Mokradła - Maria Turstschaninoff

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czyja córka

Kiedy roz­pa­ko­wu­jemy sa­mo­chód sta­wiam urnę na sto­liku

na­le­wam do szklanki ta­li­skera

Przez krótką chwilę

mam ochotę unieść wieczko urny i wlać tro­chę do środka

to w końcu ty na­uczy­łaś mnie pić whi­sky

Ale wzno­szę to­ast z wie­czor­nym słoń­cem

żół­tym od mnisz­ków traw­ni­kiem przed do­mem

li­la­kami i ład­niczką przy dre­wutni

To wszystko jest te­raz moje

bo cie­bie już nie ma

Miesz­kam prze­cież tak da­leko

niby skąd mia­ła­bym umieć

co te­raz bę­dzie

a ten las i ta zie­mia

nie wiem nic

nie umiem nic

i je­stem ni­czyja

po zje­dze­niu do ostatka mat­czy­nej kon­fi­tury z brusz­nicy

prze­staje się być czy­jąś córką

To go­spo­dar­stwo ni­gdy nie było

dla mnie wa­ka­cyj­nym ra­jem

było dla cie­bie

kiedy by­łaś mała

Mia­łaś stąd wspo­mnie­nia

przy­jaźń łą­czyła cię z

ludźmi zwie­rzę­tami zie­mią

to tu cho­dzi­łaś na tańce

to tu jeź­dzi­łaś pod na­miot z ku­zynką

to tu bra­łaś udział w za­wo­dach nar­ciar­skich

po­ka­zy­wa­łaś, ja słu­cha­łam jed­nym uchem

Ni­gdy tu nie miesz­ka­łaś

ale by­łaś stąd

Na­wet nie wiem gdzie leży klucz do piw­nicy

dla­czego tak dziw­nie stu­kają grzej­niki

kiedy przy­jeż­dża au­to­bus bi­blio­teczny

do kogo za­dzwo­nić żeby zre­pe­ro­wać dach

Ale

zo­sta­wi­łaś li­stę

in­struk­cje

Z my­ślą o

na wy­pa­dek

w ra­zie gdyby miała się przy­dać

Trzy mie­siące przed śmier­cią

by­łaś tu i

pi­sa­łaś w dzien­niku

Dzię­kuję Ci moje dro­gie Go­spo­dar­stwo za wszystko

To miej­sce było dla cie­bie ta­kie ważne

chcę zro­zu­mieć dla­czego

Twoje na­wyki sie­dzą w ścia­nach

ostroż­nie do­daję coś od sie­bie

do­pa­so­wuję

prze­su­wam

mo­dy­fi­kuję

Prze­pra­szam je­śli prze­sta­wiam rze­czy w kuchni

mia­łaś swoją kon­cep­cję

nie wolno było jej bu­rzyć

wpa­da­łaś w szał

Pró­buję się po­cie­szać my­ślą że po­do­ba­łoby ci się że

tu je­stem

(bo tak by było?)

Wy­cią­gam z szafy twoje ubra­nia

nie mogę się prze­móc i ich wy­rzu­cić

wy­no­szę je do szopy

która ze­zuje na mnie po­wy­bi­ja­nymi szy­bami i od­cho­dzącą farbą

ko­lejna rzecz do na­prawy

Mogą mi się jesz­cze przy­dać twoje ka­lo­sze

i stara kurtka Do­ris

ple­cak Ot­tona z wojny wisi na haku

koło de­ski do ma­glo­wa­nia z wy­rytą po­chy­loną datą 1683

i wier­tarki ręcz­nej z ro­go­wym uchwy­tem

Po­ściel na łóżku zdo­biona mo­no­gra­mem babci

wciąż pach­nie tobą

Pierw­szy raz po­ru­szam się po tej oko­licy

bez cie­bie

bez ko­goś ze star­szego po­ko­le­nia

miej­scowy dia­lekt brzmi zna­jomo w uszach ale nie w ustach

Kiedy ła­pię gumę

dzwo­nię do warsz­tatu we wsi

(nu­mer za­pi­sa­łaś na kartce która wisi koło te­le­fonu)

Męż­czy­zna w słu­chawce mówi

"Jest pani w Ne­va­bacce, prawda?"

Cho­ciaż nie no­szę two­jego na­zwi­ska

i żadna z nas nie na­zywa się Ne­va­backa

Kiedy wcho­dzę do pie­karni

żeby za­mó­wić na stypę tort ka­nap­kowy

ko­bieta za ladą mówi

"Wi­dać czyją pani jest córką"

jesz­cze za­nim w ogóle wy­ja­wię swoją sprawę

Kiedy jadę do mia­sta po nowe ma­te­race

dla dzieci

sprze­dawca w me­blo­wym chce wie­dzieć: jak to

mają tra­fić do Ne­va­backi

"Ależ oczy­wi­ście że zna­łem Evę-Stinę"

Pra­co­wali ra­zem w wa­ka­cje sześć­dzie­sią­tego siód­mego

Wątki roz­cho­dzą się we wszyst­kie strony

ko­rze­nie któ­rych nie do­strze­ga­łam póki by­łaś ze mną

sta­łaś jakby na dro­dze

Ale te­raz wi­dać je wy­raź­nie, ośle­pia­jąco ja­sno

te­raz, kiedy je­stem naj­star­sza

i to ja mam da­lej

trzy­mać te wątki

do­póki nie przej­mie ich na­stępne po­ko­le­nie

Dłoń dzie­się­cio­latka w mo­jej dłoni

kiedy urna zo­staje zło­żona do ziemi

sze­ścio­latka na ko­la­nach obok dziury

od­pro­wa­dza bab­cię wzro­kiem

kiedy znika

w głębi ziemi

Jest coś w tej gle­bie

coś co cię zna

i te­raz za­po­znaje się ze mną

wę­szy

Wę­druję przez hi­sto­rię

drogą wy­ty­czoną przez przod­ków

obok mu­rów które usy­pali z ka­mieni

sto­dół które wy­peł­niali sia­nem

zbu­do­wa­nych przez nich su­szarni

pól upra­wia­nych

rok po roku rok po roku

Ślady ich ży­cia

za­ra­stają

roz­sy­pują się

zo­stają za­sło­nięte przez krzaki za­ro­śla i mech

Wę­druję czerw­cową nocą która nie zna ciem­no­ści

i czuję w ustach smak ta­li­skera

pach­nie sko­szoną trawą

do­piero co wy­ko­pa­nymi ziem­nia­kami

wy­ta­pia­niem dzieg­ciu i śnie­giem w środku zimy

gło­śno sta­wiam kroki na tej ziemi

która słu­cha

i szepce

znam twoje kroki

wiem czyją je­steś córką

W SE­RII DZIEŁ PI­SA­RZY SKAN­DY­NAW­SKICHUKA­ZAŁY SIĘ DO­TYCH­CZAS:

Mia KAN­KI­MÄKI, Ko­biety, o któ­rych my­ślę nocą, prze­ło­żyła Iwona Kiuru

Roy JACOB­SEN, Nie­godni, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Ka­rin SMIR­NOFF, Wra­cam do domu, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Carl Frode TIL­LER, Ucieczka, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Nina WÄHÄ, Ba­betta, prze­ło­żyła Ju­styna Kwiat­kow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Je­dziemy z matką na pół­noc, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Tar­jei VESAAS, Wio­senna noc / Za­mek z lodu, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Tommi KIN­NU­NEN, Po­wie­działa, że nie ża­łuje, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, An­ne­liese PITZ, Czło­wiek, który ko­chał Sy­be­rię, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Helga FLA­TLAND, Ostatni raz, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Po­je­cha­łam do brata na po­łu­dnie, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Nina WÄHÄ, Te­sta­ment, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Kjell WESTÖ, Niebo w ko­lo­rze siarki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tu­by­le­wicz

Roy JACOB­SEN, Tylko matka, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Knut HAM­SUN, Sza­rady, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Laura LIN­D­STEDT, One­iron, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, Oczy z Ri­gela, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Stig DAGER­MAN, Po­pa­rzone dziecko, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Au­?ur Ava OLA­FS­DÓT­TIR, Bli­zna, prze­ło­żył Ja­cek Go­dek

Jo­nas T. BENGTS­SON, Ży­cie Sus, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Roy JACOB­SEN, Białe mo­rze, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Ka­ren BLI­XEN, Po­że­gna­nie z Afryką, prze­ło­żyli Jó­zef Gie­buł­to­wicz i Ja­dwiga Piąt­kow­ska

Carl Frode TIL­LER, Po­czątki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Helga FLA­TLAND, Współ­cze­sna ro­dzina, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Roy JACOB­SEN, Nie­wi­dzialni, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Od tłu­maczki

Ze wzglę­dów hi­sto­rycz­nych Fin­lan­dia jest kra­jem dwu­ję­zycz­nym - ję­zyk szwedzki jest w niej dru­gim ję­zy­kiem urzę­do­wym, a li­te­ra­tura pi­sana po szwedzku sta­nowi ważną część dzie­dzic­twa kul­tu­ro­wego (na­wet hymn Fin­lan­dii, Nasz kraj, zo­stał za­czerp­nięty z Fän­rik St?ls sägner [Opo­wie­ści cho­rą­żego Sto­ola, 1848-1860] na­pi­sa­nych po szwedzku przez fiń­skiego po­etę na­ro­do­wego Jo­hana Lu­dviga Ru­ne­berga i do­piero prze­ło­żony na fiń­ski przez Ju­liusa Krohna w 1867 roku). Ści­słe kon­takty z lud­no­ścią fiń­sko­ję­zyczną i re­alia hi­sto­ryczno-po­li­tyczne od­ci­snęły piętno na szwedz­ko­ję­zycz­nej li­te­ra­tu­rze z Fin­lan­dii, co z jed­nej strony sta­nowi dla tłu­ma­cza wy­zwa­nie, z dru­giej zmu­sza go nie­mal do za­ję­cia sta­no­wi­ska w kwe­stii praw mniej­szo­ści na­ro­do­wej. O ile w tek­stach, któ­rych ak­cja dzieje się współ­cze­śnie, na ogół zmie­nia­ła­bym szwedz­kie na­zwy miej­sco­wo­ści na fiń­skie, le­piej znane pol­skim czy­tel­ni­kom (np. Hel­sing­fors na Hel­sinki lub ?bo na Turku), o tyle ze względu na hi­sto­rycz­ność po­wie­ści Ma­rii Turt­scha­ni­noff sta­nę­łam przed spo­rym dy­le­ma­tem, który po­ja­wił się nie­mal na pierw­szej stro­nie.

Naj­pierw po­my­śla­łam, że za­sto­suję współ­cze­sne za­sady - miej­sco­wo­ści, w któ­rych prze­waża lud­ność szwedz­ko­ję­zyczna, mają pierw­szą na­zwę po szwedzku, drugą po fiń­sku (daje się to za­uwa­żyć choćby na ta­bli­cach z na­zwami ad­mi­ni­stra­cyj­nymi). Mia­sto po­ja­wia­jące się już na sa­mym po­czątku po­wie­ści, Gam­la­kar­leby, które zo­stało za­ło­żone przez króla Szwe­cji i w sie­dem­na­sto­wiecz­nych do­ku­men­tach wid­nieje pod taką na­zwą, choć w róż­nej pi­sowni, od 1977 roku na­zywa się po szwedzku po pro­stu Kar­leby. Do tego prze­waża w nim lud­ność fiń­sko­ję­zyczna, więc w za­sa­dzie po­win­nam uży­wać fiń­skiej na­zwy - Kok­kola... Co wię­cej, szybko się zo­rien­to­wa­łam, że trudno bę­dzie usta­lić, jak struk­tura lud­no­ści zmie­niała się w każ­dej ze wspo­mnia­nych miej­sco­wo­ści na prze­strzeni dzie­jów.

Kiedy już zde­cy­do­wa­łam się zo­sta­wiać na­zwy po szwedzku - w końcu ak­cja dzieje się głów­nie wśród lud­no­ści szwedz­ko­ję­zycz­nej - po­ja­wiło się mia­sto Ule­?borg (fiń. Oulu), obec­nie na tyle duże, że część czy­tel­ni­ków może je ko­ja­rzyć. Do tego bo­ha­terka, która z niego po­cho­dzi, jest fiń­sko­ję­zyczna, więc po­winna mó­wić ra­czej o Oulu. Cho­ciaż... Roz­ma­wia prze­cież z po­sta­ciami szwedz­ko­ję­zycz­nymi (tego, że Kri­stiina jest fiń­sko­ję­zyczna, czy­tel­nik ory­gi­nału do­my­śla się wcze­śniej, niż do­wia­duje się tego pol­ski czy­tel­nik, bo nie­ty­powa dla szwed­czy­zny jest pi­sow­nia jej imie­nia). Mamy tu więc do czy­nie­nia z wła­ści­wymi dla po­gra­ni­cza pro­ble­mami mie­sza­nia się grup et­niczno-ję­zy­ko­wych.

Osta­tecz­nie więc po­sta­no­wi­łam cał­kiem zmie­nić stra­te­gię i za­sta­no­wić się, jak te na­zwy mo­gły do­cie­rać do Pol­ski. Mu­siały być ra­czej w szwedz­ko­ję­zycz­nej for­mie, choćby z tego względu, że w Pol­sce rzą­dziła ta sama szwedzka dy­na­stia Wa­zów co na te­re­nach dzi­siej­szej Fin­lan­dii. A je­śli do­cie­rali tam kar­to­gra­fo­wie, bar­dziej praw­do­po­dobne jest to, że byli szwedz­ko­ję­zyczni lub - je­śli po­cho­dzili z in­nych kra­jów - ob­co­wali ze szwedz­ko­ję­zyczną elitą. Za­czę­łam szu­kać sta­rych map i oka­zało się, że jest na nich spory ba­ła­gan i na­zwy nie są ujed­no­li­cone - na tej sa­mej ma­pie część jest po szwedzku, część po fiń­sku, a na każ­dej sto­so­wana jest inna pi­sow­nia. W za­sa­dzie na­le­żało się tego spo­dzie­wać. Po­twier­dziło to jed­nak moje przy­pusz­cze­nia, że w Pol­sce uży­wano nie­gdyś szwedz­kich nazw (na­wet w Atla­sie Geo­gra­ficz­nym Eu­ropy z 1913 roku znaj­dziemy na ma­pie Fin­lan­dii szwedz­kie, a nie fiń­skie na­zwy).

Po­nie­waż więk­sze miej­sco­wo­ści wspo­mi­nane w po­wie­ści sta­no­wią tylko tło, a główna ak­cja roz­grywa się przede wszyst­kim w pod­mo­kłych la­sach Ostro­botni, po­sta­no­wi­łam do 1809 roku dość kon­se­kwent­nie trzy­mać się szwedz­kich nazw (o ile ta­kie wy­stę­pują), a od XIX wieku - w przy­padku miej­sco­wo­ści o po­dwój­nych na­zwach - za­czę­łam la­wi­ro­wać mię­dzy fiń­skimi a szwedz­kimi - zgod­nie z obec­nymi za­sa­dami na­zew­nic­twa, żeby una­ocz­nić zmiany, które za­cho­dziły w Fin­lan­dii wraz z dzie­więt­na­sto­wiecz­nym roz­wo­jem na­cjo­na­li­zmu, pod­nie­sie­niem Fi­nów do rangi na­rodu, od­dzie­le­niem się te­re­nów fiń­skich od Szwe­cji, od­kry­wa­niem fiń­skiej toż­sa­mo­ści (także przez szwedz­ko­ję­zyczne elity) i póź­niej­szą nie­pod­le­gło­ścią kraju.

Po­dobne za­ło­że­nie przy­ję­łam w przy­padku zja­wisk prawno-kul­tu­ro­wych. Do 1809 roku Fin­lan­dia była in­te­gralną czę­ścią Kró­le­stwa Szwe­cji (stąd na po­czątku po­wie­ści Matts Mat­t­son otrzy­mał zie­mię na wscho­dzie kraju - w Ostro­botni). Obo­wią­zy­wało tam szwedz­kie prawo i na­wet w XIX wieku, kiedy Fin­lan­dia jako wiel­kie księ­stwo zo­stała po­łą­czona unią per­so­nalną z Ro­sją, jesz­cze przez ja­kiś czas elity po­zo­sta­wały szwedz­ko­ję­zyczne i obo­wią­zy­wał stary sys­tem prawny. W związku z tym do 1809 roku trzy­ma­łam się ofi­cjal­nego szwedz­ko­ję­zycz­nego na­zew­nic­twa (na­wet je­śli ist­niały fiń­skie od­po­wied­niki), po tej ce­zu­rze uży­wa­łam ra­czej nazw fiń­skich, na­wet je­śli dany urząd był na­tu­ralną kon­ty­nu­acją po­przed­niego.

Drugi dy­le­mat zwią­zany był z na­zwami po­staci i po­tocz­nymi okre­śle­niami ele­men­tów przy­rody nada­wa­nymi przez bo­ha­te­rów. Cho­ciaż na ogół je­stem prze­ciwna spo­lsz­cza­niu nazw, tu­taj były one na tyle zna­czące, że wy­dało mi się to ko­nieczne. I znów pro­ble­mem oka­zała się wie­lo­ję­zycz­ność - szwedz­ko­ję­zyczny czy­tel­nik z Fin­lan­dii bez trudu zro­zu­mie fiń­skie słowa, a szwedzcy czy­tel­nicy przy­naj­mniej się zo­rien­tują, że są to fiń­skie, a nie szwedz­kie wstawki. Dla pol­skiego czy­tel­nika, który nie zna żad­nego z tych ję­zy­ków, nie bę­dzie to oczy­wi­ste. Po­nie­waż w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści przy­pad­ków słu­żyło to je­dy­nie pod­kre­śle­niu spe­cy­fiki re­gionu i za­zna­cze­niu jego dwu­ję­zycz­no­ści, co dla pol­skiego czy­tel­nika nie by­łoby wcale ja­sne, na ogół po pro­stu tłu­ma­czy­łam te na­zwy na ję­zyk pol­ski bez pod­kre­śla­nia, że coś jest fiń­skie, a coś szwedz­kie, o ile nie miało to zna­cze­nia dla tre­ści. Dzięki temu pol­ski czy­tel­nik może mak­sy­mal­nie po­czuć się jak do­mnie­many od­biorca ory­gi­nału, który bez pro­blemu ope­ruje oboma ję­zy­kami. Po­nie­waż au­torka kil­ku­krot­nie pod­kre­śla, że na tych te­re­nach lud­ność szwedzko- i fiń­sko­ję­zyczna żyje obok sie­bie, nie mam po­czu­cia, że pol­ski czy­tel­nik jest przez to stratny.

Z na­zwami wła­snymi zwią­zany jest dużo więk­szy kło­pot - ar­cha­iza­cja. Mię­dzy za­miesz­czo­nym na wstę­pie wier­szem a pierw­szym roz­dzia­łem jest wy­raźny prze­skok sty­li­styczny. U Ma­rii Turt­scha­ni­noff ar­cha­iza­cja, która z każ­dym ko­lej­nym wie­kiem słab­nie, po­lega na pod­nie­sie­niu stylu, a przede wszyst­kim na sto­so­wa­niu po­jęć z epoki. Au­torka wy­szu­ki­wała na przy­kład ty­powe imiona, ja­kie w da­nej epoce nada­wano kro­wom. Żeby za­cho­wać to, jak te na­zwy ewo­lu­owały na prze­strzeni dzie­jów, tłu­ma­czy­łam je dość do­słow­nie, o ile było to moż­liwe. Szcze­gól­nie że po­mimo chęci za­cho­wa­nia ob­razu daw­nej oby­cza­jo­wo­ści raz za ra­zem na­tra­fia­łam na trud­no­ści nie do przej­ścia - w Pol­sce wy­stę­po­wało inne bu­dow­nic­two, były inne tra­dy­cje i oby­czaje, więc sporo ty­po­wych dla tego re­gionu fe­no­me­nów - na przy­kład po­trawy, święta czy ro­dzaje cha­łup - wy­ma­gało opi­so­wego wy­ja­śnie­nia lub gi­nęło w tłu­ma­cze­niu, bo nie ma dla nich pol­skich od­po­wied­ni­ków, a je­śli są, mogą się wy­da­wać zbyt "swoj­skie". Jed­nym z ta­kich słów, któ­rych szcze­gól­nie mi żal, jest cza­sow­nik kula, czyli cha­rak­te­ry­styczny gar­dłowy śpiew słu­żący do przy­wo­ły­wa­nia krów. In­nym - la­tri­nvagn, pro­to­typ szam­biarki, czyli wóz, któ­rym wy­wo­żono z mia­sta beczki z nie­czy­sto­ściami. Mimo sta­rań nie zna­la­złam na to traf­nego pol­skiego okre­śle­nia.

Pro­blemy z prze­kła­dem do­brze ilu­strują też na­zwy istot za­miesz­ku­ją­cych las, któ­rych nazw nie chcia­łam za­stę­po­wać pol­skimi od­po­wied­ni­kami, żeby nie mie­szać folk­loru pół­noc­nego ze sło­wiań­skim. Po­nie­waż ak­cja dzieje się wśród lud­no­ści szwedz­ko­ję­zycz­nej, a za­ło­ży­ciel Ne­va­backi przy­pływa do Ostro­botni ze Szwe­cji, szu­ka­łam nor­dyc­kich, a nie fiń­skich nazw stwo­rzeń. Są­dzi­łam, że dzięki po­pu­lar­no­ści mi­to­lo­gii nor­dyc­kiej szybko znajdę je w pol­skiej li­te­ra­tu­rze. Bar­dzo się jed­nak zdzi­wi­łam - oka­zało się, że źró­deł jest nie­wiele. Osta­tecz­nie za pod­stawę po­słu­żyły mi książki Ar­tura Szrej­tera: De­mo­no­lo­gia ger­mań­ska. Du­chy, de­mony i cza­row­nice (2013) i Be­stia­riusz ger­mań­ski. Ol­brzymy, po­twory i święte zwie­rzęta (2012). Nie­stety ich na­zwy są tam czę­sto two­rzone od nazw sta­ro­ger­mań­skich, nie szwedz­kich, co nie do końca mi od­po­wia­dało, ale nie chcia­łam ich du­blo­wać, bo w po­wie­ści nie ma do­kład­nego opisu tych istot, więc osta­tecz­nie trzy­ma­łam się pro­po­zy­cji Szrej­tera.

Skoro mowa o na­zwach, po­wieść Turt­scha­ni­noff do­bit­nie uświa­do­miła mi róż­nice w po­dej­ściu do przy­rody mię­dzy Pol­ską a Szwe­cją/Fin­lan­dią wi­doczne w spo­so­bie na­zy­wa­nia ro­ślin i zwie­rząt. Wpraw­dzie od dawna wie­dzia­łam, że po szwedzku ptaki i ro­śliny mają zwy­kle prost­sze - jed­no­wy­ra­zowe - na­zwy, ale tu­taj wo­bec ich na­gro­ma­dze­nia pol­sz­czy­zna oka­zy­wała się czę­sto wręcz iry­tu­jąca. Stąd też na ogół re­zy­gno­wa­łam z dru­giego członu nazw, który na co dzień bywa po­mi­jany, cza­sem jed­nak nie było to moż­liwe - dużo bym dała, żeby w pol­sz­czyź­nie dzię­cioła czar­nego i dzię­cioła zie­lo­nego dało się okre­ślić dwoma róż­nymi jed­no­wy­ra­zo­wymi okre­śle­niami!

Naj­bar­dziej pra­co­chłonna oka­zała się jed­nak ar­cha­iza­cja ca­łego tek­stu, żeby spra­wiał wra­że­nie sta­rego i z każ­dym ko­lej­nym wie­kiem wy­da­wał się co­raz bar­dziej współ­cze­sny. Po­nie­waż to, co u Turt­scha­ni­noff stare i au­ten­tyczne, czę­sto oka­zy­wało się nie­prze­tłu­ma­czalne i nie bu­dzi­łoby u pol­skiego czy­tel­nika żad­nych sko­ja­rzeń, zde­cy­do­wa­łam się nieco wy­raź­niej zar­cha­izo­wać nar­ra­cję i na przy­kład za­miast kon­kret­nych po­jęć z epoki użyć star­szych spój­ni­ków i rze­czow­ni­ków po­spo­li­tych, które dziś są prze­sta­rzałe, aby od­dać za­mysł au­torki. "Stary" był też w za­my­śle szyk zdań w pierw­szych dwóch wie­kach. Za po­moc i kon­sul­ta­cję me­ry­to­ryczną chcia­ła­bym bar­dzo po­dzię­ko­wać pani pro­fe­sor Agnieszce Sło­bo­dzie z Uni­wer­sy­tetu im. Adama Mic­kie­wi­cza w Po­zna­niu, bez któ­rej do końca ży­cia mia­ła­bym po­czu­cie, że ta książka mnie prze­ro­sła (i że nie na­le­żało w szkole boj­ko­to­wać Hen­ryka Sien­kie­wi­cza).

Prze­kład tej po­wie­ści - chyba jak żad­nej in­nej do­tych­czas - wią­zał się dla mnie z pracą iście de­tek­ty­wi­styczną. Cza­sem na­wet pro­ste rze­czy wy­ma­gały za­sta­no­wie­nia - bo­ha­te­ro­wie od­wo­łują się na przy­kład do cza­sów nie­po­koju (szw. ofre­den), który osoby szwedz­ko­ję­zyczne ła­two sko­ja­rzą z ter­mi­nem na­wią­zu­ją­cym do III wojny pół­noc­nej i oku­pa­cji Fin­lan­dii przez Ro­sję (szw. Stora ofre­den), jed­nak w pol­skich opra­co­wa­niach hi­sto­rii Fin­lan­dii ba­zuje się na fiń­skiej na­zwie iso­viha (do tego nie­zbyt szczę­śli­wie tłu­ma­czo­nej jako Wielki Gniew). Jest ona jed­nak now­sza i by­łaby w po­wie­ści ahi­sto­ryczna. Nie­jed­no­krot­nie ko­nieczne oka­zy­wały się dłuż­sze po­szu­ki­wa­nia i do­kształ­ca­nie się. Te­raz już wiem - przy­naj­mniej w teo­rii - jak wy­ta­pia się dzie­gieć i wy­py­cha zwie­rzęta, prze­czy­ta­łam hi­sto­rię kom­bajnu i zgłę­bi­łam ewo­lu­cję szam­bia­rek... Na tym wła­śnie po­lega cały urok pracy tłu­ma­cza i to wła­śnie spra­wia, że jest to fa­scy­nu­jące za­ję­cie.

Cho­ciaż moje po­szu­ki­wa­nia czę­sto koń­czyły się fia­skiem - bo "u nas cze­goś ta­kiego nie było" - do­ło­ży­łam wszel­kich sta­rań, żeby skon­sul­to­wać nie­znane mi wcze­śniej za­gad­nie­nia, dla­tego na ko­niec chcia­łam bar­dzo ser­decz­nie po­dzię­ko­wać wszyst­kim tym, któ­rzy wspie­rali mnie radą: Ali­cji Ni­kol­skiej z Pań­stwo­wego Mu­zeum Et­no­gra­ficz­nego w War­sza­wie, dr. hab. Wło­dzi­mie­rzowi Pes­se­lowi z In­sty­tutu Kul­tury Pol­skiej UW i dr. Łu­ka­szowi Som­me­rowi z Pra­cowni Fin­lan­dy­styki UW, a także Ada­mowi Pluszce za do­pro­wa­dze­nie wier­szy do stanu uży­wal­no­ści. Mam na­dzieję, że lek­tura bę­dzie przy­jemna i da­jąca do my­śle­nia.

Agata Te­pe­rek

Ne­va­backa

Wo­ja­kowi pew­nemu z za­chod­niej czę­ści Ko­rony zie­mię na wscho­dzie kraju jako za­płatę za służbę lo­jalną obie­cano. Prze­pły­nąw­szy stat­kiem mo­rze i do mia­sta Gam­la­kar­leby nie­dawno za­ło­żo­nego do­tarł­szy, po­dą­żył wo­jak w górę rzeki i do nie­wiel­kiej przy­był osady, w któ­rej na­wet ko­ścioła nie było, a cała wio­ska, po znacz­nym te­re­nie roz­pro­szona, rap­tem pięt­na­ście ko­mi­nów li­czyła. Żoł­nierz za­się­gnął ję­zyka. Na­po­tkani lu­dzie po szwedzku jako i on mó­wili, acz i tacy się zda­rzali, co po fiń­sku tylko ga­dać umieli.

Da­leko na wschod­nim skraju pa­ra­fii roz­cią­gał się te­ren, któ­rego uprawa jemu miała być od­tąd pi­sana. Wo­jak wie­dział, iże cha­łupę sam so­bie bę­dzie mu­siał po­sta­wić, tym jed­nak wcale się nie przej­mo­wał. Po dro­dze las ciemny i gę­sty mi­jał, ni tro­chę po­dobny li­ścio­wym, z któ­rych się wy­wo­dził. Drewna na po­rządną cha­łupę nie bra­kło. Wierz­chołki drzew szu­miały niby mo­rze, które prze­być mu­siał, na wojnę ru­sza­jąc. W bo­jo­wa­niu do­brze się spra­wił, na za­ufa­nie i sza­cu­nek ofi­ce­rów i reszty żoł­nie­rzy za­pra­co­wał. Nie po to jed­nak na świat ten przy­szedł, by ży­cie od­bie­rać i obce kraje plą­dro­wać. Uro­dził się, by w ręku ło­patę, mo­tykę i pług dzier­żyć. Już na samą myśl o go­spo­dar­stwie w dło­niach je wy­czu­wał.

W le­sie noc spę­dziw­szy, w dal­szą drogę przed świ­tem wy­ru­szył i do pa­górka, na któ­rym jego za­groda sta­nąć miała, wcze­snym ran­kiem przy­był. Nad wierz­choł­kami drzew wi­siał księ­życ pełny, co na tle wio­sen­nego nieba si­no­blady się wi­dział - wze­szedł rano, przed słoń­cem jesz­cze. Wo­jak, za­trzy­maw­szy się, na owo wznie­sie­nie dłuż­szą chwilę spo­glą­dał. Po­ra­stał je bór gę­sty, a stru­mień wo­dami roz­to­pów sze­roki i by­stry u pod­nóża jego pły­nął. Męż­czy­zna oczyma wy­obraźni uj­rzał już, gdzie dom jego sta­nie i gdzie pierw­sze pole wy­kar­czuje. Do czasu wy­ko­pa­nia studni wodę z po­toku bę­dzie czer­pał. Po opał wy­star­czyło do lasu się udać, gdzie go aż nadto było. Nie bra­kło mu więc nic, co też czło­wie­kowi po­trzebne być może. Te­ren był dzie­wi­czy, a wo­jak skory, ażeby pod­da­nym go so­bie uczy­nić, ziarno za­siać i spra­wić, by zie­mię płodną uczy­nić. Wsta­wać bę­dzie z za­pa­łem jak księ­życ ma­jowy jesz­cze przed wscho­dem słońca, by pracą się pa­rać.

Jako że go­spo­dar­stwo na sa­mot­nym wznie­sie­niu się znaj­do­wało, oto­czone kra­jem pod­mo­kłym i ba­gien­nym, Ne­va­backą ją zwano - od fiń­skiego neva - "ba­gno", i szwedz­kiego backe - "pa­gó­rek". Na­zwy wielu miejsc w tej oko­licy mie­sza­niną fiń­skiej ze szwedzką mowy, a cza­sem więk­szej na­wet liczby ję­zy­ków były. Zgod­nie z utar­tym zwy­cza­jem na wo­jaka podle na­zwy tego go­spo­dar­stwa wo­łano. Tak oto Matts Mat­ts­son Rask stał się Mat­t­sem Mat­ts­so­nem Ne­va­backą.

Był z Mat­tsa Ne­va­backi mąż wy­trzy­mały, od cięż­kiej pracy nie­stro­niący. Ściął Matts świerki po­tężne i na sa­mym szczy­cie pa­górka wzniósł chatę jed­no­izbową z pa­le­ni­skiem so­lid­nym, które zimą, choćby w dni naj­mroź­niej­sze, cie­pło w czte­rech ścia­nach za­pew­niało. Las koło domu wy­kar­czo­waw­szy i wy­pa­liw­szy, pole za­ło­żył. Ob­siał je i pierw­sze plony ze­brał. Choć skromne były, te­raz już po­znał, że ma moż­ność zo­stać so­bie­pa­nem. Ukształ­to­wać eg­zy­sten­cję swoją, w któ­rej to on, a nie ofi­ce­ro­wie czy kró­lo­wie o wszyst­kim zań de­cy­dują. Nie za­mie­rzał dłu­żej roz­ka­zów ni­czy­ich słu­chać i dla ka­prysu cu­dzego ży­cia na­ra­żać. Pro­wa­dzić je bę­dzie tako, jako i za sto­sowne uzna. Stąd też każde ude­rze­nie sie­kiery i każde wbi­cie ło­paty czy drąga ra­dość mu nio­sło.

Las jed­nak nie oka­zał się prze­ciw­ni­kiem wcale ła­twym do ujarz­mie­nia. Opór za­cięty mu sta­wiał. Wy­rąb drzew ży­wi­czych wiele go trudu kosz­to­wał. Kar­cze wyjść z ziemi nie chciały, jak­kol­wiek by cią­gnął. Zie­mia głów­nie w ka­mie­nie uro­dzajna była. Matts je­den po dru­gim je dźwi­gał i mur z nich bu­do­wał wo­kół po­letka skrom­nego, a gdy wie­czo­rami w sen za­pa­dał, tylko głazy i głazy mu się śniły. Ko­pał i wy­ry­wał ko­rze­nie wcze­pione w ka­mie­ni­sty grunt z taką siłą, ja­kiej by każdy czło­wiek mógł mu po­zaz­dro­ścić.

Sa­mot­no­ścią się na­pa­wał i przed­kła­dał ją nad nie­ustanne, z góry na­rzu­cone to­wa­rzy­stwo kom­pa­nów żoł­nier­skiego ży­cia. W piersi jego zro­dziło się jed­nak pra­gnie­nie nowe: za­ma­rzył mu się syn, któ­ren by w pracy na roli mógł ulżyć. Czemu by na­wet nie dwóch, sil­nych i wy­trzy­ma­łych? Je­śliby ojcu po­mo­gli, las wresz­cie jego woli by uległ - ka­mie­nie nie­mal same z gli­nia­stej ziemi by wy­ska­ki­wały.

Matts sy­nów wsze­lako nie miał, jako i nie miał żony, a w oko­licy nie­wiast w ogóle bra­kło. Naj­bliż­sza wio­ska li­czyła le­d­wie dwa ko­miny i żadna panna na wy­da­niu w niej nie miesz­kała. Ga­niać zaś po jar­mar­kach i in­szych miej­scach, gdzie - jak so­bie wy­obra­żał - kan­dy­datka mo­głaby się tra­fić, czasu nie miał.

Razu pew­nego do głowy mu przy­szło, iże nie­opo­dal za­grody roz­ciąga się ba­gno nie­mal drzew po­zba­wione. Znaj­do­wało się na pół­nocy i Matts w jego po­bliże nie­chęt­nie się za­pusz­czał. Al­bo­wiem gdy tylko doń się zbli­żył, juże go coś ja­koby ob­ser­wo­wało - pe­wien był tego nie­zbi­cie. Żadne to gu­sła: w le­sie stwo­rze­nia nie­ma­jące nic wspól­nego ni z pta­kami, ni z więk­szą zwie­rzyną miesz­kały. Lu­dzie z wio­ski w zgo­dzie z nimi żyli, lubo ich uni­kali, we­dle oby­czaju i tego, co w ja­kiej do­bie na­ka­zane było. Cza­sem ofiary im czy­nili, ukrad­kiem, gdyż na­prze­ciw na­uce Ko­ścioła to stało. Cza­sem jed­nak lu­dziom nie po­zo­sta­wało nic in­szego, jak o po­moc do nich się zwró­cić, aby cho­robę prze­pę­dzić albo nę­dzy i klę­sce głodu za­po­biec.

Matts - przy­bysz z da­leka - za­zna­jo­miony z tymi stwo­rze­niami nie był. Ich nazw ni zwy­cza­jów nie znał. W las się za­pusz­cza­jąc, no­sił ze sobą za­wżdy ja­kiś ka­wa­łek me­talu, a w ra­zie po­trzeby na całe gar­dło psalm śpie­wać za­czy­nał. Głos miał ni­ski, do­no­śny. Po­wszech­nie wia­domo było, że lud le­śny w chrze­ści­jań­skim Bogu nie ma upodo­ba­nia. To nie tak, że Matts się bał, na bacz­no­ści się jed­nak mieć wo­lał.

Gdy­byż tylko ba­gno osu­szył, miałby do­sko­nałą zie­mię uprawną, miękką a wszel­kich kęp i ko­rzeni po­zba­wioną. Oszczę­dzić by mu to mo­gło wiele za­chodu. Przed oczyma Mat­tsa żyto na polu fa­lu­jące sta­nęło. Bo­gac­two - oto co ba­gno zna­czyło. Za gra­nicą na­uczył się nieco o wód grun­to­wych ob­ni­ża­niu. Wie­dział, jak pracę na­leży wy­ko­nać, choć nie prze­czu­wał na­wet, ile trudu bę­dzie go ona kosz­to­wać, je­śli się w po­je­dynkę do niej za­bie­rze. Acz­kol­wiek gdy raz już coś po­sta­no­wił, nie zwle­kał - chwy­ciw­szy ło­patę i mo­tykę, na ba­gno po­dą­żył.

W ten go­rący letni dzień ko­mary i meszki, od któ­rych w po­wie­trzu się ro­iło, bzy­czały nad tu­rzycą. Niebo nie­bie­skie było, wręcz błę­kitne. Ptaki do treli nie­spe­cjal­nie się kwa­piły. Tylko dzię­cioł czarny w czer­wo­nej cza­peczce stu­kał ryt­micz­nie w wy­drą­żony pień na skraju opa­rze­li­ska. Od­sta­wiw­szy ło­patę i mo­tykę, Matts złote płatki drob­nych kwiat­ków na brzegu ba­gna uj­rzał. Ni­gdy wcze­śniej ta­ko­wych nie wi­dział, ale za do­bry omen je wziął. Tu­taj, wła­śnie tu­taj pierw­szy rów wy­ko­pie.

Przy­stą­pił do dzieła. Nie po­zwa­lał, aby myśl o znoju, któ­ren go czeka, ani­musz mu ode­brała i siłę, z jaką mo­tyką wy­ma­chi­wał lub ło­patę wbi­jał, osła­biła.

Pra­co­wał ciężko, much i ko­ma­rów na­wet nie od­ga­nia­jąc. Gdy słońce sta­nęło w ze­ni­cie i żar po­lał się z nieba, Matts, na­piw­szy się wody, w cie­niu legł pod świer­kiem od­sap­nąć chwilę.

We śnie jego ktoś do niego pod­szedł, ja­kaś istota o wło­sach dłu­gich, z któ­rych woda ka­pała, i oczach zło­ci­ste płatki przy­po­mi­na­ją­cych. Ni chłop, ni baba. Wo­niała mchem i wodą ba­gienną, dło­nie sę­kate miała i jak kar­ło­wata so­sna po­wy­krę­cane, a odzie­nie jakby z weł­nianki utkane. W tym śnie Matts znak krzyża uczy­nił, al­bo­wiem już po­znał, ko­góż to ma przed sobą. Sto­jąca na ba­gnie po­stać ręce w obron­nym ge­ście unio­sła. Za­chę­ca­ją­cym ru­chem wska­zała las i sze­ro­kim ge­stem mo­kra­dła ob­jęła, za­czem ręce przed sobą skrzy­żo­wała.

Męż­czy­zna prze­bu­dził się skon­fun­do­wany, z gar­dłem wy­schnię­tym. Do stra­chli­wych by­naj­mniej nie na­le­żał. Tyle się świata na­oglą­dał, iże go to za­har­to­wało, czu­cia wręcz po­zba­wiło, a du­sza jego jak gra­nit twarda się stała. Kom­pani jego na woj­nie ile wle­zie plą­dro­wali, z nie­wia­stami, ja­dłem i zło­tem ucho­dząc. Byle snem się więc nie przej­mo­wał.

Matts da­lej ro­botę cią­gnął. Dru­giego dnia rów­nież mu się zda­rzyło przy ba­gnie za­snąć, z pnia­kiem pod głową niby po­duszką. I znów go ta istota na­wie­dziła. Tego razu na wielce gniewną wy­glą­dała. Złote oczy pio­runy ci­skały. Zie­mia za­ko­ły­sała się pod oboj­giem niby ko­żuch ro­ślinny, co opa­rze­li­sko po­krywa. Matts bar­dzo do­brze po­jął, cze­góż to odeń chcą. Żeby ba­gna nie ty­kał.

Obu­dził się tak jak po­przed­nio i do pracy na po­wrót przy­stą­pił. Ni­komu za­stra­szyć ani po­ko­nać się nie da. Sam jest so­bie pa­nem i bę­dzie wbi­jać mo­tykę, kędy mu się żyw­nie po­doba! Jed­na­ko­woż ni na chwilę nie opusz­czało go wra­że­nie, że jest bacz­nie ob­ser­wo­wany.

Po ja­kim ty­go­dniu zo­stał na mo­kra­dłach na noc, by z rana da­lej ko­pać. Obu­dził się, gdy jesz­cze szaro było, a nad ko­ły­szącą się trawą, która ba­gno po­ra­stała, de­li­katny opar się uno­sił. Nie­opo­dal roz­legł się klan­gor żu­ra­wia. Na ota­cza­ją­cych go drze­wach wa­dziły się ze sobą pasz­koty i drozdy. Dzię­cioł czarny stu­kał jak zwy­kle. A zie­lo­no­siwy ku­zyn jego me­lan­cho­lij­nie la­men­to­wał.

Matts pod­niósł ło­patę.

Na­ów­czas zo­ba­czył, że ktoś przez mo­czary idzie. A może to tylko kłąb mgły? Je­śli czło­wiek jed­nak, to naj­bar­dziej pod­mo­kłą ścieżkę wy­brał.

Matts prze­że­gnał się. W kie­szeni no­szony sta­lowy nóż ści­snął.

Mgła jesz­cze moc­niej zgęst­niała, przy­bie­ra­jąc kształt wy­raźny - kształt krą­gło­ści i mięk­ko­ści. Po­stać pro­sto na Mat­tsa się kie­ro­wała. Nie­wia­sta to była o wło­sach zło­tych jako tamte kwiatki, co pod ło­patą ustą­pić mu­siały. Włosy nie­sple­cione miała - bujne, zwi­chrzone. Jej ręce i nogi dłu­gie były i wiot­kie jak li­ście tu­rzycy. Uśmie­chała się doń i oczy zie­lone jak mech weń wle­piła. Matts po­my­ślał, iże nie wi­dział do­tąd na tym świe­cie ko­biety, która krasą rów­nać by się z nią mo­gła, cho­ciaż spo­tkał - i po­siadł - wiele pa­nien na­dob­nych. Nie­zna­joma słowa nie rze­kła, tylko przed nim się za­trzy­mała, naga i uro­dziwa. Po­tem dło­nie na bar­kach jego po­ło­żyła, a on po­czuł woń prze­bo­gatą i mroczną. Do mchu go przy­ci­snąw­szy, spodnie mu roz­wią­zała i okra­kiem nań usia­dła. Ni­gdy ni­czego po­dob­nego nie do­świad­czył, na­wet z nie­rząd­ni­cami w Pra­dze.

Gdy oboje roz­ko­szy do­znali, nie­wia­sta bez słowa na mo­kra­dłach znik­nęła. Matts czuł, iż siły zeń uszły, i je­dy­nie z tru­dem ogrom­nym udało mu się z po­wro­tem do za­grody do­wlec. O ro­wów ko­pa­niu nie było na­wet co my­śleć.

Oczy­wi­ście zda­wał so­bie sprawę, z ja­kie­goż to ro­dzaju istotą spół­ko­wał. Żadna krzywda się jed­nak ni­komu nie stała - ro­zu­mo­wał - a on bę­dzie od­tąd swą chrze­ści­jań­ską du­szę chro­nić i nie do­pu­ści, by się to kie­dy­kol­wiek na po­wrót stało. Mimo wszystko przez całą je­sień, gdy zbie­rał nie­wiel­kie plony, które mu się wy­ho­do­wać udało, i całą zimę, gdy na nar­tach las prze­mie­rzał, po­lu­jąc na mniej­szą i więk­szą zwie­rzynę, coby ja­koś prze­trwać, raz za ra­zem my­ślami do tam­tej nie­zna­jo­mej wra­cał. Czę­sto się też na nar­tach na trzę­sa­wi­ska za­pusz­czał, a to dla­tego, że wy­tro­pić tam zwie­rzynę ła­two było - tak so­bie wma­wiał. Nie­mniej rów­nie mocno in­nych zu­peł­nie śla­dów wy­pa­try­wał, acz nie udało mu się ni­g­dzie zło­ci­stych wło­sów doj­rzeć.

U progu wio­sny, jed­nego wie­czoru, kiedy dął wiatr i pa­dał rzę­si­sty deszcz, za­sko­czyło go ło­mo­ta­nie do drzwi. Nóż przy pa­sku czy ma, spraw­dził, po czym ry­giel uniósł i otwo­rzył.

Po­pa­trzył wprost w zie­lone jak mech oczy. Nie dał rady się po­wstrzy­mać, wziął ją na­prędce w ra­miona i do izby wpro­wa­dził, za­cią­gnął się jej za­pa­chem - lasu, mchu i ka­mieni. Wtem jed­nak po­czuł, że nie­zna­joma coś trzyma, coś mię­dzy nimi się znaj­duje, w dół spoj­rzał i od­krył w jej ob­ję­ciach dzie­cię.

- To twoje - rze­kła. - Po­tomka ci twego od­dam, je­śli tylko mi obie­casz, iże w spo­koju ba­gno zo­sta­wisz.

Go­spo­darz na pulchne rączki po­pa­trzył, na oczy duże, nie­bie­skie, które w za­cie­ka­wie­niu mu się przy­glą­dały, i z jego ser­cem stało się coś, czego ni­gdy do­tąd nie było mu dane po­czuć.

- Przy­się­gam - od­parł. - Wszystkę zie­mię opo­rzą­dzę, ale ba­gno nie­tknięte po­zo­sta­nie.

Ukon­ten­to­wana jego obiet­nicą nie­zna­joma ode­szła.

Syn rósł szybko, pod wzglę­dem każ­dym dziecko zwy­czajne przy­po­mi­na­jąc, tyle tylko że zdrowy i silny był nad­zwy­czaj. W oko­licz­nych go­spo­dar­stwach rzecz ja­sna dzi­wiono się, skąd na­gle nowy osad­nik syna wziął. Ni­czym nie­zwy­kłym nie było jed­nak ni no­wym, że męż­czyźni na­sie­nie roz­sie­wają, za­ska­ki­wało tylko, że któ­ryś się sam swym po­tom­stwem za­jął. Sporo wpraw­dzie ga­dano, gdy Matts do są­sied­nich go­spo­darstw po proś­bie o mleko i wdzianka dla ma­łego się udał. Jed­na­ko­woż ob­ja­śnił, że matce dziecka się zmarło, a z cza­sem, gdy wi­dziano, jak oj­ciec o syna swego dba, plotki uci­chły. Matts dziecko ochrzcił w Gam­la­kar­leby, gdzie naj­bliż­szy ko­ściół się znaj­do­wał, i nadał mu imię Hen­ric.

Opie­ko­wał się nim jak matka naj­tro­skliw­sza. Naj­lep­sze ką­ski dla Hen­rica prze­wi­dziane były i chło­piec z oj­cem spał na jed­nym po­sła­niu. Wy­rósł prędko, szyb­ciej niż inne dzieci, i już po kilku la­tach Mat­t­sowi w go­spo­dar­stwie po­ma­gał. Upra­wiali żyto, jęcz­mień i rzepę i wkrótce krowę ku­pili, żeby mleko da­wała. Je­śli Mat­t­sowi zda­rzało się my­śleć o ba­gnie, to za­wżdy z wdzięcz­no­ścią za dar, jaki od niego otrzy­mał.

Kiedy Hen­ric był już nie­mal męż­czy­zną i wzro­stem zgoła ojca prze­go­nił, na­sta­wie­nie Mat­tsa zmie­niać się po­częło. Ba­gno co­raz czę­ściej my­śli jego zaj­mo­wało! Ależ ma skarb, i to tuż pod no­sem! Cóż to by była za ży­zna, wspa­niała zie­mia pod uprawy! Ba­gno doń na­le­żało, mógł przeto o nim de­cy­do­wać.

Pew­nej wio­sny, gdy pola wo­kół domu ob­siał, za­brał mo­tykę, ło­patę i wraz z Hen­ri­kiem udali się mo­kra­dła osu­szyć.

Pierw­szej nocy, na którą tam zo­stali, Matts spał głę­boko i nic mu się nie śniło, ale gdy świt na­stał, Hen­ric w po­nu­rym obu­dził się na­stroju. Matts o przy­czynę go spy­tał.

- Matka moja we śnie mnie na­wie­dziła. Po­wie­działa, iże oj­ciec da­nego jej słowa nie do­trzy­muje. Cóż ta­kiego oj­ciec jej obie­cał?

Matts py­ta­nie syna zbył. Pod­jęli prze­rwaną pracę i te­raz, gdy dwóch ich było, po­stępy szybko za­uwa­żyć się dało.

Na­stęp­nej nocy osad­nik znów spał do­brze, Hen­ric jed­nak obu­dził się ze str­wo­żo­nym ser­cem.

- Matka mówi, iże to, co ojcu dała, w każ­dej chwili ode­brać może, je­śli oj­ciec da­lej tak upar­cie bę­dzie obiet­nicę swą ła­mał. - Hen­ric Mat­tsa za ręce chwy­cił. - Oj­cze, ogromna roz­pacz serce mi roz­dziera. Cóż oj­ciec matce obie­cał?

Osad­nik jed­nak i tym ra­zem na nie­po­kój syna nie zwa­żał i od­parł tylko, że snom wie­rzyć nie trzeba. Ko­pali przez cały cie­pły letni dzień, któ­ren pod wie­loma wzglę­dami tamto lato przy­po­mi­nał, gdy Matts syna spło­dził. Syn doń na­le­żał. To Matts na­sie­nie za­siał, jego jest więc też owoc. Wy­pro­sto­wał się i tak jak po­przed­nio na ba­gno spoj­rzał, pot z czoła ocie­ra­jąc. Tu jego kró­le­stwo ro­snąć bę­dzie, tu wy­kieł­kuje bo­gac­two i tu po­wsta­nie coś trwa­łego, co syn jego pew­nego dnia po nim przej­mie.

Na skraju lasu nie­ustan­nie stu­kał dzię­cioł.

Tej nocy Mat­t­sowi coś się wżdy przy­śniło. Znów na­wie­dziła go istota o zło­tych oczach, ta sama, co pierw­szej nocy na ba­gnie. Po­dob­nie jak przed laty pięt­na­stu ni słowa nie rze­kła, lecz jej smu­tek i gniew sen wy­peł­niły, uno­sząc się wo­kół niego ni­czym ciemna, wszystko po­chła­nia­jąca bu­rza. Senna zjawa ręce ni­czym szpony doń wy­cią­gnęła, jej złość za­lała mu nos, usta i oczy, a on zląkł się, że tchu mu za­raz zbrak­nie.

Obu­dził się, po­wie­trze z tru­dem ła­piąc. Miej­sce, w któ­rym jego syn spał, pu­ste było. Matts, ze­rwaw­szy się na równe nogi, ro­zej­rzał się po ba­gnie, ci­chym i de­li­kat­nym zmierz­chem nocy let­niej otu­lo­nym. Hen­rica za­wo­łał, ten jed­nak mil­czał. Na­głym prze­ra­że­niem ogar­nięty, Matts obiegł ba­gno, krzy­cząc i syna przy­wo­łu­jąc, żad­nej jed­nak od­po­wie­dzi nie otrzy­mał ni też jego śladu ni­g­dzie nie do­strzegł. Padł na ko­lana i krzyk­nął bła­gal­nie w stronę ba­gna i lasu, by mu dziecko zwró­ciły - za­rze­kał się, że zrobi wszystko, o cóż go tylko po­pro­szą, je­śli tę je­dyną osobę, którą kie­dy­kol­wiek ko­chał, od­zy­ska.

Mo­czary po­zo­stały mil­czące i ciemne. Nie śpie­wały tam ptaki, nie stu­kał dzię­cioł. Je­dy­nie ty­siące ko­ma­rów spra­gnio­nych krwi sły­chać było.

Osad­nik do chaty wró­cił jako człek zła­many. Ni­gdy już nad ba­gno się nie wy­brał. Nie żył też wcale długo: smu­tek i tę­sk­nota zro­biły to, czego wojna nie zdo­łała - prze­mo­gły jego wolę, krzep­kość do­szczęt­nie mu ode­brały, pracę na roli czy­niąc po­nad siły. Są­sia­dów Matts uni­kał i żył wy­łącz­nie go­rzałką i tym, co w le­sie upo­lo­wał. Wresz­cie, sa­motny i zgorzk­niały, zmarł, sta­ro­ści nie do­cze­kaw­szy.

Za­groda pu­sta stała, a na li­che skrawki pól ry­chło las jął wkra­czać - las z czymś ta­kim nie zwleka. Na prze­szpiegi je­den czy dwa pędy po­syła, a w ko­lej­nym roku pędy te już na wy­so­kość czło­wieka się­gają, jest ich tylko wię­cej i wię­cej, wkrótce do­strzec nie spo­sób, że nie­gdyś pole się tam znaj­do­wało, że ktoś je orał, bro­no­wał, ob­sie­wał.

Kilka lat mi­nęło. Wieś wzdłuż rzeki się roz­ro­sła. Ni­sko po­ło­żone pola ła­twiej upra­wiać i plony lep­sze dają niż te nie­wiel­kie ka­mie­ni­ste, la­sowi wy­darte. Rzeką prze­wo­żono dzie­gieć w le­sie wy­ta­piany, skóry, ma­sło i żyto, któ­rymi po­datki opła­cano. Można było też ło­wić w niej ryby, a zimą dojść się nią dało lub na nar­tach do­je­chać aż na wy­brzeże do Gam­la­kar­leby.

Przy rzece, w pro­stej cha­cie do po­łowy w ziemi za­grze­ba­nej miesz­kała stara ko­bieta z naj­młod­szą ze swych có­rek. Matka, jako że su­rowa i bo­go­bojna, wpo­iła Es­trid Jo­hans­dot­ter ka­te­chizm i mo­dli­twy, wy­cho­wu­jąc ją tak, jak Pan Bóg przy­ka­zał. Od­kryw­szy, że dziew­czy­nie na­uka na pa­mięć z ła­two­ścią przy­cho­dzi, a do tego gło­sem pięk­nym i ja­snym jest ob­da­rzona, na­uczyła ją wszyst­kich psal­mów, które sama umiała. Es­trid śpie­wać lu­biła, więc gdy za­soby psal­mów się wy­czer­pały, jęła wy­szu­ki­wać w oko­licy tych, któ­rzy pie­śni i bal­lady znali, i te­raz to od nich na­uki po­bie­rała. Ro­biła to jed­na­ko­woż bez wie­dzy matki, ta bo­wiem w czymś ta­kim ziem­ski grzech upa­try­wała. Dzięki pie­śniom Es­trid do­wie­działa się o świe­cie sporo rze­czy, o ja­kich jej matka by się ni­gdy sło­wem nie za­jąk­nęła, bar­dzo wiele z nich mó­wiło o va­et­tach[1], trol­lach i nie­wi­dzial­nych miesz­kań­cach lasu. Wkrótce była z nimi rów­nie do­brze za­zna­jo­miona, co z apo­sto­łami i Matką Bożą. Roz­głos zy­skała jako dziew­czę, co cią­gle śpiewa: pio­rąc w rzece, owce na wy­pas za opłatą wy­pro­wa­dza­jąc, ką­piąc się w sau­nie i cha­łupę opo­rzą­dza­jąc.

Kiedy uszu matki do­szło, że Es­trid także świec­kie pie­śni śpiewa, pró­bo­wała z niej owo be­ze­ceń­stwo mio­tłą wy­pę­dzić. Nie pierw­szy zresztą raz po ten śro­dek się­gała, by córkę na wą­ską dróżkę wio­dącą do Pana spro­wa­dzić.

Es­trid po­stą­piła tedy, jak to miała w zwy­czaju - do lasu po­szła i usia­dła pod ja­rzę­bem. O drzewa tego wła­ści­wo­ściach ochron­nych do­wie­działa się z pra­sta­rych ma­gicz­nych pie­śni. Wy­śpie­wała ja­rzę­bowi swe tro­ski, a ten - jak i las cały - uważ­nie ich wy­słu­chał. Śpie­wała drze­wom naj­pięk­niej­sze pie­śni przez matkę jej za­ka­zane, a ja­rząb je dla niej prze­cho­wy­wał.

Od tam­tej pory przy lu­dziach już tylko psalmy nu­ciła.

Po śmierci matki Es­trid prawo do ich pro­stej cha­łupy utra­ciła. Gdy po­chó­wek od­pra­wiono, opróż­niła chatę i usia­dła przed nią na ka­mie­niu. Jako bez­domna sie­rota winna była te­raz roz­pa­czać. Jed­na­ko­woż oso­bliwe uczu­cie lek­ko­ści ją ogar­nęło. W ręku kiść ja­rzę­biny dzier­żyła, wrze­sień był bo­wiem i drzewo wła­śnie bar­wami się ustro­iło.

Mo­gła pracy jako słu­żąca po­szu­kać. Więk­szość bied­nych dziew­cząt tak ro­biła. Je­śli na służbę do­stać jej się nie uda, przyj­dzie jej o jał­mużnę pro­sić i na ła­sce in­nych żyć, ką­tem w ich do­mach i go­spo­dar­stwach po­miesz­ku­jąc.

Es­trid jed­nak słu­żącą być nie chciała.

Wstała i dawny swój dom zo­sta­wiła, na­wet się za sie­bie nie obej­rzaw­szy. Ru­szyła na pół­noc, do lasu, gdzie jak wie­działa, sama żyć bę­dzie mo­gła. Wkrótce ota­cza­jące ją drzewa zgęst­niały i mroczno się zro­biło. Wy­so­kie so­sny nad jej głową szu­miały. Miękki mech pod sto­pami sprę­ży­ście się ugi­nał. Do ja­rzębu - przy­ja­ciela swego - po­de­szła i pod nim usia­dła. Głowę o gładki szary pień oparł­szy, wsłu­chała się, jak w ko­ro­nie drzewa stado ko­wa­li­ków ćwierka. Sie­działa długo, w bez­ru­chu. Ja­rząb szu­miał, stare pie­śni i piosnki, które mu on­giś po­wie­rzyła, wy­śpie­wu­jąc. Es­trid je chło­nęła. Gdy wszyst­kie usły­szała, da­lej w las ru­szyła. Na­tra­fiła na ścieżkę przez lud le­śny wy­dep­taną i bez po­my­śle­nia żad­nego na nią wstą­piła. Gdy starą ścieżkę nowa prze­ci­nała, tę drugą wy­bie­rała. Tym spo­so­bem od domu daw­nego co­raz bar­dziej się od­da­lała i w końcu cał­kiem się zgu­biła.

Gdy do nie­wiel­kiej do­tarła niecki, gdzie kilka ogrom­nych so­sen po­wa­lo­nych przez bu­rzę le­żało, nie wie­działa, gdzież się znaj­duje. Usia­dła na pniu, sza­reń­kim i gład­kim jak je­dwab. Kłę­biły się w niej stare pie­śni, ale Es­trid nie śpie­wała. "Jesz­cze nie te­raz", my­ślała. "Jesz­cze nie".

Zo­ba­czyła wspi­na­ją­cego się po mar­twym drze­wie chrząsz­cza. Na­po­tkał mrówkę, która czuł­kami gor­li­wie po­ru­szała. Nieco da­lej na pniu ro­sło kilka grzyb­ków żół­tych i po­chy­liw­szy się, Es­trid ro­jo­wi­sko wszel­kiej ma­ści chrząsz­czy i owa­dów zo­ba­czyła. Wiatr mię­dzy drze­wami przy­hu­lał. Świa­tło przy­ga­sało, wie­czór się zbli­żał. Dziew­czyna da­lej cze­kała.

Na skraju prze­świtu dzię­cioł za­krzy­czał i Es­trid oczy unio­sła. Wzro­kiem po­szu­kaw­szy, łe­pek czer­wony do­strze­gła. Wspo­mniała opo­wia­daną przez matkę hi­sto­rię - tę o ską­pej go­spo­dyni w czar­nej wdo­wiej sukni i czer­wo­nym czepku, którą dia­beł w dzię­cioła za­mie­nił. Ale przy­po­mniała so­bie też jedną z pie­śni przez pew­nego starca jej prze­ka­zaną - iże dzię­cioł czarny z niedź­wie­dziem jest spo­krew­niony, a czło­wiek z nimi oboma. Dzię­cioł może śmierć wie­ścić. Ta jed­nak zdą­żyła już dom Es­trid na­wie­dzić.

Ptak nie od­le­ciał, jak się tego spo­dzie­wała, tylko ni­żej na pień sfru­nął i lśnią­cymi czar­nymi oczyma na nią po­pa­trzył. Wtem skrzy­dłami za­trze­po­tał i za­raz nie­opo­dal niej przy­siadł. Es­trid wstała i bez naj­mniej­szego wa­ha­nia za nim ru­szyła. Kie­dyż się koło drzewa zna­la­zła, na któ­rym ptak sie­dział, ten jesz­cze da­lej w las po­mknął.

Po­czął zmrok za­pa­dać. Je­sień była i ciem­ność szybko gęst­niała. Es­trid szła i szła, nie wie­dząc, kędy stopy sta­wia, ni jak bar­dzo już się od­da­liła. Nie po­tra­fiła też po­jąć, cze­muż to za czar­nym pta­kiem o prze­szy­wa­ją­cym krzyku po­dąża, miała wra­że­nie, jakby we śnie szła. Nic, co się przez ostatni mie­siąc wy­da­rzyło, praw­dziwe się jej nie wy­da­wało, a to, że te­raz ja­kiś ptak w naj­głęb­szy las ją pro­wa­dzi, nie było dla niej ni odro­binę wię­cej, ni odro­binę mniej rze­czy­wi­ste od ca­łej reszty. Po­czu­cie ulgi jej nie opusz­czało, a może pu­sta lub wolna się czuła albo po pro­stu zu­peł­nie sama na tym świe­cie.

Ptak tak spryt­nie i zręcz­nie ją po­pro­wa­dził, że nie zo­rien­to­wała się na­wet, gdy na ogromne we­szła mo­kra­dła.

Kie­dyż wresz­cie to do niej do­tarło, ptak ostatni krzyk z sie­bie wy­dał, po­le­ciał nad ba­gnem niby strzała z łuku wy­strze­lona i znik­nął. Nad skra­jem lasu wi­siał księ­życ do pełni się zbli­ża­jący. Es­trid chwilę stała, pa­trząc na jego tar­czę i na mo­czary. Noc ci­cha była i spo­kojna. Es­trid wy­cze­ki­wała. Zda­wała so­bie sprawę, iże jej ko­lejny krok o wszyst­kim roz­strzy­gnie.

Za­mknęła oczy i śpie­wać po­częła.

Ubie­ram się w czło­wie­czą po­stać

i wcho­dzę mię­dzy cie­nie

co noc po­trafi księ­życ wie

I krowy na pa­stwi­sku

Nie zgad­nie nikt i nie zna nikt

od­mieńca ta­jem­nicy

bo noc ma taki lekki krok

Pa­stwi­sko kro­wom służy

Sły­szała, jak ktoś się zbliża, lecz z za­mknię­tymi oczyma śpie­wała da­lej. Otwo­rzyła je do­piero, gdy ostat­nie słowa uci­chły. Stał przed nią młody, bro­daty męż­czy­zna o dłu­gich ja­snych wło­sach i za­cie­ka­wiony jej się przy­glą­dał. Po­winna się była wy­stra­szyć, lecz wcale lęku nie czuła. Nic w ogóle nie czuła.

Po­staci wstą­pią w nowy kształt

i znikną w gę­stym le­sie

nie­tknięty pu­char pe­łen jest

Noc kro­czy przez pa­stwi­sko

Śpiew Es­trid zwa­bił Hen­rica, który nic po­dob­nego przez wszyst­kie lata, które z lu­dem le­śnym spę­dził, nie sły­szał. Miał uczu­cie, jakby go to śpie­wa­nie za­cza­ro­wało. A gdy w oczy dziew­czy­nie spoj­rzał, na­tych­miast za­czął za­po­mi­nać, cze­góż to przez lata na tym od­lu­dziu do­świad­czył.

- Mie­nią mnie Es­trid - przed­sta­wiła się ona. - Co mo­żesz mi dać?

- Nie mam nic - od­parł Hen­ric. - Nic poza parą sil­nych rąk i swą mło­do­ścią.

Po­pa­trzyła na sto­ją­cego przed sobą męż­czy­znę i po­my­ślała, że z taką przy­szło­ścią po­go­dzić się może.

Po­dała mu rękę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki