2014, Edynburg
"Witamy w Domu Opieki Drumbeig". Słowa na tabliczce nie oddają
rzeczywistości; stoję w ulewnym deszczu po niewłaściwej stronie
szklanych drzwi, lekko zgarbiona, z uchem przyciśniętym do domofonu w nadziei, że ktoś usłyszy dzwonek i mnie wpuści. Nachylam się jeszcze
bardziej, jak najbliżej ściany z wylotem rynny, z którego kapie mi na
plecy jeszcze więcej wody. Wiatr zrywa garście pożółkłych liści z platanów otaczających szary kamienny budynek i ciska nimi w okna, gdzie
na moment przyklejają się do szyb, po czym zostają zmyte przez strugi
deszczu na żwirowany podjazd. Niecierpliwie spoglądam na zegarek,
myślami będąc już w domu - Czy Dan sobie poradzi? Czy będzie pamiętał o podaniu lekarstw Finnowi? - i ponownie naciskam guzik domofonu, tym
razem dłużej i bardziej natarczywie.
- Przykro mi, że musiała pani czekać. Proszę się tu podpisać. -
Recepcjonistka wręcza mi podkładkę i długopis. Ściągam z siebie
przemoczony płaszcz, żeby woda nie skapywała z rękawów na wypolerowany
blat biurka. - Czy była pani u nas wcześniej?
Kręcę głową, wpisując swoje nazwisko i datę. W kolumnie "osoba
odwiedzana" podaję nazwisko mojej babci: "E. Dalrymple".
Recepcjonistka odwraca kartkę, żeby sprawdzić, co napisałam.
- Ach, przyjechała pani do Elli? Jak miło. Dobrze się u nas
zaaklimatyzowała. Syn regularnie ją odwiedza, ale dobrze jej zrobi widok
innych gości.
Poczucie winy sprawia, że lekko się najeżam. Mam ochotę jej powiedzieć,
że nie mogłam wcześniej przyjechać - jestem nauczycielką na pełen etat,
wie pani, mój syn ma problemy i nie zawsze jest łatwo znaleźć czas...
Powstrzymuję się jednak od tłumaczeń, przywołuję na twarz uprzejmy
uśmiech i przeczesuję palcami niesforne włosy, które zaczęły się już
puszyć; w domu opieki jest gorąco jak w szklarni.
Moją wizytę przyspieszył telefon od wujka Robbiego. "Babcia chętnie się
z tobą zobaczy, Kendro, jeśli znajdziesz czas. Ma do ciebie jakąś
prośbę. Muszę cię tylko uprzedzić, że ostatnio nie jest w najlepszej
formie. Na pewno zauważysz różnicę pomiędzy tym, jaka była w domu i jaka
jest teraz. Pamięć coraz częściej płata jej figle". Powiedział to
łagodnym, ale też lekko ponaglającym tonem, co przyprawiło mnie o jeszcze większe wyrzuty sumienia, że nie odwiedziłam jej wcześniej. Moja
matka nie jest jednak blisko związana z babcią Ellą - w przeszłości
doszło między nimi do konfliktu, o którym żadna z nich nie lubi mówić -
więc nie widywałyśmy się często, gdy byłam dzieckiem. Tym bardziej
problematyczna jest dla mnie ta wizyta. Raczej nie wspomnę mamie o tym,
że odwiedziłam babcię w domu opieki. Mogłaby to poczytać za zdradę,
chociaż nie bardzo się orientuję z jakiego powodu. Wiem jednak, że
gdybym wspomniała o tym ot tak, mimochodem, matka szybko zmieniłaby
temat.
- Drugie piętro, na samym końcu korytarza. Pokój Elli jest ostatni po
lewej stronie. - Recepcjonistka udziela mi wskazówek z profesjonalnym
uśmiechem.
W powietrzu unosi się ciężki zapach gotowanej kapusty, który sączy się
spod drzwi do jadalni i miesza z woniami odświeżacza powietrza oraz
środków czyszczących. Nie słychać moich kroków, kiedy idę po grubym
niebieskim dywanie. Dochodzę do wniosku, że w windzie poczułabym się
jeszcze bardziej klaustrofobicznie, więc wybieram schody; nagle
uświadamiam sobie, że powinnam być wdzięczna losowi za to, że wciąż mam
sprawne nogi. Po dotarciu na drugie piętro zaczynam się pocić i swędzi
mnie skóra pod włosami. Odsuwam wysoki kołnierz wełnianego swetra od
szyi, żeby było mi chociaż trochę chłodniej, i biorę głęboki oddech.
Jakim cudem babcia zdołała przywyknąć do życia w takiej duchocie,
zastanawiam się, choćby nie wiem jak czysto i ciepło było w jej pokoju?
Czy tutejszy personel jest dla niej miły? Czy dobrze się nią opiekuje?
Czy babcia nie tęskni za niezależnością, którą dawał jej solidny dom w Morningside, z przestronnymi pokojami z wysokim sufitem, pełnymi
przedmiotów zbieranych przez całe życie? A może to wszystko przestało ją
obchodzić? Albo o tym zapomniała? Ostatnio tyle rzeczy ulatuje jej z pamięci. Umysł Elli zdaje się pozbywać wspomnień, tak jak ona, kiedy
pozbyła się większości dobytku, ograniczając się do niezbędnego minimum.
Nie tylko zakwaterowanie mojej babci stało się skromniejsze, lecz także
jej życie, całe jestestwo, w miarę jak kończyły jej się dni.
Na ostatnich drzwiach po lewej stronie korytarza widzę odrysowaną od
szablonu liczbę "12", a pod spodem plakietkę ze skreślonym schludnym,
okrągłym charakterem pisma nazwiskiem w metalowej ramce: "Ella
Dalrymple". Jest to charakter pisma młodszej osoby, nie wytworna
kursywa, ostatnio trochę krzywa i niepewna, którą babcia wypisywała
kartki na Boże Narodzenie.
W pokoju naprzeciwko brzęczy telewizor. Jednak gdy staję pod drzwiami
pokoju babci Elli, ze środka nie dobiega mnie żaden dźwięk. Pukam
ostrożnie. Może śpi? Mogłabym zostawić liścik, uciec stąd, nie
zakłócając jej spokoju, i wrócić do domu o odpowiedniej porze, żeby
sprawdzić, co z Finnem, przygotować kolację, zacząć sprawdzać prace,
które przyniosłam do domu: trzydzieści dwa wypracowania na temat "Kto
ponosi winę za tragedię w Makbecie?". Podejrzewam, że niektóre z nich
same w sobie okażą się tragiczne.
Dopada mnie przemożna chęć, żeby odwrócić się na pięcie i uciec.
Mogłabym przecież uczciwie powiedzieć, że próbowałam ją odwiedzić;
miałabym czyste sumienie. Jednocześnie nie mogę zignorować własnej
niechęci przed powrotem do domu. Ostatnio ciągle się tak czuję, wiedząc,
że od samego progu będę unikać wzroku Dana, by nie podchwycić jego
spojrzenia pełnego poczucia klęski i winy spowodowanych tym, że wróciłam
do domu po kolejnym ciężkim dniu pracy. Oboje będziemy robić dobrą minę
do złej gry. Dan z udawaną ekscytacją opowie mi o ostatniej ofercie
pracy, na którą odpowiedział, a ja ze sztucznym uśmiechem przywołam
historyjkę o tym, co któreś z dzieciaków zrobiło w szkole. Jednak oboje
będziemy wiedzieli. Pomimo prób chronienia siebie nawzajem, będziemy się
zamartwiać naszą sytuacją finansową, a jeszcze bardziej tym, co
przyniesie przyszłość. Jaki los czeka naszego pięknego syna, do którego
nie umiemy trafić? Finn od początku był trudnym dzieckiem, a lekarze
składali jego apatię przeplataną okropnymi napadami gniewu na karb
kolek, ząbkowania albo bliżej nieokreślonego "wirusa". Jednak gdy
skończył dwa lata, dopatrzyli się u niego "poważnych zaburzeń
rozwojowych" i skierowali nas do odpowiednich specjalistów, którzy
wreszcie zdiagnozowali u Finna autyzm. Od tamtej pory każdy dzień jest
dla nas polem bitwy, niezależnie od tego, czy akurat próbujemy pomóc
Finnowi w radzeniu sobie z gniewem i strachem, czy walczymy z władzami o większe wsparcie dla naszego syna. I chociaż w ciągu dnia oboje z Danem
staramy się zachować optymizm, wieczorem dzieli nas ziejąca przepaść,
kiedy kładziemy się do łóżka kilometry od siebie. Zupełnie jakby każde z nas topiło się we własnym morzu zmartwień i nie potrafiło odholować tej
drugiej osoby w bezpieczne miejsce. Coraz bardziej oddalamy się od
siebie, niezdolni wykrzesać więcej sił do walki z podstępnymi prądami,
które próbują nas wciągnąć na dno.
Z pokoju po drugiej stronie korytarza wychodzi pielęgniarka, niosąc
jakąś rzecz przykrytą ręcznikiem. Uśmiecha się do mnie, a ja ponownie
zwracam się w stronę drzwi Elli i pukam trochę głośniej. Łagodny głos
babci, drżący i wiekowy niczym dźwięk jednej z siedemdziesięciu ośmiu
płyt gramofonowych, które dawniej kolekcjonowała, zaprasza mnie do
środka:
- Proszę.
- To ja, babciu, Kendra. Przyjechałam sprawdzić, jak się czujesz. - W moim głosie pobrzmiewa fałsz, słychać w nim nadmierną wesołość osoby
dręczonej poczuciem winy.
Nie wiem, czy w ogóle mnie pozna. Kiedyś odwiedziłam ją w domu i nazwała
mnie Rhoną; uśmiechnęła się z ulgą, bo myślała, że w końcu przyszła do
niej córka. "Nie jestem Rhona, tylko Kendra. Córka Rhony, pamiętasz?
Mama też cię kiedyś odwiedzi". Lepiej, żeby się pospieszyła, dodałam w myślach. Matka od lat nie postawiła nogi w Edynburgu i uparcie odmawiała
spotkania z Ellą. Zrzuciła wszystko na barki wujka Robbiego, łącznie z ulokowaniem jej w domu opieki, opróżnieniem domu z mebli i wystawieniem
go na sprzedaż.
Widzę jednak, że dzisiaj Ella ma dobry dzień. Jej spojrzenie jest
przenikliwe, pamięć nie szwankuje.
- Kendra, skarbie, jak miło, że przyjechałaś. Wejdź i przysuń sobie
krzesło. Ale przemokłaś! Powieś płaszcz przy grzejniku, niech trochę
przeschnie. Koszmarną dziś mamy pogodę.
Przytulam ją i zwracam uwagę na to, jaka jest krucha, jak cienka wydaje
się skóra na jej policzku w zetknięciu z moją.
Wyciągam krzesło i rozglądam się po pokoju. Robbie i Jenny, żona wujka,
dobrze się spisali, przywożąc tu niektóre sprzęty z domu babci. Dzięki
nim pomieszczenie w kolorach magnolii i beżu stało się nieco bardziej
przytulne.
Przyglądam się obrazom Elli i zauważam mój ulubiony, przedstawiający
plażę i unoszącą się na wodzie żaglówkę. Wisi na przeciwległej ścianie,
tak żeby mogła widzieć go z łóżka. Na podłodze leżą stare dywaniki,
które wciąż zachowały bajeczne kolory, chociaż w paru miejscach są lekko
wytarte za sprawą tysięcy postawionych na nich przez lata kroków.
Książki i bibeloty stoją na półkach zrobionych przez Robbiego. Ciągną
się wzdłuż ścian i pod oknem z widokiem na korony drzew oraz majaczący w oddali, rozświetlony Zamek Edynburski, który wygląda, jakby unosił się
na wzburzonym morzu gałęzi.
Na szafce przy łóżku stoi delikatna misa w głębokim odcieniu błękitu
przetykanym złotą żyłką przypominającą błyskawicę, z muszelkami w środku. Ich widok szczególnie mocno chwyta mnie za serce. Nie mają w sobie nic wyjątkowego; to zwykłe muszelki zebrane na plaży. Jednak skoro
babcia przechowała je przez tyle czasu, muszą mieć dla niej szczególne
znaczenie. Może są cenną pamiątką z wakacji sprzed wielu lat, symbolem
dni spędzonych na dalekich plażach skąpanych w promieniach słońca, wśród
podmuchów wiatru i morskich fal? Przełykam emocje, które niespodziewanie
ściskają mnie za gardło.
- Jak ci się tutaj mieszka, babciu?
Wiem, że przeprowadzka do domu opieki była dla niej trudna, że traktuje
ją jak przyznanie się do porażki, koniec pewnego etapu i widzę, że moje
pytanie ją zasmuciło. Po chwili odpowiada z tym swoim łagodnym
uśmiechem:
- Och, całkiem znośnie. To miejsce nie byłoby wcale takie złe, gdyby nie
fakt, że pełno w nim starych ludzi.
Kiwam z uśmiechem głową.
- No tak. Rozumiem, że w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat nie
zaliczasz siebie do tej grupy?
- Oczywiście, że nie. - Unosi brew z miną niewiniątka. - Wbrew pozorom
mam nie więcej niż siedemnaście lat. Uważam, że kiedy przeżyło się tyle
lat, co ja, pamięć człowieka sama wybiera sobie odpowiedni wiek, a dziś
mój umysł podpowiada mi, że niedawno obchodziłam siedemnaste urodziny.
Przyglądam się Elli nieco podejrzliwe w obawie, że właśnie przeżywa
kolejny z tych swoich napadów, gdy traci kontakt z rzeczywistością i przenosi się daleko w przeszłość, zabierając nam ją kawałeczek po
kawałeczku; okrutny figiel starzejącego się umysłu.
Wzrok babci koncentruje się jednak na mojej twarzy. Musiała dostrzec na
niej oznakę niepokoju, bo wyciąga ręce i obejmuje nimi moją dłoń.
- Nie bój się, Kendro, tylko się droczę. Jestem tu obecna ciałem i duchem.
Oblewam się rumieńcem, dokładam drugą dłoń i przyglądam się babci
jeszcze uważniej. Nagle dociera do mnie, że ona wie - jest świadoma
swoich zaników pamięci, upiornego migotania świecy, która zawsze paliła
się tak równo aż do teraz - i moje gardło znowu zaciska się z emocji.
- Wiem jednak - kontynuuje babcia - że tracę zdrowe zmysły. - Ściska
moją rękę, gdy szukam odpowiednich słów, by zaprotestować: nie, to
nieprawda, nic ci nie jest, jakby te kłamstwa mogły cokolwiek zmienić. -
Nie, skarbie, to szczera prawda. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej.
Dlatego chcę cię prosić o pewną przysługę. Umiesz pisać, a ja, odkąd tu
trafiłam - wskazuje pokój, bo tylko on jej jeszcze pozostał - mam
mnóstwo wolnego czasu i głowę pełną wspomnień. Zanim wszystkie ulecą i naprawdę zostanę z niczym, chciałabym, żebyś je spisała. Opowiedziała
moją historię. Zrobisz to dla mnie? Kiedy byłaś młodsza, chciałaś zostać
pisarką. Teraz masz okazję.
- No cóż, wiesz, jak to mówią: ci, którzy potrafią coś zrobić - robią.
Reszta uczy. Ale oczywiście, babciu Ello. Z przyjemnością spiszę twoje
wspomnienia. Jedynym problemem jest mój brak czasu. Będę mogła do ciebie
przyjeżdżać dopiero po szkole, chociaż w wakacje pewnie uda mi się to
robić częściej. No i jest jeszcze Finn...
Zawieszam głos i znowu ogarnia mnie poczucie winy. Naturalnie mogłabym
spróbować wykroić nieco więcej czasu, ale Dan już i tak jest wykończony
siedzeniem w domu z naszym kochanym, trudnym synem. Wiem, że nie jest mu
łatwo bezustannie uświadamiać sobie odmienność Finna i zamartwiać się
tym, co go może czekać w przyszłości... Jak rozwinie się jego autyzm,
kiedy będzie starszy? Kto się nim zaopiekuje, gdy nas zabraknie? Poza
tym Dan w każdej wolnej chwili odpowiada na ogłoszenia o pracę, bez
większej nadziei na sukces. Ostatnio dostaje tylko złe wiadomości: jego
dawni koledzy również wylądowali na bruku, a kolejne firmy przysyłają mu
listy odmowne, przez co mój mąż jest wiecznie przygnębiony.
Ella kiwa głową, puszcza moje ręce i odwraca się, by wysunąć szufladę
nocnej szafki znajdującej się za jej plecami.
- Wiem, jaka jesteś zajęta, skarbie, i nie chcę ci sprawiać dużego
kłopotu. Dlatego poprosiłam Robbiego, żeby przywiózł mi to. - Unosi
podręczny dyktafon. - Moja propozycja jest taka: nagram swoje
wspomnienia, a potem przekażę ci kasety, żebyś mogła się nimi zająć w dowolnym momencie, w zaciszu własnego domu. Dostaniesz też ode mnie
albumy - może dzięki nim łatwiej ci będzie wszystko sobie wyobrazić,
ożywić miejsca i ludzi.
Przy łóżku Elli leży przewiązane sznurkiem pudełko po butach i nieco
większe kartonowe pudło zawierające coś, co wygląda na stertę albumów ze
zdjęciami. Biorę pierwszy z wierzchu i otwieram go na przypadkowej
stronie. Ze zdjęcia spogląda na mnie poważnie moja matka, gdy była małą
dziewczynką. Na czarnej stronie widnieje biały podpis skreślony
schludnym charakterem pisma babci Elli: "Rhona, 8 lat".
Unoszę wzrok, by znowu na nią spojrzeć, i po raz kolejny zastanawiam
się, co właściwie sprawiło, że te dwie kobiety dzieli taka przepaść.
Przypomina ona niemożliwy do pokonania lodowiec pełen niebezpiecznych
rozpadlin utworzonych przez życie.
Ella ponownie ściska moją rękę, tym razem mocniej, i zwraca się do mnie.
W jej głosie wyczuwam zniecierpliwienie:
- Proszę cię, Kendro. Kończy mi się czas. Czy spiszesz moją historię,
zanim będzie za późno, zanim wszystko zapomnę i nie będzie obok mnie
nikogo, kto mógłby to zrobić?
Jeszcze raz spoglądam na zdjęcie dziewczynki w schludnej białej bluzce i prążkowanym szkolnym krawacie, z prostymi blond włosami odgarniętymi z twarzy plastikową opaską i nieprzeniknionym spojrzeniem ciemnych oczu.
Uświadamiam sobie, że Ella nie tylko mnie o coś prosi, lecz także chce
mi coś ofiarować. Być może wyjaśnienia, a na pewno refleksje.
Patrzę na pudło z albumami i dociera do mnie, jak niewiele wiem na temat
życia własnej babci. Kiedy byłam dzieckiem, rzadko się widywałyśmy,
głównie z powodu jej konfliktu z mamą. Dopiero gdy rozpoczęłam naukę w kolegium nauczycielskim w Edynburgu, a później poznałam i poślubiłam
Dana, zaczęłam się z nią częściej spotykać. Byłam jednak tak zajęta
swoim życiem i problemami, że zawsze widziałam w babci tylko starszą
krewną, która wzbudzała we mnie wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy
Robbie i Jenny dokądś wyjeżdżali albo mieli inne sprawy i nie mogli się
nią zająć.
Muszę więc przyznać, że intryguje mnie wizja przejrzenia albumów, dzięki
którym dowiem się czegoś więcej na temat przeszłości mojej matki i wujka
Robbiego. Na pewno znajdę w nich też zdjęcia dziadka, mglistej postaci z mojego dzieciństwa, który zmarł, gdy miałam siedem lat. Pamiętam długą
podróż z Londynu na północ na jego pogrzeb. Szkocki kościół, w którym
hulał przeciąg, szlochającą matkę i ojca, który nie był w stanie jej
pocieszyć, a także kruche ciasteczka i sok pomarańczowy jedzone przez
nas później w domu babci Elli. Nie zostaliśmy tam na noc, chociaż było
dużo wolnych pokoi. "Wolę się zatrzymać u Robbiego" - usłyszałam, jak
mama, trochę zbyt piskliwie i głośno, zwraca się tymi słowami do ojca.
Wracam do rzeczywistości i dostrzegam na twarzy babci mieszaninę
niepewności i zachęty.
- Okej, jesteśmy umówione - mówię, na co odpowiada mi uśmiechem pełnym
ulgi.
- Miałam nadzieję, że się zgodzisz! Tu są dwie pierwsze kasety. Kazałam
Robbiemu kupić drugie takie ustrojstwo, żebyś mogła je sobie puszczać w domu. - Kładzie pękatą kopertę na wierzchu ułożonych w pudle albumów. -
I jeszcze jedno, Kendro. Zrób to po swojemu. Wykorzystaj moje słowa i zdjęcia i napisz tę historię jak należy. Wykorzystaj swój talent i spraw, żeby inni też mogli ją przeczytać i zrozumieć.
Powoli kiwam głową, słysząc ton ponaglenia w jej głosie.
Nagle uświadamiam sobie coś jeszcze - patrzy na mnie wyczekująco nie
jedna, ale dwie pary oczu: jedna z nich należy do babci Elli, druga zaś
do dziewczynki ze zdjęcia w albumie - mojej matki.
1938, Île de Ré
Dziewczyna stała na pomoście ze wzrokiem utkwionym w prom, którym miała
się przedostać na wyspę, sunącym w jej stronę przez błękitne wody.
Odstawiła kuferek podróżny w kolorze kremowym, po czym zsunęła z ramion
żakiet, uwalniając się od eleganckiego stroju, i pozwoliła ciepłym
promieniom francuskiego słońca pieścić jej skórę. Ramiona miała blade po
długiej zimie spędzonej na północy. W tym roku wiosna w zasadzie ją
ominęła, czuła się więc jak poczwarka przeobrażająca się w motyla, która
nagle odkrywa, że ma skrzydła i rozwija je, żeby mogły się pławić w gorącu, świetle i kolorze.
Bryza - łagodny oddech przepastnego Oceanu Atlantyckiego, który
rozciągał się aż na drugą stronę świata, daleko od nisko położonej wyspy
- uniosła jej opadające na ramiona włosy w odcieniu miodu, schładzając
szyję i rozpalone policzki.
Miała za sobą długą podróż z Edynburga, obfitującą w nowe i ekscytujące
doświadczenia. Pewnie czułaby zmęczenie, gdyby tak bardzo nie stresowała
się spotkaniem z gospodarzami, a nadpływający prom coraz bardziej ją do
tego przybliżał. W nocnym pociągu do Londynu matka Elli, która pomimo
jej protestów, że w wieku siedemnastu lat poradzi sobie sama,
postanowiła ją trzymać za rączkę aż do wejścia na pokład promu
kolejowego, spała snem sprawiedliwego na sąsiedniej kuszetce. Jej
spokojny, miarowy oddech mieszał się ze stukotem kół na torach i od
czasu do czasu z ogłuszającym rykiem innego pociągu mijającego je w ciemności.
Z kolei Ella, przyzwyczajona do ciszy panującej w ich domu na
zadrzewionych przedmieściach Południowego Edynburga, prawie nie zmrużyła
oka. Nie żeby się tym przejmowała. Była zbyt podekscytowana wyobrażaniem
sobie czekającej ją podróży i wakacji za granicą, rozciągających się
przed nią jak obietnica. Leżała więc, kołysząc się na wąskiej kuszetce,
w wykrochmalonej na sztywno bawełnianej pościeli, przykryta szarym
wełnianym kocem z wyhaftowanym czerwonymi nićmi logiem LNE1R i powtarzała sobie w głowie francuskie wyrażenia. Nieważne, że była
najlepsza w klasie i że mademoiselle Murray regularnie ją chwaliła -
Ella i tak podejrzewała, że Morningside odcisnęło piętno na akcencie jej
nauczycielki. Brzmiała zupełnie inaczej niż piosenki na francuskich
płytach gramofonowych, które włączała jej matka, z rozrzewnieniem
wsłuchując się w głos śpiewaka operowego Maurice'a Renauda i wspominając, jak oglądała jego występy na żywo, gdy mieszkała w Paryżu
za młodu.
- Wiesz, Ello, to bardzo ważne, żeby spędzić trochę czasu w kraju,
którego języka chcesz się nauczyć - zauważyła. - Nie wspominając już o zrozumieniu tamtejszej kultury.
I tak oto w Boże Narodzenie rok temu matka Elli napisała do swojej
dawnej przyjaciółki Marianne Martet z pytaniem, czy jej córka nie
mogłaby u nich spędzić tygodnia albo dwóch.
- To nawet lepsze niż dwa tygodnie spędzone w Paryżu! Marianne zaprasza
cię na wakacje do ich letniego domu na Île de Ré! Spędzisz całe sześć
tygodni z bliźniakami! Po tym czasie będziesz mówić po francusku jak
rodowita mieszkanka wyspy!
W skrytości ducha Ella była jednak odrobinę rozczarowana. Cieszyła ją
obietnica paryskiego wyrafinowania i elegancji, których naoglądała się
na zdjęciach w piśmie "Picture Post", przedstawiających słynną Wielką
Wystawę Światową organizowaną w stolicy Francji rok wcześniej, ale nazwa
tej wyspy nawet nie obiła jej się o uszy. Po sprawdzeniu w atlasie
okazało się, że było to kilka maleńkich skrawków ziemi, które wyglądały
jak odłupane od wybrzeża atlantyckiego i wrzucone do morza. Jednak
przygoda to przygoda, szczególnie dla dziewczyny, która nigdy nie
zapuściła się dalej niż do Fif2e.
Planowanie wyprawy trwało wiele tygodni. Jeździły z matką do Jenners,
żeby skompletować letnią garderobę, na którą składały się trzy kostiumy
kąpielowe, nowa bielizna oraz kilka lekkich bawełnianych sukienek,
ładniejszych niż te, które miała do tej pory.
- Będziesz musiała się chronić przed słońcem z tą twoją jasną karnacją -
ostrzegła ją matka. - Nigdy nie zapominaj o kapeluszu, bo nabawisz się
piegów i dopiero będziesz żałować!
Dzień przed wyjazdem ojciec podarował jej niewielki kuferek podróżny.
- Podobno każda młoda dama podróżująca do obcych krajów powinna taki
mieć - powiedział z uśmiechem. Kluczyk, który nosiła na wstążce wokół
szyi, otwierał mosiężne okucia skrywające wyściełane jedwabiem wnętrze
kuferka w najgłębszym odcieniu wiśni, w którym mieściło się kilka
buteleczek i słoiczków ze srebrnymi nakrętkami, szczotka do włosów i owalne lusterko. Każdy z przedmiotów był przytwierdzony mocnymi
skórzanymi paskami. Miejsca starczyło jeszcze na bieliznę nocną oraz
kilka drobiazgów przydatnych w podróży. Całą resztę starannie
poskładano, owinięto bibułą i spakowano do dużej walizki.
Prom zwolnił, zbliżając się do nabrzeża, i nagle w porcie zrobił się
ruch. Pokładowy chwycił bagaż Elli, aby zanieść go na statek, i spojrzał
na nią z uznaniem, gdy sięgnęła po kuferek, a następnie ruszyła za nim.
Mężczyzna w berecie postawił klatkę pełną rozgdakanych kurcząt w cieniu
sterowni i uśmiechnął się do Elli, po czym usiadł na twardej drewnianej
ławce ciągnącej się wzdłuż krawędzi promu. Później, pośród krzyków i machania rękami, wciągnięto liny na pokład i prom wyruszył w drogę
powrotną na wyspę, możliwie szybko, żeby jak najlepiej wykorzystać
przypływ.
Ella stanęła blisko dziobu i wpatrywała się w cel swojej podróży - bladą
smugę lądu rozciągającą się nisko wśród fal. Byle sztorm mógłby ją
zmieść z powierzchni oceanu, pomyślała. Pomna ostrzeżeń matki, mocno
przytrzymywała ręką słomkowy kapelusz osłaniający jej twarz przed
promieniami słońca i mocnymi porywami wiatru, który mógł go zdmuchnąć z jej głowy prosto w fale. Oblizała usta i poczuła na nich smak soli.
Niebo nad głową Elli było oszałamiająco błękitne - wyglądało całkiem
inaczej niż zasnute szarymi chmurami niebo nad Edynburgiem, do którego
widoku przywykła. Odchyliła głowę, żeby śledzić lot mewy szybującej
wysoko nad nią.
Ella spojrzała za siebie, w stronę lądu, który znikał stopniowo pod
spienionymi falami. Przez moment miała niepokojące wrażenie, jakby
zsunęła się z krawędzi Ziemi, a tętniące życiem punkty na planie jej
podróży - Edynburg, Londyn, Paryż - nadal gdzieś istniały, w jakimś
innym świecie, który zostawiła za sobą.
Statek pruł do przodu, a białe piaski Île de Ré były coraz bliżej,
przypominając Elli obraz Turnera, który omawiali na lekcjach plastyki w szkole. W świetle wczesnego letniego wieczoru morze mieniło się wieloma
odcieniami lazuru i turkusu, wyspa zaś wyglądała jak wykuta z białego
złota pod soczystą zielenią sosnowych gałęzi. Wdychając słone morskie
powietrze, Ella nagle zapragnęła, by ta podróż trwała bez końca, a reszta życia upłynęła jej w stanie zawieszenia. Chciała być wolna niczym
ptaki szybujące po olśniewająco błękitnym niebie rozpościerającym się
nad jej głową.
Prom zbyt szybko przypłynął do pomostu dla wysiadających na skraju
portu, w którym długie i niezgrabne ramię żurawia przerzucało towary do
ładowni większego statku przy wtórze pokrzykiwania mężczyzn i morskiego
ptactwa.
Pasażerowie ruszyli do przodu, zabierając swoje bagaże i pakunki.
Mężczyzna w berecie zapakował skrzynkę z kurczętami na rower i ostrożnie
zjechał nim po krótkim trapie na suchy ląd.
Ella wzięła bagaże i nieco chwiejnym krokiem zeszła z promu. Marianne
Martet napisała w liście, że będą na nią czekać w porcie, lecz Ella nie
miała pojęcia, jak oni wyglądają. Matka opisywała swoją dawną
przyjaciółkę jako niezwykle piękną i energiczną kobietę z wielkimi
oczami oraz ciemnymi kręconymi włosami. Marianne pisała, że jej
bliźniaki - Caroline i Christophe - mają po osiemnaście lat i nie mogą
się już doczekać wakacji spędzonych w towarzystwie nowej koleżanki,
prawie ich rówieśniczki.
Gdy tłum wysiadających się rozproszył, a samochody odjechały piaszczystą
drogą, Ella dostrzegła stojącą na skraju portu furmankę zaprzęgniętą w osła. Stała na niej - żeby lepiej widzieć ponad głowami ludzi - i energicznie machała para młodych ludzi: dziewczyna z burzą kasztanowych
loków i chłopak z opadającą na ciemne oczy grzywką. Promienie słońca
rzeźbiły mu twarz - wydatne kości policzkowe rzucały cienie, podkreślały
jego przystojną twarz. Oboje byli piękni w całkowicie niewymuszony i nieuświadomiony sposób, dzięki czemu Ella od razu ich polubiła i zapomniała o swoich obawach przed spędzeniem lata w towarzystwie obcych
osób. Dziewczyna miała na sobie koszulkę z krótkimi rękawami i rybaczki
odsłaniające jej opalone łydki, a chłopak ubrany był w bawełnianą bluzę
z rodzaju tych, które nosili rybacy, i luźne spodnie. Ella momentalnie
poczuła się skrępowana i przesadnie wystrojona w swoim surowym, szytym
na miarę żakiecie i sukience.
Christophe i Caroline zeskoczyli z furmanki i przyszli się przywitać.
Ella wyciągnęła rękę do Caroline i spłonęła rumieńcem, gdy ta nachyliła
się i ucałowała ją serdecznie w oba policzki. Zawstydzona, w przekrzywionym kapeluszu, Ella zwróciła się w stronę Christophe'a i zamarła, nie wiedząc, jak się zachować. Zarumieniła się jeszcze
bardziej, gdy i on ucałował ją w oba policzki. Poprawiła sobie kapelusz
z szerokim rondem, szczęśliwa, że może się za nim schować.
- Eleanor Lennox, miło cię poznać! - Oczy Christophe'a błyszczały
rozbawieniem, kiedy schylił się po jej walizkę.
- Proszę, mówcie mi Ella. Wszyscy się tak do mnie zwracają, chyba że coś
przeskrobię. - Z ulgą stwierdziła, że zrozumiała, co powiedział do niej
Christophe, i nawet zdołała mu odpowiedzieć, choć nie bez wysiłku.
- Nie wierzę, że taka dziewczyna jak ty mogłaby cokolwiek przeskrobać -
odparł ze śmiechem. - Jesteś na to zbyt schludna i grzeczna! Oh lŕ lŕ,
a w tej walizce jest pewnie jeszcze więcej costumes. Biedna Anaďs tego
nie uciągnie. Będziemy musieli iść obok wozu.
- Nie słuchaj go, tylko się z tobą droczy. - Caroline wzięła Ellę za
rękę. - Masz śliczną sukienkę, kuferek też. Musisz nam wybaczyć, zawsze
jesteśmy bardzo décontractés, rozluźnieni, po przyjeździe na wyspę. To
taka miła odmiana od życia w Paryżu. Zapominamy, jak wyglądają
cywilizowani ludzie!
- No tak, ale czym właściwie jest cywilizacja? - Christophe zawiesił
głos, odstawiając ciężką walizkę na piaszczystą drogę za furmanką. -
Śmiem twierdzić, że nasze życie powinno wyglądać właśnie tak jak tu, na
Île de Ré, a całe to paryskie pozerstwo jest warte funta kłaków. W mieście mieszka mnóstwo ludzi, których trudno nazwać cywilizowanymi. A co do szerszego świata - mówił dalej, zapalając się do tematu; oczy
nagle mu rozbłysły - to w Hiszpanii faszyści mordują własnych braci, a Niemcy ignorują wszelkie obietnice złożone w Wersalu i najpierw się
dozbrajają, a potem anektują Austrię. Zamierzają rozszerzyć swoje
imperium. Nikt nie wie po co, ale ich motywacje nie mogą być szlachetne.
Fala uchodźców zalewa Paryż, wszyscy boją się prześladowań. W całej
Europie panuje zamęt! I co w tym niby jest "cywilizowanego"?
Ella obserwowała spod ronda kapelusza jego przystojną twarz, ożywioną
młodzieńczą pasją, z którą się wypowiadał. Gestykulował przy tym
silnymi, opalonymi dłońmi, akcentując każde słowo z wielką mocą.
- Chodź, Christophe - zwróciła się do niego łagodnie Caroline, kładąc mu
swoje szczupłe i również opalone palce na ramieniu - to nie czas na
polityczną tyradę. Eleanor na pewno jest zmęczona po długiej podróży, a maman czeka na nas w domu.
Z westchnieniem rezygnacji Christophe podniósł z ziemi walizkę i nie bez
wysiłku zarzucił ją na tył niewielkiej drewnianej furmanki, powodując
przy tym taki huk, że płowa oślica uniosła wzrok znad trawy, którą
właśnie się posilała na poboczu drogi, i spojrzała na nich ciemnymi
oczami z wyrazem sennego zaskoczenia.
- Anaďs, poznaj pannę Eleanor Lennox i jej opasłą walizę - oznajmił
ironicznie Christophe, po czym pogłaskał miękkie uszy i pyszczek
ośliczki, delikatnie chwytając za uprząż, żeby obrócić ją razem z furmanką w kierunku domu.
- Witaj, Anaďs. Jesteś piękna.
- Proszę wsiadać, panienko Eleanor Lennox. Karoca już czeka. - Oczy
Christophe'a błyszczały rozbawieniem, kontrastując z oficjalną formą
zaproszenia.
- Proszę, mówcie mi Ella. Poza tym chętnie się przejdę. Spędziłam w pociągach tyle czasu, że wolałabym rozprostować nogi. - W głębi duszy
Ella bała się, że jej walizka naprawdę była za ciężka, ale nie
zamierzała pokazać temu roześmianemu Francuzikowi, że jego żarty trafiły
w jej czuły punkt.
Odniosła wrażenie, że Christophe spojrzał na nią z podziwem. Widziała,
jak omiata wzrokiem jej smukłą talię i ramię, gdy przytrzymywała mocno
kapelusz, broniąc się przed zdradzieckimi podmuchami morskiej bryzy, i wpatrywała się w niego swoimi bystrymi zielonymi oczami. Nie mogła
jednak wiedzieć, że najchętniej chwyciłby ołówek i kartkę, żeby
przenieść na papier delikatne krągłości Elli oraz sposób, w jaki wiatr
zwiewał jej kosmyki włosów na twarz. Nagle spoważniał i skinął głową.
- W porządku. Niech będzie Ella. A Anaďs jest ci wdzięczna za to, że o niej pomyślałaś.
Po opuszczeniu portu ruszyli piaszczystą ścieżką pooraną kołami
przejeżdżających powozów, z obu stron porośniętą morską trawą. Skórzane
buty cisnęły Ellę w stopy i zmatowiały od osadzającego się na nich
piasku. Spojrzała z zazdrością na miękkie płócienne tenisówki ze
sznurkową podeszwą na nogach Caroline i Christophe'a, które zostawiały
na drodze ledwo widoczny ślad, w przeciwieństwie do znacznie głębszych
odcisków jej butów na obcasie. Dawniej, w innym świecie, zgromadzenie
odpowiednio szykownej jak na francuskie standardy garderoby na ten letni
wyjazd wydawało się Elli bardzo ważne - zresztą jej matce również, czego
dowodem był fakt, że w sklepie obuwniczym w Morningdale wyraziła zgodę
na zakup pantofelków na niewysokim obcasie, których nie nosiło się w ich
prezbiteriańskiej rodzinie. Jednak teraz, zaledwie parę minut po swoim
przyjeździe, Ella zrozumiała, że "odpowiednia" garderoba ni w ząb nie
pasowała do klimatu Île de Ré.
Wszyscy troje szli przy furmance drogą przecinającą wyspę pozbawioną
wzniesień i dolin - płaski, nisko położony skrawek lądu. W wieczornym
świetle, złagodzonym przez zapadający zmierzch, strzeliste malwy
pyszniły się na tle stojących gdzieniegdzie bielonych rybackich chatek.
Kolory kwiatów - malinowy róż, cytrynowa żółć, ciemna śliwka i delikatna
morela - sprawiały wrażenie bardziej nasyconych, jakby światło na wyspie
było inne niż to na kontynencie. Ella nasunęła sobie kapelusz głębiej na
oczy, oślepiona blaskiem słońca chowającego się za horyzontem przed
nimi, które pomimo późnej pory wciąż dawało znacznie więcej ciepła niż
to, którego doświadczyła w najbardziej pogodne letnie dni w Szkocji. Jej
ciało zdawało się rozkwitać niczym sadzonka w szklarni w odpowiedzi na
tę niespodziewaną dawkę gorąca i światła. Po raz kolejny poczuła się
niemile skrępowana w swojej szytej na miarę sukience i żakiecie,
sztywnych skórzanych pantoflach, kapeluszu i rękawiczkach.
Dotarli do niewielkiego miasteczka o nazwie Sainte Marie de Ré i Ella
zaczęła się zastanawiać, jak długo jeszcze będą musieli iść. Z tyłu
pięty zrobił jej się pęcherz i zaczynała żałować, że nie wsiadła do
furmanki. W końcu ośliczka skręciła w jeszcze węższą ścieżkę, niemalże
ukrytą między dwiema bielonymi chatkami.
- Co to za rośliny? - spytała Ella, wskazując bujne zielone krzewy
rosnące w idealnie równych rzędach po obu stronach dróżki.
- Winorośl - odparł Christophe. - Właśnie zaczynają się na nich formować
kiście winogron.
- Nie wiedziałam, że winogrona rosną tak blisko morza.
Christophe przytaknął.
- Niektóre z najlepszych winnic na świecie znajdują się blisko wybrzeża.
Morska bryza korzystnie wpływa na zdrowie winogron i ludzi.
Przed nimi, za pióropuszami morskiej trawy porastającej linię nisko
osadzonych wydm, ponownie wyłonił się ocean, podwajając ilość światła;
długie promienie słońca obsypały diamentami miliony drobniutkich fal. Po
prawej stronie wznosił się piętrowy dom, nieco bardziej okazały niż
większość tych, które wcześniej mijali. Olśniewająco biały, z okiennicami pomalowanymi na odcień błękitu kojarzący się z delikatną
morską mgłą, między którymi pyszniły się wysokie, otwierane pionowo
okna, jakby powleczone złotem w świetle zachodzącego słońca.
Christophe otworzył furtkę w niskim murze otaczającym ogród pełen
kwiatów i zaprowadził Anaďs do frontowych drzwi, które - podobnie jak
okna - były otwarte, dzięki czemu oceaniczna bryza mogła wpadać do
środka i poruszać delikatnymi białymi zasłonami z muślinu, przez które
Ella zerknęła do środka.
Christophe stęknął z wysiłku, zdejmując walizkę z furmanki.
- Niech tu na razie postoi. Wniosę ją później do domu, ale najpierw
zajmę się Anaďs. Chodź, staruszko, uwolnijmy cię od tego ustrojstwa.
Kiedy odprowadzał ośliczkę na tyły domu, w otwartych drzwiach pojawiła
się wysoka, uśmiechnięta kobieta. Miała takie samo ciepłe spojrzenie i taką samą burzę loków jak Caroline. Wyciągnęła do Elli ręce na
powitanie.
- Ella, bienvenue. Jak miło, że przyjechałaś. Poznałabym cię wszędzie,
wykapana z ciebie matka! Proszę, mów mi Marianne, tu nie ma miejsca na
konwenanse. Pewnie jesteś padnięta po podróży, ale przez najbliższych
sześć tygodni nie będziesz się musiała ruszać dalej niż na plażę albo do
wioski. Caroline pokaże ci twój pokój i będziesz się mogła odświeżyć
przed kolacją.
Ella ruszyła za Caroline korytarzem wyłożonym deskami z bielonego
dębowego drewna. Co jakiś czas wyciągała szyję, żeby zajrzeć do mijanych
po drodze pokoi. Dom nad morzem nie mógłby się bardziej różnić od tego w Morningside, z ciężkimi aksamitnymi zasłonami i ciemnymi mahoniowymi
meblami. Pokoje, do których Ella zapuściła żurawia, były jasne, z wysokimi sufitami i belkami impregnowanymi wapnem, meble zaś odznaczały
się rustykalną prostotą - był to zbiór przypadkowych, niepasujących do
siebie sprzętów, które w połączeniu dawały efekt stonowanej harmonii.
Dziewczyny wspięły się po szerokich drewnianych schodach, które cichutko
skrzypiały im pod stopami, po czym Caroline otworzyła drzwi do pokoju
znajdującego się po lewej stronie korytarza. Białe muślinowe zasłony
uniosły się na wietrze, gdy weszły do środka, i nagle Ella poczuła się
jak na pokładzie statku pod pełnymi żaglami, a jej zmęczone długą
podróżą ciało straciło na moment równowagę, odzwyczajone od przebywania
na stałym lądzie.
Spłowiały chodnik ocieplił wyłożoną drewnem podłogę i nieco ożywił biały
pokój. Stojący na nocnej szafce bukiecik wiciokrzewu i róż napełnił
wieczorne powietrze słodkim aromatem. Ella zdjęła kapelusz i z ulgą
padła na bawełnianą narzutę przykrywającą łóżko. Ściągnęła buty i poprzebierała chwilę palcami u stóp wciąż spowitymi w białe jedwabne
pończochy. Rozkoszowała się świeżo odzyskaną wolnością. Wiszące na
przeciwległej ścianie lustro w drewnianej toaletce odbijało ostatnie
promienie słońca, rzucając refleksy na zasłony. Nad ramą łóżka z kutego
żelaza znajdowała się akwarela w pięknej złoconej ramie przedstawiająca
żaglówkę sunącą po akwamarynowym morzu w stronę niskiego pasa wydm.
- Cudowny obraz - zauważyła Ella. - Patrząc na niego, prawię czuję ten
wiatr, promienie słońca i zapach morza.
Caroline skinęła głową i usiadła przy niej.
- To jedna z prac Christophe'a. Połączenie dwóch jego największych
pasji: malowania i żeglarstwa. Ma dryg do obu tych rzeczy, ale o tym
sza, bo jeszcze sodówka uderzy mu do głowy.
Roześmiały się na dźwięk donośnego postukiwania na schodach. Christophe
otworzył drzwi pokoju, ciągnąc za sobą walizkę Elli.
- Komu uderzy sodówka i dlaczego? - zapytał z szerokim uśmiechem. Nie
czekając na odpowiedź, wskoczył na łóżko obok siostry. - Fiuu, Anaďs i ja bardzo się cieszymy, że nie będziemy mieli do czynienia z tym
młyńskim kołem przez najbliższych kilka tygodni!
- Ella właśnie podziwiała twój portret "Bijou". - Caroline ruchem
głowy wskazała malowidło.
- Jutro się nią przepłyniesz - odparł z uśmiechem Christophe. -
Prawdziwa z niej ślicznotka.
Ellę uderzyło to, w jaki sposób jego twarz zmieniała się pod wpływem
emocji. Ciemne oczy Christophe'a potrafiły rozbłysnąć, spochmurnieć i znów się rozpogodzić w ciągu zaledwie kilku zdań, jak po szkwale, gdy
zachmurzone niebo momentalnie się przejaśnia. Sama była przyzwyczajona
do ukrywania swoich uczuć. Rodzice uczyli ją nieokazywania nadmiernych
emocji, nawet w zaciszu własnego domu. Bliźniaki wydawały się wolne od
tego rodzaju zahamowań i Ella poczuła, że rośnie jej serce, stęsknione
za szerszym wachlarzem uczuć niż te, które przypadły jej w udziale
podczas bezpiecznego - czy raczej, jak zaczęła myśleć, dość nudnego i monotonnego - dzieciństwa w Edynburgu. Po raz kolejny poczuła, jak coś
rozpiera ją od środka, i nagle ogarnęło ją przemożne pragnienie, by
poluzować gorset i sukienkę, robiąc miejsce na to, co zaczynało
kiełkować w jej sercu.
Do pokoju wleciał smakowity zapach potrawy gotowanej w kuchni na dole.
- Allons, Christophe. Zostawmy Ellę samą na parę chwil, żeby mogła się
rozpakować przed kolacją. - Caroline uśmiechnęła się do niej. - Nie
musisz się przebierać, chyba że chcesz. My zostaniemy w tym, co mamy na
sobie. Nie żartowałam, mówiąc, że panuje tu bardzo luźna atmosfera.
Jeśli chcesz się odświeżyć, łazienka jest po drugiej stronie korytarza.
Zejdź na dół, kiedy będziesz gotowa. Znajdziesz nas w kuchni albo na
tarasie za domem. Po wejściu do kuchni zobaczysz drzwi.
Ella odwiesiła ubrania do wysokiej armoire stojącej w kącie sypialni i schowała bieliznę do ślicznej komody pomalowanej na kremowy kolor i ozdobionej girlandami róż, która stała pod przeciwległą ścianą, a następnie udała się na poszukiwania łazienki.
Rozczesywała splątane wiatrem włosy w ciemnym odcieniu blond, aż opadły
lśniącą kurtyną po obu stronach jej poważnej, pociągłej twarzy, która
patrzyła na nią z zaśniedziałego ze starości lustra wiszącego nad
umywalką. Pomimo usilnych prób stosowania się do ostrzeżeń matki o niezdejmowaniu kapelusza z głowy, słońce i wiatr ewidentnie zdołały się
zakraść pod jego rondo i nadały policzkom dziewczyny delikatnie złocisty
blask. Przyjrzawszy się dokładnie swojej buzi w bladym wieczornym
świetle, Ella z niezadowoleniem naliczyła co najmniej pięć piegów
rozrzuconych po grzbiecie nosa. Pokręciła głową na widok gniewnej
zmarszczki, która pojawiła się w lustrze. "Nie ma sensu zamartwiać się
piegami przez najbliższe sześć tygodni - oznajmiła stanowczo swojemu
odbiciu. - Tu, na wyspie, zachowujemy się trčs décontractés. -
Uśmiechnęła się. - A twój accent français już się znacząco poprawił,
mademoiselle Lennox".
Umyła ręce niewielką kostką kremowego mydła leżącą obok umywalki i wytarła je białym lnianym ręcznikiem, zdumiona tym, jak miękka zrobiła
się jej skóra. Odwiesiwszy elegancki żakiet do armoire w swoim pokoju,
zarzuciła na ramiona miękki bawełniany sweter, na wypadek, gdyby
wieczorem zrobiło się chłodniej, zbiegła na dół i wyszła przez kuchnię
na taras.
Na tyłach domu znajdował się sporych rozmiarów ogród otoczony wysokim
bielonym murem. Porastał go wiciokrzew, z którego pewnie pochodziły
gałązki w jej pokoju, napełniając powietrze zapachem zmieszanym z wonią
jaśminu pnącego się w górę pergoli z kutego żelaza nad tarasem. Przez
otwartą bramę na końcu ogrodu Ella dostrzegła Anaďs radośnie skubiącą
trawę pod drzewami w niewielkim sadzie. Marianne, Caroline i Christophe
siedzieli przy szerokim drewnianym stole, na którym leżały biały obrus i sztućce z uchwytami z kości słoniowej. Kwiaty w kolorze głębokiego różu
wylewały się z pomalowanego glinianego wazonu stojącego na środku stołu.
Obok niego znajdował się dzbanek z rżniętego szkła wypełniony wodą oraz
butelka czerwonego wina. W spokojnym wieczornym powietrzu rozległ się
dźwięk dzwonu na wieży kościoła w Sainte Marie wybijającego ósmą.
Christophe siedział wsparty na łokciu, przytrzymując podbródek na dłoni,
i rysował coś w szkicowniku, który na widok zbliżającej się Elli
pospiesznie zamknął i odłożył na bok.
- Chodź do nas. - Marianne wskazała na krzesło obok siebie. - Siadaj,
Ello, i opowiadaj, co u twojej mamy. Od naszego ostatniego spotkania
minęły lata, ale twój widok przywołuje we mnie szczęśliwe wspomnienia
mojej wizyty w Edinbourg, kiedy byłam mniej więcej w twoim wieku.
Caroline, podaj Elli miseczkę z oliwkami. Napijesz się z nami wina? Może
zmieszanego z odrobiną wody, jeśli nie jesteś przyzwyczajona do picia go
przed i w trakcie posiłku, tak jak się u nas przyjęło?
Ciemne wino w ciężkim kryształowym kieliszku nabrało przejrzystej barwy
rubinu, gdy madame Martet dolała do niego wody z dzbanka i podała go
Elli. Dziewczyna niepewnie upiła łyk z udawaną nonszalancją, jakby co
wieczór do duszonej wołowiny albo baraniny, które często jadano na
kolację w ich domu, podawano butelkę Château Talbot; odczytała tę nazwę
z etykietki na stojącej przed nią butelce. Nawet po rozwodnieniu wino
było intensywne w smaku i mocne. Ella poczuła, jak resztki napięcia
spowodowanego długą podróżą i jeszcze dłuższym oczekiwaniem na lato
ulatują z niej wraz z ostatnimi promieniami słońca, gdy na wyspie powoli
zapadała noc.
W blasku lampionu, który Marianne przyniosła do stołu razem z półmiskiem
blanquette de vea3u, Ella zerkała ukradkiem na Christophe'a.
Cienie skakały mu po twarzy, a oczy zdawały się lśnić wewnętrznym
blaskiem. Uniósł wzrok, a gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, Ella
poczuła iskrę, która pojawiła się pomiędzy nimi. Maskując skrępowanie,
skoncentrowała uwagę na swoim talerzu z jedzeniem i pytaniach Caroline o życie w Szkocji.
Lekki chłód w nocnym powietrzu sprawił, że Ellę przeszył dreszcz i ziewnęła. Widząc to, Marianne stwierdziła z uśmiechem:
- Chodźcie, czas do łóżek. Chyba wszystkich nas zmęczyły emocje związane
z przyjazdem Elli. Nawet wy jesteście dziś trochę milczące, moje
rozgadane bliźniaki. Zostawcie naczynia, Sandrine sprzątnie je rano.
Wyśpijcie się, kochani. Barometr wskazuje dobre ciśnienie, więc
będziecie mogli zabrać "Bijou" w długi rejs. Przygotuję wam kosz
piknikowy, jeśli chcecie.
Ella leżała w gładkiej bawełnianej pościeli, wpatrując się szeroko
otwartymi oczami w ciemność. Nocne powietrze wpadało do środka przez
okno, wzdymając zasłony słonym oddechem. Przez szparę pomiędzy nie
całkiem stykającymi się ze sobą okiennicami widziała księżyc w pełni
rzucający snop srebrzystego światła na deski w podłodze i bawełnianą
narzutę na łóżku. Przepastny ocean rozciągający się za wydmami odbijał
księżycowy blask, tworząc dziwną poświatę niczym senny brzask o północy,
a delikatne westchnienia fal szeptały obietnice na czekające ją lato.
Tu wcale nie jest ciemno, pomyślała Ella, nim zapadła w sen, a jej umysł
odpłynął na miękkiej wysepce dryfującej po morzu światła.
*
Obudził ją odgłos gwizdania, zapewne Christophe'a. Schodził na dół,
pogwizdując melodię "Marsylianki", i od razu został uciszony przez inną
osobę - Caroline albo Marianne.
Jasny snop światła, prosty jak od linijki, wpadał do pokoju przez szparę
między okiennicami, zastępując srebrzysty blask księżyca z ubiegłej
nocy. Ella wyskoczyła z łóżka i przeszła przez chodnik, by opuścić
ciężkie metalowe ramię przytrzymujące okiennice i otworzyć je na oścież.
Podmuch ciepłego wiatru otulił jej nagie ramiona i sprawił, że cienki
materiał koszuli nocnej załopotał wokół jej kostek. Promienie słońca
zalały pokój falą ciepła.
Ella włożyła spódnicę i bluzkę, przeczesała włosy i pospiesznie zeszła
na dół.
Okna francuskie w kuchni znowu były otwarte, tak jak poprzedniego
wieczoru. Z tarasu do domu weszła krępa siwowłosa kobieta w białym
fartuchu założonym na pasiastą spódnicę z bawełny, niosąc w ręce pustą
tacę i stukając drewniakami o płytki na podłodze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki