Mroczny Eros. Pypcie na języku polityki - Michał Rusinek

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Wstęp

Powiedzmy to sobie od razu, żeby nie było niedomówień: nie jestem ani specjalistą od języka polityki, ani tym bardziej jego miłośnikiem. Język ten jednak ma pewną cechę wspólną z piosenkami disco polo, którym w dużej części poświęciłem poprzednią książkę. Otóż ani jednego, ani drugiego nie da się nie słyszeć.

W taksówce, w autobusie, w barze, w sklepie - jeśli akurat nie słychać snopowiązałkoidalnych rytmów, to słychać rozmowy polityków lub o polityce. Wylewają się z gazet i internetu, wypływają na ulice, podmywają szkoły i przedszkola; skwierczą przy sobotnich grillach i bulgoczą w niedzielnych rosołach. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby ten język był przyjazny, inkluzywny, otwarty na dialog. Ale nie jest. Jest za to narzędziem walki, wykluczania, stygmatyzacji, nietolerancji, propagandy i manipulacji. Mam wrażenie, że nie tyle opisuje świat wokół nas, ile tworzy obraz świata nijak się mający do rzeczywistości. Obraz czarno-biały i rozmyty, jak z peerelowskiej fotografii.

Oczywiście mógłbym zatkać sobie uszy na ten język, ale to przecież nie znaczy, że jeśli przestanę go słyszeć, on przestanie istnieć. Wpadłem więc na inny pomysł: żeby się przed nim bronić, żeby nie zaczął on infekować mojego języka, postanowiłem - wprost przeciwnie - uważniej się w niego wsłuchiwać, brać pod lupę poszczególne jego frazy, interpretować, psychoanalizować i dekonstruować. Mam poczucie, że w ten sposób wzmacniam własny układ odpornościowy, bo w jakimś sensie rozbrajam ten nieznośny język - także śmiechem. Jeśli zdecydują się Państwo tę książkę przeczytać, to istnieje prawdopodobieństwo (badania laboratoryjne w toku, efektów ubocznych nie stwierdzono), że i Państwa układ odpornościowy zostanie wzmocniony.

Mroczny Eros zawiera felietony, które ukazywały się w "Gazecie Wyborczej" od czerwca 2020 do lipca 2021 - najpierw w "Wysokich Obcasach", a później w Magazynie "Słówka" oraz "Wolnej Sobocie". Z chwilą wydania czwartej już książki z tej serii - po Pypciach na języku, Niedorajdzie i Zerze zahamowań - przestałem być autorem trylogii, każdemu czytającemu Polakowi kojarzącej się z pokrzepianiem serc. Stałem się za to autorem tetralogii, która kojarzyć się może z Pierścieniem Nibelunga, co dla niektórych czytelników może być dowodem na to, że należę do "ukrytej opcji niemieckiej". Chciałbym jednak wierzyć, że po przeczytaniu tej książki zrozumieją oni, iż posługiwanie się "opcjami", "sortami" i "ideologiami" jest po prostu efektem zainfekowania językiem, na który właśnie ta książka ma być szczepionką.

 

M.?R.

Kraków, lipiec 2021

 

PS Serdeczne podziękowania zechce przyjąć pani Beata Chmiel, która podrzucała mi pomysły na felietony i była ich pierwszą czytelniczką.

Polski język - trudny język
 
 
GRZECH

Michał Karnowski, publicysta tygodnika "Sieci", powiedział, że jego zdaniem wszyscy, którzy przyczyniliby się do upadku rządu i oddania władzy opozycji, "biorą na swoje sumienie duży grzech". Chrześcijańska teologia moralna posługuje się podziałem na grzechy ciężkie (zwane też śmiertelnymi) i grzechy lekkie (zwane powszednimi). Te pierwsze dotyczą tzw. materii poważnej, te drugie są naruszeniem przykazań "w małej rzeczy". Ani jednak w katechizmie, ani w pismach Ojców Kościoła nie znajdziemy podziału na grzechy "małe" i "duże".

Skąd zatem redaktor Karnowski wziął takie określenie? Wydaje się, że nie z teologii, ale ze słownika uczniowskiego. "Będziesz miał duuuuży grzech" - mawiało się przecież w sytuacjach, w których kolega dopuścił się jakiegoś czynu nieodwracalnego. Z teologią to nie miało nic wspólnego, gdyż równie dobrze można było powiedzieć: "Matka tego nie dopierze".

Jestem ogromnie wdzięczny panu redaktorowi za to, że uruchomił we mnie wspomnienia z lat szkolnych. Co więcej, uważam, że mają one nie tylko potencjał nostalgiczny, ale i zasługują na to, by je odkurzyć i śmiało stosować w prawicowej publicystyce. Owszem, z początku mogą się one wydać infantylne, ale prędko docenimy, jak celnie ujmują charakterystyczną dla niej myśl.

Nastrojów antyrosyjskich w tej publicystyce jest ostatnio jakby mniej, ale na wszelki wypadek proponuję straszenie "czarną wołgą", silnie zakorzenione u wielu pokoleń uczniów - nawet wśród tych roczników, które już nie widziały na oczy tych radzieckich samochodów. Nastroje antyniemieckie, o wiele bardziej rozpowszechnione w dyskursie prawicy, można za to wyrazić, podmieniając wołgę na volkswagena lub bmw.

Straszenie Trybunałem Konstytucyjnym i przewodzącą mu Julią Przyłębską mogłoby przyjmować formę straszliwej szkolnej pogróżki: "jesteś u pani!". Jeśli ktoś by nazwał panią prezes TK "panią magister", zawsze można powiedzieć, że "się przezywa". Jeszcze groźniejsze "jesteś u pana!" nadawałoby się natomiast jako określenie wszczęcia postępowania dyscyplinarnego przeciwko np. sędziemu przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego, funkcjonującą pod przewodnictwem sędziego Adama Rocha, byłego prokuratora o dość bezwzględnych metodach działania.

"Bo ona się biła!" - tak można by było najkrócej ująć prawicową narrację o Katarzynie Augustynek, zwanej Babcią Kasią, oskarżonej o pobicie policjantów. Jest to fraza tylko z pozoru nielogiczna, a w każdym razie niepełna: bić można się z kimś; "bicie się" wymaga aktywności co najmniej dwóch osób - w przeciwieństwie do bicia kogoś, kto już aktywny jest raczej w mniejszym stopniu. "Bicie się" zawierać może także sugestię działania polegającego na samookaleczeniu, np. po to, żeby wyglądało się na pobitego przez kogoś, kogo chce się niesłusznie oskarżyć. Gdyby była potrzeba ustalenia, kto zaczął bić, zawsze można posłużyć się sformułowaniem: "Ona zaczęła pierwsza!".

"Zgłaszam enpe!" - mógłby powiedzieć natomiast rzecznik prasowy każdego ministerstwa, zamiast długiej, niepoprawnej gramatycznie, acz często stosowanej frazy: "nie mam wiedzy w tym temacie". Na przykład minister Dworczyk mógłby "zgłaszać enpe", a przynajmniej prawicowi publicyści mogliby w ten sposób tłumaczyć jego wypowiedzi, gdy mówi, że nie ma wiedzy np. w temacie konfliktu między koalicjantami.

Aż się prosi, by na chorobliwe zainteresowanie "lewackich mediów" majątkiem prezesa PKN Orlen Daniela Obajtka zareagować szkolnym ostrzeżeniem: "nie interesuj się!", występującym także w wersji skróconej, ale przez to jeszcze bardziej złowrogiej: "nie interere!".

Powiedzmy, że mamy znakomitego kandydata na urząd Rzecznika Praw Obywatelskich, ale ciągnie się za nim oskarżenie o plagiat: rozdział pracy habilitacyjnej skopiował z artykułu swojej studentki. Co wówczas robić? Można długo i zawile tłumaczyć, że to był przecież tylko fragment, w dodatku mało istotny, a poza tym sam kandydat wniósł o przerwanie przewodu habilitacyjnego i przedłożył nową, oryginalną już pracę. Można też jednak napisać, że tylko "odgapił" (lub "zgapił") ten fragment. Kto nie "odgapiał" w szkole, palec pod budkę!

Wszystkie "antypolskie próby fałszowania historii i szkalowania dobrego imienia Polski i wielkich Polaków" spotykają się, rzecz jasna, z gniewnym odporem ze strony prawicowych publicystów, ale o ileż ten odpór byłby bardziej skuteczny i wymowny, gdyby zawrzeć go w szkolnym okrzyku: "niepraaawdaaa!". Wybijał on przecież oręż z ręki najbardziej elokwentnym konfabulantom. Okrzyk ten powinien towarzyszyć także wszelkim komentarzom do jakże pożądanych zmian w podręcznikach do historii, w których znaleźć wciąż można fakty niepasujące do pożądanego przez prawicę obrazu Polski i Polaków.

Zdarza się, że międzynarodowe sukcesy odnoszą nasi rodacy i rodaczki, którzy polskość szkalują. Wiadomo, że w zagranicznych gremiach jurorskich zasiadają ludzie "o określonych poglądach", którzy wybierają "określonych" twórców literackich czy filmowych. Prawicowi publicyści zajmują się wówczas tropieniem hipokryzji owych twórców (że przypomnę słynne zdjęcie zadeklarowanej wegetarianki, noblistki Olgi Tokarczuk, przedstawiające ją jedzącą kiełbasę z ogniska) lub w mniej lub bardziej skrywany sposób cieszą się, że twórca taki nie dostał jednak nagrody lub dostał, ale nie pierwszą. Aż dziw, że czekając na werdykt jury, nie piszą wówczas: "skuj się!".

Wprawdzie w rządowej kampanii zachęcającej do szczepień przeciwko COVID-19 pojawia się szkolna fraza: "Aua! Nie w szczepionkę!", ale prawicowi publicyści chyba jej nie podjęli. Być może ze względu na stanowisko Episkopatu w sprawie technologii produkcji niektórych szczepionek, która "budzi poważny sprzeciw moralny". Czyli szczepiąc się, narażamy się na grzech. Nie wiadomo tylko, czy duży, czy mały.

POLEXIT

Jeśli kogoś zaszokowała okładka tygodnika "Do Rzeczy", na której widniał tytuł: "Unii trzeba powiedzieć: dość. Polexit - mamy prawo o tym rozmawiać", to znaczy, że nie słuchał tego, co od pięciu lat mówią politycy Prawa i Sprawiedliwości. Antyunijna narracja nie jest niczym nowym.

Narracja ta posługuje się najczęściej figurą synekdochy, tzn. części zamiast całości. Zamiast Unii mówi się w niej zwykle o Brukseli - choć instytucje unijne mieszczą się także w Strasburgu i Luksemburgu. Bruksela, jako siedziba władz unijnych, stanowi symboliczne centrum zła - coś między Moskwą (w narracji skrajnej prawicy Unia porównywana jest ochoczo do Związku Radzieckiego) a Mordorem (nie tylko w sensie tolkienowskim, ale i biurokratyczno korporacyjnym). Zastosowanie tej synekdochy jest sprytnym posunięciem, bo, z jednej strony, pozwala uniknąć oskarżeń o jawny eurosceptycyzm: zawsze można powiedzieć, że atak dotyczył wyłącznie eurokratów, czyli władz, a nie samej Wspólnoty. Z drugiej strony, buduje i wzmacnia front oporu wobec Unii w taki sposób, że możemy odnieść wrażenie, iż Unia nie pozwala się otwarcie krytykować i trzeba to robić za zasłoną figury retorycznej. Nieomal zawsze Bruksela występuje w takich kontekstach, które narzucają jej konotacje negatywne. Na paskach Wiadomości TVP mogliśmy więc przeczytać: "Bruksela znów straszy Polskę sankcjami", "Bruksela szuka haków na Polskę", "Bruksela chce odebrać Polakom przywileje", "Bruksela chce ukarać Polskę", "Połajanki z Brukseli" (paski z roku 2017). Bywało, że występowała (przeciwko Polsce, rzecz jasna) nie sama: "Wspólny front: sędziowie, opozycja, Bruksela" (2018) lub "Bruksela, Berlin i opozycja przeciwko Polsce" (2017). Widać tu inną figurę retoryczną, podstawową dla języka "dobrej zmiany": antytezę, czyli opozycję "my" - "oni", "wnętrze" - "zewnętrze", Polska - Unia. Politycy PiS często przedstawiają prawo unijne jako sprzeczne z interesami Polaków, pomijają zaś to, że instytucje unijne reprezentują także Polskę i że jest to także "nasze" prawo. Komiczny, ale i znamienny był pod tym względem tweet prezydenta Dudy dotyczący stada dzikich krów, które zgodnie z regulacjami weterynaryjnymi miały zostać zabite. Te regulacje są nazwane przez prezydenta "przepisami UE", które "nakazują zabić te zwierzęta", czyli przepisami obcymi, w dodatku nieludzkimi. Minister środowiska obiecał znaleźć "szczęśliwe rozwiązanie", co prezydent podsumował: "Polak potrafi!". Polak potrafi uratować stado krów czy potrafi się sprzeciwić unijnemu prawu? W Wiadomościach TVP pojawiały się takie oto wypowiedzi: "Odkąd w Polsce władzę przejęło Prawo i Sprawiedliwość, staliśmy się dla brukselskich elit niewygodnym państwem broniącym swoich interesów, odważnie prezentującym swoje zdanie i żądającym reformy Unii" (2017) lub: "Polski rząd gospodarczo w ostatnim czasie już kilka razy nadepnął na odcisk unijnym potęgom". Mamy być dumni, że rząd walczy z unijną opresją, bezdusznością i brakiem zasad moralnych, który zagraża cywilizacji europejskiej, opartej przecież na chrześcijańskich i konserwatywnych wartościach.

We wrześniu 2018 roku prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie w Leżajsku. Powiedział wówczas: "Uczynimy wszystko, abyście państwo mieli to przekonanie, kiedy będą się kończyły nasze kadencje, że (...) ktoś wreszcie myślał o obywatelach, a nie tylko (...) o jakiejś wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika". Nazywanie Unii Europejskiej "wyimaginowaną wspólnotą" wywołało wówczas spore oburzenie. Były minister kultury, wówczas europoseł, Bogdan Zdrojewski napisał na Twitterze, że Duda idzie drogą Camerona i dla taniego poklasku buduje autostradę dla polexitu. Adam Traczyk z "Krytyki Politycznej" zauważył, że prezydent wygłaszał antyunijne przemówienie na tle odrestaurowanego za unijne pieniądze leżajskiego Dworu Starościńskiego: "Jeśli więc prezydent Duda pyta, co z obecności w wyimaginowanej wspólnocie dla nas wynika - to najprostsza odpowiedz? brzmi: wynika z niej całkiem realne sto miliardów euro". Wyrażenie "wyimaginowana wspólnota" pojawiło się w języku "dobrej zmiany" tylko raz, ale jest emblematyczne dla retoryki antyunijnej, przedstawiającej Polaków jako "wstających z kolan" i odzyskujących godność, której rzekomo pozbawiły nas unijne instytucje. Kilka miesięcy później prof. Roman Kuźniar pisał w "Wyborczej": "Z licznych oświadczeń czołowych przedstawicieli (...) obozu władzy, w tym prezydenta, przebija obcość i niechęć wobec europejskiej kultury w jej obecnej fazie rozwoju, wobec politycznej jedności Europy, jej roli międzynarodowej, obrony jej wspólnych interesów wobec reszty świata. Widoczne jest duchowe powinowactwo obozu władzy z formacją sarmacką, która w XVII i XVIII wieku podkreślała swoją odrębność od Europy i była jedną z głównych przyczyn upadku i rozbiorów Polski. Sarmatyzm i neoendeckość są tu przemieszane z mentalnością postkomunistyczną. To dlatego szczególną wrogość obóz władzy okazuje Unii Europejskiej, która zapewniła pokój w Europie, lecz jednocześnie jest wspólnotą opartą na wspólnych europejskich wartościach, zasadach i standardach". A te wartości, standardy i zasady - w tym aktualna obecnie zasada praworządności - postrzegane są przez PiS jako zagrożenie dla własnej autorytarnej władzy.

W grudniu 2018 roku, czyli jeszcze przed kampanią do europarlamentu, premier Morawiecki na konwencji PiS nazwał Polskę "bijącym sercem Europy". Ta metafora ma kilka poziomów. Po pierwsze, sugeruje centralną pozycję Polski w Europie. Po drugie, serce jest jednym z najważniejszych organów, więc metafora ta ma za zadanie nas dowartościować. Po trzecie, Polska jest tu sercem bijącym; wydawałoby się, że to pewien naddatek semantyczny, gdyż wiadomo, że w tego typu metaforze chodzi o serce żywe (czyli bijące), a nie martwe. Dookreślenie to ma odróżnić Polskę na tle innych krajów, które są rzekomo organami martwymi, obumarłymi, a Polska ma tchnąć w nie życie. Jest to, rzecz jasna, pisowska wizja Polski i pisowska wizja europeizacji. Premier krytykował w tym wystąpieniu europeizację dotychczasową, która polega na "eksperymentowaniu z obyczajowością". Za to obiecywał, że europeizacja prawdziwa będzie polegać na docenieniu Polski i spowodowaniu, że "Polacy będą zarabiać tak jak mieszkańcy Europy Zachodniej". Tym samym rozpoczął kampanię do europarlamentu.

Wiosną 2019 roku rozpoczęła się rzeczona kampania. Jarosław Kaczyński mówił: "W Unii Europejskiej, jeśli się chce i potrafi, można wiele dobrego zrobić dla Polski. Potrzebna jest nam dobra, patriotyczna reprezentacja, która w Parlamencie Europejskim będzie zabiegać o polskie interesy". PiS na czas kampanii wyeliminowało ze swojej retoryki wrogość wobec Unii. Było to jednak działanie pozorowane i służące wyłącznie podważeniu argumentów opozycji, która chciała zbudować swoją kampanię na krytyce eurosceptycyzmu PiS. Jak pisał prof. Kuźniar: "Przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku przywództwo obozu władzy ogłosiło rozejm w wojnie z UE, jednak jest to zabieg taktyczny i pozorny. Minister Czaputowicz, podsumowując trzy lata władzy PiS w polityce zagranicznej, pośród jej priorytetów nie wymienił UE, a tylko wygłosił uwagi krytyczne pod jej adresem". Zabieg się opłacił, gdyż - przypomnijmy - PiS zdobyło 45,38 proc. głosów (KO z Wiosną - 44,53 proc.). Po czym wróciła retoryka antyunijna.

W styczniu 2020 roku prezydent Andrzej Duda - odnosząc się do krytycznej opinii Komisji Weneckiej w sprawie ustawy dyscyplinującej sędziów - powiedział: "Nie będą nam w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy". Te "obce języki" były szeroko komentowane przez polityków i publicystów. Aleksandra Dulkiewicz, prezydentka Gdańska, napisała: "Panie Prezydencie, obce języki to nic złego, zwłaszcza kiedy mowa o podstawowych zasadach demokracji i wspólnoty europejskiej! Warto się ciągle uczyć, zresztą Pan sam zachęca!". Zauważmy w tej wypowiedzi jednak co innego: nie ma żadnej europejskiej wspólnoty, jest podział na "my" (Polacy, którzy mamy swoje sprawy) i "oni" - obcy, mówiący w nieznanych (lub słabo znanych) większości z nas językach, próbujący narzucić nam swoją wersję demokracji: "Nie pozwólmy na to, aby inni decydowali za nas. My, Polacy, mamy prawo sami decydować o sobie i swoich prawach" - mówił dalej Duda. I dodał: "Tu jest Unia Europejska, tak! I bardzo się z tego cieszymy. Ale przede wszystkim tu jest Polska!". Trudno nie odczytać ironicznie tej deklaracji radości.

Euroentuzjazm powrócił wprawdzie w czasie kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy, w lipcu 2020, ale padły wówczas z jego ust dość zdumiewające słowa. Zapowiedział bowiem, że w razie ponownego wyboru na urząd prezydenta będzie umacniał pozycję Polski w Unii Europejskiej jako... państwa stowarzyszonego. Tymczasem Polska od 17 lat jest pełnoprawnym członkiem Unii. Jak zauważył jego kontrkandydat Rafał Trzaskowski: "stowarzyszone z UE są Mołdawia i Maroko". Zdumienia i zaniepokojenia nie kryła też Danuta Hübner, pytając, czy to znaczy, że wychodzimy z Unii? Oczywiście, mógł to być zwykły lapsus, ale zabrzmiał wówczas jak lapsus kontrolowany. W czasie jednej z kampanijnych konferencji prasowych Andrzej Duda podkreślił, że zawsze miał "absolutnie pozytywny" stosunek do Unii, a zapytany o polexit odpowiedział, że "nie ma w ogóle mowy w tym temacie (...), nikt na ten temat nie dyskutuje, żadna strona polskiej sceny politycznej w ogóle tego tematu nie podnosi". Zwróćmy uwagę, że prezydent nie powiedział: "Polexit? Nie ma mowy", tylko: nie ma mowy o polexicie, dopóki nikt się go nie domaga.

I tak oto dochodzimy do kolejnych wydarzeń: kwestii powiązania unijnego budżetu z praworządnością (która okazała się dla partii mającej prawo w nazwie pojęciem podejrzanym) i zapowiadanego weta dla tak uwarunkowanego budżetu. Jarosław Kaczyński wypowiedział gromkie "non possumus" wobec unijnych "wymuszeń", Mateusz Morawiecki mówił o "kiju w ręku", którym się nam grozi w razie weta, a Zbigniew Ziobro ośmieszał nie dość twardych negocjatorów, nazywając ich "miękiszonami". Prawica pałała oburzeniem. I na fali tego oburzenia pojawiła się wspomniana okładka tygodnika "Do Rzeczy", na której widniał polexit jako temat, o którym warto rozmawiać. Innymi słowy: jest wreszcie mowa o polexicie. Mowa otwarta. Już nie jakieś tam utyskiwanie na Brukselę, nie pogarda dla "wyimaginowanej wspólnoty", nie współczucie dla obumarłych organów unijnego organizmu, nie prężenie muskułów patriotycznej drużyny eurosceptycznych europosłów, nie rzekomo przypadkowe mylenie stowarzyszenia z członkostwem. Można powiedzieć, że pan prezydent w swojej pokrętnej kampanijnej wypowiedzi przewidział, a nawet - wraz z innymi politykami PiS - przygotował pole do otwartego mówienia o polexicie. Lont bomby, która nasze członkostwo w Unii może wysadzić w powietrze, tlił się już od dawna. Teraz po prostu zapłonął ogniem, który wyraźnie widać. Niech ten widok będzie dla nas znakiem ostrzegawczym.

APEL

Nie mam zamiaru pastwić się nad nieudolnymi próbami wprowadzania godziny policyjnej przez rząd Mateusza Morawieckiego, bo już to zrobili inni, przede wszystkim prawnicy. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na komunikat, który pojawił się na Twitterze Kancelarii Prezesa Rady Ministrów 30 grudnia. Po czym zniknął. Jak do tej pory, żaden haker nie przyznał się do ataku, przyjąć więc należy, że autorem tego komunikatu jest jakiś urzędnik. Komunikat zaczynał się tak: "Obowiązuje apel o nieprzemieszczanie się z 31 grudnia 2020 r. na 1 stycznia 2021 r. w godz. 19:00-6:00".

Zapewne można było prościej i poprawniej pod względem gramatycznym określić te ramy czasowe, istnieją bowiem w polszczyźnie takie przyimki jak "od" i "do". Zapewne można było doprecyzować owo "nieprzemieszczanie się", bo - logicznie rzecz biorąc - w sylwestrową noc na widok policjanta wystarczyłoby się zatrzymać i powiedzieć, że mamy zamiar tak sobie stać do 6.00 rano. A przeczytawszy dopisek pod "apelem" - "Wyjątkiem jest (...) zaspokajanie niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego" - można by było się wytłumaczyć, że wyszliśmy za potrzebą. Natomiast najciekawszy jest tu "apel", który "obowiązuje". Apel, jak czytamy w słownikach, to: "wezwanie do czegoś, np. do działania, uczestnictwa w czymś, skierowane zwykle do ogółu", a także: "odwołanie się do ludzkiej wrażliwości w celu pozyskania zwolenników jakiejś sprawy". Apel może być do kogoś (np. ludności lub serc) i zwykle jest o coś (np. o tolerancję, o zachowanie spokoju). Na apel można odpowiedzieć lub można się na niego zgłosić.

Z apelem jest podobnie jak z prośbą: można się z nim do kogoś zwrócić, ale nie można wymagać, by odbiorca apelu na niego zareagował. To nie jest to samo, co żądanie czy nakaz. Nie jest to także źródło prawa, jak ustawa (także zasadnicza) czy rozporządzenie, ani też dekret czy uchwała. Jeśli apel jest formą prośby, to nie może obowiązywać. Apel można wygłosić, a potem można go podtrzymywać - także podobnie jak prośbę. Możemy więc sobie wyobrazić, że pan premier apeluje do nas przez 11 godzin, czyli prosi, byśmy się nie przemieszczali. Zaczyna o 19.00, a o 6.00 rano przestaje. Apel, który ma obowiązywać, nie może być apelem. Mógłby być rozporządzeniem, ale skoro nim nie jest, to nie obowiązuje. Prawo ustanawiane apelami nie jest prawem.

Jeśli kogoś o coś poprosimy, a on tej prośby nie spełni, to nie możemy wyciągać z tego powodu konsekwencji, szczególnie prawnych. Co najwyżej możemy z mniejszym lub większym wyrzutem powiedzieć, że przecież prosiliśmy. Możemy użyć szantażu emocjonalnego i powiedzieć, że w ramach zemsty też nie będziemy spełniać próśb tych, którzy zignorowali nasz apel. Możemy oskarżyć nieczułych na nasz apel o brak serca. Wyobrażam sobie policjantów, którzy z ojcowską troską i łzami rozczarowania w oczach informowali obywateli przemieszczających się 31 grudnia po 19.00, że sprawiają przykrość ich najwyższemu zwierzchnikowi, panu premierowi, pozostając głusi na jego apel.

Apel ma, rzecz jasna, wymiar retoryczny, a ściślej: perswazyjny, ale nie należy do języka rządzących, lecz tych, którym prawo nie daje możliwości egzekwowania ustaw czy rozporządzeń. To rządzący mają do dyspozycji inne tryby wypowiedzi, które - jako źródła prawa - stanowią podstawę działań, np. policji. Obywatele, nie mając do dyspozycji takich trybów, wychodząc na ulicę i protestując, posługują się trybem apelu. Hasła ostatnich protestów były de facto jednym wielkim apelem do rządzących - z hasłem "Wypierdalać!" na czele.

A teraz wygląda na to, że ten tryb przejęli rządzący. Jak widać, nie tylko język protestów bywa zaraźliwy, ale i sama retoryka protestów. Na Twitterze Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pojawiła się grafika, tzw. banner, którą bez trudu można sobie wyobrazić jako transparent, z którym rząd wychodzi do ludu. Owszem, wygląda to jak satyryczny obrazek, ale - nie wiem jak Państwo - ja mam wrażenie, że od kilku lat żyjemy na satyrycznym obrazku. Niestety, mało śmiesznym.

ASPEKT OGÓLNOSPOŁECZNY

W składzie chemicznym leków bardzo często możemy znaleźć tajemniczo brzmiącą substancję zwaną massa tabulettae. Nie ma ona żadnych właściwości leczniczych, ale jest konieczna, gdy masa substancji leczniczej jest zbyt mała, by można z niej było wykonać tabletkę. W języku odpowiednikiem tej substancji są takie zdania, które nie niosą treści, ale rozpychają objętość wypowiedzi do wymaganych rozmiarów. Skłonność do posługiwania się tego typu zdaniami powinni w nas wytępić nauczyciele w szkole średniej, ale nie wszystkim się to udaje. Można je znaleźć nawet w takich tekstach, od których wymaga się zwięzłości, jak hasła encyklopedyczne. Ze zdumieniem znalazłem kiedyś w notce o Zbigniewie Herbercie stwierdzenie, że poeta: "odwoływał się do szeroko pojętej tradycji kulturowej". Nie można się z tym zdaniem nie zgodzić, ale i można w ten sposób powiedzieć nieomal o każdym twórcy.

Podobno językowa massa tabulettae przydaje się w dyplomacji - kiedy sam fakt zabrania głosu jest istotny, ale treść wypowiedzi powinna być maksymalnie ogólnikowa. Obawiam się, że dyplomatom, którzy są zmuszeni mówić w ten sposób, śnią się koszmary z ich licealną polonistką w roli głównej. Cóż, ryzyko zawodowe. Także i politycy są specjalistami w posługiwaniu się tą językową substancją wypełniającą, i to nawet na Twitterze, gdzie miejsca na jakąkolwiek substancję jest tak niewiele.

Władysław Kosiniak-Kamysz, szef PSL, z zawodu lekarz, zaproponował prezydentowi Andrzejowi Dudzie, że go zaszczepi przeciwko koronawirusowi. Pamiętamy z kampanii wyborczej prezydenta, że nie jest on entuzjastą szczepień i nigdy się nie zaszczepił na grypę: "Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych. Powiem państwu otwarcie: ja osobiście nigdy się nie zaszczepiłem na grypę, bo uważam, że nie" - mówił. Od tej pory całe społeczeństwo wstrzymuje oddech, bo była to jednak wypowiedź niedokończona: nie co? Nie warto? Nie opłaca się? Nie da to nic? Nie trzeba studiować retoryki, by wiedzieć, że argumentacja typu "nie, bo nie" jest, najdelikatniej mówiąc, infantylna. Wypowiedź ta wywołała sporą konsternację, więc prezydent postanowił ją uściślić, mówiąc kilka dni później, że jego słowa zmanipulowano i że "generalnie" nie jest on antyszczepionkowcem. Przyznam, że wolałbym, żeby prezydent mojego kraju w ogóle - a nie tylko "generalnie" - nie był antyszczepionkowcem. Zwłaszcza teraz, kiedy trzeba przekonać Polaków, by zechcieli się zaszczepić przeciwko koronawirusowi.

Pan prezydent odpowiedział Kosiniakowi-Kamyszowi tak: "Szanowny Panie Przewodniczący! Dziękuję za troskę o moje zdrowie, ale ja patrzę na szczepienie w aspekcie ogólnospołecznym". Co to jest "aspekt ogólnospołeczny"? Czy to może znaczyć: ja się nie zaszczepię, bo moje zaszczepienie się nie wpłynie na to, że Polacy się zaszczepią? Czyżby miał on tragiczną świadomość, że nie uchodzi za autorytet? A może tak się mówi, jeśli tylko "generalnie" nie jest się antyszczepionkowcem? Tak czy owak, wygląda na to, że "aspekt ogólnospołeczny" to massa tabulettae.

Do twitterowej korespondencji szefa PSL i prezydenta wtrącił się były marszałek Senatu Stanisław Karczewski - także z zawodu lekarz, zwolennik jedzenia jabłek w ramach obrony przed koronawirusem. Najpierw odpowiedzialnie zaapelował do Andrzeja Dudy, by się zaszczepił, mimo że jest tzw. ozdrowieńcem. Potem jednak dodał, że "stanowczo odradza" ofertę Kosiniaka-Kamysza: "Są politycy, którym się ufa, i są tacy, którym trudno ufać". Z tym zdaniem trudno się nie zgodzić, niestety. Ale wydaje mi się, że Kosiniak-Kamysz chciał zaszczepić prezydenta Dudę jako lekarz, a nie jako polityk. Przyjęcie tej propozycji mogłoby naprawić wizerunkowe szkody, jakich pan prezydent narobił sobie poprzednimi wypowiedziami, i pokazać, że szczepienie przeciwko koronawirusowi jest czymś, co powinno się odbywać ponad podziałami, dla dobra całego społeczeństwa. Tymczasem jeden lekarz podważył zaufanie do innego lekarza. I zasiał w nas wszystkich ziarno niepokoju: czy aby razem ze szczepionką nie zostanie nam wstrzyknięta substancja, która zmieni nasze poglądy polityczne na takie, jakie wyznaje szczepiący nas lekarz? Może powinny powstać osobne punkty szczepień dla ludzi o różnych poglądach? Już widzę te szyldy: "Tu szczepimy zwolenników PiS (popierającym Hołownię nic u nas nie grozi)", "Chcesz pozostać w Europie? Zaszczep się u nas!", "Hej, nie bądź kiep,/u nas się szczep! (jeśli pragniesz pozostać dumnym, heteroseksualnym Polakiem)" itp.

A teraz serio: Panie Prezydencie! Nie wiem, co to jest "aspekt ogólnospołeczny", ale jeśli zależy Panu na dobru społeczeństwa, to proponuję, żeby Pan wprost zachęcał do szczepienia. Bez wikłania się w polityczne spory. I bez owijania w massa tabulettae.

WYPIERDALAĆ

Wiele lat temu na Podhalu byłem świadkiem następującej sceny. Z góralskiej chałupy wyszło mniej więcej dwuletnie zapłakane góralątko i na cały głos zakrzyknęło: "Kaj się, kulwa, mój smocek zaaapodział?!". Scena ta staje mi przed oczyma, gdy słyszę lub czytam głosy oburzonych na wulgaryzację języka, na "brzydkie" słowa, na przekraczanie granic językowej przyzwoitości. Usunięcie słowa "kulwa" z cytowanej frazy nie tylko popsułoby przecież jej rytm, ale i ujęło jej to, co w niej najważniejsze: skrajne emocje zdesperowanego małego człowieka.

Wulgaryzm, powiedzą niektórzy. Brud, który należy usunąć. Niepotrzebny przecinek. No, nie całkiem. Zwolennikom czystości, zwłaszcza tej rozumianej metaforycznie, jakoś nigdy nie ufam. Wulgarny to według słowników ordynarny i grubiański, pozbawiony subtelności i pospolity. Rzeczywiście, zamiast się pospolitować, używając pospolitych słów wyrażających emocje, można spróbować wymyślać własne, ale to zostawmy pisarzom i pisarkom. Językoznawcy nie są od tego, żeby piętnować i rugować takie wyrażenia, a literaturoznawcy mogą się co najwyżej zastanawiać nad ich funkcją stylistyczną.

Wulgaryzmy mają także - a może przede wszystkim - funkcję psychologiczną. Należą do tzw. ekspresywizmów, czyli sposobów językowego wyrażania emocji. Są one w języku dlatego, że są w nas emocje, także te skrajne. Usunięcie ich z języka musiałoby się wiązać z usunięciem z nas emocji, a jesteśmy przecież istotami emocjonalnymi i bywamy postawieni lub postawione w sytuacji wyzwalającej w nas także te skrajne. Walka z ekspresywizmami jest więc z góry skazana na porażkę.

Przemoc, powiedzą niektórzy. Oto Trybunał Konstytucyjny podjął decyzję, którą niektórzy uważają za niesłuszną i zaraz wychodzą na ulicę z transparentem: "Wypierdalać!". Są ordynarni, a właściwie: ordynarne, co więcej: grubiańskie i pozbawione subtelności. Bo to głównie kobiety, wszak to ich dotyczyła decyzja Trybunału, a przecież kobietom szczególnie nie wypada używać tzw. męskich słów. Chyba jednak nie "zaraz wychodzą", bo to nie pierwsza decyzja rządzących skierowana przeciwko prawom kobiet, nie pierwszy powód do emocji. Podobnie jak fraza wspomnianego góralątka, które już zapewne dość długo szukało smoczka w chałupie. Nie można wykluczyć, że ktoś mu ten smoczek podstępnie zabrał.

Emocje należy wyrażać, dawać im ujście. Można rzucić talerzykiem, można kamieniem - ale oby do tego nie doszło. Można więc jeszcze rzucić słowem, czyli tzw. mięsem. To nie jest nawoływanie do przemocy. To jest znak emocji, wyraz stanu, do którego ktoś został doprowadzony, forma sprzeciwu kogoś, kto jest w skrajnych emocjach i jest wściekły (wściekła) na władzę.

Zgoda, że hasło "Wypierdalać!" nie jest subtelne. Ale, przypomnijmy, jest znakiem skrajnych emocji. Marta Frej napisała na Facebooku: "Byłyśmy cierpliwe, byłyśmy łagodne, byłyśmy koncyliacyjne, byłyśmy miłe, byłyśmy pokorne. A teraz... wypierdalać!". Nawet najgrzeczniejszą i najlepiej ułożoną dziewczynkę można, jak widać, doprowadzić stopniowo do furii. Gdzieś jest granica subtelnego zachowania, także językowego, i ta granica została 22 października 2020 roku przekroczona.

To znamienne, że właśnie kobiety przekroczyły tę granicę, której nie był w stanie przekroczyć żaden polityk opozycji (co najwyżej mówiąc o haniebnym zachowaniu czy draństwie, cynizmie i tchórzostwie rządzących, którzy w czasie pandemii, kiedy trzeba być solidarnym, pokazują, że nie szanują godności kobiet, co najwyżej oburzają się, że w czasie pandemii wywołany został temat, który musiał wyprowadzić ludzi na ulice, choć powinni, dla bezpieczeństwa, siedzieć w domu, co najwyżej posługując się grzecznym i ogólnym hasłem: "Mamy dość!"). Kobiety ponoć częściej ulegają emocjom. Ale nie deprecjonowałbym tych emocji, nie mówiłbym, że to "tylko" emocje, nie traktowałbym hasła "Wypierdalać!" jako językowego brudu, nie oburzałbym się na jego przemocowy charakter, nie zakazywałbym go w imię językowego savoir-vivre'u. Pamiętajmy, że od łamania zakazów zaczynają się rewolucje. I słusznie pisze Natalia Waloch, że nie "pandemia" czy "lockdown", ale "zakazane" słowo "wypierdalać" może się okazać słowem roku 2020.

A propos zakazów. Kiedyś krążyła taka anegdota: mieszkaniec pewnego kraju demokracji ludowej miał się żalić Polakowi: "Wy to mieliście dobrze, bo u was była "Solidarność". U nas takie rzeczy był całkowicie zakazane...". Poddaję tę anegdotę pod rozwagę nie tylko rządzącym, ale także oburzonym czyścioszkom.

DEKLINACJA, WYMOWA I MILCZENIE

Cały tydzień upłynął nam na dyskusjach o przyszłości koalicji, która mogła się rozsypać, potknąwszy o norkę, co byłoby z pewnością źródłem wspaniałej politycznej anegdoty. Jako miłośnik anegdot - ubolewam. Przy okazji tych dyskusji częściej niż zwykle pojawiało się w mediach nazwisko Zbigniewa Ziobry, niestety, często niedeklinowane. Jako gorący orędownik deklinowania nazwisk - ubolewam jeszcze bardziej, gdy dziennikarze mówią np. o "partii Zbigniewa Ziobro". Ziobro się deklinuje jak - nie przymierzając - Kościuszko. Pomyślcie, drodzy dziennikarze i dziennikarki, jak by to brzmiało, gdybyście mówili o "insurekcji Tadeusza Kościuszko".

Podobnie irytujący jest powtarzający się w reklamach błąd w wymowie nazwy brazylijskich jagód euterpy warzywnej, czyli açaí. W języku portugalskim "ç" czytamy jako "s", a akcentowane "í" - po prostu akcentujemy. Lektorzy w reklamach uporczywie wmawiają nam, że powinniśmy mówić "akai". Otóż nie. W przypadku obcojęzycznych nazw zasada jest taka, że albo czytamy je zgodnie z fonetycznymi regułami języka oryginału, albo ewentualnie czytamy je "po polsku", czyli w tym przypadku "acai". Z podobnego dylematu zwierzył się na Twitterze Łukasz Warzecha: "Kiedyś kilkakrotnie zamawiałem w różnych miejscach sałatkę "coleslaw", wymawiając to poprawnie, czyli "koulslo". Niestety, kelner robił tylko wielkie oczy. Więc dałem spokój. Kopanie się koniem nie ma sensu". "Kopanie się koniem" może być zwykłą literówką, a może perwersyjną freudowską czynnością pomyłkową. Tak czy owak, mam nadzieję, że to tylko metafora i że kelner na tym w żaden sposób nie ucierpiał.

Wróćmy do polityki. Ciekawą strategię retoryczną przyjął wicerzecznik PiS Radosław Fogiel. Już sam jego tytuł - wicerzecznik - brzmi dość osobliwie, ale zarazem daje nam pojęcie o poziomie rozbudowania aparatu partyjnego: rzecznik ma zastępcę, który zapewne ma swojego zastępcę i tak dalej. Być może niektórych taka struktura napawa dumą (Woody Allen opowiadał, że był raz w takim hotelu, w którym nawet pokojówka miała swoją pokojówkę), w innych może rodzić pytania o zasadność posiadania wielu rzeczników. Mniejsza z tym. Ważne, że wspomniany wicerzecznik zapytany w Radiu RMF o klucz zatrudniania w państwowych spółkach odpowiedział z rozbrajającą szczerością: "Z podobnym problemem mierzyliśmy się, kiedy sprawowaliśmy władzę w latach 2005-2007. Wtedy poszliśmy w kierunku bardzo eksperckim, w kierunku otwartych konkursów, jeśli chodzi o rady nadzorcze. Trafiali tam eksperci z rynku, trafiały tam osoby z tytułami naukowymi, z uczelni. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie". Można ubolewać nad jawnie antyinteligenckim wytłumaczeniem owego klucza zatrudniania, można mówić, że pan wicerzecznik powiedział coś, czego mówić nie powinien był, ale jedno jest pewne - wybił oręż z ręki swoim przeciwnikom politycznym. Powiedział bowiem wprost coś, co oni mogliby mu ewentualnie zarzucić. A skoro to powiedział, to oni już mu nic zarzucić nie mogą. Reszta - jak powiada stratfordzki dramaturg - jest milczeniem. Milczeniem, czyli stanem, w którym nie trzeba się zastanawiać ani nad deklinacją, ani nad wymową.

GODNIE

Każdemu zdarzają się literówki, a niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy w życiu nie popełnił błędu ortograficznego w szkolnym dyktandzie. Polska ortografia pełna jest zasadzek i innych niemiłych niespodzianek. Szczególnie podstępne bywają nazwiska. Nawet tak proste i pospolite nazwisko jak moje przekręcano niekiedy w prasie, nazywając mnie Rubinkiem lub nawet Rabinkiem (co brzmiało jak triumfalne odkrycie tropicieli tzw. prawdziwych nazwisk i pochodzenia). Proszę sobie zatem wyobrazić, jak gigantycznym wyzwaniem musi być nazwisko Róży Thun und Hohenstein i jak wiele można w nim zrobić błędów. Właściwie tylko imię ma nasza europosłanka proste. No, może nie dla przedszkolaków, ale już w pierwszej klasie między innymi na słowie "róża" uczymy się pisać w zeszycie w linie. Dzięki temu zapamiętujemy pisownię tego wyrazu na całe życie (w przeciwieństwie do słowa "Thun", nie mówiąc już o "Hohenstein"). Owszem, istnieje zaburzenie w nauce pisania zwane dysortografią. Trudno jest je całkowicie skorygować, zwykle więc ludzie, którzy na nie cierpią, mają zamkniętą drogę do takich zawodów, w których ważna jest umiejętność poprawnego pisania, np. w sekretariatach. Wyjątkiem okazał się sekretariat marszałkini Sejmu Elżbiety Witek, który zatrudnił osobę cierpiącą na dysortografię. Decyzję o zatrudnieniu takiej osoby należy pochwalić. Inne sekretariaty odrzuciłyby zapewne podanie o pracę kogoś takiego i byłoby to działanie wykluczające. Sekretariat marszałkini okazał się wspaniałomyślnie otwarty dla ludzi, którym pracę znaleźć nie jest łatwo. Apeluję do pani europosłanki Róży Thun und Hohenstein, która otrzymała z rzeczonego sekretariatu zaproszenie jako "Ruża", by powściągnęła złośliwości, przełknęła gorzkie upokorzenie i doceniła inkluzywne praktyki przy zatrudnianiu pracowników administracji publicznej. Europo, bierz z nas przykład!

Zostawmy już "Rużę" w spokoju. Wspomnijmy za to wypowiedź przewodniczącego Rady Miasta Tuchów, które to miasto nie otrzyma unijnych grantów dla miast partnerskich, ponieważ przyjęło uchwałę o tzw. strefie wolnej od LGBT. Ów przewodniczący skomentował tę decyzję, mówiąc, że patrzy na takie działania UE z politowaniem i że bardziej zaszkodzą one Unii niż Polsce: "Można żyć biednie, ale godnie i zachować twarz" - dodał w rozmowie z portalem naTemat.pl. Od tego stwierdzenia bije szlachetność, troska o zwykłego mieszkańca miasta i jego sytuację materialną, ale i jeszcze większa troska o to, czego za unijne srebrniki kupić się nie da: czystość moralną, chrześcijańskie wartości, niezłomność. Dobitniej mówił o tym wójt Tuszowa Narodowego (także ogłoszonego strefą wolną od LGBT): "Rozumiem, że [samorządy] miałyby się wyrzec Pana Boga i własnych wartości, wtedy dostaną pieniądze? Mam nadzieję, że nie sprzedadzą własnego sumienia za pieniądze". Ten sam wójt w liście otwartym do Rzecznika Praw Obywatelskich pisał: "Wycofanie stanowiska o przeciwdziałaniu ideologii LGBT oznaczałoby opowiedzenie się po stronie tęczowej zarazy, jaką jest wspomniana diaboliczna ideologia, i wyrażenie zgody na demoralizację". Określenie "tęczowa zaraza", wprowadzone do języka publicznego przez arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, jak widać, się przyjęło, mnie jednak najbardziej nurtuje godność, o której wspomniał samorządowiec z Tuchowa. Według Arystotelesa godność jest cnotą ujmowaną jako "złoty środek między wadami zarozumialstwa i służalczości". Co jednak nie znaczy, że należy się wówczas zbliżać do innych wad, jak na przykład niechrześcijańskiej skłonności do wykluczania, dehumanizowania i demonizowania całych grup społecznych. O to Arystotelesowi z pewnością nie chodziło.

OSIEM GWIAZDEK

Wiktor Szkłowski, wybitny rosyjski teoretyk literatury, współtwórca formalizmu w badaniach literackich, wprowadził do nauki pojęcie chwytu. Chwyt to najczęściej jakiś środek stylistyczny lub sposób prowadzenia narracji, który wywołuje w nas zdziwienie, zatrzymuje na chwilę naszą percepcję, przyciąga uwagę, powoduje, że zauważamy formę wypowiedzi. Język, na powierzchni którego pojawiają się chwyty, nie jest jak powietrze lub przezroczysta szyba - w chwili dostrzeżenia chwytu zaczynamy sobie zdawać sprawę z materialności samego języka. Bywają także tzw. chwyty minusowe, które działają dzięki temu, że jakaś utarta fraza, jakiś zwyczajowy zwrot, środek stylistyczny, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, zostają czegoś pozbawione. Dziwi nas brak jakiegoś elementu, czegoś, co zawsze tam było, a teraz pustka po nim zatrzymuje naszą percepcję. I działa jak chwyt.

Podobny zabieg opisuje starożytna retoryka. W repertuarze figur dialektycznych wymienianych przez Kwintyliana znaleźć bowiem możemy praeteritio, czyli figurę polegającą na pominięciu czegoś, ale zarazem zaznaczeniu, że coś zostało pominięte. Można ją stosować, mówiąc: "Nie będę wspominał o tym, że PiS niszczy demokrację w Polsce", a więc deklarując, że czegoś się nie powie, jednak to mówić. Można także zrobić aluzję, puścić oko, dać do zrozumienia, że czegoś nie będzie się mówiło, bo nie wypada mówić tego wprost, albo jest to zbyt wulgarne lub po prostu zbyt oczywiste, by mówić to publicznie, ale domyślny odbiorca zrozumie, o co chodziło.

Za komuny funkcjonował taki dowcip: ktoś rozrzucał ulotki w Moskwie na placu Czerwonym. Natychmiast zainteresowało się nim KGB. Ulotki okazały się pustymi kartkami. Kiedy go zapytano, dlaczego są puste, odpowiedział: "Po co cokolwiek na nich drukować? Przecież wszyscy i tak wiedzą, o co chodzi!".

W mediach społecznościowych zaroiło się od wpisów składających się z ośmiu gwiazdek: ***** ***. Inicjatorem tych wpisów jest Ruch Ośmiu Gwiazd. Gwiazdka w internetowym języku jest formą autocenzury, gdy obawiamy się, że administrator strony usunie nasz wpis, uznając go za naruszający jakieś zasady. Gwiazdką zastępuje się kilka liter, nigdy jednak całego słowa czy zdania, bo przecież grozi to całkowitym niezrozumieniem. No chyba że zna się reguły gry i wie, że pod ośmioma gwiazdkami ukrywa się hasło: "Jebać PiS". Jeśli się reguł nie zna, to pod kartką z ośmioma gwiazdkami można się nawet podpisać, jak to uczynił kandydat na prezydenta z ramienia PiS. Oto zresztą podręcznikowy przykład trollingu.

Osiem gwiazdek opanowało połowę polskiego internetu w czasie ciszy wyborczej, bo to przecież chwyt wręcz stworzony na czas, w którym nie wolno agitować ani za, ani przeciw konkretnym kandydatom. Dając wyraz (choć go przecież jawnie nie dając) swojej frustracji i złości na to, co robi w naszym kraju partia rządząca, ludzie wrzucali na Facebook zdjęcia ośmiu jajek w tzw. wytłaczankach, ośmiu truskawek, ośmiu ziaren bobu i innych sezonowych warzyw i owoców, także ośmiu z dwunastu gwiazdek na fladze Unii Europejskiej, ośmiu tyłem ustawionych kotków, ośmiu kwiatków podlewanych przez Reksia czy ośmiu wielkich gwiazd zamiast napisu "Hollywood". Ale moim zdaniem największą inwencją wykazał się mój znajomy pisarz i rysownik, który w wyborczą niedzielę rano napisał na Facebooku niewinne: "DZIEŃ DOB". Kwintylian i Szkłowski byliby pod wrażeniem.

 

[...]