Mohikanie paryscy część IV - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

Gniazdko gołębicy.

Czytelnicy nasi przypominają sobie zapewne, że pan de Marande, nim wrócił do swego gabinetu, gdzie czekały go nowiny z Tuilleries, przyniesione przez Salvatora, prosił z wielką grzecznością swej żony, aby mu pozwoliła po skończonym balu, odwiedzić się w swym sypialnym pokoju.

Jest obecnie szósta godzina rano, dzień zaczyna świtać, turkot odjeżdżających powozów ucichł na bruku; ostatnie światła gasną w pałacu, Paryż zaczyna się budzić. Od kwadransa pani de Marande usunęła się do swego sypialnego pokoju, a przed pięciu minutami pan de Marande zamienił ostatnie słowa z człowiekiem, którego postawa okazywała wojskowego, mimo mieszczańskiego ubrania. Słowa jego były następujące: - Niech jego książęca mość będzie spokojny! może liczyć na mnie, jak na siebie samego. Za tym człowiekiem, który odjechał szybko, uniesiony parą silnych koni, w pojeździe bez herbów, z furmanem bez liberji, i który zniknął na rogu ulicy Richelieu, drzwi pałacu zamknęły się ostatecznie. Teraz niechaj czytelnik nie troszczy się za nadto temi żelaznemi okiennicami i łańcuchami, które stanęły między nami a właścicielem wspaniałego pałacu; nasza laska czarnoksięzka, jako romansopisarza, otworzy nam drzwi najlepiej strzeżone. Użyjmy więc tego przywileju, i końcem laseczki odemknijmy drzwi buduaru pani Lidji de Marande. - Sezamie, otwórz się. Jak widzicie, drzwi są otwarte do tego ślicznego błękitnego buduaru, gdzie przed kilku godzinami słyszeliście śpiewającą Karmelitę, pieśń o wierzbie. Niezadługo otworzymy przed wami wejście daleko straszniejsze, wejście do sądu przysięgłych, ale nim wejdziemy do piekła występków, pozwólcie odpocząć na chwilę i nabrać siły w raju miłosnym, który nazywają pokojem pani de Marande. Pokój ten, aby nie być w zetknięciu bezpośrednim z buduarem, był poprzedzony rodzajem przedsionka, który stanowił zarazem łazienkę i był oświetlony z góry za pomocą szkieł kolorowych, tworzących desenie arabskie. Zawsze zostawał on w półcieniu, a ściany jego obite były materją szczególniejszego rodzaju, koloru niezdecydowanego, pomiędzy perłowym a pomarańczowym; tkanina ta zdawała się być zrobioną z roślin azjatyckich, z których Indjanie wyciągają nitki, aby z nich tkać materję, znaną pod nazwiskiem nankinu. Dywany były z mat chińskich, miękkie jak najdelikatniejsza materja, meble z chińskiej laki, ze złotemi siatkami. Marmury białe jak mleko, a zdobiące je porcelany turkusowego koloru, które w sklepach starożytności nazywają sewrską porcelaną. Wchodząc do tego cichego schronienia, oświetlonego tajemniczo jedną tylko lampą ze szkła czeskiego, zawieszoną u sufitu, mógłby kto sądzić, że jest o sto mil od ziemi. Dostawszy się raz do tych obłoków lazurowych i złocistych, było rzeczą naturalną, przejść ztamtąd do raju, a pokój, do którego wprowadzimy naszych czytelników, był w istocie rajem. Po podniesieniu portjery, pierwszym przedmiotem, który wzrok nasz uderza, jest piękna Lidja, wyciągnięta niedbale na łóżku zajmującem prawą stronę pokoju, wsparta jedną ręką o poduszkę, która zdawała się być z gazy, w drugiej trzymała małą książkę poezji, którą pragnęła może przeczytać, ale nie czytała, pogrążona w dumaniu. Lampa z porcelany chińskiej paliła się na małym stoliczku i rzucała na białe muśliny przez klosz ze szkła czerwonego, różowe światło, podobne do wschodzącego słońca, które rzuca swe promienie na dziewicze śniegi Jungfrau lub góry Mont-Blanc. To najpierw przyciągało wzrok nasz, i starać się będziemy odmalować choć w części wrażenie, jakie ten zachwycający obraz w nas wywołał, ale pierwej dokończyć musimy opisu tego schronienia. Najpierw Olimp, później zaś bóstwo, które go zamieszkiwało. Wyobraźmy sobie pokój czyli raczej gniazdko gołębie, zaledwie tak duże i wysokie, aby w nim spać i oddychać można. Pokój obity był ze wszystkich stron aksamitem koloru wiśniowo-różowego, z odcieniem granatu i rubinu, tam gdzie światło żywiej padało na jego fałdy. Łóżko zajmowało całą prawie długość pokoju i zaledwie na dwóch jego końcach mogły być umieszczone etażerki z drzewa różanego, zastawionego najróżnorodniejszemi cackami z porcelany saskiej, sewrskiej i chińskiej. Naprzeciw łóżka kominek, a z dwóch stron tego kominka stały dwie maleńkie kozetki, które zdawały się być wysłane puchem łabędzim, po nad nimi zaś wisiały zwierciadła, otoczone zamiast ram wieńcem ze złoconych liści i kłosów. Usiądźmy na jednej z kozetek i rzućmy wzrok na łóżko. Łóżko wybite tak samo aksamitem wiśniowym bez żadnych ozdób, tylko bogaty cień jego uwydatniał się przez oprawę, która była arcydziełem prostoty, i dziwić się trzeba, że znalazł się tapicer do tego stopnia poeta, aby mógł swą sztuką dojść do podobnego rezultatu. Wewnętrzną ścianę łóżka stanowiło ogromne zwierciadło, ujęte w ramę aksamitną podobnie jak łóżko. Ale najbardziej zachwycającem było to, co odbijało się w tem zwierciadle. Powiedzieliśmy już, że naprzeciwko łóżka umieszczony był kominek. Po nad kominkiem zastawionym tysiącem drobiazgów, które stanowią świat kobiecy, była ściana lustrzana, przez którą widać było oranżerję. - Ściana w potrzebie mogła być usuniętą, łącząc tym sposobem mieszkanie kobiety z mieszkaniem kwiatów. W pośrodku małej oranżerji była umieszczona maleńka sadzawka, w której igrały złote rybki i piły różnobarwne ptaszki, a po za tem wznosiła się marmurowa statua Pradiera, w połowie naturalnej wielkości. Oranżerja była zaledwie tej wielkości co pokój, ale przez szczególniejsze urządzenie, wydawała się wspaniałym, olbrzymim ogrodem indyjskim, którego różnorodne rośliny zwrotnikowe splatające się jedne z drugiemi, dawały pojęcie o całej tamecznej florze. Była to w istocie część świata, wielkości dziesięciu stóp kwadratowych, mała Azja, którą możnaby schować do kieszeni. Drzewo, które nazwano królem roślin, drzewo wiadomości złego i dobrego, nazwane drzewem figowem, przedstawiało się w pięciu głównych rodzajach: figa rajska, figa o krótkich owocach, figa chińska, figa o liściu różowym i figa o liściu czerwonym. Obok rosła helikonja, najbardziej do nich zbliżona długością i szerokością liści, oraz różnorodny zbiór roślin całego świata. Sadzawka i podstawa statui niknęły w szerokich liściach paproci, tworzących najpiękniejszy kobierzec. W miejsce słońca, które królować tu dopiero będzie za kilka godzin, od sklepienia spuszcza się glob oświetlony, a promienie jego rzucają niebieskawy odcień na ten maleńki las dziewiczy. Patrzącemu z łóżka oranżerja ta przedstawiała widok czarujący. To też, jak mówiliśmy już pierwej, osoba leżąca na łóżku i wsparta na łokciu, trzymała w ręku książkę, ale wzrok jej zwrócony był w inną stronę i błąkał się w tym zaczarowanym świecie, na który przez szybę lustrzaną spoglądała jak przez sen. Jeżeli kocha, powinnaby szukać wzrokiem kwitnących gałązek, miłośnie powiązanych z sobą, jeżeli nie kocha, powinna zapytać o tajemnicę miłości tej żyjącej roślinności, której każdy listek, każdy kwiatek odkrywa tajemnicze słowa. A teraz gdy opisaliśmy dostatecznie raj nieznany z ulicy Artois, pomówmy trochę o Ewie, która go zamieszkiwała. Tak, Ewa jest to w istocie imię, na które zasługuje Lidja, zamarzona i czytająca "Rozmyślania" Lamartina, Ewa świeża, różowa, biała. Owinięta obłokiem cienkich batystów, z puszkiem łabędzim koło szyi, a błyszczącym wzrokiem, z rumieńcem na licach, była ona wzorem dla rzeźbiarza ateńskiego lub koryntskiego, który nie mógł marzyć o piękniejszym modelu, o typie bardziej doskonałym do statui wyobrażającej Ledę. Miała ona w istocie na twarzy cudny rumieniec i rozkoszne zamyślenie Ledy, której szyję łabędź otacza uściskiem. Widząc ją tak, autor Psychy, tej Ewy pogańskiej, Kanowa, mógł śmiało ją wziąć za wzór do marmurowego dzieła, przy którem zniknęłaby Venus Borghese; Correggio zrobiłby z niej Kalypsę zamarzoną, po za którą ukrywa się jaki Amor; Dante nazwałby ją starszą siostrą Beatryczy i byłby pragnął, aby wiodła go przez kręte drogi tej ziemi, jak młodsza jej siostra wiodła go przez kręte drogi nieba. Ale bezwątpienia, malarze, poeci i rzeźbiarze pochyliliby głowę przed tą zachwycającą istotą, w której łączyło się naraz tyle wdzięków, wstyd dziewiczy, powab kobiecy, zmysłowość bogini, tak, dziesiąty, piętnasty i dwudziesty rok razem, to jest wiek dziecinny, młodzieńczy i wiek miłości, stanowiące trylogię młodości. Otóż trzy te wieki, jak trzy Gracje Germana Pilona, tworzyły orszak tej istoty wybranej, której obraz staramy się odmalować. Stosownie do sposobu w jaki się jej przypatrywano, wydawała się rozmaicie: i tak, Anioł byłby ją wziął za siostrę, Paweł za Virginię, Desgrieux za Manon Lescaut. Zkąd pochodziła ta potrójna piękność nieporównana w niczem, szczególna, niewytłómaczona? Starać się będziemy wyjaśnić w dalszym ciągu tego opowiadania, poświęcając ten rozdział, czyli raczej rozdział następny, rozmowie pani de Marande z mężem. Mąż ten przybyć ma lada chwila, jego to właśnie oczekuje piękna Lidja z takiem roztargnieniem, ale nie jego z pewnością wzrok jej niepewny szuka w półcieniach komnaty. Prosił ją jednak bardzo czule o pozwolenie, z którego skorzysta niebawem, pomówienia z nią przez chwilę w jej pokojach, nim zamknie się w swoich. I cóż! tyle piękności, tyle świeżości i młodości, wszystko to o czem tylko marzyć może, człowiek dochodzący do lat dwudziestu pięciu, tego szczytu młodości, a więc tyle szczęścia, tyle radości i upojenia, wszystkie te skarby należą do jednego człowieka, a tym człowiekiem jest bankier, blondyn, świeży, rumiany, wysmukły, grzeczny i dowcipny, to prawda, ale zimny, egoista i wyniosły; wszystko to jest jego własnością, zarówno jak pałac, obrazy i kasa! Cóż to za wypadek tajemniczy, co za władza okrutna i nieubłagana, mogła połączyć te dwie istoty tak odmienne, na pozór przynajmniej, te dwa serca, nie mogące się zrozumieć. Prawdopodobnie dowiemy się o tem później. A tymczasem posłuchajmy ich rozmowy, a może wejrzenie, ruch, lub słowo jednego z nich naprowadzi nas na ślad wypadków, ukrytych jeszcze przed nami w ciemnej przeszłości. Nagle piękna marzycielka usłyszała kroki na kobiercu w przyległym pokoju, uczyniła ostatni szybki przegląd swej tualety; obsunęła łabędzie futerko koło szyi, ściągnęła na ręce koronki szlafroczka, a widząc, że cała jej osoba przysłonięta jest należycie, nie zrobiła już żadnego ruchu, by zmienić jej układ. Wypuściła tylko otwartą książkę z ręki i uniosła trochę wyżej czoło, opierając na ręku podbródek: w tej postawie, w której więcej jeszcze było obojętności niż kokieterji, oczekiwała na swego pana i męża.

II

Pan de Valsigny.

W czasie gdy narada, której treść i rezultat poznamy później, rozpoczynała się w około stołu nakrytego zielonem suknem, gdzie tyle razy roztrząsane były losy Europy, pan de Marande, prosty woltyżer w drugiej legji, wracał do siebie, nie dawszy przez dzień cały najmniejszej oznaki zadowolenia lub niechęci, któraby wyjawiła, jego opinie polityczne. Zdjął mundur z pospiechem, wskazującym jak mało miał sympatji do stanu wojskowego i jak gdyby zajęty był głównie wielkim balem, który dziś miał dawać, przewodniczył sam wszelkim przygotowaniom. Tymczasem nasi młodzi bohaterowie, nie widząc Salvatora od ostatnich ostrzeżeń zamienionych na przeglądzie, pospieszyli, równie jak de Marande, zdjąć mundury, i poszli dowiedzieć się u Justyna, jak gdyby u ogólnego źródła, co pozostawało im czynić w różnych okolicznościach, które mogły się nastręczyć. Justyn oczekiwał także Salvatora. Młody człowiek przybył około dziewiątej godziny; i on także zdjął już mundur i przywdział ubiór posłańca. Znać było z jego dyszącej piersi i uznojonego czoła, że czynnie spożytkować musiał czas od powrotu z przeglądu. - A zatem? zapytali jednogłośnie czterej młodzi ludzie, spostrzegłszy go wchodzącego. - A zatem, odrzekł Salvator, rada ministrów się odbywa. - Z jakiego powodu? - Z tego powodu, że trzeba ukarać tę poczciwą gwardję narodową, która dziś była niegrzeczną. - Kiedyż będziemy wiedzieli rezultat tej narady? - Skoro tylko będzie jaki rezultat. - Masz wolne wejście do Tuilleries? - Mam wszędzie wolne wejście. - Szkoda, rzekł Jan Robert, żałuję, że nie mogę czekać, mam dziś zaproszenie na wieczór. - I ja także, dodał Petrus. - U pani de Marande? zapytał Salvator. - Tak, odrzekli obaj młodzi ludzie zdumieni. - Zkądże wiesz o tem? - Wiem o wszystkiem. - Ale jutro o świcie będziemy mieć nowiny, nieprawdaż? - Będziecie je mieć, dziś jeszcze w nocy. - Kiedy idziemy do pani de Marande... - Będziecie je mieć u pani de Marande. - Któż nam ich udzieli? -Ja. - Jakto, będziesz także u pani de Marande? Salvator uśmiechnął się przebiegle. - Nie u pani de Marande, ale u pana de Marande. Poczem dodał z tymże samym uśmiechem, który charakteryzował jego fizjognomię. To jest mój bankier. - A! kiedy tak! rzekł Ludowik, to żałuję mocno, że nie przyjąłem zaproszenia, które chciałeś mi ofiarować, Janie Robercie. - Gdyby nie było tak późno! zawołał ten ostatni. I spojrzawszy na zegarek, dodał: Już w pół do dziesiątej! niepodobna. - Czy życzysz sobie iść na bal do pani de Marande? zapytał Salvator. - Tak, odrzekł Ludowik, chciałbym być tej nocy razem z memi przyjaciółmi... Czyż nie może lada chwila coś wybuchnąć? - Prawdopodobnie nic nie wybuchnie, powiedział Salvator, ale mimo to nie rozdzielaj się dziś z nimi. - Muszę jednak, nie mając zaproszenia. Na ustach Salvatora błąkał się zwykły jego uśmiech. - Poproś naszego poetę, aby cię przedstawił, powiedział. - O! zaprzeczył Jan Robert, nie jestem tak poufałym w tym domu. I zaczerwienił się z lekka. - A zatem, ciągnął dalej Salvator, zwracając się do Ludowika, poproś Jana Roberta, aby wpisał twe nazwisko na tej kartce. I wyciągnął z kieszeni drukowany bilet, na którym były te słowa: "Pan i pani de Marande, mają zaszczyt zaprosić pana... na wieczór, który się odbędzie w ich pałacu przy ulicy d'Artois, w niedzielę 29-go kwietnia. Będą tańce.

Paryż 20-go kwietnia 1827 roku".

Jan Robert patrzał na Salvatora ze zdziwieniem, które wyglądało na osłupienie. - No i cóż, rzekł Salvator, czy obawiasz się, aby nie poznano twego pisma?... Daj mi pióro Justynie. Justyn podał Salvatorowi pióro, a ten wpisał na bilecie nazwisko Ludowika, starając się zmienić swoje drobne i arystokratyczne pismo na pospolity charakter; poczem podał bilet młodemu doktorowi. - A teraz, zapytał Jan Robert, powiedziałeś kochany Salvatorze, że idziesz nie do pani Marande, ale do pana? - W istocie. - A zatem jakimże sposobem się zobaczymy? - Prawda, podjął Salvator ze swym zwykłym uśmiechem, wy idziecie do pani. - Ja idę na bal i nie przypuszczam, aby tam była mowa o polityce. - Nie... ale o wpół do dwunastej, gdy biedna nasza Karmelita skończy śpiewać, bal się rozpocznie, a o samej, dwunastej otwarte zostaną na końcu galerji tworzącej oranżerję, drzwi wiodące do gabinetu pana de Marande, gdzie przypuszczeni będą ci, którzy wymówią te dwa słowa: Karta i Chartres. Nie są one trudne do spamiętania, nie prawdaż? - Nie. - A zatem rzecz ułożona. Teraz zaś jeśli chcecie się ubrać i być o wpół do jedenastej w niebieskim buduarze, nie ma czasu do stracenia! - Mam jedno miejsce dla kogoś w mojej karecie, rzekł Petrus. - Weź Ludowika: jesteście sąsiadami, powiedział Jan Robert, ja idę w swoją stronę. - Dobrze! - A więc o wpół do jedenastej w buduarze pani de Marande, aby posłuchać Karmelity, a o dwunastej w gabinecie pana, aby się dowiedzieć, co stało się w Tuilleries. Trzej młodzi ludzie, uścisnąwszy dłoń Salvatora i Justyna, odeszli. O jedenastej, jak widzieliśmy, Jan Robert, Petrus i Ludowik zebrani byli u pani de Marande i przyklaskiwali Karmelicie, o wpół do dwunastej w czasie gdy pani de Marande i Regina otaczały staraniami zemdloną Karmelitę, dawali Kamilowi naukę, o której wspominaliśmy już, a nakoniec o dwunastej, gdy pan de Marande pozostawszy w tyle, aby się dowiedzieć o stanie Karmelity całował z grzecznością żonę w rękę i prosił ją jak o łaskę, aby po skończonym balu pozwoliła mu odwiedzić się w swym pokoju, wchodzili do gabinetu bankiera, powiedziawszy słowo umówione, Karta i Chartres. Tu zebrani byli wszyscy weterani z Grenobli, Belfortu, Saumuru i Roszelli; wszyscy ci nakoniec, którzy szczególniejszym trafem, zachowali głowy na karkach: La Fayette, Koechlin, Pajol, Dermoncourt, Carrel, Guinard, Arago, Cavaignac, z których każdy reprezentował albo jaką opinię wyraźną, albo pewien odcień opinii, a wszyscy razem szanowani byli powszechnie. Jedli oni lody, pili poncz, i mówili o teatrze, o sztuce, literaturze, wystrzegając się tylko polityki... Trzej młodzi ludzie weszli razem i szukali wzrokiem Salvatora. Salvator nie przybył jeszcze. Każdy z nich zatem podług swej sympatji łączył się z jedną z tych sław rozgłośnych, które się tu znajdowały: Jan Robert zbliżył się do La Fayetta, który miał przywiązanie prawie ojcowskie dla młodego poety; Ludowik do Franciszka Arago, tej głowy pięknej, a wielkiego serca i umysłu; nakoniec Petrus, do Horacego Verneta, którego obrazom odmówiono przyjęcia na Wystawie, ale on urządził u siebie wystawę prywatną, na którą zbiegał się cały Paryż. Gabinet pana de Marande przedstawiał ciekawe próbki niechętnych z różnych stronnictw. Wszyscy ci niechętni mówili, jak wspomnieliśmy już, o rzeczach sztuki, nauki, wojny, spoglądali jednak ku drzwiom za każdym nowo wchodzącym, zdając się oczekiwać kogoś. W istocie oczekiwali oni nieznanego jeszcze posłańca, który miał im przynieść nowiny ze dworu. Nakoniec drzwi się otworzyły i ukazał się młody człowiek około lat trzydziestu, ubrany z wytworną elegancją. Petrus, Ludowik i Jan Robert wstrzymali okrzyk zdziwienia: tym młodym człowiekiem był Salvator. Nowo przybyły szukał kogoś wzrokiem, a spostrzegłszy pana de Marande, zbliżył się do niego. - Przybywasz pan późno, panie de Valsigny, rzekł bankier. - Tak, panie, odpowiedział młody człowiek, którego głos i ruchy zmienione były nie do poznania i przykładając szkiełko do prawego oka, jak gdyby potrzebną mu była ta pomoc do rozpoznania Jana Roberta, Petrusa i Ludowika, tak, przybywam późno, to prawda, ale przytrzymała mnie ciotka staruszka, przyjaciółka księżnej d'Angouleme, opowiadając nowiny ze dworu. Wszyscy obecni zdwoili uwagę. Salvator zamienił kilka ukłonów z osobami, które cisnęły się w około niego, zachowując pewną miarę, co do stopnia przyjaźni, szacunku, lub poufałości, do jakiej wykwintny pan de Valsigny czuł się obowiązanym dla każdego. - Nowiny ze dworu! powtórzył pan de Marande, więc są jakie nowiny? - A! to pan nie wiesz? była tam rada. - To, panie de Valsigny, rzekł śmiejąc się pan de Marande, nie jest już nowiną. - Ale z tego wypłynąć mogą... - Na prawdę? - Tak. Zebrani skupili się. - Na wniosek panów de Villele, de Corbiere, de Peyronnet, de Damas, de Clermont Tournerre; na naleganie małżonki Delfina, którą okrzyki: "Precz z jezuitami!" obraziły; pomimo oporu panów de Frayssinous i de Chabrol, którzy głosowali za rozpuszczeniem częściowem, gwardja narodowa została rozwiązaną! - Rozwiązaną! - Najzupełniej! i tym sposobem ja, który miałem piękny stopień, byłem furjerem w gwardji, pozostałem bez urzędu i będę musiał zajmować się czem innem! - Rozwiązaną! powtórzyli słuchacze, jak gdyby nie mogli temu uwierzyć. - Ależ to jest bardzo ważne, to o czem pan mówisz! podjął generał Pajol. - Tak sądzisz, generale? - Niezawodnie!... jestto poprostu zamach stanu. - Tak... a zatem Jego królewska mość Karol X-ty wykona! ten zamach... - Czy jesteś pan pewnym tego, co mówisz? zapytał La Fayette. - A! panie margrabio... (Salvator nie brał tego na serjo, że La Fayette i Montmorency spalili swoje tytuły w nocy 4-tego sierpnia 1789 roku). A! panie margrabio, nie powiedziałbym nic takiego, coby nie było zupełną prawdą. Poczem dodał stanowczo: Sądzę, że mam zaszczyt być dość znanym panu, abyś mógł powątpiewać o prawdzie słów moich. Starzec podał rękę młodemu człowiekowi i uśmiechając się, rzekł półgłosem: - Odzwyczaj się nazywać mnie margrabią. - Daruj pan, ciągnął śmiejąc się Salvator, jesteś dla mnie do tego stopnia margrabią... - A więc dobrze! dla pana, który jesteś człowiekiem rozumnym, pozostanę czem zechcesz, ale dla innych nazywaj mnie generałem. I wracając do poprzedniej rozmowy: A kiedyż ogłoszą to piękne rozporządzenie? zapytał. - Już jest ogłoszone. - Jakto ogłoszone? zapytał pan de Marande, a ja jeszcze o tem nie wiem! - Dowiesz się pan prawdopodobnie za chwilę. Nie można brać za złe, że pański delegat się opóźnia, gdyż ja mam swoje sposoby słyszenia przez ściany, mam. rodzaj kulawego djabła, który unosi sklepienia, abym mógł zajrzeć do rady stanu. - A więc zaglądając przez mury Tuilleries, widziałeś pan zredagowane to rozporządzenie? - Więcej jeszcze, czytałem przez ramię tego, co pisał. O! nie ma tam wiele słów... jest jedno tylko zdanie: "My, Karol X-ty, z Bożej łaski, i t. d., na skutek raportu naszego sekretarza stanu, ministra spraw wewnętrznych, i i. d. "gwardja narodowa paryzka jest rozwiązaną". Oto wszystko. - I to rozporządzenie?... - Wydano w dwóch egzemplarzach, jeden wysłany został do "Monitora", drugi do marszałka Oudinot. - Więc będzie jutro w "Monitorze?" - Jest już nawet, tylko, że "Monitor44 jeszcze nie wyszedł. Obecni spojrzeli po sobie. Salvator mówił dalej: - Jutro czyli raczej dziś, bo mamy już północ, dziś o siódmej rano, gwardziści narodowi, zluzowani zostaną na odwachach przez gwardję królewską i wojsko liniowe. - Tak odezwał się głos jakiś, aż do czasu gdy gwardziści narodowi zluzują znowu pułki liniowe i gwardję królewską! - Zapewne, może to nastąpić kiedyś, odrzekł Salvator, ale nie będzie to już z rozporządzenia Karola X-go. - To nie do uwierzenia! powiedział Arago. - A! panie Arago, rzekł Salvator, pan, jako astronom, przepowiadasz na godziny i na minuty zaćmienia słońca i księżyca, ale na przestworzu królewskiem, nie lepiej widzisz od innych. - Co pan chcesz, odrzekł znakomity uczony, jestem pozytywista i wskutek tego pełen wątpliwości. - Co znaczy, że chcesz pan dowodu? dodał Salvator. Dobrze damy go zaraz. I wyciągnął z kieszeni kawałek wilgotnego jeszcze papieru. Proszę, rzekł, jestto dowód rozporządzenia, które będzie jutro w "Monitorze". Cóż! kiedy się zatarł trochę, wyjęto go umyślnie dla mnie z pod prasy. A uśmiechając się dodał: Czekając na to opóźniłem się właśnie. I podał dowód astronomowi, z którego rąk przeszedł on do innych, a w końcu, jak aktor, który oszczędza efekty widząc, że wywołał tem ogólne wrażenie, dodał: - To jeszcze nie wszystko. - Jakto! cóż jeszcze więcej? zapytywano zewsząd. - Książę Doudeauville, minister dworu królewskiego, podał się do dymisji. - O! rzekł La Fayette, wiedziałem, że od czasu zniewagi wyrządzonej przez policję jego krewnemu, oczekiwał tylko na sposobność. - A zatem, dodał Salvator, sposobność się nastręczyła z powodu gwardji narodowej. - I dymisja jego została przyjętą? - Z pospiechem nawet. - Przez króla? - Król wahał się trochę, ale księżna d'Angouleme, zwróciła jego uwagę, że będzie to stosowne miejsce dla księcia de Polignac. - Jakto, dla księcia Polignac? - Dla księcia Anatola Juljusza de Polignac, który skazany na śmierć w 1804 roku, a ułaskawiony za wstawieniem się cesarzowej Józefiny, został następnie księciem rzymskim w 1814, parem w 1816 i ambasadorem w Londynie w 1823. Czyż może być jeszcze jaka wątpliwość, co do jego osoby? - Przecie jest ambasadorem w Londynie... - O! to najmniejsza, generale, odwołują go ztamtąd. - A pan de Villele, wtrącił pan de Marande, zgodził się na to odwołanie? - Opierał się trochę, odpowiedział Salvator, bo ma to być przebiegły lis ten pan de Villele, jak mówią przynajmniej, a więc w swym charakterze przebiegłego lisa rozumie on, że nie ma skały tak twardej, aby się nie dała rozłupać, czego dowodem Annibal, który według Liwiusza, przebił octem góry Alpejskie, i obawia się, aby pan de Polignac, nie był tym octem, który w proch obróci jego skałę! - Jakto, zawołał generał Pajol, pan de Polignac należeć będzie do ministerjum? - W takim razie nie pozostawałoby nam nic, jak tylko zamaskować twarze! dodał Dupont. - Przeciwnie, odrzekł Salvator, sądzę, że trzeba będzie raczej je zdemaskować. Salvator wymówił te słowa z tak odmiennym naciskiem, że oczy wszystkich zwróciły się na niego. Teraz dopiero trzej przyjaciele poznali go: był to ich Salvator, nie zaś hrabia Valsigny pana de Marande. W tej chwili wszedł lokaj i oddał jakiś papier gospodarzowi domu. - Pilne! powiedział. - Wiem, co to jest, rzekł bankier. I biorąc list z żywością, otworzył niezapieczętowaną kopertę i przeczytał trzy wiersze, nakreślone grubem pismem: "Gwardja narodowa rozwiązana. Dymisja księcia Doudeauville przyjęta. Pan de Polignac odwołany z Londynu". - Prawdziwie, zawołał Salvator, możnaby sądzić, że to ja zawiadamiam o wypadkach jego książęcą wysokość księcia Orleańskiego! Wszyscy zadrżeli. - Ale któż panu mówi, że ten bilecik pochodzi od jego książęcej mości? zapytał pan de Marande. - Poznałem jego pismo, odrzekł z prostotą Salvator. - Jego pismo? - Tak... Wszak nie ma w tem nic dziwnego, mamy obaj tegoż samego notarjusza pana Baratteau. W tej chwili wezwano obecnych do wieczerzy. Salvator opuścił szkło z oka i spojrzał na kapelusz, jakby zabierał się do wyjścia. - Nie zostajesz pan z nami na wieczeczę, panie de Valsigny? zapytał z żywością pan de Marande. - Żałuję mocno, ale mi niepodobna tego uczynić. - Dla czego? - Muszę dzisiejszą noc zakończyć w sądzie przysięgłych. - W sądzie przysięgłych? o tej godzinie? - Tak, pilno im tam ukończyć z pewnym biedakiem, którego nazwisko nie jest wam zapewne nieznane. - A! Sarranti... ten nędznik, który zabił dwoje dzieci i skradł sto tysięcy talarów swemu dobroczyńcy, odezwał się głos jakiś. - I który chce uchodzić za bonapartystę, powiedział ktoś inny. Spodziewam się, że zostanie na śmierć skazany. - O! co tego to możesz pan być pewnym, odparł Salvator. - I że będzie stracony! - A! to mniej jest pewne. - Jakto, sądzisz pan, że Jego królewska mość ułaskawiłby podobnego zbrodniarza? - Nie, ale mogłoby się okazać, że zbrodniarz ten jest niewinny i natenczas ułaskawienie jego przyszłoby od Boga, nie od króla. Salvator, wymówił znowu te ostatnie słowa z pewnym odcieniem, który od czasu do czasu wykazywał prawdziwy jego charakter, pod przywdzianą maską lekkomyślności. - Panowie, odezwał się pan de Marande, słyszeliście, że podano już na stół. W czasie gdy osoby, do których zwrócił się pan de Marande, szły do sali jadalnej, trzej młodzi ludzie zbliżyli się do Salvatora. - Powiedz mi, kochany Salvatorze, zapytał Jan Robert, może będziemy jutro potrzebowali widzieć się z tobą?... - Jestto prawdopodobnem. - W takim razie, gdzież cię znajdziemy? - W zwykłem mojem miejscu na ulicy Żelaznej, przy drzwiach szynkowni; zapominasz zawsze, że jestem posłańcem miejskim, mój drogi... O! poeci, poeci! I wyszedł drzwiami przeciwległemi sali jadalnej, bez wahania, jak człowiek, któremu wszelkie przejścia domowe są znane, zostawiając swych przyjaciół w głębokiem zdumieniu.

I

Przegląd z dnia 29. kwietnia.

Od chwili, gdy rozkaz zapowiadający przegląd na dzień 29. kwietnia, został ogłoszony, aż do dnia tegoż przegląda, czuć było w Paryżu jakieś nieme drżenie, poprzedzające zwykle burze polityczne. Nikt nie umiał powiedzieć, co wróżył ten rodzaj gorączki, ani nawet, że wróżył cośkolwiek, lecz ulegając mimowolnie ogólnemu szałowi, ludzie spotykali się, ściskali za ręce i mówili:

- Czy będziesz? - W niedzielę? - Tak. - Spodziewam się! - Pamiętaj się stawić. - Nie omieszkam! Poczem ściskano się powtórnie za ręce, i rozstawano mówiąc: - Nie stawić się? a to byłoby dobre! Od 25 do 29, dzienniki liberalne nie przestawały mówić o przeglądzie, pobudzając obywateli do zebrania się i zalecając ostrożność. Wiemy co znaczą takie ostrzeżenia pochodzące z organów nieprzyjaznych rządowi, mówią one: Bądźcie przygotowani na wszelki wypadek, bo czujemy coś w powietrzu... Te trzy dni nie przeszły także obojętnie dla młodych bohaterów naszej powieści. Pokolenie to, z którego my pochodzimy, miało jeszcze w tej epoce wiarę, której nie straciło do dziś dnia, gdyż pozostało ono młodem w sercu. Lecz utraciło ją następne, do którego należą dziś ludzie trzydziesto i trzydziestopięcioletni. Wiara była okrętem, który się rozbił w rewolucjach z roku 1830 i 1848. Każdy więc z naszych młodych przyjaciół uczuł wpływ trzech dni następnych, jedni czynnie, inni zaś biernie. Salvator, jeden z głównych przywódców karbonarów, dusza stowarzyszeń tajemnych, zorganizowanych nie tylko w Paryżu i departamentach, ale i za granicą: Salvator, jak wiemy, czynnie się przyczynił do zwiększenia szeregów gwardji narodowej o pięć do sześciu tysięcy patrjotów, którzy dotąd nie wchodzili do jej składu. Ci patrjoci byli umundurowani i mieli broń, co było najważniejszem: o naboje łatwiej się było wystarać, a w dniu stanowczym, w chwili oznaczonej, znajdą się oni w mundurach i z bronią w ręku. Justyn, prosty woltyżer jednej z kompanji 11. legjonu, zaczął propagować z zapałem karbonaryzm. A ponieważ ceniony był, kochany, szanowany w swym okręgu, z powodu cnót rodzinnych, tak dobrze znanych, słuchali go jak wyroczni ludzie, którzy zresztą pragnęli być przekonani. Co do Ludowika, Petrusa i Jana Roberta, były to proste jednostki, ale wpływająca każda na jakąś przestrzeń. Ludowik, kierował swemi współuczniami; byli to studenci prawa i medycyny, których szeregi tylko co opuścił Petrus wpływał na całą młodzież artystyczną, pełną wówczas zapału i wiary, Jan Robert zaś wpływał na tych wszystkich, co trzymając pióro w dłoni szli w ślady swego mistrza w sztuce i gotowi byli iść za nim na każdej innej drodze. Jan Robert należał do gwardji narodowej konnej, Petrus i Ludowik byli oficerami gwardji pieszej. Każdy z nich oddany wyłącznie sztuce, nauce, lub miłości, gdyż te młode serca przejęte były wszelkiemi szlachetnemi uczuciami, każdy z nich, powtarzamy, za zbliżeniem się dnia 29 kwietnia, czuł część ogólnego drżenia, o istnieniu którego jużeśmy mówili, nie mogąc jednak oznaczyć jego powodu. Wieczorem 28. na wezwanie Salvatora, zebrano się u Justyna. Salvator z powagą prostą oświecił swoich towarzyszy o tem, co się działo. Wierzył on w demonstrację nazajutrz, ale nie w ruch prawdziwy; prosił, aby pozostali panami siebie i nie przedsiębrali nic ważnego, nieusłyszawszy wprzód od niego, że chwila była stanowczą. Oczekiwany dzień nadszedł nareszcie. Była to prawdziwa niedziela, sądząc z widoku, jaki przedstawiały ulice Paryża. Od dziewiątej rano, legjony różnych okręgów, przebiegały Paryż z muzyką na czele, otoczone tłumem ludu. O jedenastej dwadzieścia tysięcy gwardzistów narodowych stało w szyku bojowym, przed szkołą wojskową. Mieli oni pod nogami grunt pola Marsowego, tak pełnym wspomnień. Od kilku lat gwardja narodowa odbywała się bez przeglądu. Jest jakiś szczególny duch sprzeciwieństwa w tych żołnierzach-obywatelach, szemrzą, gdy im każą zaciągać warty, a rozpuszczeni, buntują się. Gwardja narodowa znudzona swoją bezczynnością, odpowiedziała na wezwanie. Stawiając się wzmocniona sześcioma tysiącami ludzi, umundurowanych nanowo, była liczna i wspaniale się prezentowała. W chwili, gdy gwardja stanęła w szyku bojowym, frontem ku Chaillot, to jest w stronie, z której miał przybyć król, trzy kroć sto tysięcy widzów umieściło się na pochyłości otaczającej miejsce manewrów. Liczni widzowie zdawali się pochwalać nietylko wzrokiem, ale hucznemi oklaskami i nieustającemi okrzykami gwardję swoją i dziękować za starania, jakie podjęła, aby godnie reprezentować stolicę, a zarazem chcieli wynurzyć wdzięczność królowi, który przybywał na ogólne życzenie narodu, cofając przeklęte prawo; gdyż przyznać trzeba, że prócz nielicznych spiskowych, którzy przenosząc ze swych ojców na synów, wielką tradycję rewolucyjną wniesioną przez Swedenborgów i Cagliostrów, nie było w tej chwili na Polu Marsowem w Paryżu i we Francji, innego uczucia dla Karola X. Trzeba było wejrzenia bardzo bystrego, aby odgadnąć w odległości trzech lat dzień 29 lipca 1830, po 26 kwietnia 1827 roku. Słońce kwietniowe, blade jeszcze, spoglądało z miłością na ziemię, złocąc kopułę Inwalidów i plac przeglądu. O pierwszej godzinie salwy armatnie i oddalone krzyki ludu, zwiastowały przybycie króla, który zbliżał się na koniu w towarzystwie Delfina, księcia Orleańskiego, młodego księcia Chartres i licznych generałów. Księżna d'Angouleme, księżna Berry i księżna Orleańska, jechały za nimi otwartym powozem. Widok świetnego orszaku wywołał dreszcz wzruszenia w widzach. Przegląd się rozpoczął. Karol X. przebiegł pierwsze szeregi przy okrzykach: Niech żyje król! Niech żyje wolność prasy! Rozrzucono pomiędzy legjonami ostrzeżenia, polecające unikać wszelkich manifestacyj, mogących obrazić drażliwość królewską. Ten, który to pisze, był w szeregach dnia tego, i kartka drukowana następującej treści, została w jego rękach: "Ostrzeżenie dla Gwardji Narodowej. Które obiedz powinno wszystkie szeregi. Rozgłoszono wieść, że legje mają zamiar krzyczeć: Niech żyje król! Precz z ministrami! Precz z Jezuitami! Tylko ludzie złej woli mogą mieć w tem interes, aby gwardję narodową pozbawiać tym sposobem szlachetnego charakteru" Ostrzeżenie to było raczej roztropne w swej formie, aniżeli wytwornie zredagowane, lecz takie, jak było, zamieszczamy tutaj, jako dowód historyczny. Przez kilka minut w istocie można było sądzić, że ta przestroga będzie punktualnie wykonaną: na całym froncie szeregów rozległ się jedyny okrzyk: Niech żyje król! Niech żyje wolność prasy! Ale im bardziej król się posuwał w środek szeregów, jak gdyby obecność jego ułatwiała wywnętrzanie serca, do okrzyków: niech żyje król! niech żyje wolność prasy! zaczęły się mięszać okrzyki: "Precz z Jezuitami! precz z ministrami!" Na te okrzyki stary król, mimowolnie przytrzymał konia; człowiek był równie uparty jak zwierzę. Okrzyki, które mu się nie podobały, ucichły; uśmiech dobrotliwy zdobiący zwykle jego rysy, a który znikł na chwilę, ukazał się znowu. Rozpoczął na nowo objeżdżać legje, ale między trzecim i czwartym szeregiem, okrzyki buntownicze powtórzyły się znowu, chociaż gwardziści jedni drugim zalecali przezorność; mimowoli jednak z ich ust wyrywały się krzyki: "Precz z ministrami! precz z jezuitami!" Król znowu został zraniony w swej dumie, okrzykami, które zdawały się nakazywać mu sposób postępowania!... Zatrzymał się po raz drugi: i znalazł się przypadkiem naprzeciwko gwardzisty olbrzymiego wzrostu i herkulesowej siły. Tym człowiekiem był nasz przyjaciel Jan Byk. Wstrząsał bronią, jak gdyby to była słomka, krzycząc, on który nie umiał czytać: - Niech żyje wolność prasy! Siła tego głosu, energja w poruszeniach, zdumiały starego króla, przybliżył konia o dwa kroki, człowiek wysunął się także z szeregów. - Niech żyje król! Precz z jezuitami! precz z ministrami! Karol X., jak wszyscy Bourboni, nawet jak Ludwik XVL, miał czasem wiele godności. Dał znak, że i on także ma coś do powiedzenia: dwadzieścia tysięcy ludzi umilkło naraz jakby zaczarowanych. - Panowie, odezwał się, przybyłem tu aby odbierać hołdy, a nie nauki! Poczem zwracając się do marszałka Oudinot: Zakomenderuj defiladę, marszałku, dodał: I zacinając konia, opuścił szeregi gwardji narodowej i zajął miejsce na froncie, naprzeciw masy tłumnej i burzliwej. Defilada się zaczęła. Każda kompanja przechodząc przed królem wydawała okrzyk; po większej części okrzyki te były: Niech żyje król! Oblicze Karola wypogodziło się trochę. Po skończonej defiladzie, król rzekł do marszałka Oudinot: - Mogło się to lepiej odbyć. Było trochę zamieszania, ale w ogólności, dobrze. Jestem zadowolony z całości. I puszczono się galopem do Tuilleries. Po powrocie do zamku, marszałek przysunął się do króla. - Najjaśniejszy panie, zapytał, czy mogę w rozkazie dziennym objawić zadowolenie Waszej królewskiej mości? - Nie mam nic przeciwko temu, odrzekł król. Obciąłbym jednak wiedzieć, w jaki sposób to zadowolenie będzie wyrażone. Na to wszedł marszałek dworu, zapraszając do stołu. Jego wysokość podał ramię księżnej Orleańskiej, książę Orleański księżnie d'Angouleme, książę Chartres księżnej Berry, i udano się do sali jadalnej. Przez ten czas gwardziści powracali do swych dzielnic, rozbierali odpowiedź Karola X-go: Przybyłem tu, aby odbierać hołdy, nie zaś nauki. Uważano, że słowa te były trochę zanadto arystokratyczne, jak na miejsce, w którem były wyrzeczone. Karol X-ty, wymawiając je, znajdował się właśnie w tem samem miejscu, gdzie przed trzydziestu sześciu laty, wznosił się ołtarz ojczyzny, przed którym Ludwik XVI zaprzysiągł konstytucję francuzką. Wprawdzie Karol X-ty, naówczas hrabia d'Artois, niesłyszał tej przysięgi, będąc od 1789 roku za granicą. Ztąd wynikło, że ledwie opuścił Pole Marsowe, okrzyki wstrzymywane dotąd, wybuchły, i cały plac zadrżał pod ogólnym okrzykiem gniewu i złorzeczeń. Ale nie na tem koniec, każda legia powracając do swego okręgu, uniosła ze sobą część ogólnego usposobienia, które objawiało się w okrzykach podczas długiego powrotu. Gdyby te okrzyki nie miały echa w pospólstwie, byłyby wkrótce ucichły. Lecz odbiły się w tłumie, zwiększone jeszcze; mężczyźni na ulicach powiewali kapeluszami, kobiety w oknach chustkami, krzycząc nie już: "Niech żyje król! niech żyje wolność prasy", ale "Niech żyje gwardja narodowa! precz z ministrami! precz z jezuitami!" Zapał zamienił się w protestację, protestacja w zaburzenie. Gorzej jeszcze było z legjami, które powracały przez, ulicę Rivoli i plac Vendome, i przechodziły przed ministerstwem finansów i ministerstwem sprawiedliwości. Tam nie były to już krzyki, ale wrzaski. Pomimo rozkazu danego przez pułkowników, legje się zatrzymały, uderzywszy z hałasem kolbami o bruk; a krzyki podobne do wycia: Precz z Villelem! precz z Peyronnetem! wstrząsnęły szybami obydwóch pałaców. Pułkownicy widząc, że rozkazy na nic się nie zdadzą,, usunęli się protestując, ale oficerowie pozostali i zamiast uspakajać żołnierzy, porwani ogólnym prądem, krzyczeli jak oni, niektórzy nawet głośniej. Demonstracja była ważną, nie była to już prosta gawiedź, zbiór mieszkańców przedmieścia, zbieranina robotników, było to ciało uorganizowane, mające potęgę polityczną; mieszczaństwo, które wraz z całym ludem francuzkim, protestowało przez usta dwudziestu tysięcy uzbrojonych ludzi. Ministrowie byli w tej chwili na obiedzie u ambasadora austrjackiego, pana d'Apponyi. Ostrzeżeni przez policję, wstali od stołu, zażądali powozów i natychmiast pojechali na naradę do ministerstwa spraw wewnętrznych. Ztamtąd zaś udali się w całym komplecie do Tuilleries. Z okien swego gabinetu król mógł widzieć co się dzieje i ocenić niebezpieczeństwo tego położenia, ale król obiadował w salonie Diany, gdzie żaden szmer nie dochodził uszu dostojnych biesiadników. Czyż król Ludwik Filip nie siedział tak samo przy śniadaniu, gdy oznajmiono mu w 1848 roku, że kordegarda na placu Ludwika XV-go została zdobytą? Ministrowie oczekiwali w sali sesjonalnej rozkazów króla, którego miano właśnie uprzedzić o ich przybyciu. Karol X-ty skinął głową ale pozostał przy stole. Księżna d'Angouleme, niespokojna, pytała wejrzeniem Delfina i swego ojca: Delfin wykalał sobie zęby, zresztą nie widząc nic i nie słysząc, Karol X-ty odpowiadał uśmiechem, który zdawał się mówić, że nie ma się czego obawiać. I w istocie obiad nie doznał przerwy. Około ósmej wstano od stołu, biesiadnicy powrócili do apartamentów. Król jako grzeczny gospodarz, odprowadził księżnę Orleańską aż do jej fotelu, poczem udał się do sali sesjonalnej. Na drodze przytrzymała go księżna d'Angouleme. - Co się stało Najjaśniejszy panie? zapytała. - Przypuszczam, że nic, odrzekł Karol X-ty. - Mówią, że ministrowie oczekują króla w sali sesjonalnej. - Oznajmiono mi to w czasie obiadu. - Czyż był jaki rozruch w Paryżu? - Nie sądzę. - Czy król raczy mi darować niespokojność, z jaką chciałabym wybadać, jak rzeczy stoją istotnie? - Przyślij mi pani Delfina. - Niech król wybaczy memu naleganiu, ale wołałabym tam być sama... - A więc za chwilę przyjdź pani. - Król zaszczyca mnie łaską! Księżna skłoniła się, poczem zbliżywszy się do pana de Damas, pociągnęła go w framugę okna. Książę Chartres i księżna Berry gawędzili z sobą, nie troszcząc się o nic, jak zwykle młodzi. Książę Chartres miał lat szesnaście, księżna Berry dwadzieścia pięć, książę Bordeaux, dziecię, pięcioletnie, bawił się u nóg matki. Książę Orleański, wsparty o kominek, niedbający o nic na pozór, nadstawiał ucha na najmniejszy szelest i od czasu do czasu obcierał czoło chustką, objawiając tem jednem tylko poruszeniem, wewnętrzne wzruszenie. W czasie tego Karol X-ty wchodził do sali posiedzeń. Ministrowie oczekiwali go, mocno wzburzeni. Wzburzenie malowało się na ich twarzach w różny sposób: Pan de Villele zżółkł, jak gdyby żółć do krwi mu się dostała. Pan de Peyronnet był czerwony, jak gdyby groziła mu apopleksja, a pan de Corbiere był popielaty. - Najjaśniejszy panie... powiedział pan de Villele. - Panie, przerwał król, dając uczuć ministrowi, że zapomniał o etykiecie przemawiając pierwszy do króla, nie zostawiasz mi czasu zapytać się o twoje zdrowie i o zdrowie twej małżonki. - Prawda, Najjaśniejszy panie, ale to ztąd pochodzi, że sprawy Waszej królewskiej mości są u mnie na pierwszym planie. - A zatem przybywasz pan tu w mojej własnej sprawie, panie de Villele? - Bezwątpienia, Najjaśniejszy panie. - Słucham więc. - Czy Wasza królewska mość wie co się dzieje? zapytał prezes rady. - Czyż dzieje się cośkolwiek? powiedział król. - Wasza królewska mość wezwałeś nas niedawno, aby słuchać okrzyków radości ludu paryzkiego. - Tak. - Czy król zechce dziś posłuchać gróźb tego ludu? - Gdzież można to usłyszeć? - O! niedaleko: dosyć tylko będzie otworzyć okno. Czy król pozwala? - Pozwalam... Pan de Villele otworzył okno. Wraz z wieczornym chłodem, dochodził do uszu niezwykły hałas. Były to zarazem okrzyki radości i groźby, ten szmer, który wznosi się zwykle nad miastem w czasie zaburzenia i który przestrasza tembardziej, że mieści w sobie coś nieodgadnionego. A po nad tem wszystkiem rozlegały się jak grzmoty przekleństwa: "Precz z Villelem! precz z Peyronnetem! precz z jezuitami!J - A! rzekł król z uśmiechem, znam to. Nie byliście panowie dziś rano na przeglądzie? - Ja byłem, Najjaśniejszy panie, odrzekł pan Peyronnet. - Prawda, zdaje mi się, że widziałem pana konno wraz ze sztabem. Pan de Peyronnet się skłonił. - A zatem jest to dalszy ciąg Pola Marsowego. - Jestto zuchwałość, którą skarcić należy, Najjaśniejszy panie! zawołał pan de Villele. - I mówisz pan?... zapytał zimno król. - Mówię, Najjaśniejszy panie, ciągnął dalej minister skarbu, że podług mego zdania, zniewagi, które dosięgają ministerstwo, spadają zarówno na króla. Przyszliśmy więc zapytać Waszą królewską mość, co czynić zamyśla w tym razie. - Sądzę, moi panowie, odrzekł król, że przesadzacie niebezpieczeństwo; jestem zupełnie spokojny pośród mojego ludu i przekonany, że ukazanie się moje zmieniłoby te wszystkie okrzyki na jeden głos: Niech żyje król! - A! Najjaśniejszy panie! odezwał się za królem głos kobiety, spodziewani się, że nie popełnisz tej nieroztropności, aby wyjść teraz! - A! i ty tu jesteś, pani Delfinowo? - Czyż król nie pozwolił mi tu przybyć? - Prawda... a zatem, moi panowie, co radzicie mi czynić w tym razie? zaczynaj panie ministrze skarbu. - Najjaśniejszy panie, wiesz, że w liczbie wydawanych okrzyków, najczęściej powtarza się: "Precz z księżmi!" rzekła księżna d'Angouleme. - A! prawda... Słyszałem, jak krzyczeli: "precz z jezuitami". - A zatem, Najjaśniejszy panie? rzekła małżonka Delfina. - Nie jest to jedno i to samo, kochana córko... zapytaj jego ekscelencji arcybiskupa. Cóż panie de Freyssinous, powiedz szczerze: czy sądzisz, że okrzyki: "precz z jezuitami", odnoszą się do duchowieństwa? - Nie, Najjaśniejszy panie! ja uważam w tem różnicę, odrzekł arcybiskup, człowiek łagodnego charakteru i prawego umysłu. - A ja, rzekła następczyni tronu, zaciskając drobne usta, nie widzę w tem żadnej. - A zatem panowie, dodał król, siadajcie i niech każdy wygłosi swoje zdanie. Ministrowie zasiedli i rada się zaczęła.