Morze wspomnień - Fiona Valpy

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2014, Edynburg

"Witamy w Domu Opieki Drum­beig". Słowa na tabliczce nie oddają rze­czy­wi­sto­ści; stoję w ulew­nym desz­czu po nie­wła­ści­wej stro­nie szkla­nych drzwi, lekko zgar­biona, z uchem przy­ci­śnię­tym do domo­fonu w nadziei, że ktoś usły­szy dzwo­nek i mnie wpu­ści. Nachy­lam się jesz­cze bar­dziej, jak naj­bli­żej ściany z wylo­tem rynny, z któ­rego kapie mi na plecy jesz­cze wię­cej wody. Wiatr zrywa gar­ście pożół­kłych liści z pla­ta­nów ota­cza­ją­cych szary kamienny budy­nek i ciska nimi w okna, gdzie na moment przy­kle­jają się do szyb, po czym zostają zmyte przez strugi desz­czu na żwi­ro­wany pod­jazd. Nie­cier­pli­wie spo­glą­dam na zega­rek, myślami będąc już w domu - Czy Dan sobie pora­dzi? Czy będzie pamię­tał o poda­niu lekarstw Fin­nowi? - i ponow­nie naci­skam guzik domo­fonu, tym razem dłu­żej i bar­dziej natar­czy­wie.

- Przy­kro mi, że musiała pani cze­kać. Pro­szę się tu pod­pi­sać. - Recep­cjo­nistka wrę­cza mi pod­kładkę i dłu­go­pis. Ścią­gam z sie­bie prze­mo­czony płaszcz, żeby woda nie ska­py­wała z ręka­wów na wypo­le­ro­wany blat biurka. - Czy była pani u nas wcze­śniej?

Kręcę głową, wpi­su­jąc swoje nazwi­sko i datę. W kolum­nie "osoba odwie­dzana" podaję nazwi­sko mojej babci: "E. Dal­rym­ple".

Recep­cjo­nistka odwraca kartkę, żeby spraw­dzić, co napi­sa­łam.

- Ach, przy­je­chała pani do Elli? Jak miło. Dobrze się u nas zaakli­ma­ty­zo­wała. Syn regu­lar­nie ją odwie­dza, ale dobrze jej zrobi widok innych gości.

Poczu­cie winy spra­wia, że lekko się naje­żam. Mam ochotę jej powie­dzieć, że nie mogłam wcze­śniej przy­je­chać - jestem nauczy­cielką na pełen etat, wie pani, mój syn ma pro­blemy i nie zawsze jest łatwo zna­leźć czas... Powstrzy­muję się jed­nak od tłu­ma­czeń, przy­wo­łuję na twarz uprzejmy uśmiech i prze­cze­suję pal­cami nie­sforne włosy, które zaczęły się już puszyć; w domu opieki jest gorąco jak w szklarni.

Moją wizytę przy­spie­szył tele­fon od wujka Rob­biego. "Bab­cia chęt­nie się z tobą zoba­czy, Ken­dro, jeśli znaj­dziesz czas. Ma do cie­bie jakąś prośbę. Muszę cię tylko uprze­dzić, że ostat­nio nie jest w naj­lep­szej for­mie. Na pewno zauwa­żysz róż­nicę pomię­dzy tym, jaka była w domu i jaka jest teraz. Pamięć coraz czę­ściej płata jej figle". Powie­dział to łagod­nym, ale też lekko pona­gla­ją­cym tonem, co przy­pra­wiło mnie o jesz­cze więk­sze wyrzuty sumie­nia, że nie odwie­dzi­łam jej wcze­śniej. Moja matka nie jest jed­nak bli­sko zwią­zana z bab­cią Ellą - w prze­szło­ści doszło mię­dzy nimi do kon­fliktu, o któ­rym żadna z nich nie lubi mówić - więc nie widy­wa­ły­śmy się czę­sto, gdy byłam dziec­kiem. Tym bar­dziej pro­ble­ma­tyczna jest dla mnie ta wizyta. Raczej nie wspo­mnę mamie o tym, że odwie­dzi­łam bab­cię w domu opieki. Mogłaby to poczy­tać za zdradę, cho­ciaż nie bar­dzo się orien­tuję z jakiego powodu. Wiem jed­nak, że gdy­bym wspo­mniała o tym ot tak, mimo­cho­dem, matka szybko zmie­ni­łaby temat.

- Dru­gie pię­tro, na samym końcu kory­ta­rza. Pokój Elli jest ostatni po lewej stro­nie. - Recep­cjo­nistka udziela mi wska­zó­wek z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem.

W powie­trzu unosi się ciężki zapach goto­wa­nej kapu­sty, który sączy się spod drzwi do jadalni i mie­sza z woniami odświe­ża­cza powie­trza oraz środ­ków czysz­czą­cych. Nie sły­chać moich kro­ków, kiedy idę po gru­bym nie­bie­skim dywa­nie. Docho­dzę do wnio­sku, że w win­dzie poczu­ła­bym się jesz­cze bar­dziej klau­stro­fo­bicz­nie, więc wybie­ram schody; nagle uświa­da­miam sobie, że powin­nam być wdzięczna losowi za to, że wciąż mam sprawne nogi. Po dotar­ciu na dru­gie pię­tro zaczy­nam się pocić i swę­dzi mnie skóra pod wło­sami. Odsu­wam wysoki koł­nierz weł­nia­nego swe­tra od szyi, żeby było mi cho­ciaż tro­chę chłod­niej, i biorę głę­boki oddech. Jakim cudem bab­cia zdo­łała przy­wyk­nąć do życia w takiej ducho­cie, zasta­na­wiam się, choćby nie wiem jak czy­sto i cie­pło było w jej pokoju? Czy tutej­szy per­so­nel jest dla niej miły? Czy dobrze się nią opie­kuje? Czy bab­cia nie tęskni za nie­za­leż­no­ścią, którą dawał jej solidny dom w Mor­ning­side, z prze­stron­nymi poko­jami z wyso­kim sufi­tem, peł­nymi przed­mio­tów zbie­ra­nych przez całe życie? A może to wszystko prze­stało ją obcho­dzić? Albo o tym zapo­mniała? Ostat­nio tyle rze­czy ula­tuje jej z pamięci. Umysł Elli zdaje się pozby­wać wspo­mnień, tak jak ona, kiedy pozbyła się więk­szo­ści dobytku, ogra­ni­cza­jąc się do nie­zbęd­nego mini­mum. Nie tylko zakwa­te­ro­wa­nie mojej babci stało się skrom­niej­sze, lecz także jej życie, całe jeste­stwo, w miarę jak koń­czyły jej się dni.

Na ostat­nich drzwiach po lewej stro­nie kory­ta­rza widzę odry­so­waną od sza­blonu liczbę "12", a pod spodem pla­kietkę ze skre­ślo­nym schlud­nym, okrą­głym cha­rak­te­rem pisma nazwi­skiem w meta­lo­wej ramce: "Ella Dal­rym­ple". Jest to cha­rak­ter pisma młod­szej osoby, nie wytworna kur­sywa, ostat­nio tro­chę krzywa i nie­pewna, którą bab­cia wypi­sy­wała kartki na Boże Naro­dze­nie.

W pokoju naprze­ciwko brzę­czy tele­wi­zor. Jed­nak gdy staję pod drzwiami pokoju babci Elli, ze środka nie dobiega mnie żaden dźwięk. Pukam ostroż­nie. Może śpi? Mogła­bym zosta­wić liścik, uciec stąd, nie zakłó­ca­jąc jej spo­koju, i wró­cić do domu o odpo­wied­niej porze, żeby spraw­dzić, co z Fin­nem, przy­go­to­wać kola­cję, zacząć spraw­dzać prace, które przy­nio­słam do domu: trzy­dzie­ści dwa wypra­co­wa­nia na temat "Kto ponosi winę za tra­ge­dię w Mak­be­cie?". Podej­rze­wam, że nie­które z nich same w sobie okażą się tra­giczne.

Dopada mnie prze­można chęć, żeby odwró­cić się na pię­cie i uciec. Mogła­bym prze­cież uczci­wie powie­dzieć, że pró­bo­wa­łam ją odwie­dzić; mia­ła­bym czy­ste sumie­nie. Jed­no­cze­śnie nie mogę zigno­ro­wać wła­snej nie­chęci przed powro­tem do domu. Ostat­nio cią­gle się tak czuję, wie­dząc, że od samego progu będę uni­kać wzroku Dana, by nie pod­chwy­cić jego spoj­rze­nia peł­nego poczu­cia klę­ski i winy spo­wo­do­wa­nych tym, że wró­ci­łam do domu po kolej­nym cięż­kim dniu pracy. Oboje będziemy robić dobrą minę do złej gry. Dan z uda­waną eks­cy­ta­cją opo­wie mi o ostat­niej ofer­cie pracy, na którą odpo­wie­dział, a ja ze sztucz­nym uśmie­chem przy­wo­łam histo­ryjkę o tym, co któ­reś z dzie­cia­ków zro­biło w szkole. Jed­nak oboje będziemy wie­dzieli. Pomimo prób chro­nie­nia sie­bie nawza­jem, będziemy się zamar­twiać naszą sytu­acją finan­sową, a jesz­cze bar­dziej tym, co przy­nie­sie przy­szłość. Jaki los czeka naszego pięk­nego syna, do któ­rego nie umiemy tra­fić? Finn od początku był trud­nym dziec­kiem, a leka­rze skła­dali jego apa­tię prze­pla­taną okrop­nymi napa­dami gniewu na karb kolek, ząb­ko­wa­nia albo bli­żej nie­okre­ślo­nego "wirusa". Jed­nak gdy skoń­czył dwa lata, dopa­trzyli się u niego "poważ­nych zabu­rzeń roz­wo­jo­wych" i skie­ro­wali nas do odpo­wied­nich spe­cja­li­stów, któ­rzy wresz­cie zdia­gno­zo­wali u Finna autyzm. Od tam­tej pory każdy dzień jest dla nas polem bitwy, nie­za­leż­nie od tego, czy aku­rat pró­bu­jemy pomóc Fin­nowi w radze­niu sobie z gnie­wem i stra­chem, czy wal­czymy z wła­dzami o więk­sze wspar­cie dla naszego syna. I cho­ciaż w ciągu dnia oboje z Danem sta­ramy się zacho­wać opty­mizm, wie­czo­rem dzieli nas zie­jąca prze­paść, kiedy kła­dziemy się do łóżka kilo­me­try od sie­bie. Zupeł­nie jakby każde z nas topiło się we wła­snym morzu zmar­twień i nie potra­fiło odho­lo­wać tej dru­giej osoby w bez­pieczne miej­sce. Coraz bar­dziej odda­lamy się od sie­bie, nie­zdolni wykrze­sać wię­cej sił do walki z pod­stęp­nymi prą­dami, które pró­bują nas wcią­gnąć na dno.

Z pokoju po dru­giej stro­nie kory­ta­rza wycho­dzi pie­lę­gniarka, nio­sąc jakąś rzecz przy­krytą ręcz­ni­kiem. Uśmie­cha się do mnie, a ja ponow­nie zwra­cam się w stronę drzwi Elli i pukam tro­chę gło­śniej. Łagodny głos babci, drżący i wie­kowy niczym dźwięk jed­nej z sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu płyt gra­mo­fo­no­wych, które daw­niej kolek­cjo­no­wała, zapra­sza mnie do środka:

- Pro­szę.

- To ja, bab­ciu, Ken­dra. Przy­je­cha­łam spraw­dzić, jak się czu­jesz. - W moim gło­sie pobrzmiewa fałsz, sły­chać w nim nad­mierną weso­łość osoby drę­czo­nej poczu­ciem winy.

Nie wiem, czy w ogóle mnie pozna. Kie­dyś odwie­dzi­łam ją w domu i nazwała mnie Rhoną; uśmiech­nęła się z ulgą, bo myślała, że w końcu przy­szła do niej córka. "Nie jestem Rhona, tylko Ken­dra. Córka Rhony, pamię­tasz? Mama też cię kie­dyś odwie­dzi". Lepiej, żeby się pospie­szyła, doda­łam w myślach. Matka od lat nie posta­wiła nogi w Edyn­burgu i upar­cie odma­wiała spo­tka­nia z Ellą. Zrzu­ciła wszystko na barki wujka Rob­biego, łącz­nie z ulo­ko­wa­niem jej w domu opieki, opróż­nie­niem domu z mebli i wysta­wie­niem go na sprze­daż.

Widzę jed­nak, że dzi­siaj Ella ma dobry dzień. Jej spoj­rze­nie jest prze­ni­kliwe, pamięć nie szwan­kuje.

- Ken­dra, skar­bie, jak miło, że przy­je­cha­łaś. Wejdź i przy­suń sobie krze­sło. Ale prze­mo­kłaś! Powieś płaszcz przy grzej­niku, niech tro­chę prze­schnie. Kosz­marną dziś mamy pogodę.

Przy­tu­lam ją i zwra­cam uwagę na to, jaka jest kru­cha, jak cienka wydaje się skóra na jej policzku w zetknię­ciu z moją.

Wycią­gam krze­sło i roz­glą­dam się po pokoju. Rob­bie i Jenny, żona wujka, dobrze się spi­sali, przy­wo­żąc tu nie­które sprzęty z domu babci. Dzięki nim pomiesz­cze­nie w kolo­rach magno­lii i beżu stało się nieco bar­dziej przy­tulne.

Przy­glą­dam się obra­zom Elli i zauwa­żam mój ulu­biony, przed­sta­wia­jący plażę i uno­szącą się na wodzie żaglówkę. Wisi na prze­ciw­le­głej ścia­nie, tak żeby mogła widzieć go z łóżka. Na pod­ło­dze leżą stare dywa­niki, które wciąż zacho­wały bajeczne kolory, cho­ciaż w paru miej­scach są lekko wytarte za sprawą tysięcy posta­wio­nych na nich przez lata kro­ków. Książki i bibe­loty stoją na pół­kach zro­bio­nych przez Rob­biego. Cią­gną się wzdłuż ścian i pod oknem z wido­kiem na korony drzew oraz maja­czący w oddali, roz­świe­tlony Zamek Edyn­bur­ski, który wygląda, jakby uno­sił się na wzbu­rzo­nym morzu gałęzi.

Na szafce przy łóżku stoi deli­katna misa w głę­bo­kim odcie­niu błę­kitu prze­ty­ka­nym złotą żyłką przy­po­mi­na­jącą bły­ska­wicę, z muszel­kami w środku. Ich widok szcze­gól­nie mocno chwyta mnie za serce. Nie mają w sobie nic wyjąt­ko­wego; to zwy­kłe muszelki zebrane na plaży. Jed­nak skoro bab­cia prze­cho­wała je przez tyle czasu, muszą mieć dla niej szcze­gólne zna­cze­nie. Może są cenną pamiątką z waka­cji sprzed wielu lat, sym­bo­lem dni spę­dzo­nych na dale­kich pla­żach ską­pa­nych w pro­mie­niach słońca, wśród podmu­chów wia­tru i mor­skich fal? Prze­ły­kam emo­cje, które nie­spo­dzie­wa­nie ści­skają mnie za gar­dło.

- Jak ci się tutaj mieszka, bab­ciu?

Wiem, że prze­pro­wadzka do domu opieki była dla niej trudna, że trak­tuje ją jak przy­zna­nie się do porażki, koniec pew­nego etapu i widzę, że moje pyta­nie ją zasmu­ciło. Po chwili odpo­wiada z tym swoim łagod­nym uśmie­chem:

- Och, cał­kiem zno­śnie. To miej­sce nie byłoby wcale takie złe, gdyby nie fakt, że pełno w nim sta­rych ludzi.

Kiwam z uśmie­chem głową.

- No tak. Rozu­miem, że w wieku dzie­więć­dzie­się­ciu czte­rech lat nie zali­czasz sie­bie do tej grupy?

- Oczy­wi­ście, że nie. - Unosi brew z miną nie­wi­niątka. - Wbrew pozo­rom mam nie wię­cej niż sie­dem­na­ście lat. Uwa­żam, że kiedy prze­żyło się tyle lat, co ja, pamięć czło­wieka sama wybiera sobie odpo­wiedni wiek, a dziś mój umysł pod­po­wiada mi, że nie­dawno obcho­dzi­łam sie­dem­na­ste uro­dziny.

Przy­glą­dam się Elli nieco podejrz­liwe w oba­wie, że wła­śnie prze­żywa kolejny z tych swo­ich napa­dów, gdy traci kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią i prze­nosi się daleko w prze­szłość, zabie­ra­jąc nam ją kawa­łe­czek po kawa­łeczku; okrutny figiel sta­rze­ją­cego się umy­słu.

Wzrok babci kon­cen­truje się jed­nak na mojej twa­rzy. Musiała dostrzec na niej oznakę nie­po­koju, bo wyciąga ręce i obej­muje nimi moją dłoń.

- Nie bój się, Ken­dro, tylko się dro­czę. Jestem tu obecna cia­łem i duchem.

Oble­wam się rumień­cem, dokła­dam drugą dłoń i przy­glą­dam się babci jesz­cze uważ­niej. Nagle dociera do mnie, że ona wie - jest świa­doma swo­ich zani­ków pamięci, upior­nego migo­ta­nia świecy, która zawsze paliła się tak równo aż do teraz - i moje gar­dło znowu zaci­ska się z emo­cji.

- Wiem jed­nak - kon­ty­nu­uje bab­cia - że tracę zdrowe zmy­sły. - Ści­ska moją rękę, gdy szu­kam odpo­wied­nich słów, by zapro­te­sto­wać: nie, to nie­prawda, nic ci nie jest, jakby te kłam­stwa mogły cokol­wiek zmie­nić. - Nie, skar­bie, to szczera prawda. Nie ma sensu uda­wać, że jest ina­czej. Dla­tego chcę cię pro­sić o pewną przy­sługę. Umiesz pisać, a ja, odkąd tu tra­fi­łam - wska­zuje pokój, bo tylko on jej jesz­cze pozo­stał - mam mnó­stwo wol­nego czasu i głowę pełną wspo­mnień. Zanim wszyst­kie ulecą i naprawdę zostanę z niczym, chcia­ła­bym, żebyś je spi­sała. Opo­wie­działa moją histo­rię. Zro­bisz to dla mnie? Kiedy byłaś młod­sza, chcia­łaś zostać pisarką. Teraz masz oka­zję.

- No cóż, wiesz, jak to mówią: ci, któ­rzy potra­fią coś zro­bić - robią. Reszta uczy. Ale oczy­wi­ście, bab­ciu Ello. Z przy­jem­no­ścią spi­szę twoje wspo­mnie­nia. Jedy­nym pro­ble­mem jest mój brak czasu. Będę mogła do cie­bie przy­jeż­dżać dopiero po szkole, cho­ciaż w waka­cje pew­nie uda mi się to robić czę­ściej. No i jest jesz­cze Finn...

Zawie­szam głos i znowu ogar­nia mnie poczu­cie winy. Natu­ral­nie mogła­bym spró­bo­wać wykroić nieco wię­cej czasu, ale Dan już i tak jest wykoń­czony sie­dze­niem w domu z naszym kocha­nym, trud­nym synem. Wiem, że nie jest mu łatwo bez­u­stan­nie uświa­da­miać sobie odmien­ność Finna i zamar­twiać się tym, co go może cze­kać w przy­szło­ści... Jak roz­wi­nie się jego autyzm, kiedy będzie star­szy? Kto się nim zaopie­kuje, gdy nas zabrak­nie? Poza tym Dan w każ­dej wol­nej chwili odpo­wiada na ogło­sze­nia o pracę, bez więk­szej nadziei na suk­ces. Ostat­nio dostaje tylko złe wia­do­mo­ści: jego dawni kole­dzy rów­nież wylą­do­wali na bruku, a kolejne firmy przy­sy­łają mu listy odmowne, przez co mój mąż jest wiecz­nie przy­gnę­biony.

Ella kiwa głową, pusz­cza moje ręce i odwraca się, by wysu­nąć szu­fladę noc­nej szafki znaj­du­ją­cej się za jej ple­cami.

- Wiem, jaka jesteś zajęta, skar­bie, i nie chcę ci spra­wiać dużego kło­potu. Dla­tego popro­si­łam Rob­biego, żeby przy­wiózł mi to. - Unosi pod­ręczny dyk­ta­fon. - Moja pro­po­zy­cja jest taka: nagram swoje wspo­mnie­nia, a potem prze­każę ci kasety, żebyś mogła się nimi zająć w dowol­nym momen­cie, w zaci­szu wła­snego domu. Dosta­niesz też ode mnie albumy - może dzięki nim łatwiej ci będzie wszystko sobie wyobra­zić, oży­wić miej­sca i ludzi.

Przy łóżku Elli leży prze­wią­zane sznur­kiem pudełko po butach i nieco więk­sze kar­to­nowe pudło zawie­ra­jące coś, co wygląda na stertę albu­mów ze zdję­ciami. Biorę pierw­szy z wierz­chu i otwie­ram go na przy­pad­ko­wej stro­nie. Ze zdję­cia spo­gląda na mnie poważ­nie moja matka, gdy była małą dziew­czynką. Na czar­nej stro­nie wid­nieje biały pod­pis skre­ślony schlud­nym cha­rak­te­rem pisma babci Elli: "Rhona, 8 lat".

Uno­szę wzrok, by znowu na nią spoj­rzeć, i po raz kolejny zasta­na­wiam się, co wła­ści­wie spra­wiło, że te dwie kobiety dzieli taka prze­paść. Przy­po­mina ona nie­moż­liwy do poko­na­nia lodo­wiec pełen nie­bez­piecz­nych roz­pa­dlin utwo­rzo­nych przez życie.

Ella ponow­nie ści­ska moją rękę, tym razem moc­niej, i zwraca się do mnie. W jej gło­sie wyczu­wam znie­cier­pli­wie­nie:

- Pro­szę cię, Ken­dro. Koń­czy mi się czas. Czy spi­szesz moją histo­rię, zanim będzie za późno, zanim wszystko zapo­mnę i nie będzie obok mnie nikogo, kto mógłby to zro­bić?

Jesz­cze raz spo­glą­dam na zdję­cie dziew­czynki w schlud­nej bia­łej bluzce i prąż­ko­wa­nym szkol­nym kra­wa­cie, z pro­stymi blond wło­sami odgar­nię­tymi z twa­rzy pla­sti­kową opa­ską i nie­prze­nik­nio­nym spoj­rze­niem ciem­nych oczu. Uświa­da­miam sobie, że Ella nie tylko mnie o coś prosi, lecz także chce mi coś ofia­ro­wać. Być może wyja­śnie­nia, a na pewno reflek­sje.

Patrzę na pudło z albu­mami i dociera do mnie, jak nie­wiele wiem na temat życia wła­snej babci. Kiedy byłam dziec­kiem, rzadko się widy­wa­ły­śmy, głów­nie z powodu jej kon­fliktu z mamą. Dopiero gdy roz­po­czę­łam naukę w kole­gium nauczy­ciel­skim w Edyn­burgu, a póź­niej pozna­łam i poślu­bi­łam Dana, zaczę­łam się z nią czę­ściej spo­ty­kać. Byłam jed­nak tak zajęta swoim życiem i pro­ble­mami, że zawsze widzia­łam w babci tylko star­szą krewną, która wzbu­dzała we mnie wyrzuty sumie­nia za każ­dym razem, gdy Rob­bie i Jenny dokądś wyjeż­dżali albo mieli inne sprawy i nie mogli się nią zająć.

Muszę więc przy­znać, że intry­guje mnie wizja przej­rze­nia albu­mów, dzięki któ­rym dowiem się cze­goś wię­cej na temat prze­szło­ści mojej matki i wujka Rob­biego. Na pewno znajdę w nich też zdję­cia dziadka, mgli­stej postaci z mojego dzie­ciń­stwa, który zmarł, gdy mia­łam sie­dem lat. Pamię­tam długą podróż z Lon­dynu na pół­noc na jego pogrzeb. Szkocki kościół, w któ­rym hulał prze­ciąg, szlo­cha­jącą matkę i ojca, który nie był w sta­nie jej pocie­szyć, a także kru­che cia­steczka i sok poma­rań­czowy jedzone przez nas póź­niej w domu babci Elli. Nie zosta­li­śmy tam na noc, cho­ciaż było dużo wol­nych pokoi. "Wolę się zatrzy­mać u Rob­biego" - usły­sza­łam, jak mama, tro­chę zbyt piskli­wie i gło­śno, zwraca się tymi sło­wami do ojca.

Wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści i dostrze­gam na twa­rzy babci mie­sza­ninę nie­pew­no­ści i zachęty.

- Okej, jeste­śmy umó­wione - mówię, na co odpo­wiada mi uśmie­chem peł­nym ulgi.

- Mia­łam nadzieję, że się zgo­dzisz! Tu są dwie pierw­sze kasety. Kaza­łam Rob­biemu kupić dru­gie takie ustroj­stwo, żebyś mogła je sobie pusz­czać w domu. - Kła­dzie pękatą kopertę na wierz­chu uło­żo­nych w pudle albu­mów. - I jesz­cze jedno, Ken­dro. Zrób to po swo­jemu. Wyko­rzy­staj moje słowa i zdję­cia i napisz tę histo­rię jak należy. Wyko­rzy­staj swój talent i spraw, żeby inni też mogli ją prze­czy­tać i zro­zu­mieć.

Powoli kiwam głową, sły­sząc ton pona­gle­nia w jej gło­sie.

Nagle uświa­da­miam sobie coś jesz­cze - patrzy na mnie wycze­ku­jąco nie jedna, ale dwie pary oczu: jedna z nich należy do babci Elli, druga zaś do dziew­czynki ze zdję­cia w albu­mie - mojej matki.

1938, Île de Ré

Dziew­czyna stała na pomo­ście ze wzro­kiem utkwio­nym w prom, któ­rym miała się prze­do­stać na wyspę, suną­cym w jej stronę przez błę­kitne wody.

Odsta­wiła kufe­rek podróżny w kolo­rze kre­mo­wym, po czym zsu­nęła z ramion żakiet, uwal­nia­jąc się od ele­ganc­kiego stroju, i pozwo­liła cie­płym pro­mie­niom fran­cu­skiego słońca pie­ścić jej skórę. Ramiona miała blade po dłu­giej zimie spę­dzo­nej na pół­nocy. W tym roku wio­sna w zasa­dzie ją omi­nęła, czuła się więc jak poczwarka prze­obra­ża­jąca się w motyla, która nagle odkrywa, że ma skrzy­dła i roz­wija je, żeby mogły się pła­wić w gorącu, świe­tle i kolo­rze.

Bryza - łagodny oddech prze­past­nego Oce­anu Atlan­tyc­kiego, który roz­cią­gał się aż na drugą stronę świata, daleko od nisko poło­żo­nej wyspy - unio­sła jej opa­da­jące na ramiona włosy w odcie­niu miodu, schła­dza­jąc szyję i roz­pa­lone policzki.

Miała za sobą długą podróż z Edyn­burga, obfi­tu­jącą w nowe i eks­cy­tu­jące doświad­cze­nia. Pew­nie czu­łaby zmę­cze­nie, gdyby tak bar­dzo nie stre­so­wała się spo­tka­niem z gospo­da­rzami, a nad­pły­wa­jący prom coraz bar­dziej ją do tego przy­bli­żał. W noc­nym pociągu do Lon­dynu matka Elli, która pomimo jej pro­te­stów, że w wieku sie­dem­na­stu lat pora­dzi sobie sama, posta­no­wiła ją trzy­mać za rączkę aż do wej­ścia na pokład promu kole­jo­wego, spała snem spra­wie­dli­wego na sąsied­niej kuszetce. Jej spo­kojny, mia­rowy oddech mie­szał się ze stu­ko­tem kół na torach i od czasu do czasu z ogłu­sza­ją­cym rykiem innego pociągu mija­ją­cego je w ciem­no­ści.

Z kolei Ella, przy­zwy­cza­jona do ciszy panu­ją­cej w ich domu na zadrze­wio­nych przed­mie­ściach Połu­dnio­wego Edyn­burga, pra­wie nie zmru­żyła oka. Nie żeby się tym przej­mo­wała. Była zbyt pod­eks­cy­to­wana wyobra­ża­niem sobie cze­ka­ją­cej ją podróży i waka­cji za gra­nicą, roz­cią­ga­ją­cych się przed nią jak obiet­nica. Leżała więc, koły­sząc się na wąskiej kuszetce, w wykroch­ma­lo­nej na sztywno baweł­nia­nej pościeli, przy­kryta sza­rym weł­nia­nym kocem z wyha­fto­wa­nym czer­wo­nymi nićmi logiem LNE1R i powta­rzała sobie w gło­wie fran­cu­skie wyra­że­nia. Nie­ważne, że była naj­lep­sza w kla­sie i że made­mo­iselle Mur­ray regu­lar­nie ją chwa­liła - Ella i tak podej­rze­wała, że Mor­ning­side odci­snęło piętno na akcen­cie jej nauczy­cielki. Brzmiała zupeł­nie ina­czej niż pio­senki na fran­cu­skich pły­tach gra­mo­fo­no­wych, które włą­czała jej matka, z roz­rzew­nie­niem wsłu­chu­jąc się w głos śpie­waka ope­ro­wego Mau­rice'a Renauda i wspo­mi­na­jąc, jak oglą­dała jego występy na żywo, gdy miesz­kała w Paryżu za młodu.

- Wiesz, Ello, to bar­dzo ważne, żeby spę­dzić tro­chę czasu w kraju, któ­rego języka chcesz się nauczyć - zauwa­żyła. - Nie wspo­mi­na­jąc już o zro­zu­mie­niu tam­tej­szej kul­tury.

I tak oto w Boże Naro­dze­nie rok temu matka Elli napi­sała do swo­jej daw­nej przy­ja­ciółki Marianne Mar­tet z pyta­niem, czy jej córka nie mogłaby u nich spę­dzić tygo­dnia albo dwóch.

- To nawet lep­sze niż dwa tygo­dnie spę­dzone w Paryżu! Marianne zapra­sza cię na waka­cje do ich let­niego domu na Île de Ré! Spę­dzisz całe sześć tygo­dni z bliź­nia­kami! Po tym cza­sie będziesz mówić po fran­cu­sku jak rodo­wita miesz­kanka wyspy!

W skry­to­ści ducha Ella była jed­nak odro­binę roz­cza­ro­wana. Cie­szyła ją obiet­nica pary­skiego wyra­fi­no­wa­nia i ele­gan­cji, któ­rych naoglą­dała się na zdję­ciach w piśmie "Pic­ture Post", przed­sta­wia­ją­cych słynną Wielką Wystawę Świa­tową orga­ni­zo­waną w sto­licy Fran­cji rok wcze­śniej, ale nazwa tej wyspy nawet nie obiła jej się o uszy. Po spraw­dze­niu w atla­sie oka­zało się, że było to kilka maleń­kich skraw­ków ziemi, które wyglą­dały jak odłu­pane od wybrzeża atlan­tyc­kiego i wrzu­cone do morza. Jed­nak przy­goda to przy­goda, szcze­gól­nie dla dziew­czyny, która ni­gdy nie zapu­ściła się dalej niż do Fif2e.

Pla­no­wa­nie wyprawy trwało wiele tygo­dni. Jeź­dziły z matką do Jen­ners, żeby skom­ple­to­wać let­nią gar­de­robę, na którą skła­dały się trzy kostiumy kąpie­lowe, nowa bie­li­zna oraz kilka lek­kich baweł­nia­nych sukie­nek, ład­niej­szych niż te, które miała do tej pory.

- Będziesz musiała się chro­nić przed słoń­cem z tą twoją jasną kar­na­cją - ostrze­gła ją matka. - Ni­gdy nie zapo­mi­naj o kape­lu­szu, bo naba­wisz się pie­gów i dopiero będziesz żało­wać!

Dzień przed wyjaz­dem ojciec poda­ro­wał jej nie­wielki kufe­rek podróżny.

- Podobno każda młoda dama podró­żu­jąca do obcych kra­jów powinna taki mieć - powie­dział z uśmie­chem. Klu­czyk, który nosiła na wstążce wokół szyi, otwie­rał mosiężne oku­cia skry­wa­jące wyście­łane jedwa­biem wnę­trze kuferka w naj­głęb­szym odcie­niu wiśni, w któ­rym mie­ściło się kilka bute­le­czek i sło­icz­ków ze srebr­nymi nakręt­kami, szczotka do wło­sów i owalne lusterko. Każdy z przed­mio­tów był przy­twier­dzony moc­nymi skó­rza­nymi paskami. Miej­sca star­czyło jesz­cze na bie­li­znę nocną oraz kilka dro­bia­zgów przy­dat­nych w podróży. Całą resztę sta­ran­nie poskła­dano, owi­nięto bibułą i spa­ko­wano do dużej walizki.

Prom zwol­nił, zbli­ża­jąc się do nabrzeża, i nagle w por­cie zro­bił się ruch. Pokła­dowy chwy­cił bagaż Elli, aby zanieść go na sta­tek, i spoj­rzał na nią z uzna­niem, gdy się­gnęła po kufe­rek, a następ­nie ruszyła za nim. Męż­czy­zna w bere­cie posta­wił klatkę pełną roz­g­da­ka­nych kur­cząt w cie­niu ste­rowni i uśmiech­nął się do Elli, po czym usiadł na twar­dej drew­nia­nej ławce cią­gną­cej się wzdłuż kra­wę­dzi promu. Póź­niej, pośród krzy­ków i macha­nia rękami, wcią­gnięto liny na pokład i prom wyru­szył w drogę powrotną na wyspę, moż­li­wie szybko, żeby jak naj­le­piej wyko­rzy­stać przy­pływ.

Ella sta­nęła bli­sko dziobu i wpa­try­wała się w cel swo­jej podróży - bladą smugę lądu roz­cią­ga­jącą się nisko wśród fal. Byle sztorm mógłby ją zmieść z powierzchni oce­anu, pomy­ślała. Pomna ostrze­żeń matki, mocno przy­trzy­my­wała ręką słom­kowy kape­lusz osła­nia­jący jej twarz przed pro­mie­niami słońca i moc­nymi pory­wami wia­tru, który mógł go zdmuch­nąć z jej głowy pro­sto w fale. Obli­zała usta i poczuła na nich smak soli.

Niebo nad głową Elli było osza­ła­mia­jąco błę­kitne - wyglą­dało cał­kiem ina­czej niż zasnute sza­rymi chmu­rami niebo nad Edyn­bur­giem, do któ­rego widoku przy­wy­kła. Odchy­liła głowę, żeby śle­dzić lot mewy szy­bu­ją­cej wysoko nad nią.

Ella spoj­rzała za sie­bie, w stronę lądu, który zni­kał stop­niowo pod spie­nio­nymi falami. Przez moment miała nie­po­ko­jące wra­że­nie, jakby zsu­nęła się z kra­wę­dzi Ziemi, a tęt­niące życiem punkty na pla­nie jej podróży - Edyn­burg, Lon­dyn, Paryż - na­dal gdzieś ist­niały, w jakimś innym świe­cie, który zosta­wiła za sobą.

Sta­tek pruł do przodu, a białe pia­ski Île de Ré były coraz bli­żej, przy­po­mi­na­jąc Elli obraz Tur­nera, który oma­wiali na lek­cjach pla­styki w szkole. W świe­tle wcze­snego let­niego wie­czoru morze mie­niło się wie­loma odcie­niami lazuru i tur­kusu, wyspa zaś wyglą­dała jak wykuta z bia­łego złota pod soczy­stą zie­le­nią sosno­wych gałęzi. Wdy­cha­jąc słone mor­skie powie­trze, Ella nagle zapra­gnęła, by ta podróż trwała bez końca, a reszta życia upły­nęła jej w sta­nie zawie­sze­nia. Chciała być wolna niczym ptaki szy­bu­jące po olśnie­wa­jąco błę­kit­nym nie­bie roz­po­ście­ra­ją­cym się nad jej głową.

Prom zbyt szybko przy­pły­nął do pomo­stu dla wysia­da­ją­cych na skraju portu, w któ­rym dłu­gie i nie­zgrabne ramię żura­wia prze­rzu­cało towary do ładowni więk­szego statku przy wtó­rze pokrzy­ki­wa­nia męż­czyzn i mor­skiego ptac­twa.

Pasa­że­ro­wie ruszyli do przodu, zabie­ra­jąc swoje bagaże i pakunki. Męż­czy­zna w bere­cie zapa­ko­wał skrzynkę z kur­czę­tami na rower i ostroż­nie zje­chał nim po krót­kim tra­pie na suchy ląd.

Ella wzięła bagaże i nieco chwiej­nym kro­kiem zeszła z promu. Marianne Mar­tet napi­sała w liście, że będą na nią cze­kać w por­cie, lecz Ella nie miała poję­cia, jak oni wyglą­dają. Matka opi­sy­wała swoją dawną przy­ja­ciółkę jako nie­zwy­kle piękną i ener­giczną kobietę z wiel­kimi oczami oraz ciem­nymi krę­co­nymi wło­sami. Marianne pisała, że jej bliź­niaki - Caro­line i Chri­sto­phe - mają po osiem­na­ście lat i nie mogą się już docze­kać waka­cji spę­dzo­nych w towa­rzy­stwie nowej kole­żanki, pra­wie ich rówie­śniczki.

Gdy tłum wysia­da­ją­cych się roz­pro­szył, a samo­chody odje­chały piasz­czy­stą drogą, Ella dostrze­gła sto­jącą na skraju portu fur­mankę zaprzę­gniętą w osła. Stała na niej - żeby lepiej widzieć ponad gło­wami ludzi - i ener­gicz­nie machała para mło­dych ludzi: dziew­czyna z burzą kasz­ta­no­wych loków i chło­pak z opa­da­jącą na ciemne oczy grzywką. Pro­mie­nie słońca rzeź­biły mu twarz - wydatne kości policz­kowe rzu­cały cie­nie, pod­kre­ślały jego przy­stojną twarz. Oboje byli piękni w cał­ko­wi­cie nie­wy­mu­szony i nie­uświa­do­miony spo­sób, dzięki czemu Ella od razu ich polu­biła i zapo­mniała o swo­ich oba­wach przed spę­dze­niem lata w towa­rzy­stwie obcych osób. Dziew­czyna miała na sobie koszulkę z krót­kimi ręka­wami i rybaczki odsła­nia­jące jej opa­lone łydki, a chło­pak ubrany był w baweł­nianą bluzę z rodzaju tych, które nosili rybacy, i luźne spodnie. Ella momen­tal­nie poczuła się skrę­po­wana i prze­sad­nie wystro­jona w swoim suro­wym, szy­tym na miarę żakie­cie i sukience.

Chri­sto­phe i Caro­line zesko­czyli z fur­manki i przy­szli się przy­wi­tać. Ella wycią­gnęła rękę do Caro­line i spło­nęła rumień­cem, gdy ta nachy­liła się i uca­ło­wała ją ser­decz­nie w oba policzki. Zawsty­dzona, w prze­krzy­wio­nym kape­lu­szu, Ella zwró­ciła się w stronę Chri­sto­phe'a i zamarła, nie wie­dząc, jak się zacho­wać. Zaru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej, gdy i on uca­ło­wał ją w oba policzki. Popra­wiła sobie kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem, szczę­śliwa, że może się za nim scho­wać.

- Ele­anor Len­nox, miło cię poznać! - Oczy Chri­sto­phe'a błysz­czały roz­ba­wie­niem, kiedy schy­lił się po jej walizkę.

- Pro­szę, mów­cie mi Ella. Wszy­scy się tak do mnie zwra­cają, chyba że coś prze­skro­bię. - Z ulgą stwier­dziła, że zro­zu­miała, co powie­dział do niej Chri­sto­phe, i nawet zdo­łała mu odpo­wie­dzieć, choć nie bez wysiłku.

- Nie wie­rzę, że taka dziew­czyna jak ty mogłaby cokol­wiek prze­skro­bać - odparł ze śmie­chem. - Jesteś na to zbyt schludna i grzeczna! Oh lŕ lŕ, a w tej walizce jest pew­nie jesz­cze wię­cej costu­mes. Biedna Anaďs tego nie ucią­gnie. Będziemy musieli iść obok wozu.

- Nie słu­chaj go, tylko się z tobą dro­czy. - Caro­line wzięła Ellę za rękę. - Masz śliczną sukienkę, kufe­rek też. Musisz nam wyba­czyć, zawsze jeste­śmy bar­dzo décontractés, roz­luź­nieni, po przy­jeź­dzie na wyspę. To taka miła odmiana od życia w Paryżu. Zapo­mi­namy, jak wyglą­dają cywi­li­zo­wani ludzie!

- No tak, ale czym wła­ści­wie jest cywi­li­za­cja? - Chri­sto­phe zawie­sił głos, odsta­wia­jąc ciężką walizkę na piasz­czy­stą drogę za fur­manką. - Śmiem twier­dzić, że nasze życie powinno wyglą­dać wła­śnie tak jak tu, na Île de Ré, a całe to pary­skie pozer­stwo jest warte funta kła­ków. W mie­ście mieszka mnó­stwo ludzi, któ­rych trudno nazwać cywi­li­zo­wa­nymi. A co do szer­szego świata - mówił dalej, zapa­la­jąc się do tematu; oczy nagle mu roz­bły­sły - to w Hisz­pa­nii faszy­ści mor­dują wła­snych braci, a Niemcy igno­rują wszel­kie obiet­nice zło­żone w Wer­salu i naj­pierw się dozbra­jają, a potem anek­tują Austrię. Zamie­rzają roz­sze­rzyć swoje impe­rium. Nikt nie wie po co, ale ich moty­wa­cje nie mogą być szla­chetne. Fala uchodź­ców zalewa Paryż, wszy­scy boją się prze­śla­do­wań. W całej Euro­pie panuje zamęt! I co w tym niby jest "cywi­li­zo­wa­nego"?

Ella obser­wo­wała spod ronda kape­lu­sza jego przy­stojną twarz, oży­wioną mło­dzień­czą pasją, z którą się wypo­wia­dał. Gesty­ku­lo­wał przy tym sil­nymi, opa­lo­nymi dłońmi, akcen­tu­jąc każde słowo z wielką mocą.

- Chodź, Chri­sto­phe - zwró­ciła się do niego łagod­nie Caro­line, kła­dąc mu swoje szczu­płe i rów­nież opa­lone palce na ramie­niu - to nie czas na poli­tyczną tyradę. Ele­anor na pewno jest zmę­czona po dłu­giej podróży, a maman czeka na nas w domu.

Z wes­tchnie­niem rezy­gna­cji Chri­sto­phe pod­niósł z ziemi walizkę i nie bez wysiłku zarzu­cił ją na tył nie­wiel­kiej drew­nia­nej fur­manki, powo­du­jąc przy tym taki huk, że płowa oślica unio­sła wzrok znad trawy, którą wła­śnie się posi­lała na pobo­czu drogi, i spoj­rzała na nich ciem­nymi oczami z wyra­zem sen­nego zasko­cze­nia.

- Anaďs, poznaj pannę Ele­anor Len­nox i jej opa­słą walizę - oznaj­mił iro­nicz­nie Chri­sto­phe, po czym pogła­skał mięk­kie uszy i pysz­czek ośliczki, deli­kat­nie chwy­ta­jąc za uprząż, żeby obró­cić ją razem z fur­manką w kie­runku domu.

- Witaj, Anaďs. Jesteś piękna.

- Pro­szę wsia­dać, panienko Ele­anor Len­nox. Karoca już czeka. - Oczy Chri­sto­phe'a błysz­czały roz­ba­wie­niem, kon­tra­stu­jąc z ofi­cjalną formą zapro­sze­nia.

- Pro­szę, mów­cie mi Ella. Poza tym chęt­nie się przejdę. Spę­dzi­łam w pocią­gach tyle czasu, że wola­ła­bym roz­pro­sto­wać nogi. - W głębi duszy Ella bała się, że jej walizka naprawdę była za ciężka, ale nie zamie­rzała poka­zać temu roze­śmia­nemu Fran­cu­zi­kowi, że jego żarty tra­fiły w jej czuły punkt.

Odnio­sła wra­że­nie, że Chri­sto­phe spoj­rzał na nią z podzi­wem. Widziała, jak omiata wzro­kiem jej smu­kłą talię i ramię, gdy przy­trzy­my­wała mocno kape­lusz, bro­niąc się przed zdra­dziec­kimi podmu­chami mor­skiej bryzy, i wpa­try­wała się w niego swo­imi bystrymi zie­lo­nymi oczami. Nie mogła jed­nak wie­dzieć, że naj­chęt­niej chwy­ciłby ołó­wek i kartkę, żeby prze­nieść na papier deli­katne krą­gło­ści Elli oraz spo­sób, w jaki wiatr zwie­wał jej kosmyki wło­sów na twarz. Nagle spo­waż­niał i ski­nął głową.

- W porządku. Niech będzie Ella. A Anaďs jest ci wdzięczna za to, że o niej pomy­śla­łaś.

Po opusz­cze­niu portu ruszyli piasz­czy­stą ścieżką pooraną kołami prze­jeż­dża­ją­cych powo­zów, z obu stron poro­śniętą mor­ską trawą. Skó­rzane buty cisnęły Ellę w stopy i zma­to­wiały od osa­dza­ją­cego się na nich pia­sku. Spoj­rzała z zazdro­ścią na mięk­kie płó­cienne teni­sówki ze sznur­kową pode­szwą na nogach Caro­line i Chri­sto­phe'a, które zosta­wiały na dro­dze ledwo widoczny ślad, w prze­ci­wień­stwie do znacz­nie głęb­szych odci­sków jej butów na obca­sie. Daw­niej, w innym świe­cie, zgro­ma­dze­nie odpo­wied­nio szy­kow­nej jak na fran­cu­skie stan­dardy gar­de­roby na ten letni wyjazd wyda­wało się Elli bar­dzo ważne - zresztą jej matce rów­nież, czego dowo­dem był fakt, że w skle­pie obuw­ni­czym w Mor­ning­dale wyra­ziła zgodę na zakup pan­to­fel­ków na nie­wy­so­kim obca­sie, któ­rych nie nosiło się w ich pre­zbi­te­riań­skiej rodzi­nie. Jed­nak teraz, zale­d­wie parę minut po swoim przy­jeź­dzie, Ella zro­zu­miała, że "odpo­wied­nia" gar­de­roba ni w ząb nie paso­wała do kli­matu Île de Ré.

Wszy­scy troje szli przy fur­mance drogą prze­ci­na­jącą wyspę pozba­wioną wznie­sień i dolin - pła­ski, nisko poło­żony skra­wek lądu. W wie­czor­nym świe­tle, zła­go­dzo­nym przez zapa­da­jący zmierzch, strze­li­ste malwy pysz­niły się na tle sto­ją­cych gdzie­nie­gdzie bie­lo­nych rybac­kich cha­tek. Kolory kwia­tów - mali­nowy róż, cytry­nowa żółć, ciemna śliwka i deli­katna morela - spra­wiały wra­że­nie bar­dziej nasy­co­nych, jakby świa­tło na wyspie było inne niż to na kon­ty­nen­cie. Ella nasu­nęła sobie kape­lusz głę­biej na oczy, ośle­piona bla­skiem słońca cho­wa­ją­cego się za hory­zon­tem przed nimi, które pomimo póź­nej pory wciąż dawało znacz­nie wię­cej cie­pła niż to, któ­rego doświad­czyła w najbar­dziej pogodne let­nie dni w Szko­cji. Jej ciało zda­wało się roz­kwi­tać niczym sadzonka w szklarni w odpo­wie­dzi na tę nie­spo­dzie­waną dawkę gorąca i świa­tła. Po raz kolejny poczuła się nie­mile skrę­po­wana w swo­jej szy­tej na miarę sukience i żakie­cie, sztyw­nych skó­rza­nych pan­to­flach, kape­luszu i ręka­wicz­kach.

Dotarli do nie­wiel­kiego mia­steczka o nazwie Sainte Marie de Ré i Ella zaczęła się zasta­na­wiać, jak długo jesz­cze będą musieli iść. Z tyłu pięty zro­bił jej się pęcherz i zaczy­nała żało­wać, że nie wsia­dła do fur­manki. W końcu ośliczka skrę­ciła w jesz­cze węż­szą ścieżkę, nie­malże ukrytą mię­dzy dwiema bie­lo­nymi chat­kami.

- Co to za rośliny? - spy­tała Ella, wska­zu­jąc bujne zie­lone krzewy rosnące w ide­al­nie rów­nych rzę­dach po obu stro­nach dróżki.

- Wino­rośl - odparł Chri­sto­phe. - Wła­śnie zaczy­nają się na nich for­mo­wać kiście wino­gron.

- Nie wie­dzia­łam, że wino­grona rosną tak bli­sko morza.

Chri­sto­phe przy­tak­nął.

- Nie­które z naj­lep­szych win­nic na świe­cie znaj­dują się bli­sko wybrzeża. Mor­ska bryza korzyst­nie wpływa na zdro­wie wino­gron i ludzi.

Przed nimi, za pió­ro­pu­szami mor­skiej trawy pora­sta­ją­cej linię nisko osa­dzo­nych wydm, ponow­nie wyło­nił się ocean, podwa­ja­jąc ilość świa­tła; dłu­gie pro­mie­nie słońca obsy­pały dia­men­tami miliony drob­niut­kich fal. Po pra­wej stro­nie wzno­sił się pię­trowy dom, nieco bar­dziej oka­zały niż więk­szość tych, które wcze­śniej mijali. Olśnie­wa­jąco biały, z okien­ni­cami poma­lo­wa­nymi na odcień błę­kitu koja­rzący się z deli­katną mor­ską mgłą, mię­dzy któ­rymi pysz­niły się wyso­kie, otwie­rane pio­nowo okna, jakby powle­czone zło­tem w świe­tle zacho­dzą­cego słońca.

Chri­sto­phe otwo­rzył furtkę w niskim murze ota­cza­ją­cym ogród pełen kwia­tów i zapro­wa­dził Anaďs do fron­to­wych drzwi, które - podob­nie jak okna - były otwarte, dzięki czemu oce­aniczna bryza mogła wpa­dać do środka i poru­szać deli­kat­nymi bia­łymi zasło­nami z muślinu, przez które Ella zer­k­nęła do środka.

Chri­sto­phe stęk­nął z wysiłku, zdej­mu­jąc walizkę z fur­manki.

- Niech tu na razie postoi. Wniosę ją póź­niej do domu, ale naj­pierw zajmę się Anaďs. Chodź, sta­ruszko, uwol­nijmy cię od tego ustroj­stwa.

Kiedy odpro­wa­dzał ośliczkę na tyły domu, w otwar­tych drzwiach poja­wiła się wysoka, uśmiech­nięta kobieta. Miała takie samo cie­płe spoj­rze­nie i taką samą burzę loków jak Caro­line. Wycią­gnęła do Elli ręce na powi­ta­nie.

- Ella, bie­nve­nue. Jak miło, że przy­je­cha­łaś. Pozna­ła­bym cię wszę­dzie, wyka­pana z cie­bie matka! Pro­szę, mów mi Marianne, tu nie ma miej­sca na kon­we­nanse. Pew­nie jesteś pad­nięta po podróży, ale przez naj­bliż­szych sześć tygo­dni nie będziesz się musiała ruszać dalej niż na plażę albo do wio­ski. Caro­line pokaże ci twój pokój i będziesz się mogła odświe­żyć przed kola­cją.

Ella ruszyła za Caro­line kory­ta­rzem wyło­żo­nym deskami z bie­lo­nego dębo­wego drewna. Co jakiś czas wycią­gała szyję, żeby zaj­rzeć do mija­nych po dro­dze pokoi. Dom nad morzem nie mógłby się bar­dziej róż­nić od tego w Mor­ning­side, z cięż­kimi aksa­mit­nymi zasło­nami i ciem­nymi maho­nio­wymi meblami. Pokoje, do któ­rych Ella zapu­ściła żura­wia, były jasne, z wyso­kimi sufi­tami i bel­kami impre­gno­wa­nymi wap­nem, meble zaś odzna­czały się rusty­kalną pro­stotą - był to zbiór przy­pad­ko­wych, nie­pa­su­ją­cych do sie­bie sprzę­tów, które w połą­cze­niu dawały efekt sto­no­wa­nej har­mo­nii.

Dziew­czyny wspięły się po sze­ro­kich drew­nia­nych scho­dach, które cichutko skrzy­piały im pod sto­pami, po czym Caro­line otwo­rzyła drzwi do pokoju znaj­du­ją­cego się po lewej stro­nie kory­ta­rza. Białe muśli­nowe zasłony unio­sły się na wie­trze, gdy weszły do środka, i nagle Ella poczuła się jak na pokła­dzie statku pod peł­nymi żaglami, a jej zmę­czone długą podróżą ciało stra­ciło na moment rów­no­wagę, odzwy­cza­jone od prze­by­wa­nia na sta­łym lądzie.

Spło­wiały chod­nik ocie­plił wyło­żoną drew­nem pod­łogę i nieco oży­wił biały pokój. Sto­jący na noc­nej szafce bukie­cik wicio­krzewu i róż napeł­nił wie­czorne powie­trze słod­kim aro­ma­tem. Ella zdjęła kape­lusz i z ulgą padła na baweł­nianą narzutę przy­kry­wa­jącą łóżko. Ścią­gnęła buty i poprze­bie­rała chwilę pal­cami u stóp wciąż spo­wi­tymi w białe jedwabne poń­czo­chy. Roz­ko­szo­wała się świeżo odzy­skaną wol­no­ścią. Wiszące na prze­ciw­le­głej ścia­nie lustro w drew­nia­nej toa­letce odbi­jało ostat­nie pro­mie­nie słońca, rzu­ca­jąc refleksy na zasłony. Nad ramą łóżka z kutego żelaza znaj­do­wała się akwa­rela w pięk­nej zło­co­nej ramie przed­sta­wia­jąca żaglówkę sunącą po akwa­ma­ry­no­wym morzu w stronę niskiego pasa wydm.

- Cudowny obraz - zauwa­żyła Ella. - Patrząc na niego, pra­wię czuję ten wiatr, pro­mie­nie słońca i zapach morza.

Caro­line ski­nęła głową i usia­dła przy niej.

- To jedna z prac Chri­sto­phe'a. Połą­cze­nie dwóch jego naj­więk­szych pasji: malo­wa­nia i żeglar­stwa. Ma dryg do obu tych rze­czy, ale o tym sza, bo jesz­cze sodówka ude­rzy mu do głowy.

Roze­śmiały się na dźwięk dono­śnego postu­ki­wa­nia na scho­dach. Chri­sto­phe otwo­rzył drzwi pokoju, cią­gnąc za sobą walizkę Elli.

- Komu ude­rzy sodówka i dla­czego? - zapy­tał z sze­ro­kim uśmie­chem. Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wsko­czył na łóżko obok sio­stry. - Fiuu, Anaďs i ja bar­dzo się cie­szymy, że nie będziemy mieli do czy­nie­nia z tym młyń­skim kołem przez naj­bliż­szych kilka tygo­dni!

- Ella wła­śnie podzi­wiała twój por­tret "Bijou". - Caro­line ruchem głowy wska­zała malo­wi­dło.

- Jutro się nią prze­pły­niesz - odparł z uśmie­chem Chri­sto­phe. - Praw­dziwa z niej ślicz­notka.

Ellę ude­rzyło to, w jaki spo­sób jego twarz zmie­niała się pod wpły­wem emo­cji. Ciemne oczy Chri­sto­phe'a potra­fiły roz­bły­snąć, spo­chmur­nieć i znów się roz­po­go­dzić w ciągu zale­d­wie kilku zdań, jak po szkwale, gdy zachmu­rzone niebo momen­tal­nie się prze­ja­śnia. Sama była przy­zwy­cza­jona do ukry­wa­nia swo­ich uczuć. Rodzice uczyli ją nie­oka­zy­wa­nia nad­mier­nych emo­cji, nawet w zaci­szu wła­snego domu. Bliź­niaki wyda­wały się wolne od tego rodzaju zaha­mo­wań i Ella poczuła, że rośnie jej serce, stę­sk­nione za szer­szym wachla­rzem uczuć niż te, które przy­pa­dły jej w udziale pod­czas bez­piecz­nego - czy raczej, jak zaczęła myśleć, dość nud­nego i mono­ton­nego - dzie­ciń­stwa w Edyn­burgu. Po raz kolejny poczuła, jak coś roz­piera ją od środka, i nagle ogar­nęło ją prze­możne pra­gnie­nie, by polu­zo­wać gor­set i sukienkę, robiąc miej­sce na to, co zaczy­nało kieł­ko­wać w jej sercu.

Do pokoju wle­ciał sma­ko­wity zapach potrawy goto­wa­nej w kuchni na dole.

- Allons, Chri­sto­phe. Zostawmy Ellę samą na parę chwil, żeby mogła się roz­pa­ko­wać przed kola­cją. - Caro­line uśmiech­nęła się do niej. - Nie musisz się prze­bie­rać, chyba że chcesz. My zosta­niemy w tym, co mamy na sobie. Nie żar­to­wa­łam, mówiąc, że panuje tu bar­dzo luźna atmos­fera. Jeśli chcesz się odświe­żyć, łazienka jest po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Zejdź na dół, kiedy będziesz gotowa. Znaj­dziesz nas w kuchni albo na tara­sie za domem. Po wej­ściu do kuchni zoba­czysz drzwi.

Ella odwie­siła ubra­nia do wyso­kiej armo­ire sto­ją­cej w kącie sypialni i scho­wała bie­li­znę do ślicz­nej komody poma­lo­wa­nej na kre­mowy kolor i ozdo­bio­nej gir­lan­dami róż, która stała pod prze­ciw­le­głą ścianą, a następ­nie udała się na poszu­ki­wa­nia łazienki.

Roz­cze­sy­wała splą­tane wia­trem włosy w ciem­nym odcie­niu blond, aż opa­dły lśniącą kur­tyną po obu stro­nach jej poważ­nej, pocią­głej twa­rzy, która patrzyła na nią z zaśnie­dzia­łego ze sta­ro­ści lustra wiszą­cego nad umy­walką. Pomimo usil­nych prób sto­so­wa­nia się do ostrze­żeń matki o nie­zdej­mo­wa­niu kape­lu­sza z głowy, słońce i wiatr ewi­dent­nie zdo­łały się zakraść pod jego rondo i nadały policz­kom dziew­czyny deli­kat­nie zło­ci­sty blask. Przyj­rzaw­szy się dokład­nie swo­jej buzi w bla­dym wie­czor­nym świe­tle, Ella z nie­za­do­wo­le­niem nali­czyła co naj­mniej pięć pie­gów roz­rzu­co­nych po grzbie­cie nosa. Pokrę­ciła głową na widok gniew­nej zmarszczki, która poja­wiła się w lustrze. "Nie ma sensu zamar­twiać się pie­gami przez naj­bliż­sze sześć tygo­dni - oznaj­miła sta­now­czo swo­jemu odbi­ciu. - Tu, na wyspie, zacho­wu­jemy się trčs décontractés. - Uśmiech­nęła się. - A twój accent français już się zna­cząco popra­wił, made­mo­iselle Len­nox".

Umyła ręce nie­wielką kostką kre­mo­wego mydła leżącą obok umy­walki i wytarła je bia­łym lnia­nym ręcz­ni­kiem, zdu­miona tym, jak miękka zro­biła się jej skóra. Odwie­siw­szy ele­gancki żakiet do armo­ire w swoim pokoju, zarzu­ciła na ramiona miękki baweł­niany swe­ter, na wypa­dek, gdyby wie­czo­rem zro­biło się chłod­niej, zbie­gła na dół i wyszła przez kuch­nię na taras.

Na tyłach domu znaj­do­wał się spo­rych roz­mia­rów ogród oto­czony wyso­kim bie­lo­nym murem. Pora­stał go wicio­krzew, z któ­rego pew­nie pocho­dziły gałązki w jej pokoju, napeł­nia­jąc powie­trze zapa­chem zmie­sza­nym z wonią jaśminu pną­cego się w górę per­goli z kutego żelaza nad tara­sem. Przez otwartą bramę na końcu ogrodu Ella dostrze­gła Anaďs rado­śnie sku­biącą trawę pod drze­wami w nie­wiel­kim sadzie. Marianne, Caro­line i Chri­sto­phe sie­dzieli przy sze­ro­kim drew­nia­nym stole, na któ­rym leżały biały obrus i sztućce z uchwy­tami z kości sło­nio­wej. Kwiaty w kolo­rze głę­bo­kiego różu wyle­wały się z poma­lo­wa­nego gli­nia­nego wazonu sto­ją­cego na środku stołu. Obok niego znaj­do­wał się dzba­nek z rżnię­tego szkła wypeł­niony wodą oraz butelka czer­wo­nego wina. W spo­koj­nym wie­czor­nym powie­trzu roz­legł się dźwięk dzwonu na wieży kościoła w Sainte Marie wybi­ja­ją­cego ósmą.

Chri­sto­phe sie­dział wsparty na łok­ciu, przy­trzy­mu­jąc pod­bró­dek na dłoni, i ryso­wał coś w szki­cow­niku, który na widok zbli­ża­ją­cej się Elli pospiesz­nie zamknął i odło­żył na bok.

- Chodź do nas. - Marianne wska­zała na krze­sło obok sie­bie. - Sia­daj, Ello, i opo­wia­daj, co u two­jej mamy. Od naszego ostat­niego spo­tka­nia minęły lata, ale twój widok przy­wo­łuje we mnie szczę­śliwe wspo­mnie­nia mojej wizyty w Edin­bo­urg, kiedy byłam mniej wię­cej w twoim wieku. Caro­line, podaj Elli miseczkę z oliw­kami. Napi­jesz się z nami wina? Może zmie­sza­nego z odro­biną wody, jeśli nie jesteś przy­zwy­cza­jona do picia go przed i w trak­cie posiłku, tak jak się u nas przy­jęło?

Ciemne wino w cięż­kim krysz­ta­ło­wym kie­liszku nabrało przej­rzy­stej barwy rubinu, gdy madame Mar­tet dolała do niego wody z dzbanka i podała go Elli. Dziew­czyna nie­pew­nie upiła łyk z uda­waną non­sza­lan­cją, jakby co wie­czór do duszo­nej woło­winy albo bara­niny, które czę­sto jadano na kola­cję w ich domu, poda­wano butelkę Château Tal­bot; odczy­tała tę nazwę z ety­kietki na sto­ją­cej przed nią butelce. Nawet po roz­wod­nie­niu wino było inten­sywne w smaku i mocne. Ella poczuła, jak resztki napię­cia spo­wo­do­wa­nego długą podróżą i jesz­cze dłuż­szym ocze­ki­wa­niem na lato ula­tują z niej wraz z ostat­nimi pro­mie­niami słońca, gdy na wyspie powoli zapa­dała noc.

W bla­sku lam­pionu, który Marianne przy­nio­sła do stołu razem z pół­mi­skiem bla­nqu­ette de vea3u, Ella zer­kała ukrad­kiem na Chri­sto­phe'a. Cie­nie ska­kały mu po twa­rzy, a oczy zda­wały się lśnić wewnętrz­nym bla­skiem. Uniósł wzrok, a gdy ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały, Ella poczuła iskrę, która poja­wiła się pomię­dzy nimi. Masku­jąc skrę­po­wa­nie, skon­cen­tro­wała uwagę na swoim tale­rzu z jedze­niem i pyta­niach Caro­line o życie w Szko­cji.

Lekki chłód w noc­nym powie­trzu spra­wił, że Ellę prze­szył dreszcz i ziew­nęła. Widząc to, Marianne stwier­dziła z uśmie­chem:

- Chodź­cie, czas do łóżek. Chyba wszyst­kich nas zmę­czyły emo­cje zwią­zane z przy­jaz­dem Elli. Nawet wy jeste­ście dziś tro­chę mil­czące, moje roz­ga­dane bliź­niaki. Zostaw­cie naczy­nia, San­drine sprząt­nie je rano. Wyśpij­cie się, kochani. Baro­metr wska­zuje dobre ciśnie­nie, więc będzie­cie mogli zabrać "Bijou" w długi rejs. Przy­go­tuję wam kosz pik­ni­kowy, jeśli chce­cie.

Ella leżała w gład­kiej baweł­nia­nej pościeli, wpa­tru­jąc się sze­roko otwar­tymi oczami w ciem­ność. Nocne powie­trze wpa­dało do środka przez okno, wzdy­ma­jąc zasłony sło­nym odde­chem. Przez szparę pomię­dzy nie cał­kiem sty­ka­ją­cymi się ze sobą okien­ni­cami widziała księ­życ w pełni rzu­ca­jący snop sre­brzy­stego świa­tła na deski w pod­ło­dze i baweł­nianą narzutę na łóżku. Prze­pastny ocean roz­cią­ga­jący się za wydmami odbi­jał księ­życowy blask, two­rząc dziwną poświatę niczym senny brzask o pół­nocy, a deli­katne wes­tchnie­nia fal szep­tały obiet­nice na cze­ka­jące ją lato.

Tu wcale nie jest ciemno, pomy­ślała Ella, nim zapa­dła w sen, a jej umysł odpły­nął na mięk­kiej wysepce dry­fu­ją­cej po morzu świa­tła.

*

Obu­dził ją odgłos gwiz­da­nia, zapewne Chri­sto­phe'a. Scho­dził na dół, pogwiz­du­jąc melo­dię "Mar­sy­lianki", i od razu został uci­szony przez inną osobę - Caro­line albo Marianne.

Jasny snop świa­tła, pro­sty jak od linijki, wpa­dał do pokoju przez szparę mię­dzy okien­ni­cami, zastę­pu­jąc sre­brzy­sty blask księ­życa z ubie­głej nocy. Ella wysko­czyła z łóżka i prze­szła przez chod­nik, by opu­ścić cięż­kie meta­lowe ramię przy­trzy­mu­jące okien­nice i otwo­rzyć je na oścież. Podmuch cie­płego wia­tru otu­lił jej nagie ramiona i spra­wił, że cienki mate­riał koszuli noc­nej zało­po­tał wokół jej kostek. Pro­mie­nie słońca zalały pokój falą cie­pła.

Ella wło­żyła spód­nicę i bluzkę, prze­cze­sała włosy i pospiesz­nie zeszła na dół.

Okna fran­cu­skie w kuchni znowu były otwarte, tak jak poprzed­niego wie­czoru. Z tarasu do domu weszła krępa siwo­włosa kobieta w bia­łym far­tu­chu zało­żo­nym na pasia­stą spód­nicę z bawełny, nio­sąc w ręce pustą tacę i stu­ka­jąc drew­nia­kami o płytki na pod­ło­dze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki