1
Kornwalia, sierpień 1958
Ksiądz Miles Dalgliesh jechał na rowerze drogą prowadzącą do Pendrift
Hall, siedziby rodziny Montague, i z przyjemnością przyglądał się, jak
złociste słońce przenika przez liście drzew limonkowych, rzucając jasne,
rozedrgane plamy na żwir i paprocie, i ogrzewa zielone pola i łąki, na
których pasły się brązowe krowy. Świeża bryza od morza owiewała twarz
rowerzysty i wysoko pod niebo unosiła mewy oraz rybitwy. Ksiądz
Dalgliesh był nowy w okolicy. Stary ojciec William Hancock zmarł
niedawno i wyruszył do pracy na Drugą Stronę, zostawiając swemu następcy
parafię wcześniej, niż ten oczekiwał. Tak czy inaczej, Bóg postawił
przed młodym kapłanem zadanie, które należało wypełnić z radością w sercu.
Dziś ksiądz Miles miał się spotkać z rodziną Montague, najbardziej
liczącą się w całym Pendrift.
Zbudowany z jasnego kamienia, opleciony pędami wistarii Pendrift Hall
miał wysokie okna i pełne pienistej zieleni ogrody, schodzące aż na
brzeg morza. Na dachach gruchały gołębie, a na ganku co roku budowała
gniazdo rodzina jaskółek. Dom był duży i trochę zniszczony, podobny do
ulubionej zabawki dziecka, kochanej i często używanej. Emanował aurą
ciepła i zadowolenia, którą ksiądz Dalgliesh natychmiast wyczuł.
Wiedział, że polubi mieszkającą tu rodzinę i z przyjemnością myślał o czekającym go popołudniu.
Zahamował i zsiadł z roweru. Przysadzisty labrador z białym pyskiem
wybiegł mu na spotkanie, machając ogonem i szczekając z podnieceniem.
Kiedy ksiądz się pochylił, żeby poklepać go po głowie, pies ucichł,
wyczuwając łagodny charakter młodego człowieka, i zajął się
obwąchiwaniem jego błyszczących czarnych butów. Duchowny podniósł wzrok
i zobaczył służącego, który stanął w drzwiach, ubrany w czarny frak i starannie wyprasowaną białą koszulę. Lokaj powitał księdza pełnym
szacunku skinieniem głowy.
- Dzień dobry księdzu... Pani Montague już czeka, proszę za mną.
Ksiądz Miles oparł rower o ścianę i ruszył za służącym przez rozległy
kamienny hol, w którym dominował kominek i umieszczone nad nim okazałe
poroże. Powietrze w domu przesycone było przyjemnym aromatem rozpalanego
zimą ognia, cynamonu i kilkuset lat istnienia. Duchowny zauważył otwartą
szafkę pod schodami, pełną rakiet i piłek do tenisa i stary wysoki
zegar, spokojnie tykający pod ścianą, podobny do pogrążonego w drzemce
sługi. Z salonu dobiegał szmer przyciszonych głosów i dźwięki klasycznej
muzyki. Młody kapłan wziął głęboki oddech.
- Przyjechał ksiądz Dalgleish, pani Montague - oznajmił lokaj z powagą,
gestem wyciągniętej ręki zapraszając gościa do dużego pokoju.
- Dziękuję, Soames. - Julia Montague podniosła się na powitanie
duchownego. - Witamy w Pendrift, proszę księdza.
Miles Dalgleish potrząsnął dłonią gospodyni i natychmiast się uspokoił,
widząc jej ciepły, serdeczny uśmiech. Julia Montague była pulchną,
piękną blondynką o delikatnej, białej skórze, jasnych włosach w chłodnym
odcieniu i otwartej, łagodnej twarzy. Jej promienna uroda i pełen
radości sposób bycia sprawiały, że wszyscy czuli się przy niej jak na
przyjęciu. Nosiła duże naszyjniki z jasnozielonych i jasnoniebieskich
korali, które podkreślały barwę jej oczu, miała tak zaraźliwy śmiech, że
nikt, nawet pompatyczny Soames, nie mógł pozostać obojętny na jego
dźwięk, oraz poczucie humoru, dzięki któremu zawsze dostrzegała dobre
strony ponurych sytuacji. Przypominała rajskiego ptaka, który uwił sobie
gniazdo w samym sercu Kornwalii, krainy tweedu i morza.
- Nasza rodzina czeka na księdza na tarasie - ciągnęła z uśmiechem
Julia. - Czy mogę podać księdzu coś do picia, zanim rzucę go na pożarcie
wilkom?
Ksiądz Dalgleish roześmiał się, a Julia pomyślała, że jest niezwykle
przystojny jak na duchownego. Było coś czarującego w zmarszczkach, które
pojawiały się wokół jego ust, gdy się uśmiechał, a ukryte za okularami
głęboko osadzone oczy błyszczały inteligencją. Był też zaskakująco
młody, mógł mieć najwyżej trzydzieści lat.
- W tej sytuacji chyba poproszę o szklankę wody - powiedział.
- Mamy doskonały sok z czarnego bzu, może spróbuje ksiądz odrobinę?
- Dlaczego nie, z przyjemnością.
- Soames, proszę przynieść na taras dwie szklanki soku z czarnego bzu -
poleciła Julia.
Służący kiwnął głową i wycofał się. Julia ujęła księdza pod ramię i przez wysokie drzwi wyszła z nim na skąpany w słońcu taras.
Taras był szerokim kamiennym patio ze schodami o nieregularnej
szerokości stopniach, po których schodziło się wprost do ogrodu. Między
kamieniami rosły krzaczki poziomek i kępki drobniutkich, domagających
się uwagi niezapominajek. Ociężałe pszczoły krążyły wokół słodko
pachnących wielkich lilii i frezji w dużych glinianych donicach, i opijały się nektarem lawendy, rosnącej pod balustradą. W ogrodzie
płacząca wierzba moczyła gałązki w ozdobnym stawie, na którym urządziła
sobie gniazdo para dzikich kaczek.
Rodzina umilkła na widok księdza Milesa. Archie Montague, mąż Julii,
jako pierwszy zerwał się z krzesła i pośpieszył na powitanie.
- Miło nam, że wreszcie możemy księdza poznać - rzekł serdecznie,
ściskając dłoń przybysza. - Śmierć księdza Hancocka pogrążyła nas w prawdziwym smutku. To był wybitny kapłan, jego słowa często były dla nas
natchnieniem...
- Tak jest... Przypadło mi w udziale bardzo trudne zadanie podążania jego
śladem...
- Z czym ksiądz na pewno doskonale sobie poradzi - dokończył uprzejmie
Archie, przeczesując palcami brązowe wąsy, porastające jego górną wargę
jak starannie przystrzyżony żywopłot.
- Pozwoli ksiądz, że przedstawię go siostrze Archiego Penelope, a także
jej córkom Lotty i Melissie. - Julia nadal trzymała duchownego pod
ramię, ponieważ wiedziała, że obcowanie z rodziną jej męża może być
nieco przytłaczającym przeżyciem.
Penelope postąpiła krok do przodu i uścisnęła rękę księdza tak silnie,
że skrzywił się lekko, wyraźnie zaskoczony. Mocno zbudowana,
przysadzista Penelope o obfitym biuście i podwójnym podbródku
natychmiast przywiodła na myśl krowy rasy jersey z pasącego się na łące
stada jej brata.
- Bardzo mi miło poznać księdza. - Głos Penelope był głęboki i soczysty;
kobieta wymawiała spółgłoski z takim naciskiem, jakby znajdowała w tym
najprawdziwszą przyjemność. - Jest ksiądz znacznie młodszy, niż się
spodziewaliśmy...
- Mam nadzieję, że mój wiek nie stanowi dla państwa powodu do
rozczarowania - odparł.
- Wręcz przeciwnie. Czasami starsi ludzie przez lata tak przyzwyczajają
się do brzmienia własnego głosu, że tracą wrażliwość na głos innych. -
Penelope odwróciła się i gestem zachęciła córki, żeby podeszły bliżej. -
Oto Lotty, moja najstarsza córka, i Melissa, która dopiero niedawno
skończyła dwadzieścia pięć lat.
Uśmiechnęła się z dumą, patrząc, jak dziewczęta witają się z księdzem.
Ubrane w piękne, kwieciste letnie sukienki, z długimi włosami upiętymi
wysoko, obie wyglądały bardzo miło i atrakcyjnie. I Lotty, i Melissa
były dość płytkie i chętnie nabijały sobie głowy głupstwami, do czego
zresztą zachęcała je matka, której życiowym celem było wydanie córek za
dobrze urodzonych i zamożnych młodych mężczyzn. Według Penelope jej
córki były najlepszymi kandydatkami na żony w całym Londynie i po prostu
nie mogły marnie wyjść za mąż. Małżeństwo z miłości było zdaniem siostry
Archiego idiotycznym wymysłem, w wysokim stopniu niepraktycznym i nierozsądnym. Penelope uważała, że nie można ufać sercu, które siłą
rzeczy posiada naturalną skłonność do zakochiwania się w nieodpowiednich
mężczyznach, i sama stanowiła najlepszy dowód słuszności swojej teorii.
Nauczyła się kochać Miltona Flinta dopiero w pewien czas po ślubie, w głębi duszy żywiła jednak nadzieję, że jej dziewczęta zrobią lepsze
partie niż ona. Wyszła za Flinta, to prawda, lecz ani na moment nie
przestała być Penelope Montague.
- To jest Milton, mąż Penelope, i David, ich syn - ciągnęła Julia,
prowadząc księdza dalej.
Milton był wysoki i atletycznie zbudowany, o gęstych jasnych włosach,
czesanych z szerokiego czoła, i z tryskającymi życiem niebieskimi
oczami.
- Cieszę się, że mogę księdza poznać. Grywa ksiądz w tenisa?
Miles Dalgleish uśmiechnął się z zażenowaniem.
- Niestety nie...
- Tata ma obsesję na punkcie tenisa - wtrącił David przepraszającym
tonem. - Trzeba jednak przyznać, że nigdy nie zabiera rakiety na mszę!
Parsknął śmiechem, a ksiądz Miles poczuł, że obecność młodego człowieka
z jego pokolenia jest dla niego pewnym wsparciem. Julia uwolniła jego
ramię i usiadła.
Duchowny zajął miejsce obok niej i założył nogę na nogę, usiłując
zachowywać się jak najswobodniej. Był trochę zdenerwowany. Jego
powołanie było trwałe niczym skała, znajomość Pisma Świętego, dzieł
doktorów Kościoła i filozofii niezrównana, a biegłość w łacinie
wyjątkowa, lecz nawiązywanie i utrzymywanie stosunków z ludźmi stanowiło
jego piętę achillesową. "Nic dobrego nie wynika z tego, że kapłan
wiecznie błądzi myślami na wysokościach", powiedział mu kiedyś ksiądz
William Hancock. "Musisz się nauczyć kontaktować z ludźmi na ich własnym
poziomie, bo będzie z ciebie marny duszpasterz i równie dobrze mógłbyś
wstąpić do zakonu kontemplacyjnego". Miles Dalgleish wiedział, że stary
ksiądz miał całkowitą rację. Biskup posłał go przecież między ludzi, aby
głosił im Słowo Boże. Poprawił okulary na nosie, zdecydowany nie zawieść
hierarchy.
- Nasi synowie wybrali się do lasu ze swoim kuzynem Harrym, aby zastawić
pułapki na szkodniki - wyjaśniła Julia. - Leśniczy płaci im po sześć
pensów za martwego szczura, więc myślę, że szybko się wzbogacą. Mój
trzyletni malec, którego nazywamy Bouncy1, jako że jego nóżki
zachowują się całkiem jak sprężyny, jest na plaży z nianią. Powinni
wkrótce wrócić, a Celestria, moja bratanica... - Julia rozejrzała się
dookoła. - Nie mam pojęcia, gdzie się podziała. Może jest ze swoją matką
Pamelą, żoną Monty'ego, brata Archiego i Penelope... Pamela leży w łóżku,
ponieważ dostała migreny. Często cierpi na tę dolegliwość, ale może
później do nas zejdzie. Jest Amerykanką...
Julia się zawahała, bo Pamela Bankroft Montague, jak kazała się nazywać,
była wyjątkowo rozpieszczoną osobą i często spędzała w łóżku całe dnie,
skarżąc się na zbyt ostre lub zbyt przyćmione światło. Rozkapryszonym
tonem prosiła, aby zostawić ją samą z Poochim, jej wypudrowanym
pekińczykiem, a jednocześnie domagała się, aby dzieci, Celestria i Harry, poświęcały jej jak najwięcej uwagi, i bezustannie dzwoniła na
służbę. Julia miała poważne wątpliwości, czy ksiądz Dalgleish w ogóle
kiedykolwiek pozna Pamelę, która nie była katoliczką i nienawidziła
Kościoła, uczestnictwo w jego posłannictwie nazywała zaś stratą czasu.
- Monty przyjedzie dziś wieczorem pociągiem z Londynu - podjęła po
chwili. - To niezwykły człowiek i mam nadzieję, że ksiądz go pozna. Na
pewno pozna ksiądz jego dzieci, Harry'ego i Celestrię. Harry pięknie
śpiewa i należy do szkolnego chóru...
Julia zapaliła papierosa i zaciągnęła się głęboko. Soames wkroczył na
taras, niosąc tacę z napojami. Kiedy podał księdzu szklankę z sokiem z czarnego bzu, gospodyni zauważyła, że dłonie młodego duchownego lekko
drżą.
Niedługo potem wrócili z lasu Wilfrid i Sam, najstarsi synowie Julii i Archiego, oraz Harry. Pełni podniecenia po ranku spędzonym na budowaniu
obozowiska i zastawianiu pułapek, wszyscy trzej mieli zdrowo
zarumienione policzki i błyszczące oczy.
- Znaleźliśmy trzy martwe szczury! - zawołał Wilfrid, posyłając matce
radosny uśmiech.
- Wspaniale - odpowiedziała. - Kochani, przywitajcie się teraz z księdzem Dalgleishem, dobrze?
Na widok koloratki księdza chłopcy umilkli i niepewnie uścisnęli jego
rękę.
- Co zrobiliście ze szczurami? - spytał duchowny, próbując dodać im
odwagi.
- Powiesiliśmy je na drzwiach za ogony! - wyjawił Sam, marszcząc nos w triumfalnym uśmiechu. - Są ogromne, wielkości Poochiego!
- Ale Poochiego lepiej nie wieszajcie za ogon! - Zaśmiał się David.
- Razem z nim trzeba by powiesić Pamelę! - prychnął Archie. - Przecież
ona ani na moment nie spuszcza go z oka!
- Och, jesteś niedobry, kochanie! - skarciła męża Julia i rzuciła
Harry'emu przepraszający uśmiech.
Wszyscy członkowie rodziny chętnie żartowali sobie z Pameli, nie zawsze
biorąc pod uwagę uczucia jej dzieci.
- Gdzie mama? - zapytał Harry.
- Leży w łóżku - odparła Julia. - Ma migrenę.
- Znowu?! - zirytował się chłopiec.
- Naprawdę nie czuje się najlepiej...
- Tylko wtedy, kiedy taty nie ma w domu - niewinnym tonem zauważył
Harry.
Miał rację. Kiedy Monty był w domu, migreny w cudowny sposób omijały
Pamelę.
W idyllicznej atmosferze Pendrift Monty pojawiał się i znowu znikał.
Zwykle przyjeżdżał z Londynu pociągiem o 19.30, w odpowiedniej porze,
żeby wychylić szklaneczkę whisky, wypalić cygaro i zagrać w tenisa z Archiem, Miltonem oraz Davidem. Wkraczał do holu łobuzersko uśmiechnięty
pod rondem panamy, w eleganckim garniturze z jasnego lnu, trochę
wygniecionym po podróży pociągiem, z gazetą pod pachą i teczką w ręku,
pogodny i pełen energii jak nikt inny na świecie. Ponure nastroje Pameli
w jednej chwili rozwiewały się jak szara mgła, która czasami wisiała nad
Pendrift, lecz jej zachowanie bynajmniej nie ulegało poprawie - nadal
stawiała żądania i skutecznie starała się skupiać na sobie uwagę
wszystkich mieszkańców domu. Jako jedyna córka bogatego amerykańskiego
biznesmena Richarda W. Bankrofta II, Pamela od urodzenia była
rozpieszczoną egocentryczką.
Chłopcy zabrali labradora Purdy'ego na plażę, gdzie zamierzali pograć w krykieta, natomiast niania wróciła znad morza z Bouncym i Celestrią.
Usta młodego księdza rozchyliły się lekko, kiedy zobaczył niebiańsko
piękną dziewczynę, zmierzającą w jego kierunku. Poczuł się głęboko
zawstydzony, ponieważ serce zaczęło mu szybciej bić, a policzki oblał
gorący rumieniec. Miał nadzieję, że to upał jest przyczyną tych
dolegliwości. Celestrią ubrana była w krótką, szeroką czerwoną
spódniczkę w białe kropki i wiązany na karku top, który odsłaniał jej
brzuch. Jasne włosy opadały falami na gładkie, opalone ramiona, a poruszała się lekko i z niezwykłą gracją. Ksiądz nie potrafił odgadnąć,
jakiego koloru były oczy, ukryte za dużymi ciemnymi okularami w białych
ramkach.
- Ach, Celestrio, chodź do nas i poznaj księdza Milesa Dalgleisha! -
zawołała Julia.
Mały Bouncy usłyszał głos matki, puścił rękę niani i rzucił się biegiem
w stronę tarasu, piszcząc z radości i podniecenia.
- Mamusiu, mamusiu! - krzyczał głośno.
- Halo, skarbie! - odpowiedziała Julia.
Kiedy malec zorientował się, że ma widownię, wziął się pod boki i ruszył
przed siebie zabawnym krokiem, kręcąc zadkiem, uśmiechając się i zerkając na obecnych spod gęstych rzęs. Wszyscy zaczęli bić mu brawo i śmiać się do łez. Bouncy był dzieckiem, które jednoczyło całą rodzinę.
Jego zaraźliwy uśmiech, odziedziczony po Julii, potrafiłby rozmrozić
najgrubszy lód. Chłopiec miał gęste jasne włosy i jasnobrązowe oczy, w kolorze domowych karmelków. Uwielbiał popisywać się i ciągle był do tego
zachęcany przez dorosłych, chociaż niania załamywała ręce, kiedy przy
byle okazji zrywał z siebie ubranko i biegał po domu nago. Bouncy
seplenił, co jeszcze dodawało mu uroku. Julia i Pamela, które miały ze
sobą niewiele wspólnego poza faktem, że wyszły za braci Montague, w Bouncym odkryły łączący je most.
- Skarbie, jesteś taki cudowny! - zawołała teraz Julia, biorąc synka na
kolana i z rozkoszą całując go w karczek.
Celestria weszła na taras, śmiejąc się i klaszcząc w ręce. Ksiądz Miles
wpatrywał się w nią jak zaczarowany.
- To moja bratanica Celestria, starsza siostra Harry'ego - przedstawiła
dziewczynę pani domu, nie odrywając wzroku od Bouncy'ego.
Celestria zdjęła okulary, zatknęła je za dekolt i wyciągnęła rękę do
duchownego.
- Jest ksiądz znacznie młodszy, niż sobie wyobrażałam - rzekła. - Ksiądz
Hancock był mniej więcej w wieku niani!
- Ależ, Celestrio! - Penelope z dezaprobatą wydęła wargi. - Niania jest
przecież w doskonałej formie!
Ksiądz zaczerwienił się jeszcze mocniej, a wyniosłą twarz Celestrii
rozjaśnił ciepły uśmiech.
- Chyba powinien ksiądz trochę popływać - powiedziała. - Morze jest dziś
wspaniałe, zimne, ale bardzo odświeżające!
- Może zechce ksiądz zdjąć marynarkę? - zaproponowała Julia, która
wreszcie zauważyła dyskomfort biedaka.
- Nie, nie, tak jest mi zupełnie dobrze - odparł ksiądz Miles. -
Przywykłem do upału, ponieważ dość długo mieszkałem we Włoszech...
- Nie ma to jak angielskie lato! - oznajmił Archie. - Kiedy człowiekowi
wydaje się, że będzie chłodno i szaro, zza chmur wychodzi gorące, palące
słońce. Pogoda w naszym kraju jest kompletnie nieprzewidywalna, słowo
daję!
- Pójdę na górę do mamy i przebiorę się - rzuciła Celestria, z wdziękiem
przechodząc między krzesłami.
Ksiądz Dalgleish nie mógł oderwać od niej wzroku, ale odetchnął z ulgą,
kiedy zniknęła.
Uroda Celestrii była rzeczywiście nieprzeciętna. Nie decydowały o niej
tylko gęste jasne włosy, lśniące jak łany zbóż wokół Pendrift,
przejrzyście szare oczy, nigdy nie zamglone ani odrobiną smutku, czy
pięknie wykrojone wargi i delikatne, lecz wyraziste rysy, ale sposób
bycia młodej dziewczyny. Celestria była zawsze opanowana, pewna siebie i nieco wyniosła, choć w żadnym razie nie arogancka. Wiedziała po prostu,
jakie miejsce zajmuje w świecie, i miała niezbitą pewność, że inni mają
o niej wysokie mniemanie.
Celestria niedawno skończyła dwadzieścia jeden lat i, jak mówiła jej
matka, "balansowała na krawędzi kobiecości". Jednak dziewczyna wcale nie
czuła, aby jej równowaga została w jakikolwiek sposób zachwiana, a gdyby
Pamela wiedziała, że jej córka pozwoliła Aidanowi Cooneyowi wsunąć rękę
pod majteczki i sama dotykała przez spodnie jego naprężonej męskości,
nigdy nie powiedziałaby czegoś równie głupiego. Celestria już teraz była
uznaną pięknością i od chwili, gdy w wieku osiemnastu lat została
przedstawiona w towarzystwie, zajmowała znaczącą pozycję w londyńskim
świecie balów i przyjęć. Wielu młodych mężczyzn pielęgnowało w sercu
zamiar oświadczenia się o jej rękę. Większość z nich gapiła się na nią z zachwytem i traktowała jak figurkę z porcelany, co dziewczyna uważała za
idiotyczne. Jej zdaniem głupcem nie był tylko Aidan Cooney, w którego
oczach płonęło coś mroczniejszego i gorętszego niż zwyczajny podziw.
Celestria nie była taką tam sobie zwyczajną angielską pięknością. Miała
w sobie egzotyczny rys, któremu mężczyźni nie potrafili się oprzeć.
Kiedy w Europie wybuchła wojna, zaniepokojona matka wywiozła dziewczynkę
do Nowego Jorku. Zamieszkały z rodzicami Pameli w ich penthousie na Park
Avenue, gdzie sufity były tak wysoko, że Celestria prawie ich nie
widziała, a z okien roztaczał się imponujący widok na Central Park.
Przez następne sześć lat Celestria była radością dziadka, który stracił
córkę na rzecz Monty'ego i Anglii, a teraz cieszył się obecnością małej
dziewczynki, poświęcał jej mnóstwo uwagi i zasypywał wspaniale
opakowanymi, pachnącymi nowością prezentami. Dziadek zajął w sercu
Celestrii miejsce ojca, który poszedł na wojnę i zniknął z jej życia.
Stał się ojcem, którego mogła objąć i który zawsze był przy niej,
podczas gdy Monty przebywał za morzem i przesyłał sygnały istnienia w cieniutkich kopertach, doprowadzając matkę do łez. Celestria nauczyła
się posługiwać swoim wdziękiem i bez trudu łowić serca otaczających ją
ludzi, zupełnie jak rybak, który sprawnie zarzuca sieci, wyciągając z głębin coraz więcej ofiar. Nauczyła się oczarowywać, budzić zachwyt i bardzo szybko pojęła, czego oczekuje od niej dziadek. Jego aprobata i aplauz działały jak narkotyk, a Celestria syciła się jego miłością i stawała się coraz bardziej pewna siebie. Dziadek chętnie popisywał się
nią przed swoimi gośćmi. Kiedy miała siedem lat, guwernantka sprowadzała
ją przed proszonymi kolacjami na dół, ubraną w odświętną sukienkę i lśniące pantofelki, z lokami opadającymi na ramiona. Dziewczynka
śpiewała piosenki i rumieniła się, gdy wszyscy bili jej brawo. Z łatwością manipulowała ludźmi, którzy uważali, że jest jeszcze za mała,
aby mieć świadomość posiadanej charyzmy, doskonale zdawała sobie sprawę
ze swojej urody i błyskawicznie pojęła, że naśladując dorosłych, zdobywa
ich podziw.
- Co za zabawne dziecko! - zachwycali się. - Jaka bystra dziewczyneczka!
Im bardziej była "zabawna", tym bardziej się nad nią rozpływali.
Umiała oszukać wszystkich, ale nie dziadka. On znał ją lepiej niż
rodzona matka, lepiej ją rozumiał i poświęcał jej o wiele więcej uwagi.
Interesował się każdym aspektem jej życia. Codziennie przed snem czytał
na głos, budząc w niej miłość do książek, później podsuwał jej klasyczne
dzieła literatury, które sam uwielbiał jako dziecko. Nie był muzykalny i często się skarżył, że nigdy nie miał możliwości nauczyć się grać na
jakimkolwiek instrumencie, lecz bardzo cenił dobrą muzykę i często
spędzał wieczory w operze. Jeździł z pięcioletnią Celestrią na lekcje
baletu i osobiście czuwał nad jej nauką gry na pianinie. Dostrzegał
wszystkie detale, nawet najdrobniejsze. Zachęcał wnuczkę do wysiłku w szkole, chwalił ją za zwycięstwa i nie krył rozczarowania, kiedy
opuszczała się w nauce. Przy tym wszystkim ani na chwilę nie pozwolił
jej zapomnieć, że kocha ją całym sercem.
*
Pamela Bancroft Montague wydawała się niezdolna do jakiejkolwiek miłości
poza miłością własną. Nie była to jej wina. Problem tkwił w tym, że
rodzice rozpieszczali ją, nauczyła się więc myśleć wyłącznie o sobie i wierzyć, iż stanowi centrum wszechświata, w którym nie ma miejsca dla
nikogo innego. Kochała Celestrię jako coś w rodzaju dodatku do siebie
samej - tę miłość nakazywał jej instynkt, któremu była posłuszna. Mąż
także rozpieszczał ją do nieprzytomności. Pamela lśniła jak
najjaśniejsza gwiazda i Monty za to właśnie ją uwielbiał. Uroda Pameli
budziła lęk w sercach i kobiet, i mężczyzn. Mężczyźni padali przed nią
na kolana, onieśmieleni i pokonani od pierwszego wejrzenia, kobiety zaś
wiedziały, że ich uroda traci wszelki blask w obecności pięknej
Amerykanki.
W latach wczesnego dzieciństwa Celestria nie odczuwała braku ojca.
Przyjechała do Ameryki jako dwulatka, a wróciła do Londynu sześć lat
później. Nie pamiętała nawet, jak Monty wyglądał. Po opuszczeniu Nowego
Jorku boleśnie tęskniła za dziadkiem i zawsze bardzo cieszyła się na
tydzień, który jesienią spędzała w baśniowym zamku, który Richard W.
Bancroft kupił w Szkocji, aby tam polować, a także na coroczne letnie
wakacje w rodzinnym domu Bancroftów na wyspie Nantucket. Podobnie jak
matka, szybko nauczyła się kochać samą siebie znacznie mocniej niż
innych. Kiedy Monty próbował zrekompensować dziewczynce długie lata
rozdzielenia prezentami, przyjmowała składane dary z widoczną
przyjemnością, obdarzając go w zamian całusami oraz uroczymi uśmiechami
i manipulując nim równie chytrze, jak innymi dorosłymi. Później rodzicom
urodził się mały chłopczyk, synek Harry, i w momencie jego przyjścia na
świat Pamela Bancroft Montague odkryła, że jednak potrafi kochać kogoś
bardziej niż samą siebie. Celestria nie poczuła się odrzucona ani
zaniedbana, ponieważ nadal ogrzewał ją jasny płomień miłości dziadka.
Gdy Celestria wróciła, ubrana w prostą białą sukienkę haftowaną w stokrotki, rodzina zajmowała właśnie miejsca przy długim stole pod
wielką kwadratową markizą. Księdza Dalgleisha posadzono u szczytu,
Archie naprzeciwko gościa. Julia usiadła obok duchownego, wskazując
Penelope miejsce po jego drugiej ręce.
Soames dyskretnie zabrał nakrycie przeznaczone dla Pameli. Uważał, że
pani Bancroft Montague jest wyjątkowo męczącą osobą. Syn kucharki Warren
od rana już sześć razy biegał do jej pokoju z gorącymi napojami,
miseczkami z jedzeniem i wodą dla tego jej przeklętego psa. Soames
zupełnie poważnie się zastanawiał, czy nie wyłączyć dzwonka w pokoju
żony pana Monty'ego.
Ksiądz przeżegnał się, złożył dłonie i z pochyloną głową odmówił
dziękczynną modlitwę.
- Benedicte, Domine, nos et haec tua dona quae de tua largitate sumus
sumpturi...
Kiedy jego ręce po raz drugi wykonały znak krzyża, Celestria podniosła
wzrok i napotkała spojrzenie duchownego. Przypominał jej przestraszonego
lisa. Miała już dodać mu odwagi uśmiechem, gdy Archie zaczął zachęcać
wszystkich, aby nakładali sobie potrawy.
- Przystąpmy do walki! - zawołał ze śmiechem.
Celestria siedziała między Lotty i Davidem. Miała pełną świadomość, że
uwaga księdza skupiona jest na niej, chociaż na nią nie patrzył.
Pomyślała, że byłoby zabawnie trochę powodzić go na pokuszenie, ot tak,
dla rozrywki. Idea celibatu wydała jej się nagle fascynująca, zwłaszcza
w przypadku tak przystojnego mężczyzny. Miał inteligentne brązowe oczy i szczupłą twarz o wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych i mocnej
dolnej szczęce. Przyszło jej do głowy, że gdyby zdjął okulary,
wyglądałby całkiem, całkiem...
- Proszę księdza, w jaki sposób został ksiądz powołany do służby
Kościołowi? - zagadnęła, powstrzymując pełen rozbawienia uśmieszek.
Ksiądz przez chwilę sprawiał wrażenie całkowicie zaskoczonego pytaniem i powoli poprawił okulary na nosie, poruszony faktem, że obecność młodej
kobiety tak silnie na niego działa. Czyżby wiara i powołanie nie
stanowiły tarczy osłaniającej go przed tego typu odczuciami?
- Kiedy byłem małym chłopcem, pewnej nocy miałem sen - odparł.
- Naprawdę? - Celestria uniosła brwi. - Proszę nam go opowiedzieć!
Duchowny popatrzył na nią uważnie.
- Ujrzałem przy sobie anioła, który powiedział mi, że moja przyszłość
związana jest z Kościołem katolickim. Otoczył mnie świetlisty obłok, tak
jasny, że nie miałem cienia wątpliwości, iż to Bóg wzywa mnie na służbę.
Od tamtej pory ani na chwilę nie opuściło mnie pragnienie odebrania
święceń kapłańskich. Nigdy nie zapomniałem tamtej wizji i zawsze wracam
do niej, gdy ogarnia mnie zwątpienie...
- To zupełnie jak powołanie Szawła na drodze do Damaszku - zauważył
Archie, przeżuwając kawałek kiełbasy.
- Prawie cud! - wykrzyknęła Penelope głosem jeszcze bardziej soczystym
niż zwykle.
- Jakie to wspaniałe, że cuda zdarzają się i we współczesnym świecie -
dodała Julia.
- Tak jest - rzekł ksiądz Dalgleisch.
- Ale czy czasami jednak ma ksiądz wątpliwości? - zapytała Celestria,
ignorując ciężkie westchnienie ciotki Penelope.
Ksiądz Miles wiedział, że nie może poczuć się urażony jej impertynencją.
- Wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi - powiedział ostrożnie. - I nikomu
nie wolno uważać się za nadczłowieka tylko dlatego, że otrzymał wizję i powołanie. Bóg postawił przede mną zadanie, które czasem wydaje mi się
bardzo trudne. To, że jestem księdzem, nie czyni mnie całkowicie
odpornym na rozmaite upadki i kłopoty. Mam słabości, podobnie jak
wszyscy, ale wiara dodaje mi siły. Nigdy nie zwątpiłem w swoje
powołanie, chociaż często zdarza mi się wątpić we własne umiejętności i możliwości...
Nagle wydał się wszystkim wyższy, dojrzalszy i obdarzony jakimś
szczególnym dostojeństwem, jakby miał za sobą całe dziesięciolecia
doświadczenia i mądrości. Nikt nie był świadomy, że gdzieś w najgłębszym
zakamarku jego serca powoli kiełkuje złowrogie ziarenko.
Jakiś czas później, już na plebani mieszczącej się w domu tuż obok
kościoła Najświętszej Marii Panny, pani Hoddel przyniosła księdzu
Milesowi herbatę. Duchowny siedział w milczeniu w saloniku, ale jego
oczy bynajmniej nie wędrowały po stronicach książki, która spoczywała na
kolanach. Pani Hoddel rozejrzała się dookoła, popatrzyła na piętrzące
się wszędzie stosy papierów i książek, na uginające się pod ciężarem
opasłych tomów półki, i pomyślała, że na dobrą sprawę nie ma gdzie
postawić tacy. Z pełnym zniecierpliwienia prychnięciem podeszła do
małego stolika i umieściła tacę na szczycie wieży z listów. Ksiądz
Dalgleish otrząsnął się z zamyślenia i pośpieszył jej z pomocą.
- Nigdy nie uda mi się posprzątać w tym pokoju, bo ksiądz zawsze robi tu
piekielny bałagan - oznajmiła gospodyni, wycierając dłonie w fartuch,
który opinał jej szerokie biodra.
Duchowny z przepraszającą miną lekko wzruszył ramionami.
- Obawiam się, że nawet w tym domu nie ma dość miejsca dla wszystkich
moich książek - mruknął.
- Nie mógłby ksiądz sprzedać przynajmniej niektórych?
Spojrzał na nią z przerażeniem.
- W żadnym razie, co za pomysł!
Kobieta westchnęła ciężko i pokręciła głową.
- No, cóż... Zostawiłam dla księdza i księdza Brocka zimną szynkę i trochę
sałatki na kolację.
- Dziękuję bardzo. - Ksiądz Miles pochylił się, żeby nalać sobie
herbaty.
- I zabieram księdza sutannę do domu. Muszę ją porządnie pozszywać, a nie zrobię tego bez maszyny do szycia. Nie mogę przecież dopuścić, aby
wyglądał ksiądz jak jakiś obdartus...
Znowu podziękował jej z serdecznym uśmiechem.
W takim razie będę się zbierać. Do zobaczenia jutro, proszę księdza.
Postaram się przyjść jak najwcześniej, żeby jakoś powalczyć z tym
przeklętym kurzem. Będę chyba po prostu musiała sprzątać wszędzie,
omijając te księdza papierzyska. Nie najlepsze rozwiązanie, ale co można
na to poradzić...
Gdy zamknęła za sobą drewniane drzwi, z piersi duchownego wyrwało się
westchnienie ulgi. Pani, a raczej panna Hoddel była bardzo pobożną
kobietą, co do tego nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości. Kłopot
sprawiał otoczeniu jej wiecznie kwaśny humor, który oczywiście nie miał
nic wspólnego z pobożnością. Niestety, nikt nie jest doskonały, nawet
ja, pomyślał ksiądz Miles z lekkim uśmiechem. Pani Hoddel była starą
panną po sześćdziesiątce i z wielkim poświęceniem służyła Kościołowi, za
bardzo skromną sumę zajmując się plebanią i mieszkającymi tam księżmi.
Ludzie tacy jak ona byli prawdziwym błogosławieństwem, bez dwóch zdań.
Ksiądz Miles prosił Boga o cierpliwość. Błagał Go także o siłę i wybaczenie. Od chwili, kiedy ujrzał idącą przez ogród Celestrię Montague
w roztańczonej spódniczce w kropki, nie był w stanie przestać o niej
myśleć. Wyjął różaniec z kieszeni i zaczął powoli przesuwać drewniane
paciorki, cicho odmawiając dziesiątkę.
Bouncy (ang.) - skoczny (przypis tłum.) [wróć]
2
W rodzinie Monty'ego i Pameli Montague nie było ani jednej osoby, która
dostrzegłaby coś niezwykłego w lecie 1958 roku. W powietrzu nie
wyczuwało się choćby cienia niepokoju, niezadowolenia czy smutku. Nic.
Tego roku, jak zawsze, pojechali do Kornwalii na cały sierpień. Sezon
spotkań towarzyskich dobiegł końca, Londyn sprawiał wrażenie zmęczonego,
zakurzonego miasta, przypominającego w jakimś sensie wesołe miasteczko
tuż nad ranem, kiedy wszyscy wybawili się już do upadłego i rozeszli się
do domów. Monty nadal uważał Pendrift za swój dom, chociaż Pamela
nienawidziła tego miejsca.
- Jest strasznie zimno! - skarżyła się, mimo że w połowie sierpnia z nieba zwykle lał się żar, a Celestria i Harry byli opaleni na
czekoladowy brąz.
Może nie należało się dziwić, że tęskniła za letnimi miesiącami swego
dzieciństwa, które spędzała w Nantucket; może właśnie ta tęsknota
sprawiała, że Kornwalia zawsze wydawała jej się wilgotna, niezależnie od
pogody.
Rozsunęła zasłony i wpuściła do pokoju słoneczny blask, zirytowana, że
nadal jest jej zimno. Włożyła sweter i narzuciła ciepły szal na ramiona.
Miała nadzieję, że ksiądz już sobie poszedł. Nie znosiła Kościoła, a do
duchownych po prostu nie miała cierpliwości, ponieważ zawsze próbowali
nawracać zbłąkane owieczki. Pamela wierzyła tylko w rzeczy, których
mogła dotknąć, lecz nawet one często jej nie zadowalały. Spojrzała na
zegarek. Monty miał przyjechać wcześniej niż zwykle, bo całe dziesięć
dni spędził we Francji, doglądając jakichś spraw biznesowych. Dużo
podróżował, ale praca była pracą i Pamela musiała pogodzić się z jego
boleśnie długimi wyjazdami.
Zamyśliła się. Nikt nigdy nie powiedział złego słowa o Montym... Na
spisanie negatywnych określeń, jakie mamrotano pod jej adresem, nie
starczyłoby chyba słownika, ale Monty'ego wszyscy uwielbiali. We
wczesnej młodości był tryskającym energią najmłodszym dzieckiem,
beniaminkiem, o przydomku "Monty", który doskonale pasował do chłopca i przylgnął do niego tak skutecznie, że nikt poza matką praktycznie nie
pamiętał jego prawdziwego imienia Robert. Owdowiała starsza pani
Montague, Elizabeth, mieszkała teraz w osobnym domu na terenie majątku i przy każdej okazji odwiedzała syna i synową, aby trochę ponarzekać.
Trudno byłoby spotkać osobę bardziej niezadowoloną z życia niż Elizabeth
Montague. Cała rodzina co roku spodziewała się, że starsza pani nie
dożyje następnego lata, lecz Elizabeth nie zamierzała umierać, zupełnie
jakby się bała, że w niebie nikt nie będzie chciał słuchać jej wiecznych
skarg. Pozornie pozbawiona ciepłych uczuć, najmocniej z trojga swoich
dzieci kochała Monty'ego. Kiedy wchodził do pokoju, jej oczy rozjaśniał
blask miłości, a blade policzki oblewał lekki rumieniec. Można by
pomyśleć, że w postaci syna dostrzegała cień ukochanego zmarłego męża i znowu oddawała mu całe swoje serce.
Jako młodszy syn Monty był wolny od poważnej odpowiedzialności,
związanej z utrzymaniem Pendrift Hall. Ten obowiązek czternaście lat
wcześniej spadł na barki Archiego, który po śmierci ojca odziedziczył
majątek. Ciężki wysiłek przytłoczył go do tego stopnia, że ostatnio
coraz bardziej się garbił i na długie godziny znikał w swoim gabinecie,
gdzie nikt nie śmiał mu przeszkadzać. Archie Montague sprawiał wrażenie
pogodnego, łagodnego człowieka, ale pod cienką warstwą pozorów krył się
gwałtowny, wybuchowy temperament. Archie żył w ciągłym napięciu,
ponieważ musiał zajmować się ogromnym majątkiem i zatrudnionymi w nim
ludźmi, nie wspominając o trzech synach, którym trzeba było zapewnić
wykształcenie, oraz znanej ze skłonności do ekstrawagancji żonie.
Podczas gdy Monty zawsze robił, co chciał, Archie jako bardzo młody
człowiek musiał zgłębiać tajniki uprawy roślin i hodowli zwierząt oraz
zarządzania rodzinną posiadłością, którą jego pradziadek kupił w osiemnastym wieku. Archie harował u boku ojca, natomiast Monty wędrował
po świecie, szukając rozmaitych przyjemności w ciepłych krajach. Pewnego
dnia Monty niespodziewanie wrócił i poprosił ojca o pożyczkę na
zainwestowanie w uprawę trzciny cukrowej w północnej Brazylii. Archie
uważał ten pomysł za idiotyczny, ale Monty umiał radzić sobie z ludźmi i miał mnóstwo uroku osobistego, którym potrafił olśnić matkę i oczarować
ojca. W przeciwieństwie do biednego Archiego, Monty zawsze otrzymywał od
rodziców wyłącznie pochwały. Wszyscy poza nimi sądzili, że chłopak
postradał zmysły i zmarnuje cały majątek rodziny Montague, lecz rodzice
ślepo wierzyli w możliwości młodszego syna i nie chcieli słyszeć ani
słowa krytyki pod jego adresem. Monty wziął pieniądze i zniknął na cały
następny rok, a rodzina wstrzymała oddech. Po roku wrócił jako bogaty
człowiek i wszyscy odetchnęli z ulgą. Elizabeth triumfowała, a Ivan
otrzymał z powrotem całą sumę, którą pożyczył synowi, na dodatek z dużym
procentem. Później, słuchając tej historii, Pamela szczerze podziwiała
odwagę Monty'ego. Nigdy nie wyszłaby za tchórza ani za biedaka.
Teraz odwróciła się od okna i zeszła na dół, niosąc Poochiego na rękach
jak dziecko. Soames był w holu, zdejmował srebrne przedmioty z parapetu
kominka, aby oddać je do wypolerowania.
- Dzień dobry - odezwał się uprzejmie, skrywając irytację.
Miał nadzieję, że uda mu się nie natknąć na Pamelę, kiedy ta w końcu
zdecyduje się opuścić pokój, ale najwyraźniej tego dnia prześladował go
pech.
- Ach, Soames! Umieram z głodu. Proszę przynieść mi coś do jedzenia,
dobrze?
- Oczywiście, pani Bancroft Montague.
- Ksiądz już poszedł?
- Tak jest, ponad godzinę temu.
- Doskonale. Gdzie pani Julia?
- Na tarasie, z panią Penelope.
- A Celestria?
- Panna Celestria poszła na plażę z panienkami Lotty i Melissą. Panicz
Harry jest w lesie razem z kuzynami, zastawiają tam nowe pułapki.
- Dobrze... Poochi też chętnie coś przekąsi, najlepiej odrobinę kiełbasy...
Uwielbiasz kiełbaskę, prawda, skarbie? Och, tak, naturalnie...
Pamela potarła czubkiem nosa o łepek pieska. Soames szczerze współczuł
nieszczęsnemu zwierzakowi, ponieważ intensywny i ciężki zapach perfum
Pameli mógłby zwalić z nóg nawet konia.
Pamela wyszła przez otwarte drzwi na taras. Julia siedziała w cieniu,
trzymając między dwoma palcami zapalonego papierosa, i słuchała wykładu
Penelope na temat małżeństwa.
- Masz szczęście, Julio - mówiła Penelope. - Ciebie właściwie to nie
dotyczy, bo przecież masz samych synów, ale ja bez przerwy się
zamartwiam. Wszędzie dookoła dosłownie roi się od drani, którzy gotowi
są wykorzystać niewinne dziewczęta. Sęk w tym, że młode dziewczyny
uwielbiają łajdaków...
- Nie mam nic przeciwko draniom, chodzi tylko o to, aby byli bogaci -
oznajmiła Pamela, mrużąc oczy w blasku słońca.
Postawiła Poochiego na ziemi i z gracją usadowiła się na wyłożonej
poduszkami ławie.
- Czasami drań bywa nawet zabawny - dodała po chwili namysłu.
- Och, Pamelo! - zawołała Julia. - Mówisz to tylko dlatego, żeby się
trochę posprzeczać!
- I na pewno nie chciałabyś, żeby Celestria wyszła za mąż za jakiegoś
łobuza - dodała Penelope.
Pamela uśmiechnęła się lekceważąco, jak kobieta przekonana, że jej córka
w żadnym razie nie popełniłaby takiego błędu.
- Wydaje mi się, że Celestria posiada wszystkie cechy, pozwalające na
trzymanie drania w szachu.
Penelope spojrzała na Julię i przewróciła oczami.
- Chociaż zasadniczo to kobiecie dobrze robi, kiedy mężczyzna trzyma ją
w szachu - wyjaśniła swój punkt widzenia Pamela. - Na przykład Monty
nosi w sobie jakąś ulotną tajemnicę... Może mi się to nie podobać, ale
dzięki temu nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby porzucić go dla kogoś
innego!
Zanim zdążyła dodać coś więcej, od frontu domu dobiegł chrzęst żwiru pod
kołami zatrzymującego się samochodu. Biegający skrajem lasu Purdy także
usłyszał charakterystyczny dźwięk i pędem ruszył przez pole w stronę
domu, głośno ujadając. Drzwi wozu otworzyły się i zatrzasnęły. Chwilę
później na taras wkroczył Monty w zsuniętym na jedno oko kapeluszu
panama, z aktówką w ręku i "Daily Telegraph" pod pachą. Uśmiechał się, a jego gładka, mocno opalona twarz promieniała wesołością.
- Dzień dobry paniom! - rzekł, zdejmując kapelusz.
Podszedł do siedzącej na ławie żony i schylił się, aby ją pocałować.
- Dzień dobry, moje kochanie! - Roześmiał się. - Nie mógłbym wymarzyć
sobie lepszego dnia, bo nareszcie cię widzę!
Celestria wylegiwała się na plaży razem z kuzynkami. Był przypływ, lecz
morze wydawało się łagodne jak potężny lew po popołudniowej drzemce.
Mewy zataczały koła wysoko pod niebem, co jakiś czas przysiadając na
klifach otaczających wschodni kraniec plaży i dziobiąc kraby, jeśli te
okazały się na tyle głupie, żeby wypełznąć z oczka wodnego między
skałami. Słońce grzało mocno, więc dziewczęta były senne i rozleniwione.
Celestria odwróciła się na plecy i splotła ręce pod głową.
- Myślicie, że ksiądz Dalgleish nigdy nie uprawiał seksu? - spytała.
- Jasne że nie - odparła Melissa. - Skoro ta wizja nawiedziła go jako
małego chłopca, to po prostu nie miał czasu na seks...
- Ale chyba miał pokusy? - wtrąciła Lotty. - Nie jest przecież takim
staruchem jak ksiądz Hancock...
- Na pewno miał. - Celestria wciąż jeszcze czuła na sobie spojrzenie
młodego duchownego. - Sęk w tym, że najgorszy jest wróg, którego nie
znamy... Łatwiej walczy się z czymś, czego próbowaliśmy.
- Każdy ksiądz składa przysięgę czystości, której nie wolno mu złamać -
zauważyła Lotty. - Dla mężczyzny musi to być bardzo trudne. Ksiądz
Dalgleish sam powiedział, że ma słabości, podobnie jak wszyscy ludzie...
- Szkoda... - ciężko westchnęła Celestria. - Jest całkiem przystojny,
prawda?
- Nie udawaj, że rzeczywiście ci się podoba! - prychnęła Melissa.
- Celestria lubi wyzwania, to wszystko - zachichotała Lotty. - A nie ma
większego wyzwania niż zdobycie serca księdza...
- To byłoby okrutne - powiedziała poważnie Melissa. - Mam nadzieję, że
nigdy nie postąpiłabyś w tak nieodpowiedzialny sposób, moja droga...
Obie siostry wiedziały, że jeśli jakaś dziewczyna miałaby szanse
rozkochać w sobie księdza Milesa, to była nią właśnie Celestria.
- No, jeżeli prędko nie spotkam mężczyzny, który kompletnie mnie
oczaruje, całkiem niewykluczone, że mogłabym wypróbować księżulka,
choćby z nudów. Mam już trochę dosyć tego, że nigdy nic się tu nie
dzieje!
Usłyszały czyjś głos, wołający do nich z najwyższej części ścieżki,
wiodącej z domu na plażę. Uniosły głowy i zobaczyły Monty'ego, a za nim
Wilfrida, Sama i Harry'ego. Purdy gnał przed nimi, radośnie machając
ogonem. Pies uwielbiał wyprawy na plażę, ponieważ zawsze kojarzyły mu
się z zabawą. Tego popołudnia Monty i chłopcy postanowili zabrać go na
łódkę, za czym po prostu przepadał. Dziewczęta podniosły się z piasku i osłoniły oczy przed słońcem, patrząc na zbliżającą się grupkę.
Monty powitał córkę szerokim uśmiechem.
- Co tu knujecie, młode wiedźmy? - Zaśmiał się, całując rozgrzany
policzek Celestrii.
- Straszne rzeczy - odparła, puszczając oko do kuzynek.
- Chcecie się do nas przyłączyć? - spytał Monty.
W łodzi nie było miejsca dla tylu osób, ale jemu zawsze zależało, żeby
wszyscy byli zadowoleni.
- Za żadne skarby świata! - zawołała Celestria, patrząc na leżącą na
wydmie łódź.
Była to niewielka czerwona motorówka, wielka namiętność jej ojca. Monty
nadał jej nazwę "Princess". Zarówno żona, jak córka uważały, że zrobił
to na cześć jednej z nich, przy czym każda była głęboko przekonana, że
chodzi właśnie o nią.
- Byłybyście zachwycone, gdybyście chociaż raz spróbowały. - Pokiwał
głową. - Nie ma nic lepszego niż siedzenie na środku oceanu, skąd nie
widać nic poza wodą i niebem!
- Będziemy łowić ryby. - Harry z dumą wskazał wędkę.
Monty trzymał w ręku kubełek z żywą przynętą oraz wędki i podbieraki.
Celestria zajrzała do środka i cofnęła się gwałtownie, z obrzydzeniem
marszcząc nos.
- Nie pokazujcie mi tego obrzydlistwa! Zostaję tutaj, na suchym lądzie,
bo tu jest mi najlepiej!
- Chodźmy, chłopcy! - zachęcił Monty. - Bierzmy się do roboty, żeby
piraci nie musieli na nas długo czekać!
Wrzucił wędki i resztę sprzętu do łodzi, i z pomocą swojej załogi
zaciągnął ją do wody. Dziewczęta machały im z plaży. Silnik zakrztusił
się kilka razy, zaraz jednak złapał normalny rytm i Monty z chłopcami
oraz zachwyconym Purdym wypłynęli na ciemnoniebieskie wody.
Po paru chwilach dziewczyny widziały już tylko drobne kropki na
horyzoncie.
- Nie lubię morza - odezwała się Celestria. - Budzi we mnie niepokój...
- Nie żartuj! - zawołała Lotty. - Przecież nic nie może się im stać, bo
stryj Monty jest świetnym żeglarzem!
- Co z tego? - mruknęła Celestria. - Morze potrafi pokonać
najświetniejszych żeglarzy... Jedna sekunda i już po wszystkim...
Monty przyglądał się córce z łodzi. Jej smukła, elegancka sylwetka
przypominała mu młodą Pamelę. Stojąc, przybierały podobną pozycję -
opierały ciężar ciała na jednej nodze, z ręką na wysokości talii, co
podkreślało kobiecą linię biodra. Były do siebie bardzo podobne, chociaż
Celestria nie była tak twarda jak Pamela. Nie, jego córka wydawała się
miękka, miękka i elastyczna jak glina czekająca na ręce, które nadadzą
jej ostateczny kształt. Monty doskonale wiedział, że nie będą to jego
ręce. Nie miał na to szans. Za dużo czasu spędzał poza domem, w podróży,
starając się sprawnie żonglować wszystkimi piłeczkami naraz, zadowolić
wszystkich i spełnić wszystkie nadzieje, jakie pokładali w nim bliscy.
Chwilami gubił się w tych staraniach tak bardzo, że tracił poczucie, kim
naprawdę jest. Cóż, teraz nie powinien rozczulać się nad swoim losem...
Miał w łodzi trzech podekscytowanych chłopców, a dookoła ogromne morze,
pełne ryb i krabów do złowienia. Obserwował Celestrię, dopóki nie
wtopiła się w piasek i na moment jego serce, zwykle tak spokojne,
wypełniło uczucie żalu. Trudno, sprawy wymknęły mu się spod kontroli.
Nie był już wolnym człowiekiem i musiał zebrać plon, który posiał...
Utkwił wzrok w falach, zahipnotyzowany rytmicznym kołysaniem
ciemnozielonych mas wody.
Dla Celestrii punktem kulminacyjnym wakacji było urodzinowe przyjęcie
stryja Archiego pod koniec sierpnia. Julia co roku wydawała wielki bal w ogrodzie i zapraszała mnóstwo przyjaciół i znajomych. Wszyscy tańczyli
do białego rana w ogromnym namiocie, udekorowanym kwiatami ze szklarni,
oczywiście według pomysłu pani domu. Tym razem bal zapowiadał się
jeszcze wspanialej niż zazwyczaj, ponieważ Archie obchodził
pięćdziesiąte urodziny.
Celestria nie mogła się już doczekać tego dnia. Miała dosyć nudnego
życia na wsi i chciała wracać do miasta. Nie lubiła grać w tenisa.
Przyjemność polegająca na popisywaniu się długimi nogami w króciutkich
szortach trwała krótko, a sama gra nużyła dziewczynę i wydawała jej się
pozbawiona większego sensu. Nie znosiła też przesiadywania na tarasie z ciotkami i kuzynkami, które najchętniej plotkowałyby bez końca. Poranki
najczęściej spędzała na plaży z Bouncym. Niania była wdzięczna, że
Celestria dotrzymuje jej towarzystwa, ona zaś patrzyła, jak chłopczyk
buduje zamki z piasku i kopie fosy łopatką. Celestria rozumiała,
dlaczego jej matka bardzo kocha Harry'ego - uważała, że mali chłopcy
mają władzę nad sercami kobiet. Dopiero później miała się dowiedzieć, iż
nie tracą jej nawet wtedy, gdy dorastają.
Lato dobiegało końca, do urodzinowego balu został już tylko tydzień.
Celestria spędzała wieczory z książką w małym, uroczym zakątku, znanym
jako "ogródek Penelope", ponieważ kiedy jej ciotka była dzieckiem,
niania zawsze zostawiała ją tam w wózku na popołudniową drzemkę.
Celestria leżała właśnie wygodnie na trawie, pochłonięta lekturą Zatoki
Francuza Daphne Du Maurier, gdy z otwartego okna biblioteki dobiegł ją
głos ojca. Monty rozmawiał z Julią, która chyba płakała.
- Ma straszne kłopoty... Och, dużo bym dała, żeby nie obarczać cię tymi
problemami, kochany Monty, ale nie wiedziałam już, do kogo się zwrócić...
- Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się na tę rozmowę - powiedział
Monty.
- Jesteś takim dobrym człowiekiem...
Julia podkreśliła wyraz "dobrym", jakby miała ochotę zasugerować, że
Pamela nie może się równać ze swoim mężem. Celestria wiedziała, że jej
stryjenka właśnie to miała na myśli.
Julia ciężko westchnęła. Celestria podniosła się cicho, oparła o mur i ostrożnie zajrzała do pokoju. Czuła się trochę jak szpieg.
Ojciec palił cygaro, stojąc pod oknem w przeciwległej ścianie. Jego
głos, mocny i spokojny, wyraźnie koił nerwy przygnębionej Julii.
- Dochody z gospodarstwa były całkiem niezłe - podjęła Julia, lekko
pociągając nosem. - Ale wiesz, jaki jest Archie, zawsze lubił grać na
giełdzie. Uznał, że trzymanie wszystkich oszczędności w jednym koszyku
nie jest rozsądne i postanowił zainwestować w obligacje...
Monty skinął głową.
- Obligacje nie przyniosły żadnych zysków. Potem Archie kupił trochę
ziemi od Toma Pritchetta, którego farma graniczy z naszą posiadłością,
zapożyczył się i teraz ma problemy ze spłacaniem rat. Chyba wziął
pożyczkę na zbyt wysoki procent, a do tego dochodzą jeszcze podatki i wszystko to razem...
Julia przerwała, ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.
Celestria była przerażona. Czuła się okropnie, patrząc na Julię, zawsze
tak pogodną, a teraz pogrążoną w rozpaczy. Nie miała pojęcia, że stryj i jego żona wpadli w finansowe tarapaty, zaraz pomyślała jednak, że ojciec
na pewno im pomoże. Monty miał mnóstwo pieniędzy.
Monty przeszedł przez pokój i usiadł obok Julii.
- Wszystkim się zajmę - powiedział. - Po pierwsze, pozwól mi pokryć
wszystkie koszty urodzinowego przyjęcia, dobrze? Doskonale wiem, ile
kosztują takie imprezy. Zrobię to z prawdziwą przyjemnością, ale musisz
zachować całą rzecz w tajemnicy. Za nic nie chciałbym, żeby Archie
dowiedział się o wszystkim, bo to bardzo dumny człowiek...
- Oddam ci te pieniądze, co do grosza.
- Potraktuj to jako prezent, moja droga. Ostatecznie spędzam tu z rodziną każde lato, więc pozwól mi odwdzięczyć się przynajmniej w ten
sposób.
Julia wyprostowała się, wzięła głęboki oddech i osuszyła oczy
chusteczką.
- Dziękuję ci, Monty. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś jak
rycerz w lśniącej zbroi, zawsze szlachetny i gotowy pomóc... Co byśmy bez
ciebie zrobili? Jak to dobrze, że mamy kogoś takiego jak ty...
- Wspaniała z ciebie kobieta, Julio. Idealna żona i matka. Naprawdę
cieszę się, że zechciałaś zwrócić się z tym do mnie.
- Archie byłby wściekły, że robię to za jego plecami, ale ja wiem, że
stoimy pod ścianą. Nie mogę już patrzeć, jak się zadręcza... Jest
przygnębiony, przytłoczony, zupełnie jakby cały czas dźwigał wór pełen
okropnych trosk i zmartwień... Na początku naszego małżeństwa był zupełnie
inny... - Przez twarz Julii przemknął leciutki uśmiech. - Oczywiście w młodości każdemu wydaje się, że jest niezwyciężony... Archie myślał, że
odziedziczy Pendrift dopiero po wielu, wielu latach, już jako starszy
człowiek, i z całą pewnością nie zdawał sobie sprawy, że to taki ciężar...
Wszyscy wyobrażaliśmy sobie, że Ivan będzie żył wiecznie. Archie czasami
łatwo traci panowanie nad sobą, ale mnie wcale to nie przeszkadza.
Niepokoi mnie tylko jego milczenie. Wolałabym już, żeby miotał się jak
wściekły, niż całymi godzinami przesiadywał w gabinecie, ledwo żywy ze
zmartwienia. Kiedy ogarnia go taki nastrój, nie potrafię do niego
dotrzeć... - Julia westchnęła i oparła dłoń na ramieniu szwagra. - Kocham
go całym sercem, naprawdę... I chcę tylko, żeby wrócił do mnie tamten
dawny Archie, mój najlepszy przyjaciel... Wiem, że rozumiesz, o co mi
chodzi.
- Rozumiem, możesz mi wierzyć. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby
wam pomóc.
- Obiecuję, że nigdy więcej nie poproszę cię o pożyczkę...
- Możesz prosić tak często, jak uznasz to za konieczne. Jesteśmy
rodziną, a rodzina musi trzymać się razem.
Gdy w holu rozległ się jakiś hałas, Julia poderwała się i wygładziła
bluzkę.
- Boże, to niania z Bouncym, wrócili właśnie z plaży... - W drzwiach
odwróciła się jeszcze i rzuciła Monty'emu pełen wdzięczności uśmiech. -
Nasza tajemnica, tak? - powiedziała cicho.
Celestria została pod oknem. Widziała, jak ojciec siada na kanapie i zakłada nogę na nogę. Dalej palił cygaro, bawił się nim, przekładając je
między palcami i wpatrywał się w wiotkie zawijasy dymu. Błądził myślami
gdzieś daleko, jego twarz była niezwykle poważna, wręcz skupiona.
Celestria z niepokojem pomyślała, że jego oczy mają ponury wyraz.
Wyglądał zupełnie inaczej niż zawsze. Nagle poczuła się nieswojo, jakby
naprawdę go szpiegowała. Niepotrzebnie podkradła się do okna,
niepotrzebnie podsłuchiwała... Szybko cofnęła się, usiadła na trawie,
podniosła książkę i po paru chwilach zapomniała o rozmowie Julii z ojcem.
Nie czytała, znowu myślała o zbliżającym się balu. Miała do wyboru dwie
suknie - jedną z jasnobłękitnego jedwabiu, która podkreślała kolor jej
oczu, i drugą, ciemnoróżową z elegancką czerwoną szarfą, w której
wyglądała na wręcz niewiarygodnie szczupłą w talii. Decyzja była
naprawdę trudna... Julia zaprosiła przecież braci Wilmotte, którzy zawsze
spędzali wakacje w pobliskiej posiadłości Rock, a o ile dobrze
pamiętała, Dan Wilmotte był dość atrakcyjnym młodzieńcem.
3
Celestria powinna była zauważyć, że sprawy nie układają się tak, jak
należy. Reperkusje problemów Archiego miały dotknąć ich wszystkich w sposób, o jakim nawet jej się nie śniło, była jednak młoda i samolubna,
i potrafiła myśleć wyłącznie o balu. Jej suknie wisiały w szafie,
podobne do magicznych płaszczy, zdolnych w jednej sekundzie przenieść ją
do lśniącej kryształami i rozjarzonej żyrandolami sali balowej, gdzie
mężczyźni w eleganckich strojach przyglądali się jej z uwielbieniem, a kobiety z zawiścią. Do świata, gdzie dźwięki muzyki odbijały się od
lustrzanych ścian i szampan czekał w kieliszkach na wysokich nóżkach.
Celestria miała dwadzieścia jeden lat i bardzo pragnęła się zakochać.
Julia zajęła się przygotowaniami do urodzinowego przyjęcia, dokładnie
jak co roku, i nikt nigdy by nie zgadł, że pod uśmiechem ukrywała
dławiący niepokój. Do Pendrift przyjechała ciężarówka z kilkoma ludźmi,
którzy rozstawili wielki namiot, a pracownicy firmy cateringowej zaczęli
zwozić skrzynie z kieliszkami i zastawą stołową. Celestria z wielkim
podnieceniem przyglądała się, jak powoli w ogrodzie powstaje świat z jej
marzeń. Bal nie zapowiadał się na tak wyrafinowany jak niektóre
londyńskie imprezy, ale spragnionej rozrywki dziewczynie bynajmniej to
nie przeszkadzało. Wiedziała, że mnóstwo ludzi będzie podziwiać jej
urodę i że przetańczy całą noc z Danem Wilmotte'em, niezależnie od tego,
jaką kreację wybierze. Wreszcie coś się miało wydarzyć w tym sennym
zakątku Kornwalii. Pomyślała, że może nawet wreszcie się zakocha, kto
wie... Matka zawsze powtarzała, że miłość przychodzi w najmniej
spodziewanym momencie.
Lotty i Melissa były równie podekscytowane jak Celestria i musiały
zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, jakim było znalezienie męża. Lotty,
obdarzona przez naturę długimi, kasztanowymi włosami była ładniejsza niż
Melissa, ale, jak z okrutną arogancją ujmowała to Pamela, "w królestwie
ślepców królem jest jednooki". Żadna z sióstr nie olśniewała urodą.
Podobnie jak większość Angielek, obie miały owalne twarze o słabych,
drobnych podbródkach i wodniście niebieskie oczy, odziedziczone po
matce, Penelope. Pamela mawiała, że takie twarze są "jajowate". Jajowate
twarze bywały oznaką arystokratycznego pochodzenia, chociaż oczywiście w przypadku Lotty i Melissy wcale tak nie było. Milton miał wyrazistą,
przystojną twarz, duże oczy i zdecydowany podbródek - te cechy
odziedziczył szczęśliwy David, razem z wysokim wzrostem i atletyczną
budową ciała. Szkoda, że jego córki miały pecha i urodziły się podobne
do matki, myślała Celestria. Pamela była skłonną do dramatyzowania
egocentryczką, ale przynajmniej obdarzyła Celestrię piękną twarzą.
W dzień balu Celestria z samego rana uciekła na plażę, aby uniknąć
pomagania Julii przy kwiatach. Melissa miała zbyt dobre serce, żeby
ukryć się razem z kuzynką, Celestria zdołała jednak namówić Lotty.
Dziewczęta leżały w słońcu na kąpielowych ręcznikach, natomiast Bouncy
kopał dół w piasku z nianią, a starsi chłopcy grali w krykieta z Purdym.
Celestria miała na sobie białe szorty i zawiązaną na supeł pod biustem
turkusową bluzkę koszulową, w zestawieniu z nią jej szare oczy wydawały
się błękitne. Lotty ubrana była w białe spodnie - nie lubiła odsłaniać
raczej krótkich i umięśnionych jak u kucyka nóg - a kapelusz z szerokim
rondem osłaniał jasną, usianą piegami cerę.
- Jesteś pewna, że nie powinnyśmy wrócić do domu i pomóc w przygotowaniach? - spytała, lekko marszcząc brwi.
Celestria przeciągnęła się leniwie.
- Przeszkadzałybyśmy tylko... Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść,
wiesz, jak to jest... Poza tym ktoś musi przecież pilnować chłopców, bo
niania nie widzi nikogo poza Bouncym...
- Jak my wszyscy... - westchnęła Lotty. - Bardzo chciałabym mieć dziecko...
- Najpierw musisz znaleźć sobie męża - Roześmiała się Celestria. - Czy
też może ciocia Penelope nie tłumaczyła ci, skąd się biorą dzieci?
Twarz Lotty rozjaśnił lekki uśmiech.
- Umiesz dochować tajemnicy, prawda?
- Przecież wiesz... - Celestria podniosła się na łokciu i zmierzyła
kuzynkę uważnym spojrzeniem.
- Nie mówiłam o tym nawet Melissie...
- Och, Melissa na pewno zaraz wygadałaby wszystko waszej mamie!
- Więc mogę ci zaufać?
- Jasne!
Lotty zastanawiała się chwilę.
- Jestem zakochana - powiedziała w końcu, podnosząc na Celestrię
błyszczące szczęściem oczy. - Naprawdę i szczerze...
- W kim? Znam go?
- Na tym właśnie polega problem... To nie jest ktoś zbyt odpowiedni...
- Nie z dobrej rodziny? - Celestria była zaskoczona i jednocześnie
zaintrygowana. - Nowobogacki?
Uważała, że jeśli kandydat na męża jest bogaty, jego pochodzenie nie ma
wielkiego znaczenia.
- Nie jest bogaty - odparła Lotty. - To pianista.
- Francis Browne! - wykrzyknęła triumfalnie Celestria.
Lotty spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Skąd wiedziałaś?
- To twój nowy nauczyciel muzyki. Mama zastanawia się, czy zwolnić starą
panią Gilstone i zatrudnić Browne'a, co dla mnie byłoby prawdziwym
błogosławieństwem, bo pani Gilstone ma cuchnący oddech. Twoja mama mówi,
że Francis jest naprawdę dobry, a teraz okazuje się, że chyba aż za
dobry!
- Jest utalentowany, wrażliwy i miły... - Rozświetlona miłością twarz
Lotty wyglądała prawie pięknie.
- O, mój Boże... I jesteś zakochana z wzajemnością, jak sądzę?
- Tak. Francis chce się ze mną ożenić.
- Zawsze możecie uciec! To bardzo romantyczne rozwiązanie, poza tym
wydaje mi się, że ludzie tacy jak on często decydują się na ucieczkę z ukochaną...
- Mama i tata umarliby ze wstydu! - zawołała Lotty. - Nie mogłabym im
tego zrobić!
- Cóż, nie można mieć wszystkiego... Jest przystojny?
- Bardzo. Ma jasne włosy, wąski nos i najpiękniejsze brązowe oczy na
całym świecie. Nazywa mnie "Afrodytą"...
- Jakże by inaczej... Pocałował cię już?
Policzki Lotty powlokły się buraczkowym rumieńcem.
- Tak... Ale tylko jeden raz. Nie mogę się już doczekać, kiedy wrócimy do
Londynu i wreszcie się z nim zobaczę. Tutaj Francis nie może do mnie
nawet pisać, ponieważ mama natychmiast wszystko by odkryła. Mama chce,
żebym wyszła za Eddiego Richmonda.
- Bo jest bogaty i odziedziczy majątek ojca w Northumberland!
- Eddie jest bardzo sympatyczny, ale mnie po prostu nie wydaje się
atrakcyjny...
O atrakcyjności mężczyzny decyduje coś więcej niż kształtny podbródek! -
parsknęła Celestria, ale Lotty nawet się nie uśmiechnęła. - Eddie ma
ładne oczy, to prawda, no i odrobinę wystające przednie zęby, przez co
wygląda trochę jak królik, za to jest nieprzyzwoicie bogaty! Stoisz
przed wyborem - miłość albo pieniądze. Paskudna sprawa...
- Nie stoję przed żadnym wyborem, ponieważ moim zdaniem liczy się tylko
miłość. Mamy jednak spory problem z mamą...
- Rzeczywiście spory, nie da się ukryć!
- Żyjemy w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku... - Lotty
westchnęła. - Dziewczyna powinna mieć prawo poślubić człowieka, który
jej się podoba. Minęło już trochę czasu, odkąd Emmeline Pankhurst i jej
zwolenniczki przykuwały się do żelaznych ogrodzeń...
- Jeżeli wyjdziesz za Francisa Browne'a, wszystkie będziemy uczyć się
gry na fortepianie za darmo - zakpiła Celestria.
- Nie żartuj sobie! Będziemy musieli policzyć ci podwójną stawkę, żeby
mieć z czego żyć! Rodzice na pewno mnie przecież wydziedziczą...
- Och, nie sądzę! Mogłoby być gorzej, mogłabyś zakochać się w księdzu
Dalgleishu!
Lotty roześmiała się głośno.
- To byłoby wbrew moim zasadom i mam nadzieję, że także wbrew twoim!
Od morza powiał nagle lodowaty wiatr i Celestria zadrżała. Na horyzoncie
zaczęły gromadzić się fioletowe chmury, niania wyjęła z kosza sweter dla
Bouncy'ego. Malec odgadł jej intencje i truchcikiem ruszył przed siebie
w stronę morza. Wiatr porwał jego śmiech, jakby był to słaby, wysoki
krzyk mewy. Fale wydawały się duże i rozwścieczone, waliły w brzeg jak
pazury potężnego lwa. Bouncy upuścił łopatkę, którą natychmiast poderwał
z piasku rozochocony Purdy. Niania sztywno podniosła się z koca i pośpieszyła za malejącą w oddali drobną postacią. Celestria i Lotty
patrzyły z przerażeniem, jak Bouncy biegnie coraz szybciej, głuchy na
przybierający na sile ryk fal. Tylko Purdy wypuścił z pyska łopatkę i zaczął ujadać, wyraźnie przestraszony.
Chłopczyk dotarł do linii bijących o brzeg fal i nagle się zatrzymał.
Odwrócił się, poszukał wzrokiem niani i rozpłakał się. Pod ciemniejącym
niebem morze wyglądało jeszcze groźniej niż przed chwilą. Niania
dobiegła, chwyciła Bouncy'ego za rękę i ostro skarciła go za ucieczkę.
Mały zalał się łzami.
- Nie umiesz pływać! - tłumaczyła mu niania, kiedy oboje na chwilę
przystanęli obok dziewcząt. - Morze jest niebezpieczne dla takich
maluchów jak ty!
- Dzięki Bogu, że nic mu się nie stało - szepnęła Lotty do kuzynki. -
Śmiertelnie się przestraszyłam.
- Niania także! - mruknęła Celestria. - Zobacz, jest zupełnie zielona...
Odwróciła się twarzą do Lotty, dygocząc z zimna i zdenerwowania.
- Nie podejmuj pochopnych decyzji - powiedziała. - Jakoś nie wyobrażam
sobie, żeby brak pieniędzy mógł być zabawny, a już na pewno nie jest
romantyczny... Wychowałaś się w zamożnym domu, jesteś przyzwyczajona do
tego, że niczego ci nie brakuje... Z kimś takim jak Eddie Richmond
miałabyś dobre, wygodne życie. Z czasem może nawet byś go pokochała...
Lotty potrząsnęła głową.
- Jak na tak egocentryczne stworzenie, czasami udzielasz bardzo
rozsądnych rad!
- Kiedyś kobiety wychodziły za mąż dla majątku, a po ślubie brały sobie
kochanków. Moim zdaniem to wyjątkowo rozsądne rozwiązanie, nie uważasz?
- Ale częściej gadasz bzdury! - zirytowała się Lotty. - Małżeństwo to
święty sakrament, moja droga! Składasz przysięgę przed Bogiem, prawda?
Kiedy stanę przed ołtarzem, przysięgnę Bogu kochać męża całym sercem!
Zdrada małżeńska jest dla mnie poza wszelką dyskusją i ty też powinnaś
tak o tym myśleć!
- Skąd ja biorę te wszystkie okropne pomysły? - zastanowiła się
Celestria z łobuzerskim uśmiechem.
- Pewnie od twojej matki... Przecież to Amerykanka!
Niania otrzepała Bouncy'ego z piasku, osuszyła łzy malca i włożyła mu
granatowy sweterek.
- Robi się zimno - poskarżył się Harry. - Wracamy do lasu, sprawdzić
pułapki na szczury.
- Na pewno kilka się złapało! - entuzjazmował się Wilfrid. -
Podprowadziliśmy mamie najlepszy cheddar, żeby skusić te paskudy!
- I namoczyliśmy ser w whisky mojego taty - zachichotał Harry.
Wszyscy trzej wyglądali na bardzo zadowolonych z siebie, zupełnie jak
banda triumfujących złodziejaszków.
- Chodźcie już! - zawołał Sam, ruszając biegiem prowadzącą do domu
ścieżką.
- My też pójdziemy już do domu - powiedziała niania do Bouncy'ego. - Po
tym wszystkim dobrze ci zrobi kubek gorącego mleka. Nie poskarżę się
pani Julii, że mi uciekłeś, bo tylko by się zmartwiła. Nie bardzo mi się
podoba, że mieszkamy tak blisko morza...
Twarz starszej kobiety wydawała się pomarszczona i blada, wiatr szarpał
wymykające się spod szpilek pasma siwych włosów.
- Znałam kiedyś człowieka, który się utopił - podjęła. - Znaleźli jego
ciało dopiero po tygodniu, to znaczy znaleźli to, co z niego zostało...
Paskudna sprawa, słowo daję. Bardzo dobrze pływał, ale to go nie
uratowało, o, nie... Biedak... No, Bouncy, wyrzuć ten wodorost, przecież to
strasznie brudne!
Dziewczęta poszły przodem, ponieważ ścieżka była wąska, a Bouncy trzymał
nianię za rękę.
- Myślisz, że niania dogoniłaby Bouncy'ego, gdyby sam się nie zatrzymał?
- zapytała cicho Lotty.
- Nie - odparła Celestria. - I nie wydaje mi się, żeby niania przeżyła
kąpiel w tej lodowatej wodzie... Oboje by utonęli.
- Może powinnyśmy powiedzieć ciotce Julii? - Lotty była wyraźnie
wstrząśnięta tym, co widziała.
- Nie. Bouncy nie ucieknie więcej niani, bo naprawdę mocno się
wystraszył. Poza tym mój tata i twoja mama dorośli pod jej opieką i nigdy nic im się nie stało, prawda?
- Niania była wtedy młodsza - mruknęła Lotty.
Po chwili dotarły do gwarnego, pełnego ludzi domu. Przeistoczona w prawdziwego żandarma Julia ostrym tonem wydawała polecenia małej armii
pomocników. Namiot był już rozpięty, podłoga wysłana dywanami, na
przykrytych białymi obrusami stołach piętrzyły się talerze, kieliszki i szklanki. Z kuchni napływały smakowite zapachy. Purdy oblizał się kilka
razy i pobiegł do drzwi. Milton i Monty wnosili do namiotu krzesła,
David wypisywał tabliczki do zawieszenia na drzwiach toalet, a Melissa z matką pomagały Julii układać kwiaty. Lotty od razu zgłosiła się do
pomocy, przepraszając, że nie zrobiła tego wcześniej. Celestria
wiedziała, że tej sytuacji może liczyć tylko na Pamelę, która z pewnością trzymała się z daleka od wszystkich pożytecznych zajęć. Kiedy
zapytała o matkę, ojciec powiedział, że Pamela nie najlepiej się czuje i odpoczywa z książką w saloniku. Celestria nie zamierzała pozwolić, by
zaprzągnięto ją do roboty, oświadczyła więc, że sprawdzi, czy matce nic
nie dolega.
W holu minęła ponurego Harry'ego.
- Nie było żadnych szczurów? - zagadnęła pogodnie.
- Muszę pomóc cioci Julii - odrzekł chłopiec.
- Cóż, jesteś mężczyzną, a dziś każda para silnych rąk jest na wagę
złota!
- A ty gdzie idziesz?
- Och, ja także muszę pomagać - skłamała pośpiesznie. - Ciocia
potrzebuje nici, bo w namiocie zrobiła się dziura...
Przewróciła oczami, aby przekonać Harry'ego, że jest równie zniechęcona
jak on i ruszyła na poszukiwanie matki.
Pamela leżała na sofie, ze stopami opartymi na trzech poduszkach, obok
na stoliku stała filiżanka gorącej herbaty. W pokoju rozbrzmiewały
kojące dźwięki muzyki klasycznej, pekińczyk drzemał z głową opartą o kolana pani, jej długie białe palce głaskały jego sierść.
- Poochiego bardzo denerwuje całe to zamieszenie - oświadczyła Pamela,
kiedy Celestria stanęła w drzwiach. - Dom przypomina dworzec kolejowy w godzinach szczytu, a Poochi nienawidzi dworców! Masz takie zaróżowione
policzki, dziecko, gdzie ty byłaś?
- Na plaży.
- Przy tej pogodzie?
- Och, mamo, wcale nie jest zimno!
- Cały ojciec! Dla mnie szare chmury, mżawka i wiatr to po prostu
rozpacz w kratkę. Nie wyobrażam sobie, jak można w taki ziąb siedzieć na
plaży!
- Na razie nie pada.
- Ale lada chwila będzie! Tylko popatrz na te kłębiące się chmurzyska!
Zimno mi się robi na sam ich widok... Może posiedzisz tu trochę ze mną, bo
potwornie mi się nudzi...
Celestria opadła na fotel.
- Zadzwoń po Soamesa - powiedziała Pamela, ciaśniej otulając się białym
kaszmirowym swetrem. - Niech rozpali w kominku...
Celestria poszukała wzrokiem dzwonka.
- Nie ma tu dzwonka? - skrzywiła się Pamela. - Więc biegnij i zawołaj
go, skarbie, zanim twoja nieszczęsna matka umrze z zimna...
Dziewczyna nie miała ochoty wracać do holu, gdzie ktoś w każdej chwili
mógł ją poprosić o pomoc, wiedziała jednak, że Pamela nie zrezygnuje
łatwo, zachowała się więc w sposób najzupełniej nietypowy i sama
schyliła się, żeby rozpalić ogień. Pamela była przerażona.
- Nie rób tego, kochanie! Wybrudzisz się tylko i zniszczysz sobie
paznokcie! Idź po Soamesa, naprawdę, on sobie poradzi z tym w mgnieniu
oka! Ostatecznie po to ma się służbę! Daj spokój, skarbie, posłuchaj
mnie...
Ale Celestria przyklęknęła już przed kominkiem i zapaliła małe kulki z gazety, które Soames powtykał pod szczapy. Nie było to trudne zadanie.
Drewno okazało się suche i natychmiast rozgorzało jasnym płomieniem,
obyło się więc bez brudnych rąk i połamanych paznokci. Celestria
podniosła się i triumfalnie popatrzyła na ogień.
- Nie mam pojęcia, dlaczego jesteś taka zadowolona z siebie, moja droga.
- Pamela lekko wydęła wargi. - Dama nie powinna wykonywać prac, które
należą do mężczyzn.
- Nie chcę, żeby złapała mnie ciotka Julia - wyjaśniła Celestria,
wracając na fotel. - Byłabym wykończona już przed rozpoczęciem balu...
- Bardzo słusznie, skarbie, trzeba pozwolić, żeby inni zajęli się ciężką
pracą... Gdzie kucharek sześć, i tak dalej, sama wiesz... Zdecydowałaś się
już, którą sukienkę włożysz? Mówiłam ci, żebyś wzięła ze sobą jeszcze ze
dwie, miałabyś większy wybór. Zamarzniesz w tych lekkich szmatkach.
- Chyba włożę różową - odparła Celestria. - Jestem dziś w różowym
nastroju...
- Trzeba będzie upudrować ci trochę policzki, bo jesteś zbyt rumiana. Ta
kornwalijska pogoda nie wpływa zbyt dobrze na cerę.
- Leżałyśmy z Lotty na słońcu...
- Mam nadzieję, że Lotty nie zapomniała o kapeluszu! Przecież ta
dziewczyna jest okropnie blada!
- Nie, nie zapomniała. Ale wiesz co? Lotty się zakochała!
Oczy Pameli rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Czy to ktoś odpowiedni?
- Absolutnie nie!
- Jak to? Kto to taki?
- Nie mogę ci powiedzieć, mamo, bo złamałabym słowo.
Pamela skrzywiła się z rozczarowaniem.
- Mogę ci tylko zdradzić, że to zupełnie zwyczajny chłopak...
- Zwyczajny?
- Nie z naszej klasy.
Na ustach Pameli Bancroft Montague wykwitł leciutki i bardzo złośliwy
uśmieszek.
- Ojej... - westchnęła z wyraźnym zadowoleniem. - Ciekawe, co powie na to
Penelope.
- Ciotka Penelope chce, żeby Lotty wyszła za...
- Edwarda Richmonda, wiem - dokończyła Pamela. - Edward byłby doskonałą
partią dla Lotty. Ostatecznie dziewczyna nie ma urody jak z obrazka, ale
z Edwarda także nie jest żaden Adonis. Są dokładnie na tym samym
szczeblu łańcucha pokarmowego.
- Łańcucha pokarmowego? Co masz na myśli?
Pamela przestała gładzić sierść Poochiego i zamyśliła się.
- To, że Lotty nie jest ani panterą, ani tygrysicą, prawda? -
powiedziała. - Najbardziej przypomina sarnę, słodką i łatwowierną. Znamy
mnóstwo ludzi w tym typie. Edward nie jest ani lwem, ani gepardem,
należy raczej do zwierząt stadnych, przeciętnych i niezbyt oryginalnych.
Moim zdaniem to zwykły jeleń.
- Niezła teoria, mamo! A ja? Kim ja jestem?
- Ty, mała? Lwicą, oczywiście, i powinien interesować cię tylko lew.
Znajdujesz się na samym szczycie łańcucha pokarmowego, więc w żadnym
razie nie powinnaś wychodzić za bawoła, łasicę czy nawet ogiera.
- Krótko mówiąc, chodzi o połączenie urody, klasy i inteligencji, tak?
- Tak jest. Nie jesteś zwierzęciem stadnym. Masz urodę i grację, które
odróżniają cię od reszty i chociaż nie jesteś córką księżnej, posiadasz
wszystkie cechy, jakie mogą zapewnić ci tak wysoką pozycję.
- Brak mi tylko jajowatej twarzy! - parsknęła śmiechem Celestria.
- To po mnie odziedziczyłaś ten zdecydowany podbródek.
Kiedy Monty wszedł do saloniku, jego żona i córka z wielkim rozbawieniem
robiły przegląd całej rodziny, sprawnie rozmieszczając wszystkich jej
przedstawicieli na odpowiednich szczeblach łańcucha pokarmowego. Długą
chwilę przyglądał im się z pobłażliwym uśmiechem.
- Kim jest tata? - spytała Celestria.
Pamela zmrużyła oczy.
- Gepardem - powiedziała niskim, nieco zachrypniętym głosem. -
Najszybszym zwierzęciem na świecie...
- A ty, najdroższa, jesteś białą tygrysicą, pięknym i bardzo, bardzo
rzadko spotykanym okazem - rzekł Monty. - Więc to tutaj się ukryłaś! -
zwrócił się do Celestrii. - Teraz możesz już spokojnie wyjść. Wszystko
gotowe, Julia poszła wziąć kąpiel. Myślę, że też powinnaś to zrobić.
- Może spotkam dziś mojego lwa - rzuciła Celestria, podnosząc się z fotela.
- Nawet nie patrz na inne zwierzęta, skarbie - przestrzegła ją matka. -
Ja nie popełniłam takiego błędu.
- Rozpaliłam porządny ogień, prawda? - Celestria uśmiechnęła się do
ojca.
- Sama to zrobiła, głupie dziecko! - wyjaśniła Pamela.
Monty postanowił pominąć milczeniem fakt, że jest jeszcze lato.
- W tym roku zapakowałam do walizki moją etolę z norek - dodała Pamela.
- Włożę ją dziś wieczorem...
- Może odstraszysz w ten sposób wszystkie zwierzęta podrzędnego rodzaju
- zażartował Monty.
Och, mama nie potrzebuje futrzanej etoli, żeby to zrobić! - zaśmiała się
Celestria. - Zwierzęta z niższych szczebli łańcucha pokarmowego bez
trudu rozpoznają tygrysicę!
4
Celestria stała przy oknie i patrzyła na zachodzące słońce. Dni powoli
stawały się coraz krótsze, lato wycofywało się w popłochu przed
nadgorliwą jesienią. Światło miało bursztynową barwę, było miękkie,
ciepłe i w jakiś sposób smutne. Pod zachmurzonym, ciemniejącym niebem
morze lśniło jak wielki miedziany arkusz. Jak na złość, akurat tego
wieczoru siąpił lekki deszczyk. Celestria z podnieceniem pomyślała, że
ciemne chmury zapowiadają może nawet burzę. Wyobraziła sobie, jak
przytula się do Dana Wilmotte'a, podczas gdy po niebie przetacza się
głuchy grzmot. Morze było złowrogo spokojne, zupełnie jakby wstrzymywało
oddech przed nawałnicą.
Popatrzyła na swoje odbicie w lustrze i uśmiechnęła się z zadowoleniem.
Różowa suknia wyglądała olśniewająco, zwłaszcza w zestawieniu z brylantami Pameli. Celestria wyprostowała się, podziwiając leciutko
błyszczącą od olejku skórę na nagich ramionach. Nie miała cienia
wątpliwości, że przyćmi wszystkie inne kobiety. Interesuje mnie tylko
lew, pomyślała. Melissa może zadowolić się bawołem albo jeleniem, ale
nie ona. Biedna Lotty, dlaczego musiała zakochać się w nieodpowiednim
mężczyźnie... Celestria była pewna, że sama nigdy nie popełni takiej
pomyłki.
Została w swoim pokoju do chwili, kiedy cała rodzina zeszła już na dół.
Uwielbiała mocne wejścia. Słyszała dobiegające z salonu głosy, szmer
rozmów, co jakiś czas przerywanych wybuchami śmiechu. Powoli zaciągnęła
zasłony. Niebo przybrało ciemnofioletowy kolor i wyglądało jak rozległy
siniak, morze budziło się przed nadchodzącą burzą. Zamykając za sobą
drzwi, Celestria usłyszała stukot pierwszych kropli deszczu o parapet.
Gwar stawał się coraz intensywniejszy. U szczytu schodów Celestrię
powitał Poochi i silny zapach tuberozy. Mogło to oznaczać tylko jedno -
Pamela także postanowiła zaczekać z wejściem do ostatniej chwili. Na
widok córki twarz Pameli rozjaśnił promienny uśmiech.
- Och, skarbie, wyglądasz przepięknie! - zawołała, mierząc Celestrię
pełnym podziwu spojrzeniem.
W córce widziała wielką piękność, jaką sama kiedyś była, a także coś w rodzaju medium, dzięki któremu zawsze mogła wracać do lat młodości.
- Rzucisz ich wszystkich na kolana - dodała z satysfakcją.
- Ty też wyglądasz ślicznie - odparła szczerze Celestria, chociaż słowo
"śliczna" było niewątpliwie zbyt słabym określeniem wielkiej urody
matki.
Pamela Bancroft Montague miała czterdzieści osiem lat, lecz nadal była
uderzająco piękna. Jasne włosy ściągnęła w gładki, lśniący kok, który
podkreślał kształt jej teraz już nieco pełniejszej twarzy oraz chłodny
odcień akwamarynowych oczu w obramowaniu smoliście czarnych rzęs. W uszach nosiła brylantowe kolczyki, na szyi, której skóra wciąż jeszcze
była jędrna, brylantową kolię, a do piersi przypiętą brylantową broszę.
Pamela świetnie wiedziała, że w jej wieku nadmierna szczupłość dodaje
lat i ujmuje urody. Jej wargi miały kolor truskawkowego soku, przez co
połyskujące między nimi zęby olśniewały bielą. Ramiona otuliła etolą z norek, która stanowiła doskonały dodatek do sukni z ciemnozielonego
jedwabiu. Głębokie kolory zawsze sprawiały, że skóra Pameli promieniała
zachwycającym blaskiem. Tego wieczoru włożyła czarne rękawiczki do
łokcia i trzymała w ręku malutką czarną torebkę z błyszczącą klamrą w kształcie kwiatu, a w niej szminkę Elizabeth Arden, złotą puderniczkę i miniaturową buteleczkę perfum. Doskonale wiedziała, co zrobić, żeby
wydać się jak najbardziej atrakcyjną, i przekazała tę umiejętność córce.
Ujęła Celestrię za rękę i obdarzyła ją pełnym aprobaty uśmiechem. Była z niej dumna. Młoda dziewczyna stanowiła swoiste przedłużenie istnienia
matki, żywe przypomnienie, jak cudowna była młodość Pameli.
Ramię w ramię weszły do salonu. Ich pojawienie się w splendorze
brylantów i jedwabiu spowodowało, że rozmowy ucichły. Wszyscy członkowie
rodziny zwrócili się ku nim z ustami rozchylonymi z podziwu i zaskoczenia. Tylko Bouncy nadal gadał coś do Purdy'ego i starał się
zachęcić go do zabawy, ciągnąc za ogon. W końcu Monty ruszył w stronę
żony i córki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki