UPADEK
Klęska. - Król Fynn smętnie patrzył w puchar.
Skara ogarnęła wzrokiem pustą salę. Trudno było zaprzeczyć. Poprzedniego
lata żądni krwi wojownicy niemal poderwali dach przechwałkami, pieśniami
o chwale i obietnicami, że zwyciężą hałastrę Najwyższego Króla.
Tyle że, jak to często bywa, okazali się mocni w gębie, ale nie na polu
walki. Po kilku niechlubnych i bezczynnych miesiącach zaczęli chyłkiem
umykać, aż w końcu została zaledwie garstka nieszczęśników, którzy
zebrali się teraz wokół wielkiego paleniska. Ogień syczał i przygasał,
podobnie jak fortuna Throvenlandu. Dawniej kolumnową salę zwaną Lasem
wypełniał tłum wojów, teraz roiły się tu jedynie cienie. I rozczarowania.
Klęska. Przegrali, choć nie doszło do ani jednej bitwy.
Matka Kyre jak zwykle patrzyła na to inaczej.
- Zawarliśmy porozumienie, najjaśniejszy panie - sprostowała, bez
przekonania skubiąc mięso, jak stara klacz belę siana.
- Porozumienie? - Skara z furią dźgnęła nietknięte jedzenie. - Mój
ojciec zginął, broniąc twierdzy Baila, a teraz ty bez walki oddałaś
klucz do niej Babce Wexen. Pozwoliłaś armii Najwyższego Króla przeprawić
się przez nasze ziemie. Według ciebie to nie klęska?
Matka Kyre spojrzała na Skarę ze spokojem, który zawsze irytował
dziewczynę.
- Twój martwy dziad pod świeżo usypanym kurhanem, kobiety z Yaletoftu
opłakujące śmierć synów, ta sala zamieniona w popiół, a ty, księżniczko,
w niewolniczej obręczy przykuta do tronu Najwyższego Króla. Tak według
mnie wyglądałaby klęska. Dlatego mówię o porozumieniu.
Odarty z dumy król Fynn wyglądał jak pozbawiony masztu żagiel. Skara
dotąd uważała, że dziad jest niepokonany jak sam Ojciec Ziemi. Nie mogła
znieść jego widoku w takim stanie. A może nie mogła się pogodzić z tym,
jak dziecinna była jej wiara w niego.
Fynn wychylił trunek do dna, beknął i cisnął pozłacany puchar sługom,
aby ponownie go napełnili.
- A ty co powiesz, Siny Jennerze?
- W towarzystwie królów staram się mówić jak najmniej.
Siny Jenner był przewrotnym starym wygą, bardziej korsarzem niż kupcem.
Ogorzała twarz o grubo ciosanych rysach przypominała ciemne i popękane
oblicze wiekowej figury dziobowej. Gdyby decyzja należała do Skary,
nigdy nie przyjęłaby kogoś takiego w swoim porcie, a co dopiero przy
stole.
Matka Kyre jak zwykle patrzyła na sprawy inaczej.
- Kapitan jest jak król, tyle że włada okrętem, a nie królestwem. Twoje
doświadczenie może się przydać księżniczce Skarze.
Co za zniewaga.
- Miałabym brać lekcje polityki od pirata - burknęła dziewczyna pod
nosem. - I to od takiego, który nie może się pochwalić sukcesami.
- Nie mamrocz, proszę. Ile godzin poświęciłam na uczenie cię, jak
powinna przemawiać księżniczka? Przyszła królowa. - Matka Kyre wysunęła
podbródek. Echo jej głosu odbiło się od stropu, choć mówiła bez wysiłku.
- Jeśli uważasz, że twoje opinie warte są wysłuchania, wygłaszaj je z dumą, aby dotarły w każdy zakamarek komnaty. Wypełnij salę swoimi
nadziejami i pragnieniami. Natchnij nimi obecnych! Jeżeli natomiast
wstydzisz się swoich myśli, lepiej zachowaj milczenie. Uśmiech nic nie
kosztuje. Mów dalej, Jennerze.
- Hm... - Siny Jenner przesunął palcami po nielicznych siwych kosmykach,
które jeszcze trzymały się opalonej skóry na jego głowie. Najwyraźniej
nie wiedziały, czym jest grzebień. - Babka Wexen zdołała stłumić bunt na
Nizinach.
- Zapewne zrobił to za nią ten pies, Yilling, który nie czci żadnego
boga prócz Śmierci. - Dziad Skary złapał za puchar, zanim niewolnik
skończył go napełniać, i trunek rozlał się po stole. - Podobno wzdłuż
całej drogi do Skeken rozstawił szubienice z wisielcami.
- Najwyższy Król patrzy teraz na północ - powiedział Siny Jenner. - Chce
zmusić Uthila i Grom-gil-Gorma do posłuchu, a Throvenland...
- Jest po drodze - dokończyła Matka Kyre. - Nie garb się, Skaro,
księżniczce nie wypada.
Skara gniewnie zmarszczyła brwi, ale ramiona podsunęła nieco w górę
oparcia krzesła, aby jej postawa bardziej przypominała sztywną,
napinającą kark i potwornie nienaturalną pozycję, jaką aprobowała
minister. "Siedź tak, jakbyś miała przystawiony nóż do gardła",
powtarzała często Matka Kyre. "Rola księżniczki nie polega na szukaniu
wygód".
- Jestem człowiekiem, który przywykł do wolności, i nie pałam miłością
do Babki Wexen, jej Jednobóstwa, podatków ani zasad. - Siny Jenner
żałośnie potarł krzywą szczękę. - Lecz gdy Matka Wód smaga morze
sztormem, kapitan robi to, co musi, aby ocalić jak najwięcej. Wolność
nie ma żadnej wartości dla trupa. A duma jest warta niewiele nawet dla
żywego.
- Mądre słowa. - Matka Kyre pogroziła Skarze palcem. - Pokonani mogą
następnego dnia odnieść zwycięstwo. Martwi nie zwyciężą już nigdy.
- Czasem trudno odróżnić mądrość od tchórzostwa - burknęła Skara.
Minister zacisnęła zęby.
- Przysięgam, że uczyłam cię lepszych manier. Nie godzi się obrażać
gości. O szlachetności człowieka nie świadczy szacunek, jaki okazują mu
wysoko urodzeni, lecz poważanie, jakim darzy on osoby niższego stanu.
Słowa są jak oręż. Trzeba się nimi posługiwać z należytą ostrożnością.
Jenner machnięciem ręki dał do zrozumienia, że nie czuje się urażony.
- Księżniczka Skara ma rację. Znałem wielu odważniejszych ode mnie. -
Uśmiechnął się ze smutkiem, odsłaniając rząd krzywych zębów z licznymi
lukami. - I widziałem, jak jeden po drugim trafiają do piachu.
- Odwaga i długie życie rzadko idą w parze - oznajmił król, ponownie
opróżniając puchar.
- Podobnie jak królowie i piwo - wtrąciła Skara.
- Tylko ono mi zostało, wnuczko. Moi wojownicy zrejterowali. Sojusznicy
mnie opuścili. Przy pięknej pogodzie złożyli przysięgi, które rosły
mocne w blasku Matki Słońca, lecz gdy zebrały się chmury, szybko
zwiędły.
Nikt nie robił z tego tajemnicy. Każdego dnia Skara niecierpliwie
wyglądała okrętów Żelaznego Króla Uthila, władcy Gettlandu, i wojowników, których miał tu przywieść słynny Grom-gil-Gorm, władca
Vansterlandu. Na drzewach liście wystrzeliły z pąków, potem długo
rzucały na ziemię plamiaste cienie, aż w końcu zbrązowiały i opadły.
Nikt się nie zjawił.
- Lojalność jest cechą powszechną u psów, lecz rzadką u ludzi -
zauważyła Matka Kyre. - Plan, który opiera się na lojalności, jest
gorszy niż żaden.
- Co więc nam zostaje? - spytała Skara. - Plan, który opiera się na
tchórzostwie?
Jakże staro wyglądał jej dziad, kiedy spojrzał na nią zmętniałym
wzrokiem i poczuła od niego zapach piwa. Stary i zmęczony.
- Nigdy nie brakowało ci odwagi, Skaro. Masz jej więcej ode mnie. Nikt
nie wątpi, że w twoich żyłach płynie krew Baila.
- W twoich także, królu! Nieraz powtarzałeś, że wojnę jedynie w połowie
można zwyciężyć orężem. Druga połowa rozgrywa się tu. - Skara
przycisnęła palec do skroni tak mocno, że poczuła ból.
- Zawsze byłaś zmyślna, Skaro. Zmyślniejsza niż ja. Bogów mam za
świadków, że potrafisz namówić ptaki, aby sfrunęły z nieba, kiedy ci na
tym zależy. Rozegraj więc tę połowę wojny. Daj dowód niezwykłej
przebiegłości. Powiedz, jak przepędzić armię Najwyższego Króla i ocalić
nasze ziemie i lud przed mieczem Yillinga. Jak uniknąć hańby, jaką jest
zgoda na warunki Babki Wexen?
Skara spojrzała pod nogi na pokrytą słomą podłogę. Jej twarz płonęła.
- Chciałabym, ale nie potrafię. - Miała dopiero siedemnaście zim i nawet
krew Baila nie mogła jej pomóc. Do głowy nie przychodziły jej żadne
bohaterskie rozwiązania. - Tak mi przykro, dziadku.
- Mnie również, moje dziecko. - Król Fynn ponownie opadł na oparcie i kazał dolać sobie piwa. - Mnie również.
- Skaro.
Czyjś głos wyrwał ją z niespokojnych snów prosto w ciemność. W nikłym
blasku migoczącej świecy twarz Matki Kyre wyglądała jak oblicze ducha.
- Skaro, wstawaj.
Zaspana, niezdarnie zsunęła z siebie przykrycie ze skór. Z zewnątrz
dobiegały dziwne odgłosy. Krzyki i śmiechy.
Przetarła oczy.
- Co się dzieje?
- Musisz iść z Sinym Jennerem.
Dopiero teraz dostrzegła kupca, którego sylwetka majaczyła w drzwiach
jej sypialni. Czarna postać, sterczące kosmyki włosów i wzrok wlepiony w podłogę.
- Jak to?
Matka Kyre pociągnęła ją za rękę.
- Musicie natychmiast stąd iść.
Skara zawsze się buntowała. Teraz też zamierzała się sprzeciwić, ale
zobaczyła minę minister i bez słowa wypełniła polecenie. Nigdy wcześniej
nie widziała, aby Matka Kyre się bała.
Hałasy dobiegające z zewnątrz już nie przypominały śmiechu. Bardziej
płacz. Groźne krzyki.
- Co się dzieje? - zdołała wychrypieć.
- Popełniłam straszny błąd. - Matka Kyre strzeliła wzrokiem w stronę
drzwi, a potem znowu spojrzała na podopieczną. - Zaufałam Babce Wexen. -
Zdjęła złotą bransoletę z ramienia Skary. Tę samą, którą Bail Budowniczy
wkładał, gdy ruszał do boju. W blasku płomienia świecy rubin zalśnił
czarno niczym świeżo przelana krew. - To dla ciebie. - Wyciągnęła
klejnot do Sinego Jennera. - Jeśli przysięgniesz, że Skara bezpieczna
dotrze do Thorlby.
Na twarzy korsarza malowało się skrępowanie, gdy brał bransoletę.
- Przysięgam. Na słońce i księżyc.
Matka Kyre boleśnie ścisnęła dłonie Skary.
- Cokolwiek się stanie, musisz przeżyć. To teraz twój obowiązek. Musisz
przeżyć i odzyskać tron. Walczyć w obronie Throvenlandu. Bronić swojego
ludu... gdy zabraknie innych.
Strach tak mocno ścisnął gardło Skary, że głos ledwie się przez nie
przeciskał.
- Walczyć? Ale...
- Uczyłam cię jak. Próbowałam. Twoim orężem są słowa. - Minister otarła
łzy z twarzy podopiecznej. Skara dopiero teraz poczuła, że płacze. -
Twój dziad się nie mylił. Jesteś odważna i mądra. A teraz musisz być
także silna. Twoje dzieciństwo się skończyło. Zawsze pamiętaj, że w twoich żyłach płynie krew Baila. Idźcie już.
Skara boso ruszyła przez ciemność w ślad za Sinym Jennerem, dygocząc w nocnej koszuli. Nauki Matki Kyre tak głęboko zapadły jej w pamięć, że
choć bała się o swoje życie, nie mogła przestać myśleć, że jest
nieodpowiednio ubrana. Blask płomieni wpadał do środka przez wąskie okna
i rzucał ostre cienie na zasłaną słomą podłogę. Usłyszała krzyki
przerażenia. Szczekanie psa gwałtownie umilkło. Rozległ się łomot, jak
gdyby gdzieś niedaleko ścinano drzewo.
Jak gdyby topory rąbały bramę.
Zakradli się do gościnnej komnaty. Przed kilkoma miesiącami wojownicy
spali w niej jeden przy drugim. Teraz leżał tu jedynie wytarty koc
Sinego Jennera.
- Co się dzieje? - wyszeptała Skara. Jej głos zabrzmiał tak piskliwie,
że z trudem go rozpoznała.
- Yilling i jego kompani przybyli wyrównać rachunki w imieniu Babki
Wexen. Yaletoft stoi w ogniu. Przykro mi, księżniczko.
Skara drgnęła, gdy założył jej coś na szyję. Obrożę ze skręconego
srebrnego drutu. Taką samą, jaką nosiła dziewczyna z plemienia
Inglingów, która co rano upinała jej włosy. Cienki łańcuch szczęknął
cicho.
- Jestem niewolnicą? - spytała szeptem, gdy Jenner oplótł drugi koniec
łańcucha wokół swojego przegubu.
- Musi tak wyglądać.
Skara drgnęła, gdy z zewnątrz dobiegł potworny huk i szczęk metalu.
Jenner przycisnął ją do ściany i zdmuchnął świecę. Wtopili się w ciemność. Zobaczyła, że dobył nóż. Ojciec Księżyc odbił się w ostrzu.
Wycie rozległo się tuż za drzwiami, przeciągłe i potworne. Bardziej
przypominało ryk zwierząt niż ludzki głos. Skara zacisnęła powieki,
poczuła pod nimi piekące łzy i zaczęła się modlić. Jąkając się,
mamrotała bezsensowne prośby. Do wszystkich bogów i do żadnego.
Nietrudno o odwagę, gdy Ostatnie Wrota majaczą w oddali i na ich progu
stoją inni. Skara pierwszy raz poczuła chłodny oddech Śmierci na karku.
Miała wrażenie, że zmroził całą jej odwagę. Z taką swobodą i beztroską
mówiła poprzedniego wieczoru o tchórzostwie. Dopiero teraz pojęła, czym
ono jest.
Jeszcze jeden przeciągły wrzask, a po nim cisza, która wydawała się
gorsza niż wcześniejsze hałasy. Poczuła lekkie pociągnięcie i nieświeży
oddech Jennera na policzku.
- Musimy ruszać.
- Boję się - wyszeptała.
- Ja również. Ale jeśli odważnie wyjdziemy im naprzeciw, być może uda
nam się wywinąć gładką mową. Bo jak znajdą nas ukrytych...
"Staw czoło lękom, jeśli chcesz je pokonać", często mawiał jej dziadek.
"Kryj się przed nimi, a one pokonają ciebie".
Drzwi zatrzeszczały, gdy Jenner je uchylił, i Skara niechętnie ruszyła
za nim. Kolana drżały jej tak bardzo, że niemal uderzały jedno o drugie.
Bosa stopa poślizgnęła się na czymś mokrym. Obok drzwi siedział trup.
Wokół niego słoma poczerniała od krwi.
Borid, tak miał na imię. Był wojownikiem ojca Skary. Sadzał ją sobie na
ramionach, kiedy była mała, żeby mogła dosięgnąć brzoskwiń w sadzie pod
murami twierdzy Baila.
Piekące oczy mimowolnie skierowały się w stronę głosów. Przemknęły nad
połamanymi drzewcami broni i rozłupanymi tarczami. Nad trupami skulonymi
albo rozciągniętymi na podłodze między rzeźbionymi filarami, od których
salę jej dziada zwano Lasem.
Wokół migotliwych płomieni paleniska majaczyły sylwetki. Bohaterowie
pieśni. Ich kolczugi, ostrza i koło-monety lśniły barwami ognia. Długie
cienie sięgały aż ku niej.
Pośrodku stała Matka Kyre, a obok niej dziad Skary w pospiesznie
wciągniętej, źle dopasowanej kolczudze i z rozczochranymi siwymi
włosami. Smukły wojownik, o miękkich rysach twarzy beztroskiej jak u dziecka, uśmiechał się obojętnie do dwojga jeńców. Otaczał go krąg
wolnej przestrzeni, której naruszyć nie śmieli nawet pozostali zabójcy.
Yilling Wspaniały. Ten, który nie czcił żadnego boga prócz Śmierci.
Echo jego słów rozchodziło się po wielkiej sali.
- Liczyłem, że będę miał okazję osobiście złożyć wyrazy uszanowania
księżniczce Skarze.
- Wybrała się z wizytą do swojej kuzynki, królowej Laithlin -
powiedziała Matka Kyre. Głos, który codziennie spokojnie pouczał,
poprawiał i upominał Skarę, teraz drżał nieznajomą nutą strachu. - Tam
jej nie dopadniesz.
- Och, nawet tam dotrzemy - oznajmił olbrzymi wojownik z karkiem grubym
jak u byka.
- I to już niedługo, Matko Kyre - dorzucił inny, z długą włócznią i zawieszonym u pasa rogiem.
- Król Uthil przybędzie nam z pomocą - stwierdziła minister. - Spali
wasze okręty i potopi was w morzu.
- Jakże zdoła to zrobić, skoro moja flota jest bezpieczna za mocnymi
łańcuchami w porcie twierdzy Baila? - zdziwił się Yilling. - Tymi, do
których sama dałaś nam klucz.
- Grom-gil-Gorm też się zjawi. - Głos Kyre był teraz ledwie szeptem.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. - Yilling delikatnie odgarnął jej
włosy za ramiona. - Ale dla ciebie będzie już za późno. - Dobył miecza,
który zamiast głowicy miał wielki diament uwięziony w złotych szponach.
Gładka jak lustro stal błysnęła w mroku. Skara przez dłuższą chwilę
miała przed oczami białą smugę.
- Śmierć czeka wszystkich. - Król Fynn wciągnął nosem powietrze i dumnie
się wyprostował. Wyglądał teraz niemal tak jak za dawnych lat. Rozejrzał
się po sali i między kolumnami dostrzegł Skarę. Miała wrażenie, że
leciutko się uśmiechnął. Potem osunął się na kolana. - Dziś zabijesz
króla - oznajmił.
- Królowie czy wieśniacy. Przed obliczem Śmierci wszyscy jesteśmy równi.
Yilling dźgnął dziada Skary nad obojczykiem. Głownia błyskawicznie
weszła w ciało aż po rękojeść i tak samo szybko się cofnęła, szybka i śmiercionośna niczym błyskawica. Król Fynn zdołał dobyć z siebie jedynie
suchy skrzek, zanim padł twarzą w palenisko. Zginął w mgnieniu oka.
Skara stała jak skamieniała. Nie była w stanie zaczerpnąć tchu. Nie była
w stanie myśleć.
Matka Kyre spojrzała na zamordowanego króla.
- Babka Wexen dała mi słowo - wyjąkała.
Kap, kap, krew skapywała ze sztychu miecza Yillinga.
- Słowa wiążą jedynie słabych.
Obrócił się wokół własnej osi z wdziękiem tancerza. Lśniąca stal
rozpruła cienie. Bluznęła ciemna krew i głowa Matki Kyre potoczyła się
po podłodze, a jej ciało upadło, jak gdyby nie podtrzymywał go szkielet.
Skara zdusiła jęk. To musiał być jakiś senny koszmar. Majaki wywołane
gorączką. Miała ochotę się położyć. Jej powieki zadrżały, a mięśnie
zwiotczały, ale Siny Jenner boleśnie mocno zacisnął dłoń wokół jej
ramienia.
- Jesteś niewolnicą - wysyczał, potrząsając nią sztywno. - Masz milczeć.
Rozumiesz? Milczeć.
Próbowała zapanować nad jękliwym oddechem, gdy usłyszała zbliżające się
ciche kroki. Gdzieś w oddali ktoś zaczął wyć i nie milkł.
- Proszę, proszę - rozległ się aksamitny głos Yillinga. - Ci dwoje są tu
chyba obcy.
- Nie, panie. Zwą mnie Sinym Jennerem. - Skara nie miała pojęcia, jak
mógł mówić tak przyjaźnie i spokojnie. Gdyby ona otworzyła teraz usta,
dobyłby się z nich jedynie mokry szloch. - Jestem kupcem z licencją
Najwyższego Króla. Niedawno przemierzyłem szlak Boskiej Rzeki.
Płynęliśmy do Skeken, ale sztorm zepchnął nas z kursu.
- Król Fynn uważał cię zapewne za wielkiego przyjaciela, skoro ugościł
cię w swojej siedzibie.
- Mądry kupiec jest przyjacielem wszystkich, panie.
- Pocisz się, Siny Jennerze.
- Bo budzisz we mnie straszny lęk.
- Rzeczywiście jesteś mądry.
Obca dłoń delikatnie dotknęła podbródka Skary i uniosła jej głowę.
Spojrzała w oblicze człowieka, który chwilę wcześniej zamordował dwoje
najbliższych jej ludzi. Jego obojętny uśmiech znaczyły cętki ich krwi.
Był tak blisko, że mogła policzyć blade piegi na jego nosie.
Yilling wydął pełne wargi i gwizdnął przeciągle.
- I handlujesz przednim towarem. - Przesunął dłonią po jej włosach,
owinął pasmo wokół swoich długich palców i odsunął je z twarzy
dziewczyny. Opuszka jego kciuka otarła się delikatnie o jej policzek.
Musisz żyć. Musisz odzyskać tron. Zdusiła strach. Zdławiła nienawiść.
Nadała twarzy obojętny wyraz. Oblicze niewolnicy, które nie zdradza
żadnych uczuć.
- Może mi ją sprzedasz, kupcze? - spytał Yilling. - Zapłacę ci na
przykład twoim życiem.
- Bardzo chętnie, panie - usłyszała odpowiedź Sinego Jennera. Wiedziała,
że Matka Kyre postąpiła nierozważnie, ufając temu człowiekowi.
Zaczerpnęła tchu, aby go przekląć, lecz jego sękate palce mocniej wpiły
się w jej ramię. - Lecz to niemożliwe.
- Wiem z doświadczenia, a jest ono spore i wyjątkowo krwawe... - Yilling
podniósł czerwony miecz i dotknął nim policzka, tak jak dziecko, które
przytula ulubioną lalkę. Diamentowa głowica błysnęła ogniem iskier
czerwieni, oranżu i żółci. - ...że jedno ostrze potrafi przeciąć sznur
wielu "niemożliwości".
Grdyka na szczeciniastej szyi Jennera drgnęła, gdy przełknął ślinę.
- Nie mogę jej sprzedać. Nie należy do mnie. Jest darem księcia
Varoslafa z Kalyivu dla Najwyższego Króla.
- Ach tak. - Yilling powoli opuścił miecz, zostawiając długą czerwoną
smugę na swoim policzku. - Słyszałem, że Varoslaf jest władcą, którego
mądry człowiek się lęka.
- Nie słynie z poczucia humoru i wielkoduszności, to prawda.
- W miarę jak rośnie potęga władcy, jego wielkoduszność się kurczy. -
Yilling zmarszczył brwi, przyglądając się szlakowi czerwonych śladów,
które zostawił między filarami. Między trupami. - Najwyższy Król jest
pod tym względem podobny. Nieroztropna byłaby kradzież daru.
- Przez całą drogę z Kalyivu powstrzymuje mnie właśnie ta myśl -
przyznał Jenner.
Yilling pstryknął palcami tak głośno, jakby strzelił z bata, a oczy
zalśniły mu młodzieńczym entuzjazmem.
- Mam pomysł! Niech zadecyduje rzut monetą. Jeśli wypadnie rewers,
zabierzesz tę ślicznotkę do Skeken, żeby myła nogi Najwyższemu Królowi.
Jeśli awers, zabiję cię i znajdę dla niej lepsze zajęcie. - Plasnął
Jennera w ramię. - Co ty na to, mój nowy przyjacielu?
- Podejrzewam, że Babce Wexen się to nie spodoba.
- Jej nic się nie podoba. - Yilling uśmiechnął się szeroko. Na gładkiej
skórze wokół jego oczu pojawiły się przyjazne zmarszczki. - Jestem
skłonny ugiąć się przed wolą jednej jedynej pani. Nie Babki Wexen, nie
Matki Wód ani nawet nie Matki Wojny. - Podrzucił monetę wysoko, niemal
pod strop Lasu. Złoto błysnęło. - Tylko Śmierci.
Pochwycił krążek.
- Król czy wieśniak, wysoko czy nisko urodzony, silny czy słaby, mądry
czy głupi. Śmierć czeka każdego. - Otworzył dłoń, pośrodku której lśniła
moneta.
- He. - Siny Jenner spojrzał na nią, wysoko unosząc brwi. - Na mnie
jeszcze trochę poczeka.
W pośpiechu przemykali wśród ruin Yaletoftu. Płonące źdźbła słomy unosił
gorący wiatr. Noc wrzała kipielą krzyków, błagań i jęków. Skara szła ze
spuszczonym wzrokiem, jak na niewolnicę przystało. Już nikt jej nie
pouczał, żeby się nie garbiła. Strach topniał, wypierany przez poczucie
winy.
Wskoczyli na pokład łodzi Jennera i natychmiast odbili od kei. Załoga
mamrotała modlitwy do Ojca Pokoju, dziękując mu, że uniknęli rzezi.
Wiosła trzeszczały w miarowym rytmie. Powoli minęli cumujące w porcie
okręty i wreszcie wypłynęli na pełne morze. Skara skuliła się między
ładunkami. Poczucie winy powoli rozpływało się w żalu, kiedy patrzyła,
jak płomienie trawią przepiękną siedzibę króla Fynna, a wraz z nią jej
dawne życie księżniczki. Pięknie rzeźbiony wiązar jeszcze przez jakiś
czas odznaczał się czernią na tle ognia, a potem runął, sypiąc wkoło
wirującymi iskrami.
Ogień, który trawił wszystko, co dotychczas znała, stopniowo malał, aż w końcu Yaletoft stał się niewielką plamką pożogi na mrocznym horyzoncie.
Żagiel załopotał, gdy Jenner nakazał zawrócić na północ, w stronę
Gettlandu. Skara długo patrzyła za rufę, w przeszłość. Łzy powoli
wysychały na jej policzkach, a żal tężał w zimne i twarde żelazo gniewu.
- Jeszcze zobaczę wolny Throvenland - wyszeptała, zaciskając pięści. -
Każę odbudować siedzibę mojego dziada, a na trupie Yillinga Wspaniałego
będą ucztować wrony.
- Na razie skupmy się na tym, żeby zachować cię przy życiu, księżniczko.
- Jenner zdjął z jej szyi obręcz niewolnicy, a potem otulił peleryną jej
drżące ramiona.
Spojrzała na niego, ostrożnie rozcierając ślady, które zostawił na jej
skórze srebrny drut.
- Źle cię oceniłam, Siny Jennerze.
- Twoja ocena na pewno jest trafna. Dopuszczałem się o wiele gorszych
rzeczy, niż sobie wyobrażasz.
- Dlaczego więc ryzykowałeś życie, żeby mnie ocalić?
Przez chwilę się zastanawiał, drapiąc się po brodzie, a w końcu wzruszył
ramionami.
- Bo wczorajszego dnia nie da się odmienić. Tylko jutro. - Wcisnął coś w jej dłoń. Rubin w bransolecie Baila zalśnił w blasku księżyca. - To
chyba należy do ciebie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki