Morskie imperia. Batalia o panowanie na Morzu Śródziemnym 1521-1580 - Roger Crowley

-
Proszę czekać

Polecamy

Dom Wydaw­ni­czy REBIS poleca

Judith Her­rin

BIZAN­CJUM

Peter Heathcr

IMPE­RIA I BAR­BA­RZYŃCY

UPA­DEK CESAR­STWA RZYM­SKIEGO

Eric Chri­stian­sen

KRU­CJATY PÓŁ­NOCNE

Laurcnce Ber­green

MARCO POLO

Mark Gre­gory Pegg

NAJ­ŚWIĘT­SZA WOJNA

Kim MacQu­ar­rie

OSTAT­NIE DNI INKÓW

Richard A. Gabriel

SCY­PION AFRY­KAŃ­SKI STAR­SZY

Buddy Levy

KON­KWI­STA­DOR

RZEKA CIEM­NO­ŚCI

Char­les C. Mann

1491 .AME­RYKA PRZED KOLUM­BEM

Mary Beard

POM­PEJE

Toby Wil­kin­son

POWSTA­NIE I UPA­DEK STA­RO­ŻYT­NEGO EGIPTU

PROLOG

MAPA PTOLEMEUSZA

Na długo zanim sta­nęły tam biu­rowce, a nawet meczety, po dru­giej stro­nie Zło­tego Rogu wyro­sła Hagia Sophia. Przez tysiąc lat jej kopuła samot­nie odci­nała się na tle nieba. W cza­sach śre­dnio­wie­cza oczom tego, kto się na nią wspiął, uka­zy­wał się widok "przy­stro­jo­nego wod­nymi gir­lan­dami mia­sta". Patrząc z tego miej­sca, nikt nie mógł mieć wąt­pli­wo­ści, dla­czego przez setki lat Kon­stan­ty­no­pol pano­wał nad świa­tem.

Wie­czo­rem 29 maja 1453 roku na kopułę Hagii Sophii wspiął się suł­tan impe­rium osmań­skiego Meh­med II. Tego donio­słego dnia jego armia sztur­mem zdo­była mia­sto, wypeł­nia­jąc tym samym islam­skie pro­roc­two i nisz­cząc ostatni bastion chrze­ści­jań­skiego cesar­stwa bizan­tyj­skiego. Osmań­ski kro­ni­karz napi­sał, że suł­tan "niczym Duch Święty dostą­pił czwar­tej sfery nieba"2.

Władca spo­glą­dał w dół przy­gnę­biony i smutny. Kon­stan­ty­no­pol leżał w gru­zach, doszczęt­nie splą­dro­wany, "ogo­ło­cony i poczer­niały, jakby stra­wił go pożar"3. Woj­sko się wyco­fało, kościoły obra­bo­wano, a ostatni cesarz zgi­nął w masa­krze. Zdo­bywcy spę­dzali razem męż­czyzn, kobiety i dzieci, pętali im ręce i usta­wiali w dłu­gie sze­regi. Na opusz­czo­nych domach łopo­tały flagi na znak, że już wcze­śniej ktoś je obra­bo­wał. Żało­sne jęki bra­nych w jasyr ludzi zagłu­szało wezwa­nie do modli­twy. Oznaj­miało, że czas jed­nej dyna­stii cesar­skiej dobiegł końca i legalną wła­dzę na zasa­dzie prawa zdo­bywcy przej­muje następna. Turcy osmań­scy, wędrowny lud ple­mienny pocho­dzący z serca Azji, zdo­łali w końcu na stałe zazna­czyć obec­ność islamu na euro­pej­skim brzegu, w mie­ście, które nazwali Stam­bu­łem. Ich zwy­cię­stwo potwier­dzało prawo wyznaw­ców Maho­meta do Bizan­cjum i pozy­cję nie­kwe­stio­no­wa­nego patrona świę­tej wojny.

Dogodny punkt obser­wa­cji skło­nił suł­tana do roz­my­ślań nad prze­szło­ścią i przy­szło­ścią swo­jego ludu. Na połu­dniu, za cie­śniną Bos­for, roz­cią­gała się Ana­to­lia, Azja Mniej­sza, skąd przy­wę­dro­wali w dro­dze na pół­noc, do Europy, którą uczy­nili obiek­tem swo­ich ambi­cji tery­to­rial­nych. Jed­nak to Zachód miał się stać dla Tur­ków naj­więk­szym wyzwa­niem. W popo­łu­dnio­wym słońcu morze Mar­mara poły­ski­wało niczym pole­ro­wany mosiądz. Za nim roz­cią­gał się bez­miar wód Morza Śród­ziem­nego, które Turcy zwali Morzem Bia­łym. Pod­bi­ja­jąc Kon­stan­ty­no­pol, Meh­med II nie tylko zdo­był nowe tery­to­ria, ale także stał się dzie­dzi­cem mor­skiego impe­rium.

Wyda­rze­nia 1453 roku były czę­ścią zma­gań islamu z chrze­ści­jań­stwem. Dzięki ruchowi kru­cja­to­wemu trwa­ją­cemu od XI do XV wieku chrze­ści­jań­stwo zdo­mi­no­wało basen Morza Śród­ziem­nego. Krzy­żowcy stwo­rzyli mozaikę pań­ste­wek na wybrzeżu Gre­cji i wysep­kach Morza Egej­skiego, które uła­twiały im kon­takt z łaciń­skim Zacho­dem. Kie­ru­nek pod­bo­jów uległ odwró­ce­niu, kiedy w 1291 roku krzy­żowcy utra­cili Akkę i ostatni ważny przy­czó­łek w Pale­sty­nie. Nastą­pił kontr­atak islamu.

Od cza­sów sta­ro­żyt­nych Rzy­mian nikt nie zdo­łał zapa­no­wać nad Morzem Śród­ziem­nym. Meh­med II uwa­żał się jed­nak za dzie­dzica cesa­rzy rzym­skich. Jego ambi­cja nie znała gra­nic. Posta­no­wił, że stwo­rzy "na świe­cie jedno impe­rium, z jedną wiarą i jed­nym monar­chą"4, i nazy­wał sie­bie "władcą dwóch mórz"5: Bia­łego i Czar­nego. Począt­kowo Turcy czuli się na morzu obco. Nie było sta­łym lądem. Nie miało natu­ral­nych gra­nic. Noma­dom musiało się wyda­wać wyjąt­kowo nie­go­ścinne. Nie pamię­tali, że islam już wcze­śniej zdo­był przy­czółki na wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego, ale je utra­cił. Meh­med II jed­nak już pod­jął decy­zję: zgro­ma­dził dużą flotę i przy­stą­pił do oblę­że­nia Kon­stan­ty­no­pola. I choć załogi jego okrę­tów nie miały wiel­kiego doświad­cze­nia, szybko się uczyły.

Kilka lat po zdo­by­ciu mia­sta suł­tan zle­cił wyko­na­nie kopii mapy Europy spo­rzą­dzo­nej przez sta­ro­żyt­nego geo­grafa Pto­le­me­usza, którą Grecy prze­tłu­ma­czyli mu na arab­ski. Z dra­pieżną dokład­no­ścią stu­dio­wał na niej układ mórz. Wodził pal­cem po Wene­cji, Rzy­mie, Neapolu, Sycy­lii, Mar­sy­lii i Bar­ce­lo­nie, wykre­ślał trasę przez Wrota Gibral­taru, inte­re­so­wały go nawet tak dale­kie kra­iny jak Bry­ta­nia. Tłu­ma­cze prze­zor­nie zadbali, żeby naj­więk­szym mia­stem na mapie był Stam­buł, tak że Meh­med II nie miał poję­cia, iż na jej zachod­nim krańcu władcy Hisz­pa­nii mają podobne ambi­cje impe­rialne. Madryt i Stam­buł niczym gigan­tyczne lustra odbi­jały to samo słońce, ale z początku znaj­do­wały się od sie­bie zbyt daleko, żeby zdać sobie z tego sprawę. Wkrótce to świa­tło miało się sku­pić w ich wza­jem­nej wro­go­ści. Mapa Pto­le­me­usza, pomimo trudno roz­po­zna­wal­nych pół­wy­spów i znie­kształ­co­nych kon­tu­rów wysp, nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści co do naj­waż­niej­szej cechy Morza Śród­ziem­nego: że są to fak­tycz­nie dwa morza oddzie­lone wąskim prze­smy­kiem mię­dzy Tune­zją a Sycy­lią, pośrodku któ­rego niczym przy­pad­kowa kropka leży Malta. Osma­no­wie mieli wkrótce opa­no­wać morza na wscho­dzie, a Habs­bur­go­wie hisz­pań­scy na zacho­dzie. Prę­dzej czy póź­niej musieli się spo­tkać przy owej kropce.

Dziś prze­lot wzdłuż Morza Śród­ziem­nego od połu­dnio­wej Hisz­pa­nii do brze­gów Libanu trwa nie wię­cej niż trzy godziny. Oglą­dane z lotu ptaka morze ema­nuje spo­ko­jem: zdy­scy­pli­no­wana kawal­kada stat­ków leni­wie sunąca po poły­sku­ją­cej toni. Na pół­noc­nym poszar­pa­nym wybrzeżu cią­gną się waka­cyjne wio­ski, mariny dla jach­tów, ele­ganc­kie kurorty, jak rów­nież wiel­kie porty i kom­pleksy prze­my­słowe sta­no­wiące gospo­dar­cze muskuły połu­dnio­wej Europy. Każdy sta­tek pły­nący po tych spo­koj­nych wodach można śle­dzić z kosmosu. Dzi­siej­sze statki - odporne na sztormy, które zato­piły łodzie Ody­se­usza i Świę­tego Pawła - pły­wają na dowol­nie wybra­nych tra­sach. W naszym stale kur­czą­cym się świe­cie miej­sce, które Rzy­mia­nie nazy­wali cen­trum świata, wydaje się nie­zwy­kle małe.

Pięć­set lat temu ludzie trak­to­wali to morze zupeł­nie ina­czej. Na dawno ogo­ło­co­nych z drzew wybrze­żach, z wyja­ło­wioną przez kozy i ludzi glebą, czę­sto pano­wał głód. Nic dziw­nego, że w XIV w. Kreta wyda­wała się Dan­temu eko­lo­giczną ruiną. "Pośrodku morza leży nie­uro­dzajny ląd", pisał, "który nie­gdyś cie­szył się wodą i zie­le­nią, a teraz jest pusty­nią"6. Samo morze też jest ubo­gie. Powstało w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach geo­lo­gicz­nych, kiedy gwał­tow­nie wlały się do niego wody Atlan­tyku, wypeł­nia­jąc głę­bo­kie otchła­nie. Nie leży na szel­fie kon­ty­nen­tal­nym i nie może się rów­nać z boga­tymi łowi­skami w oko­li­cach Nowej Fun­dlan­dii czy na Morzu Pół­noc­nym. Ludziom żyją­cym na jego wybrze­żach te miliony mil kwa­dra­to­wych wody, podzie­lo­nych na kil­ka­na­ście odmien­nych stref, z któ­rych każda miała swoje cha­rak­te­ry­styczne wia­try, nie­re­gu­lar­no­ści linii brze­go­wej i roz­pro­szone wysepki, wyda­wały się nie­zmie­rzone i nie­bez­pieczne - i tak wiel­kie, że obie jego czę­ści przed­sta­wiały inne światy. Pod­czas dobrej pogody sta­tek odby­wał podróż z Mar­sy­lii na Kretę w ciągu dwóch mie­sięcy, a pod­czas złej - nawet sze­ściu. Łodzie nie budziły zaufa­nia, sztormy poja­wiały się nagle, tak jak pirac­kie kogi na hory­zon­cie, toteż nic dziw­nego, że żegla­rze woleli wlec się wzdłuż wybrzeża niż pły­nąć przez otwarte wody. Na żegla­rzy czy­hały liczne nie­bez­pie­czeń­stwa. Nikt nie wcho­dził na trap, nie powie­rzyw­szy wcze­śniej duszy Bogu. Morze Śród­ziemne było morzem kło­po­tów. A od 1453 roku stało się teatrem zma­gań wojen­nych.

Na jego wodach doszło do naj­bar­dziej zawzię­tej i cha­otycz­nej rywa­li­za­cji w euro­pej­skiej histo­rii: wojny mię­dzy isla­mem a chrze­ści­jań­stwem o cen­trum świata. Walka toczyła się od przy­padku do przy­padku z górą sto lat - same począt­kowe potyczki, w któ­rych Turcy zade­mon­stro­wali wyż­szość nad Wene­cja­nami, trwały pięć­dzie­siąt lat. Zma­ga­nia przy­bie­rały różne formy: wojen gospo­dar­czych na wynisz­cze­nie, najaz­dów pirac­kich w imię reli­gii, ata­ków na przy­brzeżne for­tece i porty, oblę­że­nia wiel­kich wyspiar­skich bastio­nów i - naj­rza­dziej - epic­kich bitew mor­skich. Do wojny zostały wcią­gnięte wszyst­kie żyjące nad morzem ludy i grupy inte­re­sów: Turcy, Grecy, Afry­ka­nie z pół­nocy, Hisz­pa­nie, Fran­cuzi, pań­stewka wło­skie, ludy miesz­ka­jące nad Adria­ty­kiem i wzdłuż wybrzeży Dal­ma­cji, kupcy, sojusz­nicy cesar­stwa, piraci i ryce­rze świę­tej wojny - w zmien­nych przy­mier­zach wszy­scy wal­czyli w obro­nie reli­gii, han­dlu i impe­rium. Nikt nie mógł pozo­stać neu­tralny, choć Wene­cja­nie przez długi czas bar­dzo się o to sta­rali.

Oto­czona ze wszyst­kich stron wodami arena stwa­rza nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści kon­fron­ta­cji. Mię­dzy pół­nocą a połu­dniem jest zadzi­wia­jąco wąska - w wielu miej­scach wro­gów roz­dzie­lał tylko ciek wody. Najeźdźcy mogli się poja­wiać na hory­zon­cie bez uprze­dze­nia i rów­nie szybko zni­kać. Od cza­sów bły­ska­wicz­nych ude­rzeń Mon­go­łów Europa nie miała do czy­nie­nia z tak prze­ra­ża­ją­cym nie­przy­ja­cie­lem. Morze Śród­ziemne stało się bios­ferą cha­otycz­nej prze­mocy, gdzie islam i chrze­ści­jań­stwo ście­rały się z sobą z bez­przy­kład­nym okru­cień­stwem. Tere­nem walki stała się woda, wyspy i wybrzeża, gdzie wynik zma­gań czę­sto zale­żał od wia­tru i pogody, a jej główną bro­nią była galera wio­słowa.

Dla chrze­ści­jan impe­rium osmań­skie, w rze­czy­wi­sto­ści wie­lo­et­niczne, to po pro­stu byli Turcy, "naj­okrut­niej­szy wróg Chry­stusa"7. Zachod­nia Europa postrze­gała rywa­li­za­cję z nimi jako osta­teczną wojnę, bole­sną traumę zwią­zaną z walką prze­ciwko siłom ciem­no­ści. Sto­lica Apo­stol­ska wie­działa o mapie Pto­le­me­usza, którą zamó­wił suł­tan. Uwa­żano, że sym­bo­li­zuje plany pod­bo­jów osmań­skich, i tę scenę w Pałacu Top­kapi nad Bos­fo­rem przed­sta­wiano z pedan­tyczną dokład­no­ścią. Suł­tan, Wielki Turek, w tur­ba­nie i kafta­nie, z zakrzy­wio­nym nosem i okrutną twa­rzą sie­dzi w peł­nej bar­ba­rzyń­skiego prze­py­chu sali wykła­da­nej mozaiką i stu­diuje drogi mor­skie pro­wa­dzące na zachód. Myśli tylko o tym, jak znisz­czyć chrze­ści­jań­stwo. W 1517 roku papież Leon X czuł zagro­że­nie turec­kie nie­mal jak oddech na karku: "Codzien­nie prze­gląda opisy i patrzy na mapę brze­gów Ita­lii"8, napi­sał ze stra­chem. "Nie myśli o niczym innym, jak tylko o gro­ma­dze­niu armat, budo­wie stat­ków i stu­dio­wa­niu euro­pej­skich mórz i wysp"9. Dla Osma­nów i ich pół­noc­no­afry­kań­skich sojusz­ni­ków nad­szedł czas odpłaty za wyprawy krzy­żowe, oka­zja do odwró­ce­nia kie­runku świa­to­wych pod­bo­jów i prze­ję­cia kon­troli nad han­dlem.

Rywa­li­za­cja toczyła się nie tylko na morzu. Europa zwal­czała swo­ich wro­gów na Bał­ka­nach, rów­ni­nach Węgier, na Morzu Czer­wo­nym, u bram Wied­nia, ale w końcu obie strony skon­cen­tro­wały swoje siły pośrodku mapy. Ten sześć­dzie­się­cio­letni bój miał popro­wa­dzić pra­wnuk Meh­meda II, Sulej­man. Wojna na serio wybu­chła w 1521 roku i osią­gnęła apo­geum mię­dzy 1565 a 1571 rokiem - sześć lat bez­przy­kład­nego prze­lewu krwi, pod­czas któ­rego dwaj zawod­nicy wagi cięż­kiej owych cza­sów - osmań­scy Turcy i hisz­pań­scy Habs­bur­go­wie - trzy­mali się bitew­nych naka­zów swo­jej wiary i wal­czyli na śmierć i życie. Wynik tej walki miał ukształ­to­wać gra­nice mię­dzy świa­tem islam­skim a chrze­ści­jań­skim i prze­są­dzić o przy­szło­ści obu impe­riów.

Jeśli coś można uznać za jej począ­tek, to był nim pewien list.

ROZDZIAŁ 1

SUŁTAN SKŁADA WIZYTĘ

1521-1523

Naj­pierw lita­nia monar­szych tytu­łów, a potem groźba:

10 wrze­śnia 1521, Bel­grad

Sulej­man Suł­tan, z łaski Bożej, Król Kró­lów, Władca Wład­ców, Potężny Cesarz Bizan­cjum i Tra­pe­zuntu, Wielki Król Per­sji, Ara­bii, Syrii i Egiptu, Naj­wyż­szy Władca Azji, Europy, Książę Mekki i Aleppo, Pan Jero­zo­limy, Władca Mórz pozdra­wia Filipa Vil­liers de L'Isle Adama, Wiel­kiego Mistrza wyspy Rodos.

Skła­dam Ci gra­tu­la­cje z oka­zji uzy­ska­nia nowej god­no­ści i przy­by­cia na swoje wło­ści. Ufam, że Twoje pano­wa­nie będzie jesz­cze pomyśl­niej­sze i godne więk­szej chwały niż rządy Two­ich poprzed­ni­ków. Pozo­staję w nadziei, że dalej będę cie­szyć się Twoją łaską. Wzy­wam Cię przeto, jako mojego dro­giego przy­ja­ciela, abyś razem ze mną rado­wał się tym, że idąc w ślady ojca, który pod­bił Per­sję, Jero­zo­limę, Ara­bię i Egipt, zdo­by­łem, ubie­głej jesieni, Bel­grad, naj­po­tęż­niej­szą z warowni. Potem, kiedy na próżno ocze­ki­wa­łem, że Nie­wierny podej­mie ze mną walkę, zają­łem wiele pięk­nych i dobrze ufor­ty­fi­ko­wa­nych miast. Ogniem lub mie­czem zgła­dzi­łem więk­szość ich miesz­kań­ców, a resztę wzią­łem w nie­wolę. Teraz, wysław­szy moje nie­zli­czone zwy­cię­skie armie na zimowe leże, wra­cam w trium­fie na swój dwór w Stam­bule10.

Dla każ­dego, kto potrafi czy­tać mię­dzy wier­szami, jest jasne, że nie były to wyrazy przy­jaźni, lecz wypo­wie­dze­nie wojny. Sulej­man, pra­wnuk Meh­meda II Zdo­bywcy, wła­śnie wstą­pił na tron. Zgod­nie ze zwy­cza­jem i tra­dy­cją doj­ście do wła­dzy musiał upa­mięt­nić zwy­cię­stwem: każdy nowy suł­tan dla legi­ty­mi­za­cji swo­jego tytułu "Zdo­bywcy Wschodu i Zachodu"11 musiał przy­łą­czyć do świa­to­wego impe­rium nowe tery­to­ria. Potem mógł roz­dać łupy, zabie­gać o lojal­ność armii i oddać się rytu­al­nej pro­pa­gan­dzie. Nowy suł­tan wysy­łał listy obwiesz­cza­jące jego zwy­cię­stwa - potwier­dze­nie wła­dzy - aby zdo­być podziw świata muzuł­mań­skiego i zastra­szyć chrze­ści­jan, po czym mógł przy­stą­pić do budowy swo­jego meczetu.

Młody Sulej­man

Wstą­pie­niu na tron musi także towa­rzy­szyć śmierć. Prawo naka­zuje suł­ta­nowi zabić wszyst­kich braci "w inte­re­sie ładu świa­to­wego"12, aby zdu­sić w zarodku moż­li­wość wybu­chu wojny domo­wej. Z pała­co­wego haremu od bez­gło­śnie szlo­cha­ją­cych kobiet wycho­dzą żałobne orszaki z dzie­cię­cymi tru­mien­kami, a do odle­głych pro­win­cji wyru­szają zabójcy z cię­ci­wami w pościg za star­szym rodzeń­stwem. Sulej­man nie musiał tego robić. Był jedy­nym męskim potom­kiem. Przy­pusz­czal­nie sześć lat wcze­śniej jego ojciec, Selim I Okrutny, kazał zabić pozo­sta­łych synów, aby uda­rem­nić prze­wi­dy­wane zama­chy stanu. Dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni suł­tan obej­mo­wał więc swoje domi­nium w wyjąt­kowo sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach. Odzie­dzi­czył potężne, zjed­no­czone impe­rium dys­po­nu­jące nie­zrów­na­nymi zaso­bami. Bogo­boj­nym muzuł­ma­nom Sulej­man zwia­sto­wał nadej­ście dobrych cza­sów. Ojciec wybrał mu imię - Salo­mon - otwie­ra­jąc Koran na chy­bił tra­fił, co miało zapo­wia­dać władcę mądrego i spra­wie­dli­wego. W cza­sach wiary we wróżby nale­żało zadbać o wszel­kie oko­licz­no­ści wstą­pie­nia syna na tron. Sulej­man był dzie­sią­tym suł­tanem, uro­dzo­nym w dzie­sią­tym roku dzie­sią­tego stu­le­cia ery muzuł­mań­skiej. Dzie­sięć było liczbą dosko­nałą: z dzie­się­ciu czę­ści skła­dał się Koran, Pro­rok miał dzie­się­ciu uczniów, Pię­ciok­siąg liczył dzie­sięć przy­ka­zań, islam roz­róż­niał dzie­sięć astro­lo­gicz­nych nie­bios. Moment wkro­cze­nia na świa­tową arenę wyzna­czył Sulej­manowi los.

Jego pano­wa­nie wypa­dło w cza­sach rzą­dów całego tłumu skłó­co­nych z sobą wład­ców, z któ­rymi musiał rywa­li­zo­wać: Habs­bur­gów - Karola V i Filipa II z Hisz­pa­nii, fran­cu­skich Wale­zju­szy - Fran­ciszka I i jego syna Hen­ryka II, Hen­ryka VIII i Elż­biety I z angiel­skiej dyna­stii Tudo­rów, moskiew­skiego cara Iwana Groź­nego, per­skiego sza­cha Isma­ila I i cesa­rza Akbara z dyna­stii Wiel­kich Mogo­łów w Indiach. Żaden z nich nie miał jed­nak takiego jak on poczu­cia mocar­stwo­wej misji i nie sta­wiał sobie rów­nie wiel­kich celów.

Od samego początku Sulej­man dbał o to, by zro­bić ogromne wra­że­nie na cudzo­ziem­skich posłach przy­by­łych na stam­bul­ski dwór. "Suł­tan jest wyso­kim, smu­kłym, ale sil­nym męż­czy­zną o szczu­płej twa­rzy", pisał Wene­cja­nin Bar­to­lo­meo Con­ta­rini. "Mówi się, że jego imię zostało traf­nie wybrane [...], ma dużą wie­dzę i wyka­zuje się dobrym osą­dem sytu­acji"13. Z poważ­nym wyra­zem twa­rzy, o pew­nym spoj­rze­niu, cho­dził w pro­stych, ale ele­ganc­kich kafta­nach. Wzrost i postawę pod­kre­ślały wielki, okrą­gły tur­ban nasu­nięty głę­boko na czoło oraz blada cera. Chciał, by podzi­wiano zarówno jego, jak i wspa­nia­łość jego dworu. Wkrótce zgło­sił pre­ten­sje do tytułu władcy świata i posta­wił sobie za cel opa­no­wa­nie basenu Morza Śród­ziem­nego.

Cho­dziło mu o dwa szyb­kie zwy­cię­stwa. Sulej­man pamię­tał o osią­gnię­ciach swo­ich przod­ków i od dzie­ciń­stwa marzył o dwóch pod­bo­jach, któ­rych nie zdo­łał dopro­wa­dzić do końca jego pra­dziad Meh­med II. Pierw­szym było zdo­by­cie Bel­gradu, for­tecy sta­no­wią­cej bramę na Węgry. Dzie­sięć mie­sięcy po wstą­pie­niu na tron sta­nął pod murami mia­sta, a w sierp­niu 1521 roku już odma­wiał modli­twę w chrze­ści­jań­skiej kate­drze. Drugą zdo­by­czą, o któ­rej marzył, było uzy­ska­nie tytułu Pady­sza­cha Morza Bia­łego, a to ozna­czało pod­bój Rodos.

Wyspa, na którą teraz zwró­cił uwagę Sulej­man, była dziw­nym ana­chro­ni­zmem, nie­zwy­kłą pozo­sta­ło­ścią po śre­dnio­wiecz­nych wypra­wach krzy­żo­wych leżącą w zasięgu ręki świata islam­skiego. Rodos jest naj­więk­szą i naj­żyź­niej­szą wyspą z pasa wapien­nych wyse­pek zwa­nego Dode­ka­ne­zem - dwu­na­stoma wyspami - który cią­gnie się setki kilo­me­trów wzdłuż wybrzeża Azji Mniej­szej. Rodos leży na połu­dniowo-zachod­nim krańcu Dode­ka­nezu. Na pół­noc­nym krańcu archi­pe­lagu z kolei znaj­duje się Pat­mos, wapienna wysepka z mona­sty­rem Świę­tego Jana, jedno z naj­święt­szych miejsc Kościoła pra­wo­sław­nego, gdzie Święty Jan Ewan­ge­li­sta doznał obja­wie­nia. Wysepki archi­pe­lagu opa­sują przy­lądki i wci­nają się w zatoki azja­tyc­kiej czę­ści Morza Egej­skiego tak, że zawsze widać z nich ląd. Z Rodos na wybrzeże Azji Mniej­szej jest zale­d­wie jede­na­ście mil i przy dobrym wie­trze można dopły­nąć tam w dwie godziny. W pogodne zimowe dni, gdy powie­trze jest roz­rze­dzone, można odnieść wra­że­nie, że ośnie­żone azja­tyc­kie szczyty znaj­dują się o rzut kamie­niem.

Kiedy w 1453 roku Meh­med II zdo­był Kon­stan­ty­no­pol, kraje chrze­ści­jań­skie wła­dały całym Morzem Egej­skim, trak­tu­jąc je jako pier­ścień obronny albo swego rodzaju skle­pie­nie, któ­rego wytrzy­ma­łość zależy od każ­dej cegły z osobna. Do 1521 roku cała ta budowla się jed­nak zawa­liła. Mimo to, wbrew prawu gra­wi­ta­cji, Rodos, klu­czowy ele­ment budowli, prze­trwał jako samotny chrze­ści­jań­ski bastion sto­jący w poprzek osmań­skich tras żeglu­go­wych i ogra­ni­cza­jący mor­skie ambi­cje suł­tana.

Rodos i ota­cza­ją­cymi ją wyspami wła­dał w imie­niu papieża ostatni z wiel­kich zako­nów rycer­skich z cza­sów wojen krzy­żo­wych, Zakon Rycer­ski Szpi­tal­ni­ków Świę­tego Jana Jero­zo­lim­skiego, potocz­nie zwany zako­nem szpi­tal­ni­ków lub joan­ni­tów, któ­rego dobro­byt ści­śle zale­żał od kru­cja­to­wego przed­się­wzię­cia. Powo­łany do opieki nad cho­rymi piel­grzy­mami uda­ją­cymi się do Jero­zo­limy, z cza­sem stał się, podob­nie jak tem­pla­riu­sze i krzy­żacy, zako­nem wal­czą­cym. Ryce­rze zakonni skła­dali doży­wot­nie śluby ubó­stwa, czy­sto­ści i posłu­szeń­stwa papie­żowi oraz zobo­wią­zy­wali się toczyć nie­ustanną wojnę z nie­wier­nymi, co stało się głów­nym celem ich dzia­łal­no­ści. Szpi­tal­nicy wal­czyli nie­mal w każ­dej potyczce pod­czas dłu­gich wojen toczo­nych na Ziemi Świę­tej, aż zostali pra­wie doszczęt­nie wybici pod­czas obrony Akki w 1291 roku. Gdy na wygna­niu poszu­ki­wali środ­ków na kon­ty­nu­owa­nie walki, zwró­cili uwagę na Rodos nale­żący do grec­kiego Kościoła pra­wo­sław­nego. W 1307 roku doko­nali inwa­zji na wyspę, zajęli ją i odtąd stała się ona wysu­nię­tym przy­czół­kiem zachod­niego chrze­ści­jań­stwa w świe­cie islam­skim. Miej­scem, gdzie można było pla­no­wać kontr­ofen­sywę na Jero­zo­limę w nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści.

Na Rodos ryce­rze Świę­tego Jana stwo­rzyli mały feu­dalny bastion, ostat­nią pla­cówkę łaciń­skich wypraw krzy­żo­wych, pod­po­rząd­ko­waną tylko papie­żowi, utrzy­my­waną z docho­dów z dzier­żawy ogrom­nych wło­ści, jakie zakon miał w Euro­pie, i prze­zna­czoną wyłącz­nie do pro­wa­dze­nia świę­tej wojny. Zakon Świę­tej Reli­gii, jak sami sie­bie nazy­wali, opa­no­wał sztukę budowy for­ty­fi­ka­cji. Bra­cia nauczyli się jej pod­czas wielu lat pro­wa­dze­nia obrony Jero­zo­limy. To oni wznie­śli Krak de Che­va­liers, naj­po­tęż­niej­szy z zam­ków zbu­do­wa­nych przez krzy­żow­ców, a teraz umoc­nili for­ty­fi­ka­cje mia­sta Rodos i dys­po­nu­jąc nie­wielką flotą dobrze uzbro­jo­nych galer, zamie­nili się w mor­skich roz­bój­ni­ków, któ­rzy plą­dro­wali wybrzeża impe­rium osmań­skiego, zagra­żali jego mor­skim szla­kom, gra­bili mie­nie i brali ludzi w nie­wolę.

Przez dwie­ście lat szpi­tal­nicy toczyli bez­kom­pro­mi­sową walkę ze świa­tem muzuł­mań­skim, zamie­nia­jąc Dode­ka­nez w łań­cuch ufor­ty­fi­ko­wa­nych wyse­pek, za któ­rych sprawą trzy­mali Tur­ków w sza­chu. Udało im się nawet zaha­czyć na samym kon­ty­nen­cie, zdo­byli bowiem Zamek św. Pio­tra Wyzwo­li­ciela, zwany przez Tur­ków Bodrum. Nie­wol­nicy chrze­ści­jań­scy wyko­rzy­sty­wali go jako drogę ucieczki, a szpi­tal­nicy - jako narzę­dzie pro­pa­gan­dowe słu­żące zbie­ra­niu w Euro­pie fun­du­szy na ich misję. Ryce­rze wycią­gnęli wnio­ski z tego, jaki los spo­tkał tem­pla­riu­szy, i tro­skli­wie pie­lę­gno­wali swój wize­ru­nek Tar­czy Chrze­ści­jań­stwa.

Euro­pej­czycy żywili wobec zakonu mie­szane uczu­cia. Dla papie­stwa Rodos miał przede wszyst­kim zna­cze­nie sym­bo­liczne jako zewnętrzna linia obrony przed nie­wier­nymi, sta­no­wiąca strze­żoną mor­ską gra­nicę nabie­ra­jącą zna­cze­nia wraz z cią­głym kur­cze­niem się pod napo­rem islamu cesar­stwa bizan­tyj­skiego, gdy białe wysepki jedna po dru­giej wpa­dały w ręce impe­rium osmań­skiego. Papież Pius II żalił się, że "gdyby inni chrze­ści­jań­scy ksią­żęta [...] wyka­zy­wali się rów­nie nie­ugiętą wro­go­ścią w sto­sunku do Tur­ków jak samotna wysepka Rodos, ci bez­boż­nicy ni­gdy nie uro­śliby w siłę"14. Nawet po upadku Kon­stan­ty­no­pola Sto­lica Apo­stol­ska wciąż trak­to­wała Rodos jak swój naj­waż­niej­szy pro­jekt słu­żący ewen­tu­al­nemu powro­towi do Ziemi Świę­tej. Inni byli mniej łaskawi: chrze­ści­jań­scy kupcy mor­scy widzieli w nim nie­bez­pieczny ana­chro­nizm. Akty pirac­twa, jakich dopusz­czali się szpi­tal­nicy, i blo­kady, jakie nakła­dali na zachod­nich kup­ców muzuł­ma­nie, zagra­żały znisz­cze­niem chwiej­nego pokoju, na któ­rym opie­rał się han­del. Wene­cja­nie trak­to­wali ich jak zwy­kłych kor­sa­rzy i upa­try­wali w nich naj­więk­sze - po impe­rial­nych ambi­cjach wład­ców osmań­skich - zagro­że­nie dla swych inte­re­sów.

Kon­se­kwen­cje dzia­łal­no­ści ryce­rzy zakon­nych z pew­no­ścią były poważ­niej­sze niż siła, jaką dys­po­no­wali. Na Rodos ni­gdy nie prze­by­wało wię­cej niż pię­ciu­set ryce­rzy pocho­dzą­cych z euro­pej­skich rodów ary­sto­kra­tycz­nych, któ­rzy mogli liczyć jedy­nie na najem­ni­ków lub wspar­cie, czę­sto przy­mu­sowe, grec­kich miesz­kań­ców wyspy. Szpi­tal­nicy sta­no­wili nie­wielką, dobrze zor­ga­ni­zo­waną woj­skową elitę z sil­nym poczu­ciem misji, a ich dokucz­li­wość dla nie­przy­ja­ciół była nie­współ­mierna wobec ich liczeb­no­ści. Ich galery cza­iły się w akwa­ma­ry­no­wych lagu­nach i ska­li­stych zato­kach, by bły­ska­wicz­nie ruszyć za prze­pły­wa­ją­cymi stat­kami wio­zą­cymi piel­grzy­mów zmie­rza­ją­cych do Mekki, drewno z wybrzeży Morza Czar­nego do Egiptu, ładu­nek przy­praw z Ara­bii, miód, suszone ryby, wino i jedwab. Budzili grozę zarówno wśród wro­gów, jak i przy­ja­ciół. Sta­nąć do walki z galerą szpi­tal­ni­ków rów­nało się zaata­ko­wa­niu przez skor­piona. "Ci kor­sa­rze znani są z ener­gii i odwagi" - pisali osmań­scy kro­ni­ka­rze - "ruj­nują ludziom życie, nara­ża­jąc kup­ców na straty i bio­rąc w jasyr podróż­ni­ków"15. Dla muzuł­ma­nów byli zawsze arcyw­ro­gami, "zło­wrogą sektą Fran­ków, naj­gor­szym błę­dem Europy, cał­ko­wi­cie zde­pra­wo­wa­nym dia­bel­skim nasie­niem"16. Sala­dyn bez skru­pu­łów zabi­jał pochwy­co­nych szpi­tal­ni­ków. Przez sojusz z papie­żem byli dla muzuł­ma­nów podwój­nie znie­na­wi­dzeni. Co gor­sza, na wyspie pro­wa­dzili targ nie­wol­ni­ków, na któ­rym han­dlo­wali muzuł­ma­nami. "Ilu jesz­cze synów Pro­roka pochwycą te dzieci kłam­stwa?" - ubo­le­wali muzuł­mań­scy kro­ni­ka­rze. "Ile jesz­cze tysięcy wier­nych zmu­szą, by stali się nie­wier­nymi? Ile kobiet i dzieci? Ich nie­go­dzi­wość nie zna gra­nic"17.

Kolejni suł­tani uwa­żali Rodos za zagro­że­nie, pogwał­ce­nie ich suwe­ren­no­ści i sprawę, która czeka na dokoń­cze­nie. Meh­med II wysłał prze­ciwko szpi­tal­ni­kom wiel­kie siły, ale upo­ko­rzony musiał się wyco­fać.

Kiedy ojciec Sulej­mana, Selim I, pod­bił w 1517 roku Egipt, Rodos zna­lazł się na szlaku mor­skim do Stam­bułu, co zwięk­szyło jego zna­cze­nie stra­te­giczne. W pierw­szej poło­wie XVI w. na wschod­nim wybrzeżu Morza Śród­ziem­nego pano­wał głód i dostawy żyw­no­ści do sto­licy impe­rium stały się sprawą naj­wyż­szej wagi. "Rze­czeni miesz­kańcy Rodos wyrzą­dzają ogromne szkody pod­da­nym suł­tana"18, zano­to­wał wenecki pamięt­ni­karz Sanudo w 1512 roku, w któ­rym ryce­rze zakonni prze­chwy­cili osiem­na­ście trans­por­tów zboża do Stam­bułu, co o połowę pod­biło jego ceny. Do suł­tana docie­rało coraz wię­cej skarg: "Sto­su­jąc armaty, zata­piają każdy sta­tek wio­zący kup­ców lub piel­grzy­mów do Egiptu i chwy­tają muzuł­ma­nów w nie­wolę"19. Rodos więc prze­stał być li tylko stra­te­gicz­nym zagro­że­niem. Stawką stała się pozy­cja suł­tana jako "przy­wódcy spo­łecz­no­ści muzuł­mań­skiej"20. Nie mógł on tole­ro­wać bra­nia w jasyr muzuł­ma­nów u samych wrót swo­jego impe­rium. Posta­no­wił zmiaż­dżyć "tych prze­klę­tych spraw­ców nie­go­dzi­wo­ści"21.

Dzie­więć dni po wysła­niu listu sła­wią­cego bel­gradz­kie zwy­cię­stwo Sulej­mana jego adre­sat posta­wił stopę na Rodos. Nazy­wał się Filip Vil­liers de L'Isle Adam i nie­dawno został wybrany na wiel­kiego mistrza zakonu. Miał pięć­dzie­siąt sie­dem lat i pocho­dził z rodziny fran­cu­skiego moż­no­władz­twa, któ­rego człon­ko­wie od stu­leci odda­wali życie w kolej­nych kru­cja­tach. Jeden z jego przod­ków znaj­do­wał się wśród ryce­rzy bro­nią­cych ostat­niego szańca pod­czas oblę­że­nia Akki w 1291 r. L'Isle Adam nie miał złu­dzeń co do cze­ka­ją­cej go misji. Podróż, w którą wyru­szył z Mar­sy­lii, by objąć sta­no­wi­sko, obfi­to­wała w wiele zło­wiesz­czych zna­ków. W pobliżu Nicei jeden z jego stat­ków sta­nął w ogniu. W Cie­śni­nie Mal­tań­skiej w potężny okręt fla­gowy zakon­nej floty, Santa Maria, ude­rzył pio­run. Śmierć ponio­sło dzie­wię­ciu człon­ków załogi. Mimo że ładu­nek elek­tryczny spły­nął po jego mie­czu, zamie­nia­jąc go w pogięty skra­wek metalu, wielki mistrz zszedł z przy­pa­lo­nego pokładu bez naj­mniej­szych obra­żeń. Kiedy okręty zawi­nęły do portu w Syra­ku­zach na Sycy­lii, aby napra­wić znisz­cze­nia, jakie wyrzą­dził sztorm, ryce­rze zakonni zorien­to­wali się, że śle­dzi ich turecki kor­sarz Kur­to­glu, który na czele sil­nej eska­dry goto­wych do boju galer krąży po przy­brzeż­nych wodach. Pod osłoną ciem­no­ści ryce­rze po cichu wymknęli się z zatoki i korzy­sta­jąc z zachod­niego wia­tru, ucie­kli prze­śla­dow­com.

Kiedy L'Isle Adam prze­czy­tał list Sulej­mana, odpo­wie­dział nań lako­nicz­nie, nie siląc się na uprzej­mo­ści, na przy­kład nie wymie­nił żad­nego z wielu wspa­nia­łych tytu­łów suł­tana. Zaczy­nało się nastę­pu­jąco: "Brat Filip Vil­liers de L'Isle Adam, Wielki Mistrz Rodos, do suł­tana turec­kiego Sulej­mana. Dobrze poją­łem zna­cze­nie Twego listu, który odczy­tał mi Twój poseł"22. Dalej nastę­po­wał opis, jak to kor­sarz Kur­to­glu pró­bo­wał prze­chwy­cić jego okręt, po czym list rap­tow­nie koń­czył się krót­kim "Żegnam". Wielki mistrz wysłał rów­nież list do króla Fran­cji, stwier­dza­jąc: "Sire, to pierw­szy list, który suł­tan wysłał na Rodos, odkąd został okrzyk­nięty Wspa­nia­łym, i nie uzna­li­śmy go za znak przy­jaźni, ale za zawo­alo­waną groźbę"23.

L'Isle Adam dobrze wie­dział, na co się zanosi - ryce­rze mieli zna­ko­mity wywiad i od czter­dzie­stu lat przy­go­to­wy­wali się na atak Tur­ków. Przez kil­ka­na­ście lat dobi­jali się do papieża i na dwory Europy, pro­sząc o żoł­nie­rzy i pie­nią­dze. Po upadku Egiptu w 1517 roku zagro­że­nie ze strony Tur­ków wyda­wało się więk­sze niż kie­dy­kol­wiek. Chrze­ści­jań­skie Morze Śród­ziemne drżało ze stra­chu w ocze­ki­wa­niu na to, co miało nastą­pić. Papież Leon X wprost umie­rał z prze­ra­że­nia: "Teraz, gdy ten straszny Turek ma w swych rękach Egipt, Alek­san­drię i całe wschod­nie cesar­stwo rzym­skie, i zgro­ma­dził ogromną flotę w Dar­da­ne­lach, połknie nie tylko Sycy­lię i Ita­lię, lecz cały świat"24. Dla każ­dego było oczy­wi­ste, że Rodos znaj­dzie się na linii frontu w nad­cho­dzą­cej burzy. Wielki Mistrz pono­wił więc prośby o pomoc.

Świat chrze­ści­jań­ski nie był jed­nak zdolny do jed­no­myśl­nej reak­cji. W Ita­lii, o czym Sulej­man dobrze wie­dział, trwała walka o wpływy mię­dzy Habs­bur­gami z Hisz­pa­nii a fran­cu­skimi Wale­zju­szami. Wene­cja, która wykrwa­wiła się we wcze­śniej­szych bojach z Tur­kami, nale­gała na zawar­cie pokoju, refor­ma­cja zaś roz­po­częta przez Mar­cina Lutra podzie­liła chrze­ści­jan na wro­gie fak­cje. Kolejni papieże bez­u­stan­nie ape­lo­wali do sumień naj­waż­niej­szych świec­kich wład­ców Europy o pod­ję­cie dzia­ła­nia, ale bez skutku. Marzyły im się nowe kru­cjaty, ale była to czy­sta fan­ta­zja. W chwi­lach szcze­ro­ści ubo­le­wali nad opła­ka­nym sta­nem chrze­ści­jań­stwa. Jedy­nie ryce­rze zakonni ruszali na wezwa­nie ze swo­ich euro­pej­skich sie­dzib, lecz było ich roz­pacz­li­wie mało.

L'Isle Adam nie dał się jed­nak zastra­szyć i roz­po­czął przy­go­to­wa­nia do oblę­że­nia. Wysłał statki do Ita­lii, Gre­cji i na Kretę po ładu­nek zboża i wina. Doglą­dał czysz­cze­nia fos, naprawy bastio­nów i pro­duk­cji pro­chu oraz pod­jął dzia­ła­nia zapo­bie­ga­jące wycie­kowi infor­ma­cji przez wąskie cie­śniny do ludzi suł­tana. W kwiet­niu 1522 roku zebrano nie­doj­rzałe jesz­cze zboże i teren dookoła mia­sta wypa­lono do gołej ziemi, usu­wa­jąc wszystko, co mogłoby słu­żyć jako kry­jówka. W poprzek wej­ścia do zatoki roz­pięto dwa cięż­kie żela­zne łań­cu­chy.

Sie­dem­set kilo­me­trów dalej, w Stam­bule, Sulej­man gro­ma­dził ogromną armię i szy­ko­wał flotę. Moż­li­wość mobi­li­zo­wa­nia ludzi i środ­ków na skalę, która zabu­rzała osąd sytu­acji u prze­ciw­nika, stała się sym­bo­lem osmań­skich kam­pa­nii wojen­nych. Kro­ni­ka­rze czę­sto dwu- lub trzy­krot­nie zawy­żali realną siłę, jaką suł­tan mógł wysta­wić do walki, cza­sem w ogóle nie pró­bo­wali jej sza­co­wać. "Było ich tylu, ile gwiazd na nie­bie"25 - takim okre­śle­niem prze­ra­żeni obrońcy kulący się za blan­kami czę­sto oce­niali siłę wroga, widząc przed sobą morze ludzi, zwie­rząt i namio­tów. W tym samym duchu utrzy­mana była ocena eks­pe­dy­cji turec­kiej na Rodos, która poda­wała wyol­brzy­mioną liczbę 200 000 żoł­nie­rzy bio­rą­cych udział w wypra­wie oraz siłę potęż­nej armady "gale­asów, galer, pal­lan­da­ries (barek do trans­portu koni), fust i bry­gan­tyn w licz­bie 300 lub wię­cej"26. L'Isle Adam nie miał zamiaru liczyć swo­ich żoł­nie­rzy zbyt sta­ran­nie. Było ich tak mało, że bał się, iż poda­nie dokład­nej liczby mogłoby źle wpły­nąć na morale obroń­ców, "oba­wiał się też, że Wielki Turek mógłby się tego dowie­dzieć od osób przy­jeż­dża­ją­cych i wyjeż­dża­ją­cych z wyspy"27. Naj­praw­do­po­dob­niej mia­sta bro­niło 500 ryce­rzy, 1500 najem­ni­ków i Grecy miesz­ka­jący na wyspie. Wielki mistrz posta­no­wił urzą­dzić kilka pod­no­szą­cych bojo­wego ducha parad, pod­czas któ­rych różne kom­pa­nie masze­ro­wały "ze sztan­da­rami i bro­nią" i zwo­ły­wały się na prze­gląd, "gło­śno trą­biąc i waląc w bębny"28. Z ryce­rzami zakon­nymi w czer­wo­nych płasz­czach z bia­łymi krzy­żami sta­no­wiły barwną mozaikę.

Meh­med II nie brał oso­bi­ście udziału w oblę­że­niu Rodos w 1480 roku. Został w Stam­bule, a dowódz­two powie­rzył jed­nemu ze swo­ich wodzów. Sulej­man posta­no­wił oso­bi­ście rzu­cić wyzwa­nie "prze­klę­tym spraw­com nie­go­dzi­wo­ści"29. Udział suł­tana ogrom­nie zwięk­szał szansę na wygraną. Odwrót był nie do pomy­śle­nia. Porażka ozna­czała dla dowódcy armii dymi­sję... albo śmierć. Sulej­man przy­by­wał tylko po zwy­cię­stwo.

10 czerwca ryce­rze otrzy­mali kolejny list, tym razem pozba­wiony dyplo­ma­tycz­nych sub­tel­no­ści:

Suł­tan Sulej­man do Vil­liersa de L'Isle Adama, Wiel­kiego Mistrza Rodos, do jego ryce­rzy i ludu. Potworne krzywdy, jakie wyrzą­dzi­łeś moim pod­da­nym, wzbu­dziły mój żal i obu­rze­nie. Roz­ka­zuję Ci zatem, abyś natych­miast pod­dał wyspę i for­tecę Rodos, a dam Ci łaskawą zgodę na bez­pieczne opusz­cze­nie wyspy i zabra­nie z sobą naj­cen­niej­szego mie­nia. Gdy­byś jed­nak wyra­ził chęć zosta­nia moim pod­da­nym, zwol­nię Cię od pła­ce­nia try­butu, nie uczy­nię także niczego dla ogra­ni­cze­nia Two­jej wol­no­ści albo wiary. Jeśli oka­żesz się mądry, wybie­rzesz przy­jaźń i pokój zamiast okrut­nej wojny. Bo jeśli zosta­niesz poko­nany, spo­tkają Cię wszel­kie cier­pie­nia, jakie zadają zwy­cięzcy, od któ­rych nie obroni Cię ani Twoja armia, ani pomoc z zewnątrz, ani Twoje potężne twier­dze, które zbu­rzę do fun­da­men­tów. [...] Przy­się­gam to na Boga w nie­bio­sach, Stwórcę Ziemi, czte­rech Ewan­ge­li­stów, cztery tysiące Pro­ro­ków, któ­rzy zstą­pili z nieba, wśród któ­rych stoi Maho­met, naj­bar­dziej z nich godny modli­twy, oraz na cie­nie mego Dziada i Ojca, jak rów­nież na moją wła­sną bło­go­sła­wioną, wznio­słą głowę władcy30.

Wielki mistrz nie raczył odpo­wie­dzieć na takie dic­tum. Zamiast tego zdwoił wysiłki nad pro­duk­cją pro­chu.

16 czerwca Sulej­man prze­kro­czył z woj­skiem Bos­for i ruszył wzdłuż azja­tyc­kiego wybrzeża do miej­sca, skąd mieli się prze­pra­wić na Rodos. Dwa dni póź­niej jego flota wypły­nęła z Gal­li­poli, zabie­ra­jąc cięż­kie działa, zaopa­trze­nie i kolejne oddziały.

Pomimo dużej róż­nicy w liczeb­no­ści obu armii star­cie nie zapo­wia­dało się tak jed­no­znacz­nie prze­są­dzone, jak mogłoby się wyda­wać. W 1480 roku, kiedy Turcy roz­po­częli oblę­że­nie mia­sta Rodos, zoba­czyli typową śre­dnio­wieczną twier­dzę oto­czoną wyso­kim, cien­kim murem, trud­nym do sfor­so­wa­nia przy uży­ciu dra­bin i roz­bi­cia za pomocą machin oblęż­ni­czych, ale zupeł­nie nie­od­por­nym na dłu­go­trwały, ciężki ostrzał arty­le­ryj­ski. Do 1521 roku for­ty­fi­ka­cje zostały jed­nak grun­tow­nie prze­bu­do­wane. Bra­cia zakonni mogli hoł­do­wać prze­sta­rza­łemu eto­sowi rycer­skiemu i mieć spóź­nione poczu­cie misji, ale znali wszyst­kie nowinki tech­niczne. W ciągu czter­dzie­stu lat pokoju wydali sporo pie­nię­dzy na zatrud­nie­nie naj­lep­szych inży­nie­rów z Ita­lii do wzmoc­nie­nia swych redut.

Prze­bu­dowa for­ty­fi­ka­cji Rodos zbie­gła się w cza­sie z rewo­lu­cją, jaka się doko­nała w inży­nie­rii woj­sko­wej. Do rady­kal­nych zmian w pro­jek­to­wa­niu budowli obron­nych przy­czy­niło się upo­wszech­nie­nie uży­cia pro­chu i zastą­pie­nie wiel­kich armat mio­ta­ją­cych kamienne kule cel­niej­szymi dzia­łami odle­wa­nymi z brązu na żeliwne poci­ski zdolne prze­bi­jać grub­sze mury. Inży­nie­ro­wie woj­skowi zaczęli trak­to­wać swoją dys­cy­plinę jak naukę. Wyko­rzy­sta­nie kom­pa­sów do wyzna­cza­nia kąta ostrzału oraz zna­jo­mość bali­styki pozwa­lały im się­gać po śmiałe roz­wią­za­nia. W mie­ście Rodos zasto­so­wali pro­to­typy wielu nowi­nek tech­nicz­nych, które nie­dawno weszły do arse­nału inży­nie­rii woj­sko­wej: grube mury, narożne bastiony, z któ­rych można było pro­wa­dzić ostrzał pod bar­dzo sze­ro­kim kątem, uko­śne para­pety do odbi­ja­nia poci­sków, łoża do mon­to­wa­nia dale­ko­no­śnych dział, gli­fo­wane otwory strzel­ni­cze, wewnętrzne mury obronne z zama­sko­wa­nymi bate­riami, głę­bo­kie, wykute w skale podwójne fosy, prze­ciw­stoki, które wysta­wiały nacie­ra­jące oddziały na mor­der­czy ogień. Nowe podej­ście opie­rało się na zasa­dzie obrony w głąb i zasto­so­wa­niu ognia krzy­żo­wego. Pod­czas szturmu ata­ku­jący byli nara­żeni na ostrzał z wielu punk­tów i nie wie­dzieli, jakie cze­kają na nich pułapki. W 1521 roku Rodos był nie tylko naj­le­piej bro­nio­nym mia­stem na świe­cie, ale także labo­ra­to­rium doświad­czal­nym sztuki wojen­nej. Wśród robot­ni­ków wzno­szą­cych for­ty­fi­ka­cje prze­wa­żali schwy­tani w nie­wolę muzuł­ma­nie. Był wśród nich młody żeglarz nazwi­skiem Arudż, który ni­gdy nie zapo­mniał tej nie­wol­ni­czej pracy ani nie miał zamiaru wyba­czyć tym, któ­rzy go do niej zmu­sili.

Plan twier­dzy przy­po­mi­nał jabłko wygry­zione z tej strony, gdzie w ląd wrzy­nała się bro­niona zatoka. Ryce­rze wal­czyli w oddzia­łach jed­no­li­tych pod wzglę­dem języ­ko­wym, z któ­rych każdy bro­nił jed­nego z ośmiu odcin­ków, na jakie podzie­lono pier­ścień murów. Naj­trud­niej­szy do obrony bastion przy­padł Ower­nia­kom, pozo­stałe zaś ryce­rzom z Ita­lii, Nie­miec, Anglii, Kasty­lii, Fran­cji, Pro­wan­sji i Ara­go­nii.

Choć nie zdo­łał uzy­skać znacz­niej­szej pomocy od państw zachod­nich, L'Isle Adam miał tro­chę szczę­ścia. Udało mu się spro­wa­dzić z Krety Gabrie­lego Tadi­niego, "naj­zna­ko­mit­szego inży­niera do spraw woj­sko­wych i nad­zwy­czaj­nego eks­perta w dzie­dzi­nie nauk mate­ma­tycz­nych"31. Ofi­cjal­nie pen­sję Tadi­niemu pła­cili Wene­cja­nie, któ­rzy gorąco sprze­ci­wiali się jego udzia­łowi w obro­nie Rodos, gdyż bali się, iż zostaną oskar­żeni o zaan­ga­żo­wa­nie się po jed­nej ze stron. Dla­tego ryce­rze zakonni wywieźli go z Krety pod osłoną nocy, zabie­ra­jąc na łódź w jed­nej z opu­sto­sza­łych zato­czek. Było to zna­ko­mite posu­nię­cie. Ener­giczny, przed­się­bior­czy i odważny inży­nier pocho­dzący z Ita­lii był wart tysiąca ludzi. Tadini wziął się ostro do pracy i dopro­wa­dził do prze­bu­dowy for­ty­fi­ka­cji, wymie­rza­jąc pole ostrzału i pre­cy­zyj­nie wyzna­cza­jąc strefy śmierci.

24 czerwca, w dniu Świę­tego Jana - naj­waż­niej­sze święto w roku dla ryce­rzy zakon­nych - na wyspie wylą­do­wały pierw­sze zwia­dow­cze oddziały turec­kie. Dwa dni póź­niej flota osmań­ska zako­twi­czyła sześć mil na połu­dnie od mia­sta i roz­po­częła żmudny pro­ces prze­wo­że­nia żoł­nie­rzy i sprzętu z kon­ty­nentu na wyspę. Pod­czas uro­czy­stej cere­mo­nii wielki mistrz zło­żył na ołta­rzu w Kościele Świę­tego Jana klu­cze do mia­sta, "bła­ga­jąc świę­tego o wzię­cie tegoż w opiekę, jak i całej wiary [...] i z łaski Bożej o obronę ich przed wielką nie­przy­ja­ciel­ską potęgą, która oto­czyła mia­sto"32.

Trans­port żoł­nie­rzy i ładun­ków na wyspę zajął Tur­kom dwa tygo­dnie. Na brzeg wyła­do­wali całą ency­klo­pe­dię ówcze­snej arty­le­rii: bom­bardy i bazy­liszki, ser­pen­tyny, działa ogni­ste i moź­dzie­rze. Mio­tały one naj­róż­niej­sze poci­ski słu­żące osią­gnię­ciu okre­ślo­nych celów pod­czas ataku: ogromne kamie­nie o śred­nicy bli­sko trzech metrów, wyrzu­cane z ogromną pręd­ko­ścią kule żeliwne słu­żące do burze­nia i prze­bi­ja­nia murów, mosiężne poci­ski zapa­la­jące, które roz­pry­sku­jąc się, wyrzu­cały pło­nącą naftę, "by uśmier­cić jak naj­wię­cej ludzi"33, poci­ski moź­dzie­rzowe o stro­mej tra­jek­to­rii lotu, a nawet ładunki bio­lo­giczne - część dział celowo zapro­jek­to­wano do mio­ta­nia gni­ją­cych zwłok ponad murami.

Żadna armia na świe­cie nie mogła dorów­nać Tur­kom w sztuce oblęż­ni­czej. Dzięki szpie­gom najeźdźcy dobrze znali moż­li­wo­ści obronne Rodos i reali­stycz­nie pode­szli do zada­nia. Mieli wię­cej zaufa­nia do min deto­no­wa­nych w pod­ko­pach niż do dział oblęż­ni­czych, dla­tego duża część żoł­nie­rzy lądu­ją­cych na bia­łych pla­żach zamiast broni miała kilofy i szpa­dle. Sulej­man prze­trzą­snął całe Bał­kany w poszu­ki­wa­niu wykwa­li­fi­ko­wa­nych mine­rów, głów­nie chrze­ści­jan, któ­rzy mieli drą­żyć tunele pod murami. Według zawy­żo­nych danych było ich około 60 000, czyli pra­wie jedna trze­cia armii. Ich zada­nie pole­gało na pra­co­wi­tym, metr po metrze, budo­wa­niu pod­ko­pów pod zmyśl­nie zapro­jek­to­wane ital­skie bastiony.

28 lipca obrońcy zoba­czyli, że turec­kie statki wcią­gają na maszty flagi - znak, że Sulej­man prze­pły­nął cie­śninę na swo­jej gale­rze. Po roz­bi­ciu obozu i wspa­nia­łego suł­tań­skiego namiotu oraz skon­tro­lo­wa­niu przy­go­to­wań można było ofi­cjal­nie roz­po­cząć oblę­że­nie.

Naj­pierw była walka o przed­mu­rze, a potem o same mury. Do pracy ruszyli sape­rzy, budu­jąc rów­no­le­głe do for­ty­fi­ka­cji tran­szeje i wzno­sząc przed nimi drew­niane pali­sady. Na dru­gim eta­pie budo­wano okopy - głę­bo­kie wąskie rowy - skrę­ca­jące ku murom. Od początku była to mor­der­cza praca. Punk­towy ostrzał ze sta­no­wisk arty­le­ryj­skich zapro­jek­to­wa­nych przez Tadi­niego masa­kro­wał nie­szczę­snych mine­rów kopią­cych w otwar­tym polu. Jesz­cze wię­cej ginęło ich pod­czas nie­spo­dzie­wa­nych wypa­dów, jakich doko­ny­wali obrońcy. Dowódcy tureccy nie przej­mo­wali się tymi stra­tami - ludzi mieli pod dostat­kiem. W końcu tran­szeje wyko­pano, działa usta­wiono na sta­no­wiskach za ochron­nymi wałami ziem­nymi i roz­po­czął się ostrzał twier­dzy. Dzień i noc przez mie­siąc cięż­kie działa bom­bar­do­wały mury. Moź­dzie­rze zasy­py­wały mia­sto zapa­la­ją­cymi gra­na­tami, które "pada­jąc na zie­mię, pękały, sta­wały w ogniu i czy­niły nieco szkody"34. Strzelcy wybo­rowi uzbro­jeni w arke­buzy - musz­kiety zaopa­trzone w zamki lon­towe - sta­rali się oczy­ścić mury z kry­ją­cych się za blan­kami obroń­ców. Świa­dek naoczny zano­to­wał, że "padało nie­wia­ry­god­nie dużo strza­łów z broni ręcz­nej"35. Ogromna rze­sza robot­ni­ków wyko­nała zdu­mie­wa­jące roboty ziemne. Sape­rzy prze­su­nęli o bli­sko kilo­metr bli­żej twier­dzy "górę ziemi"36, na któ­rej wznie­śli dwie wiel­kie rampy się­ga­jące wyso­ko­ścią muru. Po usta­wie­niu na nich pię­ciu dział Turcy roz­po­częli bez­po­średni ostrzał mia­sta.

Armia turecka była tak ogromna, że osmań­scy żoł­nie­rze oto­czyli mia­sto od strony lądu dłu­gim na ponad dwa kilo­me­try pół­księ­ży­cem roz­cią­ga­ją­cym się od jed­nego brzegu do dru­giego. Ogromna sieć tran­szei dzień pod dniu, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, przy­su­wała się coraz bli­żej mia­sta. Z góry przy­kry­wały je drew­niane zasłony, pod któ­rymi pra­co­wali sape­rzy.

Tadini nie przy­glą­dał się temu bez­czyn­nie. Do wykry­wa­nia drą­żo­nych tuneli zasto­so­wał pomy­słowe urzą­dze­nie nasłu­chowe: skórę mocno napiętą na ramach, do któ­rej przy­mo­co­wał dzwo­neczki. Urzą­dze­nie było tak czułe, że nawet naj­mniej­sze pod­ziemne drga­nia wywo­ły­wały ostrze­gaw­cze dźwię­cze­nie. Kopał wła­sne kontr­tu­nele, aby wedrzeć się do nie­przy­ja­ciel­skich sztolni i w ciem­no­ści poza­bi­jać wro­gów, wysa­dzał w powie­trze sape­rów kry­ją­cych się w zamknię­tych oko­pach i zasta­wiał wymyślne pułapki, aby nacie­ra­jący żoł­nie­rze dosta­wali się w mor­der­czy ogień krzy­żowy. Na wypa­dek, gdyby prze­oczono któ­ryś z tuneli, drą­żył w fun­da­men­tach spi­ralne kanały roz­pra­sza­jące siłę wybu­chu pod­ło­żo­nych min.

Prze­bu­do­wane umoc­nie­nia wytrzy­my­wały ostrzał arty­le­ryj­ski, ale star­sze odcinki muru, zwłasz­cza strefa angiel­ska, były dużo słab­sze. Sape­rzy zaś nie­stru­dze­nie drą­żyli kolejne tunele. Tadini znisz­czył około pięć­dzie­się­ciu sztolni, jed­nakże 4 wrze­śnia mia­sto zatrzę­sło się od wybu­chu ładunku pod­ło­żo­nego pod angiel­skim bastio­nem. Nie­wy­kryty tunel pozwo­lił Tur­kom zde­to­no­wać miny i zro­bić w murze dzie­wię­cio­me­trową wyrwę. W powstały otwór natych­miast wlała się turecka pie­chota i na chwilę żoł­nie­rze Sulej­mana zdo­byli przy­czó­łek w mie­ście, zaty­ka­jąc na murach wła­sne cho­rą­gwie, zanim zostali wyparci przez ryce­rzy zakon­nych, któ­rzy jed­nak oku­pili kontr­atak znacz­nymi stra­tami. Z dnia na dzień walki sta­wały się coraz krwaw­sze. Wybu­chały kolejne miny, które nie czy­niły jed­nak więk­szych szkód dzięki kana­łom wydrą­żo­nym przez Tadi­niego. Obrońcy odpie­rali kolejne fron­talne ataki. Zgi­nęło tysiące żoł­nie­rzy turec­kich. Głów­nemu zbroj­mi­strzowi Sulej­mana pocisk urwał obie nogi. Podobno dla suł­tana była to dotkliw­sza strata niż śmierć innych dowód­ców.

Turcy coraz nie­chęt­niej ruszali do ata­ków. 9 wrze­śnia zostali odparci spod murów po "wspa­nia­łej walce na mie­cze"37. Straty po stro­nie obroń­ców były dużo mniej­sze, ale o wiele poważ­niej­sze - każdy zabity był nie do zastą­pie­nia. Tylko 4 wrze­śnia ryce­rze zakonni stra­cili trzech waż­nych dowód­ców: admi­rała floty, cho­rą­żego Henry'ego Man­sella i mar­szałka zakon­nego Gabriela de Pom­me­rolsa, który "spadł z muru, kiedy poszedł obej­rzeć tran­szeje [...] i zra­nił się w pierś"38.

Sulej­man znaj­do­wał się poza zasię­giem dział i obser­wo­wał walkę z bez­piecz­nej odle­gło­ści, doko­nu­jąc lako­nicz­nych wpi­sów w swoim dzien­niku wojen­nym na temat prze­biegu bitwy. Pod koniec sierp­nia zano­to­wał: "26 i 27 - bitwa, 28 - roz­kaz zasy­pa­nia fosy gałę­ziami i kamie­niami, 29 - bate­rie Piri Meh­meda Paszy, które zagwoź­dzili nie­wierni, znowu pod­jęły ostrzał, 30 - fosa zasy­pana, 31 - krwawa bitwa"39. Z nota­tek tych bije olim­pij­ski spo­kój. Suł­tan mówi o sobie wyłącz­nie w trze­ciej oso­bie, jak gdyby czło­wiek, który był Cie­niem Boga na Ziemi, stał zbyt wysoko, żeby odczu­wać ludz­kie emo­cje. Mimo ich lako­nicz­no­ści z nota­tek tych daje się odczy­tać nastrój wycze­ki­wa­nia. Wódz Mustafa Pasza oświad­czył suł­ta­nowi, że oblę­że­nie potrwa mie­siąc. Gdy we wrze­śniu mia­stem wstrzą­sały kolejne wybu­chy, a wyłomy w murach stale się powięk­szały, można było mieć nadzieję, że nie­ba­wem nastąpi osta­teczny szturm. 19 wrze­śnia Sulej­man zano­to­wał, że czę­ści oddzia­łów udało się wedrzeć za mury. "Przy tej oka­zji nabrano pew­no­ści, że w środku nie ma ani dru­giej fosy, ani dru­giego muru"40. 23 wrze­śnia wysłano herol­dów do wszyst­kich oddzia­łów z roz­ka­zami prze­pro­wa­dze­nia zma­so­wa­nego ataku. Sulej­man prze­mó­wił do żoł­nie­rzy, zachę­ca­jąc ich do wyka­za­nia się męstwem. Zbu­do­wano dla niego plat­formę, z któ­rej mógł obser­wo­wać osta­teczne natar­cie.

24 wrze­śnia przed świ­tem, "jesz­cze przed godziną poran­nych modłów"41 roz­po­czął się hura­ga­nowy ostrzał arty­le­rii. W masku­ją­cym dymie jan­cza­rzy, oddziały sztur­mowe Sulej­mana, roz­po­częli atak. Obrońcy zostali zasko­czeni. Jan­cza­rzy wdarli się na mury i zatknęli na nich swoje sztan­dary. Roz­go­rzała zacie­kła walka. Zma­ga­nia trwały ponad sześć godzin. Wiel­kiemu mistrzowi udało się skrzyk­nąć obroń­ców i napast­nicy zostali zasy­pani gra­dem poci­sków z bastio­nów i ukry­tych sta­no­wisk strzel­ni­czych w zewnętrz­nym murze. Osta­tecz­nie Turcy zawa­hali się i prze­rwali natar­cie. Żadna siła nie mogła ich zmu­sić do powrotu w wyłom. Ucie­kli z pola walki, zosta­wia­jąc dymiące i okrwa­wione zglisz­cza. Sulej­man zano­to­wał w dzien­niku tylko jedno zda­nie: "Atak został odparty"42. Naza­jutrz oświad­czył, że życzy sobie, by ciało Mustafy Paszy naszpi­ko­wane strza­łami obno­szono przed całą armią. Następ­nego dnia zła­god­niał.

Echa oblę­że­nia dotarły do naj­dal­szych zakąt­ków Morza Śród­ziem­nego. Choć euro­pej­scy władcy nie kiw­nęli pal­cem, dobrze zda­wali sobie sprawę ze zna­cze­nia Rodos. Wyspa była tamą powstrzy­mu­jącą mor­skie zapędy Tur­ków. Władca Świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego, Karol V, prze­wi­dy­wał, że utrata Rodos otwo­rzy Tur­kom dostęp do środ­ko­wej czę­ści morza, skąd będą mogli prze­pro­wa­dzać ataki mor­skie na Ita­lię, "a w końcu znisz­czyć cały świat chrze­ści­jań­ski"43. Dla obroń­ców Rodos owa bły­sko­tliwa intu­icja stra­te­giczna nie miała nie­stety żad­nych mate­rial­nych kon­se­kwen­cji. W paź­dzier­niku jedy­nie dwóm sta­tecz­kom udało się prze­drzeć przez blo­kadę i przy­wieźć na wyspę kilku ryce­rzy. W Ita­lii zakon zebrał pie­nią­dze na opła­ce­nie 2000 najem­ni­ków. Udało im się dostać do Mesyny na Sycy­lii, ale bali się stam­tąd ruszyć dalej bez eskorty okrę­tów wojen­nych. W dale­kiej Anglii do udziału w obro­nie Rodos szy­ko­wał się oddział ryce­rzy, ale wypły­nęli o zbyt póź­nej porze roku i ich statki zato­nęły w Zatoce Biskaj­skiej.

Tym­cza­sem Turcy prze­pro­wa­dzali szturm za sztur­mem. Angiel­ski odci­nek odparł pięć ata­ków w ciągu dzie­się­ciu dni, w wyniku któ­rych więk­szość angiel­skich ryce­rzy zgi­nęła bądź odnio­sła rany. 10 paź­dzier­nika nastą­pił nagły zwrot sytu­acji. Turcy zro­bili wyłom w hisz­pań­skim odcinku muru i nie dali się stam­tąd wyku­rzyć. Obrońcy odgro­dzili się od nich naprędce zbu­do­wa­nym wewnętrz­nym murem, ale Turcy już tam zostali. "Ten dzień zaczął się dla nas pod złą gwiazdą", napi­sał jeden z ryce­rzy, "stał się dla nas począt­kiem zagłady"44. Następ­nego dnia obroń­ców spo­tkał kolejny cios. Strze­lec wybo­rowy dostrzegł Tadi­niego oglą­da­ją­cego mury przez otwór strzel­ni­czy i postrze­lił go w twarz. Kula tra­fiła wło­skiego inży­niera w oko i wyszła przez poty­licę. Dzielny uczony, choć ciężko ranny, był zbyt twardy, by umie­rać, rana wyłą­czyła go jed­nak z dzia­ła­nia na sześć tygo­dni. W tym cza­sie liczba spraw­nych dział malała z dnia na dzień, a zapasy pro­chu tak się skur­czyły, że wielki mistrz zabro­nił strze­la­nia bez jego zgody.

Mia­sto opa­no­wała szpie­go­ma­nia. Do zamiesz­ku­ją­cych je łacin­ni­ków, Gre­ków i Żydów, któ­rym usłu­gi­wała zgraja ponu­rych muzuł­mań­skich nie­wol­ni­ków, łatwo tra­fiały hasła o pią­tej kolum­nie nie­przy­ja­ciela. Już na samym początku oblę­że­nia wykryto spi­sek turec­kich nie­wol­nic pod­kła­da­ją­cych ogień pod ważne budynki i jego przy­wód­czy­nie ska­zano na śmierć. Pomimo nie­ustan­nego pil­no­wa­nia tureccy nie­wol­nicy wciąż pró­bo­wali ucieczki. Ska­kali nocami z murów lub rzu­cali się do morza i wpław ucie­kali z zatoki. Od jed­nego z dezer­te­rów Sulej­man dowie­dział się, że pod­czas szturmu z 24 wrze­śnia obrońcy stra­cili 300 ludzi i znaczną liczbę wyso­kich dowód­ców. W tym samym mie­siącu żydow­ski lekarz, głę­boko zakon­spi­ro­wany agent Sulej­mana, pozy­skany do współ­pracy jesz­cze w cza­sach jego ojca, został przy­ła­pany na wystrze­li­wa­niu z łuku strzały z przy­mo­co­waną do niej wia­do­mo­ścią. Po tych wyda­rze­niach lud­ność zaczęła w każ­dym widzieć szpiega. Pogło­ski o zdra­dzie i pro­roc­twa o cze­ka­ją­cej wszyst­kich zgu­bie sze­rzyły się jak pożar. Pod koniec paź­dzier­nika na wystrze­li­wa­niu strzały z wia­do­mo­ścią przy­ła­pano kolej­nego Żyda. Był to sługa powszech­nie nie­lu­bia­nego kanc­le­rza zakon­nego Andrei d'Ama­rala, który prze­grał walkę o urząd wiel­kiego mistrza. Zde­ner­wo­wani ryce­rze byli gotowi uwie­rzyć we wszystko. D'Ama­rala aresz­to­wano i pod­dano tor­tu­rom. Choć nie przy­znał się do pomocy Tur­kom, bra­cia uznali go za win­nego i ska­zali na powie­sze­nie, włó­cze­nie końmi i poćwiar­to­wa­nie. Głowę i szczątki ciała nadziano na piki i zatknięto na murach. Strach ogar­nął mia­sto.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Brum­mett, s. 89 [wróć]

Crow­ley, s. 233 [wróć]

Ibid., s. 232 [wróć]

Ibid., s. 240 [wróć]

Ibid., s. 240 [wróć]

Grove, s. 9 [wróć]

Set­ton, t. 2, s. 292 [wróć]

Set­ton, t. 3, s. 175 [wróć]

Ibid., s. 174 [wróć]

Brock­man, s. 114 [wróć]

Fin­kel, s. 115 [wróć]

Crow­ley, s. 51 [wróć]

Alan Fisher, s. 2 [wróć]

Set­ton, t. 2, s. 372 [wróć]

Rossi, s. 26 [wróć]

Ibid., s. 26 [wróć]

Ibid., s. 27 [wróć]

Set­ton, t. 3, s. 122 [wróć]

Rossi, s. 27 [wróć]

Alan Fisher, s. 5 [wróć]

Rossi, s. 26 [wróć]

Brock­man, ss. 114-115 [wróć]

Ibid., s. 115 [wróć]

Set­ton, t. 3, s. 172 [wróć]

Crow­ley, s. 102 [wróć]

Bour­bon, s. 5 [wróć]

Ibid., s. 11 [wróć]

Ibid., s. 12 [wróć]

Rossi, s. 26 [wróć]

Brock­man, ss. 115-116 [wróć]

Bosio, t. 2, s. 545 [wróć]

Bour­bon, s. 17 [wróć]

Ibid., s. 19 [wróć]

Ibid., s. 20 [wróć]

Ibid., s. 19 [wróć]

Por­ter, t. 1, s. 516 [wróć]

Bour­bon, s. 28 [wróć]

Ibid., s. 28 [wróć]

Ham­mer-Purg­stall, t. 5, s. 420 [wróć]

Ibid., s. 421 [wróć]

Brock­man, s. 134 [wróć]

Ham­mer-Purg­stall, t. 5, s. 421 [wróć]

Set­ton, t. 3, s. 209 [wróć]

Ibid., s. 209 [wróć]