CZĘŚĆ PIERWSZA
ZABÓJSTWO PANA HANNINGTONA
I
W listopadzie 1920 roku wszedłem w spółkę z byłym inspektorem Williamem Chaneyem (niegdyś Wydział Śledczy, Scotland Yard), jakiś czas po tym, jak wspólnie doprowadziliśmy do pomyślnego zakończenia naszej (nieoficjalnej) sprawy morderstwa w Wrides Park. Nasza działalność, pod firmą Camberwell i Chaney, miała polegać na prowadzeniu prywatnych dochodzeń. Wynajęliśmy biura przy Conduit Street, kilka drzwi od New Bond Street; mieliśmy dwa bardzo dobre pokoje i mniejszy dla naszego sekretarza - bystrego chłopaka z Londynu o nazwisku Chippendale, który zanim do nas trafił, pełnił funkcję czegoś w rodzaju podniesionego rangą chłopca na posyłki u adwokata, i zdążył nabyć sporo bardzo przydatnej wiedzy, zwłaszcza o ciemnych stronach prawa. Nad tymi biurami mieścił się niewielki apartament, który wynająłem i urządziłem jako kawalerskie mieszkanie - można więc powiedzieć, że mieszkałem nad sklepem i - jak lekarz - byłem dostępny zarówno w dzień, jak i w nocy. Chaney, jako człowiek żonaty, mieszkał gdzie indziej. Jednak chociaż stale byłem na miejscu, nie przypominam sobie, by mnie kiedykolwiek wzywano przed zwykłymi godzinami - aż do pewnego poranka na początku lutego 1921 roku, gdy o wpół do siódmej zadzwonił do mnie ktoś, kto przedstawił się jako pan Watson Paley, prywatny sekretarz lorda Cheverdale'a, i zapytał, czy mógłby się ze mną spotkać w sprawie najwyższej wagi, gdyby zjawił się o siódmej czterdzieści pięć? Odpowiedziałem, że jestem do jego usług od tej właśnie chwili, odparł więc, że wskazana godzina mu odpowiada i że będzie punktualnie. Nie wspomniał, o co chodzi, ale uznałem, że najlepiej będzie, jeśli mój wspólnik również będzie obecny podczas rozmowy - Chaney miał telefon, więc natychmiast go wezwałem. Przyszedł o wpół do ósmej, a kwadrans później otworzyłem drzwi panu Watsonowi Paleyowi.
Patrząc wstecz, uświadomiłem sobie, że od pierwszego wejrzenia poczułem do tego człowieka osobliwą, trudną do wyjaśnienia niechęć. Tak samo - jak mi bardzo szybko powiedział - było z Chaneyem. Jakiegoż to człowieka ujrzeliśmy, że wywarł na nas takie wrażenie? Pan Paley był szczupłym, średniego wzrostu mężczyzną, mającym, jak się zdawało, trzydzieści do trzydziestu pięciu lat, ubranym bardzo starannie i bez zarzutu, nawet jak na tak wczesną porę dnia. Jego czarny żakiet i kamizelka, w połączeniu z pasiastymi spodniami, wyglądały, jakby wczoraj wyszły z pracowni krawca na Savile Row; jego bielizna była nienaganna, obuwie i krawat - dokładnie takie, jakie powinny być; jedwabny cylinder i parasol - jak należy; dłonie w nienagannie dopasowanych rękawiczkach były równie drobne jak stopy. Był to dżentelmen z obrazka, jeśli chodzi o ubranie i dodatki, i choć wszystko, z punktu widzenia krawców, galanterii i szewców, było bez zarzutu, to jednak tkwiło w tym coś przytłaczającego - choć trudno było powiedzieć, co dokładnie. Jednak twarz pana Paleya podobała mi się jeszcze mniej niż jego strój, a maniery - mniej niż twarz. Był to mężczyzna o bladej cerze i oczach przypominających oczy owcy; miał ostry, raczej długi nos, cienką bródkę i wąsy w nieokreślonym, jasnobrązowym kolorze, a w jego ustach było coś, co zdawało się świadczyć, że nawet jeśli otwarcie nie drwi z każdego, to przynajmniej czuje się o wiele lepszy od przeciętnych ludzi. W jakiś dziwny sposób przyprawiał mnie o dreszcz.
Ale pan Paley zjawił się w roli potencjalnego zleceniodawcy czy klienta - lub też jako reprezentant takowego - i mam nadzieję, że potraktowałem go z należną grzecznością. Przyjął miejsce, które mu wskazałem, z namysłem zdjął rękawiczki i przyjął pozę nauczyciela, który za chwilę zacznie wykładać klasie nowicjuszy zagadnienie, o którym ci nie mają najmniejszego pojęcia.
- Przedstawiłem się panu przez telefon, panie Camberwell - zaczął spokojnym, równym tonem. - Nazywam się Watson Paley, jestem prywatnym sekretarzem lorda Cheverdale'a. O lordzie Cheverdale'u, rzecz jasna, wie pan wszystko?
- Znam nazwisko lorda Cheverdale'a - odparłem. - I tylko tyle.
- A ja wiem o nim wszystko - powiedział Chaney.
Paley odwrócił się do mego wspólnika.
- A zatem wie pan - pan Chaney, jak przypuszczam? - że lord Cheverdale, gdy przebywa w Londynie, mieszka w Cheverdale Lodge przy Regent's Park?
- Wiem - odpowiedział Chaney.
- Wie pan zapewne także, że lord Cheverdale jest właścicielem Morning Sentinel?
- To również wiem.
- A może jest pan świadom, że od czasu założenia Morning Sentinel przez lorda Cheverdale'a, kilka lat temu, redaktorem naczelnym tej gazety był pan Thomas Hannington?
- I o tym jestem poinformowany.
Paley przeciągał rękawiczki między palcami, spoglądając to na Chaneya, to na mnie, a potem znów na Chaneya, z osobliwym wyrazem w bladym spojrzeniu.
- Cóż - rzekł spokojnym, równym tonem. - Pan Hannington został znaleziony martwy w ogrodach Cheverdale Lodge późno zeszłej nocy. A może należałoby raczej powiedzieć: bardzo wczesnym rankiem. Dokładna godzina nie jest całkiem pewna. Około północy.
- Martwy? - zawołał Chaney.
- W rzeczywistości - zamordowany - odparł Paley. - Nie sądzę, by co do tego istniał choćby cień wątpliwości! Zakatrupiony powtarzającymi się ciosami w głowę - jakimś tępym narzędziem.
Zapadła chwila ciszy. Spojrzeliśmy z Chaneyem po sobie. Paley nadal przeciągał rękawiczki przez palce. W końcu odezwałem się:
- Dlaczego przyszedł pan do nas, panie Paley?
Spojrzał na nas obu z lekkim uśmiechem, w którym nie brakowało cynizmu.
- Z tego powodu - odparł. - Lord Cheverdale należy do tych ludzi, którzy wszystko muszą robić po swojemu. Oczywiście, policja została wezwana, gdy tylko znaleziono ciało Hanningtona, i od tamtej pory jest obecna w Cheverdale Lodge. Prawdopodobnie - dodał z wyraźną ironią - wiecie więcej o policyjnych metodach niż ja. Lord Cheverdale jednak, mimo że pozostawia wszystko w rękach policji, nalega na absolutnie niezależne dochodzenie. Pragnie, byście to wy - słyszał o was - się nim zajęli. Otrzymacie wszelkie możliwe udogodnienia, zarówno w Cheverdale Lodge, jak i w redakcji Morning Sentinel. A jeśli chodzi o koszty - cóż, wiecie zapewne, że lord Cheverdale jest jednym z najbogatszych ludzi w Anglii! Macie nie szczędzić środków - dosłownie! W tej sprawie kryje się jakaś tajemnica i lord Cheverdale żąda, by ją rozwikłać. Czy mogę wrócić i powiedzieć lordowi Cheverdale'owi, że podejmiecie się rozwiązania?
- Może pan wrócić i powiedzieć lordowi Cheverdale'owi, że dołożymy wszelkich starań, panie Paley - odparłem. - Wybierzemy się do Cheverdale Lodge natychmiast - a przynajmniej zaraz po tym, jak wypijemy filiżankę herbaty. Ale proszę mi powiedzieć - czy są jakieś poszlaki? Czy wie pan o czymkolwiek...
Paley wstał i powoli wciągnął rękawiczki, odwracając się w stronę drzwi.
- Nie ma żadnej poszlaki! - odpowiedział. - Żadnej, absolutnie!
II
Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy po herbatniku czy dwóch, ale nie traciliśmy wiele czasu na te niezbędne czynności i już kwadrans po ósmej siedzieliśmy w dorożce, w drodze do Cheverdale Lodge. Teraz - o lordzie Cheverdale'u, Morning Sentinel ani o panu Thomasie Hanningtonie nie wiedziałem nic lub niemal nic; Chaney, jak się zdawało, wiedział całkiem sporo, więc zaproponowałem, by mnie wtajemniczył. Przystąpił do tego chętnie, gdy sunęliśmy przez budzące się miasto, spowite jeszcze lutową mgłą.
- Lord Cheverdale, tak? - rzekł Chaney. - Ach, jego życiorys to, jak to się mówi, prawdziwy romans arystokracji. Choć dość dobrze znany. Niegdyś nazywał się po prostu John Chever. Słyszałem, że zaczynał jako drobny sklepikarz i handlarz delikatesów w jakimś małym miasteczku na Środkowym Zachodzie. Ale kimkolwiek był, wpadł na pomysł, że na herbacie można się nieźle wzbogacić. I rzeczywiście - wzbogacił się, i to całkiem szybko. Nie wiem, jak to zrobił - pewnie szczęśliwe spekulacje na akcjach herbacianych. Potem otworzył dużą firmę herbacianą tu, w Londynie - nie słyszałeś o Herbacie Chevera?
- Nie mogę powiedzieć, żebym znał nazwę jakiejkolwiek konkretnej marki - odparłem. - Byle to była herbata i dobra herbata.
- Ach, no cóż, Herbata Chevera znana jest na całym świecie - ciągnął Chaney. - Ogromne magazyny, biura i tym podobne. Staruszek - choć wtedy nie był jeszcze stary - rzeczywiście dorobił się fortuny. A potem przyszedł czas na ambicje - jak to u takich ludzi bywa. Wszedł do parlamentu. Dostał tytuł szlachecki - za darowizny na szpitale. Potem awansował jeszcze wyżej - baronostwo, za wsparcie sanatoriów. A gdy wybuchła Wielka Wojna - działał z rozmachem na różnych polach. I tak oto w ciągu dwóch lat zwyczajny John Chever przeobraził się w Johna, pierwszego barona Cheverdale'a. Ale jeszcze wcześniej założył Morning Sentinel - żeby szerzyć swoje poglądy wśród brytyjskiego społeczeństwa. Ma dość osobliwe idee, jest trochę fanatykiem. Czystość obyczajów, wstrzemięźliwość, zakaz hazardu - tego rodzaju rzeczy. A redaktorem naczelnym uczynił Hanningtona, tego samego, o którym mówi ten cały Paley, że został zamordowany - człowieka, który doskonale pasował do jego wizji. Spotkałem go raz czy dwa, gdy jeszcze pracowałem w Yardzie, i był większym zapaleńcem niż sam pracodawca. Zawsze miał jakąś obsesję, wiecznie czymś przejęty, gorliwy orędownik różnych spraw. Dziwna rzecz, że znaleziono go zamordowanego na terenie posiadłości lorda Cheverdale'a!
- I - żadnej poszlaki! - zauważyłem.
- Tak mówi Paley - odparł Chaney z lekceważącym prychnięciem. - Ale niewiele sobie robię z tego, co mówi Paley! Naszym zadaniem będzie znaleźć trop. Już teraz coś mnie uderza - choć jeszcze nie znam szczegółów tej sprawy.
- Tak? - zapytałem.
- Hannington - ciągnął Chaney - zaczynał jako reporter, potem był zastępcą redaktora w Milthwaite Observer, i był z tych ludzi, którzy z łatwością zyskują wrogów. Wszelkiej maści fanatycy i idealiści tak mają. Występował otwarcie przeciwko wielu sprawom - nadużyciom, jak je nazywał. Inni powiedzieliby: interesom o ugruntowanej pozycji. Był fanatycznym abstynentem, to na pewno. Pod koniec wojny zrobił sobie wielu nieprzyjaciół. Potem zaatakował postanowienia pokojowe - Traktat. A ostatnio, jeśli zauważyłeś, czytując Morning Sentinel...
- Nie czytuję! - przerwałem. - Nigdy jej nie widziałem, chyba że na stoiskach z prasą.
- No cóż, to potwornie purytańskie szmatławisko - powiedział Chaney - ale w każdym razie Hannington ostatnio ostro atakował ruch bolszewicki. Taki już był - nie potrafił niczego robić na pół gwizdka; musiał iść na całość. I oczywiście stary lord Cheverdale, jako człowiek o podobnych poglądach, w pełni go popierał. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to było morderstwo na tle politycznym. Ale oto jesteśmy - Cheverdale Lodge.
Do Cheverdale Lodge prowadziła droga od wewnętrznej alei Regent's Park - była to wielka, georgiańska rezydencja, otoczona wysokimi drzewami i rozległym terenem tak gęsto porośniętym mniejszymi drzewami i krzewami, że dom pozostawał niewidoczny aż do chwili, gdy zbliżyło się do niego na dobre. Do budynku prowadziła kręta aleja przeznaczona dla powozów, wijąca się przez ogród i trawniki; od niej odchodziły w różnych kierunkach ścieżki prowadzące przez zarośla. Chaney i ja, po tym jak poleciliśmy dorożkarzowi zaczekać na nas w alei, ruszyliśmy pieszo wzdłuż alei ku domowi; gdy szliśmy, dostrzegłem po prawej stronie hełm policjanta pośród podszytu i zwróciłem na to uwagę Chaneya.
- Miejsce zbrodni, bez wątpienia - zauważył. - Pewnie je odgrodzili i ustawili wartę. Zaraz się przekonamy.
Paley wyszedł nam naprzeciw w drzwiach domu i na nasz widok odwrócił się i skinął na kogoś stojącego w holu. Podszedł młody lokaj.
- To - rzekł Paley, wskazując go, gdy podchodziliśmy - jest człowiek, który znalazł ciało pana Hanningtona. Harris, jeden z naszych lokajów. Chcecie go najpierw przesłuchać, czy obejrzeć miejsce, gdzie znaleziono ciało?
- Najpierw zobaczymy to miejsce, panie Paley, a potem porozmawiamy z Harrisem - odparł Chaney. - Czy Harris może pójść z nami?
Paley zwrócił się do lokaja.
- Pokaż panom Chaneyowi i Camberwellowi, gdzie znalazłeś ciało pana Hanningtona, i opowiedz im wszystko - powiedział. Następnie zwrócił się do nas: - Sam nie mogę poświęcić wam czasu - ciągnął - lord Cheverdale jest tą sprawą tak wstrząśnięty, że dziś rano nie jest w stanie zajmować się niczym, a ja mam mnóstwo rzeczy na głowie. Ale mam wam przekazać jego wolę. Możecie prowadzić tu wszelkie dochodzenia, jakie uznacie za stosowne - wypytywać kogokolwiek. Ale gdy już skończycie tutaj, lord Cheverdale życzy sobie, byście udali się bezpośrednio do redakcji Morning Sentinel i rozpoczęli tam szczegółowe dochodzenie, bo jest przekonany, że to właśnie tam, a nie tu, znajdą się istotne fakty. Oto plik wizytówek lorda Cheverdale'a - po okazaniu jego karty, gdziekolwiek w redakcji, uzyskacie wszelką możliwą pomoc. I później, jeśli lord Cheverdale poczuje się na siłach, chciałby odbyć konsultację z wami oraz z policją oficjalną - omówić całą sprawę z waszej i ich perspektywy. Myślę, że to na razie wszystko, co mam do powiedzenia.
Pożegnał nas gestem dłoni, który zaczynał się na nas, a kończył na lokaju. Harris uprzejmie zaprosił nas, byśmy za nim poszli, i ruszyliśmy od drzwi w milczeniu - chyba nieco onieśmieleni nieco despotycznym tonem prywatnego sekretarza. I zachowaliśmy to milczenie wszyscy troje, aż lokaj, skręciwszy z alei powozowej w boczną, wąską, asfaltową ścieżkę wijącą się przez zarośla, zaprowadził nas tam, gdzie stał policjant, spoglądający znudzonym wzrokiem na ogrodzoną sznurem przestrzeń o wymiarach mniej więcej dwóch jardów kwadratowych. Tam się zatrzymał.
- To tutaj, panowie! - rzekł, wskazując wnętrze ogrodzenia. - Leżał właśnie tam!
Rzecz jasna, spojrzeliśmy - i rzecz jasna, nie było tam nic do oglądania, prócz kilku jardów kwadratowych asfaltu. Chaney zerknął na policjanta, który przyglądał się nam z lekkim zaciekawieniem.
- Po co to ogrodzenie? - zapytał.
Policjant pokręcił głową w hełmie.
- Rozkaz! - odparł. - Chyba chcą zbadać, czy są jakieś ślady stóp.
- Na takim podłożu, jasne, że znajdą - rzucił ironicznie Chaney. - Prędzej by się spodziewali znaleźć odcisk pszczoły albo muchy plujki! No? - dodał, zwracając się do lokaja. - To pan go znalazł, tak?
- Tak jest, proszę pana.
- Opowiedz nam. Jak do tego doszło?
- To było tak, proszę pana. Wczoraj miałem wolny wieczór. Poszedłem do teatru. Wracałem pieszo, proszę pana. Szłem tą ścieżką...
- Chwileczkę - przerwał Chaney. - Tą właśnie ścieżką? Skąd się na nią wchodzi? Mam na myśli - z zewnątrz, spoza terenu?
- Od strony Inner Circle, proszę pana. W ogrodzeniu jest mała furtka. Ta ścieżka, proszę pana, to skrót z Inner Circle do domu.
- Często uczęszczana?
- Większość ludzi, którzy przychodzą tu pieszo, korzysta z niej, proszę pana.
- A pan Hannington? Znał ją?
- O tak, proszę pana - pan Hannington znał ją doskonale.
- Dobrze - powiedział Chaney - proszę mówić dalej.
- Szłem tą ścieżką - powtórzył Harris - i kiedy doszedłem właśnie tutaj, zobaczyłem to - ciało, proszę pana - leżące przede mną. Twarzą do ziemi. Dotknąłem lekko policzka - nie był zupełnie zimny, ale zaczynał już stygnąć. Potem... cóż, pobiegłem do domu, proszę pana, i wszcząłem alarm.
- Kogo pan obudził? - zapytał Chaney.
- Pan Paley był jedyną osobą, która nie spała, proszę pana. Czytał w bibliotece. Powiedziałem mu. On kazał mi obudzić Walkera, lokaja, i Smithsona, drugiego lokaja. Gdy zeszli na dół, wszyscy wróciliśmy tu razem. Nie wiedziałem, kto to był, dopóki nie wróciliśmy - wtedy zobaczyłem, że to pan Hannington.
- I co się wtedy stało? - zapytał Chaney.
- Pan Paley zadzwonił po policję, proszę pana. Nie kazali na siebie długo czekać, a kiedy przyjechali, przejęli wszystko.
Chaney rzucił okiem na policjanta, który dotąd milcząco się przysłuchiwał.
- Był pan jednym z nich? - zapytał.
- Nie, proszę pana - wszedłem na służbę dziś rano - odparł policjant. - Kiedy mnie tu postawiono, nie było tu nic prócz... tego.
Wskazał na liny i kołki, a Chaney raz jeszcze zwrócił się do Harrisa.
- O której godzinie pan znalazł ciało? - zapytał.
- Chwilę po północy, proszę pana. Tak między dwunastą a dziesięć po, w każdym razie.
- Czy wie pan, czy pan Hannington odwiedzał lorda Cheverdale'a?
- Tak, proszę pana, wiem to. Nie odwiedzał. Pan Walker, lokaj, wspomniał o tym. Powiedział, że pan Hannington nie przyszedł z wizytą, ale musiał być w drodze do domu, kiedy został napadnięty.
- Był pan obecny, gdy przyjechała policja, Harris? Tak? A słyszał pan, co mówili?
- Tak, proszę pana, słyszałem jednego z nich - chyba to był inspektor - jak mówił, że to z pewnością nie było morderstwo rabunkowe, bo pan Hannington miał przy sobie zegarek i dewizkę, cenny pierścień, który lord Cheverdale mu podarował, i sporą sumę gotówki, proszę pana. Ale w kieszeniach nie było żadnych dokumentów - i słyszałem, jak pan Paley mówił do policjantów, że to bardzo podejrzane, bo pan Hannington zawsze nosił kieszenie wypchane papierami.
- Żaden z waszych ludzi niczego nie słyszał, jak przypuszczam? - zapytał Chaney.
- Nie, proszę pana - nikt nic nie słyszał. To miejsce jest dość oddalone od domu.
Odwróciliśmy się mimowolnie, by spojrzeć na dom, który ledwo majaczył przez drzewa. W tej samej chwili zauważyliśmy zbliżającą się kobietę, idącą w towarzystwie dwóch czy trzech psów. Gdy podeszła bliżej i zrobiliśmy jej miejsce, by mogła przejść, przyjrzałem się jej uważnie. Była to dość wysoka, nieco kanciasta kobieta w wieku zapewne od trzydziestu pięciu do czterdziestu lat, o nieobecnym spojrzeniu, wyróżniająca się głównie dużym nosem i bardzo wystającymi zębami, nie wspominając o parze wytrzeszczonych, jasnoniebieskich oczu. Ubrana po męsku, w kostium w wielką kratę, nosiła stójkę myśliwską, w ręku trzymała pejcz i całą postacią bardziej pasowała do wiejskich krajobrazów niż do Regent's Park. Gdy podeszła, spojrzała uważnie najpierw na mnie, potem na pozostałych i odezwała się - do policjanta:
- Coś nowego? Coś nowego? - zapytała. - No? No?
- Nic nowego, panienko - odparł policjant.
- Najdziwniejsze, najdziwniejsze! - powiedziała dama.
- Niezwykłe!
Przeszła dalej, a Chaney odwrócił się w stronę domu. Spojrzał na Harrisa.
- Córka lorda Cheverdale'a, co? - powiedział. - Panna Chever?
- Tak jest, proszę pana - potwierdził lokaj. - Jedyna córka jego lordowskiej mości.
Chaney nie zadawał już więcej pytań. Ruszył powoli asfaltową ścieżką z powrotem, aż dotarliśmy do alei powozowej tuż przed domem. Wtedy zwrócił się do mnie:
- Myślę, że pojedziemy teraz do redakcji Morning Sentinel - powiedział. - Tu na razie nie ma już nic do zbadania. Dziękujemy, Harris.
Gdy już mieliśmy odejść, w jednym z okien domu rozwarły się nagle okiennice. Wychylił się Paley.
- Panie Camberwell! Panie Chaney! - zawołał. - Zapomniałem powiedzieć - gdy dotrzecie do redakcji Morning Sentinel, poproście o pannę Hetherley! Panna Hetherley - najpierw!
III
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji