Jade
14:51
Wjeżdżam na parking Akademii Muzycznej Westmore i właśnie wtedy go zauważam. Mężczyznę, opierającego się o rzeźbioną tabliczkę przytwierdzoną do ceglanego budynku. Twarz pokryta bliznami po ospie. Okulary z czarnymi oprawkami. Szczupłe ramiona zgarbione w ochronie przed deszczem. Atlanta znalazła się w zasięgu burzy tropikalnej, która zaatakowała zatokę, a wywołane przez nią fale upałów docierają aż do Tennessee, mimo to on ma na sobie zniszczony skórzany płaszcz, jakby był styczeń, nie późny sierpień, a ręce wciska głęboko w kieszenie, jakby chronił je przed zimnem.
Wjeżdżam pod górę tak gwałtownie, że opony aż piszczą, i wciskam przycisk na kierownicy.
- Zadzwoń do Cama.
Gdy czekam na połączenie, zerkam w boczne lusterko, starając się go dostrzec między drzewami i krzewami.
Sklep spożywczy. Salon kosmetyczny, studio jogi. Wczoraj w Starbucksie podał mi saszetkę stewii, zanim o nią poprosiłam, co sprawia, że zastanawiam się, jak często mnie tam widział, gdy mieszałam kokosową latte.
W głośnikach samochodowych rozlega się głęboki głos Cama.
- Jestem teraz zajęty. Czy mogę do ciebie zadzwonić za trzydzieści minut?
Mój mąż zawsze odbiera, nawet gdy jest zajęty. Zwłaszcza wtedy. Stało się to naszą niezłomną zasadą, odkąd nasza starsza córka, Beatrix, w wieku czterech lat przewróciła się na placu zabaw i złamała rękę w trzech miejscach. Cam był w tym czasie zajęty remontem restauracji w Inman Park, cały pokryty kurzem, i kłócił się z wykonawcami, którzy często używali słowa przekroczony. Przekroczony termin, przekroczony budżet. Tamtego dnia zadzwoniłam do niego trzydzieści razy, spanikowana, podrygując na tylnym siedzeniu karetki, pocieszając przestraszone dziecko i jednocześnie uspokajając marudnego niemowlaka, którego trzymałam na kolanach. Cam nie czuł wibracji telefonu w kieszeni, nie widział, jak ekran rozbłyskiwał co chwilę, gdy nagrywałam mu na skrzynkę kolejne wiadomości.
Ostatnią wiadomość nagrałam mu, gdy Beatrix została zabrana na oddział dziecięcy.
- Twoja córka jest w szpitalu, Cam. Mógłbyś czasami odbierać telefon.
Wiem, że było to niemiłe, ale nigdy nie czułam się tak wściekła. Albo zdenerwowana. Ani dogłębnie przerażona.
Beatrix nie stało się nic poważnego. Jednak oboje z Camem postarzeliśmy się wtedy o jakieś pięć lat.
Teraz mówię do niego:
- On tu jest.
- Kto?
- Ten facet. Ten paskudny. Mówiłam ci o nim, w okularach i z kucykiem. Jest tu, przy Westmore.
- Cóż, może ma utalentowane muzycznie dziecko.
Przewracam oczami i unoszę ręce nad kierownicą.
- Jasne. A przy okazji chodzi na tę samą siłownię i robi zakupy w Whole Foods zawsze wtedy, kiedy ja.
Baxter wychyla się z fotelika na tyle, na ile pozwalają mu pasy.
- Cześć, tato!
- Cześć, kolego. Dotrzymujesz mamie towarzystwa?
Poza falowanymi włosami w kolorze średniego blondu nasz syn to wierna kopia Cama. Baxter kiwa entuzjastycznie głową.
- Mama zabrała mnie do Bruster's i namówiła mnie na mrożonego banana.
Wciąż się o to trochę złości, nieważne ile razy tłumaczę mu, że barwniki w jedzeniu są niezdrowe dla jego sześcioletniego ciałka i że gałka lodów "fioletowy dinozaur" ma w sobie więcej barwnika niż lodów. Banan w czekoladzie to nasz bardzo ciężko wypracowany kompromis.
Odwracam się na fotelu i przykładam palec do ust. Zwracam się do Cama.
- Oczywiście, że nie ma żadnego utalentowanego muzycznie dziecka. Mówię ci, Cam. Ten facet mnie śledzi. Naprawdę.
- Kto? - mówi Baxter, wyglądając przez tylną szybę samochodu. - Kto, mamo?
Ignoruję go i sprawdzam wszystkie lusterka, ale mężczyzna zniknął. Nie ma go nigdzie między zaparkowanymi samochodami ani w okolicach wzgórza, koło ulicy, nigdzie. Choć z miejsca, w którym się znajduję, widzę tabliczkę z nazwą szkoły, na tym odcinku jest wiele osób, biegaczy i spacerowiczów, pracowników pobliskich sklepów, ludzi siedzących na ławkach. Nawet jeśli nadal tam jest, nietrudno o wmieszanie się w tłum.
A jednak zrobił wszystko, żebym go zauważyła, wjeżdżając na parking, prawda? Był ubrany cały na czarno, jak jakiś włamywacz. Wyprostował ramiona i podniósł głowę, gdy zobaczył mój samochód, i patrzył prosto na mnie, jakby chciał, żebym go widziała. Jakby chciał, żebym się bała. Może dlatego od kilku dni mnie śledzi.
Sapię, gdy coś do mnie dociera.
- O mój Boże, Cam. Co, jeśli to nie chodzi o mnie, a o D-Z-I-E-C-I? Co, jeśli to dlatego mnie wszędzie śledzi, żeby je dorwać?
- Dlaczego chciałby dorwać nasze dzieci?
Krzywię się, gdy słyszę jego pytanie, i już wyobrażam sobie rozmowę, którą będę musiała przeprowadzić z Baxterem.
- Nie wiem. Dla okupu. Żeby zrobić różne rzeczy, o których nie chcę mówić teraz na głos, bo jesteś na głośniku. Poza tym nie chcę tego na nas ściągnąć.
- Mówienie o czymś na głos... - Coś w tle spada, metal uderza o metal. Cam czeka, aż dźwięk ucichnie. - Powiedzenie o czymś na głos nie sprawi, że to się stanie, wiesz to równie dobrze jak ja. I dlaczego chciałby dorwać akurat nasze dzieci, skoro w mieście są setki innych rodzin z lepszymi samochodami i większymi domami niż nasze? Rozejrzyj się, dookoła jest o wiele więcej lepszych kąsków dla takich ludzi.
- Tak, ale to twoja twarz widnieje na okładce "Atlanta Magazine". - Kiedy Cam gdzieś wchodzi, wszystko skupia się na nim. Ludzie patrzą na niego, obracają się w jego stronę i się w niego wpatrują. Pójście do restauracji z Królem Steków Atlanty jest jak jedzenie z gwiazdą rocka. Kelnerzy, szef kuchni, inni goście - wszyscy podchodzą, by grzać się w blasku Cama.
Cam wie, że jest widoczny, nawet gdy nie ma na sobie stroju szefa kuchni. Gęste czarne włosy, kwadratowa szczęka, proste białe zęby, które często pokazuje. Mój mąż jest przystojny, a to w połączeniu ze wzrostem sprawia, że staje się widoczny. Śródziemnomorska uroda i ponad metr dziewięćdziesiąt.
- Pójdź do budynku ochrony, porozmawiaj z nimi. Po to tam są.
- I co mam powiedzieć? Że na chodniku stał jakiś nieznajomy? To publiczna droga.
- Tak, ale jestem pewien, że ochrona będzie chciała wiedzieć, że jeden z ich klientów jest śledzony. Przynajmniej podaj im opis tego mężczyzny.
Drżę, gdy dociera do mnie realność tej rozmowy. Może się mylę. Atlanta to wielkie miasto, w którym można czuć się jak w małym miasteczku. Wszędzie spotykam ludzi, których znam. Może to po prostu jakiś dziwny zbieg okoliczności.
Przypominam sobie, gdy pierwszy raz go zauważyłam. Stało się to kilka dni temu, dostrzegłam go przez okno w Kale Me Crazy. Siedziałam przy barze z telefonem. Popijałam smoothie, którego w ogóle nie chciałam, zabijając czas, przeglądając Pinterest. Byłam smutna i zamyślona, wspominając wszystkie te biura i butiki, których wnętrza projektowałam, zanim poznałam Cama. To było, zanim jego nazwisko stało się znane w całej Atlancie, zanim zaprojektowałam wnętrze jego restauracji, gdzie połączyłam gładki kamień z metalem, co stało się znakiem rozpoznawczym jego marki, zanim na przestrzeni trzech lat urodziłam dwójkę dzieci i zamknęłam swój biznes. Wtedy podniosłam wzrok i zobaczyłam go, mrużącego oczy w słońcu i patrzącego na mnie.
Uznałam, że to dziwak, ale kompletnie przypadkowy - dopóki nie zauważyłam go potem w pralni chemicznej, w delikatesach naprzeciwko studia jogi, do którego chodzę, w Starbucksie, a potem w alejce w sklepie, w którym robiłam zakupy.
A teraz, dzisiaj, jest tutaj.
Przy szkole muzycznej mojego dziecka.
Skóra mi cierpnie.
- Jestem pewien, że to nic takiego, ale jeśli znowu go zobaczysz, wyceluj w niego telefonem i powiedz, że nagrywasz to na żywo na Twittera. Jeśli się nie wystraszy, przynajmniej będziesz mogła pokazać to ochronie.
Jego głos niknie pośród huków, po których rozlega się trzask i kilka osób zaczyna krzyczeć. Dociera do mnie, że tak jest od samego początku, że w tle ciągle panuje chaos.
- Kochanie, dlaczego to brzmi, jakbyś był w klubie sportów walki?
- Jestem w Bolling Way. Mieliśmy tu pożar.
Żołądek mi się zaciska. Bolling Way to główna restauracja Cama, położona w Buckhead. To miejsce jest zapełnione od południa aż do północy.
- Jest bardzo źle?
- W skali od jeden do dziesięciu? Czterysta pięćdziesiąt siedem. - Wzdycha, a ja zdaję sobie sprawę, że zmartwienie, które usłyszałam w jego głosie, było wywołane nie moim telefonem, a katastrofą, do której doszło w jego najbardziej dochodowej restauracji. Spłonięcie lokalu w Buckhead oznacza ogromne uszczuplenie naszego dochodu. - Jestem tu z Flaviem. Omawiamy, co możemy zrobić.
Flavio to główny manager obiektu, najlepiej opłacany pracownik Cama.
Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, gdy zauważam, że jest minuta po piętnastej. Jestem spóźniona pełną minutę, a mam odebrać dziecko, które wpada w szał na każdą najmniejszą obsuwę w planie dnia.
- Cholera, muszę kończyć. Zadzwoń później.
Rozłączam się, sięgam po torbę, biorę Baxa na ręce i pędzę w stronę dwuskrzydłowych szklanych drzwi budynku, przez całą drogę oglądając się co chwilę za siebie.
Po odebraniu córki szukam go. Zamiast skręcić w lewo, w stronę domu, skręcam w prawo, przejeżdżając obok miejsca, gdzie ostatni raz go widziałam, opierającego się o tabliczkę. Zatrzymuję się cztery razy, żeby rozejrzeć się za nim w tłumie, dwukrotnie skręcam w złą stronę, a potem przejeżdżam koło budynku szkoły muzycznej jeszcze dwa razy. Przyciskam iPhone'a do szyby i toczę się po ulicy tak wolno, że paru niecierpliwych kierowców zaczyna na mnie trąbić.
Ale nie ma go tam. Nie stoi koło tabliczki. Facet z kucykiem zniknął.
Baxter podnosi się w foteliku, żeby wyjrzeć przez okno.
- Mamusiu, dokąd jedziemy?
- Do domu. - Tym razem pojechałam w dobrym kierunku, ale ociągałam się tak bardzo, że utknęliśmy w korku.
- Więc dlaczego tyle razy zawracałaś?
- I dlaczego jedziesz tak wolno? - dodaje Beatrix, zanim mogę wyjaśnić. Przeciąga mokrym palcem po szybie, wskazując na dwie szybko idące kobiety. - Jesteś pewna, że się nie cofamy?
Beatrix wie, że się nie cofamy, ale lubi się wymądrzać. Jest za mądra jak na dziewięciolatkę. Jest też zbyt pyskata i energiczna, i tak wrażliwa jak struny w jej skrzypcach DZ Strad - przynajmniej tak twierdzą jej nauczyciele.
I choć kocham moją córkę, nie mylą się. Beatrix była absorbująca od dnia, kiedy przyszła na świat, cała czerwona od krwi i wręcz wściekła. Kolki. Problemy ze snem. Silna, nielubiąca opatulania w kocyk. Pediatra nazwał ją dzieckiem z dużymi potrzebami, poklepał mnie po ramieniu i obiecał, że większość dzieci z tego wyrasta.
Z Beatrix tak się nie stało.
Moja córka to muzyczny geniusz, co odkryłam kompletnie przypadkowo, gdy jako czterolatka po szybkiej rundzie po Fresh Market bezbłędnie zanuciła zapamiętaną stamtąd melodię. Kilka tygodni później w alejce z zabawkami w Target wystukała dwoma pulchnymi paluszkami melodię na małych organach, ale to o kupno różowych zabawkowych skrzypiec mnie prosiła. Po kilku miesiącach udało mi się znaleźć nauczycielkę, która zgodziła się dawać lekcje tak młodej uczennicy. Starsza kobieta, w stylu surowej babci, wyszła z sali po ich pierwszej lekcji z zaróżowionymi policzkami, powtarzając: geniusz.
Moja Beatrix jest wyjątkowa. Dzięki przypadkowi i genom nigdy nie wyrośnie na "normalne" dziecko, tak jak to mówił pediatra. Ma wyjątkowy dar, który przypada jeden na milion. Jest w stanie wyłapać każdy zły dźwięk. Jest perfekcjonistką z ogromnymi wymaganiami wobec samej siebie, która szybko się frustruje i denerwuje, gdy jej palce nie chcą współpracować.
Lecz gdy się jej udaje, tworzy magię.
Wyciągam ze schowka dwa opakowania krakersów Goldfish i podaję je dzieciakom na tylnym siedzeniu. Znajdujemy się kilkanaście kilometrów od domu, ale nauczyłam się być zawsze przygotowana. Soki, przekąski, iPad z każdym możliwym filmem, jaki może im przyjść do głowy. Nie mam nic przeciwko metodom bazującym na przekierowaniu uwagi dzieci.
- Pomóż Baxowi otworzyć paczkę, dobrze? - proszę Beatrix, ale jest za późno. Przeciągają opakowanie krakersów między sobą.
- Daj mi to. Sam mogę otworzyć. - Bax kopie w tył mojego fotela.
- Nie możesz tego zrobić sam - mówi stanowczo Beatrix. - Jesteś za mały.
- Nie jestem za mały! Dawaj mi to. - Baxter szarpie opakowanie, ale jego starsza siostra jest dla niego za silna. Nie może wyrwać krakersów z rąk Beatrix. - Mamo, Beatrix nie chce mi dać krakersów. Powiedz jej, żeby mi je dała!
To się dzieje kilkanaście razy dziennie, takie awantury przy każdej najmniejszej okazji, z powodu tak naprawdę niczego.
Biorę głęboki oddech i staram się nie zmiażdżyć kierownicy w rękach. Jak to możliwe? Jak to jest, że tęsknię za nimi całymi dniami, wyobrażając sobie ich urocze buzie, ich słodkie uśmiechy, to, jak mnie przytulają, a potem spędzam z nimi dziesięć minut w samochodzie i odliczam sekundy do tego, aż pójdą spać?
- Pani Juliet mówi, że pracujesz nad nowym utworem. - Wypowiadam te słowa z ogromnym entuzjazmem i zerkam w tylne lusterko, starając się złapać spojrzenie Beatrix pośród tych nieokiełznanych blond loków, które otaczają jej głowę niczym chmura powstała z miliona sprężynek.
Moja taktyka działa. Beatrix wzdycha i puszcza krakersy.
- Tak.
- To świetnie. Co to za utwór?
- Fantazję-Impromptu. Ale chyba chcę grać na fortepianie.
Nie mogę się powstrzymać: wybucham śmiechem. Szkoła zaczyna się za dwa tygodnie, a dzięki niepodlegającemu negocjacjom harmonogramowi ustalonemu przez panią Juliet, w którym Beatrix musi ćwiczyć przynajmniej trzy godziny dziennie, jej plan zajęć jest naprawdę wypełniony po brzegi. Biorąc pod uwagę wybitny słuch mojej córki, byłaby w stanie szybko nauczyć się grać ten utwór na nowym instrumencie. Tyle że to nic nie zmienia.
- Kiedy miałabyś czas na to, żeby jednocześnie grać na pianinie?
- Nie "jednocześnie". Chcę grać na pianinie zamiast na skrzypcach.
Zatrzymuję się na skrzyżowaniu, ale zbyt gwałtownie wciskam hamulec. Szarpie mną tak gwałtownie, że aż blokuję pas bezpieczeństwa. Odwracam się w stronę dzieci.
- Nie bądź śmieszna. Nie możesz przestać grać na skrzypcach.
Beatrix słyszy przerażenie w moim głosie. Wszyscy je słyszymy. Nawet Baxter przestaje szamotać się z paczką krakersów i czeka na odpowiedź siostry.
- Dlaczego nie?
- Wiesz, dlaczego. - Rozmawiałyśmy o tym wielokrotnie. O tym, że tak wielki dar wiąże się z wielką odpowiedzialnością. - Nie możesz wyrzucić w błoto całej tej ciężkiej pracy. Po prostu nie możesz.
- Kto tak twierdzi?
- Ja. Twój tata i pani Juliet. Jesteś geniuszem w grze na skrzypcach.
Marszczy brwi i wygląda przez okno.
- Nienawidzę tego słowa. Wolałabym, żeby ludzie przestali tak mówić.
Wpatruję się w profil mojej córki, starając się dostrzec, czy jest coś, co może popychać ją do tej nagłej zmiany, czy chce mnie tylko zaszokować. Od tego dnia w alejce z zabawkami w Target muzykalność Beatrix była jednocześnie pełna radości i powagi. Ten ogromny talent oznacza, że jedną z najważniejszych dla mojej córki rzeczy jest instrument, na którym gra. Bardzo pilnowałam tego, żeby nie brakowało w jej życiu chwil na przyjaciół, szkołę i normalność, na bycie dziewięciolatką, walczyłam z czasem, by nie utknąć w korkach i dowieźć ją na spotkania z przyjaciółmi i na przyjęcia urodzinowe, choć właściwie wciąż powinna ćwiczyć, ale zrezygnować? Odłożyć skrzypce i zmarnować taki talent i całą tę ciężką pracę?
Po moim trupie. To się nie stanie.
Samochód za mną trąbi, a ja z powrotem skupiam się na jeździe.
- Mamo, co się dzieje, gdy kangur skacze na trampolinie? - mówi nagle Baxter, bez związku z czymkolwiek. Głos ma lekki i radosny. Jego niewinność sprawia, że mięknie mi serce.
- Nie wiem, skarbie. Pewnie skacze jeszcze wyżej.
Beatrix wciąż jest w bojowym nastroju.
- Wcale nie.
- Wcale tak.
- Wcale nie. Mamo.
Wciąż zastanawiam się nad tym, jak poradzić sobie z małą bombą, jaką zrzuciła na mnie Beatrix, gdy zwalniam przed podjazdem do ceglano-kamiennego domu porośniętego bluszczem, zbudowanego na szczycie wzgórza, i wyciągam listy ze skrzynki. Ciągle nękam Cama, żeby założył na skrzynce kłódkę, bo w ten sposób nieznajomi nie grzebaliby w naszej poczcie, ale nie znalazł na to czasu.
Po co się tym przejmować?, zapytał, gdy mu o tym przypomniałam. Wszystko, co ważne, znajduje się w wersji cyfrowej.
Przeglądam stos ulotek, pośród których znajduje się koperta z banku. Nie żeby znajdowało się w niej wiele: to wyciąg z karty, który przysyłają nam co miesiąc. Ale chodzi o to, że nie wszystko, co ważne, dostajemy w wersji cyfrowej. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, ile pieniędzy mamy na którymkolwiek z naszych kont, wystarczyłoby przegrzebać naszą skrzynkę.
Wrzucam wszystko do torby, ruszam podjazdem i otwieram pilotem drzwi do garażu. W tym samym czasie sytuacja na tylnym siedzeniu eskaluje. Baxter uderza Beatrix. Beatrix ciągnie Baxtera za włosy. Oboje wrzeszczą i płaczą.
Zatrzymuję się w garażu na tyłach domu, gaszę silnik i wciskam przycisk zamykający drzwi.
Później wielokrotnie będę wracać do tego momentu, gdy znajdowałam się w naszym garażu bez okien, z zaledwie jednym źródłem światła pochodzącym z lampki zamontowanej na opadających drzwiach garażu i pogłębiającym półmrokiem. Będę wracać do zapachu brudu i oleju, i czegoś nieznanego, co nie pasowało do tego pomieszczenia, a co zrzuciłam na zapach przyniesiony z wiatrem. Będę wracać do panującego wtedy chaosu, gdy starałam się nie stracić cierpliwości, wyciągając dwójkę wierzgających dzieci z samochodu, zbierając soczki i krakersy, i puste opakowania, gdy podawałam im ich plecaki i ich rzeczy, bo są dużymi dziećmi i mama nie powinna wszystkiego dźwigać sama.
Będę wracać do tego, że byłam zbyt zajęta i rozkojarzona, żeby dostrzec czającą się w kącie sylwetkę.
Do tego, że nie usłyszałam, jak gumowe podeszwy jego butów zapiszczały na betonowej podłodze, że nie zauważyłam rzucanego przez niego cienia, gdy wyszedł z ukrycia.
Że nie zauważyłam tego wszystkiego, aż było za późno.