Preludium
17 lat
W ciągu tych lat dni i tygodnie zaczęły
mieć dla mnie mniejsze znaczenie niż fazy księżyca, cykle wiatru,
zmieniające się pory roku. Kiedyś nawet przyszło mi na myśl, że w tak
długim czasie zmieściłoby się małżeństwo, kariera zawodowa albo okres
dojrzewania człowieka od narodzin do ukończenia szkoły średniej. Prawdę
mówiąc, nie przywiązywałem większej wagi do tych ważnych etapów życia, a zupełnie przestały się liczyć, gdy zamieszkaliśmy razem w domu, który -
odkąd w nim się znalazła - stopniowo bardziej należał do niej niż do
mnie. Mój cykl aktywności upodabniał się do jej rytmu dobowego. Dla niej
wyznacznikami czasu były światło dzienne i wieczorny mrok, odgłosy
wiatru, który to szumiał, to huczał w kominie, fazy księżyca, którego
zmieniający się kształt obserwowała ze swoich ulubionych miejsc wewnątrz
i na zewnątrz. Każdy dzień - a raczej noc ze względu na nasze
przyzwyczajenia - wypełnialiśmy zajęciami według ustalonego porządku: ja
pisałem, ona polowała i strzegła terytorium wokół domu. Oboje
skrupulatnie przestrzegaliśmy czasu przeznaczonego na sen i posiłki.
Zgodnie uznawaliśmy, że wszelkie ważne zjawiska życia toczącego się na
zewnątrz podlegają prawom przyrody, zmieniającym się cyklicznie wraz z porami roku.
Na pewnym etapie zaczęły nas niepokoić wewnętrzne symptomy upływu czasu:
kontuzje, niedomagania, coraz wyraźniejsze przejawy starzenia się, które
świadczyły o tym, że przybywa nam lat, że stajemy się słabsi, mniej
sprawni i mniej odporni niż dawniej. Mimo to oboje z uporem
przeciwstawialiśmy się zaburzeniom rytmu naszej ustabilizowanej
codzienności. Nie chorobom i obrażeniom nadawaliśmy pierwszorzędne
znaczenie, lecz wzajemnej troskliwości i bliskości w każdej chwili, w każdej trudnej sytuacji. W razie potrzeby zawieszaliśmy aktywność na
tyle, na ile było to konieczne, i działaliśmy w trybie awaryjnym,
czekając, aż życie wróci do normy. Dopiero wtedy znów uruchamialiśmy
niewidzialny zegar regulujący nasz dobowy rytm wyznaczany światłem i mrokiem, zimnem i ciepłem, szarością i zielenią przyrody.
Oboje byliśmy świadomymi obserwatorami zachodzących wraz z upływem czasu
zmian we własnej psychice i ciele, ale jeszcze wyraźniej dostrzegaliśmy
je w sobie nawzajem. Po chorobach coraz wolniej dochodziliśmy do
zdrowia, rany goiły się dłużej, pozostawiając po sobie ślady, a potem
zmiany nie na tyle subtelne, żeby dało się je ukryć. Były to ewidentne
znamiona przemijania i jego konsekwencje. Staraliśmy się je ignorować w miarę możliwości, które jednak nieuchronnie się kurczyły. Oboje mieliśmy
naturalną skłonność do przekraczania własnych granic, nawet jeśli było
to ryzykowne i niepokoiło tego drugiego. A jednak to robiliśmy, wiedząc,
że w razie niepowodzenia żadne z nas nie będzie pozostawione samo sobie.
Może nawet celowo sprawdzaliśmy, czy rzeczywiście zawsze możemy na sobie
polegać. Ból wywołany lekkomyślnymi wybrykami, czasem rozdzierający, na
ogół, z nielicznymi wyjątkami, nie był silniejszy od ukojenia, jakie
czerpaliśmy ze wspólnej obecności podczas rekonwalescencji. Dla mnie - i przypuszczam, że również dla niej - był to jeden ze sposobów unikania
choćby mglistego wyobrażania sobie dnia, w którym na ból nie znajdzie
się remedium ani pocieszenie.
Siedemnaście lat - i oto nadszedł ten dzień. Jedno z nas było obecne
tylko duchem, drugie trwało w ciele naznaczonym bliznami i starością,
obarczone ryzykownym zadaniem, ostatnim do wykonania: opowiedzieć
historię wspólnie spędzonych lat. Bo te lata złożyły się na życie,
niezależnie od tego, jak mierzone, które zawsze będę doskonale pamiętał.
Życie Maszy - Maszy, która sama wybrała sobie imię podczas naszego
pierwszego spotkania. Tak, była kotem. Mam jednak nadzieję, że każdy,
kto pomyśli, że ona była "tylko kotem", zagłębi się w tę opowieść. Dowie
się z niej, jak ten zwykły kot nie tylko panował nad własnym wolnym
światem, ale też nadał sens mojemu życiu.
Niekiedy słyszę pytanie: "Jak mogłeś tyle lat spędzić samotnie w górach
tylko z kotem?". Zdarza się nawet, że brzmi w nim nuta osądu. Gdyby
jednak zapytać osoby, które je zadają, czy byłyby równie zdziwione
życiem w takim miejscu z psem albo koniem, odpowiedziałyby, że coś
takiego jeszcze się mieści w wyobraźni. Ale z kotem? To absolutnie nie
do pomyślenia. Tym, którzy są gotowi zrozumieć, powiem jedno: samotne
życie z kotem w dzikiej głuszy zależy od człowieka tylko w niewielkim
stopniu, a w o wiele większym od kota. Masza była wyjątkowa, zdolna do
przekraczania granic kociej odwagi, okazywania troskliwości i poświęcenia. Uważacie, że nic podobnego nie leży w naturze kota? W takim
razie przemyślcie to jeszcze raz.
Są w tej historii epizody, które mogą się wydawać przejaskrawione, ale
zapewniam, że każdy z nich jest jak najbardziej prawdziwy. Masza wiodła
życie, jakie większość kotów ledwie może sobie wyobrazić. Na ogół
zamknięte w niedużych mieszkaniach czy domach i otoczone troską ludzi są
pozbawione własnego świata, nad którym mogłyby panować. Nie straciły
jednak instynktu wolności, a dawnego wspaniałego, choć pełnego
niebezpieczeństw życia mogą jedynie zasmakować z ulotnych wspomnień z poprzednich wcieleń. Takiego, o jakim mogą tylko pomarzyć...
Masza natomiast prowadziła je w rzeczywistości.
Rozdział pierwszy
Spotkanie
Tamtego dnia siedemnaście lat temu wyprawa
na północ zajęła mi nieco ponad półtorej godziny, choć miałem wrażenie,
że trwa znacznie dłużej. To wrażenie towarzyszyło mi zawsze, gdy
jechałem przez Vermont. Ten stan nie bez powodu budzi mieszane uczucia w wielu Nowojorczykach, również we mnie. Vermontczycy (czy też
Vermuntczycy, jak ironicznie określają ich Nowojorczycy) uchodzą za
osoby zarozumiałe, wręcz nieprzyjazne wobec obcych, przekonane, że są
bliżej związane z naturą i że traktują ją z większym szacunkiem niż ich
sąsiedzi. Znajomy z Burlington, największego miasta tego stanu,
powiedział mi kiedyś, że według nich różnica między Vermontczykami a Nowojorczykami jest taka jak "między wełną a polarem". Tym aroganckim
porównaniem łatwo rozzłościć Nowojorczyka (do czego oczywiście doszło) i sprowokować go do barwnej wiązanki przekleństw.
Ale temat regionalnych animozji zostawmy na inną okazję. Tego jesiennego
dnia miałem powody do poważnego niepokoju. Od kilku miesięcy schroniska
w północno-wschodniej części kraju zmagały się z wyjątkowo zjadliwą,
bardzo zakaźną i śmiertelną chorobą psów. Jeśli ktoś, tak jak ja, myślał
wtedy o adopcji zwierzaka, musiał mieć absolutną pewność, że miejsce, do
którego się udaje, jest wolne od infekcji. Taką placówką miało być
schronisko w okręgu Rutland w stanie Vermont. Weterynarz, z którego
usług wtedy korzystałem, sprawdził i zapewnił mnie, że placówka jest
bezpieczna. Ta ostrożność wcale nie była przesadna. Jedną z najbardziej
podstępnych cech choroby, tak jak wielu innych zaraźliwych zakażeń, była
łatwość rozprzestrzeniania się nie tylko między zwierzętami, ale też za
pośrednictwem ludzi odwiedzających dotknięte nią schroniska, którzy
nieświadomie przenosili patogeny na odzieży, skórze i włosach, narażając
kolejne zwierzęta. Konsekwencje bywały fatalne, o czym sam się
przekonałem po wizycie w jednym z takich niebezpiecznych miejsc. Gdy
powiedziałem weterynarzowi, że miałem tam kontakt z kotem, nakazał mi
natychmiast wracać do domu, wziąć bardzo gorący prysznic przez co
najmniej pół godziny i spalić - tak, spalić - ubranie, które miałem
wtedy na sobie. Dopiero po upływie dwóch tygodni, pewien, że nie
przenoszę choroby, mogłem pojechać do innego schroniska, uznanego za
bezpieczne.
Na tę wiadomość zareagowałem jak rodowity Nowojorczyk - soczystą
wiązanką przekleństw wymamrotaną pod nosem. Byłem rozczarowany. Po
długim czasie żałoby po ostatniej towarzyszce wreszcie poczułem się
gotów przygarnąć nowego kota. Mówiąc wprost, bardzo już tego pragnąłem.
Suki, po czterech latach naszej niespodziewanie głębokiej więzi, padła
ofiarą losu, który często spotyka wychodzące koty. Ich życie,
szczególnie w odludnych miejscach, takich jak nasze, trwa zazwyczaj od
czterech do pięciu lat. Zanim mnie spotkała i uznała za godnego
zaufania, prawdopodobnie przez dwa lata żyła na wolności, co najmniej
raz się okociła i odchowała młode. Radziła sobie doskonale, sprytnie
unikała zagrożeń, a jej odejście było dla mnie ogromnym ciosem. Bardzo
długo nawet nie pomyślałem o przyjęciu do domu innego kota. Gdy w końcu
na to się zdecydowałem, przygnębiała mnie perspektywa oczekiwania na
realizację tego zamiaru przez kolejne dwa tygodnie. Musiałem jednak z tym się pogodzić, w końcu sam nierozważnie zawiniłem.
Zima w grach Taconic rzadko się spóźnia, o czym znów przypominała mi
jesień. Niedawno przeprowadziłem się ze starej, podupadłej chaty do
absurdalnie dużego domu, którego budowa niemal doprowadziła mnie do
bankructwa. Coraz bardziej czułem więc nie tyle potrzebę, ile
konieczność posiadania towarzystwa. Jeśli mieszka się u stóp Misery
Mountain, a na jej zboczach i w okolicy żyją niedźwiedzie, kojoty, kuny
rybarki i inne drapieżniki, nietrudno zrozumieć, jak bezwzględna potrafi
być natura - szczególnie gdy temperatura spada do minus trzydziestu
stopni, a wiatr usypuje trzystopowe zaspy. Na domiar złego zmagałem się
z przewlekłymi problemami zdrowotnymi, z których powodu od dawna
trzymałem się z dala od ludzi. Poczucie osaczenia przez dziką przyrodę
zaczynało przeradzać się w lęk, a potrzeba dzielenia długich zimowych
miesięcy z inną żywą istotą w palącą konieczność.
Niebawem zacząłem więc przeglądać fotografie kotów czekających na
adopcję w zaufanych schroniskach. Rzecz jasna, wygląd zwierzęcia nie
powinien być jedynym kryterium wyboru, znacznie ważniejsza jest obopólna
wola nawiązania porozumienia. Jednym z powodów, dla których w czasie
pandemii covid-19 tak wiele adopcji się nie powiodło, był brak
możliwości wcześniejszego spotkania potencjalnego opiekuna ze
zwierzęciem. A przecież nie tylko człowiek powinien poczuć "chemię", kot
również musi mieć szansę ocenić, czy przyszły opiekun zasługuje na
zaufanie. (Unikam słowa pupil, gdyż w moim odczuciu ma ono wydźwięk
lekceważący wobec zwierząt i sugeruje ich przedmiotowe traktowanie). W witrynie schroniska w Rutland natrafiłem na kilka zdjęć, które
szczególnie przykuły moją uwagę. Weterynarz potwierdził, że jest ono
wolne od zakażenia, więc postanowiłem zadzwonić i umówić się na wizytę.
Wtedy pojawił się pierwszy sygnał, że dzieje się tam coś niepokojącego.
Poinformowano mnie, że obecnie przebywa u nich więcej kotów, niż
obejmuje oferta internetowa. Zapytałem dlaczego, ale osoba po drugiej
stronie linii potraktowała mnie zdawkowo, choć zapewniła, że nie chodzi
o żadną chorobę zakaźną. Poradziła, żebym najlepiej przyjechał w sprawie
kota do adopcji i sam się rozejrzał.
Przemknęło mi przez myśl, że to kolejna sztuczka typowa dla
Vermontczyków, ale postanowiłem stłumić podejrzliwość i wybrać się na
północ. Wraz z kolejnymi kilometrami początkowy niepokój ustępował
miejsca ekscytacji. Byłem gotów na to, co mnie czekało.
A jednak niezupełnie.
Rutland County Humane Society, jak wiele podobnych instytucji, mieściło
się nie w samym mieście, lecz na jego obrzeżach w niewielkiej
miejscowości Pittsford. Sam budynek był typowy dla tego rodzaju
placówek: parterowy, kilkuskrzydłowy, z przybudówkami. Dawniej zapewne
uchodził za nowoczesny, ale od tamtej pory podupadł. Był otoczony
boksami dla psów i innymi charakterystycznymi elementami świadczącymi o jego przeznaczeniu. Gdy zaparkowałem, panował względny spokój - jeśli za
taki można uznać ujadanie psów na wybiegu, które najpewniej skojarzyły
moje przybycie z szansą na wydostanie się poza ogrodzenie. W środku
uderzyła mnie atmosfera napięcia i pośpiechu - najtrafniej oddaje ją
określenie "kontrolowane zamieszanie". Pracownicy, jedni w kombinezonach
ochronnych, inni tylko w fartuchach, uwijali się gorączkowo, próbując
zapanować nad natłokiem zadań.
Już w głównym korytarzu prowadzącym do biur i gabinetów weterynaryjnych
panowały ścisk i nerwowa krzątanina. Wzdłuż jednej ściany piętrzyły się
klatki z kotami ustawione jedna na drugiej po trzy, a nawet po cztery.
Wyglądało na to, że zamknięte w nich zwierzęta trafiły tu niedawno, a stali rezydenci w dalszym ciągu pozostawali w dotychczasowych boksach.
Zatrzymałem mijającą mnie pracownicę i zapytałem, co się dzieje. Z jej
kilku słów rzuconych w biegu zrozumiałem, że dwa dni wcześniej
inspektorzy do spraw ochrony zwierząt wkroczyli do domu samotnej
starszej kobiety, która okazała się przykładem "kociary" w najgorszym
wydaniu. Tę interwencję wywołały skargi sąsiadów na odór i hałas
dochodzące z jej domu. Inspektorzy zastali w środku ponad sześćdziesiąt
kotów walczących o przetrwanie tam, gdzie powinny mieć schronienie.
Takie przerażające miejsca - i osoby, które je tworzą w złudnym
przekonaniu, że okazują troskę - niestety nie należą do rzadkości. Ten
przypadek był jednak wyjątkowo drastyczny. Najpierw trzeba było znaleźć
schroniska, które zgodziłyby się przyjąć uratowane koty. Następnie
przeprowadzić zabiegi higieniczne i sanitarne - dom był w opłakanym
stanie, a podłogi tak przesiąknięte kocim moczem, że z drewna zrobiła
się gąbka. Co więcej, wszystkie zwierzęta trzeba było wysterylizować lub
wykastrować, żeby oszczędzić im dalszego cierpienia. Przedsięwzięcie
ogromne. Zaangażowały się w nie niemal wszystkie okoliczne schroniska i weterynarze gotowi do pomocy. Dopiero od niedawna sytuacja zaczęła się
stabilizować. Pozwolono mi więc swobodnie się rozejrzeć i zapowiedziano,
że ktoś wkrótce się mną zajmie.
Wiedząc już, co się wydarzyło, zacząłem przyglądać się kotom w klatkach
- w większości przerażonym, z trudem dochodzącym do siebie po
przejściach. Próbowałem zrozumieć stan umysłu osoby, która doprowadziła
do takiego dramatu, gdy nagle zauważyłem błysk w dolnym rzędzie klatek i odruchowo się odwróciłem. Chyba mi się przywidziało, pomyślałem, bo
dostrzegłem błysk koloru łudząco podobnego do rzadko spotykanego
umaszczenia Suki. Miała kremową, lśniącą sierść, która w smugach światła
przybierała złocisty odcień, a białe końcówki włosów otaczały ją
delikatną aureolą. Natychmiast podszedłem bliżej.
Tuż przy podłodze, w niskim transporterze, praktycznym dla ludzi, lecz
krępującym dla zwierząt - bo nie mogą w nim stanąć ani się przeciągnąć -
siedział młody kot, czy raczej kotka, którą łatwo było rozpoznać po
drobnej budowie i subtelnym kształcie mordki. Miała ogromne oczy, jakich
nigdy wcześniej nie widziałem u kota. Prawdopodobnie pierwsza mnie
zauważyła i wyczuła, bo teraz wpatrywała się we mnie uporczywie, wręcz
rozpaczliwie. Nie pomyliłem się - kolor sierści miała prawie taki sam
jak Suki, choć jej futro było zupełnie inne: długie, płasko układające
się warstwami, bez efektu puszystości. Ogon bujny i gęsty - jak szczotka
do butelek albo miotełka do kurzu. Ta kotka miała oczy głęboko
bursztynowe, niemal złociste, zupełnie inne niż jasnoszmaragdowe,
błyszczące oczy Suki. Wydawały się nieproporcjonalnie duże w stosunku do
drobnego pyszczka, miały kształt orzecha włoskiego - były okrągłe, nie
migdałowe ani owalne jak u większości kotów domowych. Mimo dobrego
oświetlenia źrenice miała mocno rozszerzone, być może ze strachu,
chociaż nie wyglądała ani na cierpiącą, ani na przerażoną. Raczej na
podenerwowaną, co było całkowicie zrozumiałe w sytuacji, w jakiej się
znalazła. Ale im bardziej się do niej zbliżałem, tym mniej sensowne
wydawały mi się te domniemania.
Przyglądała mi się uważnie i śmiało, ze skupieniem - powiedziałbym
nawet, że natarczywie. Tak wymownego spojrzenia jeszcze nigdy nie
widziałem u kota. Wyrazistości przydawał mu układ oczu, położonych
blisko siebie i frontalnie jak u dzikich kotów, nie jak u domowych, u których są one rozstawione szerzej i przesunięte bardziej na boki.
Wydawało się aż nadto oczywiste, że ta kotka z pełną świadomością
wszystko obserwuje, zwłaszcza mnie. Gdy zbliżyła główkę do drzwiczek
klatki, zauważyłem, że na nosie i podbródku ma futerko przyprószone
bielą, a sam pyszczek lekko zwrócony ku dołowi, a nie wysunięty do
przodu, jak u większości kotów nierasowych. Dzięki takiemu położeniu,
typowemu dla wielkich kotów, te drapieżniki zyskują znacznie szersze
pole widzenia. Po bokach głowy wyrastały jej długie kępki sierści,
przypominające bokobrody rysia albo zaczątek grzywy u młodego lwa,
łagodnie przechodzące w gęste włoski pokrywające imponujący fałd luźnej
skóry wokół szyi - szczątkową pozostałość po wczesnych etapach ewolucji
kotów. To właśnie za ten fałd kocice chwytają młode, by je przenosić z miejsca na miejsce. (Niektórzy, nawet technicy weterynarii, błędnie
sądzą, że w taki sam sposób można chwytać dorosłego kota bez wyrządzania
mu krzywdy. Okazuje się jednak, że dla większości zwierząt jest to
nieprzyjemne, bolesne doświadczenie, które często wywołuje ich agresywną
reakcję). Z białej części pyszczka wyrastały wyjątkowo długie, białe
wibrysy układające się w dwa łukowate, gęste wachlarze, które nadawały
jej inteligentny wyraz charakterystyczny dla wielkich kotów. Wrażenie to
potęgowały ruchliwe uszy, z których każde poruszało się niezależnie,
reagowało na nawet najcichszy dźwięk.
Te cechy zestawione razem przydawały jej "kocięcych" rysów, a cała jej
postać przywodziła na myśl młode koty. Ale większe znaczenie (choć mniej
ujmujące) ma frontalne ustawienie oczu, takie jak u ich dorosłych
dzikich kuzynów, które wpływa na poprawę koordynacji widzenia obuocznego
(stereoskopowego), co przekłada się na lepsze wyczucie głębi,
szczególnie podczas nocnych wędrówek i polowania. Warto zwrócić uwagę,
że "kocięcy" wygląd nie ma nic wspólnego z niefrasobliwością i naiwnością. Przeciwnie, kocięta, podobnie jak młode dzikie koty, uczą
się chętnie i szybko. Odstawione od matki uważnie obserwują otoczenie,
podpatrują starsze osobniki i eksperymentują nawet podczas zabawy. W ten
sposób przygotowują się do samodzielnego życia, które w warunkach
naturalnych zaczynają już w wieku czterech do pięciu tygodni.
Czyżby ta kotka na mnie polowała? Trudno mi było sobie to wyobrazić,
choć bez wątpienia to ona dostrzegła mnie pierwsza i spojrzeniem
wysyłała sygnał, że ma wobec mnie własny plan. To właśnie jej zachowanie
uznałem za najbardziej intrygujące, ponieważ doskonale ilustrowało
sposób, w jaki koty obserwują ludzi, oceniają ich i wybierają sobie
opiekuna.
Podszedłem trochę bliżej, a ona przycisnęła pyszczek do kraty
transportera, jakby chciała mi powiedzieć, że mam wszelkie powody, by
się nią zainteresować, ale przede wszystkim powinienem ją stamtąd
zabrać. Uśmiechnąłem się na tę myśl i pochyliłem, żeby mogła mi się
dobrze przyjrzeć. Nie ruszyłem się jednak z miejsca, w którym się
zatrzymałem, ponieważ z bardzo bliskiej odległości (sześciu czy ośmiu
cali) koty nie widzą wyraźnie. Miauknęła, nie głośno ani natarczywie jak
inne koty, lecz spokojnie i zachęcająco. Odpowiedziałem jej cicho,
słowami i odgłosami. Wyciągnąłem rękę i pozwoliłem ją obwąchać. Zbliżyła
nos, oceniła zapach i uznała go za satysfakcjonujący. Powoli zamknąłem i otworzyłem oczy, a ona zareagowała takim samym przyjaznym mrugnięciem. A potem, naśladując mój ruch, poufale położyła swoją dużą łapę na mojej
dłoni, jakbyśmy się znali od dawna.
Prawdopodobnie przypisywałem zbyt duże znaczenie zwyczajnym zachowaniom,
na przykład obwąchaniu ręki. Ale u kotów nic nie jest tak proste, jak
mogłoby się wydawać. Choćby kwestia powonienia: dla nich ten zmysł jest
nie mniej ważny niż dla psów, koni i wielu innych zwierząt, a może nawet
ważniejszy. Z kolei ich ostrość widzenia, w porównaniu do wielu innych
ssaków, jest ograniczona z bliska i w intensywnym świetle. Najlepszą
osiągają przy średnich i dalszych odległościach oraz w półmroku. Nie ma
w tym nic dziwnego, w końcu są stworzeniami zmierzchu, najbardziej
aktywnymi o świcie i po zmroku, skąd się bierze ich zamiłowanie do
nocnych harców. W dobrze oświetlonym pomieszczeniu koty często
spoglądają z oddali z niepokojem nie dlatego, że czegoś się obawiają,
ale dlatego, że widzą jedynie kontury postaci i dopiero dźwięk oraz
zapach pozwalają im ją zidentyfikować. Prawie dla wszystkich kotów
ludzkie głosy są tylko pierwszym orientacyjnym sygnałem. Dopiero po
zapachu rozpoznają, z kim mają do czynienia, i odczuwają ulgę albo nie.
Zależy to od stopnia zażyłości z daną osobą i od zakodowanych w zapachu
komunikatów chemicznych informujących o jej nastroju, emocjach i intencjach.
Według mądrości ludowej koty potrafią wyczuwać nastawienie i intencje
ludzi. Wbrew pozorom w sygnałach, które wysyłamy, rzeczywiście potrafią
wychwytywać napięcie, niechęć, a nawet chorobę, ale też dobrze odczytują
spokój, otwartość i ufność. Nie ma w tym nic niezwykłego, albowiem koty
są niezwykle wrażliwe na komunikaty chemiczne, zwłaszcza na feromony,
które, podobnie jak inne zwierzęta, ludzie wydzielają w zależności od
nastroju i formy fizycznej. Ta osobliwa zdolność kotów wykształciła się
u nich pierwotnie jako część ich łowieckiego instynktu, a z czasem
rozszerzyła o umiejętność identyfikacji stworzeń, które mogłyby stanowić
dla nich zagrożenie. Koty odbierają bodźce zapachowe nie tylko nosem,
lecz także za pomocą narządu lemieszowo-nosowego (Jacobsona),
umieszczonego w podniebieniu. Uaktywniają go dzięki odruchowi flehmen -
polegającemu na rozwarciu pyska i głębokim wciągnięciu powietrza, czemu
towarzyszy dźwięk przypominający warczenie, choć wcale nim nie jest.
Dzięki temu precyzyjnemu mechanizmowi rozpoznawania zapachów koty nie
tylko potrafią wyczuć ofiarę czy zagrożenie, ale też określić, komu mogą
zaufać, a kogo lepiej unikać.
Ujmując rzecz prościej: jeśli ktoś uważa koty za niegodne zaufania lub
antypatyczne, z tym nastawieniem podchodzi do każdego spotkania z nimi.
Ciało takiej osoby mimowolnie wysyła swoiste komunikaty chemiczne, które
koty wyczuwają, więc nie będą chciały mieć z nią do czynienia. Podobnie
jest z alergikami. Często próbują uzasadnić swoją niechęć, szerząc mit o tym, że koty złośliwie wywołują u nich reakcję immunologiczną. Tymczasem
one wcale do takich ludzi się nie garną, bo zdecydowanie wolą kogoś, kto
przynajmniej, nawet jeśli błędnie, uważa się za ich przyjaciela. Tak jak
tamta kobieta z Rutland, w której domu znaleziono ponad sześćdziesiąt
kotów. Psy natomiast, w przeciwieństwie do kotów, skłaniają się do
bezwarunkowej ufności, dopóki ich się nie skrzywdzi. Czasami nawet w takich sytuacjach niczego się nie uczą. Koty natomiast od samego
początku traktują człowieka z dystansem, a zaufaniem obdarzają go pod
warunkiem, że zrobi na nich pozytywne wrażenie, i to dopiero po
sprawdzeniu, czy spełnia ich wymogi. Taki test przeprowadzają
niezależnie od woli człowieka i udawaniem nie sposób je zmylić. Co
więcej, trzeba mu się poddawać wielokrotnie.
Właśnie z powodu tej cechy koty sprawiają wrażenie bacznych i zdystansowanych obserwatorów. Trzymają się na uboczu, uważnie obserwują
i oceniają, zanim kogokolwiek obdarzą zaufaniem. Tak funkcjonuje ich
mechanizm obronny, który ma swoje źródło nie tylko w ich anatomii,
zmysłach i naturze, lecz także w tylko częściowym udomowieniu.
Jakkolwiek uznano je za fakt - choć dotychczas nie rozstrzygnięto, kiedy
koty pojawiły się w ludzkich społecznościach, i wciąż toczy się na ten
temat dyskusje - to bardziej istotne jest odkrycie, że nigdy nie
uzależniły się od ludzi w takim stopniu jak inne zwierzęta domowe.
Koty weszły w nasze życie nie z potrzeby więzi, lecz z oportunistycznych
pobudek, ponieważ nasze jedzenie, po pierwsze, przyciągało ich
potencjalne ofiary, głównie gryzonie i ptaki, a po drugie, korzystały z naszych śmieci, wyszukując w nich jadalne resztki. Dzięki tej
niezależności nigdy nie stały się podatne na kary ani tresurę. Nie
potrzebowały nas, ale potrafiły czerpać z nas korzyści. Ich przywiązanie
opierało się i opiera na wzajemnym szacunku i przyzwoitym traktowaniu. W ich naturze wciąż jest obecny dziki pierwiastek - u jednych silniejszy,
u innych słabszy - i w każdej chwili może się odrodzić. Wystarczy
krzywda, czasem tylko okazja, a znikają w nocy i często już nie wracają.
Młoda kotka, którą bacznie obserwowałem i która równie uważnie
przyglądała się mnie, niewątpliwie przeprowadzała swój test. Sprawdzała,
z ostrożnością i skupieniem dzikiego zwierzęcia, czy się nadaję na jej
towarzysza. A może była na tyle dzika, że decyzję już dawno podjęła i teraz tylko ponaglała mnie, żebym przestał się ociągać i zrobił to samo?
Wkrótce miałem się o tym przekonać. Dałem znak tej samej pracownicy i wskazałem klatkę. Najpierw uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem - ale
gdy zobaczyła, o którego kota mi chodzi, jej uśmiech zgasł. Rozejrzała
się zaniepokojona, podeszła do koleżanki nadzorującej pracę na korytarzu
i szepnęła jej coś do ucha. Kierowniczka rzuciła okiem na mnie, potem na
klatki i wzruszyła ramionami. Domyślam się, że powiedziała coś w rodzaju: "Skoro chce się jej przyjrzeć, niech się przygląda...".
Pracownica, wyraźnie podenerwowana, ruszyła w moją stronę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki