1. Wyjście z pieczary
Ciemność, jasność, znowu ciemność!
Przelatujące z zawrotną szybkością obrazy, których nie sposób rozpoznać,
wrażenia, których nie udaje się posmakować. Pęd, trwanie, szaleństwo,
ciepło, zimno, głód, ból. Czasem wydawało mi się, że jestem rybą w głębinach, kiedy indziej płazem pełzającym po ziemi, tylko nie byłem w stanie zastanowić się nad tym. Czułem się jak kaleka po wylewie lub
starzec w ostatnim stadium Alzheimera. Nie wiedziałem, kim jestem, co
się ze mną dzieje, czułem tylko, że żyję. A może nie żyłem, choć to, co
się ze mną działo, było całkowitym zaprzeczeniem wyobrażenia o śmierci?
Wreszcie, po przepłynięciu czegoś, co zdawało się być oceanem czasu -
nie miałem zresztą pojęcia, co to czas, a tym bardziej ocean - obłąkany
prąd zwolnił i wyrzucił mnie ze swego nurtu. Albo inaczej - wszystko się
zatrzymało w przedziwnej stop-klatce, jeśli do absolutnej ciemności
pasuje słowo stop-klatka.
Poczułem dojmujące ciepło i rozpalającą mnie od środka głowy jasność.
I usłyszałem głos w języku nieokreślonym, w którym musiały być zawarte
wszystkie języki świata.
- Jesteś?
- Jestem!
- Więc idź dalej!
Wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, że właśnie zostałem stworzony.
Nagle szeroką panoramą rozwinął mi się w mózgu słynny fresk Michała
Anioła z dłonią Boga wysuniętą w stronę Adama...
Tyle że jedyne co mi wtedy przyszło do głowy, to że śnię. I że trzeba
się obudzić!
- No, Aldo, wstawaj!
Jako dziecko miewałem podobne sny rozgrywające się w mroku. Wam zapewne
też się przydarzały. Scenariusze bywają podobne - oto znajdujemy się w wielkim, zagraconym pomieszczeniu, dookoła panuje absolutny mrok, a my
potykamy się o rozmaite sprzęty, których przeznaczenia nie sposób
rozpoznać. Czujemy narastającą grozę i pragniemy, żeby to się wreszcie
skończyło.
Jednakże w snach małego Aldo nigdy nie było kompletnej ciemności -
zawsze paliła się mała czerwona lampka niczym w ciemni fotograficznej.
Tym razem jednak nie świeciło się nic. Krążąc w całkowitym mroku, nie
trafiałem na żadne znajome sprzęty, jedynie na skalne ściany i kamienie
pod bosymi stopami... Bałem się. Z moich ust, dziwnie zasznurowanych,
choć niezupełnie szczelnie, wydobywały się dźwięk zbliżone do płaczu.
Gdzie i kim jestem, skąd się wziąłem? Zamiast pamięci ziała próżnia
doskonała.
Znów strach powrócił ze wzmożoną siłą - a jeśli tak wygląda śmierć?
Niespodziewanie z mroku wyłoniła się ręka, drobna, ale silna, chropawa,
o połamanych paznokciach przypominających szpony. Przestraszyłem się
jeszcze bardziej. A jednocześnie poczułem płynący z niej potok ciepła i dobra. Ręka owa pociągnęła mnie zdecydowanie. Po paru krokach świat
przede mną z lekka poszarzał. Nie opierałem się, poszliśmy razem ku
światłu, zrazu bardzo odległemu i słabemu, potem, z każdym stąpnięciem,
zyskującemu na mocy. Zorientowałem się, że jestem w jaskini i po
kamienistym podłożu podążam ku wyjściu. Na niezapisanej tablicy mózgu
zaczęły mi się pojawiać pojęcia: "pieczara", "światło", "mama". Ciekawe,
chociaż wszystkie te pojęcia były mi doskonale znane, nie potrafiłem
wyrazić ich słowami.
Jakoś do głowy mi nie przyszło, że jeszcze nie nauczyłem się mówić.
Nie minęło wiele czasu, a już stanąłem niepewnie na skalnej półce.
Przede mną rozciągała się rozległa, trawiasta dolina okolona intensywnie
zielonymi wzgórzami. Natychmiast przypomniały mi się rezerwaty Kenii lub
Tanzanii odwiedzone podczas safari w 1998 roku.
Równocześnie w moje nozdrza, dotąd przytkane jaskiniowym zaduchem,
uderzył nowy zapach, niesiony rzeźwiącym wiatrem, zapach pełen woni
ziół, wilgoci, pomieszany z tysiącem innych, nieznanych aromatów.
Tymczasem moje oczy przyzwyczaiły się do światła i wnet jasność wydała
mi się dość blada, niepełna... Ale już niebo nad wzgórzami poczęło
przybierać niepowtarzalną łososiową barwę. Jeszcze chwila, a wyłoniła
się słoneczna kula, oświetlając całą szeroką dolinę, której harmonii nie
mąciła żadna asfaltowa droga, wieża przekaźnikowa telefonii komórkowej
czy słupy wysokiego napięcia.
Spojrzałem z ukosa na moją opiekunkę i przeraziłem się. Istota, która
wyprowadziła mnie na światło dnia, okryta częściowo sierścią, kudłata,
przypominała wielką, stojąca pewnie na dwóch nogach małpę. Choć chyba
już nią nie była. Twarz miała jasnoczekoladową, nieomal ludzką,
rozświetloną przez rozumne oczy. Wyglądała jak młodsza siostra pramatki
Lucy, którą widziałem kiedyś w muzeum w Addis Abebie. Musiała być
olbrzymką, a może po prostu ja zmalałem, bo sięgałem jej ledwie do pasa.
Nie znając jej zamiarów, chciałem wyszarpnąć swoją rękę, ale nie byłem w stanie wykonać ruchu, za to wydałem jakiś okropny nieartykułowany
skrzek, który chyba nie został prawidło zrozumiany - olbrzymka uniosła
mnie w górę i wetknęła ogromne pomarszczone wymię w moje usta. Chciałem
zaprotestować, ale byłem straszliwie głodny, a jej mleko już po chwili
wydało mi się napojem bogów.
Tymczasem z jaskini dobiegł mnie pomruk. Powinienem się przerazić, ale
ssałem w najlepsze. Karmiąc mnie, istota usunęła się nieco, aby nie
zagradzać wejścia. Wnet na zewnątrz wygramolił się samiec - wielki,
jeszcze bardziej kosmaty i kompletnie nagi, o okrutnym pysku King Konga.
Na szczęście zdawał się całkowicie nas ignorować. Całą uwagę skupił na
wschodzącym słońcu. Na jego dzikim obliczu pojawiło się coś łagodnego,
nieomal ludzkiego. Schylił się pokornie przed wznoszącą się tarczą, a potem padł na twarz. Karmicielka przysłoniła mi oczy, by ochronić wzrok
przed promieniami słonecznymi, a potem upadliśmy razem. Przemknęła mi
myśl, że w ten sposób człekokształtne prymitywy oddają cześć Temu,
którego istoty nie ogarniają, choć są przekonane, że istnieje... Lekko
unosząc głowę, mogłem przyglądać się sawannie nabierającej pełni barw.
Jeśli idzie o rozmaitość i obfitość zwierzyny, przypominała biblijny
raj. Kiedy wstaliśmy, matka pociągnęła mnie w stronę pobliskiego stawu,
a właściwie trochę większej kałuży zlokalizowanej w zagłębieniu skalnym.
Zanim zaczęliśmy żłopać wodę, zobaczyłem moją twarz, a może powinienem
powiedzieć: mordę. Jak błyskawica przeszyła mnie myśl, że tak musieliśmy
wyglądać milion, a może więcej lat temu. Wrażenie spojrzenia prosto w twarz swego praprapraprzodka było tak dojmujące, że powinienem się
obudzić. Ale nie mogłem.
Mówi się, że śmierć jest snem nieprzespanym. Nie wiem, po drugiej
stronie byłem wprawdzie dość długo, ale tylko jedną nogą. Poczynając od
owego zadziwiającego poranku na skalnej półce przeżyłem tysiące takich
snów, przechodzących z jednego w drugi niczym wąż połykający kolejnego
węża, a mimo to nie zbliżyłem się nawet do progu wielkiej tajemnicy
niebytu. Cały czas zdawałem sobie sprawę, że śnię, chociaż nie miałem
pojęcia, czy i kiedy się obudzę.
Owe dość realistyczne rojenia różniły się zdecydowanie od wszystkich
świadectw, z jakimi zdarzyło mi się zetknąć. Rozmaici osobnicy wyrywani
z objęć śmierci klinicznej mówili, że w momencie gdy dochodzili do
krawędzi nieistnienia, doświadczali wrażenia oglądu całego swego życia.
U mnie następowało coś zdumiewającego - zamiast obrazków z dzieciństwa
czy młodości Aldo Gurbianiego oglądałem swoją historię prenatalną. I to
sięgającą początków naszego gatunku. W dodatku nie z perspektywy
aktywnego uczestnika, tylko, jak to w snach bywa, bezradnego
obserwatora, osobnika mocno zanurzonego w ciele istoty z zamierzchłej
epoki, a jednocześnie nieposiadającego nad nim żadnej kontroli. Z jaźnią
mego "nosiciela" miałem mniejszy kontakt niż pasażer wycieczkowca z mostkiem kapitańskim. Mogłem obserwować, doznawać podobnych jak on
wrażeń zmysłowych, bez żadnego wpływu na jego czyny i myśli. Ot, mucha w bursztynie. Tyle, że mucha wiecznie żywa!
Początkowo miałem koncepcję, że mój przeżarty nowotworem mózg po prostu
miesza i generuje fabuły z bazy danych nagromadzonych latami, tasuje
mniej lub bardziej przypadkowo obrazy i doświadczenia wyniesione z filmów i książek.
Ale jak wytłumaczyć to, że widziałem miejsca i przeżywałem zdarzenia, o których wcześniej nawet nie czytałem? To, co działo się ze mną od chwili
wyjścia z jaskini, sprawiało pozory fragmentów autentycznego życia
odtwarzanych na magnetowidzie. Bardzo krótko łudziłem się, że sen szybko
minie - trwał i wydawało się, że będzie się ciągnął w nieskończoność. W dodatku śniłem zaskakująco realistycznie - z zachowaniem konsekwencji,
logiki i prawdopodobieństwa. Zwyczajne sny zawierają sporo materii
onirycznej, mgły, chaotycznego niedookreślenia, tymczasem przede mną
otwierały się wspomnienia sięgające pradziejów, nadzwyczaj żywe, z uwzględnieniem smaku, dotyku, zapachu i nasyceniem barw godnych
hollywoodzkiej taśmy filmowej lub cyfrówki najnowszej generacji.
Początkowo sądziłem, że moja podróż w czasie jest przypadkiem
jednorazowym. Myliłem się. Moja wizyta w przeszłości nie skończyła się
pierwszego, drugiego ani następnego dnia. Nie urwała się po miesiącu ani
po roku. Całe szczęście, że nie śniłem wszystkiego. Wydaje mi się, że
przeżywałem wyłącznie niektóre, bardziej traumatyczne epizody, jakby
wypreparowane z całej szarej egzystencji, z pominięciem tego, co
najwyraźniej nie odłożyło się w mej pamięci.
Naturalnie próbowałem analizować to, co się ze mną działo, przypomniałem
sobie, kim jestem (Aldo Gurbiani, lat 65, rasy białej, heteroseksualny).
Zdawałem sobie też sprawę, że dobrowolnie dałem się wprowadzić w stan
hibernacji. Prawdopodobnie na lata. Jedyną możliwą, trudną do
zaakceptowania, ale nieuchronnie nasuwającą się hipotezą było, że
przeżywam ponownie realne zdarzenia, które kiedyś naprawdę się
wydarzyły. Mnie, a może innym przedstawicielom ludzkiego gatunku? Swego
czasu zetknąłem się z teorią, że pamięć gatunkowa zapisana w genach
właściwa jest wszelkim stworzeniom żywym, przy czym w wypadku człowieka
jest ona rozwinięta w najwyższym stopniu, choć na co dzień przeważnie
zablokowana. Słyszałem o ludziach, którzy przypominali sobie swe
wcześniejsze wcielenia, a i mnie samemu zdarzało się przeżywać historie
z przeszłości. Tym razem jednak zderzałem się z czymś o wiele bardziej
nieprawdopodobnym - z pamięcią genetyczną rozpostartą na przestrzeni
całych dziejów.
Jak to się dokonywało i czy możliwe było, by drobina materii zawarta w jednym plemniku, czy może jaju, była zdolna przenosić informacje nie
tylko o organizmie, ale o wiekach osobniczych doświadczeń?
Andy Spinelli, mój młody asystent, (25 lat, po doktoracie) tłumaczył mi
swego czasu "cybernetyczną teorię duszy". Twierdził, że w indywidualnym
kodzie genetycznym zawarte są specyficzne "zaczepy", pozwalające się
łączyć z trudnym do ogarnięcia wymiarem ducha, skąd mniej lub bardziej
bezwiednie czerpiemy nawyki, odruchy, ale również wspomnienia.
- Moim zdaniem przypomina to wirtualną chmurę ze świata komputerowego.
- Ciekawa teoria, szkoda, że nie do udowodnienia - mówiłem Andy'emu,
który, zwinnie poruszając się na swym wózku inwalidzkim, zataczał wokół
mnie coraz węższe kółka na podobieństwo natrętnej muchy.
- Ktoś kiedyś ją udowodni - odpowiadał z niezmąconą pewnością. - Powiada
przecież Pismo: "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli".
Tymczasem czas płynął, a ilość niewiadomych przewyższała te nieliczne
wiadome. Nie miałem pojęcia, jak długa będzie moja podróż. Zorientowałem
się wprawdzie, że sen ma charakter chronologiczny, ale czy wynikał z tego jakiś głębszy sens? Tak samo nie udało mi się dociec, czy mogłem
oglądać wspomnienia dla biografii mych przodków najważniejsze,
najmocniej utrwalone, czy też dobrane przez Najwyższego Reżysera według
jakiegoś tylko dla niego wiadomego klucza? Najbardziej przypominało to
przeglądanie rodzinnych albumów, zatrzymywanie się na określonych
stronach, chociaż zawsze w kolejności zdarzeń.
Sny bywały różnej długości. Niektóre przypominały błysk flesza, inne
wydawały się nie kończyć, stwarzając wrażenie, że przeżywam całe życie.
Inna sprawa, że przeważały te krótsze, pełne negatywnych doznań:
strachu, głodu, bólu i zimna. Najwięcej było strachu! Ciężko przeżyłem
trzęsienie ziemi, które przysypało naszą jaskinię, walkę z wielkim
szablozębym tygrysem i wielką powódź nieuchronnie przywodzącą na myśl
biblijny potop. Wielokrotnie otarłem się o śmierć, przy czym
doświadczeniem zupełnie wyjątkowym była ucieczka przed nacierającym w zawrotnym tempem pożarem sawanny, kiedy przekonany byłem o nieuchronnej
śmierci. Przeżyłem z garstką mych współplemieńców, wskakując w ostatnim
momencie do niewielkiego stawu, który ostał się wśród ogniowej burzy.
Oczywiście starałem się ustalić zarówno czas, jak i miejsce, w którym
się znalazłem, - wiele wskazywało na północno-wschodnią Afrykę, może
Erytreę, ale biorąc pod uwagę przemiany klimatyczne zachodzące w świecie, mogło to być równie dobrze każde inne miejsce blisko zwrotnika
Raka. Patrząc w niebo, widywałem bowiem gwiazdozbiory niewątpliwie
przynależne do północnego nieba, a klimat prawie przez okrągły rok był
ciepły, temperatura powietrza zmieniała się nieco w porze ciepłej i suchej. A przecież wiedziałem, że musi przyjść ochłodzenie, gdzieś na
północy rosły lodowce... Jeśli dotrą do nas, nie bardzo wiedziałem, jak
mielibyśmy przetrwać. Bez ognia, bez ciepłych ubrań. A ja w żaden sposób
nie mogłem im pomóc - zero kontaktu! Jeszcze trudniej byłoby mi
określić, w czyim ciele się znajdowałem. Nigdy nie interesowałem się
paleontologią, toteż nie potrafiłbym wskazać różnic dzielących choćby
gatunek homo erctus od homo sapiens. Łatwiej przyszło mi zrozumieć,
czemu pierwszy zapamiętany sen przypadł na wczesną epokę kamienną, a nie
było mi dane w pełni przeżyć wspomnień bardziej odległych przodków, z trylobitami, dinozaurami i pramałpiatkami włącznie. Wygląda na to, że
ewolucja w wydaniu, w jakim przedstawiają ją darwiniści, jest hipotezą w dużym stopniu chybioną. A moja (i mego nosiciela) świadomość narodziła
się nagle, w wyniku nadprzyrodzonej ingerencji, podczas owego
tajemniczego kontaktu w jaskini.
Takich pytań miałem bardzo wiele, niestety nie mogłem niczego sprawdzić
doświadczalnie.
Z owego pierwszych odcinka snu najbardziej istotna okazała się sprawa
mego genetycznego przetrwania, z czym nierozerwalnie łączyła się kwestia
seksu. Daleka od jakiegokolwiek romantyzmu. Stadem niepodzielnie władał
stary samiec, ojciec wszechwładny, zazdrosny pan kilkunastu kobiet
uległych i niezwykle wobec niego bojaźliwych. Krył je dość regularnie,
choć gdy już zaspokoił swe żądze, szedł spać dopuszczając swych
totumfackich, także starszych synów, co samicom nie robiło, jak się
wydawało, większej różnicy.
Mój pierwszy "nosiciel", nawet kiedy podrósł, nie należał do tego kręgu
- na tle rówieśników wydawał się drobny, niewysoki, nieśmiały, toteż po
wejściu w wiek dojrzewania chodził non stop z obrzękłymi jądrami, dając
upust swym chuciom samodzielnie bądź w zabawach z kolegami. Coraz
częściej martwiłem się, czy i jak przekaże swoje geny dalej? Okazało
się, że przypadkiem. Kiedy patriarcha, ranny w starciu z niedźwiedziem,
wyzionął ducha, w stadzie rozegrała się krótka walka o przywództwo.
Rywalizowało kilku samców, ale walkę, o dziwo, wygrał jeden z młodszych
synów, z wyglądu ewidentny małpolud, za to siłacz jakich mało. Nowy wódz
nie zadowolił się wyłącznie satysfakcją - dwóch najsilniejszych rywali
wypędził, a wśród reszty ustalił "kolejność dziobania" w swoim haremie.
Zajmowałem w nim pozycję jedenastą albo dwunastą. Dobre i to. Stało się
praktyką, ze kiedy herszt, zaspokoiwszy żądze, szedł spać, do samic
dorywali się inni, czekający w kolejce. Którejś nocy i memu przodkowi
udało się wreszcie dopaść jednej z młodych kosmatek. Przypuszczam, że
właśnie wtedy rozpoczęła się moja historia rodzinna. Pewności nie mam,
albowiem ten etap mych wspomnień skończył się w momencie osiągnięcia
przeze mnie orgazmu. Ogarnął mnie mrok.
W następnym śnie, stanowiącym znacznie dalszą sekwencję mego rodowodu,
byłem już kimś innym - synem, wnukiem, a może praprawnukiem patriarchy,
nie jestem w stanie stwierdzić autorytatywnie czy minęły
dziesięciolecia, czy tysiąclecia, w każdym razie nie poznawałem nikogo z hordy.
Z bliżej niejasnych powodów opuściliśmy jaskinie i gnieździliśmy się na
podmokłych kępach wśród trzęsawisk, na których wprawdzie nie brakowało
pożywienia, ale również wszelakich pasożytów. Gdybym mógł jakoś
porozumieć się z moim nosicielem, wyperswadowałbym mu niezdrową
lokalizację, ale mogłem jedynie obserwować, jak błotne gorączki i krokodyle czynią spustoszenie wśród moich współbraci. W każdym razie na
mokradłach przeżyłem kilkanaście lat uprawiając zbieractwo, a gdy
ostateczny pomór zabił większość dojrzałych mężczyzn, przejąłem rolę
rozpłodowca i pozycję przywódcy stada. Nie nacieszyłem się swoją funkcją
długo - po którymś przekazaniu materiału genetycznego nastąpił kolejny
przeskok czasowy. Chyba dość spory. Klimat odmienił się ostatecznie,
nasze stado zamieszkiwało teraz duszny deszczowy las pełen licznych
zagrożeń, a zwłaszcza wielkich niebezpiecznych kotów, chociaż działając
w grupie, udawało się stawiać im czoła. Obok kamieni w użytku były
drewniane dzidy. Sypialiśmy przeważnie w szałasach zlokalizowanych na
podobieństwo ptasich gniazd na drzewach, chociaż i tak nie było sezonu,
żeby któregoś z młodych nie porwał lampart.
Pokolenia odchodziły za pokoleniami. Zastanawiałem się, czy za którymś
razem znajdę się w ciele niewiasty, doświadczając doznań kompletnie
niedostępnych dla facetów. Ale niestety, w swej długiej jak się miało
okazać historii, nigdy mi się to nie przydarzyło, co dowodzi, że pamięć
genetyczna jest przenoszona wyłącznie w linii męskiej. Jednak jakoś
szczególnie nie żałowałem tego ograniczenia. Przez całe tysiąclecia
bycie niewiastą wiązało się nie tyle z rzadkimi i bardzo krótkimi
okresami radości, co z mnóstwem kłopotów, bólu i wysiłku nieznanych
współczesnym feministkom. Zajmowanie się dzieciakami, doglądanie ognia,
którego długo jeszcze nie potrafiono samodzielnie krzesać, a pieczołowicie przechowywano jak skarb podkradziony bogom, których piorun
ugodził w wyschnięte drzewo, bezwzględne uleganie męskim zachciankom,
czyli seks pozbawiony jakichkolwiek uczuć, a przeważnie również
przyjemności - tego nie da się zazdrościć.
Trzeba też było nie lada cierpliwości, aby kibicować postępowi naszego
gatunku. Najprostsze wynalazki potrzebowały tysiącleci prób i błędów, a niekiedy bywało, że zostawały zapomniane.
Ileż furii wywoływały we mnie jałowe zabiegi rozniecania ognia. Nie
pomnę, ile razy wołałem daremnie do mego praprzodka: - Poszukaj
krzemienia, durniu!
Jednak odzewu nie było! Odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne tak samo
jak mój nosiciel, ale myśli nie byłem w stanie przeniknąć. Mogłem je co
najwyżej odgadywać na podstawie napięcia mięśni, przełykania śliny,
mrugania oczami, pocenia się, czy przyspieszonego bicia serca.
Tymczasem sny następowały jedne po drugich. Czasem działy się w rodzinie, która starzała się na mych oczach, kiedy indziej rozmiar
przeskoku był niemożliwy do oceny. Wydarzenia przesuwały się jak w fotoplastykonie (pamiętam takie urządzenie z wczesnego dzieciństwa),
atakując swą różnorodnością, chociaż zdołałem zarejestrować tylko te
najważniejsze, najbardziej oryginalne.
Przeważały doświadczenia najprostsze - niekończące się wędrówki,
przeplatające się okresy głodu i rozleniwiającej sytości, czasem
rozkoszna odmiana związana z kąpielą w gorących źródłach, skąd niestety
przegoniły nas niedźwiedzie. Co do polowań bywało różnie - niekiedy my
polowaliśmy całą hordą, a niekiedy drapieżniki polowały na nas. Zwykle
po zakończeniu łowów solidarność łowiecka pękała, zwłaszcza w okresach
kryzysu przywództwa (co bywało dosyć częste), i dochodziło do haniebnych
potyczek o lepsze kąski. Dla samic i dzieci niezmiennie pozostawały te
gorsze. Na szczęście utarczki kończyły się przeważnie na powierzchownych
ranach i ogólnych potłuczeniach.
Czas płynął, a ja oglądałem naszą historię, rejestrując jak wchodzą do
użytku pierwsze okrycia ze skór, nieodzowne w związku z oziębieniem
klimatu, i coraz doskonalsze narzędzia z kamienia - tłuki, skrobaki,
siekierki i noże. Jak już wspominałem, żadną miarą nie byłem w stanie
przyspieszyć ewolucyjnego procesu ani pomóc swoją współczesną wiedzą mym
paleolitycznym przodkom. Co nie znaczy, że nie odczuwałem emocji i dumy,
gdy wreszcie udało się im skonstruować pierwszy oszczep, pierwszy łuk,
czy ulepić pierwszy garnek. Zachwycało mnie też, jak na wpół zwierzęce
gwizdy, syki, piski i pohukiwania zaczęły przemieniać się w coraz
bardziej modulowaną mowę. I co najważniejsze, że dzięki niej możliwe
stało się przekazywanie nabytych doświadczeń kolejnym generacjom. Warto
dodać, że w każdym kolejnym śnie, oddzielonym nierzadko stuleciami mroku
od poprzedniego, musiałem od nowa uczyć się ewoluującej, coraz bardziej
urozmaiconej mowy współplemieńców.
Moi przodkowie rozwijali się bardzo wolno, ale nieustannie. Posługiwanie
się narzędziami oraz mowa coraz bardziej odróżniały ich od świata
zwierząt, a te różnice pogłębiły się, gdy jeden z mych protoplastów
odkrył wielką nieobecną - miłość.
W onym czasie klimat po okresie znacznego ochłodzenia znów wyraźnie się
ocieplił, opuściliśmy niegościnne pustkowia, wychodząc na sawannę bogatą
w zwierzynę, jadalne owoce i nasiona traw. Jedynym towarem deficytowym
bywała, gdy nastawała pora suszy, woda. Kiedy jedyna znaczna rzeka w okolicy zamieniła się w wąską strugę, mogłem obserwować, jak gromadzą
się przy niej stadami wszelkie gatunki zwierząt w przedziwnym rozejmie.
Jak piją wedle ustalonej hierarchii czworonogi większe i mniejsze,
drapieżne i roślinożerne, przy czym słonie, nosorożce, bawoły zdawały
się pilnować panującego ładu.
Ten szczególny "pokój Boży" trwał jedynie do zmroku, po którym zgodna
dotąd społeczność zwierzęca odchodziła od wodopoju i rozpraszała się, a ludzie kryli się za kolczastą palisadą wokół ognisk, nasłuchując jak na
zewnątrz, w lepkim mroku zaczynają się dziać rzeczy straszne, na co
wskazywały ryki wielkich kotów i zawodzenie hien. Ostatecznym dowodem
tragedii były rankiem stada sępów, ciągnące w kierunku świeżego ścierwa.
Naturalnie nikomu z naszego stadka nie przychodziło do głowy wyściubiać
łba poza solidny płot z kolczastych krzewów. Co prawda, największa nawet
ostrożność nie gwarantowała pełnego bezpieczeństwa. Zwłaszcza jeśli
kogoś dopadał po prostu pech. Takie nieszczęście przydarzyło się
szczepowi z północnego wschodu, składającego się z ludzi drobnych, o nieco jaśniejszej skórze od nas. W środku dnia spotkali się z potężnym
lwem. Ludojadem! Zawsze ostrzegano nas przed takimi osobnikami z przetrąconą psychiką - przeważnie za młodu odpędzonym od stada.
Popularna opowieść głosiła, że osobniki takie, gdy dorosły, stawały się
inkarnacją demonów. Obojętne jednak, co siedziało w lwie, naszym
pobratymcom przyszło stoczyć ciężką walkę na śmierć i życie z bestią o rozmiarach rosłego cielaka
Walka ostatecznie okazała się zwycięska, ale została okupiona śmiercią
ojca rodu i ciężkimi ranami kilku innych mężczyzn. Jakimś sposobem wieść
o tym wydarzeniu dotarła na nasze terytorium i skłoniła do podjęcia
niestandardowych działań
Mój kolejny nosiciel, noszący imię Uzzu, był wtedy ledwie niedorostkiem,
toteż nie uczestniczył w procesie decyzyjnym. Musiał jednak zaakceptować
postanowienie starszych i aktywnie przystąpić do jego realizacji.
Była to pierwsza wojna, w której przyszło mi uczestniczyć, a właściwie
jednostronny akt brutalnej agresji. Nasz szczep po krótkiej,
nieszczególnie krwawej utarczce, zagarnął pod swą pieczę liczące
kilkadziesiąt osób stado "beżowych" o jasnych oczach. Dorosłych mężczyzn
pogoniono; jeden wyjątkowo czupurny młodzian, który nie chciał
skapitulować, zginął, a kobiety i dzieci zostały wcielone do naszej
rodziny - czytaj haremu wodza! Powinienem przyzwyczaić się do tego stanu
rzeczy - okrucieństwo, gwałt, zabijanie były czymś normalnym w tamtych
epokach. Choć stykałem się również z empatią, z rozpaczą matek i ojców,
gdy ginęło ich potomstwo, z objawami przyjaźni, a także przywiązania.
Zapamiętałem tę paradę jeńców, przepędzonych wokół naszego ogniska -
pierwocinę rzymskich triumfów czy sowieckiej defilady zwycięstwa. Na
czele niesiono ciało poległego, za którym reszta postępowała w milczeniu, jeśli nie liczyć pochlipywania siostry bojownika, pierwowzoru
wszystkich przyszłych Antygon.
Aya, bo tak ją zwano, była wtedy jedynie trochę większą, przestraszoną
dziewczynką, ale nie tylko jej szlochy, jasna karnacja i błękitne oczy
zwróciły uwagę Uzzu (a przy okazji również mnie!). Kiedy pochód
zatrzymał się wśród naszych szałasów, przerażona wodziła dookoła
wzrokiem i ich spojrzenia na moment spotkały się... To coś, co w nim
zagrało, co poczułem i ja, było czymś mocniejszym niż pożądliwy dreszcz
w lędźwiach. Przypominało raczej upadek drobiny żaru na wyschniętą
hubkę. Prawie równocześnie z zauroczeniem pojawiła się gorycz. Było
przecież oczywiste, że najpóźniej za kilkanaście księżyców nasz
przywódca zniewoli to smukłe ciało, rozedrze szczupłe, kształtne jak u młodej antylopy nogi. I nie dokona tego niestety niedorostek Uzzu, który
właśnie zaczynał odkrywać dziwną chorobę przez przyszłe pokolenia
nazwaną miłością.
Nie znałem jego myśli, a przecież rozumiałem doskonale, co się z nim
dzieje, dzieląc wraz z nim nieprzespane noce, uczestnicząc w ukradkowym
podglądaniu dziewczyny i niezliczonych bójkach, toczonych o byle co z rówieśnikami w oczywistym celu zaimponowania długonogiej nimfie.
Aya, mimo swego młodego wieku nie pozostawała obojętna na jego zaloty.
Jako stary erotoman zauważałem lepiej od mego praprzodka dziewczęcą mowę
ciała, jej wilgotniejące oczy i mocno zaciskane uda pocierane o siebie.
Wprawdzie starsze kobiety pilnowały zasad przyzwoitości i hierarchii w stadzie, mając baczenie, by kąsek przeznaczony dla wodza nie trafił
przed czasem w niepowołane ręce, ale przecież nie mogły upilnować
wszystkich przypadkowych dotknięć i otarć.
Młode ciała i dusze lgnęły do siebie intensywnie, mimo że uboga mowa nie
pozwalała na wygłaszanie miłosnych tyrad czy układanie poezji. Uzzu nie
był dotąd istotą krnąbrną i nie sprawiał większych trudności starszym,
ale tym razem jego determinacja rosła z dnia na dzień. W końcu
zdecydowali się na złamanie obowiązujących tabu i rzucenie wyzwania
tradycji.
Ceremonia pokładzin miała się odbyć pół księżyca po pierwszej
miesiączce. Toteż kiedy kobiety zauważyły kropelki krwi pozostawiane
przez Ayę na ścieżce, przygotowania do jej zaślubin z wodzem wkroczyły w decydującą fazę.
Uzzu bał się konsekwencji, ale postanowił nie poddać się losowi. Trzy
dni przed rytualnym świętem, w zagajniku, w którym poszukiwano jadalnych
pędów, udało mu się zamienić kilka zdań z popłakującą dziewczyną.
- Uciekniesz ze mną? - zapytał.
- Choćby na koniec świata!
Teoretycznie ich ucieczka nie miała prawa się udać. Jednak sama przyroda
sprzyjała zakochanym. Lądem nie mogliby ujść daleko - jeśli nie pościg,
dopadłyby ich wrogie plemiona lub drapieżne bestie. Aliści szczególnym
trafem z wiosenną równonocą, po intensywnych deszczach w górach, szeroko
rozlała się ich rzeka. Leniwy strumień stał się nagle potężny, wartki i groźny. Obalał drzewa i porywał zwierzęta. Dwa dni przed planowanym
świętem defloracji, podczas widnej księżycowej nocy, przekradli się na
skraj wody i tam zdecydowali się wskoczyć na jedną z płynących kłód,
postanawiając zdać się na los szczęścia.
Nikt ich nie ścigał, przybierająca rzeka zagrażała samemu istnieniu
osady, toteż mieszkańcy bardziej zajęli się ratowaniem dobytku niż
ściganiem zbiegów, których uznano za zmarłych.
Rwący nurt oddalił ich szybko od rodzinnej wioski, omijając mielizny i wiry. Zanim nastał pierwszy świt, byli daleko! A nawet za daleko. Kiedy
się ocknęli, dookoła rozciągał się bezmiar wody, a brzeg był jedynie
zieloną kreską na horyzoncie.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała Aya.
- Na morzu! - zawołałem bezgłośnie, ale Uzzu tylko bezradnie rozłożył
ręce. Brakowało mu właściwego słowa na określenie tego, co widział.
O istnieniu oceanu ledwie słyszeli, za to szybko przekonali się, że
otaczająca ich słona woda jest niezdatna do picia. Zdani wyłącznie na
morskie prądy, oddalali się coraz bardziej od lądu, z każdym dniem
mocniej przekonani, że czeka ich śmierć. Żucie liści niewiele mogło
pomóc. Szczęściem na drzewie schroniło się kilkanaście drobnych gryzoni,
których krew rekompensowała brak wody, a ciała posłużyły na przynętę dla
ryb. Te również, spożywane na surowo, dostarczały nieco płynu
wycieńczonym organizmom.
Mocno kibicowałem wszystkim poczynaniom Uzzu, przeżywałem jego działania
pełen emocji, chociaż byłem przekonany, że musi mu się udać. Moje
istnienie było wystarczającym dowodem, że nie mógł odejść z tego świata,
nie pozostawiając potomka.
Tymczasem stan zagrożenia nie skłaniał do erotycznych pieszczot. Aya
cały czas obawiała się stoczyć z pnia, zwłaszcza kiedy fale się
podniosły, a drzewem poczęło miotać we wszystkie strony. Uzzu przywiązał
oboje lianami do konarów i rzygając, wzywał bogów Słońca i Księżyca, aby
powstrzymali swój gniew. Sztorm minął dopiero trzeciego dnia nad ranem,
a oni, skrajnie zmęczeni, usnęli wśród połamanych konarów.
Obudziłem się wraz z nim koło południa. Padające pionowo promienie
słońca przebijały przez listowie. Nie czułem ruchu wody, toteż szybko
podniosłem się i zobaczyłem że drzewo ugrzęzło na płyciźnie, a kilkadziesiąt kroków dalej znajduje się piaszczysta plaża, nad którą
unoszą się grzywy palm.
Aya nie umiała pływać i bała się wody, toteż Uzzu wziął ją na ręce i brodząc zanurzony niekiedy po szyję, podążył w stronę brzegu.
Nieznany ląd, jak się okazało całkiem spora wyspa ze skalistym
wzniesieniem w centrum, sprawiał wrażenie bezludne. W dodatku okazał się
niezwykle przyjazny dla młodej pary. Dobry Duch Słońca, bo tak nazywali
siłę, która czuwała nad nimi, pozwolił im znaleźć źródło słodkiej wody,
a nawet nieduży staw, w którym mogli zażywać kąpieli, objawił mnóstwo
smakowitych owoców i jadalne trawy, nadto co dnia dostarczał w nadmiarze
ryb i zamieszkujących ciepłe morze krabów i żółwi, które w porze odpływu
mogli wybierać z szybko schnących kałuż między skałami. Ich wyspa nie
była szczególnie wielka, ale było na niej wszystko, co potrzebne do
życia. Przeżyli na niej ponad rok, dłuższy czas czekając cierpliwie, aż
ich ciała i dusze dojrzeją do zespolenia. Aya była płochliwa jak gazela
i łatwo się gniewała; dotknięta bez przyzwolenia potrafiła dotkliwie
ugryźć, a ślady jej pazurów nieraz znaczyły piersi i ramiona Uzzu, który
z braku jakiegokolwiek doświadczenia nie bardzo wiedział, jak się zabrać
do rzeczy. Cóż, za pierwszym razem nawet dobycie kraba ze skorupy
przysparza wielkich trudności. Ale jak się nie ma co się lubi, a hormony
buzują...? Napalony chłopak, szukając zaspokojenia, posiadł nawet
niedorosłą suczkę szakala, która przybłąkała się do nich. i cierpliwie
czekał, wierząc w odmianę losu.
Tymczasem Aya rosła jak na drożdżach, eksplodowały jej piersi,
zaokrągliły się biodra, a usta coraz bardziej chętne, nabrały smaku
miodu i mleka.
I któregoś dnia spełniło się obopólne marzenie o staniu się jednością.
Pewnego upalnego popołudnia po kąpieli w lagunie dziewczyna sama
pociągnęła go ku sobie na posłanie z palmowych liści. Pozwoliła się
dotykać, sama lizała go językiem rozkosznym, choć szorstkim, a na koniec
rozwarła przed nim furtkę do raju, ciasną zrazu i zaplombowaną, ale
ewidentnie chętną. I posiadł Uzzu Ayę, intuicyjnie postępując niczym
człowiek w pełni rozumny. Dotąd w ich hordzie seks uprawiano po
zwierzęcemu, od tyłu, tak że samice niekoniecznie rozpoznawały, kto jest
partnerem. On mógł czerpać radość z wpatrywania się w pełne miłości
oczy. Tego dnia kochali się jeszcze wielekroć, nie wstydząc się swych
ciał w słońcu dnia, wymieniając pocałunki. Choć odczuwałem dokładnie to,
co czuł mój prapraprzodek, zazdrościłem mu tego przeżywania potęgi
miłości, pełnej absolutnego oddania, jaka mnie, staremu lubieżnikowi,
nie przytrafiła się nigdy.
Szczęście młodych nie trwało długo. Rajskie wybrzeże nie okazało się aż
tak bezludne, jak mogli przypuszczać, zwłaszcza że podczas odpływu wyspę
łączyło z lądem stałym łatwe do pokonania pasmo piachu, na które
początkowo nie zwrócili uwagi.
Żyjąc w złudnym przekonaniu, że są jedynymi ludźmi w raju, nie myśleli o ostrożności, zachowując się podobnie jak żyjące na bezludziu zwierzęta,
które nigdy wcześniej nie spotkały człowieka. Co noc rozpalali ogień,
choć oprócz krokodyli większych drapieżców na wyspie nie było... Aż dziw,
że udało się im beztrosko przeżyć cały rok.
Jako dziecko pasjonowałem się przygodami Robinsona Cruzoe. Pamiętam do
dziś, jaki dreszcz emocji przeszył mnie, kiedy brytyjski rozbitek
znalazł na plaży ślad ludzkiej stopy, a następnie dotarł na miejsce
ludożerczej uczty. Owo odkrycie pozwoliło mu jednak przedsięwziąć środki
bezpieczeństwa i dzięki własnej przezorności zachować życie.
Uzzu i Aya mieli znacznie mniej szczęścia. Z obecności intruzów zdali
sobie sprawę dopiero, kiedy ostrzegawczo zaskomlił oswojony szakal.
Kilkuosobowa banda czarnoskórych pokurczów nadeszła ze wszystkich stron,
otaczając ich szerokim kręgiem. Jedynym możliwym kierunkiem ucieczki był
szlak na strome wzniesienie, skąd mogli rzucać okruchami skał w atakujących. To jednak wzmogło ich agresję. Owego dnia uratował ich
zapadający zmierzch, który na krótko powstrzymał napastników. Ludożercy
rozpalili wokół góry kilka ognisk i czuwali, by ścigani nie wydostali
się z pułapki. Owej nocy, wiedząc o swym nieuchronnym jak mniemali
końcu, kochali się jak sądzę po raz ostatni. Bardzo skutecznie.
Świadomość Uzzu zgasła wraz z zapłodnieniem, wszelako jestem żywym
dowodem, że dynastia przetrwała, choć mój praprapradziaduś, jestem tego
prawie pewny, został zjedzony, a biedna Aya i kilka następnych pokoleń
jej dzieci przeżyło wśród ludożerców. Sami też musieli zostać
kanibalami, choć nawet po kilku pokoleniach różniliśmy się od reszty
stada jaśniejszą skórą i smuklejszą sylwetką. Karłowate plemię grasowało
po urodzajnym wybrzeżu, wzbogacając swoją dietę o wysokokaloryczne mózgi
swych sąsiadów.
Trwało to kilkaset, a może nawet kilka tysięcy lat, przy czym ów okres
nie zapisał się jakoś szczególnie w moich wspomnieniach, być może
automatycznie wypierałem z pamięci zdarzenia okrutne i nieprzyjemne. We
wspomnieniach zachowałem naturalnie wrażenia z kanibalskich uczt, tym
okropniejsze, że odczucia mego przodka, radość z wzbierających
ślinianek, kłóciły się z moim obrzydzeniem, gdy przychodziło mi jeść
czyjąś niedopieczoną tatuowaną nogę lub drobną kobiecą rękę, ozdobioną
wtopioną w ciało bransoletką.
Jeden dzień zmienił wszystko. Zbudziły mnie - w tym wcieleniu nosiłem
imię Goon i liczyłem sobie kilkanaście wiosen - okrzyki "Zossa,
zossa", a gdy wyłoniłem się z jamy ziemnej, którą zamieszkiwaliśmy,
spostrzegłem nadciągającą ciemną chmurę, która przesłoniła całe dotąd
słoneczne niebo.
- Co to takiego? - zapytałem mojej starszej siostry Dii, która wskutek
pokaźnej ciąży poruszała się z trudem, a mimo to jako pierwsza
wygramoliła się na powierzchnię.
- Zossa - powtórzyła, machając rękami niczym skrzydłami i kłapiąc
zębami.
Potem zobaczyłem pierwsze egzemplarze owadów spadających wprost z nieba
na liście drzew i krzewów. Przypominały niegroźne pasikoniki. Tylko, że
były ich miliony. Zossa! - szarańcza!
Goon padł na ziemię, nakrywając głowę dłońmi.
- Ale głupek - zaśmiała się moja siostra - te owady ludzi nie jedzą.
Przeżyjemy.
Jej optymizm okazał się przesadzony. Szarańcza wprawdzie nas
oszczędziła, ale pożarła wszystko, co mogło nadawać się do jedzenia.
Zagłada roślin pociągnęła za sobą śmierć roślinożernych zwierząt,
zostawiając ludzi w pożałowania godnej sytuacji.
Plemię nie podejmowało żadnych działań, licząc, że z kolejną porą
deszczową przyroda odżyje. Póki co, gwoli przetrwania stada, poczęto
poświęcać na pożywienie jego najsłabszych członków. Niedołężnych
starców, najmłodsze dzieci. Moją siostrę chwilowo oszczędzono, czekając,
aż urodzi...A Goon? Tak samo jak kilku pozostałych przy życiu
niedorostków, spętany na podobieństwo zwierzaka złowionego w sidła,
czekał na kolejną ucztę. Jej moment - pełnia księżyca - zbliżał się. Co
się działo w duszy Goona, nie wiem, choć brak jakichś silniejszych
reakcji z jego strony mógł wskazywać na pogodzenie z losem. Nie
doceniłem determinacji jego siostry. Którejś nocy podkradła się do
śpiącego, przecięła nożem krępujące go więzy... Potem uciekli przed
siebie, w nieznane.
Jak przeżyłem wraz z Goonem tę desperacką ucieczkę, dokładnie nie
pamiętam. We wspomnieniach pozostał mi jedynie niekończący się marsz
przez rozpalone słońcem piaski pustyń okalających nadbrzeżny raj,
rozpaczliwe szukanie cienia w załomach skał i u podnóża piaszczystych
diun, narastający głód i pragnienie. Raz tylko spadł krótki, dobroczynny
deszcz. To że przeżył, zawdzięczał Dii, swej siostrze, najlepszej
opiekunce, która gdy straciła dziecko, karmiła brata własnym mlekiem z ciągle nabrzmiałych sutków. Potem umarła, ale wcześniej kazała Goonowi
przysięgać na Słoneczną Tarczę, że wypije jej krew. Więc wypił. I opity
tą krwią siostrzaną, ostatni ze swego stada, pełzł dalej na czworakach,
aż ujrzał zieleń drzew, błękit jeziora i żółte ściany glinianych domów.
Tak dotarłem na rubież cywilizacji Międzyrzecza, odmiennej od
wszystkiego co dotąd widzieli moi przodkowie. Ludzie lepili tu chaty z rzecznego mułu, na małych poletkach, zasilanych wiosennymi powodziami,
uprawiali zboża i hodowali niewielkie kosmate świnie. Wieki później
kraina ta zyskała nazwę Sumeru, a potomkowie Goona nadal uprawiali pola,
udoskonalając coraz bardziej skomplikowany system irygacyjny i uczestniczyli co pewien czas, po żniwach, w budowie pierwszych świątyń,
które z czasem zmieniły się w wielopiętrowe zikkuraty...
Pobrzękuje mi w pamięci tytuł przeczytanej ongiś pracy "Historia zaczyna
się w Sumerze". Czy może być coś ciekawszego niż uczestniczenie w tych
początkach, co prawda na prawach obserwatora filmu, ale filmu
odbieranego wszystkimi zmysłami - także za pomocą węchu, smaku, dotyku.
Każde kolejne życie dostarczało niezwykłej porcji wrażeń. Wspominam więc
ciepłe poranki w ramionach coraz to innych kobiet, słodki smak daktyli,
zapach wielbłądziego potu i ryb z pobliskiego portu. O tym, że
dziedziczę nie tylko genetyczną pamięć, upewniały mnie dwie symetryczne
brodawki przy moim kręgosłupie, z których nieraz szydzili mężczyźni,
wytykając mi "cycki na plecach", a które lubiły całować kobiety.
Wielokrotnie miałem okazję przeżyć uczucie głodu i sytości. Kiedyś, po
trzęsieniu ziemi, udało mi się wydostać spod gruzowiska zawalonych
murów, spędzić jedno życie ze źle zrośniętą ręką i drugie z amputowaną
nogą. Wielokrotnie doświadczyłem, jak smakuje bycie mężem zdradzającym i zdradzanym. Naprawdę przez tysiące lat można obejrzeć, usłyszeć i przeżyć wiele ciekawych rzeczy. Na przykład wysłuchać jak na placyku
wypełnionym ludzkim mrowiem herold w jaskrawych szatach ogłasza po raz
pierwszy świeżo wydane prawo Hammurabiego: "oko za oko, ząb za ząb".
W odróżnieniu od moich zajętych obowiązkami dni codziennego przodków,
niezauważających postępu, miałem pewność, że wokół mnie dzieje się
doniosła historia. Rodzi się przyszłość ludzkości! Jedyna przykrość
polegała na tym, że nie dane mi było uczestniczyć aktywnie w akcie tego
tworzenia. Ileż razy mógłbym uchronić moich antenatów przed błędem lub
nieszczęściem, ułatwić im życie, pchnąć rozwój cywilizacji setki lat w przód... Nie policzę momentów, kiedy czułem, że dysponując swą wiedzą i doświadczeniem, postąpiłbym dokładnie odwrotnie niż oni.
Co gorsza, nie mogłem nawet obserwować świata zgodnie ze swoimi
zainteresowaniami. "Nosiciele" mieli inne priorytety. Kiedy oni patrzyli
w prawo, nie mogłem rzucić okiem w lewo. I tak, przez przyziemną
pracowitość kupczyka Weruta, którym wówczas byłem, straciłem
bezpowrotnie możliwość osobistego poznania Abrahama, i to zanim wyruszył
na swą wędrówkę w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej. Abram i Lot żyli
przecież wraz ze swym ojcem Terachem zaledwie parę przecznic ode mnie.
Zapewne wielokrotnie spotykałem się z nim na targu, jednak pogłoski o nawiedzonym synu sąsiada poczęły się rozchodzić dopiero, gdy opuścił
tereny Międzyrzecza.
Jedni twierdzili, że stało się to z powodu długów, inni, że wszedł w konflikt z wypływowym magiem o imieniu Azeher, który posiadł jakoby
rzadką umiejętność czynienia cudów i przywoływania demonów, a przyszły
patriarcha nieustannie go wyśmiewał. Trzecia wersja głosiła, że Abram
prowadził tajemne rozmowy z jakimś potężnym duchem, większym od
wszystkich miejscowych bogów - tych Enlilów, Utu, Eszkurów czy Entanów
razem wziętych - i że ów Bóg nad bogami przyobiecał mu żyzną ziemię, na
której jego potomkowie rozrodzą się niczym gwiazdy na niebie. Pokpiwano
z tych wizji i tylko ja wiedziałem, jak dalekosiężne konsekwencje
wynikną z obietnic Boga. Podobnie nie dziwiłem się, kiedy wiele lat
później dotarła do nas pogłoska o tym, że nasz sąsiad gotów był
poświęcić swego syna Bogu i tylko anioł powstrzymał dzieciobójstwo,
łapiąc niedoszłego mordercę za ramię...
Wkrótce potem także moi przodkowie wyruszyli w drogę. Handel stawał się
coraz bardziej intratny, a możliwości podróży większe. I tak kolejny z mych antenatów, Szuram z Babilonu, dotarł do Egiptu, gdzie mógł
podziwiać piramidy i Sfinksa, w stanie zdecydowanie lepszym niż obecnie,
a także odwiedzić wznoszone właśnie Achetaton, królewskie miasto będące
ucieleśnieniem monoteistycznej utopii. Niestety Szuram, wierny czciciel
Isztar i Marduka, nie interesował się obcymi wierzeniami, nie dawał też
posłuchu złośliwym językom, głoszącym, że faraona reformatora
zbałamucili hebrajscy medycy, których uczynił swymi doradcami.
W każdym razie, patrząc na owo świecące nowością miasto, którego
przepych łączył się z surowością nowej doktryny, w rozmowie z innymi
kupcami podzielał ich zachwyt i podziw dla wielkości dzieła, które ich
zdaniem miało olśniewać potęgą przez setki lat. Ja, ich późny wnuk,
dostrzegałem coś innego, wiedziałem przecież o rychłej śmierć Echnatona,
unieważnieniu propagowanej przezeń religii i upadku miasta, poźniej
błyskawicznie pożartego przez napierającą pustynię.
Któregoś wieczora mój przodek zasiedział się u złotnika, u którego
zamówił naszyjnik dla narzeczonej Suri, pozostawionej w Babilonie.
Wyszedł dopiero po zmierzchu. Idąc wąską uliczką między warsztatami
malarzy i rzeźbiarzy, których nie brakło na przedmieściu stolicy,
zderzył się z zamaskowaną postacią, przyodzianą w ciemną szatę i zasłonę
na twarzy, noszoną przez kobiety ludów pustyni.
Zderzenie było tak silne, że niewiasta z jękiem upadła, a Szuram
przyklęknął, pytając czy nic się jej nie stało i czy może jej pomóc.
Zasłona zsunęła się z jej głowy, a księżyc, który właśnie wyszedł zza
chmury oświetlił w pełni jej twarz.
Nefretete?!
Szuram naturalnie nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia, poraziła go
jedynie uroda tajemniczej damy. Ja wiedziałem dzięki wykopaliskom,
prowadzonym trzy i pół tysiąca lat później, że piękna żona faraona
bywała często w tych stronach, odwiedzając rzeźbiarza, swego kochanka.
Artysta musiał kochać ją bardzo, bo zachował jedną jej podobiznę dla
siebie, pozostawiając niedokończone jedno oko, aby tym sposobem zachować
nad nią władzę na zawsze.
W pewnym sensie tak też się stało. A o urodzie władczyni dowiedział się
cały świat, kiedy jej oblicze ujrzało światło dzienne za sprawą łopaty i miotełki archeologa kopiącego w miejscowości Tell el-Amarna.
Tymczasem Nefretete wstała, gniewnie odtrącając wyciągniętą ku sobie
dłoń kupca. Oczy jej miotały błyskawice. Za nic nie chciała być
rozpoznana w trakcie schadzki. W jej ręku pojawił się sztylet, który na
podobieństwo jadowitej kobry ugodził Szurama. Mój "nosiciel" uchylił się
- ostrze przejechało go po żebrach raniąc dotkliwie, ale przecież nie
śmiertelnie. Kobieta zamierzała uderzyć ponownie, ale powstrzymała się z atakiem. Usłyszała głosy. Nadchodzili jacyś ludzie z pochodniami.
Zarzuciła na twarz zasłonę i znikła.
Szuram tymczasem stracił przytomność. A mnie na moment przypomniał się
świat, z którego odszedłem.
2. Klątwa Chaldejczyka
Ostatni zapamiętany obraz z realnej
rzeczywistości, ze świata, który nazywano XXI wiekiem, to odsuwająca się
w przestrzeń zapłakana twarz Moniki, obrzydliwa maska nakrywająca mi
twarz i plakietka na zielonym kitlu anestezjologa z napisem wykonanym
elegancką helveticą - Molly Sanders. Plastikowy prostokąt, który w tej
doniosłej chwili zastąpił mi inne wrażenia, wypełnił bez reszty moją
świadomość i utrwalił się jako ostatni element świata, który
opuszczałem.
Molly Sanders? Mogłem gorsze logo otrzymać na długą drogę. Wiele lat
wcześniej poznałem inną Molly Sanders, krupierkę na wycieczkowcu Costa
Iustitia, gdzieś między Balearami a Sardynią, choć podejrzewam, że nie
było to jej prawdziwe nazwisko. Do drobnej rezolutnej Filipinki pasowało
raczej imię Dolores, Soledad czy Concepcion, Molly, w połączeniu z nazwiskiem Sanders, wydawało się pseudonimem z zupełnie z innej bajki.
Faktycznie dziewczyna nazywała się Jamaica Sanchez, ale dowiedziałem się
tego trochę później. Miała szczupłe, niebywale sprawne ręce, mające
absolutną władzę nad kartami od Black Jacka, toteż nie sposób było z nią
wygrać, chyba że grało się na bardzo małe stawki, a ona zajęta była
goleniem finansowych rekinów. Skądinąd jej zdolności manualne i inne
podobne można było podziwiać w zupełnie w inny sposób. Mnie cały ten
sprawdzian kosztował głupie 5000 euro, ale rezultat wart był tej kwoty.
Drobniutka, szczuplutka Molly rżnęła się jak drzewo balsa w tartaku na
Mindanao, wydając jęki, jakich nie powstydziłby się sam Magellan,
zarzynany przez jej odległego przodka Lapu-Lapu na wyspie Mactan.
Jeśli szanownego czytelnika rażą takie wspomnienia, przywoływane przez
kogoś, kto właśnie rzucił się w przepaść wieczności, z której, jak wiele
wskazywało, miał nigdy nie wrócić, to przepraszam. Jednak kłamstwo
wydaje mi się równie ciężkim grzechem. To prawda, w ostatniej sekundzie
powinienem raczej zobaczyć całe moje życie - paskudne dzieciństwo,
odrażającą młodość i podły wiek męski. Wypadałoby też zarejestrować męki
mojego anioła stróża, który po każdej niegodziwości Aldo Gurbianiego
rzygał w ogródku. Ale niestety nie zobaczyłem nic z tych rzeczy. Nie
pojawił się nawet błogosławiony Raymond Priestl, który odmienił moje
życie, ani nikt z towarzyszy wyprawy do legendarnej Ciboli, nie
wspominając o panu Piekarskim, pięknej Beatrycze, czy ojcu Felippe, o których opowiadałem wszak przy innych okazjach.
Molly Sanders. Koniec czy początek?
Mój nowotwór, którego rzekomo się pozbyłem, powrócił owej jesieni ze
wzmożoną siłą. I żadne konsylium nie potrafiło znaleźć na niego sposobu.
Nie było też sumy (a z mego dawnego majątku pozostało jeszcze całkiem
sporo środków) która mogłaby coś zmienić. Monika dała na msze we
wszystkich sanktuariach od San Giovanni do Rotondo, poprzez Loretto,
Częstochowę, Lourdes, aż do Fatimy, ale szczerze mówiąc, powątpiewałem w skuteczność modłów. Na jej miejscu - wierzącej i praktykującej
katoliczki - zdecydowanie więcej zainwestowałbym w zbawienie mojej
duszy, boć nagrzeszyłem sporo i, co gorsza, w ogóle tego nie żałowałem.
Na przykład seksu z Molly Sanders. Czy dysząc między stópkami
skrzyżowanymi na mych plecach, skrzywdziłem w jakikolwiek sposób młodą
Filipinkę, zbierającą grosz do grosza, by zainwestować w rodzinny
pensjonat na Mindanao, o którym całe życie marzył jej ojciec? Mógłbym
naturalnie kupić jej ten obiekt w prezencie, ale aż tak wielkoduszny
nigdy nie byłem. Ponadto, o jakim krzywdzeniu można mówić, jeśli
dziewczyna lubiła swoją robotę bardziej niż przodownik pracy w sowieckiej fabryce. Zresztą, któż z was, koledzy samcy, pogardziłby
śniadym ciałkiem dziecka o doskonale ukształtowanych piersiach z buzią,
której wyraz był nieprawdopodobnym połączeniem niewinności i występku.
No i dzięki owej banalnej plakietce zabierałem jej ciepło, zapach i smak
w daleką podróż do krainy snu, z której, o ile wiem, nikt jak dotąd,
łącznie z Waltem Disneyem, się nie obudził.
Wprawdzie moja metoda hibernacji miała być inna niż wszystkie
dotychczasowe - bezpieczna i odwracalna, a w dodatku wybudzenie miało
nastąpić w czasach, kiedy moje schorzenie stanie się wyleczalne i bezproblemowe jak kurzajka na kciuku, nie miałem jednak wielkich
złudzeń, że kiedykolwiek obudzę się zdrowy na tym najlepszym z możliwych
światów. Realnie myśląc, zyskiwałem jedynie odroczenie swego losu. I czas na sny.
Spotkanie Szurama z Nefretete było jednym z rzadkich przypadków we
wczesnej starożytności, kiedy moi przodkowie otarli się (w dosłownym
znaczeniu tego słowa) o wielkich tego świata.
Administrator moich sennych podróży musiał być istotą złośliwą, a na
pewno przekorną, ponieważ wielokrotnie dawał posmakować niezwykłych
wrażeń, ale nigdy nie pozwolił się nimi w dostateczny sposób najeść.
Byłem jak ów podróżny, który mimo woli zawsze przybywał na miejsce pięć
minut za późno lub o stulecie za wcześnie.
Do Troi trafiłem na długo przedtem zanim Parys porwał piękną Helenę.
Setki razy przechodziłem koło bramy Isztar w Babilonie i patrzyłem na
królewskie pałace, ale przecież, jako chudopachołek, nie znalazłem się
na owej uczcie, kiedy to, jak mówiono, na ścianie pojawił się ognisty
napis "mane, tekel, fares" zapowiadający upadek królestwa. Kiedy
indziej, idąc brzegiem Morza Czerwonego, trafiłem na miejsce, które
podczas odpływu służyło miejscowym jako bród, tyle wygodny co
niebezpieczny, bo kto nie zdążył przed powracającą falą, był bezradny
jak rydwaniści faraona... Nie dane mi było jednak obserwować tej
hekatomby. Widziałem dymiące zgliszcza Jerycha niedługo po zdobyciu go
przez Żydów, ale nie spotkałem tam Jozuego i nie usłyszałem trąb, które
rzekomo skruszyły mury nieszczęsnego miasta. A czy młody pasterz,
przepięknie śpiewający w trakcie przeganiania owiec, mógł zostać za
kilkanaście lat królem Dawidem? Czas i miejsce by się zgadzały, ale już
jego chropawe utwory w bardzo niewielkim stopniu przypominały późniejsze
psalmy.
Odwiedziłem też minojską Kretę, gdzie oglądałem lśniący świeżością pałac
w Knossos, o którym powiadano, że jest labiryntem. Niestety nie dane
było mi zetknąć się z Minotaurem, Ariadną ani Tezeuszem. Widziałem za to
Galateę, nadzwyczajnie urodziwą żonę miejscowego rzeźbiarza, o której
mówiono, że jest posągiem, który bogowie ożywili, ale była to jedynie
przenośnia. Zresztą sam rzeźbiarz miał z tego cudu pożytku niewiele, ale
sąsiedzi podobno sporo. Na tejże Krecie mój przodek Gurdir dowiedział
się, skądinąd przypadkiem, prawdy o Dedalu i Ikarze. Otóż utalentowany
architekt eksperymentował z budową ogromnych latawców i na jednym z nich
pozwolił wzbić się swemu synowi. Ten zginął nader banalnie wskutek
urwania się sznura...
Można spytać czy spotkałem się ze zjawiskami nadprzyrodzonymi? I tak, i nie. Widywałem ślady, słyszałem pogłoski. Ale nie spotkałem żadnego
greckiego boga czy półboga, nie posiadłem żadnej nimfy. Jedna zaliczona
w Koryncie hetera chwaliła się wprawdzie, że jest córką Apollina, ale
biorąc pod uwagę, co mówiono o profesji jej mamusi, wydaje mi się to
mało prawdopodobne. W Niniwie pokazywano mi gościa, który ponoć przeżył
w brzuchu olbrzymiej ryby i innego, który ocalał wrzucony do klatki z wygłodzonymi lwami. Obaj wieszczyli upadek asyryjskiej stolicy, która
faktycznie jakiś czas później upadła. Ale poza tym?
Wielokrotnie doświadczałem istnienia dobra i zła, i to w postaci
spersonifikowanej.
Gdzieś w VI wieku przed narodzeniem Jezusa Chrystusa - o tym wydarzeniu
szerzej wspomnę później - zetknąłem się z Chaldejczykiem, czy raczej
winienem powiedzieć - odnotowałem jego istnienie.
Chaldejczyk - używam tego określenia zastępczo, jako że imion miał wiele,
wręcz nie do zapamiętania, choć co pewien czas wracał do babilońskiego
Azehera. Pojawiał się w życiu mych kolejnych wcieleń stosunkowo często.
Czy był nieśmiertelny? Pewności nie mam, może znalazł sposób na
systematyczną reinkarnację. Moi przodkowie rodzili się i umierali, a on
trwał, czy raczej przemykał na podobieństwo ducha po rubieżach ich
życia, zawsze jako istota w wieku mocno dojrzałym - nigdy jako
młodzieniec lub zdziecinniały starzec! Nie miałoby to większego
znaczenia, gdyby nie to, że każde jego pojawienie się zwiastowało rychłe
nieszczęścia. Niestety moi prostoduszni antenaci ani w Urze, ani w Babilonie, ani w Niniwie nie zdawali sobie z tego sprawy. Gorzej -
wydaje mi się, że za każdym razem poznawali go na nowo, a jeszcze
częściej, przeżywając skutki jego działań, osobiście nie poznawali go
nigdy. Nawet ja nie jestem pewien, czy nasz pierwszy kontakt był
naprawdę pierwszy. Imię Azeher usłyszałem w kontekście Abrahama, ale
kiedy go zobaczyłem?... Nie pamiętam. Inni w ogóle go chyba nie
zapamiętywali, nie należał do takich osób, które wywołują większe
wrażenia i stają się powodem kronikarskich zapisków. Ot, któregoś dnia
mój ówczesny "nosiciel", Ergiz syn Szurama, natknął się na bazarze w Babilonie na faceta, który pokazywał sztuki. Dla Chaldejczyka zwykła
sprawa. Od wieków ci cwaniacy znad brzegów zatoki, dziś zwanej Perską,
trudnili się magią i astrologią, ogrywali łatwowierny ludek w trzy kubki
i za niewielką opłatą przepowiadali przyszłość. Moją uwagę zwróciły jego
niezwykłe nawet jak na Chaldejczyka umiejętności. Iluzji można się
nauczyć, a bilokacje symulować za pomocą dobrze dobranego sobowtóra,
jednak sztuka lewitowania, którą demonstrował unosząc się bez żadnej
podpórki na wełnianym dywaniku trzy stopy nad ziemią, wymykała się
wszelkim regułom fizyki i dowodziła rzeczywistych umiejętności
paranormalnych. Po trzech tysiącach lat nadal nie wiem jak on to robił!
Owego dnia Chaldejczyk nie tylko lewitował, ale i wróżył. Za pół sztuki
srebra łapał za dłoń klienta i wpatrywał się intensywnie jednym okiem
czarnym w oczy rozmówcy, tak jakby chciał dotrzeć na samo dno jaźni,
podczas gdy drugie ślepie błękitne omiatało całą sylwetkę na
podobieństwo skanera, zbierając wszelkie informacje, jakich mogła
dostarczyć mowa ciała.
- To zwyczajne wykorzystywanie durniów - mruknął Ergiz do towarzyszącego
mu kuzyna.
Gdy Chaldejczyk posłyszał te słowa wśród bazarowego zgiełku, nie wiem
jak, w każdym razie roztrąciwszy tłum, dopadł do mego przodka i chwycił
go swą krogulczą dłonią za rękę.
- Tobie powróżę za darmo - warknął i już zamierzał wymemłać serię
zdarzeń niezwykłych, a niesprawdzalnych, gdy raptownie puścił kończynę
Ergiza. - Albo i nie! - sapnął. Wydawał się zaskoczony, zmieszany i zły.
To jedynie rozbudziło ciekawość mego przodka
- O co chodzi? - zapytał.
Ale Chaldejczyk wyraźnie nie chciał z nim rozmawiać. Odwrócił się i przez chwilę przedzierał się przez ciżbę na powrót ku swemu latającemu
kilimowi. Będąc już daleko, rzucił jeszcze do Ergiza:
- Strzeż się człowieku spotkań niespodzianych.
- Jak mam to rozumieć?
- Gdy przeżyjesz dzień dzisiejszy po raz wtóry, zrozumiesz.
Ergiz chyba nie zrozumiał, do mnie jednak dotarło z całą mocą.
Chaldejczyk przewidział, że kiedyś całą scenę ponownie przeżyję we śnie.
Tylko skąd mógł posiąść taką wiedzę? Do dziś nie mam pewności, kim był
naprawdę, czy raczej jest! Jego cechy charakterystyczne: jedno oko
czarne, drugie błękitne, haczykowaty nos, czarna myszka na policzku i sześć palców u nóg wyróżniały go spośród innych ludzi, a jednak nigdy
nie przysporzyły mu większych kłopotów. Pojawiał się i znikał bez
zapowiedzi i potrafił stawać się niewidzialny. Ja sam dopiero z czasem
nauczyłem się rozpoznawać jego zapach - delikatne połączenie lawendy i siarki, które któryś z moich przodków w dobie oświecenia nazwał "pierdem
wielkiej damy".
Czy był wcielonym złem, czy tylko mu służył, rozstrzygnięcie tej kwestii
pozostawiam uczonym demonologom. W każdym razie z góry odrzucam
interpretację, że mógł być prototypem legendy o Żydzie Wiecznym Tułaczu,
choćby dlatego, że w każdej epoce był zawziętym antysemitą. Po
niewczasie dochodzę do wniosku, że jego złowrogą obecność zacząłem
zauważać dopiero od czasów niewoli babilońskiej Żydów. Odczuwam jednak
nieodparte wrażenie, że nie licząc incydentu z bazaru, pojawiał się w moim życiu dużo wcześniej, tylko nie zwróciłem na niego uwagi. Tak
naprawdę wrył mi się w pamięć pewien dramatyczny epizod z VII wieku
przed naszą erą. Nie pamiętam nazwy miejsca, gdzie się to zdarzyło, wiem
tylko, że mój niespełna dwudziestoletni przodek imieniem Khaleb podążał
wtedy lądem w stronę Tyru. Przypadkiem, a może z wyroku Opatrzności,
miejsce owo nazywało się Meggido, owo słynne Meggido, wedle Ewangelisty
Jana miejsce przyszłego Armagedonu, finałowego starcia dobra ze złem.
Onego dnia mój przodek poszedł na polecenie swego ojca poszukać gościńca
w pobliskim mieście, pozostawiwszy całą karawanę nieco z tyłu, na
popasie. Czasy należały do niespokojnych, należało więc zawczasu poznać
nastawienie mieszkańców do obcych, zanim złożyło się wizytę.
Szedł więc piękny dwudziestolatek, jak ów Oblubieniec z pieśni
Salomonowej "skacząc po górach i podskakując po pagórkach". Epokę
wcześniej dane było jednemu z moich poznać żebraka, który twierdził że
należał do zespołu redakcyjnego wspomnianego dzieła i własnoręcznie
napisał ten kawałek, a słysząc moje powątpiewanie, tłumaczył, że po
ukończeniu "Pieśni nad pieśniami" został oślepiony i utracił prawą rękę,
aby już nigdy nie zrobił czegoś podobnego.
- Uczyniono ci to z rozkazu samego króla Salomona? - pytał mój przodek.
- Wielki grzesznik, nich mu w Szeolu demony będą łaskawe, ale gdym to
pisał, dawno już nie żył.
- A co na to twój Bóg?
- Gwarantuje mi pośmiertną nagrodę z odsetkami.
Wróćmy jednak do maszerującego Ergiza. Dzień był niezwykły w swej
urodzie, nie za gorący, lekko wietrzny, a wiaterek od wzgórz Golan niósł
ową wiosenną świeżość, która młodym miesza w głowach, a starym
przyśpiesza puls.
Zanim jednak doszliśmy (ja i mój nosiciel) do miasta, na rozstajach dróg
dobiegł nas najpierw gwar podniesionych głosów, potem smród niedomytych
ciał, wreszcie dostrzegliśmy zbiegowisko, jakie zwykło gromadzić się na
powitanie dostojnika czy też z powodu nadzwyczajnej tragedii. Szybko
poznałem przyczynę owego zgromadzenia - kobietę najwyżej
trzydziestoletnią, czarnowłosą, wysoką, choć pełną ciała i, co rzadko w czasach obsesyjnej skromności widywano w miejscach publicznych -
kompletnie nagą.
- Nierządnicę będą kamienować! - rzucił do Ergiza któryś z gapiów, jakby
sytuacja wymagała wyjaśnienia.
Widywałem już wielokrotnie tracenie niewiernych żon czy dziwek, do
ostatnich chwil swoich żebrzących zmiłowania, czepiających się życia,
jakby nie dowierzając, że właśnie dobiegło końca. Czarnowłosa
zachowywała się odmiennie. Zacisnąwszy drobne, równe ząbki milczała,
nawet wówczas, gdy została wypchnięta na środek kręgu utworzonego przez
tłum, który zamilkł w napięciu. Jej oczy przesunęły się po twarzach
napastników i na moment uchwyciły wzrok Khaleba. Czułem, że podnieciła
go jej nagość. A była w jej wzroku duma, jaką daje przekonanie, że
większość ze zgromadzonych wiele by dała, mogąc posiąść ją na własność.
I wisiała owa cisza jak sześć sępów, które wysoko szybowały ponad
ziemią. W końcu jej usta drgnęły, tak jakby miała zapytać: "Kto pierwszy
rzuci we mnie kamieniem?", ale nie powiedziała ani słowa.
Jakoś nikt nie kwapił się do kamienowania. Na moment poczułem przypływ
nadziei, że nie dojdzie do tragedii i wszystko rozejdzie się po
kościach...
I wtedy ujrzałem i usłyszałem Chaldejczyka:
- Zacni mężowie, zali strach was obleciał?
A widząc, że jego słowa nie odnoszą właściwego skutku, schylił się sam,
podniósł kamyk i sprawnie cisnął. Trafił w alabastrowe czoło kobiety,
tuż powyżej bajecznie kształtnych brwi. Krzyknęła! Z rozciętego czoła
polała się krew. I natychmiast, znieruchomiała dotąd, scena ruszyła jak
film na moment zatrzymany w stop-klatce.
Jeden śmiałek wystarczył, by wszyscy rzucili się do morderczego dzieła.
Poczułem że mój przodek również chce się pochylić.
- Nie próbuj nawet, skurwielu!!!
Nie mógł mnie usłyszeć, a ja nie miałem najmniejszej możliwości
wpłynięcia na jego mózg. A jednak zrezygnował z przyłożenia ręki do
egzekucji. Widząc jak kobieta upada pod coraz większym gradem kamieni,
odwrócił się i poszedł w stronę miasta, nie oglądając się za siebie.
Powiadają, iż żaden dobry uczynek nie może ujść płazem i Khaleb rychle
miał się o tym przekonać. Choć po prawdzie, czy zaniechanie wzięcia
udziału w egzekucji klasyfikuje się jako dobry uczynek? Czy nie
powinien, jak kilkaset lat później Nauczyciel z Nazaretu, zaangażować
się czynnie w obronę młodej niewiasty? No nie, aż tak odważny nie był.
Trzy dni potem znalazł się w Tyrze, rojnym i gwarnym, skąd z rozkazu
ojca miał ruszyć do Aten celem rozpoznania możliwości nawiązania
handlowych kontaktów z mieszkańcami Attyki. Rodzinna firma
importowo-eksportowa rozwijała się coraz lepiej, a kontynentalna Grecja
po czasach przejściowego upadku znów należała do "rynków wschodzących".
Po drodze odwiedzić mieliśmy jeszcze Halikarnas, gdzie na potrzeby
miejscowych elegantek planowano zostawić parę skrzyń pachnideł,
pochodzących wedle reklamy z Arabii Szczęśliwej, choć w istocie
produkowanych z bliżej nieznanych komponentów przez chytrych Żydków na
zboczach góry Hermon. Odpływaliśmy z poranną bryzą, w atmosferze
lekkiego podniecenia. Khaleb zafascynowany podróżą z pewnością tego nie
zauważył, ale ja, wśród żegnających na nadbrzeżu, bez trudu wypatrzyłem
niemłodego mężczyznę z haczykowatym nosem. I przeszył mnie dreszcz.
Jednak przez pierwsze pięć dni podróży nie działo się nic, tyle że
wiatry odegnały nas od brzegów Anatolii i odcięły od reszty flotylli,
znosząc bliżej wybrzeży Cypru, którego zatoczki w onych czasach dawały
schronienie licznym mętom i morskim rozbójnikom.
Trzy pirackie galery dopadły nas w najmniej oczekiwanym momencie. Opór
nie miał najmniejszego sensu. Poddaliśmy się więc bez walki, licząc że
łotrzykowie zadowolą się cennym ładunkiem. Jednak ich łodzie okazały się
za małe, aby pomieścić całą zdobycz, toteż zajęto cały nasz statek,
załogę traktując dość oględnie, tym bardziej że większość
entuzjastycznie zgodziła się na współpracę. Jedynie kapitana przykładnie
powieszono na rei, bo stawiał się zbytnio, a ponadto pochodził z Abdery,
ojczyzny głupków i filozofów. Khaleb i pozostali pasażerowie zachowywali
spokój, licząc że urodzenie i pieniądze pozwolą im szybko odzyskać
wolność. Przewieziono ich do jakiejś zatoczki w rejonie dzisiejszej
Famagusty, gdzie traktowano dość godziwie, czekając na okup.
Czekaliśmy długo. W tym czasie na wybrzeżu lewantyńskim rozpaliła się
okrutna wojna, a król Babilonu Nabuchodonozor obległ fenicką stolicę.
Jeśli miałbym zawierzyć mojej wiedzy historycznej powiedziałbym, że
będzie oblegać ją trzynaście lat, bez skutku. W następstwie owej
politycznej komplikacji negocjacje w sprawie naszego uwolnienia
skończyły się, zanim na dobre się zaczęły, a nasz status ludzi wolnych
czasowo internowanych zmienił się w kondycję niewolników. Nabył nas
grecki hurtownik i uwiózł aż na wyspę Delos, gdzie w niedalekim
sąsiedztwie wyroczni i świątyni Apollina, przy której odbywano głośne
wówczas igrzyska delijskie, znajdował się jeden z lepiej prosperujących
targów niewolników. Khaleb jako młodzian okazały i silny miał przed sobą
dwie równie marne opcje dalszej kariery - praca w attyckiej kopalni
miedzi, ołowiu i srebra lub życie w charakterze galernika. W licytacji
armator przebił przemysłowca. Stary wioślarz (do "starych" zaliczali się
ci, którzy pod pokładem przeżyli trzy lata), twierdził, że Khaleb wygrał
los na loterii - w kopalniach pracowało się ciężej, a umierało
boleśniej. Zresztą w przeciwieństwie do tego, co pokazują filmy
historyczne, traktowano nas dużo lepiej i oględniej. Nie ze względów
humanitarnych, to pojęcie dla całej epoki było nieznane, ale z szacunku
dla pieniędzy. (Te całkiem niedawno zostały już wynalezione). Byliśmy
zbyt cenni, żeby eksploatować nas ponad miarę. W dodatku pod pokładem
nie brakowało galerników czasowych, skazanych za długi na rok lub dwa, a nawet - choć trudno w to uwierzyć - ochotników, dla których służba przy
wiośle była jedynym sposobem zapłacenia za przejazd do wymarzonej
krainy. Być może zresztą inne obyczaje panowały na galerach wojennych, a inne na handlowych. W każdym razie przez pełne dwa lata zwiedziłem całe
Morze Egejskie, dotarłem do kolonii w Cyrenajce i do Wielkiej Grecji,
jak nazywano greckie posiadłości na Sycylii i dzisiejszej Kalabrii. Moje
przeznaczenie ozwało się ponownie, gdy nasza galera przyjęła kurs z Syrakuz do Kyme, najdynamiczniej rozwijającej się kolonii w Italii,
którą dopiero po wiekach miał zdetronizować pobliski Neapol.
Pewne poruszenie wśród załogi wywołała informacja, że oprócz żywego
inwentarza: kóz, kaczek i gęsi towarzyszyć nam miały kobiety, w tym
nader urodziwa Hebe (imienniczka boskiej kelnerki z Olimpu), córka
Archilochosa, podobno "grubej ryby" z Syrakuz, udająca się na zaślubiny
z zasłużonym przywódcą kolonistów z Kyme. Miała zgrabną figurkę i zabawny, nieco zadarty nosek, a zadzierała go jeszcze wyżej, nie
zwracając uwagi na wioślarzy pod dość ażurowym pokładem. My przeciwnie,
nawet wiosłując nie żałowaliśmy sobie obserwacji kształtnych stópek, gdy
przechadzała się po pokładzie. Wiele więcej zobaczyć nie mogliśmy, mimo
że wówczas damy (jak przez wiele następnych epok) nie nosiły majtek, o czym mogłem się przekonać, gdy pewnego dnia spadła mi na piersi dziwnie
pachnąca kropla krwi miesięcznej. Ktoś przesądny powiedziałby, iż w tym
momencie zawarliśmy z Hebe przedziwne przymierze krwi, ale ani mnie, a tym bardziej Khalebowi nie przyszło to głowy.
Po przebyciu Cieśniny Mesyńskiej, gdzie ani Skylli ani Charybdy nie
spotkaliśmy, znaleźliśmy się na wodnym przestworze, spokojnym jak
jezioro, gdzie pozwolono usnąć także galernikom pod księżycem jasnym i optymistycznym. Nastroju nie mącił nawet ogień u szczytu wulkanu
Stromboli, widoczny tuż nad krawędzią horyzontu. Tsunami przyszło nagle,
bez najmniejszych ostrzeżeń, w momencie, kiedy nikt się nie spodziewał
jakichkolwiek zagrożeń. Wstrząsy zauważone tamtej nocy na dość rozległym
obszarze od Puteoli po Tarent wywołały wielką, rzadko spotykaną na Morzu
Śródziemnym falę, która znienacka porwała naszą galerę, jak łupinkę
obróciła dwakroć wokół swej osi i rzuciła bezlitośnie na skaliste
wybrzeże jednej z wysepek liparyjskiego archipelagu.
Życie zawdzięczałem jednemu z marynarzy, który widząc nadchodzącą falę,
cisnął między nas nóż, pozwalając byśmy rozcięli więzy, którymi
powiązano nas na noc.
Wszystko rozegrało się w parę sekund. Najpierw zostaliśmy uniesieni w górę niczym w szybkobieżnej windzie, a potem gdy fala się przełamała,
polecieliśmy w przepastny dół, po czym w jednej chwili zwaliły się nam
na łeb wszystkie wodospady świata.
I to mnie nie obudziło!
O życiu lub śmierci zdecydowało szczęście, bo z pewnością nie wątpliwe
umiejętności pływackie Khaleba. Mój przodek ocknął się w środku dnia
cały w piasku i wodorostach na mikroskopijnej plaży, którą prądy
utworzyły między skałami chyba za sprawą łaski Opatrzności. Kiedy udało
mu się wstać, mógł ocenić rozmiary dramatu. Wszędzie walały się resztki
galery, na wodzie unosiły się trupy pasażerów i galerników utopionych
bądź okrutnie roztrzaskanych o skały. Ruszył na miękkich nogach wśród
meczących kóz, które podobnie jak gęsi jakimś cudem ocalały.
Dlaczego przeżyłem? - Po wielokroć zadawałem sobie to pytanie, podczas
gdy Khaleb szukał znaku życia wśród trupów, ale mogłem sobie jedynie
odpowiedzieć: Widocznie tak ci było pisane. Gdybyś zginął po dwóch i pół
tysiącu lat, nie mógłbyś się pojawić na tym padole łez!
Tymczasem mój przodek, czując najwyraźniej, że wkrótce zacznie się
przypływ, zaczął zbierać wśród pływającego i wyrzuconego na brzeg
dobytku wszelkie rzeczy, które mogły się przydać. Czy już wtedy zdawał
sobie sprawę, że znalazł się na wyspie, i to najprawdopodobniej
bezludnej? Zakładam, że tak - przecież gdyby żyli tu jacyś autochtoni,
szybko zainteresowaliby się katastrofą. Uwijał się chwacko - znalazł
trochę broni, sporo narzędzi, kilkanaście amfor z winem. Robinson Cruzoe
byłby z niego dumny. Ale Khaleb nie mógł znać "Przypadków Robinsona", a czy ojciec opowiadał mu popularne w tamtych czasach "opowieści
rozbitka", które w XX wieku pod piórem Miki Waltariego zrobią furorę
jako Egipcjanin Sinuhe? - trudno stwierdzić. Moje sny ograniczały się
wyłącznie do niektórych fragmentów z jego życia. Wśród swych poszukiwań
Khaleb zapędził się aż ku linii raf i ku swemu zdumieniu zobaczył białą
plamę kontrastowo odbijającą się od czarnych wulkanicznych skał. Brodząc
i zapadając się aż po szyję, dotarł do drewnianego kawałka pokładu
pozostałego z galery, zaklinowanego w skałach, na którym siedziała
półprzytomna, mokra i zapłakana Hebe.
- Żyjesz? - wykrzyknął.
Nie odpowiedziała. Zresztą co miała powiedzieć - żyła!
Dość biernie przypatrywała się, jak spycha jej improwizowaną tratwę na
wodę. Na wszelki jednak wypadek mocno wczepiła się rękami w drewniane
deski. Holowanie zajęło mu pół godziny. Kiedy znaleźli się na płyciźnie,
wyciągnął ku niej dłoń, a ponieważ za nic nie chciała się zanurzyć w wodzie, wziął ją na ramiona i zaniósł ku brzegowi. Znajdował się już
parę kroków od plaży, gdy na chwilę odwrócił wzrok i zadrżał. Zobaczył
to samo co ja - morze tuż za linią raf roiło się od trójkątnych płetw
żarłaczy, które zwietrzyły niezwykłą mnogość pożywienia. Nie wiem, czy
półprzytomna dziewczyna zauważyła rekiny, ale i tak czułem jak wali jej
serce, a zarazem miałem wrażenie, że stara się odsuwać od Khaleba tak,
aby ich wzajemny kontakt był możliwie jak najmniejszy. Gdy znaleźli się
na brzegu, zeskoczyła zwinnie na piasek i jeśli spodziewaliśmy się
podziękowań, obaj rozczarowaliśmy się natychmiast.
- Mój ojciec kazałby cię oćwiczyć, galerniku - stwierdziła, nabierając
rumieńców i naciągając podarte peplum tak, by ukryć pierś z przepięknym
bladoróżowym sutkiem, który wyjrzał ciekawy słońca.
- W takim razie żałuję, że nie pozwoliłem ci spokojnie utonąć - odparł
bezczelnie mój protoplasta.
- Moi ludzie zaraz nas odszukają.
- Twoi ludzie leżą potopieni jak koty - warknął wskazując, by wspięła
się na skałę. Kilkanaście trupów wyciągniętych na plaży i rekiny
zajmujące się pozostałymi zrobiły na niej wrażenie.
- Nikt nie ocalał? - pytała. - Tylko ja i galernik?
- Tak panienko, przy czym ośmielę się zauważyć, że stan człowieka zależy
od okoliczności, w jakich się znalazł. W poprzednim życiu byłem kupcem,
a ty wczoraj jeszcze dostojną damą, dziś jesteśmy jedynie rozbitkami.
- Phi! - kapryśnie wydęła wargi, oddalając się w stronę zakrzewionego
wzniesienia wieńczącego zatoczkę.
Khaleb odprowadził ją wzrokiem, po czym zajął się swoim sprawami. Do
zmierzchu udało się zebrać resztkę ocalałego ekwipunku, pochować
zamarłych, a nawet w zacisznej kotlince powyżej plaży zdołał zbudować
prowizoryczny szałas. Obok znalazł naturalny zbiornik pełnej słodkiej
wody, najwyraźniej pozostałej po niedawnych deszczach. Zaiste, bogowie
mieli ich w swojej opiece. Skrzesanie ognia było ostatnią czynnością,
jakiej dokonał, nim zapadł zmierzch. Potem pozostało już tylko poświęcić
jedną z gęsi i oskubawszy ją oraz wypatroszywszy, nadziać na rożen.
Hebe zjawiła się krótko po zachodzie słońca. Odzież miała już
wyschniętą, znalazła też gdzieś, może wśród dobytku topielców, ciemną
chustę, którą okutała się na podobieństwo starej kobiety.
- Jestem głodna i chce mi się pić! - oznajmiła tak, jak gdyby
spodziewała się co najmniej trzydaniowej kolacji.
- Wydój kozę - odpowiedział.
- Ja, galerniku?
- Tak ty, jaśnie pani!
Chciała coś mu palnąć, ale chyba głód wziął górę nad dumą i uprzedzeniem.
- Nigdy wcześniej nie doiłam - wyznała.
Podał jej fragment glinianej wazy zastępującej czarę. Wypiła z wielkim
smakiem, a potem pociągnęła noskiem, spoglądając na zarumienioną gęś,
skwierczącą na żywym ogniu.
- Pięknie pachnie! - zauważyła.
- Nie miałem sposobności, by lepiej ją przyprawić.
Oboje porozumiewali się w koine, wspólnej mowie zrozumiałej przez
wszystkich Greków, niezależnie czy wywodzących się ze szczepu Jonów,
Dorów, czy Achajów, choć biegły lingwista zauważyłby, że był to raczej
uniwersalny język starogrecki, bo prawdziwa koine miała ukształtować się
w pełni dopiero w czasach hellenistycznych.
Wspólna wieczerza niewiele poprawiła wzajemne stosunki. Kiedy
zaproponował jej nocleg w szałasie popatrzyła na niego wzrokiem pełnym
tak głębokiej pogardy, że pożałował oferty.
- Będę spała pod gołym niebem - oświadczyła.
- Jak pani sobie życzy.
W podobnych nastrojach minął dzień drugi, trzeci i czwarty ich pobytu na
wyspie, tymczasem nic nie wskazywało na to, że nadchodzi ratunek. Może
po prostu nikt ich nie szukał. Drugiego dnia Khaleb wspiął się na
najwyższe wzniesienie, ale rezultatem tego wysiłku było jedynie
stwierdzenie, że wyspa jest stosunkowo mała, ale niezamieszkała, a morze
wokół niej puste.
- Na horyzoncie majaczą jakieś wyspy, ale są zbyt odległe, aby marzyć o dostaniu się na nie - oznajmił dziewczynie.
- Może winniśmy zapalić na wzgórzu ognisko, które będzie płonęło całą
noc przyzywając żeglarzy? - zaproponowała Hebe.
- Wątpię, czy to coś pomoże. Ze wzniesienia widoczna jest sąsiednia
wyspa na zachodzie, na której cały czas goreje wierzchołek wulkanu.
Jeśli rozpalimy na naszym szczycie ogień, przepływający uznają to za
znak, że i tu trwają przygotowania do erupcji i tym pewniej nikt do
wybrzeża się nie zbliży.
Westchnęła.
Po paru dniach stosunki między nimi zrazu napięte - złagodniały.
Dziewczyna dość posłusznie doiła kozy, sprawiała ryby, które łowił, z ocalonych materiałów uszyła im nowe ubrania. Nie przyjęła wprawdzie
zaprosin do szałasu, ale zrobiła sobie posłanie po drugiej stronie
ogniska.
Zauważył też, że pierwotna opryskliwość ustąpiła miejsca ciekawości.
Przyglądała się jego codziennym zajęciom, patrzyła jak z resztek galery
usiłował sklecić jakąś łódkę, niestety szło mu to niesporo. Co myślała,
obserwując jak grają jego mięśnie, kiedy zwinnie wywijał toporem...? Jedno
jest pewne - jej zainteresowanie galernikiem wzrastało.
Ich rozmowy, początkowo ograniczające się do monosylab, stawały się
coraz dłuższe i bardziej urozmaicone. Hebe, będąc nawet jak na zamożną
Greczynkę osobą wyjątkowo dobrze wykształconą, zaskoczyło, a następnie
ucieszyło, iż jej towarzysz niedoli nie jest galernikiem, prostakiem,
tylko dobrze wychowanym młodzieńcem bywałym w świecie. A że on wierzył w złowrogą Isztar, a ona w pełnego jurności Zeusa....? Cóż, Bogowie byli
daleko, a ich młode ciała blisko, coraz bliżej.
Tymczasem sprawy nabrały przyśpieszenia. Los zapewnił nam doskonałą
scenografię - dwa stadiony od naturalnej cysterny na wodę znajdował się
naturalny stawek zasilany chyba jakimś źródłem, którego Khaleb używał do
kąpieli. Nie on jeden. Zorientowałem się bowiem, że zawsze, gdy tylko
udawał się na połów ryb, Hebe, wyczekawszy aż się znacznie oddali,
biegła do tej naturalnej łazienki czynić ablucje. Nie przyznawała się do
tego, ale zawsze kiedy wracał, zastawał ją czystą i pachnącą, często z jeszcze mokrymi włosami. Czwartego dnia zauważyliśmy obaj, że znikła
gdzieś, zanim jeszcze Khaleb wyruszył na poranne ablucje. Może udała się
za potrzebą? Kiedy jednak młody mężczyzna wyszedł ze stawu, parskając
wodą, nagi jak go stworzono, dodatkowo jeszcze z porannie wyprężonym
fallusem, spostrzegł, a ja wraz z nim, nagłe poruszenie krzaków po
drugiej stronie stawu i jasny skrawek szaty, który przemknął między
skałami.
"Na pępek Wielkiej Macierzy Bogów - mruknął półgłosem - panienka z dobrego domu podglądała obcego mężczyznę". Oczywiście przy śniadaniu ani
jedno ani drugie nie skomentowało wspomnianego incydentu.
Piątego dnia nocą lunął rzęsisty deszcz. Lał z dobrą godzinę, nim młoda
Greczynka zdecydowała się przybiec do jego szałasu, szczekając zębami i szepcząc: - Zimno mi, zimno...
Była kompletnie przemoczona. Khaleb dał jej grubą derkę i zgasiwszy
oliwną lampkę, aby uszanować jej wstydliwość, zaproponował dziewczynie,
by się przebrała. Przystała na to po krótkim wahaniu, podobnie jak
zgodziła się wyciągnąć na miękkim posłaniu, które już wcześniej umościł
na rozmiar większy niż potrzeba dla jednego człowieka.
Nadal cała dygotała powtarzając, jak bardzo jej zimno. Podał jej wino,
wypiła duszką dwie czarki, ale niewiele jej pomogło. Nadal w ciemności
szczękała zębami. Nieoczekiwanie zapytała:
- Mogę się do ciebie przytulić?
- Ależ proszę!
Rozpakowała się z dwóch derek, w które była owinięta, i przywarła do
niego całym wychłodzonym ciałem.
- Lepiej ci?
- Lelepiej. Tylko nie wykorzystuj sytuacji.
- Nie zamierzam!
Ja na jego miejscu nie rzucałbym obietnic bez pokrycia. Co prawda, jak
mi się wydaje, początkowo rzeczywiście zamierzał wywiązać się ze swej
obietnicy. Ale, jak powiedział pewien znakomity uczony w piśmie pytany,
czy jest w tym coś złego, że dwoje przypadkowych ludzi decyduje się spać
w jednej sypialni: "W zasadzie nic złego nie ma, ale może być!".
Początkowo Khaleb zachowywał się wzorowo. Wprawdzie obnażył się w celu
dostarczenia Hebe ciepła, ale skromnie odwrócił się do niej plecami.
Rozdygotana, przylgnęła do niego całym ciałem. Pomogło. Drżenie z wolna
zaczęło ustępować, a Khaleb przysnął.
Ocknął się po pewnym czasie, a ja z nim, zastanawiając się, czy
przypadkiem nie śnię jakiegoś dodatkowego snu we śnie. Przytulona Hebe
była ciepła. Wręcz gorąca, tyle że nie trawiła jej gorączka wynikająca z choroby. Jej przyśpieszony oddech, który czuł na karku, jeśli idzie o temperaturę mieścił się w granicach normy. Trudniej byłoby powiedzieć to
samo o rękach. Jedna z nich śmiało błądziła po jego męskich piersiach,
brzuchu, posuwając się coraz niżej i niżej z ciekawością jaszczurki
odwiedzającej ludzkie domostwo. Kiedy ujęła go dłonią sprawiając, iż
wyprężył się jak koń spięty ostrogami, powoli obrócił się ku niej.
Ujrzał twarz rozognioną, usta rozchylone, spragnione. Śnij dalej
galerniku - szepnęła, igrając językiem po jego wargach. Ale nie
posłuchał. Sięgnął ku jej piersiom, potem udom, może zbyt natarczywie,
ale wyraźnie pragnęła tej natarczywości. Jej smukłe uda rozsunęły się
same, niczym drzwi hotelowe, wpuszczając go do ciasnego luksusowego
wnętrza.
Nie znałem myśli Khaleba, ale podejrzewam, iż podobnie jak ja głowił
się, skąd tyle erotycznej eksperiencji wzięło się w szesnastoletnim
dziewczątku. Znacznie później wyznała mu, że wprawdzie w rodzinnym domu
w Syrakuzach wychowano ją surowo, uwielbiała pieścić się z siostrami, a raz wszystkie cztery uległy grzesznej pokusie, dosiadając jedna po
drugiej numidyjskiego niewolnika, będącego najpiękniejszą bryłą hebanu,
jaka im kiedykolwiek wpadła w ręce.
Tej nocy jednak miłość przebiegła gwałtownie i krótko. Czując że wraz z intensywnością sztychów podniecenie Khaleba zmierza ku najwyższym
szczytom, tuż przed finiszem Hebe przewróciła go na wznak, a potem,
drżąca i roznamiętniona, pospiesznie zsunęła się z niego i obróciła na
drugi bok.
- Co się stało? - zawstydzony próbował ją objąć.
Odtrąciła jego rękę. A po dłuższej chwili ciszy rzekła jakby z ociąganiem:
- Nie możemy mieć dziecka. Nie tu i nie teraz!
Mógł jedynie podziwiać jej rozsądek, toteż nic nie odrzekł, tym bardziej
że chwilę później pochyliła się ku niemu, ręką i ustami kończąc to, co
wielowiekowa tradycja nakazywała finalizować inaczej.
Jak to bywa w przypadku panienek z dobrych domów, rano udawała, że nic
między nimi nie zaszło. I nadal nazywała go galernikiem, chociaż teraz
przezwisko nabrało pieszczotliwych tonów.
Na szczęście ów klasowy dystans zachowała tylko do wieczora. Gdy tylko
zapadł zmierzch, wślizgnęła się do szałasu, twierdząc że bardzo boi się
ciemności. Ten scenariusz powtórzył się nazajutrz i jeszcze nazajutrz.
Dni przechodziły w tygodnie, te w miesiące. I był to, jak przypuszczam,
najszczęśliwszy okres w ich życiu.
Hebe rozkwitała w oczach. W którymś momencie zwierzyła się, że wyruszyła
w rejs bardzo smutna, wręcz zrozpaczona. W Kyme czekał na nią przyszły
mąż, jak się wyrażała "obrzydliwie bogaty starzec"
(czterdziestopięcioletni!), co raz na zawsze miało skończyć czas
wesołych figlów, którym oddawała się na Sycylii.
Również dla Khaleba miłość z piękną dziewczyną na tle wcześniejszej
wegetacji galernika musiała wydawać się rajem. A dla mnie, pasażera...?
Któregoś dnia, a było to w czasie, kiedy bez wstydu kochali się na plaży
wśród drobnych fal zwilżających ich rozgorączkowane ciała, przypomniała
mi się współczesna anegdota opowiadająca o życiowym nieudaczniku, który
ocalał z katastrofy lotniczej i trafił na bezludną wysepkę. Razem z nim
przeżyła jeszcze jedna osoba - światowej sławy piękność - Cindy Crowford
(w innych wersjach pojawiała się Angelina Jolie, Scarlett Johanson lub
Jessica Alba). Początkowo podchodzili do siebie z rezerwą, ale wkrótce
post zrobił swoje i... Gdzieś po tygodniu intensywnego uprawiania seksu
rozbitek szczęściarz zmarkotniał. Jego partnerka widząc to, zapytała czy
czegoś mu brakuje? Tak, czasami żałuję, że nie jesteś mężczyzną. Ale
dlaczego? Bo mógłbym mu się pochwalić: Nie uwierzysz, codziennie pieprzę
Jessicę Albę!
Khaleb chyba nie objawiał takich marzeń, choć nie sądzę, by podejrzewał
istnienie obok siebie permanentnego kibica - mnie, swego "późnego
wnuka".
Ile trwało ich szczęście? Dwa, trzy lata? Szczęśliwi czasu nie liczą.
Dla mnie osobiście przygoda skończyła się banalnie. Kochankowie nie
zachowali należytej czujności i pewnego razu, w czasie wyjątkowo
intensywnego seksu, metoda coitus interruptus zawiodła. Każdemu może się
przytrafić. Nagle, pośród niebywałych doznań, dopadła mnie raptowna
ciemność, lepkość i gorąco.
Doświadczałem tego już wcześniej, zawsze wtedy, gdy mój genetyczny
nośnik pamięci przemieszczał się w momencie powstania nowego życia.
Co nastąpiło dalej, częściowo wiem, częściowo mogę się domyślać, choć
los Khaleba pozostaje nieznany.
3. Wielka Grecja
Z początkiem roku minus 580 (winienem chyba
napisać 27 lat przed założeniem Rzymu albo rachować wedle kolejnych
olimpiad) wysepkę, której nazwy nigdy nie poznałem, odkryli rezolutni
Grecy z Knidos pod wodzą niejakiego Pentathlona. Zabrali stamtąd i dowieźli do Kyme zaginioną przed laty Hebe, wraz z brzuchem o rozmiarach
dyni.
Ciążę na bezludnej wyspie wszyscy uznali za cud, a dziecięciu urodzonemu
już w Italii nadano imię Hermion na cześć boga Hermesa, który, jak
utrzymywała Hebe, nawiedzał ją wielokrotnie i umilał samotność.
Kandydat na męża, imć Georgiasz - zgodnie z przewidywaniami Hebe
niepiękny i niemłody - zaakceptował nieprawdopodobną wersję i przyjął
boskiego potomka z dobrodziejstwem inwentarza. Zmarł zresztą po paru
latach, a wdowa wraz z dzieckiem powrócili do Syrakuz, gdzie zamieszkali
w domu siostry. Co stało się z prawdziwym ojcem, Khalebem? Matka nie
wspomniała o nim nigdy, a czy zapomniała...?
Przez następne trzydzieści lat każdego dnia o zmierzchu wystawiała w oknie wychodzącym na północną stronę domu jej siostry, w którym
zamieszkała, lampkę oliwną i czuwała przy niej do świtu, wpatrując się w ciemność.
Nie wyszła powtórnie za mąż, mimo iż zalotników nie brakło, nie wzięła
sobie kochanka... Hermion zdawał się wierzyć, iż jest potomkiem boga
kupców i złodziei, i przez całe życie rozważał, do której boskiej
specjalizacji mu bliżej.
Co do dalszych losów Khaleba brałem pod uwagę kilka możliwości. Mógł
nagle zemrzeć, zanim pojawili się Grecy. Mógł zginąć, walcząc z intruzami pragnącymi odebrać mu Hebe. Mógł wreszcie ukryć się i pozostać
na wyspie, a nawet, rozpoznany jako galernik, wrócić do wiosła. Kto to
wie?
W każdym razie, posługując się narracją biblijnej opowieści, Hermion
spłodził Archilocha, Archiloch - Zenona, Zenon - Anaksygenesa,
Anaksygenes - Dionizego, ów - Orestesa, a rzeczony Orest począł około
roku 406 Tetracha.
Pięć pokoleń solennej nudy wypełnianej uprawą roli, sadownictwem,
produkcją wina i poganianiem niewolników.
Przy okazji mogłem się przekonać, że "nawigator" mojego przewodniego
genu nie jest szczególnie przywiązany do idei pierworództwa, toteż moją
jaźń dziedziczyli synowie drudzy w kolejności, trzeci, a raz czwarty, o czym świadczyło samo imię Tetrach. Najstarszy z jego braci zmarł w Atenach wskutek zarazy, która pustoszyła Helladę bezpośrednio po wojnie
peloponeskiej. Z pozostałych braci drugi po starszeństwie zajął się
administracją majątku, a trzeci został miejskim urzędnikiem. W tej
sytuacji mojemu bezpośredniemu przodkowi pozostała kultura i sztuka. Co
mimo pozorów dobrobytu było niełatwe przy zmienności tyranów
obejmujących władzę. Ci, wedle schematu, zaczynali jako dobrzy, kończyli
źle i następował kolejny przewrót.
Oprócz waśni wewnętrznych okresowo dochodziło do starć z Kartagińczykami, których posiadłości na Sycylii dzieliły od greckich
domen rzeki Halykos i Himeras. Na szczęście na morzu dominowała potężna
syrakuzańska flota, najlepszy gwarant wolnego handlu.
Co wypełniało moje "życie utajone"? Najwięcej satysfakcji dawało mi
obserwowanie zmian zachodzących w modzie, sztuce i zainteresowaniach
ludzi. Rówieśnicy Hermiona rozczytywali się jeszcze w Homerze i Hezjodzie, za to generacja Tetracha pochłaniała pisma Herodota i niedługo po nim Tukidydesa, zaś w kamiennych teatrach wystawiano
pachnące nowością (jak drewniane i ławy, i baldachimy chroniące przed
parzącymi promieniami słońca) dzieła Ajschylosa i Sofoklesa, a nawet
pełne bieżących aluzji, ale tu odczytywane po swojemu komedie
Arystofanesa. Ciekawe, że śledząc pilnie i komentując wieści z greckiej
metropolii, miejscowi koloniści bardzo długo nie poświęcali prawie
żadnej uwagi Rzymowi, uchodzącemu za odległe miasteczko pełne
agresywnych brutali pozbawionych fantazji i poczucia humoru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki