­sze poko­le­nia pochleb­ców dodały okre­śle­nie Boska. - Zmarsz­czył czoło, jak nie­cier­pliwy nauczy­ciel, który czeka na odpo­wiedź nie­zbyt bystrego ucznia.

- Przy­kro mi, ale nie... - zaczął brat Freddy.

Jeden z kame­rzy­stów roz­bie­rał swój sprzęt. Żadna z pozo­sta­łych kamer nie była skie­ro­wana w stronę planu. Obraz na ekra­nie się nie zmie­niał.

- Ali­ghieri? - pod­po­wie­dział Vanni Fucci. - Mały brudny flo­ren­tyń­czyk, który pożą­dał ośmio­latki? Który napi­sał jedną nada­jącą się do czy­ta­nia rzecz w całym swoim żało­snym życiu? - Odwró­cił się w stronę gości na sofie. - Daj­cie spo­kój, nikt z was nie czyta ksią­żek?

Pię­ciu chrze­ści­jan na sofie nieco się sku­liło.

- Dante! - wykrzyk­nął przy­stojny cudzo­zie­miec. - Dante Ali­ghieri. O co cho­dzi, pano­wie? Czy, żeby dołą­czyć do Klubu Fun­da­men­ta­li­stów, trzeba zosta­wić mózg przy drzwiach i wypchać czaszkę mama­łygą? Dante!

- Chwi­leczkę... - ode­zwał się brat Freddy, wsta­jąc z miej­sca.

- Za kogo pan się... - zaczął Frank Flin­sey i rów­nież się pod­niósł.

- Co to ma być... - rzekł Bubba Deeters, zry­wa­jąc się na nogi i wyma­chu­jąc hakiem.

- Ejże! Ejże! Ejże! - wykrzyk­nęły Cudowne Tro­jaczki, z tru­dem sta­wia­jąc stopy na pod­ło­dze.

- SIA­DAĆ. - To nie był ludzki głos. Chyba że znacz­nie wzmoc­niony.

Brat Freddy kie­dyś popeł­nił błąd i pod­czas jed­nej z Kru­cjat na świe­żym powie­trzu sta­nął przed ścianą trzy­dzie­stu olbrzy­mich gło­śni­ków, gdy dźwię­ko­wiec aku­rat prze­pro­wa­dzał próbę przy peł­nej gło­śno­ści. Teraz poczuł się podob­nie. Tylko gorzej. Brat Billy Bob i inni, któ­rzy mieli słu­chawki na uszach, zerwali je i padli na kolana. Kilka reflek­to­rów punk­to­wych na sufi­cie pękło. Widzo­wie odchy­lili się do tyłu jak jeden trzy­stu­głowy orga­nizm, jęk­nęli, a potem zapa­dła mię­dzy nimi cisza, któ­rej nie zakłó­cały nawet odde­chy. Brat Freddy i goście usie­dli.

- Ali­ghieri to zro­bił - ode­zwał się Vanni Fucci łagod­nym, kon­wer­sa­cyj­nym tonem. - To był men­talny karzeł o wyobraźni ćmy, ale doko­nał tego, ponie­waż nikt przed nim nawet nie pró­bo­wał.

- Co zro­bił? - zapy­tał brat Freddy, wpa­tru­jąc się z fascy­na­cją i prze­ra­że­niem w sza­leńca na welu­ro­wym fotelu obok jego biurka.

- Stwo­rzył pie­kło - odpo­wie­dział Vanni Fucci.

- Bzdura! - wykrzyk­nął pastor Frank Flin­sey, autor czter­na­stu ksią­żek o końcu świata. - Nasz Pan Jehowa stwo­rzył pie­kło, podob­nie jak wszystko inne.

- Czyżby? - odparł Vanni Fucci. - Gdzie jest tak napi­sane w tej mie­szance ple­mien­nych opo­wie­ści i szo­wi­ni­stycz­nych opi­nii, którą nazy­wa­cie Biblią?

Brat Freddy oba­wiał się, że zaraz dosta­nie zawału serca na pla­nie Klubu Śnia­da­nio­wego Alle­luja, oglą­da­nego na żywo w trzy­stu tysią­cach ame­ry­kań­skich domostw. Ale pomimo migo­ta­nia przed­sion­ków i krwi napły­wa­ją­cej do twa­rzy, szu­kał w myślach odpo­wied­niego biblij­nego wersu.

- Opo­wiem wam o pew­nym eks­pe­ry­men­cie, który prze­pro­wa­dzono w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym dru­gim roku na Uni­wer­sy­te­cie Paryż-Połu­dnie - cią­gnął Vanni Fucci. - Grupa fizy­ków kwan­to­wych pod kie­row­nic­twem Ala­ina Aspecta badała zacho­wa­nie dwóch foto­nów lecą­cych w prze­ciw­nych kie­run­kach ze swo­ich źró­deł świa­tła. Test potwier­dził teo­rię mecha­niki kwan­to­wej, zgod­nie z którą pomiar doko­nany na jed­nym foto­nie ma natych­mia­stowy wpływ na naturę innego fotonu. Fotony, pano­wie, podró­żują z pręd­ko­ścią świa­tła. Oczy­wi­ście żadna infor­ma­cja nie może zostać prze­ka­zana z więk­szą pręd­ko­ścią, a jed­nak zde­fi­nio­wa­nie natury jed­nego z foto­nów natych­mia­stowo zmie­niło naturę innego fotonu. Pły­nie z tego oczy­wi­sty wnio­sek, czyż nie?

- Tak? - odrzekł brat Freddy.

- Tak? - ode­zwała się piątka gości na sofie.

- Otóż to - przy­tak­nął Vanni Fucci. - To potwier­dza w świe­cie fizycz­nym coś, co w pie­kle wiemy już od dłuż­szego czasu. Rze­czy­wi­stość kształ­tuje pierw­szy wybitny umysł, który skupi się na jej zmie­rze­niu. Nowe kon­cep­cje two­rzą nowe prawa, a wszech­świat się dosto­so­wuje. New­ton stwo­rzył powszechne prawo gra­wi­ta­cji, a kosmos prze­kształ­cił się odpo­wied­nio do niego. Ein­stein zde­fi­nio­wał cza­so­prze­strzeń, a wszech­świat sam się zmo­der­ni­zo­wał, by pozo­stać w zgo­dzie z nową teo­rią. A Dante Ali­ghieri... ten neu­ro­tyczny mały gno­jek... stwo­rzył pierw­szą szcze­gó­łową mapę pie­kła, a wtedy ono zaczęło ist­nieć, by speł­nić ludz­kie ocze­ki­wa­nia.

- To absurd - wykrztu­sił brat Freddy, zapo­mi­na­jąc o kame­rach i widowni, o wszyst­kim poza nie­lo­gicz­nymi i bluź­nier­czymi sło­wami tego zwa­rio­wa­nego Wło­cha. - Gdyby to była... prawda, to świat... rze­czy... wszystko bez­u­stan­nie by się zmie­niało.

- Wła­śnie. - Vanni Fucci się uśmiech­nął. Miał nie­wiel­kie i bar­dzo ostre białe zęby.

- W takim razie... pie­kło także nie pozo­sta­wa­łoby takie samo - zauwa­żył brat Freddy. - Dante pisał dawno temu. Co naj­mniej trzy­sta albo czte­ry­sta lat...

- Umarł w tysiąc trzy­sta dwu­dzie­stym pierw­szym roku - uści­ślił Vanni Fucci.

- Tak... No cóż... A więc wła­śnie... - zakoń­czył brat Freddy.

Vanni Fucci pokrę­cił głową.

- Niczego nie rozu­mie­cie. Kiedy jakaś idea jest wystar­cza­jąco potężna i dosta­tecz­nie szcze­gó­łowa, by przede­fi­nio­wać wszech­świat, jest zara­zem nie­zwy­kle trwała. Pozo­staje, dopóki ktoś nie sfor­mu­łuje rów­nie sil­nego para­dyg­matu.... który zosta­nie powszech­nie przy­jęty zamiast niej. Na przy­kład wasz sta­ro­te­sta­men­towy Bóg prze­trwał tysiące lat, nim został aktyw­nie przede­fi­nio­wany przez bar­dziej cywi­li­zo­wane, choć nieco schi­zo­fre­niczne nowo­te­sta­men­towe bóstwo. Nawet ta now­sza i słab­sza wer­sja utrzy­mała się przez około tysiąca pię­ciu­set lat, zanim nie­mal cał­ko­wi­cie wyma­zała ją z ist­nie­nia współ­cze­sna nauka, która ma na nią silną aler­gię.

Brat Freddy był pewien, że za chwilę dosta­nie udaru.

- Ale komu chcia­łoby się przede­fi­nio­wać pie­kło? - spy­tał reto­rycz­nie Vanni Fucci. - Niemcy byli bli­sko w tym wieku, ale ich wizjo­ne­rów usu­nięto, zanim nowa kon­cep­cja zdą­żyła zako­rze­nić się w powszech­nej świa­do­mo­ści. Tak więc nic się nie zmie­nia. Pie­kło trwa, cho­ciaż nasze wieczne męki są rów­nie nie­po­trzebne jak mały palec u stopy czy wyro­stek robacz­kowy.

Brat Freddy zro­zu­miał, że może mieć do czy­nie­nia z demo­nem. Po nie­mal czter­dzie­stu latach gło­sze­nia kazań i nauk o demo­nach, szu­ka­nia ich ducho­wych śla­dów we wszyst­kim, od muzyki roc­ko­wej po ustawy Fede­ral­nej Komi­sji Łącz­no­ści, prze­strze­ga­nia przed ich obec­no­ścią w szko­łach, dzie­cię­cych zaba­wach czy sym­bo­lach na pudeł­kach z płat­kami śnia­da­nio­wymi i zara­bia­niu kroci na byciu jed­nym z naj­więk­szych spe­cja­li­stów od demo­no­lo­gii w kraju brat Freddy poczuł się tro­chę nie­pew­nie, gdy uświa­do­mił sobie, że sie­dzi metr od kogoś, kto może być opę­tany przez demona, a nawet być jed­nym z nich. Jak dotąd naj­bli­żej takiej sytu­acji zna­lazł się w towa­rzy­stwie żony pastora Jima Bak­kera, kazno­dziejki Tammy Faye, zanim wyszły na jaw skan­dale pary.

Brat Freddy kur­czowo zaci­snął lewą dłoń na Biblii i uniósł prawą rękę, wygi­na­jąc palce w szpony nad głową Van­niego Fuc­ciego.

- Wyrze­kam się cie­bie, sza­ta­nie! - wykrzyk­nął. - Wszyst­kie moce, zwierzch­no­ści i słu­dzy sza­tana... PRECZ z tego przy­bytku Boga! W imię JE-ZUSA roz­ka­zuję wam! W imię JE-ZUSA roz­ka­zuję wam!

- Och, zamknij się - odrzekł Vanni Fucci. Zer­k­nął na swój złoty zega­rek. - Zaraz przejdę do sedna czę­ści. Nie mam zbyt wiele czasu.

Włoch zaczął mówić, a brat Freddy począt­kowo nie zmie­niał swo­jej pozy, z unie­sioną ręką i Biblią w dłoni. Po minu­cie zmę­czyła mu się ręka, więc ją opu­ścił, ale nie prze­stał ści­skać Biblii.

- Popeł­ni­łem poli­tyczną zbrod­nię, ale ten krót­ko­widz Flo­ren­tine umie­ścił mnie w dole przy­go­to­wa­nym dla zło­dziei - opo­wia­dał Vanni Fucci. - Tak, tak, wiem, że nie macie poję­cia, o czym mówię. W tam­tych cza­sach poli­tyczne potyczki mię­dzy Czar­nymi, czyli nami, a tymi kun­dlami Bia­łymi były nie­zwy­kłe ważne... Dante poświę­cił im jedną trze­cią swo­jego prze­klę­tego Pie­kła... ale zdaję sobie sprawę, że dziś nikt nawet nie zna tych ugru­po­wań, tak jak za sie­dem­set lat nikt nie będzie pamię­tał o Repu­bli­ka­nach i Demo­kra­tach. W tysiąc dwie­ście dzie­więć­dzie­sią­tym trze­cim roku razem z dwójką przy­ja­ciół ukra­dli­śmy skarb San Jacopo z Duomo San Zeno, by sfi­nan­so­wać swoje poli­tyczne dzia­ła­nia. Doumo to był kościół. W skład skarbu wcho­dził pewien kie­lich. Ale nie tra­fi­łem do pie­kła Dan­tego z powodu poje­dyn­czej kra­dzieży, rów­nie pospo­li­tej jak obra­bo­wa­nie sklepu spo­żyw­czego w dzi­siej­szych cza­sach. Nie. Otrzy­ma­łem hono­rowe miej­sce w siód­mym dole ósmego kręgu pie­kła, ponie­waż popie­ra­łem Czar­nych, a Dante był zwo­len­ni­kiem Bia­łych. Ta nie­spra­wie­dli­wość wku­rza mnie do dzi­siaj.

Brat Freddy zamknął oczy.

- Można by pomy­śleć, że nurza­nie się przez wiecz­ność w dole wypeł­nio­nym merde i roz­pa­lo­nymi węglami wystar­czy, by zaspo­koić żądzę zemsty nawet naj­bar­dziej sady­stycz­nego bóstwa, ale to tylko począ­tek. - Vanni Fucci obró­cił się w stronę gości na sofie. - Przy­znaję, mam gorący tem­pe­ra­ment. Kiedy się wście­kam, poka­zuję Bogu figę.

Frank Flin­sey, pastor Deeters i Cudowne Tro­jaczki popa­trzyli na niego tępo.

- Figę - powtó­rzył Włoch.

Zaci­snął pięść, wysu­nął kciuk pomię­dzy pal­cem wska­zu­ją­cym i środ­ko­wym, po czym gwał­tow­nie poru­szył nim do przodu i do tyłu. Tłum wstrzy­mał oddech, więc sym­bol naj­wy­raź­niej był zro­zu­miały. Vanni Fucci ponow­nie obró­cił się do brata Freddy'ego.

- A kiedy to robię, wszy­scy zło­dzieje w pro­mie­niu stu metrów... czyli oczy­wi­ście wszy­scy w tym prze­klę­tym dole... zamie­niają się w gady...

- Gady? - wychry­piał brat Freddy.

- Płazy, hydry, smoki, węże i tak dalej - potwier­dził Vanni Fucci. - Ali­ghieri się nie pomy­lił. A potem, oczy­wi­ście, każdy z tych prze­klę­tych węży mnie ata­kuje, a ja staję w pło­mie­niach i roz­pa­dam się na kupę dymią­cych popio­łów i zwę­glo­nych kości...

Brat Freddy kiwał głową. Kątem oka widział sio­stry Donnę Lou i Betty Jo, które poma­gały trzem ochro­nia­rzom użyć krze­sła jako tarana prze­ciwko nie­wi­dzial­nej barie­rze, która nie pozwa­lała im wejść na plan. Bariera nie ustę­po­wała.

- Chcę powie­dzieć, że to nie jest przy­jemne... - dodał Vanni Fucci, nachy­la­jąc się.

Brat Freddy posta­no­wił, że kiedy to wszystko się skoń­czy, wybie­rze się na krót­kie waka­cje w swoim reli­gij­nym kuror­cie na Baha­mach.

- A jako że to jest pie­kło, te kawałki, kawałki mnie, nie umie­rają, tylko skła­dają się w całość... co jest naj­bar­dziej bole­sne... a potem, gdy już jestem kom­pletny, ta jawna nie­spra­wie­dli­wość dopro­wa­dza mnie do pasji i... cóż, może­cie się domy­ślić...

- Poka­zuje pan figę? - zgadł brat Freddy i zakrył usta dło­nią.

Vanni Fucci żało­śnie poki­wał głową.

- Nawet dwie - uści­ślił. - No i wszystko zaczyna się od nowa. - Popa­trzył pro­sto w obiek­tyw kamery numer jeden. - Ale nie to jest naj­gor­sze.

- Nie? - spy­tał brat Freddy.

- Nie? - zawtó­ro­wała mu piątka gości Klubu Śnia­da­nio­wego.

- Pie­kło pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mina park roz­rywki - cią­gnął Vanni Fucci. - Kie­row­nic­two stale stara się go uatrak­cyj­nić i zwięk­szyć sku­tecz­ność poszcze­gól­nych atrak­cji. Zgad­nie­cie, co od około dzie­się­ciu lat zapew­nia nam Wielki Straż­nik w Nie­bio­sach, by pogłę­bić nasze cier­pie­nia? - Głos Wło­cha stał się wyż­szy; męż­czy­zna wyraź­nie wpadł w gniew.

Brat Freddy i goście ener­gicz­nie pokrę­cili gło­wami.

- KLUB ŚNIA­DA­NIOWY ALLE­LUJA BRATA FREDDY'EGO! - wrza­snął Vanni Fucci i zerwał się na nogi. - OSIEM RAZY KAŻ­DEGO PRZE­KLĘ­TEGO DNIA. DZIE­WIĘĆ­DZIE­SIĘ­CIO­CA­LOWE EKRANY SYLVA­NIA ROZ­STA­WIONE CO OSIEM METRÓW W CAŁYM SIÓD­MYM DOLE!

Brat Freddy odsu­nął się ze swoim krze­słem, gdy ślina Van­niego Fuc­ciego zbry­zgała blat biurka.

- NO WIE­CIE... - ryk­nął Vanni Fucci, wbi­ja­jąc wzrok w jakiś punkt pod sufi­tem. - MOGĘ PRZEZ CAŁĄ WIECZ­NOŚĆ PŁO­NĄĆ W PIE­KLE I CO KILKA MINUT BYĆ ROZ­RY­WA­NYM NA STRZĘPY, ALE TO... TO... - Uniósł obie ręce.

- Nie! - krzyk­nął brat Freddy.

- Nie! - krzyk­nęli goście.

- TO NAPRAWDĘ MNIE WKU­RZA! - zawył Vanni Fucci i poka­zał Bogu figę. Dwu­krot­nie.

Wyda­rze­nia poto­czyły się bar­dzo szybko. Aby dokład­nie wszystko zoba­czyć, trzeba odtwo­rzyć taśmę w dużym zwol­nie­niu, a nawet wtedy można się pogu­bić.

Brat Freddy był pierw­szy. Pochy­lił się nad biur­kiem, jakby jakaś nie­wi­dzialna siła wyko­nała na nim chwyt Heim­li­cha, otwo­rzył usta, żeby krzyk­nąć, ale odkrył, że nie spo­sób tego zro­bić z trzema rzę­dami dłu­gich kłów, które się tam poja­wiły, a następ­nie bły­ska­wicz­nie pokrył się łuskami i wyrósł mu ogon. Meta­mor­foza była tak szybka, a ruchy jego ciała po prze­mia­nie tak gwał­towne, że nikt nie jest w sta­nie stwier­dzić tego z całą pew­no­ścią, ale więk­szość obser­wa­to­rów zga­dza się, że brat Freddy przez krótką chwilę wyglą­dał jak połą­cze­nie olbrzy­miej żaby z poma­rań­czo­wym pyto­nem, zanim jed­nym ruchem potęż­nego ogona prze­sko­czył biurko i owi­nął się wokół Van­niego Fuc­ciego, od kro­cza aż do gar­dła.

Frank Flin­sey zmie­nił się w coś zgoła innego; w ciągu nie­ca­łej sekundy pod­sta­rzały spe­cja­li­sta od Arma­ge­donu prze­kształ­cił się w coś w rodzaju sze­ścio­rę­kiej kijanki z kol­cem na ogo­nie rodem z Obcego. Stwór użył ogona, by prze­drzeć się przez dywan, pod­łogę, sofę i welur do bez­rad­nego Van­niego Fuc­ciego, dołą­cza­jąc do ataku pytona-Freddy'ego.

Prze­miana Bubby Deetersa nie wzbu­dzała żad­nych wąt­pli­wo­ści: uliczny kazno­dzieja, który odna­lazł Boga w oko­pie, roz­pły­nął się niczym jed­no­dniowy grzyb, a następ­nie odro­dził jako pokryty zie­lo­nymi paskami wąż z gło­wami na obu koń­cach i popełzł w stronę Van­niego Fuc­ciego, by rów­nież wziąć udział w ataku.

Cudowne Tro­jaczki w jed­nej chwili zmie­niły się w ośli­zgłe smu­kłe istoty, które wystrze­liły w powie­trze i wbiły się głę­boko w ciało Fuc­ciego. Uczeni są prze­ko­nani, że były to jedne z istot opi­sa­nych przez Dan­tego, lecz więk­szość osób obec­nie oglą­da­ją­cych nagra­nie nazywa je "glu­to­wymi rakie­tami".

Pod­czas gdy te wszyst­kie stwory opa­dły Van­niego kłę­biącą się, kąsa­jącą masą, na pla­nie działy się też inne cie­kawe rze­czy.

Kiedy brat Billy Bob zało­żył słu­chawki, zmie­nił się w coś, co pobli­ski kame­rzy­sta opi­sał jako "pię­cio­me­tro­wego trę­do­wa­tego węża". Drugi kame­rzy­sta, póź­niej zwol­niony przez Naro­dzo­nych na Nowo, stwier­dził, że nie zauwa­żył "żad­nej zmiany w Bil­lym Bobie, ponie­waż wszy­scy kie­row­nicy wyglą­dają tak samo".

Sio­stry Donna Lou i Betty Jo padły na pod­łogę i po chwili wpeł­zły na plan jako dwa ogromne różowe robaki. Wiele napi­sano o fal­licz­nym sym­bo­li­zmie tych prze­mian, ale trzej straż­nicy nie dostrze­gli iro­nii sytu­acji i, ostrze­law­szy robaki ze służ­bo­wych rewol­we­rów, rzu­cili się do ucieczki.

Widow­nia rów­nież nie była bez­pieczna. Vanni Fucci powie­dział, że meta­mor­foza zazwy­czaj dotyka wszyst­kich zło­dziei w pro­mie­niu dwu­stu metrów od jego bluź­nier­stwa. Z trzy­stu dzie­więt­na­stu człon­ków widowni dwu­stu dwu­dzie­stu sze­ściu nie dało się odna­leźć następ­nego ranka. Salę wypeł­niły wrza­ski tych, któ­rzy pozo­stali w ludz­kiej postaci i zoba­czyli, jak ich mężo­wie, żony, teścio­wie czy sie­dzący obok nie­zna­jomi w mgnie­niu oka zmie­niają się w węże, zębate kijanki, bez­no­gie ropu­chy, olbrzy­mie legwany, boa dusi­ciele o czte­rech łapach i inne płazy, hydry, smoki i węże. Bada­nie prze­pro­wa­dzone mie­siąc póź­niej na Uni­ver­sity of Ala­bama wyka­zało, że więk­szość prze­mie­nio­nych zło­dziei pra­co­wała w han­dlu, ale byli wśród nich także praw­nicy (8), poli­tycy (3), pasto­rzy (31), psy­chia­trzy (1), kie­row­nicy ds. reklamy (2), sędzio­wie (4), leka­rze (4), gieł­dowi bro­ke­rzy (12), wła­ści­ciele nie­ru­cho­mo­ści (7), księ­gowi (3) oraz pewien zło­dziej samo­cho­dów (1), który skrył się pośród widzów, by uciec przez patro­lem poli­cjan­tów z Ala­bamy (2).

W ciągu nie­ca­łej sekundy Vanni Fucci zna­lazł się w środku kłę­bo­wi­ska łusek i kłów wszel­kiej maści gadów. Włoch usi­ło­wał uwol­nić ręce, by ponow­nie poka­zać figę.

Brat Freddy zato­pił swoje żabio-pyto­nowe kły głę­boko w gar­dle Van­niego, a bluź­nierca sta­nął w pło­mie­niach.

Stu­dio wypeł­nił smród siarki, tak ostry, że tysiące widzów przed tele­wi­zo­rami póź­niej zakli­nało się, że poczuło go w domu.

Kłę­bo­wi­sko gadów buch­nęło ogniem razem z Van­nim Fuc­cim, zni­ka­jąc w przy­po­mi­na­ją­cym dzia­ła­nie napalmu poma­rań­czowo-zie­lo­nym roz­bły­sku, który pozo­sta­wił na lam­pach ana­li­zu­ją­cych kolo­ro­wych skom­pu­te­ry­zo­wa­nych kamer czter­dzie­sto­se­kun­dowy powi­dok.

Klub Śnia­da­niowy Alle­luja nagle opu­sto­szał, nie licząc pło­ną­cych resz­tek sofy, biurka i welu­ro­wego fotela. Włą­czyły się spry­ski­wa­cze na sufi­cie, a "okno wyku­szowe" wybu­chło przy wtó­rze desz­czu iskier i szkła. Wschód słońca nie prze­trwał.

Póź­niej tego wie­czoru nagra­nie z wyda­rzeń w stu­diu poka­zy­wane w Nigh­tline cie­szyło się sześć­dzie­się­cio­pro­cen­tową oglą­dal­no­ścią. Pod­czas tego samego pro­gramu dr Carl Sagan poin­for­mo­wał pre­zen­tera Teda Kop­pela, że cały incy­dent ma natu­ralne wytłu­ma­cze­nie.

Tam­tego tygo­dnia Klub Śnia­da­niowy Alle­luja brata Freddy'ego otrzy­mał ofiary o łącz­nej war­to­ści 23267894 dola­rów i 79 cen­tów.

Nie licząc nie­któ­rych Kru­cjat Billy'ego Gra­hama, był to nowy tygo­dniowy rekord.

Wstęp do "Koszmaru za sprawą bujającej się kołyski"

Oto kolejna opo­wieść o tele­wi­zyj­nych kazno­dzie­jach.

Zacze­kaj­cie! Nim zamknie­cie książkę i stwier­dzi­cie, że nie znam innych spo­so­bów na dobrą zabawę poza ata­ko­wa­niem tego kon­kret­nego gatunku bez­rad­nych roba­ków, pozwól­cie, że wyja­śnię.

Jakiś czas temu uznany pisarz Edward Bry­ant zapro­po­no­wał mi pewien pro­jekt. Oka­zało się, że jedno z cza­so­pism z Kolo­rado potrze­bo­wało czte­rech opo­wia­dań do bożo­na­ro­dze­nio­wego wyda­nia. Tym cza­so­pismem był... no cóż... kata­log komik­sów. Ale naprawdę dobry kata­log komik­sów. Prawdę mówiąc, był czymś znacz­nie wię­cej, ponie­waż na jego łamach uka­zy­wały się recen­zje ksią­żek pisane przez Eda oraz recen­zje fil­mów, za które odpo­wia­dała zna­jąca się na rze­czy kry­tyczka Leanne C. Har­per.

W każ­dym razie czworo auto­rów miało dostar­czyć świą­teczne opo­wia­da­nia, a Ed zamie­rzał napi­sać tekst spi­na­jący je klamrą. (To zawsze trudne zada­nie). Nie narzu­cono nam żad­nych ogra­ni­czeń - nie licząc dłu­go­ści tek­stu oraz tego, że opo­wia­da­nie miało trak­to­wać o Bożym Naro­dze­niu i musiał się w nim poja­wić motyw "prze­oczo­nego pre­zentu". Pozo­sta­łymi pisa­rzami byli człon­ko­wie tak zwa­nej mafii z Kolo­rado - Steve Rasnic Tem, Con­nie Wil­lis i Cyn­thia Felice. Cyn­thia od razu poin­for­mo­wała, że jej opo­wia­da­nie będzie "wesołe", więc pozo­stali mogli wró­cić do swo­ich krypt i wyzwo­lić wszel­kie moż­liwe demony.

Jak można się było spo­dzie­wać, efek­tem tego pro­jektu był typowo bły­sko­tliwy, sub­telny i zapa­da­jący w pamięć tekst Wil­lis, poru­sza­jąca i nie­po­ko­jąca opo­wieść w nie­moż­li­wym do pod­ro­bie­nia stylu Steve'a Tema, moje opo­wia­da­nie, które zostało tutaj prze­dru­ko­wane, oraz inte­li­gentna histo­ria autor­stwa Eda Bry­anta, który jakimś cudem zdo­łał powią­zać ze sobą nasze cał­ko­wi­cie odmienne dzieła. Jed­nakże Cyn­thia Felice z powodu innych zobo­wią­zań musiała wyco­fać się z pro­jektu, przez co otrzy­ma­li­śmy trzy tak nie­wia­ry­god­nie mroczne opo­wie­ści, że czy­tel­nicy w tam­tym roku zapewne popro­sili Świę­tego Miko­łaja o brzy­twę lub kap­sułkę z cyjan­kiem.

Wydawca kata­logu komik­sów podobno doznał szoku, gdy prze­czy­tał pierw­sze opo­wia­da­nia, jakie poja­wiły się na łamach jego pisma, zaczął wiro­wać i odbi­jać się od ścian niczym lalka imi­tu­jąca Lindę Blair, a leki psy­cho­tro­powe uspo­ko­iły go dopiero po Nowym Roku.

Tak naprawdę, pisząc to opo­wia­da­nie, pozwo­li­łem sobie na kilka her­me­tycz­nych żar­tów, mię­dzy innymi z mojego wydawcy, a także z pew­nego redak­tora, o któ­rym w isto­cie mam bar­dzo wyso­kie mnie­ma­nie. Co mi tam, pomy­śla­łem. Kto będzie czy­tał jakiś kata­log komik­sów?

Oka­zało się, że wszy­scy go prze­czy­tali. Co wię­cej, wszyst­kie trzy opo­wia­da­nia wkrótce uka­zały się na łamach maga­zynu "Asi­mov's Science Ffic­tion", dzięki czemu obrzy­dziły ludziom także następne święta. A jakby tego było mało, Bry­ant w ramach bożo­na­ro­dze­nio­wego pre­zentu wysłał egzem­pla­rze wszyst­kim swoim zna­jo­mym, czyli wszyst­kim ludziom w branży wydaw­ni­czej, a może nawet w zna­nym wszech­świe­cie.

Wkrótce zyska­łem repu­ta­cję czło­wieka, który "zło­żył Boże Naro­dze­nie w ofie­rze za pomocą myśliw­skiego noża". W porów­na­niu z Sim­mon­sem Grinch i Scro­oge byli jak elfy Świę­tego Miko­łaja.

To nic, że zapew­niam każ­dego, iż Boże Naro­dze­nie jest moim dru­gim ulu­bio­nym świę­tem (oczy­wi­ście po Hal­lo­ween), w każdą Wigi­lię razem z moją żoną Karen i naszą córeczką wspi­namy się na pobli­skie ośnie­żone wzgó­rze, by wypa­try­wać zaprzęgu Świę­tego Miko­łaja, a w pią­tej kla­sie gra­łem w szkol­nej ope­retce Billy'ego Sie­rotę, który tak naprawdę był małym Jezu­sem w prze­bra­niu...

W niczym mi to nie pomaga.

Ale zasta­nów­cie się przez chwilę: kiedy w końcu Wielki Błąd sta­nie się fak­tem i jakiś kom­pu­ter wci­śnie guzik, odkor­kuje Osta­teczny Deter­gent i wszyst­kich nas wyczy­ści, gdy gro­ma­dzona przez czter­dzie­ści lat broń zosta­nie odpa­lona, ponie­waż ktoś będzie cie­kaw, czy rze­czy­wi­ście działa, kiedy roz­wieją się ato­mowe grzyby, a zima nukle­arna zła­god­nieje do nukle­ar­nej wio­sny... zadaj­cie sobie pyta­nie: jaka insty­tu­cja w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Ame­ryki może prze­trwać ude­rze­nie buta dep­czą­cego mro­wi­sko? Kto dys­po­nuje sate­li­tami, które prze­ka­zują trans­mi­sje do naszych domów i spo­łecz­no­ści, i tylko cze­kają, by prze­słać szept Przy­wódcy pośród nukle­ar­nej nocy? Kto ma miliony zwo­len­ni­ków... i to takich, któ­rzy już znają smak fana­ty­zmu, posłu­szeń­stwa i rado­snej agre­sji nie­zbęd­nej do wcie­le­nia w życie Pro­gramu, pod­czas gdy pozo­stali będą wyko­py­wać się spod gru­zów?

Już zna­cie odpo­wiedź?

Zrób miej­sce, Wal­te­rze F. Mil­le­rze.

O tak - oto ostatni przy­pis dla przy­szłych bio­gra­fów i biblio­gra­fów: bar­dziej prze­ni­kliwi z was mogą zauwa­żyć, że w tym opo­wia­da­niu, podob­nie jak we wszyst­kich moich opo­wia­da­niach i powie­ściach, poja­wiają się zachłanni, małost­kowi, nie­uczciwi i nie­au­ten­tyczni tele­wi­zyjni pasto­rzy, a ośrod­kiem ich sieci zawsze jest Dothan w Ala­ba­mie. Nie­któ­rzy z was mogą zapy­tać: "Jakie strasz­liwe, trau­ma­tyczne wyda­rze­nie, jaki mroczny, zapo­mniany, a może nie­na­da­jący się do opi­sa­nia incy­dent miał miej­sce w Dotham w Ala­ba­mie, że ta zacna spo­łecz­ność zasłu­żyła na taką plamę na hono­rze?".

Cóż, nie dowie­cie się tego ode mnie.

Koszmar za sprawą bujającej się kołyski

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob przy­niósł Słowo nowo­jor­czy­kom w przed­dzień Wigi­lii Bożego Naro­dze­nia, gdy popły­nął swoim dłu­gim kanoe na wschód wzdłuż Czter­dzie­stej Dru­giej Ulicy, a następ­nie na pół­noc, pod prąd Piątą Aleją, mija­jąc miej­sce, w któ­rym dach publicz­nej biblio­teki lśnił zie­lono pod powierzch­nią ciem­nie­ją­cych wód. To był chłodny, ale spo­kojny wie­czór. Zacho­dzące słońce było czer­wone i piękne - jak pod­czas każ­dego zachodu słońca w ciągu dwu­dzie­stu pię­ciu lat, które upły­nęły od Wiel­kiej Pomyłki roku 98 - a ludzie roz­pa­lili ogni­ska na licz­nych pozio­mach i szczy­tach znisz­czo­nych wież, ster­czą­cych z ciem­nego morza niczym wypa­lone pnie cypry­sów, jakie brat widy­wał na bagnach w dzie­ciń­stwie.

Brat ostroż­nie wio­sło­wał, zda­jąc sobie sprawę z tego, jak trudno jest zapa­no­wać nad dłu­gim kanoe, a także z tego, że prze­wozi cenny ładu­nek i poko­nał z nim już szmat drogi. Za nim, na poprzecz­nej ławie wio­ślar­skiej, spo­czy­wało Święte Naczy­nie, podobne do potęż­nego garnka, które wzno­siło ku pło­ną­cemu niebu Boże Ucho, jakby już łapało pierw­sze ema­na­cje Świę­tego Nadaj­nika, który brat Jimmy-Joe Billy-Bob zosta­wił w Dothan w Ala­ba­mie przed czter­na­stoma mie­sią­cami. Za Świę­tym Naczy­niem stała skrzy­nia miesz­cząca Święty Ekran, a za nim, owi­nięty folią, znaj­do­wał się Rower Pana. Gene­ra­tor Cole­mana umiesz­czono nie­da­leko dziobu, gdzie czę­ściowo prze­sła­niał bratu widok, ale rów­no­wa­żył cię­żar świę­tych relik­tów na rufie.

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob powio­sło­wał na pół­noc obok poro­śnię­tych roślin­no­ścią pozo­sta­ło­ści Roc­ke­fel­ler Cen­ter oraz poszar­pa­nej iglicy Kate­dry Świę­tego Patryka. W tej czę­ści Zatoki Obrzeż­nej znaj­do­wało się kil­ka­dzie­siąt zamiesz­ka­nych wież i w zaro­śnię­tych, zardze­wia­łych ruinach w górze migo­tały setki ognisk, ale brat je zigno­ro­wał i wytrwale pły­nął na pół­noc ku Pią­tej Alei numer 666.

Budy­nek wciąż stał - przy­naj­mniej trzy­dzie­ści pięć pię­ter, z czego dwa­dzie­ścia osiem pozo­sta­wało nad powierzch­nią wody - i brat zosta­wił dłu­gie kanoe u jego pod­stawy. Wstał - sta­ran­nie utrzy­mu­jąc rów­no­wagę i prze­su­wa­jąc na ple­cach pół­au­to­ma­tyczny kara­bin Hec­kler&Koch HK 91, będący na wypo­sa­że­niu Chrze­ści­jań­skiej Sieci Prze­trwa­nia - a następ­nie pod­niósł wysoko puste dło­nie. Skryte w cie­niu postaci patrzyły na niego przez dziury w ciem­nym szkle. Gdzieś zapła­kało nie­mowlę, które szybko uci­szono.

- Przy­no­szę dobrą nowinę o zmar­twych­wsta­niu Chry­stusa! - zawo­łał brat Jimmy-Joe Billy-Bob. Jego głos odbił się echem od wody i stali. - Dobrą nowinę o zbli­ża­ją­cym się Zba­wie­niu od smutku i nie­szczę­ścia!

Przez chwilę pano­wała cisza, aż wresz­cie ktoś zawo­łał:

- Kogo szu­kasz?!

- Szu­kam naj­star­szego Klanu. Tego z naj­po­tęż­niej­szym tote­mem, aby prze­ka­zać mu dary oraz Słowo Pań­skie od Praw­dzi­wego Kościoła Chry­stusa Uko­iciela.

Echa gło­sów roz­brzmie­wały przez kilka sekund, potem znów zapa­dła długa cisza. W końcu gdzieś w górze ode­zwała się jakaś kobieta.

- To nasz Klan Czer­wo­nej Ban­tamki. Witaj, nie­zna­jomy, i wiedz, że my już mamy tutaj Słowo Boże. Dołącz do nas. Sko­rzy­staj z naszego ognia i weź udział w przy­go­to­wa­niach do Świę­tego Dnia.

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob poki­wał głową i przy­wią­zał kanoe do zardze­wia­łego dźwi­gara. Duch Święty jesz­cze do niego nie prze­mó­wił. Nie wie­dział, w jaki spo­sób zosta­nie przy­go­to­wana Droga. Ale wie­dział, że w ciągu czter­dzie­stu ośmiu godzin będą gotowi go zamor­do­wać albo czcić. Nie zamie­rzał pozwo­lić ani na jedno, ani na dru­gie.

***

Przez całą Wigi­lię tru­dzili się, by wnieść dar Świę­tego Tale­rza na dach. Klatki scho­dowe były zbyt wąskie, a szyby wind zbyt zagra­cone dra­bin­kami lino­wymi, wycią­gami krąż­ko­wymi, koszami i pną­czami. Brat nad­zo­ro­wał roz­miesz­cze­nie blo­ków, które miały pod­nieść Talerz na wyso­kość sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu metrów, na sam szczyt budynku. Trzy ciągi scho­dów ponad zamiesz­ka­nym dwu­dzie­stym pią­tym pię­trem były nie­bez­pieczne nawet dla żyją­cych na urwi­skach człon­ków Klanu Czer­wo­nej Ban­tamki. Brat nale­gał, by uprząt­nęli zagra­cone schody.

- Będziemy czę­sto tędy cho­dzić, gdy Święty Nadaj­nik już połą­czy was ze Sło­wem - rzekł. - Podob­nie jak inne klany z Han­dlo­wej Ligi Obrzeża. Trzeba się posta­rać, by zarówno naj­młodsi, jak i naj­starsi mogli bez trudu się wspi­nać.

Stara McCarty, pomarsz­czona matrona Klanu Czer­wo­nej Ban­tamki, wzru­szyła ramio­nami i pole­ciła gru­pie kobiet, by zajęły się naprawą scho­dów, pod­czas gdy męż­czyźni będą pod­no­sić Święty Talerz.

Nim zachód słońca poma­lo­wał niebo na czer­wono, wszystko zna­la­zło się na swoim miej­scu: Święty Talerz mocno tkwił na szczy­cie naj­wyż­szej czę­ści dachu, Boże Ucho zostało wyce­lo­wane w takim stop­niu dokład­nie, na jaki pozwa­lały umie­jęt­no­ści brata oraz jego zardze­wiały sek­stans, ołtarz z lami­natu sta­nął pod Tale­rzem, a prze­wody prze­cią­gnięto aż do pokoju wspól­nego na dwu­dzie­stym pią­tym pię­trze. Tam usta­wiono gene­ra­tor, a naj­sil­niejsi spo­śród myśli­wych klanu zostali wyzna­czeni, by na zmianę krę­cić peda­łami Roweru Pana pod­czas poran­nego nabo­żeń­stwa.

Tara, pię­cio­latka o elfiej buzi, pocią­gnęła brata za połę płasz­cza, gdy odsta­wiał pla­sti­kowe wia­dra.

- Jest już pra­wie ciemno - powie­działa. - Pój­dziesz z nami obej­rzeć drzewko i otwo­rzyć pre­zenty?

- Tak - odrzekł Jimmy-Joe Billy-Bob. Zer­k­nął na czer­woną ban­tamkę wyta­tu­owaną na grzbie­cie dłoni dziecka. - I wygło­szę kaza­nie.

***

Pomiesz­cze­nie było bar­dzo duże, ściany zna­czyła sadza z ognisk, a prze­gniłą wykła­dzinę zakryto ple­cio­nymi matami. Sie­dem­na­ścioro człon­ków Klanu Czer­wo­nej Ban­tamki zgro­ma­dziło się wokół Świę­tego Ekranu i nie­wiel­kiej alu­mi­nio­wej cho­inki nie­da­leko pale­ni­ska. Jarzyły się świece. Wycięta przez dziecko papie­rowa gwiazda zdo­biła szczyt drzewka. Brat popa­trzył na nie­wiel­kie sku­pi­sko nie­chluj­nie zapa­ko­wa­nych pre­zen­tów pod cho­inką i zamknął oczy. Stara McCarty odchrząk­nęła. Malutka ban­tamka wyta­tu­owana na jej czole lśniła czer­wono w bla­sku świec.

- Uko­chany Kla­nie - zaczęła. - Mamy w zwy­czaju dzię­ko­wać Bogu w ten naj­bar­dziej święty z wie­czo­rów, a następ­nie otwie­rać pre­zenty, które przy­niósł Święty Miko­łaj. Ale w tym roku przy­był do nas nasz brat z Praw­dzi­wego Kościoła w Dothan... - Prze­łknęła ślinę, jakby poczuła w ustach coś gorz­kiego. - Który teraz opo­wie nam o jutrzej­szej uro­czy­sto­ści i prze­czyta Słowo Boże.

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob wyszedł na otwartą prze­strzeń przed cho­inką i oparł HK 91 o stół w zasięgu ręki. Wyjął z ple­caka zużytą Biblię i poło­żył ją na szczy­cie Świę­tego Ekranu.

- Bra­cia i sio­stry w Chry­stu­sie - powie­dział. - Jutro rano, kiedy wzej­dzie słońce i Droga zosta­nie oczysz­czona, Święty Nadaj­nik rzuci swoje świa­tło w ciem­ność i ponow­nie usły­szy­cie Słowo, dzięki czemu sta­nie­cie się czę­ścią Praw­dzi­wego Kościoła Jezusa Chry­stusa Uko­iciela. Moja wędrówka do was nie była łatwa. Nie­przy­ja­ciel nie próż­no­wał. Pię­ciu z moich Braci w Chry­stu­sie umarło, bym mógł tutaj dotrzeć. - Zamilkł i popa­trzył na twa­rze przed sobą. Stara McCarty marsz­czyła czoło, męż­czyźni spra­wiali wra­że­nie zain­te­re­so­wa­nych albo cał­ko­wi­cie obo­jęt­nych, a wiele kobiet i dzieci przy­glą­dało mu się z podzi­wem gra­ni­czą­cym z czcią. - Nastał czas dłu­giej i cięż­kiej próby - cią­gnął brat. - Ale z tego wybra­nego miej­sca znów popły­nie Praw­dziwe Słowo, które nasz Zba­wi­ciel prze­ka­zał światu przez ośmiu Ewan­ge­li­stów, i dotrze do każ­dego krańca tej ziemi. - Znów zamilkł i popa­trzył na twa­rze oświe­tlone bla­skiem świec. Nie­które dzieci zer­kały na pre­zenty. - Posłu­chaj­cie, co napi­sano - rzekł i otwo­rzył Biblię. - Apo­ka­lipsa świę­tego Jana, roz­dział trzy­na­sty, wersy od szes­na­stego do osiem­na­stego: "I spra­wia, że wszy­scy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i nie­wol­nicy otrzy­mują zna­mię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ni sprze­dać, kto nie ma zna­mie­nia - imie­nia Bestii lub liczby jej imie­nia. Tu jest potrzebna mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii prze­li­czy: liczba to bowiem czło­wieka. A liczba jego: sześć­set sześć­dzie­siąt sześć".

Wśród ludzi zapa­no­wało poru­sze­nie. Brat prze­wró­cił kartkę i ponow­nie zaczął mówić, nie zer­ka­jąc na tekst.

- Apo­ka­lipsa Świę­tego Jana, roz­dział czter­na­sty, wersy od dzie­wią­tego do jede­na­stego: "Jeśli kto wielbi Bestię, i obraz jej, i bie­rze sobie jej zna­mię na czoło lub rękę, ten rów­nież będzie pić wino zapal­czy­wo­ści Boga, przy­go­to­wane, nie­roz­cień­czone, w kie­li­chu Jego gniewu; i będzie kato­wany ogniem i siarką wobec świę­tych anio­łów i wobec Baranka. A dym ich katu­szy na wieki wie­ków się wznosi i nie mają spo­czynku we dnie i w nocy czci­ciele Bestii i jej obrazu, i ten, kto bie­rze zna­mię jej imie­nia".

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob zamknął oczy i uśmiech­nął się.

- Ale czy­tam wam także z Ewan­ge­lii według Świę­tego Jana, roz­dział trzeci, wersy sie­dem­na­sty i osiem­na­sty: "Albo­wiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potę­pił, ale po to, by świat został przez Niego zba­wiony. Kto wie­rzy w Niego, nie pod­lega potę­pie­niu". - Otwo­rzył oczy. - Amen.

- Amen - odpo­wie­działa stara McCarty. - Sprawdźmy, co w tym roku przy­niósł nam Miko­łaj.

***

Ludzie znów zaczęli śmiać się i roz­ma­wiać. Tara przy­tu­liła się do brata, a cały Klan zgro­ma­dził się wokół cho­inki.

- Oba­wiam się, że nie dosta­niesz pre­zentu - powie­działa ze łzami w oczach. - Miko­łaj przy­niósł pre­zenty w drugą nie­dzielę Adwentu. Chyba nie wie­dział, że do nas przyj­dziesz.

- Nic nie szko­dzi - odrzekł brat. - Cho­inka i pre­zenty to pogań­skie zwy­czaje. Święty Miko­łaj nie ist­nieje.

Dziew­czynka zamru­gała, ale wtedy jej dzie­wię­cio­letni bra­ci­szek, Sear, wtrą­cił się do roz­mowy.

- On ma rację, Tarie. Wujek Lou i myśliwi zdo­by­wają pre­zenty pod­czas listo­pa­do­wej wyprawy do maga­zynu. Potem ukry­wają je na dwu­dzie­stym siód­mym pię­trze. Sam widzia­łem.

Tara znów zamru­gała.

- Święty Miko­łaj przy­niósł mi tę lalkę - powie­działa cicho. - Cza­sami wraca w Wigi­lię, żeby przy­nieść owoce w pusz­kach. Może wtedy będzie miał coś dla cie­bie. Do tego czasu możesz bawić się moją lalką, jeśli chcesz.

Brat pokrę­cił głową.

- Popa­trz­cie! - wykrzyk­nął Sean. - Pod cho­inką jest dodat­kowy pre­zent. - Wgra­mo­lił się pod drzewko i wycią­gnął spod niego pudełko owi­nięte nie­bie­skim papie­rem. - Ktoś na pewno zapo­mniał, że wujek Henry zmarł w zeszłym mie­siącu, i zosta­wił to dla niego.

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob już chciał odło­żyć paku­nek na miej­sce, ale wtedy Duch Święty prze­mó­wił do niego i męż­czy­zna zaczął gwał­tow­nie dygo­tać. Wśród ludzi zapa­no­wała cisza i cały Klan patrzył, jak brat się uspo­kaja, zrywa papier, wyj­muje z pudełka skó­rzaną pochwę i wysuwa z niej dłu­gie ostrze lśniące w świe­tle.

- Jejku! - wes­tchnął Sean. Wyjął pożół­kłą ulotkę z pudełka i prze­czy­tał na głos: - "Gra­tu­la­cje. Jesteś teraz dum­nym posia­da­czem noża woj­sko­wego LINAL M-dwa­dzie­ścia wypro­du­ko­wa­nego dla Chrze­ści­jań­skiej Sieci Prze­trwa­nia. Każdy egzem­plarz ma impo­nu­jące trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trowe ostrze, a zara­zem jest tak dosko­nale wywa­żony, że pod­czas cięć i pchnięć sta­nowi przed... prze­dłu­że­nie two­jej dłoni. Ostrze LINAL M-dwa­dzie­ścia wyko­nano w cało­ści z nie­rdzew­nej stali mo... mole­ku­lar­nej i jest ono wystar­cza­jąco twarde, by prze­ciąć drewno albo strza­skać kość. W głow... gło­wicy two­jego noża znaj­duje się kom­pas RX-trzy­sta sześć­dzie­siąt o pły­wa­ją­cej igle. Po odkrę­ce­niu kom­pasu znaj­dziesz kom­pletny zestaw prze­trwa­nia, w któ­rego skład wcho­dzą mię­dzy innymi pudełko wodo­od­por­nych zapa­łek, sześć haczy­ków węd­kar­skich, cię­żarki, nylo­nowa żyłka, igła i nitka, osiem­na­sto­ca­lowa piła linowa, którą można ściąć nie­wiel­kie drzewo, a także, oczy­wi­ście, egzem­plarz minia­tu­ro­wego wyda­nia Biblii". - Chło­piec pokrę­cił głową i wypu­ścił powie­trze. - Jejku - powtó­rzył.

Stara McCarty także pokrę­ciła głową i popa­trzyła na Lou, naj­star­szego z myśli­wych.

- Nie pamię­tam, by coś takiego znaj­do­wało się w ładunku przy­nie­sio­nym z maga­zynu - ode­zwała się ostro.

Myśliwy wzru­szył ramio­nami i nic nie odpo­wie­dział.

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob scho­wał nóż do pochwy, a tę zatknął za pasek. Słu­chał cich­ną­cych szep­tów Ducha Świę­tego. Uśmiech­nął się do grupy.

- Pójdę na dach, żeby przy­go­to­wać Drogę - powie­dział łagod­nie. - Rano zbie­rzemy się, by wysłu­chać Słowa.

Kiedy się odwró­cił, poczuł, że drobna dłoń Tary szar­pie go za nogawkę.

- Uło­żysz nas naj­pierw do snu? - spy­tała dziew­czynka.

Brat zer­k­nął na Ritę, matkę małej. Młoda kobieta wzięła dzieci za ręce i nie­śmiało poki­wała głową. Brat Jimmy-Joe Billy-Bob ruszył za nimi w stronę ciem­nego kory­ta­rza.

***

Pokój dzie­cięcy daw­niej peł­nił funk­cję maga­zynu wydaw­nic­twa, któ­rego biura mie­ściły się na par­te­rze. Kiedy dzieci wśli­zgnęły się na swoje posła­nia, brat popa­trzył na półki pełne gni­ją­cych ksią­żek, z któ­rych każdą ozna­czono małym sym­bo­lem czer­wo­nej ban­tamki.

Rita poca­ło­wała swoje dzieci na dobra­noc i wyszła na kory­tarz.

- Spę­dzisz na dachu całą noc? - spy­tała Tara. Przy­tu­lała nową szma­cianą lalkę w kłę­bo­wi­sku łach­ma­nów, które słu­żyło jej za łóżko.

- Tak - odparł Brat, ponow­nie wcho­dząc do pomiesz­cze­nia.

- Więc zoba­czysz, jak Święty Miko­łaj i jego reni­fery lądują! - zawo­łała pod­nie­co­nym gło­sem.

Brat zaczął coś mówić, ale prze­rwał. Uśmiech­nął się.

- Tak, pew­nie ich zoba­czę.

- Prze­cież powie­dzia­łeś... - zaczął Sean.

- Każdy, kto dziś będzie na dachu, zoba­czy Świę­tego Miko­łaja i jego reni­fery - rzekł brat Jimmy-Joe Billy-Bob sta­now­czo.

- A teraz pomó­dlmy się - powie­działa matka dzieci.

Tara poki­wała głową z sze­roko otwar­tymi oczami i spu­ściła wzrok.

- Boże, pobło­go­sław mamu­się, starą 'Em i duchy tatu­sia i wujka Henry'ego - wyre­cy­to­wała.

- Amen - rzekł Sean.

- Nie - ode­zwał się brat. - Mamy nową modli­twę.

- Naucz nas - popro­siły dzieci.

- Mate­uszu, Marku, Łuka­szu i Janie, pobło­go­sław­cie nasze posła­nie. - Zacze­kał, aż malcy powtó­rzą rymo­wankę, i mówił dalej: - Jimie, Jan, Paulu i Tammy, roz­praw­cie się z demo­nami.

Dzieci bez­błęd­nie powtó­rzyły.

- Naprawdę zoba­czysz Miko­łaja? - spy­tała Tara.

- Tak - odrzekł brat Jimmy-Joe Billy-Bob. - Dobra­noc.

***

Brat zaj­rzał do Klanu, zanim udał się na dach. Nie­wielka grupka myśli­wych ście­śniła się przy cho­ince, gdzie szep­tali mię­dzy sobą i słu­chali sta­rej McCarty, ale roz­pierz­chli się pod wpły­wem spoj­rze­nia brata i wró­cili na swoje posła­nia. Matrona wstała i długo patrzyła bratu w oczy, ale w końcu spu­ściła wzrok i ode­szła, jak zwy­kła sta­ruszka uda­jąca się na spo­czy­nek.

Na dachu brat Jimmy-Joe Billy-Bob ukląkł przy ołta­rzu z lami­natu i gło­śno modlił się przez kilka minut. W końcu wstał i roze­brał się do naga. Było bar­dzo zimno. Blask księ­życa odbi­jał się od jego bla­dej skóry oraz krą­gło­ści Świę­tego Tale­rza. Brat wyjął pla­sti­kowe wia­dra i roz­sta­wił je pod czte­rema naroż­ni­kami ołta­rza. Potem wysu­nął z pochwy długi nóż, uniósł go wysoko nad głowę, aż stal roz­bły­sła w zim­nym świe­tle, a następ­nie wci­snął ostrze mię­dzy zęby.

Bez­gło­śnie prze­szedł w poprzek dachu i przy­klęk­nął nie­da­leko szczytu scho­dów, wta­pia­jąc się w cień. Począt­kowo czuł szorstki żwir pod gołym kola­nem i smak chłod­nej stali, ale po chwili dał się porwać unie­sie­niu.

To nie trwało długo. Naj­pierw roz­le­gły się ciche odgłosy na scho­dach, a potem mroczna postać wyło­niła się z ciem­no­ści.

- Bra­cie Jimmy-Joe? - ode­zwał się ktoś cicho.

A więc to nie będzie sta­ruszka, pomy­ślał brat. Niech i tak się sta­nie.

- Bra­cie Jimmy-Joe? - Drobna postać pode­szła do ołta­rza. Blask księ­życa muskał ciemny war­kocz lalki. - Święty Miko­łaju?

Brat Jimmy-Joe Billy-Bob odmó­wił cichą modli­twę, wyjął nóż z ust i szybko ruszył naprzód, aby uczcić nad­cho­dzący dzień.