I tęsknić już będziesz...
Czy miłość bezwarunkowa jest możliwa? Nie matki i dziecka, ale kobiety i mężczyzny? Ta historia mogłaby stać się kanwą filmu o niezwykłej
miłości. Nie jest to melodramat z happy endem ani dramat zatopiony we
łzach. Ta narracja nie ma ani scenarzysty, ani reżysera. Zdarzyła się
naprawdę. Nie przerwała jej śmierć. Nie wchłonęły góry na skraju świata,
nie odebrały inne kobiety. Ta miłość nie ma cezury - przed i po. Toczy
się nieustannie, płynnie. Żyje własnym życiem. Anna jest jej
stuprocentową, realną bohaterką...
***
Od razu wiedziała, że to ten. Dojmująca drętwota ogarnęła jej ciało.
Siedziała, dlatego nie upadła. Zobaczyła go na spotkaniu Klubu
Wysokogórskiego, w piwnicy U Fukiera na Starym Mieście w Warszawie.
Nie bardzo miała w co się ubrać. Na początku lat pięćdziesiątych w kraju
panowała bieda. Skąpe możliwości finansowe nie pozwalały na drogie
stroje. Ona zresztą nigdy nie przywiązywała wagi do ubioru. Koleżanka z Biura Wystaw Muzeum Narodowego, gdzie wówczas pracowała, dostała paczkę
z zagranicy, a w niej między innymi płaszcz. Inny od podgumowanego
prochowca, który Anna nosiła na co dzień. Z grubej wełny, w czarno-czerwoną pepitkę, przewiązany w pasie.
- Wszystkie go przymierzałyśmy, wyglądałam świetnie - wspomina.
W tym płaszczu wystąpi wieczorem U Fukiera. I poczuje się jak królowa
wieczoru, swobodna, elegancka. Tym razem członkowie klubu omawiają
wyniki kursu dla zaawansowanych, który właśnie ukończyła.
Zanim strzała Amora przeszyje serce Anny, najpierw zafascynują ją góry i środowisko młodych taterników, tym bardziej że dzieciństwo spędziła na
terenie nizinnym. Zamiłowanie do gór zawdzięcza koleżance, z którą
studiowała historię sztuki. Jej pierwsze narty można dziś zobaczyć już
tylko w Muzeum Narciarstwa, w Cieklinie koło Jasła. Drewniane, sztywne,
z czubkami, wiązadła na paski, pięta pozostawała ruchoma. Pierwszy zjazd
Anny z Kasprowego Wierchu kończy się lądowaniem w drewnianych saniach,
które wtedy były wyciągiem. Nikomu się jeszcze nie śnią orczyki czy inne
kanapy. Anna zaczyna dopiero szlifowanie narciarstwa. Ma adoratora,
Andrzeja, zwanego Kicią. "Najlepszy narciarz wśród taterników i najlepszy taternik wśród narciarzy", tak o nim mówią w środowisku.
- Był dziennikarzem sportowym, intelektualistą, interesowała go
filozofia sportu. Bardzo miły człowiek i sympatyczny kolega, no i nie
tylko. Przez pewien czas był moim partnerem, całkiem poważnym.
Proponował nawet małżeństwo. Między nami było dobrze, lubiłam go. Ale
wiedziałam, że to jeszcze nie ten - opowiada.
Do Fukiera Anna idzie sama. Ten, na którego podświadomie czeka, właśnie
się pojawił:
- To było jak rażenie piorunem. Schodził po schodach. Od razu zwróciłam
uwagę na jego długie uda w obcisłych spodniach, lekki krok. Sądzę, że w każdym miejscu zauważyłabym Andrzeja. Był czarujący, brylował w towarzystwie. Opowiadał z pasją, oczy mu błyszczały, słuchaczki chłonęły
jego słowa. Nic o nim nie wiedziałam - czy ma żonę, dzieci. Zresztą nie
interesowało mnie to. Wiedziałam, że musi być mój. Podszedł do grupy, z którą siedziałam. "Andrzej Zawada", przedstawił się. "O, będę się
nazywać Zawada", przemknęło mi przez myśl.
Serce Anny biło inaczej niż zwykle. A winien temu nieznajomy Zawada
uśmiechał się. Niestety nie tylko do niej. Do koleżanki, z którą
rozmawiał. "Dam sobie radę. Jestem lepsza od niej. Mam ten płaszcz!",
pomyślała.
W sympatycznej, swobodnej atmosferze wyszli na Rynek Starego Miasta.
Tajemniczy, przystojny taternik zatrzymał się przed księgarnią, Anna też
stanęła. Rozmawiali o książkach. I nagle wskoczył do autobusu... Była
bliska płaczu. Nie zaprosił do kawiarni, nie odprowadził do domu!
Niecierpliwie czekała do następnego czwartku, potem do kolejnych spotkań
klubowych. A on, jak zwykle, znikał. "Dlaczego jest taki powściągliwy?
Nie dołącza do nas? Nie chodzi z nami na wino i rozmowy?", zastanawiała
się. Napięcie rosło podczas klubowych spotkań. Może tym razem zaprosi do
kawiarni, odprowadzi do domu? Może wreszcie porozmawiają sami,
t?te-a-t?te? Ale on posyłał jej tylko głębokie, taksujące spojrzenia.
I ten tajemniczy uśmiech, który w połączeniu z całą sylwetką zniewolił
ją od pierwszego spojrzenia:
- Zakochałam się, znalazłam swój ideał.
Tylko jej najbliższa przyjaciółka, Maria Szarłatówna, była wtajemniczona
w sercowe rozterki Anny.
A ona czekała na najbliższy czwartek, każdego dnia tracąc radość i energię. Czuła wewnętrzne rozproszenie, nie mogła skupić się na pracy. I znów podczas spotkania rozmawiał z koleżanką, z którą wspinał się w górach. Musiał jednak wyczuć jej uczucie. Po kolejnym spotkaniu wyszli
razem.
- Z Andrzejem nie zaczęło się od razu. Dopiero po jakimś czasie
zostaliśmy kochankami - opowiada Anna.
Klub Wysokogórski nie był już jej potrzebny, zwłaszcza że nie traktowała
serio wspinania. W przeciwieństwie do Andrzeja, asystenta w Zakładzie
Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, który chciał żyć aktywnie. Ukończył
kurs szybownictwa. Po drodze do taternictwa, które stanie się jego
życiową pasją, lubił skakać ze spadochronem.
Ich pierwszy raz zastał ich w Radości pod Warszawą, gdzie pomieszkiwał
przyszły pionier, a potem lider wspinaczki wysokogórskiej.
- Ku mojemu zaskoczeniu zaprosił mnie do siebie i zostałam na noc -
wspomina Anna.
W miłosnych uniesieniach wyznała mu spontanicznie swoje "grzechy":
- Wszyscy chcieli się ze mną żenić, od razu! A mnie to ani w głowie nie
było. Skutecznie się oganiałam - opowiada.
Jednym z potencjalnych kandydatów na męża był Wiktor, starszy od Anny
adiunkt na wydziale prawa. Andrzej w milczeniu słuchał wyznań swojej
dziewczyny. Studiowała wtedy historię sztuki na Uniwersytecie
Warszawskim. W budynku instytutu mieścił się też wydział prawa, gdzie
pracował Wiktor. Koledzy z roku Anny zastanawiali się głośno, dlaczego
do nich ciągle zaglądał.
- Wiktor miał siostrę, skrzypaczkę. U niego w domu, na placu Zbawiciela,
stały bukiety pięknych świeżych kwiatów, poprzewiązywane kolorowymi
wstążkami. Był rok 1951, głęboki PRL, stalinizm w czystej formie.
Bukiety budziły moje zdziwienie i fascynację.
Anna bez wahania przystała na propozycję spędzenia wakacji z Wiktorem.
Nie ujawniała swoich planów w domu, przed tatą.
- Nie było takiego zwyczaju, żeby się zwierzać, zwłaszcza ojcu.
Powiedziałby: "Jak to? Jesteś czyjąś kochanką?". Wtedy trzeba było
przedstawić narzeczonego, przeprowadzić ceremonię oświadczyn.
Anna jeszcze do niedawna miała zdjęcie Wiktora.
- Był bardzo sympatyczny, ale niezbyt urodziwy. Czesał się na jedną
stronę, nosił okulary, miał duży nos. Byłam dosyć kochliwa, to znaczy
potrzebowałam zbliżeń erotycznych. Od razu wiedziałam jednak, że to nie
ten! - przyznała.
By ostudzić żarliwość miłosną ukochanej, powtarzał: "Trzeba sublimować
nasze uczucia". I czytał jej Martwe dusze Gogola, w ramach sublimacji...
Anna oszczędzała ojca, którego bardzo kochała. Mama od dawna nie żyła.
Anna wiedziała, że jej związek skonsumowany, ale jednak na "kocią łapę",
będzie dla niego szokiem. Jego ukochana córka "się puszcza"! Tak by
pewnie pomyślał i zamartwiał się o jej reputację i dobre imię. A przecież trosk mu nie brakowało. Musiała więc trzymać w tajemnicy swoje
uczucia i pożądanie. Z szacunku do ojca, w trosce o jego zdrowie i reputację ich obojga. Na miarę konwenansów tamtych lat.
- Namiętne pocałunki wymieniało się w gimnazjum czy liceum. To jeszcze
nie było puszczanie. A ja, jako studentka, już realnie "się udzielałam".
Andrzej nie przerywał, nie zadawał pytań, nie okazywał zdziwienia. Anna
nie była już czystą kartą... Snuła swoją opowieść spontanicznie, szczerze.
W tajemnicy przed ojcem pojechała z Wiktorem na wakacje, w nieznane.
- Nie wiedziałam, dokąd jedziemy. Było wiadomo, że tata zapyta. "I co tu
zrobić?", myślałam. Trzeba wysłać ojcu pocztówkę z adresem zwrotnym.
Wymyśliłam, że jadę z koleżanką w Beskid Żywiecki. Pomyślałam, że podam
ulicę Mickiewicza, wychodząc ze słusznego założenia, że w każdym
miasteczku i mieście na pewno jest taka. I podałam Mickiewicza numer 5.
Kartka z domu dotarła, jakoś mnie znaleziono. Intryga się udała, ale
szczegółów już nie pamiętam. Notatek wtedy jeszcze nie robiłam.
Wiktor nie był jednak pisany Annie jako partner życiowy. Rozstali się.
Pojawił się inny, zwany Kicią, pasjonat górskich wspinaczek. Wyprowadził
ją po raz pierwszy do Dolinki za Mnichem. Bardzo się jej to podobało.
Przypomniała sobie wspinanie na drzewa w dzieciństwie.
- Z całym tym otoczeniem, całą tą aurą miałam wrażenie, że dokonałam
osobistego wyczynu. W kręgach górskich było to uznawane towarzysko i społecznie. Wsiąkłam w to.
Innym razem szli z Kicią z Zakopanego do Morskiego Oka, przez Gęsią
Szyję w Tatrach Wysokich.
- Tam zastała nas przepiękna noc, która stała się naszą nocą miłosną.
Kochaliśmy się pod gwiazdami... Było jak w bajce: przyroda, miłość i spełnione pożądanie. Maszerowaliśmy dalej.
Po wielu latach Anna zacznie pisać wiersze. Wśród nich będzie Mnich w Tatrach. Powstanie w innym czasie, innych okolicznościach, z zupełnie
innej inspiracji.
Na północnej ścianie Mnicha
to - jakby na fasadzie
katedry Sagrada Familia Gaudiego
Na półeczce trochę zdziwiona
stoję
chwilę nim ruszę w górę
jeszcze w górę
Uniesienie
zawieszenia
w przestrzeni otwartej pode mną
nieograniczonej
Jednak
zostaję
związana liną - pętlą życia
nad bezbrzeżną świetlistą
możliwością
lotu
Doszli do Morskiego Oka. Śliczna adeptka wspinaczki górskiej poznała tam
środowisko młodych taterników. Spodobali się jej, z wzajemnością. Byli
inni, egzotyczni, mówili dziwnym językiem. O hakach, rakach, linach,
przewieszkach, półkach, przesmykach, ścianach. Używali terminologii
architektonicznej w zupełnie innej semantyce.
- Byłam nimi zafascynowana, a oni mną. Młodzi chłopcy postrzegali mnie
jako nowość, atrakcję. Kokosili się koło mnie, inaczej mówiąc miałam
powodzenie.
Anna pamięta swoisty górski dress code. Obowiązywał luz - tu dziura,
tam się coś rozpruło. Nosili grube bawełniane koszule w kratę. Byli
poważani w schronisku, a to podnosiło ich rangę w porównaniu ze zwykłymi
ceprami1. Anna i jej nowi koledzy należeli do elity.
Miłośniczka gór wiedziała, że jest na właściwym miejscu. W schronisku
nad Morskim Okiem znajdował się stół, przy którym biesiadowała
"śmietanka" młodego taternictwa. Anna też przy nim siadała. Tak pisał o nim taternik i alpinista Andrzej Wilczkowski w swojej książce Miejsce
przy stole:
"Jest w sali jadalnej w morskoocznym schronisku jeden stół ustawiony
pomiędzy dwoma oknami, w samym kącie sali. Pierwszy taternik, który rano
schodzi na śniadanie, wciska się właśnie w ten kąt [...]. Jeśli
przyjdzie później, miejsca przy tym stole już nie będzie. W dzień
pogodny obsiadają go wycieczkowicze, w niepogodę zawsze zobaczysz tam
twarze znajome, a czasem takie, które przypominają swoim wyrazem kogoś,
kogo znało się kiedyś. Wieczorami, kiedy ostatni pasanci opuszczają
Morskie Oko, znów zbiera się gromada. Toczą się dyskusje, snują się
opowieści...".
I Anna snuje swoją opowieść. Andrzej słucha. Równolegle z Kicią
funkcjonował Jan, intelektualista, późniejszy profesor. Nie żyje już. Ze
względu na jego rodzinę Anna ograniczy się do podania imienia. Pamięta,
że nieustannie tłumaczył Nicolasa de Condorceta, francuskiego
matematyka, filozofa z XVIII wieku.
- Z nim też byłam związana. I tak się wahałam między jednym a drugim,
tyle że Jan wydawał mi się już stary, przynajmniej dla mnie za stary.
Mimo wszystko to ja napierałam na bliższą z nim relację. A on mówił:
"Ale ty jesteś wiosna życia, a ja jestem jesień". Okazało się, że
"jesień" miał na myśli konkretną osobę, z którą zresztą się ożenił. W obliczu moich erotycznych historii byłam bigamistką! Cóż, miałam
powodzenie, nie tylko w środowisku górskim... - śmieje się Anna.
Żaden z potencjalnych kandydatów jednak nie zdobył jej serca. Biło jak
zwykle, rytmicznie, bez porywów, gwałtownych uniesień. Nie miała
potrzeby ani zamążpójścia, ani zakładania rodziny, jak jej starsza
siostra. Determinacja Jagody w dążeniu do szybkiego ożenku wynikała z braku akceptacji powtórnego małżeństwa ojca. Anna była bardziej
tolerancyjna.
Tej pamiętnej nocy, w Radości, Andrzej nie skomentował listy
"przewinień" Anny. Przyjął jej wyznania spokojnie, z właściwą sobie
klasą.
- Byłam przerażona, że go stracę. Nasza pierwsza noc wydawała mi się
bardziej dramatyczna niż radosna. Może dlatego tak drapieżnie go potem
trzymałam? - wyznaje Anna.
On z kolei z innych powodów nie garnął się do stałego związku. Rozstał
się właśnie ze swoją szkolną miłością. I bynajmniej nie dążył do
kolejnego formalnego związku.
- Wszystko było płynne. Wytykał mi jakieś spotkanie w Klubie
Wysokogórskim. Ponoć wpatrywałam się w Jana.
Zawada głęboko przeżywał nieudane małżeństwo. Przed ołtarzem powiedzieli
sobie sakramentalne "tak". Żona zostawiła go dla plażowego bawidamka o skórze opalonej na ciemny brąz.
- Z "Czekoladką", jak mówił z przekąsem Andrzej, była żona nie ułożyła
sobie życia. Po latach, już po drugim rozwodzie, poznała arystokratę i bardzo chciała go poślubić. Także przed Bogiem. Miałam swój udział w unieważnieniu małżeństwa Andrzeja. On nie był w stanie napisać podania
do konsystorza, więc to ja napisałam. Jestem specjalistką od pisania
podań. Jeden z warunków - świadome unikanie potomstwa - okazał się
wystarczająco mocny. Eks-żona mojego męża mogła przedstawiać się jako
hrabina - wspomina Anna.
"Andrzej od dzieciństwa otoczony był niewieścim żywiołem: matka,
siostra, babka, liczne kuzynki i ciotki, osierocony jako dwuletnie
dziecko przez ojca. [...] Ze swego dzieciństwa, mając wzór w matce,
wyniósł idealizujące spojrzenie na miłość, owocem czego było wczesne,
szkolne małżeństwo. Owoc okazał się jednak niedojrzały, skończyło się
szybkim rozstaniem. I prawie natychmiast osaczyła go moja zaborcza
miłość. Nie miał wielu doświadczeń erotycznych. Ja, w odróżnieniu, przed
naszym poznaniem przebyłam kilka próbnych związków" - pisze w autobiografii Życie z Zawadą2.
W tamtych czasach związek na kocią łapę był krytykowany. Anna
doświadczyła niechęci rodziny. Najbliżsi nie rozumieli, dlaczego nie
żyją po bożemu. Mama Andrzeja, Zawadzina, kobieta tolerancyjna,
prawdziwa dama z klasą, akceptowała ją i ich wybór. Również z miłości do
syna. Z tatą Anny było gorzej.
- Dlaczego on się z tobą nie żeni? - pytał córkę.
Wymyślała różne powody, żeby tylko ojciec uwierzył. Andrzej niedawno
przeniósł się z Wrocławia do Warszawy. Nie miał miejsca zamieszkania, a trzeba było mieć zameldowanie. Nie miał też swojego dachu nad głową.
Zimą mieszkał na wsi u przyjaciół, latem na Saskiej Kępie w ich
mieszkaniu. Anna studiowała, mieszkała z ojcem, macochą i młodszą
siostrą Terenią. "To nonsens, mieszkać w tym samym mieście i nie móc
widywać się co dzień, nie mówiąc już o nocach", myślała.
- Przerywać noc miłosną? Nie wyobrażałam sobie, to była groza. A w domu
musiałam być o dwudziestej drugiej. Często nocowałam niby u przyjaciółki, Marii Szarłat, z którą niby uczyłam się do egzaminu.
Koleżanka przedłużyła studia, a tata ją znał i akceptował.
Jej kłamstewka wynikały z miłości do obu mężczyzn: Andrzeja i taty. Po
latach miłość stanie się częstym motywem poezji Anny Milewskiej.
Mazowiecki wiatr
ponad lipcowe gęste wody
przynosi powiew Lesbos południowej
Godzina słodyczy istnienia
delikatnej a gorącej miłości
co parzy więc
odsuwa na długość ramienia
by przez dotyk palców
spleść się w uniesieniu
w cieple trawy
w szeptach brzozy
Pieśni Bilitis, 1998
Nauka była jednym z alibi, żeby nie robić przykrości ojcu. Ale
przyjaciółka kiedyś skończyła studia.
- Potem przestałam się już uczyć na niby. - Anna się uśmiecha. - Wszyscy
podejrzewali, że kręcę: siostry, Aneta3, ale tata wolał nie
wiedzieć.
Kiedyś z rozpaczy wymyśliła, że "się wstawiła" podczas imienin u znajomych i dlatego nie wróciła do domu na noc.
- Wywołało to skutek odmienny do zamierzonego. Ojciec się strasznie
przejął. "Gorzej już być nie może! Moja córka się upiła!", powtarzał.
Już nigdy więcej nie użyłam tego manewru. W końcu pomysłów mi nie
starczało. Dwa dni niewidzenia i już dramat, byłam nienasycona, niepewna
jego stałości.
Nie dawał mi powodów do zazdrości, ale drażnił się ze mną, mówiąc: "A jak zmienię sobie kochankę?". Na co ja, szlochając, oświadczałam:
"Zawsze cię znajdę, nie puszczę!". Chwile miłosnej bliskości
rekompensowały owe zwątpienia, tu byliśmy zgodni, zgrani. "Jaki jest
piękny", notowałam. "Gładki i ciepły, tak pięknie pachnie, śpimy razem
bezwolnie i dziecinnie".
Ceper - określenie używane przez górali w odniesieniu do turystów
przyjeżdżających z nizinnych rejonów Polski. [wróć]
Anna Milewska, Życie z Zawadą, Oficyna Wydawnicza Łośgraf, 2009. [wróć]
Aneta - druga żona taty Anny. [wróć]
Panienka z dworku
Dzieciństwo Anny jest spowite magiczną aurą. Zapisane w jej głowie, jak
na dysku twardym niezawodnej pamięci. Bohaterka prowadzi do rajskiej
krainy szczęśliwości. Choć odległej w czasie, to jakże realnej, wręcz
namacalnej. Czasem ocierają się o nią zawieruchy wojenne, jednak nic nie
jest w stanie zburzyć utrwalonego kanonu beztroski i radości tamtych
lat. Gdyby Anna była malarką, wydobyłaby ruchem pędzla kolory, ich
odcienie. Namalowałaby emocje i smaki dzieciństwa. Ale jest poetką.
Czerwcowe sianokosy
siwe trawy
siwe zapachy
czy wzięłam się
z bielic tego sadu
czy z łąki niskiej
mokrej?
Genealogia, 1999
Wieś Bełcząc, sielska, niemal anielska, leżała na Podlasiu, w parafii
Czemierniki, koło Radzynia Lubelskiego. Nazwa pochodzi od imiesłowu
"belczący". Obco brzmiące słowo zrodziło się od innego wyrazu:
"belczeć", "belk", co pierwotnie określało mokradło, wir rzeczny. W XIX
wieku wieś była położona na wzgórzach, przy krawędzi lasów i mokradeł,
nad rzeką Tyśmienicą. Taki pejzaż utrwalił się w pamięci kilkuletniej
Anny, w pierwszej połowie XX wieku.
- Mówiąc prowincja, odczuwam klimat pewnego spokoju, życia
niespiesznego, trochę naiwnego, a zarazem szlachetnego. Do tak
rozumianej prowincji zawsze tęskniłam. Moja rodzina wywodzi się z Mazowsza, żadne tam jaśniepaństwo, raczej szlachta wyznająca tradycję
patriotyczno-powstańczą. Ludzie, o których mówi się "sól ziemi". Mój
ojciec był wielkim demokratą i nigdy nie zwracał uwagi na apanaże,
sygnety i herby - konstatuje aktorka, poetka.
We wsi stał klasyczny dwór. Z gankiem, białymi kolumnami, pięknym
ogrodem. Były też owczarnia, chlewnia i domek z królikami. Było stado
kilkudziesięciu młodych koni. Mieszkali tam Anna i Ziemowit Milewscy z trzema córkami, Jagodą, Anną, nazywaną Hanką, i Teresą. Rodzice Anny
poznali się podczas studiów. Ojciec aktorki skończył wydział rolny, mama
ogrodnictwo na SGGW. Połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia. Pani
Anna, kobieta z klasą, dama, pełna wdzięku i uroku, miała wielkie
powodzenie. Hanka pamięta, jak adorowali ją mężczyźni, również bracia
ojca.
- Dwór nie był naszą własnością. Ojciec administrował majątek hrabiego
Raczyńskiego do wybuchu Powstania Warszawskiego. Dzieci nie mają
poczucia własności. Czułyśmy się więc jak w swoim domu. To zresztą nie
miało znaczenia. Właściciele nie ingerowali w nasze życie rodzinne.
Tylko raz hrabina złożyła nam wizytę - wspomina Anna, wracając do
czasów, kiedy była Hanką.
- Hrabina przyjechała - powtarzałyśmy.
- Te dwa drzewa, tam na końcu alei, mają być wycięte! - nakazała głosem
nieznoszącym sprzeciwu.
Z ganku natomiast roztaczał się piękny widok na łąki. Dziewczynki były
oburzone.
- Przyjechała jakaś stara baba i się na naszym rządzi! Nie wytnie tych
drzew - zadecydowała Hanka, a siostry stanęły za nią murem. Znalazły
sposób, żeby drzewa zostały na swoim miejscu. Na korze drzew, które
miały zostać usunięte, zrobiono nacięcie. A sprytne siostry Milewskie tę
korę przykleiły.
- Byłyśmy dość dziko chowane. Miałyśmy dużo swobody - wspomina Anna. -
Jagoda była nad wiek dojrzała, rozwinięta fizycznie i intelektualnie.
Dużo czytała. My, młodsze, byłyśmy jeszcze dziecinne i lubiłyśmy
łobuzować. To ja byłam prowodyrką. Terenia zawsze była uczepiona mojego
fartuszka. Na zadane jej pytania zazwyczaj odpowiadała, że chce tak jak
Hanka.
- Dosyć, nie wyjadać kaczkom! - krzyczała gosposia Litkusiowa.
Hanka i Terenia delektowały się świeżo przygotowaną karmą dla młodych
kaczek. Litkusiowa przygotowywała kaczy posiłek z twarogu, posiekanych
jajek i krwawnika. Anna jeszcze dziś czuje jej świeży, wiosenny smak.
Albo to, jak niecierpliwie czekały na opróżnienie parnika, żeby szybko
przechwycić gorącego ziemniaka w łupinie, zanim zostanie utłuczony,
zmieszany z dodatkami i wrzucony do świńskich koryt. Zwierzęcą paszę
podkradały bynajmniej nie z głodu, lecz ciekawości i dla zabawy.
- Źrebaki uciekły! Pomocy! - Dziewczynki słyszały od czasu do czasu
donośny głos dobiegający z okólnika.
Małe Milewskie wiedziały, co to znaczy i jak się skończy. Źrebaki były
piękne, ceniły sobie wolność i swobodę. Toteż gdy tylko nadarzyła się
okazja, przegryzały żerdź i przeskakiwały przez ogrodzenie, by galopem
pędzić przed siebie, tratując wszystko po drodze i radując się
wolnością. Potem tata Ziemowit wypłacał gospodarzom odszkodowanie za
zniszczone pola.
W ogrodzie stała piętrowa klatka. Siostry, zwłaszcza młodsze, Terenia i Hanka, odwiedzały ten domek na wysokich nogach. Kochały jego
mieszkańców, puszyste króliki. Pies Rem też upodobał sobie ten domek.
Kładł się pod nim i czatował. Był duży, piękny i czarny jak diabeł.
Czasem tylko, na widok owcy, wstępował w niego szatan. Miał przenikliwe
oczy w kolorze mrocznej, połyskliwej czerni. Króliki też czuły jego
obecność. Okazywały śmiertelny strach, tupiąc tylnymi skokami: łup, łup,
łup. Hanka doskonale pamięta ten dźwięk.
- Rem, jazda stąd! - odganiała go.
Natychmiastowa pomoc ratowała życie pupilkom dziewczynek. Ale Rem był
podstępny i uparty, jak wilk z Czerwonego Kapturka. Podkradł się do
nich kiedyś czarną, głuchą nocą. Hankę obudził pisk królika.
- Następnego dnia zobaczyłam, że królika nie ma w klatce.
Wkrótce była pyszna potrawka. Duszone w sosie śmietanowym delikatne
mięso smakowało wybornie.
- To ty nie wiesz, co jadłaś? - Dopiero później Terenia wyznała Hance
okrutną prawdę.
Potem, po latach, już jako Anna zastanawiała się, dlaczego jej mama,
uosobienie spokoju i łagodności, upodobała sobie to straszne zwierzę.
Tak właśnie zapamiętała czarnego, groźnego Rema. Nie pamięta, skąd pies
się u nich zjawił. Pewnie ktoś go polecił rodzicom. Drugi, nieduży
piesek wabił się Misiek i nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy. Ale horror
z Remem w roli głównej dopiero miał się rozegrać. I to na oczach
panienek Milewskich. W sielskiej scenerii, na łonie natury Podlasia.
Razem z nauczycielką i stangretem jechali bryczką nad rzekę. Mamy wtedy
z nimi nie było. Tata Ziemowit uczył dziewczynki pływać. Kładł je na
wodę, one chlapały rękami i nogami, a on wysuwał ręce spod ich brzuchów.
I już pływały same. Dzień był wyjątkowo piękny, upalny, słoneczny.
Roześmiane siostry zmierzały do dzikiego kąpieliska wzdłuż wijącej się
Tyśmienicy. Bryczka przecinała zielone pola i wzgórza. Na horyzoncie
pojawiła się chata rybaka otoczona płotem, na którym rozpięte były
sieci. Rybak hodował owce. Pasły się niedaleko domu. Dziewczynki
zamilkły, stangret zatrzymał bryczkę. Było za późno. Polną drogą Rem
gnał w kierunku owiec. Zaatakował ofiarę od tyłu, od ogona i wymion.
Szarpał i gryzł ostrymi kłami. Trysnęła krew, owca wydała przeraźliwy
kwik. Akcja toczyła się błyskawicznie, jak w niemym filmie. Z przerażenia nikt, ani dzieci, ani dorośli, nie mógł wydobyć głosu. Z chałupy wybiegł rybak, z bryczki zeskoczył stangret. To on odciągnął psa
od jego ofiary. Tego dnia nie było kąpieli w rzece. Rybak przywiózł owcę
do dworu w Bełczącu.
- Jak się czuje owca? - Hanka codziennie pytała owczarza.
Dworski owczarz uratował zwierzęciu życie. Po trudnej "hospitalizacji"
owca wróciła do rybaka. A tata Hanki hojnie wynagrodził mu wyrządzoną
szkodę.
Przypadek Rema był wpisany w przedwojenne wiejskie, kynologiczne realia.
Psy chodziły po wsi luzem. Nikt w Bełczącu nie słyszał, żeby atakowały
ludzi. Ale wszyscy wiedzieli, że pojawiła się wścieklizna. W tamtych
czasach chorych psów się nie leczyło, ponieważ nie było ku temu
warunków. Aby zapobiec nieszczęściom, zabijano je. Po incydencie z owcą,
na szczęście zakończonym happy endem, rodzice Hanki pozbyli się czarnego
Rema. Życie wróciło do normy, w symbiozie z naturą i zwierzętami.
Natura wpływała na niemal wszystkie aspekty codziennego życia. Nawet
czysto fizjologiczne potrzeby mieszkańców dworu. Nie było tam
kanalizacji ani bieżącej wody. Siostry Milewskie kąpały się raz na
tydzień.
- Dziewczynki, kąpiel czeka! - wołała pokojówka, kiedy wieczorową porą
hasały po domu.
Wcześniej nagrzała wody w bojlerze. Do małej miedzianej wanienki
wskakiwały jedna po drugiej. Rano obmywały się zimną wodą i pędziły do
ogrodu, nad staw, na podwórze. Tam, gdzie toczyło się życie. Każdego
dnia scenariusz pełen był nieprzewidzianych zwrotów akcji.
We dworze nie było ubikacji, ale w parku stała sławojka. Sprawdzała się,
gdy na zewnątrz panowały dodatnie temperatury. Zimą sławojkę zastępował
"tron". Stał w domu, w ciemnym, ustronnym miejscu i był zamykany klapą.
Po załatwieniu potrzeby zasypywało się go trocinami. Było tam ciepło. W tym intymnym miejscu trzymano kwoki, które w sześciu koszach wysiadywały
jajka.
Hanka nie doznała biedy, ale luksusów w Bełczącu nie było. Młodsze
siostry dziedziczyły sukienki po starszej. Jako dojrzała kobieta Anna
nie zwracała specjalnej uwagi na ubiór. Twierdzi, że jej ambiwalentny
stosunek do mody pochodzi z czasów dzieciństwa:
- Trzeba było chronić się przed deszczem, czyścić buty z błota.
Pamiętam, że do majątku przychodziła pani obszywająca nas. Byłyśmy,
można powiedzieć, naturalistki. Ale mam też zdjęcia, na których jesteśmy
wystrojone. Miałyśmy ubrania na specjalne wizyty, do fotografii, a potem
szybko je zdejmowałyśmy i ruszałyśmy do ogrodu, na pole, w krzaki.
Mama Hanki nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem i ogrodem.
Jesienne i zimowe wieczory spędzali razem, przy lampie naftowej. We wsi
nie było elektryczności. Siadali w pokoju, zwanym gabinetem. Siostry
cerowały dziecięce pończochy. Ojciec Ziemowit czytał im między innymi
Trylogię, pomijając drastyczne sceny. Innym razem siadał do pianina,
grał i śpiewał ciepłym głosem cygańskie romanse Wertyńskiego, Starego
Cygana, Liliowego Negra, tango z repertuaru Eugeniusza Bodo Całuję
twoją dłoń madame i inne. Miał szlachetny, choć niekształcony głos.
Wyczuwało się w nim dramaturgię.
- Chciałam uczyć się gry na pianinie, ale tata jako amator nie
podejmował się udzielania mi lekcji. Obawiał się, że źle ustawi mi rękę
- wspomina Anna.
Hanka była pupilką ojca, ale do pewnego momentu. Zawsze wybierał
najmłodszą. Przez pewien czas jego oczkiem w głowie była Terenia.
Siostry dzieliła taka sama różnica wieku - dwa i pół roku. Najstarsza
Jagoda, intelektualistka, nad wiek dojrzała, obdarzona obfitym biustem,
była nadpobudliwa. Pocztą pantoflową dotarło do rodziców, że całowała
się z kimś ze służby folwarcznej. Relacje między dworem a wsią dzielił
dystans. Chłopi uważali się za lepszych, bo byli posiadaczami ziemi, a dworskich traktowali jak najmitów.
- Podczas pierwszych dożynek pocięli się nożami. Tata zabronił
urządzania tych uroczystości na terenie dworu. Pamiętam, że dotkliwie
przeżyłam ten zakaz - wspomina Hanka.
Relacje rodziców z córkami były ciepłe, ale nie przesadnie czułe.
Opierały się na zaufaniu. Siostrzane konflikty, choć nieuniknione, nie
zdarzały się często.
- Tak mi przykro. Nie róbcie mi tego więcej, dzieci, proszę - mówiła
mama spokojnym, smutnym głosem.
Hanka pamięta najbardziej dotkliwą maminą karę. Nie mówiła jej wtedy
dobranoc. Nie było codziennego wieczornego ceremoniału: całowania w czoło, ciepłych słów przed snem. Dziewczynki zajmowały wspólną sypialnię
i w takich momentach Hanka czuła się napiętnowana.
Siostry Milewskie nie chodziły do przedszkola. Takiej placówki przed
wojną nie było w okolicy. Mama prenumerowała miesięcznik "Młoda Matka".
Z pisma czerpała inspiracje scenariuszy, które wdrażały w życie
nauczycielki. Małe Milewskie miały na tę okazję specjalnie przygotowane
stroje krasnali. Tradycyjne czerwone czapki i ciżemki z wywiniętymi
nosami. "My jesteśmy krasnoludki, hopsa sa, hopsa sa, pod grzybkami
nasze budki hopsa sa", śpiewały. Annie do dziś refren dźwięczy w głowie,
pamięta też kolejne sceny. Akcja teatrzyku toczyła się pod dużym
czerwonym muchomorem w białe kropki.
Swoją pierwszą rolę Hanka zagrała w poemacie Marii Konopnickiej W piwnicznej izbie. Grała biedne dziecię. Spektakl odbywał się w zaciemnionym salonie. Przez uchyloną okiennicę wpadała smuga
zachodzącego słońca. "Moja mateńko, moja jedyna, powiedz mi jak tam na
świecie", pytało dziecię w jednym z dialogów.
Odpowiedź, w wykonaniu nauczycielki występującej w roli narratora,
płynęła z offu. Rodzinna widownia płci żeńskiej zalewała się łzami
wzruszenia. Mężczyźni bili brawa.
- Hanka była moim autorytetem, lepiej łaziła po drzewach, dowodziła
chłopakami. To prawda, zawsze mówiłam: "Ja tak jak Hanka". Ona chodziła
do wiejskiej szkółki, czego jej bardzo zazdrościłam. Byłam za mała,
uczyła mnie guwernantka, która z nami mieszkała - wspomina najmłodsza z sióstr, Teresa Butkiewicz.
Podobnie jak Hankę, ją także pasjonował inwentarz: kury, kaczki, konie.
Z dzieciństwa pamięta smaki potraw, obchodzone święta, choinkę, kolędy,
które śpiewali, dania na stole. Zapamiętała też czarny chleb z cukrem. I to, że do pracy, czyli do obrządku inwentarza, o czwartej nad ranem
wzywał dzwon. Pierwsze szły kobiety do dojenia krów.
- Atrakcją było przyglądanie się, jak wiejskie kobiety robiły pranie w strumieniu, uderzając o odzież kijankami. Jesienią przypatrywałyśmy się
obróbce lnu. Włókna były moczone w wodzie, zwykle w stawie, żeby pozbyć
się paździerza. Obróbka łodyg odbywała się w specjalnych międlicach.
Podczas szczotkowania ich wychodziły cudowne, srebrzyste pasma włókien.
Potem prząśniczki na kołowrotku przędły nitkę. Z pasją oglądałam też
żniwa. Jeździłam wozem i obserwowałam pracę żniwiarki. Patrzyłam, jak
zboże jest podbierane, a następnie formowane w snopki, które potem
ustawiano w mendle - przypomina sobie siostra Anny.
W domu Milewskich obowiązywały demokratyczne zasady. Do dziewczynek
przychodziły dzieci z czworaków, którymi w zabawach dowodziła Hanka. W dniu jej imienin, dwudziestego szóstego lipca, zapraszano je na
specjalny podwieczorek. Wtedy zawsze serwowano kakao. Solenizantka
siedziała na szczycie stołu, w olbrzymim fotelu, ozdobionym kwiatami.
Dzieci podchodziły do niej i mówiły wiersz. Zawsze ten sam: "Chodziłam
po łące, zbierałam kwiatki pachnące, usłyszałam głos ptaszyny, że dziś
Hani imieniny". Akcent padał na słowo Hani.
- Z czasem mama zabroniła nam tych kontaktów, głównie w trosce o dojrzewającą Jagódkę. Zwracała na siebie uwagę chłopaków. Dotkliwie
przeżywałam ten zakaz - wspomina Anna.
Hanka jest za mała, żeby bać się zagrożeń płynących z zewnątrz.
Dzieciństwo upływa w bezpiecznej przestrzeni, w której mama i tata
wyznaczają granice. Nawet wybuch wojny obejdzie się łagodnie z beztroską
krainą łagodności.
W 1939 roku do Bełcząca przyjechali polscy żołnierze. Młodsze siostry
Milewskie zbierały owoce i w koszykach przynosiły im do szoferki.
Żołnierze w rewanżu pokazywali dziewczynkom paki z długimi złotymi
pociskami przeciwczołgowymi. Dla ośmiolatki było to wielkie wydarzenie,
nie była świadoma zagrożenia wojną. Kiedy zbliżał się front niemiecki,
uzmysłowiła sobie, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Ziemowit Milewski
zgłosił się do wojska. Brał udział w kampanii wrześniowej jako dowódca
kolumny taboru w stopniu porucznika. Mama dziewczynek i jej młodsza
siostra Julia, zwana Lulą, postanowiły wyjechać na wschód, ku
Zaleszczykom, do majątku rodzinnego. Podróż trwała około dziesięciu dni.
Jechali zatłoczonymi szosami, ostrzeliwanymi z samolotów przez Niemców.
Schronienia szukali w lasach. Całą wyprawą kierował stryj Hanki, Lech
Milewski. Przeprawili się przez płonący most na Bugu we Włodawie. Tam
pod gołym niebem spędzili noc w tłumie innych uciekinierów. Następnego
dnia dwa drabiniaste wozy z rodziną Milewskich posuwały się w gęstym
tłumie. W ciągu dnia zdarzały się naloty niemieckich samolotów, które
ostrzeliwały korowód ludzi zmierzający na wschód.
- Było strasznie. Trwały walki - wspomina Anna.
W Lesku dowiedzieli się, że Armia Radziecka wkroczyła na teren Polski. W taborze zapadła decyzja o powrocie do domu.
Stryj Lech Milewski zarządził krótko: "Konie batem i z powrotem".
Szczęśliwie przeprawili się przez Bug. W domu zastali bałagan wyrządzony
przez przypadkowych lokatorów. Wkrótce z wojaczki wrócił tata Ziemowit.
Hanka nie zapomni grozy, której doświadczyła tuż po powrocie do dworu.
Bawiły się z Terenią na górce, nad lodownią. Wtem usłyszały warkot
silnika, od strony podwórza zbliżał się motocykl.
- Wychyliłyśmy głowy i zobaczyłyśmy skierowany na nas karabin maszynowy.
Padłyśmy na ziemię. Niemiecki żołnierz odjechał. Terenia zdziwiła się,
że byli to prawdziwi ludzie, inaczej umundurowani niż polscy żołnierze.
Niemcy przyjechali do Bełcząca na inspekcję i objęcie majątku. Przejęli
nad nim nadzór administracyjny. Rola taty Ziemowita zmieniła się,
podobnie jak wszystkich właścicieli ziemskich. Z czasem w okolicy robiło
się niebezpiecznie. Grasowały bandy dezerterów i miejscowych
złodziejaszków. Napadali na dwory pod pretekstem niedostarczenia Niemcom
żywności. Palili posesje, rabowali. Tego dnia ojca nie było w domu,
córki zostały same. Ziemowit Milewski wyjechał do Warszawy na kolejne
spotkanie w szpitalu z chorą żoną. Był sierpień 1942 roku, czas żniw.
- Do majątku wtargnęło dwóch uzbrojonych Rosjan. Jeden poszedł do domu,
drugi do stodoły. Krzyknął do ludzi: Ludi spasajties!1
Ten, który penetrował pokoje, zerwał z ręki Jagody zegarek, z szyi
medalik, a ze ściany wyrwał telefon - wspomina Teresa Butkiewicz.
Hanka była na podwórzu, asystowała w zwózce zboża. Nagle wyrósł przed
nią mężczyzna. Wyjął z kieszeni zapalniczkę. Skrzesał ogień i podpalił
składane w olbrzymiej stodole zboże. W płomieniach stanęły zabudowania
gospodarcze. Dwór stał opodal, odgrodzony ogrodem i wysokimi krzewami
bzu. Ocalał.
- Zabudowania płonęły całą noc, żadna straż nie przyjechała. Linia
telefoniczna była zerwana. Budynki, kryte dachówką, pękały z hukiem, co
z daleka niosło się jak seria strzałów. W Czemiernikach, najbliższym
miasteczku, jego mieszkańcy myśleli, że to odgłosy bójki. Nikt nie
przyjechał, żeby gasić pożar - opowiada Teresa Butkiewicz.
Hanka, nie zastanawiając się, biegła w kierunku wsi, do zaprzyjaźnionej
rodziny. Do domu, który stał za stawami. W głowie dziecka wykluła się
myśl, że przez stawy ogień się nie przedostanie. Nie wiedziała, gdzie
wtedy były siostry. Dalszy pobyt w Bełczącu stał się niemożliwy.
- Baliśmy się, że przyjdą ponownie i znowu podpalą.
Rodzina Milewskich opuściła dwór, choć pozostał bez uszczerbku.
Przenieśli się do Czemiernik, na plebanię do zaprzyjaźnionego księdza
proboszcza Gieysztora. Tam zaczęła się inna dramaturgia...
Ludi spasajties (ros.) - Ludzie, ratujcie się! [wróć]
Koniec dzieciństwa
Mama dziewczynek już w Bełczącu usłyszała od lekarzy okrutną diagnozę -
rak. Bardzo przeżyła klęskę wrześniową i zdradę sowiecką. Zdaniem jej
siostry Julii rozwój choroby przyśpieszył stres związany z okupacją
niemiecką. Czuła się źle. Coraz częściej jeździła do Warszawy na
naświetlania. Czy dziewięcioletnie dziecko ma świadomość śmierci
najbliższej osoby?
- Myśmy to wszystko wiedziały. Mama przecież wyjeżdżała. Całymi
tygodniami nie było jej w domu. Wracała okaleczona - wspomina Anna. -
Pamiętam taką scenę. Mama siedzi przed lustrem etażerki. Ogląda szyję i ramię. Ma bardzo zmienioną skórę, popaloną. Naświetlania ją wyniszczały.
"Popatrz, jak mnie tutaj uszkodzili", powiedziała. Nie pamiętam
dokładnie słów, ale wciąż mam przed oczami obraz mamy, która oglądała
swoje ciało. To było straszne. Oniemiałam, zaciskając usta. "Tak,
dziecko. Ratują mnie, nie płacz". Potem się okazało, że nastąpił
przerzut na wątrobę.
"Kochana Mamuniu
Pogoda sprzyja nam dotąd, lecz dziś bardzo brzydko jest na dworze. Gdy
było ładnie, chodziłyśmy pod kasztan na ROBAKOWĄ koło warzywniaka, bo
tam tyle pękałek leży. A dzieci porobiły dziury w płocie pod każdym
kasztanem. Słoneczników nocą ubyło, bo przyjechał pan Konrad. Śpią
obydwaj z Kurkiewiczem na górze. Dla zabawy rysuję dwór. Całuję i ściskam Mamunię. Córka Hanka. Dn. 29.09.1940".
Dziewczynki opisywały w listach codzienne życie. Tak zbliżały się do
mamy, która była daleko od ich sielskiego dzieciństwa. Nad wiejskim
rajem zawisły czarne chmury. Z chorobą mamy wiązał się splot równie
dramatycznych, tragicznych okoliczności i wypadków wojennych.
W kościele niedaleko plebanii dziewczynki modliły się o wyzdrowienie
mamy. Ich prośby nie zostały wysłuchane.
Osiemnasty marca 1943 roku, ten dzień Anna pamięta, jakby to było dziś.
Panowała sroga, długa zima, leżał śnieg. Była z nimi ukochana ciotka
Julia. Tej nocy mama odeszła na zawsze. Ojciec Ziemowit został sam z trójką dzieci. Anna pamięta, jak ciocia zareagowała na ich kolorowe
ubrania.
- Trzeba się ubrać na czarno! - zarządziła.
Dziewczynki nie miały czarnych ubranek. Na ostatnią drogę mamy sprawiono
im czarno-białe płaszczyki i białe sukienki w czarne ciapki.
- Radosne dzieciństwo, które było dobrodziejstwem, zostało przecięte
dramatem. To było absolutne cięcie naszej rodzinnej historii. Niedługo
po śmierci mamy musieliśmy opuścić plebanię, ponieważ zbliżał się front
wschodni. Wszystko diametralnie się zmieniło. Załamało się życie
rodzinne i socjalne. Już nigdy nie wróciliśmy na wieś. Rozdzielono nas.
Niemniej moje dzieciństwo sielskie, anielskie pozostało w mojej pamięci
z obrazem promiennej mamy w ogrodzie - wspomina Anna.
- Po śmierci mamy nigdy się nie kłóciłyśmy - mówi Teresa Butkiewicz.
Drogi dziewczynek po raz pierwszy się rozeszły. Jagoda pojechała do
Kielc, pod kuratelę ciotki Julii, która była długoletnią profesorką w gimnazjum Sióstr Nazaretanek im. Królowej Jadwigi. Uczyła tam języka
polskiego. Hanka była już u Sióstr Nazaretanek, tyle że w Warszawie,
przy ulicy Czerniakowskiej. Terenia została z ojcem w miasteczku. Uczyła
ją guwernantka, która z nimi mieszkała.
- Na początku bardzo chciałam mieszkać w Warszawie. Stolica była dla
mnie egzotyczna. Wyjeżdżałam z całą wyprawką. Miałam sześć powłoczek,
tyle samo prześcieradeł, ręczniki, koszulki dzienne, nocne. Wszystko
znakowane monogramami. To było coś, co mnie wyróżniało. Czułam się
wyposażana na podróż życia. Zamieszkałam w internacie. Mentalnie długi
czas byłam dzieckiem - opowiada Anna.
Lubiła stać w oknie i patrzeć w dal. To był początek jej nowej drogi,
skierowanej ku wolności. Tu, gdzie dzisiaj jest ulica Bartycka, aż do
rozlewisk Wisły ciągnęły się pola ziemniaczane. Warszawę znała trochę z dzieciństwa. Przyjeżdżała tu z mamą do jej teściowej Jadwigi Milewskiej.
Mieszkała na Tamce ze swoim synem Jerzym, starszym bratem ojca,
kawalerem. Hanka pamięta, jak przed wojną bywała z mamą w domu towarowym
braci Jabłkowskich na Brackiej. Tam zobaczyła śliczny japoński ogródek w płytkiej doniczce. Była nim zafascynowana! Nie zajmowały jej stroje
mamy, garsonki, sukienki kupowane u Hersego ani buty z legendarnego
sklepu Jana Kielmana na Chmielnej. Mama nosiła zwykle szyte na miarę
modne buty. Nie miała dużo ubrań, ale wszystko w najlepszym gatunku.
Miała śliczne, malutkie stopy w rozmiarze zwanym wtedy trójką. I piękne
ręce, długie palce.
Hanka poznawała Warszawę w towarzystwie stryja Jerzego. Tylko on był
upoważniony do zabierania jej z internatu, na pół soboty i niedzielę.
Odbierał Hankę przy furcie klasztoru. Pensjonarki były pilnie strzeżone.
Okupowaną Warszawę dręczyły łapanki i represje. Stryj był varsavianistą
z krwi i kości, mimo że urodzony w Rembówku, w rodzinnym majątku, w Ciechanowskiem. Kochał stolicę, był bardzo bogaty. Obawiał się tylko
jednego... ubóstwa. Znał zabytkową architekturę miasta. Zabierał Hankę do
kawiarni U Aktorek przy Mazowieckiej. Lody podawała tam Janina
Romanówna1. Po drodze chronili się w bramach przed patrolami
żandarmów.
Stryj Jerzy uwielbiał kobiety. Adorował mamę Hanki, krewne, kuzynki.
Został starym kawalerem. Szeptano o powodach zdrowotnych, intymnych.
- Zdaje się, że podczas studiów na politechnice w Tuluzie załapał
francuską chorobę. Nie mówiło się o tym głośno, ale takie były pogłoski.
Janina Romanówna - aktorka, reżyserka, pedagog, córka znanego lwowskiego
aktora Władysława Romana. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki