Wprowadzenie
Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.
Wprowadzenie
Góra i dół
Spójrz w dół. Co widzisz? Swoje dłonie,
biurko, podłogę, może kubek kawy, laptop albo gazetę. Co mają ze sobą
wspólnego? Tego wszystkiego możesz dotknąć. To, co widzisz, spuszczając
wzrok, to rzeczy pozostające w twoim zasięgu, takie, których możesz użyć
natychmiast i posługiwać się nimi bez żadnego starania, planowania czy
namysłu. Czy to w wyniku twojej pracy, czy dzięki życzliwości innych
ludzi, czy też po prostu szczęśliwym trafem większość z tego, co
widzisz, patrząc w dół, należy do ciebie. Te rzeczy są w twoim
posiadaniu.
A popatrz w górę. Co teraz widzisz? Sufit, może obrazy na ścianie albo
widok za oknem: drzewa, domy, budynki, chmury na niebie - to, co
znajduje się w oddali. Co je łączy? Dosięgnięcie ich musiałbyś
zaplanować, obmyślić, skalkulować. Nawet jeśli tylko odrobinę, i tak
wymaga to skoordynowanych starań. W odróżnieniu od rzeczy widzianych w dole domena tego, co w górze, ukazuje nam rzeczy, do których zdobycia
potrzeba rozmysłu i wysiłku.
Rozróżnienie to wydaje się proste i takie jest. A jednak dla mózgu
stanowi bramę do dwóch skrajnie różnych sposobów myślenia - dwóch
krańcowo odmiennych metod postępowania ze światem. W naszym mózgu
światem dołu rządzi grupka związków chemicznych - tzw. neuroprzekaźników
- dzięki którym doznajemy zaspokojenia i cieszymy się tym, co mamy tu i teraz. A kiedy przenosimy uwagę na świat góry, mózg polega na innej
substancji chemicznej - na pojedynczej cząsteczce - umożliwiającej nie
tylko wyjście poza obszar tego, co mamy pod ręką, ale i skłaniającej do
pogoni za światem poza naszym bezpośrednim zasięgiem, zawładnięcia nim i wzięcia w posiadanie. Popycha nas ona do szukania rzeczy odległych,
zarówno istniejących fizycznie, jak i tych niewidzialnych, choćby
wiedzy, miłości i władzy. Czy chodzi tu o sięgnięcie na drugą stronę
stołu po solniczkę, lot na Księżyc, czy o modły do bóstwa poza czasem i przestrzenią, ta właśnie substancja wydaje nam rozkazy adekwatne do
każdej odległości, czy to fizycznej, czy intelektualnej.
Cząsteczki chemiczne, kojarzone z tym, co jest na dole - nazwijmy je
związkami "tu i teraz" (TiT) - umożliwiają nam doświadczanie czegoś, co
mamy przed sobą. Pozwalają sycić się tym i cieszyć albo, gdy trzeba,
natychmiast stawać do walki czy też uciekać. Substancja skierowana wzwyż
jest inna. Wzbudza pragnienie czegoś, czego jeszcze nie mamy, goni do
wyszukiwania nowych spraw. Za posłuszeństwo nagradza, a opór karze
cierpieniem. To ona jest źródłem kreatywności, a jeśli posuniemy się za
daleko - obłędu. Jest kluczem do uzależnienia i drogą wyjścia z niego.
Ta biologiczna drobinka pcha ambitnego biznesmena do poświęcenia
wszystkiego w pogoni za sukcesem, powoduje, że cenieni aktorzy,
przedsiębiorcy i twórcy nie porzucają pracy mimo dojścia do fortuny i sławy, a małżonkowie narażają szczęśliwe życie rodzinne dla dreszczu
poznania kogoś nowego. To źródło nieodpartego świerzbienia, zmuszającego
uczonych do szukania odpowiedzi, a filozofów do tropienia porządku,
przyczyny i sensu.
Oto dlaczego kierujemy wzrok ku niebu, szukając odkupienia i Boga; oto
dlaczego niebiosa są w górze, a ziemia w dole. Ta drobina jest paliwem
naszych marzeń, ale i źródłem rozpaczy, jeśli się nam nie powiedzie. To
z jej powodu gdzieś dążymy i odnosimy sukcesy, przez nią dokonujemy
odkryć i polepszamy swoje życie.
Przez nią też nie potrafimy się niczym zbyt długo cieszyć.
Ta pojedyncza cząsteczka stanowi optymalne urządzenie wielofunkcyjne w naszym mózgu, popychające nas tysiącami procesów neurochemicznych do
wykraczania poza przyjemność samego istnienia ku eksploracji
wszechświata możliwości podsuwanych nam przez wyobraźnię. Tę substancję
chemiczną mają w swoich mózgach wszystkie ssaki, gady, ptaki i ryby, ale
żadne inne stworzenie nie posiada jej tyle co człowiek. Jest ona
błogosławieństwem i przekleństwem, stanowi motywację i nagrodę. Węgiel,
wodór, tlen, do tego pojedynczy atom azotu - choć budowę ma prostą,
zakres działania złożony. Nazywa się dopamina i kryje w sobie nie mniej
niż całą opowieść o zachowaniu człowieka. Jeśli chcesz poczuć ją w sobie, poddać się jej, nie ma problemu.
Podnieś wzrok.
