Słowo na początek
"Odrażający, brudni, źli"... Tytuł filmu sprzed lat pojawia się jako
pierwsze skojarzenie ze światem opisywanym przez Halszkę Opfer, światem
jej dorosłego życia. Rysowany przez nią obraz osób, które ją otaczają,
wśród których żyje ze względu na swoje - a może jednak nie swoje? -
wybory życiowe, jest nader przygnębiający. To osoby okrutne,
bezwzględne, złośliwe, samolubne, wykorzystujące innych. Jej własna
rodzina, przede wszystkim matka i rodzeństwo, i ta, w którą weszła,
czyli mąż i jego rodzice, wydają się niewyczerpanym źródłem poczucia
beznadziei, upokorzenia, strachu, cierpienia, samotności.
Pożegnaliśmy Halszkę w opowieści Kato-tata nie-pamiętnik w chwili,
kiedy wchodziła w dorosłość. Porażeni krzywdą i bólem, jakich zaznała w dzieciństwie, mieliśmy nadzieję, że najgorsze już za nią. Że kiedy się
usamodzielni i założy własną rodzinę, wszystko potoczy się szczęśliwie.
Że to będzie koniec koszmaru. Przyzwyczajeni do happyendów przez
literaturę i filmy oczekiwaliśmy pomyślnego zakończenia. Tyle tylko, że
życie Halszki nie jest scenariuszem pisanym na potrzeby hollywoodzkiej
Fabryki Snów, historia Halszki jest prawdziwa. Historia Halszki to jej
świadectwo! Podkreślam: świadectwo, a nie spowiedź, jak nazywali ją
niektórzy czytelnicy Kato-taty w dyskusji, która rozpętała się po
pojawieniu się książki w sprzedaży. Spowiedź to przyznanie się do winy.
A jaką winę ponosi dziecko za to, że ktoś je krzywdzi? Za to, że
najbliżsi, zamiast chronić, wykorzystują je lub atakują? Pierwsza
książka Halszki - świadectwo jej dzieciństwa - stworzyła czytelnikom
niepowtarzalną okazję spojrzenia na problem krzywdzenia dzieci oczami
dziecka. Druga książka, właśnie prezentowana, daje możliwość spojrzenia
na świat oczami Dorosłego Krzywdzonego Dziecka.
Halszka z powodu swoich doświadczeń życiowych ma w sobie wiele dziecka.
Jest w niej dziecko, bo w czasie, kiedy w sensie fizycznym nim była, nie
doświadczyła tego, czego powinna doświadczyć, nie zaspokojono tych jej
potrzeb, które pozwoliłyby jej mieć dojrzały, zdrowy stosunek do świata.
Halszka w dużej części swojego obecnego dorosłego życia pozostaje
krzywdzoną i wykorzystywaną dziewczynką. Ta dziewczynka prawdopodobnie
pozostanie w niej na zawsze.
Świadectwem jest też dalsza część historii Halszki, historii, którą
opowiedziała w tej książce. Jest świadectwem sposobu odbierania świata i radzenia sobie w nim przez kogoś, kto przez całe dzieciństwo musiał być
przygotowany na zło, które mogło się wydarzyć w każdej chwili. Kogoś,
kto odbiera świat jako wrogi, zagrażający. Kogoś, kto widzi siebie jako
osobę bezradną wobec bezwzględności innych, która wie, że nie może
liczyć na ich czułość, pomoc ani wsparcie. Halszka uważa, że zasługuje
na to, co ją spotyka, godzi się z tym, mało skutecznie próbuje szukać
wyjścia z sytuacji albo nawet wcale nie próbuje. Ofiara. Dorosłe
Krzywdzone Dziecko.
Czy obraz świata otaczającego Halszkę po opuszczeniu domu rodzinnego,
obraz tak przykry i bolesny, jest rzeczywisty? Już po przeczytaniu kilku
stron, zwłaszcza jeśli znamy historię dzieciństwa bohaterki, zaczynamy
się zastanawiać, czy takie skumulowanie cierpienia, poniżenia i bólu w życiu jednej osoby jest możliwe. Nie możemy się powstrzymać od rozważań,
czy Halszka opisuje realny świat i rzeczywiste sytuacje, czy to, co
widzi, nie jest odbiciem obserwowanym przez nią w krzywym zwierciadle
jej okaleczonej duszy. W miarę zagłębiania się w lekturę te wątpliwości
przestają nas męczyć i właściwie tracą znaczenie. Uzmysławiamy sobie, że
nie ma obiektywnej prawdy i nie chodzi o to, by jej szukać. Traktujemy
wydarzenia i osoby z opowieści Halszki jako autentycznie, ponieważ liczy
się dla nas tylko perspektywa Autorki. Przyjmujemy, że każdy obraz
świata w gruncie rzeczy jest subiektywny, ukształtowany przez całkowicie
niepowtarzalne życie konkretnej osoby. Historia Halszki staje się dla
nas prawdziwa, bo jest przez nią odczuwana i widziana jako taka. To jest
jej prawdziwe życie bez względu na to, w jaki sposób inne osoby -
ukazani w książce lub nie bohaterowie i świadkowie jej życia - widzą i oceniają te same wydarzenia i zachowania.
Czujemy się nawet zawstydzeni, że na początku lektury mogły nas nurtować
pytania: "Czy to prawdziwe?", "Czy tak to naprawdę wyglądało?", "Czy ona
nie przesadza?". Dlaczego takie pytania w ogóle się pojawiły? Myślę, że
to właśnie kwestia, nad którą powinien się zastanowić każdy, komu
przemknęły one przez głowę. Dlaczego, spotykając się z rodziną Halszki,
z jej mężem, teściową, matką, siostrą czy bratem, którzy krzywdzą ją
swoją wyniosłością, samolubnością, podejrzliwością, nieopanowaniem,
złośliwością, można powątpiewać w prawdziwość tej historii? Za dużo
nieszczęścia w jednym? Zbyt przygnębiające? A może zbyt poruszające,
zbyt znajome? Z pewnością nie ma tu jednej odpowiedzi.
Taki obciążający kontekst emocjonalny - mroczny, niemiły, trudny -
towarzyszący przemocy w rodzinie jest niemal fizycznie doświadczany
przez czytelników dzięki plastycznemu i autentycznemu językowi Halszki.
Zauważyć należy, że ten kontekst zawsze pojawia się jak cień, kiedy mówi
się o przemocy w rodzinie. Występuje także wówczas, gdy w serwisach
informacyjnych jako "news" występują informacje o dramatach dzieci,
kobiet czy osób starszych, spowodowanych przez najbliższych. Robimy
wówczas zdegustowaną minę, krzywimy się, mówimy "to straszne" i...
jesteśmy wdzięczni, że prezenter już po chwili przedstawia nowy temat,
inny "news".
Halszka nie pozwala czytelnikowi zacząć myśleć o czymś innym, nie tak
ciężkim, czymś przyjemniejszym. Nie pozwala odetchnąć. Dzięki temu może
on poczuć, jak wygląda życie ofiary przemocy domowej. Zapewne dla wielu
nie będzie to łatwa lektura.
Należy jednak dostrzec, że w tym świecie beznadziei, wyzysku i agresji
Halszka ofiara, Halszka naiwna, Halszka nieznająca ludzi, Halszka dająca
się wykorzystywać nie jest całkowicie bezradna. Walczy o swoje
szczęście, próbuje mieć lepsze życie, próbuje zrozumieć siebie oraz swój
sposób widzenia świata i innych ludzi. Jest przy tym bardzo dobrą
obserwatorką, celnie komentuje motywy, zachowania i uczucia zarówno
swoje, jak i cudze. Zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki wpływ na jej
życie ma blizna jej dzieciństwa. W absolutnie bohaterski sposób mierzy
się z codziennością, ze swoimi wspomnieniami, prowokując do podobnej
odwagi tych, którzy... boją się pamiętać, wolą nie myśleć o tym, co było,
i o tym, dlaczego teraz jest jak jest, boją się ponownie cierpieć, wolą
zapomnieć. Tych, na których życie - czy tego chcą, czy nie - rzucają
cień cierpienia dzieciństwa.
Jak wiem, wyjawianie przez odważne dzięki tej lekturze osoby podobnych
doświadczeń sprawia Halszce szczególną satysfakcję. Daje jej poczucie,
że wypełnia swoistą misję życiową. Takich owoców jej trudu i bólu
związanych ze spisaniem własnej historii życzmy jej więc jak najwięcej.
Dr hab. Ewa Jarosz, Uniwersytet Śląski
autorka książek Dom, który krzywdzi i Ochrona dzieci przed
krzywdzeniem
Katowice, 15 lutego 2011 r.
WSPOMNIENIA
Pamiętam tatusia, jak często wracał z pracy pijany. Jeśli spałam,
przychodził do naszego pokoju i zabierał mnie do swojego łóżka. Pamiętam
też, że kiedy byłam malutka i leżałam w łóżeczku, pochylał się nade mną.
Czułam wtedy ból. Nie rozumiałam, dlaczego mój tatuś sprawia mi ból. A kiedy byłam większa, mama kazała mi spać w jego pokoju. Najgorzej było,
gdy sama uciekała i zostawiała nas z nim, głucha na nasze błagania, że
chcemy uciec z nią. Po jakimś czasie wracała. Prosiliśmy wtedy, żeby
wzięła z nim rozwód. Odpędzała nas, krzycząc, że przez nas wyląduje na
ulicy.
Często mama kąpała mnie i od razu zanosiła tatusiowi do łóżka. Mówiła,
żeby mnie ogrzał. On tylko na to czekał... Zawsze miał wtedy dobry humor.
Po chwili mama wychodziła do kuchni i starannie zamykała za sobą drzwi.
A wystarczyło, żeby podniosła kołdrę...
W tamtym czasie mama była całym moim światem. Często myślałam, że jeśli
się na to wszystko zgadza, to z pewnością jest tak w każdej rodzinie.
Nie miałam jednak odwagi zapytać o to swoich koleżanek.
Gdy byłam starsza, nie chciałam spać z tatusiem w pokoju. Więc sam do
mnie przychodził, kiedy tylko mama wyszła do pracy. Tatuś pracował na
różne zmiany i często był w domu pod nieobecność mamy. Nieraz się przed
nim broniłam, ale on ważył około stu kilogramów - nie miałam z nim
szans. Wlewał mi wódkę do herbaty i robił ze mną, co chciał. Raz coś we
mnie pękło i chciałam otruć się gazem, ale pomyślałam o mamie. Nie
chciałam, żeby przeze mnie płakała, i nauczyłam się z tym żyć.
Gdy dorosłam, zastanawiałam się nad tym, czy moja mama nie jest chora
psychicznie. Chciałam wierzyć, że jest. Wtedy łatwiej byłoby mi się
pogodzić z jej zachowaniem. Niestety. Wydawała się całkiem normalna. Nie
rozumiem, dlaczego zamiast bajek o Kopciuszku i sierotce Marysi
opowiadała nam przerażające historie o trupach mieszkających w trumnach.
Śmiała się, widząc nasze przerażenie.
W mojej miejscowości mieszka chora psychicznie kobieta. Ubiera się
brzydko, jest brudna. Ma kilkoro dzieci. Kiedyś zauważyłam, że odwożąc
jedno dziecko rowerem do szkoły, zabiera ze sobą pozostałe. Jeden synek
jedzie obok niej na swoim dziecięcym rowerku. Drugi siedzi za nią na
bagażniku jej roweru, a trzeci, najmłodszy, leży w koszyku przyczepionym
do kierownicy. Wiedziałam, że kobieta ma dobrego męża, który mógłby z nimi zostać. Zdziwiona zapytałam:
- Dlaczego zabiera pani ze sobą wszystkie dzieci?
A ona na to:
- Mąż przyszedł z nocnej zmiany i śpi, a w domu jest jego pijany brat.
Gdyby się obudził, mógłby dzieciom zrobić krzywdę.
Zatkało mnie.
Mama rzadko zabierała nas ze sobą. Gdy szła do sklepu, zostawaliśmy bez
opieki. Ulegaliśmy różnym wypadkom. Kiedyś poparzyliśmy sobie stopy, bo
zostawiła na podłodze rozgrzaną do czerwoności maszynkę. Raz nawet
wybuchł pożar. To mój brat eksperymentował na mnie z zapałkami i pastą
do butów. Całe szczęście, że mieszkaliśmy na parterze. Pracownicy
pobliskiego zakładu, widząc wydobywający się z mieszkania dym,
wyciągnęli nas przez okno. Pomimo tych wypadków mama nie zmieniła swoich
zwyczajów.
Jako kilkuletnia dziewczynka uczyłam się jeździć na rowerze. Swojego nie
miałam, więc kiedy brata nie było w domu, brałam jego rowerek. Pewnego
dnia bardzo się w czasie jazdy spociłam, ale byłam szczęśliwa, bo nauka
dobrze mi szła. Kiedy przyszłam do domu, mama z furią zaczęła rąbać
rowerek siekierą. Byłam przekonana, że zrobiłam coś złego. Co?
Przestępstwem było to, że się spociłam, a ona panicznie bała się chorób.
Bała się ich tak bardzo, że wkładała nam po kilka par czapek i rajtuzów.
Oblewały nas poty, ale nie wolno nam było niczego zdjąć.
Wiele złych nawyków mamy praktykowałam w swoim dorosłym życiu. Gdy
urodziłam córkę, ubierałam ją tak, jak mama ubierała mnie. Córka często
mówiła, że jest jej za ciepło, ale ja na to nie zważałam. Potrzebowałam
wielu lat, aby to zmienić. Syna traktuję zupełnie inaczej. On sam
decyduje, jak ma się ubrać.
Mama nigdy nie kupowała nam zabawek ani słodyczy. Bardzo mi słodyczy
brakowało. Z zakładu pracy ojca dostawaliśmy paczki na święta.
Szczęśliwi, rzucaliśmy się na nie jak zgłodniałe psy. Miałam w zwyczaju
chodzić po ulicy i wypatrywać porzuconego cukierka albo ciastka, którego
nie dojadło jakieś dziecko. Raz na takim zbieractwie przyłapała mnie
koleżanka. Od tej chwili miałam się na baczności. Zdarzyło się też, że
ukradłam cukierki w sklepie. Do dziś pamiętam wstyd, który czułam, gdy
sprzedawczyni mnie rewidowała. Potem nauczyłam się sama robić cukierki,
podgrzewając na patelni mleko, cukier i kakao. Były pyszne.
Nie powtarzam tego błędu. Bywa, że mój syn przychodzi ze szkoły i robiąc
śmieszną minkę, pyta:
- Mamuś, masz coś dla mnie słodkiego? Mam niedobór cukru i jestem bardzo
słaby.
Śmieję się wtedy i wyciągam smakołyki. Pilnuję tylko, aby zjadł je po
obiedzie.
Pewnego razu pojechałam po lekcjach do mamy do pracy. Nie lubiła, kiedy
ją odwiedzaliśmy. Ale zdarzało się, że miała dobry humor, robiła nam
wtedy herbatę i dawała jakąś kanapkę. Przeważnie mówiła jednak, że nie
ma pieniędzy i że sama też nic nie jadła. (Trochę mnie to dziwiło, bo
ważyła przeszło sto kilogramów). Tego dnia, kiedy mama wyszła do
toalety, sięgnęłam do jej szuflady w biurku i zobaczyłam paczkę
cukierków. Powiedziałam jej o tym. Strasznie się na mnie zezłościła, że
zaglądam tam, gdzie nie powinnam zaglądać.
Kilka prezentów dostałam od mamy w czasie pobytu w prewentorium. Dawała
mi je, przyjeżdżając w odwiedziny. Pamiętam jeden z tych prezentów:
papucie. Codziennie, idąc spać, kładłam je na poduszce i przytulałam.
Wiedziałam, że wcześniej dotykała ich mama i na samą myśl o tym robiło
mi się przyjemnie. Musiałam jednak mieć się na baczności, aby
wychowawczynie niczego nie zauważyły. Zwykle odbierały nam prezenty i nigdy ich nie oddawały. Wolałam dostać tęgie lanie, niż stracić taki
skarb. Miałam wrażenie, że wraz z nim skradziono by mi mamę.
Po powrocie z prewentorium marzyłam o wrotkach. Miało je kilka moich
koleżanek z klasy. Pieniądze wyprosiłam u taty, bo mama nigdy nie
chciała mi dać nawet małej kwoty. Tata dawał mi różne rzeczy, ale nie za
darmo. Musiałam za to spełniać jego seksualne zachcianki. Mama od razu
zainteresowała się tymi pieniędzmi. Powiedziała, że mi je przechowa i że
je sobie wezmę, kiedy będę chciała iść do sklepu po wrotki. Uwierzyłam.
Nie zobaczyłam z tej sumy ani grosza. Po kilku miesiącach po raz drugi
wyprosiłam pieniądze u taty i po raz drugi mama podstępnie mi je
odebrała. Gdy prosiłam mamę o ich zwrot, mówiła, że je wydała. Nie
poszłam już do taty po pieniądze.
Nie pamiętam, żebyśmy dostawali prezenty na urodziny. Jedyne urodziny -
pierwsze i ostatnie w moim życiu - urządzone mi przez mamę pamiętam do
dziś. Leżałam wtedy w szpitalu po operacji. Jedna z pacjentek spojrzała
na moją kartę i zauważyła, że za kilka dni będą moje urodziny.
Następnego dnia przyjechała do szpitala mama. Powiedziałam jej o urodzinach i poprosiłam, aby kupiła mi kwiatki i prezent. Chciałam, aby
wszyscy myśleli, że tak jest w naszej rodzinie zawsze. W dniu urodzin
zobaczyłam mamę wchodzącą do sali z kwiatkami. Przywiozła nie tyko
kwiatki, ale także różne smakołyki. Pacjentki aż piszczały z radości.
Kiedyś sama zrobiłam sobie prezent. Ja i moja siostra, Aneta,
sprzedałyśmy butelki ukradzione ze strychu sąsiadów i poszłyśmy na targ.
Był tam mężczyzna sprzedający małe pieski. Kupiłyśmy najsmutniejszego,
bo wydawał się taki samotny jak ja. Nazwałyśmy go Czaruś. Spał w moim
łóżku - nareszcie mogłam się do kogoś przytulić. Ale okazało się, że
piesek ma robaki. Zamiast go odrobaczyć, rodzice kazali nam się go
pozbyć, po prostu porzucić na drugim końcu miasta. Zapłakana Aneta
wyszła z psem na ręku. Wróciła po jakimś czasie sama. W domu wybuchł
głośny lament. Ku naszej radości jeszcze tego samego dnia Czaruś do nas
wrócił, sam znalazł drogę do domu. Niestety, nie nacieszyliśmy się nim
długo, bo mamie szkoda było pieniędzy na smycz. Czaruś wpadł pod
samochód. Nie chciałam uwierzyć, że nie żyje. Wmawiałam sobie, że na
pewno zasnął i niedługo się obudzi. Zaniosłam go do nieużywanej klatki
na króliki, otuliłam słomą, żeby mu nie było zimno. Każdego dnia
przynosiłam mu smakołyki i prosiłam, żeby coś zjadł, bo umrze z głodu.
Obiecywałam, że jeśli wstanie, to sprzedam wszystkie butelki ze strychu
i kupię mu najpiękniejszą smycz. Nie posłuchał. Po kilku dniach
zobaczyłam, że jakieś zwierzę wygryzło Czarusiowi dziurę w brzuchu.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że mój przyjaciel już nigdy nie wstanie.
Przestałam chodzić do szkoły. Włóczyłam się bez celu po ulicach. Mama o nic mnie nie pytała - jak zwykle.
Obecnie także mam psa, Hektora. Przybłąkał się do nas w stanie
krańcowego wyczerpania. Ma swoją smycz, jest odrobaczany i co roku
szczepiony. Mój syn bardzo go kocha. Gdyby Hektorowi coś się stało,
natychmiast kupiłabym drugiego psa.
Mama często "wpadała w nerwy". Kiedyś Aneta podśpiewywała sobie. Mama
kazała być jej cicho, bo niedawno uśpiła naszego brata Sławka. Aneta nie
posłuchała. Mama akurat myła podłogę. W pewnym momencie chwyciła miskę i z furią chlusnęła wodą. Wprawdzie kierunek był dobry, ale Aneta zrobiła
unik. Cała zawartość miski wylądowała na Sławku, który się obudził i przerażony zaczął wrzeszczeć wniebogłosy. Mama rzuciła mu się na pomoc,
zaczęła go wycierać i uspokajać. Potem dopadła Anetę i biła ją na oślep,
czym popadnie, obwiniając za wszystkie swoje nieszczęścia. Anecie dość
szybko udało się uciec. Na wszelki wypadek do wieczora wolała nie
pokazywać się w domu.
Kiedyś mama zarzuciła tatusiowi, że nie interesuje się dziećmi. Akurat
wybierał się na grzyby, więc zdecydował, że weźmie ze sobą Sławka. W lesie przykazał mu, aby nie odchodził daleko, ale Sławek nic sobie z tego robił. Tatuś postanowił dać mu nauczkę. Gdy Sławek po raz kolejny
zniknął z pola jego widzenia, tatuś go nie zawołał. Pojechał do domu bez
niego. Do dzisiaj mam w pamięci obraz rozhisteryzowanej mamy. Zobaczyła
tatusia wracającego z grzybobrania samego i zapytała:
- Gdzie Sławek?
- Nie chciał mnie słuchać, więc zostawiłem go w lesie. Jak będzie musiał
wrócić sam, to nauczy się posłuszeństwa! - odpowiedział tatuś.
Mama wstała z fotela, chwyciła rękami bluzkę pod szyją i zaczęła ją
rozrywać, krzycząc wniebogłosy. Po chwili bluzka wisiała w strzępach,
odsłaniając obfity biust. Pierwszy raz widziałam tatę tak przerażonego.
Wybiegł z domu i wrócił do lasu. Po kilku godzinach odnalazł Sławka,
który siedział na polance i czekał, coraz bardziej przerażony. Mama
nigdy więcej nie oskarżyła taty o brak zainteresowania dziećmi.
Gdy tatuś wracał z grzybami, mama od razu je czyściła i gotowała z nich
sos. Pierwszego dnia dawała sos do zjedzenia tylko tatusiowi. Następnego
dnia wczesnym rankiem słyszeliśmy, jak budzi tatusia, sprawdzając, czy
żyje. Gdy wszystko było w porządku, my także dostawaliśmy po porcji
sosu.
Sławek od dziecka nie był lubiany przez kolegów. Znęcali się nad nim
fizycznie i psychicznie. Często wracał ze szkoły pobity, zapłakany. W piątej klasie mama na wiele miesięcy oddała go do prewentorium.
Nienawidził tego miejsca. Był tam pośmiewiskiem dla innych, bili go i koledzy, i wychowawcy. Płakał i prosił rodziców, aby go zabrali do domu,
ale nie reagowali.
Mama dbała o opinię i bała się tego, co powiedzą o niej ludzie. Gdy
byliśmy dziećmi, przez jakiś czas pracowała jako sprzątaczka w biurze.
Nie chciała, żeby ktoś się domyślił, czym się zajmuje. Dlatego zabierała
mnie i Anetę, idąc do pracy. Aneta niosła wiadro i szmatę do podłogi, a ja miotłę i szufelkę. Musiałyśmy zawsze iść kilka metrów przed mamą.
Zabroniła nam się odzywać, miałyśmy udawać, że jej nie znamy.
Pomagałyśmy jej sprzątać. Traktowałyśmy to jak dobrą zabawę. Kiedy
kończyłyśmy pracę, było już ciemno i mogłyśmy wracać razem.
Mama wysyłała nas do sklepu po mięso. To był specyficzny sklep, bo
sprzedawano tam tanie mięso pochodzące z wybrakowanych i chorych
zwierząt. Kupowali je ludzie ubodzy i Cyganie. Mama nie chciała, żeby
ktoś zobaczył ją w takim miejscu. Dawała nam pieniądze i kartkę, na
której pisała, co mamy kupić. Potem oglądała to, co przynieśliśmy, i klęła, że dali nam straszne ochłapy. Wtedy tata mówił, żeby sama sobie
robiła zakupy. Ale ona się jakoś do tego nie kwapiła. Kiedyś przyszła
kolej na Sławka. W sklepie była tego dnia duża kolejka, a jemu nie
chciało się czekać. Wracając do domu, zobaczył zwykły sklep mięsny i tam
kupił to, co miał zapisane na kartce. Trochę się tylko zdziwił, że
dostał dużo mniej mięsa niż zwykle. W domu mama strasznie na niego
nakrzyczała, wreszcie przestała nas jednak wysyłać do tego sklepu.
TATUŚ I MAMUSIA
Nasz tatuś zawsze miał jakąś kochankę. Krótko po ślubie romansował z kobietą, której był kierownikiem. Gdy inni pracownicy wychodzili, tatuś
na wiele godzin zamykał się z nią w biurze.
Tatuś często wracał do domu w nocy. Gdy mama próbowała protestować,
wybijał jej te protesty z głowy. Bił ją nawet wtedy, kiedy była w ciąży
z moim bratem. Raz mu się postawiła. W odwecie pchnął ją z całej siły,
aż wpadła między pralkę a ścianę. Nie mogła złapać tchu. Okazało się, że
połamał jej żebra. Mimo to nigdzie tego nie zgłosiła.
Z czasem mama przywykła do kochanek ojca i przestała mieć o nie
pretensje. Kiedy urodził się mój brat, kochanka tatusia została jego
matką chrzestną. Po kilku latach zerwała z tatusiem, bo mówiła, że ma
wyrzuty sumienia. Wyszła za mąż i urodziła dwóch synów. Jeden z nich
popełnił samobójstwo, rzucając się pod pociąg. Odtąd ta kobieta
codziennie siadała przy oknie i patrzyła w kierunku dworca, czekając na
powrót syna. Gdy moja mama się o tym dowiedziała, odparła:
- Kiedyś ja przez nią płakałam. Nic jej nie będzie, jak sobie też trochę
popłacze!
Tatuś obmacywał wszystko, co się ruszało. Wyciągał ręce nawet w stronę
moich koleżanek, które zupełnie nie wiedziały, jak się mają wtedy
zachować. Najczęściej obmacywał jednak koleżanki mamy. Nie przeszkadzała
mu nasza obecność. Nie rozumiałam, dlaczego mama je zaprasza.
Nienawidziłam tych kobiet. Uważałam, że to one są wszystkiemu winne. Ale
jedną z nich lubiłam, bo gdy tata się do niej dobierał, wstydziła się i protestowała. Widziałam, że nie umie się przed tatusiem obronić, że jest
tak samo bezradna jak ja. Miała na imię Bela. Była dla nas dobra, mówiła
nam po imieniu.
Bela żaliła się kiedyś na swojego męża, bo kazał jej umyć wszystkie okna
w mieszkaniu. Moja mama doradziła jej wtedy konspiracyjnym tonem:
- Połóż się do łóżka i udawaj chorą. Jak mój stary każe mi iść na
działkę plewić, to kładę się do łóżka i narzekam, że wszystko mnie boli.
Stary się wścieka, ale w końcu sam idzie. Od dawna stosuję tę metodę i zawsze skutkuje. Zobaczysz, twój stary zostawi cię w spokoju.
Po kilku dniach Bela znowu nas odwiedziła. Była szczęśliwa, bo
zastosowała się do rady mamy i mąż nie tylko umył wszystkie okna, ale na
dodatek donosił jej herbatę do łóżka. Od tamtej pory mąż Beli zawsze mył
okna.
Tatuś był bardzo porywczy i agresywny. Mnie nigdy nie bił, bo byłam jego
ulubienicą. Wpajał mi od dziecka, że jestem jego szczególną własnością,
dlatego nigdy się przed nim nie broniłam. Ta uległość rzutowała na całe
moje życie.
Tatuś nadawał mojemu rodzeństwu różne poniżające przezwiska. Sławek był
"Mendą" i "Padalcem''. Aneta dostała przezwisko związane ze swoją
chorobą - łuszczycą. Była "Krokodylem" albo "Różyczką". Mówił tak do
niej nawet przy znajomych. Tata lubił się z nas wyśmiewać. Gdy Aneta
poszła do szkoły drobiarskiej i jej nie skończyła, tata zaśmiewał się do
łez, że źle macała kury. Nie rozumiałam, dlaczego w takich sytuacjach
mama nas nie broniła.
Gdy dorastałam, tatuś w obecności mamy i rodzeństwa mówił z dumą, że
obrosło mi żenidło. Wstydziłam się tego, ale byłam szczęśliwa, że nie
chwalił się moim żenidłem przy kolegach. Nieraz obleśnie chwytał mnie
mocno za krocze, mówiąc, że powinnam się z obrośniętego żenidła cieszyć,
bo jestem już kobietą.
Tatuś bardzo nie lubił Sławka, jemu najwięcej się obrywało. Bił go, czym
popadnie, tak że często lała się krew. Kiedyś tatuś przyszedł pijany i chciał uderzyć mamę. Rzucił w nią kubkiem, ale trafił w Sławka. Mama
nigdzie nie zgłaszała agresji tatusia.
Uważałam, że jestem w lepszej sytuacji niż Sławek, bo bicia bałam się
bardziej niż spania z tatusiem. A ponieważ byłam pupilką tatusia, Sławek
i Aneta z zazdrości często spuszczali mi manto. Nigdy się nie broniłam,
tylko prosiłam, żeby tego nie robili. Nie pomagało. Brat lubił mnie bić,
to był jego codzienny rytuał. Miał także inne pomysły. Raz, kiedy nie
chciałam go posłuchać, wygonił mnie na mróz w samej halce. Schowałam się
w głębi ogrodu. Byłam boso, potwornie marzłam. Po jakimś czasie
zobaczyła mnie z okna sąsiadka i przyprowadziła do domu. Nakrzyczała na
brata, ale jak zwykle mu się upiekło, bo mama w żaden sposób nie
zareagowała. Tego samego dnia poczułam się bardzo źle. Musiałam iść do
lekarza. Oczywiście, sama. Przejście tego kawałka było dla mnie męką,
ponieważ miałam wysoką gorączkę i ledwo powłóczyłam nogami. Lekarka
stwierdziła u mnie zapalenie płuc. Zapytała zdziwiona, dlaczego nikt ze
mną nie przyszedł. Skłamałam, że mama jeszcze nie wróciła z pracy. Tak
naprawdę mama nigdy nie chodziła z nami do lekarza. Tylko jeżeli któreś
z nas uległo w domu jakiemuś wypadkowi, wystraszona biegła na pogotowie.
Wtedy zajmowała się nami jak prawdziwa matka. Potem wszystko wracało do
normy.
Mama zawsze faworyzowała Sławka, bo uważała chłopców za lepszych od
dziewczyn. Mówiła, że chłopcy zasługują na lepsze traktowanie. Każdego
ranka wstawała i podawała mu śniadanie do łóżka. My z siostrą musiałyśmy
same zadbać o siebie. Nie zawsze nam się chciało i wtedy szłyśmy do
szkoły głodne. Najgorzej było podczas przerwy obiadowej. Wąchanie
zapachów ze stołówki było dla nas torturą. Gdy pytałyśmy mamę, dlaczego
lepiej traktuje Sławka, mówiła:
- Wy jesteście dziewczynami, możecie same sobie zrobić śniadanie, a poza
tym - w przeciwieństwie do was - on niczego do domu nie przyniesie!
Dlaczego mama nie chciała widzieć, że jesteśmy tylko dziećmi?
Już jako dorosła zapytałam mamę, czemu tolerowała romanse tatusia.
Odpowiedziała, że było jej to na rękę, bo nie musiała z nim sypiać.
Następnie zapytałam, czemu zanosiła mnie owiniętą w ręcznik do jego
łóżka. Zdenerwowała się i powiedziała, że niczego takiego nie pamięta.
Na koniec dodała:
- Jak możesz mnie o coś takiego posądzać? Jesteś chora psychicznie!
Opowiedziałam bratu o tej rozmowie. Stwierdził ze smutkiem:
- Nie chciałem wracać do tych wspomnień, ale dobrze pamiętam, jak mama
zanosiła cię do łóżka taty. Miałaś na sobie tylko ręcznik.
Zrozumiałam, że mama woli robić ze mnie wariatkę, niż przyznać się do
swojego okrucieństwa.
W tamtych czasach wierzyliśmy, że rodzice są nieomylni, dlatego godziłam
się na wszystko, co ze mną robili, Byłam przekonana, że rodzice kochają
mnie tak, jak ja kocham ich. A jeśli cierpię, to dlatego, że sobie na to
zasłużyłam.
Starałam się być posłuszną córką. Miałam nadzieję, że wtedy tatuś
przestanie mnie zabierać do łóżka, ale nie przestawał. Utwierdziło mnie
to w przekonaniu, że za mało się staram.
Wierzyłam wtedy w Boga i bałam się, że za to, co robię z tatusiem, pójdę
do piekła. Modliłam się kilka razy dziennie, aby Bóg pomógł mi po
śmierci dostać się chociaż do czyśćca. Chciałam stać się lepsza i codziennie chodziłam do kościoła, choć musiałam pokonać kilka
kilometrów. Miałam nadzieję, że jeśli ja się zmienię, Bóg mnie wysłucha
i zmieni tatusia. W kościele oprócz mnie były same stare babcie. Inne
dzieci nie chodziły tak często do kościoła. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie są zepsute jak ja.
Niestety, moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Tatuś nie zaprzestał
nocnych wizyt. A mnie dodatkowo nękały wyrzuty sumienia, że zdradzam
mamę. Stały się jeszcze większe, gdy poszłam do pierwszej komunii. Nikt
mnie nigdy o nic nie pytał. Z czasem zrozumiałam, że to normalne.
Uwielbiałam bajkę o Kopciuszku - biednej dziewczynce odrzuconej przez
najbliższych. Czułam się jak Kopciuszek, więc z nadzieją zaczęłam się
modlić do wróżki. Wierzyłam, że skoro pomogła Kopciuszkowi, pomoże i mnie. Nie pomogła. Zrozumiałam, że bajki to kłamstwo, a tata wciąż do
mnie przychodził...
Skarżyliśmy się mamie na tatę. A ona straszyła nas, że jeśli nie
przestaniemy, odda nas do domu dziecka. Baliśmy się tego jak ognia.
Kiedyś jednak nie wytrzymaliśmy i po strasznej awanturze powiedzieliśmy,
żeby nas do tego domu dziecka oddała. Wtedy dostała furii. Wystraszeni
nigdy więcej o tym nie wspomnieliśmy.
Tatuś nie zawsze był taki odważny. W czasach, kiedy w Polsce panował
komunizm, w domu wiele razy wymyślał na ustrój. Ale kiedy nadchodził
Pierwszy Maja, potulnie brał udział w pochodzie. Rzadko opuszczał te
obowiązkowe imprezy. A kiedy już to mu się zdarzyło, wspólnie z mamą
obmyślali jakieś wiarygodne usprawiedliwienie. Mama nie chodziła na
pierwszomajowe pochody. Zostawała w domu i gotowała obiad. Nie
przejmowała się, co powie na to jej dyrektor.
Skończył się komunizm, nastała "Solidarność". Także teraz tatuś starał
się zachowywać rozważnie. Zapisał się do tego związku wtedy, kiedy
zrobiła to większa część załogi jego zakładu. Pomimo to nurtował go
niepokój, czy dobrze zrobił. Często dyskutował z mamą na ten temat. Mama
starała się rozwiewać jego wątpliwości. Gdy działalność "Solidarności"
została zakazana, tatuś ze strachu czym prędzej się z niej wypisał.
Całymi godzinami debatował z mamusią, czy nie będzie to miało dla niego
jakichś przykrych konsekwencji. Mamusia jak zwykle stanęła na wysokości
zadania, wspierała i uspokajała tatusia. W takich chwilach myślałam, że
nareszcie i on wie, co to strach.
Zdarzały się też śmieszne sytuacje z tatusiem w roli głównej. Raz bolał
go ząb, więc poszedł do dentysty. Nie pozwolił zrobić sobie zastrzyku
znieczulającego, żeby ząb miał za swoje. Innym razem bolały go oczy,
więc postanowił je wymyć. Wtarł w nie pianę z mydła. Wrzeszczał tak, że
było go słychać na podwórku. Jeszcze innym razem posmarował sobie
wysypkę wywołaną przez półpasiec sokiem z cytryny. Też strasznie potem
wrzeszczał. Sąsiedzi myśleli, że ktoś żywcem obdziera tatusia ze skóry.
Aneta pędem pobiegła do łazienki, żeby go ratować. Wiele razy śmialiśmy
się z tych zdarzeń do łez.
Wciąż na próżno starałam się zrozumieć, jak to jest, że chociaż gardzę
tatusiem, to wciąż się go boję.
Niedawno oglądałam w telewizji program o dzieciach. Pewien Amerykanin
pojechał z pomocą humanitarną do domu dziecka w Rosji. Rozdając dary,
zobaczył dziewczynkę stojącą samotnie na uboczu. Podszedł do niej, wziął
ją za rękę i od tej pory dziewczynka nie odstępowała go ani na krok. Gdy
wyjeżdżał, stała na trzydziestostopniowym mrozie i patrzyła na niego ze
smutkiem. Po powrocie do Ameryki przez wiele dni miał przed oczami ten
widok. Nie umiał z tym żyć. Wrócił po kilku tygodniach i adoptował
dziewczynkę oraz jej brata. Ze łzami opowiadał, jaki jest teraz
szczęśliwy. Wiele bym dała, aby wtedy ktoś mnie tak pokochał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki