Nasze umęczone miasto
1 sierpnia 1944, wtorek
temperatura powietrza 20°C, deszcz
Łup, łup, łup, krew pulsuje mi w uszach, serce dudni, a przed oczami
pojawiają się mroczki. Boże przenajsłodszy, co teraz? Co nas czeka?
Miałem nadzieję, że jakoś przeczekamy okupację w spokoju, jeśli w ogóle
można mówić o spokoju w tych wojennych dniach.
Gdy Niemcy nas zaatakowali, przyjąłem jaszczurczą filozofię zamarcia w bezruchu, minimalnej aktywności i nienarażania się, co do tej pory, z mniejszym czy większym sukcesem, mi się udawało.
W mieście mimo ulewnego deszczu zrobiło się tak ciepło, że natarczywe
podświadome myśli o śmierci, o tym, że zbliża się niebezpieczeństwo, że
przyjdzie się pożegnać z tym światem, odbierają sen i resztki rozumu.
Aby zająć czymś głowę i oswoić rzeczywistość, postanawiam oddać się
pisaninie. Jeśli nie przeżyję, może chociaż przetrwa mój dziennik. Nikły
ślad po tym, że tu byłem.
Uzbrojony w kopiowy ołówek zaczynam od dzisiaj pisać pamiętnik, który
być może dla potomnych będzie jedynym dowodem tego, co się stało z naszą
rodziną. Już wcześniej podjąłem postanowienie o spisywaniu wojennych
przeżyć i co kilka dni notowałem ważniejsze wydarzenia z życia i z frontu.
Jeśli tego nie zrobię, straszne doświadczenia z czasem zatrą się w pamięci, a wraz z moją śmiercią znikną na zawsze. Zresztą kto mi później
uwierzy w to, co było moim udziałem.
Krążę po mieszkaniu w poszukiwaniu notesu, zeszytu, czegokolwiek, w czym
mógłbym spisywać wrażenia z tych dni. Jak na złość pamiętnik, który
zacząłem pisać w pierwszych dniach września 1939 roku, został w naszym
domu na Wiejskiej, a tam z uwagi na sytuację chwilowo wrócić nie mogę.
Jedliśmy zupę pomidorową domowej roboty z makaronem, gdy zaczęła się
zawierucha. Od kilku godzin trwa hałaśliwa awantura w centrum miasta.
Jesteśmy zdezorientowani, bo mimo wyraźnie słyszanych wystrzałów,
grzechotu karabinów i działek przeciwlotniczych nie sposób określić,
gdzie uskutecznia się ta krwawa i zapewne bezowocna jatka.
Ludzie zachowują się jak mrówki, których mrowisko zalano wrzątkiem.
Rozbiegają się na wszystkie strony, nie potrafiąc ocenić, skąd nadchodzi
niebezpieczeństwo. Uciekający w popłochu przekazują sprzeczne
informacje. Jedni twierdzą, że to na Żoliborzu coś się dzieje, inni
wołają, że płoną Aleje Ujazdowskie, Sejm, Wiejska, Nowy Świat, Plac
Napoleona. Ktoś się upiera, że widział polskie wojsko na Powiślu, a my
jesteśmy pewni tylko tego, że coś stało się na pobliskim wiadukcie, bo
nasyp ginie w gęstym burym dymie. Od czasu do czasu ktoś strzela tak
blisko nas, że boimy się wyściubić nos z okna.
Co to ma być? Ruscy wkroczyli wreszcie do miasta? A może to desant
aliantów?
Jesteśmy bardzo zaskoczeni, nikt nas o niczym nie uprzedził. Co prawda
atmosfera w mieście w ostatnich dniach była bardzo napięta, bo Niemcy
uciekali, Ruscy zbliżali się do Wisły i wydawało się, że niebawem nasz
los się odmieni, ale czegoś takiego się nie spodziewaliśmy.
Wreszcie ktoś na zewnątrz woła radośnie, że to powstanie. Że wybuchło
warszawskie powstanie.
Jesteśmy w szoku.
Teraz powstanie? Po co? Dlaczego? W przeddzień walki, którą Ruscy mają
stoczyć z Niemcami?
To jak pucz przygotowany pospiesznie, wszczęty naprędce. I powtórzę
pytanie: po co? Bolszewicy już się przyczaili na rogatkach Warszawy i jak na moje należałoby liczyć, że za jakieś dwa tygodnie wejdą do
miasta. Jaka jest więc idea tych popisów strzeleckich?
W obecnej sytuacji frontowej, w obliczu tego, że Niemcy dostają baty, a Armia Czerwona na pewno by sobie poradziła z pokonaniem Szwabów w Warszawie bez tego całego powstania, nie pojmuję, kto wpadł na ten
szaleńczy pomysł. Nie rozumiem, dlaczego ktoś oczekuje takiego
poświęcenia od mieszkańców? Dlaczego Warszawiacy, którym udało się
przetrwać lata okupacji, mają w ostatniej chwili walczyć i zginąć? Bo co
do tego, że ta rewolucja pochłonie kilkadziesiąt tysięcy ofiar, nie mam
wątpliwości.
Bogu ducha winnych ludzi skazywać na zagładę? Miasto jest pełne rodzin z dziećmi, starców, bezbronnych kobiet. Tyle tych rozmyślań, które
niewiele mają sensu, bo rewolta niezależnie od naszej opinii na jej
temat przetacza się nam nad głowami.
Talerze z niedojedzoną zupą nadal stoją na stole, wabiąc muchy, które z brzękiem obijają się o szyby i urządzają sobie wycieczki po resztkach
makaronu. Zaciekła kanonada trwa bez przerwy, świetlny odblask
czerwonych rakiet przecina niebo nad Powiślem. Pierwsze łuny pożarów
rozgaszczają się na horyzoncie, ktoś za oknem woła, że płonie Dworzec
Wschodni.
I pomyśleć, że poranek był taki spokojny. Piliśmy herbatę ziołową przy
otwartym oknie, wsłuchując się w szum deszczu, który zmienił się w gwałtowną ulewę. Nawałnica ostudziła animusz obu walczących stron. Ale
ledwie słońce przebiło się przez chmury, na nowo zaczęła się
strzelanina, jakiej Warszawa jeszcze nie słyszała.
Jestem tak zdenerwowany, że pocą mi się dłonie i zbyt mocno przyciskam
ołówek do kartki, przez co łamię grafitowy rysik. Grzebię w rupieciach
na biurku i jak na złość nie mogę znaleźć ostrzałki. Nie pozostaje mi
nic innego, jak udać się do kuchni i nożem naostrzyć ołówek.
Na wiadukcie pojawiają się samochody pancerne. Co będzie dalej? Tego
nikt nie wie i nie przewidzi.
Najgorsza w tym wszystkim jest właśnie niewiedza. Niemcy odcięli
telefony i nie można nigdzie zadzwonić, aby się wywiedzieć, co się
dzieje w mieście. Gdzie toczą się walki i przede wszystkim czy nasze
mieszkanie na Wiejskiej jest całe?
Jak na ironię można za to posłuchać kompletnie niepasujących do sytuacji
skocznych melodii nadawanych przez warszawskie radio. A można by
efektowną litanię ułożyć z ulic, na których toczą się walki, gdzie jest
względnie bezpiecznie, a dokąd pod żadnym pozorem się nie wybierać. Za
chwilę będą nadawać po polsku "wiadomości". Muszę ich wysłuchać. Może
zdementują plotkę, że to rzeczywiście powstanie? Uspokoją nas? Powiedzą
prawdę o tym, co przeżywa stolica? Mam nadzieję, że to wszystko niebawem
się skończy.
Nic z tych rzeczy. Audycja rozpoczęła się jak zwykle hejnałem z Wieży
Mariackiej i komunikatem wojennym. Zupełnie jakby ludzie byli ślepi i głusi i nie widzieli, co się wyprawia za oknami. Nie dosłyszałem
ostatniego zdania, bo kolejny wybuch wstrząsnął kamienicą, tak że aż
podskoczyłem na krześle.
Nikt nie wspomina o tym, że o siódmej rano łączniczki otrzymały rozkaz
od Chruściela, pseudonim "Monter", o wybuchu powstania, że ogłoszono
mobilizację. Że kilka tysięcy osób to podchwyciło i w godzinach
przedpołudniowych przekazało rozkaz dalej. Że ruszono po broń i amunicję.
Nie mamy pojęcia, że pierwsze przedwczesne strzały padły tuż przed 14.00
na Żoliborzu przy Krasińskiego w stronę niemieckiego plutonu
transportującego broń. Niemcy szybko zorientowali się w sytuacji i ściągnęli na to miejsce czołg i wojsko. Że o 16.00 dowódca SS i policji Oberführer SS Paul Otto Geibel, uprzedzony o wybuchu powstania,
postawił w stan gotowości podległe mu siły, a już po półgodzinie generał
Rainer Stahel zarządził
alarm garnizonu.
I wreszcie że 17.00 była Godziną "W", godziną wybuchu powstania, które
wbrew założeniom nie zaskoczyło Niemców.
Gdybyśmy wiedzieli o tych zamiarach, moglibyśmy coś zaplanować.
Cokolwiek. Wyjazd z Warszawy. Przeprowadzkę do kuzynki mieszkającej w starym domu na rogatkach miasta. Moglibyśmy zrobić większe zapasy.
A tak utknęliśmy z synkiem i żoną w mieszkaniu jej siostry Madzi. Nie
mamy choćby szczoteczki do zębów, zmiany bielizny, niczego. Na domiar
złego Anula zapomniała zabrać z Wiejskiej torebkę z dokumentami i lekami
na astmę dla małego.
Seria wybuchów i cisza.
Nawet leniwe zazwyczaj kocury, przesypiające na wersalce pod oknem całe
dnie, wydają się zdenerwowane, nie potrafią znaleźć sobie miejsca, krążą
więc po mieszkaniu, ocierając się o nogi. Tylko zaspane muchy nic sobie
nie robią z zamieszania, beztrosko snują się po parapecie i zaglądają do
salaterki z mizerią, którą mieliśmy z ziemniakami zjeść na drugie danie.
Kulę się w sobie, gdy jakiś zawzięty pilot z łoskotem przelatuje tuż nad
dachami. Kilka serii z karabinów maszynowych, terkotanie rewolwerów i cisza.
Że też Warszawiacy, zamiast wziąć sobie do serca "szczerą" odezwę
Ludwiga Fischera2 sprzed kilku dni, oddają się takiej
bezsensownej, karygodnej rozrywce! Kilka dni temu, jakby na zachętę, ten
"nasz wielki pan" zwrócił się do nas per "polscy obywatele i obywatelki!" zamiast tradycyjnej "ludności niemieckiej" czy
"einheimische Bevölkerung".
W obliczu zbliżania się frontu wschodniego bredził coś o "czerwonym
potopie" i ogłosił mobilizację Polaków, zwłaszcza z okolic Warszawy i Siedlec. Zachęcał do budowy wszelkiego rodzaju umocnień, ze szczególnym
uwzględnieniem głębokich rowów. Straszył kolejną bitwą warszawską jak ta
z dwudziestego roku, zachęcał do walki ramię w ramię z prymitywnym,
bezwzględnym sowieckim najeźdźcą i odgrażał się, co to się też z nami
stanie, jeśli nie posłuchamy rozkazu.
Oczywiście jego rozpaczliwe pogróżki i apele zostały zbojkotowane i jakoś nikogo nic strasznego na szczęście nie spotkało w odwecie.
Upierał się również, że Ruscy nie dotarli do Siedlec, co nie jest
prawdą. Mimo że jego zapewnienia powtórzył
Wehrmachtbericht3.
Doskonale wiedzieliśmy, że w dniach 27-31 lipca o miasto stoczono
zażartą bitwę i że ostatniego dnia miesiąca zajęli je Sowieci. Z jednej
strony napawało nas to optymizmem, z drugiej nie mieliśmy jeszcze
pojęcia o aresztowaniach i nowych, tym razem sowieckich represjach wobec
ludności cywilnej.
Osobiście ucieszyło mnie kłamstwo gubernatora, bo stanowiło niezbity
dowód, że Niemcy manipulują faktami, czyli bardzo się boją o własną
skórę. Że tylko usiłują nas przekonać o swojej potędze i niezłomności,
by zmusić do posłuszeństwa. W moim odczuciu Rzesza jest kolosem na
glinianych nogach i tylko patrzeć, kiedy się wywróci.
Gubernator nie próżnuje, zawzięcie wygłasza kolejne tezy i apele,
zachłystując się koktajlem optymizmu i naiwności, że oto uciskany,
prześladowany od lat naród stanie do walki w jednym szeregu ze swoim
oprawcą.
Doskonale pamiętam, jak kilka dni temu, 27 lipca, utknąłem pod
szczekaczką na Placu Wilsona, akurat gdy Fischer wzywał sto tysięcy
Polaków do przymusowych robót przy budowie linii obronnych na przedpolu
Warszawy, co jakoby miało zapobiec wkroczeniu Armii Czerwonej.
Mężczyźni i kobiety od szesnastu do sześćdziesięciu siedmiu lat (swoją
drogą ciekawe, skąd ten przedział, dlaczego na przykład nie do
siedemdziesiątki) mieli stawić się 28 lipca o 8.00 w sześciu
wyznaczonych punktach stolicy, między innymi przy Placu Unii Lubelskiej,
Marszałkowskiej i na Żoliborzu. Za odmowę groziły surowe represje, z karą śmierci włącznie.
To, że nikt się tym nie przejął, najlepiej dowodzi, jak zmienił się
nastrój społeczeństwa, którego nie da się już tak łatwo zastraszyć.
Mimo wywrzaskiwanych w radiu gróźb, odezw i rozkazów niewielu się
znalazło amatorów kopania rowów.
Jakież to z naszej strony przekorne i odważne zarazem, że wykazaliśmy
tak niewielki entuzjazm w pomaganiu Szwabom w walce z Ruskimi. I choć
nie oczekiwano, że chwycimy za broń, tylko za łopaty i kilofy, to
uznaliśmy, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem, i nie
kiwnęliśmy palcem.
Oby ta ułańska powstańcza fantazja naszych bohaterów nie zakończyła się
takim fiaskiem jak w Wilnie4. Dlatego moim zdaniem w naszej
sytuacji nie powinniśmy się wychylać, nadmiernie ekscytować, tylko wziąć
na przeczekanie i z ukrycia przyglądać się tej walce goliatów, dla
których nie ma znaczenia nasz skromny udział w przedsięwzięciu. A już z pewnością po wszystkim nie należy spodziewać się od nich słów uznania.
Wręcz przeciwnie.
Eksplozje stają się nie do zniesienia. W głowie huczy.
Z godziny na godzinę nasila się kanonada, a wszechobecny pył grubą
warstwą osiada na dopiero co odkurzonych przez Madzię meblach. Trwa to
już kilka wlokących się w nieskończoność godzin i końca nie widać.
Zawieruchę przygnało tuż pod naszą kamienicę. Ktoś przemyka pod
zamkniętą na cztery spusty bramą. Po okolicy niosą się nawoływania i okrzyki: "Schowaj się, tędy, pochylcie głowy! Szybko!".
-?Jezus Maryja, co to będzie, co będzie? -?Anula tuli synka w ramionach
i popatruje to na Madzię, to na mnie, pobladła i przerażona.
-?Co ma być, to będzie. -?Silę się na spokój, choć wcale nie jestem
spokojny. -?Póki co trwamy.
-?Proszę cię, ja naprawdę poważnie się zastanawiam, co możemy zrobić.
-?Mamy raczej niewielkie pole manewru. -?Wzruszam ramionami.
-?A ty zawsze taki opanowany. Jakby nic cię nie obchodziło! -
niespodziewanie napada na mnie Madzia. -?Masz nerwy ze stali?
-?A żebyś wiedziała! -?podnoszę głos, bo jednak wcale nad sobą nie
panuję. -?Mam je do cna zszargane. W dodatku jako jedyny mężczyzna w tym
towarzystwie powinienem wiedzieć, co robić, jak się zachować!
-?Ale ja...
-?Tymczasem nie wiem! Nie znam odpowiedzi! Nie potrafię przewidzieć
przyszłości! Nie mam pojęcia, czy jesteśmy tu bezpieczni.
-?Ale ja nic...
-?Usiłuję nie okazywać, ile mnie to wszystko kosztuje, żeby jeszcze
bardziej was nie straszyć! -?Opadam na krzesło i chowam twarz w dłoniach. Jeszcze chwila i z oczu popłyną mi łzy.
Najwyraźniej mój niespodziewany wybuch robi wrażenie na kobietach, bo
obie tylko wybałuszają oczy, nie wiedząc, co ze mną począć.
-?Kochanie, żadna z nas tego od ciebie nie oczekuje. -?Żona odstawia
Jaśka na podłogę, podchodzi pospiesznie i pochyla się nad krzesłem, by
mnie objąć.
-?Ale ja oczekuję tego od siebie, w tym problem.
-?Kochany, wszyscy jesteśmy zdenerwowani.
Madzia przestępuje z nogi na nogę i bąka słowa przeprosin.
-?Już dobrze, dobrze. Przepraszam za moje emocje.
-?Uznałam tylko, że powinniśmy coś postanowić.
-?Właśnie. -?Anula siada obok i chwyta mnie za dłoń. -?Przecież nie
możemy siedzieć jak kaczki na środku stawu i czekać, aż myśliwi nas
ustrzelą -?zżyma się.
-?A nie macie wrażenia, że jesteśmy w potrzasku?
-?Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
-?Czasami przez katafalk -?mruczę wbrew sobie pod nosem.
-?Co mówiłeś?
-?Nic, nic. Rzeczywiście moglibyśmy się ruszyć.
-?Tylko co, jak spotkamy Szwabów... -?Madzia jest coraz bardziej załamana.
-?Przecież nie będziemy Niemcom machać polską flagą przed nosem! Ale
wielu możliwości nie widzę. -?Wzdycham. -?Do naszego mieszkania wrócić
nie możemy. Co ja mówię: nawet na drugą stronę ulicy nie sposób przejść!
Trudno cokolwiek planować.
-?No to co teraz?
Madzi drży broda, a ja już się boję niepohamowanych kobiecych łez, wobec
których jestem zupełnie bezradny.
-?Najważniejsze to zachować spokój i nie ulegać panice.
-?A mówiłam matce, że lepiej na wieś wyjechać, mogłyśmy też do Anglii
płynąć z Januszykiewiczami, proponowali, bilet chcieli kupować... -?Madzia
nakręca się na nową nutę.
-?Co było, to było. Trzeba się skupić na tym, co tu i teraz.
-?Łatwo powiedzieć.
-?Wiem, brzmi banalnie, ale nie powinniśmy w planach wybiegać dalej niż
do kolejnego poranka.
-?Ale życie z godziny na godzinę się wali.
Kot zeskakuje na podłogę, przeciąga się leniwie, wyginając grzbiet w pałąk, i patrzy na nas z wyrzutem. Pewnie biedak tęskni za szprotkami,
które są teraz nie do zdobycia, a które, gdyby jakimś cudem wpadły w nasze ręce, sami byśmy zjedli.
-?Każda godzina przybliża nas do końca tego piekła. Widzisz przecież, że
Szwabom grunt się pali pod nogami.
-?I dlatego stali się jeszcze bardziej brutalni i nieobliczalni? -
Madzia wydyma usta. -?Też mi pociecha.
Siedzimy przez dłuższą chwilę zatopieni we własnym strachu, obawach i poczuciu przegranej, ale z drugiej strony wypatrujemy iskierki nadziei,
czegoś, co może nas ocalić i sprawić, że jednak przetrwamy.
Ukradkiem wyglądam przez okno i dostrzegam czterech mężczyzn w eskorcie
dwóch esesmanów idących w górę ulicy z uniesionymi wysoko rękoma.
Najwyższy trzyma nad głową szczotkę, co wydaje mi się bardzo dziwne.
Rozumiem karabin, plecak, ale po co mu szczotka?
Ciężka kuta brama domu naprzeciwko jest od wczesnego popołudnia
zatrzaśnięta na głucho, podobnie jak nasza i wejścia do innych kamienic.
Domy w mieście stają się niezależnymi twierdzami pilnowanymi przez
cerberów, w których wcielają się nasi poczciwi dozorcy. Mają oko, by do
kamienic nie wszedł nikt podejrzany. W ich ręce trafiają biuletyny,
ulotki i gazetki, które potem z przejęciem odczytują mieszkańcom
zebranym na podwórku. W dużej mierze to od ich poglądu na wybuch
powstania zależy nastawienie lokatorów.
-?Nie widać żywego ducha. -?Madzia zza firanki rzuca okiem na ulicę, po
tym jak osobliwa grupa znika za załomem muru. -?Ktoś strzela z rewolweru
tuż za rogiem.
-?Może powinniśmy zejść do piwnicy? -?Anula wierci się w miejscu.
-?Bo ja wiem? -?Nie jestem przekonany. -?Może jeszcze nie teraz?
-?A jak pocisk trafi w nasz dom? -?Żona usiłuje złapać koty, żeby
wsadzić je do wiklinowego zamykanego koszyka, w którym co roku w Wielkanoc nosiliśmy święconkę do kościoła przy Placu Trzech Krzyży.
-?Tego nie wiemy. Równie dobrze mogą w piwnicy rozpylić gaz.
-?O Boże! -?wołają jednocześnie kobiety.
Siostry się nakręcają, a ja próbuję je przekonać, że w zasadzie nie ma
bezpośredniego zagrożenia, bo jak się zdaje, kule krążą głównie na
poziomie ulicy, a mieszkanie Madzi, chwała Panu, znajduje się na drugim
piętrze. Ale w tych czasach niczego nie można być pewnym.
Mamy szczęście, że początek strzelaniny zastał nas u Madzi, gdzie się
spotkaliśmy, by świętować jej urodziny. Dramat przeżywają nieszczęśnicy
przebywający poza domem, u obcych.
1 sierpnia większość ludzi jak co dzień wyruszyła z pękiem kluczy i drugim śniadaniem w kieszeni do pracy i teraz nie mogą wrócić do siebie.
A z powodu godziny policyjnej gdzieś muszą się schronić. Poza tym trudno
oczekiwać, że w gradzie kul będą spacerować po ulicach. Nie chcę nawet
myśleć, jakie katusze przeżywają ich bliscy, nie wiedząc, jaki spotkał
ich los. Czy żyją.
Tak w ogóle na każdym kroku widzi się wiele przejawów wdzięczności,
dobroci, szlachetności i poświęcenia. W czasie wszechobecnego zagrożenia
ludzie zapominają o swoich egoistycznych interesach i pomagają sobie
nawzajem, jak tylko mogą. Ciekawe tylko jak długo.
Kolejna scena: pod naszymi oknami dwóch chłopaków z biało-czerwonymi
opaskami na ramionach i rewolwerami w ręku przebiegło w przeciwnych
kierunkach, jeden przyczaił się pod murem.
2 sierpnia, środa
temperatura powietrza 18°C, deszcz
No i mamy drugi dzień "powstania". Istne piekło: strzały i detonacje
słychać niemal bez przerwy. Jeśli ktoś liczył na to, że wszystko się
skończy w kilka godzin, był w wielkim błędzie.
Rano z wielką ciekawością dyskretnie obserwowaliśmy przez okienko na
strychu "oddział" powstańców składający się z kilku chłopaczków
ściskających w drżących dłoniach rewolwery. Podążali niczym kaczuszki za
umundurowanym dumnym kaczorem, który miał przewieszony przez ramię
karabin. Nie mam pojęcia, jakie otrzymali zadanie, co takie dzieciaki
mogą zdziałać w bitwie.
Ludzie są zagubieni i zastraszeni. Skoro świt parę osób, czujnie
pochylonych, przemknęło zakosami przez nasze warzywne pole, by zniknąć
wśród ruin po drugiej stronie.
Teoretycznie nasz dwupoziomowy schron jest wyjątkowo bezpieczny, o czym
świadczy też to, że ludzie z sąsiednich domów także chcą się w nim
ukryć. Tyle w teorii. Prawda jest taka, że odór stęchlizny i składziku z czyimiś butwiejącymi dywanami jest tak ostry i przykry, że po chwili
bolą nas głowy i mamy mdłości. Nie mogę sobie wyobrazić, że mielibyśmy
spędzić noc w tym smrodzie.
Wbrew obawom kobiet wróciłem ostrożnie do mieszkania, by przynieść coś
do jedzenia i ulubionego wypchanego trocinami misia, z którym zawsze
sypia nasz synek. Zamiast tego, zdesperowany, w egipskich ciemnościach,
przepchnąłem wersalkę i nasze dwa małżeńskie łóżka do przedpokoju. To
jedyne pomieszczenie bez okien, w którym jesteśmy osłonięci przed
odłamkami. Wiem, że podobnie urządzają się niektórzy sąsiedzi, którym
też piwniczne lokum dało się we znaki.
Mamy szczęście, że mieszkanie Madzi, pewnie dlatego, że jest na drugim
piętrze, nie zostało ostrzelane. Ale z obawą przyglądamy się szczytowej
ścianie budynku w klatce obok, na której wyraźnie zarysowują się
pęknięcia. Przez dziury i wyrwy w murze można zajrzeć do mieszkań.
Podwórko od tej strony jest wypełnione odłamkami cegieł, ich warstwa
sięga aż do parapetów na pierwszym piętrze. Dwie z czterech ławek, które
tam stały, zostały pospiesznie odgrzebane i przeniesione pod rosnące na
środku drzewo.
Ku rozpaczy kobiet ucierpiała też kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej
Częstochowskiej, pod którą codziennie odprawiane są modły i litanie.
Jest mokro, chłodno i nieprzyjemnie. Walki trwają. Gubimy się w domysłach, jaka naprawdę panuje sytuacja w mieście. Piwniczne plotki
głoszą, że Stare Miasto opanowali nasi, że zdobyli gmach Polskiej
Wytwórni Papierów
Wartościowych
przy Sanguszki, że Plac Krasińskich, podobnie jak Sejm, są w naszych
rękach. Nie mam pojęcia, ile w tym wszystkim prawdy.
Poszło nam aż tak dobrze?
Przed chwilą przez wiadukt przejechała kawalkada niemieckich czołgów i samochodów, więc mój optymizm jest umiarkowany.
Pogłoska goni pogłoskę i pogłoską pogania.
Wiemy tylko, że walki toczą się na Nowym Świecie, Placu Trzech Krzyży
oraz Wolskiej, że nie udało się odbić bielańskiego lotniska.
W tym całym informacyjnym chaosie dociera do nas bardzo przykra
wiadomość o śmierci w szpitalu przy Polnej przyjaciółki rodziny,
dalekiej kuzynki ze strony teściowej, Krysi Krahelskiej. Po głowie przez
cały dzień natarczywie krąży mi napisana przez nią piosenka.
Hej, chłopcy, bagnet na broń,
Długa droga, daleka przed nami,
Mocne serca, a w ręku karabin,
Granaty w dłoniach i bagnet na broń.
Madzia i Anula popłakują po kątach, wyrzucają sobie, że nie znalazły
czasu, żeby spotkać się z nią przed sierpniem.
Niemcy najwyraźniej sobie nie radzą, bo ściągnęli do miasta ciężką
dywizję pancerną. Jestem ciekaw, co zdziałają te legendarne "Tygrysy".
Nie wyobrażam sobie, by okazały się pożyteczne w walkach na ulicach i skwerach. W ciasnej przestrzeni, gdzie z każdego okna mogą zostać
obrzucone zapalonymi butelkami z benzyną? Gdzie nie sposób nawrócić?
Gdzie zewsząd otaczają je wysokie mury?
Robi się coraz bardziej przygnębiająco i trudno mi dostrzec sens tego
wszystkiego.
Jeśli nie daj Boże szala przechyli się na stronę Niemców, możemy się
spodziewać najgorszych, najbrutalniejszych represji. Postawią nas
wszystkich pod ścianą i rozstrzelają. Jeśli zaś jakimś cudem powstańcom
udałoby się przejąć miasto, już widzę, jak rozwścieczyłoby to Niemców,
którzy w odwecie godzinami by je bombardowali, równając z ziemią dom za
domem, ulica za ulicą, dzielnica za dzielnicą.
Bawi mnie, że Niemcy są zdania, że powinniśmy twardo opowiedzieć się za
nimi. Kopać rowy przeciwczołgowe i stanąć w szranki z ich wrogiem,
Sowietami. Przecież to właśnie oni są dla nas największym przeciwnikiem.
I choć od dawna jestem pełen uznania i podziwu dla odwagi i bohaterstwa
żołnierzy Armii Krajowej, to jednak mam poczucie, że ich myślenie
zdominowała ułańska brawura. Że kolejny raz rzuciliśmy się z szabelkami
na czołgi. Że nikt nie podszedł do sprawy racjonalnie.
W takich chwilach niezmiennie odwołuję się do matematyki i statystyki.
Wystarczyło tylko przeliczyć i porównać, jakimi dysponujemy zasobami.
Ile mamy broni krótkiej, długiej, działek, granatów, zapasów amunicji.
Że nie mamy czołgów ani samolotów, a pomoc sojuszników jest wątpliwa, bo
już 1 września 1939 roku przekonaliśmy się, że za wielkimi słowami nie
idą wielkie czyny.
Gdy wczoraj rozpoczęła się strzelanina, sądziłem, że to jakaś
komunistyczna prowokacyjna ruchawka.
Ale widząc powstańców z biało-czerwonymi opaskami i skalę rewolty (dziś
nawet ukazał się pierwszy numer powstańczego "Biuletynu
Informacyjnego"), nie mam wątpliwości, że oto naprężyła muskuły Armia
Krajowa, która uznała, że pora pokazać swoją siłę. Wziąć sprawę w swe
wątłe ręce.
Ciekawe tylko, kto wpadł na ten pomysł i kto wydał rozkaz. Londyn czy
Warszawa?
Mnożą się znaki zapytania.
Czytam artykuł w gazecie i nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Warszawa zrozumiała natychmiast.
Zaczęło się między czwartą a piątą po południu. Na Żoliborzu o godzinę
za wcześnie, na Mokotowie i Woli nieco później. W samym centrum miasta
rozgorzały od razu zacięte walki. Ośrodkiem ich są mocno bronione przez
Niemców gmachy Poczty i Dworca Głównego.
Na ulicach ruch normalny i nagle grają kaemy, szczekają rozpylacze,
pękają wiązki granatów. I już w ulicy ani jednego przechodnia! Wszyscy
po bramach, sieniach, sklepach.
* * *
Warszawa zrozumiała od razu, zanim ukazały się pierwsze rozkazy i obwieszczenia. Może przez kwadrans roiło się ludziom jeszcze, że to
"napad na pocztę", że to "nalot" i obrona przeciwlotnicza. Ale cała
Warszawa wiedziała natychmiast: nasi zaczęli.
I najdroższe, umęczone, najdzielniejsze miasto, natchnienie Polski i świata, stanęło przy swoich żołnierzach w jednej chwili -?sercem,
czynem, wszelką potrzebną pomocą, każdą ofiarą.
* * *
W opustoszałej po gwałtownej serii ognia ulicy pojawia się malec, może
ośmioletni. Pędzi przez jezdnię. Wdrapuje się na budkę od papierosów.
Zatyka na niej biało-czerwoną chorągiewkę.
A wielka biało-czerwona chorągiew powiewa już przed godziną osiemnastą
na szczycie drapacza Prudentialu zdobytego szturmem5.
Nie docierają do nas wiadomości ani ze świata, ani z najbliższych
okolic. Szczególną ciekawość budzi to, co dzieje się na froncie.
"Odziedziczone" po poprzednich sąsiadach Madzi radio na baterie nie
działa, a akumulatorów do niego nie sposób dokupić. Co prawda na
kredensie na poczesnym miejscu salonu stoi wyprodukowany w Wilnie
poczciwy Elektrit, ale przy braku prądu pociecha z niego żadna.
A skoro nie ma prądu, lampy są bezużyteczne, podobnie jak chluba pani
domu: niewielka lodówka. Telefon milczy. Obawiamy się, że stanęła
elektrownia. Mam nadzieję, że wczorajszy wielki wieczorny pożar na
Powiślu nie trawił tego tak strategicznego dla mieszkańców obiektu...
Jakimś cudem po południu zaczął działać telefon i udało mi się
porozmawiać z moją siostrzenicą Wiką, która ostrzeżona w porę, znalazła
się w chwili wybuchu powstania w domu. Przekonywała, że na Wiejskiej
jest spokojnie, ale w Alejach Ujazdowskich trwa przepychanka. Tak bardzo
złości mnie to, że jesteśmy odcięci od domu.
Od tej części miasta, którą znam jak własną kieszeń, w której czuję się
bezpiecznie, z dala od reszty rodziny, matki i sąsiadów. Doskwiera mi
poczucie niewiarygodnego opuszczenia, choć obok są żona i szwagierka i otaczają mnie inni ludzie. Tak bym chciał wrócić na stare śmieci.
Pocieszamy się, jak możemy, dodając sobie otuchy planami na przyszłość.
Dokąd się wybierzemy, co ugotujemy, z kim się spotkamy. To odrobinę
pomaga oderwać się od ponurej rzeczywistości.
Ale przede wszystkim odsypiamy trudną, hałaśliwą noc, polegując w łóżkach do południa.
Madzia wysupłuje ze spiżarki zapasy i zapewnia, że wszystkiego jest pod
dostatkiem. Tym razem pada na chomikowanego od kilku lat suszonego
sztokfisza6, z którego żona przyrządza na obiad smaczne
kotleciki w sosie pomidorowym. Rzecz jasna z pomidorów zebranych na
pobliskim polu. Co za szczęście, że mamy je pod ręką.
Koimy nerwy piętnastoprocentowym ajerkoniakiem, delektujemy się
prawdziwą mocną kawą i pozostając w jajecznym nastroju, ubijamy piankę z jajek z dodatkiem szczypty bezcennego holenderskiego kakao Van Houtena.
Na szczęście Madzia, która przed wojną skończyła studia językowe, jest
wielką miłośniczką książek i jej biblioteczka ma do zaoferowania zacne
pozycje. Wygrzebuję z niej kolejne ciekawe tytuły, co z jednej strony
dostarcza strawy duchowej, a z drugiej, co nawet ważniejsze, pozwala
zabić czas. Dzięki lekturze mogę choć na chwilę przenieść się do innego
świata, na moment zapomnieć o przytłaczającym tu i teraz.
Jestem jak stary Żyd z krążącej po mieście opowieści, który w czasie
zagłady getta siedział sobie spokojnie na balkonie i zaczytywał się w Dostojewskim. Nic innego mu nie pozostało.
Leje deszcz, horyzont zasnuwają złowieszcze granatowe chmury. Jesteśmy
jak bezradni rozbitkowie skuleni na maleńkiej wysepce, pośród
wzburzonych fal cierpienia i beznadziei. Łudzimy się, że groza nie
podejdzie do nas zbyt blisko, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że
niestety bolesne skutki powstania nas nie ominą.
Ostrzał nie milknie, choć nie widzimy strzelających.
Warszawa podzieliła się na dwoje: walczących o miasto i walczących o to,
by w nim przetrwać.
3 sierpnia, czwartek
temperatura powietrza 17°C,
poranna mżawka, duże zachmurzenie
No i rozpoczęła się na dobre nasza domowa rewolucja. Niechętnie, ale
powodowani zdrowym rozsądkiem i przezornością przenieśliśmy się z naszego ulubionego słonecznego saloniku do małego pokoju od strony
podwórza, do którego słońce zagląda tylko na chwilę o poranku.
Artyleria sowiecka wali z Pragi na wiadukt. Zawzięty ostrzał wzbija
chmury duszącego kurzu i dymu w tamtej okolicy i na linii brzegowej
Wisły. Niby strzelają tylko od czasu do czasu, może co pół godziny
ziemią szarpią dwa, trzy wstrząsy, ale wszystko dzieje się tak blisko,
że wystarczy mała pomyłka celowniczego, a znajdziemy się na linii ognia.
Rano obserwowałem, jak czołg usiłował rozjechać barykadę wzniesioną z byle czego, głównie z kubłów na śmieci, mebli i płyt chodnikowych;
wyskakujący z bram chłopcy rzucali w niego butelkami z benzyną,
wrzeszcząc: "Tygrys, do budy!".
Niestety nie wyrządzili mu większych szkód, a stojący w oknach na
wyższych piętrach ludzie bili brawo.
Oglądane sceny bardziej przypominają groteskowe przedstawienie w kiepskim kabarecie niż wojnę. Zresztą po chwili czołg się wycofał.
Skoro świt, po jednym z mocniejszych wstrząsów, wyleciały z brzękiem
szyby w dwóch oknach balkonowych od strony ulicy. Na nic się zdało ich
wcześniejsze oklejenie gazetami. Dobrze, że jest lato. Zimą po takiej
demolce zamarzlibyśmy w kilka dni.
Najwyraźniej nasi licho uzbrojeni powstańcy weszli na ambicję Niemcom,
bo od dziś wdrożyli oni do walki lotnictwo
bombowe, głównie
Stukasy7, które odtąd systematycznie będą nas nękać.
Gdy niespodziewanie rozbłyska światło żarówki, zrywam się z krzesła i rzucam jak szalony do radia, aby posłuchać Wehrmachtberichtu. Robię to
tak gwałtownie, że koty w popłochu uciekają do drugiego pokoju i kryją
się pod szafą.
Wysłuchuję wiadomości o tym, że Amerykanie wkroczyli już do Bretanii, o operacji na zachodzie Francji pod kryptonimem "Cobra", o zdobywaniu
przyczółków w Normandii.
Z piwnicznych plotek zaś dowiaduję się, że w Moskwie premier rządu RP na
uchodźstwie Stanisław Mikołajczyk rozpoczął trudne rozmowy z Józefem
Stalinem na temat sytuacji w Polsce i w walczącej Warszawie. Domyślam
się, że te pogaduszki spełzły na niczym.
Niestety nic nie mówią o Warszawie. Szlag by trafił!
Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego.
Złowrogie pożary hulają wzdłuż Alei 3 Maja, niczym zapałki płoną piękne
kamienice i pobliskie parki.
Około 13.00 od strony Mostu Poniatowskiego ruszyło zwarte niemieckie
natarcie w kierunku Dworca
Głównego.
Narożne mieszkanie zaledwie dwa domy od nas bucha żywym ogniem.
Podobno pożoga trawi Muzeum Narodowe, a w nim bezcenne eksponaty. Ludzie
gubią się w domysłach, czy ostrzelali je Ruscy czy Niemcy, jakby miało
to jakieś znaczenie w obliczu niepowetowanych dla sztuki i historii
strat.
Według pogłosek wczoraj spalił się dworzec, ale za to na gmachu PKO
zawisła polska flaga. Podobno na Marszałkowskiej poniewierają się wraki
spalonych samochodów i niemieckie trupy. Czy tylko niemieckie? Ogień
wziął we władanie Szpital św. Łazarza; mam nadzieję, że zdążyli
ewakuować chorych.
W piwnicy ludzie cieszą się i rosną w dumę, bo nasi zdobyli Pałac
Blanka, przy okazji biorąc do niewoli dwudziestu dwóch esesmanów. Na ich
miejsce zaraz pojawią się dziesiątki innych, ale o tym jakoś nikt nie
myśli.
Jedna rzecz napawa mnie ogromnym zdumieniem: Biuro Informacji i Propagandy
Komendy Głównej AK uruchomiło dzisiaj w Śródmieściu
sześć patroli megafonowych nadających audycje informacyjne, wiersze i piosenki. Fatalnie, że to tak daleko od nas.
Nieustannie słychać bliższe i dalsze detonacje artyleryjskie, ale
dominują serie i pojedyncze strzały karabinowe przeplatane wystrzałami z pistoletów.
-?Uważam, że trzeba zejść do piwnicy -?sugeruję Anuli ostrożnie, że czas
na bardziej radykalne kroki. Teoretycznie nadal możemy koczować na
posłaniach w przedpokoju, ale z godziny na godzinę niebezpieczeństwo
rośnie.
-?Może Heniek ma rację? -?wtóruje mi nieśmiało szwagierka.
-?Powinniśmy tak zrobić -?upieram się.
-?Nie zniosę tego smrodu. -?Żona wzdryga się z obrzydzeniem.
Z ociąganiem sięga jednak po przygotowany wcześniej plecak ewakuacyjny,
uszyty z grubych zasłon, ale zarazem wyskakuje z karkołomnym pomysłem,
że może udałoby się zataszczyć do schronu tapczan z gościnnego pokoju.
Po krótkiej, acz żarliwej dyskusji kobiety przystają na to, aby zabrać
jedynie sienniki z naszych małżeńskich łóżek. Oddycham z ulgą, bo nie
wyobrażam sobie znoszenia z drugiego piętra ciężkiego mebla z litego
dębowego drewna.
-?Na myśl o schronie też zbiera mi się na wymioty -?wracam do wrażeń
zmysłowych, jakich dostarcza piwnica.
-?Wcale się nie dziwię -?krzywi się Madzia.
-?Ale nie mamy wyjścia. Na szczęście w łazience znalazłem buteleczkę
starego olejku lawendowego, jeśli skropimy nim wszystko wokół nas, nie
powinno być najgorzej.
-?I ci niedomyci ludzie! Ich też skropisz? -?Anula zdobywa się na żart.
-?Jesteśmy tak samo brudni. -?Uśmiecham się.
-?Wiem, tylko jakoś własnego smrodku tak się nie czuje.
-?Wolę śmierdzieć i siedzieć w zaduchu kilka dni, niż czysty przenieść
się do królestwa niebieskiego -?kwituję.
-?Skąd wiesz, że tylko kilka dni? -?pyta zaczepnie Anula, próbując
złapać chowające się po kątach koty, które z dnia na dzień wyglądają
marniej.
-?Oj, daj spokój, próbuję cię pocieszyć, a przy okazji siebie również. -
Szturcham ją w bok, przymierzając się do zabrania sienników.
-?Mam wrażenie, że kamienica wali się nam na głowę. Piętro po piętrze.
Bogdanowa mówiła, że jeszcze trochę, to nie tylko strychu mieć nie
będziemy, ale i pierwszego piętra.
-?Oj tam, ludzie głupoty gadają i wzajemnie się nakręcają.
-?A jeśli tak się stanie?
-?To wtedy będziemy się zastanawiać co dalej. Póki co pakuj się i nie
zapomnij o ciepłych skarpetach. Wiesz, jak w piwnicy potrafi być zimno.
Ja wezmę jeszcze pierzyny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki