6
Kiedy w mieszkaniu przy Klostergade nikt nie otwierał, doszli do wniosku, że Sebastian Juhl był jeszcze w pracy.
Warsztat mieścił się w podwórku na tyłach domu, z dala od ulicy. Gdyby nie duży, rzucający się w oczy czerwono-żółto-niebieski szyld z napisem WARSZTAT SAMOCHODOWY OLEGO HANSSONA wiszący nad bramą, nigdy by go nie znaleźli. Szyld, choć dobrze wypełniał swoją funkcję, ranił zmysł estetyczny Mikkela Jensena, który mimowolnie skrzywił się na jego widok.
- To chyba tu - skomentował oschle i zaparkował na chodniku przed bramą.
Budynek był niski i bardziej przypominał kurnik niż warsztat samochodowy. Wraki samochodów stojące na jego tyłach mogły zresztą równie dobrze służyć kurom. Za to mężczyzna, który wyszedł im na spotkanie, był bez wątpienia mechanikiem, a nie hodowcą drobiu. Taksując ich zmrużonymi oczami, wytarł brudne ze smaru ręce w kolorową szmatkę. Miał nalaną, nieogoloną twarz i włosy zaczesane do przodu, żeby ukryć początek łysiny.
- Policja kryminalna - przedstawił ich Roland i się wylegitymował. - Szukamy Sebastiana Juhla.
- Ole Hansson - przedstawił się mechanik, więc już wiedzieli, że rozmawiają z właścicielem. - Sebastian ma dziś wolne. - Dodał i nie wydawał się szczególnie zainteresowany, dlaczego policja chce rozmawiać z jego pracownikiem.
- Wie pan, gdzie on może teraz być? Bo w domu go nie ma - próbował go podpytać Roland.
- A skąd mam wiedzieć. Nie interesuję się tym, co moi ludzie robią po godzinach.
Ole Hansson cały czas wycierał palce w szmatkę i żuł gumę. Pierwszą myślą Rolanda było, że pewnie w jego warsztacie też przestrzega się zakazu palenia, ale zaraz w głębi warsztatu dostrzegł żar papierosa. Czyli u nich na komendzie nie wolno było palić, ale tu, w oparach benzyny, najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało.
- Możemy się tu trochę rozejrzeć? - spytał, bo mimo wszystko był bardziej uprzejmy od Jensena, który już szedł w stronę warsztatu.
- Ale o co chodzi? - spytał wreszcie Hansson.
- Od jak dawna pracuje tu Sebastian?
- Będzie jakieś sześć lat. Najpierw był tu na praktykach. Ale kiedy tylko skończył szkołę, przyjąłem go na stałe. To zdolny chłopak. - Ole Hansson patrzył na Rolanda sceptycznie, gdy wchodził tuż za nim do warsztatu oświetlonego tylko lampami przy stanowiskach roboczych. Okien nie było i w pomieszczeniu unosił się zapach benzyny. Wszystko wydawało się brudne. W rogu jedna na drugiej stały opony, wokół walały się zużyte silniki, a na ścianie wisiał stary pomazany smarem kalendarz z nagą dziewczyną w kuszącej pozie. W środku było jeszcze dwóch mechaników, całkowicie pochłoniętych pracą. Jeden w kanale majstrował coś przy stosunkowo nowym fiacie, a drugi przy podwoziu zardzewiałego białego dostawczaka unieruchomionego na podnośniku. I to jemu spomiędzy mięsistych warg pod sumiastym wąsem zwisał zapalony papieros. Na widok dwóch obcych ludzi w czystych ubraniach szybko rzucił go na ziemię i przydeptał. No tak, mogli przecież być z Inspekcji Pracy. Z powrotem skupił się na podwoziu i więcej na nich nie spojrzał.
- Wie któryś, czy Sebastian miał na dziś jakieś plany? - zawołał Ole Hansson. Z kanału dobiegło niewyraźne zaprzeczenie, a mężczyzna przy podnośniku wzruszył ramionami i pokręcił głową.
- Możemy chwilę porozmawiać? - Roland wskazał głową pomieszczenie na końcu warsztatu z oknem wychodzącym na warsztat, które musiało być biurem. Dostrzegł wewnątrz ekspres do kawy i płaski monitor nowszego typu.
Ole Hansson kiwnął i otworzył mu drzwi do biura. Również tam pachniało benzyną. Rolanda zaczynała boleć głowa. Mikkel został w warsztacie i obserwował prace przy podwoziu. Sam po pracy lubił grzebać w starych gratach, więc bez trudu złapał kontakt z mechanikiem.
- Zna pan sytuację rodzinną Sebastiana? - spytał Roland i pokręcił przecząco głową, gdy Hansson zaproponował mu kawę. Roland po zapachu poznał, że stała w ekspresie od dłuższego czasu. Jego gospodarz napełnił duży pomazany olejem kubek i upił łyk.
- Tylko pobieżnie. Sebastian niewiele o tym mówi. Ale o co chodzi? Czy w coś się wpakował?
- Nie, w każdym razie nic nam o tym nie wiadomo. Jesteśmy tu w związku z jego matką.
Teraz Ole Hansson potrząsnął głową i posłał Rolandowi słaby, wszystkowiedzący uśmiech.
- Z tego, co wiem, jego matka zaginęła, kiedy był dzieckiem. Biedny chłopak. Jest pan pewien, że to jego szukacie?
Roland potwierdził powolnym skinieniem i teraz był tego bardziej pewien, niż kiedy tu przyjechali.
- Czy mówił o swoich rodzicach coś więcej? Na przykład czym zajmowała się jego matka?
- Nie. Nie sądzę, aby ktokolwiek pytał go o matkę. Jak mówię, on sam unika tego tematu, więc nie ma co do tego wracać. Ona zniknęła, prawda? - Na twarzy mężczyzny jednak pojawiła się ciekawość i Roland już miał coś odpowiedzieć, kiedy telefon zawibrował mu w kieszeni. Gert Schmidt jak zwykle nie mówił, lecz krzyczał i Roland musiał przejść na koniec biura z obawy, że Ole Hansson usłyszy ich rozmowę.
- Zidentyfikowaliśmy ofiarę. To jest ta pielęgniarka z Silkeborga, która zaginęła w osiemdziesiątym trzecim. Stomatolog sądowy właśnie to potwierdził.
Roland podziękował i szybko wyłączył telefon.
- Cóż, musimy już lecieć. Dziękuję panu za rozmowę. - Pośpiesznie opuścił biuro i zawołał Mikkela. Słońce ich oślepiło, kiedy wyszli z warsztatu.
- Zidentyfikowali ją. To ona, więc teraz naprawdę musimy znaleźć jej syna. Po to, żeby mu przekazać tę smutną wiadomość, ale również żeby go wypytać, co wie o zniknięciu swojej matki.
Mikkel pokiwał głową i niechętnie ruszył za Rolandem. Najwyraźniej znacznie bardziej go interesowało to, co się działo w warsztacie.
Kiedy ponownie zadzwonili do drzwi mieszkania przy Klostergade, nadal nikt nie otwierał.
- By to szlag! Kurt cały czas się upiera przy popołudniowym briefingu. Musimy znaleźć tego chłopaka wcześniej. - Mocno zapukał do drzwi. Kamienica była stara, więc może dzwonek nie działał. Jakaś dziewczyna akurat wchodziła po schodach i kiedy już ich minęła, zatrzymała się, wychyliła przez poręcz i spytała, czy szukają Sebastiana. Powiedziała, że przed chwilą go spotkała na chodniku, gdy pomagał wysiąść z taksówki starszej sąsiadce, więc zaraz powinien być w domu. Roland mruknął podziękowanie i niecierpliwie spojrzał na zegarek. Czekali grzecznie na klatce pachnącej starym linoleum i szarym mydłem. Wreszcie usłyszeli na parterze głosy i ciężkie szurające kroki. Po dłuższej chwili na schodach pojawiła się staruszka w towarzystwie młodego mężczyzny, który trzymał ją pod rękę i podpierał jej kruchą sylwetkę. Pomógł kobiecie wejść na stopnie wiodące na następne piętro i wypuścił jej łokieć, dopiero gdy wykrzywione artretyzmem palce zacisnęły się mocno na poręczy. Staruszka podziękowała i kontynuowała mozolną wspinaczkę na piętro wyżej, gdzie wciąż czekała tamta dziewczyna, żeby ją przejąć. Roland i Mikkel popatrzyli na siebie wymownie. W swojej pracy rzadko spotykali się z szacunkiem okazywanym starszym ludziom. Przeważnie mieli do czynienia ze staruszkami, nad którymi znęcano się w ich własnych domach, które gwałcono albo bestialsko mordowano na tle rabunkowym.
- Panowie do mnie? - spytał Sebastian z beztroskim uśmiechem i wsunął klucz do zamka. Roland poczuł ukłucie w brzuchu na myśl, że za chwilę będzie musiał zepsuć nastrój temu młodemu dżentelmenowi. Weszli za chłopakiem do przyjemnie urządzonego mieszkanka. Według wizytówki na drzwiach było to mieszkanie kawalerskie, a mimo to było w nim czysto i schludnie. Łóżko w sypialni było posłane, a na narzucie leżały kolorowe poduszki. Blat w ciasnej kuchni był uprzątnięty. Żadnych brudnych garów w zlewie i ani jednego brudnego kubka po kawie. Również w salonie panował nienaganny porządek, który nie wywoływał jednak nieprzyjemnego wrażenia, że nikt tu nie mieszka. Na środku okrągłego stołu w dużej misie leżały owoce wskazujące, że chłopak zdrowo się odżywiał.
- Panowie w sprawie tego samochodu, który chcę sprzedać? Szczerze mówiąc, sądziłem, że umówiliśmy się na jutro - powiedział Sebastian pogodnym tonem i powiesił klucze w małej szafce ze stali nierdzewnej.
- Niestety, nie. - Roland się wylegitymował i dostrzegł, że Sebastianowi nieznacznie zaczęła drgać powieka. Mężczyzna usiadł i ręką dał im znać, żeby zrobili to samo. Miał trzydzieści kilka lat. Opalenizna sprawiała, że jego jasne włosy wydawały się jeszcze jaśniejsze, a niebieskie oczy głębsze. Rolandowi skojarzyły się z oczami psów zaprzęgowych, które widział na Discovery w filmie dokumentalnym o Finlandii. Husky syberyjski, tak się chyba nazywały. Na brodzie i policzkach miał widoczny ślad jasnego zarostu, choć nie wyglądał przez to na zaniedbanego. Roland golił się rano i teraz też miał już ciemne ślady, które jednak u niego wyglądały niechlujnie.
Sebastian wziął z miski czerwone jabłko i zaczął je sobie przerzucać z ręki do ręki krótkimi, szybkimi ruchami, jednocześnie przyglądając im się badawczo.
- Sporo czasu minęło, odkąd ostatni raz policja chciała ze mną rozmawiać - powiedział wreszcie.
Roland uznał to za dobrą wiadomość.
- Chodzi o twoją matkę.
Sebastian gwałtownie przerwał zabawę jabłkiem i przez chwilę wyglądał na szczerze zaskoczonego.
- O matkę? - Powiedział to słowo niepewnie i niemal niezrozumiale, jakby dawno go nie wypowiadał i wyszedł z wprawy.
Rolandowi zrobiło się potwornie żal tego chłopaka. Smutek, który w jednej chwili pojawił się w jego oczach, nie był czymś, co dałoby się włączyć na zawołanie.
- Wiem, że gdy zaginęła, byłeś dość młody.
- Miałem osiem lat. Byłem tego dnia w szkole.
Jego wzrok był tak intensywny, że Roland poczuł się nieswojo. Miał wrażenie, że Sebastian zaglądał wprost w jego duszę, i ani trochę mu się to nie podobało. Rzadko był tym, który jako pierwszy odwracał oczy.
- Czyli nie wiesz, co tamtego dnia robiła twoja matka? Mieszkaliście w Silkeborgu, może zamierzała pojechać do Aarhus?
Sebastian obejrzał się za Mikkelem, który w milczeniu chodził po mieszkaniu i się rozglądał. Jak dotąd nie odezwał się ani słowem, za co Roland był mu wdzięczny. Jego bezpośredni sposób wyrażania się bywał w niektórych sytuacjach kłopotliwy. Teraz Mikkel dołączył do nich w salonie, niosąc w ręce jakieś zdjęcie.
- Czy to twoja matka? - spytał zaskakująco empatycznym głosem, aż Roland popatrzył na niego lekko zaniepokojony.
Sebastian potwierdził skinieniem i szybko odwrócił głowę. Kobieta na zdjęciu była przed trzydziestką. Mogła mieć góra dwa lata mniej niż wtedy, gdy została zamordowana. Nie było też wątpliwości, do kogo podobny był jej syn. Uderzająco niebieskie oczy i przenikliwe spojrzenie Sebastian zdecydowanie odziedziczył po niej.
- Przesłuchiwano mnie już wtedy, ale jak mówię, byłem tamtego dnia w szkole, a ona mi nie mówiła o swoich planach. Często odwiedzała chorych, tyle wiedziałem.
Słowo "matka" ponownie niknęło z jego słownika i teraz mówił o niej per "ona" w sposób niemal wrogi. Chociaż to chyba naturalne, że gdy znika matka ośmioletniego chłopca, to on czuje się przez nią oszukany. Nie wiedział przecież, co naprawdę się z nią stało.
Sebastian przyglądał się jabłku w swojej dłoni, jakby było kryształową kulą, która mu powie, dlaczego jego mama nigdy nie wróciła.
- Mówili, że pewnie uciekła z jakimś gachem i że ja nic jej nie obchodzę. - Jego głos był szorstki.
- Kto tak mówił?
- Wszyscy. Policjanci też, kiedy po jakimś czasie nie udało im się jej znaleźć. - Chłopak znów wbił w Rolanda świdrujące oczy i tym razem krył się w nich również wyrzut.
- Ty też tak uważasz? - spytał Mikkel, opierając się o kant stołu. Sebastian pokręcił głową i nie zauważył, gdy Mikkel znacząco skinął głową na swojego szefa. Chyba przyszedł czas, aby powiedzieli, z czym do niego przyszli.
- Jest mi niezmiernie przykro poinformować cię, że znaleźliśmy twoją matkę. Ona nie żyje.
Sebastian dobył z siebie zdławiony szloch. Upuścił jabłko na podłogę i ukrył twarz w dłoniach. Jabłko potoczyło się pod stół i zatrzymało przy bucie Rolanda. Ten patrzył na nie nieruchomo. Tej części swojej pracy szczerze nienawidził.