Nie wychylać się! - Nie pchać
się!- Nie śmiecić na podłogę!
W ciągu pierwszych paru dni chłopcy często słyszą przykre:
"nie", dopóki nie dowiedzą się, czego i dlaczego nie wolno. Potem
coraz mniej zakazów, coraz więcej swobody. Choćby chciał nawet
dozorca, nie może tak przeszkadzać dobrze się bawić, jak mama,
ojciec, babcia, ciocia, a jeszcze nauczycielka lub guwerner w domu
dzieci bogatych, czasu mu zabraknie na uwagi, rady i napomnienia.
To też dzieciom weselej na kolonii, niż ich bogatym rówieśnikom w
pięknych badach, gdzie każdemu małemu dziecku tylu dorosłych
przeszkadza wesoło się bawić.
Tymczasem pociąg z hukiem przeleciał po sąsiedniej linii.
Przestraszyli się, odskoczyli od okien, a potem śmiech, uciecha.
Jednemu bułka z masłem spadła na podłogę, - znów radość.
- O, jaki mały koń - wołają, i wszyscy tłoczą się do okien,
by spojrzeć na niezwykłe zjawisko.
Jest to zwyczajny duży koń, tylko stoi daleko na łące i
dlatego wydaje się małym. Poznali swój błąd, gdy het w polu
zobaczyli małych ludzi i małe domy.
Przystanek. Znów śpiewają i powiewają chustkami.
I rozdzwania się śmiech kolonijny - czarodziejski śmiech,
który leczy pewniej, niż najdroższe lekarstwa i wychowuje lepiej,
niż najmądrzejszy nauczyciel.
- Chłopcy, pocztówki i pieniądze oddawać. - Pierwszy w
kajecie - Górkiewicz. Ile masz pocztówek?
Oddaje do schowania dziesięć groszy i cztery karty pocztowe:
będzie na nich co tydzień donosił rodzicom, że jest zdrów i dobrze
się bawi.
Bracia Kruki mają razem dwadzieścia groszy. Każdy z braci
otrzymał po cztery grosze od rodziców na drogę i po sześć od
dziadka.
- Proszę pana, prawda, że kartofle w ziemi rosną?
- A no, prawda. Bo co?
- Bo on przez okno pokazał jakieś liście i mówi, że to
kartofle. A przecież kartofle w ziemi rosną, więc nie można ich
widzieć.
- Później sami zobaczycie, jak rosną kartofle - teraz niema
czasu... Frydman, ile masz pocztówek?
- Tylko dwie: rodzice powiedzieli, że dwie dosyć. Pieniędzy
niema wcale.
Frydman skłamał: ukrył posiadanego czworaka, którego mu
starszy brat dał przy pożegnaniu.
Ojciec Frydmana wiele podróżował: był w Paryżu i Londynie -
nawet do Ameryki miał jechać. Ale nigdzie nie znalazł szczęścia dla
rodziny i wrócił znów do kraju, by wiele bułek upiec dla innych,
zanim na bochenek chleba dla własnych dzieci zarobi. - I nie
wiadomo, w którem z wielkich miast nauczył się mały syn piekarza
nie dowierzać ludziom i nie powierzać im miedzianych czworaków. -
Dopiero w parę dni później oddał na przechowanie swój niewielki
majątek - i często zapytywał dla pewności: "prawda, że pan ma moje
cztery grosze?"
- Czy jeszcze daleko? - pytają się dzieci, bo spieszno im do
lasu, do rzeki, do łąki, o których opowiadają tyle dziwów ci,
którzy już w zeszłym roku byli na kolonii.
Na kolonii jest ogromna weranda; cóż to być może takiego -
weranda? - Dla wszystkich stu pięćdziesięciu są tylko cztery pokoje
- cóż to za wielkie sale być muszą?
Przejeżdżamy przez most. Most jest zupełnie inny, niż ten,
który łączy Pragę z Warszawą. Ale ładniejszy, o - ładniejszy
znacznie.
- Chłopcy, wysiadamy. Wszyscy macie worki i czapki?
- Mamy - odpowiadają chórem.
Na dworcu oczekuje już dwanaście wozów drabiniastych,
wysłanych słomą i sianem.
- Ostrożnie na wozach, żeby któremu noga nie dostała się
między koła.
- Ja będę pilnował, proszę pana.
- Dobrze, pilnuj. - Jazda!
Słońce wita bladą gromadkę. - Dziękujemy ci, dobre słońce i
lesie zielony i łąko wesoła. Dziękujemy wam, dzieci wiejskie, że
wybiegacie z chat i uśmiechem pozdrawiacie nasze wozy, wysłane
sianem.
- Czy daleko jeszcze, proszę pana?
- O, tam czernieje nasz las, o, już widać i polankę, - o,
już i młyn - i czworaki dworskie, i wreszcie - nasza kolonia.
- Vivat! Niech żyje kolonia Michałówka! - A więc tak wygląda
weranda?
Wypijają po kubku mleka, i do roboty.
Myją się po podróży, ubierają w białe kolonijne ubrania, a
najbardziej śmieszą ich płócienne czapki. Zabawne czapki, podobne
do tych, jakie noszą kucharze. - Teraz wszyscy wyglądają jednakowo.
A malcy dumni są z otrzymanych szelek.
- Proszę pana, kiedy dostaniemy chustki do nosa?
- Chustki jutro, a teraz pakować własne ubrania do worków,
worki na plecy - i marsz - do pakamery! - Raz, dwa, - raz, dwa. -
Tam schowa się worki na cztery tygodnie.