Rozdział 3
Raport Rybakowa wywołał w Gestapo zrozumiałą wściekłość. Może się wydawać dziwne, że sprawą Henefelda zajmowało się Gestapo, a nie wywiad. Trafiła ona tam, ponieważ Gestapo podlegało Drohobyckie getto i tylko oni mogli uwolnić synów Henefelda, co zresztą naprawdę uczynili, a teraz zastanawiali się co robić dalej. Zabić gówniarzy czy jeszcze poczekać. Wreszcie do małej miejscowości w Czechach (bo tam naprawdę znajdowali się chłopcy) dotarła wiadomość, że przyjedzie z Berlina specjalny wysłannik dowódcy Gestapo Mullera SS Sturmbahnfuhrer Kammerer. To uspokoiło wszystkich.
Kammerer okazał się wysokim, smukłym mężczyzną o wyglądzie tak aryjskim, że mógłby stanowić wzorzec. Był spokojny, opanowany, jego niebieskie oczy patrzyły na nieco wystraszonych esesmanów z łagodną cierpliwością. Wysłuchał całej historii i zamyślił się.
- Mamy tylko dwa wyjścia moi panowie. - rzekł. - Albo poprosimy naszych ludzi w Moskwie, żeby załatwili Henefelda, a dzieciaki poślemy do Bełżca, albo ciągniemy to dalej. Odpowiedź na to pytanie zależy od tego czy Henefeld naprawdę zna jakąś ważną tajemnicę czy nie.
- Wiemy od naszego agenta, że bywał na Kremlu, współpracuje z zespołem Zbarskich zajmującym się konserwacją ciała Lenina. - rzekł dowódca esesmanów Plotzke.
- Czy to pewne informacje?
- Rybakow to nasz najlepszy agent. Zresztą to nie jest takie dziwne, bo Zbarscy to Żydzi tak samo jak Henefeld.
- Komunista? - spytał Kammerer.
- W młodości na pewno. Brał udział w rewolucji, dostał nawet jakiś medal. Ale teraz nie wiadomo.
- W 1938-mym jego żona została aresztowana i skazana na pięć lat łagru. - dodał Olbricht zastępca Plotzkego. - Wiosną 1939-tego zmarła w obozie na Syberii. Była krytykiem literackim. Zgubiła ją chyba przyjaźń z Nadieżdą Mandelsztam wdową po znanym poecie.
- Henefelda nie aresztowali?
- Nie. Ale na pewno czuł się zagrożony. Dlatego na początku grudnia 1939-tego zawiózł dzieci do swoich rodziców do Drohobycza.
- Chwileczkę - Kammerera wyraźnie to zainteresowało. - On nie jest rosyjskim Żydem?
- To trudno ocenić. Urodził się w 1900-nym jako poddany rosyjskiego cara. Wiosną 1918-tego wyruszył żeby przyłączyć się do rewolucji, która do Wschodniej Galicji jeszcze nie dotarła. Pod koniec roku jego rodzinne miasto znalazło się w Polsce, a rodzice stali się polskimi Żydami. Sam Henefeld nie przeżył jednak w Polsce ani jednego dnia. Chyba nawet walczył przeciwko niej w wojnie 1920-tego.
- To dlaczego przywiózł tu dzieci?
- Po siedemnastym września 1939 Drohobycz zalazł się w ZSRR. Myślę, że obawiając się aresztowania Henefeld chciał umieścić synów jak najdalej od Moskwy. Gdyby został aresztowany dzieci trafiłyby do sierocińca i być może już nigdy by ich nie zobaczył. Nie przewidział tylko, że Drohobycz trafi w nasze ręce. A my wyjątkowo nie lubimy Żydów.
Kammerer znów się zamyślił.
- Chyba nie kocha już Stalina. Choć z innego źródła wiem, że krążą plotki, że rozmawiał z nim osobiście wiosną 1941-tego. Nie kocha też rewolucji. Kochał swoją żonę, a teraz całą miłość przeniósł na synów.
- Więc co teraz herr Sturmbahnfuhrer? - spytał Plotzke.
- Jednak pociągniemy to dalej. - rzekł Kammerer - To wszystko jest absurdalne, ale z takich spraw wynika nieraz coś ważnego.
Kammerer wysłał obszerny raport do Berlina i wkrótce otrzymał zgodę samego Heinricha Mullera na kontynuowanie akcji. I tu powstał problem nader poważny: jak przerzucić Henefelda przez linię frontu. Jeszcze rok wcześniej byłoby to dziecinnie łatwe, Rosjanie cofali się, wystarczyłoby umieścić profesora w jakiejś przyfrontowej wiosce a dwa dni później trafiłby w niemieckie ręce. Ale teraz, wczesną wiosną 1943-ciego, po straszliwej klęsce pod Stalingradem to Niemcy się cofali, a Rosjanie posuwali się do przodu, albo trwali na swoich pozycjach. Skończył się chaos z czasów, gdy Wehrmacht parł naprzód. W szeregach czerwonoarmistów zapanował porządek, wszędzie kręciło się NKWD, każdy, zwłaszcza cywil, był od razu legitymowany. Mysz się nie przeciśnie, a co dopiero człowiek.
Wszyscy niemieccy agenci w Moskwie dostali polecenie szukać możliwości przerzucenia Henefelda do Niemiec. Przez długi czas żadnych możliwości nie było, po części z przyczyn obiektywnych, po części, dlatego że wielu agentów widząc zwycięstwa Armii Czerwonej zaczęło się zastanawiać jak wynieść cało skórę z matni, w której się znaleźli. Pracowali opieszale, albo w ogóle nic nie robili dla Tysiącletniej Rzeszy. W końcu w połowie kwietnia pojawiła się niespodziewanie sprawa lejtnanta Andrieja Iwanowicza Łopaszkina.
Łopaszkin był komisarzem batalionu piechoty w 6-tej Armii dowodzonej przez marszałka Siemiona Tymoszenkę. Brał udział w straszliwej klęsce pod Charkowem, gdzie wsławił się strzelaniem do własnych żołnierzy, którzy ogarnięci paniką próbowali uciec spod ognia nieprzyjaciela. Żołnierze nie pozostali mu dłużni i komisarz padł ścięty serią z pepeszy. Odwieziony do szpitala polowego długo pozostawał pomiędzy, życiem a śmiercią (przestrzelone płuco, rana brzucha, strzaskane kolano), aż ostatecznie odzyskał przytomność i mógł przyjąć medal za odwagę w obliczu nieprzyjaciela. Po strzelaninie z własnymi żołnierzami pozostała Łopaszkinowi sztywna prawa noga, ogólne kłopoty ze zdrowiem i głębokie przekonanie, że gdyby nie komisarze wszystko już dawno diabli by wzięli. Komisja lekarska uznała go za nieprzydatnego do służby na pierwszej linii i Andriej Iwanowicz pętał się na zapleczu szukając okazji, żeby się wykazać wiernością wobec Józefa Stalina i ideałów komunizmu.
W tym czasie dotarły do stolicy wiadomości o konfliktach i niesnaskach w radzieckich oddziałach partyzanckich, w Puszczy Rudnickiej na Litwie. Trzej tamtejsi dowódcy zamiast ze sobą współpracować walczyli każdy na własną rękę, a nawet podkradali sobie wzajemnie broń i zaopatrzenie. Było to wielką niefrasobliwością, bo w tej samej puszczy rezydowała partyzantka polska, tajemniczy oddział żydowski, a na gościńcach pętały się proniemieckie oddziały litewskie i sami Niemcy. W Moskwie zatroskano się nad sytuacją i postanowiono wysłać do Puszczy Rudnickiej Łopaszkina, żeby zrobił z każdym z osobna i ze wszystkimi razem porządek. Sam Andriej Iwanowicz nie ucieszył się z tego pomysłu, bo był żołnierzem regularnej armii i oddelegowanie do jakiejś tam partyzantki traktował jako degradację. Ale cóż, rozkaz jest rozkazem.
Ze względu na nie do końca wyleczone kolano Łopaszkina postanowiono, że zaopatrzenie dla oddziału Nikoły Gracza nie zostanie tym razem zrzucone na spadochronach, lecz samolot - stary dwumiejscowy dwupłatowiec zwany potocznie kukuruźnikiem - wyląduje z komisarzem i zaopatrzeniem na lotnisku polowym. Kukuruźnik był nieco zmodernizowany, wyposażono go w duży dodatkowy bak, dzięki czemu był w stanie dolecieć do Puszczy Rudnickiej i z powrotem.
W przeddzień wylotu lejtnant postanowił przejść się po mieście. Kupił chleb i nieco sera, żeby sobie zrobić kanapki na drogę, potem wszedł do księgarni i nabył "Poemat pedagogiczny" Makarenki. Czytał już kiedyś tę książkę i zapamiętał, że najważniejszą rzeczą w wychowaniu młodych przestępców był kolektyw oraz wychowanie wojskowe. Tego właśnie brakowało partyzantom z Puszczy Rudnickiej. Nie osobno, lecz razem, jeden wróg, jedna pięść, która porządnie przysunie wrogowi w jego faszystowską mordę. Tego im potrzeba, a surowy zwykle towarzysz Stalin spojrzy z portretu życzliwie.
Zapłacił za książkę, wyszedł na trotuar i rozejrzał się. W wiosennym Słońcu Moskwa wyglądała przepięknie. Postanowił przejść się kawałek. Ledwie skręcił w Bronną usłyszał za sobą czyjś wysoki i śpiewny głos:
- Komisarzu! Towarzyszu komisarzu! Poczekajcie!
Łopaszkin odwrócił się i ujrzał podążającego w jego kierunku szeroko uśmiechniętego, też wyraźnie utykającego podoficera. Przyjrzał mu się uważnie. Twarz niczego mu nie przypominała.
- Wy kto? - spytał surowo.
- Towarzysz komisarz nie pamięta!? - wykrzyknął nieznajomy. - Przecież to ja. Kriwokurnyj!
Nikogo kto by się nazywał Kriwokurnyj Łopaszkin sobie nie przypominał.
- No jakże! - darł się na pół ulicy podoficer. - Pod Charkowem. Diabelskie miejsce. Panika. Towarzysz lejtnant strzelał do dezerterów no i ja strzelałem. Wasz batalion i nasz uciekały razem. A potem towarzysza komisarza skosiła faszystowska seria.
Seria nie była faszystowska, ale Łopaszkin wolał się do tego nie przyznawać. Przypomniał sobie tę chwilę, zamęt, powszechną ucieczkę, siebie samego krzyczącego "Nazad!, Nazad!", strzały z pistoletu. Czy tylko on wtedy strzelał? Diabli wiedzą, nie rozglądał się. Może i był tam jakiś Kriwokurnyj, kto by tam tych wszystkich podoficerów spamiętał. Ze swojego batalionu to jeszcze, ale z sąsiednich. On sam to co innego, był komisarzem, a na komisarza zawsze wszystkie oczy są zwrócone.
- Przypomnieliście sobie towarzyszu komisarzu?
Łopaszkin wydał z siebie jakiś dźwięk, który mógł znaczyć zarówno tak jak i nie.
- Takie spotkanie! - wołał Kriwokurnyj - Musimy to opić. Znam przytulną restauracyjkę tu niedaleko. Zapraszam.
Nieładnie odmawiać towarzyszowi z frontu. Łopaszkin miał się stawić na lotnisku pół godziny po północy. Miał mnóstwo czasu.
Restauracyjka, do której zaprowadził go Kriwokurnyj okazała się istotnie przytulna, a sam Piotr Iwanowicz (tak się podoficer przedstawił) był towarzyszem do wypitki niemal idealnym. Bez przerwy opowiadał anegdotki, żartował z siedzących na sali gości, słowem nie wiadomo kiedy opustoszała stojąca na stole półlitrówka i zastąpiła ją kolejna wraz z którą wjechały na stół dwa talerze parujących pielmieni. Pokrzepiali się przez jakiś czas w milczeniu, a potem w doprawdy rekordowym tempie opróżnili kolejne pół litra i na stół wjechało trzecie. Kriwokurnyj nalał dwie pięćdziesiątki i zaczął opowiadać Łopaszkinowi swój życiorys. Przed wojną był zastępcą przewodniczącego kołchozu. Przewodniczący...
- Uch co za kanalia! - szeptał Kriwokurnyj do ucha Łopaszkina. - Złodziej, co się dało ukraść to kradł. No i złożyłem na drania doniesienie gdzie należy. Zniknął, ale zamiast niego, nie uwierzycie, przysłali kanalię jeszcze większą.
Potem Piotr Iwanowicz, widząc, że temat kadr w Związku Sowieckim nie wywołuje jakoś entuzjazmu gościa, przeszedł do tematów bardziej frywolnych, mianowicie opowieści o tym, co wykorzystując stanowisko służbowe czynił z dojarkami w stodołach wypełnionych socjalistycznym sianem, oraz o pewnej towarzyszce, która przyjechała do kołchozu na kontrolę, ale po pewnej ilości alkoholu całkowicie zatraciła kontrolę nad sobą i niemal śmiertelnie umęczyła Kriwokurnego, a także głównego księgowego i stachanowca Pietuchina, który się akurat nawinął.
W czasie tych wesołych opowieści wysuszyli dwie kolejne półlitrówki czego Łopaszkin nawet nie zauważył po czym podpierając się wzajemnie wytoczyli się z restauracji. Łopaszkina dotknął niemiło fakt, że jest już ciemno i zaznaczył, że musi się natychmiast udać do domu. Kriwokurnyj nie miał nic przeciwko temu, chciał tylko by spojrzeli jeszcze na rzekę Moskwę błyszczącą w świetle księżyca, który powoli wspinał się w górę po sklepieniu niebieskim. Łopaszkin sprzeciwiał się, ale słabo, więc wkrótce znaleźli się na brzegu rzeki w miejscu dość odludnym. Tu Łopaszkin zauważył, że jest zupełnie sam.
- Piotrze Aleksandrowiczu! - zawołał, ale Kriwokurnyj przepadł jak kamień w wodę. Za to z cienia wyszło dwóch, jeden niewysoki, z wyglądu inteligent, a drugi wielki jak szafa. On właśnie podszedł do Łopaszkina, złapał go za klapy i rzekł:
- Brata mi zabiłeś gnido!
- Ależ towarzyszu... - zabełkotał Łopaszkin.
- Teraz ja mówię! Co ci przeszkadzało, że chciał żyć? To nie! Musiałeś wyjąć swój zasrany pistolecik i zabić!
- Taki był rozkaz. - powiedział Łopaszkin.
- No i koniec z twoimi rozkazami. - rzekł olbrzym i z całej siły walnął Łopaszkina pięścią w głowę.
Komisarz padł na ziemię jak rażony gromem. Olbrzym zaczął zdzierać z niego mundur.
- Twarz musi być zmasakrowana Szura.- rzekł inteligent, którym był jak łatwo się domyśleć Rybakow.
Szura poszedł w pobliskie krzaki i po chwili wrócił z grubym drewnianym kołkiem. Przez jakiś czas walił nim w podskakująca jak piłka głowę Łopaszkina, a potem nogą zepchnął trupa do rzeki. Przez chwile patrzyli jak porywa go prąd, a potem obaj znikli w ciemności.