ROZDZIAŁ 1
Była bezchmurna gwiaździsta noc. Przez warszawskie ulice oświetlane księżycem w pełni, który niczym nocny strażnik sprawował opiekę i swym bacznym okiem wodził po majestatycznym mieście, rozchodził się tętent koni. Kilku jeźdźców pędziło przez Krakowskie Przedmieście ku zamkowi królewskiemu, pędziło niczym czterech jeźdźców apokalipsy, lecz nie koniec świata oni zwiastowali – wraz z nimi miało zacząć się coś innego, coś, czego jeszcze ten kraj, ta Europa cała nie widziała i to coś, co marzeniem będzie wielu późniejszych władców europejskich, którzy to nieudolnie będą próbować ów czyn powtórzyć. Po dotarciu na miejsce jeden z mężczyzn, po uprzednim zejściu z konia, nakazał przybocznemu, by szykował dla niego szaty. Ten niezwłocznie podjął się wykonania powierzonego mu zadania i wkrótce wydający rozkazy i przebrany już ów mężczyzna wszedł do pięknego, bogato zdobionego złotymi i srebrnymi dodatkami, lampami i zegarami gabinetu. Przy dębowym biurku, na którym leżał stos dokumentów, siedział człowiek z poważnym wyrazem twarzy, twarzy o aparycji leśnego wilka, z oczami ciemnymi jak noc, o czarnych włosach, czarnym wąsie i dobrze ułożonej ciemnej brodzie. Wzbudzał respekt. Mężczyzna, który właśnie zawitał do gabinetu, delikatnie pokłonił się siedzącemu.
– Witaj, wasza królewska mość. Wzywałeś mnie, panie.
Jednak siedząca osoba nie odezwała się od razu. Podniosła swój wzrok znad dokumentów i spojrzenie swe zatopiła w postaci przed nią stojącej. Mężczyzna ponownie zabrał głos.
– Panie? Jestem.
– Powiedz mi, hetmanie, jaki jest cel twej walki? – powiedziała w końcu tajemniczo osoba zza biurka.
Mężczyzna wahał się przez chwilę, co odpowiedzieć.
– Panie, cel walki?
– Dla kogo walczysz? Dla czego?
– Walczę dla ojczyzny, dla chwały Rzeczypospolitej.
– Tak... dla chwały Rzeczypospolitej. Jak oni wszyscy... – wymamrotał do siebie nieco niewyraźnie siedzący mężczyzna.
– Panie, nie rozumiem...
– Zapewne. Wielu nie rozumie. Szlachetny hetmanie, walczysz więc dla chwały Rzeczypospolitej, dla swej ojczyzny i dla siebie zapewne również? Dla swej rodziny?
Hetman, jak określił go siedzący za biurkiem mężczyzna, był to hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski, herbu Lubicz, wojewoda kijowski i kasztelan lwowski, starosta kałuski, kamionacki, hrubieszowski i rohatyński.
– Tak, dla rodziny również – odpowiedział Stanisław.
– I dla swojej sławy. I nie ma w tym wstydu, każdy pragnie sławy i chwały.
– Nigdy jednak kosztem Rzeczypospolitej – dopowiedział pewnym głosem Żółkiewski.
– Widzisz hetmanie, właśnie o to chodzi, że Rzeczpospolita, którąś tak ukochał i która droga naszemu sercu, jest właśnie w niebezpieczeństwie. I co ma zrobić człowiek, który chce ratować kraj, którego jednak prawa wiążą mu ręce i nie pozwalają czynić tego, co słuszne?
– Wasza wysokość, nie wiem, o czym prawisz – odrzekł na tajemnicze słowa Stanisław.
– Rzeczpospolita stoi otworem dla wrogów naszych, a my nie czynimy nic. Car Wasyl Szujski podpisał pakt ze Szwecją przeciw ojczyźnie, która droższa ci niż twa własna chwała, a ty stoisz tu, nie wiesz nic, za szablę nie łapiesz, hetmanie. Któż obroni kraj ten, gdy dwa mocarstwa przeciw niemu wiążą się wspólnie? Sejm, który rości sobie prawa do decydowania, na którą wojnę uchwalić podatki, a na którą nie, stwierdził, że z Moskwą nie na wojnę należy iść, bo przecież wiąże nas pakt pokojowy podpisany. A przecież Wielkie Księstwo Moskiewskie właśnie ten pakt pokojowy złamało, samemu podpisując pakty ze Szwedami, przeciw nam. Gdy i o tym ich powiadomiono, stwierdzili, że na takie sytuacje są pertraktacje i nowe pisma.
– Dyplomacja to także sztuka wojenna, panie...
W tym momencie mężczyzna, którego zwano Zygmuntem III Wazą, królem Polski, trzasnął dłonią w dębowe biurko, aż huk rozniósł się po izbie całej.
– Właśnie ta dyplomacja doprowadziła nas do tej sytuacji, hetmanie. Wojną należy niszczyć przeciwników, a nie wiecznymi pertraktacjami, które nas tylko zwodzą, podczas gdy nasi wrogowie zbroją się przeciw nam. Chciałem, by sejm przeznaczył mi pieniądze ze skarbca na wojnę wielką z Carstwem Moskiewskim, lecz odmowę usłyszałem, ci starcy nie rozumieją. Choć pieniędzy publicznych nie dadzą, to jednak kampanii nie zabronili, mam środki, potrzebuję jednak wodzów.
– Panie?
– Chcę, byś poprowadził armię Rzeczypospolitej przeciw naszym wrogom, hetmanie. Czy uczynisz to? Pojadą najlepsi z Polaków i Litwinów, jakich zrodziła ta ziemia. Potrzebują przywódcy, który poprowadzi ich ku zwycięstwu, ku chwale ojczyzny.
Żółkiewski myślał przez chwilę. Odmowa królowi byłaby źle widziana, a sama oferta wydawała się hetmanowi kusząca. Powiększyć chwałę Rzeczypospolitej, powiększyć swą sławę. Przecież o to zawsze zabiegał, o to walczył. Odpowiedział pewnym głosem:
– Dla Rzeczypospolitej to uczynię, dla niej to zrobię. Jakie cele waszej królewskiej mości?
– Smoleńsk. Zdobyć miasto i przyłączyć je do kraju, całą ziemię smoleńską. To główny cel. Osłabić Wielkie Księstwo Moskiewskie. Odpowiedzieć tym na złamanie umowy rozejmu. Musimy uderzyć i zdobyć to, o czym ci mówię. Smoleńsk to ważny punkt na handlowej mapie; obiecałem sobie, że to oto miasto w granicach Rzeczypospolitej leżeć będzie. I słowa, jakem król, dotrzymam, choćbym i koronę miał oddać.
Żółkiewski pokiwał głową na znak, że rozumie i potwierdza. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Po chwili zapytał:
– Czy jeszcze jakieś cele masz, wasza wysokość?
– Jeżeli Bóg pozwoli, przywrócenie wiary katolickiej w Wielkim Księstwie Moskiewskim.
Stanisław wielkie oczy uczynił, zaskoczyły go słowa króla.
– Panie, wprawdzie Moskale to chrześcijanie, ale prawosławni i wprowadzenie papieża i Rzymu do Moskwy... To jakby próby wprowadzenia islamu w stolicy apostolskiej.
– Nie bluźnij, hetmanie! – odrzekł poważnym tonem Zygmunt. – Ta kampania to może być twoja największa chwała. Chwała Rzeczypospolitej, jakiej ta szlachta, ta zgraja rozgadanych starców, nawet sobie nie wyobraża. Przynieś chlubę sobie, swojej rodzinie i ojczyźnie – przekonywał do swojej wizji Żółkiewskiego. Po chwili podszedł, ujął go za ramię i powtórzył jeszcze raz: – Przynieś chwałę nam wszystkim, Stanisławie.
Hetman opuścił zamek królewski z głową pełną myśli. Spojrzał na miesiąc jasny, następnie wzrok skierował na Warszawę tę wspaniałą. Udał się do kwatery wynajętej, którą na ten czas zamówił. Tam również, z okna patrząc w miesiąc, który po nieboskłonie przechodził, rozmyślał i mówił do siebie:
– Co czynić, gdy prawa ojczyzny, którą kocham bardziej niż życie własne, nie pozwalają, by stawać przeciw woli sejmu i ogółu szlachty? Przecież to najważniejsza rzecz w Rzeczypospolitej, demokracja szlachecka. Pętają mi ręce te prawa, ale to prawa ojczyzny, którą jam ukochał.
Głowę spuścił Żółkiewski, wzrok utkwił w podłodze swej warszawskiej kwatery. Po chwili siła i energia jakaś mu powróciły, myśli się zakotłowały, błysk wrócił w oku i humor zrazu się polepszył.
– Lecz przecież nie występuję przeciw woli jej, stając u boku króla w kampanii przeciw Carstwu Moskiewskiemu. Potężny to przeciwnik, a przeciwników się nie lekceważy, właśnie dlatego muszę to uczynić i ruszyć na kampanię. Dlatego że lekceważyć niebezpieczeństwa wobec Rzeczypospolitej nie wolno. Nie wolno mnie i nikomu. Uczynić coś trzeba i król rację ma. Król oczywiście i ze swoich osobistych pobudek działa: chce sławy i bogactw, które może zagarnąć, lecz nic to, niech król ma i sławę, i bogactwa – najważniejsze powiększenie potęgi ojczyzny i zniwelowanie zagrożenia. W ten sposób obronię Rzeczpospolitą i w ten sposób obronię jej prawa – zakończył swój monolog Stanisław.
Ułożył się hetman do snu; już ze spokojniejszymi myślami i ze spokojniejszą głową zasnął Żółkiewski.
ROZDZIAŁ 2
Młody mężczyzna przechadzał się po izbie wypełnionej obrazami, portretami i ogromną ilością dokumentów leżących na biurku niedaleko łoża, na którym spał starszy, schorowany człowiek – ojciec młodzieńca. Chłopak zerknął na stos papierów. Wśród dokumentów urzędowych znalazł list. Choć wiedział, że nie powinien, jego spojrzenie poczęło wodzić po każdej literze, każdym zapisanym słowie. Treść listu tak go zaskoczyła, iż przez chwilę zapomniał, że w odwiedziny do ojca zaszedł, a nie na przeszpiegi.
"Drogi Jerzy, piszę do Ciebie po tych wszystkich latach, albowiem kres mojego życia jest już bliski. Wiem, że żywisz do mnie urazę, iż zostawiłam Cię bez słowa, że nigdy nie napisałam, lecz tak było lepiej, stosowniej. Ludzie nie uznaliby naszego związku, zawsze byłabym tylko konkubiną polskiego pana – oboje wiemy, że nie ożeniłbyś się ze mną, a przykre słowa, które złe języki niosłyby po Twej okolicy o naszym dziecku, byłyby jak ostrza wbijane w moje serce. Uczyniłam więc, jak uznałam za słuszne. Nie chcę jednak umierać, nie prosząc Cię o przebaczenie. Nie żyw do mnie urazy, odpuść gniew i przebacz tej, która milczała przez tyle lat. Wiedz, że mamy dorosłe, zdrowe dziecko. Imię naszego dziecka to...". W tym miejscu list był uszkodzony, jakby ktoś umyślnie wyrwał kawałek papieru, i nic więcej nie można było z niego wyczytać. W tejże chwili Jerzy zbudził się i rozglądał po izbie, jakby kogoś szukał. Młodzieniec usiadł na brzegu łoża i ujął dłoń leżącego. Ten po chwili zmęczone, poorane zmarszczkami oczy skupił na młodej twarzy osoby siedzącej tuż przy nim. Uśmiechnął się. Chłopak odezwał się do niego:
– Ojcze, wyruszamy na Carstwo Ruskie.
Starszy człowiek spoważniał i lekko zakaszlał. Spróbował się trochę podnieść – syn natychmiast podskoczył, żeby pomóc wyczerpanemu chorobą ojcu.
– Kto ma dowodzić wojskiem? – zapytał starzec.
– Będzie ścisk na szczytach władzy. Rusza z nami sam król i masa magnaterii, która pcha się do rządzenia. Król jednak powołał także hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Prawdopodobnie w jego ręce Zygmunt złoży dowodzenie wojskiem.
– Magnaci mogą mu przeszkadzać – odpowiedział ojciec.
– Tak, wiem, i chyba sam Żółkiewski zdaje sobie z tego sprawę. Jednak królowi bardzo zależało, by udał się wraz z nimi przeciw Moskalom. Głównym celem ma być Smoleńsk. Ale Żółkiewski ma chyba ochotę na coś więcej.
– Co masz na myśli, synu?
– Mówią, że marzy mu się... Moskwa.
Oczy starca niemal się rozjaśniły.
– Czyżby... Myślisz, że wojska uderzą w stolicę?
– Nie wiem, ojcze. Królowi idzie o przyłączenie Smoleńska i ziemi okolicznej do Rzeczypospolitej, jednak zdobycie Moskwy to może być zbyt wiele. Nie wiem, czy Zygmunt porwie się na to.
Ojciec złapał syna za rękę.
– Synu, to ten czas. Ja już nie pojadę z wami. Nie mogę, choroba odebrała mi siły, ale przysiągłem sobie tego dnia, gdy twój dziad – Panie, świeć nad jego duszą – w służbie króla Stefana Batorego haniebnie życia został przez Moskali pozbawiony, że Lubelscy dopełnią zemsty na tym narodzie nikczemnym.
– Stracić życie w walce to nie hańba, ojcze – odpowiedział spokojnym głosem młodzieniec.
– Milcz, synu – odrzekł gniewnym tonem starszy mężczyzna. – Tyle razy żem ci powtarzał... Czy powtórzyć mam znów słowa, które jak twoje własne powinny ci się w głowie jawić?
Chłopak zamilkł, spuścił głowę.
– Ile razy żem ci powtarzał, że za wschodnią granicą nie ludzie, a zwierzęta są? Co to za chwała zginąć, gdy ów Moskal poddał się przed polskimi wojskami, a następnie nóż wyciągnął i twego dziada haniebnie w brzuch ugodził?
– Reszta rycerzy zabiła tego, który czynu owego się dopuścił.
– Co to za pociecha dla mego ojca, skoro potem przez trzy dni w bólu umierał? Żaden medyk jego cierpień nie zdołał ukoić, a żaden z rycerzy nie chciał mu męki skrócić. Przyszło więc twemu dziadowi umierać tak w cierpieniu, które nie do zniesienia było, aż w końcu śmierć przyszła po niego, gdy twarz jego wykrzywiona była już od tego wszystkiego niczym twarz opętanego.
– Wiem, ojcze.
– Wiesz, a mimo to kwestionujesz moje polecenia jak niesubordynowany żołnierz.
Chłopak zawstydził się, lecz szybko odrzekł w swej obronie:
– Ojcze, nienawidzę ich równie mocno, jak ty, lecz wiedz, że nie uczynię nic, co honorowi rycerza by urągało.
– Nie żądam od ciebie niczego, co by rycerzowi i zemście, którą musi uczynić na narodzie przeklętym, urągało.
Młodzieniec pokiwał głową na znak, że rozumie.
– Jesteś moim synem, Dariuszu. Pochodzisz z Lubelskich. Mamy honor we krwi. Nigdy nie będzie splamiony. A niedługo weźmiesz szablę niczym bicz Boży i oddasz sprawiedliwość naszemu rodowi.
Syn mocniej ścisnął dłoń starca.
– Opowiedz mi, ojcze, o tym liście, o kobiecie z listu.
– Jakiej kobiecie, z jakiego listu? – zapytał podenerwowany senior.
– Z listu leżącego na biurku. Wybacz, ojcze, żem osobisty zapis przeczytał, lecz otwarty był i wśród innych tych papierów leżał. Oczy same go znalazły.
Mężczyzna westchnął ciężko i odpowiedział:
– To list od kobiety, którą znałem wiele lat temu, jeszcze przed twym narodzeniem i ożenkiem z twoją rodzicielką. Podczas kampanii króla Stefana Batorego przeciw Moskalom.
– Tej samej, na której zmarł twój ojciec, jak mniemam.
– Tak, owszem. Owa kobieta, Lena, była pomocnicą jednego z medyków moskiewskich. Po zdobyciu przez nas twierdzy oboje wpadli w nasze ręce. Pomagali później przy naszych rannych.
– Pokochałeś ją, pokochałeś tę kobietę – niemal przerwał swemu ojcu Dariusz.
Ten zaś wyglądał, jakby speszyły go słowa jego własnego syna: spojrzenie skierował ku ziemi, następnie wodził przez chwilę wzrokiem po suficie izby, po czym się odezwał, a delikatne łzy zaszkliły się w kącikach jego oczu.
– Owszem, obdarzyłem ją uczuciem. Lecz nie była tego warta. Czego też można oczekiwać po narodzie barbarzyńskim.
– Urodziła twoje dziecko, ojcze.
– Uciekła, zostawiła mnie bez słowa, wyjechała do Moskwy. Niech licho weźmie ją i cały ten lud! – Gniew wielki przez starcze usta się wydobywał i zdumiał młodszego z Lubelskich.
– Może to nie śmierć dziadka, lecz wyjazd bez wyjaśnienia ukochanej kobiety tak twą nienawiść do Moskali podsycił i pielęgnował przez te wszystkie lata?
– Uważaj na słowa, młokosie. Tak rzucanymi bez pomyślunku oskarżeniami obrażasz nie tylko mnie, lecz także matkę twoją.
– Nikogo nie obrażam, dociekając, skąd twój gniew wobec drugiego narodu.
– Nie dociekaj, synu, i obiecaj mi, że nie będziesz próbował ustalić, kim była ta kobieta i kim jest rodzeństwo twoje.
– To twoje dziecko, twój potomek, chyba mógłbym i raczej powinienem dowiedzieć się...
– Powiedziałem nie! – zakrzyknął resztkami sił starszy mężczyzna. – Tam za wschodnią granicą wróg twój, nie rodzina. Ruszacie na wojnę i o tym powinieneś myśleć. Podnieś miecz na zabójców twego dziada, pomścij go. Zgnieć tych niewartych niczego poza ostrzem szabli dzikusów. Przyrzeknij mi, że szukać i drążyć nie będziesz, Dariuszu. Czy rozumiesz słowa moje?
– Tak, ojcze, rozumiem. Uczynię tak, jak powinien uczynić rycerz Rzeczypospolitej.
– Cieszę się, że rozumiesz i zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji. A teraz uściśnij mnie nim znów zasnę, nie wiedząc nawet, kiedy oczy moje sen przykryje.
Dariusz utulił wyczerpane chorobą ciało ojca swego, lecz nie zamierzał postąpić, jak nakazał mu Jerzy, i porzucić zamysłu, by odnaleźć rodzeństwo w stolicy wrogiego kraju. Przyrzekł zachować się jak rycerz Rzeczypospolitej i uważał, że właśnie tak planuje. Nie wiadomo, co przyniesie wojna, lecz jeśli nadarzy się sposobność, jeżeli znajdą się w Moskwie, to może choć popytać, a zaciekawionym sprawą odrzeknie, iż z woli ojca to czyni.
Kto wie, czy gdy wróci z kampanii moskiewskiej, pan Lubelski będzie nadal wśród żywych...
Siedzieli tak jeszcze czas jakiś. Rozmawiali i wspominali. Potem senior rodu zapadł w sen, a Dariusz wyszedł i nakazał służbie pakować rzeczy. Wyjeżdżał na wojnę. Wojnę z Carstwem Moskiewskim. Lecz teraz, zamiast o bitwach i potyczkach, myślał o rodzeństwie, które gdzieś tam, w tym wielkim kraju, być może przebywa. Gdy tak się przygotowywał, przyszła do niego matka, Elżbieta, i powiedziała mu:
– Wiem, co rzekł ci ojciec o tej kobiecie i ich dziecku.
– Więc ty wiesz? Wiedziałaś o tym?
– Dowiedziałam się przed dniami paroma, gdy ojciec twój list otrzymał.
– Więc co ty rzekniesz, matko?
Nastała chwila milczenia, którą w końcu przerwała kobieta, pewnym głosem mówiąc:
– Odnajdź ich, odnajdź jego dziecko, odnajdź twoje rodzeństwo. Uczyń to, synu.
ROZDZIAŁ 3
Żółkiewski spoglądał przed siebie, oczami wodził po drzewach, obserwował ruszające się na wietrze gałęzie oraz wysoką trawę i kłosy, które przechylały się za każdym razem, gdy podmuchy stawały się mocniejsze. Stał tak przez chwilę, próbując odgadnąć szybko, co wiatr niesie ze sobą, jakie przynosi zapachy i skąd je przygnał, a gdy skończył tak rozmyślać, ruszył przed siebie pewnym krokiem, podziwiając jeszcze uroki natury. Rozkoszował się każdym szczegółem, każdym elementem, każdym drobiażdżkiem tego, co owa natura stworzyła i tak chętnie rozsiała w tej oto krainie, wszystkimi tymi błahostkami, na których chyba nikt inny nie zatrzymywał w ogóle spojrzenia. W końcu zaszedł tak daleko, że oczom jego ukazała się zgromadzona armia polsko-litewska, która stała pod murami Smoleńska. Ogromna liczba żołnierzy oblegała miasto, a wraz z rycerzami mnogość koni i wszelakiego sprzętu, który przyjechał wraz z nimi z Rzeczypospolitej. Nim tu przybyli, wiele ruskich miast, wsi i miasteczek poddało się przed wojskami króla Zygmunta Wazy. W większości z nich Polacy zawłaszczyli, co chcieli i co mogło im się przydać w dalszej drodze ku spełnieniu wielkich planów i marzeń polskiego władcy. Król nie zezwolił na mordy, ponieważ, jak sam zapowiadał, zamierzał te ziemie wcielić do Rzeczypospolitej, więc prócz kilku rabunków i niewielkiej liczby gwałtów na młodych, urodziwych dziewczynach, nie odnotowano większych niegodziwości ze strony żołnierzy.
Żółkiewski wszedł do namiotu, w którym zebrali się król, oficerowie i magnaci, dyskutując o strategii ataku na mury miasta. Każdy jednak miał swój własny plan i wizję, jak skutecznie zdobyć Smoleńsk, który nie chciał poddać się, widząc potężną armię nieprzyjaciela przed swoimi bramami, i ukorzyć się przed Polakami i polskim królem.
– Ta część muru jest słabsza, tam trzeba uderzyć – przekonywał jeden z magnatów, szczycąc się swoją wiedzą z zakresu oblężeń.
– Na pewno to przewidzieli i przygotowali dodatkowe umocnienia w tym miejscu albo tam skupią większą część żołnierzy do obrony – odpowiedział drugi.
– Skąd w ogóle waszmość wiesz, że mur w tym miejscu jest słabszy? Niegdyś nie był w Smoleńsku.
– Mam swoje źródła i swoich szpiegów.
– Moskali? Kłamliwych drani? – wykrzyknął jeden ze zgromadzonych.
– Zamilcz waszmość – odpowiedział na zaczepkę mężczyzna, nie potrafiąc wykrzesać z siebie żadnych innych argumentów..
Hetman Żółkiewski tylko przyglądał się kłótni szlachciców. Lekko uśmiechnął się na widok Polaków i Litwinów mających się za lepszych od tych barbarzyńskich moskiewskich istot, z którymi przyszło im się zmagać w tym kraju. Bo co tak naprawdę teraz czyni ich lepszymi od nich? Bogactwo? Szlachetne urodzenie? Czyż nie są ludźmi takimi jak oni? Czy nie oddychają tym samym powietrzem? Czy nie chcą honorowo bronić swego miasta i swych ziem przed Polakami żądnymi władzy i podbojów?
– Hetmanie, ty się wypowiedz, wszak żeś dowódca, którym król cię uczynił – odrzekł jeden z magnatów jakby z przekąsem, niby z szacunkiem, a jednak z jakowąś uszczypliwością.
Żółkiewski wstrzymał swój głos do momentu nastania ciszy w namiocie. Gdy milczenie już zapadło, odpowiedział:
– Zbudowane za cara Godunowa mury są wysokie na trzynaście, a w niektórych miejscach dochodzą nawet do dziewiętnastu metrów, grube są na sześć metrów, a długie na ponad sześć kilometrów. Nie ma w nich słabych punktów. – Po ostatnim zdaniu rzucił spojrzenie na szlachcica, który o słabości muru słowa wypowiadał. – Obroną dowodzi Michał Szein, a do dyspozycji ma dwadzieścia tysięcy ludzi. Smoleńsk nie podda się ot tak, a zdobyć go będzie arcytrudno. Musimy liczyć się ze stratami, i to sporymi.
Tymi słowami wywołał Żółkiewski poruszenie wśród zgromadzonych możnych.
– Panowie, panowie – uciszał zgromadzonych hetman. – Uspokójcie się.
– Co z ciebie za dowódca, hetmanie Żółkiewski, skoro już teraz grozisz nam stratami i trudnym do zdobycia Smoleńskiem, zamiast zagrzewać do boju i mówić o zwycięstwie!
– Chyba lepiej przedstawiać sprawy, jak się mają, niżeli mówić ku upodobaniu tutaj zebranych waszmościów?
– Zdobyliśmy po drodze już część grodów i zamków ruskich. Czemuż by Smoleńsk miał się trzymać dłużej niż one? – zapytał magnat i spojrzenia swego z osoby hetmana długo nie ściągał.
– Właśnie z powodów, które już wymieniłem, szlachetny panie. Tych murów nie skruszymy ot tak, a przyjdzie je nam kruszyć, bo emisariusze wrócili już ze złymi wieściami. Michał Szein nie podda miasta, a ludność smoleńska gotowa do obrony.
– To co proponujesz, hetmanie? – odezwał się w końcu król, dotąd milczący.
Zapadła cisza. Każdy oczekiwał na odpowiedź Żółkiewskiego.
– Nie oblegać miasta całą armią.
– Przed chwilą przekonywałeś nas, że zdobycie Smoleńska będzie arcytrudnym zadaniem – odrzekł kanclerz Lew Sapieha. – A teraz twierdzisz, że obleganie miasta wszystkimi siłami jest zbyteczne, hetmanie?
– Pozostawiłbym część wojska pod murami miasta, a pozostałą część zabrał i ruszył w głąb carstwa, by zdobywać kolejne miasta, grody, a nawet wsie, zajmując tereny i rozstrzygając militarnie tę kampanię.
– Tak, wszyscy wiemy, żeś był zwolennikiem uderzenia w głąb kraju i zwycięstwa politycznego – odparł na słowa Żółkiewskiego Sapieha. – Lecz nie taka była wola króla – zakończył kanclerz.
– Nie musisz mi przypominać o woli króla, kanclerzu. Znam ją – odpowiedział nieco uszczypliwie Stanisław.
– A więc stosuj się do niej, hetmanie. Jesteś głównodowodzącym armią, jego wysokość obdarzył cię tym zaszczytem. To ty masz doprowadzić tę armię do zwycięstwa i zdobycia Smoleńska, zgodnie z tym, czego pragnie król.
Żółkiewski uśmiechnął się delikatnie pod nosem.
– Jestem hetmanem polnym koronnym i z powodu wolnej obsady hetmana wielkiego koronnego drugim po królu w Koronie, kanclerzu Sapieho. Wiem, jakie są moje obowiązki.
Lew Sapieha aż zagotował się ze złości po odpowiedzi Stanisława, choć oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z prawdziwości słów Żółkiewskiego.
– To tylko pozory ze strony Moskali, że Smoleńsk tak dobrze do oblegania i szturmu przygotowany. Gdy uderzymy, ci obrońcy miasta rozpierzchną się jak liście na wietrze, jak owce bez pasterza. To tylko pozory. Wkrótce Smoleńsk padnie, jak i padały inne grody przed Rzeczpospolitą – entuzjastycznie odrzekł jeden ze zgromadzonych magnatów.
– Zauważ jedynie, waszmość, że żaden nie dorównywał temu miastu wielkością i potęgą murów, a także liczebnością załogi obronnej – odpowiedział hetman.
– Znów to czarnowidztwo z twej strony, waszmość – skwitował magnat odpowiedź Żółkiewskiego.
– Przyjechali jak na zabawę, a Smoleńsk do małych ruskich wsi i miasteczek porównują – rzekł do siebie Stanisław w gniewie, gdy opuszczał zgromadzenie rady wojennej i udawał się w swoją stronę.
Tymczasem w obozie wielki arystokrata, z tytułem nadanym przez samego cesarza, hrabia Walentyn Konradowski nawiedził swego przyjaciela, Dariusza Lubelskiego, by przekazać mu najświeższe wiadomości.
– Jutro uderzamy.
– Jutro? – Twarz młodego chłopaka rozjaśniła się, a w oczach niemal błyskawice się pojawiły. – Rada wojenna się porozumiała? Wiedzą już, co robić? – Dariusz zapytał niby z ciekawości, jednak jakowaś kpina przedostała się do tego pytania. Dla ważniejszych szlachciców i oficerów nie było tajemnicą, że przybyła pod Smoleńsk magnateria i hetman nie zgadzają się w wielu sprawach i mają odmienne zdanie co do przeprowadzenia oblężenia.
Walentyn uśmiechnął się na pytanie młodzieńca.
– Jest jakieś porozumienie – odpowiedział. – Szykuj się więc na jutro, Dariuszu. Skoro sam żeś niczym szaleniec zapierał się, że chcesz brać udział w natarciu, wykaż się. Knowania, spiskowanie i spekulacje zostaw innym. Wiesz, po co tu przybyłeś. Po chwałę dla swojego rodu. Gdy przebijemy te mury, sukces i splendor spadną na wszystkich, w tym i na twoją rodzinę, rodzinę Lubelskich.
Hrabia Konradowski pochodził z niezwykle bogatej magnackiej rodziny zaprzyjaźnionej z rodem Lubelskich. Tytuł arystokratyczny otrzymał w prezencie od władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, z którym łączyło go coś w rodzaju przyjacielskich stosunków. W ogóle znał połowę władców Europy, a wśród niektórych sam uchodził niemal za władcę, tyle że bez kraju. Tak bowiem wielka była fortuna tegoż magnata. Roztaczał on opiekę nad młodzieńcem od jego najmłodszych lat. I gdy teraz wyjeżdżali z królem na kampanię w Carstwie Moskiewskim, ojciec Dariusza, Jerzy, prosił swego dawnego towarzysza o troskę nad synem. Była to niepotrzebna prośba, albowiem Konradowski nawet bez niej i tak trzymałby pieczę nad młodym Lubelskim.
– Na twój ród także spłynie sukces tej kampanii, Walentynie.
– Ja nie szturmuję jutro, Dariuszu, ale myślami będę z wami. Wiesz, że bitwy to głównie młodzi, a dla takich jak ja pozostają pertraktacje i dyplomacja.
– Knowania, spiskowanie i spekulacje – przerwał Konradowskiemu Lubelski i zaśmiał się delikatnie. Po chwili i na twarzy hrabiego pojawił się uśmiech.
– Dlatego nie chciałem, byś ty plamił się tym, Dariuszu. Zostaw to takim jak ja – mężczyznom, którzy już nic, poza mieleniem językiem, uczynić nie potrafią.
– Nie mów tak, mości hrabio. Jesteś szanowanym człowiekiem i każdy wie, że również świetnym rycerzem. Nie jesteś tylko politykiem.
– Nie jesteś tylko politykiem... zabrzmiało to jak komplement. Uznam to za miłe słowo – odpowiedział z uśmiechem Konradowski.
– Bo to właśnie miało tak zabrzmieć. Miało ukazać i opisać cię jako człowieka nie tylko słów, ale i czynów.
– Wystarczy, Dariuszu, bo mi się wieczerza uleje. Poprowadź ich jutro do zwycięstwa.
Po tych słowach Walentyn odwrócił się i wyszedł, a młodzieniec odprowadzał go wzrokiem.
– Postaram się – odpowiedział Lubelski nieco ściszonym głosem w kierunku odchodzącego mężczyzny.
Poranny brzask wlał w serca Polaków siły i chęci wielkie. Teraz oto wierzyli, że zaraz, niczym niewolnica przed swym panem, padnie przed nimi wielkie miasto i tego jeszcze dnia zakosztują zwycięstwa, a król w chwale przejdzie wieczorem, niczym po wielkim grodzie Priama, ulicami tej smoleńskiej Troi, oni sami zaś wzbogacą się na skarbach, które to zawłaszczą, gdy już przejdą owe mury. Te mury, które jeszcze im zawadą są, ale już wkrótce, już wkrótce padnie przed wielkimi Polakami zasłona fałszywej obrony Smoleńska, a okaże się, że obrońcy to tylko zbieranina pastuchów, którzy nijak się mają do prawdziwych żołnierzy, i zobaczywszy armię Rzeczypospolitej, prysną niczym bańki, a ich opór stopnieje jak śnieg topnieje przy jasnym słońcu. Że oto czmychną jak jagnięta przed wilkiem, gdy tylko ujrzą kły jego, gdy tylko okrutne jego zamiary wyjdą na jaw. Tak też myśleli polscy i litewscy żołnierze zgromadzeni i niecierpliwie czekający na znak do pierwszego ataku, który wkrótce nastąpił. I rozpoczął się szturm na miasto, które zdawałoby się oczekiwało tego pierwszego gniewu polskiego, tego pierwszego zrywu Polaków, tego szału agresji, wielkiej chęci szybkiego zwycięstwa. I równie szybko jak ruszono, tak szybko przekonano się, że szturm nie pójdzie tak sprawnie, jak to sobie wyobrażali oblegający. Sam Dariusz nie biegł w pierwszej linii, ale niewiele starszy od niego chłopak dostał postrzał prosto w szyję, a jego krew zachlapała oblicze Lubelskiego, który na moment wstrzymał bieg, ruszył jednak po chwili szoku, który minął, gdy spojrzeniem wychwycił, że ów młodzieniec oddał ducha i w zaświatach czeka już na sąd Boży. Rycerze z przodu, co na drabinach byli i próbowali podjąć walkę z obrońcami, padali jednak jeden za drugim po postrzałach z pistoletów, łuków, razach noży i ciosach od wszystkiego, co tylko wpadło w ręce obrońcom ruskiego miasta. Krew polska i litewska lała się po tych murach i z każdą jej kroplą malała pewność siebie szturmujących, która po łatwym zajęciu kilku wcześniejszych grodów wystrzeliła do góry niczym armata skierowana ku niebu. Sądzono, że i Smoleńsk, nawet jeżeli nie poddał się dobrowolnie, ujrzawszy zwycięską armią Rzeczypospolitej, padnie po jednym szturmie zaledwie. Szybko jednak ta pewność i entuzjazm opadły zarówno wśród żołnierzy, jak i wśród magnaterii i oficerów dotąd pewnych rychłego zwycięstwa. Wielu zginęło, wielu było rannych, a jeszcze więcej podupadłych na duchu, nawet jeśli ich ciała nie zaznały żadnych ran. Załoga Smoleńska okazała się, zgodnie z przewidywaniami hetmana, świetnie przygotowana do obrony i nawet doskonale wyszkoleni żołnierze Rzeczypospolitej nie zdołali sforsować potężnych murów. Ginęli od łuków, szabel, kul pistoletów, a czasem innych, najróżniejszych i najdziwniejszych rzeczy użytych do walki przez obrońców Smoleńska. A ich przerażające okrucieństwo złamało serca żołnierzy nawet tych najgłośniej krzyczących przed szturmem.
– Żyjesz? Jesteś ranny? Masz wszystkie członki? – zapytał Walentyn, gdy tylko odszukał swego przyjaciela.
– Żyję, nie jestem ranny. Lecz to nie powód do dumy – odpowiedział zawstydzony Lubelski, który czuł na sobie brzemię odpowiedzialności za nieudolny atak tegoż dnia.
– Nieudany szturm to nie twoja wina, Dariuszu. Trzeba cieszyć się z tego, że żyjesz. Wielu dziś zginęło, ale ci, którzy przeżyli, będą tymi, którzy zdobędą to miasto, skarby i chwałę.
– Krew poległych jeszcze nie zastygła, Walentynie... a ty już dzielisz łupy z miasta, które nie zostało zdobyte.
– Żałuję ich, ale na każdej wojnie i przy każdej bitwie giną ludzie, przyjacielu. Najważniejsze, że nie ci, którzy potem oglądają koniec tej wojny.
– Czasem, żeby zachować honor, lepiej nie dożyć tego momentu. Po tym wszystkim nie każdy będzie chciał być tym, który przeżyje.
– Zaiste, Dariuszu, może masz rację. Lecz nie czynię źle, mówiąc to, co teraz myślę. A myślę, że powinieneś być rad, że dziś los zachował cię przy życiu.
Konradowski zauważył, że syn jego przyjaciela sprzed lat ma poczucie wstydu za porażkę wojsk w ataku na ruskie miasto, postanowił więc wykorzystać swój autorytet w rodzinie Lubelskich i przekonać młodzieńca, że dzisiejsza porażka to tylko przedsmak jutrzejszego zwycięstwa.
– Wierz mi, że choć wiele osób jest zawiedzionych, a entuzjazm nieco opadł, to przecież to dopiero pierwszy wypad wojsk na Smoleńsk. To, że jego mury okazały się trudniejsze do zdobycia, a mieszkańcy waleczniejsi, niż się spodziewano, nie czyni go przecież mniej wartościowym, a oblężenia rzadko kiedy kończą się po jednym ataku. Po prostu zbyt wiele sobie wmówiono, gdy armia stanęła u bram miasta. Zagrzewanie do walki i wiara w zwycięstwo to jedno, ale oczekiwanie, że wielkie ruskie miasto padnie na kolana po jednym tylko szturmie, to mrzonka. Brak rozsądku i brak logicznego myślenia. Pamiętaj, że to, że dziś przegrałeś, nie oznacza, że jutro nie odniesiesz sukcesu. Zresztą co tu mówić o porażce, skoro to Rzeczpospolita stoi na ziemiach wroga i to ona okupuje jego miasto, nie odwrotnie. A zwycięstwo będzie miało tym lepszy smak, im dłużej przyjdzie nam jeszcze na nie poczekać. Przypomnij sobie, ileż to lat musieli czekać Grecy, nim potężna Troja padła, a jej bramy stanęły dla nich otworem – zakończył swój wywód Walentyn i poklepał młodzieńca po ramieniu.
Ten odpowiedział uśmiechem, lecz nie był to szczery uśmiech, a słowa Konradowskiego, choć wzniosłe, nie uspokoiły zszarganych nerwów Dariusza Lubelskiego.
ROZDZIAŁ 4
Po nieudanym pierwszym natarciu, pocieszając się trojańskimi opowieściami czy też historiami oblężeń Juliusza Cezara, ponowiono próbę dnia kolejnego, a potem kolejnego i kolejnego. W ciągu czterech dni podejmowano cztery próby szturmu na miasto, lecz wszystkie zostały odparte. Wśród żołnierzy morale nieco upadło, natomiast wśród obrońców Smoleńska po każdym kolejnym udanym starciu z nieprzyjaciółmi pojawiał się entuzjazm.
– Bawią się i radują w Smoleńsku. Naigrawają się z Rzeczypospolitej i ze mnie, jej króla – żalił się i głośno okazywał swój gniew Zygmunt Waza. – Myślą, że już wygrali. Mają nas za nic i jeszcze śmielej będą sobie poczynali. Co teraz mam uczynić? Może nakazać odwrót i powrót do kraju? Tego by chcieli, byśmy wyjechali upokorzeni i w pośpiechu!
– Niektórzy sądzą, że to nie najgorszy pomysł – odpowiedział na krzyki króla jeden z oficerów.
– Kto tak sądzi? – zapytał wściekły król. – Odpowiedz, a zaraz sprawdzę lojalność tego, który myśli takie odważył się wyrzec głośno!
– Żołnierze – odpowiedział za oficera Żółkiewski. – Sądzili, a niektórzy ich w tym przekonaniu utwierdzali, że Smoleńsk padnie po jednym szturmie, po jednym dniu zaledwie, a okazało się, że wielu zginęło, a jeszcze więcej jest rannych.
– Miasta rzadko padają po jednym szturmie, czasem potrzeba czasu, by skruszyć mury – odrzekł któryś z oficerów.
– Lecz brak pokory i zbytnia pewność siebie przesłoniły prawdę i stworzyły fałszywą ułudę, że potęga Rzeczypospolitej tak wielka, że już nawet walczyć nie trzeba, bo wróg sam się podda.
– Dopiero kraj zaznał upokorzeń ze strony Smoleńska, a ty już znów go obrażasz – odrzekł wściekły król.
– Nie godzi się takich słów mówić tobie, waszmość, jako hetmanowi – wtórował władcy jeden ze szlachciców.
Choć Żółkiewski uważał, że mówił prawdę, postanowił, że to nie czas na kłótnie i spory, tym bardziej z królem.
– Wybacz, wasza wysokość. Smoleńsk dosyć łatwo nas odparł. Co się stanie, gdy dowiedzą się o tym Szwedzi? Gotowi uderzyć na kraj, gdy my tu utkniemy podczas oblężenia.
– Co proponujesz, hetmanie? – zapytał Zygmunt.
– Musimy podnieść morale rycerzy. Dać teraz odpocząć ludziom. Nie szturmować przez czas jakiś. Niech żołnierze nabiorą sił.
– Wtedy tamci również odpoczną i nabiorą sił przed nowymi szturmami – zauważył inny szlachcic.
– Nie szturmujmy przez czas jakiś – powtórzył Żółkiewski, a zgromadzeni na miejscu oficerowie i król poczęli baczniej obserwować hetmana. – Oblężenie samo w sobie niech teraz ich łamie. Wkrótce odczują braki w zapasach, zaczną trapić ich choroby, a przede wszystkim zacznie brakować im wody pitnej. Skupmy się teraz na bombardowaniu miasta, róbmy podkopy, wykonujmy inne prace. Weźmy ich na przetrzymanie, dopóki nie odzyskamy pełni sił. Nie traćmy teraz ludzi w szturmach, które niczego nie przynoszą. Myślą, że przybyliśmy po szybkie zwycięstwo i że jeśli teraz go nie odniesiemy, to rychlej opuścimy carstwo i powrócimy do Rzeczypospolitej. Niech widzą, żeśmy cierpliwi. Że nie przybyliśmy tutaj na kilkudniową imprezę, ale że gotowiśmy na długotrwałe obleganie. To zacznie ich demoralizować, zaczną się zastanawiać, jak bardzo pragniemy wiktorii, i że nic, nawet kilka nieudanych prób zdobycia murów, nas nie zniechęci i nie pozbawi zapału. Niech żołnierze śpiewają pieśni w obozie, niech te pieśni dochodzą do uszu obleganych, niech słyszą, jak humory nam dopisują. Przyznajcie nagrody tym, których śpiew najgłośniej będzie się rozlegał z naszego obozu. Niech grają na trąbkach. Smoleńszczanie muszą słyszeć, żeśmy w radosnych nastrojach, a nasze morale równie silne, jak tego dnia, cośmy pod Smoleńsk zajechali, nawet jeśli nie jest to do końca prawdą.
– A jeżeli smoleńszczanie sami zechcą zaatakować znużeni oczekiwaniem? – zapytał któryś ze zgromadzonych.
– Odeprzemy atak. Ich wypad nic nie da, polegną w starciu z naszymi rycerzami. Na murach są silni, ale w bezpośredniej walce nie mają szans – odpowiedział pewnie hetman.
Zebrani spojrzeli na króla. Ten siedział na wielkim krześle z ładnie zdobionymi podłokietnikami. Twarz jego jakoby z kamienia wyciosana. Spojrzenie wilka. Milczał przez chwilę, w końcu pokiwał głową twierdząco i odrzekł:
– Zgoda. Niech się tak stanie, jak mówi hetman.
I uczynili, jak zalecał Żółkiewski, choć magnateria prześcigała się w pomysłach, jak tylko przeszkadzać dowódcy, negowała jego pomysły i rady. Żołnierzom nakazano śpiewy wieczorne w obozie, granie na trąbach i bębnach, proponowano, że ten, którego śpiew najdalej będzie słyszany, dodatkowy żołd otrzyma. Z regularnością bombardowano Smoleńsk i jego mury, który zamienił się w niezdobytą twierdzę. Szybkie ataki, które czynili przez pierwsze dni Polacy i które były ich planem na zdobycie miasta, zamieniły się w długotrwałe oblężenie. Żółkiewski liczył, że czasem, zniechęceniem, a w końcu głodem i chorobami złamie ducha obrońców i podepcze ich morale. Faktycznie nieustanne bombardowanie murów i części miasta sprawiało problemy żołnierzom i mieszkańcom Smoleńska, ale nie osłabiało ich chęci do walki, a czasem powiększało wręcz bitność i agresję. Hetman jednak nalegał, by wstrzymać się jeszcze ze szturmami, by niepotrzebnie nie tracić żołnierzy. Chciał oszczędzić siły, by rzucić je do walki znacznie później, gdyby zmęczenie i osłabienie nie złamały w końcu obrońców miasta. Wypoczęci, zdrowi i najedzeni Polacy i Litwini mieli wówczas łatwo poradzić sobie z wojakami Smoleńska. Jednak przed chorobami nie uciekli i sami oblegający. Jak egipskie plagi nawiedzały potężnych Egipcjan, tak teraz choroby zabierały również walecznych Polaków.
– Co z tobą, Bolesławie? Nosisz imię wielkiego króla, władcy i zdobywcy. Niech w tobie taka sama odwaga i siła jak w Chrobrym – próbował podnieść na duchu jednego z chorych żołnierzy Żółkiewski. – Nie wiesz, że niedźwiedź najsilniejszy, gdy ranny?
– Tak, hetmanie. Już zdrowieję, jutro rano będę gotowy do walki – odpowiedział mu chory, lekko się przy tym uśmiechając.
– Odpoczywaj, Bolesławie, odpoczywaj. Gdy odzyskasz siły, będziesz jednym z pierwszych, którzy przekroczą bramy Smoleńska.
Bolesław jednak nie tylko nie doczekał takiej chwili, lecz nie zobaczył nawet świtu. Zmarł ciemną nocą w namiocie, pod murami ruskiego miasta. Wielu z oblegających także zamknęło tam oczy na zawsze.
Sytuacja więc również dla Polaków i Litwinów nie była zbyt budująca. Niektórzy żołnierze jawnie zaczęli wyrażać swoje niezadowolenie przedłużającym się oblężeniem, które miało przecież sprawnie i szybko pójść. Nikt nie ostrzegał, że utkną na wiele tygodni pod tym przeklętym ruskim miastem. Oni! Rycerze potężnej Rzeczypospolitej, tej potęgi, tego mocarstwa, musieli koczować pod namiotami. Stanisław jednak trwał przy swoim i opowiadał żołnierzom, że Juliusz Cezar także długo oblegał różnorakie grody w Galii, nim je zdobył. A Rzym był przecież największą potęgą w dziejach. Teraz Rzeczpospolita ma się za następcę Republiki Rzymskiej, przynajmniej według samej polskiej szlachty.
– Nie trwóżcie się, rycerze. Wszystkie wielkie miasta musiały być oblegane. Grecy pod Troją lata spędzili, nim miasto zostało zdobyte, Juliusz Cezar także oblegał grody w Galii, nim te padły przed jego potęgą.
To uspokajało marudzących i znużonych żołnierzy, ale wówczas magnaci narzekali i spiskowali przeciw hetmanowi niczym wilki z watahy, gdy wyczują słabość przywódcy.
Dariusz Lubelski napisał list do swego ojca, chcąc mu donieść, jaka jest sytuacja i jakie postępy w kampanii wojennej.
"Drogi Ojcze, mam nadzieję, że choroba nie jest nazbyt dokuczliwa i że są dni, w których nie odczuwasz jej skutków. My natomiast odczuwamy skutki królewskiej kampanii. Po tym, jak przekroczyliśmy granice Carstwa Moskiewskiego i przeprawiliśmy się przez rzekę Iwerę, kilka przygranicznych miasteczek i grodów poddało się naszym wojskom niemal bez walki. Opornych wymordowaliśmy bez większych trudów. Dotarliśmy więc pod Smoleńsk, który według większości miał paść po jednym szturmie, lecz załoga miasta okazała się o wiele waleczniejsza, niż się spodziewaliśmy. Ich obroną dowodzi Michał Szein, który śni się w koszmarach naszym dowódcom, a pewnie w szczególności hetmanowi Żółkiewskiemu, który jednak stara się jak może, by próbować kierować oblężeniem mimo niesprzyjających mu magnatów. Po kilku nieudanych szturmach, w których straciliśmy wielu żołnierzy, a jeszcze więcej zostało rannych, hetman zarządził wstrzymanie ataków i bombardowanie miasta, by dać odpocząć wojsku i oszczędzić ludzi. Miał nadzieję tym osłabić obrońców. Jednak jak do tej pory daje to co najwyżej przeciętne efekty. Szpiedzy i przekupieni mieszkańcy miasta donoszą, że obrońcom doskwierają choroby, jednak one zaczęły trapić i naszych żołnierzy. Wielu dzielnych wojowników umarło nie w walce, lecz w łożach, pod namiotami. Męczy nas także zmienna pogoda, która jest bardzo kapryśna w Carstwie Moskiewskim. Jednego dnia świeci słońce, by następnego mroźny wiatr wiał wprost w nasze twarze. Nocami często padają deszcze, zalewając nasze namioty i sprawiając, że gleba zamienia się w błoto. Każdy jednak wierzy, że już wkrótce, już niedługo to miasto otworzy swe bramy przed nami, a wówczas wszystkie jego skarby, o których marzą król i rycerze, będą nasze. Przesyłam Ci me pozdrowienia, Ojcze, i liczę, że przyniosę Ci dumę. Twój oddany syn, Dariusz".
Mijały następne dni i były właśnie takie, jak Dariusz opisywał je w liście do swego ojca. Wietrzne, mroźne i deszczowe. Pewnej aż nazbyt spokojnej nocy, gdy kapryśna pogoda nie dokuczała oblegającym tak mocno, jak zazwyczaj, młodego Lubelskiego coś zbudziło. Usłyszał hałas dochodzący z zewnątrz, a po chwili okrzyki i alarm. Nieprzyjaciel nacierał. Szybko odział się i uzbroił w szablę. Obrońcy miasta w pewnym momencie chyba poczuli, że mogą popróbować walki z wrogiem i sami przypuścili szturm na polski obóz. Straż przednia zatrzymała atakujących, a po chwili dostała posiłki żołnierzy, którzy zbudzili się i popędzili bronić swego obozu. Niczym orły walczące za swe gniazdo. Wśród nich był i Dariusz. Sam swą szablą usiekł kilku Moskali. Z jednym wdał się w dłuższą walkę. Ów był lepiej wyszkolony od pozostałych, którzy tej nocy zaatakowali obóz, widać, że wojaczka nie była mu obca. Wymieniali się uderzeniami, raz po raz, walka wyglądała na wyrównaną, lecz obrońca Smoleńska w pewnym momencie wykonał zbyt zamaszysty ruch i Dariusz przeszył jego brzuch sprawnym cięciem. Mężczyzna upadł. Wkrótce było po wszystkim. Obrońcy, którzy porwali się na obóz nieprzyjaciela, zostali straszliwie przetrzebieni – polskie orły swymi szponami rozszarpały wrony, które śmiały runąć na ich gniazda. Szybko pożałowali swej zbytniej odwagi i w popłochu uciekli za mury miasta. Wielu z nich zginęło, tymczasem po polskiej stronie, mimo iż nie spodziewano się ataku, poległo niewielu. To nieco poskromiło zapędy obrońców Smoleńska. Kontynuowano ostrzał miasta. Żółkiewski nie nakazywał szturmów, jednak z powodu sporów i intryg z niesprzyjającymi magnatami nastąpiła stagnacja i brak wyraźnych postępów. Hetman nie odpuszczał zamysłu zabrania części armii i uderzenia w inne cele w carstwie, jednak temu sprzeciwiał się król, któremu niczym jad sączyli swe rady chciwi możni.
– Panie, oblegając całą armią Smoleńsk, dajemy carowi szansę na zgromadzenie wojska i uderzenie w nas tutaj. Nie będziemy mieć pola manewru – przekonywał Zygmunta Stanisław.
– Cenię twe rady, hetmanie, lecz nie uważam, by dobrym pomysłem było rozdzielanie armii i podążanie w głąb carstwa. Zwłaszcza gdy nie zdobyliśmy tego, po co tutaj przybyliśmy. Nie zadowolę się tą nędzną garstką wsi i grodów, które to poddały się przed nami, Stanisławie. Chcę Smoleńska! Musi być mój! – Król zaczynał swą wypowiedź spokojnie, okazując szacunek hetmanowi, lecz pod koniec niemal krzyczał w gniewie.
– Połowa wojska zostanie tutaj, wciąż bombardując miasto i jego mury. Gdy one padną, ludzi wystarczy do pokonania opornych, królu. A uderzając dalej, prąc w głąb kraju, możemy zdobywać kolejne miasta, kolejne grody i zatrzymać gromadzenie armii przez cara Szujskiego. Będzie musiał rozproszyć swe siły, inaczej rozplanować działania.
– Widzę, że pragniesz chwały zdobywcy, hetmanie. Jednak moi szpiedzy nie donoszą niczego o gromadzącej się armii cara ani o innych podobnych zrywach. Zresztą wiesz, bo również dostajesz raporty. Może przyznaj, że masz ochotę na laury, sławę i skarby. Wielu dowódców marzy o tym, a o tobie wiadomo, Stanisławie, że jesteś ambitny. – Zygmunt mówił z lekkim, szyderczym uśmiechem.
Hetman spuścił wzrok ku ziemi. Słowa króla mogły wywołać w nim gniew, lecz nawet gdyby tak było, nie dałby po sobie tego poznać. Lecz nie gniew teraz, a zrezygnowanie odczuwał Żółkiewski. Wzrok Zygmunta nie sięgał dalej niż jego własne pragnienia.
Kolejne dni i tygodnie nie przynosiły odmiany. Polacy bombardowali mury Smoleńska, które jednak twardo się trzymały, a mieszkańcy miasta wykazywali się podobną odpornością i siłą. Pewnego wieczora wezwano Żółkiewskiego na zebranie rady wojennej. Atmosfera była gęsta jak mgły nad Smoleńskiem. Hetman wszedł powoli do namiotu królewskiego pełnego złowrogo nastawionych wobec niego magnatów polskich i litewskich, wśród których prym wiedli wojewoda bracławski Jan Potocki, starosta feliński Stefan Potocki i starosta białokamieniecki Jakub Potocki, a także Wiśniowieccy, Mniszchowie, Rużyńscy i sam kanclerz Lew Sapieha.
– Jakie masz dla nas pomysły, hetmanie? – odezwał się jeden z możnych. – Jak chcesz nas wyciągnąć z tego marazmu, w który sam nas wprowadziłeś?
Stanisław opuścił wzrok ku ziemi. Spoglądał tak przez chwilę, po czym podniósł oczy ku szlachcicowi i odpowiedział:
– W ten marazm wpędziła nas zbyt wielka buta i poczucie wyższości. Duma nas pogrzebała w tych bagnach Smoleńska.
Nastała wrzawa w namiocie.
– Co chcesz przez to rzec, hetmanie? – zawołał któryś.
– Bredzi. Próbuje winę za swoje niepowodzenia zrzucić na Rzeczpospolitą – odezwał się głośniej któryś.
– Okażcie szacunek hetmanowi! – krzyknął wściekle jeden z możnych przychylniej nastawiony do Żółkiewskiego. Zresztą nieważne, czy sprzyjał on Stanisławowi, czy też nie, hetman Żółkiewski był drugi po królu w Rzeczypospolitej i już z tego powodu należał mu się szacunek.
Zapanowała cisza.
– Mów, hetmanie – zachęcił obrońca Żółkiewskiego, choć oczywiście Stanisław nie potrzebował obrony. Sam potrafił poradzić sobie ze zgrają wrogo nastawionych możnych, lecz nie miał zamiaru przekrzykiwać się z nimi tym bardziej w obecności króla, który jednak nie reagował na kłótnie magnatów, jak znużony i zobojętniały rodzic niereagujący na kłótnie swych dzieci.
– Dziękuję waści za sprawienie, by mój głos był słyszalny. Za przykucie uwagi zebranych panów na mają osobę – odpowiedział grzecznym, lecz pewnym głosem Żółkiewski. – Naszym błędem było przekonanie, że Smoleńsk padnie szybko i bez żadnych strat z naszej strony. Od początku jednak zanosiło się na długotrwałe oblężenie, dlatego zalecałem, by pozostawić pod murami część wojska, a z pozostałą częścią ruszyć w głąb carstwa, by tam zajmować kolejne tereny.
– Skoro nie zdobyliśmy dotąd miasta z całą armią, jakże to chciałeś uczynić, waszmość, z połową wojska? – zapytał jeden ze szlachciców.
– Nie atakujemy przecież miasta całą armią. Zalecałem bombardowanie murów i czynienie szturmów co czas jakiś, sprawdzając waleczność obrońców, ale osłabienie ich przede wszystkim czasem. Czasem, który odebrałby im zapasy, żywność, wodę i osłabił chorobami.
– Tak teraz czynimy, hetmanie – odrzekł król. – A Smoleńsk wciąż się broni.
– Nieudane pierwsze szturmy poczyniły nam wielkie szkody, nie tylko w zasobach ludzkich, lecz także w morale, naszym i wroga, wlały też nadzieję i odwagę w obrońców. Tak wielką, że nawet porwali się na atak na nasz obóz. Sromotnie przegrali, ale wciąż wierzą, że gdy zaatakujemy, to zdołają się obronić jak poprzednio. Dlatego nie nakazuję dalszych ataków, dopóki czas nie złamie ich ducha walki.
– Twe słowa wydają się mądre, lecz rezultat jest daleki od oczekiwanego – odrzekł Zygmunt.
– Zbyt wielkie szkody uczyniły nam pierwsze, nieudane szturmy. Teraz musimy ich wziąć cierpliwością, królu. Wiem, że nie takich rezultatów oczekiwałeś po wielotygodniowym oblężeniu, ale nie możemy wpadać w pułapkę naszych wyobrażeń na temat własnej potęgi. Jesteśmy silni, ale nawet potężny Rzym oblegał miasta i twierdze. Wszyscy wielcy zdobywcy znają ten ból, panie.
– Próbujesz pięknymi słowami omamić nas i zakryć swoje błędy, hetmanie – wtrącił swoją uwagę jeden z magnatów.
– Co by też to było, gdyby Rzeczpospolita jednym głosem mogła mówić – odpowiedział na zarzut Żółkiewski.
Nastało poruszenie.
– Jeszcze obrażasz ustrój ojczyzny? W Rzeczypospolitej każdy szlachetnie urodzony może wygłosić swoje zdanie. Niczym w starożytnej Grecji, gdzie możni mogli dyskutować z dowódcami wojskowymi jak równi z równymi, a ci przed nimi odpowiadali za swoje czyny – odpowiedział ów magnat, co przed chwilą atakował hetmana.
– Jak Leonidas, król Sparty, który przed radą starszych nobilów musiał odpowiadać za swoje bohaterskie czyny – rzekł Stanisław.
– Równasz się z Leonidasem, hetmanie? A my to niewdzięczna rada nobilów, która nie docenia starań swojego władcy? – zawołał któryś.
– Nie równam się z królem, bo królem nie jestem. Jestem jedynie wodzem armii. Nie porównuję nikogo z tu zgromadzonych do nikogo z przeszłości. Odpowiedziałem jedynie, że znam historię.
– Dosyć tych nic niewnoszących przekrzykiwań – odezwał się nagle król. – Tym bardziej w świetle raportu, który otrzymałem.
Stanisław spojrzał na króla pytająco, choć w środku znał już odpowiedź. To armia, potężna armia wroga idzie ku wojskom Rzeczypospolitej, która oblega Smoleńsk. Musiał to jednak usłyszeć od Zygmunta.
– Jaki raport, panie? Nic nie otrzymałem.
– Dlatego też wezwałem radę wojenną. Armia gromadzi się i zmierza ku nam. Podobno dowodzi nią sam brat cara Wasyla Szujskiego Dymitr – odpowiedział król.
– Jakieś przybliżone liczby? Co donoszą zwiadowcy? – dopytywał Żółkiewski. Jego przypuszczenia kolejny raz okazały się słuszne.
– Kilkadziesiąt tysięcy. Tyle wiem. Prawdopodobnie z Moskalami jest też kilka tysięcy najemników szwedzkich.
Hetman miał kamienny wyraz twarzy, słuchając słów króla. Przypominał skupionego jastrzębia, co bacznie obserwuje swą zdobycz. Już obmyślał plan.
– Panie, nie możemy czekać tutaj na wojska Szujskiego. Musimy wykorzystać tę wiedzę i uderzyć, nim armia moskiewska tutaj dotrze. – W słowach Żółkiewskiego było pełno pasji i pewności siebie, nie miał wątpliwości, co należy zrobić.
– Co chcesz uczynić, Stanisławie?
– Wyjść im naprzeciw.
Zgromadzeni popatrzyli po sobie. Hetman kontynuował.
– Zabrać część wojsk spod Smoleńska i pójść w stronę armii carskiej. Tam wydać im bitwę. Oni chcą uderzyć na nas pod miastem, wykorzystajmy naszą wiedzę i walczmy z nimi wcześniej.
– Chcesz zabrać żołnierzy spod niezdobytego miasta? – zadał pytanie jeden z możnych. Jego twarz zdradzała zatroskanie.
– Walcząc z nimi dalej od Smoleńska, zwiększamy nasze szanse. Tutaj, w czasie oblężenia, nie będzie pola manewru. Dodatkowo narażamy się na uderzenie ze strony obrońców, którzy mogliby zdecydować o wspomożeniu armii, jaka najechałaby nas na tych ziemiach – tłumaczył szlachcicom Żółkiewski. – Wykorzystalibyśmy element zaskoczenia i nasze świetne przeszkolenie w walce, wydałbym im bitwę w polu, gdzie nasza jazda zadałaby ciężkie ciosy armii Szujskiego.
– Twoje niefortunne decyzje wpędziły nas w tę sytuację, hetmanie. Czy kolejne nie przyniosą większych problemów? – odrzekł Sapieha po tym, gdy Żółkiewski zakończył swoją wypowiedź.
– Nieczynienie nic, gdy potężna armia zmierza ku nam, byłoby największym błędem, jaki moglibyśmy popełnić, szlachetni panowie.
Magnaci znów popatrzyli po sobie, a następnie zwrócili wzrok ku królowi, który w milczeniu słuchał ostatnich słów hetmana. Wszyscy oczekiwali na decyzję Zygmunta.
– Panie, to będzie najsłuszniejsze posunięcie. Takie jest moje zdanie i tak podpowiada mi moje doświadczenie – przekonywał władcę do swojej wizji Żółkiewski.
Wśród możnych zapanowało poruszenie i zaczęły się kłótnie. Spierali się szlachcice sprzyjający hetmanowi z jego przeciwnikami.
– A więc uczynisz to, o czym marzysz, od kiedy zajechaliśmy pod mury Smoleńska. Zabierzesz część wojska i udasz się na podbój państwa moskiewskiego – niemal krzyknął jeden z Potockich. – Od początku ci na tym zależało. By podzielić armię i iść w głąb kraju, podbijając i zaskarbiając sobie chwałę.
– Nie o chwałę tu teraz chodzi, ale o powodzenie naszej wyprawy, o ocalenie oblężenia i o nasze życia, panowie.
– Bredzi! – krzyknął magnat Różański.
Znów wywiązała się kłótnia między możnymi.
– Panowie – uspokoił zgromadzonych król.
Nastała cisza. Po chwili odezwał się Zygmunt:
– Zabierz, Stanisławie, część wojsk ze sobą i wydaj bitwę armii moskiewskiej idącej ku nam. Niech się stanie tak, jak mówisz.
Żółkiewski pokiwał głową na znak potwierdzenia. Wzrokiem ogarnął niesprzyjających mu magnatów. Tym zaś ciężko było opanować swoją wściekłość. Choć nawet oni, w głębi, musieli przyznać przed sobą, że trzeba było coś uczynić, choć niechęć wobec hetmana przesłaniała zdrowy rozsądek.
– Na czas mojej nieobecności dowództwo nad oblężeniem niech przejmie Jan Potocki – odezwał się Stanisław. – Czy wasza wysokość się zgadza?
Zygmunt dał znak, że zatwierdza nowe dowództwo.
Nominacja niechętnego Żółkiewskiemu magnata na dowódcę oblężenia zamknęła nieco usta nieżyczliwym, a hetmanowi dała chwilę wytchnienia od kłótni z możnymi i możliwość skupienia się na nowym zadaniu.
– To prawda? – zapytał Dariusz swego przyjaciela Walentyna. – Że ruszamy spod miasta?
– Powiem ci, co sam wiem, choć wkrótce i ty się dowiesz wszystkiego. Tak, ruszamy z częścią wojsk spod Smoleńska. Nie znam jeszcze szczegółów, ale idziemy ku wojskom moskiewskim, które okrutnie się na nas szykują.
– Czyli nie znasz liczebności armii carskiej? – Dariusz poczuł delikatne kołatanie serca na wiadomość o zbliżających się żołnierzach nieprzyjaciela. Armia wilków broniących swego terytorium zmierza ku nim. Nie był zlękniony, ale bitwa była nieunikniona i czuł, że może okazać się krwawa. Moskale szli przecież walczyć z najeźdźcami, którzy zaatakowali ich kraj. A to Polacy byli tymi najeźdźcami. Choć oczywiście nie wątpił w słuszność wojny, rozumiał jednak pragnienie obrony ojczyzny.
– Tak jak ci mówiłem, Dariuszu, nie znam szczegółów, ale będzie ich z kilkadziesiąt tysięcy.
– Kogo zabiorą? Kto pójdzie ku Moskalom?
– Wiem, że takie oczekiwanie jest nieprzyjemne, ale bądź cierpliwy. – Walentyn rozumiał ekscytację młodszego towarzysza na nagłą wieść o wyruszeniu spod oblężonego miasta. Znał go od dziecka, pamiętał, że jako mały, ledwie wyrośnięty chłopiec lubił bawić się w rycerza, a jako młodzieniec marzył, by okryć się sławą i sprostać wymaganiom ojca. – Wkrótce będzie wiadomo więcej – dodał.