Możesz uciekać - Rebecca Zanetti

Reflow text when sidebars are open.
To był najlepszy dzień w jej życiu.
Tammy Jo Sullivan trzymała się kurczowo drzwi quada, serce jej galopowało, a dech zamierał w piersi. Mieć szesnaście lat i móc w końcu umawiać się na randki to zarąbista sprawa. Najlepsza na świecie.
Wyszczerzyła się w uśmiechu i spojrzała na Huntera, który prowadził pojazd skalistym szlakiem wiodącym na Snowblood Peak w Northern Cascades.
Odwzajemnił uśmiech, błyskając białymi zębami odznaczającymi się na tle opalonej twarzy. Jego rodzina, korzystając z kilku wolnych dni z okazji Święta Dziękczynienia, wybrała się do Meksyku, a on zamierzał spędzić większość czasu na basenie, skoro sezon futbolowy dobiegł końca i można było wreszcie odpocząć. Tammy musiała wprawdzie w czasie wolnym od szkoły pracować w restauracji mamy, ale nie miała z tym problemu.
Teraz była na randce i siedziała w czterokołowcu z samym Hunterem Jacksonem. On chodził do ostatniej klasy, a ona do drugiej i w życiu by nie przypuszczała, że wpadnie mu w oko. Gdy zaprosił ją na sobotnią przejażdżkę quadami, ostatnią przed nadejściem prawdziwej zimy, niemal padła trupem. I oto była tutaj, przypięta pasami na miejscu pasażera, i patrzyła, jak wątłe sosny migają po obu stronach drogi. Roześmiała się głośno.
Sandy Jones obróciła się w pojeździe przed nimi i pomachała. Zza tylnej plastikowej szyby wyglądała jak rozmazana plama. Jaskrawoczerwona czapka opadła jej na bok głowy.
Tammy Jo odmachała przyjaciółce, uśmiechając się tak szeroko, że zabolały ją policzki.
- Dobrze się bawisz? - Hunter skręcił kierownicę i pokonał kolejny zakręt. Mróz ściął błotnisty szlak i koła zabuksowały na lodzie. Ostre skały po stronie chłopaka pokrywała warstewka śniegu na mokrej brei, a trakt prowadził w górę pomiędzy mroczniejsze gołe drzewa.
- Taa - przyznała, trzymając się drzwi i odwracając wzrok od gruntu opadającego gwałtownie po jej stronie. - Jesteśmy już wysoko.
Z gęstych blond włosów wyczesał palcami grudkę rozmiękłej ziemi, która dostała się tam, gdy pomagał Tysonowi wymienić pasek napędowy w jego Polarisie. Super, że tak dobrze radzili sobie z naprawianiem wszystkiego.
- Nic ci nie grozi. Wiem, co robię - zapewnił, a tymczasem spod przednich opon tryskało pokryte lodem błoto.
- Eee, mój tata ostrzegał, żeby nie przekraczać linii wiecznego śniegu, skoro mieliśmy taką deszczową jesień. Grunt będzie niestabilny. - Przełknęła ślinę.
Hunter docisnął pedał gazu.
- Wszystko gra. Nie chcesz zobaczyć szczytu?
Po raz pierwszy poczuła, jak jej żołądek zawiązuje się w supeł.
- Tata mówił...
- Na moje oko grunt wygląda dobrze. Będę się uważnie przyglądał. - Chłopak sięgnął do środkowego uchwytu po piwo i wychylił je do końca. Choć była dopiero dziewiąta rano, wypił już cztery, wydawało się jednak, że nie przeszkadza mu to w prowadzeniu. - Możesz mi podać następne? - Rzucił za siebie pustą puszką.
Spadek terenu po prawej stronie przyprawiał Tammy Jo o zawroty głowy.
- Eee, jak się zatrzymamy. Wolałabym nie odpinać teraz pasów. - Zamknęła oczy, walcząc z nudnościami.
- Pewka. - Położył rękę na jej dłoni.
Gwałtownie otworzyła oczy. Hunter trzymał ją za rękę. "Zachowaj spokój". Musiała zachować spokój. A jednak odwróciła dłoń, by spleść z nim palce. Były o wiele większe niż jej. Miał ciepłą rękę. Przygryzła wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Życie nie mogło już stać się lepsze.
Kilka grud kamienistej ziemi spadło z góry i rozprysnęło się na ścieżce. Hunter wyplątał dłoń z uścisku i położył ją na kierownicy.
Quad podskoczył, a Tammy Jo złapała uchwyt na desce rozdzielczej.
- Eee, ziemia się osypuje. Powinniśmy się zatrzymać.
- Wszystko gra - powtórzył chłopak. Jechał teraz szybciej, pochylając głowę, a quad trząsł się i podskakiwał na kamieniach.
Szlak przed nimi zamienił się w mieszaninę sosnowych igieł, śniegu i błota, co wyglądało jak slushy z dodatkiem mrozu.
Dziewczyna wykręciła szyję, by spojrzeć ku szczytowi góry.
- Wyżej zalega dużo śniegu. Nie jest zamarznięty, Hunter. Sam hałas powodowany przez quady może narobić nam problemów. Wibracje i inne takie.
Wzruszył szerokimi ramionami.
- Poradzę sobie, nie martw się.
Zapatrzyła się ponad drzwi pojazdu, przygryzając wnętrze policzka, aż zabolało. Wątłe świerki, sosny i olchy porastały skarpę opadającą prawie kilometr do dna głębokiego wąwozu.
Tammy Jo się wzdygnęła.
Góra zaryczała.
Dziewczyna poderwała głowę.
- Co to...
- Trzymaj się! - wrzasnął Hunter.
Stłumiła okrzyk i wykręciła się na tyle, na ile pozwalały jej pasy, by popatrzeć, jak od stromej górskiej ściany ponad nimi odrywają się zwały śniegu i błota.
- Nie, my...
Lawina runęła prosto na nich. Uderzyła od strony kierowcy i niemal ich przewróciła.
- Cholera! - krzyknął chłopak, wściekle szarpiąc kierownicą w prawo i obracając czterokołowca. Ściana śniegu zmieszanego z błotem zepchnęła ich z klifu twarzami w dół.
Tammy Jo zawisła na pasach i przycisnęła dłonie do deski rozdzielczej, drąc się wniebogłosy. Ogarnęła ją zgroza, gdy zsuwali się po zboczu, zbliżając do głębokiej przepaści, której nie dostrzegała z góry. Zginą jak nic.
- Muszę walnąć w drzewo - wydusił Hunter, którego kończyny pracowały dziko nad utrzymaniem quada maską do dołu, żeby się nie wywrócił.
Nie była w stanie oddychać. Pasy wpijały się jej w ciało, tyłek zawisł ponad fotelem, a włosy opadły do przodu.
Chłopak skręcił kierownicę, wpadli w poślizg i zderzyli się z dwiema sosnami od strony pasażera. Dziewczyna rąbnęła w drzwi, jej ramię przeszył ból. Zawyła.
- Nie pękaj. - Hunter chwycił ją za rękę. Zamrugała, a po jej policzkach spłynęły łzy. Trzy gałęzie, śnieg i błoto rozbiły się o quada i poleciały dalej w dół, ale drzewa przytrzymały pojazd. - Nic nam nie będzie! - wydarł się. Ciało miał napięte. - Tylko się nie ruszaj. To minie.
Gwałtownie wypuściła powietrze z płuc, tłumiąc okrzyk.
W przednią szybę walnęła gałąź i Tammy Jo się wzdrygnęła. Potem się jej przyjrzała.
- Czy to...
Wyglądało jak ramię przypięte do połowy dłoni o połamanych paznokciach.
Osuwające się błoto zabrało ze sobą fragment ciała.
Potem spadła noga. I jeszcze jedno ramię.
W końcu ryk lawiny umilkł.
Okrągły przedmiot huknął o szybę, przetoczył się i zatrzymał. Wydawało się, że czaszka, z której wystawały strąki blond włosów, patrzy prosto na nich.
Hunter wrzasnął, głośno i piskliwie, jak małe dziecko na karuzeli.
Laurel Snow przeglądała kalendarz w telefonie, czekając, aż wezwą ją na pokład samolotu odlatującego do Waszyngtonu. Zniszczone krzesła na LAX były niewygodne jak nigdy, przez co starała się siedzieć prosto, by uniknąć nieuchronnego bólu pleców. Z lotniskowych głośników sączyła się świąteczna muzyka, a w kącie tkwiło pokraczne drzewko, którego wątłe gałązki przyozdobiono czymś bardzo podobnym do nanizanego na sznurek popcornu. Nadchodzący tydzień zapowiadał się pracowicie i Laurel miała nadzieję, że nie wyskoczy żadna nowa sprawa. Wepchnęła do uszu bezprzewodowe pchełki, odpaliła dudniącego żywiołowego rocka i zajęła się wprowadzaniem zmian do planu spotkań.
Zadzwonił telefon. Odebrała, nie odrywając się od kalendarza.
- Snow.
- Cześć, agentko Snow. Jak poszło sympozjum? - zapytał jej szef, George McCromby.
- Tak, jak się spodziewałam - odparła, przesuwając lunch biznesowy z czwartku na piątek. - Nie jestem wykładowczynią, więc przez połowę czasu publika sprawiała wrażenie zagubionej. Młoda kobieta w pierwszym rzędzie miała poważny syndrom tatusia, a młodzieniec za nią przechodził załamanie nerwowe. Poza tym jeden facet w ostatnim rzędzie przejawiał skłonności narcystyczne.
- Borze szumiący. Chcieliśmy tylko, żebyś poopowiadała ludziom o FBI i pomogła przy rekrutacji. Masz przyjemną twarz - wymamrotał George.
Wi-Fi dostało czkawki i Laurel puknęła w ekran telefonu.
- Moja twarz nie ma nic wspólnego z moją pracą. Nie jestem wyszkolona w rekrutacji ani nauczaniu.
Szef westchnął.
- Ilu widziałaś dzisiaj ludzi w czerwonych butach?
Taa, powinna przełożyć spotkanie w sprawie nowego oprogramowania z wtorku na środę.
- Sześciu - rzuciła w roztargnieniu. - Dziesięciu, jeśli doliczyć kasztanowe.
Jej rozmówca parsknął śmiechem.
- Ile osób w żółtych czapkach minęło cię w zeszłym miesiącu?
- Tylko osiem.
George dopiero się rozkręcał.
- A teraz kogo uważasz za największe zagrożenie na lotnisku? Bez podglądania!
Jeśli przesunie jeszcze jedno spotkanie, da radę upchnąć manikiur w piątek.
- Faceta czekającego po sąsiedzku na lot do Dallas. Jest żylasty, ma sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, uszy zapaśnika i płynne ruchy. - Tak, da radę upchnąć manikiur. - Inny typ stojący na północ ode mnie przy regale w księgarni wygląda jak drwal i pewnie potrafiłby solidnie przyłożyć. - Czy zostanie trochę czasu na pedikiur? Pewnie nie.
- A dlaczego ty nie jesteś największym zagrożeniem? - zapytał szef.
Przerwała grzebanie w kalendarzu.
- Ponieważ aktualnie zabawiam wicedyrektora FBI magicznymi sztuczkami. - Uniosła wzrok, by sprawdzić planowany czas wejścia na pokład.
- Mam rozmowę na drugiej linii. Pogadamy, jak wrócisz. - Rozłączył się.
Laurel nie miała już więcej nic do powiedzenia. Jej telefon znowu zawibrował. Nim odebrała, zerknęła na ekran.
- Cześć, mamo. Tak, wciąż mam w planach przyjazd do domu na święta. - Od ostatniego razu upłynęły trzy lata i cierpliwość matki już się wyczerpała. - Przyrzekam. Za dwa tygodnie będę na miejscu.
- Potrzebuję cię teraz - powiedziała Deidre piskliwie.
Laurel zamarła.
- Co się stało?
- Chodzi o wujka Carla. Szeryf chce go aresztować za morderstwo. - Panika sprawiła, że głos matki stał się jeszcze bardziej piskliwy. - Pracujesz w FBI. Mówią, że grasuje tu seryjny morderca. Musisz przyjechać nam pomóc.
Wuj Carl był dziwakiem, ale na pewno nie zabójcą.
- Seryjny? Ile ciał dotąd znaleziono?
- Nie wiem! - krzyknęła Deidre.
No dobra. Matka nigdy się tak nie denerwowała.
- Czy FBI ze Seattle działa w tej sprawie?
- Nie wiem. Carla zastrasza lokalny szeryf. Proszę, przyjedź nam pomóc. Proszę.
Matka nigdy o nic nie prosiła.
Laurel musiałaby przebukować loty i poprosić kogoś o przysługę.
- Wyślę ci szczegóły lotu. Mogę wynająć auto na Sea-Tac. - Zabójcy byli wszędzie, ale wujek Carl do nich nie należał.
- Nie. Ktoś cię odbierze. Zadbam o to. Napisz mi tylko, o której wylądujesz.
Matka ani nie prowadziła, ani nie lubiła siedzieć w żadnych pojazdach.
- Dobra, muszę spadać. - Laurel się rozłączyła i wybrała prywatny numer George'a lewą ręką, prawą sięgając do torby po wydruk swojego grafiku. Oburęczność czasami się przydawała. Choć nie miała wielu przyjaciół w FBI, George z jakiegoś powodu stał się jej mentorem i zazwyczaj był cierpliwy. No, czasami. Poza tym właśnie zamknęła sprawę seryjnego w Teksasie i miała fazę, jak to mawiał szef. Jak na razie. Z doświadczenia wiedziała, że fazy szybko przemijają.
Chwilę trwało, nim odebrał.
- Powiedziałem, że pogadamy, jak wrócisz.
- Chcę cię o coś prosić - zaczęła. Jej uwagę przykuł młody mężczyzna prowadzący staruszkę przez terminal. Oboje spoglądali na tablice odlotów. - Nie mam zbyt wielu informacji, ale wygląda na to, że doszło do co najmniej kilku podejrzanych zgonów w Genesis Valley na północy stanu Waszyngton. Muszę zbadać sprawę. - Było coś niepokojącego w tym facecie od staruszki. Sięgnął do niechlujnej beżowej torebki, którą miała przerzuconą przez ramię, wyciągnął z niej portmonetkę i wsunął ją do swojego plecaka.
- Daj mi chwilę. Przedzwonię i dowiem się, o co chodzi - obiecał George.
- Dziękuję. - Laurel wstała i ruszyła w stronę dziwnej parki. Szybko się z nimi zrównała. - Czy wszystko w porządku?
Starsza kobieta zmrużyła oczy. Jej błękitne tęczówki zasnuwała katarakta.
- Na Boga. Tak. Tak sądzę. Ten uprzejmy młody człowiek prowadzi mnie do samolotu.
- Naprawdę? - Laurel przechyliła głowę.
Mężczyzna, najprawdopodobniej lekko po dwudziestce, miał bystre brązowe oczy i gęste blond włosy. Uśmiechał się zdecydowanie zbyt szeroko.
- Tak. Jestem Fred. Po prostu pomagam Eleanor. Była trochę zagubiona.
Staruszka ściskała bilet lotniczy w sękatej dłoni. Miała białe loki i upudrowaną twarz.
- Odwiedzałam siostrę w Burbank i trochę się zamotałam po odprawie na lotnisku.
Laurel się zirytowała.
- Zwróć jej portmonetkę.
- Co? - sapnęła Eleanor.
Fred popchnął staruszkę i odwrócił się, by prysnąć.
Laurel złapała go za plecak, kopnęła w dół podkolanowy i obaliła na ziemię tak, by upadł płasko na plecy. Wbiła kwadratowy obcas w jego nerw skórny boczny uda.
- Coś ci powiem. Tutaj jest taki nerw, który może sprawić, że człowiek... zaszczeka jak pies. - Docisnęła obcas.
Facet zaskomlał.
Podbiegł do nich funkcjonariusz policji lotniskowej z ręką na służbowej broni.
Agentka wyciągnęła odznakę z kieszeni marynarki i otworzyła ją wprawnym gestem.
- FBI. Podejrzewam, że ten gość ma parę portfeli, które niekoniecznie należą do niego. - Potrząsnęła plecakiem, z którego wypadło na podłogę kilka portfeli, buteleczek z lekarstwami i naszyjników.
- Hej! - Eleanor pochyliła się i chwyciła swoją portmonetkę oraz pojemnik z lekami. - Ty draniu! - Zdzieliła Freda torebką.
Uchylił się przed atakiem i odepchnął torbę.
- Pozwól mi wstać, kobieto.
- Zmuś go, żeby znowu zaskowyczał jak pies - wypaliła staruszka.
- Robi się. - Laurel docisnęła obcas na nerwie.
Facet jęknął i naparł na jej stopę, a ból starł mu kolory z twarzy.
- Przestań.
Policjant wepchnął wszystkie łupy Freda z powrotem do plecaka, a potem postawił go na nogi, gdy Laurel cofnęła but. Prędko skuł złodzieja.
- Dzięki, już sobie poradzę - rzucił, po czym odeszli.
Agentka sięgnęła po bilet Eleanor.
- Zobaczmy, dokąd powinna się pani udać. - Szybkie spojrzenie i już wiedziała, że staruszka leci do Indiany. - Bramka dwudziesta druga, to niedaleko stąd. Zaraz panią tam zaprowadzę, tylko zbiorę manatki. - Poszła po wielką torbę na laptopa i małą walizkę na kółkach. Gdy wróciła, wzięła Eleanor pod rękę. - Bramka jest zaraz za tymi restauracjami.
- Słucham? - warknął George w jej słuchawkach. - Tutaj zastępca dyrektora FBI, który ma dla ciebie kilka informacji.
- Proszę poczekać minutę - odparła Laurel, lawirując w tłumie i chroniąc towarzyszkę.
Starsza kobieta oparła się na niej mocniej i uniosła wzrok.
- Skąd znasz numer mojej bramki? Nawet nie spojrzałaś na tablice odlotów.
- Spojrzałam wcześniej - wyjaśniła agentka, pomagając jej ominąć trzech chłopców niosących bagaże podręczne z motywami disneyowskich animacji.
Eleanor zamrugała.
- Zapamiętujesz informacje o wszystkich lotach naraz?
- Wciąż tu jestem - zagderał George.
Laurel doprowadziła swoją podopieczną do stanowiska obsługi przy bramce, gdzie przystojny trzydziestolatek wklepywał właśnie coś do komputera.
- To jest pani Eleanor, która poleci tym lotem. Będzie tutaj siedzieć i potrzebuje pomocy przy wejściu na pokład. - Nie czekając na odpowiedź, odprowadziła staruszkę do najbliższego wolnego miejsca. - Proszę bardzo. Za kilka minut powinni rozpocząć boarding.
Kobieta poklepała ją po ręku.
- Dobra z ciebie dziewczyna.
Agentka kucnęła.
- Ktoś będzie na panią czekał na lotnisku?
Eleanor kiwnęła głową.
- Tak. Syn ma się ze mną spotkać zaraz za odbiorem bagażu. Nic bój nic. - Przycisnęła sękate dłonie do twarzy Laurel. - Jesteś wyjątkowa, prawda?
- Do cholery, Snow! - ryknął George w słuchawce.
Agentka się skrzywiła.
- Cieszę się, że mogłam pomóc.
Staruszka ścisnęła ją mocniej.
- Masz takie śliczne oczęta. Szczęściara z ciebie!
Szczęściara? Laurel rzadko czuła się tak z powodu swojej heterochromii.
- To bardzo miłe z pani strony.
- Jesteś piękna. Takie olśniewające, wyraziste kolory! Nigdy nie widziałam takiego zielonego światła w niczyim oku, a to drugie ma wspaniały ciemny odcień błękitu. - Zmrużyła oczy i nachyliła się. - Masz zieloną plamkę w niebieskim oku, prawda?
Agentka uśmiechnęła się i zdjęła dłonie kobiety z twarzy, uważając na artretyczne guzki na jej knykciach.
- Tak. Moja heterochromia ma heterochromię. Niezła jazda.
Eleanor parsknęła śmiechem.
- Ale z ciebie unikat. Z Bogiem, kochana, z Bogiem.
Laurel wstała.
- Spokojnego lotu. - Odwróciła się, by wrócić do swojej bramki, a jej umysł wrócił z kolei do rozmyślania o wyprawie do Genesis Valley. Musiała przełożyć wszystkie spotkania na pierwszy tydzień stycznia, jej mózg więc automatycznie zaczął żonglować datami. Gdyby udało jej się przełożyć poniedziałkowe spotkanie, miałaby czas na pedikiur. Może dałaby też radę wykręcić się ze środowego lunchu z biegłymi księgowymi chcącymi rozmawiać o niedawno stworzonym oprogramowaniu do analizy taktycznej. Księgowi rzadko odrywali się od komputerów, a kiedy już to robili, zwykle za bardzo się rozgadywali. - Przepraszam za to. Czego się pan dowiedział?
George westchnął z wyraźną udręką.
- Liczne części ciała, w tym trzy czaszki, zostały ujawnione dziś rano przez dzieciaki jeżdżące na quadach po górze o nazwie... - Rozległ się szelest papierów. - Snowblood Peak.
Laurel zmieniła kierunek marszu, serce waliło jej w piersi.
- Dopiero dziś rano? Za wcześnie na wskazywanie podejrzanego. - Sama spędziła trochę czasu, jeżdżąc po tej górze na skuterze śnieżnym z wujami, zanim jako jedenastolatka wyjechała do college'u. - To może być stary cmentarz albo coś takiego. Niekoniecznie zbrodnia.
- Wiem. Poza tym to lokalny problem, nie federalny, jak sądzę.
Agentka przystanęła.
- Tak naprawdę to zależy od tego, gdzie znaleziono ciała. Dolina poniżej Snowblood w połowie należy do rządu federalnego, a w połowie do stanu. Piękny ten nasz kraj.
- Hm. No dobra. Możemy to przejąć, jeśli masz ochotę użerać się ze stanowymi i lokalnymi władzami. - Szef nie wykazywał entuzjazmu.
Nigdy nie miała ochoty się użerać.
- Mamy przecież oddział w Seattle?
- Tak, ale sporo się tam teraz dzieje. Byliśmy w trakcie tworzenia specjalnej jednostki, Zespołu do spraw Brutalnych Przestępstw Wybrzeża Północno-Zachodniego, ale doszło do wstrząsu politycznego, strzelaniny i paru transferów. Biuro przechodzi restrukturyzację i obecnie mam na miejscu dwóch agentów rozpracowujących kartel narkotykowy. - Znów zaszeleściły papiery.
- Czyli gdyby coś się faktycznie z tego urodziło, jestem zdana na siebie. - Co właściwie nie było dla niej niczym nowym. Lot do Seattle miał przydzieloną trzynastą bramkę, a do Everett siedemnastą. - Czy mój lot został już przebukowany?
Więcej szeleszczenia papierami.
- Jackie?! - wrzasnął George. - Czy Snow ma nowy lot?
Laurel skrzywiła się od nagłego bólu w uchu.
Szef wrócił z informacjami:
- Przenieśliśmy cię na lot dwieście trzydzieści cztery, odlot za dziesięć minut. Czekają na ciebie, ale daliśmy radę załatwić ci jedynie środkowe miejsce.
Tyle dobrego, że bramka była blisko, no i wyląduje w Everett, skąd krócej jechało się autem do Genesis Valley niż z Sea-Tac. Puściła się truchtem, ciągnąc swój bagaż podręczny na kółkach.
- Mam tylko torbę spakowaną na weekend i służbowego Glocka. - Nie zabrała prywatnej broni.
- Nie spodziewam się, żeby to było coś poważnego. Daję ci czterdzieści osiem na zorientowanie się, czy to sprawa dla nas, i nie zapominaj, że oddałem ci przysługę.
Rozbolały ją skronie.
- Naprawdę nie chce pan, żebym zostawała twarzą FBI. Nie dogaduję się dobrze ze studentami ani rekrutami. - Podczas jej prezentacji salę opuściły co najmniej dwie osoby.
- To się naucz - odparł George.
Dotarła do bramki i machnęła odznaką wyraźnie zniecierpliwionej pracownicy, która postukiwała nerwowo obcasem.
- Wsiadam do samolotu. Jeśli uda się panu czegoś dowiedzieć o tych czaszkach, proszę przesłać mi informacje na tablet, żebym się tam nie pchała na ślepo.
Żołądek skręcały jej w takim samym stopniu podszepty instynktu, jak i wiedza o rachunku prawdopodobieństwa. Trzy różne czaszki znalezione na szczycie?
W pobliżu jej rodzinnego miasteczka grasował zabójca.
- Laurel? Laurel Snow? - odezwał się kobiecy głos.
Agentka już wcześniej dostrzegła tę kobietę, ale ją minęła. Zatrzymała się teraz, gdy przed lotniskiem wiatr wdarł się pod jej cienką marynarkę, a czoło zaatakował lodowaty deszcz.
- Tak?
Nieznajoma pospiesznie wysiadła ze sfatygowanego Volkswagena Beetle'a stojącego na krawężniku przed halą przylotów w Everett.
- Jestem Kate Vuittron. - Wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń z pomalowanymi na czerwono paznokciami. - Miło cię poznać.
Uścisnęły sobie ręce. Kate z pewnością całkiem niedawno obchodziła czterdzieste urodziny. Była ubrana cała na czerwono, w czerwoną kwiecistą bluzkę, jasnoczerwoną spódnicę, nawet jej baleriny Mary Jane były czerwone z nieco tylko jaśniejszymi paskami obejmującymi kostkę. Mało tego, w długich blond włosach miała czerwone pasemka.
- Ciebie też. Znasz moją mamę? - zapytała Laurel.
Kate uniknęła zderzenia z facetem taszczącym trzy walizki i przewróciła oczami.
- Tak jakby. Złożyłam podanie o pracę do hurtowni herbaty, ale nie było żadnych wakatów. Deidre zachowała kontakt do mnie i zadzwoniła dziś rano. - Sięgnęła po bagaż agentki. - Wezmę to. Mało ze sobą wozisz. - Chwyciła rączkę i sprawnie wrzuciła walizkę na tylne siedzenie Beetle'a. - Wskakuj.
Laurel otworzyła drzwi, po czym wślizgnęła się do środka i położyła torbę z laptopem na podłodze. Z radia huczało Florida Georgia Line, a z wywietrzników wionęło upałem, który trzymał na dystans zimną aurę północnego Waszyngtonu.
- Przepraszam. - Kate wsiadła, trzasnęła drzwiami, ściszyła muzykę, zapięła pas i zjechała z impetem z krawężnika.
Agentka rzuciła się zapiąć własny pas. Z tyłu ryknęły klaksony. Zrobiła głęboki wdech.
- Moja mama zatrudniła cię do odebrania mnie z lotniska?
- Taa - odparła Kate, zajeżdżając drogę autobusowi przy zmianie pasu ruchu. - Chyba mi współczuje, chociaż nie powinna. Wszystko u mnie gra. - Ton głosu przeczył jej słowom.
Deidre zawsze miała słabość do zranionych zwierzątek. Laurel przyjrzała się kobiecie. Manikiur miała porządny, ale wyraźnie domowy, na włosach czerwony sprej, a do tego zero biżuterii. Ciekawe.
- Dzięki za podwózkę. Muszę szybko przedzwonić. - Agentka wyjęła telefon z torby i użyła oficjalnych kanałów, kontaktując się najpierw z surową asystentką wicedyrektora. - Cześć, szefie. Dokopał się pan do czegoś?
- Tak. - George głośno zaszeleścił papierami. - Spójrzmy. Dziś rano w okolicach ósmej, w pobliżu Snowblood Peak, co najmniej trzy ciała zostały ujawnione przez grupkę dzieciaków, które rozwaliły coś o nazwie UTV. Ha. Zgaduję, że chodzi o quada z drzwiami. Niezłe.
O przednią szybę zabębnił marznący deszcz.
- Dzieciaki wyszły z tego cało? - spytała Laurel.
- Taa. Rozmawiałem z lekarzem. Są zestresowane, ale fizycznie cała czwórka ma się dobrze, najgorsza kontuzja to przemieszczony bark. Szpital potrzyma ich do jutra na obserwacji.
Co za ulga. Agentka przełknęła ślinę.
- Czy media już się na to rzuciły?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Dowiesz się więcej na miejscu.
Laurel wykręciła szyję, by przypatrzyć się chmurom o ciemnej postrzępionej podstawie i nabrzmiałych wierzchołkach.
- Jeśli pada w pobliżu miasta, to na górze śnieży. Wysłano tam ekipę z reflektorami?
- Tak. Potwierdziłem, że w tej chwili działa na miejscu zespół stanowy z Seattle. Starają się zabezpieczyć, ile mogą, ale grunt wciąż jest mokry i niestabilny, muszą więc zachować ostrożność. Nie mamy tam federalnych i nawet jeśli będziesz chciała przejąć sprawę, wolałbym pracować nad tym ze stanowymi.
- To ma najwięcej sensu - przyznała agentka. - Jeśli zrobi się dość zimno, zmarznięta ziemia powinna nam pomóc wygrzebać odkryte ciała. Wie pan może, czy sprowadzili już psy wyszkolone do szukania ludzkich zwłok?
- Nie umiem na to odpowiedzieć. Przekazałem ci wszystko, co udało mi się ustalić. Ach, skontaktowałem się z Waszyngtońską Służbą Ochrony Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody. Chcieli iść na noże w kwestii jurysdykcji. Mają tam pełno gorliwych glin, a facet, z którym rozmawiałem, miał wylane na to, że gada z zastępcą dyrektora FBI. Tak żebyś miała obraz.
Laurel musiała przyjrzeć się temu miejscu.
- Z kim pan rozmawiał?
- Z jakimś typem z lokalnego biura. - George westchnął cierpiętniczo. - Czekaj, mam kontakt do kogoś stamtąd. - Nim znów się odezwał, przez kilka sekund trzeszczała w słuchawce okropna interpretacja V symfonii Beethovena. - Dobra, czyli tak: najlepszy myśliwy i tropiciel, jakim tam dysponują, pracuje zdalnie i właśnie wysyłam ci namiary na niego. To kapitan Huck Rivers, w tym momencie przebywa na tygodniowym urlopie, ale dostaniesz jego adres domowy. Wygląda na to, że wezwą go tak czy inaczej, więc równie dobrze możesz wykorzystać go wcześniej, skoro zamierzasz się zaangażować. Powodzenia, Snow. - Rozłączył się.
Agentka położyła telefon na nodze w czarnych spodniach.
- Chciałabym zobaczyć miejsce zdarzenia, nim śnieżyca zatrze więcej śladów. - Szkoda, że nie spakowała swetra albo chociaż grubszych skarpet. - Masz pomysł, jak mogę dotrzeć na Snowblood Peak?
- Niespecjalnie - odparła Kate. - Ledwo co sprowadziłam się do Genesis Valley ze Seattle przed paroma tygodniami, choć dorastałam w tej okolicy. Nie do wiary, że znaleziono tam tyle zwłok.
Laurel przycisnęła dłoń do drzwi, żeby zebrać siły.
- Znasz funkcjonariusza Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody Hucka Riversa?
- Nie. - Kobieta skrzywiła się i przecięła dwa pasy ruchu za jednym zamachem.
Agentka wbiła stopy w podłogę w daremnej próbie zabezpieczenia się na wypadek kraksy. Jej wielka torba się otworzyła i po dywaniku potoczyła się brzoskwiniowa włóczka. Laurel ledwie zdołała wepchnąć ją z powrotem.
Kierująca dodała gazu.
- Szydełkujesz?
- Tak. Należę do grupy, która dzierga czapki i koce dla wcześniaków z intensywnej terapii. Gdy mam zajęte ręce, mój mózg szybciej pracuje. - Ostrożnie umieściła malutkie druty na swoim miejscu w torbie.
- O, ciekawe hobby - uznała Kate. - Twoja mama wspominała, że byłaś geniuszką, która ukończyła college jako nastolatka.
Laurel rozprostowała palce, które zdążyły się ogrzać.
- Studiowałam kilka kierunków naraz, a mama już wcześniej nauczyła mnie dziergać na uspokojenie. Parę lat temu, gdy przygotowywałam projekt na zajęcia, dowiedziałam się, że istnieje zapotrzebowanie na czapki i tak dalej dla wcześniaków oraz chorych dzieci ogółem, więc cała koncepcja ewoluowała w tym kierunku. - Zasunęła zamek w torbie.
- Czekaj. Co ewoluowało? - Kate zerknęła na nią. - Odkryłaś tę grupę czy ją stworzyłaś?
Policzki agentki poróżowiały.
- Pomogłam ją stworzyć, ale jej nie przewodzę. Teraz tylko dziergam. - Z grubsza. No dobra, wciąż częściowo zajmowała się kwestiami logistycznymi, a serce zalewała jej fala ciepła za każdym razem, gdy pomyślała o tych silnych duszyczkach tak zaciekle walczących o życie. Kiedy jej telefon zadźwięczał, uniosła go ekranem w stronę kobiety za kierownicą. - To adres kapitana Riversa. Mogłabyś mnie tam zawieźć? - Oby tylko Rivers nie wyruszył już w drogę na szczyt. Założyła, że wciąż urlopuje.
- Tak. Obiecałam twojej mamie, że zabiorę cię, gdziekolwiek będziesz chciała. Musiała wiedzieć, że zamierzasz dotrzeć na górę. Możesz włączyć nawigację u siebie?
- Żaden problem. - Laurel wpisała adres i czekała, aż apka ustali trasę.
Kate zwiększyła prędkość pracy wycieraczek na przedniej szybie.
- Wychowywałaś się w Genesis Valley?
- Aż skończyłam jedenaście lat. Potem wyjechałam do college'u.
Kate spojrzała w jej stronę, a następnie znów przed siebie.
- Wyjechałaś na studia, gdy miałaś ledwie jedenaście lat?
Agentka pokiwała głową. Nie po raz pierwszy spotykała się z zaskoczeniem.
- Tak. Nudziłam się i potrzebowałam wyzwań. - Przez dziwne oczy i wieczny głód intelektualny była nietypowym dzieckiem (to jedno z łagodniejszych określeń, jakie słyszała na swój temat). Wzruszyła ramionami. Było, minęło.
- Ciekawe - przyznała jej rozmówczyni. - Skoro tak wcześnie zaczęłaś college, pewnie zdobyłaś sporo dyplomów, nim założyłaś charytatywną grupę dziergającą dla dzieci. Co studiowałaś? - Jej zainteresowanie wydawało się szczere.
Laurel położyła dłonie płasko na spodniach.
- Całkiem sporo różnych kierunków. Ukończyłam danetykę, neurobiologię, zachowanie organizacyjne, bioinformatykę i genomikę, teorię gier, a także psychologię z naciskiem na patopsychologię.
- Wygląda na to, że chcesz po prostu rozgryźć ludzi - wymamrotała Kate.
- Pewnie tak. Albo może chcę po prostu rozgryźć samą siebie.
Kierująca podkręciła ogrzewanie.
- I udało się?
- Nie sądzę - odparła z namysłem agentka. - Im jestem starsza, tym częściej wydaje mi się, że mniej wiem. Masz tak czasem?
Kate sposępniała.
- Jestem mamą trzech córek i zdecydowanie czuję to samo. Uwierz mi. - Nie nosiła obrączki, ale to nie była sprawa Laurel.
- Dlaczego masz na sobie tak wiele różnych odcieni czerwonego? - Agentka szukała najbardziej logicznego wyjaśnienia i w końcu musiała zadać to pytanie.
Kobieta zmniejszyła temperaturę nawiewu.
- Zastanawiałam się, czy zapytasz.
- Nie chciałam cię obrażać pytaniem, w razie gdybyś miała kompulsję - przyznała.
Kate w końcu zdobyła się na uśmiech.
- W liceum organizują bożonarodzeniową zbiórkę pod hasłem "Czerwony i zielony", żeby zebrać pieniądze dla drużyn sportowych, a ja naprawdę bardzo staram się pomóc córkom zaaklimatyzować się w nowej szkole, więc się zgłosiłam. Wybrałam czerwień. - Zerknęła na pasażerkę. - Moje zadanie polega tylko na podrzuceniu cię we wskazane miejsce, bo muszę wziąć udział w tej zbiórce ze względu na dzieciaki. Jeśli jakimś cudem uda mi się zaprzyjaźnić z kilkoma innymi matkami, może pomogę w ten sposób córkom. Ciężko zniosły przeprowadzkę.
To miało sens.
- Doceniam podwózkę, zwłaszcza że najwyraźniej zmierzamy w góry.
- Jesteś pewna, że mam cię wysadzić przy domu jakiegoś mężczyzny na zadupiu?
- Tak. - Laurel odetchnęła głęboko. - Urlop kapitana Riversa właśnie się skończył. Znajdźmy go, żeby mógł mnie zabrać na miejsce zbrodni.
***
Lisa Scotford obudziła się, dygocząc z zimna, z gołym tyłkiem zamarzającym na lodowatej metalowej podłodze. Wnętrze jej więzienia rozświetlała migocząca latarenka. W kącie leżał koc: podpełzła do niego, owinęła gryzącą wełną nagie ciało i skuliła się. Łupało ją pod czaszką. Zamrugała powiekami, chcąc przegnać mgłę oraz ból, by móc zorientować się w sytuacji.
Gdzie się znalazła?
W jednej chwili wychodziła ze swojego mieszkania na obrzeżach Genesis Valley i wsiadała do auta, a w następnej... nic. Coś twardego uderzyło ją w głowę i zapadła ciemność. Ostrożnie sięgnęła ku potylicy i skrzywiła się, gdy wyczuła guz. Na palcach miała krew.
Dopadły ją mdłości, przechyliła się i zwymiotowała spaghetti, które zjadła na lunch przed wyjściem z domu.
Na zewnątrz wył wiatr, a lód brzęczał o metal.
Zajrzała pod koc. Ktokolwiek ją porwał, zabrał też jej ciuchy. Znów skręciło ją w żołądku i dostała odruchu wymiotnego. Jak długo pozostawała nieprzytomna? W pracy wzięła wolne na nadchodzący tydzień, uprzedzając, że wyjeżdża z miasta, by pomedytować w samotności i zastanowić się nad swoim życiem. Nikt nie miał pojęcia, że zaginęła.
Ze zgrozy zakręciło jej się w głowie, a po skórze przebiegły ciarki.
Wstała pomimo rozedrganych nóg, przytrzymując koc. Szorstki materiał wydawał się przesiąknięty mieszaniną różnych perfum, a na krawędzi coś zaschło. Może krew. Odpędziła tę myśl. Musiała się stąd wydostać. Gardło bolało ją z zimna, a podłoga parzyła w stopy, zdołała jednak przejść po niej na paluszkach do podwójnych metalowych drzwi. Czy zamknięto ją w jakiejś ładowni? Takiej, jakie widywała w portach morskich w telewizji?
W podłogę wbito cztery metalowe haki, ale wolała się nie zastanawiać nad ich funkcją. Przestrzeń pomiędzy nimi znaczyły krew i inne zamarznięte płyny, których zapach tłumił jednak skutecznie smród wybielacza.
Drżąc na całym ciele, sięgnęła ku dźwigni na drzwiach, by je otworzyć. Nic z tego. Naparła mocniej, ale wajcha ani drgnęła. Widocznie została zablokowana od zewnątrz.
Kobieta spojrzała na metalowy sufit, po czym powiodła wzrokiem wzdłuż ścian, szukając słabego punktu. Nic. Przycisnęła ucho do metalu, próbując wychwycić jakikolwiek dźwięk, który mógłby pochodzić od porywacza. Nogi jej się trzęsły. Istniał tylko jeden powód, dla którego mógł zabrać jej ubrania. Musiała wymyślić, jak się stąd uwolnić.
Z zewnątrz dobiegało jedynie żałosne gwizdanie wiatru.
- Halo? - zachrypiała. Gdy nie doczekała się odpowiedzi, odchrząknęła i zaczęła krzyczeć. Wydzierała się tak długo, jak dała radę, aż głos odmówił jej posłuszeństwa.
Nikt nie przyszedł z pomocą.
Kapitan Rivers mieszkał poza Genesis Valley, przy drodze wijącej się wśród rozkołysanych sosen i cedrów. Skrzekliwy wiatr miotał śniegiem i marznącym deszczem po nieutwardzonym podjeździe wiodącym do chaty z bali posadowionej przy zakolu wezbranej rzeki. Kłody domku pociemniały z wiekiem, wciąż jednak sprawiały równie solidne wrażenie co urwisty klif wznoszący się po drugiej stronie rzeki.
Kate zatrzymała auto przed dwustanowiskowym garażem. Na północ od niego stał ogromny drewniany warsztat z czworgiem metalowych drzwi garażowych, otoczony nagimi drzewami. Telefon kobiety zadzwonił, więc spojrzała na ekran.
- Już prawie są gotowi do obiadu.
Laurel rozejrzała się i zauważyła postać krzątającą się po chacie. Czyli kapitan był w domu. Dobrze. Otworzyła drzwi, wyszarpnęła walizkę z tylnego siedzenia i dopiero potem przerzuciła sobie przez ramię wielką torbę z laptopem.
- Dzięki za podwózkę.
Kate oparła się o fotel.
- Jesteś pewna, że mam cię tu zostawić?
- Tak. - Rivers był kapitanem Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody, więc nie wyrzuciłby kobiety, nawet pracującej dla FBI, z powrotem na zbliżającą się burzę. Prawdopodobnie. - Baw się dobrze na zbiórce.
- Dam z siebie wszystko - obiecała Kate. - Tobie też życzę powodzenia.
- Świetnie. Dzięki.
Z wnętrza dobiegło szczekanie psa, raczej radosne niż wściekłe. Agentka wysiadła z auta, a jej stopy momentalnie zmarzły w cienkich czarnych balerinach, które idealnie sprawdzały się w Los Angeles. Przełknęła ślinę, owinęła się ciaśniej lekką marynarką, pochyliła głowę i pospieszyła ku masywnym drewnianym drzwiom. Przynajmniej włożyła dzisiaj luźniejsze czarne spodnie do pary z jasnokremową bluzką. Zapukała, gdy tylne światła samochodu Kate znikały już na głównej drodze.
Pies rozszczekał się głośniej.
Męski głos zadudnił, wydając komendę, i zwierzę ucichło.
Drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna.
Laurel niemal się cofnęła. Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, czarne włosy, brązowe oczy, potężne ramiona. Duże dłonie, szeroka pierś, mocno zarysowana szczęka. Kudłate włosy kręciły mu się pod uszami, co z jednej strony świadczyło o zaniedbaniu, ale z drugiej było zdumiewająco atrakcyjne. Brązowe oczy, upstrzone złotymi plamkami wokół tęczówek, zdradzały człowieka o ogromnym bagażu doświadczeń: niektórych dobrych i wielu złych. Wyglądał, jakby niedawno przekroczył trzydziestkę, ale jeśli dawać wiarę naukom jej matki, był starą duszą.
- Kapitan Rivers?
Nie otworzył szerzej drzwi, ale za to zmierzył ją od stóp do głów.
- A kto pyta? - Głos miał nieprzyjazny, lecz jego głębokie brzmienie sprawiało, że był jednocześnie kojący. Ciekawe.
- Nazywam się Laurel Snow i potrzebuję pana pomocy. - Wszystkie możliwe instynkty podpowiadały jej, by nie wyciągać odznaki.
Natychmiast otworzył drzwi na oścież.
- Źle się pani ubrała na tę pogodę. - Minę miał trudną do rozszyfrowania. - Wygląda mi pani na federalną.
Pierwszy raz ktoś powiedział jej coś takiego.
- Naprawdę?
- Czarne spodnie, nieodpowiednie buty na tutejszy teren, idealnie przycięte paznokcie z beżowym lakierem. - Przechylił głowę. - Oprócz włosów. Nie ma pani fryzury typowej dla federalnych.
Na to też nie znalazła odpowiedzi, co jej się rzadko zdarzało.
- A mam typową dla kogo? - Kiedy ostatnio skończyła zdanie zaimkiem? Jakoś w podstawówce.
- Nie dla federalnych - powtórzył. - Są zbyt długie i pewnie wydała pani fortunę, żeby uzyskać taki kolor.
To była najdziwniejsza rozmowa, w jakiej brała udział od dekady. Może dwóch.
- Nie płacę za farbowanie. Ani za cięcie, przynajmniej zazwyczaj. - Od bardzo dawna nie miała czasu na tego rodzaju przyjemności. Może i powinna pójść do profesjonalisty, zamiast korzystać z usług starszej sąsiadki, która miała artretyzm i problemy ze wzrokiem.
- Chce mi pani wmówić, że to naturalny kolor? - Nachylił się do niej. Pachniał sośniną.
Zmarszczyła brwi.
- Niczego nie próbuję panu wmówić. To tylko włosy. - Do jasnej ciasnej! - Są brązowe.
- Oboje wiemy, że to nie brąz, tylko kasztan. Takie połączenie czerwonego i brązowego jest prawie nie z tej Ziemi. Prawie. - Spojrzał na psa siedzącego karnie u jego boku. - Prawda, Eneaszu?
Laurel przechyliła głowę, by przyjrzeć się zwierzęciu. Miał charakterystyczne umaszczenie: przez pysk przechodziła mu biała plama w kształcie klepsydry otoczona czarną sierścią. Potem biel pojawiała się znów na klatce piersiowej i obejmowała wszystkie łapy.
- Eneasz? Jak w Iliadzie Homera?
- Bardziej jak w Eneidzie Wergiliusza - odparł Huck.
Potarła ramiona, gdy smagnął ją zimny wiatr.
- Jest piękny.
Gospodarz zaprosił ją gestem do środka.
- Gdzie, do cholery, jest pani kurtka?
- Została w stolicy. - Weszła do skąpo umeblowanej chatki. Panował tu bałagan, ale było całkiem czysto.
- Dlaczego? - Był sporo od niej wyższy, nawet w samych skarpetkach. Na palcu lewej ziała dziura. Po drugiej stronie drzwi leżały torby sportowe, zwinięty namiot i ubłocone buciory.
- Doszło do nieoczekiwanej zmiany trasy. - Spojrzała na zgromadzony sprzęt. - Wybiera się pan dokądś?
Kapitan Rivers zatrzasnął drzwi.
- Jak mogę pani pomóc, Laurel Snow? - Skrzyżował ramiona na piersi, a pies trwał cierpliwie u jego boku: obaj wyglądali jak drapieżcy w ugodowym nastroju.
Popatrzyła mu prosto w oczy. Najlepsze, co mogła zrobić, to odwołać się do jego opiekuńczości.
- Jestem z FBI i szukam przewodnika, który zaprowadzi mnie na Snowblood Peak. Nie było mnie tam od lat i przyda mi się pomoc.
- Dlaczego?
Zamarła.
- Jak to dlaczego? Dotąd znaleźli co najmniej trzy ciała, a jest ich tam bez wątpienia jeszcze więcej. Chcę zobaczyć to miejsce, zanim pogoda zniszczy dowody. Czy pożyczyłby mi pan chociaż quada? - Jaki kapitan Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody nie chciałby osobiście zbadać miejsca zbrodni?
- O czym pani mówi? - Zacisnął szczęki.
- Dziś rano znaleziono ciała. - Spojrzała na sprzęt przy drzwiach, a potem na psa. - Ach, już rozumiem. Trenowaliście w dziczy. - To wyjaśniało również, dlaczego obaj wyglądali na takich przeczołganych. - Czy to dlatego nic pan nie wie o zwłokach, kapitanie Rivers?
- Huck. Kapitanem Riversem był mój ojciec. - Przeciągnął dłonią po włosach, jeszcze bardziej mierzwiąc gęste fale. - Nie myli się pani. Odciąłem się na trzy dni, bo trenowałem w górach z Eneaszem. Zero zasięgu. Wróciłem pół godziny temu i właśnie miałem wrzucić coś na ruszt. O co chodzi z tymi ciałami?
Laurel streściła mu bieżące ustalenia, a on w tym czasie włożył ubłocone buciory i sięgnął po grubą flanelową kurtkę.
- Proszę dać mi znać, gdzie się pani zatrzymała, a ja przedzwonię, gdy ze wszystkim się zapoznam. - Ruszył ku frontowym drzwiom.
- Nie ma mowy. - Skrzyżowała ręce na piersi.
Zatrzymał się.
- Słucham? - Najwyraźniej nie przywykł do ludzi lekceważących jego rozkazy.
- Jestem tu w pracy, a oględziny miejsca zdarzenia są dla mnie bardzo ważne. - Mimo że tam zamarznie. Liczyła, że jego UTV ma ogrzewanie. - Albo jedziemy razem, albo jadę sama, jak już znajdę innego quada. - Fakt, że przydałaby się jej jego znajomość terenu. Choć wychowała się w Genesis Valley, opuściła ją w wieku jedenastu lat, więc tak naprawdę nie miała większego rozeznania w okolicy.
- Nie mam czasu niańczyć pani na górze - odparł. Jego głos przypominał niskie warknięcie, z którym większość ludzi pewnie nie śmiała dyskutować.
Laurel miała już do czynienia z kilkoma najmroczniejszymi przestępczymi umysłami. Jeden gderliwy traper jej nie przestraszy.
- Nie wymagam niańczenia. Potrzebuję za to licencjonowanego funkcjonariusza Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody, by towarzyszył mi w dziczy i dostarczył podstawowych informacji. Pytam: jesteś tym funkcjonariuszem czy nie?
Zamiast odpowiedzieć, podszedł do szafy w korytarzu i szybko otworzył sejf wpuszczony w ścianę nad najwyższą półką. Nie odwracając się, wyciągnął stamtąd odznakę na łańcuchu i czarny pistolet, który wyglądał na Smith & Wesson M&P 2.0. Odnotowała w głowie kolejną uwagę na jego temat. Funkcjonariusze tutejszych Służb Ochrony Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody byli pełnoprawnymi policjantami. Przymocował taktyczną kaburę do lewego biodra i obwiązał się jej paskiem w talii, tak żeby spluwa opierała się bezpiecznie o jego nogę.
- Paniusiu? Nie chcę, żeby mi pani towarzyszyła.
- Agentko, nie paniusiu, i nie obchodzi mnie, czego chcesz. - Trzymała nerwy na wodzy, ponieważ wściekłość donikąd by jej nie zaprowadziła.
Westchnął z bólem.
- Dobra. Pojedziemy razem, bo jeśli uda się tam pani sama, i tak wezwą mnie do ratowania pani tyłka.
Ciśnienie zaczęło jej rosnąć, najwyraźniej nie zważając na to, że walnięciem go w nos niczego nie osiągnie.
- Jakkolwiek bardzo doceniam twoje założenie, że, po pierwsze, nie tylko potrzebuję rycerza w nieco ubłoconej zbroi, oraz, po drugie, że to ty mógłbyś się okazać tym potencjalnym wybawcą, oświadczam, że potrzebuję jedynie skorzystać z twojej wiedzy, a nie z żadnej z niewątpliwie imponujących umiejętności człowieka gór. - Jej głos był wystarczająco spokojny, by zabrzmieć lekko wyniośle, ale jej to nie przeszkadzało. To tyle, jeśli chodzi o próbę wykorzystania jego opiekuńczej natury do własnych celów.
Jego uśmiech pojawił się równie prędko, co zaskakująco i sprawił, że mężczyzna zaczął wyglądać dużo bardziej przystępnie. Niemal ludzko. Potem jednak całkowicie się rozpłynął.
- Szanowna pani, uprzejmie proszę o zluzowanie majtów.
Czy on właśnie użył słowa "majty"? Czyżby próbował wkurzyć ją do tego stopnia, by wypadła stąd, trzaskając drzwiami? Skoro wciąż czekał na jej reakcję, ewidentnie miał taki plan. Wobec tego uśmiechnęła się.
- Nie noszę czegoś takiego, kapitanie. - Spojrzała mu prosto w oczy. Teraz przyszła jego kolej na utratę rezonu. Tęczówki Riversa stopniowo pociemniały, zmieniając barwę z jasnego topazu na głęboki kolor dobrego piwa.
- W porządku. - Poczyniwszy to niewielkie ustępstwo, odwrócił się z powrotem do szafy i rzucił jej ciemnoniebieską parkę. - Dlaczego jest pani nieodpowiednio ubrana?
- Przyleciałam prosto z Los Angeles - odparła, wsuwając ramiona w gruby materiał i zapinając kurtkę, która praktycznie ją pochłonęła, sięgając aż do kolan.
Wziął też dla niej rękawice i czapkę z wełny, a potem spojrzał na jej stopy.
- Nie mam śniegowców w pani rozmiarze. - Kręcąc głową, sięgnął na tyły dolnej półki szafy i wyciągnął stamtąd znoszone skórzane damskie buty trekkingowe. - Nie nadają się na śnieg, ale są lepsze od tych, które teraz pani ma na nogach. - Przepchnął je do niej po podłodze.
- Dziękuję. Czyje to? - Zzuła balerinki i wsunęła stopy w sfatygowane buciory, choć miała tylko cienkie skarpetki. Buty były trochę przyciasne, więc nie dopomniała się o grubsze skarpety. I tak by się nie zmieściły.
- Byłej dziewczyny. Rozstaliśmy się jakiś czas temu.
Najwyraźniej nie potrzebowała więcej swoich butów. Laurel może i nie była mistrzynią relacji międzyludzkich, nawet ona wiedziała jednak, że warto wyciągnąć gałązkę oliwną, by reszta wieczoru mogła przebiec w przyjemniejszej atmosferze.
- Doceniam twoje wsparcie.
Włożył rękawice.
- Nie jestem pomocnym facetem, proszę to sobie zapamiętać na przyszłość i więcej nie stawać na moim progu. Tymczasem zamierzam dokonać oględzin miejsca zbrodni, w czym równie dobrze może mi pani towarzyszyć. Ale będzie pani szła tam, gdzie jej wskażę, i liczę, że nie przysporzy mi pani więcej problemów.
Cóż. Niech i tak będzie.