Od autorów
Upchnęliśmy w tej książce masę najciekawszych eksperymentów naukowych,
jakie udało nam się wyszukać. Mimo to pewne jej części, zwłaszcza w końcowych rozdziałach, odwołują się do hipotez. Co więcej, gdzieniegdzie
pozwalamy sobie na uproszczenia, żeby ułatwić zrozumienie przekazywanych
treści. Mózg jest tak bardzo złożony, że nawet najgenialniejsi
neurobiolodzy, budując jego model, muszą stosować uproszczenia, żeby
dało się go pojąć. Poza tym w nauce panuje bałagan. Czasem jedne badania
przeczą innym, a wskazanie właściwych wyników wymaga czasu. Prezentacja
całości danych naukowych szybko znużyłaby czytelnika, dlatego
ograniczyliśmy się do badań, które wywarły istotny wpływ na opisywaną
dziedzinę, a co do ich wyników naukowcy są zgodni, o ile taki konsensus
jest możliwy.
Nauka nie tylko jest zabałaganiona, ale może być wręcz dziwaczna.
Dążenie do zrozumienia ludzkich zachowań przybiera czasem dziwne formy.
W niczym nie przypomina badania związków chemicznych umieszczonych w probówkach czy nawet infekcji u żywych ludzi. Badacze mózgu muszą
znajdować sposoby na wywoływanie w warunkach laboratoryjnych określonych
zachowań - niekiedy dotykając sfer wrażliwych, podlegających takim
emocjom i namiętnościom jak strach, chciwość lub pożądanie seksualne. W miarę możności tak dobraliśmy doniesienia naukowe, by uwypuklić tę
dziwaczność.
Prowadzenie badań nad ludźmi jest najeżone problemami. Nie jest podobne
do opieki medycznej, kiedy lekarz współpracuje z pacjentem nad
wyleczeniem go z choroby. W takiej sytuacji wybiera się terapię uznaną
za najskuteczniejszą, a jedynym celem jest to, aby pacjent wydobrzał.
W badaniach naukowych chodzi natomiast o uzyskanie odpowiedzi na
zadawane pytania. Mimo że naukowcy nie szczędzą wysiłku, by w jak
najmniejszym stopniu narażać uczestników badań na zagrożenia,
pierwszoplanowe są potrzeby nauki. Bywa, że dostęp do eksperymentalnych
terapii okazuje się zbawienny, zwykle jednak uczestnicy badań narażeni
są na ryzyko, którego nie doświadczaliby w ramach zwykłej opieki
medycznej.
Biorąc dobrowolnie udział w badaniach, poświęcają część swojego
bezpieczeństwa dla dobra innych - chorych, którzy będą się cieszyć
lepszym życiem, jeśli badania zakończą się sukcesem. Są jak strażacy
wbiegający do płonącego budynku, by ratować uwięzionych w nim lokatorów,
świadomie narażając się na niebezpieczeństwo dla dobra innych.
Kluczowe jest oczywiście to, by uczestnik badań dokładnie wiedział, na
co się decyduje. Umożliwia to tak zwana świadoma zgoda, występująca
zwykle w postaci obszernego dokumentu, zawierającego wyjaśnienie celu
badań i wyliczającego możliwe zagrożenia. To dobry system, ale nie
doskonały. Uczestnicy badań nie zawsze czytają tekst z należytą uwagą,
zwłaszcza jeśli jest bardzo długi. Czasem badacze pomijają pewne
szczegóły, gdyż podstęp jest zasadniczym elementem badań. Generalnie
jednak naukowcy starają się zadbać, by uczestnicy stali się ich
świadomymi partnerami w rozświetlaniu tajemnic ludzkich zachowań.
Rozdział 1. Miłość
Miłość to potrzeba, łaknienie, motor poszukiwania największej życiowej
nagrody.
- Helen Fisher, antropolog biologiczny
Rozdział 1
Miłość
Znalazłeś osobę, na którą od zawsze czekałeś, czemu więc miesiąc miodowy
nie trwa wiecznie?
- w którym dowiadujemy się o cząsteczkach chemicznych odpowiedzialnych
za pragnienie seksu i zakochiwanie się - a także czemu, prędzej czy
później, wszystko się zmienia
Shawn starł parę z łazienkowego lustra, przeczesał palcami czarne włosy,
uśmiechnął się.
- Zrobi wrażenie - stwierdził.
Odwinął ręcznik i zachwycił się swoim płaskim brzuchem. Szajba na
punkcie siłki dała mu dwie trzecie sześciopaka. To nasunęło myśl o obsesji bardziej palącej: od lutego z nikim nie był. To oględne
stwierdzenie oznaczało, że od siedmiu miesięcy i trzech dni nie uprawiał
seksu - i niepokoiła go precyzja tych wyliczeń. Dzisiaj zła passa się
skończy - pomyślał.
W barze szacował możliwości. Było tu dziś wiele atrakcyjnych kobiet -
nie żeby liczył się tylko wygląd. Pewnie że brakowało mu seksu, ale
odczuwał też nieobecność w swoim życiu kogoś, do kogo mógłby napisać
esemes bez powodu i kto stanowiłby mile widzianą cząstkę każdego dnia.
Uważał się za romantyka, mimo że dziś wieczór chodziło raczej o łóżko.
Co rusz natrafiał na spojrzenie młodej kobiety stojącej z trajkoczącą
koleżanką przy wysokim stoliku. Włosy miała ciemne, a oczy piwne, ale
uwagę na nią zwrócił dlatego, że nie była ubrana jak na sobotę wieczór.
Zamiast szpilek miała buty na płaskim obcasie, a od imprezowych ciuchów
wolała levisy. Przedstawił się i dalej już rozmowa poszła gładko. Miała
na imię Samantha, a zaczęła od tego, że lepiej niż obalanie piw wychodzi
jej trening cardio. Z tego wzięła się kompetentna dyskusja o miejscowych
siłowniach, aplikacjach fitnessowych i względnej przewadze ćwiczeń
porannych nad popołudniowymi. Przez resztę wieczoru nie odstępował jej
nawet na krok, a jej szybko zaczęło się to podobać.
Ku czemuś, co zapowiadało się jako związek na dłuższą metę, pchało ich
wiele czynników: wspólne zainteresowania, obopólny brak skrępowania, do
tego drinki i odrobina desperacji. Prawdziwy klucz do ich uczuć był
jednak inny. Oto ten główny czynnik: oboje pozostawali pod wpływem
substancji zmieniającej świadomość. Podobnie jak wszyscy inni w tym
barze.
A jak się okazuje, i ty.
Cóż jest potężniejsze od przyjemności?
Dopaminę odkryła w mózgu, w 1957 roku, Kathleen Montagu, badaczka
pracująca w laboratorium placówki psychiatrycznej Runwell Hospital
nieopodal Londynu. Początkowo postrzegano dopaminę jedynie jako etap
wytwarzania w organizmie noradrenaliny (norepinefryny), czyli adrenaliny
znajdującej się w mózgu. Naukowcy jednak zaczęli odnotowywać coś
dziwnego. Chociaż dopaminę wytwarzało 0,0005 procent komórek mózgowych -
jedna na dwa miliony - wydawały się one wywierać nieproporcjonalnie
wielki wpływ na zachowanie. Uczestnicy badań odczuwali przyjemność, gdy
uruchamiali dopaminę, i gotowi byli dużo zrobić, by uaktywniać te
nieliczne komórki. Okazywało się, że w sprzyjających okolicznościach
wprost nie sposób było się oprzeć dążeniu do uaktywniania niosącej
błogostan dopaminy. Część naukowców okrzyknęła ją cząsteczką
przyjemności, a szlak, który tworzą w mózgu wytwarzające ją komórki,
nazwali szlakiem nagrody.
Reputację dopaminy jako cząsteczki przyjemności utwierdziły eksperymenty
z udziałem narkomanów. Badacze wstrzykiwali im mieszankę kokainy z radioaktywnym cukrem, pozwalającą na określenie, w jakich rejonach mózgu
spalane jest najwięcej kalorii. Gdy podana dożylnie kokaina zaczynała
działać, uczestników eksperymentu proszono o ocenę doznawanego haju.
Odkryto, że jego poziom szedł w parze z aktywnością dopaminowego szlaku
nagrody. W miarę jak organizm oczyszczał mózg z kokainy, aktywność
dopaminowa malała, a haj słabł. Dodatkowe badania przyniosły podobne
rezultaty. Rola dopaminy jako cząsteczki przyjemności potwierdziła się.
Kiedy jednak inni naukowcy spróbowali powtórzyć te rezultaty, zaczęły
dziać się rzeczy zupełnie nieprzewidziane. Uznali oni, że to mało
prawdopodobne, by szlaki dopaminowe wyewoluowały po to, by służyć
narkotykowemu hajowi. Narkotyki przypuszczalnie wywołują sztuczną formę
stymulacji dopaminowej. Za prawdopodobniejsze uznano, że procesami
ewolucyjnymi kontrolującymi wytwarzanie dopaminy kierowała potrzeba
biologicznego przetrwania i aktywności reprodukcyjnej. Badacze zastąpili
więc kokainę pokarmem, oczekując analogicznego efektu. Uzyskane
rezultaty wszystkich zaskoczyły. Był to początek końca dopaminy jako
cząsteczki przyjemności.
Dopamina, jak się przekonali, wcale nie zajmuje się tylko przyjemnością.
Wzbudza uczucie znacznie potężniejsze. Zrozumienie jej okazuje się
kluczem do wyjaśnienia, a nawet przewidywania zachowań w zadziwiająco
wielu obszarach aktywności ludzkiej: tworzenia dzieł sztuki, literatury
i muzyki; pogoni za sukcesem; odkrywania nowych światów i nieznanych
praw natury; rozmyślania o Bogu - i zakochiwania się.
Shawn wiedział, że się zakochał. Niepewność gdzieś prysła. Z każdym
dniem czuł się coraz bliżej świetlanej przyszłości. Im więcej czasu
spędzał z Samanthą, tym większe wzbudzała w nim podekscytowanie, a poczucie radosnego oczekiwania towarzyszyło mu już stale. Każda myśl o niej sugerowała niezliczone możliwości. Co do seksu, to jego popęd
wzrósł jak nigdy. Ale tylko w odniesieniu do niej. Inne kobiety
przestały istnieć. Mało tego, kiedy usiłował podzielić się z nią całym
tym swoim uszczęśliwieniem, przerwała mu, mówiąc, że odczuwa dokładnie
to samo.
Shawn chciał mieć pewność, że zawsze będą razem, toteż któregoś dnia się
jej oświadczył. A ona powiedziała: tak.
Kilka miesięcy po ich miodowym miesiącu układało się już inaczej.
Początkowo wzajemnie szaleli na swoim punkcie, ale z czasem dojmująca
tęsknota za sobą jakby mniej ich ogarniała. Wiara, że razem mogą
przenosić góry, zwątlała, już tak nie zaprzątała myśli, przestawała być
głównym punktem odniesienia. Euforia przygasła. Nie to, że czuli się
nieszczęśliwi, ale przemożna satysfakcja z ich wcześniejszych chwil
razem rozwiewała się. Poczucie bezgranicznych możliwości zaczynało się
wydawać mrzonką. Już nie myśleli nieustannie jedno o drugim. Uwagę
Shawna zaczynały przyciągać inne kobiety, choć nie planował skoku w bok.
Samantha też czasem pozwalała sobie na flirty, choćby na wymianę
uśmiechów ze studentem pakującym zakupy w markecie.
Byli ze sobą szczęśliwi, ale blask ich nowego życia jakby ustępował
wrażeniu, że wraca to stare, z czasów, gdy żyli osobno. Magia,
czymkolwiek była, gasła.
Zupełnie jak w moim poprzednim związku - pomyślała Samantha.
Już to przerabiałem - powiedział sobie Shawn.
Małpy, szczury i czemu miłość gaśnie
Pod pewnymi względami badania na szczurach prowadzi się łatwiej niż na
ludziach. Naukowcy mogą pozwolić sobie na znacznie więcej, nie obawiając
się, że do drzwi zastuka komisja etyki. W celu sprawdzenia hipotezy, że
nie tylko narkotyki, ale i pożywienie wyzwala dopaminę, wszczepili
elektrody bezpośrednio w mózgi szczurów, by mierzyć aktywność
poszczególnych neuronów dopaminowych. Następnie skonstruowali klatki z podajnikami porcji pokarmu. Rezultaty okazały się zgodne z oczekiwaniami. Gdy tylko podano pierwszą porcję, układy dopaminowe
szczurów ożywiły się. Sukces! Nagrody naturalne stymulowały uwalnianie
dopaminy nie gorzej niż kokaina i inne narkotyki.
Badacze ci zrobili jednak jeszcze coś, czego nie uwzględnili pierwsi
eksperymentatorzy. Dzień po dniu kontynuowali monitorowanie reakcji
szczurzych mózgów na podawanie pokarmu. Efekty wszystkich zaskoczyły.
Szczury nadal pochłaniały żywność z ogromnym entuzjazmem. Wyraźnie się
nią rozkoszowały. Mimo to aktywność dopaminowa spadała. Dlaczego
bombardowanie dopaminą ustaje, choć stymulacja trwa nadal? Odpowiedź na
to pytanie przyszła z całkiem nieoczekiwanego źródła: od małpy z żarówką.
Do najbardziej wpływowych pionierów eksperymentowania z dopaminą należy
Wolfram Schultz. Wykładając neurofizjologię na Uniwersytecie we
Fryburgu, zainteresował się rolą dopaminy w uczeniu się. W mózgi makaków
wszczepił miniaturowe elektrody wprost w skupiska komórek dopaminowych.
Potem umieścił małpy w urządzeniach mających dwie lampki i dwa
pojemniki. Lampki co jakiś czas włączano. Zapalenie się jednej
oznaczało, że w prawym pojemniku znalazło się coś do jedzenia. Światło
drugiej żarówki sygnalizowało, że karma jest po lewej.
Opanowanie tej zasady zajęło małpom trochę czasu. Początkowo otwierały
pojemniki na chybił trafił, ze skutecznością mniej więcej pół na pół.
Ilekroć znajdowały porcję pożywienia, komórki dopaminowe w ich mózgach
odpalały, jak w przypadku szczurów. Z czasem zwierzęta pojęły sens
sygnałów i odtąd za każdym razem wybierały właściwy pojemnik -
zawierający pokarm - a moment uwalniania dopaminy zaczął się przesuwać
od chwili odkrycia pożywienia do zapalenia żarówki. Dlaczego?
Światło zawsze włączało się niespodziewanie. A odkąd małpy odkryły, że
zapalenie lampki oznacza dostawę karmy, "niespodziankę" dla nich
stanowiło już tylko pojawienie się światła, nie zaś pożywienia. Tak
zrodziła się nowa hipoteza: aktywność dopaminowa nie wiąże się z przyjemnością. Jest reakcją na niespodziewane - na samą możliwość i antycypację.
Ludzie doznają przypływów dopaminy na skutek podobnych, obiecujących
niespodzianek: nadejścia uroczego liściku od ukochanej osoby (Co w nim
znajdę?), wiadomości mailowej od niewidzianego od lat kolegi (Co
nowego u niego?) albo - jeśli liczymy na nawiązanie romansu -
napotkania fascynującej potencjalnej drugiej połowy przy lepkim
kontuarze w naszej ulubionej knajpce (Coś z tego będzie?). Kiedy zaś
to wszystko przechodzi w rutynę, traci urok nowości, a dopaminowy impet
wygasa - i nawet wdzięczniejszy liścik, dłuższy mail niż zwykle czy
lepszy stolik już tego nie przywrócą.
Tak oto chemia odpowiada w prosty sposób na odwieczne pytanie, dlaczego
miłość słabnie. Nasze mózgi są zaprogramowane na łaknienie tego, co
niespodziewane, i tak właśnie postrzegają przyszłość, niosącą mrowie
ekscytujących możliwości. A kiedy któraś z tych rzeczy, nawet miłość,
nam pospolicieje, wtedy ekscytacja gaśnie, naszą uwagę zaś przyciąga coś
nowego.
Podniecenie związane z nowością zostało naukowo nazwane błędem
przewidywania nagrody i określenie to dobrze oddaje jego charakter.
Nieustannie czynimy prognozy co do przyszłości, począwszy od pory
wyjścia z pracy po stan naszego konta. Kiedy rzeczywiste zdarzenia
okazują się lepsze od oczekiwań, jest to zasadniczo błąd w naszej
prognozie: może udało się nam wcześniej urwać z pracy lub odkryliśmy w bankomacie, że saldo jest o stówkę wyższe, niż oczekiwaliśmy. To właśnie
ten radosny błąd w oczekiwaniach uruchamia przypływ dopaminy. Nie
dodatkowy czas ani zastrzyk gotówki. Po prostu dreszcz wywołany
niespodziewaną dobrą nowiną.
Właściwie do rozbujania dopaminy wystarczy sama możliwość zaistnienia
błędu przewidywania nagrody. Wyobraź sobie, że idziesz do pracy znajomą
ulicą, którą przemierzyłeś już wiele razy. Ni stąd, ni zowąd rzuca ci
się w oczy nowo otwarta cukiernia, jeszcze ci nieznana. Natychmiast masz
ochotę do niej wstąpić i zobaczyć, co oferuje. W tym momencie dowodzenie
przejęła właśnie dopamina, która wytwarza uczucie inne od zwykłego
rozkoszowania się smakiem, dotykiem czy wyglądem. Przyjemność płynie z antycypacji - z szansy, że trafimy na coś nieznanego, a lepszego. Myśl o tej cukierni cię ekscytuje, chociaż jeszcze nie skosztowałeś podawanych
w niej wyrobów, nie spróbowałeś kawy i nawet nie wiesz, jak tam jest w środku.
Wchodzisz i zamawiasz dużą czarną oraz croissanta. Bierzesz łyk kawy.
Bogactwo aromatów igra z twoim językiem. W życiu tak dobrej nie piłeś.
Przychodzi kolej na kęs croissanta. Jest maślany, kruchy, dokładnie
taki, jakiego jadłeś przed laty w paryskiej kafejce. Jak się teraz
czujesz? Możliwe, że przez ten nowy sposób rozpoczęcia dnia twoje życie
nabrało barw. Postanawiasz, że odtąd będziesz zachodził tu co rano na
najlepszą kawę i najbardziej kruchego croissanta w mieście. Opowiesz o tym znajomym, zapewne bardziej szczegółowo, niżby chcieliby usłyszeć.
Kupisz sobie kubek z nazwą tej cukierni. Będziesz się cieszyć na
rozpoczęcie każdego kolejnego dnia, bo przecież ta cukierenka to taki
szał, że więcej nie trzeba. Tak właśnie działa dopamina.
Zupełnie jakbyś się zakochał w tej cukierni.
Czasem jednak, gdy mamy już to, czego chcemy, nie okazuje się to tak
urocze. Dopaminergiczna ekscytacja (czyli dreszcz emocji związany z oczekiwaniami) nie trwa wiecznie, bo świetlana przyszłość przechodzi
przecież w teraźniejszość. Emocjonująca świadomość obcowania z czymś
nieznanym ustępuje nudnej, swojskiej codzienności, a to oznacza, że
działanie dopaminy dobiegło końca i zaczyna się zjazd. Przysmaki okazały
się tak dobre, że przez kilka tygodni nie odpuszczałeś sobie śniadanek w cukierni, niestety po tym czasie "najlepsza kawa i croissanty w mieście"
stały się już tylko zwykłym, prozaicznym śniadaniem. Ale to nie kawa i croissant się zmieniły; jedynie twoje oczekiwania.
Tak samo przygasło obopólne zauroczenie Samanthy i Shawna, kiedy ich
związek wszedł na dobrze im znane tory. Gdy coś przeistacza się w codzienność, nie ma już mowy o błędzie przewidywania nagrody i budzących
ekscytację przypływach dopaminy. Samantha i Shawn z zaskoczeniem odkryli
się wzajemnie w morzu anonimowych twarzy w jakimś barze, a potem
obsesyjnie pragnęli siebie nawzajem, ale wreszcie niekończący się w wyobraźni zachwyt przemienił się w konkretne doświadczanie
rzeczywistości. Zadanie - i zdolność - dopaminy, by idealizować
nieznane, dobiegły końca, więc jej dopływ ustał.
Namiętność rozbudzają marzenia o świecie potencjalnym, a gasi ją
konfrontacja z rzeczywistością. Kiedy wabiące cię do buduaru bóstwo
miłości zmienia się w rozespanego małżonka, wydmuchującego nos w używaną
chusteczkę higieniczną, miłość - przyczyna pozostawania razem - musi
przejść z fazy dopaminergicznych marzeń do... całkiem innej. Pytanie, do
jakiej?
Jeden mózg, dwa światy
John Douglas Pettigrew, emerytowany profesor fizjologii z australijskiego Uniwersytetu Queensland, mieszka w mieście o wdzięcznej
nazwie Wagga Wagga. Ma za sobą wspaniałą karierę na polu neuronauk, a zasłynął zaktualizowaniem teorii o latających naczelnych, plasującej
nietoperze na pozycji naszych dalekich kuzynów. Pracując nad tą
koncepcją, Pettigrew jako pierwszy wyjaśnił, jak mózg tworzy
trójwymiarową mapę świata. Pozornie odbiega to od wywodów o namiętnych
związkach, okaże się jednak koncepcją kluczową dla wyjaśnienia kwestii
dotyczących dopaminy i miłości.
Pettigrew odkrył, że mózg zawiaduje otaczającym nas światem przez
dzielenie go na odrębne strefy - peripersonalną i ekstrapersonalną - w skrócie: bliższą i dalszą. Przestrzeń peripersonalna obejmuje wszystko
to, co jest w naszym zasięgu, rzeczy, które mamy pod kontrolą przy
użyciu rąk. To sfera tego, co rzeczywiste, w tej chwili. Przestrzeń
ekstrapersonalna obejmuje całą resztę - wszystko, czego dotknąć się nie
da, bo pozostaje poza naszym zasięgiem, niezależnie od tego, czy chodzi
o metr, czy o trzy miliony kilometrów. To jest sfera możliwego.
Z przyjęcia tych definicji wynika pewna konsekwencja, oczywista, a zarazem użyteczna: skoro przeniesienie się z jednego miejsca do drugiego
wymaga czasu, wszelkie interakcje z przestrzenią ekstrapersonalną mogą
nastąpić jedynie w przyszłości. Inaczej mówiąc, odległość jest powiązana
z czasem. Jeśli na przykład masz ochotę na brzoskwinię, a najbliższa
leży sobie w koszu w sklepie na rogu, nie masz szans na wgryzienie się w nią teraz, zaraz. Będziesz mógł się rozkoszować nią dopiero w przyszłości, po tym jak się po nią wybierzesz. Uzyskanie czegoś, co
znajduje się poza twoim zasięgiem, może też wymagać pewnej dozy
planowania. Może chodzić o coś tak prostego jak wstanie z krzesła i zapalenie światła, pójście do sklepu po brzoskwinię albo opracowanie
strategii, jak wystrzelić rakietę, którą dostaniemy się na Księżyc. To
właśnie charakteryzuje obiekty dostępne w przestrzeni ekstrapersonalnej:
dotarcie do nich wymaga wysiłku, czasu i w wielu przypadkach planowania.
Z drugiej strony, wszystkiego w przestrzeni peripersonalnej możemy
doświadczyć tu i teraz. Tych doznań doświadczamy natychmiast. Dotykamy,
smakujemy, chwytamy i ściskamy; odczuwamy radość, smutek, złość i rozkosz.
To doprowadza nas do wiele wyjaśniającego faktu neurochemicznego: mózg
inaczej pracuje w przestrzeni peripersonalnej, inaczej w ekstrapersonalnej. Gdyby więc przyszło ci projektować ludzki umysł,
powinieneś stworzyć mózg, który dokonuje takiego rozróżnienia,
podporządkowując jednemu systemowi to, co jest w naszym posiadaniu,
drugiemu wszystko, co nie jest. Na użytek ludzi pierwotnych znaną frazę
"Albo coś się ma, albo się czegoś nie ma" można przełożyć na "Albo coś
się ma, albo jest się martwym".
Z punktu widzenia ewolucji pożywienie, którego się nie ma, jest
diametralnie różne od pożywienia, które się ma. To samo odnosi się do
wody, schronienia, narzędzi. Różnica jest tu tak fundamentalna, że w celu obsługiwania przestrzeni peripersonalnej i ekstrapersonalnej
wyewoluowały w mózgu odrębne szlaki i związki chemiczne. Kierując wzrok
w dół, patrzymy na przestrzeń peripersonalną, a mózg jest sterowany
przez kłębowisko związków parających się doświadczaniem tu i teraz. Gdy
zaś mózg zajmuje się przestrzenią ekstrapersonalną, pewien pojedynczy
związek chemiczny sprawuje większą kontrolę niż pozostałe; jest to
związana z antycypowaniem i potencjalnymi możliwościami dopamina. W grę
wchodzą rzeczy odległe, jeszcze dla nas niedostępne, takie, których nie
możemy wykorzystywać ani zjadać, a jedynie pragnąć. Dopamina wykonuje
ściśle określone zadanie: maksymalizuje zasoby, które będą nam dostępne
w przyszłości, umożliwia pogoń za lepszym.
Wszystko w życiu podlega temu podziałowi: w jeden sposób podchodzimy do
tego, czego chcemy, w inny do tego, co mamy. Chęć posiadania domu -
doświadczanie pragnienia motywującego nas do koniecznego wysiłku, by
znaleźć i zakupić nieruchomość - angażuje inne obwody w mózgu niż
cieszenie się tym, że jest już nasz. Kiedy spodziewana podwyżka pensji
wyzwala nakierowaną na przyszłość dopaminę, dalece różni się to od
bieżącego doświadczania większej wypłaty odbieranej po raz drugi albo
trzeci. Podobnie znalezienie miłości wymaga dysponowania innymi
umiejętnościami niż dbałość o jej trwanie. Miłość musi przemienić się z doświadczenia ekstrapersonalnego w peripersonalne - z dążenia w posiadanie; z czegoś, co antycypujemy, w coś, co mamy pielęgnować. W grę
wchodzą więc bardzo odmienne umiejętności, toteż natura miłości z czasem
musi ulec zmianie - i dlatego w przypadku tak wielu ludzi to uczucie
gaśnie z końcem dopaminowego dreszczu, zwanego aurą romantyzmu.
Mnóstwo osób jednak radzi sobie z tym przejściem. Jak tego dokonują -
jak udaje im się przechytrzyć powab dopaminy?
Zauroczenie
Zauroczenie to piękna iluzja - pierwotnie słowo "urok" oznaczało
magiczne zaklęcie - obiecująca przejście od zwyczajnego życia do
urzeczywistnienia ideału. Bierze się ze szczególnego połączenia
tajemnicy i wdzięku. Nadmiar informacji sprawia, że czar pryska.
- Virginia Postrel
Zauroczenie następuje wtedy, gdy widzimy coś, co pobudza dopaminergiczną
wyobraźnię, tłumiąc zdolność do adekwatnego postrzegania otaczającej nas
rzeczywistości.
Dobrym przykładem jest podróż lotnicza. Spójrz w górę. Widzisz na niebie
samolot? Jakie myśli i uczucia w tobie budzi? Wielu ludziom marzyłoby
się znalezienie na jego pokładzie, lot do egzotycznych i odległych krain
- beztroska ucieczka, rozpoczynająca się od bujania pośród obłoków.
Gdybyś jednak leciał tym samolotem, twoje z natury konkretne i praktyczne zmysły dałyby znać, że ten niebiański raj przypomina raczej
autobus komunikacji miejskiej w godzinach szczytu: jest tłoczno, męcząco
i niemiło - przeciwieństwo wszelkiego wykwintu.
Analogicznie cóż mogłoby być urokliwszego niż Hollywood? Szałowe gwiazdy
i gwiazdorzy flirtują na szykownych rautach, przystając na skraju
basenów. I znów rzeczywistość skrzeczy, wymaga spływania potem w żarze
reflektorów po czternaście godzin dziennie. Aktorki wykorzystuje się
seksualnie, a na aktorach wymusza się faszerowanie steroidami i hormonem
wzrostu, żebyśmy mogli oglądać na ekranie bajecznie zbudowane ciała.
Gwyneth Paltrow, Megan Fox, Charlize Theron i Marilyn Monroe - wszystkie
opisywały swoje doświadczenia z "castingiem przez łóżko" (zgodnie
zapewniając, z wyjątkiem Marilyn, o odrzuceniu takiej propozycji w zamian za upragnioną rolę). Nick Nolte, Charlie Sheen, Mickey Rourke i Arnold Schwarzenegger przyznali się do stosowania steroidów, mogących
nie tylko uszkodzić wątrobę, ale i powodować huśtawki nastrojów, wybuchy
agresji oraz psychozę. To tandeciarska branża.
Gór nikt nie nazwałby tandetnymi. Wznoszą się majestatycznie w oddali.
Ich zarysy łagodnieją w dzielących nas od nich wielokilometrowych masach
powietrza jak panny młode na zdjęciach ze zmiękczającym filtrem. Ludzie
o wyższym poziomie dopaminy pragną wspiąć się na te wyżyny, spenetrować
je, zdobyć. Nie zdołają, bo te wyżyny nie istnieją. Góra, owszem, jest.
Ale wyobrażonego doznania bycia na niej nie sposób urzeczywistnić.
Prawda jest taka, że w większości przypadków nie można nawet stwierdzić,
czy wspięliśmy się już na szczyt. Zwykle człowieka otaczają zewsząd
drzewa i nic poza nimi nie widać. Czasem zdarza się malowniczy widok i roztaczają się wtedy wokół nas kilometry dolin. A im dłużej na nie
patrzymy, tym bardziej właśnie to, co odległe i w dole, okazuje się
bardziej obiecujące i piękniejsze niż szczyt, na którym stoimy.
Zauroczenie budzi pożądanie nie do zaspokojenia, bo przedmiot pragnień
istnieje tylko w wyobraźni.
Czy chodzi o samolot na niebie, hollywoodzką gwiazdę czy odległy szczyt,
urokliwe są jedynie rzeczy nieosiągalne, te nierzeczywiste. Urok jest
okłamaniem.
Pewnego dnia podczas przerwy na lunch Samantha wpadła na Demarca,
swojego ostatniego przed Shawnem chłopaka z prawdziwego zdarzenia. Od
lat się nie widzieli, nie było nawet Facebooka. Demarco okazał się jak
zawsze dowcipny i błyskotliwy, do tego w świetnej formie. Niewiele było
trzeba, żeby oczy jej zabłysły. Pojawiło się coś, czego od dawna nie
czuła, przypływ podniecenia i poczucie otwierających się możliwości przy
mężczyźnie nadającym na tej samej fali, a jednocześnie pełnym
niespodzianek czekających na odkrycie. On też był ożywiony i chętnie
dzielił się wieściami o sobie. Zaczął od tego, jak emocjonuje się swoimi
zaręczynami. Jego narzeczona była "tą wymarzoną". Miał nadzieję, że
Samantha ją pozna, bo na nikim dotąd nie zależało mu jak na tej nowej
kobiecie.
Po jego wyjściu Samantha uznała, że warto byłoby się napić. Przeniosła
się na stołek przy barze i zamówiła koszyczek tortillowych chipsów oraz
piwo, po czym spędziła pół godziny na obdrapywaniu etykiety. Przecież
kocha Shawna, naprawdę - czy nie naprawdę? Od prawie roku niezbyt się im
układało. Chciała doznawać takich uczuć jak w obecności Demarca. Z Shawnem też kiedyś tak było, ale dawniej.
Ciemna strona
Dopamina ma swoją mroczną stronę. Gdy wrzucisz szczurowi do klatki
porcję karmy, zwierzę doświadczy nagłego przypływu dopaminy. Któż by
pomyślał, że na tym świecie jedzenie spada z nieba? Jeśli jednak
będziesz dorzucać kolejne kęsy co pięć minut, dopamina ustanie. Szczur
już wie, kiedy spodziewać się posiłku, nie ma więc zaskoczenia, a zatem
i błędu w szczurzym przewidywaniu nagrody. Ale gdyby przejść na
nieregularne podawanie pokarmu, by zawsze stanowił zaskoczenie? A w miejsce szczurów i porcji pożywienia podstawić ludzi i pieniądze?
Wyobraź sobie zatłoczone wnętrze kasyna z obleganym stołem do
blackjacka, pokerem na wysokie stawki i wirującym kołem ruletki. To
kwintesencja blasku Las Vegas, ale właściciele kasyn wiedzą, że
największe zyski nie pochodzą z gier o najwyższych zakładach. Biorą się
z automatów z niskimi stawkami, uwielbianych przez turystów, emerytów i wiernych graczy, którzy wpadają spędzić codziennie kilka godzin przy
migotliwych lampkach, brzęku dzwonków i szczęku zębatek. Dzisiejszy
standard kasyn zakłada przeznaczanie aż 80 procent powierzchni pod
automaty, i nie bez powodu: takie maszyny przynoszą kasynu lwią część
dochodów.
Jeden z największych na świecie producentów automatów do gier stanowi
własność firmy Scientific Games (dosł. gry naukowe). Nauka bowiem
odgrywa w projektowaniu tych fascynujących urządzeń dużą rolę. Chociaż
rodowód automatów do gry sięga XIX wieku, współczesne udoskonalenia ich
funkcjonowania odwołują się do pionierskich prac behawiorysty B.F.
Skinnera, który w latach sześćdziesiątych XX stulecia opisał zasady
manipulacji behawioralnej.
W jednym ze swoich eksperymentów umieścił gołębia w klatce. Odkrył, że
przez warunkowanie może przyuczyć go do naciskania dźwigni w celu
uzyskania porcji karmy. Niektóre eksperymenty wymagały jednego
naciśnięcia, inne dziesięciu, ale w ramach danego badania liczba ta
pozostawała niezmienna. Rezultaty nie należały do szczególnie
interesujących. Niezależnie od wymaganej liczby naciśnięć gołębie
dziobały dźwignię jak urzędnicy rutynowo pieczętujący niekończące się
sterty dokumentów.
Skinner spróbował więc czegoś innego. Rozpoczął eksperyment, w którym
liczba naciśnięć niezbędnych do uzyskania karmy zmieniała się losowo.
Gołąb już nie wiedział, kiedy się spodziewać posiłku. Nagrody
przychodziły nieoczekiwanie. To podekscytowało ptaki. Zaczęły dziobać
szybciej. Coś skłaniało je do zwiększenia wysiłku. Uruchomiona została
dopamina, cząsteczka niespodzianki, a działanie automatów do gier
doczekało się naukowych podwalin.
Kiedy Samantha ujrzała swojego byłego, gwałtownie odżyły wszystkie
emocje - podniecenie, perspektywa nowych możliwości, zogniskowanie uwagi
na nim, motylki w brzuchu. Nie poszukiwała romansu, ale i nie musiała.
Pojawienie się Demarca i na pół świadome marzenie o kolejnej szansie na
namiętną ekscytację były niespodzianym prezentem w jej życiu
emocjonalnym i to ta niespodzianka stała u źródła jej ekscytacji. O tym
jednak Samantha oczywiście nie miała pojęcia.
Oboje umawiają się na kolejnego drinka, który też jest miły. Następnego
dnia decydują się na wspólny lunch, a niedługo potem ich spotkania
zmieniają się w niewinne "randki". Emocje buzują. Oboje, rozmawiając,
dotykają się. Żegnając, obejmują. Kiedy są razem, czas mknie im
niepostrzeżenie, jak w trakcie ich dawnych spotkań, zupełnie tak -
uświadamia sobie - jak kiedyś z Shawnem. "Możliwe - mówi sobie - że to
Demarco jest tym właściwym dla mnie". Jednak w świetle roli dopaminy
jest jasne, że ta relacja nie niesie niczego nowego. Jest jedynie
kolejną powtórką dopaminowej ekscytacji.
Stan nowości uaktywniający dopaminę nie trwa wiecznie. Jeśli mowa o miłości, namiętny romans nieuchronnie kiedyś się kończy i stajemy przed
wyborem. Możemy przejść do miłości, którą podsyca codzienne docenianie
drugiej osoby tu i teraz, albo zakończyć związek i szukać następnej
przejażdżki kolejką górską. Postawienie na taki dopaminergiczny odlot
nie wymaga wielkiego wysiłku, ale i szybko się kończy, jak przyjemność z jedzenia batonika. Trwała miłość przenosi nacisk z oczekiwań na
doświadczanie, z fantazji o nieskończonych możliwościach na zanurzenie
się w rzeczywistości ze wszystkimi jej niedoskonałościami. Dokonanie
tego przejścia jest trudne, a kiedy świat podsuwa nam łatwy sposób na
wywinięcie się od trudnego zadania, korci nas, by z niego skorzystać.
Dlatego tak wiele związków dobiega końca, gdy wygasa dopaminowa
eksplozja wczesnego romansu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki