Moje babcie nie ubierają się u CHANEL - Beata Lewicka

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Za­częło się od ma­ni­fe­sta­cji.

Pierw­szy raz prze­ży­łam coś ta­kiego. By­łam czę­ścią cze­goś więk­szego, ogrom­nej spo­łecz­no­ści. Czu­łam, że mam wpływ na ochronę gi­ną­cych ga­tun­ków, że po­dob­nie jak po­zo­stali, któ­rzy ra­mię w ra­mię szli obok mnie, zo­stanę wy­słu­chana. Wie­dzia­łam, że moje zda­nie jest ważne i się li­czy, a co naj­waż­niej­sze, mo­głam je gło­śno wy­ra­żać i nikt nie po­wie­dział: "Sia­daj, Ga­brielo Śmia­łek, je­dynka!".

Bab­cia Sta­sia szła na czele ma­ni­fe­sta­cji. Trzy­mała w dło­niach kar­to­nowy trans­pa­rent. Po­zo­sta­łymi, wcze­śniej przy­go­to­wa­nymi, ob­dzie­liła resztę chęt­nych uczest­ni­ków.

Miała na sto­pach wy­godne adi­dasy, luźne spodnie bo­jówki, białą pod­ko­szulkę z na­pi­sem: UPCY­KLING - I'M LO­VING, a w pa­sie prze­piętą czarną nerkę. Pra­wie ni­gdy się z nią nie roz­sta­wała. Bab­cia była ni­ska, szczu­pła, a krót­kie, siwe włosy za­wsze ukła­dała do góry. Prze­cze­sy­wała je raz po raz dło­nią, aby stały na bacz­ność. W go­dzinę po­tra­fiła zor­ga­ni­zo­wać pro­test prze­ciwko bra­kowi se­gre­ga­cji śmieci w jej ka­mie­nicy, pod­wyżce czyn­szu czy zbiórce żyw­no­ści dla po­trze­bu­ją­cych. W domu, sa­mo­cho­dzie i w piw­nicy miała pełno pi­sa­ków, taśm, tek­tur, me­ga­fo­nów czy ka­mi­ze­lek od­bla­sko­wych. Za­wsze do­pi­nała swego. Była spo­łecz­nicą i za­cho­wy­wała się jak upier­dliwa, bzy­cząca mu­cha. Obec­nie krzy­czała przez me­ga­fon, a po­zo­stały tłum skan­do­wał za nią:

CHROŃMY PRZY­RODĘ!

STOP ZA­NIE­CZYSZ­CZE­NIU WÓD!

CHROŃMY GI­NĄCE GA­TUNKI!

ZRÓBMY TO TE­RAZ!

JESZ­CZE NIE JEST ZA PÓŹNO!

STOP FAST FA­SHION!

Bab­cia wło­żyła smart­fon do dłu­giego kijka od sel­fie i co ja­kiś czas pa­trząc w oko ka­mery, darła się wnie­bo­głosy. Nie bez po­wodu. Na swoim pro­filu spo­łecz­no­ścio­wym ze wszyst­kich tych po­krzy­ki­wań pro­wa­dziła trans­mi­sję live. Da­cie wiarę? Ta­kie czasy. Na­wet nie wie­dzia­łam, że moje bab­cie znają po­ję­cia "fast" i "slow", że o "fa­shion" nie wspo­mnę.

To było na­prawdę nie­sa­mo­wite. I ma­ni­fe­sta­cja, i bab­cia. Po­my­śla­łam o Coco Cha­nel, mo­do­wej pio­nierce, która mimo że nie pa­so­wała do oto­cze­nia, upar­cie szła swoją drogą. Kiedy ko­biety no­siły bo­gato zdo­bione ka­pe­lu­sze, Cha­nel za­pro­jek­to­wała wła­sny, mi­ni­ma­li­styczny. Kiedy szyto suk­nie z je­dwa­biu lub wełny, mocno pod­kre­śla­jące syl­wetkę w kształ­cie li­tery S, Cha­nel stwo­rzyła z dżer­seju luźny, trzy­czę­ściowy ko­stium... Po­czu­łam, że bab­cia Sta­sia jest tro­chę po­dobna do Cha­nel, i wcale nie cho­dziło mi o ubra­nia. Moje bab­cie zde­cy­do­wa­nie nie ubie­rają się u Cha­nel. O słyn­nej pro­jek­tantce i mo­dzie tro­chę wie­dzia­łam, o bab­ciach już mniej.

- Na za­koń­cze­nie po­jawi się An­gela Ka­min­sky - szep­nęła mi do ucha bab­cia Kry­sia, która z apa­ra­tem w dłoni, w wy­god­nych ci­cho­bie­gach do­ku­men­to­wała prze­bieg de­mon­stra­cji. Tego, że bab­cia umie ro­bić zdję­cia, też nie wie­dzia­łam.

Sia­daj, Ga­brielo Śmia­łek, je­dynka! Tym ra­zem zga­dzam się z tą oceną. Z wy­cho­wa­nia do ży­cia z bab­ciami na­leży mi się nie­do­sta­teczna.

Ele­gancko ubrana bab­cia Kry­sia swoją szyję za­wsze zdo­biła ko­lo­rową apaszką. Miała szu­flady wy­peł­nione po brzegi apasz­kami i dbała o to, by każ­dego dnia mieć inny strój. Uwiel­biała spód­nice i kar­di­gany. Te ostat­nie za­wdzię­czamy żoł­nie­rzom. Swe­ter ten na­ro­dził się na woj­nie, po­tem był no­szony mię­dzy in­nymi przez spor­tow­ców. Sy­tu­acja zmie­niła się, kiedy swój kar­di­gan za­pre­zen­to­wała moja ulu­bie­nica, Coco Cha­nel. Był uszyty z be­żo­wego, weł­nia­nego ma­te­riału typu dżer­sej, który wcze­śniej wy­ko­rzy­sty­wano do szy­cia ubrań ro­bo­czych. Swe­ter Cha­nel był jed­no­rzę­dowy, się­gał za bio­dra, ob­szy­wała go kon­tra­stowa la­mówka, zdo­biły ele­ganc­kie, małe gu­ziki i naj­waż­niej­sze: miał na bo­kach kie­sze­nie. Uwiel­bia­łam tę re­wo­lu­cjo­nistkę, moją imien­niczkę, kon­tro­wer­syjną i po­dej­rzaną o szpie­go­stwo. Ko­bietę, która nim za­jęła się kra­wiec­twem, tań­czyła i śpie­wała w klu­bach pod pseu­do­ni­mem Coco. Ma­de­mo­iselle Ga­brielle Cha­nel. An­gela Ka­min­sky nie ro­biła na mnie ta­kiego wra­że­nia.

- Ten tłum - po­de­szłam bli­żej babci Krysi - to przez An­gelę?

Sta­ruszka po­chy­liła się do mnie i wy­szep­tała mi do ucha:

- Ma prze­ka­zać coś na li­cy­ta­cję w obro­nie kli­matu. Ale, ciiiiii - przy­ło­żyła pa­lec wska­zu­jący do ust - to po­dobno wielka ta­jem­nica.

Pro­wa­dzi­łam na smy­czy Bi­gosa. W tłu­mie ha­ła­su­ją­cych i prze­miesz­cza­ją­cych się dwu­noż­nych oraz ich śmier­dzą­cych, spo­co­nych stóp czuł się wy­jąt­kowo do­brze. Biało-czarny kun­del był w bab­ci­nej ro­dzi­nie sam­cem alfa, w do­datku od za­wsze, czyli od­kąd zo­stał ad­op­to­wany ze schro­ni­ska, nie­stru­dzony i nie­zmor­do­wany. Pra­wie jak bab­cia Sta­sia. Upier­dliwa, bzy­cząca mu­cha. Dla od­miany mała. Bi­go­sem zo­stał, kiedy pierw­szej nocy w bab­ci­nym miesz­ka­niu wy­jadł z garnka go­to­waną trzeci dzień z rzędu ka­pu­stę z kieł­basą oraz grzy­bami. A po­tem ją zwy­mio­to­wał.

- Chyba ją wi­dzę - krzyk­nę­łam babci na ucho. - Spójrz na pierw­szą.

Bab­cia po­pa­trzyła na ze­ga­rek, a ja na­dal przy­glą­da­łam się ce­le­brytce, która lekko ukryta za ba­rier­kami i pa­ra­wa­nem z kimś roz­ma­wiała. Ge­sty­ku­lo­wała. Chyba była zde­ner­wo­wana. Mę­ska dłoń z ta­tu­ażem przy­trzy­mała ją za ra­mię i wtedy ko­bieta się uspo­ko­iła.

- Już dawno po pierw­szej, Ga­brielo. - Bab­cia spoj­rzała na mnie z wy­rzu­tem.

W tym ofi­cjal­nym wy­da­niu nie lu­bi­łam swo­jego imie­nia. Ga­briela brzmiało nud­nie oraz po­waż­nie i wła­śnie w taki spo­sób zwra­cała się do mnie bab­cia Kry­sia. Pra­wie jak w szkole. Sia­daj, Ga­brielo Śmia­łek, je­dynka!

- Nie cho­dziło mi o go­dzinę - wes­tchnę­łam. - Ka­min­sky stoi de­li­kat­nie po two­jej pra­wej.

Czyli na pierw­szej - do­da­łam w my­ślach.

Tym ra­zem star­sza pani zro­zu­miała. Prze­ci­snęła się o ko­lejne dwa rzędy do przodu i za­częła ro­bić se­sję An­geli.

An­gela Ka­min­sky była znana z tego, że jest znana. Wszyst­kie plot­kar­skie por­tale do­no­siły, że za­grała w fil­mie, który nie­długo ma wejść do kin. Po­dobno już jest hi­tem, a może ki­tem? Nie pa­mię­ta­łam do­kład­nie, bo jej hi­sto­rię śle­dziły moje nie­zbyt lu­biane ko­le­żanki. Mnie bar­dziej fa­scy­no­wała bio­gra­fia Cha­nel.

Bab­cia Sta­sia we­szła na nie­wielki po­dest, a zza pa­ra­wanu po­de­szła do niej An­gela Ka­min­sky. Ma­ni­fe­stu­jący się za­trzy­mali. Ze­wsząd sły­sza­łam szepty, ochy i achy. Tłum za­czął bić brawa. Bab­cia z kij­kiem od sel­fie, a ce­le­brytka z pro­mien­nym, nie­ska­zi­tel­nie bia­łym uśmie­chem stały wpa­trzone w ma­ni­fe­stu­ją­cych.

Prze­ci­wień­stwa się przy­cią­gają, nie tylko w mo­dzie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Mam na imię Gabi i my­śla­łam, że ta­kie hi­sto­rie zda­rzają się tylko w fil­mach.

Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze:

nie mia­łam ochoty iść na żadną ma­ni­fe­sta­cję. Bab­cie zde­cy­do­wa­nie mnie nie ro­zu­miały. Po­dob­nie zresztą ro­dzice. Na­gle wy­je­chali, a mnie, pra­wie do­ro­słą, pod­rzu­cili do ob­cego gniazda. W świe­cie przy­rody to się na­zywa pa­so­żyt­nic­twem i ta­kie zwy­czaje ma ku­kułka. W świe­cie lu­dzi okre­ślają to po­mocą. Tylko że ja jej nie po­trze­bo­wa­łam. W końcu mia­łam trzy­na­ście lat, pięć ki­lo­gra­mów nad­wagi, nieco przy­duże oku­lary, pu­szące się, w my­sim, czyli ni­ja­kim ko­lo­rze włosy i przez trzy dni po­ra­dzi­ła­bym so­bie sama. Sie­dem­dzie­siąt dwie go­dziny bez ro­dzi­ców, wiel­kie mi halo! Sprawę z po­wo­dze­niem za­ła­twi­łyby: szybka ła­do­warka, smart­fon, do­stęp do in­ter­netu po świa­tło­wo­dzie, Snap­chat, In­sta, Tik­Tok, Net­fliks, za­pas ki­sielu, chip­sów, de­li­cji, milki oraz sprite. Da­cie wiarę? Ta­kie czasy. Opieka spo­łeczna by się nie do­wie­działa, na pewno nie ode mnie.

By­łam zła na ro­dzi­ców, że zo­sta­wili mnie u babć. Z pełną pre­me­dy­ta­cją igno­ro­wa­łam wy­pi­sy­wane na wszyst­kich moż­li­wych ko­mu­ni­ka­to­rach wia­do­mo­ści. Wciąż pa­mię­ta­łam tłu­ma­cze­nia mamy: ja­kaś mega-, su­per-, hi­per­ważna se­sja ce­le­bryty, która rze­komo ma im otwo­rzyć drzwi do lep­szych kon­trak­tów. Chyba za­po­mnieli, że pod­rzu­ca­jąc mnie do babć, jed­no­cze­śnie za­mknęli drzwi do mnie. Ale oni mnie wcale nie słu­chali. Po­wta­rzali, że to ży­ciowa szansa, roz­wi­nię­cie biz­nesu, zdo­by­cie kon­tak­tów, pre­stiż i bla, bla, bla. Wszystko po­psuli, tak jak tylko ro­dzice po­tra­fią. Nie po­my­śleli o mo­ich pla­nach i szan­sach. Co prawda, nie mia­łam żad­nych po­waż­nych. No do­bra, mniej po­waż­nych też nie, ale oni o tym nie wie­dzieli. Moje zwy­czajne wa­ka­cyjne sprawy to prze­glą­da­nie Tik­toka, In­sta i pod­ko­lo­ro­wa­nych słit­foci ko­le­ża­nek, któ­rych do końca nie lu­bi­łam. Chyba z wza­jem­no­ścią, bo od po­czątku wa­ka­cji wcale się do mnie nie od­zy­wały.

I tak oto dwie uda­jące ro­dzi­ców ku­kułki pod­rzu­ciły mnie, rze­ko­mego pa­so­żyta, na osie­dle swo­jego dzie­ciń­stwa. Mia­łam tam spę­dzić cu­downe chwile, które od­bu­dują moją re­la­cję ze star­szym po­ko­le­niem. Ja wi­dzia­łam to nieco ina­czej. Wy­jąt­kowo nudne dni z dwiema eme­ryt­kami, któ­rych je­dyną roz­rywką są ma­ni­fe­sta­cje oraz tea time. Och! Za­po­mnia­łam o Bi­go­sie, więc jesz­cze raz. Wy­jąt­kowo nudne dni z dwiema eme­ryt­kami, ma­łym psem i zdia­gno­zo­wa­nym ADHD. Oczy­wi­ście - u psa.

Na­wet nie są­dzi­łam, jak bar­dzo się my­li­łam.