Mośki, Joski i Srule - Janusz Korczak

Kup ebooka

11.49 zł
9.42 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Przed dworcem dozorcy ustawiają chłopców w pary i prowadzą do wagonów.

Pociąg odchodzi dopiero za godzinę, a już dziesiątki kolonistów kręcą się po dworcu, bujają swymi płóciennymi workami i niecierpliwie oczekują, kiedy zaczniemy ustawiać ich w pary i odprowadzimy do wagonu. Kto się spóźni, ten nie pojedzie na wieś, więc się pilnują i rodzice i dzieci. Wczoraj ustawialiśmy się parami na podwórku na Świętokrzyzkiej, więc wiadomo, kto w grupie którego dozorcy będzie wywołany z kajetu. I przyglądają mu się uważnie: jaki on, dobry czy zły, wolno czy niewolno będzie drapać się na drzewa, kamieniami ciskać w wiewiórki i wieczorem hałasować na sali? Tak myślą, rozumie się, ci tylko, którzy już byli na kolonii. Niewiadomo jeszcze, dlaczego jedni chłopcy są czysto umyci i ubrani, a drudzy brudni i zaniedbani, dlaczego jedni rozmawiają głośno, rozglądają się wesoło i śmiało, a drudzy lękliwie tulą się do matki lub usuwają na stronę. Niewiadomo, dlaczego jednych odprowadza matka i ojciec i rodzeństwo, dają na drogę pierniki, a drugich nikt nie odprowadza i nic na drogę nie daje. Za dwa - trzy dni, gdy się poznamy, o wszystkiem już wiedzieć będziemy. A tymczasem ustawiajmy się powoli. - Pierwsza para: Gurkiewicz i Krause. Nikt się nie odzywa. - Niema - odpowiadają z tłumu. I już ktoś prosi, aby na miejsce tego, który się nie stawił, zabrać na wieś jego dziecko, takie słabe i biedne. Bo nie wszystkie dzieci są wysyłane, bo słabych i biednych jest o wiele więcej, niż miejsc na kolonii. Słońca i lasu by dla nich nie zbrakło, tylko brak towarzystwu pieniędzy na zakup mleka i chleba. - Druga para: Soból i Rechtleben. - Jestem - woła Soból i pcha się przez tłum energicznie, zarumieniony z wzruszenia, staje uśmiechnięty, i pytająco patrzy w oczy. - Zuch Soból!... Powiedz prawdę: łobuz jesteś czy nie? - Łobuz jestem - odpowiada ze śmiechem, i zwracając się do siostry, która go odprowadziła, wydaje rozkaz: "Już dobrze, możesz iść do domu". Ośmioletni chłopiec, który pierwszy raz wyjeżdża sam na wieś, który potrafi się przepchać przez tłum dorosłych i staje umyty czysto, uśmiechnięty, gotów do drogi, musi być zuchem i miłym łobuzem. Tak też było. On najprędzej nauczył się słać łóżko, grać w domino, - nigdy nie było mu zimno, - na nikogo się nie skarżył, budził się uśmiechnięty i z uśmiechem zasypiał. - Fiszbin i Miller starszy, - trzecia para. - Jest - odpowiedział ojciec Fiszbina prędko, jakby się przestraszył. Stali obaj blizko, musieli się bardzo pilnować, musiało ojcu bardzo na tem zależeć, by dziecko wyjechało na wieś. - Mały Miller i Ejno. Elwing i Płocki. Tymczasem przychodzą spóźnieni. Gurkiewicz chciał całą noc nie spać, aby się nie spóźnić, a rano ledwo go matka dobudziła i nawpół jeszcze śpiącego przyprowadziła na dworzec. On jeden z całej grupy zasnął w pociągu w drodze. - Ósma, dziewiąta, dziesiąta para. Rozpoczyna się tłok, prośby, pożegnania. - Nie rozchodzić się, bo zaraz idziemy. I dzwonek. Para za parą, grupa za grupą, przechodzimy przez dworzec, siadamy do wagonów. Kto zaradny i energiczny, ten zajmuje najlepsze miejsce przy oknie i jeszcze uśmiechnie się do rodziców na pożegnanie. Dzwonek drugi i trzeci. Starsi śpiewają piosnkę kolonijną o lesie, wesołych chwilach, które tak mile płyną na wsi. I pociąg rusza. - Czapki trzymać mocno! Zawsze któryś czapkę gubi w drodze. Taki już zwyczaj podróżowania na kolonie.

II

Chłopcy oddają w wagonie pieniądze i pocztówki do schowania. Na wsi przebierają się w kolonijne białe ubrania.

Nie wychylać się! - Nie pchać się!- Nie śmiecić na podłogę! W ciągu pierwszych paru dni chłopcy często słyszą przykre: "nie", dopóki nie dowiedzą się, czego i dlaczego nie wolno. Potem coraz mniej zakazów, coraz więcej swobody. Choćby chciał nawet dozorca, nie może tak przeszkadzać dobrze się bawić, jak mama, ojciec, babcia, ciocia, a jeszcze nauczycielka lub guwerner w domu dzieci bogatych, czasu mu zabraknie na uwagi, rady i napomnienia. To też dzieciom weselej na kolonii, niż ich bogatym rówieśnikom w pięknych badach, gdzie każdemu małemu dziecku tylu dorosłych przeszkadza wesoło się bawić. Tymczasem pociąg z hukiem przeleciał po sąsiedniej linii. Przestraszyli się, odskoczyli od okien, a potem śmiech, uciecha. Jednemu bułka z masłem spadła na podłogę, - znów radość. - O, jaki mały koń - wołają, i wszyscy tłoczą się do okien, by spojrzeć na niezwykłe zjawisko. Jest to zwyczajny duży koń, tylko stoi daleko na łące i dlatego wydaje się małym. Poznali swój błąd, gdy het w polu zobaczyli małych ludzi i małe domy. Przystanek. Znów śpiewają i powiewają chustkami. I rozdzwania się śmiech kolonijny - czarodziejski śmiech, który leczy pewniej, niż najdroższe lekarstwa i wychowuje lepiej, niż najmądrzejszy nauczyciel. - Chłopcy, pocztówki i pieniądze oddawać. - Pierwszy w kajecie - Górkiewicz. Ile masz pocztówek? Oddaje do schowania dziesięć groszy i cztery karty pocztowe: będzie na nich co tydzień donosił rodzicom, że jest zdrów i dobrze się bawi. Bracia Kruki mają razem dwadzieścia groszy. Każdy z braci otrzymał po cztery grosze od rodziców na drogę i po sześć od dziadka. - Proszę pana, prawda, że kartofle w ziemi rosną? - A no, prawda. Bo co? - Bo on przez okno pokazał jakieś liście i mówi, że to kartofle. A przecież kartofle w ziemi rosną, więc nie można ich widzieć. - Później sami zobaczycie, jak rosną kartofle - teraz niema czasu... Frydman, ile masz pocztówek? - Tylko dwie: rodzice powiedzieli, że dwie dosyć. Pieniędzy niema wcale. Frydman skłamał: ukrył posiadanego czworaka, którego mu starszy brat dał przy pożegnaniu. Ojciec Frydmana wiele podróżował: był w Paryżu i Londynie - nawet do Ameryki miał jechać. Ale nigdzie nie znalazł szczęścia dla rodziny i wrócił znów do kraju, by wiele bułek upiec dla innych, zanim na bochenek chleba dla własnych dzieci zarobi. - I nie wiadomo, w którem z wielkich miast nauczył się mały syn piekarza nie dowierzać ludziom i nie powierzać im miedzianych czworaków. - Dopiero w parę dni później oddał na przechowanie swój niewielki majątek - i często zapytywał dla pewności: "prawda, że pan ma moje cztery grosze?" - Czy jeszcze daleko? - pytają się dzieci, bo spieszno im do lasu, do rzeki, do łąki, o których opowiadają tyle dziwów ci, którzy już w zeszłym roku byli na kolonii. Na kolonii jest ogromna weranda; cóż to być może takiego - weranda? - Dla wszystkich stu pięćdziesięciu są tylko cztery pokoje - cóż to za wielkie sale być muszą? Przejeżdżamy przez most. Most jest zupełnie inny, niż ten, który łączy Pragę z Warszawą. Ale ładniejszy, o - ładniejszy znacznie. - Chłopcy, wysiadamy. Wszyscy macie worki i czapki? - Mamy - odpowiadają chórem. Na dworcu oczekuje już dwanaście wozów drabiniastych, wysłanych słomą i sianem. - Ostrożnie na wozach, żeby któremu noga nie dostała się między koła. - Ja będę pilnował, proszę pana. - Dobrze, pilnuj. - Jazda! Słońce wita bladą gromadkę. - Dziękujemy ci, dobre słońce i lesie zielony i łąko wesoła. Dziękujemy wam, dzieci wiejskie, że wybiegacie z chat i uśmiechem pozdrawiacie nasze wozy, wysłane sianem. - Czy daleko jeszcze, proszę pana? - O, tam czernieje nasz las, o, już widać i polankę, - o, już i młyn - i czworaki dworskie, i wreszcie - nasza kolonia. - Vivat! Niech żyje kolonia Michałówka! - A więc tak wygląda weranda? Wypijają po kubku mleka, i do roboty. Myją się po podróży, ubierają w białe kolonijne ubrania, a najbardziej śmieszą ich płócienne czapki. Zabawne czapki, podobne do tych, jakie noszą kucharze. - Teraz wszyscy wyglądają jednakowo. A malcy dumni są z otrzymanych szelek. - Proszę pana, kiedy dostaniemy chustki do nosa? - Chustki jutro, a teraz pakować własne ubrania do worków, worki na plecy - i marsz - do pakamery! - Raz, dwa, - raz, dwa. - Tam schowa się worki na cztery tygodnie.