Moja żydowska dusza nie obawia się dnia sądu. Mordechaj Chaim Rumkowski. Prawda i zmyślenie - Monika Polit

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Celem tej książki nie jest przedstawienie historii getta łódzkiego. Zainteresowany czytelnik znajdzie na ten temat wiele znakomitych tekstów, takich jak źródłowa Kronika getta łódzkiego1 czy też artykuły Danuty Dąbrowskiej2. Pozwolą mu one prześledzić dzieje utworzonej przez Niemców w lutym 1940 r. i zlikwidowanej w sierpniu 1944 r. drugiej pod względem wielkości zamkniętej dzielnicy żydowskiej na ziemiach polskich, a także zapoznać się ze skomplikowaną strukturą administracji getta, podzielonej na liczne wydziały i resorty (zakłady pracy). Ja zajmę się przede wszystkim przedstawieniem sylwetki zwierzchnika tej rozbudowanej struktury - szefa łódzkiego Judenratu, oficjalnie zwanego Przełożonym Starszeństwa Żydów w Getcie Litzmannstadt - Mordechaja Chaima Rumkowskiego (MChR). Poświęcono mu hasła w kilkunastu słownikach i encyklopediach. Rekapitulacją jego czynów wypełniono długie ustępy w monograficznych opracowaniach na temat getta łódzkiego. Napisano o nim cztery powieści i kilka opowiadań. Z pasją zgłębiano dzieje jego głupoty, małości, pychy i chorobliwych ambicji, które uczyniły go współpracownikiem nazistów i mordercą niewinnych współbraci. Stał się emblematem wynaturzonego żydowskiego okrutnika i zdrajcy. Obwołano go czarnym charakterem historii Zagłady. Kulminacją opowieści o nim była figura jego śmierci - miał spłonąć żywcem w piecu krematoryjnym, wrzucony weń w sierpniu 1944 r. przez szukających pomsty łódzkich Żydów3. Przez lata ani zawodowi historycy, ani literaturoznawcy nie mierzyli się z utrwaloną w przekazach i dość ubogą wersją zdarzeń, nie szukali też nowych interpretacji działań i postaw MChR. Sama zrozumiałam konieczność rewizji jego historii zainteresowana tekstami, które MChR zostawił po sobie jako Przełożony Starszeństwa Żydów. Teksty te notabene nigdy wcześniej nie stały się przedmiotem uważnego namysłu badaczy historii getta łódzkiego. W trakcie pracy nad nimi doszłam do wniosku, że bez odtworzenia kolei jego życia, szczególnie z okresu przedwojennego, nie będę mogła pojąć motywów jego późniejszych zachowań ani też właściwie interpretować pozostawionych zapisów. Dlatego pierwszy rozdział tej książki poświęciłam uporządkowaniu danych biograficznych, które zilustrowałam przedwojennymi tekstami MChR, odnalezionymi w polskich i zagranicznych archiwach i bibliotekach. Korzystając z poczynionych ustaleń, w trzech kolejnych rozdziałach podjęłam próbę nowego odczytania i zinterpretowania zapisów gettowych, których Rumkowski był autorem (mowy do ludności4 oraz teksty prasowe z "Geto-Cajtung"), inspiratorem (Biuletyn Kroniki Codziennej, Notatnik Szmula Rozensztajna) lub adresatem (listy ludności getta)5. Na końcu zrekonstruowałam literacki obraz MChR wyłaniający się z różnojęzycznych utworów powstałych w czasie wojny i po jej zakończeniu. O tym, czy swoim wysiłkiem rzeczywiście wzbogaciłam wiedzę i zmieniłam wyobrażenie o postaci i roli MChR, będzie mógł teraz zdecydować czytelnik.

Pragnę gorąco podziękować za pomoc, wsparcie i życzliwość tym, bez których ta książka nigdy by nie powstała: Magdalenie Bendowskiej, Eleonorze Bergman, Barbarze Engelking, Weronce (Wardzie) Heled, Marcinowi Kolanowskiemu, Arturowi Kuciowi, Jackowi Leociakowi, Lusi (Pninie) Navon-Elkan, Jakubowi Petelewiczowi, Cécile Pilverdier, Romanowi Rumkowskiemu, Adamowi Sitarkowi, Michałowi Trębaczowi, Ewie Wiatr, Maciejowi Wójcickiemu, Ewie Zysman, Rodzicom i Bratu.

Rozdział ILegenda o królu Chaimie.Przedwojenne losyMordechaja Chaima Rumkowskiego

Przez kilka lat kolekcjonowałam teksty pisane w getcie łódzkim. Szczególnie interesowały mnie te, które poświęcone były postaci Mordechaja Chaima Rumkowskiego6. Kwerendę prowadziłam naiwnie, przekonana o tym, że pisanie o tekstach, śledzenie pojawiających się w nich twarzy ich bohatera MChR, wyłuskiwanie z nich jego kolejnych kreacji zwalnia mnie z obowiązku konfrontowania się z jego biografią, z określoną liczbą danych składających się na jego pozatekstowe życie i na jego prawdziwą egzystencję. Pytana o cel mojej pracy, zawsze odpowiadałam, że nie piszę jego biografii, tylko analizuję dostępne mi zapisy, że dociekam jak, a czasem i po co, zostały skonstruowane. Tymczasem kolejne lektury, dokumenty, przede wszystkim zapisy mów Rumkowskiego zaczęły mi uzmysławiać konieczność zwrotu ku jego biografii oraz wskazywać na nieodzowność dokonania pewnych podstawowych ustaleń dotyczących kolei jego życia, szczególnie losów przedwojennych, których rozpoznanie wydało mi się niezwykle pomocne w rozumieniu jego historii w getcie. Zaczęłam więc przeglądać pod tym kątem dostępną literaturę na temat MChR. Szukałam w słownikach, encyklopediach i opracowaniach historycznych. Przewertowałam jeszcze raz najważniejsze teksty na jego temat, jakie ukazały się od zakończenia wojny do dziś. Moją uwagę zwróciły przede wszystkim dwa najwcześniejsze i klasyczne dziś opracowania monograficzne poświęcone gettu łódzkiemu. Oba powstały w jidysz. Mam tutaj na myśli pracę Wolfa Jasnego Di geszichte fun Jidn in Lodż in di jorn fun der dajczer jidn-ojsrotung7 (Historia niemieckiej eksterminacji Żydów w Łodzi, Tel Awiw 1960) i Jeszai Trunka Lodżer geto (Getto łódzkie, Niu Jork 1962).

Wolf Jasny, przedwojenny dziennikarz, łodzianin8, zastrzegł we wstępie, że jego tekst nie rości sobie pretensji naukowych, ma być jedynie spopularyzowaniem tematu. Wykonał niesolidną i wymagającą dziś wielu uzupełnień i korekt pracę kwerendalną. Bardzo krytycznie, w skrzywionej ideologicznie (lewicowo) perspektywie przedstawił przedwojenne losy Rumkowskiego (notabene nie podając ani daty, ani miejsca jego narodzin), szczególnie dzieje jego syjonistycznego i społecznego zaangażowania, uwikłane w rzekomą współpracę z - jak to określał - "faszystowskim rządem II Rzeczypospolitej". Próbował też podać mentalno-intelektualną charakterystykę Rumkowskiego. Kłopot polega na tym, że aby osiągnąć swój cel, posłużył się wyłącznie zapiskami Janiego Szulmana9. Szulman był także łodzianinem, dziennikarzem, działaczem społecznym, który z Rumkowskim miał współpracować na niwie opiekuńczo-charytatywnej. Mimo wielu zastrzeżeń Szulman podziwiał jego niespożytą energię, talenty organizatorskie oraz determinację i ambicję samouka, którego - jak podawał - oficjalna edukacja obejmowała cheder i kilka klas szkoły państwowej. Jasny, wykorzystując świadectwo Szulmana, częstokroć przeinaczał jego słowa. Nakreślił postać Rumkowskiego jako "prostego Żyda, łódzkiego fabrykanta" (choć o żadnej prostocie Szulman nie wspominał), posługującego się "kupiecko-fabrykanckim łódzkim "dajcz-jidysz"", to jest prymitywną mieszaniną niemieckiego i jidysz (Szulman tymczasem wyraźnie pisał o Rumkowskim jako o kimś, kto posługiwał się "jidysz i "lodżer dajcz""10).

Wydana dwa lata później, naukowa w zamiarze, ponad pięćsetstronicowa synteza Jeszai Trunka poświęciła biograficznemu rysowi Rumkowskiego półtorej karty. Trunk w wielkim skrócie powtórzył ustalenia Jasnego (zapożyczone od Szulmana). Do charakterystyki Rumkowskiego dodał, że przeciętnie inteligentnego Rumkowskiego wyróżniały "wybitna umiejętność szybkiego pojmowania rzeczy, wspaniała pamięć i ogromne pragnienie zaszczytów"11. Obie prace cytowane są do dziś. Ze względu na pionierskość i niepodważalną wartość faktograficznych ustaleń dotyczących dziejów getta łódzkiego zajmują zasłużone miejsce w kanonie literatury poświęconej temu tematowi. Zastanowiło mnie jednak to, że od lat sześćdziesiątych żaden badacz nie podjął wysiłku nowych ustaleń, nie rzucił wyzwania kwerendzie Jasnego dotyczącej biografii Rumkowskiego. Nikt nie dotarł do przechowywanego dziś w Lochamej ha-Getaot oryginału zapisków Szulmana, tak eksploatowanego przez Wolfa Jasnego. Nie zrobili tego w latach siedemdziesiątych ani autor bardzo popularnego, niemal kanonicznego eseju King Chaim Leonard Tushnet12, ani Danuta Dąbrowska, autorka hasła "Rumkowski" w Encyclopaedia Judaica13 (podstawą tego hasła, co wydaje się dość zdumiewające, są dwa niespecjalistyczne artykuły: Salomona F. Blooma Dictator of the Lodz Ghetto. The Strange History of Mordechai Chaim Rumkowski14 i Leonarda Tushneta King Chaim15, oparte na wypisach z powojennej monografii Trunka i na wspomnieniach Izraela Tabaksblata16). W dwóch najnowszych, pochodzących z początku XXI w. opracowaniach - odważnym w podsumowującym zamierzeniu artykule izraelskiej badaczki Michal Unger17 i niemieckiej monografii Juden im Getto Litzmannstadt Andrei Löw18 - autorki znów powołują się na jedynego świadka (Janiego Szulmana), co gorsza, opierając się na fragmentarycznej postaci jego tekstu, przełożonej z jidysz i wydrukowanej po hebrajsku19. Jedyną próbę poszerzenia wiedzy o Mordechaju Chaimie Rumkowskim podjął w latach osiemdziesiątych Icchak Henryk Rubin, który w swojej monografii skierował uwagę czytelnika m.in. na pewne wzmianki o Rumkowskim obecne w przedwojennej prasie20. Czując niedosyt informacji, spróbowałam odtworzyć koleje życia MChR do roku 1939, kiedy to mianowano go Przełożonym Starszeństwa Żydów (PSŻ) w Łodzi.

Rumkowski urodził się 27 lutego21 1877 r. w miasteczku Ilino w guberni witebskiej. Trunk był przekonany, że do zapisu zakradł się błąd i podał w swojej pracy nazwę Wilno jako miejsce urodzenia późniejszego PSŻ22. Czy maleńkie Ilino nie zdało się Trunkowi dość godne, by wydać nawet tak negatywną w jego ocenie postać jak Rumkowski? Trudno to jednoznacznie stwierdzić. Dość, że badacz zlekceważył lub przeoczył oficjalną notę biograficzną, którą w 1938 r. zamieścił w Almanach Lodzer Gezelszaftlechkajt23 współredaktor tomu, sam Mordechaj Chaim Rumkowski. O pomyłce zatem raczej nie ma mowy. Dla dalszych rozważań jego przyjście na świat w prowincjonalnym Ilinie, któremu Jewriejskaja Encikłopiedija poświęciła trzy wersy24, czy też w dumnym i pięknym Wilnie opisywanym w encyklopedii na kilku stronach, nie ma aż tak wielkiego znaczenia, gdyż zarówno Ilino, jak i Wilno były, wprawdzie odległymi, ale punktami na mapie jednej, wielkiej i ważnej pod względem geograficzno--kulturowym krainy, zwanej żydowską Litwą - po żydowsku Lite. Najlepszy znawca tego regionu, litwak z wychowania25, jidyszysta oraz autor map Lite Dovid Katz wyznacza następująco przebieg jej granic: "Żydowskie społeczności w Europie wcześnie wytworzyły ścisłe podziały geograficzne, kierując się wewnętrznymi żydowskimi kryteriami, niezależnymi od tego, "która armia wygrała ostatnią wojnę". Limesy KULTURALNYCH TERYTORIÓW żydowskich bardzo rzadko pokrywają się ze współczesnymi granicami politycznymi. Litwa (w jidysz Lite, we wschodnioeuropejskiej odmianie hebrajskiego Lito) albo żydowska Litwa to obszar, który dzisiaj obejmuje tereny Republiki Litewskiej, Łotwy, Białorusi, część północno-wschodniej Polski, północną Ukrainę, a nawet skrawki zachodniej Rosji"26. Mieszkańców tej krainy nazywano litwakami. Różnili się oni od Żydów z innych terenów dialektem jidysz, obyczajem, formacją religijną, a także mentalnością. Największy wpływ na ukształtowanie ich odmienności miał XVIII w., kiedy to w Wilnie promieniującym nie tylko na najdalsze zakątki Litwy żył i działał Gaon Elijahu27, wybitny talmudysta, przywódca misnagdów, czyli przeciwników chasydzkiej herezji. Gaon i jego uczniowie ze szczególną niechęcią traktowali metodę studiów talmudycznych, zwaną pilpulem (złożona, szkolna postać hermeneutyki). Zamiast niej proponowali zachowywanie zdrowego rozsądku i odkrywanie podstawowego sensu każdego studiowanego tekstu (pszat). Postulowali też wprowadzenie zmian w tradycyjnym nauczaniu żydowskich dzieci, to znaczy gruntowną naukę hebrajskiego i Tory (zamiast powierzchownej znajomości hebrajszczyzny i lektury jedynie Pięcioksięgu z podstawowym komentarzem Rasziego) oraz - za swoim mistrzem - uznawali za dopuszczalne, a nawet pomocne studiowanie tak zwanej "zewnętrznej wiedzy", czyli nauk świeckich28. Zakładane przez nich jesziwy, w których uczono swobodnego i krytycznego myślenia, cieszyły się wielkim powodzeniem w całej Europie Wschodniej29. Pisząc o misnagdach i ich zasługach, nie sposób nie wspomnieć o endemicznej litewskiej odmianie chasydyzmu, która kształtowała religijny i kulturowy obraz tej krainy. Był to, żywy do dziś, Chabad (akronim utworzony z pierwszych liter trzech słów: Chochma [mądrość], Bina [rozumienie], Daat [wiedza]), łączący rzetelne studia talmudyczne z egzaltowaną formą modlitwy i kultem chasydzkiego rebbego. Twórcą Chabadu był Szneur Zalman z podwitebskiej Łoźny.

Na tak przygotowanym, głównie przez misnagdów, intelektualnym gruncie dość łatwo kiełkowało ziarno żydowskiego oświecenia - haskali. Oświecenie to różniło się jednak od swego berlińskiego wzorca. Jak pisze Alina Cała, charakteryzowało się ono na terenie Litwy (czy w ogóle zachodnich guberni Cesarstwa) umiarkowaniem, to znaczy "[haskala] nie zwalczała tak zawzięcie ortodoksji, kładła większy nacisk na wychowanie w judaizmie i kultywację obu żydowskich języków [tj. hebrajskiego i jidysz - M.P.]30". Jednocześnie, jak wynikało z pracy maskila Izaaka Bera Lewinsona zatytułowanej Teuda be-Israel31, uznanej przez litewskich zwolenników haskali za rodzaj duchowego przewodnika, tamtejsza myśl oświeceniowa zalecała, by nauczać dzieci języków obcych i przedmiotów świeckich, oraz szczególnie podkreślała potrzebę zapoznawania ich z rzemiosłem i przedmiotami praktycznymi32. Wszystko to jednak miało być wprowadzane w życie tak, by nie uchybiało nakazom Tory. Rzecz jasna, nie wszystkie rzeczywiste działania maskili spotykały się z aprobatą bardziej zachowawczych kręgów religijnych33. Tak było na przykład z powstałymi z maskilowskim wsparciem chederami reformowanymi oraz z ich zaangażowaniem w rządowy projekt zmiany tradycyjnego żydowskiego stroju na europejski. Osiągnęli jednak bardzo wiele. Dovid Katz nazywa ich dzieło "niezwykłym przypadkiem zderzenia się dwóch przeciwnych sobie kulturowych sił, które dały początek trzeciej - nowej i twórczej. Miast wybierać między jidysz a hebrajskim jako językiem oficjalnym [...] uczynili z nich nowoczesne narzędzia wyrazu, sprawne zarówno w obróbce materii awangardowej prozy czy poezji, jak i proklamacji politycznej. Po mistrzowsku połączyli żydowskie dziedzictwo z nowoczesnością Europy"34. Spośród niezliczonych nazwisk urodzonych na Litwie żydowskich twórców wystarczy wymienić Mojszego Kulbaka, Chaima Gradego, Awroma Suckewera. Warto wspomnieć, że litwakiem był Lejzer Perlman, lepiej znany jako Ben Jehuda, słusznie czczony jako twórca nowoczesnej hebrajszczyzny. Na żyznej litewskiej glebie wzrosły też dwa wielkie ideologiczne ruchy - syjonizm i jidyszyzm. Szczególne przywiązanie litwaków do ziemi Izraela sięga czasów Gaona, który choć sam musiał zaniechać wyprawy do Erec, stał się wzorem dla swoich uczniów. Niektórzy z nich, dotarłszy tam na początku XIX w., stali się ważnymi przywódcami osiedli żydowskich w Palestynie. W drugiej połowie XIX w. emigracja z Litwy bardzo się nasiliła dzięki cieszącemu się tam wielkim poparciem ruchowi Chibat Syjon i Chowewej Syjon. Po proklamacyjnym wystąpieniu Teodora Herzla wielu członków tego ruchu dołączyło do struktur syjonistycznych. Wśród współtwórców syjonizmu w Europie Wschodniej byli m.in. urodzeni na Litwie Peretz Smolenskin i Shmuel Mohilever. Również najnowszą historię syjonizmu w państwie Izrael tworzyli litwacy: Chaim Weizmann, Zalman Shazar, Menachem Begin i Shimon Peres.

Jidyszyzm, który tak jak syjonizm budował poczucie narodowej jedności ludu bez ziemi (stateless nationhood), zawdzięcza Litwie najwięcej. To w Wilnie w 1913 r. został wydany pierwszy poświęcony jidyszystyce tom naukowy zatytułowany Der pinkas. Jorbuch far der geszichte fun der judiszer literatur un szprach, far folklor, kritik un bibliografie. Zredagował go słynny potem krytyk Szmuel Niger. W tomie znalazły się dwie prace Bera Borochowa (bardziej znanego jako założyciel Poalej-Syjon, urodzonego na Ukrainie, wychowanego w pobliżu Połtawy, leżącej w granicach żydowskiej Litwy). W jednej z nich zatytułowanej Di ufgabn fun der jidyszer filologie (Zadania żydowskiej filologii) arbitralnie, lecz skutecznie uczynił dialekt litewski podstawą standardowego jidysz35. W tym samym eseju Borochow wyrażał nadzieję na powstanie w przyszłości instytutu jidysz, który byłby akademią tego języka w Europie Wschodniej. Marzenie młodo zmarłego wizjonera spełniło się w 1925 r., kiedy to jeden z pierwszych profesjonalnych akademików języka jidysz, pochodzący z Goldingen na Łotwie Max Weinreich36, założył w Wilnie Żydowski Instytut Naukowy (Jiwo)37. Do 1939 r. prowadzono w nim prace w dziedzinie żydowskiej filologii, historii, ekonomii, wydawano też naukowy periodyk "Jiwo Bleter"38.

Tak oto, rzecz jasna kreślony zamaszyście, a nie cyzelowany piórkiem, wyglądał kulturowo-religijny krajobraz Lite, krainy, w której na świat przyszedł Mordechaj Chaim Rumkowski. Niestety, o jego rodzinnym mieście Ilinie, poza wspomnianymi wcześniej trzema liniami tekstu w encyklopedii, nie udało mi się znaleźć więcej wiadomości. W czasie poszukiwań przyszło mi do głowy, że ponieważ w podobnym, leżącym w tej samej witebskiej guberni miasteczku Łoźna wychowywał się urodzony dziesięć lat później (w 1887 r.) Marc Chagall, to będę mogła się posłużyć jego świadectwem - opisem dzieciństwa zawartym na kartach jego autobiografii zatytułowanej Moje życie39. Niestety, z tej poetycko--onirycznej narracji trudno wyłuskać elementy, które choć trochę przybliżyłyby nas do ówczesnych realiów. Pozostają więc tylko drobiny informacji i suchy przekaz dokumentu poświadczającego, że "Rumkowski Chaim Morduch syn Romana (Ruwena) i Dyny" urodził się 27 lutego 1877 r. w Ilinie40. W biogramie sporządzonym na potrzeby wydawnictwa Almanach Lodzer Gezelszaftlechkajt41 Rumkowski napisał jedynie, że przyszedł na świat w "ahawediszer familie" - w kochającej rodzinie. Również pozostali zasłużeni dla Łodzi społecznicy, których biogramy znalazły się na kartach Almanachu, jednoprzymiotnikowo charakteryzowali swe pochodzenie, ale najczęstszymi określeniami były "chsidiszer" (chasydzkie), "sojcheriszer" (kupieckie) czy "farmeglecher" (zamożne). Wyjątkowość sformułowania użytego przez Rumkowskiego dowodzi, że jego rodzinny dom był ubogi, nie wyróżniał się także tak cenionym w kulturze żydowskiej jiches, czyli - jak to dość nieudolnie przekłada się na inne języki - duchowym szlachectwem uczoności i pobożności. Jedyne, co mógł ofiarować czworgu dzieciom, to wzajemne poszanowanie i miłość. Bratanek Mordechaja Roman Rumkowski, mieszkający od lat trzydziestych w Erec Israel, podczas naszej rozmowy latem 2009 r.42 zwracał uwagę na niezwykłą więź Mordechaja z jego bratem Józefem43, rzadką i ogólnie podziwianą w Łodzi braterską miłość i lojalność. Byli właściwie nierozłączni. Mieszkali w jednej kamienicy44, odwiedzali się, jadali razem. Józef miał zrezygnować z planu osiedlenia się w Palestynie z powodu niechęci, jaką wobec tego zamiaru zdradzała jego zasymilowana żona Helena, oraz właśnie ze względu na brata Mordechaja, którego nie chciał opuszczać45. Obaj bardzo przeżywali, jak się miało potem okazać, ostateczną rozłąkę ze swoimi siostrami Rozą i Bertą46, które znalazły się w Rosji i tam założyły rodziny. Wiadomo o nich niewiele więcej. Mordechaj i Józef utrzymywali z nimi kontakt telefoniczny do lat dwudziestych. Potem, po wojnie polsko-bolszewickiej, i ten okazał się niemożliwy. Krótkie świadectwo o Rozie, a zarazem o atmosferze, jaka panowała w łódzkim mieszkaniu Rumkowskiego, pozostawiła dziennikarka gazety "Najer Folksblat" Tania Fuks: "[Rumkowski] był naszym, Lajzera [Fuksa, męża Tani, dziennikarza i współzałożyciela "Najer Folksblat" - M.P.] i moim dobrym przyjacielem z czasów naszej młodości. Jego siostra Roza była naszą klasową koleżanką. Przychodziliśmy do niego do domu, bo Roza mieszkała u niego, a potem, kiedy Roza wyjechała do Moskwy, to mieszkanie kojarzyło się nam wciąż z ciepłem dziecięcych przeżyć, obchodzeniem urodzin, egzaminami i tym podobnymi"47.

Niezamożny, ale - jak wiele na to wskazuje - bardzo ciepły rodzinny dom wpoił też Rumkowskiemu i jego rodzeństwu litwacką oświeconą pobożność, bliższą raczej misnagdom niż chasydyzmowi w jego chabadowskiej odmianie, co notabene zadziwia, bo w Ilinie, wokół którego kwitły chasydzkie ośrodki nauczania, musiała to być rzadkość48. Być może rodzina Rumkowskich oparła się wpływom chasydzkiej większości, dlatego że - jak sugeruje Roman Rumkowski - jego dziad Roman (Ruwen) przybył z Rygi będącej w XIX w. wielkim ośrodkiem żydowskiego oświecenia. Wedle samego Mordechaja Chaima, jego formalna edukacja religijna zakończyła się na chederze, potem kształcili go jeszcze prywatni melamedzi. Ponieważ działo się to w krainie Lite, nie była to na pewno nauka powierzchowna. Zresztą dowody dobrego opanowania Tanachu i Talmudu Rumkowski dawał nie raz w swoich oficjalnych, zgoła świeckich wypowiedziach49. Jego przywiązanie do religii wyrażało się też w po litwacku zdystansowanym, ale regularnym sobotnim nawiedzaniu głównej synagogi oraz synagogi syjonistów Ojhel Jankiew przy ul. Gdańskiej 18, w których - wedle informacji jego bratanka - łożył na swoje stałe miejsce50. Prowadził także rygorystycznie koszerny dom51.

Czy MChR prócz religii uczył się jakichś przedmiotów świeckich? On sam o tym nie wspomina52. Zdaje się, że kiedy jako piętnastolatek opuszczał Ilino, kierując się do Królestwa Polskiego, jedyną jego praktyczną umiejętnością była, powszechna przecież w Cesarstwie, znajomość rosyjskiego. Nie był jedynym, który ruszał do Królestwa. Słaby w porównaniu z Polską kongresową rozwój gospodarczy spowodował, że wielu Żydów z zachodnich guberni emigrowało, szukając tam łatwiejszego życia. Jak pisze niemiecki historyk François Guesnet, w latach 1897-1913 do Polski kongresowej przybyło 250 tys. litwaków53. Głównymi celami ich emigracji były Warszawa i Łódź. Dzięki dobremu rozeznaniu w specyfice rosyjskiego rynku oraz znajomości języka urzędowego (lepszej niż panująca wśród polskich Żydów) często osiągali na wygnaniu sukces finansowy. Żywiołowo powoływali do życia litwackie instytucje życia kulturalnego i religijnego, takie jak domy modlitwy czy bractwa. Litwackich imigrantów charakteryzowała rzutkość, przedsiębiorczość i obrotność. Nie obywało się przy tym bez konfliktów z "miejscowymi". Alina Cała tak charakteryzuje wzajemne relacje obu grup: "Przezywani54 [litwacy - M.P.] odwdzięczali się nieprzychylnymi sądami o współwyznawcach z Polski centralnej. Mówili o nich, że byli głupi i niewykształceni, bezkrytyczni, fanatyczni, impulsywni i emocjonalnie niezrównoważeni; im z kolei wystawiono opinię nieokrzesanych, zarozumiałych, niesympatycznych, oziębłych i skąpych, przeintelektualizowanych"55. Dodatkowym i często niesprawiedliwie stawianym litwakom przez polskich56 Żydów zarzutem było ich asymilowanie się do odrzucanej w Królestwie kultury rosyjskiej oraz bycie jej niebezpiecznym rozsadnikiem57.

Czy młody Rumkowski w 1892 r. był narażony w Łodzi na jakieś szykany? Czy było mu się trudno zaaklimatyzować? Jego bratanek wspomina go jako "poważnego, surowego, nieustraszonego, umiejącego przekonywać, obdarzonego jednak poczuciem humoru". Czy te jego litwackie przymioty58 nastręczały mu wielu trudności? Trudno powiedzieć. O pierwszych latach spędzonych przez Rumkowskiego w mieście z jego przekazu wiadomo tylko tyle, że otrzymał posadę, którą zajmował przez pięć lat59. Następnie, jak podaje w Almanachu, założył fabrykę. I rzeczywiście, jej istnienie potwierdzają dokumenty. W 1898 r. przy ul. Wólczańskiej 29 w Łodzi zaczęła funkcjonować Tkalnia Pluszu, Spółka z o.o. zarejestrowana przez Rumkowskiego Chaima i Ejmana Natana. Kapitał zakładowy tego przedsięwzięcia wynosił 500 zł. Tkalnia zatrudniała 15 robotników, posiadała silnik gazowy 8 HP60. Czy to, że dwudziestojednoletni wówczas ubogi emigrant z guberni witebskiej otwierał niewielką co prawda, ale fabrykę, było zasługą litwackich cech prymarnych, o których tak wiele pisze Dovid Katz - a zatem żelaznej konsekwencji i uporu61 - czy też niezwykłej atmosfery łódzkiej "ziemi obiecanej"62? Zapewne była to wypadkowa obu tych czynników.

Z Akt Starszego Inspektora Fabrycznego Guberni Piotrkowskiej wynika, że kilka lat później, w 1904 r., Rumkowski z innym wspólnikiem Abem Nejmanem otworzył fabrykę pluszu. Mieściła się przy ul. Piotrkowskiej 116 i zatrudniała 32 osoby63, wszystkie pochodzenia żydowskiego, zgodnie z wyznawaną przez Mordechaja zasadą narodowej solidarności64. W 1905 r. liczba robotników w fabryce zmniejszyła się do 16 osób, ale wspólnicy zatrudnili za to 20 innych w nowo otwartej tkalni przy ul. Średniej 8165. W latach 1907-1909 fabryka Rumkowskiego i Nejmana mieściła się pod adresem Wólczańska 29 i zatrudniała od 10 do 25 osób66. Wspólnicy dotrwali w tandemie do 1911 r. Po ich rozstaniu właścicielem fabryki został Rumkowski67, który do wybuchu pierwszej wojny światowej produkował w niej plusz. W 1914 r. wraz z żoną Itą z domu Bender (poślubioną przez niego w Łodzi w 1902 r.68) wyjechał do Moskwy, dokąd przeniósł też produkcję. Jego nieźle prosperujący w Rosji interes pozwolił mu się angażować w działalność społeczną.

W 1915 r. z inicjatywy Rumkowskiego69 zorganizowano w Moskwie konferencję na temat pomocy Żydom w Królestwie, na której narodził się pomysł powołania Ogólnego Komitetu Pomocy Polskim Żydom (Algemejner Hilf-Komitet far Pojlisze Jidn). MChR został jego aktywnym członkiem, pomagając zarządzającemu Komitetem, znanemu w przedwojennej Łodzi fabrykantowi i filantropowi, Berowi Wachsowi70 zdobywać fundusze dla żydowskich ofiar okupacji niemieckiej71. Do Łodzi powrócił w roku 1919. Zdaje się (piszę "zdaje się", bo nie dotarłam do żadnych dokumentów na ten temat), że Rumkowski przestał się już wtedy zawodowo zajmować produkcją, a zaczął się utrzymywać z prowadzenia agentury ubezpieczeniowej. Jak wspomina jego bratanek, pracował dla angielskiej spółki Prudential72 i dla Towarzystwa Silesia. Był dyrektorem łódzkiego oddziału Towarzystwa73. Wedle ogłoszenia pochodzącego z lat trzydziestych oferował ubezpieczenia "wszelkiego rodzaju dla różnych firm ubezpieczeniowych"74. Agenturę prowadził jeszcze w 1938 r.75 Znacznie więcej wiemy natomiast o jego działalności społecznej w niepodległej Polsce. Angażował się w nią, jak wielu innych litwaków, pod egidą partii syjonistycznej. W szeregi Organizacji Syjonistycznej w Łodzi wstąpił w 1919 r.76 Partyjne druki i prasowe notatki, które się zachowały, wskazują, że od 1928 r. był członkiem jej lokalnych władz, czyli łódzkiego Komitetu Syjonistycznego (Ha-waad ha-ironi) i pozostał nim do roku 1938. Zasiadał także w Radzie Partyjnej Organizacji Syjonistycznej w Polsce77. Jak podaje Jacek Walicki w swojej znakomitej, poświęconej syjonizmowi pracy, Rumkowski czynnie popierał Icchaka Grünbauma w walce toczącej się w łonie Ogólnych Syjonistów między grünbaumowską frakcją Al Hamiszmar78 i Et Liwnot. Jednak gros swojego czasu musiał poświęcać sprawom syjonistycznych instytucji filantropijnych. Z Almanachu dowiadujemy się bowiem, że był członkiem Towarzystwa Herclija (Ochronki "dla dzieci rodziców pracujących poza domem i (pół)sierot"79), wspierał hebrajską szkołę Jabne80 oraz freblówkę im. Szolema Alejchema, a także pracował na rzecz Domu Sierot (Pasaż Szulca 20)81. Skądinąd wiadomo też, że w latach dwudziestych MChR wraz z żoną Itą działał w Łódzkim Żydowskim Stowarzyszeniu Niesienia Pomocy Położnicom i Niemowlętom przy Klinice Ginekologiczno-Położniczej przy ul. Sterlinga 15. Ita Rumkowska znalazła się w 1924 r. w składzie pierwszego zarządu stowarzyszenia. Jej mąż Mordechaj figurował w składzie komisji rewizyjnej82. Z innych dokumentów wynika, że jako przewodniczący łódzkiego oddziału Jointu (American Jewish Joint Distribution Committee)83 angażował się również w sprawy "Ochrony Małżeństwa Hertzów", której budynek w czasie letnich wakacji 1920 r. Wojsko Polskie zarekwirowało na szpital. W listopadzie 1921 r. (sprawa ciągnęła się bardzo długo) Mordechaj Rumkowski wraz z kilkoma innymi osobami podpisał się ponownie pod petycją skierowaną do gminy żydowskiej, by ta jak najrychlej odzyskała zajętą nieruchomość84. Piastował też funkcję przewodniczącego Ogólnego Komitetu Miejscowych Domów Dziecka oraz był członkiem, a w 1937 r. wiceprezesem, oddziału łódzkiego Centralnego Komitetu Pomocy Sierotom w Polsce (CENTOS). W 1938 r. zasiadał w prezydium centrali CENTOS-u85. Dzięki jego pomocy organizowano dla dzieci żydowskich letnie kolonie w Ciechocinku i Rabce. Jako członek Społecznej Ochrony (Gezelszaftleche Szuc) wymógł, by żydowscy podopieczni dostawali tam koszerne posiłki. Współtworzył Związek Żołnierzy Rekonwalescentów oraz Malbesz Arumim (jid. okrywający nagich). W latach 1932-1938 wchodził w skład komisji rewizyjnej łódzkiego oddziału TOZ (Towarzystwo Ochrony Zdrowia), a w czerwcu 1938 r. wybrano go do zarządu tej organizacji86.

Ukoronowaniem87 pracy Rumkowskiego na niwie społecznej było założone w listopadzie 1922 r. Stowarzyszenie "Internat dla Dzieci Żydowskich i Ferma w Helenówku". Wedle zachowanych dokumentów fundatorami Internatu (wtedy jeszcze pod nazwą Łódzki Żydowski Dom Sierot) byli Joel Aleksander, Wigdor Glantz, Maks Rozental i Emanuel Hamburski. Nazwisko Rumkowskiego pojawia się w nich w 1925 r., kiedy to został prezesem zarządu placówki, by nieprzerwanie sprawować tę funkcję do 1939 r.88 Pełne interesujących szczegółów na temat życia tej instytucji jest pisemko zatytułowane "Helenówek 3-Chojdesz-Żurnal Arojsgegebn durch Internat un Ferme far Jidysze Kinder in Helenówek" (Helenówek. Kwartalnik Wydawany przez Internat i Fermę dla Dzieci Żydowskich w Helenówku). Jedyny zachowany i jak się wydaje w ogóle jedyny wydany numer "Helenówka" z marca 1931 r. znajduje się w zbiorach Biblioteki Narodowej. Ciekawe, że przygotowano jego dwie, różniące się zawartością i objętością wersje. Pierwsza89 ma 20 stron, z których 12 zawiera wyłącznie ogłoszenia i reklamy (nawet na stronie tytułowej; na drugiej stronie tego numeru widnieje zredagowane w języku jidysz ogłoszenie o usługach ubezpieczeniowych oferowanych przez Mordechaja Chaima Rumkowskiego). Na pozostałych stronach zamieszczono artykuły głównie w języku polskim. Redaktorem odpowiedzialnym był MChR. Z pozostałych informacji umieszczonych w stopce wynika, iż "nakładcą" był "Internat i Ferma w osobach Lejb Uryson, Szmuel Rajchman, I. Izraelita". Druga90 wersja numeru pierwszego z marca 1931 r. liczy 16 stron, w tym dwie strony reklam (również tutaj, tym razem po polsku, znajduje się reklama usług Rumkowskiego; wyroby swej fabryki - w jidysz - polecał też inny członek zarządu Internatu, Pinkus Gerszowski). Dominuje w niej język jidysz, zamieszczono również zredagowane po polsku artykuły z pierwszej wersji. Brakuje nazwiska redaktora.

Wydaje mi się, że wskazane różnice należałoby tłumaczyć odmiennością kręgów czytelniczych, do których kierowany był "Helenówek". Wersja z dominującym językiem polskim (również w reklamach) miała zapewne trafić do żydowskich kręgów zasymilowanych oraz do rdzennie polskich odbiorców, bo i wśród tych ostatnich placówka mogła budzić zainteresowanie91. Wersja w jidysz przeznaczona była dla czytelników języka żydowskiego i to właśnie w niej zamieszczone zostały najistotniejsze dla pełnego rozeznania się w celach i osiągnięciach Internatu teksty. Na trzeciej stronie numeru znalazł się reasumujący artykuł pióra Rumkowskiego zatytułowany Internat "Helenówek" un di szwester institucjes "Pomoc" i "Burse far jinglech". Wos hobn mir ojfgeton un wos iz unz noch geblibn ojfcufirn (Internat "Helenówek" i siostrzane instytucje "Pomoc" i "Bursa dla Chłopców". Co osiągnęliśmy i co jeszcze zostało do zrobienia). Rumkowski przedstawia w nim ideę powołania Helenówka jako nowoczesnej instytucji opiekuńczej, w której celowo zrezygnowano z używania nazwy "dom sierot", tak by nie obciążać wychowanków placówki negatywnym skojarzeniem92 (notabene zmianę nazwy zaproponował Rumkowski93) oraz by nie zamykać dostępu do Internatu dzieciom nieosieroconym, pochodzącym z trudnych rodzin. Zlokalizowanie placówki na wsi miało wyrwać jej podopiecznych z nieprzyjaznego, wręcz "degenerującego" miasta i osadzić je na łonie natury, a to, jak pisze Rumkowski, umożliwiało realizację idei syjonistycznych zawierających się m.in. w hasłach "iberszichtung" (przewarstwowienie) i "iberbojung" (przebudowa).

W skupiającym 120 dzieci Helenówku miał się kształcić "żydowski rolnik", "nowy chaluc", a samo miejsce chciano uczynić kopią "kwar jeladim" (hebr. wioska dziecięca) z Erec Izrael94. Jak podkreślają autorzy innych tekstów, udało się to zrobić w ciągu zaledwie sześciu lat. Ze "skarłowaciałego ogródka i pochylonego domku drewnianego", które zastał w Helenówku w 1925 r. dyrektor gimnazjum żeńskiego Towarzystwa Żydowskich Szkół Średnich Michał Brandstatter95, głównie dzięki "fantazji i idée fix"96 oraz "inicjatywie i silnemu charakterowi"97 Rumkowskiego (jeśli chodzi o pochwałę jego zasług, to zgodni są wszyscy obecni na łamach "Helenówka") wyrosła "wzorcowa"98 i "jedyna w swoim rodzaju w Polsce instytucja wychowawcza"99. Rzeczywiście, duże wrażenie na czytelniku robi następujące wyliczenie: cztery budynki (w tym dwupiętrowa willa, zbudowana zgodnie z najnowszymi ówczesnymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi fundacji małżeństwa Gerszowskich100, mieszcząca sypialnie dla dzieci, jadalnię, salę koncertową, przedszkole), własna elektrownia, piekarnia, łaźnia, biblioteka, szkoła, w której - jak deklarowano - uczono wedle programu Tarbutu (wykładowy hebrajski; miał on też być językiem codziennym, w tak zwanym "obejściu", można jednak założyć, że częściej mówiono w jidysz lub po polsku, ponieważ były to pierwsze języki zarówno dzieci, jak i nauczycieli101), warsztaty ślusarskie i stolarskie (dzieci w wieku 10-12 lat pracowały w nich w godzinach popołudniowych, ucząc się fachu), własny dom modlitwy (jako ideologiczny cel wyznaczono w Helenówku syjonistyczne wychowanie narodowo-religijne i walkę z asymilacją; dzieci otrzymywały koszerne posiłki). Do Internatu należało też 12 mórg ziemi, które zagospodarowano na ogród warzywny, owocowy i kwiatowy, uprawiano zboża, hodowano krowy, kozy, kaczki, kury, indyki, gołębie oraz pszczoły (hodowle i uprawy prowadzono przy wydatnej pomocy dzieci z Internatu). W 1931 r. planowano ukończenie oranżerii (otwarto ją w 1932 r.)102 oraz dokupienie kolejnych połaci ziemi pod uprawy. Te dwa ostatnie przedsięwzięcia miały, wedle słów Rumkowskiego, zapewnić Helenówkowi ostateczną samowystarczalność finansową103 i dzięki temu umożliwić jego wychowankom zrealizowanie ideału "alejnojshaltung" - samodzielności, w której Rumkowski dostrzegał potężną wychowawczą i formującą siłę. Odrzucenie "filantropijnego" charakteru placówki i poleganie wyłącznie na pracy własnych rąk miało wychowanka Helenówka, owego "fizycznego robotnika z pewnym bagażem intelektualnym", pozostającego potem w Polsce, czy też jadącego do Palestyny, nauczyć "miłości do wykonywanych zajęć, pracy, która jest przyjemnością, a nie ciężarem", czerpania satysfakcji z własnej użyteczności.

Rumkowski, tak jak i pozostali członkowie zarządu Helenówka, nie mogąc zdobyć w trudnym czasie kryzysu lat trzydziestych wystarczających środków, zdecydował się na "proklamowanie ogólnej mobilizacji" wszystkich tych, którzy sympatyzowali już wcześniej z ośrodkiem lub chcieli go wesprzeć w tamtej trudnej chwili104. Zapewne dlatego powstał "Helenówek". Już pierwszy jego numer miał zilustrować osiągnięcia Internatu i zdobyć przychylność przyszłych donatorów. Pisemko wydano w liczbie 15 tys. egzemplarzy i prawdopodobnie rozprowadzano je według imiennej listy, widnieją w nim bowiem komunikaty o następującej treści: "Odwiedzi Państwa nasz inkasent, przyjmijcie go Państwo przyjaźnie!". Inkasent oraz kancelaria Stowarzyszenia "Internat dla Dzieci Żydowskich i Ferma w Helenówku" przy ul. Pomorskiej 41a przyjmowały od łaskawych darczyńców wpłaty po 6 zł (równowartość 100 "cegieł" Helenówka) i po 1,50 zł (równowartość 25 "cegieł"). Każdemu, kto przyczynił się do rozbudowy instytucji, obiecano wpis do "specjalnej, nowo ufundowanej złotej księgi (Pinkas Helenówek)", a także udział w losowaniu nagród, wśród których były m.in.: "pokój w Helenówku imieniem wybrańca losu", "10 uli pszczelich imieniem wybrańców losu" oraz pochodzące z helenowskiej hodowli sztuki bydła, drób, miód, doniczki kwiatów oraz miesięczny letni pobyt dziecka w Internacie105. W tym kontekście łatwa do wytłumaczenia staje się ogromna, szczególnie w "polskojęzycznej wersji" numeru, liczba reklam. Zarząd Internatu chciał i w ten sposób zarobić pieniądze. Dając przykład, umieścili tam swoje anonse Rumkowski i Gerszowski. Z zamieszczonej taryfy wynika, że obaj musieli wpłacić na konto Helenówka co najmniej po 140 zł, w obu wersjach numeru widnieją bowiem ich ogłoszenia w formacie 1/8, za który żądano 70 zł.

Akcje subskrypcyjne, loterie i publiczne wezwania do solidarności z sierotami nie zawsze pomagały. Z doniesień prasowych wynika, że w 1938 r. Internat znajdował się w opłakanym stanie. Gazeta "Najer Folksblat" pisała, że Helenówkowi potrzeba było natychmiastowego wsparcia finansowego i młodych zaangażowanych społeczników, którym wystarczyłoby sił i pomysłów na zdobywanie niezbędnych do trwania placówki środków. Starsi działacze i dobroczyńcy przyznawali się do porażki. Członek zarządu Pinchas Gerszowski mówił: "Helenówek działał z fantastycznym rozmachem, który przerósł [nasze] możliwości; popełnione zostały wielkie błędy, które doprowadziły do tej sytuacji"106. W artykule zabrakło wypowiedzi MChR. Wspomniano wprawdzie "wybitnego działacza Mordechaja Chaima Rumkowskiego", ale go nie zacytowano. Prawdopodobnie nie chciał komentować tej kwestii. Przecież jeszcze kilka lat wcześniej tak entuzjastycznie pisano o jego wizjonerskim rozmachu i o twórczej fantazji. Wiele udało mu się zrealizować. A teraz doświadczał upadku dokonań i klęski swoich marzeń. Był bezsilny wobec rosnącego zadłużenia i braku widoków na uzdrowienie placówki. Wedle doniesień "Najer Folksblat"107 i "Hajnt"108 udało się znaleźć grupę energicznych młodych działaczy. Nie wiem, czy to właśnie ich starania pomogły Helenówkowi przetrwać. Nie zachowały się na ten temat ani dokumenty, ani notatki prasowe. Na pewno wiadomo, że finansowa zapaść Internatu nie odebrała Rumkowskiemu stanowiska prezesa. 31 grudnia 1938 r. wybrano go na to stanowisko ponownie109.

Czy, pomijając nakreślone kłopoty ekonomiczne, Helenówek był unikatowy w skali kraju, czy wychowywał wyjątkowo szczęśliwe i dobrze przygotowane do sprostania nowym wymaganiom życiowym dzieci? Czy konsekwentnie realizował nowe idee wychowawcze, głosząc konieczność fundowania instytucji odtwarzających warunki domowe - "domowego milieu zamiast koszar"110? Ze wspomnień nie zawsze przecież wiarygodnego Janiego Szulmana czerpię i tę wiadomość, że Rumkowski kształcił się na specjalnych kursach pedagogicznych, prowadzonych m.in. przez Janusza Korczaka. Nie udało mi się zweryfikować osobistego w nich udziału Chaima Rumkowskiego. Jednak na pewno ich słuchaczami byli przedstawiciele środowiska łódzkiego111. Artykuł Karola Jurczaka, studenta Studium Pracy Społeczno-Oświatowej przy Wolnej Wszechnicy Polskiej (Korczak miał tam wykłady), który 20 lutego 1931 r. odwiedził Helenówek, zbierając materiały do pracy naukowej, wyraźnie potwierdza to, że placówka działała wedle metody warszawskiego pedagoga: "W wychowaniu stosuje się system dr. Korczaka [...] Wyrabia się w dziecku swobodę, zdrową ambicję i chęć służenia dla dobra społeczności. W sprawach bezpośrednio go [tak w tekście - M.P.] obchodzących dziecko ma głos, który wypowiada w swoim samorządzie, na zebraniu ogólnym, na sądzie, w gazetce"112. Pani Marta Ciesielska z ośrodka Korczakianum, która służyła mi nieocenioną pomocą, zwróciła uwagę, iż Helenówek został najprawdopodobniej urządzony na wzór Korczakowskiego sierocińca-fermy we wsi Czaplowizna pod Warszawą (1921 r.).

Pisząc o Internacie w Helenówku, nie sposób pominąć milczeniem pewnej intrygującej publikacji. O jej istnieniu donosił Filip Friedman w 1953 r. w studium Goalej-szeker be-getaot Polin113. Twierdził w nim, że czytał przed wojną pewną broszurę, której autor - niejaki dr Peker lub dr Preger - punktował niemoralne czyny Rumkowskiego popełniane w Internacie. Pisał: "Opublikowano ją [książkę] w jidysz w Łodzi lub w Warszawie [...] Nie pamiętam, czy Rumkowski pozwał autora do sądu"114. Tropiąc zatarte wspomnienia Friedmana, doszłam do wniosku, że owym autorem mógł być tylko doktor Majer Peker, lekarz, redaktor miesięcznika "Dos Kind", syjonista, członek zarządu CENTOS-u, którego Rumkowski bardzo ostro atakował115. Mimo wysiłków długo nie mogłam odnaleźć książki Pekera. Wiele pozycji napisanych przez niego przed wojną, a także już w Palestynie, do której dostał się w 1940 r., przechowuje w swoich zbiorach Biblioteka Narodowa Izraela. Książki o MChR wśród nich nie było. Nie figurowała też ani w polskich, ani w amerykańskich katalogach. Majer Peker zmarł w latach siedemdziesiątych. Szukałam jego relacji w Yad Vashem. Najprawdopodobniej żadnej nie pozostawił. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego po wojnie, jeśli rzeczywiście miał podstawy, by oskarżać Rumkowskiego, nie wrócił do tej sprawy.

W sukurs przyszedł mi dr Sean Martin z The Western Reserve Historical Society, który szukając materiałów do swej pracy o instytucjach pomocy społecznej w przedwojennej Polsce, natknął się na 64-stronicową broszurę Jechiela Kaca zatytułowaną Dercijung oder farbrechn. Funem togbuch fun a dercijer (Wychowanie czy przestępstwo. Z dziennika wychowawcy). Opublikowało ją w 1933 r. wydawnictwo Dos Kind (należące do miesięcznika o tej samej nazwie). Jechiel Kac zawarł w niej datowane, choć nieułożone chronologicznie, relacje z czasu swojej pracy wychowawcy w Helenówku. Doktor Majer Peker opatrzył książeczkę przedmową. I to właśnie jego nazwisko, a nie nazwisko autora, utkwiło w pamięci Filipa Friedmana, stając się później przyczyną kłopotów z odszukaniem jej na bibliotecznych półkach116. Z umieszczonych w książeczce dat wynika, że Jechiel Kac był zatrudniony w Helenówku od 1929 do 1930 r. Jeszcze w roku 1930 opublikował na łamach miesięcznika "Dos Kind" trzy neutralne w tonie artykuły - zapiski z dziennika wychowawcy. W jednym z nich szczegółowo przedstawiał Internat, jego nowoczesną organizację, a o MChR pisał: "Demokrata-syjonista, który w ostatnich latach, tj. trzydziestych, chce przejść od filantropii do samodzielności instytucji"117. Kolejne, pochodzące z lat 1931-1932 artykuły Kaca (przedrukowane potem w broszurze) mają już wyraźnie demaskatorsko-oskarżycielski charakter. Kac nie pracował wówczas w Helenówku. Odszedł lub został zwolniony. Za swoją powinność uznał wtedy poinformowanie opinii publicznej o nadużyciach w Internacie. Nie chciano go jednak drukować. Odmówiły mu prasowy organ CENTOS-u "Unzer Kind" oraz wszystkie łódzkie dzienniki118. Łamy pisma udostępnił mu, a potem w 1933 r. zaoferował druk broszury tylko dr Peker, naczelny "Dos Kind". Zbiegiem okoliczności w tym samym 1933 r. Peker stracił stanowisko samodzielnego redaktora119. Czego jednak dotyczyły oskarżenia Kaca kierowane przede wszystkim pod adresem "Prezesa R." (w książeczce nie pada pełne nazwisko MChR; do inicjału ogranicza się też nazwa Helenówka)? Jako zwierzchnikowi placówki Kac zarzucał Rumkowskiemu nieznajomość zasad pedagogiki, lekceważenie kompetencji wykwalifikowanego personelu, zatrudnianie przypadkowych i wiekowych ludzi oraz brak dbałości o wyżywienie i stan zdrowotny dzieci. Wieloletnie zaangażowanie Rumkowskiego w opiekę nad sierotami Kac postrzegał jako zaspokajanie osobistej próżności i drogę do kariery. Twierdził też, że imponująca architektoniczna nowoczesność Helenówka kryła stare, barbarzyńskie metody wychowania, wśród których prym wiodła przemoc fizyczna. Zdarzać się miało tam m.in. karne morzenie głodem. Przypadki wymierzania siarczystego policzka czy też okrutnego bicia nieposłusznych dzieci przez Rumkowskiego i poszczególnych wychowawców opisywało kilkoro innych byłych pracowników Helenówka oraz same dzieci, które uciekły z Internatu. Jechiel Kac włączył ich relacje do swojej broszury. O biciu w Internacie, jak również o podawaniu dzieciom "trefnego", tj. niekoszernego, jedzenia donosiła gazeta "Dos Jidisze Togblat"120. Ten organ ortodoksów, z którymi Rumkowski przez lata walczył zaciekle w łódzkiej gminie, z wyraźną satysfakcją odnotowywał upadek "samozwańczego ojca sierot". W świetle późniejszej gettowej historii Rumkowskiego, w której nie raz pojawia się obraz Przełożonego Starszeństwa Żydów łatwo wpadającego w gniew i wymierzającego razy, zarzuty Kaca wydają się wielce prawdopodobne. Rumkowski zapewne karał dzieci fizycznie. Czy jednak było to, jak relacjonował Kac, sadystyczne znęcanie się nad nimi? Czy Kac i jego informatorzy nie zagalopowali się? Nie sposób tego dziś ocenić.

Warto pamiętać o jednym - bicie było niestety zjawiskiem wówczas dość powszechnym. Kilka lat przed ukazaniem się broszury Kaca, w 1929 r. zakończył się słynny proces studzieniecki, w którym kierownictwo i personel społecznego zakładu poprawczego oskarżono o znęcanie się nad wychowankami. Studzieniec stał się emblematem wychowawczych nadużyć. W prasowej dyskusji wokół tego problemu wziął udział Janusz Korczak. I on w swoich wypowiedziach przyznawał się do chwil słabości, w których bił podopiecznych. W jednym z tekstów napisał: "Jestem wychowawcą internatu: trudniej niż w szkole. Gdy raz na parę miesięcy uderzę, zawsze niesłusznie, zawsze ze szkodą dla dziecka i dla siebie [...]"121, a w innym: "Byłem z dziećmi na koloniach. Trafiła mi się bardzo trudna grupa. Przed przystąpieniem do pracy postanowiłem sobie: "Nie, nie podniosę ręki, nie uderzę dziecka". I rzeczywiście, dotrzymywałem słowa. Minęły trzy tygodnie i żadnego dziecka nie uderzyłem, choć było po temu wiele okazji. Pewnego dnia wyglądałem przez okno i co widzę: mały dzikus, który zwykł był dręczyć dzieci, uderzył pracowite, spokojne, nikomu nie wadzące dziecko i bił je dalej ze szczególnym okrucieństwem. Moja cierpliwość skończyła się, ledwie ze skóry nie wyskoczyłem, wybiegłem i "stłukłem" agresora"122. Być może owa powszechność mniejszych lub większych pedagogicznych porażek w zakładach opieki nad dziećmi zadecydowała o tym, że nie wszczęto żadnego dochodzenia w sprawie doniesień Kaca. On sam twierdził, że działacze i instytucje nie chcą mu dawać wiary, bo zręcznie manipuluje nimi Rumkowski, oszołamiając ich rozmachem Helenówka. Ja dostrzegam w relacji Kaca pewną przesadę. Nie odrzucam całości, ale odmalowany przez niego obraz Helenówka jako li tylko dziecięcej gehenny nie przekonuje mnie. Tu i ówdzie, zapewne wbrew intencjom autora, wyziera z opisu normalność i poprawność. Dzieci udają się na wycieczki, obchodzą święta religijne, sprawnie działają instytucje samorządu dziecięcego. Również zarzut dotyczący braku wykwalifikowanych sił w Internacie wymagałby dokładnego zbadania. Niestety, nie dysponuję listą nauczycieli i wychowawców Helenówka z okresu, w którym pracował Kac. Natomiast zachował się wykaz z roku 1935123. Na sześcioro nauczycieli troje to magistrowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, jeden zdobywca absolutorium uniwersytetu w Wiedniu, dwoje pozostałych to absolwenci państwowych seminariów nauczycielskich. Najstarsza osoba z grona pedagogicznego miała 37 lat. Czy możliwe jest, że dopiero po odejściu Kaca tak odmłodzono kadrę w Internacie, dbając przy tym o bardzo wysoki, jak na instytucję opieki społecznej, poziom wykształcenia nauczycieli?

W broszurze Kaca jest jeszcze jeden wątek. Dotyczy on gorszących, niemoralnych, a nawet występnych zachowań prezesa Rumkowskiego. O jego zamiłowaniu do erotycznych kontaktów z młodymi kobietami - pracownicami Helenówka oraz pozostałych instytucji opiekuńczych, którym przewodniczył124, opowiedziała Kacowi piętnastolatka z Internatu "Pomoc". Inna, panna X (tak pseudonimowana przez autora), siedemnastoletnia dziewczyna przysłana na wakacje do Helenówka, miała paść ofiarą molestowania. Jak wiemy, dochodzenia nie przeprowadzono. Kac wspomina, nie podając jednak szczegółów, że Rumkowski dopuścił się wielu podobnych przestępstw. Czy należy dawać tym doniesieniom wiarę? Dysponuję pochodzącym z getta świadectwem, którego autor, wówczas szesnastoletni goniec w sekretariacie przy ul. Dworskiej 1, miał wraz z kolegami podglądać przez dziurkę od klucza erotyczne zabawy Prezesa z młodymi i urodziwymi sekretarkami125. Nie chcę przy tej okazji przywoływać na świadka Lucille Eichengreen, jej książka bowiem to wyjątkowo nieudolnie spreparowany pseudodokument126. Słabość Prezesa do pełnoletnich, pięknych młodych kobiet można mu wybaczyć, ale jeśli nie umiał się pohamować wobec niebędących już wprawdzie dziećmi, ale wciąż jego podopiecznych, trudno się nie wzdragać... W całej tej niejasnej historii przedstawionej przez Kaca pewne jest tylko to, że zachowania seksualne Rumkowskiego nie dotyczyły dzieci, jak potem sugerowano, imputując mu pedofilię127. Warto też, moim zdaniem, zwrócić uwagę na słowa pokrzywdzonej panny X, która nawet w swym dramatycznym świadectwie powiedziała o Prezesie: "Kochałam go - prawdziwy ojciec, który troszczył się o nas"128. Czy tak potwierdzone szczere zaangażowanie Rumkowskiego w losy setek sierot mogło odkupić jego winy wobec kilku, może kilkunastu nastoletnich dziewcząt?

Jak już wspomniałam, społeczna aktywność Rumkowskiego nie ograniczała się do murów Helenówka. Doprowadził do utworzenia "Bursy dla Chłopców" przy ul. Pomorskiej 41a, w której mieszkali, pracując w warsztatach lub łódzkich fabrykach (stołowały się tam też dziewczęta, wychowanki Helenówka), oraz - zgodnie z zasadami doktora Korczaka - stworzenia w Internacie "Pomoc" namiastki domu dla tych dziewcząt, które wykazywały nieprzeciętne zdolności i chciały się kształcić w łódzkich szkołach średnich, przede wszystkim polskojęzycznych.

W tym miejscu warto zatrzymać się przez chwilę nad historią "Pomocy". Było to również bardzo ważne przedsięwzięcie Rumkowskiego, realizowane już od 1921 r.129 Najwięcej informacji na temat tej instytucji dostarcza redagowana po polsku "Gwiazdka Przewodnia. Jednodniówka. Pismo Dzieci z Internatu "Pomoc", Narutowicza 7". Jak się wydaje, numer z marca 1924 r., zachowany w Bibliotece Narodowej Izraela130, nie doczekał się kontynuacji w postaci planowanego kwartalnika, którego sprzedaż miała wspierać fundusz Internatu. Redaktorem "Gwiazdki..." był współpracownik Rumkowskiego Lejb Uryson. Mordechaj Chaim, prezes zarządu Internatu131, miał odpowiadać za dystrybucję pisma i przyjmowanie wpłat darczyńców. Gros tekstów zamieszczonych w "Gwiazdce..." napisały same wychowanki "Pomocy", sygnując je inicjałami. Wśród nich znalazła się autentyczna opowieść osieroconej dziewczynki "Moja biografja", kilka scenek z życia Internatu, m.in. z wakacji w Krynicy, oraz fabuły, których bohaterami były sieroty. Zarówno w dziecięcych opisach życia w Internacie, jak i w słowie wstępnym (najprawdopodobniej autorstwa Urysona) postaci Rumkowskiego (zwanego tu Maksem Rumkowskim, bo tak brzmiało jego imię w publikacjach polskojęzycznych) nie szczędzono słów wdzięczności i uznania: "Pan Maks Rumkowski, który od lat poświęca się niezmordowanej pracy w zarządzie kilku ochronek dla bezdomnych dzieci i domów sierót, nosił się od dłuższego czasu z zamiarem założenia Internatu dla dziewcząt--sierót w wieku od 12 do 16 lat [...] Miała to być instytucja, która utorowałaby wychowankom domów sierót drogę do pożytecznej pracy w społeczeństwie"132. Wychowanka "Pomocy" podpisana "Ż.H. uczennica V klasy gimnazjum p. Jaszuńskiej", wspominając trudne początki instytucji, pisała z podziwem: "W pierwszych czasach spałyśmy bez kołder, bez poduszek [...] zamiast stołów i krzeseł były tylko ławki, zamiast talerzy - miski, jadłyśmy bez talerzy i nożów [...] A któż temu wszystkiemu zaradził? Tylko Nasz Opiekun [tj. MChR - M.P.] [...] Jedynym człowiekiem, który umie odczuć każde pragnienie dusz biednych, osieroconych przez los, jest nasz drogi Opiekun, który gdy przychodził do nas - a przychodził często - po kilka razy dziennie - nie okazywał nam litości, nie wzdychał nad nami, tylko starał się zapełniać nasze braki. Wieczorami, gdy czas mu pozwalał, siadywał na tychże co i my ławkach i rozmawiał z nami, jak dobry ojciec, który dba o swe dzieci [...] I tak dzięki staraniom pana Rumkowskiego pusta "Pomoc" bardzo szybko zmieniła się na przyzwoite, prywatne mieszkanie"133.

Wielu z podopiecznych Rumkowskiego zdecydowało się opuścić Polskę i zostać chalucami w Erec. W 1938 r. Rumkowski pojechał na miesiąc do Palestyny i spotkał się tam z dawnymi wychowankami134. Zapraszał także grupy ochotników chaluców na fermę w Helenówku, by odbyli tam hachszarę (przysposobienie rolnicze). Druga, żydowskojęzyczna wersja "Helenówka" na dwunastej stronie prezentuje zdjęcie, na którym widnieje m.in. MChR. Podpis pod zdjęciem głosi: "Starsze dzieci z Helenówka z wychowawcami i grupą chaluców odbywających tam hachszarę".

"Helenówek" nie był jedynym wydawnictwem Internatu i jedynym prasowym forum, które współtworzył i na którym się wypowiadał Rumkowski. Kilka lat wcześniej, w czerwcu 1926 r. w Łodzi zaczął się ukazywać miesięcznik o bardzo długim i szczegółowym tytule: "Der Jusem. Cajtszrift Gewidmet di Inionim fun: Josem-Ferzorgung, Kinder-Ercijung un Frojen-Szuc mit a Bazundern Informatiwn Tejl wegn der Jidyszer Socjaler Hilf Arbajt Bichlal Arojsgegebn durch di Ferwaltungen: funem Internat far Jidysze Kinder un Ferme in Helenówek un funem Jidyszyn Frojen Szuc Farejn in Lodż" (Sierota. Czasopismo Poświęcone Zagadnieniom: Opieki nad Sierotami, Wychowaniu Dzieci i Ochronie Kobiet z Osobną Częścią Informującą Ogólnie o Żydowskiej Pomocy Społecznej Wydawane przez Internat dla Dzieci Żydowskich i Fermę w Helenówku i przez Żydowski Związek Ochrony Kobiety w Łodzi). Dziesięć numerów (z lat 1926-1927) "Sieroty" zachowało się w Bibliotece Narodowej Izraela. Jak się zdaje, nie ma go w swoich zbiorach żadna polska biblioteka. Nie dotarłam też do żadnych bliższych informacji o periodyku (nie wiem, czy tych 10 numerów to całość numerów wydanych, czy też tylko ich część). Nie notuje go w ogóle Bibliografia prasy łódzkiej 1863-1944135, a przecież był czytany i kolportowany w całej Polsce, dotarł nawet do Palestyny (bardzo prawdopodobne, że możliwość jego dzisiejszej lektury w izraelskiej bibliotece zawdzięczamy powstałemu w 1922 r. Towarzystwu Przyjaciół Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, które przesyłało do Palestyny do tworzącej się tam uczelni 80 tytułów prasowych136).

Redaktorem odpowiedzialnym "Sieroty" był wymieniany również w stopce "Helenówka" Lejb Uryson. Na pierwszej stronie pierwszego numeru w ramce umieszczono 44 nazwiska pisarzy i działaczy, którzy "obiecali swą dobrowolną współpracę". Była to lista doprawdy imponująca i zaskakująca różnorodnością środowiskową. Znaleźli się na niej m.in. legendarny łódzki redaktor gazet żydowskich Jeszaja Unger (vel Uger), awangardowy poeta i dramaturg Mojżesz Broderzon, współtwórca grupy Jung Jidysz, historyk i krytyk literatury polskiej Wilhelm Fallek, historyk i poseł na sejm Icchak Sziper, doktor Henryk Goldszmidt (który nie używał jeszcze konsekwentnie pseudonimu Janusz Korczak) oraz adwokat i poseł na sejm Icchak Grünbaum. Ten ostatni w swoich wspomnieniach poświęcił Rumkowskiemu kilka akapitów. Napisał, że znał go przed wojną jako syjonistę i działacza na rzecz opieki nad dziećmi137. Również w rozmowie z Antkiem Cukiermanem potwierdził, że "doskonale go pamiętał"138, ale nie podał żadnych szczegółów tej znajomości (w każdym razie nie odnotował ich Cukierman). Jak wspomniałam wcześniej, Rumkowski wspierał Grünbauma w jego politycznej walce w okresie rozłamu w łonie partii syjonistycznej. Pewne jest, że Grünbaum bywał w Helenówku (zapamiętał to Roman Rumkowski). Z jednej z takich wizyt zachowało się zdjęcie. Była to zapewne oficjalna wizytacja placówki, w tle kroczących z przodu, zatopionych w dyskusji postaci Rumkowskiego i Grünbauma widnieje bowiem grupa odświętnie ubranych kobiet i mężczyzn139. Wśród nich jest też przebywający z wizytą w Polsce bratanek lorda Samuela Herberta - pierwszego brytyjskiego komisarza w Palestynie pochodzenia żydowskiego. Był on także wśród witających Rumkowskiego w Erec w 1938 r. Do Helenówka chętnie zaglądali również inni wielcy tamtych czasów: Nachum Sokołow, Chaim Nachman Bialik, rzeźbiarz Nachum Aronson140.

MChR odgrywał w miesięczniku "Sierota" dwojaką rolę. Po pierwsze wraz z Huldą Kloc (przewodniczącą Żydowskiego Związku Ochrony Kobiety w Łodzi) sprawował patronat oraz pieczę nad publikowanymi treściami, po drugie treści te sam tworzył. Anonsowane na tytułowej stronie jego "nonster batejlikung" (najintensywniejsze zaangażowanie) w istnienie pisma zaowocowało dziesięcioma obszernymi artykułami. Wśród nich znajdują się dwa ściśle dotyczące programu i wychowawczej pracy Helenówka (wtedy, w latach 1926-1927 bardzo młodej instytucji). W Richt linien141 Rumkowski z całą mocą podkreślał dwie kwestie. Pierwszą z nich był cel opieki nad sierotami określany przez niego nie jako "filantropijna "retungs-akcje"", ale świadome i planowe wychowanie żydowskiego rolnika i rzemieślnika, drugą - konieczność zadbania o los wychowanków opuszczających Internat po ukończeniu 14. roku życia (w tej ostatniej kwestii postulował nawet, by kosztem łożenia na utrzymanie sierot do ich 18. roku życia ograniczyć liczbę przyjmowanych do ośrodka młodszych dzieci). Ze wspomnianej wcześniej publikacji "Helenówek" wynika, że w ciągu kilku lat udało się Rumkowskiemu w znacznej mierze zrealizować te postulaty. W artykule Wos hobn mir in unzer Internat gewolt szafn, wos iz dort biz ict geton geworn un wos brojch noch geton cu wern lehabe (Co chcieliśmy stworzyć w naszym Internacie, co do tej pory zrobiono i co należy zrobić w przyszłości)142, opatrzonym dowcipno-ironicznym podtytułem "Zamiast mowy na walnym zebraniu, na które, jak to zwykle bywa w społecznych instytucjach pomocy, nie przyszedł nikt poza zarządem...", Rumkowski podsumowywał początkowe trudności Internatu związane z często bardzo wolną adaptacją miejskich dzieci do wiejskich warunków Helenówka oraz ze znalezieniem odpowiedniej kadry nauczycielskiej, a także zdawał relację z roku budżetowego 1926 i przedstawiał preliminarz budżetowy na rok 1927, pozwalając, jak to ujął, mówić i przekonywać "liczbom"143. W obu wyżej wymienionych tekstach zabierał głos przede wszystkim jako referent spraw dotyczących Internatu, którego zarządu był prezesem. W artykule Farwos kon dos niszt un darf ict niszt geszen (Dlaczego nie może i nie powinno się to teraz stać)144 również z wysokości swego prezesowskiego urzędu, niezwykle przy tym krytycznie i emocjonalnie, wypowiedział się w kwestii dotyczącej ogółu sierocińców w Łodzi, ściślej projektu całkowitego połączenia wszystkich łódzkich domów dziecka. Nie mniej subiektywny, wręcz zajadły w tonie był jego tekst145 poświęcony wyborom nowej egzekutywy CENTOS-u, którego był członkiem146. Krytykował w nim dr. Majera Taubera147 i wspominanego już wcześniej dr. Majera Pekera.

Jednakże łamy "Der Jusem" były dla Rumkowskiego nie tylko przestrzenią często arcyosobiście zaangażowanego dyskursu o zasadach i celach wychowania sierot148, stały się też dla niego trybuną, z której chętnie rozprawiał się ze swoimi politycznymi wrogami w łódzkiej gminie. Zaświadczają o tym w "Sierocie" trzy sążniste artykuły sygnowane "MCh Rumkowski, parnas fun lodzer jud. kehile" (MCh Rumkowski, parnas łódzkiej gminy żydowskiej). By je właściwie zrozumieć, trzeba się najpierw przyjrzeć, jaki wkład w prace tej instytucji miał Rumkowski.

Jak wynika z przewertowanej przeze mnie Księgi Protokołów Posiedzeń Rady Łódzkiej Gminy Żydowskiej149, Rumkowski mógł pełnić funkcję parnasa, tj. członka rady gminy, od 1925 r., czyli od czasu powołania w Łodzi pierwszej (od 1914 r.), wyłonionej w wyborach rady150. Jego działalność jako parnasa odnotowują skrupulatne zapisy gminnego protokolanta. Dowodzą, że Rumkowski był bardzo aktywnym członkiem rady. By to zilustrować, chcę obficiej zaczerpnąć z gminnych materiałów, które nie były przecież wykorzystywane w dotychczasowych opracowaniach. Po raz pierwszy nazwisko Rumkowskiego pojawia się w protokole rady 8 czerwca 1925 r., kiedy to na mocy głosowania członków rady trafił on do Komisji Pomocy Społecznej. Miesiąc później (8 lipca) wymieniony jest w składzie Komisji do spraw Kontroli Subsydiowanych przez Gminę Domów Sierot. 26 lipca tego samego roku Rumkowski postuluje, by zebrania Zarządu Łódzkiej Gminy Żydowskiej uczynić otwartymi dla prasy. 21 czerwca 1926 r. protokół poświęca mu wyjątkowo dużo miejsca, ponieważ Rumkowski najpierw kwestionuje kworum rady i prosi o sprawdzenie liczby obecnych, a potem krytykuje propozycję budżetową przedłożoną przez zarząd, wskazując na to, że brakuje w nim najważniejszej pozycji, to jest subsydiów na instytucje opieki nad sierotami, których utrzymanie było jego zdaniem podstawowym obowiązkiem gminy. Postuluje wreszcie głosowanie przeciwko tak skonstruowanemu budżetowi i przesunięcie debaty nad nim na inny termin. Protokolant dodał, iż Rumkowski mimo trzykrotnie zwracanej uwagi przemawiał ponad 10 minut i przewodniczący odebrał mu głos, ogłaszając przerwę151. Tę burzliwą debatę sam Rumkowski skomentował na łamach "Sieroty". W lipcowym numerze pisma w artykule Di jectige lodzer kehile merhajt un ir bacijung cu di baderfeniszn fun di lodzer Judn. A por werter wegn dem hajorikn budżet fun der kehile152 (Obecna większość w gminie i jej stosunek do potrzeb łódzkich Żydów. Kilka słów o tegorocznym budżecie gminy) nie szczędził najostrzejszych słów krytyki pod adresem nienawistnej mu jako syjoniście "klerykalnej"153 większości. Odnotował przy tym swój sukces w batalii o - jakkolwiek w rezultacie mało satysfakcjonujące - zmiany w budżecie: "Dopiero dzięki mojemu energicznemu protestowi i obstrukcji przeciwko takiemu niesłychanemu skandalowi, koalicji aleksandrowsko-agudowskiej nie powiodło się za pierwszym razem [uchwalenie budżetu - M.P.] i widocznie przestraszywszy się trochę gniewu ludu, wstawili dla formalności do budżetu tę nikczemną sumę około 70 tys. złotych - dla wszystkich filantropijnych instytucji w Łodzi"154. W lutym 1927 r. również w "Sierocie" Rumkowski powrócił do sprawy budżetu155 w interwencyjnym artykule Wen wet endlech di kehile ferwaltung ojsfirn ire hischajwes? (Kiedy w końcu zarząd gminy wypełni swoje powinności?), ponieważ okazało się, że przyrzeczone instytucjom opieki subsydia nie zostały przez gminę wypłacone.

8 marca 1927 r. w Księdze Protokołów rady gminy odnotowane zostało kolejne wystąpienie MChR. Tym razem zabierał głos w sprawie przydziału kwot na doroczną świąteczną pomoc ubogim członkom gminy - akcję pesachową. Domagał się od zarządu, by przeznaczyła przy tej okazji sumę 3000 zł na Komitet Adopcji Dzieci, oraz postulował utworzenie specjalnej Komisji do Przeprowadzania Akcji Pesachowej, której członkowie mieliby takie samo prawo głosu jak przedstawiciele zarządu gminy. Ze swymi postulatami dotyczącymi akcji pesachowej wystąpił jeszcze 14 i 27 marca. Incydent związany z wiosenną akcją stał się podstawą tekstu Rumkowskiego, zamieszczonego w 7. numerze "Sieroty"156. Kłującym, ironicznym i gniewnym tonem rozprawiał się w nim z nieuczciwością gminy i jej lekceważącym stosunkiem do wyborców uosabianym przez prezesa rady gminy Szlomy Budzynera157, który nakazał umieścić w łódzkiej prasie kierowane do siebie podziękowanie za wydatną pomoc przy przewodzeniu akcji pesachowej. Niepohamowany w oburzeniu Rumkowski dowodził, że prezes rady, choć w istocie nie dokonał niczego, szukając za wszelką cenę popularności, przy cichym przyzwoleniu zarządu gminy, okłamał społeczność żydowską. Jak się zdaje, wpływ na dobitność i ostrość użytych w tekście sformułowań miał zaciekle niechętny stosunek syjonisty Rumkowskiego do agudowca Budzynera. Dwa ostatnie dostępne protokoły z posiedzeń rady łódzkiej gminy (zachowana Księga Protokołów obejmuje lata 1925-1928), w których pojawia się nazwisko Rumkowskiego, noszą daty 1 stycznia i 8 lutego 1928 r. Na obu tych posiedzeniach MChR przedstawił swój plan ogrzania instytucji opieki oraz własne wyliczenia dotyczące ilości potrzebnego do tego celu węgla. Jednak ślad Rumkowskiego jako gminnego przedstawiciela nie urywa się na protokołach rady158. Informacji o jego późniejszej działalności dostarczają przede wszystkim łódzka prasa oraz wydawnictwa kahału.

W marcu 1930 r. "Lodzer Tageblat"159 w sprawozdaniu z posiedzenia rady donosił o wystąpieniu dozora Rumkowskiego. Oznacza to, że MChR - wcześniej parnas - został mianowany dozorem, czyli członkiem zarządu gminy łódzkiej. Na wspomnianym marcowym posiedzeniu "wykorzystał trybunę, by zdemaskować rządzącą większość [agudowską - M.P.] w związku z odkrytą siecią łapówkarską w oddziale cmentarnym gminy"160. Domagał się także przeznaczenia na pomoc dla Żydów w sowieckiej Rosji 10 000 000 złotych. Dla sumy tej zobowiązał się znaleźć właściwą drogę przesyłki. Po burzliwej debacie na ten temat oraz - jak nazwał to sprawozdawca - "incydencie" polegającym na próbie odebrania głosu przedłużającemu swe wystąpienie Rumkowskiemu przyjęto jego propozycję większością głosów161. W sierpniu 1931 r. "Kronika Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Łodzi"162 zanotowała, że w gminnych wyborach, przeprowadzonych w maju tego samego roku, z (syjonistycznej) listy nr 12, z miejsca oznaczonego numerem 1 wybrany został Mordechaj Chaim Rumkowski. Jak pisze Robert M. Shapiro, wybory te przebiegły szczególnie dramatycznie: "Umożliwiły one członkom Agudy umocnienie swojej pozycji [...] przez uzyskanie bezprecedensowej absolutnej większości zarówno w radzie, jak i zarządzie. Stało się tak dzięki poprawionym rozporządzeniom o wyborach w społecznościach żydowskich [...] Najbardziej znane postanowienie w przepisach wyborów do władz w gminach żydowskich - paragraf 20, umożliwiało pozbawienie praw publicznych "każdego, kto publicznie występuje przeciw wierze mojżeszowej". W Łodzi, mimo że postanowienie to zostało zastosowane w stosunku do zaledwie 10 osób, które były przywódcami Bundu i Poalej-Syjon, socjaliści zdecydowali się zbojkotować wybory. Kiedy blok Agudy zdobył w wyborach absolutną większość, przy udziale 57,4 proc. uprawnionych [...] syjoniści wysunęli oskarżenie o jawne oszustwo"163. Po wyborach, w grudniu 1931 r. na posiedzeniu tymczasowego zarządu miało dojść do wyłonienia nowego prezydium. Pierwszy, w imieniu frakcji syjonistycznej, zabrał głos dozor Rumkowski. Odniósłszy się do wyniku wyborów, które - jak powiedział - "absolutnie nie odzwierciedlają stosunku sił w żydowskim społeczeństwie Łodzi"164, zakomunikował zebranym, że na znak protestu syjoniści nie wezmą udziału w głosowaniu. Rumkowski był też obecny na odbywającym się tego dnia posiedzeniu rady gminy, głośno komentując ze swojego miejsca, a właściwie wykrzykując sprzeciw wobec wysuwanych kandydatur165.

Nieustającą walkę z Agudą prowadzili nie tylko łódzcy syjoniści. Konflikt ten rozlał się szeroką falą na terenie całej Rzeczypospolitej. W 1931 r. syjonistyczni parnasowie i dozorzy ze wszystkich regionów Polski166 zebrali się, by podzielić się doświadczeniami z politycznego pola walki. Wśród nich był dozor łódzkiej gminy MChR, który zdawał relację, jak określił to ironicznie korespondent "Najer Folksblat", z "królestwa Lejbla Mincberga"167. Rumkowski w wystąpieniu na zjeździe odsądzał swego ideologicznego przeciwnika od czci i wiary. Wciąż rozgoryczony wynikiem majowych wyborów, mówił o Mincbergu: "Ten chytry Żydek nie cofnął się przed niczym, tak, by tylko osiągnąć swój cel". Podkreślał przy tym swoje pełne poświęcenia zaangażowanie w gminne potyczki i nieustające interwencje blokujące szkodliwe, jego zdaniem, inicjatywy Agudy. W wyniku postanowień końcowych zjazdu został członkiem komisji utworzonej przy Centralnym Komitecie Syjonistycznym168, której zadaniem było utworzenie "dokładnej platformy dla syjonistycznych przedstawicieli gmin".

W 1933 r. już na rodzimym gruncie w Łodzi dozor Rumkowski wraz z kilkoma innymi partyjnymi kolegami - przedstawicielami gminy oraz gościem z Warszawy dr. Sziperem - wziął udział w wielkim syjonistycznym mityngu poświęconym sytuacji w gminie. Jego inaugurujące i "ostre", jak zaznaczał dziennikarz "Najer Folksblat"169, przemówienie piętnowało aktualną politykę kahału. W tym samym 1933 r. w imieniu komitetu syjonistycznego witał w Łodzi przebywającego tam z wizytą prezydenta Światowej Organizacji Syjonistycznej Nachuma Sokołowa170. W 1937 r. był jednym z 25 łódzkich delegatów na XII Krajowy Zjazd Syjonistyczny171. W latach 1934-1939 sprawował funkcję dozora gminnego. Zaświadczył o tym sam w nocie biograficznej sporządzonej na potrzeby Almanachu Lodzer Gezelszaftlechkajt172. Potwierdza to też Księga adresowa Łodzi i woj. łódzkiego. Rocznik 1937-1938. Na jej 35. stronie nazwisko Rumkowskiego widnieje wśród siedmiu nazwisk członków zarządu gminy. Ze sprawowania funkcji dozora Rumkowski nie zrezygnował jesienią 1937 r., kiedy na znak protestu wobec polityki wyborczej Agudy z łódzkiej gminy żydowskiej wycofała się, wraz z folkistami i partią Mizrachi, łódzka Organizacja Syjonistyczna173. Rumkowski nie podporządkował się postanowieniu partyjnych władz. Swą decyzję argumentował w liście otwartym wydrukowanym na łamach "Najer Folksblat"174. Zarzucił w nim Organizacji Syjonistycznej, że przeprowadziła głosowanie pod nieobecność aż trzech ważnych członków - funkcjonariuszy gminnych (w tym właśnie Rumkowskiego - faktycznego przywódcy frakcji syjonistycznej w gminie - który notabene przebywał wtedy ze swą śmiertelnie chorą żoną w Otwocku). Decyzję o bojkocie uznał za podjętą w niewłaściwym czasie i szkodzącą dotychczasowym osiągnięciom. Uznając zachowanie partyjnych kolegów za rażący przejaw braku "chaweriszkajt" [jid. braterstwa], złożył swój mandat członka zarządu Łódzkiej Organizacji Syjonistycznej. Sprawa jego niesubordynacji trafiła do partyjnego sądu175. Nie usunięto go jednak z szeregów partii, a w zarządzie Organizacji (Ha-waad ha-ironi) pozostał do kwietnia 1939 r.176 W świetle tych faktów powtarzane i przez Trunka, i przez Jasnego informacje o wyrzuceniu Rumkowskiego są po prostu fałszywe. Obaj bezkrytycznie zapisali to, co usłyszeli. Dziwi natomiast, że bezpośredni świadek tamtych dni Szymon Rogoziński w swoich wspomnieniach stwierdził: "Członkiem zarządu [Organizacji Syjonistycznej - M.P.] był osławiony Mordechaj Chaim Rumkowski, późniejszy "król" getta łódzkiego, który jednak został wydalony z organizacji: Organizacja Syjonistyczna bojkotowała wybory do gminy, a Rumkowski wziął w nich udział"177. Nie dość, że autor minął się z prawdą, pisząc o rzekomej przyczynie dymisji (nie chodziło przecież o wzięcie udziału w wyborach), to jeszcze podtrzymał tę wersję zdarzeń, wedle której Rumkowskiego z partii usunięto. A przecież w 1938 r. Rogoziński wraz z MChR figurował w Almanachu Lodzer Gezelszaftlechkajt178, który w części poświęconej działaczom partyjnym zamieszczał nie tylko nazwiska, lecz także zdjęcia najznaczniejszych członków Organizacji (znalazła się tam fotografia Rumkowskiego, podobizny Rogozińskiego nie umieszczono). W kwietniu 1939 r. obaj brali też udział w walnym zebraniu Organizacji, na którym Rumkowski referował swoją działalność w gminie oraz przypominał, dlaczego nie zrezygnował z funkcji dozora. Na tym zebraniu MChR nie ubiegał się już o reelekcję do Ha-waad ha-ironi. Rogozińskiego wybrano wówczas ponownie179. Czym tłumaczyć te nieścisłości w tak skrupulatnej relacji? Czy to tylko efekt osłabionej pamięci autora?

Składając w całość elementy przedwojennej biografii Mordechaja Rumkowskiego, przypominałam sobie wielokrotnie słyszane i czytane o nim opinie, które chyba nie tylko mnie głęboko zapadły w pamięć. Opinie te, pochodzące zarówno z poważnych opracowań (vide Jasny czy Trunk), jak i z tekstów literackich (osiągające swoje ekstremum w Kupcu łódzkim Adolfa Rudnickiego i niestety powielane w najnowszych beletrystycznych próbach opracowania historii Rumkowskiego, czyli Fabryce muchołapek Andrzeja Barta i Biednych ludziach z miasta Łodzi Steve'a Sem-Sandberga), ukształtowały wręcz odpychający wizerunek człowieka, który miał odegrać główną rolę w historii łódzkiego getta. Przyznaję, że pod ich wpływem MChR długo jawił mi się, jak pewnie większości zaznajomionych z tematem osób, jako figura marginalna180 i dość nikczemna. Widziałam w nim raczej targanego wygórowanymi ambicjami ledwo piśmiennego, bełkotliwego i popędliwego starca (notabene był tylko o trzy lata starszy od Adama Czerniakowa, któremu chyba nikt nigdy nie zarzucał "starczości"), niźli energicznego i oddanego społecznika oraz zaprawionego w polemikach szermierza świetnego, bo litwackiego, żydowskiego słowa. Tymczasem to, co udało mi się ustalić, zmieniło moją perspektywę i mam nadzieję, że pomogło mi w lepszym rozumieniu i interpretowaniu tekstów, które powstały w getcie.

Rozdział IIMówca.Przemiany wystąpieńMordechaja Chaima Rumkowskiego

Przedwojenny aktywny działacz i niestrudzony mówca oraz publicysta Mordechaj Chaim Rumkowski jako jeden z nielicznych członków zarządu łódzkiej gminy wyznaniowej pozostał po wybuchu wojny w Łodzi181. 13 października 1939 r. mianowano go Przełożonym Starszeństwa Żydów w Łodzi (Litzmannstad). W trakcie moich poszukiwań nie natknęłam się na żaden ślad publicznej - ustnej lub pisemnej - wypowiedzi182 Rumkowskiego pochodzącej z okresu sprawowania przez niego funkcji Przełożonego (czy też Prezesa - jak go powszechnie zwano) przed utworzeniem getta183 oraz z czasu formowania się i krzepnięcia zamkniętej dzielnicy, to znaczy do końca 1940 r. Musiał jednak o tym intensywnie myśleć, skoro w dokumencie z 12 czerwca 1940 r. (powstałym po upływie nieco ponad miesiąca od zamknięcia getta) czytamy: "Ponieważ nie wydaję żadnej własnej gazety w getcie, w której mógłbym wyjaśniać ludności rozporządzenia i zarządzenia, zdecydowałem publicznie przemawiać do ludzi [wyróżnienie M.P.]. Dam im w ten sposób znów nowe tematy i odwiodę ich tym samym od politykowania"184. To zamierzenie udało mu się zrealizować dopiero siedem miesięcy później, 1 lutego 1941 r. Od tamtej chwili do końca roku 1942185 wypowiadał się ustnie i pisemnie około 60 razy, zawsze w jidysz. Głównym źródłem tekstów Rumkowskiego jest pisany po żydowsku Notatnik jego sekretarza Szmula Rozensztajna186, obejmujący zapisy od 20 lutego 1941 do 4 stycznia 1942187 r., z którego można wyłonić 30 fragmentów stanowiących zapis przemówień Rumkowskiego. Ten sam autor opracował w maszynopisie 11 mów Prezesa, które zostały przeze mnie włączone do wydania Notatnika188. Innym źródłem tekstów mów i publikacji MChR jest wydawana w jidysz "Geto-Cajtung"189. W jej 18 numerach (od marca do września 1941 r.) obok reportaży z resortów i wydziałów oraz obwieszczeń zamieszczonych jest 16 mów Rumkowskiego. Istnieje też oprawny w kaliko zbiór zatytułowany Mowy Prezesa Rumkowskiego190. Znajduje się w nim 10 opatrzonych komentarzem mów wygłoszonych od 1 lutego 1941 do 2 marca 1942 r. Ich teksty zostały przełożone z jidysz na język polski, przepisane na maszynie i ułożone w zbiór w archiwum getta (tak zwane Archiwum Przełożonego Starszeństwa Żydów) w marcu 1942 r.

Przemówienia Przełożonego Starszeństwa Żydów umieszczano także w sporządzanym w archiwum getta łódzkiego po polsku (a potem po niemiecku) Biuletynie Kroniki Codziennej, zwanym też Kroniką getta191. W dokonywanych w niej prawie codziennie wpisach na temat wydarzeń w getcie znajdujemy doniesienia o wygłaszanych przez Rumkowskiego mowach. Bardzo często towarzyszą im przytoczenia owych mów in extenso lub ich streszczenia. W sumie w Kronice jest 18 przemówień. Niektóre z nich są dostępne w kilku z wymienionych wyżej źródeł. Co najmniej 13 mów pojawia się w dwóch mniej lub bardziej różniących się wersjach. Zmian dokonywano zarówno w tekstach spisanych w jidysz, jak i w ich przekładach na polski. Mowy, jeśli były notowane "na gorąco", odręcznie (a na pewno czynił tak autor Notatnika Szmul Rozensztajn oraz niewymienione z imienia i nazwiska sekretarki192), przepisywano później na maszynie. Przygotowywano je także do druku i zamieszczano w "Geto-Cajtung" (robiono to jednak pod czujnym okiem samego MChR). Często przeredagowaną już wersję w jidysz tłumaczono na polski. Wspominany wcześniej, specjalny, ilustrowany zbiór mów przygotowany w Archiwum Przełożonego Starszeństwa Żydów złożony został z polskich tłumaczeń. Przekłady sporządzono też na potrzeby Kroniki getta. W całości lub w streszczeniach zamieszczał je Biuletyn aż do grudnia 1942 r., kiedy to Kronikę zaczęto spisywać po niemiecku. Jej autorzy napotykali przy tym różne przeszkody. W sierpniu 1942 r. skarżyli się, że niepowiadamiani odpowiednio wcześnie przez władze getta, muszą polegać na ustnym przekazie świadków przemówienia, by na tej podstawie pisać dalekie od oryginału streszczenia193.

Liczba i rodzaj redakcyjnych ingerencji, a w związku z tym wielość wersji poszczególnych tekstów przemówień, skłaniają mnie do tego, by traktować je raczej jak parafrazy. Parafraza to utwór, w którym przy zachowaniu zrębu oryginału dokonuje się zmian w pierwotnej materii tekstu, tak jednak, by nie zmienić sensu pierwowzoru - wyostrzając lub łagodząc, rozwijając lub skracając poszczególne fragmenty tekstu, z wyczuciem i talentem naśladując styl i zamysł autora194. Przykład niech stanowi zapis mowy Rumkowskiego z 10 sierpnia 1941 r., sporządzony w jidysz w dwóch wersjach przez tego samego człowieka, Szmula Rozensztajna. Pierwsza, pochodząca z Notatnika, najprawdopodobniej służyła jako podstawa tekstu oznaczonego w Łódzkim Archiwum Państwowym sygnaturą 1091. Świadczą o tym naturalne przy przepisywaniu, nieświadome przeoczenia niektórych słów, a także intencjonalne skreślenia wyrazów z pierwszej wersji i zastępowanie ich innymi formami, najczęściej takimi, które pochodzą z oficjalnego rejestru języka jidysz (wyróżniającego się używaniem hebraizmów i internacjonalizmów) lub są charakterystyczne dla przedwojennego jidysz pisanego, czyli są "dajczmeryzmami" - germanizmami, uznawanymi za bardziej eleganckie i używanymi zamiast polonizmów. Pospolite w jidysz "un bifrat" (a szczególnie) Rozensztajn zamienia na hebrajskie "webifrat", zamiast "cufor-mitlen" (środki transportu) pisze "transport-mitlen", a także zastępuje polonizm "marinarke" dajczmeryzmem "rekl". Ingerencje Rozensztajna obejmują nie tylko leksykę, lecz także składnię i stylistykę, tak by - zależnie od potrzeby - rozwinąć i wyostrzyć lub skrócić i załagodzić komunikowane treści. Spójrzmy na zdania, które w Notatniku wyglądają następująco: "Buduję nie getto, ale miasto pracy. Za naszą pracę dostaniemy jedzenie"195 i porównajmy je z drugą wersją zapisu, w której brzmią tak: "Nie proszę - ja żądam dla moich braci i sióstr w getcie. Dla Władzy nie budujemy getta - ale miasto pracy i za naszą pracę musimy otrzymywać jedzenie". W drugim wariancie tekstu, przeznaczonym najpewniej do kolejnych obróbek i być może publikacji w getcie (takiej jak wspominany wcześniej zbiór Mowy Prezesa Rumkowskiego), pojawia się dodatkowy człon. Uszlachetnia on kompozycję i wprowadza przeciwstawienia: "prosić" - "żądać" i "getto" - "miasto pracy". Całość nabiera charakteru zdania wykrzyknikowego (choć w zapisie brak wykrzyknika), gotowego do wyskandowania. Obecność czasowników "żądać" i "musieć" wzmacnia pierwotny przekaz, sugeruje siłę i suwerenność mówcy zdolnego stawiać warunki i wymagać. Z kolei osłabienie oryginalnego komunikatu można dostrzec, porównując następujące fragmenty: "Wiem, co mówią o mnie za moimi plecami. Jedno pojmuję - nie jestem przestępcą. Siostry i bracia, dopóki będzie biło moje serce, będę waszym sługą. Każde wam ulżenie jest moją radością. Nie szanuję mojego zdrowia. Pięknie jest żyć dla was i umrzeć dla was!" (Notatnik)196 i "Wiem, co mówią o mnie za moimi plecami, ale wyjaśniam tutaj, że dopóki będzie biło moje serce, będę waszym sługą. Każde wam ulżenie jest moją radością. Pięknie jest żyć dla was i równie pięknie jest umrzeć dla was". W drugim fragmencie nie ma zdań: "nie jestem przestępcą" oraz "nie szanuję swojego zdrowia". Przekazują one treści negatywne, mogłyby zatem zakłócać tworzenie emblematycznego wizerunku prawomyślnego i pełnego fizycznej tężyzny przywódcy. Świadoma parafrazowania gettowych mów, będę w dalszych moich analizach, jeśli okaże się to możliwe, korzystać przede wszystkim z zapisów w języku jidysz.

Inaugurującą mowę z 1 lutego 1941 r.197, określoną przez Biuletyn Kroniki Codziennej jako exposé, wygłosił Rumkowski w nowo odrestaurowanej sali przy ul. Krawieckiej 3. Miesiąc później, 1 marca 1941 r., budynek oficjalnie stał się gettowym Domem Kultury198, a na jego scenie zaczęli gościć muzycy, aktorzy, kabarety oraz - regularnie - Prezes Rumkowski. Warto postawić pytanie, dlaczego ten pierwszy publiczny występ Przełożonego nastąpił dopiero wtedy - w lutym 1941 r. Wszakże gotowość do niego Rumkowski deklarował, jak wspomniałam, już w czerwcu 1940 r. Jak się wydaje, to nie brak odpowiedniego miejsca199 ani nawał organizacyjnych zajęć (które notabene zaowocowały stworzeniem w krótkim czasie podstawowej, dobrze funkcjonującej infrastruktury w getcie200) były przeszkodą. Przyczyny opóźnienia musiały być i były bardzo poważne. 7 sierpnia 1940 r. około pół tysiąca osób zebrało się przed mieszkaniem Rumkowskiego mieszczącym się przy ul. Łagiewnickiej 36. Byli to tak zwani "mocni", czyli piekarze, rzeźnicy, furmani i handlarze ryb201. Icchak Rubin, który demonstracjom kierowanym przeciwko Przełożonemu poświęca obszerny fragment swej pracy202, pisze: "Demonstracja "mocnych" miała szczególny charakter. Było to wystąpienie "ekskluzywne" właściwie antyspołecznych elementów, które walczyły o swoje grupowe, bardzo nieczyste interesy [...] Partie polityczne, z wyjątkiem jedynej Poalej-Syjon Lewicy, odniosły się do wystąpienia "mocnych" zupełnie obojętnie i nikt z ich przywódców i aktywistów, którzy przeżyli, nie wspomina o stosunku jego partii do tego samego wydarzenia"203.

Niezależnie od tego, czy ufamy, czy też nie ocenom Rubina dotyczącym pobudek "mocnych", musimy pamiętać o sytuacji panującej w getcie: "fatalnej dystrybucji i braku żywności" oraz "dziennych przydziałach [...] wahających się wówczas od 300 do 900 kalorii"204. Taki stan rzeczy sprawił, że wkrótce na ulice getta wyszły i inne grupy mieszkańców. Również w sierpniu205 domagali się oni chleba i kartofli. Rozpędziła ich wówczas policja gettowa. Kolejna demonstracja była znacznie większa, a jej uczestnicy bardziej zdeterminowani. Wiecujące tysiące skandowały: "Żądamy chleba lub pracy" i "Nie chcemy umrzeć z głodu"206. Wówczas do getta (wedle domysłów - na prośbę Rumkowskiego207) weszła policja niemiecka. Zastrzelono dwie osoby, wiele raniono. We wrześniu głód się wzmógł. Doszło do następnych demonstracji. Powołując się na relacje poszczególnych członków organizacji partyjnych, Icchak Rubin twierdzi, że również wtedy interweniowali Niemcy, zabijając i raniąc demonstrantów208. Wystąpieniom na ulicy towarzyszyły robotnicze bunty w resortach gettowych. Pod wpływem strajków oraz po rozmowach z przedstawicielami partii robotniczych209 Rumkowski zdecydował się rozbudować opiekę społeczną, to znaczy objąć zasiłkiem około 100 tys. osób210. Nie zapobiegło to kolejnym buntom. W styczniu 1941 r. doszło do następnych demonstracji: "Żądano więcej chleba i krzyczano "Śmierć Prezesowi", dzieci nosiły plakaty "Rumkowski, ty jesteś naszym nieszczęściem""211. Strajki wybuchły też w resortach, m.in. w krawieckim212 i w stolarskim (23 stycznia). Do największych zamieszek doszło przy ul. Drukarskiej 12/14213. Rumkowski nakazał wówczas zamknięcie na tydzień (do 30 stycznia) wszystkich resortów, nie tylko tych zbuntowanych214. Po tych wydarzeniach stanął 1 lutego 1941 r. o 17.00 przed licznie zgromadzoną publicznością na scenie przy ul. Krawieckiej 3215. Dobrze znał oratorskie rzemiosło. Nigdy nie osiągnął krasomówczych wyżyn, ale umiał zdobywać odbiorcę komunikatywnością - klarowną konstrukcją wywodu, prostym, acz nie prostackim językiem, pełnym swobodnie wplatanych i naturalnie weń wkomponowanych hebrajskich cytatów z Tory lub Talmudu. Swoje wypowiedzi urozmaicał żydowskimi, czasem niemieckimi i francuskimi (w przekładzie), a nawet łacińskimi porzekadłami i formułami216. Przeciwników ideowych zwalczał, posługując się subtelnie ironią, ale nie stronił od mniej eleganckiej argumentacji ad personam czy złośliwego epitetu. Nie potrafił się dystansować wobec przedmiotu swoich wystąpień. W odnalezionych przedwojennych materiałach nie znalazłam ani jednej "letniej" jego wypowiedzi. Swoje stanowisko forsował z żarliwością, wręcz namiętnie, i dlatego jego teksty obfitowały w retoryczne argumenty emocjonalne. Adwersarzy przywoływał do porządku i ostrzegał: "Nemt dos git in acht!" (Weźcie to pod uwagę!), "Rirt niszt!" (Nie tykajcie!)217; groził im konsekwencjami i deklarował walkę: "Mir [...] weln dem dozikn kamf firn!" (Będziemy prowadzić tę walkę!)218, "Deriber elklern mir a kamf!" (Zatem wypowiadamy wojnę!)219, "Ich perzenlech wel firn dem kamf!" (Ja osobiście będę prowadził walkę!)220. W swoich wypowiedziach posługiwał się wykrzyknieniami: "Ich muz zogn kategorisz - nejn!" (Muszę kategorycznie powiedzieć - nie!) lub groźnie zawisającymi w powietrzu pytaniami retorycznymi: "Wos tut zych do?" (Co się tutaj dzieje?).

By ocenić, czy i jak getto zmieniło formułę jego wystąpień, warto prześledzić, co powiedział 1 lutego 1941 r. na scenie przy ul. Krawieckiej 3221.

Exposé - mowa programowa

I. Wstęp

Żadna z dostępnych wersji222 nie podaje, jak Prezes rozpoczął swoje przemówienie, jakiej użył formuły, zwracając się do słuchaczy. Ze streszczenia obejmującego część wstępną wynika, że Rumkowski poruszył "bieżącą sprawę - ewakuacji jednej z dzielnic getta"223, zapewniając przy tym, że dołoży wszelkich starań, by złagodzić to nowe zarządzenie.

II. Rozwinięcie

W tej części Prezes:

1. Wskazywał na brak w getcie "klasy posiadającej", która opuściła miasto jeszcze przed zamknięciem getta, i dominację biedoty, tak zwanego "elementu bałuckiego" stanowiącego "przeważający procent czynnika przestępczego", wykazującego skłonność do anarchizowania.

2. Wyjaśniał, że "normowanie życia" mieszkańców getta zachodzi przez "ogólne zatrudnienie" w myśl jego hasła brzmiącego "dać pracę jak największej liczbie ludzi".

3. Podkreślał, że mimo trudności związanych z utworzeniem warsztatów pracy, udało mu się stworzyć całą ich sieć. Podając liczby zatrudnionych w poszczególnych dziedzinach, wskazał na zbawienny - psychologiczny i ekonomiczny - wpływ pracy czyniący z ludzi "element potrzebny".

4. Zapewniał, że nigdy nikogo nie skrzywdził, a jego zasadniczym celem było "dla dobra samej pracy oczyścić atmosferę, wyplenić panoszącą się orgię oszustw, kradzieży, afer i machinacji - a nawet i ciężkich przestępstw".

5. Stwierdzał, że tropienie przestępstw nie tylko zużywa jego energię, lecz także odrywa go od odpowiedzialnych obowiązków.

6. Przypominał, że problemem rozpraszającym jego pracę było ciągłe zabieganie o spokój w getcie.

7. "Elementom nieodpowiedzialnym" winnym "anarchizowania życia" poprzez domaganie się zwiększenia racji chleba zwracał uwagę na swoje zakończone sukcesem wysiłki w zwiększeniu tej racji oraz świadczące o jego poczuciu sprawiedliwości ustalenie jednakowego przydziału dziennego dla pracujących i bezrobotnych.

8. Wobec inspirujących strajki "ludzi złej woli" deklarował: "Nie odejdę od tej zasady, że podział żywności musi być sprawiedliwy i równomierny".

9. Zapowiadał bezwzględną walkę ze złodziejami - deportowanie winowajców i całych ich rodzin.

10. Groził radykalnymi posunięciami wszystkim lekceważącym i źle wykonującym swoją pracę.

11. Przestrzegał: "dobro społeczne cenię ponad wszystko, podczas gdy wygoda jednostki nic mnie nie obchodzi".

12. Omawiał rozwój i rozbudowę placówek zdrowia i opieki, wymieniając liczby dzieci dokarmianych i ubieranych z budżetu getta oraz wysyłanych na kolonie letnie na Marysin. Sukcesy te stanowiły dla niego zachętę do dalszej pracy i były otuchą w staraniach o polepszenie bytu mieszkańców getta.

13. Ubolewał nad koniecznością ewakuowania sierocińców i unieruchomienia szkół, które zamieniono na mieszkania dla tysięcy wysiedlonych z odłączonych od getta ulic.

14. Zapewniał, że dewizą całego jego życia "była troska o dziecko i jego potrzeby", ale musiał nad nie "postawić [...] sprawę locum dla przesiedlonych"224.

15. Wymienił odsetek ludności korzystający z zasiłków oraz podał sumę wydatkowaną z tego tytułu z budżetu getta.

16. Zauważył, że "pomimo [...] znacznego przeciążenia, bo aż w 50 proc. opieką społeczną", udało się mu wykonać plan budżetowy.

17. Apelował "do ludzi dobrej woli", by stanęli ramię w ramię i poświęcili się jednemu celowi - dobru społecznemu.

18. Wzywał zebranych: "pomóżcie mi, musicie się wyzbyć swoich egoistycznych interesów, bo w przeciwnym razie doprowadzić to może do sytuacji wręcz katastrofalnej".

19. Wyrażał nadzieję, że jego plany się powiodą dzięki tym, którzy z nim pracują i go rozumieją, a "w najtrudniejszych chwilach potrafią całkowicie zapomnieć o własnym osobistym życiu i z samozaparciem pracować dla dobra ludności"225.

20. Zapowiedział poszukiwanie możliwości produkcji nowych artykułów i wynikające z tego zatrudnienie większej liczby pracowników, a w związku z tym umożliwienie mieszkańcom getta "spokojnej egzystencji i zaopatrzenie ich w niezbędne do życia artykuły".

21. Anonsował "fachowe przeszkolenie" jako metodę uczynienia mieszkańców getta "pożytecznymi ludźmi i dzielnymi specjalistami".

22. Zachęcał do "zgłaszania władzom pożytecznych pomysłów".

23. Zadeklarował, że "zawsze będzie do dyspozycji dla produktywnych czynników w Getcie, natomiast dla pasożytniczego elementu nie istnieje" oraz że "każda pozytywna praca znajdzie odpowiednią ocenę i uznanie".

III. Zakończenie226

"Jedno może nas tylko uratować: zbiorowe przystąpienie do życia produktywnego w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, w atmosferze najwyższego spokoju. Wytężona i rzetelna praca i spokój oto nakazy dnia dzisiejszego. Nie ma mowy dziś o żadnej partii, jest dla nas bowiem tylko jedna "Żydzi w getcie". Mnie jako Przełożonego interesuje tylko jedno zagadnienie - praca nad poprawą losu ludności. Dla wykonania tej pracy muszę mieć dookoła siebie zdrową i czystą atmosferę. Z uwagi na tę konieczność tępić będę z całą surowością wszelkie objawy korupcji. W walce z tym rozwielmożnionym złem nie spocznę do chwili osiągnięcia pełnego sukcesu, chociażbym miał postradać życie na moim posterunku".

Czytelnik streszczonego powyżej wystąpienia nie może chyba mieć wątpliwości, że zostało ono zbudowane wedle powszechnie znanych reguł retoryki. Tekst mowy łatwo daje się podzielić na klasyczne trzy części:

- wstęp (w tym konkretnym wypadku brakuje zapisanej apostrofy do słuchaczy, ale taka na pewno była; nie ma też ważnego dla wstępu jasnego określenia celu, postawienia tezy; słuchacze jednak wiedzieli, że ma być to mowa programowa);

- rozwinięcie, w którym można wyróżnić dwie tematyczne części:

a) negatywną (p. 4-11), stanowiącą krytykę, przestrogę, a także groźbę pod adresem osób nieprzestrzegających reguł życia w getcie;

b) pozytywną (p. 12 oraz 14-22), będącą po pierwsze przeglądem osobistych osiągnięć i planów, a tym samym parenezą, w której wzorcem do naśladowania jest sam mówca227, po drugie zaś - zachętą do wytężonej, ofiarnej pracy i spokoju. (Z tej części wyłączyłam p. 13, w którym jest mowa o porażce, czyli konieczności zlikwidowania nauki szkolnej. Wspomnieniu tej bolesnej dla getta sprawy MChR w programowym wystąpieniu poświęcił celowo tak mało miejsca i informacje na ten temat zawarł w części "pozytywnej", w ten sposób osłabiając negatywny przekaz);

- zakończenie (odświeżenie głównych argumentów perswazji, wzmocnienie tez podstawowych: priorytet wytężonej pracy i spokoju oraz bezpardonowa walka z zakłócającymi gettowy ład i porządek).

Znajomość przedwojennych tekstów Rumkowskiego pozwala mi stwierdzić, że wykorzystane przez niego w rozwinięciu mowy z 1 lutego elementy stylu retorycznego przypominają te, po które tak często i chętnie sięgał jako publicysta "Sieroty". Wówczas obficie czerpał z zasobu argumentacji racjonalnej, posługując się danymi liczbowymi228. W jego gettowym przemówieniu czytamy m.in.: "Już obecnie zatrudniają moje warsztaty pracy do 10 tys. robotników. Niewykwalifikowani robotnicy, w liczbie prawie 1000 osób, zatrudnieni są na robotach publicznych. 1600 ludzi zostało już wysłanych do pracy poza gettem; 15 tys. dzieci dostawało śniadania i obiady; w moim skromnym budżecie na dzień 1 stycznia 1941 r. z tytułu zasiłków wypłaciłem 4 500 000 Mk.". Ale te dane właściwie wyczerpują racjonalne argumentatio229 wystąpienia. Poza nimi brak przedstawień rzeczywistych związków między przyczynami i skutkami, uzasadnień naukowych, historycznych lub logicznych. Przekazywane informacje podawane są jako gotowe, bezalternatywne, możliwe do interpretowania tylko w jeden, narzucony z góry sposób230. Przykładem może być podana w przemówieniu interpretacja problemów społecznych getta: "Większość klasy posiadającej wyjechała jeszcze przed zamknięciem getta. Pozostała klasa średnia, biedota, klasa pracowniczo-robotnicza, stanowiąca w dużej mierze przysłowiowy element bałucki. Specjalnie ten element sprawia największe trudności władzom gminnym, gdyż jest niezdyscyplinowany i mając tendencje do anarchizowania życia gettowego, stanowi przeważający procent czynnika przestępczego"231. Nacechowane wyrażenia, takie jak: "klasa posiadająca", "czynnik przestępczy" czy "element (bałucki)", pełnią w tym fragmencie funkcję wartościującą. W mowie MChR rzeczowość i obiektywność zdecydowanie ustępują miejsca silnie osobistej, wyraźnej w wielokroć powtarzanym zaimku osobowym "ja", argumentacji emocjonalnej, której treścią są wewnętrzne przeświadczenia i odczucia mówcy, starającego się przekonać słuchacza przez budzenie w nim różnorakich emocji. Uczucia i stany emocjonalne, które przemawiający 1 lutego Rumkowski pragnął wywołać w zgromadzonych, można określić tak: akceptacja i podziw (p. 1, 4, 7, 16), wzruszenie (p. 12), poczucie winy i/lub współczucie (p. 5, 6, 13, 14), strach i niepewność (p. 8-11, 18), współodpowiedzialność za los ogółu (p. 17, 18), zawierzenie (p. 20, 23).

Jak wspomniałam wcześniej, subiektywność i typ emocjonalnej argumentacji charakteryzowały również przedwojenne wystąpienia Rumkowskiego. Nigdy jednak nie stanowiły ich dominanty. Budowały jego teksty wespół z obszernym argumentatio racjonalnym, które tu zostało ograniczone do minimum. W przemówieniu z 1 lutego 1941 r. emocje wzięły górę nad faktami, a przez to zepchnęły faktualną informację na margines, zastępując ją ogólnikowością haseł, postulatów i deklaracji. Tłum zebrany przy ul. Krawieckiej 3 z mowy Prezesa na temat zakończonych krwawych strajków nie dowiedział się niczego konkretnego. O rannych i ofiarach śmiertelnych nie było nawet mowy. Słowo "strajk" expressis verbis pojawiło się w wystąpieniu tylko raz (p. 8). Omownie o tych wydarzeniach wyraził się Rumkowski wcześniej w p. 4 i 7. Jednak w żadnym z tych fragmentów mówca nie kładł nacisku na to, co naprawdę lub jak się wydarzyło, ale na to, kto tego dokonał. Używał przy tym słów silnie nacechowanych, tak zwanych oceniających, po to, by narzucić słuchaczom swój sposób widzenia sytuacji. Strajkujący zostali sklasyfikowani jednoznacznie negatywnie jako "element nieodpowiedzialny" (p. 7) i "ludzie złej woli" (p. 8). Kontrastem byli dla nich absolutnie pozytywni "ludzie dobrej woli" (p. 17) oraz ci, którzy "w najtrudniejszych chwilach potrafią całkowicie zapomnieć o własnym osobistym życiu i z samozaparciem pracować dla dobra ludności" (p. 19).

Inną drogą retorycznej ucieczki od konkretu wydarzeń było skupienie się Rumkowskiego na ich konsekwencjach. Wyliczenie następstw strajków i kradzieży produktów z fabryk, zakładów pracy czy placów składowych (zjawisko częste w sytuacji powszechnego niedostatku i szalejącego głodu, obecne w getcie i zwalczane przez Rumkowskiego) przyjęło w kolejności postać: a) wskazania szkód osobistych (mających jednak znaczenie dla ogółu) wyrządzonych mówcy, tj. Rumkowskiemu (p. 5 i 6); b) gróźb i przestróg kierowanych pod adresem słuchaczy (p. 9, 10, 11, 18). Wszystkie elementy enumeracji miały za zadanie wzbudzić w obecnych silne emocje, takie jak poczucie winy, żal, współczucie, skrucha, strach i przerażenie, przy czym, szczególnie w przypadku gróźb i przestróg, mówca kilkakrotnie unikał precyzyjnego wyrażania się i sięgał po sformułowania niejednoznaczne, eufemizujące, takie jak "radykalne posunięcia" (p. 10) czy "doprowadzić [...] do sytuacji wręcz katastrofalnej" (p. 18). W pierwszej mowie Rumkowskiego wybrzmiało słowo kluczowe "praca" (stanie się ono głównym tematem i pojęciem fundamentalnym jego wystąpień). Nie pojawiało się ono jednak w wymiarze realnym. W pracy przywołanej przez Rumkowskiego nie było niczego z uchwytności i solidności konkretu, z którym zazwyczaj się kojarzy i o jaki musiało chodzić strajkującym w getcie. Przypominała ona raczej zaklęcie. MChR mówił o pracy jak o pewnym pożądanym stanie w taki sposób, jakby on istniał naprawdę. Jakby praca rzeczywiście była na wyciągnięcie ręki - pewna, zaspokajająca głód i, co najważniejsze, gwarantująca ocalenie232. Tak ujęta praca była też, jak sugerował mówca, doskonałą uniwersalną formułą pozwalającą zaprowadzić porządek w świecie niepewności i chaosu. Wierność idei pracy normowała życie (p. 2) i regulowała jego psychologiczne i ekonomiczne aspekty (p. 3). Idea pracy stawała się obietnicą opuszczenia strefy strachu i zagrożeń i przejścia na bezpieczną stronę "spokojnej egzystencji i zaopatrzenia [...] w niezbędne do życia artykuły" (p. 20). Posłuszeństwo głoszonemu przez Rumkowskiego hasłu "praca" (wyrażane również poprzez gotowość przekwalifikowania) zapewniało dołączenie do grupy klasyfikowanych absolutnie pozytywnie "elementów potrzebnych" (p. 3) i "produktywnych czynników", które w przeciwieństwie do naznaczonego niechęcią "pasożytniczego elementu" mogły liczyć na akceptację i nagrodę.

By nazwać zmianę, jaka zaszła w retoryce Rumkowskiego, posłużę się sformułowaniami użytymi w pracy Anthony'ego Pratkanisa i Elliota Aronsona233. Ci amerykańscy psycholodzy społeczni, opisując kategorie strategii językowego wpływu, wprowadzili pojęcie dyskursu dwu- i jednokierunkowego. Pierwszy dyskurs charakteryzuje się otwarciem na partnerską możliwość debaty i dyskusji, a zatem na opowiedzenie się za lub przeciw danemu stanowisku, oraz gotowością na wymianę argumentów, na spór i polemikę dopuszczającą modyfikację i weryfikację opinii. Drugi jest odgórny (sugestia płynie do mas od autorytetu lub tego, kto się zań podaje), autorytatywny, skrajnie subiektywny, a także z założenia niepoddający się weryfikacji, bo oderwany, a w każdym razie stroniący od rzeczywistości; operujący głównie na poziomie emocji i przenoszący fakty w sferę abstrakcji234. Pierwszy, zgodnie z wykładnią autorów, jest domeną perswazji, drugi propagandy235. Przedwojenne wystąpienia Rumkowskiego należą do porządku dwukierunkowego, zakładającego swobodę myśli i słowa, dyskursu perswazyjnego. Mowy gettowe mieszczą się natomiast w rejestrze propagandy. Analiza pierwszego przemówienia wykazała już obecność trzech konstytutywnych, formalnych elementów propagandy, którymi są: 1) komunikowanie z jednej ściśle określonej pozycji, to jest raczej przekonywanie niż informowanie; 2) sugerowanie sposobu i formy myślenia o rzeczywistości, narzucanie oceny; 3) budowanie czarno-białej wizji świata ufundowanej na jaskrawych opozycjach, takich jak na przykład zagrożenie versus spokojna egzystencja. Działania propagandowe kojarzymy głównie z procederem rozpowszechniania skrajnych idei i poglądów przez systemy totalitarne (nierzadko z użyciem kłamstwa i podstępu), osiągające w ten sposób polityczne, militarne czy zbrodnicze i eksterminacyjne cele (vide propaganda sowiecka czy hitlerowska). Można się więc zastanawiać, jak i czy w ogóle należy przykładać pojęcie propagandy do gettowych realiów, do sytuacji, w której sam nadawca "jednokierunkowego komunikatu" (tj. Rumkowski) jest więźniem i ofiarą nazistowskiego terroru. Pomocna może być tu cytowana już praca Pratkanisa i Aronsona. Wykazali oni, że w szczególnych sytuacjach dyskurs propagandowy traci postać śmiercionośnego (par excellence) słownego oręża, by stać się silną sugestią - wywieraniem wpływu przez posługiwanie się obrazami, sloganami, symbolami odwołującymi się do ludzkich emocji, głównie lęków i nadziei, tak by skłonić odbiorcę do przyjęcia określonego punktu widzenia. Nadawca tak zdefiniowanego propagandowego komunikatu nie kieruje się chęcią zwiedzenia lub oszukania słuchacza dla osiągnięcia zbrodniczych celów, z założenia nie pragnie godzić w jego dobro lub interes. To, co go interesuje, to przekonanie odbiorcy do swojej racji i o swojej słuszności w imię zasad, które uznaje za fundamentalne. Powyższa definicja propagandy, zakładająca dobrą wolę komunikującego, wydaje mi się najlepszym opisem retorycznej strategii Rumkowskiego.

Z cytowanej już notatki236 wynika, że Rumkowskiemu bardzo zależało na tym, aby przemawiając, dostarczać mieszkańcom getta "nowych tematów", odwodząc ich tym samym od - jak to ujmował - "politykowania"237. Ujawniał w ten sposób bezgraniczną wiarę w normalizującą (przywracającą do stanu pożądanego) i normatywizującą (wyznaczającą pożądany kierunek myślenia i działania) moc głoszonego przez siebie słowa. Zawierzał jego perswazyjnej sile, której przypisywał zdolność dowolnego moderowania nastrojów i wpływania na ludzkie działania. Czyż nie uczył się i nie doświadczał tego przez całe swoje życie działacza społecznego i polityka syjonisty? Czyż jego płomienne wystąpienia i teksty nie robiły na zebranych słuchaczach takiego wrażenia, iż decydowali się oni na przykład wspierać jego społeczne inicjatywy ("Helenówek", "Bursa", ośrodek opiekuńczy "Ezra"), łożąc na nie nierzadko ogromne sumy238? Czy nie udawało mu się przekonywać do zagłosowania za jego projektami nawet tak trudnego audytorium, jak zdominowany przez nienawistną syjonistom Agudę skład rady i zarządu łódzkiej gminy239? Jak się domyślam, za młodu, na początku jego drogi, ufać słowu, które jest tak silne, że pociąga za sobą radykalną zmianę rzeczywistości, mógł go nauczyć właśnie tak popularny wśród litwaków syjonizm240 i przykład samego Teodora Herzla, o którym Zew Żabotyński pisał: "I oto przychodzi obcy, wypowiada słowo [wyróżnienie M.P.], i siedem lat później umiera, zostawiając po sobie - tam gdzie wcześniej był człowiek - naród"241. Utopijna (taka zdawała się większości świadków narodzin syjonizmu) idea, wyłożona drukiem, a potem omawiana na kolejnych kongresach, ucieleśniała się i potężniała m.in. na oczach Rumkowskiego. Oddany spełniającemu się żydowskiemu marzeniu o nowym państwie Izrael, powtarzał w swoich przedwojennych mowach i tekstach dwa kluczowe dla syjonizmu hasła-postulaty: "iberszichtung" (przewarstwowienie, czyli przekwalifikowanie) i "iberbojung" (przebudowa struktury zawodowej), i w ich imię rzeczywiście wychowywał i kształcił w powoływanych przez siebie do życia instytucjach nowych Żydów. Formował syjonistyczny (zaprzeczający zarówno stereotypowi luftmenszostwa, jak i popularnemu obrazowi żydowskiego jałowego intelektualizmu242) "element produktywny", którego część zdołała dotrzeć do Palestyny i się tam osiedlić (interesujący jest fakt, że ugrupowanie, do którego należał - Al Hamiszmar - popierało emigrację wyłącznie "elementów produktywnych": robotników i rolników)243.

W getcie nie stracił żarliwości dla syjonistycznych ideałów. Bardzo chciał, by zadziałała znana mu sprzed wojny ich cudowna moc. Choć mówił: "Kiedyś byłem też członkiem partii, w getcie jednak jestem tylko Żydem i nikim więcej"244, to syjonistyczne w swej proweniencji hasło "iberszichtung", czyli wezwanie do masowego przysposabiania się i podejmowania pracy w fabrykach i warsztatach245 oraz na roli - jako działkowców246 i chaluców247 (sic!), nie schodziło z jego ust od owego pierwszego lutowego przemówienia248. Hasło to stało się podstawowym elementem jego konsekwentnie realizowanego planu, który na płaszczyźnie praktycznej zakładał uczynienie z getta autonomicznego i samowystarczalnego "miasta pracy"249 z powszechnym - chciałoby się rzec totalnym - zatrudnieniem ("Chciałem wprowadzić program powszechnej pracy"250). W tym kontekście interesujące są słowa, które wypowiedział Jehuda Widawski, więzień łódzkiego getta: "Rumkowski był rzetelny [...] nie myślał, żeby zachować coś dla siebie na po wojnie. Myślę, że ten kult pracy częściowo wynikał z wpływu partii [Ogólnych Syjonistów - M.P.]. On myślał, że jeśli Żydzi będą produktywni, to wszystko się odmieni"251.

W warstwie symbolicznej plan Rumkowskiego miał zaświadczać wobec - jak się wyrażał - "przedstawicieli władzy" (czyli Niemców) o absolutnej przydatności i produktywności narodu żydowskiego jako takiego, a zatem miał być mocnym argumentem w śmiertelnie poważnym targu o przetrwanie Żydów z łódzkiego getta252. Zarówno pojęcie autonomii, jak i ściśle z nim powiązana "samowystarczalność" getta były kolejnym głośnym echem syjonistycznych postulatów (rzecz jasna w odniesieniu do Erec Izrael)253. Badacz dziejów żydowskich David Biale podkreśla w swojej pracy szczególny szacunek syjonizmu dla instytucji państwa (veneration of the state) oraz wiarę w to, że rozwiąże ono wszystkie problemy Żydów254. Dla Rumkowskiego ukształtowanie getta na wzór samowystarczalnego państwa255, czy też jak zdrobniale (może nawet czule) się wyrażał "państewka"256 i utrzymanie jego autonomii257, było gwarancją rozwiązania problemu bezpieczeństwa jego mieszkańców, a tym samym stawało się dobrem najwyższym, które zobowiązywał się chronić za wszelką cenę, wielokroć mieniąc się jego "stróżem"258 i "strażnikiem"259.

Determinacja Prezesa, jak sądzę, wynikała nie tylko z syjonistycznego wychowania. Bardzo ważną rolę odegrał także czynnik religijny260. W poprzednim rozdziale wspominałam o specyficznej, bo litwackiej, głębokiej konfesyjności MChR. W tekstach swoich mów wielokrotnie przywoływał boskie imię261, mające zaświadczyć o szczerości jego zamiarów i słów, oraz przyzywał pomocy Boga262. Wprost deklarował: "Jestem osobą wierzącą", która ufa w "opiekę Opatrzności"263. Wielokrotnie zdarzało się, że rzetelne chederowe wykształcenie, które odebrał w Ilinie, narzucało jego zgoła świeckim publicznym wypowiedziom religijną metaforykę264. Czasem służyła mu ona również do tego, by nakreślić grozę sytuacji przez użycie czytelnych dla większości mieszkańców getta odniesień i formuł z Tanachu, gdy nie mógł lub nie chciał mówić wprost265. W czasie żydowskich świąt, dopóki ich obchodzenie było w getcie możliwe, uczestniczył w nabożeństwach, głęboko je przeżywając, a także dbał o to, by stworzyć mieszkańcom choć namiastkę świątecznej atmosfery266. Kilkakrotnie swoje decyzje motywował wprost wiernością prawu religijnemu i obyczajowi żydowskiemu. Tak było choćby w przypadku przyjęcia do getta transportów Żydów z prowincjonalnych miast i z Europy Zachodniej267 oraz kiedy odmówił zgody na adaptację kościołów katolickich stojących na terenie getta268. Wśród otwieranych w getcie szkół zatwierdzał i takie, które miały rozszerzony program religijny269. Dbał o kuchnie koszerne270 (sam przed wojną prowadził koszerny dom) oraz możliwość niewykonywania prac w soboty przez surowo przestrzegających szabasu271. Konsultował swoje posunięcia z kolegium rabinackim272 i wysłuchiwał jego opinii, nigdy jednak nie ulegał jego wpływom. Mimo braku akceptacji kolegium trwał przy swoich zamiarach zarówno w kwestii usuwania bród273 oraz skracania tradycyjnych długich ubrań (chałatów)274, jak i w sprawie przestrzegania niemieckiego zakazu tradycyjnego nauczania Tory i Talmudu (w chederach przez religijnych nauczycieli, czyli melamedów) i skupiania się w jesziwach (wbrew zakazowi istniało kilka nielegalnych jesziw, których członkowie nie pracowali, poświęcając się wyłącznie studiom275). Jednak prywatnemu i dyskretnemu nauczaniu religii dzieci Rumkowski nie tylko nie mógł, ale wyraźnie nie chciał zapobiegać. Jego pasierb Edward Klein pozostawił następujące świadectwo: "Od czasu do czasu przychodził do nas nauczyciel [wyróżnienie M.P.], to znaczy do mnie i do Staszka [pierwszy adoptowany syn Rumkowskiego, zginął z nim w Auschwitz - M.P.] i uczyliśmy się Tory, to wtedy nie było dozwolone. Wtedy Rumkowski razem z nami powtarzał słowa i się uśmiechał, słuchał nas"276.

Jeśli chodzi o zagadnienie wspierania niemieckiego zakazu tradycyjnego studiowania Ksiąg (podstawowego nakazu judaizmu), spędziłam dużo czasu na poszukiwaniu odpowiedzi, czy z punktu widzenia religii żydowskiej Rumkowski dopuścił się grzechu. Nie znalazłam jednak ani jednej wzmianki na ten temat. W ogóle zaskoczyła mnie mizerna liczba tekstów odnoszących się do życia religijnego w obozach i gettach, przede wszystkim najbardziej mnie interesującego getta łódzkiego. Czy nie jest zdumiewające, że - o ile mi wiadomo - ani w Polsce, ani poza jej granicami nie powstała na gruncie refleksji teologicznej, wsparta rzetelną kwerendą, praca o religijnych dylematach członków żydowskich rad, transgresjach Prawa lub wierności dochowanej mu przez szefów Judenratów? Zaskakuje mnie fakt, że nie podniósł się żaden rabiniczny głos, który wydałby halachiczny sąd o zachowaniach funkcjonariuszy bejratów. Brakuje go również w wydanej w 2002 r. po hebrajsku dwutomowej pracy religijnej badaczki277 Esther Farbstein B'Seter Ra'am278. Jest to chyba najobszerniejsze, a na pewno najnowsze opracowanie na temat prawnych i moralnych dylematów w okresie Zagłady. Farbstein, podobnie jak Pesach Schindler, autor monografii poświęconej postawom chasydzkich przewodników duchowych w okresie Holokaustu279, skupia się przede wszystkim na roli i działaniach przywódców religijnych, a nie świeckich liderów z gett. Autorka poświęca co prawda gettu łódzkiemu wiele akapitów, ale analizuje głównie dokumenty z posiedzeń rabinatu. Jej wiedza o Rumkowskim ograniczona jest do kilku lektur, z których czerpie nie zawsze potwierdzone wiadomości280. Nie przestudiowawszy należycie ani tekstów, ani biografii Rumkowskiego, jest mu apriorycznie niechętna, jako - w jej oczach - człowiekowi lekceważącemu religię. Lektura jej pracy dostarcza jednak kilku informacji.

Oceniając postępowanie Rumkowskiego w sprawie zakazu nauczania, skłonna jestem przypuszczać, że nie popełnił on religijnego wykroczenia. Po pierwsze nauczanie religijne (w zmodernizowanej postaci) było prowadzone w szkołach getta281, po drugie Rumkowski wiedząc, że ujawnienie prywatnych praktyk niosło za sobą nie tylko groźbę utraty życia przez bezpośrednio zaangażowanych, ale miało konsekwencje dla całego getta, mógł się powołać na rabiniczną koncepcję "pikuach nefesz" (przen. ocalenie życia), która pozwala, w imię ocalania zagrożonego życia, odstąpić od religijnych nakazów (nie można jej stosować w przypadku idolatrii, morderstwa, kazirodztwa i cudzołóstwa)282. Dużo łatwiej ocenić mi jego (uprzedzającą niemieckie zarządzenia) decyzję o skracaniu chałatów oraz ścinaniu bród i pejsów. Poza racjonalną przesłanką, jaką była trudność w utrzymaniu higieny, oraz pragnieniem zapobieżenia niemieckiej interwencji, szukać tu należy, moim zdaniem, elementu osobistej niechęci Rumkowskiego do chasydzkich tradycjonalistów, która musiała tkwić w nim jako syjoniście (chasydyzm sprzeciwiał się koncepcjom syjonistycznym283). Przede wszystkim jednak uprzedzenie Rumkowskiego brało się z jego litwackości, którą charakteryzowałam już jako antytezę chasydyzmu. Będąc doskonałym wcieleniem litwaka284, Rumkowski gromił w swoich mowach chasydów - niebezpiecznych "fanatyków"285 - i przypominał im, że długie ubrania nie są nakazem religijnym. Jako przykład podawał, że "przed wojną wielu religijnych Żydów jeździło do Niemiec [i] wkrótce zakładało tam krótkie ubrania"286. W mowie do warszawskich Żydów287 żartobliwie siebie charakteryzował: "Ich bin a litwak, ich gole zych" (Jestem litwakiem, golę się). Rzeczywiście, jego twarz była gładka. Nie nosił brody. Zwyczajem litwaków nie zapuszczał, tak charakterystycznych dla chasydów i niebędących wcale wymogiem religijnym, pejsów288. Jego zamiar ogolenia i przebrania w krótkie stroje chasydzkich mieszkańców getta miał więc dwa wymiary: prewencyjny i osobisty, przy czym ten drugi powinien być chyba rozpatrywany jako próba cywilizowania ortodoksów przez nigdy nieustającego w reformatorskich zapędach litwaka - dziedzica haskali. Litwacki bagaż znaczył jednak dla Rumkowskiego więcej niż toczenie cywilizacyjnej wojny z chasydzką zachowawczością. Determinował, moim zdaniem, jego stosunek do władzy sprawowanej przez niego w getcie.

Aby tego dowieść, chcę najpierw sięgnąć do wydanego w 1980 r. (i wciąż bardzo popularnego w rozważaniach o łódzkim getcie) tekstu Filipa Friedmana289 Pseudo-saviours in the Polish Ghettos: Mordekhay Rumkowski290. Autor rozpoczął go następującymi słowami: "W starożytnym Izraelu pojawienie się fałszywych mesjaszów wiązało się zazwyczaj z religijnymi rewolucjami. Wewnętrzne przekonania, ludzkie nadzieje i marzenia wyrażały się w tym, co głosili fałszywi mesjasze. Dlatego też termin "fałszywi mesjasze" nie jest właściwy w odniesieniu do Żydów, którzy w gettach okupowanej przez Niemców Polski podjęli się zadania ocalenia Izraela. Byli oni fałszywymi wybawcami, a nie fałszywymi mesjaszami [...] Fałszywi wybawcy polskich gett czerpali nie z mesjańskiej tradycji Izraela, ale z obcych, pogańskich źródeł"291. Mimo zarysowania przez Friedmana różnicy między żydowskim a "pogańskim", faszystowskim mesjanizmem292, którego śladem miał, według autora, pójść nie tylko Rumkowski, ale również Jakub Gens z Wilna i Mojżesz Merin z Sosnowca, oraz wskazania ważnej dla jego rozważań nietożsamości pojęcia "messiah" (mesjasz) i "saviour" (wybawca), tekst Friedmana mimowolnie zasugerował (forsowany zresztą nieco później przez Wolfa Jasnego293 oraz przez Jeszaję Trunka294) ogląd Rumkowskiego jako człowieka ogarniętego czymś, co nazwać by można furor mesianicus - wiarą w boskie namaszczenie295, w szczególną misję wybrańca, który pokona wszelkie przeszkody mocny swoim naznaczeniem. Muszę przyznać, że obraz Rumkowskiego - szalonego "starca" upojonego mesjańskimi wizjami, wydał mi się kiedyś bardzo pociągający. Pisałam o tym w dwóch artykułach296. Teraz ze wstydem uznaję swój błąd, który polegał na nie dość uważnej lekturze źródłowej i na zbyt dużym zaufaniu, jakim obdarzyłam słowa klasyków historiografii getta łódzkiego. Nie wiedziałam wówczas, że przypisywanie litwakowi mesjanizujących skłonności jest niedorzecznością, bo przecież litwacki typ judaizmu z całą mocą odrzuca ruchy chasydzkie i mesjanizm w ogóle. Wizja Boga ingerującego w bieg historii, posyłającego na świat swego mesjasza-zbawcę, w skrajnym wypadku "Boga na zawołanie", Boga, który jest "więźniem ludzkiej pobożności", który ma "obowiązek" w cudowny sposób odpowiadać na ludzkie niedole i cierpienia, była dla niego nie do przyjęcia. Dramatyczne dzieje fałszywych mesjaszów (Sabataja Cwiego297, Jakuba Franka298 i innych) stanowiły dla litwaków niezbity dowód na to, że charakterystyczne dla chasydyzmu i ruchów mesjańskich oczekiwanie doraźnej, cudownej interwencji Boga grozi - by użyć języka Biblii - odpadnięciem od Prawa i Przymierza. Dlatego przywiązanie do niezmiennej, wiekuistej Tory i lęk przed "szaleństwem bezpośredniego kontaktu z Sacrum bez pośrednictwa rozumu"299.

W mowach Rumkowskiego trafiamy trzy razy na werbalny ślad tej litwackiej niechęci do religijnej doraźności i frenetyczności. 10 sierpnia 1941 r., w nieco żartobliwej manierze, MChR zwrócił się do zgromadzonych w kuchni dla inteligencji przy ul. Zgierskiej 41: "Nie mam nadziei na to, że Mesjasz jest już za drzwiami, prawdopodobnie przyjdzie z pewnym opóźnieniem..."300. Natomiast zupełnie już poważnie dwukrotnie ostrzegł tam zgromadzonych: "Niemożebne jest liczyć tylko na cuda"301. Istotne jest też to, że w jego wypowiedziach brak jest tak typowych dla przywódców charyzmatycznych słów "misja" czy "posłannictwo"302.

Ilekroć Rumkowski odnosił się do - nazwijmy to - pochodzenia swej władzy, wskazywał na "gojrl", czyli "los" - przypadek, szansę. Można by oczywiście zadać pytanie, czy dla wierzącego Żyda ów "gojrl" nie jest synonimem boskiego zrządzenia, "przeznaczenia" (w znaczeniu "baszert"303), ale pewniejsze jest, że w getcie Prezes używał go w pospolitym, świeckim znaczeniu "przypadku", ponieważ był świadomy, iż mogło być inaczej, a zdarzyło się właśnie tak. Mówił o tym do Żydów, którzy dotarli do getta z Europy Zachodniej: "Los przydzielił mi to bardzo trudne stanowisko. Może ja sam jestem temu winny, bo gdybym w swoim czasie wraz z tysiącami innych Żydów uciekł, byłoby mi lżej. Nie zrobiłem tego jednak, bo w czasie nieszczęścia nie wolno mi było uciekać"304. W tym ostatnim zdaniu ujawnił bardzo istotną rzecz, która pomogła mi w rozumieniu jego roli jako Przełożonego Starszeństwa. Odwołał się mianowicie do poczucia obowiązku. Cytowana już w tej pracy Tania Fuks napisała w swoich wspomnieniach, że po wejściu Niemców do Łodzi wahała się, podobnie jak tysiące innych osób, czy ma zostać w mieście, czy też je opuścić. Po radę udała się do "człowieka, który mógł mi [tj. Tani Fuks - M.P.] dać właściwą wskazówkę i tym człowiekiem był Rumkowski". Powiedział jej wówczas: "Jeśli może pani wyjechać - niech pani wyjeżdża! Nie ma na co czekać, aby tylko jak najdalej stąd, jest źle!"305. Tak diagnozował sytuację jeszcze przed powstaniem getta, ale jednak sam nie opuścił Łodzi. Jak wiadomo, mianowanie go Przełożonym było dziełem przypadku, odrzucić więc należy spekulacje na temat tego, że usidliły go obietnica i żądza objęcia władzy306. Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się właśnie to, że nie chciał wyjechać, ponieważ był podwójnie zakotwiczony - etosem syjonistycznego działacza zasiadającego w ostatniej przedwojennej radzie łódzkiej gminy żydowskiej i prezesa zarządu trzech instytucji opiekuńczych. Pozostał w Łodzi, ponieważ czuł się odpowiedzialny za tych, których reprezentował w gminie jako dozor, i za tych, których wychowywał w Helenówku i w bursach. Tak też w swoich wspomnieniach interpretował decyzję Rumkowskiego Icchak Grünbaum. Pisząc o ciężarze odpowiedzialności, którą na swoje barki musieli wziąć dwaj szefowie Judenratów: MChR w Łodzi i Adam Czerniaków w Warszawie, zaznaczył: "nie mam wątpliwości, że chcieli pomóc żydowskim masom, chcieli stanąć między nimi a niemieckim okupantem [...] i starali się je obronić przed prześladowaniami lub prześladowania te chociażby złagodzić. W mediowaniu z [Niemcami], w zorganizowanym wysiłku, w podejmowaniu rozmaitych działań i w fortelach dostrzegli sposób na odsunięcie niebezpieczeństwa"307.

Rumkowski po wyznaczeniu go przez Niemców Przełożonym łódzkiej żydowskiej społeczności, choć świadomy grozy sytuacji, z energią i systematycznością (podkreślanymi nawet przez niechętnych mu historiografów) zabrał się do organizowania żydowskiego życia na nowo, głosząc hasło "praca". 16 listopada 1941 r., w rocznicę gettowego resortu kapeluszy, wrócił do tamtego, pierwszego okresu w następujących słowach: "Myśl o pracy powstała wcześniej, zanim weszliśmy do getta. Wielu chciało mnie zakrzyczeć i zrobić ze mnie wariata. Na całe szczęście znalazło się jeszcze kilku szaleńców, którzy tak jak ja zrozumieli, że nie można siedzieć z założonymi rękami i trzeba się wziąć do roboty. Gdybym wtedy nie znalazł bliskich współpracowników i fachowców, którzy nie myśleli tylko o sobie i swoich rodzinach, ale o dobru całości, nie świętowalibyśmy dziś jubileuszu przy biało nakrytych stołach...".

Jak starałam się wcześniej pokazać, "myśl o pracy" czy w ogóle pojęcie "praca" stało się dla Rumkowskiego w getcie synonimem wartości absolutnej. Widząc w pracy ratunek i panaceum na problemy getta, podporządkowywał jej rytm swego życia308 i egzystencję mieszkańców zamkniętej dzielnicy. Niczym nowy Mojżesz skodyfikował nowe prawo życia, którego pierwszym i jedynym przykazaniem było "pracuj". Nie wspominam w tym miejscu imienia Mojżesza, by osiągnąć stylistyczny efekt, ale dlatego, że sam Rumkowski w jednej ze swoich mów wyraźnie nawiązał do jego roli w dramatycznej historii wędrówki ludu Izraela przez pustynię: "Trzeba się w czasie tej przeprawy wysilić, by nie umrzeć, nie daj Bóg, z głodu i pragnienia. Były dwa wyjścia: pieniądze albo praca. Narzekaniem i płaczem na nasz los nic się nie zmieni. Nie mamy pieniędzy, dlatego zaraz po naszym wejściu do getta rzuciłem hasło: praca [wyróżnienie w oryginale]"309. W tym miejscu warto też zwrócić uwagę na imię kolejnego żydowskiego przywódcy - Józefa, pojawiające się expressis verbis w tekstach Prezesa310. Zdaje się, że Rumkowski szczególnie cenił jego przezorność i gospodarność, i lubił się do niego porównywać, jak to na przykład uczynił w mowie z 10 sierpnia 1941 r.: "Jeśli chodzi o chleb, nauczyłem się od Józefa z Egiptu. Zebrałem mąkę w spichlerzach i kiedy trzeba było, otwierałem je i wydawałem po 40 dag na osobę zamiast 33, a tyle dostaje ludność w Litzmannstadt"311.

Jednak ani Mojżesz, ani Józef nie patronowali jego rządom w getcie. Rumkowski ogłosił się bowiem expressis verbis dyktatorem (w mowie kierowanej do warszawskich Żydów stwierdził "diktatorstwe - niszt ka miese wort" [dyktatura nie jest brzydkim słowem])312, który zaciska dłoń "w kułak"313. W pełni świadomie puścił się ścieżką, którą w dziejach Izraela chadzało niewielu. Po jesiennych i zimowych strajkach 1940/1941 r. uznał, że tylko ta forma rządów może się sprawdzić w getcie w sytuacji kryzysu314. Pluralizmowi stanowisk oraz delegatom pracowniczym i związkowym odmawiał racji bytu, wszelkie dyskusje ucinał nieznoszącym sprzeciwu hasłem: "Politykowanie i bawienie się w wiece to sprawa normalnych czasów"315. Wiedział, że w ten sposób łamie zasadę demokratycznych rządów, a także że wchodzi w konflikt z żydowską tradycją. 27 lutego w otwartym po strajkach resorcie stolarskim wyznawał: "Aby ratować getto, muszę działać szybko, jak chirurg, który amputuje członki, by serce nie ustało... [...] Prawda, że w bejs-din na pewno byście wygrali, ale na razie nie czas na to"316. Bejs-din, religijny żydowski sąd, kierowałby się w jego sprawie zapewne tym, co wykłada Hal M. Lewis w pracy Models and Meanings in the History of Jewish Leadership: "Bóg jest absolutny. Zatem żadna ludzka władza nigdy nie może być hegemonią. W istocie rządzenia tkwi błądzenie; władza, dla swego dobra, winna być dzielona i ograniczana [...]. Posłuszeństwo boskiemu prawu oznacza, że dyktatura, jakkolwiek doraźnie skuteczna, jest wykolejeniem i trzeba jej unikać"317. Lewis opisuje obowiązujący w judaizmie paradygmat ketarktycznego equilibrium318 (będącego podstawą podziału władzy), któremu przez wieki starali się dochowywać wierności żydowscy liderzy: kapłani, prorocy, królowie, uczeni w Piśmie parnasi, sztadlani, rabini. Jednak, co istotne, nie przekreśla wagi i znaczenia scentralizowanej władzy (centralized leadership), która w określonych, kryzysowych momentach historii Żydów okazywała się mieć, jego zdaniem, pewne zalety319. Niestety, nie analizuje on w ogóle okresu drugiej wojny światowej i problemu przywództwa w gettach ani nie wyjaśnia przyczyn pominięcia tego aspektu, a przecież - jak mniemam - ten uznany ekspert w dziedzinie historii żydowskiego przywództwa320 mógłby znacząco wpłynąć na nasze rozumienie na przykład postaci Rumkowskiego i jego działań, przede wszystkim w zakresie zachwiania ketarktycznego equilibrium321.

Również Ruth Wisse, autorka przekrojowej książki na temat dziejów stosunku Żydów do władzy i jej instytucji (żydowskich i nieżydowskich), właściwie nie podejmuje problemu gett i ich administracji322. W ledwie czterostronicowym rozdziale zatytułowanym "Holocaust and History" pisze, nie skupiając się na żadnym konkretnym przykładzie, w następujący sposób: "W groteskowy sposób autonomia żydowskiej społeczności w getcie przypominała tę z czasów średniowiecza, gdyż Judenrat funkcjonował jak forma miejskiego zarządu. Kiedy zaczęły się deportacje, Judenrat nawet przekroczył uprawnienia z okresu średniowiecza, decydując o tym, kto ma żyć, a kto umrzeć. Ta "autonomia" i "władza" były oczywiście zupełną blagą, ponieważ Judenrat podlegał kontroli władz niemieckich, a jego przewodniczący nie mieli wpływu na ostateczny los Żydów"323.

Trudno nie zgodzić się z autorką, że z perspektywy oprawców mająca przypominać "średniowieczną" autonomia gett była niczym innym, jak tylko blagą (sham), ale mnie interesuje to, czym mogła być w oczach konkretnych ludzi, a ściślej - człowieka o nazwisku Rumkowski, osadzonego głęboko w tradycji i religii żydowskiej, dla którego - w tej perspektywie - getto stanowiło jedno z ogniw łańcucha dramatycznych losów narodu na wygnaniu. Tyle że tym razem sytuacja Żydów stała się szczególnie trudna324. Chcąc stawić czoła (nazywanej zgodnie ze średniowieczną tradycją) "a naje gzejre"325 (jid. nowa opresja), Rumkowski reagował jak wielu innych żydowskich "liderów" z przeszłości, to znaczy starał się realizować w getcie starą i sprawdzoną w diasporze przez lud Izraela "zasadę komplementarności" (politics of complementarity), czyli dawanie z siebie maksimum, tak by zasłużyć swoim znakomitym zachowaniem i służbą na bycie tolerowanym przez nieżydowską władzę326. W wizji Rumkowskiego "komplementarność" miała przyjąć postać wydajnej, wykonywanej bez zarzutu pracy, z której owoców korzystali Niemcy, oraz bezwarunkowego podporządkowania się ich zarządzeniom, by zachować życie. W tym kontekście nieprzypadkowe wydaje się to, że zgodnie z pochodzącą z III w. diasporalną tradycją żydowską niemieckie zarządzenia określano w łódzkim getcie formułą "dines demalches dine" (prawo państwowe prawem [żydowskim])327. Jak pisze Wisse, w średniowieczu "rabini byli tymi, którzy obwieszczali prawo [państwowe]. Żydzi formalnie podlegali władzy żydowskiej [tu rabinicznej - M.P.], która z kolei podlegała władcy, odpowiednio się z nim układając. W ten sposób prawo państwowe nieżydowskie włączano w system prawa żydowskiego i stawało się ono obowiązujące dla Żydów"328.

Zachowując proporcje, można tu chyba dostrzec podobieństwo do implementacji prawa w getcie. Analogia pojawia się też w następującym szczególe. Oto po rozbiorach Rzeczypospolitej między nowymi państwowymi granicami nasilił się szmugiel. Stał się on dla gmin żydowskich dużym problemem, gdyż organizujący kontrabandę Żydzi łamali prawo państwowe (dines demalches), zagrażając w ten sposób bezpieczeństwu gminnego ogółu. W 1820 r. w Wilnie, na żądanie carskich władz, obłożono szmuglerów klątwą (cheremem). Rabini uczynili to w imię ochrony własnej społeczności przed sankcjami (ograniczeniem możliwości osiedlania i ekspulsjami), choć zdawali sobie sprawę, że dla wielu przemytników kontrabanda była w tych bardzo trudnych czasach jedynym źródłem utrzymania329. Wydaje mi się, że motywy kierujące Rumkowskim dążącym do zapobieżenia szmuglowi w getcie były podobne, a nawet tożsame - świadom konsekwencji przestępstwa pragnął za wszelką cenę zapobiec niemieckim represjom330. Do wewnętrznego zwalczania szmuglu użył jednak innej niż rabiniczne autorytety metody. Zgodnie ze swym hasłem - "by ratować całość, poświęcę jednostkę"331 - szmuglerów, a także złodziei oraz tak zwanych "plotkarzy" kolportujących nielegalne wiadomości332 (pochodzące z nieoficjalnych i zabronionych przez Niemców kanałów) chłostał publicznie333, zamykał w więzieniu, a ostatecznie wpisywał na listy pierwszych transportów z getta. Wyznaczając ich do wywózki, powoływał się na pochodzący z Dewarim (Księgi Powtórzonego Prawa) passus: "Usuniesz zło spośród siebie". Księga ta stanowi kodeks żydowskiego prawa wspólnotowego. Słowa o "usuwaniu zła" pojawiają się w niej dziewięciokrotnie w formułach prawnych ustanawiających karę śmierci za poszczególne rodzaje przestępstw334.

Czy Rumkowski od początku wiedział, jaki los gotują wysłanym Niemcy? Czy rozumiał, że transporty, które zaczęły odchodzić z getta w styczniu 1942 r., kierowane były do obozu zagłady? Nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat. Są tylko słowa Rumkowskiego, które próbuję zrozumieć i interpretować. Użyte przez niego cytaty są, moim zdaniem, jednoznaczne - zdawał sobie sprawę z tego, że wywiezionym grozi śmierć. Wyznaczał ich jednak, ponieważ wiedział, że jeśli nie zrobi tego sam, zajmą się tym ci, o których w swoich przemówieniach mówił "inni" (tj. Niemcy). W świetle żydowskiego prawa jego czyn mógł znaleźć usprawiedliwienie, ponieważ "usuwani" byli nikim innym, jak tylko dwudziestowieczną odmianą moserów - wszechobecnych w diasporalnej historii informatorów, zdrajców, czasem konwertytów dla zysku, którzy donosili na Żydów organom władzy. W ujęciu Rumkowskiego moserami w getcie byli wszyscy ci, którzy swoją niesubordynacją, nierozważnym słowem lub czynem ("prowokatorzy i plotkarze"335) narażali ogół na niemieckie represje336. W rozproszonych po nowożytnym świecie gminach żydowskich mosera wolno było zabić bez ostrzeżenia, mimo że religia i kultura żydowska w diasporze praktycznie wykluczały karę śmierci337.

Sporządzając w styczniu i lutym 1942 r. pierwsze listy z nazwiskami "moserów", Prezes mógł mieć nadzieję, że ratuje getto, gdyż taka "ofiara"338 trwale zaspokoi Niemców. Jednak "korbn ojle"339 okazała się tylko uwerturą do kolejnych niemieckich żądań i systematycznego masowego zabijania łódzkich Żydów340, wobec którego bezsilne stawały się wszystkie dotychczasowe, wypracowywane przez wieki, świeckie i religijne żydowskie zasady i strategie. Kiedy jesienią 1942 r. Niemcy zażądali 24 tys. osób, Rumkowski zdecydował, że nie odda tak wielkiej liczby ludzi. Po dramatycznych negocjacjach z Niemcami udało mu się ją zmniejszyć do 20 tys., pod jednym wszakże warunkiem - wydania dzieci do 10. roku życia, starców oraz chorych. 4 września na placu straży pożarnej Rumkowski wygłosił mowę, której odręcznie spisany tekst znalazłam w APŁ341. Autorem zapisu najprawdopodobniej jest Szmul Rozensztajn. Niemal ten sam tekst dołączył do swoich notatników Józef Zelkowicz. Jedyną różnicą między rękopisem z łódzkiego archiwum a notą Zelkowicza są opisy reakcji tłumu umieszczone przez niego w nawiasach. Najprawdopodobniej Rozensztajn przekazał swój zapis Zelkowiczowi, ten zaś go uzupełnił.

W mowie z 4 września Rumkowski na próżno starał się argumentować, że jego "obowiązkiem jest chronić resztę Żydów", a zatem lepiej jest zachować 80-90 tys., niż pozwolić na zagładę wszystkich342. Tłum nie był gotowy na przeprowadzenie takiej kalkulacji. Nie chciał i nie rozumiał arytmetyki ocalenia. Najpierw odrętwiały, a potem oszalały rzucił się do domów, by poukrywać najbliższych, wyznaczonych do deportacji. Najwymowniejsze świadectwo tamtych dni pozostawił Józef Zelkowicz343. Wówczas, we wrześniu Rumkowski musiał wiedzieć, że nie może się już powołać na żadną z liter boskiego Prawa. Również rabini, z którymi się konsultował (robił to i przed pierwszymi wywózkami344), nie mogli mieć wątpliwości co do oceny tej sytuacji. Eliezer Berkovits, błędnie zresztą, przypisał jednemu z członków kolegium rabinackiego - Nechemii Alterowi, wypowiedzenie wówczas talmudycznej frazy: "Co pozwala Ci myśleć, że twoja krew jest czerwieńsza od krwi twego brata" (Pesachim 25b.)345. Z punktu widzenia halachy jedynym słusznym posunięciem Rumkowskiego było odmówienie sporządzenia takich list deportacyjnych. On jednak, łamiąc żydowskie prawo, wybrał poddanie się niemieckiemu rozkazowi, licząc na to, że będzie mógł łagodząco wpłynąć na kształt deportacji346. Jak się jednak okazało, Niemcy wkroczyli do getta, krwawo je dziesiątkując. Przywoływana wcześniej Esther Farbstein wskazuje w swojej książce, że w czasie wrześniowych wywózek Rumkowski dopuścił się tego, co nazywa się mesira la hariga, czyli wydania kogoś na śmierć, i w ten sposób sam, wedle Prawa, stał się moserem. Trzeba jednak pamiętać o tym, że autorka opierała swój sąd na mylnym założeniu, iż Rumkowski sam postanowił oddać dzieci jako tzw. element nieproduktywny. Tymczasem, jak wiemy, był to warunek postawiony przez Niemców347.

7 października 1942 r. redagowany po polsku Biuletyn Kroniki Codziennej podał treść pierwszego po wrześniowej szperze348 (i apelu Rumkowskiego z 4 września) przemówienia Prezesa. Nie było w nim żadnych odniesień do deportacji. Nieco wytłumione, ale pojawiły się za to zasadnicze dla jego retoryki wątki: praca, posłuszeństwo, spokój oraz deklaracje niezłomności. Zwracając się do obecnych przy ul. Krawieckiej 3, mimo niedawnych tak dramatycznych wydarzeń, miał wciąż nadzieję na budowanie gettowej autonomii, na zrealizowanie się jego planu ocalenia pod hasłem "praca". Do końca 1942 r. wystąpił jeszcze kilka razy (ale nie dysponujemy tymi zapisami349). W 1943 r. pojawił się na scenie Domu Kultury tylko raz (w marcu) i przyznał się do porażki: "Mieliśmy kiedyś [...] autonomię. Ale w miarę postępowania wydarzeń autonomię tę obcinano kawałek po kawałku, stąd też pozostały po niej tylko nikłe resztki"350. Mimo to nie przestawał wyliczać zalet przewarstwowienia i uczciwej pracy. W sierpniu zamknięto Dom Kultury, ale w grudniu 1943 r. zjawił się w nim Hans Biebow, niemiecki kierownik zarządu getta, by wygłosić mowę do 400 żydowskich słuchaczy351 - kierowników resortów i przedstawicieli administracji. W 1944 r. Rumkowski przemawiał jeszcze dwukrotnie - 16 lipca do kierowników zakładów i wydziałów oraz 24 lipca do pracowników zakładu szewskiego. Do pierwszych zwrócił się m.in. w takich słowach: "Teraz naszym zadaniem jest ponownie wypełnić luki. Od jutra produkcja musi znów odbywać się normalnie, więcej, musi zostać znacznie zwiększona. Sam wziąłem w swoje ręce sprawę ponownego przywrócenia porządku"352. Szewcy natomiast usłyszeli: "Trzeba [...] w pierwszym rzędzie zachować najwyższy spokój. Nie politykować, lecz skoncentrować się tylko na pracy"353. Kiedy wypowiadał te kwestie, część łódzkich Żydów została już zgładzona w Chełmnie nad Nerem354, pozostali mieli wkrótce pojechać do Auschwitz, wraz z nimi Rumkowski...

Jeśli uznamy, że w getcie wiedziano o przeznaczeniu tych transportów, to czy jest możliwe, że ten uparty litwak-syjonista nadal wierzył w słowną moc zaklinania rzeczywistości, nawet wtedy, w lipcu 1944 r.? A może było tak, że w pełni świadomy klęski swoich zamierzeń, słowem kompensował niemożność realnego wpływu na bieg wydarzeń? To pytanie zadałam sobie, czytając pracę językoznawcy Jamesa Matisoffa, poświęconą wyrażeniom emotywnym w jidysz355. Autor zauważył, że w tradycji żydowskiej naturalną reakcją na dramatyczne wydarzenia i poczucie osobistej bezsilności wobec losu była werbalna aktywność pełniąca funkcję mechanizmu kompensacyjnego, zastępująca działanie w świecie realnym. Rumkowski, tak świadomy swej etnicznej i kulturowej przynależności, mógł więc w ostatnich chwilach getta szukać ucieczki w tym, co przez wieki było jedynym orężem dostępnym Żydom - w słowie. Przez stulecia w gromionych miastach i miasteczkach, wśród lamentów, prześladowców rażono przekleństwami, z których najpoważniejsze brzmiało "Jimach szemoj", czyli "Niech imię jego będzie wymazane [z księgi życia]"356. Rumkowski nie przeklinał. Od początku realizując politykę niezwykle ostrożnego postępowania z Niemcami, gotowymi w każdej chwili do pacyfikacji getta, nie tylko nie chciał, ale i nie mógł ostentacyjnie wyrażać swoich emocji. Pozostawało mu krańcowo powściągliwe namawianie do zachowania spokoju i pracy, choć w jego skuteczność sam już nie wierzył.

Na zorganizowanych resortowych spotkaniach z wybranymi oraz w Domu Kultury reakcje słuchaczy na wystąpienia Prezesa były zawsze pozytywne. Rumkowskiego uważnie wówczas słuchano i oklaskiwano. W czasie strajków i niepokojów wygwizdywano i przerywano jego przemowy obelgami. O tych skrajnych reakcjach możemy przeczytać w zapisach oficjalnych - w Biuletynie Kroniki Codziennej oraz w Notatniku Rozensztajna. Oba te teksty wyraźnie sugerują, że już samo wygłoszenie mowy lub poniechanie tego zamiaru przez Rumkowskiego wpływało na nastroje w getcie357. Mało natomiast zachowało się relacji autonomicznych, sensu stricto prywatnych. Obraz reakcji więźniów getta na hiobowe wieści przekazane przez Rumkowskiego we wrześniu 1942 r. pozostawiony przez Zelkowicza jest autentyczną relacją, ale w literackiej, wyrafinowanej formie.

Surowe w swym kształcie wspomnienie z tamtego dnia przechował natomiast Henryk Francuz, elektryk montujący mikrofony, który 4 września 1942 r. z dachu budynku przy placu straży pożarnej zobaczył Prezesa przygotowującego się do stanięcia przed tłumem: "Zatrzymał się i długo poprawiał swoje lekko stłamszone pod kapeluszem włosy. Robił to ze skrupulatnością i z całkowitym oddaniem się temu zajęciu. Po paru minutach z wzniesionymi do nieba rękoma, w teatralnej pozie, zdławionym głosem wypowiedział: "Dajcie mi wasze dzieci". Pomyślałem, że ten człowiek jest komediantem. Odurzony panegirykami na swą cześć, przekonany o swojej misji życiowej - szaleniec, któremu władza uderzyła do głowy"358. Inny mieszkaniec getta, Jakub Poznański, przysłuchiwał się mowom Rumkowskiego dwukrotnie. W swoim dzienniku powściągliwie zapisał: "w poniedziałek odwiedził nasz resort Prezes i miał przemówienie do pracowników. Mówił o tym, żeby nie politykować, żeby nie chcieć sprowadzić Mesjasza przed czasem, i o tym, że ma 30 milionów kg kartofli i warzyw"359; "We czwartek miał przemówienie o godz. 12-ej na Placu Strażackim Prezes Rumkowski, który również namawiał do posłuchu wobec władz niemieckich"360. Inżynier Poznański nie wyraził własnych odczuć. Nie odtworzyła ich też po latach Rywa Chirurg, która słyszała kilka przemówień MChR. Z jednego ze styczniowych wystąpień zapamiętała tylko kilka motywów: "Rumkowski przemawiał jak prorok, który wierzy w misję zleconą mu przez Boga. Ostrzegał, przekonywał, obiecywał. Wskazywał ścieżkę, którą należy podążać. Przysięgał na swe słowo honoru, że nic złego lub niebezpiecznego nie kryje się za Komisją [wysiedleńczą - M.P.] i listami [deportacyjnymi - M.P.]. Potępiał podżegaczy i rozsiewających plotki i przyrzekał, że nic nie grozi ludziom dobrej pracy. Rezultatem tej słynnej mowy było uspokojenie się ludzi"361. Uczeń i autor dziennika Dawid Sierakowiak skomentował mowę Rumkowskiego z 30 sierpnia 1941 r., pisząc: "Rumkowski miał prawdziwie "führerowską" mowę"362. Zgodnie z zapisem z Notatnika Szmula Rozensztajna tego dnia Rumkowski przemawiał do pracowników piekarń. Najprawdopodobniej więc Sierakowiak sam nie słyszał przemówienia, lecz jedynie o nim wiedział. Skąd się jednak wzięło porównanie do Hitlera?363 Oczywiście nie mogło chodzić o podobieństwo treściowe. Informator Sierakowiaka mógł mieć na myśli żywą gestykulację i wyrazistą mimikę Rumkowskiego - mówcy. Mylił się jednak, przeprowadzając swoje porównanie, bo sposób, w jaki przemawiał MChR, z natury rzeczy był bardzo daleki od sposobu przemawiania nazistowskiego dyktatora. Na zachowanych zdjęciach364 widać bowiem wyraźnie, że ruchy Rumkowskiego odpowiadają klasyfikacji dokonanej w latach trzydziestych XX w. przez Davida Efrona, argentyńskiego socjologa badającego w Nowym Jorku zachowania niezasymilowanych diasporalnych Żydów pochodzących z terenów Królestwa i Litwy365. Efron zaobserwował, iż gesty żydowskich emigrantów mają fizycznie mały zasięg (w oryginale badacz używa wyrazu "radius" [kąt]). Ruchy rąk żydowskiego mówcy oscylują wokół klatki piersiowej i głowy w kierunku ku górze lub ku dołowi albo ku rozmówcy/słuchaczowi. Charakterystyczne jest też unieruchomienie łokcia trzymanego blisko ciała i gestykulowanie tylko (częstokroć jednym) przedramieniem oraz dłońmi, a także ciasne układanie rąk wzdłuż ciała, w pozycji "na baczność". Ogólnie gestykulację żydowskiego (roz)mówcy Efron nazywa "dośrodkową" ("centripetal"). Taka jest też utrwalona na fotografiach z getta gestykulacja MChR. Nosi ona wszystkie opisane przez Efrona cechy. I pod tym względem Przełożony łódzkiego getta okazał się typowym przedstawicielem tradycyjnego, acz oświeconego żydostwa Europy Środkowo-Wschodniej.

Rozdział IIIBohater Notatnika Szmula Rozensztajna, "Geto-Cajtung" i Biuletynu Kroniki Codziennej

W tekstach poświęconych gettu Litzmannstadt nie ma wielu wzmianek o Szmulu Rozensztajnie, a jeśli się pojawiają, to sporo w nich niechęci do tej osoby. Nieprzejednanym jego wrogiem był historyk Ber Mark. W 1954 r. na łamach ukazującego się w Buenos Aires miesięcznika "Undzer Lodż" Ber Mark pogrupował aktywne literacko postaci getta. Rozensztajn (wraz z poetą Grafem Kalim366) znalazł się wśród tych twórców, którzy "swoje pióro zaprzedali reżimowi Rumkowskiego"367. Mark nazwał Rozensztajna "grafomańskim hojfzingerem"368, czyli nadwornym śpiewakiem Prezesa. Chaim Lejb Fuks, autor wspomnieniowej Lodż szel majle, obdarzył go niepochlebnym przydomkiem (znów dzielonym z Grafem Kalim) "Wilder" (jid. dosł. dziki, w tym kontekście odszczepieniec, wyrzutek)369. Josef Okrutny w wydawanym w amerykańskiej zonie periodyku "Der Ibergang" zjadliwie komentował nie tylko działalność, lecz także powierzchowność Rozensztajna: "Der kurcfisiker lererl Szmul Rozensztejn mitn parmet geknejcztn goln geln ponem un mongoliszer noz" (Krótkonogi belfer Szmul Rozensztajn o wygolonej, żółtej i pomarszczonej jak pergamin twarzy i mongolskim nosie)370. Przychylniej wyrażał się o nim Nachman Blumental, który pracując dla Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej w Łodzi, wydał w 1946 r. tomik ocalałych z getta utworów poety Symchy Szajewicza zatytułowany Lech-lecho371. Zamieścił tam faksymile supliki artysty kierowanej do Rozensztajna372. Młody twórca w afektowanym, ale jednocześnie wzruszającym stylu zwracał się do Rozensztajna o pomoc w znalezieniu mu posady, innej niż bardzo uciążliwa praca stróża w punkcie warzywnym373. Z treści korespondencji wynika, że Rozensztajn wcześniej ustnie obiecał poecie wstawiennictwo. Szajewicz oraz inny pisarz Mansfeld dzięki protekcji Rozensztajna rzeczywiście otrzymali nowe posady.

Kim był ich dobrodziej? Szmul Boruch Rozensztajn urodził się 29 maja 1893 r. na Wołyniu w niewielkiej, ale pięknej posiadłości Radziwiłłów Ołyce374. Jakie były jego najwcześniejsze losy, nie wiadomo. Mogę się domyślać, że do Łodzi trafił jak wielu innych Żydów ze Strefy Osiedlenia, szukając w rozwijającym się mieście lepszego życia. Na pewno się kształcił, został bowiem nauczycielem hebrajskiego. Zapewne ukończył seminarium nauczycielskie, ale mógł też wykorzystywać wiedzę nabytą wcześniej w jesziwie, tak jak na przykład pisarz Perec Opoczyński375. Rozensztajn pochodził z Wołynia, z krainy leżącej w granicach historycznej Lite. Silną pozycję mieli tam misnagdzi, a potem zwolennicy haskali. Rozensztajn na pewno otrzymał solidne religijne wykształcenie. Jego hebrajskie przygotowanie językowe musiało być znakomite. Dość powiedzieć, że do swojej hebrajskiej szkoły powszechnej zaangażował go znamienity łódzki litwak i miłośnik hebrajskiego Icchak Kacenelson376. Rozensztajn uczył też w kierowanym przez tegoż Hebrajskim Studium Dramatycznym. Udzielał się również w Łódzkim Komitecie Syjonistycznym, prowadząc kursy języka hebrajskiego377. Z syjonizmem łączył go i inny nurt jego działalności, mianowicie dziennikarstwo. W 1928 r. otrzymał posadę łódzkiego korespondenta gazety "Hajnt", określającej się jako "narodowa, niezależna, o zabarwieniu syjonistycznym"378. W tym jednym z najważniejszych żydowskich dzienników Rozensztajn pracował do 1939 r., nadsyłając do warszawskiej centrali notatki, zazwyczaj skromnych rozmiarów, sprawozdania z odbywających się w Łodzi konferencji, partyjnych zjazdów oraz procesów sądowych. Sygnował je inicjałami SZR.

MChR i Szmul Rozensztajn mieszkali w tym samym mieście i działali w jednej partii. Znali się przed wojną. Rozensztajn pisał o Rumkowskim w swoich hajntowskich korespondencjach379. Kiedy powstało getto, Rumkowski tworząc jego administracyjne i infrastrukturalne zręby, chętnie angażował przedwojennych współpracowników i znajomych, w tym członków Łódzkiego Komitetu Syjonistycznego380. Zapewne dlatego po kilku miesiącach pracy w szkolnictwie gettowym381 Rozensztajn trafił do Wydziałów Ewidencji, ściślej do Archiwum getta, którego pracownicy otrzymywali nieco wyższe wynagrodzenie niż zatrudnieni w innych punktach. Mogli też liczyć na dodatkowe przydziały382. W krótkim czasie został kierownikiem Prasowego Referatu przy Przełożonym Starszeństwa Żydów w Getcie Litzmannstadt383, odpowiedzialnym m.in. za redagowanie "Geto-Cajtung". Od sierpnia 1942 r. kierował drukarnią i wytwórnią stempli, opracował też dwa oficjalne kalendarze getta - na lata 1942 i 1943. Swoją oficjalną, urzędniczą działalność łączył Rozensztajn z mniej lub bardziej formalną opieką nad artystami w getcie. Jeszcze przed wojną, jako współpracownik Kacenelsona, musiał bliżej poznać ich świat. Choć sam najpewniej nie tworzył384, lgnął do ludzi sztuki, cenił ich pracę. Jak twierdzi Jeszajahu Szpigl, Rozensztajn nie należał do prestiżowego koła pisarzy i poetów skupionych w getcie wokół poetki Miriam Ulinower385, ale starał się, w miarę swych możliwości, im pomagać386. Szpigl podaje również, że to właśnie Rozensztajn zaproponował latem 1944 r., by do specjalnej listy pisarzy proszących Rumkowskiego (za pośrednictwem adwokata Neftalina) o ochronę w obliczu zbliżającej się deportacji dołączyć nazwiska muzyków, malarzy, aktorów387. O jego związkach ze środowiskiem literackim getta nie udało mi się znaleźć niczego więcej. Rozensztajn zainteresował mnie przede wszystkim jako współpracownik Rumkowskiego, jako człowiek, który pozostawił 184-stronicową relację obejmującą okres od 20 lutego 1941 do 7 kwietnia 1942 r. Przygotowując ten tekst do druku, nadałam mu arbitralnie tytuł Notatnik388. Wydał mi się on najodpowiedniejszy ze względu na treść, której gros stanowiły zapisy mów wygłaszanych przez Rumkowskiego. Najwyraźniej bowiem Rozensztajn, oprócz innych, sprawował (nigdzie oficjalnie niewymienianą389) funkcję osobistego sekretarza Przełożonego Starszeństwa Żydów. Notując, towarzyszył mu wszędzie tam, dokąd Rumkowski się udawał - był obecny na naradach, artystycznych rewiach i publicznych zgromadzeniach. Bardzo możliwe, że pierwotnie Notatnik miał być tylko zbiorem tekstów przemówień, ale poszerzył się o regularne390 wpisy relacjonujące dzień pracy Prezesa i jego zarządzenia, a także o gettowe wydarzenia, historie i krążące w getcie plotki. Zatrudniony w Centralnym Sekretariacie Przełożonego na Bałuckim Rynku391, Rozensztajn spotykał się z Rumkowskim niemal codziennie, często towarzysząc mu do późnych godzin wieczornych, a nawet nocnych392. Z notesem i ołówkiem w dłoni asystował Prezesowi również poza sekretariatem - w dorożce, przy prezydialnych stołach oraz na widowni Domu Kultury, zawsze zajmując miejsce w sąsiedztwie MChR. O jego częstej obecności u boku Rumkowskiego świadczą nie tylko zapisy, lecz także zachowane zdjęcia393.

Jego relacja jest, moim zdaniem, bezcenna ze względu na ów bliski i dzięki temu unikatowy ogląd postaci Prezesa. Rozensztajn notował to, czego inni nie mogli usłyszeć i zobaczyć. Myliłby się jednak ten, kto liczyłby na lekturę oferującą intymny wgląd w życie Rumkowskiego i w zakulisowe mechanizmy jego władzy. Bliskość Rozensztajna i jego przełożonego była bowiem, jak mi się wydaje, ściśle proksemiczna - przestrzennie byli zawsze blisko siebie, lecz ich relacja nigdy nie przekształciła się w zażyłość. Rozensztajn nigdy nie stał się powiernikiem Rumkowskiego. Miał szansę wiedzieć i widzieć więcej niż inni mieszkańcy getta, ale nie należał do kręgu osób, o których sam pisał "najbliżsi [Prezesowi] ludzie" - dopuszczeni do ścisłej konfidencji, jak szef Wydziałów Ewidencji, adwokat Henryk Neftalin, komendant żydowskiej policji Leon Rozenblat, Baruch Praszkier - kierownik Biura Mieszkaniowego w pierwszym okresie istnienia getta, szefowa Centralnego Sekretariatu Dora Fuks oraz Aron Jakubowicz394. Warto tu wspomnieć, że wojnę przeżyło troje z nich - Jakubowicz395, Praszkier i Fuks396. Pozostaje pytanie, czy nie chcieli opowiedzieć o getcie, czy też nikt nie był zainteresowany ich historiami. Praszkier dożył swych lat w Izraelu397, Jakubowicz miał dobrze funkcjonującą firmę w Stanach, Fuks, wedle informacji Edwarda Kleina, redagowała w USA pamiętniki zaprzyjaźnionej z nią prezydentowej Eleanor Roosevelt. Swoich chyba nigdy nie spisała398.

To właśnie ci ludzie byli z Rumkowskim w chwilach szczególnie ważnych dla getta, kiedy decydowały się jego losy. To z nimi zupełnie otwarcie rozmawiał o kolejnych niemieckich żądaniach, podczas gdy ogół (słuchaczy jego publicznych wystąpień) omownie przestrzegał przed "nadchodzącymi do getta nieszczęściami", dając jednocześnie do zrozumienia, że wiedza, którą dysponuje, jest zbyt przerażająca, by się nią dzielić ze wszystkimi399. Również na zamkniętych zebraniach wyższych urzędników administracji getta i obradach rozmaitych komisji Rumkowski, choć wypowiadał się konkretniej i ujawniał więcej, chcąc, jak sam to ujmował, mieć w słuchaczach "żywych świadków"400 nieodzowności swych decyzji, pozostawiał wiele w domyśle. Dobrze ilustruje to wyjątek z jego przemówienia na konferencji z udziałem najwyższych rangą przedstawicieli poszczególnych instytucji getta, m.in. lekarzy, rabinów, nauczycieli: "Celem dzisiejszego spotkania - powiedział Prezes - jest zdanie wam raportu z sytuacji, w której getto znajduje się dzisiaj. Raport nie będzie pełny, bo będę musiał się trochę jąkać..."401.

Z zapisów Rozensztajna wynika jasno, że nie uczestniczył on w spotkaniach ścisłej grupy zaufanych. Nie przekraczał progów miejsc, w których tylko kilka osób dyskutowało najistotniejsze dla getta sprawy. 27 maja 1941 r. w odwecie za strzał, który miał paść z getta w kierunku budki niemieckich strażników, gestapo zażądało od Prezesa przedstawienia listy 25 Żydów przeznaczonych do rozstrzelania. Po wielu zabiegach u najwyższych niemieckich władz miasta Rumkowskiemu udało się wstępnie zamienić tę najsurowszą karę na publiczną chłostę, a ostatecznie na jednodniową szperę, czyli całkowity zakaz opuszczania domostw przez mieszkańców getta. Rozensztajn szczegółowo zrelacjonował to zdarzenie dopiero pod datą 4 czerwca402, zatem już po tym, jak w specjalnym obwieszczeniu ujawniono ogółowi mieszkańców grożące im wcześniej niebezpieczeństwo. W zapisie z Notatnika kilkakrotnie podkreślał, że o rozmiarze zagrożenia i o różnych etapach negocjacji z Niemcami wiedziało tylko kilkoro najbliższych Prezesowi403 oraz że nikt z obecnych w owym czasie na Bałuckim Rynku (a zatem i on sam) nie znał prawdziwych przyczyn szczególnego przygnębienia Przełożonego, a także późniejszego jego omdlenia po otrzymaniu - oczekiwanego w wielkim napięciu - telefonu od gestapo.

Pozostaje pytanie, skąd Rozensztajn zaczerpnął wszystkie spisane przez siebie szczegóły. Wydaje się, że jego informatorką mogła być jedna z zaufanych - Dora Fuks, która zazwyczaj pośredniczyła jako tłumaczka z niemieckiego w rozmowach Rumkowskiego z władzami. Musiała być zatem od początku wtajemniczona również w sprawę strzałów. Rozensztajn pisze wprost, że to ona zredagowała suplikę do władz gestapo. Nie było go też przy Rumkowskim, kiedy do łódzkiego getta przyjechał Heinrich Himmler404. O tym, co szef policji III Rzeszy powiedział Prezesowi 6 czerwca 1941 r., dowiadujemy się wprawdzie od Rozensztajna, ale dlatego, że - jak zanotował - "Zadowolony z wizyty Prezes Rumkowski dzielił się swymi wrażeniami z najbliższymi współpracownikami na Bałuckim Rynku i relacjonował swą rozmowę z panem Himmlerem"405. Warto zwrócić uwagę, że Rozensztajn używa sformułowania "najbliżsi współpracownicy na Bałuckim Rynku", czyli zapewne ma na myśli grono pracowników sekretariatu, do którego należał. Rumkowski, interweniując w drażliwej i szczególnie dla niego jako człowieka surowych zasad bolesnej sprawie rozrywek hazardowych, którym w lokalu Adria oddawała się grupa wysoko postawionych funkcjonariuszy getta, zabrał ze sobą nie Rozensztajna, ale "swego zaufanego człowieka pana Arona Jakubowicza"406, od którego autor Notatnika mógł usłyszeć szczegóły zajścia, takie jak na przykład godzina zdarzenia. Ta skrupulatność raportu nie dziwi, jeśli pamiętamy, że Rozensztajn był przed wojną dziennikarzem nawykłym do odnotowywania tego typu informacji. Zapewne z tego też względu w Notatniku kilkakrotnie pojawiają się wzmianki, o której godzinie - dokładnie lub w przybliżeniu - zajechał pociąg, niemieckie auto, czy też o której Rumkowski jadł obiad.

Z uważnej lektury zapisów Rozensztajna wynika, że w wielu wypadkach, by sporządzić swoje notatki, musiał zadać sobie trud znalezienia informatora407, a kiedy się to nie udawało, poprzestawał na spisywaniu możliwych wersji zdarzeń, czy też tylko plotek408. Jest to też, moim zdaniem, dowód na to, że jego stosunki z Rumkowskim były zbyt formalne, by mógł po prostu zapytać o faktyczny stan rzeczy. Dobrym przykładem jest podana przez Rozensztajna w trzech wariantach historia spoliczkowania przez Rumkowskiego młodego wsiedleńca z Wiednia, który miał odparować cios i trafić za to do więzienia409. Często nie mając wglądu w utajony bieg spraw i nie będąc dopuszczonym do konfidencji z Prezesem, Rozensztajn notował tylko nastroje Rumkowskiego lub zapisywał wrażenia, jakie wywierała na nim postać Przełożonego. Dobrze określają go słowa, których użył, opisując jeden z dni pracy Rumkowskiego: "Ten, kto ma dar obserwacji i stoi teżblisko pracy Prezesa [...]"410. Ów dar przenikliwości pozwolił Rozensztajnowi odnotowywać wszelkie zmiany nastrojów i samopoczucia Rumkowskiego. Autor notatek rejestrował rzadkie momenty odprężenia: "Prezes bardzo pogodnie i z humorem rozmawiał z ludźmi i odchodząc, życzył im smacznego oraz radosnego szabasu..."411 i częstsze, pełne napięcia chwile: "Po konferencji Prezes był przybity i mocno zdenerwowany"; "Prezes był tego dnia nadzwyczajnie zdenerwowany, nie mógł sobie po prostu znaleźć miejsca"412; "W ciągu tych kilku dni postarzał się o dziesiątki lat, szukając wyjścia z zaistniałej sytuacji"413; "To wyjaśnienie zrobiło na Prezesie wstrząsające wrażenie - dało się to zauważyć przy dalszym przyjmowaniu przez niego różnych urzędników i osób prywatnych..."414.

W Notatniku są też dwa szczególne - jak mniemam zarówno dla ich autora, jak i dla nas, czytelników - zapisy. Chodzi mianowicie o rozmowy, które Rumkowski przeprowadził bezpośrednio z Rozensztajnem. Miały one, jak sugeruje autor notatek, charakter zwierzeń wywołanych dramatycznymi zwrotami w historii getta. Pierwsza rozmowa odbyła się 20 czerwca 1941 r. Rumkowski po powrocie z Warszawy, w której rekrutował lekarzy, dowiedział się o planowanym wysiedleniu Żydów z prowincjonalnych miast. Choć, jak wynika ze świadectwa Rozensztajna, Prezes spodziewał się tego wcześniej, to jednak nagłość niemieckiego zarządzenia bardzo go przytłoczyła, nie zdążył bowiem zrealizować swojego planu utworzenia tzw. strefy żydowskiej, która zapewniałaby zarówno dawno, jak i nowo wsiedlonym lepsze warunki życia415. W rozmowie z Rozensztajnem Prezes dość szczegółowo opisał swoje zamierzenia, ubolewając zarówno nad niemożnością wcielenia ich w życie, jak i nad spodziewanym, przejmującym losem wsiedleńców. Rozensztajn wyraźnie zdawał sobie sprawę z niezwykłości tego momentu - oto na krótką chwilę stawał w kręgu zaufanych, przed którymi Rumkowski się otwierał. Swój zapis zakończył słowami: "Zrozumiałem, że to wyznanie idzie wprost z głębi serca Prezesa i że jest głęboko poruszony losem, który spotyka teraz tych 70 tysięcy Żydów z miasteczek"416. Po raz drugi do przełamania oficjalności doszło między Rumkowskim a Rozensztajnem w drugi dzień świąt Rosz ha-Szana. Tego dnia przyczyny przygnębienia Prezesa nie były dla Rozensztajna jasne: "Około jedenastej, kiedy Prezes był sam w swoim gabinecie, przyszedłem życzyć mu dobrego roku, a także przekazać życzenia od różnych osób przesłane pocztą. Zaraz spostrzegłem, że Prezes jest bardzo zatroskany w związku z jakimś ważnym wydarzeniem. Na początku myślałem, że to rezultat choroby, z której się dopiero podniósł"417. Swój stan Rumkowski wyjaśnił sekretarzowi, używając charakterystycznego, szczególnie dla jego publicznych wypowiedzi, słowa "gzejre", które w języku jidysz i diasporalnej tradycji żydowskiej oznacza mierzący w Żydów edykt, akt wieszczący nieszczęście: "Nadchodzi ciężkie doświadczenie dla Żydów - Prezes przerywa swoje milczenie. - Bardzo ciężkie, także dla naszych Żydów z getta Litzmannstadt". Rozensztajn nie usłyszał tego dnia ani jednego słowa mówiącego więcej o naturze zagrożenia. Wszystko, co powiedział Rumkowski, spowite było woalem niedopowiedzenia418. Bliskość, która wytworzyła się w tamtej chwili między nim a przełożonym, nie ufundowała się na wprowadzeniu go w tajemnicę niemieckiego zarządzenia419, ale na dodawaniu otuchy strapionemu, roztrzęsionemu, bliskiemu płaczu Prezesowi i towarzyszeniu mu w drodze do synagogi, w której ten modlił się, okryty tałesem.

Obu wyżej przywołanym zapisom zawdzięczamy też unikatowe i bardzo ważne, moim zdaniem, świadectwo głębokiej religijności Rumkowskiego. Rozensztajn i w innych miejscach kilkakrotnie podkreślał szczere przywiązanie Prezesa do religii420. Przypuszczam, że jego wrażliwość w tej kwestii tłumaczyć należy tym, że sam musiał być człowiekiem konfesyjnym. W obu rozmowach z Rumkowskim pocieszenia dla Prezesa i odmiany losu dla getta upatrywał w opatrzności.

Przed czytelnikiem i badaczem stoi pytanie, czy Rozensztajn sporządzał swoje zapisy samodzielnie, to znaczy czy był swobodny w ocenach, przede wszystkim w ocenach swojego przełożonego. Nigdy nie skreślił krytycznego wobec niego komentarza. Czy wynikało to z postrzegania przez niego Rumkowskiego jako postaci absolutnie pozytywnej, czy też z lojalności podwładnego, który przemilcza to, co mogłoby stanowić rysę na obrazie przełożonego? Nie wiem. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Rozensztajn niezwykle pilnie przestrzegał zasady niepisania o sytuacji poza gettem, o wojnie i o Niemcach. O tym, co się dzieje poza drutami, zapewne niewiele wiedział. O sytuacji na frontach wspomniał w Notatniku tylko raz, pisząc o utrudnieniach w ruchu pocztowym w związku z wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej421. Bardzo wstrzemięźliwy, sprowadzając formę zapisu do równoważników zdań, był w opisie niemieckiej akcji wywozu psychicznie chorych. Ta surowa, sprawiająca nawet wrażenie nieporadnej językowo relacja może być też świadectwem wstrząsu, jakiego doznał, obserwując to wydarzenie422. W ogóle wydaje się, że był to człowiek obdarzony wielką wrażliwością. Prawdziwie przejmujące są jego krótkie opisy przyjazdu nowych przybyszów do getta oraz sceny z "parówki"423, którą urządzano przybyłym nazajutrz. To w tych zapisach udaje się dostrzec być może nigdy niespełnionego, zachłannego i czułego na szczegół reportażystę424.

Ciekawe, że Notatnik nie jest wspominany w żadnym dokumencie pochodzącym z Archiwum getta. Zachował się natomiast inny materiał współautorstwa Szmula Rozensztajna, o którym (w odręcznym dopisku) informowała spisana w getcie Encyklopedia425 i na który powoływał się Biuletyn Kroniki Codziennej. Była to gettowa gazeta "Geto-Cajtung". Jak pisałam w poprzednim rozdziale, MChR od samego początku istnienia getta chciał stworzyć własny organ prasowy. Przed wojną współredagował i współwydawał trzy tytuły, z których jeden - "Der Jusem" - cyrkulował w Europie, Stanach Zjednoczonych oraz Palestynie426. Nie był więc w tej dziedzinie amatorem. Henryk Rubin pisze, że Prezes długo starał się o pozwolenie sprowadzenia do getta hektografu (maszyny drukarskiej). Władze okupacyjne nie pozwalały nawet na wprowadzenie w obieg gettowy prasy niemieckiej. We wrześniu 1940 r. Hans Biebow wyjątkowo zgodził się na osobiste dostarczanie Przełożonemu Starszeństwa Żydów dwóch egzemplarzy "Litzmannstädter Zeitung"427. W marcu 1941 r. pozwolono wreszcie Rumkowskiemu uruchomić prasę drukarską. Miesiąc wcześniej do sekretariatu Prezesa wpłynęło obszerne pismo sygnowane przez Jehoszuę Klugmana428. Zasadnicza treść jego listu wpisana była w narysowany kartusz ozdobiony cienką, złotą ramką. Przytaczam tekst w całości:

Wielce Szanowny Panie Prezesie! W Rocznicę Pańskiego objęcia władzy w getcie pozwalam sobie zwrócić się do Pana z następującą gorącą prośbą: Chcę, Panie Prezesie, zostać Pańskim uczniem! Chcę się uczyć u Pana pracy społecznej! Chcę się uczyć wykonywania pracy społecznej czystymi rękami, z werwą, pilnością, odwagą, pewnie i bez wahań. Już od dawna jest mi wiadomym, że nosi się Pan z zamiarem zorganizowania w getcie loterii fantowej oraz powołania do życia gazety. Ponieważ czuję się na siłach i jestem zupełnie pewien, że zrealizuję Pańskie zamysły ku Pańskiemu całkowitemu zadowoleniu, uprzejmie proszę Pana Prezesa o powierzenie mi wykonania obu tych zadań, z których uczynię pożyteczne instytucje. Mam nadzieję, że Pan, Panie Prezesie, zawierzy mojej dobrej woli i szczerym intencjom i powierzy mi tę pracę. Na pewno będę DOBRYM UCZNIEM429.

Nie chcę skupiać się w tym miejscu na specyficznej językowej formule listów kierowanych do Przełożonego Starszeństwa Żydów, której ten tekst jest przykładem, gdyż szerzej omawiam to zagadnienie w następnym rozdziale. Interesuje mnie pomysł gazety gettowej i loterii, rozrysowany przez Klugmana na dołączonych do listu dziesięciu stronicach. Dzięki Ewie Wiatr z łódzkiego Centrum Badań Żydowskich ustaliłam, że przed wojną Klugman był technikiem tekstylnym i kupcem. W getcie sprawował obowiązki kierownika Resortu Dywanów II przy ul. Podrzecznej 10. Był też pomysłodawcą wytwarzania chodników i dywanów plecionych z kolorowych szmat, stanowiących jeden ze specyficznych "produktów eksportowych" getta, oraz zbierał materiały biograficzne dotyczące wybitnych postaci getta430. Ta ostatnia informacja sugeruje, że mógł być bliski kręgom Archiwum getta, w których najprawdopodobniej wiedziano o planach Rumkowskiego dotyczących gazety. Był, zdaje się, wszechstronnie uzdolniony, również plastycznie. Zarówno projekt loterii, jak i gazety opatrzył nie tylko budżetem i zestawem zasad funkcjonowania ujętych w punktach i tabelach, lecz także rysunkami. Przedstawił makietę układu graficznego gazety zatytułowanej "Di Geto-Cajtung" i afisza loterii. Loterii w getcie nigdy nie zorganizowano, ale gazeta powstała, i to właśnie pod tytułem zaproponowanym przez Klugmana.

Nawet pobieżne spojrzenie na egzemplarze "Geto-Cajtung" uświadamia, że prócz tytułu wykorzystano również główne elementy jego projektu szaty graficznej431. Jednak redagowanie gazety Rumkowski powierzył nie Klugmanowi, ale Szmulowi Rozensztajnowi. Czy Klugman otrzymał jakąś gratyfikację? Brak na ten temat danych. Na pewno nie współpracował z Rozensztajnem, który - jak wskazują na to zachowane relacje - sam prowadził gazetę. Wiadomo, że nim powstała "Geto-Cajtung", Rozensztajn był już osobistym sekretarzem Rumkowskiego i prowadził Notatnik. Sprawdził się jako oddany, bliski pracownik. Miał też przedwojenne dziennikarskie, i to nie byle jakie, doświadczenie. Być może Rumkowski nie chciał powierzać redagowania gazety zespołowi. Wierzył, że poradzi sobie z tym jedna, kompetentna osoba, a właściwie dwie, ponieważ sam od początku chciał uczestniczyć, i rzeczywiście to robił, w powstawaniu materiałów prasowych. Dużo miejsca w "Geto-Cajtung" zajmowały odezwy i apele jego autorstwa oraz streszczenia lub pełne zapisy jego mów432. Rozensztajn podał w Notatniku, że Rumkowski nawet złożony chorobą, telefonicznie śledził losy zamykanego numeru, dyktował i wprowadzał uzupełnienia433. Kiedy Prezes wyjechał do Warszawy, numer "Geto-Cajtung" w ogóle się nie ukazał. Z jego wydaniem czekano do powrotu Przełożonego434. Wobec tego nieprawdziwe są, moim zdaniem, słowa anonimowego świadka przytaczane przez Bera Marka: "[Rozensztajn] umiał się dopasować do stylu i tonu Rumkowskiego i pisać jak Rumkowski, myśleć i mówić"435. Biorąc pod uwagę stylistyczne podobieństwo przedwojennych i wojennych tekstów Prezesa Rumkowskiego436, nie mam wątpliwości, że nie potrzebował on wyręki Rozensztajna i był autorem umieszczanych w "Geto-Cajtung" pod jego nazwiskiem tekstów.

Szlomo Frank, którego dziennikowi trzeba krytycznie się przyglądać, pisze o sprawie rekrutacji do redakcji "Geto-Cajtung" w następujący sposób: "początkowo gazetę gettową miała redagować większa grupa dziennikarzy, z którymi Rumkowski prowadził pertraktacje. Grupa ta uzgodniła między sobą i żądała, by wszyscy mieszkający w getcie literaci i dziennikarze, a było ich około 70, zostali uznani za współpracowników gazety, otrzymywali uposażenie i zaopatrzenie na równi z pracownikami resortów. W toku rozmów z tego porozumienia wyłamał się korespondent warszawskiej gazety "Hajnt", Samuel Rozensztajn, który podjął się sam jeden robić całą gazetę. Inni dziennikarze z gazetą nie współpracowali nie dlatego, że - jak utrzymuje Wolf Jasny - ona im nie odpowiadała, ale dlatego że konkurent ich zdradził, nie wiadomo zresztą z jakich motywów. Oni zresztą wcale nie wysuwali żadnych żądań dotyczących treści gazety. Żądali tylko pieniędzy i zaopatrzenia dla 70 ludzi w pracę, którą robił jeden"437. Zasadność wywodu Franka, szczególnie w kontekście akcesu literatów do "Geto-Cajtung"438, podważają słowa bezpośredniego świadka - pisarza Jeszai Szpigla: "Niejeden raz Rozensztajn zwracał się do mnie "Niech pan da coś do gazety. Dostanie pan talon" [...] Szaja Szpigl nie dawał [...] Wyobrażam sobie, że chciał przyciągnąć jak najwięcej [ludzi] do swojej gazety, jak każdy redaktor. Nie było tam przecież żadnego pisarza z nazwiskiem, nikt nie był pisarzem rozpoznawanym. Graf Kali był jedynym, który wyrobił sobie nazwisko jeszcze w przedwojennych gazetach, w których publikował swoje wice i satyryczne wierszyki. Ale Graf Kali nie był pisarzem. Nie był pisarzem w znaczeniu, w którym definiujemy pisarza: twórczym, czystym, etycznym człowiekiem. [Takim, który] w jakich by się warunkach nie znalazł, strzeże czystości swego pióra, bo to jedyne, co ma. Zapłatą za dzieło jest dzieło"439. O przywołanym Grafie Kalim niewiele mi wiadomo. Jako przedwojennego współpracownika "Najer Folksblat", autora "tog-gramen" (jid. rymowanek numeru), wspomina go w swojej książce Chaim Lejb Fuks440. Panegiryczne, pisane na zamówienie "Geto-Cajtung" utwory sygnował nazwiskiem Berman i inicjałem imienia L441.

W pierwszym numerze "Geto-Cajtung" ukazał się program gazety ujęty w formę pierwszoosobowego komunikatu Prezesa. Wyczekiwana przez niego z dawna prasowa trybuna miała, zgodnie ze swym podtytułem: "Far Informacje, Farordenungen un Bakantmachungen"442, podawać informacje i obwieszczenia o tym, "co dzieje się w getcie, dokładnie wyjaśniać, co jest dozwolone, a co nie jest [...] dozwolone", zapoznawać mieszkańców getta z pracą Prezesa oraz poszczególnych resortów i w ten sposób zapobiegać mnożeniu się plotek oraz upubliczniać nazwiska tych, którzy popełniali w getcie przestępstwa443. Przedstawieniu czytelnikowi codziennych obowiązków Rumkowskiego posłużyły przede wszystkim dwa teksty z cyklu zatytułowanego "Wrażenia i refleksje"444. Choć niepodpisane, to już na pierwszy rzut oka daje się w nich rozpoznać pióro Szmula Rozensztajna - tylko on, jego sekretarz, tak doskonale znał rozkład zajęć swego przełożonego. Łatwo też znaleźć w nich sformułowania bardzo podobne do fraz znajdujących się w Notatniku, a nawet z nimi identyczne. Tak jak w Notatniku, wszystkie opisywane działania Rumkowskiego są jednoznacznie pozytywne. Nie ma tam miejsca na czytelniczą wątpliwość, bo słowne ciągi pełne są dookreśleń - superlatywnych epitetów ("gruntownie", "doskonale") i tak zwanych wskaźników oczywistości sądu ("jak zwykle", "oczywista"). Władza i kontrola Prezesa są wszechogarniające. Ich totalność znakomicie oddaje metonimiczna fraza "oko Prezesa czuwa nad wszystkim i wszystkimi"445. Działa bezustannie i dynamicznie. Dynamiczny jest też sam styl, w którym czasownik goni czasownik, krótkie, oznajmujące zdania następują po sobie bez zbędnych przejść. Sposób obrazowania dopasowuje się do swego przedmiotu. Komplementarność desygnatu i stylistyki miały zapewne uczynić ten tekst intensywnie przekonującym, perswazyjnym. Jednak chwilami energia opisu wyraźnie słabnie, łagodnieje, powolnieje. Rozensztajn popada nawet w ckliwość, kiedy obraz energicznego prezesa-administratora zastępuje wizerunkiem opiekuna i karmiciela, zbudowanym na zasadzie porównania: "z oczu płyną ciepło miłości i dobro i lekki uśmiech zakrada się mu w kąciki ust. Jest wówczas jak domowa, cicha gołębica, która łagodnie macha skrzydłami, ogrzewa i pieści gołębiątka"446. Pewne odprężenie do tekstów wprowadzają też wzmianki o dzieciach i więźniach. I wtedy obraz Rumkowskiego kreślony jest trochę bardziej miękką kreską. Twarda gospodarska ręka staje się czuła i hojna, kiedy zwracają się do niego skruszeni przestępcy albo witają go roześmiane dzieci. Dla tych, którzy "ze łzami w oczach proszą go, by wybaczył im popełnione grzechy, i zapewniają przy tym, że od dziś będą się prowadzić przyzwoicie"447, surowy gospodarz przedzierzga się w łaskawego dobrodzieja darowującego winy. Rumkowski - zawsze czujny kontroler - wśród dzieci staje się na moment beztroskim towarzyszem ich zabaw.

Jednym z programowych haseł Rumkowskiego zawartych w pierwszym numerze "Geto-Cajtung" było informowanie o działalności "resortów i oddziałów" getta. Gazeta zrealizowała to zadanie, zamieszczając trzy obszerne teksty o tematyce resortowej w cyklu "Podsumowanie roku pracy resortów"448. Pierwszy jego odcinek, wydrukowany w 8. numerze z 25 kwietnia, przypomniał doniosłą rolę Prezesa w "odbudowaniu żydowskiego życia na bazie pracy". Choć, jak zaznaczał Rozensztajn, nie obyło się bez oporów i protestów robotników wobec (przymusowych) rejestracji i konieczności oddawania wszelkich własnych rzemieślniczych narzędzi449 (o czym informował zdawkowo: "Akcję na początku przyjęto z pewną nieufnością, a w najlepszym razie z rezerwą"), plan Prezesa zrealizowano z sukcesem. Praca w getcie ruszyła pełną parą. Jak pisał Rozensztajn: "na twarzach uwijających się resortowych robotników "rysuje się wielka powaga, bo wiedzą, że nie pracują tylko, by siebie wykarmić, ale by wyżywić całe getto"". Również sam proces wytwarzania w gettowych zakładach odmalowywał jako wyłącznie pozytywny: "uporządkowany", "racjonalny", "oszczędny", "właściwie kontrolowany". Harmonizował z nim opis przestrzeni fabryczno-warsztatowych, określanych jako "ładne", "wygodne", "widne". By uwypuklić sukces getta i skontrastować "jasną" współczesność z "ciemną" przeszłością, w artykule poświęconym resortowi krawieckiemu "Geto-Cajtung" przywołuje ponury obraz "dawnego chałupnika, który siedział w ciasnej izbie albo w zawilgoconej piwnicy przy maszynie i monotonnie w nią stukał". Wszystkie teksty z cyklu łączy nieobecność negatywnych aspektów życia w getcie, takich jak głodowe racje, strajki, wycieńczająca praca w resortach, oraz umiejętne maskowanie wszelkich elementów mogących zdekonstruować budowany pozytywny, jednowymiarowy obraz oddanej i odpowiedzialnej robotniczej społeczności wykonującej swoją pracę w przyjaznych warunkach, stworzonych dla nich w nowoczesnych zakładach.

Zadaniem gazety, tak jak omawianych w poprzednim rozdziale mów, było raczej przekonywanie niż informowanie, tworzenie określonej wizji rzeczywistości, a nie analizowanie rzeczywistości faktycznie istniejącej. Szmul Rozensztajn musiał być świadomy, że należy dobierać i selekcjonować materiały, by sporządzić przekonujący komunikat. Jego teksty nie miały służyć temu, by czytelnik wydawał na ich temat subiektywny sąd i wyrażał własną opinię. "Geto-Cajtung" powstała, by nakłaniać do wyciągania określonych wniosków i przyjęcia pewnych odgórnie pożądanych interpretacji - sytuacji i postaci, przede wszystkim MChR. Tak jak mowy Prezesa, tak i dyskurs "Geto-Cajtung" należy zaliczyć do kategorii komunikatu propagandowego. Nie można jednak, co podkreślałam w rozdziale drugim, dostrzegać w tym zwyrodnienia skrajnie egotycznej jednostki, która dla zaspokojenia własnych ambicji zmonopolizowała i ograniczyła wolność słowa. Pisałam już o długich i żmudnych staraniach MChR o pozwolenie na powstanie gazety oraz o otrzymanie hektografu. Jeśli zatem taka gazeta w getcie się pojawiła, to musiała być ona objęta oficjalnym patronatem Rumkowskiego jako Przełożonego, który ręczył za jej treści głową.

Jak podaje Henryk Rubin, pierwszych trzech numerów nie przekazano Niemcom do wglądu450. Zaczęto to robić dopiero po interwencji gestapo. Od tamtej chwili jeszcze przed drukiem trafiał do nich każdy numer tłumaczony na niemiecki. Z tego też powodu w lekturze wyczuwalna jest wyraźna autocenzura redakcyjna. O aryjskiej Łodzi, o toczącej się w Europie wojnie czy okupacji w Polsce, a także o polityce niemieckiej wobec Żydów nie ma w "Geto-Cajtung" bezpośredniej wzmianki. Język gazety jest pod tym względem krańcowo oględny, eufemistyczny, lakoniczny i pełen przemilczeń. Na przykład w informacjach o wysyłaniu Żydów z getta na roboty do Łodzi czy w jej okolice używa się wyłącznie nieprecyzyjnego, eufemizującego określenia "pozagetto"451. Słowo "wojna" pojawia się raz - w kontekście przejmowania przez bank gettowy weksli wystawionych przez Żydów po pierwszym września 1939 r. "Geto-Cajtung" unika mówienia wprost o Niemcach452. W ogóle przemilcza istnienie tych, którzy wchodzili w bezpośredni kontakt z Żydami łódzkiego getta, będąc najczęściej ich oprawcami, na przykład wartownikami strzelającymi do przechodniów czy pracownikami policji kryminalnej - kripo. Dlatego też komunikat o znalezieniu ofiary i prośbę o pomoc w jej zidentyfikowaniu zamieszczony w gazecie redakcja formułuje, używając bezosobowej frazy "zastrzelona została osoba"453. Rumkowski apelując na łamach "Geto-Cajtung": "Nie spacerujcie przy drutach", nie tylko nie wyjaśnia, że ktoś może strzelać do mieszkańców getta, ale nawet nie posługuje się tym czasownikiem. O istnieniu wyższych rangą funkcjonariuszy niemieckich, z którymi rozmawiał i korespondował tylko Rumkowski lub najbardziej zaufani mu ludzie, gazeta informuje sporadycznie, wykorzystując do tego celu określenia synekdochalne i metonimiczne, takie jak np. "Rynek Bałucki"454, "Władze", "Zarząd Getta". Jedynym urzędnikiem niemieckim, którego nazwisko pojawia się na łamach "Geto-Cajtung", jest doktor M. Wajs, naczelny lekarz Wydziału Zdrowia w Litzmannstadt, podpisujący drukowane w gazecie instrukcje dotyczące udzielania pierwszej pomocy w przypadku ataku lotniczego455. Znamienne jest to, że choć zarządzenia o organizowaniu obrony przeciwlotniczej i o możliwych konsekwencjach nalotu "Geto-Cajtung" zamieszcza kilkakrotnie, to jednak ani razu nie wprowadza kontekstu, tzn. nie wyjaśnia przyczyn mobilizowania sił, nie mówi o sprawcach zagrożenia, nie osadza ich w realiach wojny. Zresztą żadna oficjalna gazeta w getcie nie mogłaby być w tym zakresie swobodna. Wystarczy tu przywołać ukazującą się w gettach Generalnego Gubernatorstwa "Gazetę Żydowską"456.